Dyskusja indeksu:Józef Ignacy Kraszewski - Pan Walery.djvu

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj

Szczęśliwy Ho wdzlęt, wraz z pożytkiem zliczył.
Małe czy wielkie, nudne czy zabawne, nierozsądne czy rozumne, uczone czy płaskie dzieło — potrzebuje zawsze przemowy. Tak przynajmniej jedeu z lepszych naszych utrzymywał pisarzy i ja o mało zc temu nie wierzę — „Dom sieni — dzieło potrzebuje wstępu,, powiawiada mój autor- — lia! niechze I i sobie i tak będzie, ten rozdział przeznaczam na przedpokój do mojej powieści.
Bodajby liebo tego Horacyusza, któi ego nieszczęsne prawidło: ul ile dulci, stoi tu na początku; nic mały lo sęk dla gryzmołów, i iluz. o tym prawie zapomina — Kto wie? może i w tych kilku arkuszach czytelnik ani jednego, ani drugiego nic znajdzie? już to dlatego, że gdzie niema tam znałeść trudno, a raczej nie można, już to, ze nieszczęsny tytuł powieści, źle go o mnie uprzedzi — Czy tak, lub inaczej, mnie lo zupełnie jedno: kto ziewając do czytania siada, len niedługo zainie, lecz kto z radosnym zaczyna uśmiechem, może się trochę zabawi. Proszę mi pozwolić mieć taką nadzieję — bez niej pcwnobym |iie pi* sal! — A.le |irzystąpmj ad rem.
Napisałem powieści jest to bez wątpienia grzeeli nicodpi-szczony, w oczach tych ludzi, którzy mniemają, ze trzeba kilku lat ciągłej pracy na nap,;anic tak mało znaczącej rzeczy. Gdybj „słotnie tyle czasu powieść kosztować mifła, pisał ny ją zapewne tylko zprofessj bazg raczę, i ei, których nienicy Hrodgelchrten zowa, to jest — uczenl rUa chleba.
— Czy mało, czy wiele kosztowała czasu, rzecze m al i surowj krytyk, dość że te chwile, które jt-j pisani-i poświęciłeś są stracone, zmarnowane i t. d.
— Wjbacz, wj bacz porywczy sęd/io, odpowi; dam-, Wolter, ów to sławny ba/graez francuz1..! j»owiedsial kodyś, niepomne lia ki orej kar ic, ze wi ęcej ceni tych kl ńrzy bie dla bawienia ludzi poświęcali ) j3’1 ty0’1 co ch nudzą gromadząc nudne koinentai ze i zmyślone a nibylo historyczne bajki. Pan Wolter miał słuszność, i ja tak samo s.-|dzę, i wła — nie dla tego — powieści piszę,
— lVie dośc. odeprze znowu krytyk namarszczywszy czoło, pov. itse rzadko nasbav i, a ty śmiały gryzmoło, jak óniesz utrzj mywać, ze, a z cle*, ic kontent będę.
— Na to po ci hu odpowiadam mta cutpa.
( 5)
— Recenzent mówi dalej (ale to wszystko tylko przez przypuszczenie): kiedy cię zresztą mój panie ręce świerzbiały, czemu co innego nic pisałeś? piękna mi zaleta: pisarz powieści!!!
Następuje moja odpowiedz’.
— Pisałem mości panie sędzio bo mię od młodu dręczy nieszczęśliwa choroba, zwana autoromaliij.-j, z którą podobno i do grobu pójść przyjdzie — Wiele na to leków używałem, ale to defekt nieuleczony, musiałem pisać. Moze tez jn pisząc, napisaćbyni kiedy potraiil nudną Tragedją, lub Koincdją bez celu i sensu — ale wolałem zrobić złą powieść, bo w tym rodzaju i mierność jakokolwiek po-
I i*
płaca — r^Iecl-ź^bym tylko napisał jnką u ozon.) rosprawę!! naprzód: niktby jej:.e czytuł, pow tó-e: ktoby się dotknął, nieomieszkalby dowiesc, ze j: autor źle zrozumiał o co idzie, zle napisał, źle przedn.iol obrał — a to wszytlko dla tego,:e się u niego i e radził; a koniec końcem zbutwiałaby ciężka praca w l.orzennjm sklepi
Napisat ksiij.kę dydaktyczną! aki tylko gryzmolic będą na ni^j i czyiac, same nicpojnrijąc co czytają — to nie na„pochlebniejszy zav» ód?!
Poemat boiiat(’rskj. — na to irzeba dobrego zapasu imaginaci która teraz bardzo podrożała, bo ’jej mido gdzio znaleźć a ja ledv, le aa
(7 )
opędzenie codziennych potrzeb dostać jej mogę, nie żebym nią szafował rozrzutnie! Kto się Homerem rodził, niech probtłje — gotów jestem pobłogosławić go na drogę — błogosławieństwa dziś staniały!
Być poetą! — zyczylbym sobie, ale to łat ze sto i więcej wprzódy, liimem się miał honor urodzić — Teraz nadto już kleciwierszów, żebym ja bj ł potrzebny do ich grona; trudno tez także czerpać z Kastalskiego źródła, a ja sobie nic życzę jak ów co się napił z kałuży lub rynsztoka, udawać natchnionego. Nieboszczyk ś. p. Iloracyusz nic pozwolił miernym ludziom, z poezją mieć do czynienia!
Pisać Ballady? być Romantykiem? — Otóż sposób pozyskania sławy, w dzisiejszym czasie. Te czule wiersze, których nicrozumiejąc tyle ludzi uwielbia, te podobieństwa, te postacie, te czucia gorące — chwytają za serce! Młode panienki w kątku, niewidziane, ukryte lubią czytać te bezładne zapały i zalewać się łzami, których przyczyny nie wiedzą. Gdzifc indziej młodzieniec porywa książkę, uczy się kochać, zapomina deklinacii, a wzdycha jak najęty do pierwszego czupiradła, które mu się przed oczy nawinie. Starzec czyta równie, czuje mocniej bijące serce, zdaje mu się ze kochał, ze jeszcze kocha, muslui wyłysiałą glo(9)
wę przed zwierciadłem, prostuje nogi, chowa sl a rannie tabakierkę i okulary,.śpieszy w niewczesne zaloty, kupuje sobie zonę i dwoje ludzi nieszczęśliwymi robi. Oj nic chcę być Romantykiem!
— Więc pisz Ilislorją, powie mi ktoś zapewne — Upadam do nóg — Szperać między staremi szpargałami; dła najmniejszego szczegółu tysiące ksiąg przewrócić — a do tego i starych i in folio! Stracić czas, oczy i rozum! odbierać ulubioną pastwę molom, myszom i szczurom, szukać lam prawdy gdzie jej nigdy nic by ło? — to nie każdy potrafi.
Więc pisać satyry, oblec się pozorem surowego postrzegacza, ua wszystko się krzywić, wszystko nicować, zamiast wad malować osoby — nie mogę. Niech kto chce pisze Romedje lub Tragedje, długie, nienaturalne rozmowy, niech się zdobywa na karczemne koncepta lub tragiczne susy i nudne monologi — i to nie dla mnie.
Więeby mię kto może chciał zrobić Romantykiem — o nie, nic, pomyliłem się — Graniniatykiem chcę mówić? — Spierać się o z lubi, o kreski i punkciki?? — nadto mam rozumu, żebym to zrobił. — Jeszcze tu brak tylko zeby mi kto doradził pisać romanse — ale o tein to niema co i mówić.
Juz tedy przebrałem wszystkie prawie rodzaje, a dotąd nic prócz
(»)
powieści, dobrem być nie uznałem; krytyk już widzę marszczy czoło, brwi ściska i gotuje się na nowe zdanie: — Powieści, mówi on, pochlebiają próżnowaniu, żadnej nie przynoszą korzyści, świecą a nic grzeją, słowem na nic się nie zdały. — Nie śmiem tak ważnych zbijać zarzutów; kto ten rodzaj pisma potępia, niech go nie czyta, to najlepszy sposób — Komu jednak dotąd nic złego nie zrobiły, może i Pana Walerego przerzucić. Nie kosztuje on mi wiele czasu, nie życzę też sobie, aby kto chwile pracy poświęcone, na jego czytanie iniał obrócić.
Lecz, co za los czeka moją powieść! Tysiąc obrazów oczom się
C )
moim nasuwa: półki w sklepach, papilloty na gotowalniach! Tam srozyć się zdaje na Pana Walerego otyły kupiec korzenny, gdzieindziej surowo pogląda introligator, jakby z niego chciał kleić tekturki — Ale nie łapmy ryb przed niewodem, a zacznijmy opowiadanie.

PLEBATłIJAr
Kio tak m, jdi’y ze zgadnie, Co iium jutru przypadnie?
Szablon:TABKOCHANOWSKA
— Poczekaj no Waść, poczekaj, rzek] Jo 1111 ie jeden z moich znajomych, kl< >remuzaL cral-un się czytać tę powieść odchrząknąwszy i splunąwszy — poczekaj, powiedz w przody w akim to rodzaju ta powieść?
— W moim własnym rodzaju, to j-jst według mc.ch prawideł i urojeń, jeśli ci si»} podoba — napisana-
— To cos 3zczeg(’lncg0, odpe-
I i**
wiedział słuchacz, krzycz tylko głośno, zchym nie zasnął.
Zachodziła bryczka w niską bramę plebanii, którą ledwie dostrzedz było można na boku dziedzińca, wśród krzaków gęstych bzu i leszczyny, podjechawszy kilka kroków dalej, uyrzał Pan Walery domek, nic wielki, na wpół w ziemię zapadły, pochylony wiekiem, na którego dachu zielenił się mech tu i ówdzie, chcąc niby st arość jego oznaczyć — Przed tem schronieniem świątobliwości wysunięty był trochę na przód ganek, z dwoma, cegłą podpartemi, ławkami. Spojrzawszy na to miejsce, mimowolne westchnienie z ust wędrownika
się wyrwało, nic takiego się biedak dziedzictwa spodziewał — Cóz jednak robie? pomyślał sobie, nic mv losem, los nami rządzi. W tej oliwili pojazd stanął przed drzwiami, z których krokiem powolnym wyszedł Ks. Pleban. Obadwa sobie nieznajomi, choć się w życiu nigdy nie widzieli; iedimk, z tego co o sobie słyszeli, poznali się do razu, i po kilku słowach bez związku, które dla kogoś trzeciego caleby były niezrozumiałe, Aveszli razem przez małe i zle przystaiące drzwiczki do pokoju, którego dwa okna nad samą podłogą umieszczone, złożone z szyb starością pomalowanych i drzewami osłonionyeli, nie wiele słonecznego przypuszczały światła; tak, żc w tym zakącic nie wiele dzień od nocy i wieczór od południa się różnił. Zdaje się tedy, iż bynajmniej z tego powodu Ks. Plebana obwiniać nie można, jeżeli się kładł spać o południu, lub wstawał ku wieczorowi.
Opuszczam tu uwagi nad ponurością miejsca, i uczuciami jakie wzbudzałą,“ a zacznę od opisu pierwszej izby; bo lubię rzecz każdą szczególnie i ogólnie, ze wszystkich stron opatrzyć, jak się o tem czytelnik w dalszym ciągu przekona.
Podłoga więc tej pierwszej izby, chwiejąca się i nadpsuta, pełna była dziur i szczclub, wkoło ścian spaczonych czepiało się stare, wyblakłe, niegdyś żółtego koloru obicic,
( ’7 )
służące za schowanie na listy i tym podobne szpargały. Niedaleko otłedrzwi wznosił się piec starożytny gotycką architekturą z niebiesko upstrzonych kafel, z wierzchu tylko nieco nadwerężony. Na ścianach wśród owego obicia pdprzylcpiauebyly listy Pasterskie i Bulle, upstrzone i zakurzone, tak, że się tylko zdała Loco Sigilli pokazywało. Na stoliku przv jednym z okien, stał ogromny czarny kałamarz, wydający się zupełnie jak źródło wszystkiego złego, w którym wiecznie pęcniały trzy nieszczęśliwe pióra, obok leżał brewiarz bez okładek zaczynający się od środka, jeden tom Żywotów świętych strasznie pokaleczony, Agenda, Ewan-
( ’8 )
gelijc i stare jakieś Kazania — U drzwi na brudnym sznurku wisiał kalendarz zwystrzyzonym w okładkach blankietem, przez który rok zzalośną minką wyglądał — Otóż i cala biblioteka przewielebnego, bo nie liczę dzieł ascetycznych, łacińskich, któremi stoły popodstawiano — Ksiądz Pleban powiadał, ze się na nic więcej nic zdały. Po drugiej stronic drzwi stała szafka mieszcząca w sobie kredens, szyby zastępowało obicie w kwiaty, przez którego otwory widział Walery, półmiski, talerze, butelki licznie jakby na konsylium zgromadzone, i ogromne szklenice i kielichy. Na najniższej a przeto prawic próżnej półce, spoczywał drzemiąc kotek,
stuliwszy łapki i uszy, okryty lśniące’ni futerkiem. Dwa więdniejące serki z kminem dowodziły staranności gospodarza. Na lewo nakoniec były drzwi wpół otwarte do drugiego pokoju — Przychodząc wreszcie do głównego przedmiotu, powiedzieć muszę, ze w samym środku pierwszej izby siedział Pan Walery i Ks. Pleban, mało mówiąc, lecz spozierając po sobie dość szczególnie — Przewielebny się krzywił, podróżny nie wiedział w ro zadać, jak lo powiadają, słowem oba byli w najprzykrzejszem położeniu. Rozmowa wlokła się jak najpowolniej i przerywanie, i już tak dobry kwadrans wysiedzieli, gdy myśl szczęśliwa przyszła do świętej glo-
I 2
wy: zapytał, czyby Pan Walery nie chciał przyszłego SM ego obejrzeć mieszkał i? — trudno było odmówić, pnsz* i wiec oba, i ja czytelnika po tym domu oprowadzę. Ze wspomn nych drzwi na lewo, weszli do małego pokoiku z alkową, w której stało lózko pokryte, wypłowiałą i podartą atłasową kołdrą, nad niem wisiało k“.’ka obrazków otoczonych zwiędłymi junkani i ziołami, z boku było okno równie ci«mne jak inne z w izącą na jednej tylko zawia-.ie, przed laty f u loną okienii cą. Tuz blisko stała komodLa, obok przejście do trzeciego pokoju się ukazywało, którego drzw i szklanne w częśczaklcone były kincyonałem na
C )
w spółkę od myszy plebana używanym. Z ląd znowu wyjść było można do drugiej części domu, gdzie się znajdowała kuclm’ > i dwa pokosi przeznaczone dla gościa — Były one ogołocone z najpotizch. ejszych nawet sprzęt w, a zarziu one mnóstwem nieużytecznych gratów. W jednym postawiono naprędce kanapkę bez nogi krzesło bez poręcza, w drugim stc k nieinogący ustać na nogach, małą ławeczkę kościelną i dla ozdoby obraz fundatora w pasowym zupanie, z ogromnym czarnym wąsem. Przez małe okieuko widok opuszczonego i zarosłego ogrodu ske ukazywał, a przerzedzone krzaki dozwalały w oddaleuiu knrzyslac z widoku „OŁjiuca i oddalonego zachodu —
& o
Słońce już sie bjlo ukryło za czarną chmurą oczeku |P, cą go nad zachodem, Llada tylko czerwoność i zarumiei one w górze uiotne obło-czk1 okazywały n ejsce, wkl rem zniknęło
Każdy sie domyśla, *e m Walery jest trochę roma.isowy, a gdzie są tylko zapalone głowy, znajdą się zawsze ptaszki, otoz ledwie się bohater przj siadł na chwi iącej kanapie, z pobliskiego krzaku odezwała się z harmon ’nym j iskiem wróble, tak in;, o’iin„, tak przyjemnie i narkotycznie, ze go u: ^iły-
— A to pięknie! przerwał mi v 10wu w^ród czytania mój przyaciel,
( 23 )
tilko cośmy go zobaczyli n;, scenie, j u i spi, to i.ikiś niedołęga! ale czjlai tjlko dalej.
uga podróż,?martwii n.e i znudzenie przyczyniły się także do dobrego snu, z którego tj Iko wyrywały go jędrne i dob-tne, samowładnie panującej gosposi, wyra--nia, i zwady z organistą bardzo potulnego charakteru. Jeszcze się lijla kolacja do połowy n e przJrządzila, gdy turkot zajeżdżającego pojazdu, obudził gościa, zmieszał Plebana, wytrącił rądel z rąk kucharki, a organistego rozśmieszył i lozweselił. Glos podi fiznugo mocno /ustanowił Walerego — toon! zawołał z radością, i z wyciągnio2*
(#)
nem i rękoma pobiegł powitać przyjaciela, a po tysiącznych uściskach i radości zobopólne wprowadził go do gospodarza, który poprawując sutannę, wsiadał przez di zwiczli z miną zakłopotaną. Nastąpiły zwjklc grzeczności i piośba o nocleg, KWrej hic mógł odmów ic na po^ir .czynny, a w duszy bardzo zasmucony, z przerwani i mu spokujp 3i domowej Ksiądz rieban. Nawykły do samotności, jakiej uzycza stan duchowny, do lej gnusnofei nieczynnego życia, niepizyzwyczajony do utrzymj war-11 rozmowy i zachowania się bez. nudy w towarzystwie dw >eh, lepie wychowanych osób, przewielebny uszedł korzystając z żywej przyjaciół rozmowy, do zwykłej swojej kompanii — kucharki i organistego.
— Poczciwy mój Antoni! rzekł Walery, czyżem zasłużył na przyjaźń, którą tak dobitnie mi okazujesz?
— Przyjaźń nie patrzy na zasługi, ale na serce — odpowiedział przybyły, a wszystko co ci czynię jest dla mnie obowiązkiem.
— Nadto jesteś dobry; ja teraz wiele potrzebować będę od ciehie: pomocy w sądzie przeciw stryjowi, który zwłóczy oddanie mego majątku, pieniędzy nawet, bo ostatni weksel wracając z podróży mojej w Wiedniu rozmieniłem, i nakoniec, dodał ściskając go za rękę — twego wstawienia się i znaczenia u adwokatów i sędziów, bo bez lego na sądnym dniu chyba, rozstrzygnięloby moję sprawę.
— A cóż sobie myśli ten Wagleer, ze nie chcc ci oddać nalczytości, przecież, ten majątek niczaprzeczenie do ciebie tylko samego należy, przecież on był tylko dotychczas jego rządzcą, po śmierci twoich rodziców, przecież masz już oddawna prawo nim zarządzać.
— Przeklęty szachraj I odpowiedział Walery ruszając ramionami, ja nie wiem, co mu się w głowie ubzdrzylo, zwodzi mnie jak dziecko, zwleka, odsyła nakonicc z mojej własnej majętności do legoksiędza, ktVy jest jego bratem, zapewne dla toprzyczyny, żebym nie mógł nadtoblisko/ledzić jego czynności.
— Do, czasu dzban wodę nosi, skończy się prędko jego panowanie; ale czy znasz ty dobrze stan swego maiatku, Lby cię, oddając go, nie oszukał?
— Jakże mara znać, kiedy już lat cztery, jak w domu i: e byłem, a w tj m czas e moi rodzi< e umarU, i jemu tymczasowo oddali w rządy moje dziedzictwo!
— W piękne się tez łapki dostało! rzekł z n.iną pożałowania Antoni i nim drugi z odpowiedzią pospieszył, otworzyły óio drzw i piskiem, ukazał jię gospodarz połyskujący nd ognia, przy którym siedział, za 1111.1 organista ze świecą spoczywającą na lewym boku w przestronnym lichtarzu, chłopiec w obdartej kapocie na wyrost zrob Bn«j, r osąc talerze cynowe, widelce i nne do wieczerzy przygotowań. i.
Podniesiono, od czasu ^ziekańs“ iej wizyty nietykaną, klapę stołu, nakryto obrus Wsteczny — i dano jcdzenie. Spodziewam się-, ’ ze czytelnicy wynu.sac odemn e nie będą, opisu skromnej wieczerzy składującej się z kaszy ze szwedami zrazi w zan ijanych, ni: ciokawyin jest taksę dla niliogo, apetyt gości i gospodarza, który przy podanc| okoliczuośc nil zapomniał
( »9 )
o solłic i swoim żołądku, a co do dalszych szczegółów tyczących się historyi Pana Walerego, te lalwo było z i-ozinowy dwóch przyjaciół wyrozumieć.

I DESZCZ SIĘ CZASEM PRZYDA.
Póttmuków niemam bii^atj rh; Sliw a knHZtanów kcigmntych, Wiozę l>l’ZL’d OSOlię lwuję, A pi/y tt Ii Wszyntkę chęć moję,
Orzechy, jublka, jaguily, I lipienie z by.tr.,..o.ly,
Mtluu słodki, pruno wina, Leśni; rydze i malina
(rusy.ki, br/onkwiiiie, cgroilne, Mleko Ńuicze, piwo chłodne,
1 co jedno wies uboga rodzi, Tem czcu; będę URtn twoje.
AND. y.UYi.iTowsKi. POEM. WII śniuk 160O. )
Kto odbywał po roze małe czy wielkie, po ojc-zy/nie, lub za granicą — wid dobrze jakiej prz/ jcinności się doznaje, jadąc w pogodę, z przyjacielem, i po miejscach zajmujących położeniem przyrodzonym, lub hislorycznem wspomnieniem. Nieme jakieś zadowolnienie, radość wewnętrzna i spokojność duszę przejmuje. Jadąc bez celu spokojniej używamy przyrodzonych i licznie zgromadzonych piękności, klóre każdy kraj w swoim rodzaju posiada. Zachwycają wędrownika skały Szkocii, alpejskie góry i gaje Włoch i Francyi południowej, czeniuzby nasze pola, lasy wyniosłe i puszcze zająć nas nie mogły?
Zimny jesienny ranek obudził naszych przyjaciół i przypomniał potrzebę wyjazdu-} nim tedy PlcI 2**
ban, świątobliwym zwyczajem śpiący do południa, mial się czas obudzić, lekki powóz Antoniego był na drodze do Lublina.
Tą razą piasczyste okolice plebanii, nie wiele dostarczały piękności; w około drogi wznosiły się zaspy piasku pokryte gdzieniegdzie krzakami czerniejącymi jałowcu, lub jeżyną, grunt kamienisty budził co chwila usypiającego woźnicę i tak jednostajnie, bez żadnego wypadku dojechano do popasu. Karczemka nędzna, pełna wieśniaków i żydów nadto była ciasna, aby mogła w sobie dwóch podróżnych pomieścic, popasano tedy na dworze, gdyż piękny chociaż wietrzny dzień jesienny, dozwalał użyć lej przyjemności — Za karczmą w niewiełkiem oddaleniu był młyn zepsuty i mostek, pod którym woda z szumem przepływała, lekko tylko milczące opryskując koło — Po za stawem rosły stare wierzby, a w oddaleniu wśród olszyny i grabów bielił się dom mieszkalny z zielonymi okiennicami i bramą olbrzymiej wielkości — Kilka sztuk bydła pasło się pod lasem, a w gaju powtarzało echo okrzyki pastuszków, przerywane jednostajnćm uderzaniem młota w pobliskiej kuźni. Długi rząd fur ze zbożem ciągnął się drogą, wieśniacy spali na wozach lub popędzali głośno wychudłe konie, zamykał ten szereg ekonom rubaszny z miną, jaką
( 34 )
ta klassa ludzi, będąc bez świadków przybiera, rzekłbyś spojrzawszy na niego, ze to jest pan polowy świata — Z jego ust wymykała się para czyli dym fajki, którą w ręku starannie piastował, ogromny kapszuk wisiał u guzika, a czapka na bakier włożona osłaniała mu głowę do polowy — Para tłusty ch koni zaprzężona była do tego tryumfalnego wozu, którym biegły faworyt ekonoma kierował.
Juz się zbliżało ku wieczorowi, nasi podróżni mieli jeszcze do noclegu parę godzin jazdy, kiedy chmura zachodnim pędzona wiatrem, wśród spokojnego się nieba ukazała, powstał deszcz ulewny, a woźnica zaciął konie, zehy się co prędzej skryć gilzie przed ulewą.
Spuszczono firanki u kocza, przyśpieszono kroku koni, ale w tym zapale — oś pękła. Pierwszeni staraniem podróżnych było przekonać się, czy karków nie nadkręcili, potem dopiero obejrzano się, czynie ma gdzie karczmy,“ a przekonawszy się o zupełnym niedostatku podobnego schronienia zaczęto myśleć nad odwiedzeniem porządnego domu, niedaleko od drogi stojącego, który okazywał dobry byt mieszkańców swoich — Otoczony był ładnym laskiem, ogrodzony foremnym płotem, pokryty dachówką i na wysokićm stal podmurowaniu. Gołębnik, stodoły, altana i wró-
( 36)
źne kolory malowana 6ludnia, składały wespół z ogródkiem okolicę domu, do którego nasi podróżni obwinięci płaszczami dążyli. Zgraja psów rozmaitego rodzaju powitała ich w sieniach, niezważając jednak na tę przeszkodę posunęli się dalej i już gotowali się na wymówki i grzeczności, gdy wszedłszy znaleźli, samą jedną, młodą, ładną i uprzejmą Panią Leśiiiczynę — Samego Pana nie było, wyjechał był do lasów na polowanie, ale wkrótcc miał wrócić; spodziewano się lak/c logo samego dnia, dziedzicu włości tych, od którego Pau Cwintówka, były Leśniczy Królewski, dzierżawił ten folwarczek. Szczęściem nic powiedziano jego
( 3 7 i
nazwiska — WE I oti miłej rozmowy z samą par.ią nieznacznie czas upływał, tak. że ani si<? spostrzeżono, jak odgłos: hola! ic.st tam Liol wcicii konia \ rozległ się pod oknaiiii.
— To mój mąż — rzekła sama pani, i wyszła go o przy’)yci i gości uprzedz.
— Piękną zrobuijmy znajomo^’p, rzekł Antoni, poprawuJ«c przed lustrem chustkę i kamizelkę.
— Miła kobieta, dodał Walery, wyglądając przez okno.
— I deszcz też czasem jię przyda! zawołał pierwszy, jeśii tak miłe zn:.’omości nastrę< za.
— Masz słuszno! ’-, ale to rzadko
3
. ( 38 )
z jego laski takich wesołych chwil uzyć można, ale otóż i Pan Leśniczy Gwintów ka — Ale
— Witam, witani kochanych panów! rzekł wchodzący w tej chwili rumiany staruszek z wesołą twarzą, i jeżeli kiedy wolno się cieszyć z cudzego przypadku, to ja dziś rad jestem, bo mi ten miłą nastręcza znajomość. Dwaj moi podróżni zdobyli się także na komplementa i zasiedli do herbaty i kawy. Niczego nie szczędził gospodarz dla gości, cokolwiek ku potrzebie lub nawet wymyślnej służyć mogło wygodzie.
Ciągle jednak niespokojnie oczckiwano dziedzica, który nare-
( 3g ).
szcie nadjechał. W sieniach jeszcze dałsię slyszc-ć z pompa tycznym rozkazem; a proszę tam nie zapomnieć o koniach, i wszedł nareszcie do polcoju. Tan Walery cofnął się na jego widok i zmieszał, Antoni przybrał poważny ton statysty, a wszyscy zawołali razem, każdy innym głosem i z innej przyczyny — Pan Wagleer!
Jawnie się tu widzieć daje, ze od pierwszego początku nieszczęście krok w krok czepia się mego bohatera. Stryj, od którego uciekał, aby się z nim prawować, stryj, który mu naznaczy] mieszkanie u Plebana — stał przed nim. INic długiego było potrzeba czasu, zeby zniię( 4o )
ssanego tem zj:w. isl:iem nicspod/ian ’m, otrzczw“’? młodziana: uczucie własnej godność*, niezależność od stryja. inysd, ze mu ten praw stanowić i roskazywać nie może, dodały mu małości, a stryj burd/ej m< e okalał si^ zmieszanym jak synowiec. Ponura fiziouomija Wagłcera nabrała żywo i, po kijka razy otwierał usta, i odważył się wkoneu zapytać coby tu Pau Walery porabiał.
— Pi zy padek mie tu sprowadził, odpowiedział z udaną obojętność“% młodzieniec, o> w drodze mi pękła —
— A dokąd/e to Pan jedz i? dodał zmięszaiiy staruszek.
( 41 )
— Do Lublina — mani tam sprawę, klórąbyin chciał zaczą, ’, i main honor oświadczyć, że wkrótce odbierzesz Pan po/cw.
— Dobrze, dobrze, w bekn:jl ze zlo’.liw\m uumicchcm op.ekun, radbyin tylko w icdzieć, o co zostanę „pozwany.
— O zatrzymanie nieprawnie cudzej własne ei — rzek] dobitnie, na każdym słocie się z:\trzj mując Antoni, a śmiałością odpowjed/i zljjty z drogi Wi, ~;leer, zamilkł. Wkrótce jednak podumawszy cokolwiek, obiócił się do synowca i drżąc}ni głosem, klowni, cdnak chciał śmiałego i spokojnego udawać, zapytał: czyby nie lepiej J|J( 42 )
lo przystąpić wprzódy do wzajemnego wytłumaczenia.
— Najchętniej, rzekł Walery, ale przyznam się Panu, iż nie widzę żadnych przyczyn, któreby go upoważnić mogły do zatrzymania niego majątku?
— Więe to jest miody panicz ze Włoch przybyły, szepnął przysłuchujący się Pan Gwinlówka do uucha Antoniemu.
— Tak jest, odpowiedział ten natychmiast.
— Młodość Pana, mówił dalej stryj z powagą, pozwala mi wybaczyć, iż jesteś tak krótko widzącym-, utrzymywanie jego majątku narażało mię na liczne koszta, przy-
Ł<’„i pii ii; dzc Panu posyłane, i inne wydatki —
— -A intraty? zawołał Anto’. I.
— Ciężkie czasy, rzekł Wagleer, niby go nl^słyszae, \ iele mi siv’ bardzo od Pana należy, mól Parifć synowcze, chciałem SMJ wprzud sk\ Jtować.... a pcftem.;.. bo to — Gwintów ka kiwał ciągle głową, z tym wyrazem, jakby chc:ał powiedzieć: bajki, bajki, wykręty, psie ligle, mospani i.
— Po’;m o tem, dodał nareszcie ospodarz, czas iść na wieczerzę. Tym się zakouczjl spor, a mój Pan Walery, cokolwiek spokojniejszy i weselszy, ze wzrastającą nadzieją odzyskania Po\, i.owl i, zaczął zy-
I 44 )
wą o swych podróżach rozmowę z Panią ’Łowczyną — Niezawodnie znudziłbym czytelnika opisując mu razem z opowiadaiąeym, Karnawał w Wcnecyi, salę dożów, powieść o Marino Falieri, o zaślubinach z morzem, o Rzymskich świątyniach, piramidzie Caja ccstia, o Watykanie, o Wiedeńskim Pralerzc, Paryskim Palais-Royal, Luxeinbourg, o Londyńskim Sl James-Park, i t\ siącznych innych osobliwościach, które niemało razy każdemu z nas obiły się o uszy \ wolę tedy opisać domek, w którym się znajdował mój Pan Walery — Stał 011 jakem to już powiedział, przy lesie, z tylu miał ogródek, z przodu dziedziuczyk. W sieni
wisiał harap, smycze, sfory, sieci, obroże, loiby, trąbki. inne myśliwskie P^hory, w kącie stało berło dla ptaka, klóry przekręciwszy główkę, siedział sol e na drugi.n koń:u. V/ pierwszym pokoju stał poiząd“’e sukr.em okryły stolik, na kominku widać było slaroświccki zegar, nakszlalt gotyckie świtjtyr,, koło niego zaś parę tuzinów figurek chińskich spoczywało. Nad kanapą wisiały obrazy, Stanisława Augusta, Augusta ITI i Hrabiego Briihl; mały stoliczek w kącic będący, okryty był kaiązkam których ze jne patrzałem, więc lukiebyly, powiedzie* nie uliiicni. Na oknach wazony zkw.at*mi, jawnie dowodziły, źc gospodvni je pielęgnuje, bo goździki, lieliotropy, róże, liorlensijc i niirl pełny, były w najlepszym stanie — Z drugiej strony widać było pokój sypialny, do którego posuwać się nie śmiem, ażebym uśpionego gospodarstw a nie pobudził.
Na przeciw nej domu stronie, przy gasnącej świecy, pisał rachunki jakieś Wagleer; dwaj zaś młodzieńcy zasypiali po podróży. Piszący zdawał się natężać wszystkie siły 6wego umysłu, iskrzyły mu się oczy, na czole wytężały się żyły, ręce drżały z pośpiechu, a ślepy tylko chyba nie dostrzegłby w rjsach jego twarzy jawnych dowodów wewnętrznego poruszenia, niespokojności i rosłargnicnia.
( 47 )
O Lawaterze! lucł/ie pogardzili twoją nauką, lękali się umiejętności czytania charakterów z twarzy, bali się wyjawienia uczuć; które pokryć usiłują. Lecz bezstronne oko uzna zawsze prawdę twoich wniosków; ograniczone tylko umysły i niedołężni będą utrzymywać, że w rysach twarzy nic maluje się dusza. Pomimo całej sztuki, jakiej człowiek używa do pokrycia i niszczenia zewnętrznych śladów, swoich uczuć — zawsze one odbiją się w jego oczach i twarzy.
Patrz na tego złoczyńcę, który wyrazem dobroci i życzliwości chce pokryć niegodziwe zamiary, w jego oczach błyszczy stłumiony ślad złości, usta jego uśmiechają się szydersko, i mimo pracy, mimo usiłowali wyjdą na wierzch z pod zasłony obłud\ — czarne zamysły.
A w tychże niebieskich oczach kochanki, czyliź twoja dusza nie wyczyta niewinnych uczuć cnoty? czyli jej miłość przez oczy nieprzemówi do twego serca?
Ta nieczuła piękność czyłiż nie ma w rysach twarzy tego braku uczuć, i zimnej odrętwiałości, która ją bardziej każe czcić jak bóstwo, niż kochać jak człowieka.
— A to co? przerwał mi przyjaciel, któremu to z zapałem odczytywałem, a to jaki nia związek, zpowieśoią twoją?
— Żadnego, odpowiedziałem zimno. — Cóż to znaczy?
( 49 )
— Jestlo zaczęty, szumnym stylem, panegiryk Lavatcra.
— Bo.iC odpi’ść, rzekł ruszrjąc ramionami mój przyjaciel, ale to troche niezgrabne.
— Nie przeczę, odpowiedziałem i zacząłem czytać co następu-.

JAK PRZYSZŁO, TAK POSZŁO.
Bije i ni/nik panfila, Kiedy nic świeci.
Szablon:TABKNIAZMN.
— Więc tedy —
— Bez wątpienia —
— Jak prędko?
— W przyszłym tygodniu.
— To rzecz skończona —
— Zupełnie —
— Sługa Pański, Panie Synowczc, jadę przygotować wszystko na twoje przyjęcie i mocno się cieszę, ze się między nami bez prawowania obeszło.
— Bardzom rad temu, i lćobaivcm będę w Powijówce.
i — Proszę cie tylko, odpowiedział Wagleer niespokojne na vi rzucając wejrzeme, nieśpieszyć się nazbyt z prz-vM’ciem, ażebym ja miał czas się ztamtąd wynieść.
— Najchętniej, kochany stroju, parę dni zabawić mogę u mego przyjaciela Antoniego.
— Do widzenia, dodał Wagleer kładąc płaszcz i zapalając fajkę u kominka.
— Upadam do nóg — odpowiedział Pan Walery wyprowadzrjąc go z sieni — upadam do nog.
( 52 )
Pełen pożerającej go nicspokojności, przybył Wagłeer do siebie groźnym okiem powitał służących groźniej jeszcze i zimno przyjął pieszczoty córki swej Zosi, i pobiegł zamknąć się sam na sam z jednym z powierników swoich.
— Pójdź tu, rzekł do niego przerzucając rozsypane po stole papiery, czy chcesz zarobić sporą sumkę za wierne usługi? — Młody człowiek ukłonił się w milczeniu. — Słyszysz mię, dodał głośniej, czy chcesz podrobić ten oblig?
— Postaram się, rzekł znewu chłopiec zacierając ręcc i oglądając się w około.
— Odpowiedzze mi stanowczo!
( 53 )
krzyknął starzec zaczerwieniwszy się z niecierpliwości.
— Zrobię co Pan każesz, nieśmiało uybęknął młodzieniec, ale...
— Żadnych ale... jakie ale:’.-, co za ale?...
— Nic Panie.
— Także mi mów! a teraz do roboty! oto masz, rzekł oddając mu paczkę papierów, śpiesz się —
— Ale....
— Co tam znowu? wrzasnął ze złością rzucając na ziemię papiery Wagleer i zbliży) się ze ściśnionemi pięściami do cofającego się chłopca — czcgo chcesz? powtórzył groźno przystępując do niego.
— Chcę, odpowiedział nabierając śmiałości i podnosząc oczy k>« niemu, chcę być pewnym nagrody — wiele mi Pan dasz?
— A lo co innego, przebąknął rozbrojony „Wagłeer, zostawszy z kolei oblężonym — bo to widzisz mój kochany, teraz ciężkie czasyt ja ci obiecuję — ja to uważam za rzecz skończoną.
— Ale cóż mi Pan dasz? rzekł słabą stronę spostrzegłszy, zuchwale nastając młody człowiek, comiPan dasz?
— Co ci dam co ci dam, dam
ci tysiąc złotych.
— A na jakąż summę ma być oblig?
— Na 5oo, ooo, rzekł nieśmiało Wagleer.
— Więc mi Pan od lej summy musisz dać piąty procent.
Starzec spojrzał na niego z zadziwieniem, jakby uszom swoim nie wierzy! i zcicha wyrzekł — Kie dam —
— To ja obligu nie podrobię.
— Znajdę sobie drugiego, rzekł Wagleer udając, że go to mało obchodzi.
— A ja tymczasem, rzekł drugi ze złośliwym i prawdziwie piekielnym uśmiechem, znajdę w sądzie...
obojętnością

wił
— Co ty pleciesz, drżącym głosem przerwał starzec, weź papiery i rób, dam co zechcesz.
Gdy się to działo, Walery ba
i zaufaniem, jakie młodym tylko bywa właściwe — Niedoświadczenic i wyobraźnia pełna stworzonych przez się samą obrazów, których doświadczenie własne nie zmieniło, świat cały przeistacza w rzeczpospolitą Platona. Ałe kiedy z wiekiem pozna się ludzi i ich charaktery, kiedy w życiu towarzyskim nie raz nas własne serce zawiedzie, kiedy smutek i boleść odwiedzą nas kilkakrotnie, innym świat w oczach nam staje. Szczęśliwy, kto mimo przykrości i zawodów, mimo krzywd od ludzi wycierpianych, umie zawsze zachować umysł stały, i zgadza się, ie nie cały świat złym został.
— Oj morały przeklęte! przerwał mi mój przyjaciel, czy ci już konceptu niestało, ze się niemi latasz.
— Oj kiedy bo widzisz mój bracie, niema co już pisać w tym rozdziale.
— To go kończ.
— A kiedy bardzo krótki?
— Co to szkodzi.

y.
PRZYJAZD I WYJAZD.
Komu w drogę, temu czak.
Szablon:TABPRERYOZA.
Ach! kze pn»yjemni«’ b; [o serce Panu Waleremu, k! idy zdaleka zobaczy! Powijówkę, biilił się zdała dom otoczony ogrodem. Mały kościołek, rzeczułkę i ałlanę wi„ae było zdaleka. Kic.de miejsce napawało go tem słodkitni wspomnieniem, które się najmocniej i najłatwiej do lat młodości przy wiązuje. Żadne chv ile w życiu, lał długo nie zostaną nam w pamięci, jak wiosna jego i otaczający ją urok. Zdajemy się całkiem żyć w przeszłości, a każda przyjemność stokroć milsza kiedy wspomniana, jak kiedy jej rzeczywiście doznawamy. Czas oczyszcza ją, źc tak powiem, ze wszystkich ziemskich przywar, staje ona w naszej pamięci w nowe własnego utworu przybrana ozdoby i wśród trosk nawet słodzi nie jedną chwilę, bez niej częstokroć trudną do zniesienia. Najnieszczęśliwszym jest człowiek miłych pozbawiony wspomnień, serce jego i namiętności ciągle do teraźniejszości rzeczywistej przywiązane, dręczą go i przenikają nadto żywemi uczuciami; przeszlosć przeciwnie, nie odurza nas, nic nęka,
I 4*
( 6o )
nie zginamy się pod jej przyjemną władzą, ona czule tylko zajmuje i daje czućczystą i godną duszy człowieka roskosz.
Wszyslkie przedmioty, jakkolwiek drobne i mało znaczące, w wyobraźni Pana Walerego łączyły się zaraz z przeszłemi wypadkami; krzyż schylony i mchem okryty stojący nad drogą, płaski kamień leżący na brzegu lasu, ścieszka udeptana po łące, kładka na rzeczułce, zajmowały go kolejno.
Ukazał się wkońcu dom cały z podwórzem i ogrodem, podobny do zrabowanego — tak go dobrze ogołocił z potrzebnych rzcczv stryjaszek. Widać było jeszcze ślady ciężkich i ładownych wozów i osta-
C 61 )
tki powywozonych sprzętów, a jesienna smutna pora dodawała posępnośei temu obrazowi. Przy wejściu spotkał ich Waglecr — oczy jego były w dół spuszczone, minę miał zaambarasowaną, taił ręce i wprowadzał, wprzód bacznćm okicm rzucając po kątach, dziedzica do jego domu. Zdziwił się Walery widząc z ozdób i potrzeb nawet obrane pokoje, proste i niezgrabne meble zastąpiły wytworne stoły, kanapy i zwierciadła; ale był już u siebie, odzyskał kącik, który jedynie miał z całego świata, widział się w miejscu, gdzie żyli jego rodzice, gdzie się urodził, gdzie uczuł pierwszy raz boleść i roskosz — i mógłże zważać na to?
— C to mi mówisz, chceszźe mię j »k dziecko oszukać?
— Ja 111 > panie, odpowiedział na to zmieszany młodziieirec, ja nie jestem oszukańcom.
— Ale ja o tem zapisie i oLIigu nns słyszałem.
— To nic moja v „na.
— Zd.tje się In (’ w. Tiy, rzekł sam do siebie Walery, obracając go w ręku, chociaż. —
— Co pan chcesz mówię, przerwał szybko przelękniony ukazK.ol obligu —
— Chce mov. i(\ odpow.edział zimno tenże, i/ wcale nie rozumu m, z iakiejby przyczyny dług tak ważny, tak wielk. lak długo 1,,1 tajony, czemu on“:m Pan Waglecr
nic wiedział, lub czemu wiedząc, nic nie mówił?
— To do mnie nie należy, czekam tylko od pana odpowiedzi, kiedy się mam uiszczenia tego długu spodziewać.
— To być nie może, przebąknął znowu zcicha Walery sani do siebie niezważając na mówiącego, dług tak wielki?
— Ja pana pytam, jak prędko odŁiorę co mi należy.
— Nie wiem prawdziwie, rzekł nilody dziedzic, wpatrując się ciągle w oblig — niusim się prawowac —
— Prawować — podchwycił przybyły, nieradzilbym panu, nie wiem pan zarzucisz temu pismu; bo
niewiadomość intercssów własnych nie jest wymówką, dodał zcicha cofając się o kilka kroków, zresztą radziłbym panu poszukać’, czynienia wzmianki w papierach pozostałych.
— Podyktujźe mi, z łaski swojej, datę, ilość i podpis.
— Najchętniej: — Roku i8o3 — dnia i5 Maja — oblig na 5oo, ooo ził. pol. bez procentów — podpisany ojciec pański Czesław.... i świadkowie, pan Waglcer....
— Więc Pan Waglecr był świadkiem i nic mi nic mówił! krzyknął rzucając pióro Walery, obracając się do młodzieńca spokojnie czytającego, xr té — i się cós kryje.... piekielna jakaś intryga!
— Dyktuję dalej, mówił przyby-
ły — świadkiem drugim podpisany Ks. Pleban z Mirowicz.
— Dosyć, dosyć, rzekł porywając się z krzesła zniecierpliwiony młodzieniec, zegnam pana muszę się udać do moich papierów.-
— Do widzenia, odpowiedział pierwszy, chowając oblig, wkrótce będę miał honor zobaczyć go znowu.
Zaledwie drzwi zamknęły się za wychodzącym, strapiony Walery porwał się z krzesła, bledniał, czerwieniał i żywym chodził krokiem, tłumem nasuwały mu się myśli, widział już całą przestrzeń świata otrętwiałą dla siebie, widział się przymuszonym do twardej pracy, do ulegania cudzym wymysłom, i
( 66 )
cło tego smutnego stanu zależności, który żjcie obrzydzić może — Ale promyk nadziei zajaśniał w jego głowie, rzucił się do kantorka, dobył papiery i zaczął je przeglądać. Pierwsza paczka zawierała jedynie same inwentarze, tę odrzucił na bok; druga regestra, i la poszła nieczytana, nareszcie kilka paczków samych lislów wzbudziło jego ciekawość, rzucił się na nie z ciekawością i zgłodniałą niejako żądzą.
Mijały w tem zatrudnieniu niepostrzcźonc godziny, a młodzieniec jakby przykuty, rospatrywał ciągle te szpargały z mocnem zajęciem, czasem tylko długi knot u świecy, łub zegara bicicprzerwały nachwi-
( Gy )
«<; uw.jgę, nie wkrótce wrncal nanowo do miłego zatrudniania.
O pierwszej prawi“ po północy nagle zerwał się z krzesła, rzucił papiery opodal, uderzyłolę w czoło i westchnął, jakby chciał powiedzieć: „juz po wszystLiem!,, Raz jeszcze potem spojrzał na ten urywek stu i przet Dgł oczjma co następuje:
„Małe długi łącząc się z procentami, jakie od nrch placie trzeba stanov. v wpewnjm czasie summy niepodobne do opłacenia. Radzę ci zatem zaspokoić Pana Truszkę, klóremi jUft itak winicneśdosyć, Panie Bracie; mówił m. on« źfe zechce wkrótce, u’.eb}ś wszjstkie kwity na jeden summatim obłig
I 4**
zredukował — Ju/eś mu winien <lo cztér\kroć, a z czasem i do pięciu dojedziesz. „
Podpisany był Wagleer na lym urywku, i nie mogło być lepszego i piękniejszego dla przeciwnej slronv dowodu, jak ten list; w kilku nawet regestrach znalazł wzmiankę o tym długu, i siadłszy Pan Walery do stolika zaczął rachunki. Z boleścią serca ujrzał po odtrąceniu długów, ledwo do stu tysięcy zredukowany majątek: — Tak! pomyślał sam w sobie, muszę ustąpić bez szemrania, z kawałka ziemi, który już przestał być moim.
(. )
Pierwszego ch a po wvjc’dzie miodowo dziedzica z Pow jółrlii, dążącego do Warszaw v zaciągnać sir; do wojska, bryka którą jechał stanęła na noc w karczmie nad saOTfrn lasu brzegiem. WMaiłl z niej Walery > wszedł do p erwszej zby. Na kominie spory palił się ogień, kobieta nie zb, t przyjemnej postaci siedziała na lawie kol\sząc nogą dziecię będące w kołysce, zawieszonej na sznurze u banta. Gospodaiz, lak łatwo pozna* było można, wysłużony żołnierz; rąbał drwa tuż przy drzwiach, służąca niepozornej postaci obierała na di ugii końcu lawy karto11 a spory chłopiec drzemał za stołem.
— Aulku! zawołał gospodarzspo( 7° )
strzegająe podróżnego, zaświeć jegomości świecę do alkierza. Jeszcze raz eiekawem okiem rzucił Pan Walery po tej izbie, gospodyni od stóp do głów go oglądała, gospodarz obojętnie przyłożył drewko na koinin, a Antek przecierając oczy wyniósł świe’czkę, zapalił ją u ognia i zaniósł do alkierza, dokąd poszedł i nasz podróżny i siadł za czystym i świeżo zmytym stołem. Nie daleko od niego stało łóżko okryte pierzyną, nad nim wisiały zadymione obrazki i krzyżyk, dalej zaś nieco, mundur, czapka, zardzewiały pałasz, krucica i kilka wianków od *-«/ego Ciała, na pobielonej zaś desce u sufitu był wykopcony krzyż dla odpędzenia zlych duchów.
( 71 )
Oczekując skromnej wieczerzy siedział nasz podk óźny nad stołem, a korzysta jąc z ciepłr spoknjnusci pi zei \wanej tylko uderzaniem sieku;i v, drzemał lub się przebudzał. Po chwili ustał odgłos rąbanin i gospodarz z niskim ukłonem, niby dla zobaczenia czy wszystko jest w porządku, wszedł dc.zby. ’/początku jednogłosowa, poz ńej coraz ź\wsza zawiązała się miedzy niemi ro/mowa. Nieszczeście jest lowar/^bkiem, 0110 częstokroć nic zważa, koinu się wynurza; potrzeba przelania swojego smutku i podzielenia go z kimkolwiek, zaciera roźnief stanów, i Pan Walery mimowolnie prawie opowiedział swoje nieszczęścia gospodarzow i.
i 7* )
Ale jakże się zdumiał, gdy ten nabierając powagi, odchrząknąwszy zaczął te słowa mówić stentoryjskim głosem.
— Mnie mój panie, cierpliwiebiedę znosić nauczy ly przeciwności, ten mundur, którym okryty, narażałem się na tysiączne niebezpieczeństwa, widział nieszczęścia których doznałem, był świadkiem, żem je cierpliwie znosił. Służyłem ojczyźnie bez nagrody, i w tem nie skarżę się na losy, bom jej powinien był bronić, byłem sławny, dziś jestem zapomniany, ale i wtem nie ma nic przykrego, wolę spokojne zapomnienie, niżeli burzliwą
pamięć Jestem... — Tu szelest
przerwał mu mowę, Tan Walery
sio obudził i senne ustało marzenie.
— Albożto był sen? zapytał znowu mój przyjaciel przerywając mi czytanie.
— Tak jest.
— To czemuż wprzódy tego nie powiedziałeś?
— Bom chciał utrzymywać w zar/ieszeniu... ale potem otem, kończę zaraz ten rozdział.
I
Wszystko było lak jak wprzódy, odzywała się ponura narodowa piosnka nad kołyską, w której przyszłe matki spoczywały nadzieje, gospodarz drwa rąbał, a Anlosiek ponurym głosem rozmawiał ze służącą.
5
ROK CA-ŁY.
Mówisz, ze Indzie w zamiarach niestali, 1 że zntatwo rządzić s»l>.-} dadzą, Ze lultią zostać pod kubićcą u łudzą? — W fi/ak i Herkules ’zgiiuśuial przy Oinf ali!
DWAY BHACIA, Kom. 1830.
Fomimo catej płci naszej zalety, My — rządzim światem, a nami — kobiety.
Szablon:TABKKASICKI.
W kilka dni po zdarzeniu tylko co opisanćm, Walery bawił już u przyjaciela Antoniego. Prośby jego i siostry zniewoliły go do zostania, na rok cały.
— Odwlecz twój zamiar, mówił do niego Antoni, będzie czas jeszcze
służyć w wojsku, uważaj się tu iak w domu.
— Zostań Pan, mówiła piękna Julja, a Pan Walery ni:, nowoln! się rumienił, będzicn.’1 się starali osłodzi“ lii u pobyt w lem miejscu.
— Mól bohater nie w cii mię był hily, i doskonale znał Zoroastra naukę, który każe nie tylko ludziom, ale nawet drzewom i kamieniom dogadzać; jakże tedy n.iał odmowie irośhic Pana Anloniego, a tom baidz.cj — Pann, Juli“?
Nazwałbym go glupiusieńLim, gdyby bv] ich rad i proab nie słuchał, ale i na moje i na L-go szczęście, a na pozytck czytelnik w, ufc?gt, prawie niq się nie spierając —
wtem, mojćm zdani, euif dobrze zrobił. Miejsce było piękne, gospodarz uprzejmy, sąsiedzi mili, i czegoz było więcej potrzeba d< przyjemnego pobytu w tein ustro niu, które wdzięki Julii przyjemniejszein jeszcze czyniły. Nie wiem, umyślnie, czy przypadkiem, czy z nadprzyrodzonych jakich przyczyn mój Walery rozkochał się śmiertelnie w siostrze przyjaciela, a że ta okoliczność bardzo czas popędza, upływał on jak najprędzej i najmilej. Wkrótce przybyły, siał się zupełnie domowym; siary Kapitan, Stryjenka, Ksiądz Pleban, Pan Antoni, Julja i stary Koinissarz Pan Rubryka, spoufalili się znim zupełnie i polubili go wszyscy; z każdym albowiem, szczęśli-
wem swego charakteru ulo/cnieni, nm.„ł się zgadzać. Z Kapitanem rozmawiać musiał o dawnych dziejach, i słuchać pochwał rycerzy dawno w groble ni pamięci pogrzebanych, lub piękności, które od tego czasu straciły powaby, a nabrały marszczków. Trzeba było widzieć, z. jakim zapałem udawał stary żołnierz odgłos armat, szczęk bron muzykę wojskową. Stryjenka ze zwykłą solne pcfw rdnoseią robi, |c pończoszkę, opowiadała mu dzieje swojej młodości, świetne czay czteroletniego sejinu, opisywała ubiory kohi*’t.laskawobćKróla, któryr ją był w rękę poealował, nakonicc konkurvKasztclanLa Płockiego, a z tego łatwo pzzcchodz1-
I 5*
hi do wyliczania aptecznych sekretów i sposobów robienia konfitur. Ksiądz Proboszcz lubił z Walerym grać w warcaby, ożywiając stygnącą grę jakim strzelistym uezuć wylaniem, lub skargą na zle czasy, w których księża coraz mniej władzy mają. Rozczulał 011 się opowiadając o Jezuitach, o świętej Inkwizycii, o stosach na heretyków, i użalał się, że palenie niedowiarków wyszło już z mody.
— I\lój ISo/e! mówił on często wzdychając, lepsze to bylv c/asy, kiedy Jezuici tron Polski podtrzymywali, a Królowa sama upartego heretyka spalić kazała. Dziś ledwie gdzie klątcwkę rzucie można, a i to coraz trudniej! — Kończąc te i tym
*
( 79 )
l
podobne wykrzyki częstokroćprzed skończeniem partii usypiał, a Walery się oddalał. Pan Antoni częV sto także zabawiał się ze swoim gościem, razem polowali, jeździli konno, oglądali szczegóły gospodarskie, z nim często stawał na przesmyku wśród zimnego jesiennego wiatru, lub rzęsistego deszczu, dla jego przyjaźni parę razy mało z konia nie zleciał, raz w browarze tylko co się w braże nie skompał, a to wszystko byle ludziom dogodzić — tak każą prawidła Zoroastra. Umiał on lak/c przypodobać się Panu Komissarzowi Rubryce, który częstokroć szcrokicmi słowy mu opowiadał, swoje wypadki z czasów rewolucii: jak się przed koza( So )
kami pod gałęzią klonu ukrywał, jak uciekając, podoimy do Gierarda Tassoniego, wpadł w błoto po uszy, jak się kochał w pannic Klarze, jak 1 os odebrał inu kochankę, a kozacy dali batogami, jak z w icinami pływał do Gdańska it.d. it.d. Wszystkiego trgo cierpliwie słuchał Pan Walery; czasem tez dla oźywicnia rozmowy nucił dawne piosnki przygrywając na skrzypcach Pan Rubryka, i udawał tańcującego poloneza, chodząc po swoim pokoju. Lecz nad wszystkie wymienione osohj, milsza była gościowi Panna Jul ja. Z nią w pięknej roku porze chodził na odlegle przechadzki, a w jesieni, kiedy jednostajne nigly i chmury zasuly
niebo, kiedy liście z drzew spadały, siadywał przy kominku.
Z przyjemnością błądził po lasach Pan Walery, a jak to prawie zawsze się zdarza, kiedy umysł niczem ważniejszem nic był zajęty, wpatrywał się dumając w czerwieniejące listki osiny, zźółkłą topolę lub brzozę i posępnie zieloną jodłę. Przyrodzenie albowiem mało tych zwykło zajmować, których życic jest nicprzerwanćm pasmem zdarzeń, silnie na umysł działających i porywających z sobą wszystkie władze człowieka; ono tym tylko skarby swe i piękności odkrywa, którzy w nim szukają pociechy i oddać mu się mogą. Dusze do zienn przykute najmniej ziemskich
(82)
przyrodzenia powabów kosztują, gdy tymczasem mala liczba ludzi żyjących w przyszłości i umiejących czuć przyjemności umysłowe, napawa się wdziękiem natury, jako godnym zastanowienia człowieka.

ROK 1724*
I już tsiądz związał ręce nowej pary, Goreją gmachy światły ro/Jicznemi, Gną stoły srebra i potraw cif/ary.
KlKMCEWIC7-
Jednego z zimowych wieczorów, które na czytaniu zwykle przepędzano, Pan Walery wyszperawszy w bibliotece jakiś zbutwiały foljał, wnosił, ażeby można było przeczytać jeden przez niego wybrany kawałek.
— Czyś oszalał? zawołał Antoni, czy nie masz nowych książek, żeby stare z kątów wywlekać.
— Dni Pan tonu pokój, rzekła Julja, ch) ba nas Pan chcesz pousypiaj.
— Przepraszam, zawołał Pleban i Stryjenka, sta.e księgi sa bardzo szacowne.
— Czy nic opis jakiej Litwy, zcicha dodał Kapitau sam do siebie siedząc u koniiuka, jczch tak — to słucham.
— Isie, odpow„cdz ił Walery, jest to opisanie wesela.
— Kto/by sic tego w starej książce spodziewał! rzekła Julj i.
— Ja ni\ślalcm, dodał Antoni, to może co o Czechu i Lechu!!
— ZaczT nam tedy, przerwał Walt-ry nieeo podniesionym głosem, jest to: Opis wesela ’ojii S;eniuw-
ifiir/, Kasztelan/i Krakowskiej, z l)cnhoffi ni Wojewoda Polockim, llctm. W. Ks. L. odbytego we Lwowie, roku 17»4*)
„ Oil kil.vU łygofliii przed naznaczonym na obrzęd weselny’ dniem, czyniono w Zamku Lwowsl im li — czne do niego przygotowania, a 28 Lipca nadjechała Pai 1 Krakowska zcoiką z Lublina J wstąpiwszy wprzódy do m«jza swego bawiącego w Szktowie, i ubywającego tam wód, ku poratowaniu zdrowia. Udała się naprzód do pałacu swego na przedmieściu Iłalick < m bedacego,.
gdzie przybył zaraz z odwiedzinami Wojewoda Podlaski II. P. K. od tygodnia już lam bawiący, z Księciem Starostą Spiskim. Po południu udała się do Zamku z córką i Księciem, aby nowe względem przygotowali wydać roskazy. Powtórnie baczna Pani Krakowska nazajutrz równo ze świtem zanieść się kazała w lektyce do Zamku, gdzie do dziewiątej rannej bawiła, i mnóstwo ludu chcącego się przygotowanym wspaniałościom przypatrzyć, puszczać kazała. Godziną przed przybyciem Pana młodego dano znać, iż na południe stanie we Lwowie, a zebrani wojskowi i urzędnicy na milę blisko spotkać go wyjechali, i w poczcie 5oo koni odprowadzili aż do pałacu, gdzie został na obie di;e, a po nim dornes/kania swego w domu „hoL,.ów się udał. Nadjechał dnia legoz w 1! cznj m pocz e karet i dv 01 zan Potocki Marszałek T^bunału z Deputatami, Kasztelanem Podlaskim, i Starosta Halickim, także Pan Kra1 owski ineognitt) ze Szkłowa po^ wrócił i w pałacu nocował. Przyb\ł piękni: umundurowany ileiment piechoty pod dowództwem Elłerta z Chorągwi;, Gienadjerami i muz-ką, na strado zamku, za nim Dragoni pod do\. ództwemKrupińskiei; o pięknie ubrai.i, ze Sztandarem, kotłami i bębnami ustawili się w przeciwnej stronic pierwszemu, przeciwko zamku. Nazajutrz
( 88 )
(3o Lipca) Państwo Krakowskie z nowożeńcami do pałacu się przenieśli, gdzie od mnóstwa zewsząd przybywających osób odbierali vvizyty.
„Ale czas choć znaczniejsze wmieście uczynione przygotowania wymienić. Dwie bramy tryumfalne w zniesione były z dwóch stron zamku: pierwsza na 5o łokci wysoka wystawiała geniusze miłości i pokoju z rószczck oliwnych, wśród których Król August II wjeżdżał. ’Łaciński napis sześcio-wierszowy, przeznaczony był na pochwałę spokojnego Króla. Druga brama równa pierwszej wysokością, zupełnie jej była podobna w ozdobach, z tą różnicą, iż na drugiej stronie ber-
I>y Sicniawskich się ukazywały. Tuz będącą kanccllarję Grodzką, zamieniono w portyk okryty napisami slosownemi do okoliczności. Od niego zaś z boku przy officynach ciągnął się umyślnie sporządzony amliteatr dla gości, aby z niego sztuczne ognie oglądać mogli, był zaś wyższy o sześć łokci nad mury miejskie, a ciągnął się aż do gaJcryi przed zamkiem będącej. Malowane na płótnie slupy i arkady go zdobiły, ganek zaś wybito zewnątrz pąsowym suknem, a z drugiej strony Zamku ustawiono kolumny ze stosownemi napisami i malowaniem, przeplatając je umyślnie sadzonymi drzewami, wszystkie oraz galcrje i amfiteatr gęsto poprzybijnnymi świeciły się lampami. Dragoni, Grcnadjcrowie i piechota zajmowała miejsca na wschodach i dziedzińcu, czyniąc wartę w około zamku. O trzeciej e południa licznie we wspaniałych powozach zjeżdżać się zaczęli goście, a Wojewoda Pol ock i z mnóstwem dworzan, wojskowych i pachołków, o szóstej dopiero wyjechał z pałacu, aby się udać do zamku. Zaledwie początek tego pocztu stanął w miejskiej bratnie, na wieży Ratusza, ozdobionej Chorągwiami i Proporcami, ozwały się trąby i kotły. Postępowało dwa tysiące koni wśród miasta i zajeżdżało na zamek wśród wrzawy muzyki, a za nimi kończyli wjazd
( )
przed ni oj s i Senatorowie, Wojewodowie i Hetmani. Pan młody siedział na przepysznym siwym Tureckim koniu, na którym siedzenie, cenione do tysiąca czerwonych złotych, od złota i drogi ch kamieni połyskiwało; ubrany był w litą, bogatą delją. Po bokach mial trzydziestu sześciu szlachty pokojowej w pąsowych ze srebrem kun tuszach i źupanach atlasowych błękitnych, a kolo konia jechało dwunastu pagików z turecka w aksamitną od złota i srebra barwę przybranych. Pani Krakowska powitała z galeryi Pana młodego, a armaty pierwszy raz słyszeć się dały; czekali na pokojach zebrani goście, od których powitany, pozdrowiwszy ich wza-
I 6
( 92 )
jeninn:, został Pan młody. /c się w owych czasac h njjp bez długich mów i próżnej dckhimacii obejść nie mogło, zaczęli, Wojewoda Krakowsk1 i Ruski długie grację, kmre z powszechną radością w pr/eciijgu dv»iich godzin SIP skończyły. Przeczuwały głodne Lołądki, /e uczta była blisko, jakoz, zaledwie Wojewoda Ruski ostatnie dixi wyrzekł, odezwała się muzyka goście ruszyli do iiornci sali. Najprzedniejszy stój zastawiony był w kształcie ogrodu wkwatery z cytryn i pomarańcz, do tego usiedli powożeńcy z Arcyh.;ktipcmL\i owskim, Nominałem Chełmskim, Ks. Ki akowskim i Wojewoda Ruskim. Zapomniał nasz pisarz o stroju Pan( 93 )
ny młodej, al o zk;)< n.jJ do\..aduję się, że zwyczajem t\ch czasów oIfrywała ją suknia modra zlotem rzeukana i obs/ywaua sznurami erel i szmaragd* >w, drogie noszenie z dv amen1 ów i innych drogich łftimifni połyskiwało na szyi u rąk ziole miała foiLoty czyli koronki, na głowie mała u ślubu zaz\wana koronę wj:śuie mirtowe kształtnie zrobioną ii wiiiez mnóstwem kamień. ozdobną. Pod nią siary naddziadńw naszych zwyczaj uinui.cił godła dostatku:chleb, sól i pi mądz, ktoi e od niepamiętnych czasów zawsze pannom młodym pod wieniec lub koronę kładziono. Oświecono mnóstwem Iam( i pochodni miasto, tłumy ludu otaczały zamek, rozlegały się gęste zręcznej broni i armat wystrzały, obchodziły po zastawionych w całym zamku stołach wychylane zdrowia, które z dolnych pokojów, dla słabości nieprzytomny, Kasztelan wnosił, a na górze spełniano. Kie brakło na muzyce, którą jednak zagłuszały wystrzały i tumult przytomuych, ustawiono bowiem dla niej umyślnie, po nad bogatym kredensem, trzypiątiową galcrją. Na pierwsze danie ozwala się dobrana muzyka Wojewody Tołockiego, na drugie Hetmańska, na trzecie włoska z wybornemi śpiewakami, którzy wiersze godowe w językach, włoskim, łacińskim i polskim odśpiewywali. Zaledwie ruszono od stołu za danyin znakiem zapalono sztuczne ogme, wysiadujące herby państwa młodych i rozliczne inne przedmioty, trwało to do dwóch godzin, po czćm nastą^ly tańce do dnia białego przy włoskie, muzyce, a goście poro/ic’--lzali się naknniee do mieszkań swoich.
,,Dnia 3i Lipca o god/ir le szóstej z wieczora, zjechali sie dopiero goście do zamku, dokąd Pan mlodj, z podobną ja di.ia poprzedzającego wspaniałością, pi-zyfi i nagiiiadym lnreckim koniu Lczta podobnie truała jak wprzódy, sioły przepysznie zastawiono, ukazały się fajerwerki, a tali:e polskie zakończy 1) dzień drugi. Nazajutrz chcieli zgi onuuLcni gośck ofiaroI (>*
( 96 )
wae państwu młodym podarunki, iecz delikatnie tc„o odmówiono. Dnia 3 Sierpnia Wojewoda Poloeki wydawał ucztę w zamku; oświecono nanowo tale miasto, poustawiano slupy zliczneini wizerunkami i napisami; ganki, amfiteatr, okna, slupy, ratusz i poczta okryte były lniljouami gęsto pozastawianych świateł i obrazami z łaciński cm i godłami. Nadjechała z pałacu Kasztelanowa w karecie sześciu końmi ciągnionej, ubranemi w aksamitne ze złotą frcudzlą pąsowe szory; koło powozu szło z pochodniami sześciu lokajów i dwóch paziów w sutej libery i, z białemi piórami na kapeluszach, także dwu pachołków od stóp tloglów
src-breni okrytych. Odzywała się muz/yka wystrzały, a lud zalegał u’ice i dachy nnwct, taka jego mnogość była. Znaleziono już przepysznie zastawione sLoły polrawan ’ i rozno-larbncnii cukrami; pierwszy od wejścia w kształt mie ąca, drugi nieco bliżej okien. Na tym ostatnim wyrobiona bvla gwiazda* kt„i-ei górny promień utrzymywał Gciijiisz z herbem Kasztelana Krakowskiego, a ine pomiędzy zastawione złociste po’miisl rozchodziły się. W innej sali był sl.tl trzeci w kształt lici bu Sreniaw, do klarego rum usiedli Ojcowie Jezuici, oddali Panegiryk w szumnych zawarty wyrazach, napisany przez MowciZgromadzenia (OratorCollegii) na pochwałę nowożeńców i zacnych gości. Brakło tylko do solennego obchodu dysputy, jakoż i tę O.O. Jezuici wyprawili, wyprowadzając w szranki wymowy fanatycznej, Nominata Chełmskiego i Ks. Kupińskiego Członka Kapituły. Nastąpiły liczne zdrowia, i wino rynnami lać zaczęto dla pospólstwa —,,Co tu za konkurs, powiada Pułaski, różnego ludu z w iadraini, kouwijami, czapkami i kapeluszami, cisnął się, wypisać trudno — Rozdano także kilka beczek żołnierzom, a okrzyki radosne, poprzedziły wspaniałe ognie sztuczne, po których, gdy spłonęły kolumny, Iierhy w powietrzu pozawieszane i godła, dano ogniu z armat i wszyscy odiechali do siebie.“ )
— śliczne’ przedziwne! zawołał Pleban, przeciera iąe oczy, gdy Pita Walery czyta“ dokończył.
\ — Podobne bardzo do uczt za nieboszczyka Króla, dodała stryjenka.
— A cóz! i nie przyszło do bitwy? wrzasną! przebudzony Kapitan, a śmiechy rozległy się po póki ju.
WAŻNE ODKRYCIE W BR2WI\RZU.
Często fn prawiła czyni.-}, jalkby mię kochali, Nieraz lagodnem słówkiem serce oM;jKali, Me to nie jest milubć.. “.
Szablon:TABBRODZIŃSKI.
O przyja/ni! MITOKCI1 niema W BS na świecie, Wy lubi biiy mei dubzy, nazaudze nikniecie.
Fi I INSKI. Barbara
— 8ad#: zth aw Panie Antoni pobyt w twoim domu będzie mi parni Hiiym na zawsze — Upadam do nóg Pan — Zegnam cię ksieze Plchai i — Pamiętai o przyjacielu, kochany kapitanie — Nie zapominaj o nu:icPanic Rubryka — mó-
C «’ )
wij, wybierając się do stolicy, Pan Walery, i pełen smutnych myśli kłaniał się jeszcze z daleka żegnającym go osobom. — Pośpieszaj! wołał na furmana, ażeby się co prędzej wyrwał z miejsc, które go tak silnie do siebie przywiązywały — Wyraz pośpieszaj, podbudził woźnicę, ruszył tedy, i na szerokiej drodze zawadził o ogromną brykę płótnem okrytą, tak, że oba powozy po kilku poruszeniach wywróciły się. Pierwsze słowa, które odurzony upadkiem usłyszał podi óżny, były przekleństwami wiozącego żyda i całej trupy aktorów, leżącej wronie. Kobiety przerażały cicniuchnym i piskliwym głosem, skowyczaly delikatne pieski,
( 102)
płakały dzieci, mężczyźni popędliwie łajali, a żydrospaczał.
Wywrót ten niespodziany rozliczne grupy potworzył na gościńcu — Antreprener w hiszpańskim płaszczu i bobrowej czapce przywalony był od bufona calcj trupy w ogromnym fraku bardzo starej mody, jęczał pod niemi obydwoma dziesięcioletni chłopczyk, nadzieja wszystkich, wyrzekając na starego śmieszka, który się z miejsca podnosić nic chciał, utrzymując, że mu lak bardzo dobrze. Pattria Delicja, którą bardzo komicznie żydek trzymał w swoich objęciach, udawała omdlałą, z wielkim śmiechem przytomnych — Lukrecja zaś, którą stos poduszek przywalił, żaliła się
( io3 )
na nieład ubiorze, i niezgrabność woźnicy. Figaro jedną nogą był W błotnistym rowie, drugą na drodze i ze strachu słowa wymówić nic mógł. Ogromna kortyna jedną połową napisu: JUdendo, padia na pęk szpad i mieczów, a Castigat mores (o niefortunny wypadku) leżało — na kolanach najpiękniejszej z Aktorek. Sztylet wpadł do czapki żydowskiej, róż zarumienił kałużę, dekoracje usłały ziemię — słowem widok tego pobojowiska najtwardsze serce poruszyłby do — serdecznego śmiechu.
Powoli wszystko przychodzić do siebie zaczęło, a Pan Walery z kwaśną miną wydobywszy się z pod zwaliskswej bryki, odchodził na I 6**
( i°4 )
Lok, gdy mu ivpadl w oczy pojazd, w którym siedział — Ksiądz Pleban zniecierpliwiony, iz mu zawalono drogę. Ale cóż to nowego uderzyło oczv podróżnego? — Jego świątobliwość jechała z ładną, ale bardzo ładną panienką. Gdyby tez nic to, zapewneby Walery niepobiegł tak chyżo, powitać tego, od którego przed rokiem uciekał — Gdyby nie to, ze ładna, świeża, rumiana twarzyczka ukazała się z za firanek, niebyłby przypomnieniem znajomości trudził przewielebnego ojca. Niski ukłon i śmiały rzut oka z sutanny na białą sukieukę, był zaczęciem, na które tonem nieukontentowania, dosyć rubasznie odpowiedział ksiądz Pleban.
— Chciałby m odnowić dawną znajomo’1 i przypomnieć mu pokrew icństw o
— Zv itrj Divoleś ze swojcm pokrewieństwem! zawołał przewielebny, który ciągle bral mówiącego — za aklora, ia z wami, tfldźini IOZW iązłcgo życia, me mam an stosunków, ani znajomości, a.ii pokrewieństwa. Idzże sobie Wason precz. — *W iinym raz.c lak ostra odpowiedź, obraziłaby mlod/iana; ale kiedy u.iał głow ę nabitą ładną, sąsiadki księdza Plebana twarzyczka, nie zwazał na ofukuicnic i mówił dalej.
— Wszakzija do tych aktoró’V nie należę, jestem Walery.
— A lo co innego, rzekł udo( io6)
bruchany Pleban, błąd swój poznając — najniższy sługa Wacana, cóż tu porabiasz?
— Jadę do Warszawy — a ksiądz dobrodziej?
— Jadę do Lublina, odwieźć moją synowicę do Bernardynek — do klasztoru.
— Jakto? do klasztoru? zawołał nieuinicjąc pokryć swego zadziwienia Pan Walery.
— Tak, do klasztoru, rzekł zmarszczywszy się Pleban, który uważał za rzecz w świecie najsprawiedliwszą, zamykać mimowolnie młodą ofiarę między cztery mury, nie dać jej użyć ani przyjemności towarzyskiego życia, ani słodkich uczuć miłości.
Nasłała chwila obustronnego milczenia, ksiądz poprawi! się na siedzeniu i niby niechcący zasunął firankę od strony Zosi, i dodał zwolna, spogł ądając przed siebie — Tak, do klasztoru.
— Jedną więc drogą jedziemy, odpowiedział Walery, mój pojazd cokolwiek wygodniejszy, nie mógłźebym do siebie prosie?
biegły rachmistrz dójdzie od razu dla czego o to prosił, chciał bowiem bliżej się przypatrzyć ładnej kuzynce, ale ksiądz Pleban bardzo prędko odpowiedział — Chętnie, chętnie, i wnet zaczął wysiadać — Ot sam nie wiem, rzekł później, czy ją wziąć z sobą do pojazdu, czy nie, żeby Panu nie zawadzała.
.( i°8 )
— Co? zapylał uradowany Walery, myśląc, że mowa była o panience — o czem ksiądz dobrodziej inówi?
— O książce do nabożeństwa, odpowiedział Pleban — Można, można, rzeki zaambarasowany Walery, nicśmiejąc się przymówic o panienkę — A ty, dodał przewielebny do Zosi, pojedziesz sobie sama, zasłoń tylko firanki — Biedna dziewczyna, pomyślał westchnąwszy nasz podróżny i siedli do pojazdu, a w parę godzin stanęli w Zawieprzycach.
To miejsce od powieści Bronikowskiego, nowego nabrała zaję-
( io9 )
cia *), rehociaż. samo położenie bez wspomnień nawet potrafiłoby zwrócić uwagę. Pi, ilrowy pałac stc iący na tnrasie, panuje nad płynącym u slóp jego Wieprzem, dv ie v ielkie jodły sięgają okien j ćrv szego pif tra. W oddaleniu ukazuje się ogrod otoczony murem, krzy* odbijający promienie słońca nad mogiłą Greków, v. iclki dom zajezdny, młyn i most. 1’ralwy płynące rzeką, porozrzucane folwarki, nieprzejrzane łąki, i lasy siniejące zdalcka, składają piękne tło tego obrazu. Pleban zapakował znowu Zosię do brjczk. a sam ze swoim Brewiarzem i Walerym
l)cr Schlob* B.n Eberilubs. V. Bronikowski.
I 7
siadł do pojazdu. Z początku, czy lo zc zwyczaju, czy leź z próżności odmawiać zaczął nieszpory z gorliwością tak mocną, żego ta wkrótce o sen przyprawiła. Zamknęły się świątobliwe oczy, ruszały się jeszcze mimowolnie usta, nareszcie Brewiarz upadł z kolan, a głośne chrapanie słyszeć się dalo. Towarzysz jego spoglądał długo cickawem okiem, to na Plebana, tona Brewiarz, i chęć go wkoiicu wzięła, przepatrzyć ten foljał; łacina szkolna jeszcze mu bjła nie zc\\szvstkiem wywietrzała z głowy, a ciekawość wrodzona wszystkim ludziom pobudziła go do śledzenia obrazków, zakładek i mnogich zawartych tam papierków. Nie ino(„l)
zna gonić niemu podróżnemu, ze odczytywał te szpargały, cóż bowiem tajnego mieć może księga do Plebana należąca? — cóż innego zawierać może nad wyjątki z kazań, nonalki testów, lub obrazki —? Z tein wszy stkićm było tam coś więcej jeszcze — kawałek listu służący za zakładkę — Ciekawie pochwycił go Walery, ale zaledwie wierszy kilka przeczytał, zachmurzyło się jego czoło, i z pogardą rzucił wzrok na spoczywającego księdza. Rzucił potem Brewiarz, porwał powtórnie urywek, przeczytał znowu i schował do kieszeni. Jeżeli czytelnicy moi, równie są jak mój bohater ciekawi, mogę im tu ten kawałek listu przytoczyć.
( )
,, Dic 4.Seplenili.
„Kochany Bracie.
„ Wygnaj wszelką obawę ze swe„go serca, mój zamiar nadto był „dobrze ułożony i skonibinowany, „ aby się kiedy mógł wydać. Oblig „tak podrobiono paradnie, żc i li„cho tam fałszu nie dostrzeże; a „polćrn wyznaj, że mój synowiec „nadto ma mało przenikliwości, „ażeby lego doszedł. Trzymam „teraz Powijówkę pod pozorem „kupna od Pana Truszki, i nikt mi „ w tem nic zadać nie może, Waść „się tam tylko Mości Księże nic „ wygadaj, a list ten spal prędko..,, Na drugiej zaś stronie było dopisano:
„Jeślibyś cię gdzie spotkał iWa„lerjm, bądź dla niego grzeczny; „ Zosię co najprędzej pakuj do Bernardynek, bo uż tu miłostek jakich* dostrzegam.“
O! jakąż burzę w sercu ufnem Walerego, spraw ił ten listu urjv. k, jal:źe popsuł jego mniemania o ludziach, i c kazał mu „a w nie, że ni( ttrkiaini są, jakic*ni się wydają. Prędzej czy po/niej doświadczyć lego musiał; ale czyż można było smutnie zy mieć dowód, nad przekonani“ o zdradzie własnego stryja. Długo te myt.li mięszuly się w jego umj ’Je, a dobre jego scice przyjąć ich nawet nie chciało. Fm bardziei się zastanawiał, ti-m nmicj mógł pojąć, a by żądza nabyć ia 1
( “4 )
majątku, do tego stopnia mogła zaślepić człowieka. Ale wtem pojazd stanął przed rogatką w Lublinie, towarzysz podróży ocknął się ze snu, zlożył Brewiarz i poziewając spoglądał na bryczkę z Zosią w tyle idącą. Postępował zwolna pojazd pomiędzy dwóma rzędami, błotnistych, okopconych i brudnych doinów: aż nareszcie wjechali do miasta ulicą Grodzką przez Żydowską bramę, i różnego rodzaju figury snuć się przed niemi zaczęły. Tam szedł siwy starzec w długiej kapocie, rzemiennym pasem ściśnioncj, z długą laską, z dlugiemi włosami, w długich hutach, z długim nosem, niósł pod pachą plik papierów i śmiało
( — ’5 )
poglądał na kłaniających się żydów — był to woźny.
Przed nim posuwał się, a raczej płynął ogromny sędzia, nadęty miłością własną i swoim znaczeniem, z miną pogardy rozdzielając, kłaniającym mu się ukłony, skinienia, lub łaskawe rzucenie okiem. Znać w nim było, że nie dziś już sędzią został, bo już i utyć miał czas na urzędzie, i nabrać miny właściwej swemu stanowi. Posiać jego zilaIcka podobna była do beczki toczącej się na kolkach, okrytej płaszczem hiszpańskim, i zakończonej spiczastym kapeluszem, z pod którego kiedy niekiedy kawałek twarzy się ukazywał. Tak straszną miał postać, tak nieprzyjemne wej(j
rzen.c i o draża jacy sposób obeowa»ia, że, jak ja sądzę, sama nawet spraw iedliwość’ uciekać przed nim musiała.
Cokolw:;k dalej ozedł trotuarem chudy, wysoki, blady, w polskim stroju jegomość; prowadząc pod rękę, tłustą, rumianą, z islii zą cynii się oczyma jejmość dobrodziejkę, k irej post;ii’ wystawiała tak ogromną sprzeczność 7. powierzchownością męża, iż możnaby ich W7iąć za wzó.-, do odmalowali.a spra\/iedliwosei i klientów. M11Óstwo oróL przechodziło tu ówdzie, nieirr/ac tizpiolńw, bo ci bię za esob nie rachu ją, a Pleban pełen niespokojności o Zosię, wyglądał kręcił się koniec końców* kazał stanąć, wysiadł z pojazdu Walerego i udał się do swojej bryk
— Wysiad j Waćpanna, rzekł do synnwiey,. przej Jz do tamtego pojazdu, żebyśmy mogli być razem, a ja to, dodał wstępując jedną nogą na stopień, gdy tymczasem Zosia wysiadała, ja tu cokolwiek w naszej bryce poukładani, żeby się jadąc po bruku nie roztrzęsło. Skończywszy mówić, zaczął istotiiie, stojąc ciągle na stopniu pakować: zic manatki; gdy wtt i naprzeciw słyszę ’ się dala trąbka postyljońskai lyliżans się ukazał — larman nieuwuzając, iż pizewlelebny stał na stopnia, nagle zwrócił, a ksiądz Pleban — legł jak dłu* na bruku. Hałas wszczął się wokoło, mnóstwo próżniaków i ciekawych, przechodzących i przejeżdżających zgromadziło się w około patrzeć na księdza — leżącego w rynsztoku bez zmysłów. Nadbiegł przemyślny żydek, w widokach korzyści, dewotka dla użalenia się nad bliźnim, młodzik dla uśmiania się do woli, a przekupki, żeby miały później o czem gadać. Ledwie przez ten tłum ściśniony dobił się Walery, posadziwszy Zosię w pojezdzie, do przewielebnego, i sutem pokropieniem wody, do zmysłów go przyprowadził. Oczy Plebana otworzyły’się powoli, westchnienie jakby po dobrej kolacii słyszeć się dało zgłębi piersi, błędny wzrok
( 1 ’9 )
powiódł po zgromadzeniu, i grubym zawołał głosem: O dla Boga! a gdzież Zośka? — Śmiechy słyszeć się dały wokoło, i grube żarty odzywały się tu i ówdzie, że ledwie oczy otworzył ksiądz Pleban — wspomniał dziewczynę; ale Walery zapobiegł iłe mógł temu, chwycił go, i uniósł z sobą do pojazdu.

ZOSIA W MIEŚCIE.
Pełno karćt, pojazdów, ludzi różnych spotykałam, każdy z jakiegokolwiek powodu, spiesznie zdawał niędązye. Modny jakiś ekwipażpojazd mój zawadził, i przy świetle pochodni, dojrzeć mogłam w tej karćcie bardzo piękną osobę pici mojej, niesłychanie strojna, na klórej twarzy znać było niecierpliwość prędkiego zajechania, i nadzieję za1>BVV, klóre na niij czekały, — smutno mi się zrobiło. Ja bez żadnego powodu jechałam, innie nigdzie nic czekano, ja do nikogo nie śpieszyłam I
Szablon:TABMAI.
Nie mogę od innej uwagi zacząć tego rozdziału, nad tę — ze ludzkie zamiary, są jak pyłek w powie()
trzu, lula wiatr zawiejo, a będziemy zmuszeni z Kochanowskim powiedzieć: „Wiatrem nadziane pęlnęly nadzieje!,,
Doznał tego liasz przewielebny ojciec Kalistral Pleban z Mirowicz, gdy przed upadkiem swoim, marzył, iż natychmiast oddawszy synowicę, wróci do swojej Plebanii odpocząć po trudach podróży: a teraz leżał w domu zajezdnym na Krakowskiem przedmieściu, z nogą plastrami obłożoną, spoglądając kwaśno na Zosię, którą za przyczynę swego przypadku uważał.
W umyśle jego słabym, mocno tkwiły obraźliwe żarty, wycierpiane z joj przyczyny; choć dobry
I 7**
( 122 )
chrześcijanin, żądał jednak zemścić się jakimkolwiek sposobem; szukał w głowic powodu połajania, ale nie wiedział sam co powiedzieć. Chrząkal, kręcił się, SLękał, nakoniec spojrzawszy surowo na synow icę w drugim końcu pokoju, przy oknie siedzącą, zmarszczył brwi, podniósł ściśnione usta, przymrużył oczy i zawołał: — Odstąp od okna! o, ciekawska! będzie ona sobie przez szybki wyglądać? podaj sam Brewiarz, zmówiemy litaniją do wszystkich świętych, odpowiadaj mi ora pro nobis — uklęknąć — lak!...
Głośno zaczęło się pobożne ćwiczenie, ale zaledwie doszło do połowy:, Pleban dotąd coraz ciszej
( — 23 )
wymieniający święty ch, przy świętym Wincentym, skleił pobożne oczy, ruszy! raz jeszcze wargami, Brewiarz na łóżko upuścił — i zasuąl; a braciszek po kweście chodzący, zdejmując czapeczkę, wszedł do pokoju, i wstrząsając karbonkę, prosił o jałmużnę.Kobiety są litościwe, i często zadaleko naw et tę cnotę posuwają; Zosia też, od płci swej nieodrodna, wyjmowała już dwózlotówkę z woreczka, gdy IHebaii otworzył usta i oczy i surowym tonem, zgromił synowicę. — Idź do bogatszych, rzekł braciszkowi, nicch cię Pan Róg opatrzy — Zosia spuściła z westchnieniem dwózlotówkę tiazad do woreczka i litościwie na odchodzącego spojrząla. Pleban szeroko poziewał, odrzucił Brewiarz i zamyślił się głęboko. Obłożona plastrami noga nie dozwalała ruszyć się z miejsca, chociaż myśl jego czynna, rada była widzieć synowicę u Bernardynek, a siebie we własnym domu, jednak trudno było spełnić to życzenie, noga jak bolała, tak bolała. Napróżno Pleban, niecierpliwił się, łajał, dąsał, trzeba było cierpieć — a tego rodzaju niewoli, kiedy władze umysłu, ciału podlegle by ć muszą, człek niezmiernie nie lubi.
Dzień mijał, zmierzch nadchodził; chłopiec z latarnią w ręku, świstając krakowiaka, zapalił rewerber na ulicy, który słabo oświucając przechodniów, długie po
( )
bruku malował cienie. Pleban usypial powoli. Zosia nieśmiało zbliżyła się do okna i rzuciła wzrok tęskny na ulicę.
Swieine pojazdy pełne dam strojnych przesuwały się pr/ed jej oczyma; śpieszyli na Teatr składający orkiestrę, niosąc w ręku latarnie, a pod płaszczem instrumenta. Przesuwał się pod kamienicami zamyślony żydek, jaśniały lampy w sklepach i aptekach, niestale światła promyki wymykały się na idicę z okicnic dolnych mieszkań. Słychać było stukanie do drzwi, poźno wracających lokatorów i gderanie stróżów na rygiel drzwi za wchodzącymi zatrzaskujących. Nieśmiały parafijanin, odurzony krzykiem i tłumem, szuka] okiem mieszkania swego, na najmniejszy hałas ustępując się z drogi. Wlokły się z turkotem po bruku, próżne drążki z kiwającym się na kozie woźnicą, którego oczy posilny trunek przy mykal.
Szerokim płaszczem okryły oficer, szukał z nicspokojnością znajomego okienka i przeklinał zdradzające go ostrogi. Wracało 7. kilku wizyt wesołe grono młodzieży, której rozmowa rozlegała się po ulicy. INi/si urzędnicy i pisarkowie cicho wymykali się z cukierni i billardów, a kilku przyjaciół oslrożności, pilnujących cudzej kieszeni, uważnie tam i sam przechodziło ulicę, rzucając wzrok wpra( I27 )
wny na przechodniów drzwi doII“ i w.
Z niezffanerrf dotąd zijęcicm, spoglądała Zosia, na ten ś’n lat tak i óżny od cichego folwarku, w kii irym była wychowana i od posępnego ustroń dokąd j., wieziono, od tego klasztoru, klmy meporuszony i jednostajny, jak wyspa 11.1 morzu *) odb’]f.jąca morskie bałwany, nigdy nie widział wstępującej w swe progi, wesołej radości i zabaw niewinnych. Oj.dcźe rózn* inbyło to wszystko < id tego, co dotąd widziaM ruch, czynność., nakonicc to wyobra’cenii!, i wmieś e wszyscy się
*j Bywają jednak przypadki, że morze wjjyy zulewa, ale to rzadko.
I 8
bawią, lub do cudzej przykładają zal)awy, smutnie z uczuciami jej serca, było w sprzeczności. — Sama jedna, myślała sobie, rzucona na świal szeroki, a jednak w ciasnym zamknięta obrębie, bez przyjaciół i znajomych, bez czulcgo i litościwego serca, skazana na nieprzerwane w ięzienic — Ach! cóż pocznę? zawołała mimowolnie, piękne swe oczy łzami zalawszy.
— Czapki, kapelusze, miotełki! odezwał się glos we drzwiach, przerywający dumanie Zosi i sen Plebana.
AMATOR KALENDARZY, i
DWAJ SKĄPCY.
„Nie wszyscy ludzie jedne chnrnktery mają — Ci skąpi; ci rozrzutni, iiaillo wiele daj-i; Ten jetil nuiHi) nieczuły; a ów nadto czuje; Teu nikogo nie kocha; ów wszjstkich miłuje.
łir.zl MIKSNY.
— A kio tam? zawołała kucharka drzwi otwierając i z za nich ujrzała z jłodz.iwicniciu — księdza niepospolitej bryłowatości, z grubym kijem i tak kwaśną miną, jak ocet siedmiu złodziei.
— Czy jest w domu jegomość? zapytał przychodzący, krzywo spoglądając na zasmoloną kucharkę i brudny pokoik.
— A gdzieżby się u licha podział, odpowiedziała ostatnia drzwi drugie zwolna odmykając, gdyby go w domu nie było?
Z należytą powagą, ksiądz przeszedł kuchnią i wszedł mówiąc: — Niechże będzie pochwalony —
— A, jak się masz! jak się masz, kochany ojcze! kopę lal nie widzieliśmy się zsobą, odpowiedział chudy, w wytartym fraku gospodarz, porywając się z krzesła. Zdaje mi się, że od ostatniego jarmarku wroku pozaprzeszłyin, na oczy ciebie nie widziałem. Mo, siadaj’C rr j ojcze, co tam słychać dobrego:’
— Wszystko po staremu, odpow iedział Pleban stękając, dodał kiwnąwszy głową — b“ da na świecie!
— Porzuć Wasze te stare baji i, rzekł gospodarz, ksie/=i cicrpliv. le wszystko znosii: powinni.
— Ale, inć bracie,,1 Aże dzie twoj zbiór Kalendarzy?
— INie na lepiej, odpow Mzfflł drugi zn.ną człowieka, który wpadł na swój przedmiot. Mam duzo szkody, niższy mimo pułapek, gryzą mi Kalendarze, a moja kuchai ka, stworze. le ograniczone, kuka najdroższych, jedynych w swym rodzaj i cł.enij»larzy niegodziwie pokale-
I 8*
czyła — Brzydki to okazuje charakter duszy! — Ale’, co ci powiem, nabyłem w jednym sklepie caluteńki Kalendarz Duńczewskiego, teraz o Niewieskiego się staram, bo straciłem calc nadzieję dostać kiedykolwiek Krakowskich Kalendarzy. Gotuję także do druku List o Kalendarzu dziejach, który moje imię w potomności zapisze.
— Więc będę mial w przvjacie» lu drukowanego autora, rzeki uśniiechając się Pleban; ale bądź też łaskaw, wytłumacz mi, co ty u licha dobrego widzisz w tych szpar* galach!
— Patrzcież’, krzyknął załamując ręcc filolog, do czego człowieka niewiadoniość doprowadzić może!
Jeżeli szczerą masz wolę dowiedzieć się o ważności tych pism szacownych, posłuchaj, a przeczytam ci kawałek przemowy.
— I, dałbyś leniu pokój, rzekł Pleban, to być musi nudne.
Jakto nudne? jaklo nudne? krzyknął z autorskim zapałem gospodarz. Otoż to mi krytyk! nie czy lal, a sądziProszę chwilę posłuchać.
„Wynalazek Kalendarzy najwięcej, mojeni zdaniem, chluby umyslowi ludzkiemu przynosi; widać w nim jawnie dążność ku upowszechnieniu oświaty — jestto bowiem rodzaj małej encyklopedii. Tu znajdziesz Historją w epokach, Poezją, Jcograljją okażą poczty,
Chronologii pełno, Astronomija jest w lunacijach i zaćmieniach, Chemija w surrogatach i prcparatach, Technologiją w gospodarskich przepisach, Medycynę ujrzysz w receptach, zdrową moralność wmaxymach i t.d. Człowiek uczciwy i dbały o chwalę narodu, mało co więcej znać nad Kalendarz po„winien! tak przodkowie nasi czynili, i dobrze im z tem było; teraz zaś, gdy szatańskim wymysłem ludzkiego dowcipu^ zaczęto się wdawać w bezbożne i zakazane księgi, poczciwość kulać zaczęła, cnota ledwie się gdzie wlecze, a sprawiedliwość puściła szalki i zasnęła. Cala wina — że Kalendarzy nie czytają, a zle książki miłują; nie
( i.35 )
jeden młodzik co na Kalendarzu czytać sitj uczył, dziś spojrzeć nie chce na swego dobrodzieja — jawne jest zepsucie i korrupcija obyczajów, a jeśli temu nie zapobiegną, świat upadnie i — Kalendarze wydawać przestaną!“
Skończywszy czytać, spojrzał pewny sowitej pochwały gospodarz na PI chana, który uatychmiast przemówił:
— Wybornie, ślicznie — jest tu i sens i interpunkcija!
— Na tem zasada, rzekł pierwszy, żeby rzeczy dow ieść.
— Ale i interpunkcija potrzebna! rzeki Pleban kiwając głową, o! interpuukcija, to grunt rzeczy! ale
C )
LIN RWMY od IN innem — eo tu słi cMić?
— Nienowego — powicdzże m. bracie, za jakim interessem tu przyjąłeś, bo to ly rzadk<1 u nas jesieś gościem.
— Odwiozłem synowicę do klaeztoru.
— C z to? ezy tak e*.traordynar ’ii? imała wokaeiją?
— Ona — li.e, ale jej ujriec miał do tego wokaciij;j, żałował dai’ posagu, avied/ąe, bez niego panny teraz nicpoplatne, oddał ją do klasztoru — Co ma siedzibę na karku, niechaj lepiej Boga chwali!
— Ani błon a — ale zdaje się twój brat ma duży majątek?
— Jusci<’ 011 tam trochę uzbiorał.
alo — nio.spnnic — ehoc sobie zostawić, pewniejsze lo co w ręku, i, jak to powiadają, lepszy szeląg w kieszeni, jak dukat w eudzem ręku.
— Ani słowa — czytałem i ja to przysłowie, nie pamiętam na której karcie J
— A potem, dodał Pleban, moźeby mój brat lego nie zrobił, ale jej nie lubi — bo u niej, co w myśli, to na języku j a PanWaglcer człek ostrożny, woli sobie pocichu postępować Oj! do lichal zasiedziałem sobie chorą nogę.
— A co ci to w nogę i
— Trochę stłukłem przypadkiem; chodźmy przejść się nieco — to mi ulży.
( >38 )
— Najchętniej.
Kończąc te słowa wyszli oba, a ze to było rano, postanowili pójść na kawę.
— Patrz no, rzekł po chwili Pleban, tu jest napis:
Kawa, herbata, gazety, Zajdźmy tul
— A to zajdźmy, rzekł amator Kalendarzy, i weszli.
Przy drugim naprzeciw nich stoliku, siedział okraglawy doktor, we fraku z krzyżykiem, z laską w ręku, i Pisarz sądowy. Pan Blumer oszczędny wżyciu i receptach, bo nie wiele ich pisał, chwalił półgłosem oszczędność — potakiwał mu Pan Piórko, i taka między niemi Nawiązała się rozmowa.
( ’39 )
— Otóżto, mój mości dobrodzieju, rzeki pierwszy, to nas gubi, ta próżna wystawa, ten przepych wc wszystkićm, bo jak lekarstwo, w miarę dane uzdrawia, przesadzone zabija: tak rozrzutność nas gubi. Ja to, mój mości dobrodzieju, już i nie pamiętam, kiedy tell frak sprawiłem — tylko co rok, każę pobielić guziki, frak wytrzepać i wynicować — i kwita; — a teraźniejsi modnisic, to — co rok, to frak, co frak to pieniądze, co pieniądze to wydatek — a za wydatkami idzie golizna. Oj, tak, tak, mój mości dobrodzieju.
— Wielka to prawda, i święte słowa, odpowiedział drugi, okropnie teraz cxpensują — sprawi ktoś I 8*»
surdut, to nic dosyć, sprawi jeszcze fraczek, a nakoniec i płaszcz! a to rzecz niesłychana! Dolej kroplę wody do atramentu — dobrze: nałejż.e wiele, tak będziesz miał lure, ni atrament, ni wodę — Ledwie łych wyrazów dokończył, wpadł zadyszany młodzieniec i błagającym głosem zawołał:
— Na miłość Cosja! Tanie Rlumer, biegnij moją matkę ratować.
— Natychmiast służę, zimno odpowiedział doktor dopijając kawy — ale, widzisz Pan, ja zawsze wprzódy nim pójdę — pytam o zapłatę.
/ t
— Spiesz się tylko, żywo i z bo
run
leśną odpowiedział i.ieznajomy, dam co zechcesz.
Czuły tyłko na widok brzęczącej monety, nie powstał jeszcze doktor. — Ja, rzecze znowu, nie przestaję na pi znych obi( tn:ach — ciężkie czasy, wydatek nasgubi — od czterech dukatów, notabene, ważnych, u c pójdę.
— Ra/dachv. la jest droga, dodał z zyw ą niespokojimścią miótł:ieniec, hJź co prędzi j, dam ci d-iicsie<’.
— Idę, idę, śpieszno podchwyci roz.czulony obietnicą lekarzo co teraz tc>.dę, biegnę, lecę.
Ztemi słowy już się był do drzwi posunął, kiedy zobaczywszy na sto
( ’4* )
le, pozostałe pól buli, wrócił, a chowając ilo kieszeni, rzel ł Jo pisarza poc hu! — Lepszy rydz, ni. uic.
UŁAN.
Tsiech Mo rlice na d’dzu, we z u roi,
Cula nuc na straży stoi, Tsii’chfij Tatary v»jme,
Do okroiiiiych iniasl bztuniiuje I diunie 1 niiij 1, opije, Ul lr;i B/abli| rijlji«\e szyje.
Szablon:TABJŁBYLITOW, HI> Wieśniak.
Opuścdiśmj bjli na chwil parę główną w tej powieści osobę, to jest: Pana Walerego, i przez ten czas, tak wielka w nim zaszła odn.iana, ze jg, czytelnikom dfnajmit iauszę — zaciągnął się do wojska. Trudno bardzo poj;, ć, dla czego dostawszy ułamek balu, zaalezijny w Brewiarzu, nie udał się z ni ni cło stryja, i me wym jl oddali.c majątku — musiał wtem miiećswoje widoki, o których autor nie wic, a tein sam m, i upowied et lie możo.
„Warto jednak spojrzeć co teraz porabia — świeca dopala się w lichtarzu, blady jej, ploKcń słabo tylko pokój oświeca, a ci« ń długi z podnoszeni;m się jego lub znizaninn, rodnie lub maleje. Walery duma sparly o kizeslo, spu\ ił oczy, a nieruchoma jego postać, domyślać się każe, ź śpi albo myśli. Na twarzy widać wyra ’1 e oznak pewnej umysłowej choroby, której j:i nic znam, ale symptom?.“ la oniszę.
Ci<głozamyślar...:sip, westchnienia, samotne przechadzki, wznoszenia oczu i czytai.io czułych romansów — oto znaki. Teraz mości panowie, ktirzjściew Akadeiru Sent) mentalnej stopnie doktorów otrzymali, którzy, po tninach, gestach, spojrzeniach i poruszeniach poznajecie rodzaj choroby sercowej; wy, którzy z n’czego wielkie, z wielkich rzeczy, malc rob.ć umiecie; słowem wy, pijarze czułych romansów! powiedzcie, w jakim stopniu mój bohater ma chorobę serca? i czy go jeszcze można z niej uleczć? — szkodaby mi bow-c m była, gdyby tak prędko zaprowadziła go do grobu, bo mam nadzielę, s e v jego łaski ten przynajmniej
I 9 ’
()
tomik zapisać potrafię. Dla do1 ładniejszego poznani;,,ego charakteru, przeczytajmy urywek z jego dziennika.
,,Dnia... w drodze.
„Smutno nadzwyczaj dzisiejszy,,dzicn spędziłem; kraj nasz w>da,, ie sir pnsl nią, po innych, kto,, re zwicd/ilem. Wlotl-y są kra.„ną duriiań, wysilenia uinyslowe„go i pewnego rodzaju ociczalo„ści, we 1 lancii wszystko odd^ha „wesołością i /ahawaim, w fliieni„ czech IIM icll: i ani poczciwość, sta„Ick i porządek, Angl. a jest krabem dziwaków, a u nas znajdzi^ni,,przymioty i wady wszystkich na„rodów, przesadzone, lub sparo„djov. a ne.
( ’47 )
„ Zaciągam się cło wojska, liicch „kto co chce mówi, lepsza to sln„ żha od innych. “
Tu się kończy ten urywek, z którego nicch się sobie czytelnicy domyślają, o charakterze i sposobie myślenia Pana Walerego, ja nic nic powiem.
Nazajutrz pokazawszy się na paradzie, zjadłszy obiad u jednego zc znajomych, posiedziaw szv u siebie parę godzin, wyszedł odwiedzić na Pradze łaskawego przyjaciela.
Izdebka, w której się ukazał, pełna była dymu od fajek, czterech wysmukłych poruczników, siedziało a raczej leżało na Kanapie, gospodarz zamyślony przewracał książki na stoliku, a Pan Walery po przy( ’48 )
witaniu, siadł z papierem jakimś w ręku, przy oknie. Kolo kanapy stół ze wszystkiemi porządkami do herbaty był zastawiony, w kącie widać było strzelbę i torbę, na kantorku rozsypano świeżo kupiony tytuii; cały pokój obity był niebieskim w kwiaty papierem, a okna popisane czułemi wierszami.
Rozmowa mdlejąca wlecze się, (bo nie mogę mówić, że się prowadzi), między Panem Walerym, a jednym z wojskowych.
— Czy wieszże panic nowo-zaciągniony, że za tydzień wyruszamy z Warszawy? ach! jakże mi żal porzucić stolicę. Wtedy, gdy ni dopiero żyć zaczynał, kiedy tyle przyjemnych poznałem osób, i [noro( ’49 )
l o wal om sobie, że się będę bawię szalenie — nieznośny roskaz, niszczy wszystkie moje nadzieje.
— Wielka szkoda; odpoyyicd/ial Pan Walery z krwią zimną.
— Prawdziwie szkoda! jeszcze tobie wybaczam tę oziębłość, boś nie pozna! roskoszy w iclkiego miasta; ale nam to nam, mój panic! nieodżałowana szkoda —
— Nieporównana szkoda; doda! drugi wojskowy.
— Wielka szkoda! rzeki bardzo ozięble Pan Walery.
— Tobie jak tobie, zawołał pierwszy, ale nam! cośmy tu tyle zrobili Ao/wsansóu>\ nam wypada tylko na nasz stau się uskarżać, kló-
i 9*
C )
ry clłwili na miejscu mc da posiedzieć!
— IN 2 trzeb? go było rami obierać, zci’-ha przebąknął Pan Walery.
— Jak nie obierać, kieily też Ijsi.ice w nim jest przyjemności!
To mć iąc wojskowy, poprawi szlify i akcclbanly, zabrząl nąl oslroganii, zanuci! piosnkę i przeglądnął się w lustrze.
Dumał: tj 111 czasem Walery, a wkrótce pożegnawszy towarzj st wo, obwinięty w płaszcz, szedł 1 J miastu. Malowały się zdalcka na zmierzchnćm niebie, kopułj i t.rzjże koIciołć w, rozległe gmachy i wyższe domy, dymiły się tysiące kominów, a nij śl wędrowca jak ten dym ulaty wala tu i ówdzie; już mijał most dzielący Pragę od Warszawy — szły III i ówdzie bryki kupieckie, ciągnął się rząd markitańskich powózek, wracali z largu okoliczni mieszkańcy i zcicha rozmawiającszly kobiety ze wsi, przedawszy co miały, ze starannie w węzełek uwiązanym groszem zarobkowym.
Spotykał się co chwila Pan Walery, to z chłopcem wesołym idącym po świeczkę do sklepu, to z drąźkarzein oczekującym przechodnia świszcząc narodową piosnkę, to z. próżniakiem jakim uciekającym od lejącego deszczu. Spieszyli nadzy pod ganki, głodni do restauratora, pragnący do winiarza, chorzy do doktorów, łakotni-
( 132 )
r
sic do cukierni, źydki do kotary, próżniacy do miękkiego łóżka, lichwiarze z bij.jceni sercem do kochanego złotka, celnicy przemyślni na rogal ki, rzemieślnicy do szyneczków, żołnierze na wartę, złodzieje na zwiady, studenci do granimatyk, inni lióg wie gdzie — a Pa» Walery wstępował na wscho-

KWATERA.
O jak szczęśliwy, kio w tém ustroniu, Dłuższe wieść będzie podziny! Lecz ja.... niestety! dalej moj koniu!
Szablon:TABODYNIEC.
Jeszcze daleko było do świtu, i błędne tylko po brukach posuwały się dorożki, lub okryty i drżący o<l chłodu szedł zatrudniony żydek, jeszcze zaledwie odezwała się harmonija żydowskich pantofli, a już s](ostrzegać się dawali żołnierze, yv tym dniu mający opuścić stolicę. Tc u niósł na sobie małą chudobę, ów prowadził powoduego konia, inny poświstując biegi kupić co na drogę, len znowu zegnał się ze znajoinemi — każdy się śpieszył, a mieszkańcy stolicy pogrążeni byli jeszcze we śnie głębokim. Po kilku godzinach tego zachodu, zgromadzony pułk, przy odgłosie muzyki, opuścił Warszawę. Długo jeszcze za nim ciągnęły się konie powodne, pojazdy, bryki, chorzy i iłuni maruderów — wszyscy żegnali stolicę; — niejeden ulaii pokręcając wąsa, długo spoglądał za siebie i szukał okiem dobrze mu znajomego okienka, które już nie prędko miał obaczyć. Smutny i bardzo smutny by 1 moment rozstania dla tych, których serca zostawały w stolicy, którzy przy wykii byli do jej życia i zabaw, lub rzucali drogie osoby.
Juź lylko zdalcka widać było połyskująco od wschodzącego słońca kopuły, krzyże i dachy, a jednak nie jedne oczy z westchnieniem zwracały się jeszcze ku lubej Warszawie. Nikły nakoniec z oczu ostatuic jej ślady, jednak w tę stronę mimowolnie natężał się wzrok jadących ułanów — taka jest moc nawyknienia; bo przywiązanie do miejsc, a często i do osób, jest tylko upartym nałogiem.
— Długo bardzo cieho siedziałem, przerwał mi mój przyjaciel, ale teraz pozwól zrobię uwagę, że twoja powieść mało ma intrygi, malujesz, ale zająć nie umiesz.
( ’56)
— Mamże przesiać czytać? zapytałem.
— Nie, bynajmniej — słucham cierpliwie do końca.
— Pokilko-dniowym marszu dano Panu Waleremn kwaterę w bardzo posępnem ustroniu.
Lada żołnierz nie potrafi od razu zwrócić na siebie uwagi — mój ułan dostawszy ciemny pokoik w kącie officyn, bez książek i towarzystwa nudne od dni kilku pędził godziny. Umiał on cenić tę laskę, że go przeeię we wsi nie postawiono, ale odosobnienie, znaczące trochę pogardy, mocno bolało jego duszę. Człowiek nieprzyzwyezajony do podobnych poniżeń, z wielką przykrością je znosi; ale nie zapędzam
( i57 )
sio dalej wteuwagi, gotowiby mnie posądzić’ o nadęlość i styl górny, a ja — wcale Longina nie czyiałcm, i jestem sobie prosty tylko opowiadjffcz.
Jednego popołudnia, wyglądał przez okno i mimo jesiennej pory, wpadło mu na myśl, iż przechadzka mogłaby go zabawie’ — Słyszałem, pomyślał sobie, iż tu ma być piękny ogród, przecież mi nie zabronią wejść do niego. — Skrzypnęła fórlka i Pan Walery wszedł do ogrodu —; pełno było opadłych liści, wiatr jesienny świszczał pomiędzy ogołoconemi gałęźmi, mgły pokryły niebo, a ta pora i widok zgadza |y się zupełnie ze stanem jego duszy, posępnym i smutnym.
I 9**
( ’58 )
Starożytne lipowe szpalery ciągnęły się wzdłuż ogrodu, na którego końcu widać l»\lo kanał, ml MI 1 las w głębi. Środkiem szła ulica ze starożytnych jodeł, posępne te drzewa, ciemną zielonością i smutnym szumem, wprawiały w głębokie dumania.
Nie. będę opisywał wszystkich szczegółów starożytnego ogrodu — ani pustelniczego domku, do którego prowadziła kręta, między wyniosłem! drzewy idąca ścieszka, ani ciemnych altan i ławeczek, ani pięknych widoków i innych szczegółów, ale pójdę z Walerym. Po długiem okrążaniu i przechadzce, wszedł na most stojący na kanale otoczonym olchami i minąwszy go
( >39 )
ujrzał wśród dwóch klombów, -mnóstwa ilrzcw starych i wysady zwłoskich topoli — okrągłą kaplicę. Krzyż na niej będący odbijał promień jcsicnncj^o^slońea, wychodzący z za ch 11111 rv, jednostajna panowała eichośći, wróbel tylko świergotał pod dachem, a liść zeschły szolcszczal pod nogą; usiadł Wałery na stopniaeli weliodowych, i w smutnych zatopił się myślach. INie wiem jak długo irwaloby to iliunanie, gdyby szelest odległy i głośna rozmowa, nie dały się słyszeć i nic zbliżały się coraz bardziej. Vvr paro minut przeszło kolo niego kilka kobiet; już go mijah — Długie salopy, cieple chustki i kapelusze okrywały je, a rozmowa na chwilę przerwana, zwolna wzraslai zaczęła; w łortce obróciła się jedna ku Waleremu, spojrzała — a 011 poznał — Julją.

KTO TO ZROZUMiE?
Isn;art«.) jodzie sol>ie tis nózie irysoKiom, furLi jrj |i>rlia przed nią z bystićni olieniriii’el uoznira. ch\irosu i drapiealwo Konic, A IMWfcJ |i»ni tilart zworKarni na limie; I’B41 jir wesele, idzie wuzcterznorr i /ur ida 1*1 ’.) wozie, i l bludllj ch l-O: I osr JKIDIII LL.
Szablon:TABJAS Kori’ R OWSKI.
t
Zmierzchało się — Pan Wagleer mijał (li z.u: n i niepcu hi m krokiem szereg pust\ch pokoi, sz.eiH zamyślony, a rysy twarzy iav. nie vi iilawa1 v slan das/y wzburzony.. Zapadłe o^z\, ogromne bi wi znod których ukradkiem wychoil/i ty śledzące wejrzenia, słowem, wszystko odkryć mogło, /e jego sumienie dręczyło go w tej“ hwili. Usiadł nakonicc przed stołem zarzuconym starym papierami i szpargałam.; w około stały okute skrzyneczki, obok mizerne ło ko, naprzeć iw pochylona k )moda z w i: z.fe n nad nią portretem Czesława, zarzucona butelkami pióznemi, kawałkami zerdzawi. łych zelastw, i innemi mało znaczncmi drobiazgami. Starzec się głęboko zanr. Jkł, ale częste tam i sam spojrzenia, poruszenia i niespokojność, myśleć nawet spokojnie mu nic daty. Zdaleka odezwało sic szybkie stąpanie, Wagleer zeskoczył z krzesła i stan;;ł oczekując przy chodnia;
skrzypnęły drzwi nakonicc, a mężczyzna średniego wzrostu, młody, z pogardą wyraźną w spojrzeniu — wszedł szybko do pokoju i stanął naprzeciw starca.
— Czcęo chcesz? zawołał ten ostatni, przyszedłeś może urągać się ze mnie?
— ]\ie urągać, stale odpowiedział nieznajomy, ale oznajmić mu, bo skrycie nie robić nie cheę — że gdy, jak mu wiadomo, przypadek tajemnicę mi odkrył, muszę ją natychmiast złożyć temu, którego najmocniej obchodzi.
Słuchał ze spnszczonemi oczyma Wagleer całej tej mowy, lecz gdy skończył młodzieniec, stary podI 10
niósł oczy, u niieflin.il si>z urażaniem i biorąc go za rckę |>< ’irow adził do stołu, pokazał papier jaki;, lecący i rzekł patrząc by stro na niego: — A o tenize zapomniałeś?
romięsza.ńe, boleść1, smutek, kolejno malować się zaczęły na twarzy młodego człowieka, a Wagleer zdawał się z jego przykrego położenia radować.
— No i cóż rzekł stary, zdaiemi się, że mogę zapobiedz temu, czcili n i grozisz, i ze będziesz łaskaw przyjąć warunl i, które podaję?
— Gdyby nie moja matka! przemówił nakoniec milczący i smutny nieznajemy, gdyby me to, żeś m ę wlasnein mojem mt-bczpiecze slweni do tego przymusił — ale
nie — podłość mię nigdy nie skazi! dodał z nową mocą.
— Nie nazywaj to podłością, że cię potrzeba zmusza do milczenia, bliźni jest drugim, ty wprzód o sobie musisz myśleć — ale, nie trać czasu, mów, mamże zedrzeć to pismo, lub na mocy jego wyzuć ciebie i twoją matkę —?
— Drzyj! rzekł zdobywszy się na ten wyraz młodzieniec, gdyby nie matka, gdyby nie to, że jej wszystko poświęcić muszę — pokazałbym, ii....
— Mamże zedrzeć, lub użyć? przerwał niespokojuie Wagleer.
— Drzyj, powtórzył młodzieniec, przyrzekam milczenie. — Zaledwie wyrzekł, papier rozleciał się na kawałki.
— Więc Zofja jest moją? zapytał polem.
— Tak — pamiętaj lylko na słowo —
Ach! jakżem ją drogą okupi], dodał pierwszy wychodząc powoli.
Wagleer chodził wielkim krokiem po pokoju, zastanawiał się, szedł znowu, spieszniej lub po wolniej, zdawało się, iż. mu coś dolegało — nie mógł krótkiej chwili pozostać spokojnie na miejscu, i jakby go paliła rzecz każda, klórą brał w ręce, rzucał ją niecierpliwie natychmiast. Zgarnął nareszcie rozrzucone papiery w kąt stołu — siadł, podparł się i mil-
ozał. Przytłumione i niewyraźne nic! wyrwało mu się z ust, i sani jakby przelękniony głosem, głucho rozchodzącym się j»o pokojach, porwał się, oglądając na wszystkie strony, ze stołka, i znowu szybko chod/ić zaczął po zarzuconej zdartym papierem podłodze. Wlepił oczy w pozostałe szczątki, podniósł kawałek, zgryzł go, zźul i porzucił. W tej chwili nieznajomy młodzieniec, stanął znów przed nim z miną zadumaną, a Wagleer cofnął się parę kroków zmięszany i w A bąknął niezrozumiale.
— Cięży ci to na sercu młodzieńcze? nieprawdaż? Kie zmuszałem cię do tego jednakże, rzecz już się odmienię nie może, pozostaje nam
1 JO*
tylko dotrzymać uczynionych przyrzeczeń, a Waćpan, dodał zimno, nie nudź mię więcej skargami — już się siało.
— Stało się! powtórzył z westchnieniem nieznajomy. COŚ NAKSZTAŁT ROZWIAZANIA.
Jarku, rzeki Kialto do niego, opowiedz no mu lę powieść, a zobaczysz jaki na nim skutek zrobi! Ho kogo prz)krości i niebezpieczeństwa nie zwyciężyły, len czasem od lada głów kilku pokonany zostanie. To iminiąc chytry Konuiiczyk, posadził na wygodnem krześle szpiega, dat inu dzban miodu, a Jacek powieść zacząt.
Dwou ZYGMUNTA III. Pow. Hist.
Może się podąsa trochę na mnie czytelnik, że znim sobie, jak z dzieckiem postępuję, i przenoszę co parę kart, to tu, to ówdzie; że nie opowiadam ciągle, ale zszywam kawałki; lecz nielepiejby innie uważał, gdybym mu szczegółowo i nudnie, bo jecłno za drugim chodzi, opisywał każdy krok Pana Walerego, więc jedno za drugie i kwita; zaczynam pisać dalej.
W przestronnej sali, oświeconej dwóma lampami stojącemi na siołach, następne osoby zgromadzone były. W zaciemnionym kącie siedział zadumany i oparty Pan Walery; nie daleko na kanapie Panna Julja przerzucała książkę, dalej dziwnem losu zrządzeniem, Panna Zofija i ów nieznajomy z poprzedzającego rozdziału jegomość żywą prowadzą rozmowę — Miody człowiek nie okazuje już na twarzy smutku i pomieszania, usmie-
( >7« )
olia się, jak gdyby odebrał brewe na Kardynała, a całuje tak nieustannie ręce Panny Zofii, jakby po raz ostatni w życiu j;$ widział. — Wałery podobniejszy do posągu, nic. do człowieka, nicporuszony, z zw ieszoną na piersi głową i rękoma na krzyż założonemi siedzi, jakby o nowej kruciacic zamyślał.
— Aeli! jakże długo czekać każe na siebie, zcicha rzekła Jul ja, chyba dziś może nic będzie.
— Przyjedzie niezawodnie, odpowiedział miody człowiek patrząc lia Zołiję.
— Wszakto już blisko pół do dziewiątej, odezwał się Pan Walery — i wtem turkot zajeżdżającego powozu i odgłos stąpania, wszystkie oczy ku drzwiom skierował — To on! szepnął Walery — i w tejże chwili wszedł służący niosąc herbatę.
— Kto tam przyjechał? zapylała Julja.
— Drwa przywieźli — spokojuie oddalając się odpowiedział służący i wyszedł. Długo bardzo po jego wyjściu nieprzerwane panowało milczenie, które brzęk filiżanek mięszal tylko niekiedy, aż się drzwi otworzyły, zbliżył się ktoś powoli, a gdy światło na twarz mu padło — poznano Wagleera. 3Va jego widok, Pan Walery jak gdyby usnuł zamiar jakiś; porywa się i wesoło bieży ku niemu.
Wagleer przeląkł się i Cofnął,
( — 73 )
widząc obccssem doń Liczącego wojskow ego, lecz młodzieniec tem się nie zraził, postąpił bliżej poufale i z udaną szczerością i wesołością głośno go powitał. — Kochanego stryja! jakże się Pan dobrodziej miewa, jak idą interessa?
— Pan Walery! zcicha udając uśmiech rzekł starzec, witam Pana — rad jestem....
— Nie wątpię, że mi rad jesteś, kochany stryju! i dla tego właśnie, pomówię tu z nim przyby łem, ale potem o tein — To kończąc odwrócił się od zmięszanego AVaglccra i poszedł do Julii, a slryjaszek szepnął cóś na ucho ruszając ramionami i pokazująe na Walerego — swej córce, która spuszczając w dół oczy, nic nie odpowiedziała. Humor starca był najgorszy, zdawał się zadumanym, niespokojnym, unikał synowca; a ten przeciwnie z nadzwyczajną wesołością ciągle przywiązywał się do niego i usiłował zawiązać rozmowę.
— Czegoźeś taki posępny stryjaszku! pytał go ciągle; a ten niewyrozuinialemi odpowiadał mu słowami, wymykając się, ile mógł tylko, od niego. Tak minął czas do wieczerzy, po której, gdy się kobiety oddaliły, Walery wziął za rękę starca i poprowadził go do drugiego pokoju, tam posadził go gwałtem prawie na kanapie przy sobie, i zaczął z nadzwyczajną szybkością, opowiadać różne swoje
( ’7* ) ’ przygody w podróży do Wioch; lyin jvienink icrn rozmowy uspokoił trochę stryj, który. się nawet niek»-dy odzywał z pytaniem, lub uwagą — Po/no sie robić zaczęło, a Pan Wagleer wstając z kanapy, rad/ił spać się położyć,
— Jeszcze tylko j:dne małe zdarzei. e! zawołał Walery, proszę chwilę posłuchać. W czasie bytności mojoj w Weneci, zdarzył oię tam następujący przypadek. Pewien o[ iekun, człek chytry i chciwy, w oddaleniu pupdla, pracował mocno nad zatrzymaniem sobie jego ma^atku.
— Moźebyśi iy lepiej spać poszli? odezwał się Wagleer.
— Ta powieść nie długa, rzekł
I 10**
Walery, proszę chwilę poshieliae’: nie mogąc, ów opiekun inaczej tego dokonać, sfałszował....
— Zle mi się zrobiło, rzekł znowu Wagleer, muszę wyjść na chwilę.
— Kończę natychmiast, szybko dodał synowiec, sfałszował tedy ogromny oblig, z nim wysłał jednego zc swoich wspólników.
— Nieprawda! krzyknął niemogąc się utrzymać Wagleer.
— Istotnie tak było, dodał zimno Walery — i odebrali majątek. Ale los, który bezkarnie niewinnych uciskać nie dozwala, wrzucił w ręce młodzieńcowi, ten oto kawałek papieru i wykrył mu zdradę. To mówiąc, dobył z puilarcsu l;st w Brewiarzu zuale: iony. ukazał go stryjowi.
— kłamstwo! pot warz! to nie ja pisałem! wrzasnął przerażony W agleer.
— A któż to mówi p spokojnie; przerwał Walery, tu jest podpis.
— Zdradzony jestem! dodał stryj rzucając sie na krzesło, a Pan Walery schował list do puilaresu, i
aczął chodzić po pokoju;
— Muszę moją pov ieść doko„QZY L;, rzekł polćm, niech się strylUbzek zatrzyma, dodał biorąc za rękę wj chodzące: a i wpatrując się w niego z krwią zimną — Pan jesteś oprekunem, ja jestem pupiliciii — proszę o zwróceni.’ majątku-
— Jakiego majątku:’:' rzekł poru-
( >78 )
szony i gwałtownie miotany niespokojnością starzec.
— Złym prawem zabranego, znowu powolnie i flegmatycznie, powiedział Walery, mam u siebie sfałszowany oblig z namowy Waćpana i kilka dowodów, które mi oczy otwierają. Nie gniewajmy się na siebie, panie stryju, dodał później, cudzego nie proszę — ale o swoje dopominać się powinienem.
XV.
Szablon:TABDZIEŃ W WARSZAWIE 1819.
po dźdzach idą pogody,
Po przeszkodach nailszcdl skutek!
KOKNEK tl. OllYSIEC.
— Wiłam, kochanego pana, rzek] jeden z przyjaciół Walerego, widząc go wchodzącego do siebie — znowu tedy przybyłeś do Warszawy?
— Na czas nie długi, odpowiedział pierwszy — staram się o dymissją.
( i8o )
— Żartujesz?
— Nie — istotnie, majątek który nie dawno odziedziczyłem, wymaga więcej wolnego czasu — rad jestem osiąśdź na wsi.
— Siadajżc laskawco, rzekł ów przyjaciel, spory zapewne objąłeś majątek, dodał pote’m.
— Otaxowano go do sześciu kroć.
— Przynieś nam wina, szepnął służącemu gospodarz.
— Jest przytem kilka kapitałów dość znacznych.
— Możebyś został u mnie na obiedzie? dodał podwajając grzeczności ów przyjaciel.
— Najchętniej, odpowiedział Walery i rozmowa ciągnęła się dalej, w której nie szęzędzono oświadczeń przyjaźni, gorących życzeń i wina. Po obiedzie wyszli razein, i z radością wyczytali na czerwonym afiszu napis ogromnymi literami — // ’udka Reduta; pod spodein zaś z uśmiechem znaleziono: Rocha Pumpcrnikla. Jedzmy na Wiejską kawę\ zawołali razem i wlej chwili posuwiste sauki wiozły już tam nowego dziedzica z przyjacielem. Mnóstwo osóh zgromadzonych było w tyin drewnianym i ciasnym domku, tak, że ściany trzaskać się zdawały od natłoku. Przy jednym stoliku siedział miody człowiek z okularami na nosie, w ręku jednym trzymając filiżankę kawy, a w drugim świeżo wyszły numer
o . »
Tygodnika Polskiego. Obok stał 1 ii
Otyły jakiś mężczyzna, modnie uul>rany z fajką w ustach, uśmiechając się na uwagi młodego człowieka. Dalej modniś nucąc francuzką piosnkę rozmaw iał, oparłszy się jedną ręką o murek, z młodą służącą poprawiającą drewka na kominie. Mnóstwo prócz tego mężczyzn w buchastych frakach, z trzeinkami lub parasolami w ręku, siedziało lub stało. Nie długo zwyczaj bawić się dozwalał w lem miejscu, ukazaw szy się tylko znajomym, trzeba było pośpieszać do miasta przez lipowe aleje. Sanki różnego kształtu i zaprzęgu przewoziły wesołe tłumy młodzików, w których rozmowie słychać było często powtarzane nazwania Fraskaty, Bagateli, i ogrodu Szuka.
I.83 )
Nadeszła piiita, wszyscy spieszą do U t U, iij Manazcij i iulj noblityszyck zwierząt, 1110 lak <Ila u i d/oma osobliwuśr.i, j.ik dla pokazania, że się nic (.uszcza żadnej zabawy lub widów.ska — /ląd nic odLita konieczność wola n-i Teatr przemian; tu karły i zręczne inaijonel!. dllu/cj cokolwiek publiczność zairy j mać uitiij j S, ale komzy się wystawa; n ic mając e/ciu czasu zapchiii, udać się trzeba na hawę pod A >pt iuszhu ni — 1 równy ścisk jak na IFu js/ucj, a żywsza rozmowa —
— Wiesz, mówi wąsaty inkis jegomość do sąsiada, Itrahina miała
liczną salopę, a i to now ulc. k.j.
— Niepodobna! je,.nleressa jak
I i84 )
najgorzc i Ją, pozawczora-j mą z jej pozyczyłwbanKu nie wielką sumine» cały jego majątek jest w zastawie.
— A jednak Hrabina mi<da nową salopę — Par’ duThon poklóc’ a się z mężem, slychai ©rozwodzie piOV’iada inny. ’
— Od dawna się na to zanosiło, bo jej niąz strasznie skąpy, chiche a fairc ptar\
— Rzecz rzadka, odezwał sic ktoś z kąta, aktorka nasza idzie za mąż!
— Zaklujesz! zawołało Kilka głosów razem.
— Niezawodnie! ex-laik jakiś ją bierze!
— ’Jiczna to będ:ie para! a śmi< chj i wrzawa zatlumiły resztę.
— Czas na teatr! odezwał się kt 4
i «8’ ) inny, i cala ciżba wy płynęła. Nowe widoki bawią lu ciekawe oko — loże napełnione wytwornic ubraiicmi kobietami, parter zasiany mężczyznami, paradyz wystaw u jący prawdziwe chaos, nowe ubiory i muzyka — Tam rosparla na krześle dama wielkiego tonu, rzuca wzrok pogardliwy na przytomnych; ówdzie trzpiot szepcze pochlebstwa ładnej, młodej mężatce, a gdzieindziej starzec znudzony oczekiwaniem, w krześle swoim sparlszy się na lasce, usypia — Między aktami rozchodzą się do bufetu widzowie, i przy szklance ponczu wesoło rozmaw iaj.j — Skończyła się sztuka, zapadła korlyna, ustały oklaski; trzaskanie drzwi w lożach i szmer wyI 11* chodzących słyszeć się dają, krzyżują się przed gankiem pojazdy, wołają o sanki, lalarniarze uwijają się szybko z migającym światełkiem; Walery z prz\jacielein jadą na Redutę. W nowym stroju ukazują się damy przybyłe z teatru, a przy sw ictle gęsto poustawiany ch świec, połyskują kamienic, muśiiiiY, drogie suknie i wdzięki zgromadzonych piękności — Ileż tuoczuśledzi wejrzenie kochanka lub kochanki, ile rąk ściska się nieznacznie w polskim tańcu! ile tu krytyk, złośliwych uwag, uszczypliwych żartów, gładkich pochlebstw i przyniówek — zliczyć nie można!
Iii je pierwsza, zaczynają drzemać muzycy, zwolna już tylko wodząc smyczkami, lub dmąc pocichu; ozdoby sali, Pani X.Y. Z. (mówiąc językiem algiebraistów), znikły — Tłum się rozrzedza, zajeźdzają pojazdy, śpieszą ostatnie przygotowane pochlebstwo wypalić niektórzy ich mość; ostatnie wejrzenie odbierają kochankowie szczęśliwi; orkiestra kończy grę piskiem przeraźliwym, i sale pustemi zostają.
Otóż to dzień przepędzony na wielkim świecie, dzień pełen roztargnienia, pełen mniemanej zabawy i dzień nakoniec, na którego samo wspomnienie, ja i czytelni“ cy moi ziewają.
UCZON* ENCYKLOPEDYSTA.
Poil stosem pism dawnych skurczeni siedzieli
Diiwachieni najeżeni, wjslepli, zżółknieli.
Szablon:TABKRASICKI.
— Co umiesz?
— Wszystko zgłębiłem, Całe świała nauki i ro/um wypiłem.
Vch, tu Klras/nic nitij bracie fllubisz być pijany!!
Szablon:TABDWAJ BRACIA, Kom.
— Dzicii dobry, kochany Mie — ezvslawie, rzeki Walery wchodząc do mieszkania znajomego mu młodzieńca, mocno do nauk przywiązanego.
— Przecież zawitałeś do mnie, kochany Panie, i wstąpiłeś na próg tej aula musarwn — nieskończenie ci wdzięczen jestem za twe odwiedziny, ale wybacz razem, że cię proszę siedzieć, a sani bilecik mały dokończę — To mówiąc usiadł, a Pan Walery obejrzał bacznie pokój, w którym siedział — Na wielkim stole kobiercem okrytym, rozrzuconych było kilkaset książek tu i ówdzie — La Hruverc zSofoklesem, Iłerodot z Walter-Scottem, Tucydydcs zFreretem, Milton spoczywał z księgą Węda; na gotyckim jiosLuinciicic leżał otwarły Szekspir, a tuż kolo niego świeżo wyszle listy o Hieroglifach; kamień z częścią Pcrsopolitańskiego napisu, okryty l)ył sporą kartą wystawującą Zodijak zprz\sionkn Tentira — P ’rwsze próby sztychów i druków nieruchomych, szczątki alfresł w starannie od muru odjętych, zdobiły ściany. Zepsuty i t urzem przysuty automat, opierał się na ułamkach posagów i kolumn; naczynia gliniane nakszlalt waz Etrusl.ich otaczały część le^o pokoju. Na oknie leżał sztylet szklanny sL:’ w, kindzał Turecki, i luk Tatarski. K„ięgi ró.„i jięzykowe. i fol.o stanowiły sporą warsztwę po kątach, opartą na zbiorze edycyi kieszonkowy ch — Próby Perskiego » Arabskiego pisma z&amskry Iskua obok alfabetem, leżały osobno na stoliczku. Kant z pudrową senty-
. ( >9’ ) mentalna i d’ Alambertcm leżał na obszernie rozłożonym zbiorze kamieni z napisami; na piecu zastanawiały ciekawe oko kopije monet, osobliwie wschodnich i mniemanych Hebrajskich. Przez drzwi zaś, nieco otwarte widać było w drugim pokoju, łó/ko oparte na sfinxach z sutemi draperjnmi, kopije posągów Laokona, Apolina 15clwederskiego i kilku nowszych; wgłębi okno gotyckie, a po ścianach chińskie lakierowane obrazy. Na stoliku koło łóżka stał model w ieży porcelanow ej, leżał szlafrok, długa fajka z cybukiem ze trzciny bambusowey i grecka czapeczka — Pan Mieczysław wprędęe ukończył bilecik i wstając z uśmiechem oświadczył, iż pokaże wszystkie osobliwości swego domu. Tu wysunąwszy kilka szuflad powyjmował ułamki starych rę.kopismów, kopiją staranną w Anglii robioną marmurów Arundela, czyli kroniki wyspy Paros, i tysiąc innych drobnostek, do których biblioman ów i antykwariusz, wielką przywiązywał wagę. Chodź, rzekł później, prowadząc dalej odurzoncgo mnóstwem Walerego, pokażę ci samą bibliotekę Angielską, to mówiąc z chlubą wskazał paki świeżo sprowadzone — To są moje skarby 1 zawołał namiętnie, dla nich życie, majątek i wszystko poświęcę!... Co za język ten Angielski!
— Mów chvba Literatura, przerwał gość skromnie, wiedząc o drazliwośt i panów uczonych.
— Ale i język jest piękny — oryginalny.
— Oryginalny? zapytał Walery, ja, jak słyszałem przyn ijnmiĄ“, mam go za n; jmiiiej oryginalny ze wszystkich, jest to zki< ra:iina<
— Good Cottl zawołał przera-1 źliwie pierwszy, co tez ty pleciesz! z resztą, dodał ciszej, takie jest moje zdanie and I the pi efer to the autres in the wclt linguages.
— Ni ero zumiem, pr/ebąknął Walery, po jakiemu to £
— Po Angielsku, odpov.eć’iał litując się uad jego uiewiadomo’, cia M.eczyslaw — Ale teraz CZUJ
Szablon:TABI II**
iść Ho chcmiozncgo gahmclu — ()tworz\ly się drzw i i snla napełniona mnóstv eni i ć — iych n*rxyń, okiyta [ ortrelami I.nuoisiego llumpi/iry Davy, Chaptala, lloppe i J.n Płaca ukazała się i„h oc/om. Ii u rlei, retorty, dzwony, słoje, słoiki iiapclmaly w dobr-i harmonii i zgodzie obszerne stoły; na pier, ku chemicznym sina.’ył się jakiś przy smaczek, a przed him osobliwsza stała figura. Laboralor z ogronmymi wystającymi i podobnymi do szklannych oczy ma, na cenkich nó..kach, wjblad’y, z najeżoną cznprjna z miką w ręku icr.nometrem, na przybycie gości tak straszną zrolni minę, ife Pan Walery o mało się nie colnąl i uie ucickl.
Gospodarz i Laboralor Eufemiusz Piroforus, opanowali go natychmiast i dobrą godzinę męczyli, dopóki mu wszystkich osobliwości gabinetu niepokazali — Kwasy, niedokwasy, uadkwasy, przekwasy, podkwasy, occiany, mclallc, półmclalle, soluiki i cały rcginient bzdurstw chemicznych, nasz gość obejrzeć musiał — Wszystkie noy\e wynalazki, machiny i zastosowania przeszły pod oczyma znudzonego widza, napojonego i krztuszącego się od licznych, nie zbyt przyjemnych wyziewów — Ledwie zląd wyszli, musiał znowu wysłuchać Walery dyssertaeii obszernej o językach, bo Pan Mieczysław, przy yyszyslkich innych na( ’96 )
ukach, uchodził lakże za lingwistę.
— O! wołał z zapaleni, jakiejze doznaję roskoszy, wymawiając tez same wyrazy, któremi do ludu mówili patryarchowie, tez same — któremi Moyżesz śpiewał pochwały Boga! — nieposiadam się z radością odczytując w oryginale ojca poetów, boskiego Homera! — Ale ale, czy widziałeś leż mój zielnik? ach! mój zielnik uwielbiają naturaliści, jest on ze znajomy ch mi najkompletniejszy i zajmuje prawie wszystkie rośliny u Persona wymienione. Spójrzyjże teraz, dodał po chwili, na próby malowidła — olo kopija, którą z Guereina zacząłem. Metr móy uwielbia ta-
leni cło rysunku jakim przyrodzenie miej obdarzy lo, bo leź prawda: tjtic la naturę ma tmilce en mere pussionćt\ Walery tymczasem, gdy w iclomówność gospodarza nicuslawala, dziwifcię miłości własnej lak wysoko posiuiiętéy — gdy wnel przerwał Mieczysław.
— Patrz, lę głowę Nerona niedawno zacząłem modelować z antyku — trudno zaiste ją dokładnie skopijować, ale czaplo ułatw i — Cóż mówisz na lo cudo flamandzkiej szkoły? — jest to oryginał Ten icrsa drogo uabyly — a propos śliczny zbiór szkiców młodszego Ycrncla posiadam — chciałbyś może jc widzieć, ale teraz są pożyczone. Patrz tylko chwilę ua len teleskop angicl-
( ’y8)
aŁitj roboty! co za dokładno; i co za sztuka!
Aiig^cy tjlko w moich oczach 5.-1 lud/m, a my — des be!es. iimcuiger du fuin\ w najmniejszej rzeczy 11 egodzi się nam lównać z niemi. Ale trochę się rozgadałem, Paine Walery, rzekł w końcu dobywa ja c zegarka, czas śpieszyć na sessijii naszą, w kt, i ej ja moi towarzysze rozbierać będ/iem ważne z Analityki twierdzenie — Bądź zdi w łaskawy Panie, dodał w strząsając go za rękę, na pierwszą dyssckciją, dosw iadczenie chemiczne, lub sessiją niezawodnie cię zaproszę — Polegaj na IUIIA
Szablon:TABSĄSIEDZI.
\V>aolcic s;ói*y i odziane lasy ł Jaku rad patrzę na was, a swe czasy Młodsze wspominani, które tu zostały, Kiedy na ntnlek człowiek maio dbały, — Udzieni potem nie byl? czegoui nie koszlow at 1
J. KOCHANOWSKI. A jeśli gwałtowne nirozy
Będą, a zinia się srozy; W cieplej izbie przy kominie Siedzę, duk^d ona minie.
ZBłMTOWSKI.
Temu, kto odziedzicza znaczny majątek, łatwo wszystko idzie — choć albowiem ludzie ciągle bają o bcziiileressowności, jedyną sprę1 12
źyn.*), ich czynności, stosunków, przyv. inzai.ia i ośw.adcztń s;j — pieniądze. Wszystko zmierza tlo ich nabycia, chociaż est równica między tym, co ceni pieniędzc, dla pieniędzy, a tym, który się stara ich naby ć, dla uprzyjemnili, la 1 oslodzenia sobie /vc.a.
Pan Walery łatwo za wstawieniem się przyjaciół otrzymał tlynnssiją, i porzucił Waiszawę, dla swój*.; Powijów\i. Li.;zne plany zamiar, snuły mu się po glov. le, bo Wrzoy zyczy sobie upięknit siedbsko, w i torćin ma życic przepędzić. W miastach ccni;| tyle tylko ludzi, Ic ich pomocy „pol rzt-bu ją, na « si zaś tile, i’c ich lowaiz\stM o ucz. ni nam moze przyjemności.
(201 )
Pierwszem staraniem Pana Walerego było, obejrzeć sąsiadów, bo jak powiada arabskie przysłowie, trzeba się przed nabyciem domu, o sąsiedzie uwiadomić, a przed drogą poznać towarzysza ); lak też liczy nil nowy dziedzic, bo pierwszem jego staraniem, po urządzeniu domu, było poznać sąsiadów.
Dom Pana Fysznickiego herbu Dudy, był pierwszym w sąsiedztwie, a opoiial nawet znać już było charakter Pana, po malowanych stajniach i stodołach, wysokim palacu 7. kolumnadą gipsami, fonlairiic bijącej na dziedzińcu. Su* knia Ai lekiua mc miała na sobie tylu rozlicznych kolorów, co ów palae, na którym cale bogactwa sztuki mięszania barw, hojnie rozsypane były. Nie mówię zresztą, ani o marmurowych schodach, a.ń o zaszczytnym hei bie, nad drzv, iarr wymalowanym, z sowitą ilo śeią lasek marszałkowskich, infuł, pałaszów, herbów, krzeseł, buław, buzdyganów t. d.; ani nareszcie o licznych portretach w sieniach wiszących, przodków Herbu Dudy. Wewnętrzne urządzę. e pałacu, z całą pychą i bogactwem, staroźytnón. i dzibicjszćm, nie wielkie dawało wyobrażenie o g„scie Puiia domu. Nic brakło na bibliotece po antenatach odziedziczonej v Której wszy alko zle i dobre się mieściło-, trzyma! także PauPy^zliicki Herbu Dudy wszystkie gazety ivy chod/;jee, chociaż ich lilgdy nie czy tal, miał wszystkie nowe nntfcflf Jiy, które bezuzYiecznie dla pokazania l-.lko gościom pokupowal, mnóstwo termornelrów i barometrów w siało wszędzie na pokaz, zbiór medalów drogo kupiony leżni zawsze na wydaliłem miejscu, a mnóstwo drogi„h i r/ad ich fraszek napełni: ło pokoje, do magazy iiOYy liiz. do mieszkania podobni;jszc.
W pobliskim od tego doinie Stolnika Bogackiego, szc.-ątki stai o-pol1 12*
skicj zaohow y wal) sic prostoty. Jegomość f’li<> /ii po polsku, Ło?ił v;)s i podgalał czuprynę-, Jejmość w krochmalnym kornecie, i spodlili v w kwiaty, trudniJa gospodarstwem; paricnl j uczyły się czytać, pisać i rachow ać, ale nie znały fortepianu, ani gitary. Dom ten był gościnny’, ale nic wesoły, j nialo kto mieszał spokojność ięji gospodarstwa i zabaw ilicw.i nyiii. Zamk’ii\’ci w szczupl,,n ohi ehie swego domu, jedni w drugich św iat cały mieli, a jedyneiK staraniem całej rod»-iny, było — wzajemnie się uszczęsliw la’;,
Stary kawaler Pan Wicchęiiii.ki po Jitch najbliższy m był s^iadeni, odstręczony od świaja, którego sanie 1, 1 Lo znal przykrości, jedyną znajdował pi zyjeiiin„sć, okrywaćwszyatkich śmiesznością, i lotne p«« iększać, a nowe na nich wymyślać przy wary. Unikano go w towarzystwie, lękano sic odwiedzin, słowem charakter tego człowieka, na któren więcej okoliczności, jak natura wpływała, był za niebez]>i;czny uważany. W jego domu nav et lękano go się, dla niezmierne) dpHŹJiwośći, bo me nieznacząca omyłka, w gniew długi i nicprzeJłlagan wprowadzić mogła. Jedne lylkoksiąz.ki rozryv.aly sniutiie myśli, i widywano nawet jego sat\ryczno^ J zuueiii ijącij sic w lagodność, po przeczytaniu książki w t\m rodzaju napisanej. W ogólności, chociaż charakter jego ciągiem smutnych wypadków nabrał skłonności do melancholii i satyry, z przyrodzenia jednak nosił cechę takiej giętkości, iżchw iłowym zmianom podlegał, za najmniejszą pobudką; a każda książka na dni parę odmieniała jego charakter — uważano, że po prreczytaniu filozofii Kanta, a raczej metafizyki, omało w Jeb sobie nie strzelił — zapewne z przyczyny, i/, nic nic rozumiał.
Baron — hądka bawił także w bliskości, i starał się osiągnąć picr( 2°7 )
wszciistwo przed Pysznickim. Przepych grstowny panował w jego domu; Baron zagorzały angielszczyzny przyjaciel, wszystko mi d angMsk.e. i — ’.onę nawet. Do swoich ogrodów, do fabryk i zakładów cudzoziemców używał. Mieszkanie,,ego wytworne napełnione było mnóstwem sług i dw oraków, miedzy ktérer.ii dwie trzecie części było zagranicznych ludzi. Umysł Barona ciągłego potrzebował zajęcia i ruchu; nowe coraz plany, zamiary, budowle, fabryki kręciły sin w jego głowie jj ka::dy rok nowe za sobą pociągał we wszystkićm odmiany i nowe tworzył gusta. Do tego nieustannego zajęcia łączyła się cheć popisywania, a uajwiększym jogo nieprzyjacielem był ten, który go nie chwalił. Za śmiertelny grzcch uważał, gdy się kto poważył zbijać jego zdanie, a żadna siła nigdy na nim nie wymogła, odstąpienia od zdań swoich. Żona jego skazana na wieczne potakiwanie, była mu bardzo ulubioną, z powoju swego powolnego charakteru, a dzieci w niesłychanej utrzymywał karności.
Dom jego był pełen etykielahicj gościnności, a codzienne prawie odwiedziny, wcale go nie mieszały, bo miał zwyczaj udawać zajętego, ale się nigdy niczćin nie zajmował szczerze.
Najszczcgóliiiejszyin jednak z są( 2™) )
siadów był Tan Pszonka, potomek owego sławnego prawodawcy Babińskiego, ponury iilozof i matematyk.
Szczególne postępowanie i charakter tego człowieka, ściągał oczy wszystkich — mało mów ił, nie pokazywał się w towarzystwie, dni cale przepędzał między lilozoliją i matematyką w swoim gabinecie-, nie wtrącał się do gospodarstwa, i wszystkie starania i rząd domu, żonie oddawał. Onn bawiła gości, czuwała nad majątkiem, prawowała się, a samemu jegomości kupowała tylko książki i narzędzia. Zatopiony w głębokiej nauce, jak drugi Archimedes napisał na drzwiach
C2, 0 )
swoich: Noli twbarc, i spokojnie pod lem godłem pracował, usla miał zawsze zamknięte, i wtedy tylko je otwierał, kiedy nieodzowna wymagała potrzeba. Zdawało się, że serce jego przez ciąg lych suchych zatrudnień, zostało pozbawione wszelkich u czuć mu wrodzonych, jedno tylko miał przywiązanie — do swej nauki, i na jej obronę długo zamknięte otwierał usta, cicmncmi dowodami zacność jej i pierwszeństwo okazując. Nic było innego sposobu wybadaeodeń słowa, jak zaczepiwszy matematykę, lub fdozofiją; wiedy ze sianu niemoty, przechodził do nieznośnej gadatliwości i nie prędzej ustawał, aż wszystkie wyczerpał dowody.
(»«)
Ale porzuciwszy zresztą sąsiadów, czas ’.chyui towarzyszył Patiu W [dereniu na wi/\te tlo Pana

Antoniego dawuego przyja cła. Pozwolą tu czytelnicy, skreśl n ii lulka obrazów osób, które tani zastał-

RÓŻNE OBRAZY.
Muzo! tobie ta chwata była zostawiona, Opisz tych licznych gości siroje i imiona! W lej we mnie zapal, jakim Homer bj 1 przejęty-
Gdy ciągiem stare greków wyliczał okręty.
ZACHAIIEE, tt. Wyszkowski.
Na środku długiej kanapy spoczywała zacna Pani Stolnikowa. Okrywała ją czarna taftowa suknia z budami, pono jeszcze wy prawna, miała czarną z koronek iirabantskich chustkę, na głowie perłami sadzony grzebień, a w ręku starodawny wachlarzyk z wyobrażeniem czulej jakiejś pary. Ta Pani kładła skarżąc się na ból głowy, rękę lia czoło, żeby błysnąć pierścieniami, w klóre suche jej palce oprawione były. Obok mieściła się wdowa po Księciu N., spozierając wzrokiem niechęlnymna sąsiadkę. Ubiór jej był zupełnie modny, usznurowana i wymuskana, wysławiała z pod krótkiej sukni maleńką i zgrabną nóżkę. Uśmiech jej był szydzący i przymuszony, wzrok niedbały i powolny, a ułożenie tak wyrachowane i wyszukane, że się bala poruszyć, ażeby go nie zepsuć.
Pani Podskarbina siedziała zdrugicj strony Sloluikowej, ledwie mogąc wytrzymać na swojem miejscu, kręciła się ciągle, oczu nawet przez chwilę nn jednym przedmiocie nie zatrzymała, usta jej cierpiały wiele, iż choć na chwilę zamknąć się musiały, a co minutę potok wyrazów płynął do uszu sąsiadki. Znano ją w calem sąsiedztwie z nadzwyczajnej intcrcssowuości o długich, czyli plotkarstwa; zbierała rozliczne wzorki, puszczała dziwotwornc pogłoski, nie jedną już poróżniła familją, nie jodną parę pokłóciła, ale po tych dow odach gorliwości, silniej jeszcze częstokroć okazywała co może.
Na miękkim taborecie ze spuszczoną głową i omdlałym wzrokiem siedziała hrabianka Olesia, tak ją nazywano w sąsiedztwie, na jej twarzy melancholijna jakaś siuę-
tność się malowała, znak oczvw isty czułego serca. Czarno była ubrana, a wonny (i jolko w bukiecik więdną! przy jej boku — Obraz niewinności i szczęścia nie mógłby być od niej piękniejszym — czarne oczv, włosy ciemne, usta różane, i słodycz jakaś w obejściu i mowie, czymłaprzyjcimiiejszą ją jcszczc.
Musiała w ówczas myśleć o jakim bohaterze romansu, bo się zdawała mocno swemi myślami zajętą, a jej oczy wlepione były w ziemię. Hićdna istota! może nic potrafiła znalcśe drugiego scrca, któreby jej uczuciom odpowiadać umiało!
Za nią obszerne zajmowała miejsce Cześuikowa, jak powiadają, Wcndeuska, antyk w swoim rodząju, okiyta crcmno-szafircmą aksamitną suknią, w białych trzewiach, duzei ióltcj chustce. i cz« pku z zielonen. wsyjźltjp. Woreczek jej zszyty z trójkątny ch sztuczek rożnych nialcryj i mocno wypchany, leżał na kolanach. Cć ka jej Pauna 1’etronella, wyprostowana i ściśnięta, v» jasno zielonej mery nobowej sukni zponsowymi falbanami obok siedziała, trzymając niepospolitej wielkości parasolik.
Za hrabnią z drugiej strony siedziała panna tyłkoco wzięta z klasztoru, bojn/iiwa i nieśmiała, liiipodnosząca nawet oczu, źi.I>v sie jej spojrzenie w drodze z obećm jakiem niespotkalo; bawiła się woreczkiem i końcem chustlu
( )
PaniTrzpiotalska i jej piesek następowali polem — oboje byli bardzo niespokojni, piesek za każdym szczekał, Pani zaś jego śmiała się, rostmawiała głośniej od wszystkich, i głuszyła drugich, chcąc swego lubego Koko uspokoić.
Panna Julja zamykała szereg kobiet, a stryjenka chodziła tu i ówdzie po pokoju, z radośnem obliczem solcnizantkii
Mężczyźni bawili się w drugim końcu pokoju — Pan Skarbnik siedział nad małym stolikiem posuwając zwolna pionki na szachownicy, a ksiądz Pleban uśmiechając się spozierał na przeciwnika — Oba milczeli; niekiedy tylko wyrazy, mat, szach, laufer, królowa, z ust
I i3
się im jakby mimowolnie wvmykały.
Cztery osoby obok zajęte były grą w karty, Pan Stolnik w sutym polskim stroju, pociągając wąsa dawał lub zabijał; hrabia Drop, w świeżym stroju; we (’raku buchastym, którego poły wąziuchno się u stóp schod/ily; z chustką wysoko podwiązaną i szpilką brylantową; z karbowanym gorsem, sterczącym z pod brody; zolbrzymicmi dewizkami, które kazałv się domyślać złotego repelijera; z s7erokiemi spodniami i bólami na wysokich obcasach; hrabia Drop, podziwicnie młodzieży, grał, ale nudzić sic zdawał, długiemi namysłami wspólników swoich.
( 2I9 )
Trzecim przy tym stoliku był Pan Podskarbi; suchy, z żółtą twarzą, z nastrzępionym i siwym włosem; w liontuszu tabaczkowym i zupanie złocistego koloni. Ogieii panował w jego oczach i sprzeczać sit; zdawał z jego postawą powolną i malomównością. Cześnik był czwartym — długa opięta kapota jasno zielona, zachodziła do pięt, chustkę na szyi mial małą, ale za to pstrokata od tabaki, na pół łokcia z kieszeni wyglądała; siedział zaś bardzo delikatnie na krześle, dla tego, jaksię zdawało, aby mógł prędzej wstać, gdy tego okoliczność wymagać będzie. Nadstawiał 011 ciągle ucha, ezv do niego klonie mówi — a za kazdem słowem, zrywał się ze stoika i obarczał grzecznościami bezmiary i końca. Kilka prócz tego osób przechadzał o się po pokojach, a między niemi, staruszek Pan „Łyksza, z czerw oniuchnyni nosem, wesołą miną, z wyłysiałą głową, na cienkich nóżkach dźwigających brzuch spory; chodził upatrując kieliszka i butelki.
W tym tedy stanie byli wszyscy, gdy wszedł Pan Walery. Julja, Antoni, stryjenka i pleban szczerze go przywitali; reszta osób, z rozmaitemi minami i poruszeniami: Pani Stolnikowa grzecznym ukłonem, wdowa po Księciu dwuznacznym uśmiechcin, Pani Podskarbim zaczęła szepty, PannaPelro( )
nella dvgnęla a la motle, Paru Trzpiołalska [>uścila z nóg pieska, ktorv nowo-przybylcgo obiegł, a l-eszta, jak kto mógł.

\1X.
ROZMOWA.
Siądizez mojo rj bcnko, rybenieczko rzadka,
Klejnocie mojej duszy, da usiądźżez proszę —
Będzieui słodką rozmową płodzili i, kosze.
FllEDRO.
— Czjzlo można liyło, rzekła Panna Julja do Walerego, na tak długi czas, o nas zapomnieć?
— Tyle sit; zalrudnit ń razcin na m’)j.) głowę zwaliło, odpowiedz..al,;e pomi no LZCZCIej chęci, odwicdzić łaskawych na mnie państwa nie mogłem.
— O, nie mówże mi Pan tego, przerwała pierwsza, wszystko można dokonać, przy dobrej chęci! ale widać, żeś Pan naprzód dla Warszawy, potem dla Powijówki zapomniał o nas. To mówiąc z uśmicchcm obejrzała się w kolo.
— Nicch mi Pani wierzy, rzekł zinięszany gość do pięknej sąsiadki, żem nigdy nie zapomniał o osobach, tak dla mnie łaskawych — ale inleressa obarczały mię bez przerwy, lak, że pomimo kilkakrolncgo postanowienia, nie mogłem dopełnić najgorętszego niego żj czenia.
— Ale ale — Panna Zofiju zasyla Panu u lei 011 v; spodziewam się, że sks/aleś o jej zamęzciu.
— Słyszałem, zcicha odpowiedział Walery.
Slieznie jej w czepku, i do tej pory bardzo szczęśliwa. Wspominała mi o Pańskiein spotkaniu na drodze do Lublina, a wiem zkąd in;jd, dodała z uśmiechem, żeś się Pan ni;j dosyć zajmował.
Psie mógł w swojej głowic znałeść odpowiedzi Pan Walery, ani leż Julja jej oczekiwała, bo natychmiast mówiła dalej.
— Mąż jej ma Pana w łych dniach odwiedzić.
— Bardzo mu będę wdzięczny — Jakże Pani przepędziła zapusty?
— Wybornie! była lu Zosia; wic-
Je gości mieliśmy w oslalni wtorek, Lu wiliśmy się do północy, a Panie to nie byłeś w Warszawie po zapustach?
— Nie, nie byłem, odpowiedział krótko Walery, próżno na dłuższą siląc się odpowiedź.
— Pan zapewne tęskni po Warszawie.
— O, nic wcale; trudno w mojem przekonaniu tęsknic po wielkićm mieście, ja sto razy wieś wolę.
— I ja także, rzekła Jul ja. Tysiąc przyjemności wiejskich, całe miasta uciechy nagrodzie nie mogą. Natręty, nudne zabawy, wielkie wieczory, bale, są to rzeczy, które mnie zając nie umieją.
— I nmi’. tak/c, dla tego tez. nudziłem sic w Warszawie.
— Dobrze lak Panu; nie trzeba było zapominać’ o przyjaciołach; Myłeś Pan za to ukarali, dodała z uśiiiiee licm.
— Zkąd/e lo dziś tułaj tyle gości?
— Dziś przecie imieniny sti jenki.
— Zupełnie buem o lem zapomniał, szczęściem ednak, na sam dzień przyjechałem. Ja! ze się Pani ulubione l.wialy mają
— Wjbonre, popraw iliśmy teraz 01 an,.c.ją — dostałam nowych, pięknych roślin od 11 iszego do! ora — A Pan musiałeś przywieść zai.ewnc uicirało Rsiąźclt.
( )
— Bez nich niulnoby było na wsi — przywiozłem, i państwu tcź niemi będę się mógł przysłużyć.
— Bardzo będziemy wdzięczni — gdy to mówiła, drzwi przeciwne otwarły się z trzaskiem, a mężczyzna jakiś, średniego wzrostu i wieku, w długim surducie z pierścionkami na wszystkich palcach, z czubem, i książką w kieszeni, wszedł do pokoju, zbliżył się do rozmawiających-, a będąc już tylko o dwa kroki, postrzegłszy zajęte miejsce przy gospodyni, zakręcił się i oddalił.
— Cóż to za figura? rzekł śmiech wstrzymując Pan Walery.
— Tonowy nasz sąsiad, uczony litwin Alcxy Mruczkajło! nicznony pedant, zaślepiony miłością własną, a przylein bardzo ograu i-’ czony. Udaje 011 filozofa i criu.Uia, a kto wie cz.y lfrtwmie znaczenie tycJi wj razów!
— „Wyborny obraz! zcieha zawołał Pan Walery wpatrując sie w niego.
— Otóż znowu ku nam >d ric, to go Pan poznasz lepiej.
W rzeczy samej powolnym krokiem zbliżał SIP Pan Alesy iusiadlszy obok Walerego, potarłszy czoło, zapytał? — Pan ze wsi, czy z miasta?
— Ze ’wsi.
— Pan czytuje?
— C/Tsem.
— Pan ksiązli kupuje?
(. 229 )
— Niekiedy.
— A jakie? zapytał z malującą sic na twarzy radością literat, i Wytrzeszczywszy oczy szukał odpowiedzi w spojrzeniu.
— Rozmaite, rzekł Walery uśmiechając się nieznacznie, filozoficzne uaprzyklad.
— Umliu! rzekł kiwnąwszy głową uczony, rozumiem, a nie masz Pan czasem, dodał wpatrując się w ocźy z miną zarozumiałą, tautologicznych, etymologicznych, Jilantropicznych, politechnicznych, hermcncutycznych i niektórych innych?
— Aiie rozumiem, odpowiedział Walery.
— Pan nie rozumie? aha! to ja
I i3**
rozumiem, Pan takich książek nie czytuje-, a stare księgi Pali czyta?
— Jak wypadnie, rzeki pierwszy.
— Złe teraz czasy’ nie znają się na dobrem, starych ksiąg nie czytają, filologija i antropologija, jako też sjragi.styka upadają! to mówiąc westchnął głęboko, i patrzył w oczy znowu, usiłując w nich wyczytać podziwicnie nad swoją erudycją; ale widząc, że milczący i ledwie od śmiechu mogący się utrzymać przeciwnik, nic nie mówi westchnął, i sam tak dalej rzecz prowadził:
— Czasy bczecnc! prawdziwej nauki i z Dyńgenesową nie znajdziesz latarnią; a nieuków jak mrówek! Doli na to serce bezstronnym ludziom, ale cóż? trzeba cierpieć; a rozum własny ukrywać, aby go na pośmiew isko nie wystawiać, i ja tak czynię!
— To bardzo sprawiedliwie!
— Ja mój Panic! naprzykład, mówił wziąwszy Walerego za guzik,
* O O ’
ja nocy nie dośpię, oczy straciłem, głowę suszę, a tu nikt na mnie i nie spojrzy! czy nie rospaczie na to bierze? tylko sam Pan powiedz?
— Ilospacz, tak, rospacz!
— Trzeba żebyś też Pan wiedział, £c napisałem rosprawę: o Cieplicach Rzymskich^ mam wrękopiśmie przełożony Słownik Hebrajski.... tego-... ach, bodaj go! tego.... zapomniałem tylko czyj, ale zaręczam, że ogromny! foljal straszny!
— Tu dużo Pa 11, jak widzę, napisałeś.
—?INie na leni koniec — zatrudniam się teraz dzieleni waźuciii: o Klepsydrach, ich użytku, kształcie, sposobie używania etc., i w icle już, lio podobno arkuszy z i oście napisałem, jednej mi tylko rzeczy brakuje, że nio widziałem nigdy
Klepsydry!
— To mniejsza!
— Tak! i ja to powiadam, że
mniejsza Pan Walery chciał:
odchodzić. — Chwilę jeszcze zaczekaj, szanowny Panie! czy nie weźmiesz biletu na Cieplicei Będzie to książka in 4lo5 °d iBo stron, na Berlińskim papierze, z rycinami — Czy Pan weźmie bilet?
— Wezmę, wezmę, spiesznie rzeki Walery wymykając się od niego.
— Chwała Bogu! rzeki literat i posunął się dalej.

CESIA.
Pnstéreczkn moja młoda, Cu za wdzięk, co za uroda! W liicl»ej od śniegu sukience, Sierp na ramieniu, kosz w ręce. ).ecz idzie zwolna, nie śpiewa, Melanchulijiiy obłoczek 1’rzjgas/u wdzięki jej oczek!
Szablon:TABKOKNEH tl. ODYNIEC.
Jeszczp trochę cierpliwości, kochani czyteluicy! chwila tylko, a będziecie mogli porzucić czytanie. Pozwólcie mi jeszcze kilka skreślić obrazów, a ja potem pozwolę wam mówić na umie, co się podoba, sądzić, jak się wajy będzie zda w a( 23J )
]o, ganić, fukać, złorzeczyć, bylebyście cierpliwie przeczytali do końca.
Nie ma podobno nic lepszego, jak życie wiejskie, człowiek jest w swoim domu, panem swej woli, zatrudnień; nie krępuje go etykieta, żyje według siebie, wolno mu płakać i śmiać się kiedy zechce, mówić lub milczeć, słowem tak postępować jak sobie życzy.
Zaledwie wstanie, wyborna kawa go oczekuje, służący pytają o roskazy, jedzie, idzie, lub w domu zostaje, według swej woli. Starania o gospodarstwie zabezpieczają go od nudy; ciągłe nadzieje i widoki na przyszłość, utrzymują uniYsł jego w niepewności i zawie-
’ I i4 szenin, cz\li raczej w riirlm i zajęciu, nieodbicie do naszego szczęścia potrzchnćm. Wolny czas od zatrudnień można na wsi poświęcić tej zabawie, która nam się milszą zdaje od innych: polowanie, rybolowstwo, książki it\lc innych u< iech, których wyszczególnić nie podobna, są mu dane do wyboru. Ozdoba swego mieszkania, rozszerzanie i upięknienic ogrodu i okolicy nieznacznie czas mu zabiera, i w tvchto zatrudnieniach niewinnych, życie upływa powoli, jednostajnie, bez tych głuszących przyjemności wielkiego świata, które duszę czczością po sobie napełniają. A w końcu człowiek umiera.
Nie jeden tedy umiera, czytclnicv! ale to jeszcze nie mój Pan Walerv, bo ten żyje, i wcale tak prędko na tamten świat wybrać się liie m» ś!i.
Jednego dnia w lecie wyszedł nowy dziedzic do ogrodu z książką w ręku, zadumał się, postępował bez celu, i mijał już leszczynowy gaik bliski swego mieszkania, gdy ujrzał wysmukłej postaci dziewczę szybko przemykające się między krzakami.
— Coś ty za jedna:’ zapytał.
— Jestem córka ogrodnika; odpowiedziała Cesia i pobiegła dalej; a Pan Walery stał na miejscu, długo rozważając, jak córka ogrodnika mogła mieć lak ładne oczy, usta, twarzyczkę, i uśmiech tak wdzięczny. Nic było w tem jednak nic tak bardzo osobliwego; dziewczyna była ładna, ale czyż na piękność ma być kontrybucja?
Pierwszy raz tego dnia uczuł Pan Waleryr, ten brak w domu, który mu Cesia przypomniała, i zaczął myśleć — ostanie małżeńskim. Nie bardzobym ubawił czytelników, gdybym wymienił wszystkie za i przeciw, które się snuły w jego głowie — nie mogę jednak całkowicie tych rozmyślań pominąć.
— Póki nie mam żony i rodziny, myślał Walery, póty jestem wolny, póty czynności moje kieruję tylko tam, gdzie mi się podoba; gdy się ożenię będę musiał mniej więcej ulegać, będę musiał już nie
( *39 )
o siebie samego, ale o kilka drogieli mi osób szczęście się starać. Ale znowu pozostać na przestronnym świecie samemu jednemu, nie mieć nikogo, ktoby smutek podzielił, ktoby szczęścia kosztował razem, nie zostawić przy śmierci ani jednej duszy, któraby za nami Izę niezinj śloiiij wylaia, dozwolić nakouiec uwiędnąć sercu, stworzonemu do tkliwvch uczuć, dostrzegać bezprzesiannie brak jakiś drugiej duszy i istoty mogącej dzielić uczucia, tak siluie żądające podział u: jest to przykro i bardzo przykro.
Po tej uyvadze przyszła na myśl Waleicmu młoda jaka, roztrzepana, rozrzutna, zalotna i wicU-zua 1 14*
( 24o )
zona; a serce odezwało się mimowolnie: zachowaj nas Panic!
Lecz, gdy na miejscu tego obrazu, niewinna, słodka, chętnie własne pośw ięeająca przyjemności dla uszczęśliwienia drugich, cicha i pobożna przyszła mu na myśl kobieta, serce rzekło: trzeba się żenić!
Krótko trwało to omamienie, wszystkie sztuczne ułożenia zmyślona i pozorna dobroć, chwilowa łagodność, słowem: obłuda i pokrycie swych skłonności, będące zasadą dzisiejszego modnego wychowania, przyszły ukryć wdzięczezny obraz tkliwej i łagodnej małżonki — oburzyło się serce Pana
Walerego, drzwi się otwarły i Pan Niechętnicki wszedł do pokoju.
— Przyjechałem do Pana, rzekł zaraz, dla rozweselenia się, skryta melancholija dręczy mię w domu.
— Bardzo będę szczęśliwy, jeśli ją rozproszyć potrafię.
— No! to już l jegomość widzę zdobywasz się na komplcmenta — ale oświadczam, że się bez nich przy mnie obejść można; nadto znam ich szczerość pospolitą, abym im wierzył. Nie wiesz jeszcze inój Panie, boś młody, jak nieszczerymi są ludzie, lubią się ukrywać, aby łatwiej szkodzić mogli.
— Zupełnie temu wierzę, bo inię nauczyło doświadczenie.
— Więc zgoda między nami, kiedy się nasze zdania zgadzają-, aie całkiem jeszcze mam głowę nabitą przeklętym Panem Słopką. co to za szaeliraj, to nie masz wyobrażenia!
— Zkądźe to?
— Ztąd, że mi już ciągiem klekczenicm o nim głowę mało nie zbito — a on sam tak sobie ze mną postąpił, iż u ierzyć teraz muszę wszystkim pogłoskom. Przeklęty szaeliraj! wyciął mi najpiękniejszy kawałek lasu, i teraz ofiaruje się kupić folwark, na którego gruncie zrobił szkodę! przeklęty szaeliraj!
— Nie pierwsza to jego sztuczka.
— O! ja ich nazbierałem z pól kopy na usługi, i przez szlachetną zemstę opowiadam jego historją z lakierni szczegółami każdemu, że
moja prawdomówność obrazićby go bardziej niż pocieszyć mogła. Człowiek poczciwy lubi i ceni prawdę, bo mu ta złego wyrządzić nie może; a podły ów sknera, garnący tylko pieniądze, dla zaspokojenia nienasyconej żądzy, lęka się światła dziennego, a od prawdy, jak od straszydła ucieka. PrzcŁlęty szachraj!
< — Masz Pan zupełną słuszność.
— Bardziej się o tem jeszcze przekonasz, gdy ci jego bistorją opowiem. Wystaw sobie, że wyszedł z niczego, i początkowo służył za chłopca; ale przyrodzenie dało mu więcej niż majątek, bomu dało pewne i nieomylne sposoby jego nabycia.
Miedziane czoło, podłość, sknerstwo, przebiegłość, pochlebstwo; oto sprężyny, które działały z nim razem. Z pierwszych kilkudziesięciu złotych, małym handclkicm dorobił się kilkuset, z tych wprędce obrotny Slopka kilka tysięcy utworzyćpotrafił, wziął w dzierżawę folwarczek, a wiat parę kupił go. Od tej pory szczęście towarzyszyć mu zaczęło, a śmiałość go nie opuszczała: darł chłopów, pożyczał na lichwę, wybierał cztery razy podatek, żydkowie dostarczali mu pomysłów, a Slopka był wykonawcą — i w lat kilka wieś dokupił. Sąsiedzi zaczęli go szanować i oddawać mu wizyty, a przemyślny jegomość śmiał się w duchii, że się jego pieniądzom, a nie jemu kłaniano-, ale go lo mało obchodziło, bo dbał tylko o powiększenie majątku. Kto się siara a szczerze, ku> poczciwość ma za nic, nie pyta o sposób, byleby dostać to czego żąda; Pan Slopka do lat 35, zebrał ogromny majątek, ale nie przestał na tem, gorliwość jego nie miała granic — Nie było handlu, któreuby go przynętą zysku nie złudził; przeklęty szachraj robił papier, sukno, płótno i mozeby był został nawet garncarzem, gdyby w tym stanic przewidywał korzyść dla swojej kieszeni.
Nie wspominam już Panu jego proccssów, bo ich niesłuszność biła w oczy całemu światu; — ale
czegoź nie zrobią pieniądze? gdyby cale prawa Pana Slopki polegały tylko na chętce posiadania cudzej własności, podłością i wtem dokonałby zamiarów. Przeklęty szachraj! tyle nabroiwszy jeszcze mi wyciął mój najpiękniejszy kawał lasu. Niech mu tego Pan Bóg nie pamięta! Przeklęty szachraj!!

BI.ISKO DO KOjŚCA.
Poitrzeglszy wstrzymała kroloi, Sinieeli na uslarli, Iza na oku, Twarz jej rata, Ogniem pała,
Chce coś mowie lecz nieśmiała, I jara się strasznie zapton.it.
KOHNKII, U. Odyniec.
— Dokądze to idziesz moja miła?
— Do domu.
— A zkąd wracasz?
— Z ogrodu; narwałam sobie kwiatów, za pozwoleniem Pańskie m, wszak się Pan nie będzie guiewał?
I i/, **
— O nie! moja kochana, tobie wolno zrywać co ci się podoba.
— A czemuż, to mnie tvlko?
— Czemu? czemu.,., bo.... bo ja ci pozwalam.
— A czemuż Pan komu innemu nie pozwala?
— Bo koęo innejro nie lubię.
o o 1
— To mnie Pan lubi?! wolne żarty Pańskie, mnie matka mówiła, że to niebezpiecznie, kiedy Panowie nas lubią. Więc kiedy mnie Pan lubi, to ja muszę uciekać.
— Czekaj, czekaj! czegóż uciekasz odemnie?
— Bo Pan mnie lubi.
— A jak uie będę lubił?
— To znowu ucieknę.
— Czemu?
( 9 )
— Ho Panu będzie nieprzyjemnie zostać z tym, Logo Pan nic lubi.
— Filut z ciebie Ccsio; kiedy się ze mną nieehcesz zostać, to ja pójdę z tobą.
— Pan? do nas?
— A czemuż nie — chodź tylko, pogadamy przez drogę.
— O czemźc ja będę z Panem rozmawiać, kiedy ja nic nie umiem.
— Osobie, rozmawiaj — otnaprzyklad, powiedz mi wiele masz lal?
— Szesnasty zaczęłam w przeszlym miesiącu.
— Co w domu robisz?
— Pomagam malec w gospodarstwie, czytani —
— A zkądze masz książki?
— U niego ojca jest ich pełen kufer — Otóż letly, mówiłam Panu, ze czytam, Lo ja bardzo lubię czytać, choc czasem i burę od ojca dostanę; potem śpiewam, szyję, prasuję — alboz lo u mnie mało roboty? ho! ho! ja rzadki moment spróżnuję.
— Nie myśliszze iść za mąż?
— Ja? ot przyznam się Panu, że mając tyle lej roboty nagłowię, auł razu o tein nie pomyślałam. Za mąż? — prawda że to ludzie idą za mąż, ale mnie to jeszcze do głowy iiicprzyszlo — w przyszłą niedzielę, kiedy da Pan Bóg doczekać, jak nie będę miała roboty, to już muszę jaki kwadrans o tém pomyśleć; ale ja się zagadałam, a my ju£ i przed domem.
Gdy to kończyła, Pan Walery wszedł do starego Macieja, o którym słów parę powiem.
Człowiek ten był z rzędu zubożałej szlachty, licznie po Polsce rozsypanej, która będąc zmuszona szukać służby, nie pochlebia panom, robi swoją powinność i wzdycha do wyższego stanu, do którego zrodzoną się mniema.
Takim był i Pan Maciej — nieposzlakowana cechowała go poczciwość, przywiązany był do rodziny Walerego, jak stary sługa; ale miał jedną wadę — że każdemu bez wyjątku lubił prawdę czystą powiedzieć i trochę pogderać, jak to starzy umieją.
Domek jego w końcu ogrodu, otoczony leszczyną, bzem i kaliną, był bardzo czysty i porządny. Scieszka posypana piaskiem, prowadziła do niego, a na pierwsze wejrzenie, zadziwiał porządek i czystość — dwie rzeczy rzadko łączące się z ubóstwem. Grace, grabie, motyki, rydle, okna od inspektów i szklarni, dawały się widzieć w sieniach; w pierwszej zaś izbie schnące nasiona, stół czysto zmvty, kilka krzeseł, i mnóstwo kopersztychów, między klóremi obok S. Marcina i Pana Jezusa figurował straszny Król Pruski. Przez otwarte zaś drzwi widać było w alkierzu porozwieszany rząd sukien, osadzisty kapelusz świąteczny z małym brzegiem, laskę odświęlną z wytartym lakierem, czapkę z uszami, stary pałasz i inne graty. Stary Maciej widząc Pana w swoim domku niezmiernie się cieszył, Madejowa wydobyła dawno nietknięty obrusik, zasłała go l zastawiła przed swoim panem to, Co było najlepszego w domu: świeżą śmietanę, podpłomyki i kurczę. Stary ogrodnik tymczasem gderał i gawędził, rozszerzając się nad ulubionym sobie Panem Starostą, Vi którego młode lata przepędził.
— Lepsze to były czasy! mówił z westchnieniem, ludziom i panom lepiej było. Co sejmik bywało, to się człek upił miodem, najadł do woli, i do kieszeni jeszcze co schował — a dziś nikt o nas nie dba.
I 13
Nieboszczyk Pan Starosta, Panic świeć nad duszą jego, wielki był Pan, a dobrze się z ludznń obchodził, to leż niy go i dziś jeszcze wspominamy!!
Gdy to mówił starzec, Pan Walery zabierał sic do wyjścia, pożegna! tych dobrych ludzi, iścicszką znowu wracał zamyślony do domu. Ptaszki świergoczące w leszcz) nic, dzięcioł jednostajnie kujący drzewo, szelest listków poruszanych wiatrem i oddalony odgłos szumiących wodnych młynów, cichość tylko przerywał. W kilka chwil dały się słyszeć kroki czyjeś w oddaleniu — była to Ccs>a z chustką w ręku, którą Pan Walery u Macieja zapomniał.
OTOZ I KOMEC.
Szczęśliwość się kryje w cieniu, Itliżej człeka, niż rozumie lNitlział tc£o co życzeniu, ’Łz, lozje granice umie.
ISlKMCtWlCZ.
Zdziwi czytelnika zapewne, gdy mu powiem, że to co czytał w przeszłym rozdziale, kończy całą powieść — tymczasem tak jest w istocie, bo ja więcej nic o Panu Walerym powiedzieć nie mogę.
Nic wiem wcale, co się z nim działo przez lat pięć, czy się oźe-
nit, czy chorował, czy się kochał, słowem nic a nic; opowiem tylko to, com się 6am później dowiedział, i opiszę tu jeszcze na ostatku to, co się ściąga do poprzedniej mojej powieści.
W samą wigilją Bożego Narodzenia, przejeżdżałem zmrokiem, około porządnego dworu, z którego okieu widać Było światło; a z pobliskiej kuchni zziębłemu podróżnemu w nos zalatywały przygotowywanych potraw zapachy. Słychać było drzwi stukanie i wołania służących; n po tych zachodach domyśliłem się, iż tu obchodzono wigilją jeszcze po staropolsku.
( ^7 )
Gdym się lak przypatrywał, dziwna myśl przyszła mi do głowy, krzyknąłem na woźnicę: zawracaj do dworu! i wjechałem na dziedziniec.
Udałem obłąkanego podróżnego, nieświadomego drogi, a gdym pytał gospodarza o jego nazwisko, usłyszalem i dowiedziałem się, że tohy! Pan Walery! Nigdy łrwing znalazłszy pudełko od tytuniu i filiżankę wspominaną przezSIiakespcara, tak się nic mógł ucieszyć, jak ja, znalazłszy żyw ego, zdrowego, wesołego i żonatego — bohatera mojej powiastki.
Rył albowiem Pan Walery żonatym; a o mało od zmysłów nic odszedłem, gdy swoją żonę imie1 i5*
niem: Cesio! zawołał. Była lo młoila jeszcze kobieta, przyjemna blondynka, z ramiami, wesolij twarzyczką i śliczncmi niebieskiemi oczyma. Trzymała ona za rękę pilnie przypatrującego się mnie chłopczyka, i na większe jeszcze moje podziwienic, bardzo piękną francuzczyziią mówiła do męża. Nie mogłem sobie pomieścić tego w głowie i sam siebie pytałem: czyż to ta sama Cesia?
Tymczasem oznajmił mi uprzejmy gospodarz, iż koniom odejść kazał do stajni, i prosił, abym u niego dzisiejszy wieczór zabawił.
Zezwoliłem na to bardzo chętnie, żeby się lepiej oałemu domowi przypatrzyć; a gdy rozmawiam z Panem Walerym — glos fortepianu słyszeć się daje. Nowe podziwienic dla mnie, Cesia tak płynnie, tak ładnie gra na fortepianie? Onaz to, czy nie ona? pytałem znowu sam siebie, i pełen domysłów, czekałem wyświecenia moich wątpliwości. Coraz przybywało gości, a między niemi poznałem Pana Nicchętnickiego z satyrycznym uśmiechem na ustach, przechadzającego się z rękoma w kieszeniach po pokoju. Ksiądz Reformat zastępujący miejsce Kapelana, rozmawiał z jejmością, dziwiąc mnie swoim zalotnym układem i zapachami, kiórcnii habit jego był zlany. Nie było to jednak nic dziwnego, bo jakem się później dowiedział, wielu bardzo księży, chwili bez czytania romansów zeierpicc nic raogą, a w rękawach ukryte miewają czule listy!!
Zbliżała się jednak godzina wieczerzy, i udaliśmy się wszyscy do sali jadalnej, ozdobionej długim rzędem portretów. Zupa migdałowa i barszczyk z uszkami, wyziewały przyjemną parę — podano do złamania opłatki, przy których życzyliśmy sobie wzajemnie długiego życia i pomyślności. Ksiądz Kapelan pobłogosławił — usiedliśmy do siołu. Przypatryvalcmsięmimowolnicdlugiej struch, i z radością ujrzałem siano pod obrusem; lecz, gdy oczy podniosłem, ujrzałem nowoprzybyłą oso-
( *6. )
bę — była lo Pani Madejowa, którą Pan Walery matką nazywał — Więc to ona! pomyślałem sobie, to ta skromna Cesia!
Ojciec Kapelan jadł tymczasem piwo z miodem, a nam zwykłe roznoszono potrawy: okuń, szczupak po żydowsku, łamańce z makiem, gruszki, kasza perłowa z makowem mlekiem i różne inne przysmaki, kolejno następowały. Mnogość potraw nie tyle dziwiła, ile rozmowa samej Pani, z której łatwo poznałem, ze i literatura obcą jej nie była.
Wciągiem zdumieniu przeszedł mi wieczór bardzo mile — a spać
się liładąc jeszcze i rozmyślając nad gościnności;) gospodarza, a uprzejmością gospodyni, powtarzałem: — Onźe to, czy nie on — ona, czy nie oua?

ODEZWA
DO MOJEJ KSIĄ7.ECZKI.
It^ilźcii-i łaskawi! jam pracy dokończył.
Szablon:TABKKASICKI.
Nic mogę puścić cię na świat szeroki, mała moja książeczko! poki ci nie dam błogosławieństwa i przestrogi. Wychodzisz na morze rozhukane literackiego świata, na którym tyle podobnych lobie, przy samem urodzeniu życie straciło; wychodzisz w odmęt miljona ksiąg rozmailyeh, a wychodzisz, ażeby krótką, maleńką chwilę pożyć, i zniknąć! Ileż to zawad, przykrości, ile udręczeń wycierpieć będziesz musiała! ach, nacóź wyrywasz się odcmnic niala książeczko. Na moim stoliku tak ci było spokojnie! Czasem tylko przyjaciel jaki wziął cię do ręki; a dziś — tylu nieprzyjaciół znaleść się może na ciebie.
W podróży twojej, po nieznanym jeszcze ci świecie, pamiętaj ustępować z drogi Klassycznytn Autorom, a strzeż się ich pudru, muszek i suchej otaczającej ich atmosfery — abyś się nie zaraziła. Kie radzę ci także bratać się ze slarcmi rękopismami i zbutwiałymi ióljalami: dla ciebie niestosowne towarzystwo tych ichmościów, są to pedanci, a twój wesoły charakter, niezgodny z ponurem ich obliczem. Z romantykami tak/e zaklinam cię, abyś się nie wdawała, ich lep, na klóry łapią zręcznie, mógłby i ciebie zwieść niedoświadczoną i młodą.
Zdała omijaj grammatykow z surową postawą, są to bicze, na takie jak ty utwory; wojna z niemi długa i nudna, bo nie wstępnym bojem, nie wycieńczeniem i usypianiem zmuszają do poddania się przeciwników.
Strzedz się także należy nierozsądnych fars, i tragedyi we czterech aktach prozą, jestto pewien rodzaj opium, szkodliwy dlazmy1 iu**
słów: chociaż z przystojnemi komedyjkami znajomość, wcalebyci mc zawadziła.
Ulotne poezje, jeśli wesołe, mogą być przypuszczone do twego towarzystwa; ale smętne, ponure, jęczące, a, co razem chodzi, usypiające — na nic ei się nie zdadzą.
Gdyby ci się przyszło spotkać, o czćrn wątpię, z obszernym, poważnym poematem, trzeba mu się pięknie ukłonie, tylko nisko, bo ci ichniość wiele bardzo rozumieją o sobie.
Historja, jak wiesz, daleka twoja krewna, ale dumna ze swego rodu; bo się od jakiegoś greckiego

(267 )
foljalu wywodzi; może zechce wziąć cię pod swoją obronę, sama jej się jeduak z lem nic nabijaj. Ma ona teraz i tak dosyć biedy z lilio g i ćmi krewnymi, którzy ją obsiedli i cały podobno przemarnują majątek — są lo powieści historyczne, kuzynowie twoi, ale wielkie trzpioty. Nielitośeiwie obdzierają oni babkę swoją liislorją, z najlepszy ch jej kapitałów, a ta, choć dumna, nie wiem czemu pozwala im sobie grać na nosie. Zacna ta wdowa, choć trochę kokietka, wiele ei dopomodz może, ale sama się nie nabijaj, jak ci to już mówiłem, żeby cię ze wzgardą nieodepchnęła — Zresztą wybór towarzjstwa zostawiani własnemu twemu rozeznaniu;
a przestrogi te tylko jnko przywiązany ciałem ci ojciec — teraz zaś, kiedy się lak wyrywasz — idź w świat niebogo!!
KONIEC PIEIIWSZEJ POWIEŚCI. Do Rozdziału FIL (Rok 1724).
Zofljn 7. Sicniawskich Denlioffowa, której tu opisaliśmy wencie, z wymienionej ł-nięgi; poszlu po śmierci Stanisława Denhoffii y.n Alexondra Augusta Czarloryjskiego Wojewodę Ruskiego, i pierwsza około roku 1730 zaczęta zdobić, dzisiaj tak stawne ’/ piękności Puławy.
W ślin! tego czarownego miejsca, niedaleko od Łachy, ze trzech stron drzewami otoczony, wzniesiony jest na niatym wzgórku, sarkofag z białego iiinrninru kolo którego stoji) zwykle dwa Cyprysy; i nosi na sobie następujący napis:
*I.F.XANDHO. AUGUSTO. CZAHTOHYSKI. F.T MAUlAE. SIENIAVlAE. PAKENTIBUS. CARISSIMUS. ADAMUS. CZARTORYSKI F. ET 1SAliELLA. I’LEMING. CONJUG. POsUEKUNT-UT0UO11UM. IiENliFlCllS. FIIULMUR. I\. EOS 1UETATIS. ET. CR ATI. ANlMI. MO\UME>TUM. AfUD. roSTEUOS. EXSTAUET.

JIK1273
JIK1273
*’) Ol). Krulkn Innotacja Sejmów fW h<aw i Onnl, thk/e Klekcii i koroiiiiiii — HnlUzain nu 1’ulaz.iii Pu.aSKic^o. 17-10. fol. arkusz lil>2.