Dyskusja indeksu:Giovanni Boccaccio - Dekameron

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Gionanni Boccaccio
DEKAMERON pełne wydanie stu opowieści przełożył z włoskiego, komentarzami i posłowiem opatrzył dr. EDWARD BOYE słowo wstępne KORNELA MAKUSZYŃSKIEGO ilustracje MAJI BEREZOWSKIEJ
W AR S Z A W A
NAKŁADEM BIBLJOTEKI ARCYDZIEŁ LITERATURY 19 3 0
Odbito w
Drukarni Współczesnej Warszawa Szpitalna 10 ***** 33 1 ““?BNJ
V/?0£)0 1, 338.6 H3
Kilka słów na marginesie przekładu*)
W epoce Reja i Kochanowskiego przekładano u nas gorliwie niektóre z nowel Boccacia; w wieku XVII nietylko nie wyszły one z obiegu, ale pojawiały się w coraz to nowem ujęciu. Jednakże na przekład „Dekameronu“, znanego już w XV stuleciu w Anglji, Francji i Niemczech, zdobyła się literatura polska dopiero pod kondec XIX w. W roku 1874 pojawiło się we Lwowie tłumaczenie Władysława Ordona. Ponieważ przekład ten, dokonany według słów tłumacza, z oryginału włoskiego, cieszył się względnie dobrą opinją nietylko wśród publiczności ale i w kołach literackich, więc muszę mu poświęcić kilka słów, rozwiewając niestety złudzenia, co do jego wierności i wartości artystycznej. Brak w nim wstępu autora; t. zjw. „Iiitroduzione“, poświęcona opisowi zarazy we Florencji, sprowadzona jest do połowy, tak zresztą, jak i wprowadzenia do poszczególnych nowel. Te dowolności rzucają się w oczy, już przy pobieżnej konfrontacji z oryginałem; gorsza rzeaz jednak, że tłumacz prawie każde zdanie Boccacia opisywał swemi słowami, ujmując lub dodając samowolnie całe ustępy. Za przykład, jeden z wielu, niech posłuży ustęp z noweli crwartej (Dzień pierwszy):...„Opat, przyglądający się jej z pod oka, zadziwiony pięknością dziewczyny, poruszył się jej łzami i przechodząc z oburzenia do litości, nie miał siły najbrniejszego wyrzutu jej uczynić. Djabeł zawsze czatuje na mnicha i z tego słabości skorzystawszy, popędy cielesne w nim wzbudzić usiło-wał“... i t. d. Tego w oryginale wcale niema! Podobne przykłady moglibyśmy mnożyć w nieskończoność. Język przekładu przedstawia się jak, vbigos hultaj * ) Studjum o życiu i dziełach Boccaccia p. t. „U świtu Renesansu“ znajdzie czytelnik przy końcu ostatniego zeszytu, jako posłowie tłumacza.
XIII aki“, gdzie obok słów z szesnastego wieku spotykamy: „alternatywy41, „reflek-sje“, „biboszów11, „ibiusty11, rjbdustonosze, „temperatury14, „sofy11 i tak bez końca. W przedmowie swojej pisał Ordon, że „język posiada krój stary, ponieważ ten odpowiadał najdokładniej ’klasycznej budowie stylu Bokacjusza, a także szczere i jędrne zwroty Górnickich i Kochanowskich lepiej się nadawały do drażliwych miejsc oryginału, aniżeli wstydliwe i pełne grymasów słówka współczesnej mo-wy“... ale niestety ów krój nie okazał się jednolitym i dlatego też dzieło sprawia dzisiaj wrażenie starego surduta, który chce gwałtem uchodzić za modny frak.
Na dobro Ordona zapisać trzeba, że on pierwszy „targnął się“ na przekład „Dekameronu11, nde starając suę przyteim łagodzić i oczyszczać ustępów drażliwych. W epoce bufiastych rękawów była to śmiałość nielada. Boccaoio musiał się wówczas wydawać prawie Aretinem! Tłumacz zdawał sobie dobrze sprawę, że publikację jego powita okrzyk oburzenia i zgrozy i dlatego pytał melancholijnie: „Wieczyste oskarżenia niemorailności i zgorszenia, ulubiona i kokieteryjna piosenka Tartuffów i dewotek! I czemuż to przypisać te powtarzające się za każdą nową edycją groźne i nieprzyjazne objawy?11
Chociaż Ordon nie sprostał wcale pierwowzorowi w przymiotach swojej formy, to jednak przekład jego można podciągnąć pod nazwę literackiego. Gdyby żył dzisiaj, to nie wątpię, że mógłby się ubiegać o nagrodę PENClubu. Na tle powszechnego niechlujstwa językowego tłumaczów i twórców, nawet „Dekameron11 Boccacia — Ordona wydaje się „rara avis“.
Partaczem natomiast, i to partaazem zupełnym, okazał siię niejaki prof. Paweł Chmielowski, który przetłumaczył „Dekameron11 na zamówienie wydawnictwa „Italia11 (1923 r.) Śmieć ten, uchodzący za dzieło Boccacia w mniemaniu naiwnych odbiorców literatury koszykowej, urąga najprymitywniejszym wymaganiom przyzwoitości artystycznej. Z szczęśliwych wyrażeń znanego italjanisty, posiłkującego się zresztą często pracą Ordona, zanotujemy tu jedno....„I nikt o tem nawet węchu nie zachwycił!41 (mowa o pewnym klasztorze, gdzie przychodziły na świat małe mniszęta). Miejmy nadzieję, że żaden z wybredniejszych czytelników nie będzie również „chciał zachwycać węchu11 o dziele pana profesora!
Gdy w Niemczech, prawie co rok wychodzi „Dekameron11 w coraz to innej, luksusowej szacie, z ilustracjami Bayrosa lub reprodukcjami sztychów rokokowych, u nas istniały dotąd tylko dwa wydania, stojące poniżej wszelkiej krytyki. Tak naprzykład „Dekameron11 nakładem „Italji11, upstrzony straaznemi ilu-stiacjami i drukowany okropnym drukiem na podłym papierze, przeznaczony został odrazu dla rynsztoków, do których Boccacio miał u nas zbyt wielkie szczęście. Okrzyczany za [pornografa, stał się dobrym żerem dla wydawniczych „Tausendkiinstlerów44 i dostawców literatury brukowej. Arcydzieło romansu średniow iecznego wprowadzono do towarzystwa „Barbary Ubryk44, „Chorób sekTetnych“ i „Samogwałtu u mężczyzn i kobiet44. Niechże wydanie niniejsze będzie choćby częściową spłatą długu, zaciągniętego w Polsce wobec pamięci wielkiego Florentczyka!
Styl i język Boccacia do najłatwiejszych nie należy. Jego okres jest jak kizywa linja, która się wije, kręci i gmatwa, zatracając się wreszcie gdzieś na manowcach, wraz ze swemi nawrotami, urywanym wątkiem i łataniną. Zdania czynią wrażenie fałd tuniki klasycznej, pełnej okazałości i dostojeństwa. Plau-tus treści połączył się z Cyceronem formy, scholastyk ubrał się w modne szaty, a jednocześnie martwy mechanizm łaciny ożywił się dzięki imaginacji, będącej w tym wypadku teatrem życia — można więc mówić równie dobrze o retoryce, logice i zamaskowanych sylogizmach, przy których na sen się zbiera, jak i o jedynym w swoim rodzaju organizmie żywym, o potężnej, niestarzejącej się nigdy „vis comica“ średniowiecznego arcydzieła. Gdy formę oderwiemy od treści i traktować ją poczniemy, jako sztuczne, w pocie czoła wypracowane narzędzie, przemówi do nas bezpośrednio śmiech i komizm, czyli to, co najważniejsze. Forma i styl, tak związane z autorem i jego wiekiem, że naśladownictwo ich jest prawic niemożliwe, sprawiają na nas dzisiaj czasami wirażenie czegoś irytująco niezdarnego. Trzeba jednak pamiętać, że Boccacio tworzył dopiero język literacki z tego surowego materjału, który mu pozostawił w spadku nieznany autor „Cento novelle antiche“. Pod tym względem podohny jest do naszego Reja. Gzyż do autora „Zwierciadła44 może mieć ktoś pretensję za to, że nie pisał tak gładko, jak Krasicki?
Tłumacz musiał się borykać z okresami cycerońskiemi, zajmującemi połowę albo i więcej strony. Nieraz, gdy się zdawało, że się już szczęśliwie do kropki dociąga, nagle gdzieś z boku wyłaziło jeszcze jedno przeklęte zdanie podrzędne, niszcząc za jednym zamachem całą koronkową robotę. Gdyby dać wierną kopję tych dłużyzn, polski przekład „Dekameronu44 mógłby stanowić lekturę interesującą tylko dla filologów. Dlatego też zrezygnowałełn odrazu z niewolnictwa składniowego, rozczłonkowywując i nicując niemiłosiernie każdy z tych zawiłych i ciągnących się w nieskończoność okresów; jednakże skrótów nie przeprowadzałem żadnych, nawet tam, gdzie Boccacio wpada w sztuczną retorykę i po moralizatorek u ględzi. „Dekameron44 tyle razy już „przyprawia-
XV no“, „skracano“ i „oczyszczano1*, że nareszcie należy mu się raz przekład pełny. Język przekładu jest zlekka archaizowany, oczywiście odpowiednik trze<ba było wybrać późniejszy, nastawiony raczej na wiek XVI — XVII. Trudno było sięgać przecie do „Kazań Świętokrzyskich“ i Janka z Czarnkowa! Co się tyczy t. zw. ustępów nieprzyzwoitych, to tłumacz ich nie okrawał ani nie zamazywał, nie chcąc pozbawiać czytelnika prawdziwych klejnotów dowcipu. Tłumaczyłem według tekstu: „II Deoamerone“ di Messer Giovanmi Boccacio. Riecontrato ooi migliori testd e postillato da Piętro Fanfand. (Fdrenze. Felice Le Mon ni er 1857 r.).
TŁUMACZ
Warszawa, 1930 r.
Zaczyna się księga „Dekameronw której zawiera się sto nowel, opowiedzianych przez siedem białogłów i trzech młodzieńców.
WSTĘP
Ludzka to rzecz współczucie dla nieszczęśliwych; jeśli jest ono każdemu właściwe, to tembardziej winno być znane człekowi, co sam litości potrzebując, od drugich jej doznawał. Należę do liczby tych, którzy w potrzebie przyjaźni się nurzają i uczucie to wielce sobie cenią. Od najwcześniejszych lat mojej młodości, szlachetną i wzniosłą miłością jestem ożywiony. Zważywszy na moją niską kondycję, nieprzystoi mi, być może, nawet o mych afektach opowiadać, aliści za pewne to kładę, że każdy skromny człek, do którego ta opoicieść dotrze, pochwali mnie i rozgrzeszy. Wiele srogiego bólu miłość ta mi spraniła; przyczyną jego było jednakoż nie okrucieństwo miłowanej damy, lecz zbytni ogień mojej duszy, trawionej rozwiązłym appetitem. Żądze te nie pozwalały mi się konten-tować tem, co posiadałem i przyczyniały mi więcej boleści, niżby należało. Wpośród tych wiełkich cierpień, biesiady z jednym z moich przyjaciół i pociechy, od niego doznaicane, były dla mnie wsporem, bez którego bólu megobym przeżyć nie mógł. Jednakoż według niezmiennego prawa, ustanowionego Tym, Kto sam jest nieskończony, każda ziemska sprawa koniec swój mieć musi; tak się też stało z moją, nazbyt płomienną namiętnością, której ani zdrowy rozsądek ani myśł o czekających na mnie niebezpieczeństwach i sromie, przełamać i zwyciężyć nie mogły; dopiero wszechmocna siła czasu powoli ją przytłumiała, tak iż dzisiaj ostało po niej jeno uczucie ukontentowania, znane każdemu, komu obcy jest azard puszczania się na burzliwe namiętności odmęty. Ciężko mi było na duszy, aliści ból minął i ostały mi się tylko mile wspomnienia.
XVII
Boleść sczezła, lecz do grobowej deski trwać będzie pamięć o dobrodziejstwach, okazanych mi przez tych, co dla litości, odczuwanej dla mnie, mojem cierpieniem cierpieli. Niema, według mego zdania, szlachetniejszego uczucia, niżli uczucie wdzięczności. Zasługuje ono na najwyższą pochwałę, przeciwnie wcale do odwrotnego uczucia, godnego jeno wzgardy. Wdzięcznością powodowany, chciałbym w miarę sil moich wzamian za to, co otrzymałem, teraz, gdy już swobodny jestem, pewne ulżenie sprawić, jeśli już nie tym, co mi dobrodziejstw okazywali i którzy, być może, usług mych nie potrzebują, to przynajmniej tym, co się w tem nurzają. A chocia moja pomoc i wspór niewiełkiemi by się okazały, wszakoż, zgodnie z swem mniemaniem, winienem je nieść tam, gdzie się na nie czeka i gdzie przez to lepiej ocenione będą i większą korzyść przyniosą. Któż zaprzeczyć może, że z taką pociechą obracać się należy do pięknych dam, którym bardziej, niżli mężczyznom, jest ona potrzebna? Jeno one, strachając się i wstydząc, w swej delikatnej piersi płomienlie miłosne skrywają.
O ile ów skryty płomień silniejszy jest od jawnego, wiedzą o tem ludzie, co go doanali. Posłuszne woli i rozkazaniu ojców, matek, braci i mężów, oale dnie w zamknionych komnatach na próżnowaniu trawią. Chcąc, czy nie chcąc, o wielu rzeczach myśleć muszą, a przecie myśli te nie zawsze wesołemi się okazać mogą. Niejednokrotnie próżne pragnienia do ciężkiej melankolji damy te przywodzą; jeśli się jej miłą rozmową nie rozproszy, w ciężkie strapienie może się latwie przemienić.
Nie trudno się przekonać, że u mężczyzn, którzy miłują, to się nie zdarza; gdy ich bowiem melankolja i przykre myśli ogarną, dość mają na to środków, aby się rozweselić. Mogą pójść gdzie chcą, uslyszyć i obaczyć to, na co chęć mają, polować, ryby łowić, jeździć konno, grze lub handlowi się oddawać. Każde z tych zajęć może umysł zająć i choćby na czas pewien smutne myśli rozproszyć; później przyjdzie pociecha i boleść sczeźnie.
Los niesprawiedliwie postąpił, skąpiąc podpory tam, gdzie sil jest niedostatek, tak jak to widzimy na przykładzie słabych niewiast. Chcąc tedy choćby w części ten błąd fortuny naprawić i pomoc tym damom, które miłość poznały, okazać (dla pozostałych wystarczą igły, wrzeciona i krosna), zamyślam powtórzyć sto nowel, bajek i historyj, jak je pospolicie nazywają, opowiedzianych w ciągu dziesięciu dni przez siedem dam i trzech młodzieńców, gdy we Florencji mór się srożyl; przypomnę takoż kilka pieśni, śpiewanych dla rozrywki przez te białogłowy.
W nowelach mych zawierają się różne ucieszne i smutne przypadki mi-
XVIII losne, a takoż zdarzenia przeszłych i dzisiejszych czasów. Damy, które je czytać będą, ukontentowanie odniosą i otrzymają dobrą radę, czego unikać należy i za czem iść trzeba. Mniemam, że jedno i drugie nudy im riie przyczyni, przeciwnie ode gna ją całkiem. Jeżeli tak się stanie (co oby Bóg sprawić raczył), to nie-, chaj czytelniczki moje złożą dank Amorowi, który mnie z pęt swoich oswobodził i dał możność podjęcia trudu, co jeno powszechną radość ma na celu.
PROLOG
Zaczyna się pierwszy dzień Dekameronu, w którym po wyjaśnieniach autora, dla jakiej przyczyny osoby, w opowieściach udział brać mające, zebrały się tutaj pod przewodnictwem Pam-pinei, rozprawia się o rzeczach, o jakich kto chce. llokrotnie, mile damy, pomyślę o wrodzonem wam współczuciu, zaraz wystawiam sobie, że dzieło niniejsze będzie miało dla was smutny i przykry początek. Zaczyna się ono bowiem od wspomnienia morowej zarazy, strasznem dla każdego, kto był jej świadkiem albo też jakimkolwiek sposobem o niej uznał. Nie chciałbym jednak, abyście przeraziły się, nim czytać poczniecie i pomyślały, że przez cały czas czytania płakać i wzdychać będziecie. Niechajże ów smutny początek będzie dla was tem samem, czem dla zmęczonych wędrowców stroma i mroczna góra, za którą skryica się mila równina. Im trudniejszy był na wierzchołek dostęp, tem słodsze jest odetchnienie, po osiągnięciu zamierzonego celu.
Nieskończona radość boleścią się kończy, a po boleści znów radość nastaje. Po tym krótkotrwałym smutku (mówię krótkotrwałym, bowiem w niewielu słowach on się wyraża) wkrótce nastąpi wesele i radość, które wam już przyobiecałem. Bez stosownego uprzedzenia, po tak posępnym początku, nie mogłybyście wróżyć sobie później nijakiego ukontentowania. Gdyby to możliwe było, powiódłbym was tam, gdzie chcę, całkiem inną drogą, niż tą kamienistą ścieżką. Aliści, nie dotknąwszy tego wspomnienia, objaśnićbym wam nie mógł, jakim sposobem zdarzyły się te rzeczy, o których czytać będziecie; zatem k’temu konieczność mnie czysta przywodzi.
XXI
Pawiem więc, że w roku od narodzenia Pana naszego, Jezusa Chrystusa, tysiąc trzysta czterdziestym ósmym, w sławnem mieście, Florencji, klejnot miast włoskich stanowiącem, wybuchła zaraza morowa, sprowadzona upływem ciał niebieskich albo też Bogiem zesłana dla ukarania grzechów naszych. Mór zaczął się na kilka lat przedtem na Wschodzie i spowodował tam wielkie spustoszenia. Powoli, z miejsca na miejsce się przenosząc, zaraza do krajów zachodnich dotarła. Zapobieżenia ludzkie na nic się wobec niej zdały. Nie pomogło oczyszczanie miast przez ludzi do tego najętych, zakaz wprowadzania chorych do grodu, różne przestrzeżenia, co czynić należy, aby zdrowie zachować, ani też pokorne modlitwy, procesje i wszelkie pobożne dzieła.
Wiosną tego roku mór począł okrutne spustoszenia czynić. Choroba nie objawiała się u nas tak, jak na Wschodzie, gdzie zwykłem znamieniem niechybnej śmierci był upływ krwi z nosa. Zaczynała się ona równie u mężczyzn jak u kobiet od tego, że w pachwinach i pod pachą pojawiały się nabrzmienia, przyjmujące kształt jabłka albo jajka i zwane przez lud szyszkami. Wkrótce te śmiertelne opuchliny pojawiały się i na innych częściach ciała; od tej chwiłi zmieniał się charakter choroby: na rękach i biodrach występowały czarne plamy; u jednych były one wielkie i rzadkie, u drugich skupione i drobne. Na chorobę tę nie miała środka sztuka medyczna; bezsilni byli też wszyscy lekarze. Możliwą jest rzeczą, że przyrodzenie choroby już takiem było albo też, że lekarze nic nie wiedzieli. Medyków wówczas pojawiło się siła, tak mężczyzn, jak i kobiet, nie mających, mówiąc po prawdzie, najmniejszego pojęcia o medycznym kunszcie. Nikt nie mógł odgadnąć przyczyny choroby ani znaleść na nią stosownego remedium. Dlatego też jedynie nieliczni z chorujących do zdrowia powracali, wszyscy pozostali umierali trzeciego dnia od chwili, gdy te znamiona na ciele się pojawiały; przy tem nawet gorączka nie występowała. Morowa zaraza grasowała z wielką siłą; od chorych udzielała się łatwo zdrowym, którzy z zarażonymi przebywali, podobnie do ognia, ao łatwo palne przedmioty obejmuje. Aliści zło jeszcze szło dalej; wystarczyło dotknąć się sukien chorego, aby się zarazić. To, o czem teraz powiem, może się wydawać rzeczą zadziwiającą. Gdybym jej na własne oczy nie widział i gdyby nie świadectwo wielu, sambym jej nie dal wiary, ani pouoażylbym się jej tu opisywać. Siła zarazy była tak wielka, że przenosiła się ona nie tylko letko z jednego człeka na drugiego, ale i to sprawiała, że jeśli do przedmiotu, stanowiącego własność chorego, zbliżyło się jakieś zwierzę, zaraz mór się go chwytał i w krótkim czasie je uśmiercał. Jakem to już nadmienił, sam byłem takiego przypadku świad-
XXII kiem. Strzępy odzieży pewnego nieboraka, zmarłego z powodu tej choroby, na ulicę wyrzucone zostały. Do szat podeszły dwie świnie i jęły je, wedle swego obyczaju, ryjami poruszać. Po upływie kilku minut, zwierzęta, jakby trucizny się najadły, zatoczyły się i padły nieżywe. Wypadki te wzbudziły w umysłach nieopisaną trwogę i napełniły je różnemi wyobrażeniami. Wszyscy bezlitośnie tylko o to się starali, aby wspołeczeńsrtwa z chorymi unikać. To — zdawało się powszechnie jedynym ocalenia sposobem. Niektórzy mniemali, że strzemięźli-wość przeciwko zarazie zabezpieczyć może, dlatego też wszelkiego nieumiarko-wania się wystrzegali. Zgromadzali się w domach swoich, gdzie żyli odcięci od świata całego. Jadali wymyślne potrawy, pili wyborne wina i chuciom cielesnym nie folgując, czas swój na muzyce, grach i tańcach trawili, dla zapomnienia o zarazie i śmierci, która poza ich domami szalała.
Inni zasię całkiem przeciwnie postępowali, twierdząc, że najlepszem lekarstwem na zarazę jest nie myśleć o niej, pić i żyć wesoło, śpiewać i żartować, wszystkie swoje pragnienia zaspakajać i śmiać się z tego, co się wokół dzieje.
Tak też i czyniłi. Dzień i noc włóczyli się po oberżach, pili na umór, swywolili w cudzych domach, opuszczonych przez prawych właścicieli, tak iż każdy mógł je zajmować, rządząc się tam do woli. Jednakowoż i ci, raczej do zwierząt, niżli do ludzi podobni, unikali skrzętnie obcowania z zarażonymi. W pośród takich opresyj i takiej żądzy, osłabia, a nawet całkiem sczezła siła tak człowieczych, jak i Bożych praw. Jej Stróże i wykonawcy bądź to poumierali, bądź chorzeli albo też tylu podwładnych utracili, że obowiązków urzędu swego dopełniać nie mogli. Każdy przeto mógł czynić, co chciał. Wielu ludzi wybrało sobie sposób życia pośredni między temi dwoma, o których już namie-niłem. Ci nie ograniczali się w jadle, na podobieństwo pierwszych, nie pili i rozpuście się nie ixldawali, żyli jeno zgodnie z swym gustem, a życzeniem. Nie zamykali się w domach ale chodzili wszędzie, nosząc w rękach kwiaty, zioła pachnące i inne korzenie, które do nosa przykładali, w mniemaniu, że podobne zapachy siły żywotne w nich skrzepią. Powietrze w tym czasie było ciężkie, gęste i nasiąkłe smrodem gnijących trupów, wyziewami chorych i lekarstw.
Inni wreszcie, najbardziej nieużyci i bezlitośni, twierdzili, że najlepszym środkiem na zarazę jest ucieczka od niej. Myśląc tylko o sobie, siła mężczyzn i kobiet opuściło miasto, domy, majętności, krewniaków i przeniosło się do posiadłości swoich, za bramami grodu leżących, albo też u ludzi obcych schronu
XXIII szukało. Mniemali widocznie, że gniew Boga, karzącego ludzi za ich nieprawość, dosięgnie tylko tych, co w obrębie miasta pozostaną, innych zasię oszczędzi, tak jakby cala ludność miasta na zagładę skazana została i jakby dla niej ostatnia godzina wybiła. Wprawdzie pomarłi nie wszyscy z tych, co podobne mniemania żywili, ale i nie wszyscy zarazę przeżyli; owszem, pośród wszystkich tych stronnictw choroba szerzyła się srodze. Gdy się jeszcze zdrowiem cieszyli, opuszczali swoich krewniaków i przyjaciół i tem dawali przykład drugim, którzy, gdy na nich kolej przyszła, to samo czynili, zdając bliskich na pastwę losu. Gdyby to jeszcze sąsiad sąsiada bez pomocy ostawiał, gdyby tylko znajomi i krewniacy wystrzegali się wzajemnych odwiedzin! Niestety, powszechna klęska taką trwogę w umysłach mężczyzn i kobiet sprawiała, że brat opuszczał brata, wuj siostrzeńca, siostra brata, a często naivet żona męża swego. Gorzej jeszcze, że ojcowie i matki ostawiali dzieci swoje, nie troskając się o nie zupełnie, tak jakby obcemi im były. Wielu mężczyzn i wiele białogłów, dotkniętych zarazą, mogło tylko u kilku tkliwych przyjaciół, albo też u sług najętych pomocy szukać. Słudzy ci, chciwością powodowani, otrzymawszy wielką zapłatę, mieli pieczę nad chorymi. Aliści i takich nie wielu znaleźć można było; byli to przy tem ludzie grubi i z podobnemi posługami wobec chorych wcale nie obeznani. Umieli jeno podać to, czego chory żądał, a także po śmierci przybrać go do trumny. Zgarniali wielkie zyski ale i sami umierali.
Skutkiem tego, że chorych opuszczali krewniacy, przyjaciele i sąsiedzi i że sług dostać nie można było, weszła w obyczaj rzecz dotąd niesłychana: białogłowy, choćby najpiękniejsze i z najlepszych rodów idące, nie wzdragały się, zachorowawszy, mężczyzn do posług przyjmować, nie wchodząc w to, czyli są starzy, czy leż młodzi, i obnażały przed nimi najwstydliwsze części ciała swojego. Może być, że te, które później do zdrowia przyszły, z zwyczaju tego pobudkę do rozpusty wzięły. Siła umarło z tych, co gdyby pieczę nad sobą mieli, ani chybiby wyzdrowieli. Przy braku opieki i przy gwaltownem szerzeniu się zarazy, codziennie tyle narodu ginęło, że strach i zgroza brała nie tylko świadków ale i tych, co o tem słyszeli.
Pośród ludzi, przy życiu pozostałych, pojawiło się wiele nowych obyczajów, całkiem przeciwnych do tych, co dawniej istniały. Dotychczas zwyczajem było, że w domu zmarłego zbierały się niewiasty i sąsiadki, które go pospołu z domownikami opłakiwały; przed domem zasię skupiali się przyjaciele i sąsiedzi; do nich później, według godności zmarłego, dołączało się duchowieństwo. Zebrani brali mary na ramiona i ze śpiewem, przy blasku gromnic,
XXIV ziołoki do kościoła odprowadzali. Gdy tylko mór się pojawił, obyczaje te zanikły, ustępując miejsca nowym. Umarłego nie tyłko ciżba niewiast nie otaczała, ałe niejeden człek samotnie z tego świata schodził, nie będąc żegnany łzami i wzdychaniami swoich krewniaków. Miast szlochów rozbrzmiewały żarty, śmiech i wesołość na stypach.
Nowy ten obyczaj zwłaszcza białogłowom do smaku przypadł, zadając kłam ich płci tkliwości. Rzadko się zdarzało, aby szczątki doczesne przez dziesięć ałbo dwanaście osób do koścuAa odprowadzane były. Orszak żałobny składał się przytem nie z czcigodnych mieszczan lecz z zwykłych grabarzy, którzy zwali się służbą moru i za zapłatą pracowali. Ci, trumnę jaknajspieszniej pochwyciwszy, nieśli ją do pierwszego lepszego kościoła, a nie łam, gdzie zmarły pragnął, aby nad jego ciałem modły odprawiono. Czterech albo sześciu księży z zapalonemi świecami odprowadzało zwłoki do pierwszej napotkanej mogiły i powierzało je ziemi bez zbytnich modłów. Los łudzi ubogich, a nawet tych, co w pewnym dostatku żyłi, godzien był najżywszej litości. Ci, pozostawszy z powodu ubóstwa albo też z przyczyny ufności, jaką w miłosierdziu Bożem pokładali, w domach swoich, wpośród sąsiadów, ginęli bez ratunku. Wielu dniem i nocą na ulicach padało, inni umierali w swoich domach, a sąsiedzi po trupim zaduchu dopiero o ich śmierci się dowiadywali. Znaczna część mieszkańców, bądź to z obawy zarażenia się, bądź też z miłosierdzia dla zmarłych, przyjęła obyczaj wynoszenia zwłok przed dom własnemi rękami, czy też przy pomocy grabarzy; kładli je przed progiem, tak, że w tych miejscach, zwłaszcza rankiem, wielką ilość zwłok obaczyć można było. Później przynoszono mary, a gdy ich brakło, proste deski; zdarzało się, że na jedne mary dwa albo trzy trupy kładziono tak, iż można było obaczyć zwłoki męża, obok zwłok żony, trupa ojca, pospołu z trupem syna leżącego. Za dwoma księżmi, niosącymi krzyże, trzy albo cztery mary niesiono. Duchowni, którzy sądzili, że tylko jednego zmarłego na miejsce wiecznego spoczynku wiodą, przy grzebaniu sześciu albo ośmiu trupów musieli być przytomni. Umarłym nie okazywano czci nijakiej, nie odprowadzano ich do grobu z zapalonemi pochodniami, ani też nad nimi łez nie roniono. Wreszcie k’temu przyszło, że równie o umarłych się troskano, co o zdechłe kozy. Jawnem się wówczas stało, że powszechna niedola uczy nawet głupców cierpliwie poddawać się losowi, czego w zwykłych czasach ludzie najmądrzejsi, małemi tylko przeciwieństwami nękani, nauczyć się nie są w stanie. Gdy z powodu mnogości trupów, na cmentarzach poświęaonej ziemi nie stało, tak iż nie łza już i myśleć było, aby każdy zmarły miał swoją mogiłę,
XXV poczęto kopać głębokie jamy, w które trupy setkami jedne na drugie rzucano, nakształt towarów na okręcie. Zwłoki ledwie cienką warstwą ziemi przysypy-wano, póki jama po brzegi się napełniła.
Nie będę się zbytnio szerzył nad szczegółami tej niedołi, co nasz gród dotknęła; powiem jeno, że zaraza rozszerzyła się po miejscowościach okolicznych. Nie wspominam o zamkach, bowiem te do małych grodów podobieństwo mają, chcę natomiast powiedzieć o wsiach, gdzie nieszczęśliwi kmiecie, wraz z rodzinami, pozbawieni pomocy medyków i jakiejkolwiek pieczy, marli na polach, drogach i w domach, nie jak ludzie ale jak bydlęta. We wsiach nastąpiło to samo, oo i w miastach, a więc obyczajów rozwiązłość i brak dbałości na obowiązki swoje i sprawy. Ludzie jakby na śmierć czekali i dlatego też nie przykładali nijakiej pilności do uprawy pól, do utrzymywania trzód i dobytku swego; przeciwnie całkiem, starali się roztrwonić płody swej pracy.
Doszło do tego, że osły, kozy, świnie, kury, a także najwierniejszych przyjaciół człeka — psy wyganiano z obejścia, tak iż zwierzęta wałęsały się po polach, gdzie niezżęte żyto przepadało. Niektóre bydlęta, napasłszy się do syta na opuszczonych polach, wieczorem bez pomocy pastucha, niby rozumne istoty do swych stajen i obór powracały.
Ale osławmy już wsie okoliczne i do miasta powróćmy. Tutaj z srogiego niebios wyroku, a także z przyczyny ludzkiego okrucieństwa, w czasie od marca do czerwca więcej niż sto tysięcy osób życie straciło. Ginęli od strasznej zarazy, a także z braku pieczy i pomocy, skąpionej im przez zdrowych, którymi trwoga owładła. Dawniej niktby nie był pomyślał, że w Florencji można naliczyć tyłu żywych mieszkańców, ile w niej się później okazało zmarłych. Ileż to zamków, ileż wspaniałych pałaców i dworów, przedtem przez mnogie rodziny, przez rycerzy i znamienite damy zamieszkałych, teraz pustką stanęło! Wymarli w nich wszyscy, aż do ostatniego sługi!
Ileż to rodów, bogactw i skarbów bez dziedziców ostało! Iluż chtielnych mężów, urodziwych kobiet i młodzieńców, którychby Eskulap, Galien i Hipi>-krat za obraz kwitnącego zdrowia, ani chybi, poczytali, rano jeszcze obiadowało w społeczności swych przyjaciół i krewniaków, zasię nazajutrz już wieczerzało pospołu z stvymi zmarłymi przodkami. Ciężko mi jest na sercu, kiedy błądzę myślą pośród tej okrutnej niedoli, dlatego też wszystko, co mogę, milczeniem pokryję.
A owóż w tym czasie, gdy gród nasz prawie całkiem opustoszał (słyszałem o tem później od człeka, godnego wiary) zdarzyło się, że we wtorek rano,
XXVI w starożytnym, kościele Santa Maria Novella siedem młodych kobiet się zeszło. Krom nich nikogo w kościele nie było. Damy te więzami pokrewieństwa przyjaźni i sąsiedztwa zbliżone do siebie były. Żadna z nich jeszcze dwudziestego ósmego roku życia nie ukończyła, najmłodsza zaś ledwie osiemnaście lat liczyła. Były to białogłowy szlachetnej krwi, dobrych obyczajów, skromne, wdzięczne i obyczajnie ubrane. Nazwisk ich tutaj nie wymienię, nie chcę bowiem, aby się w przyszłości wstydzić miały za rzeczy, które opowiadały, czy też słuchały ich. Obyczaje teraz sroższe nastały i nielza już zażywać uciech i rozrywek, które podówczas dozwolone były nie tylko ludziom w ich wieku, ale i starszym jeszcze. Nie chciałbym także dać sposobności ludziom zawistnym (gotowym do oczernienia najniewinniejszego!), aby swemi niesprawiedliwemi posądzeniami mogli dobrą sławę tych białogłów splamić. Aby jednak omyłek uniknąć, pragnę nazwać je imionami, stosownemi do ich natur. Pierwszą, tatami starszą, przezwiemy Pampineą, drugą — Fiammettą, trzecią — Filomeną, czwartą — Emil ją, piąta niechaj się zwie Laurettą, szósta Neinfile, siódmą zasię, nie bez przyczyny, Elizą zwać będziemy. Tych siedem niewiast, bez żadnego poprzedniego ułożenia, zeszło się raz trafunkiem w kościele. Usiadły wkoło, wzdychały długo, a później skończywszy modlitwy, jęły mówić o sprawach potocznych. Po niejakim czasie, gdy wszystkie umilkły, Pampinea z takiemi słowy do nich się obróciła:
— Drogie przyjaciółki! Wiecie równie dobrze, jak ja, że nikomu tego naganiać nie można, iż uczciwie praw swoich używa. Każdy, co na świat przyszedł, ma naturalne prawo podtrzymywać i ochraniać życie swoje. Uznają to wszyscy tak dobrze, że jeszcze nikomu, jeżeli w obronie własnej drugiego zabił, za występek tego nie poczytano. Jeżeli zaś prawa, dla dobra ludzi ustanowione, takie rzeczy czynić dozwalają, o ileż więcej wolno nam być winno użyć wszelkich środków dla ochrony życia naszego? Gdy pomyślę o tem, cośmy robiły dzisiaj i w dni poprzednie, gdy wspomnę nasze rozmyślania i rozmowy, widzę jawnie, że każda z nas drży o życie swoje. Niema w tem, wierę, nic dziwnego! Dziwuję się jeno, że my, białogłowy nie przyjęłyśmy dotychczas stosownych miar w stosunku do rzecay, co naszą trwogę tak powodują. Zdaje mi się, iż powstajemy tu tylko dlatego, aby liczyć ilu umarłych na cmentarz niosą i patrzyć, czy księża, których niewielu w mieście pozostało, dobrze służbę bożą, w właściwym czasie pełnią, albo też poto, by żałobą naszych szat wszystkim ukazywać, w jak nędznym znajdujemy się stanie. Gdy stąd wyjdziemy, znowu obaczymy chorych i umarłych, co ich ze wszystkich stron niosą, ujrzymy takoż różnych łotrzyków,
XXVII których z miasta za ich zbrodnie wygnano, a którzy teraz jawnie z praw szydząc (ich strażnicyr martwi albo chorzy leżą), zuchuiale po mieście się uganiają. Obaczymy również pospólstwo, naszą krwią utuczone, i owych posługaczy moru, wałęsających się wszędzie i bezwstydne pieśni śpiewających. Słyszymy tylko o tem, że ten lub ów umarł, a tamten ze śmiercią się pasuje. Gdyby było jeszcze komu płakać, powszędy rozlegałyby się szlochy i jęki. Gdy zasię powracamy do domu i widzimy, że z całej rodziny przy życiu jeno służka ostała, taki strach za gardło chwyta, że włosy na głowie się podnoszą. Dokąd-kolwiekbym nie poszła, wszędzie mnie cienie zmarłych gonią, w kształtach swoich odmienione, z przerażającemi pozory, które nie wiem skąd się u nich wzięły. Dlatego też w domu, tutaj i wszędzie ciężko mi jest na duszy, zwłaszcza, że, jak mi się zdaje, krom nas niema już tu człeka, w którymby trochę siły żywotnej ostało. Słyszałam o ludziach (nie wiem, czy jeszcze są przy życiu), którzy zatracają wszelką różnicę między rzeczą obyczajną a bezecną i jedynie swojem pragnieniem się powodując, dniem i nocą to jeno czynią, rui co ochotę mają. Robią to nietylko ludzie świeccy ale i zakonnicy. Przekonani, że nie jest wzbronione im to, co innym dozwolone być może, znieważają śluby swoje, chuciom swoim folgują i myślą tym kształtem życie swoje ocalić. Jeżeli zaś w samej rzeczy tak się dzieje, cóż my tu czynimy, na co czekamy, o czem myślimy, dlaczegóż niedbałej od innych o utrzymanie życia naszego zabiegamy? Zaliż gorszemi być się mniemamy, czy też sądzimy, że życie do ciał naszych silniejszym łańcuchem, niż u innych, jest przytwierdzone, tak iż obawiać się o nie wcale nie trzeba? Wierę, w srogim błędzie byśmy były, bowiem myśłeć tą modłą tylko głupiec może. Zważmy, ilu młodzieńców i kobiet od srogiej zarazy zginęło, a obaczymy w tem najlepszy dowód naszego błędnego mniemania. Dlatego też, abyśmy, dzięki naszej niedbalości, nie wpadły w gorszą biedę, której przecież uniknąć możemy, umyśliłam coś; nie wiem tyłko, czy ten środek ratunku wam do smaku przypadnie. Mniemam, że najlepiej będzie uczynić to, co wielu już przed nami czyniło i, ani chybi, potem uczyni, to jest, miejsca te opuścić. Nie będziemy szły za bezwstydnemi przykładami jakiemiś, jeno po-prostu miasto opuścimy i udamy się do którejkolwiek z naszych wiejskich posiadłości, gdzie wśród wesela i rozrywek, granic obyczajności nie przekraczając, żyć poczniemy. Rozlegają się tam radosne ptasząt śpiewy; ujrzymy zielone szczyty i doliny, pola, na których kołysze się zboże, a takoż drzewa różnorodne i niebo odkryte; chocia się ono i na nas zagniewało, przecie nie skąpi nam przez to swej wiecznej krasy; trzeba przyznać, że milej będzie wpatrywać się weń, niż
XXVIII patrzeć na puste domy naszego grodu. Krom tego, powietrze tamtejsze czystsze jest, a co się należy do zapasów żywności, to znajdziemy tam ich więcej, a przykrości o wiele mniej, niż tutaj. Prau-da, że kmiecie podobnie jak mieszczanie umierają, jednakowoż mniej tam ludności i domów, dzięki czemu i mniej się trupów widzi. Przy tem, zdaje mi się, że nie opuścimy tu nikogo, bowiem raczej powiedzieć można, iż same opuszczone jesteśmy. Wszyscy, co nam bliscy byli, albo umarli, albo też, uciekając od śmierci, nas odbieżeli. Żaden wyrzut więc gryść naszych sumień nie będzie, jeżeli zamysł swój wypełnimy, jeśli jednak się go wyrzeczemy, troska, cierpienie, a być może, i śmierć nas spotka. Tedy, jeżeli się zgadzacie, weźmiemy z sobą służbę, opatrzymy się w rzeczy niezbędne i będziemy spędzały czas raz w jednem miejscu, to znów w drugiem, weseląc się w miarę tego, jak nam okoliczności pozwolą; mniemam, że najrozumniejszym postępkiem to się okaże. Będziemy wiodły takie życie, aż niebo nic położy kresu temu, co się teraz dzieje. Sądzę, że oddalić się stąd jest lepiej, niż tu pozostawać i żyć nieobyczajnie, jak to inni czynią.
Pozostałe damy, wysłuchawszy Pampinei, nie tylko zamiar jej pochwaliły ale, pragnąc go w czyn wcielić, jęły myśleć nad wszelkiemi szczegółami, tak jakby wprost z kościoła miały w drogę wyruszyć. Wówczas Filomena, nader roztropna białogłowa, w te słowa rzekła:
— Wszystko, co Pampinea powiedziała, jest rozumne wielce, aliści nie mamy potrzeby tak się spieszyć. Zważcie, że wszystkie kobietami jesteśmy, u przecież i dziecku wiadome jest, że białogłowom trudno jest coś przedsię-icziąć bez pomocy mężczyzn. Jesteśmy niestałe, tchórzliwe, uparte i podejrzliwe. Mniemam, że gdy same swoimi przewodnikami będziemy, to wspo-łeczność nasza długo trwać nie będzie. Musimy za jakimś przewodnikiem się rozejrzeć.
— Prawda jest — rzekła Emil ja — mężczyźni są naturalnymi przewodnikami białogłów i bez nich rzadko jakiekolwiek niewiast przedsięwzięcie do pomyślnego końca przychodzi. Ale gdzież mamy tych mężczyzn szukać? Wiadomo nam, że nasi najbliżsi prawie wszyscy pomarli lub też rozbiegli się w różne strony, uciekając od klęski, od której i my salwować się chcemy. Przyzwoitość zabrania nieznajomych zapraszać; zresztą miast wesela i wczasu, wstyd i przykrość znaleśćbyśmy mogły.
Gdy damy tak z sobą rozmawiały, weszli do kościoła trzej mężczyźni. Nie byli to młodzieńcy, bowiem najmłodszy dwadzieścia pięć łat już łiczył. Ani
XXIX przeciwności tego czasu, strata przyjaciół i krewniaków ani też strach, nie zdołały w ich sercach ognia miłości przytłumić, a tem mniej zagasić.
Pierwszy z nich zwał się Pamfiło, drugi — Fiłostrato, trzeci — Dioneo. Ryli to ludzie krotochwilni ale i obyczajni. W powszechnym zamęcie jednej pociechy szukali: dam swoich, które trafunkiem znajdowały się pośród siedmiu bialychgłów, w kościele zebranych. Niektóre z nich spokrewnione z trzema mężczyznami były. Pampinea, ujrzawszy ich, rzekła z uśmiechem:
— Los sprzyja widać naszym poczynaniom, przysyła nam bowiem rozumnych i skromnych mężów, którzy naszymi przewodnikami i sługami będą, jeśli tylko na służbę przyjąć ich zechcemy.
Neinjile, będąca przedmiotem miłości jednego z przybyłych, zarumieniw-szy się z pomieszania, rzekła:
— Na Roga! Pampineo zważ na to, co mówisz! Znam ich i wiem, że nic złego o nich powiedzieć nie Iza; poczytuję ich za zdolnych do znacznie ważniejszych przedsięwzięć, niż to oto, a takoż upewniona jestem, że towarzystwo ich miłeby było każdym damom, piękniejszym i znaczniejszym od nas. Rzecz jednak w tem, że niektórzy z nich, jak o tem wszystkim wiadomo, niektóre z nas miłują; obawiać się zatem trzeba, że skoro ich zaprosimy, ludzie nas osławić mogą.
— Rłahe są to sprawy — odparła Filomena — dopóki postępuję tak jak należy i dopóki sumienie mnie nie dręczy, niechaj każdy gada o mnie co mu się podoba, Róg i prawda będą po mojej stronie. Jeżeli tylko będą skłonni nam towarzyszyć, to powinnyśmy radować się, jak to słusznie Pampinea zauważyła, że los naszym poczynaniom sprzyja. Pozostałe damy, usłyszawszy te słowa, umilkły i zaraz postanowiły przywołać młodzieńców, opowiedzieć im o sivych zamysłach i poprosić, aby im towarzystwa w podróży dotrzymali. Krew-niaczka jednego z nich podniosła się, zbliżyła się do nich, z uśmiechem ich powitała, opowiedziała w czem rzecz i w imieniu wstzystkióh dam poprosiła, aby się zgodzili szaserze i po bratersku do ich kompanji przystać. Z początku młodzi ludzie pomyśleli, że damy z nich żartują, ale potem przekonawszy się, że wy-slanniczka poważnie mówi, odparli wesoło, że Zaproszenie ochotnie przyjmują. Rez zwłoki umówiono się o wszystko, w co należało się opatrzyć, wyruszając w drogę.
Przygotowawszy wszystko, jak należy, posłali uwiadomienie do tego miejsca, gdzie się udać zamierzali. Następnego dnia, w środę rano, damy w otoczeniu służebnic swoich, a młodzieńcy pospołu z sługami, opuścili miasto i wy-
XXX ruszyli w drogę. Przeszedłszy ze dwie mile, dosięgli umówionego miejsca. Leżało ono na niewielkiej górze, oddalonej od dróg i ścieżek; było pokryte gęstemi krzewami i trawę. Na szczycie góry stal dom, otoczony obszernym dziedzińcem; komnaty, sale i ganki tego domu malowidłami upiększone były. Wokół ciągnęły się pola i sady, widać było studnie, pełne przezroczej wody i piwnice, opatrzone w wina najwyborniejsze, któreby łepiej znawcy, niżli skromne białogłowy ocenić umieli. Przybysze znaleźli wszystko gotowe na ich przyjęcie. Komnaty były ochędożone i przystrojone, łoża pokryte świeżą pościelą; wszędzie rozstawiono świeże kwiaty, które w tej porze roku dostać można było.
Gdy po przybyciu na miejsce, wszyscy usiedli, aby wczasu zażyć, wesoły i krotochwilny Dioneo, rzeki do dam;
— Raczej wasz zmysł zdrowy i wasza przezorność, niżli nasza wola, nas tutaj przywiodły. Nie wiem, coście w myślach swoich ucsynić postanowiły, co się jednak należy do moich, to ostawiłem je za bramą miasta, gdym koło niej przechodził. Jeżeli pragniecie śpiewać i weselić się pospołu ze mną, zapraszam was do tego, zachowując wszelkie względy, waszej dostojności należne, jeżeli zaś nie, pozwólcie mi wracać z powrotem do moich myśli i do nieszczęsnego miasta.
Pampinea, która widać również wszelkich trosk swoich się pozbyła, odpowiedziała wesoło Dioneo;
— Dioneo dobrze mówi. Będziemy żyły wesoło, poto bowiem z miejsca smutku uszłyśmy. Ponieważ jednak rzeczy bez ustanowionego [torządku długo trwać nie mogą, ja więc, która pierwszą pobudkę do rozmów w naszem towarzystwie dałam, zalecam, abyśmy z pośród siebie jakiegoś przod<nvnika wybrali. Wszyscy się go będą słuchali i w wielkiem go mieli zachowaniu, on zasię starać się będzie o to, aby nam czas milo upływał. Aby zasię każdy z nas troski i słodycz powszechnego uważania jednako poczuł i aby przyczyn do zawiści nie było, mniemam, że dobrzeby było, gdyby urząd ten codzień komu innemu przypadał. Pierwszego wybierzemy powszechną głosów elekcją, a ów władca, wieczorem tegoż dnia, następcę swego mianuje. Wybrany, w czasie swego panowania, będzie miał możność ustanowić, jak i gdzie dzień spędzić mamy.
Mowę tę powszechny aplauz spotkał i natychmiast jednogłośnie Pam-pineę króltywą pierwszego dnia obwołano. Filomena, która słyszała o czci, jaką wawrzynowe wyrażają liście, pobiegła duchem do laurowego krzewu, zerwała kilka gałązek, splotła z nich piękny wieniec i włożyła go na głowę Pampinei. Od tych pór wieniec laurowy stal się u nich starszeństwa oznaką.
XXXI
OPOWIEŚĆ I
Spowiedź Św. Ciappelletto
Ser Ciappelletto, fałszywą spowiedzią zwiódłszy świętego braciszka, umiera. Za życia był hultajem, co się zowie, po śmierci obwołano go świętym, mianując go świętym Ciappelletto.
Stosowną rzeczą jest, miłe białogłowy, aby człek każdą sprawę zaczynał w imię Tego, Kto był twórcą wszystkich rzeczy. Jakoże mnie, waszemu noweliście, zacząć przypadło, chcę tedy opowiedzieć o jednym z cudów bożych tak, aby nadzieja nasza, którą w Bogu pokładamy, okrzepła, niewzruszoną się stała i aby Jego imię zawsze było wychwalane. Wszystkie sprawy tego świata są znikome i marne, pełne wnątrz siebie i wokół trosk, trudów i goryczy i nieskończonym niebezpieczeństwom podległe. Żyjąc pośród nich, nie moglibyśmy dać im odporu ani obronić się, gdyby szczególna łaska boska nie dodawała nam sił i przezorności. Ta łaska spływa na nas nie wskutek jakichś zasług naszych, lecz dzięki dobrodziejstwu bożemu i modlitwom tych, którzy, żyjąc na świecie, z woli Boga byli śmiertelnymi, tak jak my jesteśmy, teraz zasię, dzieląc z Nim wieczność, są błogosławieni. Do nich, jako do orędowników, wiedzących przez eksperjencję o naszej słabości, obracamy się z naszemi sprawami i potrzebami, nie śmiąc zanosić próśb naszych do Najwyższego Sędzi. Bóg, pełen wielkiego dla nas miłosierdzia, ro-zeznawa, że śmiertelnemi oczami naszemi nie możemy przeniknąć tajemnicy Jego boskiej mądrości. Nieraz przytrafia się także, że powszechnem mniemaniem omyleni, wybieramy naszym orędownikiem przed Nim tego, kto na 1 wieczne wygnanie jest osądzony. Ale jakoże dla Boga nic skrytem nie jest, tedy patrzy on bardziej na czystość myśli modlącego się, niźli na grzeszność i niewiedzę orędownika, k‘któremu modlący się obracają, i wysłuchuje ich próśb, tak jakby one do błogosławionego zaniesione były. Jawnie to widać z tej noweli, którą teraz wam opowiedzieć zamierzam.
Musciatto Franzesi, z wielkiego i bogatego kupca stawszy się rycerzem, miał ciągnąć do Toskanji wraz z bratem króla francuskiego, Karolem bez Ziemi, przyzwanym i do przybycia naglonym przez papieża Bonifacego. Jak to często u kupców się przytrafia, sprawy Musciatto w wielkiem były za-wikłaniu. Nie mogąc ich łatwo i szybko do porządku doprowadzić, umyślił polecić to różnym ludziom. Na wszystko znalazł sposób, jedna tylko wątpliwość mu pozostała: nie wiedza! komu poruczyć wydobycie długu, jaki mu się należał od Burgundczyków. Dobrze wiedział zasię, że Burgundczycy są ludźmi wiarołomnymi, występnymi i złej wiary.
Nie mógł w myślach natrafić na człeka tak szczwanego, coby się potrafił niegodziwości Burgundczyków przeciwstawić. Gdy się długo nad tem głowił, przyszedł mu nagle na pamięć Ser Ciapperello da Prato, który go często w jego domu w Paryżu odwiedział. Był to człek niskiej postury i w stroju swym wielce wymuskany. Francuzi nie wiedząc, co oznacza włoskie słowo „Cepparello“, myśleli, że to „capello“ — czyli wianek, a ponieważ był niskiego wzrostu, nazwali go nie Cappello, lecz Ciappelletto; pod tem imieniem znany był wszędzie, chocia niektórzy i wiedzieli, że się zwie Ciapperello.
A owóż i jego życie: będąc notarjuszem, za wielki srom sobieby to poczytywał, gdyby choć jeden dokument, z pośród tych nielicznych aktów, które sporządzał, prawdziwym, a nie fałszywym się okazał. Fałszywych aktów dostarczał, ile kto chciał, a czynił to czasem za darmo z większą ochotą, niż ten, coby za to sowitą zapłatę mógł otrzymać. Świadczył fałszywie z wielkiem upodobaniem, proszony lub nieproszony. W owych czasach we Francji wiara w przysięgę była niewzruszona. Nie troszcząc się o to, że krzywoprzysięga, zawsze brał górę we wszystkich sprawach, które miały być jego przysięgą rozstrzygnięte. Z lubością dokładał starań, aby kłótnie wzniecać między krewniakami lub przyjaciółmi; im więcej z tych sporów nienawiści i zła płynęło, tem ukontentowanie jego większe było. Nigdy nie odmawiał, przeciwnie ochotnie się zgadzał brać udział w morderstwach i innych zbrodniach; nieraz też własnemi rękoma ludzi mordował 2 lub srogie rany im zadawał. Z lada powodu bluźnił Bogu i wszystkim świętym, będąc z przyrodzenia człekiem porywczym wielce. Do kościoła nie chodził nigdy; plugawemi słowy szydził z sakramentów, za to chętnie i często odwiedzał szynki, bordele i ine miejsca hańbiące. Białogłowy miłował jak pies kije, natomiast lubował się w występku przeciw naturze. Rabować i kraść znaczyło dlań tyle, co dla świętego jałmużnę dawać. Obżerał się i pił, niedbając, że nieraz zdrowie na szwank naraża. Był także zawołanym szulerem.
Ale pocóż się nad nim w tylu słowach rozwodzę? Wystarczy powiedzieć, że był to najgorszy człek, jaki kiedykolwiek na świat przyszedł. Władza i wpływ Musciatto przez długi czas ochraniały występnika przed pomstą różnych osób, którym krzywdę wyrządził a takoż przed sprawiedliwemi wyrokami sądów. Ów to Cepparello przyszedł na myśl panu Musciatto. Musciatto, znając doskonale jego życie, umyślił, że jest to człek ze wszechmiar do wypełnienia jego zamysłów sposobny.
Przyzwał go do siebie i rzekł:
— Jak ci wiadomo, panie Cepparello, wkrótce stąd ze wszystkiem odjechać muszę; krom innych, pozostają mi jeszcze sprawy z tymi oszustami, Burgundezykami; wiem, że nikt nie jest od ciebie zdatniejszy do tego, aby od nich dług mój wydobyć. Nie wiele teraz masz do roboty, weź na siebie tę sprawę, a ja przyrzekam ci, że będziesz się cieszył faworem sądów i że dam ci z odebranych pieniędzy część należną i sprawiedliwą.
Pan Ciappelletto w samej rzeczy nic wówczas do roboty nie miał i biedę wielką znosił, widząc zasię, że jedyny obrońca i opiekun go opuszcza, bez zbytnich namysłów, koniecznośią przymuszony, rzekł, że chętnie służyć jest gotów.
Gdy już wszystkie warunki omówione zostały, Ciappelletto otrzymał pełnomocnictwo i piernacz od króla i zaraz po odjeździe messera Musciatto wyruszył do Burgundji, gdzie go nikt nie znał. Tutaj, wbrew swojej naturze, zaczął łagodnie z dłużnikami postępować, ostawiając sobie na koniec inne środki. Zamieszkał w domu dwóch braci, Florentczyków, którzy na lichwę pieniądze pożyczali. Przez wzgląd na pana Musciatto, gospodarze w wielkiem go mieli zachowaniu. Zdarzyło się, że Ciappelletto zachorzał. Bracia zaraz przyzwali medyków i sługi, aby go mieli na pieczy i czynili wszystko, by mu zdrowie przywrócić. Aliści wszelki ratunek daremny się okazał. Poczciwina był już stary, a przytem zdrowie miał nadwątlone hu 3 laszczyra trybem życia; według orzeczenia medyków z każdym dniem musiało mu się pogarszać, jako człekowi na nieuchronną śmierć skazanemu. Dwaj bracia wielce się tem trapili. Pewnego dnia, znajdując się w izbie, przyległej do komnaty, w której Ciappelletto chory leżał, zaczęli mówić z sobą w te słowa:
— Co mamy począć z tym człekiem? — spytał jeden drugiego. Zaiste, niemały kłopot nam sprawił. Wydalić go teraz z naszego domu chorego, byłoby to dla nas hańbą i dowodem niewielkiego rozumu. Ludzie widzieli przecie, żeśmy go przyjęli, gościli, a potem i leczyć kazali, teraz zasię mieliby ujrzeć, że wypędzamy go z domu śmiertelnie chorego, chocia nam nic złego nie uczynił?
Z drugiej strony, jest to taki hultaj, że, ani chybi, nie będzie się chciał wyspowiadać ani przyjąć ostatnich Sakramentów. Gdy umrze bez spowiedzi, kościół jego ciała nie przyjmie. Jak zdechłego psa wrzucą go do pierwszego lepszego dołu. Gdyby się zasię i wyspowiadał, to grzechy jego są tak wielkie i straszne (podobnych na świecie niemasz!), że nie znajdzie się taki ksiądz lub braciszek, coby go mógł rozgrzeszyć. Nie otrzymawszy zaś rozgrzeszenia, równie do jamy wrzucony będzie. Jeśli tak się stanie, lud tutejszy, który, nienawidząc profesji, przez nas sprawowanej, źle o nas mówi i tylko czeka sposobności, aby nas ograbić, powstanie przeciwko nam z okrzykiem:
— Nie ścierpimy tutaj dłużej tych psów lombardzkich, od których nawet kościół się odwrócił!
Napadną na nasze domy i nie tylko dobra nasze złupią, ale jeszcze i życia nas pozbawić mogą. Tak więc, czy inaczej, na przypadek jego śmierci, źle z nami będzie.
Pan Ciappelletto, który leżał niedaleko od miejsca ich rozmowy, mając słuch wyostrzony, jak to się często u chorych zdarza, słyszał wszystko, co dwaj bracia mówili. Wkrótce potem przywołał ich i rzekł:
— Nie chciałbym wam niepokoju sprawiać i szkód przyczyniać. Słyszałem, coście o mnie mówili i jestem pewien, że nastąpiłoby to, czego się obawiacie, jeśliby rzeczy poszły tym trybem, jakeście przypuszczali, aliści będzie inaczej. W ciągu mego życia tyle nagrzeszyłem przeciwko Bogu, że teraz w godzinie śmierci mojej jeden grzech więcej żadnej różnicy nie sprawi. Przyzwijcie do mnie najbardziej świętobliwego mnicha, jeśli taki się znajdzie, i ostawcie mi swobodę działania, a ja wasze i moje sprawy taką modłą uładzę, że wszystko dobry obrót weźmie, ku waszemu ukontentowaniu. Dwaj bracia, chocia nie wielką ufność w jego słowa pokładali, je dnakoż udali się do klasztoru i poprosili, aby któryś z mądrych i świętych mnichów wyspowiadał Lombardczyka, leżącego na łożu niemocy w ich domu. Dano im mnicha sędziwego, słynącego z świątobliwości żywota i w piśmie świętem wielce zawołanego. Ten człek czcigodny cieszył się wielką estymą wszystkich mieszczan.
Wszedłszy do komnaty, w której ser Ciappelletto leżał, siadł na jego łożu i z początku jął go łagodnie pocieszać, później zasię zapytał, kiedy ostatni raz się był spowiadał? Na to Ciappelletto, który nigdy, jako żywo, do spowiedzi nie przystępował, odparł:
— Jest moim obyczajem, ojcze, spowiadać się przynajmniej raz na tydzień, jednakoż były tygodnie, gdy to częściej czyniłem, ale wyznać muszę, że, od czasu gdy zachorowałem, już osiem dni przeszło bez spowiedzi, tyle bowiem cierpienia mi ta boleść przyczyniła.
Na to mnich odparł:
Dobrześ uczynił, mój synu, i na przyszłość czyń takoż. Widzę, że nie wiele trudu będę miał z wysłuchiwaniem cię, skoroś tak często się spowiadał.
Ser Ciappelletto rzecze:
— Nie mówcie tak, mój ojcze! Nie spowiadałem się nigdy bez tego, abym na każdej spowiedzi, nie miał przypomnieć sobie i wyznać wszystkich grzechów, popełnionych od dnia mego urodzenia aż do dnia spowiedzi. Dlatego też proszę was, ojcze wielebny, abyście o każdą rzecz ozczególowie się wypytywali, tak jakbym nigdy się nie był spowiadał, nie zważając przy-tem wcale na to, że jestem chory. Wolę raczej udręczyć mój zewłok cielesny, niźli folgując mu, narazić na zgubę duszę moją, odkupioną drogocenną krwią Zbawiciela.
Słowa te wielce przypadły do smaku wielebnemu ojcu, gdyż zdały mu się oznaką świętobliwego stanu duszy. Pochwaliwszy Ciappelletto za jego dobry obyczaj, zapytał się go, zali się rozpustą z jaką białogłową nie splu-gawił?
Ser Ciappelletto odparł z westchnieniem:
— W tej materji, wielebny ojcze, wstydzę się wyznać prawdę, obawiając się, abym nie popadł w grzech chełpliwości. 5
— Mów śmiało, mój synu — rzecze mnich — nikomu za grzech nie było jeszcze poczytane wyzuianie prawdy, czy to na spowiedzi, czy gdzie indziej.
— Z tem zapewnieniem — odparł Ciappelletto — wyznam wam całą prawdę. Jestem do tych pór jeszcze tak dziewiczy, jak wówczas, gdy wychodziłem z żywota matki mojej.
— 0 niechże Bóg będzie błogosławiony! — zawołał mnich — jakżeś zacnie sobie poczynał! Zasługa twoja jest tem większa, że mogłeś czynić przeciwnie z większą swobodą, niżli my lub ci wszyscy, co surowym regułom są poddani.
Później ojciec wielebny zapytał go, zali zbytnim obżarstwem przeciwko Bogu nie zgrzeszył? Na to Ciappelletto z głębokiem westchnieniem odparł, że siła razy tak zawinił. Prawda, że krom wielkiego postu, który ludzie nabożni każdego roku zachowują, przywykł jeszcze do postów o chle-bie i wodzie trzy razy w tygodniu, jednakoż pił tę wodę z taką lubością i tak chciwie, jak pijacy wino piją, osobliwie, gdy się czul utrudzonym pielgrzymkami do miejsc świętych lub ćwiczeniami nabożnemi. Krom tego nieraz przychodziła mu chętka na sałatę z traw, jaką przyrządzają kobiety wiejskie, gdy idą w drogę do miasta. Jadł ją nieraz z większem ukontentowaniem, niż to przystoi człekowi, który pości dla bojaźni bożej.
— Bracie mój — rzecze mnich — wszystko to są grzechy letkie i płynące z przyrodzenia naszego. Nie udręczaj zatem niemi sumienia swego, więcej niż potrzeba. Nawet najświętszemu człekowi wybaczyć należy, jeśli po długim poście w jedzeniu smak znajduje, a po wielkiem utrudzeniu wodę pije z ochotą.
— Ach mój ojcze! — zawołał Ciappelletto — nie powiadajcie mi tego na pocieszenie. Wiem o tem dobrze, jako i wy wiecie, że ten, kto chce służyć Bogu, winien tę służbę sprawiać w czystości myśli i bez nijakiej zmazy; kto zaś inaczej czyni — grzeszy.
Mnich, wielce ukontentowany, rzekł:
— Raduję się, że tak myślisz i chwalę czystość sumienia twego. Powiedz mi jednak, czyś chciwością nie grzeszył i nie żądał więcej, niż się należało, albo też czyś nie owładał dobrem cudzem?
— Nie sądź o mnie źle, ojcze — odparł Ciappellc to — widząc mnie w domu tych lichwiarzy. Nie mam z nimi nic wspólnego; przecwnie, przybyłem tutaj, aby ich zawstydzić, ukarać i odwieść od tego bezecnego rze miasta. Mniemam, że byłoby się mi to i udało, gdyby Bóg niemocy na mnie nie spuścił. Musicie wiedzieć, mój ojcze, że po śmierci ojca mego stałem się bogatym człowiekiem. Znaczną część jego majętności rozdałem na zacne cele, Bogu na chwałę, później, aby siebie utrzymać i móc dopomagać ubogim chrześcijaninom, zająłem się małym handelkiem, aby pieniędzy sobie przysporzyć. Wszystko, co zarobiłem, dzieliłem na dwie części, połowę oddawałem biedakom, a drugą obracałem na swoje potrzeby. Bóg mi pomagał i sprawy moje szły z dnia na dzień coraz to lepiej.
— Doskonale czyniłeś, zaiste — rzekł mnich — ale powiedz mi, czyś się nigdy gniewem nie zapalał?
— Mówiąc prawdę — odparł Ciappelletto — nader często się to zdarzało. Któż jednak może swój gniew zdzierżyć, widząc codziennie, jak ludzie występki popełniają, przekraczają przykazania boskie i nie boją się sądu Boga. Nieraz wolałbym był raczej umrzeć, niż patrzeć, jak młodzieńcy marnym rzeczom świata tego hołdują, jak przysięgają i fałszywie świadczą, i jak miast kościołów odwiedzają szynki, wybierając nie drogi boże lecz drogi doczesnego świata.
— Sprawiedliwy jest to gniew mój synu — rzekł mnich — i nie mógłbym zań na ciebie pokuty nałożyć. Ale czy przypadkiem gniew nie uczynił cię tak zapamiętałym, żeś posunął się aż do morderstwa, uczynienia komuś niesprawiedliwości lub zelżenia bliźniego twego?
— Ach ojcze wielebny — zawołał Ciappelletto — zdajecie mi się być świątobliwym człekiem, a takie rzeczy mówicie! Gdyby mi choć na myśl przyszło uczynić jedną z tych rzeczy, o jakich mówicie, zaliżby mnie Bóg tak długo na świecie utrzymał? Do takich postępków zdolni są tylko łotrzy i morderze. Gdy takiego grzesznika ujrzałem, zawsze mówiłem mu: „Idź i niech cię Bóg na prawą drogę sprowadzi44.
— Rzeknij mi teraz, synu mój, (oby ci Bóg błogosławił), czyś nie świadczył fałszywie o bliźnich swoich, czyś nie osławiał nikogo, lub nie przywłaszczał sobie cudzego dobra, bez zgody i woli posiadacza?
— Tak ojcze — odparł Ciappelletto — mawiałem źle o innych. Miałem sąsiada, który bez żadnej przyczyny bił nieustannie swoją żonę. Jedne go razu taka litość mnie zdjęła nad tą nieszczęśliwą, pobitą okrutnie przez pijaka, że wiele złego powiedziałem nań do krewniaków jego żony.
— Powiedziałeś mi — rzekł mnich — żeś się handlem parał. Zaliżeś nie oszukał kogoś, jak to często kupcy czynią? 7
— Na mą duszę, ojcze — zawołał Ciappelletto — muszę wyznać, że tak. Zdarzyło się pewnego razu, iż jeden człek oddał mi należność za sprzedany postaw sukna, a ja nie licząc, rzuciłem pieniądze do skrzyni; po miesiącu spostrzegłem, że było tam o cztery grosze za dużo. Przechowałem je przez cały rok, chcąc mu je zwrócić, ponieważ jednak właściciel się nie zjawił, więc rozdałem te grosze ubogim.
— Błaha to jest rzecz, mój synu — odparł mnich — uczyniłeś tak, jak uczynić należało.
Mnich pytał się jeszcze o wiele rzeczy, a na pytania te Ciappelletto w podobny sposób odpowiadał. Gdy już chciał mu rozgrzeszenia udzielić, Ciappelletto rzekł:
— Mam jeszcze jeden grzech, ojcze, o którym wam nie powiedziałem. Przypominam sobie, że kiedyś w sobotę wieczorem po dziewiątej godzinie kazałem służącemu zamieść podłogę w domu, przez co uchybiłem świętej niedzieli.
— Niewielki to grzech, mój synu — odparł mnich.
— Nie mówcie tak, mój ojcze, niedzielę, jako dzień święty wielce czcić należy, bowiem w dniu tym nasz Zbawiciel zmartwychwstał.
— Czy popełniłeś jeszcze jaki grzech? — zapytał mnich.
— Tak, ojcze — odparł Ciappelletto — raz w kościele przez brak baczenia splunąłem.
Mnich zaczął się śmiać i rzekł:
— Nie dręcz się tem mój synu! My, którzy jesteśmy zakonnikami cały dzień w kościele spluwamy.
— I bardzo źle czynicie, gdyż niczego tak w czystości utrzymywać nie należy, jak kościoła, w którym się Bogu cześć oddaje.
Jeszcze siła podobnych rzeczy naopowiadał mnichowi, wreszcie zaczął wzdychać ciężko i gorzko płakać (a był w tem wszystkiem mistrzem zawołanym).
— Co ci się stało mój synu? — zapytał mnich.
— Biada mi, ojcze wielebny — odparł ser Ciappelletto — jeszcze mi zostaje jeden grzech, z któregom nigdy się nie wyspowiadał, tak się go bowiem sromam okrutnie. Ilekroć go sobie przypomnę, płaczę, jako to teraz widzicie. Wydaje mi się, że dla tej winy, Bóg nie będzie mial dla mnie miłosierdzia.
— Co mówisz, mój synu? — rzekł mnich. Gdyby wszystkie grzechy, 8
’ jakie ludzie popełnili albo je jeszcze popełnią, dopóki świat trwa, w jednym człeku się skupiły i gdyby ten grzesznik tak się skruszył, jak teraz ty, to miłosierdzie boże jest tak wielkie, że wszystko byłoby mu odpuszczone. Mów zatem śmiało.
Wówczas ser Ciappelletto rzeki, płacząc gorzko:
— Grzech mój, wielebny ojcze, jest tak wielki, że wątpię, aby mi go Bóg odpuścił, choćbyście się i wstawili za mną swemi modlitwami.
— Mów śmiało — odparł mnich — przyrzekam ci, że będę błagał Boga za tobą.
Ser Ciappelletto, ciągle płacząc, nie mógł wymówić jednego słowa, chocia go mnich nieustannie pocieszał. Wreszcie, gdy już kęs czasu mnicha w takiej niepewności trzymał, westchnął ciężko i rzekł:
— Ponieważ obiecaliście mi, ojcze, modlić się za mną do Boga, wyznam wam więc mój grzech. Wiedzcie, że raz, gdy jeszcze byłem dzieckiem, przekląłem rodzoną matkę moją. Rzekłszy to, znów obfitemi łzami się zalał.
— Zali synu mój — rzeki mnich — grzech ten za tak ciężki poczytujesz? Ludzie bluźnią przez cały dzień Bogu, a Bóg przebacza chętnie bluźniercy, który się skruszył. Czy sądzisz, że ci Stwórca tej winy nie odpuści? Osusz łzy i pociesz się. Gdybyś był nawet jednym z tych, co Zbawiciela ukrzyżowali, to On, widząc twoją skruchę, napewnoby ci przebaczył.
— Cóż wy mówicie, ojcze wielebny? — zawołał Ciappelletto — przekląć drogą matkę, która mnie przez dziewięć miesięcy dniem i nocą w żywocie nosiła, a później niezliczoną ilość razy na rękach, jest ciężkim grzechem. Jeżeli nie będziecie, ojcze, błagali za mną Boga, Bóg mi nigdy tego nie przebaczy.
Mnich widząc, że Ciappelletto nic więcej do wyznania niema, udzielił mu absolucji i dał mu błogosławieństwo, będąc upewniony, że jest on świątobliwym człowiekiem; wierzył bowiem uiezachwianie, że wszystkie jego słowa są szczerą prawdą. Któżby zresztą nie uwierzył, słysząc człeka tak mówiącego na łożu śmierci.
— Przy boskiej pomocy — rzekł mnich — wkrótce wyzdrowiejesz, Ciappelletto. Gdyby się jednak zdarzyło, że Bóg twoją pobłogosławioną i zbawioną duszę do siebie powołała, zalibyś zezwolił, aby ciało twoje w naszym klasztorze pogrzebione zostało?
— 0 tak, mój ojcze — odparł Ciappelletto — i nie chciałbym być 9 pochowanym gdzieindziej, bowiem przyrzekliście mi modlić się za moją duszę; przy tem miałem zawsze cześć osobliwą dla waszego zakonu. Tera* zasię proszę was, abyście, wróciwszy do klasztoru, przysłali mi tu bez zwłoki najświętsze ciało Chrystusowe, pobłogosławione dziś rankiem na ołtarzu. Chociaż niegodny jestem, pragnę za waszem pozwoleniem je przyjąć, a potem i ostatniego namaszczenia dostąpić, abym, choć żyłem jak grzesznik, umarł jak na prawego chrześcijanina przystało.
Świątobliwy braciszek pochwalił go i zapewnił, że wkrótce wszystko mu zostanie dostarczone. Tak się też i stało. Tymczasem dwaj bracia, niepewni, czy ich Ciappelletto przypadkiem zwieść nie chce, ukrywszy się za przepierzeniem, które komnatę chorego od sąsiedniej izby dzieliło, wysłuchali łatwie wszystkiego, co Ciappelletto do braciszka mówił. Słysząc o grzechach, z których się spowiadał, o mały włos śmiechem nie wybuchnęli.
— Cóż to za człek — mówili do siebie — którego ani starość, ani choroba, ani strach przed bliską śmiercią, czy przed Bogiem, przed sądem którego ma wkrótce stanąć, nie mogą odwieść od niegodziwości i k‘temu przywieść, aby umarł inaczej, niżli żył. Aliści uznawszy, że kościół przyjmie jego ciało, nie troskali się już o resztę. Ser Ciappelletto przyjął wnet komunję świętą, a potem i ostatnie namaszczenia, ponieważ znacznie gorzej mu się uczyniło. Wieczorem tego dnia, w którym się spowiadał, umarł. Dwaj bracia, rozporządziwszy jego mieniem, przeznaczyli uzyskane pieniądze na przystojny pogrzeb i posłali do klasztoru, prosząc braci, aby przybyli wieczorem odprawić wedle obyczaju, wigilje, a rankiem drugiego dnia ciało zabrali. Świątobliwy mnich, który Ciappelletto był spowiadał, usłyszawszy o jego śmierci, odbył naradę z przeorem, później zasie biciem w dzwony przywołał wszystkich mnichów, znajdujących się w klasztorze i oznajmił im, że ser Ciappelletto, był człowiekiem świętobliwym, jak to dowodnie widać z tego, co na spowiedzi wyznał. Wierząc głęboko, że Bóg za jego sprawą niejeden wielki cud uczynić może, łatwo przekonał mnichów, że ciało zmarłego przyjąć należy uroczyście i z wielką czcią.
Łatwowierni bracia wraz * przeorem zgodzili się na to. Wieczorem udali się wszyscy do domu, w którym ciało Ciappelletta spoczywało; odprawili nad zwłokami uroczyste wigilje, a nazajutrz rano ubrani w komże i kapy, z książkami w rękach, poprzedzani krzyżem, śpiewając modły, zabrali ciało i z wielką pompą ponieśli je do swego kościoła. Za tym orszakiem szli mężczyźni i białogłowy; wyległa prawie cała ludność miasta. Gdy mary po 10 stawiono w kościele, mnich, który zmarłego był spowiadał, wszedł na kazalnicę i począł opowiadać cudowne historje o jego życiu, postach, czystości, niewinności i świętobliwości. Między innemi opowiedział to, co mu Ciappelletto, płacząc, jako swój największy grzech wyznał, i jak on ledwo go zdołał przekonać, że mu Bóg przebaczy. Potem zwrócił się do przytomnych i gromiąc ich, a strofując, rzekł:
— A wy, od Boga przeklęci, z powodu lada słomki, co wam pod nogi padnie, bluźnicie Bogu, Najświętszej Pannie i całemu dworowi niebieskiemu! Krom tego siła jeszcze prawił o prawości i niewinności nieboszczyka.
Słowa te, którym cały lud uwierzył, wielki skutek sprawiły tak, że po skończonem nabożeństwie wszyscy co do jednego rzucili się całować ręce i nogi nieboszczyka; porwano przy tem na nim suknie, a każdy, kto posiadł choćby strzępek materji, już się za szczęśliwego poczytywał. Ciało było wystawione przez cały dzień w kościele tak, aby każdy mógł je odwiedzać i oglądać. Nocą złożono nieboszczyka do marmurowego grobu i pochowano uroczyście w kaplicy. Następnego dnia lud zaczął odwiedzać jego grób, zapalać świece, śluby czynić i stosownie do ślubów vota woskowe zawieszać.
Sława jego świętości tak wzrosła, że prawie nikt w potrzebach i uciskach swoich do innego świętego się nie uciekał. Nazwali go, jako i teraz zowią: Świętym Ciappelletto, utrzymując, że Bóg wielkie cuda przez niego uczynił i nadal czyni każdemu, co z osobnem nabożeństwem do Ciappelletto się obraca.
Tak tedy żył i umarł ser Cepperello z Prato, który stał się świętym, jakoście to słyszeli. Nie chcę twierdzić, iżby nie mógł zbawienia w obliczu Boga dostąpić, chocia bowiem życie jego było występne i plugawe, to przecie w ostatniej godzinie, pokajawszy się i skruszywszy, mógł miłosierdzia boskiego dostąpić i do raju przyjęty zostać. Ale jakoże wszystko to jest dla nas tajne, tedy, sądząc po tem, co widzimy, można suponować, że raczej znajduje się w rękach szatana, niż w raju. Jeśli tak jest, uznać musimy, że nieskończona jest wobec nas dobroć Boga, który patrzy nie na błędy nasze, lecz na czystość naszej wiary. Czynimy naszym orędownikiem wroga bożego, mniemając, że jest on Bogu miły, a potem jak do prawdziwego świętego modły doń zanosimy. Aby łaska boska w tem wesołem towarzystwie i pośród losów dzisiejszych przeciwności, zdrowych i całych nas zachować mogła, wychwalajmy Jego imię i w potrzebach naszych do Niego się uciekajmy, pewni, że wysłuchani będziemy. Tu opowiadający mowę swoją zawarł. 11
OPOWIEŚĆ U
Podróż Abrahama z Paryża do Rzymu
Abraham, żydowin, zachęcony do podróży przez Giannolta di Civigni, udaje się do Rzymu. Ujrzawszy zepsucie kleru, wraca do Paryża i staje się chrześcijaninem. chając jej, często śmiechem wybuchały. Gdy już opowiadanie, z wielką uwagą słuchane, do końca doprowadzone zostało, królowa, siedzącej obok Pamfila, Neifile rozkazała opowiedzieć nową historję, według ustanowionej kolei. Dama ta równie pięknością, jak dwornemi obyczajami ozdobiona, z radością na to żądanie przystała i zaczęła na ten kształt: — Pamfilo w swojej opowieści ukazał nam, że miłosierdzie boże nie liczy nam błędów naszych, gdy one z niewiadomości naszej wypływają, ja zasię w swojej opowieści pragnę pokazać, iż miłosierdzie to z cierpliwością znosi grzechy tych, którzy swemi uczynkami i słowami będąc obowiązani jawnem świadectwem mu służyć, wcale przeciwnie postępują. Tą drogą Bóg daje dowody swej wielkiej łaskawości, abyśmy z większą duszy stałością, szli za tem, w co wie-
Słyszałem kiedyś, miłe towarzyszki, taką opowieść: Mieszkał ongiś w Paryżu bogaty kupiec i człek zacny, Ciannotto di Civigni zwany. Był to człek dobroduszny i uczciwy; zajmował się handlem suknami. Wielka przyjaźń łączyła go z bogatym Żydem, zwanym Abrahamem, który także się kupiectwem parał, a był człekiem równie uczciwym i zacnym. Gian-
Opowieść Pamfila została pochwalona przez białogłowy, które słu rzymy. 13 notto, widząc przymioty przyjaciela, wielce nad tem bolał, że dusza tak mądrego i dobrego człeka, dzięki błędom jego wiary, na potępienie wieczne skazana zostanie. Dlatego też jął go prosić dobrotliwie, aby porzucił błędy wiary żydowskiej i wiarę chrześcijańską przyjął, która (jak to sam dobrowolnie widzi), dzięki swojej świętości i prawdzie, ciągle się rozpowszechnia i kwitnie, gdy tymczasem jego wiara coraz bardziej zanika, tak, iż wreszcie w niwecz rozwiać się może. Żyd odparł, że krom wiary żydowskiej, żadnej innrj za dobrą i świętą nie uznaje, że zamHrł-a u irze w tej, w której się narodził i wsićsł. i że niema takiej siły, coby go od niej odwrócić mogła. Odpowiedź ta nie odwiodła Giannotta od aby po kilku dniach nie obróci! się do swego przyjaciela z podobną mową, starając mu się dowieść na nadto grubych przykładach (jak to kupcy czynić umieją), dla jakich to racyj nasza wiara jest lepsza od żydowskiej
A chocia żydowin był w rzeczach wiary żydowskiej mistrzem zawołanym, przecie przyjaźń wielka, którą do Giannotta żywił, a może i słowa, włożone w usta tego prostego człeka przez Ducha Świętego, to sprawiły, że żydowinowi wielce do smaku dowody Giannotta przypadły. Przecie jednak w wierze swojej błędliwej nadal trwał z uporem.
Im bardziej się w swoim uporze zacinał, tem więcej na niego Gian-notto nastawał, aż wreszcie żydowin, uległszy jego natarczywym prośbom, rzekł:
— Chcesz, Giannotto, abym wiarę chrześcijańską przyjął? — ja się od tego nie uchylam. Jednakoż przedtem chcę się udać do Rzymu, oba-czyć tego, którego ty namiestnikiem bożym na ziemi zowiesz, zważyć jego obyczaje, a także życie jego braci-kardynałów. Jeśli wydadzą mi się takimi, że wedle ich życia sądząc, poznam, iż wiara twoja jest lepsza od naszej, uczynię to, com przyrzekł. Jeśli nie — pozostanę nadal Żydem. Giannotto, usłyszawszy o tem jego postanowieniu, wielce się strapił i rzekł do siebie: — Stracone są wszystkie moje zachody i trudy, których nie szczędziłem, aby go do przyjęcia chrześcijaństwa nakłonić. Pojedzie do Rzymu, obaczy na własne oczy, jak plugawe i występne życie księża wiodą i nietylko wiary naszej nie przyjmie, ale nawet gdyby i chrześcijaninem został, na judaizm powróci.
Obrócił się tedy do Abrahama i rzekł: — Pocóż chcesz przedsiębrać tak uciążliwą i kosztowną podróż do Rzymu? Na tak bogatego człeka, jak ty, czyha tysiąc niebezpieczeństw na ziemi i na morzu. Zali nie znajdziesz tu kogoś, ktoby cię ochrzcił? Jeżeli zaś żywisz jakieś wątpliwości, co do wiary, którą ci wykładam, gdzież znajdziesz mądrzejszych i światłejszych ludzi, jak tu? Dadzą ci oni wszelkie objaśnienia. Według mnie zatem ta twoja podróż wcale potrzebna nie jest. Pomyśl, że prałaci w Rzymie są podobni do tych, których tu widzisz, a może i świątobliwsi, jakoże żyją w pobliżu najwyższego pasterza. Zachowaj swoje siły na inny raz, do czasu pielgrzymki po miejscach świętych, w której może i ja towarzyszyć ci będę.
— Wierzę Giannotto — odparł żydowin — że racja jest po twojej stronie, ale jeśli chcesz, abym spełnił to, o co mnie prosisz, to powiem ci w dwóch słowach, iż muszę jechać. W przeciwnym razie nic nie uczynię.
Gionnetto, uznawszy jego twarde postanowienie, rzekł:
— Jedź zatem; szczęśliwej drogi ci życzę!
Pomyślał przytem, że żydowin, ujrzawszy dwór papieski, nigdy już chrześcijaninem się nie stanie. Aliści już mu nie doradzał, aby pozostał.
Żydowin dosiadł rumaka i pospieszył do Rzymu, gdzie przez Żydów z wielką okazałością przyjęty został. Przebywając w mieście, nie zdradzał się przed nikim, po co tu przybył, a tylko w tajemnicy śledził życie papieża, prałatów i kardynałów i całego papieskiego dworu.
Jako człek bystry niejedno «am spostrzegł, a i wiele od drugich uznał. Z tego wszystkiego wniósł później, że każdy ksiądz, od najmniejszego do największego, rozpustą grzeszny i hołduje nietylko naturalnej rozkoszy, ale i sodomskiej, nie znając hamulca, wyrzutów sumienia i wstydu. Dzięki przemożnemu wpływowi nierządnic i młodzieniaszków nielada urząd można było w Rzymie otrzymać. Obaczył także, że wszyscy są żarłokami i pi-janicami, że na kształt dzikich zwierząt jeno brzuchom swoim służą, nie mówiąc już o rozpuście. Jeszcze baczniej się im przyjrzawszy, poznał, że są skąpi i tak na grosz chciwi, że nie wstydzą się kupczyć wszystkiem, poczynając od krwi ludzkiej, nawet chrześcijańskiej, a kończąc na rzeczach świętych, odpustach i beneficjach. Kupując i sprzedając, większy handel prowadzą, niż w Paryżu kupcy sukna i innych towarów. Jawny targ ey-inonją ochrzcili mianem „zastępstwa“, a obżarstwo ukryli pod skromną na-zwą „pokrzepienia sił“, tak, jakby Boga można było oszukać znaczeniem tych słów i jakby On nie widział plugawych intencyj ich niskich dusz. Mniemali widać, że Bóg, tak jak ludzie, imieniem rzeczy da się okłamać. Wszystkie te rzeczy, a takoż i te, o których zmilczeć należy, nie podobały się 15 wielce Żydowinowi, człekowi umiarkowanemu i obyczajnemu. Zdało mu się, że już dość widział, postanowił tedy do Paryża powrócić; tak też uczynił. Giannotto, dowiedziawszy się o jego powrocie, udał się do niego, straciwszy już wszelką nadzieję na to, aby żydowin chciał chrześcijaństwo przyjąć. Spotkali się pełni ukontentowania i wielkiej radości.
Po kilku dniach Giannotto zapytał się go, co myśli o ojcu świętym i o kardynałach.
Żydowin odparł:
— Wydaje mi się, że Bóg źle czyni, łaskawością swoją ich darząc. Powiem ci, iż, jeśli dobrze zważać i sądzić umiałem, w żadnym księdzu nie znalazłem ani krztyny świętości, pobożności, czy przykładu, godnego naśladowania. Rozpusta, chciwość, obżarstwo i inne gorsze występki (jeśli sobie można tylko jeszcze gorsze wystawić), tak im weszły w obyczaj, że dwór papieski jest dla mnie raczej kuźnią djabelskich poczynań, niż dzieł świętych. Według mego mniemania, wasz pasterz najwyższy, jako i wszy-scy jego duchowni z wielką pilnością, a staraniem chcą religję poniżyć i z oblicza świata ją zetrzeć, chocia winni przecie być jej wsporem i obroną. A jakoże, mimo tych ich wysiłków, wasza wiara coraz bardziej się rozpowszechnia i coraz jaśniejszą i doskonalszą się staje, tedy musiał Duch Święty w nią wstąpić, aby stanęła wyżej od wszystkich wiar świata. Dlatego też, jeśli dawniej głuchy byłem na twoje prośby i nie chciałem chrześcijaństwa przyjąć, to teraz mówię ci jawnie, że nic nie będzie w stanie mnie od tego powstrzymać. Chodźmy zatem do kościoła, pragnę przyjąć chrzest, zgodnie z obyczajem waszej świętej wiary.
Giannotto, który spodziewał się całkiem przeciwnego postanowienia, usłyszawszy te słowa, stał się najszczęśliwszym na ziemi człowiekiem. Udał się z Żydem do kościoła Najświętszej Marji Panny w Paryżu i poprosił księży, aby obrządku chrztu nad Abramem dopełnili. Prośbie tej zaraz było uczynione zadość. Giannotto był jego ojcem chrzestnym. Nawrócony imię Jana otrzymał. Później Giannotto polecił go światłym ludziom, którzy go wkrótce w rzeczach wiary świętej wyćwiczyli. Jan zasłynął jako człek wielce zacny i świątobliwy.
OPOWIEŚĆ III
M el chis e dech lichwiarz
Melchisedech — żydowin, opowieścią o trzech pierścieniach salwuje się z niebezpieczeństwa, jakie mu Saladyn gotował.
Gdy opowieść Neinfile, przez wszystkich chwalona do kresu dobiegła, zgodnie z wobj królowej, mówić zaczęła Filomena: — Nowela Neinfile przypomniała mi niemiły przypadek, który się zdarzył pewnemu Żydowi. Ponieważ o Bogu i o prawdzie naszej wiary już dość rzeczone zostało, wydaje mi się teraz nie od rzeczy, zstąpić ku przypadkom i dziełom ludzkim. Wysłuchawszy mojej opowieści, może ostrożniej odpowiadać będziemy na postawione nam pytania. Należy, abyście wiedziały, drogie przyjaciółki, że głupota odbiera człekowi wszelkie dobro i w wielkie nieszczęścia go wtrąca, gdy tymczasem mądrość z największych niebezpieczeństw wyprowadza i do spokojnego, a błogiego stanu przywodzi. Przykładów na to, że głupota pozbawia nas szczęścia i do srogich mizeryj doprowadza, istnieje mnóstwo, aliści o nich tutaj rozpowiadać nie będę, bowiem widać je jawnie z tysiąca codziennych zdarzeń. W krótkiej mojej opowieści ukażę tylko, jak to rozum wybawić nas może z obieży.
Saladyn, który dzięki swej osobnej dzielności z człeka nikczemnego stanu na tron Babilonu się wyniósł i siła królów, tak chrześcijańskich, jak i saraceńskich zwyciężył, roztrwonił swój skarbiec na częste wojny i niesłychany zbytek. Zdarzyło się, że potrzebował większej eumy pieniędzy, a nie wiedząc, skądby ją tak nagle wydostać, przypomniał sobie o bogatym żydo 17
Wfl winie, zwanym Melchisedech, który w Aleksandrji na lichwę pożyczał. Saladyn pomyślał, że ten mógłby mu, gdyby tylko chciał, przyjść z pomocą; ponieważ jednak znał jego skąpstwo, więc nie bardzo wierzył, aby mu po dobrej woli usłużył, gwałtem zasię przymuszać go nie chciał. Naglony potrzebą, jął Saladyn przemyśliwać, jakby tę sprawę z żydowinem ułatwić, aż wreszcie postanowił użyć gwałtu, ale tą modłą, aby miał on pozór słuszności.
Kazał przywołać Żyda, przyjął go serdecznie, posadził obok siebie i rzekł:
— Od wielu ludzi słyszałem, mój poczciwcze, że jesteś wielkim mę-drcem i w rzeczach wiary osobliwie wyćwiczonym, dlatego też chciałbym się dowiedzieć od ciebie, która z trzech wiar jest najlepsza: żydowska, saraceńska, czy chrześcijańska?
Żydowin, który w samej rzeczy był mądrym człowiekiem, wraz spostrzegł, że Saladyn chce go pochwycić za słowa, oczywiście nie bez ukrytej myśli; pojął zatem, że gdyby którejkolwiek z tych trzech wiar wyższość przyznał, władca swój zamierzony cel osiągnie. Skupił umysł jak ten, kto do odpotviedzi przynaglony, nie chce się dać przyłapać na niej, i zaraz umyślił, jaki mu respons dać należy.
— Panie mój i władco — rzekł — zadaliście mi ważkie pytanie; abym mógł jednak mój sąd wyrazić, muszę wam powtórzyć pewną opowieść. Przypominam sobie, o ile mnie pamięć nie zwodzi, że nieraz słyszałem o jednym bogatym i znacznym człeku, który między innymi klejnotami posiadał w swym skarbcu szacowny i piękny pierścień. Aby jego piękność należycie uczcić i na wieczność ostawić go swoim potomkom, rozkaizał, by ten z jego synów, w posiadaniu którego pierścień ów się znajdzie, za dziedzica uchodził, był za głowę rodu poczytywan i jako taki uważany i czczony. Spadkobierca pierścienia miał podobnie z potomkami swymi postąpić, jak jego poprzednik. Pierścień przechodził z rąk do rąk, aż wresacie dostał się człekowi, który miał trzech urodziwych, cnotliwych i posłusznych jego woli synów; dla tej przyczyny równą miłością ich darzył. Młodzieńcy, którzy wiedzieli o tym zwyczaju z pierścieniem, chcieli jeden przez drugiego klejnotem zawładnąć, jakoże każdy z nich za najgodniejszego się uważał Każdy prosił tedy usilnie sędziwego ojca, który już do śmierci się zbliżał, aby jemu pierścień ten pozostawił. Zacny człek, wszystkich synów jednako miłujący, nie umiał uczynić wyboru, aż wreszcie umyślił, że najlepiej będzie przyrzec go każdemu z nich, aby wszystkich porównuj ukon 18 tentować. Polecił w tajemnicy zręcznemu złotnikowi sporządzić jeszcze dwa pierścienie, które tak do prawdziwego podobne się okazały, że on sam, co uczynić je polecił, zaledwie mógł rozeznać pierścień prawdziwy. Przed śmiercią wręczył w tajemnicy każdemu synowi jeden pierścień. Po śmierci rodzica, każdy z synów o dziedzictwo i o pierścień się upominał i jeden zaprzeczał praw drugiemu, przedstawiając na dowód swój pierścień. Ponieważ trzy pierścienie tak podobne były, że prawdziwego poznać nie można było, nierozstrzygnięte zostało, kto jest właściwym dziedzicem.
Podobnie rzecz się ma, mój panie i władco, z trzema religjami, dane-mi przez Boga trzem nacjom. Każda z nich mniema, że posiada istotną spuściznę, i prawdziwe prawo boże; która jednak ma słuszność, niewiadomo, jak i niewiadomo, kto prawdziwy pierścień posiada.
Saladyn spostrzegł, iż żydowin uniknął zręcznie zastawionych nań sieci. Postanowił zatem otwarcie o potrzebach swoich go uwiadomić, aby przekonać się, zali mu usłużyć zechce, zdradził mu przytem, co zamyślał z nim uczynić i coby, ani chybi, zrobił, gdyby tak rozumnej odpowiedzi nie otrzymał.
Żydowin dał Saladynowi po dobrej woli żądaną sumę. Saladyn zaś nie-tylko po pewnym czasie dług swój mu spłacił ale jeszcze wspaniałemi darami go obsypał, uważał go za swego przyjaciela i dał mu znaczny urząd.
OPOWIEŚĆ IV
Ciężki grzech
Mnich, który w ciężki grzech popadł, gani przeora za tę samą przewinę i w ten sposób od kary się uwalnia.
Gdy Filomena, skończywszy swoją opowieść, zamilkła, siedzący obok niej Dioneo, nie czekając na rozkaz królowej (wiedział bowiem, że na niego teraz kolej przypada), tym kształtem mówić zaczął:
— Miłe damy! Jeśli dobrze nasze powszechne życzenie pojmuję, to zebraliśmy się tutaj poto, aby się opowieściami rozweselić. Mniemam, że każdemu zostawiona jest swoboda w wyborze materji, byleby tylko opowieść nie sprzeciwiała się ogólnemu prawidłu, to jest zajmującą była. Takie było bowiem życzenie królowej. Wysłuchaliśmy już opowieści o tem, jak to Abraham, za radą Giannotto di Givigni idąc, duszę swoją zbawił, oraz jak roztropny Melchisedech obronił swoje bogactwa przed napastliwością Saladyna. Sądzę, że na wasze przy-gany nie zasłużę, gdy wam opowiem o chytrej sztuczce, dzięki której udało się pewnemu mnichowi srogiej kary uniknąć. W miejscowości Lunigianie, niedaleko stąd leżącej, znajdował się klasztor, słynący dawniej z mnogości i świątobliwości braciszków, teraz zaeię opustoszały. W klasztorze przebywał pewien mnich, człek młody i krzepkiego ciała złożenia. Sił jego ani posty, ani modlitwy, ani czuwania nocne nadwątlić nie zdołały. Pewnego razu, w samo południe, gdy inni braciszkowie wczaau zażywali, mnich ów, przechadzając się koło kościoła, znajdującego się w okolicy pustej i oddalonej, napotkał urodziwą wielce młód-kę, która, ani chybi, córką jatkiegoś kmiecia być musiała. Dziowczka zatrudniona 21 była zbieraniem ziół. Ledwie mnich ją ujrzał, gdy chucie w nim rozgorzały. Dlatego też, zbliżywszy się do niej, w grzeczny dyskurs z nią wstąpił. Od słowa do głowa przechodząc, to wreszcie na niej wymógł, że zgodziła się pójść cichaczem do jego celi.
Tutaj mnich, żądzami swemi pobudzany, jął figlować z nią mniej ostrożnie, jakby należało. Tymczasem zdarzyło się, że przeor ze snu wyozmucony, przechodząc obok celi mnicha, posłyszał rumor okrutny, który tamci czynili. Chcąc lepiej głosy rozróżnić, ^zbliżył się cicho do drzwi celi, nadsłuchiwać począł, i wówczas poznał dowodnie, że wewnątrz białogłowa się znajduje. Z początku chciał rozkazać, aby drzwi otworzono, później jednak inaczej postąpić umyślił. Wrócił zatem do swojej komnaty i czekał, aż mnich z celi wyjdzie. Mnich zasię, chocia z całego serca rozkoszy używał, przecie miał się na baczności. Posłyszawszy odgłos kroków na kurytarzu, podszedł do drzwi, spojrzał przez szparę i ujrzał przeora, który podsłuchiwał. Dorozumiał się odrazu, że przeor uznał o bytności białogłowy w jego celi, a wspomniawszy, jak surowa kara mu za to zagraża, stropił się wielce. Niedawszy jednak młódce żadnej o swem strapieniu poznaki, jął się głowić nie na żarty, szukając jakiegoś stosownego wybiegu. Wreszcie przyszła mu na myśl pewna chytra sztuczka, o skuteczności której był twardo przekonany. Uczyniwszy pozór, że dość ma już miłosnych igraszek, rzekł do białogłowy: — Idę teraz, chcąc wynaleźć skuteczny sposób na to, byś stąd niepostrzeżenie wyjść mogła. Dlatego też czekaj tutaj, aż do mego powrotu. Rzekłszy te słowa, wyszedł z celi, zamknął drzwi na klucz i zaraz udał się do komnaty przeora. Oddał przeorowi klucz, jak to każdy mnich miał w obyczaju czynić, kiedy z klasztoru się wydalał, i rzekł:
— Dzisiaj zrana, mój ojcze, nie zdążyli przewieźć wszystkich drew, co są przygotowione; za waszem pozwoleniem tedy, chcę się udać do lasu, aby zwózki dopilnować.
Przeor, pragnąc dowiedzieć się szczegółowiej o grzechu, przez mnicha popełnionym, i mniemając, że grzesznik niczego się nie dorozumiewa, uradował się z tego przypadku. Wziął klucz i dał swoje przyzwolenie. Gdy mnich odszedł, przeor jął rozmyślać, jak mu postąpić należy: zali w przytomności wszystkich mnichów drzwi celi otworzyć i spromy grzech na jaśnię podać, tak aby braciszkowie szemrać później nie mogli, gdy srogą karę rozpustnikowi wymierzy, zali też wprzód o wszystkiem uznać szczegółowie? Pomyślał przytem, że owa młódka może się okazać córką lub żoną jakiegoś czcigodnego człeka, któremu nie chciał 22 by despektu sprawić, jawnie ją ostawiając. Dlatego też postanowił dowiedzieć się wprzód, kim jest owa białogłowa, a później dopiero stosowne miary przyjąć. Z tym zamysłem podszedł do drzwi celi, otworzył je, wszedł do środka i znów drzwi za sobą zawarł. Młódka, obaczywszy przeora, od sromu i trwogi gorzko płakać poczęła.
Świątobliwy przeor, spojrzawszy na nią, przekonał się, że dzieweczka piękna jest i świeża. Chocia był już człekiem szedziwym, przecie poczuł, że nim chucie okrutne owładają, na podobieństwo tych, którym młody mnich oprzeć się nie zdołał. Później rzekł do się na ten kształt:
— Dlaczegóżbym nie miał uciechy zażyć, skoro sposobność się nadarza? Radości i wesela niewiele mamy, troak zasię i zła zaiwsze poddostatkiem. To piękna dzieweczka, na honor! Nikt nie dowie się o tem, że tutaj była. Czemuż miałbym nie spróbować, czy mi się nie uda woli swej ją powolną uczynić? Grzech w tajemnicy, to pół grzechu tylko! Korzystajmy ze szczęśliwej okazji, co się może już nigdy nie powtórzy i nie pogardzajmy dobrem, którem Bóg drugiego obdarza!
Tak myśląc, zbliżył się do płaczącej dziewicy, zamysł swój pierwotny całkiem odmienił i prosić ją zaczął, aby płakać przestała. Później w ostrożnych słowach pragnienie swoje jej odkrył. Dziewica, która nie była z żelaza ani z kamienia, zbytniego nie stawiała oporu. Przeor obłapiwszy ją ciasno i ucałowawszy czule, pociągnął ją do wąskiego łoża mnicha. Mając jednak należny wzgląd na czcigodność swojej osoby, a takoż obawiając się, aby jej ciężarem swoim zbytnio nie urazić, miast się na młódce położyć, na brzuchu swym ją posadził i tą inodłą długo z nią igrał. Mnich, który udał, że do lasu wyrusza, ukrył się w kącie kurytarza. Obaczywszy, że przeor do celi wchodzi, miał już >za pewne, że jego fortel skutecznym się okaże. Podkradł się więc do drzwi i przez szparę obaczył wszystko, co przeor czynił. Ów po długiej miłosnej rozprawie, zamknął młódkę w celi i do swej komnaty się udał. Wkrótce usłyszał, że mnich już z lasu powrócił. Zamierzając go skarcić surowo i do ciemnicy wtrącić, tak aby z miłej zdobyczy bez podziału korzystać, kazał go przywołać, a później przyjąwszy go z zagniewanem obliczem, rzekł, że go więzieniem ukarze.
Mnich odparł na to:
— Przewielebny ojcze, zbyt niedawno jestem w zakonie Świętego Benedykta, ażebym mógł znać ezczegółowie wszystkie reguły. Nie wiedziałem naprzy-kład, że mnisi krom wigilij i postów winni są jeszcze i dziewczęta na siebie na 23 kładać. Teraz jednak, skoroście mi już stosowny przykład dali, przyrzekam nigdy pod tym względem nie chybić. Jeśli mi na ten raz przebaczycie, będę czynił tak, jak widziałem, żeście wy czynili.
Przeor, który był człekiem o bystrem przyrodzeniu, zaraiz pojął, że mnich wszystkie jego figle widzieć musiał. Zawstydził się postępku swego i nie chciał karać mnicha za to, czem sam zgrzeszył. Przebaczył mu przeto, pod warunkiem, że ścisłe milczenie zachowa. Później postarali się dziewczynę ukradkiem z klasztoru wyprowadzić. Mniemać należy, że młódka jeszcze nieraz tam powracała.
OPOWIEŚĆ V
Kurczęta
Markiza z Monferratu nagania króla francuskiego za jego bezrozumną miłość, częstując go samemi kurczętami i obracając się do niego ze stosowne mi słowami.
Opowieść Dionea zawstydziła nieco białogłowy, czego dowodem były rumieńce na ich obliczach; później ledwie się od śmiechu wstrzymać mogły. Jedna na drugą poglądając, słuchały noweli, z uśmiechem na ustach.
Gdy Dioneo dobiegł do końca, łagodnemi słowy zwróciły mu uwagę, że po dobnych rzeczy przy białychglowach opowiadać się nie godzi. Królowa, obróciwszy się do Fiammetty, siedzącej obok niej na murawie, rzekła, że teraz na nią kolej przychodzi. Fiammetta, wdzięcznie się uśmiechając, w tc słowa zaczęła:
— W poprzednich opowieściach okazane zostało na przykładach, jakie znaczenie mieć może szybka i bystra odpowiedź. Pomyślałam sobie, że jeśli mężczyzna rozumnie czyni, szukając miłości tej kobiety, której ród jest znaczniejszy od niego, to natomiast białogłowa winna strzec się miłości do tego męża, co stanem swym nad nią góruje; dlatego też postanowiłam w tej noweli, którą teraz mam opowiedzieć, pokazać wam, miłe towarzyszki, jak to pewnej znacznej damie udało się słowem i uczynkiem od takiego afektu uchronić i drugiego od miłości odwieść.
Markiz di Monferrato, człek wielkiej dzielności i chorąży kościoła, miał wziąć udział w wyprawie krzyżowej. Na dworze króla francuskiego Filipa, 25 który również do tej wyprawy się gotował, jeden * rycerzy — dworzan oznajmił w rozmowie, że niema na ziemi takiej pary, jak markiz i jego żona. Jeśli markiz słynie pośród rycerstwa swemi wielkiemi przymiotami, to żona jego jest najpiękniejsza i najcnotliwsza z wszystkich kobiet. Słowa te tak wielkie wrażenie na królu Francji sprawiły, iż zakochał się w żonie markiza, chocia jej dotychczas nie widział. Umyślił zatem dopiero w Genui wsiąść na okręt, aby stamtąd się przez morze przeprawić, do Genui zaś dotrzeć lądem, a po drodze odwiedzić markizę. Miał nadzieję, że pragnienia swoje do lubego przywiedzie skutku, zważywszy na to, że markiza sama w domu pozostawała. Zamysły swoje zaraz w czyn wcielił. Wysławszy naprzód swoje wojska, sam z nieliczną świtą w drogę wyruszył. Zbliżywszy się do włości markizy, pchnął umyślnego, aby powiadomić markizę, że następnego dnia przybędzie do niej na obiad. Roztropna i układna dama odparła, że wielce sobie zaszczyt ten ceni i że przyjmie króla, jak najmilszego gościa. Później jęła się nad tem głowić, co króla k‘temu przywodzi, aby ją odwiedzać w czasie, gdy mąż jej przytomny nie jest i odgadła, że sława jej piękności tu go przynęciła.
Tem niemniej postanowiła przyjąć gościa, jak się należało. Przywołała wszystkich znaczniejszych ludzi, pozostałych w domu, i zasięgnąwszy ich rady, przygotowała wszystko na godne przyjęcie; tylko ucztą i wyborem potraw sama się zajęła. Kazała zarznąć wszystkie kury, jakie pod rękę podpadną, i przyrządzić z nich kucharzom wiele rozlicznych potraw. Naznaczonego dnia przybył król i został godnie i wspaniale przyjęty. Ujrzawszy markizę, przekonał się, że piękność jej, osobny wdzięk i przymioty znacznie przechodzą wszystkie opowiadania rycerza. Zadziwił się wielce i tem większem płomieniem rozgorzał, im bardziej piękność markizy przewyższała tej piękności famę. Król zażył wczasu w komnatach, przybranych okazale, i stosownie na przyjęcie tak znacznego gościa, gdy zaś nastała pora obiadu usiadł z markizą za stołem. Innym przytomnym dano miejsce wedle ich godności za sąsiedniemi stołami. Król niewypowiedzianej rozkoszy zażywał, smakując w wyszukanem jadle, próbując win znamienitych i nie odrywając wzroku od pięknej markizy. Jednakoż w miarę, gdy półmiski wciąż zmieniano, zaczął się nieco dziwować, spostrzegłszy, że, jeśli i potrawy różne były, to przyrządzono je wszystkie z tych samych kur. Król dobrze wiedział, że okolice tamtejsze obfitują w dziczyznę, w którą, na wieść o jego przyjeździe, był jeszcze czas się opatrzyć. Mimo swego zdzi wienia z tej osobliwości, nie zdradził się z swem nieukontentowaniem, jeno obrócił się do markizy z takim o kurach żartem:
— Zali Wasza Miłość — rzecze z wesołym uśmiechem — w kraju tym kury rodzą się bez koguta?
Markiza wlot pojęła, do czego król pytaniem swem zmierza i widząc, że sam Bóg zsyła jej sposobność okazania gościowi swego ułożenia, odparła swobodnie:
— Nie, Miłościwy królu! Białogłowy tutejsze są takie same, jak wszędzie, chocia w swych strojach i obyczajach od innych nieco się różnią.
Król, usłyszawszy ten respons, zrozumiał zarówno ukryte znaczenie słów markizy, jak i przyczynę, dlaczego obiad z samych kur się składał. Pojął, że z taką białogłową na nic się zdadzą cukrowane słówka, a takoż i gwałtem niczego się nie sprawi. A chocia żądze się w nim wielkie zarze-gły, przecie osądził, że lepiej będzie dla jego czci, jeśli ten płomień przygasi. Zaprzestał żartów, obawiając się, aby inarkiza znów mu ostro nie przy-mówiła i zbył się wszelkiej nadziei. Skończywszy obiad, podziękował za przyjęcie, jakie go spotkało, polecił markizę Bogu i do Genui zaraz się udał, aby śpiesznym odjazdem powód swego przybycia zatrzeć.
OPOWIEŚĆ VI
Sto za jedno
Pewien czcigodny człek trafnem słówkiem karze obłudą mnichów.
Siedząca obok Fiammetty, Emilja zaczęła swoją opowieść, gdy już wszyscy przytomni dość wysławili mądrość markizy, która podobną odprawę francuskiemu królowi dała.
— I ja — rzekła z wdziękiem — opowiem o podobnym responsie, danym przez pewnego mądrego a świeckiego człeka skąpemu mnichowi. Ze słów tych nie tylko śmiać się trzeba, ale i je zachwalić.
Żył niedawno we Florencji mnich z zakonu Minorytów, inkwizytor kacerskich błędów. Jak i wielu innych, chciał on uchodzić za świętoszka i człeka żarliwego w wierze chrześcijańskiej, co mu nie wadziło śledzić równie za tymi, których mieszki dobrze nabite były, jak i za heretykami.
Przypadek nadarzył mu kiedyś poczciwca, uposażonego więcej w dukaty, niźli w rozum. Ów, podochocony pewnego dnia winem, rzekł do swojej kom-panji, że ma wino tak dobre, iż sam Chrystus piłby je z ochotą. Słuch o tem doszedł do ojca inkwizytora, który, dowiedziawszy się, że bluźnierca ma wielkie miano i dobrze nabity mieszek, cum gładiis et fustibus srogie śledztwo rozpoczął. Miał na myśli nietyle sprowadzenie grzesznika na drogę prawej wiary, ile napełnienie swojej kieszeni jego dukatami. Przywoławszy go, zapytał, zali prawdą jest, co o nim mówią? Prostak odpowiedział, że tak i wyjaśnił, jak było. Świątobliwy inkwizytor i czciciel św. Jana Zlotobrodego, rzekł: 29
— Tedy uczyniłeś z Chrystusa pijaka i smakosza win, na podobieństwo Cinglione lub innego pijanicy, nie wychodzącego z szynkowni, teraz zasię, przyznając się pokornie, chcesz w nas wmówić, że błaha to sprawa. Nie jest jednak tak, jak ci się zdawa. Zasłużyłeś na stos i pójdziesz w ogień, jeśli zechcemy postąpić z tobą według prawa!
I ze srogą miną jął gromić biedaka, jakby był on samym Epikurem, co duszom nieśmiertelności zaprzeczał. Mówiąc pokrótce, tak go przeraził, że poczciwina przez pośredników posmarował balsamem św. Jana Złotouste-go ręce inkwizytora (balsam ten jest wielce skuteczny na zarazę chciwości pośród księży, a zwłaszcza braci Minorytów, którym nie Iza się pieniędzy dotykać), aby ów więcej litośnie chciał z nim postąpić.
Cudotwórczej maści, o której wszakoż Galien w swojej medycynie nie wspomina, w tak wielkiej ilości użył, że płomień stosu, grożący mu, zamienił się w znak krzyża; dali mu żółty krzyż na czerwonem polu, niby rycerzowi, co na wyprawę krzyżową się gotuje. Wziąwszy pieniądze, ojciec inkwizytor zatrzymał grzesznika na kilka dni przy sobie, przykazawszy mu, aby dla pokuty słuchał codziennie mszy w Santa Croce, a w godzinie posiłku stawał przed jego obliczem; przez resztę dnia mógł czynić, co zechciał.
Grzesznik, odbywając pokutę, usłyszał pewnego dnia podczas mszy, jak śpiewano te słowa Ewangclji:
„Sto za jedno oddane wam będzie i żywot wieczny pozyskacie14.
Zachował je dobrze w pamięci. W oznaczonej godzinie, spełniając rozkaz, zjawił się u inkwizytora, który właśnie obiad spożywał.
Mnich zapytał go, zali dnia tego inszy świętej wysłuchał, a usłyszawszy, że tak, rzekł:
— Zaliżeś nie słyszał czego, coby wątpliwość w tobie pewną wzbudziło i przeto wyjaśnień się domagało?
— Nie, ojcze — odparł poczciwiec — wierzę we wszystko i najmniejszej wątpliwości nie mam. Usłyszałem jednak coś, co mnie wielką litością dla was natchnęło. Ciężko wam będzie na tamtym świecie, ojcowie czcigodni!
— Jakież to słowa — zapytał inkwizytor — takiem współczuciem dla nas cię napełniły?
Był to ustęp z Ewangelji — odparł prostak — „Sto za jedno otrzymacie“!
— Nieinasz nic prawdziwszego nad to — rzecze mnich — ale czemuż cię te słowa tak wzruszyły? 30
Zaraz wam wszystko wytłumaczę, ojcze wielebny. Od czasu, jak przebywam w waszym klasztorze, widzę, że codziennie wynosicie żebrakom kocioł albo i dwa kotły zupy, które z obiadu wam zostały. A owóż, jeśli na tamtym świecie za każdy kocioł sto wam oddadzą, wszyscy się w zupie potopicie!
Ci, co pospołu z inkwizytorem biesiadowali, wybuchnęli głośnym śmiechem. Inkwizytor pojął, że słowa te przeciwko obłudnej dobroczynności mnichów wymierzone zostały, i wielce się tem stropił. Gdyby nie wstyd za pierwszą wytoczoną mu sprawę, ani chybi, wszcząłby przeciw niemu drugi proces, mszcząc się za zniewagę braci-pasibrzuchów. Rozgniewany, puścił go swobodnie i przykazał, aby mu się więcej na oczy nie pokazywał.
OPOWIEŚĆ VII
Poskromienie skąpca
Bergamino opowieścią o Primassie i opacie z Clugny zawstydza skąpego
Cane della Scala
Gdy Fmilja opowiadała o bystrej odpowiedzi krzyżowca, całe towarzystwo pospołu z królową śmiało się serdecznie. Gdy śmiech umilkł i wszyscy uspokoili się, Filostrato, na którego kolej nadeszła, zaczął na ten kształt: — Piękną rzeczą jest, miłe damy, trafić w cel nieruchomy, ale gdy łucznik popadnie strzałą w przedmiot, który się nagle pojawia i znika — to kunszt nad kunsztami. Występne i brudne życie mnichów jest jawnym dowodem ich zepsucia, z czego każdy może śmiać się i drwić dowoli. Jeśli poczciwiec dobrze uczynił, dworując sobie z inkwizytora i obłudnej dobroczynności mnichów, którzy dają ubogim strawę, stosowną dla świń, to niemniej wychwalać należy tego człeka, co mi go poprzednia opowieść na pamięć przywiodła. Ów niezwykłe skąpstwo udzielnego i bogatego księcia, Cane della Scala, w swojej wesołej opowieści wyszydził, wkładając w usta drugiego to, co o sobie i o nim chciał powiedzieć.
Ten Cane della Scala, jak to fama po całym świecie głosi, był wielkim wybrańcem fortuny, a przytem jednym z najsławniejszych i najwspanialszych książąt Italji za czasów Fryderyka II cesarza. Pewnego razu książę umyślił wyprawić w Weronie ucztę wspaniałą. Sprosił na nią co znaczniejsze osoby i dworzan ale, gdy przybyli, nagle zamysł swój odmienił; szczodrze obdarzył swoich gości i z powrotem ich odprawił. Jeden tylko, 33
Bergamino. zawołany gaduła i człek bystrego dowcipu (o czem sądzić może tylko ten, co go słyszał), żadnej nagrody nie otrzymawszy, pozostał na miejscu, a choć nie wiedział, czemu to zaniedbanie księcia przypisać, przecie się nie trapił zbytnio, mniemając, że w przyszłości sowicie sobie to odbije. Aliści Cane della Scala pomyślał, nie wiedzieć z jakiej racji, że dać cośkolwiek Bergamino to gorzej, niżli w ogień rzucić, dlatego też milczał i wcale się doń nie zwracał. Bergamino czekał przez kilka dni, ale widząc, że nikt po niego nie przysyła, i że pobyt w gospodzie wraz ze służbą i końmi drogo go kosztuje, jął się nie na żarty trapić. Mimo to przecie czekał ciągle, myśląc, że nie byłoby rzeczą roztropną teraz odjeżdżać. Przywiózł był z sobą trzy bogate i strojne suknie, które od innych książąt otrzymał, aby móc godnie na uczcie wystąpić.
W zapłatę za postój oddał oberżyście z początku jedną suknię, po nie jakim czasie drugą, wreszcie jął żyć na koszt trzeciej szaty, postanowiwszy zostać tam dopóty, dopóki pieniędzy za nią wystarczy, później zaś puścić się w drogę powrotną.
Gdy już ostatnią suknię prawie przejadł, zjawił się pewnego dnia z zatroskaną miną przed panem Cane della Scala w chwili, gdy ów za stołem siedział. Pan Cane della Scala, chcąc raczej zadworować z niego, niżli rozweselić się jakiemś jego trafnem słowem, rzecze:
— Co ci jest, Bergamino? Powiedz, dłaczegoś taki strapiony?
Wówczas Bergamino bez namysłu (bowiem już wszystko przedtem dobrze obmyślił) jął opowiadać nowelę, która jawnie jego położenie ukazać miała.
— Wiecie zapewne, Wasza Miłość, że Primasso był nie tylko człekiem w gramatyce zawołanym ale i zręcznym wierszopisem. Jego nauka i umiejętność uczyniły go tak sławnym, że z imienia był on znany każdemu, nawet tym, co go nigdy na oczy nie widzieli. Bawiąc kiedyś w Paryżu, wielki niedostatek znosił, bowiem możni tego świata nie bardzo się kwapili, aby talenty jego wynagradzać, usłyszał o opacie z Clugny, który, jak powszechna faina głosiła, był, krom papieża, najbogatszym dostojnikiem kościoła. Ludzie opowiadali o nim dziwy, wysławiali jego szczodrość i wspaniałość, twierdzili, że w jego domu wieczne święto panuje i że każdy kto się tam zjawi w obiadowej porze, ugoszczony zostanie. Primasso, który z ludźmi znacznymi przestawać lubił, umyślił udać się tam, aby przekonać się o szczodrobliwości opata. Zapytał się, czy opat daleko od Paryża przemieszkuje, 34 na co mu odpowiedziano, że jego dwór znajduje się o sześć mil od Paryża. Wybrał się zatem w drogę wcześnie rano, aby stanąć na miejscu w obiadowej porze. Dowiedziawszy się, którędy mu iść należy, nie natrafił na nikogo, ktoby w tą samą stronę dążył, przeto pełen obawy, że zabłądzić może w takie miejsce, gdzie nic do jedzenia nie znajdzie, opatrzył się w trzy chle-by, aby po drodze nie głodować, co się zaś wody tyczy, to myślał (chociaż nie był zbytnim jej lubownikiem), że wszędzie ją napotka.
Włożył chleby za pazuchę i ruszył w drogę. Poszczęściło mu się tak, iż przybył na dwór opata jeszcze przed obiadem. Wszedłszy do domu, jął się na wszystkie strony rozglądać i ujrzał stoły dokoła rozstawione, kredensy obficie opatrzone i różne rzeczy do obiadu przygotowane; z tego wniósł, że opat musi być naprawdę szczodry tak, jak fama głosi. Tymczasem zbliżyła się godzina obiadu. Marszałek dworu kazał podać wody do obmycia rąk, a potem każdemu miejsce za stołem wskazał. Zdarzyło się, iż Primasso zajął miejsce naprzeciw drzwi, przez które opat miał wejść do komnaty. Było to na tym dworze w obyczaju, że dopóki opat nie zasiadł za stołem, nie podawano niczego, wina, ani chicha, jadła, ani napojów. Zastawiwszy stoły, marszałek oznajmił opatowi, że obiad już gotów. Opat rozkazał otworzyć drzwi, które do jadalni wiodły; ledwie stanął na progu, wzrok jego padł na Primassa. Był on nędznie ubrany, a przytem opat nie znał go wcale. Gdy go obaczył, przyszła mu do głowy poraź pierwszy myśl niegodna. „Kogóż to ja nie karmię za swoim stołem?“ — rzekł do siebie. Później cofnął się od proga, przykazał zamknąć komnatę i zapytał tych, co w pobliżu niego stali, zali nie znają tego żebraka, co naprzeciw drzwi, za stołem siedzi. Wszyscy odparli, że nie wiedzą, ktoby to był.
Primasso, jako człek do postów nie przywykły, a przytem wygłodniały po przebyciu wielkiego szmatu drogi, poczekał chwilę ale widząc, że opat nie nadchodzi, wyciągnął jeden z trzech bochenków chleba, tkwiących za pazuchą i jeść go począł.
Opat po pewnym czasie posłał do komnaty jednego z swych sług, aby obaczył, czy nieznajomy już odszedł.
Sługa doniósł, że spożywa chleb, który, ani chybi, przyniósł z sobą.
— Niechaj je, jeśli ma własny — odparł opat — naszym się dzisiaj nie pożywi!
Opat chciał, aby Primasso sam się z swego miejsca ruszył, bowiem niegodną rzeczą mu się zdało za drzwi go wyrzucać. Primasso tymczasem zjadł 35 jeden chleb, a widząc, że opat nie nadchodzi, do drugiego bochenka się zabrał. Powiadomiono o tem opata, który znów kazał słudze obaczyć, czy przybysz siedzi za stołem?
Primasso, zjadłszy drugi bochen chleba, wydobył trzeci. Opat, dowiedziawszy się o tem, zamyślił się i rzekł:
— Co mnie do głowy dzisiaj przyszło? Skąd to skąpstwo i ta wzgar-uliwość w stosunku do tego człeka? Od tylu lat już karmię tych, co są zgłodniali, nie pytając, czy to szlachcice, czy chłopi, bogacze, czy biedacy, kupcy, czy oszuści. Widziałem, jak z mego dobra korzystali włóczędzy, a przecie nigdy nie owładały mną myśli takie, jak teraz, gdy na tego człeka patrzę. Należy mniemać, iż takie skąpstwo nie mogło się zrodzić we mnie w odniesieniu do nikczemnego człeka. Ów nieznajomy, co włóczęgą mi się zda-wa, musi być znamienitym człowiekiem, skoro mnie coś tknęło, aby go uczcić należycie.
Rzekłszy to, chciał się dowiedzieć, kto był ów przybysz. Gdy mu powiedziano, że jest to Primasso, który tu przybył, aby przekonać się na własne oczy, czy wysławiana szczodrość opata jest taką w samej rzeczy, opat zawstydził się szczerze, bowiem słyszał już był wiele o tym człeku i o jego umiejętnościach.
Chcąc błąd swój naprawić, jął mu wielką cześć okazywać. Ugościwszy go u stołu, obdarzył go szatami, stosownemi do jego godności, mieszkiem złota i pięknym rumakiem i dał mu do wyboru: pozostać na jego dworze, czyli też odjechać. Primasso, wielce ukontentowany, gorący dank mu złożył i powrócił na koniu do Paryża, skąd przybył piechotą.
Pan Cane della Scala, człek rozumny, pojął odrazu, co Bergamino chciał rzec przez to i odezwał się doń z uśmiechem.
— Udatuie, mój Bergamino, podałeś na jaśnię swoje krzywdy i wartość, a takoż i moje sknerstwo; dałeś mi poznać dowodnie, czego pragniesz ode-mnie. Wierę, powiem ci, że nigdy dotąd nie byłem dla nikogo tak nieużyty i skąpy. Przepędzę to skąpstwo tym kijem, który mi ukazałeś.
To rzekłszy, zapłacił oberżyście za Bergamina, obdarzył go szatą wspaniałą, sakwą, pełną złota, rumakiem i przyzwolił mu, albo pozostać przy sobie, albo też swobodnie odjechać.
OPOWIEŚĆ VIII
Skąpiec Grim a l di
Wilhelm Borsiere ostremi słony wyszydza skąpstwo messera Ermina de Grimaldi
Siedząca obok tilistrata, Lauretta, wysłuchawszy pochwal nad sprytem Bergamina i wiedząc, że na nią kolej nadchodzi, jęła mówić w te słowa:
Poprzednia nowela przywiodła mnie k‘temu, aby wam opowiedzieć, jak to pewien dworzanin w podobny sposób ukarał i wyśmiał chciwość bogatego kupca. Moja opowieść podobna będzie do opowieści Filostrata, jednakoż sądzę, że niemniej wam do smaku przypadnie, bowiem koniec ma szczęśliwy.
Żył ongiś w Genui szlachcic, Ermino de Grimaldi, który, według powszechnego mniemania, był najbogatszym człekiem we Włoszech; żaden bogacz nie mógł mu dorównać majętnościami i nagromadzonemi pieniędzmi. Ale górując nad wszystkimi bogactwem, przewyższał takoż swern sknerstwem wszystkie kutwy na świecie. Nie trza nawet i wspominać, że dla bliźnich sakwy jego szczelnie zamknięte były; nic dosyć na tem, sam sobie bowiem odmawiał rzeczy nejniezbędniejszych, skąpiąc na jedzenie, picie i odzież, przeciwnie do obyczaju Genueńczyków, którzy wystawnie, a wspaniale ubierać się lubią. reszcie k‘temu przyszło, że puszczono w niepamięć jego nazwisko Grimaldi i Erminem — Sknerą zwać go poczęto.
Zdarzyło się, iż w tym czasie, gdy Ermino przez swoje sknerstwo bogactwa swoje powiększał, przybył do Genui obyczajny i gładki dworak, a przytem zawołany mówca, ^ illiełm Borsiere. Mało był podobny do wielu 37 dzisiejszych paników, którzy minio swych skażonych i występnych obyczajów, za ludzi znamienitych chcą uchodzić. Podobni są oni do osłów, bowiem wzrośli raczej wśród wszelakiej brzydliwości, niżli na dworach wychowani zostali. W owych czasach dworzanie z usilnością starali się o zgodę, jeśli gdzieś wybuchła kłótnia lub nienawiść; przyczyniali się do kojarzenia małżeństw i zacieśniania związków przyjacielskich; trafnem, a wdzięcznem słowem rozweselali umysły po dniu pracy, zasię ostrą przymówką występki nikczemników razili. Wszystko to czynili za niewielkiem wynagrodzeniem. Dzisiaj natomiast trawią swój czas tylko na tem, że plotki roznoszą, sieją niezgody, wzbudzają waśnie, oszczerstwami się plamią, a co gorsza, w przytomności ludzkiej ganią jeden drugiego za rzekome, ozy też prawdziwe bezeceństwa, zasię ludzi zacnych fałszywemi pochlebstwami ku różnym szkaradnościom podwodzą. Na wstyd naszemu wiekowi, prawie zawsze ten największych łask i dobrodziejstw od niegodnych panów dostępuje, kto najwięcej zdroż-ności i plugastw czyni lub mówi. Wszystko to jest jawnym dowodem, że cnoty nas już opuściły, ostawiając nas na pastwę występków i nieszczęść.
Ale powracając do właściwego wątku, od którego gniew słuszny oderwał mnie na dłużej, niż się tego spodziewać mogłam, powiem, że ów Wilhelm cieszył się w Genui osobnemi względami i przyjaźnią wszystkich. Przebywszy w mieście kilka dni, usłyszał o skąpstwie i niegodziwości Ermina i widzieć ga zapragnął. Ermino ze swej strony usłyszał także o Wilhelmie Bor-siere, jako o człeku wielce zacnym, a jakoże mimo przyrodzonego skąpstwa tliła się w nim jeszcze iskierka ludzkości, tedy przyjął go z twarzą wesołą, uprzejmemi słowy go powitał i rozprawiać o różnych rzeczach począł. Później, wraz z innymi Genueńczykami, wwiódl go do swego nowego i pięknego domu. Oprowadziwszy go po nim, rzekł:
— Siła rzeczy widzieliście na świecie, panie Wilhelmie! Radbym dowiedzieć się od was, jaką rzecz osobliwą i nigdy nie widzianą mógłbym wymalować w tej sali?
Wilhelm, usłyszawszy to śmieszne żądanie, odparł:
— Nie mogę wam, panie, powiedzieć nic o rzcczy, której nikt jeszcze nie widział. Może byłoby to kichanie albo jakaś rzecz podobna. Jeśli jednak pragniecie, mogę poradzić wam coś, czegoście dotąd jako żywo nie widzieli.
— Proszę was, powiedzcie mi, co to jest takiego — rzekł Ermino, który nie spodziewał się wcale, jaka będzie odpowiedź Borsiere. 38
— Każcie odmalować szczodrość — odparł żywo Wilhelm.
Usłyszawszy te słowa, Ermino tak *ię zasromał, że w jednej chwili całkiem się odmienił, a potem rzekł:
Każę ją odmalować, panie Wilhelmie, w taki sposób, że ani wy ani nikt inny już powiedzieć nie będzie mógł, iż jej nie widziałem.
Istotnie, od tego dnia — taka była skuteczność słów Wilhelma — stał się Ermino najhojniejszym człekiem w Geaiui, cieszącym się wielką czcią obywateli miasta, jako też i cudzoziemców.
OPOWIEŚĆ IX
Pątniczka
Król Cypru, wydrwiony przez pewną Gaskonką, staje się z człeka tchórzliwego dzielnym
Teraz przyszła kolej, aby Eliza wypełniła rozkaz królowej.
Eliza, nie mieszkając, zaczęła opowiadać wesoło:
— Nieraz się przytrafia, miłe białogłowy, że nagany i srogie kary nie mogą tego sprawić, co jedno słowo ex proposito rzeczone. Jawnie to widać z opowieści Lauretty; w swojej krótkiej noweli chciałabym to samo ukazać. Dobre opowieści zasługują na to, aby ich słuchać z uwagą, bez względu na to, kto je opowiada.
Za czasów pierwszego króla Cypru, gdy już Godfryd de Bouillon Ziemię Świętą zdobył, zdarzyło się, iż pewna dama gaskouska wybrała się z pielgrzymką do grobu Chrystusa. W powrotnej drodze zatrzymała się na wyspie Cypru, gdzie ją znieważyło kilku niegodziwców. Obracała 6ię z swemi skargami powszędy, ale nigdzie nic wskórać nie mogąc, postanowiła wreszcie skargę swą królowi przedłożyć. Nie radzili jej tego czynić, tłumacząc, że wszystkie starania pójdą na marne, bowiem król je«t tak gnuśnego i tchórzliwego przyrodzenia, iż nie tylko nie mści się za obelgi innym wyrządzone, ale nawet puszcza płazem zniewagi sobie uczynione. Kto w duszy jakąś urazę lub rankor żywi staje zwykle przed królem i swobodny upust swej złości, w jakich tylko chce słowach, daje. Usłyszawszy o tem, dama gaskońska, która już straciła nadzieję na odwet za krzywdy swoje, postanowiła przynajmniej małoduszność króla zgromić. Stanęła przed nim i rzekła ze łzami: 41
— Przyszłam do ciebie, panie, nie poto, aby żądać sprawiedliwości za zniewagę mi uczynioną. Zamiast uczynić jej zadość, racz tylko nauczyć mnie, jak należy znosić obelgi i oslawy, których, jak słyszę, nikt ci nie szczędzi. Za twoim przykładem, ścierpię może tę hańbę, którąbym ci chętnie odstąpiła, wiedząc z jaką cierpliwością wszelkie szkalowania znosisz.
Król, dotychczas na wszystko głuchy i nieczuły, nagle jakby się z głębokiego snu ocknął. Przedewszystkiem surowo ukarał tych, co krzywdę damie wyrządzili, a później ścigał nieubłaganie ludzi, koronę jego znieważających.
OPOWIEŚĆ X Zakochany starzec
Mistrz Albert z Bolonji zawstydza białogłowę, która chciała sobie zeń zadrwić dlatego, że ją miłował
Po Emilji miała głos zabrać jeszcze królowa, która z wielkiem wdziękiem jęła mówić w te słowa: — Miłe białogłowy, podobnie jak gwiazdy w świetliste noce upiększają niebo, a kwiaty wiosną ziemię, tak wdzięczne słowa kraszą wesołą gawędę i dobre obyczaje. Krótkie słowa przystoją bardziej białogłowom, niż mężom, którzy mają w obyczaju wiele bez potrzeby i długo mówić. Prawda, że teraz, ku wielkiemu sromowi wszystkich, nie wiele ostało takich białogłów, co dowcipne słowo rozumiejąc, odpowiedzieć na nie są w stanie. Co u dawnych niewiast ozdobą umysłu było, to dzisiejsze białogłowy tracą na ukradzenie ciała swego; ta, która się w najbardziej pstre suknie, lamówką obramione, przystroi, już się sobie wielkiej czci godną wydaje, a i nie pomyśli o tcm, że na lubego osła możnaby władować jeszcze więcej sukien, niż na nią; osiołby je nosił, nie przestając być jednakowoż osłem. Wstyd mi to mówić, bowiem nie mogę prawić przeciwko innym tak, abym sama siebie oszczędzić mogła. Owe białogłowy tak upstrzoue, umalowane i przystrojone, stoją niby nieme i nieruchawe posągi; jeśli się je o co zapytać, odpowiadają tak, że lepiejby było, gdyby zmilczały. Starają się przytem wmówić w nas, że ich niezdarność i nieumiejętność rozmawiania z mężczyznami płynie tylko z niewinności i prostoty duszy; głupotę swoją cnotliwością zowią, tak jakby tylko ta białogłowa cnotliwą była, co umie 43 gadać jeno z praczką, służącą lub piekarką. Pragną, abyśmy uwierzyli, że takiemi już ich natura stworzyła, jednak natura przecie inny środek znaleźćby mogła, chcąc ich gadulstwo ograniczyć. We wszystkiem trzeba znać miarę i w tym, jak i w innych przypadkach brać pod uwagę czas, miejsce, oraz i to z kim się mówi, inaczej bowiem gdy zechcemy ostrem słówkiem kogoś w pomieszanie wprawić, łacno zdarzyć się może, że przeliczywszy się z swemi siłami, sami pokraśniejemy od wstydu.
Abyście przeto ostrożności się nauczyły i aby na was nie sprawdziło się przysłowie, że kobiecie we wszystkiem zawsze gorszy udział przypada, opowiem wam ostatnią na ten wieczór nowelę, jakoże na mnie teraz kolej przychodzi. Niechże opowieść to sprawi, abyście nie tylko szlachetnością duszy od innych się odróżniały, ale i polerownością obyczajów.
Przed niedawnemi czasy żył w Bolonji znakomity lekarz, którego imię sława prawie po całym świecie rozniosła. (Może być, że żyje on jeszcze po dziś dzień). Medyk ten zwal się Albert. Liczył sobie pod siedemdziesiąt lat życia i chocia już utracił przyrodzony żar ciała, przecie duch w nim był tak krzepki, że na miłosne płomienie nieczuły nie pozostawał; ujrzawszy pewnego razu na uczcie urodziwą wdowę, która, jak powiadają, zwała się Mar-gary U] di Ghisolieri, zapłonął do niej strzelistym afektem, niby młodzieniaszek jaki. Zdało mu się, że nie uśnie nocą, jeśli w dzień nie obaczy świeżego i cudnego jej lica. Jął więc krążyć koło jej domu czasem pieszo, to znów konno, tak ii po niejakim czasie wdowa, jako też i inne białogłowy, odgadła powód tych przechadzek i bawiła się widokiem sędziwego człeka, którym miłość owladła. Wierę, mniemały zapewne, że namiętność miłosna tylko w piersiach głupich młodzieniaszków przemieszkiwać może.
Pewnego dnia, gdy mistrz Albert kolo domu się przechadzał, zdarzyło się, że wdowa, w otoczeniu innych białogłów, siedziała przed wrotami domu. Ujrzawszy zdała Alberta, postanowiły przyjąć go z oznakami wielkiej czci, a później jego afekt wyszydzić. Tak też i uczyniły. Poszły mu na spotkanie i zaprosiły go do cienistego chłodnika, gdzie znakomitemi winami i słodyczami ugoszczony został. Później grzecznemi i subtylnemi słowy wypytywać go jęły, jak mógł się zakochać w białogłowie, której tylu urodziwych młodzieńców hołduje? Doktór, do żywego dotknięty, roześmiał się wesoło i odparł:
— Nikt się temu dziwować nie może, madonno, że was miłuję, bowiem w pełni na tę miłość zasługujecie. My ludzie sędziwi nie mamy oczywista 44 tych sił, których trza do igr miłosnych, jednakoż nie brak nam rozumu, którym poznajemy, co jest miłości godne i co szacować należy — a umiemy to czynić lepiej, niż młodzieńcy. Nadzieja, co pobudza mnie k‘temu, abym miłował was, uwielbianą od tych otroków, na tem się zasadza: częato widywałem, jak białogłowy jadają groch i pory, a chocia tylko w główce tej rośliny jest smak niejaki, przecie one, fałszywym apetytem znęcone, główkę w rękach trzymając, obgryzają liście, które woń przykrą wydzielają. Za-liż można wiedzieć, czy przy wyborze miłośników podobną modłą nie postąpicie? Jeśliby tak było, ja sam pozostałbym na placu, a inni zalotnicy precz przegnani.
Słowa te zawstydziły nieco damę i jej towarzyszki.
— Trafnie i dwornie ukaraliście, mistrzu, naszą złośliwość — rzekła. Afekt, który dla mnie żywicie, jest mi drogi, jako afekt mądrego i czcigodnego człeka. Krom mojej cnoty, wszystko gotowam jest wam oddać, wedle upodobania waszego.
Mistrz Albert podniósł się z ławy i śmiejąc się, pożegnał się z niewiastami. I tak owa dama, nie bacząc na to, z kogo dworuje, miast zwyciężyć, sama zwyciężona została. Łacno się od takiej klęski ustrzeżecie, gdy roztropnemi będziecie.
Już słońce chyliło się ku zachodowi i żar dzienny się zmniejszał, gdy skończyły się opowieści młodych dam i trzech młodzieńców. Królowa rzekła żartobliwie:
— Dzisiaj, gdy władzę piastuję, nic mi już innego uczynić nie pozostaje, jak przystąpić do wyboru nowej królowej, która, według swej woli, porządek na jutro ustanowi, tak, aby życie nasze dalej godziwej rozrywce podlegle było. Do nocy wiele jeszcze czasu nam ostaje, ale kto w porę się nie przy-gotowi, tego przyszłość zaskoczy. Tedy, zgodnie z wolą nowej królowej, należy przygotować wszystko, co jutro potrzebne okazać się może. Tak więc, w imię Tego, przez Kogo wszystko na świecie dla naszej radości żyje, królewską władzę na dzień następny oddajemy rozumnej młódce, Filomenie. To rzekłszy, podniosła się z miejsca, i laurową koronę z głowy zdjąwszy, oddała ją Filomenie, a potem pierwsza jej hołd złożyła. Za tym przykładem poszli wszyscy, pozdrawiając ją, jako królową i jej władzy poddając się. Filomena, widząc się ukoronowaną, pokraśniala ze zmieszania, a wspomniawszy słowa Pampinei, która przed nieroztropnem poczynaniem 45 przestrzegała, wszystkie jej rozrządzenia potwierdziła, a potein i ułożyła, co na jutrzejszy dzień i wieczerzę uczynić należy.
— Miłe towarzyszki — rzecze — aczkolwiek Pampinea bardziej przy rodzoną sobie uprzejmością, niż względem na moje przymioty powodowana, uczyniła mnie waszą królową, to w wyborze naszych rozrywek chcę iść nie tylko za mojem mniemaniem, ale i z waszemi życzeniami się liczyć. Opowiem wam pokrótce, co według mnie przedsięwziąćby należało, abyście wszyscy mogli to i owo poprawić, zgodnie ze swym gustem, a życzeniem.
Dobrze zważyłam na rozrządzenia Pampinei; znalazłam je chwalebne-mi i dobrze ku powszechnemu ukontentowaniu zmierzającerni, dlatego też zdawa mi się, że nic w nich zmieniać nie należy, dopóki niedostatków w nich się nie odkrjje lub dopóki nudnemi nam się nie staną. Teraz za się, gdyśmy już wszystko ustanowiły, zażyjmy przechadzki; po zachodzie słońca, ciesząc się chłodem, wieczerzę spożyjemy, a potem kancony odśpiewawszy, udamy się na spoczynek. Wstaniemy rankiem przed jutrznią, każdy będzie czynił, co zechce, później w oznaczonej porze, jako i dzisiaj, obiad zjemy, potańczymy, zażyjemy wczasu i znów przystąpimy do opowiadań, które, według mego zdania, wiele pożytku i uciechy nam sprawiają. Chciałabym tylko pewien porządek do tych opowiadań wprowadzić, czego Pampinea uczynić nie zdołała, będąc późno królową obwołana. Mniemam, że dobrzeby było, gdyby każda grupa opowieści jakimś wspólnym rodzajem objęta została tak, aby każdy miał czas przygotować opowieść i obmyślić ją zgodnie z materją wprzód wybraną. Na początek tedy taki grunt rzeczy podawam: Jak wszystkim wiadome jest, od stworzenia świa ta ludzie wiecznemu niestatkowi fortuny podlegają, niechajże zatem każdy przygotuje opowieść o tych, co wbrew nadziei, z przeciwnemi losami walcząc, szczęśliwy cel osiągnęli. Damy i młodzieńcy przyklasnęli temu ułożeniu.
Gdy wszyscy umilkli, rzekł Dioneo:
— Zgadzam się, królowo ze wszystkimi, że wasze ułożenie na pochwałę zasługuje, ale jako o łaskę osobną was proszę, abyście mi pozwolili, dopóki tu w kompanji jesteśmy, nie podlegać temu ogólnemu prawidłu i opowiadać to, co mi na myśl przyjdzie. Aby zasię nikt nie pomyślał, że o łaskę tę proszę, jako człek, któremu materji do nowel braknie, zgadzam się zawsze na końcu głos zabierać.
Królowa wiedząc, że Dioneo jest zawołanym żartownisiem, umyśliła, 46 iż dobrze będzie dać mu tę wolność, aby w przypadku, gdy towarzystwo już znużone będzie, rozweselił wszystkich nieoczekiwanie jakąś zabawną hi-storją; dlatego też, naradziwszy się z innymi, na prośbę jego przystała.
Później wszyscy podnieśli się i skierowali kroki swoje ku przezroczej rzece, która wody swoje toczyła z pagórka w dolinę, zacienioną drzewami, płynąc pośród kamyków i traw zielonych. Tutaj buty zdjąwszy i ramiona obnażywszy, weszli do wody i igrali w niej wesoło. Gdy się godzina wieczerzy zbliżyła, wrócili do pałacu i pożywili się ze smakiem. Po wieczerzy przyniesiono instrumenty muzyczne. Królowa dała znak, aby rozpoczęto tańce, którym Lauretta przewodzić miała. Emilja, pod dźwięk fletni Dionea, odśpiewała kanconę miłosną:
Tak jestem dumna z lic moich piękności,
Że nigdy inne kochanie
Mną nie ouAadnie, ni w sercu zagości.
Patrzę na siebie i w piękna odbiciu Znajduję wieczne źródło upojenia.
Zdarzenia, myśli, sny o przyszłem życiu Nigdy mi mego nie zaćmią marzenia.
Jakież to inne żądze, czy pragnienia
I jakież inne kochanie
Mogłoby przybyć tu, do serca w gości?
Gdy kiedykolwiek je dla swej rozkoszy Przywołam — dąży już na me spotkanie,
Cierpienie z serca, smutek z myśli płoszy.
A tak jest piękne, że nie znajdzie na nie Stosownych pochwał ten, komu kochanie Z podobną siłą w duszy nie zagości.
Gdy wzrok oderwę od swojej postaci,
Tęsknota serce w piersiach rozpłomienia I krew goręcej w żyłach mi szkarłaci.
Snów najtajniejszych oglądam wcielenia,
Bo czar piękności wszystko wkrąg przemienia W szczęście i zachwyt, co przychodzi w gości Do ludzi własną miłujących krasę. 47
Pieśń dobiegła do kresu. Wszyscy wesoło jej wtórowali, aczkolwiek słowa dziwne nieco im się wydały. Później pląsali jeszcze z ochotą, ponieważ jednak większa część nocy już upłynęła, królowa oznajmiła, że pierwszy dzień się skończył. Zapalono pochodnie i towarzystwo na spoczynek się udało.
Kończy się pierwszy dzień Dekameronu i zaczyna drugi, w którym, gdy Filomena rządy sprawia, mówi się o tych, co przeciwnym losom podlegając, przecie, wbrew nadziei, do pomyślnego skutku sprawy swoje przywiedli.
Słońce promieniami sweini już nowy dzień ozłociło, a ptaszkowie na zielonych gałęziach, miłe nucąc pienia, świadectwo temu dawały, gdy młodzieńcy i damy, podniósłszy się z posłania, do ogrodu się udali. Cicho po rośnej stąpając trawie, tam i sam krążyli i piękne wieńce splatali, a później rozproszyli się w różne strony: Uczynili to, co i poprzedniego dnia: posilili się w chłodzie, potańczyli nieco, i wczasowi się oddali.
O dziewiątej wstali i, spełniając wolę królowej, zebrali się na zielonej łączce i wokół Filomeny zasiedli. Wielce urodziwa królowa, miły pozór oblicza mająca, wawrzynowym wieńcem ozdobiona była. Siedząc w milczeniu, pilnie na wszystkich patrzyła, aż wreszcie poleciła Neinfile, aby pierwsza opowiadać zaczęła.
Neinfile zaraz wesołym głosem mówić poczęła:
OPOWIEŚĆ 1
Martellino — kaleka
Martellino, rzekomy kaleka, udaje, że ozdrowiał, zbliżywszy się do szczątków świętego. Gdy oszustwo na jaw wychodzi, biją go i powiesić pragną; aliści udaje mu się wyjść cało z opresji
Często się zdarza, miłe damy, że ten kto chce dworować lub szydzić z rzeczy, na cześć zasługujących, sam wyszydzonym się widzi i wielką szkodę ponosi. Będąc posłuszna życzeniu królowej, zaczynam opowieść zgodnie z ma-terją, wprzód obraną. Z opowieści tej obaczycie, jakiemu to nieszczęściu podległ jeden z naszych rodaków, który, wbrew swym nadziejom i oczekiwaniom, ujrzał, jak jego sprawy pomyślny obrót wzięły.
Przed niedawnym czasem żył w Treviso pewien Niemiec, zwany Arri-go. Wielką biedę cierpiąc, stał się nosicielem ciężarów i służył każdemu, kto mu płacił. Wszyscy jednakoż w wielkiem go mieli zachowaniu, wiedząc, że jest człekiem świątobliwego żywota i zacnych obyczajów. Trevisanie twierdzili nawet (nie wiedzieć, czy to prawda, czy nie), że w godzinie jego śmierci dzwony największego w Treviso kościoła — same dzwonić jęły. Zdarzenie to za cud uznane zostało i odtąd Arrigo już za świętego uchodził. Z całego miasta lud zbiegł się do domu, w którym ciało jego spoczywało i odprowadził je do katedry, niby szczątki doczesne świętego. Do kościoła sprowadzono zatem ślepych, chromych i garbatych, którzy ozdrowieć mieli, dotknąwszy się zwłok świętego. Gdy taki tumult i zamieszanie panowało, przybyli do Treviso trzej nasi rodacy. Jeden z nich nazywał się Stecchi, drugi Martellino, a trzeci Marchese. Byli to franci, wiodący życie na wiel 51 kopańskich dworach, gdzie zabawiali widzów przedrzeźnianiem ludzi. Nigdy dotychczas nie byli w Treviso; zdziwili się przeto, ujrzawszy takie zbiegowisko. Gdy się dowiedzieli o przyczynie, zapragnęli swoją ciekawość zaspokoić. Ostawili swoje toboły podróżne w gospodzie. Marchese rzekł do towarzyszy:
— Pójdziemy obaczyć tego świętego, tylko, dalibóg, nie wiem, jak się do niego dostaniemy, gdyż słyszałem, że plac przed kościołem jest pełen Niemców i kup zbrojnych, które pan tej ziemi zawsze w gotowości trzyma, aby nieporządkom zapobiegały, zresztą, jak powiadają, kościół jest tak natłoczony, że jedna osoba więcej już się tam nie pomieści.
Aliści Martellino, który gwałtem pragnął ujrzeć święte szczątki — rzekł:
— Już ja znajdę sposób, aby się przez ciżbę przedostać.
— Jakiż to sposób? — zapytał Marchese.
— Udam kalekę, ty zasię z jednej strony, a Stecchi z drugiej będziecie mnie podtrzymywali tak, jakbym iść nie mógł i jakbyście mnie wiedli do szczątków świętego poto, abym zdrowie odzyskał. Wówczas wszyscy wolne przejście nam dadzą.
Obu towarzyszom Martellina wielce się podobała jego chytra sztuczka. Nie mieszkając zatem, wyszli z gospody, a gdy w ustronne miejsce przybyli, Martellino powyginał sobie ręce, ramiona i nogi i tak gębę wykrzywił, a oczy przewrócił, że jego pozór 6tal się szpetny wielce. Każdy na pierw-szem pojrzeniu musiałby go wziąć za człeka, którego na calem ciel« połamało. Marchese i Stecchi schwycili go pod ramiona i powlekli go do kościoła. Udając wielce zasmuconych, błagali pokornie każdego napotkanego po drodze, aby w imię miłości Boga, przepuścił ich swobodnie. Ściągnęli na siebie uwagę przytomnych, którzy wołać poczęli: — Miejsca, miejsca dla chorego! Wkrótce też dotarli do ciała Arriga. Ci, co blisko trumny stali, wzięli Martellina na ręce i położyli go na trupa, tak, aby łaski cudu mógł dostąpić. Martellino, wiedząc, że wszyscy z zapartym tchem czekają na to, co się stać ma, poleżał przez chwilę spokojnie, a później, jako nie w ciemię bity, wyprostował jeden palec, rękę, ramię i wreszcie całe ciało. Lud widząc to, jął wznosić tak gromkie okrzyki na chwalę świętego Arriga, że przy nich trudnoby było grzmoty usłyszeć.
Tymczasem nieszczęsny traf zdarzył, że blisko trupa świętego znajdował się pewien Florentczyk, który dobrze znał Martellina. Nie poznał go 52
Lył, gdy go wlekli do grobu Arriga, teraz jednak, widząc go powróconego do właściwego stanu, parsknął śmiechem i zawołał:
— A niech mu kat świeci! Któż z nas, widząc jak go wloką, nie uwierzyłby, że istotnie jest kaleką?
Kilku Trevisańczyków, usłyszawszy te słowa, rzekło:
— Więc ten człek nie był chromy?
— Broń Boże — odparł Florentczyk — zawsze był prosty, jak każdy z nas, umie tylko różne chytre sztuczki naschwal czynić i przybierać na się, jaki chce, pozór.
Ledwie słowa te wyrzekł, gdy przytomni obstąpili zewsząd Martellina, wołając gromkim głosem:
— Chwytajcie tego zdrajcę, co drwi z Boga i naszych świętych. Udaje kalekę, chcąc w pośmiewisko nas i naszego świętego podawać.
Tak krzycząc, rzucili się na niego, schwycili go za włosy, porwali w strzępy jego suknię i jęli go tęgo kopać i grzmocić pięściami; ten, coby go kułakiem nie poczęstował, nie uważałby się za męża.
Martellino wrzeszczał ze wszystkich sił, prosząc o zmiłowanie i bronił się jak mógł, ale wszystko to na nic się zdawało, gdyż razy coraz gęściej się na niego sypały. Stecchi i Marchese, widząc to, pojęli, że sprawy nader zły obrót biorą, jednakoż nie spieszyli mu na pomoc, o własną się obawiając skórę. Przeciwnie wcale, pospołu z innymi krzyczeli, że go zabić należy. Nie przestawali jednak głowić się nad tem, jakby go wydrzeć z rąk pospólstwa. Ani chybi, gdyby nie szczęśliwa myśl, która Marchese do głowy przyszła, tamten nieborak życieby postradał. Stróże porządku, będący na służbie Signorii, znajdowali się kościele; Marchese podbiegł co tchu do zastępcy podesty i rzekł: — Na miłosierdzie boskie, jakiś hultaj wyciągnął mi sakiewkę z setką złotych florenów, błagam was, każcie go przytrzymać, abym mógł pieniądze moje odzyskać.
Natychmiast dwunastu pachołków rzuciło się tam, gdzie nieboraka Martellina czesano bez grzebienia; z wielkim trudem przecisnąwszy się przez ciżbę, wyrwali go tęgo wymłóconego i podeptanego z rąk pospólstwa i powiedli do Signorii, dokąd wielu ludzi udało się za nimi. Wszyscy byli przekonani, że Martellino im szkodę wyrządził. Każdy, gdy usłyszał, że Martellina schwytano za to, iż sakiew ukradł, pomyślał, że jest to najlepsza sposobność do ukarania go. Jeden przez drugiego jął przytem twierdzić, że Martellino jego mieszek pochwycił.
Sędzia podesty, człek wielce surowy, wziąwszy go na stronę, do badania przystąpił. Aliści Martellino odpowiadał mu jeno żarcikami tak, jakby nie wiele sobie z tego pochwycenia robił. Sędzia wpadł w gniew i kazał go wziąć na powróz i oćwiczyć, aby zeznanie winy zeń wymusić, a potem posiać go na szubienicę. Gdy go już na ziemi postawili z powrotem, sędzia znów go zapytał, zali słusznie go obwiniają? Martellino, wiedząc, że zapieranie się nie zda się na nic, rzeki:
— Jestem gotów wyznać całą prawdę, Wasza Wielmożność, ale niechaj przedtem każdy co mnie oskarża, powie, gdzie i kiedy mu sakiew ukradłem, później i ja opowiem wszystko, com uczynił i czego nie popełniłem.
Sędzia zgodził się na to ochotnie i oskarżycieli przywołał. Jeden twierdził, że Martellino ukradł mu mieszek osiem dni temu, drugi, że przed sześciu dniami, trzeci, że od kradzieży cztery dni upłynęły; niektórzy zasię upewniali, że sakiew zginęła im dnia dzisiejszego.
Martellino, usłyszawszy to, rzekł:
— Ha, na mą duszę, wielmożny panie, wszyscy kłamią plugawie; ła-twie mi jest dowieść tego, jakoże nigdy nie byłem w tem mieście, gdzie zaledwie od kilku godzin bawię. Na nieszczęście poszedłem zaraz do kościoła, aby obaczyć święte szczątki i tam mnie oporządzono naschwał, jako to sami widzicie.
Prawdę słów moich może poświadczyć urzędnik Signorii, który zapisuje do księgi imiona tych, co do grodu przybywają, oraz mój gospodarz. Gdy się upewnicie, że jest tak, jak mówię, nie każecie mnie chyba męczyć i zabijać, folgując tym hultajom. Tymczasem Marchese i Stecchi, dowiedziawszy się, że sędzia podesty okrutnie sobie z nim poczyna i już go na tortury bierze, drżąc o jego los, i tak do siebie mówić jęli: — Na ładnysmy fortel wpadli, wyciągnęliśmy przyjaciela z patelni, po to, aby go w ogień wrzucić!
Nie mieszkając, pobiegli do gospodarza i opowiedzieli mu, jak się sprawa miała. Ów, wyśmiawszy się należycie, powiódł ich do niejakiego Sandra Agolanti, który mieszkał w Treviso i wysoką godność u podesty piastował. Opowiedziawszy mu wszystko szczegółowie, prosili go, aby się nad nieborakiem Martellinem zmiłował. Agolanti, śmiejąc się z całcgo serca, udał się do podesty i tyle wskórał, że zaraz posłano po Marteliina.
Wysłańcy znaleźli go stojącego w koszulinie przed sędzią i drżącego ze strachu. Sędzia był głuchy na wszystkie wywody; żywiąc zasię jakiś wielki 54 do Florentczyków rankor, umyślił go powiesić i żadną modłą zgodzić się nie chciał na wydanie go podeście. W końcu jednak musiał ustąpić i oswobodzić Martellina.
Stanąwszy przed podestą, Martellino opowiedział mu swoje przypadki i jak o szczególną łaskę poprosił, aby mu zezwolone zostało miasto opuścić, dopóki bowiem nie ujrzy się we Florencji, będzie czuł stryczek na gardle. Podesta znów śmiać się gromko począł, później obdarował wszystkich trzech pięknemi szatami i puścił ich swobodnie. Tak tedy, wielkiego niebezpieczeń-stwa uszedłszy, zdrowi i cali do domu powrócili.
OPOWIEŚĆ II
Modlitwa do Świętego J ul j a n a
Rinaldo d‘Asti, zlupiony przez łotrzyków, przybywa do Castel Gugłielmo, gdzie go przyjmuje pewna wdowa. Wynagrodzony za swoje szkody, zdrów i cały do domu powraca
Długo śmiały się damy z przypadków Martellina, o których Neinfile opowiadała. Z młodych ludzi najbardziej weselił się Filostrato. Ponieważ siedział obok Neinfile, więc królowa jemu dalej ciągnąć opowieść kazała. Nie mieszkając, zaczął w te słowa:
— Pragnę wam, miłe damy, opowiedzieć historję, co się zarazem katolickiej wiary, nieszczęśliwych przypadków, jak i miłości tyczy. Wysłuchanie jej będzie pożyteczną rzeczą, zwłaszcza dla tych, co po niebezpiecznych krainach Amora wędrując, nie odmawiają modlitwy do Świętego Juljana i dlatego też nieraz zły schron, aczkolwiek i dobre łoże znajdują.
Działo się to jeszcze za życia markiza Azzo z Ferrary; pewien kupiec, Rinaldo d‘Asti zwany, bawił za swemi sprawami w Bolonji. W drodze powrotnej, gdy już z Ferrary wyjechał i ku Weronie się obrócił, napotkał jakichś ludzi, których za kupców wziął; byli to łotrzykowie i rozbójnicy. Rinaldo zawiązał z nimi rozmowę i przyłączył się do nich. Ci, uznawszy, że jest kupcem, wnieśli z tego zaraz, że musi mieć pieniądze przy sobie, dlatego też postanowili napaść na niego, gdy tylko sposobność się zdarzy. Aby zaś żadnego podejrzenia co do nich żywić nie mógł, poczynali sobie jako ludzie skromni i zacni, rozprawiając z nim tylko o rzeczach szlachetnych i uda 57 jąc, że są pokorni i dobrotliwi, tak iż Rinaldo spotkanie z nimi za wielkie szczęście sobie poczytywał i był rad, że nie potrzebuje jechać jedynie w towarzystwie swego konnego sługi. Przechodząc z jednego przedmiotu na drugi, jako się to często w rozmowach zdarza, jęli wreszcie mówić o modlitwach, jakie ludzie do Boga zanoszą. Jeden z trzech hultajów, zapytał Rinalda:
— Powiedzcie mi, panie, jaką modlitwę odmawiać zwykliście, bawiąc w drodze?
— Mówiąc poprawdzie — odparł Rinaldo — jestem człowiekiem nie-uczonym i dobra doczesne lubiącym, dlatego też nie wiele znam modlitw; żyję na dawną modłę i puszczam dwa soldy za dwadzieścia cztery denary. Wszakoż mam to w obyczaju, że rano, wychodząc z gospody, odmawiam Pater Noster i Ave Maria za spokój dusz rodziców Św. Juljana. Później modlę się do Boga i do tego świętego, abym następnej nocy dobry schron mógł znaleźć. Nie raz już w życiu, w czasie podróży, wielkie niebezpieczeństwa mi zagrażały, przecieżem zawsze szczęśliwie ich unikał, najdując zacną gości-uę i nocleg bezpieczny.
Mocno w to wierzę, że Św. Juljan, do którego z modlitwą się obracam, łaskę tę dla mnie u Boga wyprosił. Gdybym jej rano odmówić prze-pomniał, dzień nie upłynąłby dla mnie szczęśliwie, a i noc pociechyby mi nie przyniosła.
— Zaliście dzisiaj ją odmówili? — zapytał łotrzyk.
— Oczywista! — odparł Rinaldo.
Tamten, wiedząc już jakie jest ich ułożenie, rzekł do siebie:
— Niechaj ci ta modlitwa będzie ku pomocy. Jeżeli jednak dzisiejszej nocy nic nam nie stanie na wstręcie, zaiste nie najlepiej noclegować będziesz.
Później rzekł głośno:
— Ja także wiele po świecie jeździłem, jednakoż, chocia wielu mi modlitwę tę zachwralało, przecieżem jej nie odmawiał. Mimo to, nie zdarzyło mi się, abym zły schron znalazł.
Dzisiejszego wieczora obaczym, kto z nas lepszą gościnę znajdzie, czy wy, coście tę modlitwę odmówili, czy też ja, com jej nie odmawiał. Po prawdzie, to zamiast niej, mam zwyczaj recytować,,Dirupisti‘’ „Intemera-ta“ i „De profundis“, które, jak moja babka powiadała, wielką skuteczność mają.
Taką rozmową się bawiąc, kęs drogi przebyli; łotrzykowie czekali tyl ko sposobnej pory, aby swój szkaradny zamysł uskutecznić. Późną godziną podjechali do Castel Cuglielmo, aby się przez rzekę wbród przeprawić. Trzej hultaje widząc, że znajdują się na pustkowiu, rzucili się na Rinalda, ograbili go całkiem i pozostawili go w jednej koszuli. Odjeżdżając zaś, rzekli doń: — Idź i obacz, czy twój Święty Juljan ześle ci dzisiaj zacną gościnę, taką, jaką my od naszego świętego otrzymamy. Rzekłszy to, przeprawili się przez rzekę i wkrótce z oczu mu zniknęli.
Strachliwy sługa Rinalda, widząc, że rozbójnicy napadają na jego pana, nie pośpieszył mu z pomocą, lecz zawróciwszy konia, puścił go na wyskok i zatrzymał się dopiero w Castel Guglielmo. Nie kłopocząc się o nic, legł na spoczynek, bowiem noc już późna była.
Rinaldo ostał się w jednej tylko koszuli na ciele, a do tego bosy; tymczasem zimno było srogie i śnieg padał gęsty.
Nieborak, widząc, że noc zapada, nie wiedział, co mu począć należy. Drżał całem ciałem, szczękał zębami i rozglądał się wokół, szukając jakiegoś schronu na noc, aby nie umrzeć z zimna. Jcdnakoż nic znaleźć nie mógł, bowiem niedawna wojna cały kraj spustoszyła. Nękany zimnem, powlókł się w stronę Castel Guglielmo, chocia nie wiedział, zali jego sługa tam właśnie uciekł. Miał nadzieję, że jeśli tylko zdoła dostać się do zamku, Bóg mu jakąś pomoc ześle. Aliści o milę drogi od zamku noc gęsta go zaskoczyła; stanął na miejscu tak późno, że bramy były już zamknięte, a mosty zwiedzione. Pełen rozpaczy, jęcząc i płacząc, jął się rozglądać, aby gdzieś przed śniegiem się ukryć. Nagle obaczył na murze zamkowym mały domek z wystającym gankiem. Umyślił schronić się na tym ganku i tam świtu 6ię doczekać. Udał się tam zatem i natknął się na zamknięte drzwi. Rinaldo zgarnął trochę słomy i legł pod progiem, skarżąc się żałośnie i szemrząc na św. Juljana, który, jak widać, na osobne nabożeństwo nie zasługuje. Aliści Św. Juljan zatroskał eię o Rinalda i wkrótce dat mu zacne schronienie.
W domku na wałach mieszkała młoda wdowa, mająca tak piękne ciało, jak żadna inna białogłowa. Markiz Azzo miłował ją nad życie i trzy mał ją tutaj, aby mieć sposobność chuciom swym dogadzać. Zdarzyło się, że markiz, bawiąc u niej poprzedniego dnia, obiecał, że i tę noc razem z nią spędzi. Wdowa kazała w tajemnicy przygotować kąpiel i wystawną wieczerzę. Gdy już wszystko przysposobione było, a dama tylko na kochanka czekała, do markiza przybył goniec z takiemi wieściami, że markiz zaraz w drogę wyruszył, do wdowy zasię pchnął umyślnego, aby jej doniósł, że dziś przybyć nie może.
Wdowie nie bardzo to w smak poszło; rada nie rada, postanowiła sama zażyć kąpieli, później zjeść wieczerzę i na spoczynek się udać. Kąpała się obok drzwi, za któremi leżał na ziemi nieborak Rinaldo. Siedząc w wodzie, wdowa usłyszała nagle, jak ktoś jęczy i zębami klekota, niby bocian dziobem. Przywoławszy tedy służkę, rzekła do niej: — Idź i obacz przez szparę w murze, kto tam leży u progu za drzwiami i czego tutaj chce? Służka poszła i obaczyła w półmroku Rinalda, który bosy, w jednej koszuli na ciele, drżał z zimna. Zapytała go, kimby był?
Rinaldo tak się trząsł okrutnie, że ledwie mógł kilka słów wymówić; opowiedział jej pokrótce, kim jest i w jaki sposób się tu dostał, później zasię jął ją prosić żałośnie, aby mu tu z zimna umrzeć nie dozwoliła. Służka, litością zmiękczona, powróciła do swej pani i opowiedziała jej wszystko.
Dama, równie litością tknięta, przypomniała sobie, że ma klucz od tych drzwi, przez które markiz, nie chcąc aby go widziano, nieraz do domu wchodził, i rzekła:
— Idź i otwórz mu cichaczem; wieczerza jest przygotowana, tylko jeść jej nie ma komu, miejsca na nocleg także wystarczy. Służka, wychwalając ludzkość swej pani, drzwi odparła i wpuściła Rinalda do środka. Wdowa, widząc go zmarzniętego na kość, kazała mu wejść do ciepłej jeszcze kąpieli. Ów, nie czekając, aż zaproszenie powtórzą, wszedł ochotnie do wody; gdy go ciepło przeniknęło, poczuł, że ze śmierci do życia powraca. Wdowa, zażywszy wczasu po kąpieli, kazała rozpalić ogień w komnacie, a póź-ciej spytała służki, co jej nieborak porabia?
— Gdy się w szaty przybrał — odparła służka — okazał się wielce urodziwym mężem. Wygląda przytem na człeka obyczajnego i zacnego stanu.
— Przywołaj go tu zatem — rzekła dama — i powiedz mu, aby usiadł koło ognia i zjadł wieczerzę, wiem bowiem, że jeszcze z pewnością nie wieczerzał.
Rinaldo wszedł do sali, a obaczywszy białogłowę, która prawdziwą damą mu się wydała, pozdrowił ją dwornie i za okazane mu dobrodziejstwo podziękował, jak mógł najlepiej. Dama, upewniwszy się, że jej służka prawdę powiedziała, przyjęła go serdecznie i posadziła go koło ognia, obok siebie, prosząc, aby opowiedział jej o nieszczęściu, co go tu przywiodło.
Rinaldo opowiedział wszystko szczegółowie. Ponieważ wdowę doszły 60 już o niin słuchy, gdy służący jego do zaniku przybył, tedy uwierzyła bez trudu w jego słowa i oznajmiła mu, co wie o słudze, którego jutro łatwo będzie mógł odszukać. Gdy już stół zastawiono, Rinaldo na wezwanie wdowy ręce pospołu z nią umył i wieczerzać począł. Rinaldo był człekiem słusznego wzrostu, o wielce dwornem obejściu i o urodziwem obliczu, a przy-tem młodzieńcem w (kwiecie lat. Wdowa nie spuszczała zeń zachwyconych oczu; gdy na markiza czekała, chucie w niej rozgorzały i już widziała się z Rinaldcm sparzoną. Po wieczerzy, wstawszy od stołu, jęła się naradzać ze służką, zali wolno jej skorzystać z dobra, przez fortunę zesłanego, skoro markiz zawód jej sprawił. Służka, wiedząc jakie jest życzenie jej pani, podwodnie ją jęła k‘temu, aby chuciom swym pofolgowała. Wdowa, wróciwszy do kominka, przy którym siedział Rinaldo, spojrzała nań miłośnie i rzekła:
— Czemuśoie tak zamyśleni, Rinaldo? Zali mniemacie, że strata rumaka i szat jest niepowetowana? Pocieszcie się i rozweselcie, bowiem znajdujecie się u siebie w domu. Gdy na was patrzę, ubranego w strój mojego nieboszczyka męża, wydaje mi 6ię, że to on we własnej osobie. Sto razy już mi przychodziła chętka pocałować was i uściskać. Gdyby nie obawa, że wam to nie będzie miłe, dawnobym to już uczyniła.
Rinaldo, usłyszawszy te słowa i widząc ogień w jef oczach, stanął przed nią, rozwarł ramiona i rzekł, jak człek, którego nie w ciemię bito:
— Wszakże wam życie dłużny jestem; zawsze to powiem, wspomniawszy, od czegoście mnie wybawili. Szkaradną nikczemnością z mojej stronyby było, gdybym nie starał się wszystkich waszych życzeń spełnić. Obejmijcie mnie zatem i całujcie mnie, ile tylko zapragniecie, ja jeszcze z większą chęcią wam odpowiem.
Więcej mówić nie było trza. Wdowa, iniłosnemi płomieniami gorejąca, rzuciła mu się w ramiona i ciasno go obłapiwszy, obsypała go gradem pocałunków, które Rinaldo z lichwą jej oddał.
Później podnieśli się, udali się do jej komnaty i nie mieszkając, położyli się do loża. Nim dzień nastał, wiele razy dowoli pragnienia swoje nasycili. Gdy jutrznia na niebie zajaśniała, Rinaldo, zgodnie z życzeniem wdowy, podniósł się z łożnicy. Aby nikt nic podejrzewać nie mógł, dala mu w^yszarzałe suknie i napełnioną złotem sakiew, prosząc, by ścisłą tajność zachował. Później wskazawszy mu, gdzie ma swego sługi szukać, wypuściła go temi samemi drzwiami, któremi wszedł do niej. 61
Dzień się tymczasem zrobił zupełny. Rinaldo, udając, że przybywa zdała, wszedł do zamku, gdy tylko bramy otworzono, i swego sługę odszukał. Ubrawszy się w swoje szaty, które sługa miał w tłomoku, chciał już rumaka dosiadać, gdy wtem zdarzyło się, jakby przez cud boski, że trzej hultaje, co go wczoraj ograbili, zostali na nowej swej niecnocie 6chwytani i do zamku pod strażą przywiedzeni. Złodzieje przyznali się do wszystkiego. Rinaldo otrzymał z powrotem rumaka, odzież i pieniądze, nie odzyskał jeno pary swych podwiązek, które łotrzyki gdzieś zatracili.
Rinaldo, stokrotne dzięki Bogu i Św. Juljanowi złożywszy, odjechał do domu zdrów i cały, zasię trzej hultaje następnego dnia jęli się huśtać na wietrze.
OPOWIEŚĆ III
Dziwne małżeństwo
Trzej bracia trwonią swoje majątki, popadając w ubóstwo. Jeden z ich siostrzeńców, wracając do kraju, zaznajamia się z pewnym opalem, który później okazuje się córką króla angielskiego. Mlódka wychodzi za niego za mąż i wynagradza straty jego wujom, czyniąc ich z powrotem bogatymi
Z ciekawością wysłuchano opowieści o przypadkach Rinalda d‘Asti; wszyscy wychwalali jego pobożność i dziękowali Bogu, oraz Św. Juljanowi, który wyrwał go z tej srogiej opresji. Powszechnie się na to zgodzono (chocia cichaczem), że wdowa nie głupio postąpiła, nie gardząc dobrem, które jej niebo zesłało. Gdy rozprawiano o przyjemnym noclegu, jaki Rinaldo u wdowy znalazł, Pampinea, obok Filostrata siedząca, pojęła, że na nią teraz kolej przychodzi, zatem władze umysłu zebrawszy, obmyśliła historję, którą opowiedzieć miała. Zgodnie z rozkazem królowej, śmiało i wesoło jęła mówić w te słowa:
— Im więcej się o przeciwnościach fortuny mówi — tem więcej do rozpowiedzenia pozostawa temu, co w pamięci swej dobrze poszpera. Nikt temu nie winien się dziwować, zważywszy, że wszystkie rzeczy, które, przez głupotę, swoją własnością zowiemy, w rękach losu się znajdują i zgodnie z jego tajnern rozrządzeniem od jednego człeka do drugiego przechodzą. Wszystko się zmienia z wyroku fortuny, jeno my porządku tych przemian okry-ślić nie możemy. Chocia ta losu niestałość każdego dnia nam się na jaśnię 63 podaje i chocia o niej już w poprzednich opowieściach rzecz szła, przecie zgodnie z wolą królowej, która pragnie, aby o tym właśnie przedmiocie mówić, do tamtych nowel i moją nowelę dołączam, może być, iż nie bez pożytku dla słuchaczy. Mniemam, że im ona do smaku przypadnie.
Żył ongiś w naszem mieście pewien szlachcic, imieniem Tedaldo. Według jednych wywodził się z rodu Lamberti, według drugich z rodu Agolanti. Ci ostatni twierdząc tak, opierają się na zajęciu bankierskiem jego synów, któremu wszyscy Agolanti oddawali się i oddają. Aliści nie szerząc się zbytnio nad tem, do którego z dwóch tych rodów należał, powiem jeno, że był jednym z najbogatszych w swoim czasie szlachciców i że miał trzech synów. Pierwszy z nich zwał się Lamberto, drugi Tedaldo, a trzeci Agolan-te. Byli to urodziwi i kształtowni młodzieńcy. Zaledwie najstarszy Lamberto do osiemnastego roku życia doszedł, gdy ojciec umarł, ostawiwszy im w dziedzictwie wszystkie swoje dobra. Młodzieńcy, ocknąwszy się pośród takich bogactw, i krom chęci własnej rozkoszy innego preceptora nie mając, zaczęli majętności marnotrawić.
Trzymali mnóstwo sług, mieli piękne rumaki, psy i sokoły, wyprawiali nieustanne uczty i turnieje, czyniąc nie tylko to, co szlachcicowi przystoi, ale i folgując wszystkim swoim młodzieńczym zachceniom. Niedługo tą modłą żyli, gdyż skarb pozostawiony im przez rodzica, zmniejszył się znacznie. Ponieważ na wydatki dochodów im nie starczało, jęli więc sprzedawać i w zastaw majętności oddawać. I tak jednej po drugiej się pozbywając, spostrzegli wreszcie, że im prawie nic nie pozostało. Bieda otwarła im oczy, które bogactwo oślepiło. Wówczas najstarszy, Lamberto, przywołał pewnego dnia swoich dwóch braci, i wspomniawszy w jakiej to wspaniałości żył ich rodzic, ukazał im, w jak nędznym się teraz znajdują stanie, do którego przywiodła ich szaleńcza rozrzutność. Później jął ich z wszystkich sił nakłaniać, aby, nim nędza ich całkiem nie przydusi, sprzedali pospołu z nim tę resztę niewielką, co im jeszcze pozostawa, i w świat wyruszyli.
Nie żegnając się z nikim, cichaczem opuścili Florencję i nigdzie po drodze nie zatrzymując się, odpłynęli do Anglji. Przybywszy do Londynu, wynajęli niewielki domek i jęli żyć wielce skromnie, wszystkie pieniądze na lichwę oddając. Fortuna tak im sprzyjała, że przez kilka lat wielką kupę grosza zebrali. Wróciwszy do Florencji, nietylko znaczną część swoich majętności odkupili, ale nabyli także i nowe dobra. Później w stadia małżeńskie wstąpili. 64
Do Anglji wyprawili swego siostrzeńca, Aleksandra, który miał mieć nadzór nad ich pieniędzmi, na lichwę oddanerai. Sami zaś, żyjąc we Florencji, zapomnieli, do czego ich rozrzutność już raz przywiodła i jęli znów pieniądze marnotrawić, hez myśli o tem, że przecież każdy z nich ma rodzinę.
U kupców we Florencji mogli pożyczyć największą nawet sumę. W ciągu lat kilku żyli w podobny sposób, dzięki pieniądzom, które im Aleksander przysyłał. Ów pożyczał bowiem baronom pod zastaw ich zaników i innych posiadłości, wielkie z tego ciągnąc korzyści. Gdy trzej bracia rozrzutne życie prowadzili i brnęli w długi, niezachwianą nadzieję w Anglji pokładając, tam, wbrew wszelkim oczekiwaniom, rozgorzała wojna między królem, a jego synem. Cala ludność rozdzieliła się na dwie wrogie fakcje. Wskutek wojny Aleksander utracił zaniki baronów i znikąd już dochodów czerpać nie mógł. Mając nadzieję, że lada dzień między ojcem a synem do zgody przyjdzie, Aleksander nie opuszczał Anglji, jeno czekał, aż mu dobra jego zwrócone zostaną. Trzej bracia, żyjący we Florencji, nie ograniczali wcale swoich wydatków, ale przeciwnie w coraz większe długi brnęli.
Aliści, jakoże w ciągu lat kilku nic nie potwierdzało pokładanej w nich nadziei, trzej bracia nie tylko zaufanie u ludzi utracili, ale zostali wtrąceni do więzienia, na żądanie tych, którym dłużni byli. Ponieważ na pokrycie długu nie starczyły ich majętności, tedy zostali pod kluczem. Żony ich i maleńkie dzieciątka jęły się tułać po okolicznych wsiach, ubrane w nędzną odzież i żadnej nadziei na przyszłość nie mające.
Aleksander jeszcze przez kilka lat na pokój czekał; widząc jednak, że wojna trwa ciągle i że jego pobyt w Anglji nie tylko jest bezużyteczny ale i niebezpieczny dla niego, umyślił do Włoch powrócić. Wyruszył w drogę sam jeden. Wyjeżdżając z Brugge, obaczył, że jakiś opat z zakonu Benedyktynów takoż miasto opuszcza. Towarzyszyło mu wielu mnichów i siła służby ze sprzętem podróżnym. Orszak zamykali dwaj znakomici rycerze z królewskiego domu. Aleksander, który ich znał, wstąpił z nimi w rozmowę i do ich kompanji ochotnie dopuszczony został. Po drodze zapytał się ich, co to są za mnisi, jadący przodem z tak wielkim pocztem sług i dokąd zmierzają?
Na to odparł jeden z rycerzy:
— Młodzieniec, jadący na czele orszaku, jest naszym krewniakiem, 65 który teraz właśnie otrzymał jedno z najbogatszych opactw w Anglji. Ponieważ jednak zbyt jest młody, aby móc prawnie tę godność sprawować, więc jedziemy z nim do Rzymu, chcąc od Ojca Świętego otrzymać dlań dyspensę i zatwierdzenie go J*a urzędzie. Proszę was jeno, abyście tego nie rozgłaszali.
Młody opat, jadący nu czele orszaku, to znów obok sług swoich, obyczajem panów, będących W podróży, znalazł się trafunkiem koło Aleksandra. Ów, jako młodzieniec wielce urodziwy, obyczajny i pełen wdzięku z pierwszego wejrzenia przypadł opatowi do serca. Opat, przyzwawszy go, jął uprzejmie z nim rozmawiać, pytając kim jest, skąd i dokąd jedzie? Aleksander, chcąc jego ciekawość zaspokoić, opowiedział mu szczerze o wszystkich swoich sprawach i cne usługi swoje mu ofiarował.
Opat, wysłuchawszy jego rozumnej i pięknej mowy i dworność jego zważywszy, pomyślał, że ten człek, mimo sprawianego przez się rzemiosła, musi być zacnie urodzonym, i wielce sobie go upodobał. Pełen współczucia dla jego nieszczęść, j*l go pocieszać, prosząc, aby nadziei nie tracił. Jeśli tylko dzielnym i wytrwałym będzie, Bóg nie tylko do poprzedniego go powróci etanu, ale jeszcze i wyżej go podniesie.
Opat, dowiedziawszy że Aleksander także do Toskanji zmierza, prosił go, aby razem drogę odbywali.
Aleksander podziękoyał mu za słowa pociechy i oświadczył, że gotów jest we wszystkiem przyrzec mu posłuszeństwo.
Spotkanie z Aleksandrem wzbudziło w opacie nowe uczucia i myśli. Podróżując razem, po kilki dniach przybyli do pewnego miasteczka, gdzie nie było zbyt wiele gospód. Ponieważ opat chciał się tam na nocleg zatrzymać, więc Aleksander umifścił go u pewnego oberżysty, którego znał dobrze i kazał mu przygotowa: najlepszą w domu komnatę.
Sługom opata zasię dił różne kwatery w mieście.
Gdy opat wieczerzę kończył i gdy już większa część nocy minęła, a wszyscy na spoczynek — się idali, Aleksander zapytał gospodarza, gdzie ma nocować?
— Wierę, nie wiem tego — odparł gospodarz. — Widzicie przecie, że cały dom jest pełei, ‘ że ja wraz z moją rodziną muszę spać na deskach. Jednakoż w komna*ie opata znajduje się kilka worów od żyta, na-rychtuję wam z nich łoże; nniemam, że jakoś noc spędzicie. 66
— Jakże to? — odparł Aleksander — komnata opata jest tak mała, że z przyczyny jej ciasnoty nie mógł się w niej pomieścić ni jeden z jego mnichów. Gdybym sobie był wcześniej z tego sprawę zdał, wówczas, gdy zasłony przybijano, kazałbym spać na worach jego mnichom, a sam udał się tam, gdzie oni noclegują.
— Już temu teraz zaradzić nie sposób — rzekł oberżysta — możecie wszakoż ułożyć się tam wygodnie. Opat śpi na łożu, którego zasłony są opuszczone. Przyniosę wam pocichu kołdrę i będziecie spali jak suseł.
Aleksander, widząc, że niepokoju opatowi nie przyczyni, zgodził się wreszcie i na palcach wszedł do komnaty. Aliści opat, który nie spal, na łup swoich pragnień zdany, nie uronił ani słowa z rozmowy Aleksandra z oberżystą, a takoż spostrzegł, gdzie Aleksander legł na spoczynek. Wielce z tego ukontentowany, rzekł do siebie.
— Oto sam Bóg daje mi sposobność do zaspokojenia mych pragnień. Jeśli je w lot nie schwycę, lepsza może mi się nigdy nie nadarzy. Postanowiwszy zatem ze sposobności skorzystać, poczekał chwilę, aby wszyscy w domu zasnęli, a później cichym głosem zawołał na Aleksandra, by legł koło niego na łożu. Aleksander wzbraniał się długo, lecz wreszcie rozdział się i wszedł do łoża.
Opat położył mu rękę na piersiach i jąl jf0 macać, nieinaczej jak to czynią młodzi kochankowie ze swemi dziewczętami. Aleksander zadziwił się wielce, nie wątpiąc, że opat występnem pragnitniem powodowany, na niego dybie. Ów żywszem poruszeniem Aleksandra na ślad podejrzeń jego naprowadzony, uśmiechnął się, a później ściągnąw«zy z ramion swoją koszulę, schwycił Aleksandra za rękę, położył ją na swiith piersiach i rzekł:
— Oddal od siebie głupie myśli, Aleksandrie, i przekonaj się, jaką prawdę tutaj ukrywam.
Aleksander poczuł pod dłonią dwa krągh j miłe cycuszki, tak twarde, jakby z kości słoniowej uczynione były. Znala^szy je, pojął, że opat jest białogłową; nie czekając tedy na zaproszenie, tblipił ją ciasno i już chciał ją całować, gdy wtem ona rzekła:
— Nim mnie posiądziesz, wysłuchaj, <o ci powiedzieć pragnę. Jak to dowodnie widzisz, jestem nie mężem leiz białogłową. Jako dziewica opuściłam dom rodzicielski; wybrałam się w dogę do papieża z prośbą, aby mnie za mąż wydał. Jednakoż na twoj; szczęście, czyli też na moją 67 zgubę, ledwiem cię ujrzała, rozgorzałam do ciebie taką miłością, jaką żadna białogłowa nigdy mężczyzny nie obdarzała. Umyśliłam zatem ciebie sobie za małżonka wybrać. Jeśli jednak zostać nim nie chcesz, idź precz z mego łoża i wracaj na swoje posłanie.
Aleksander, chocia jej nie znał, wniósł przecie z jej orszaku, że musi być białogłową bogatą i wysoko urodzoną. Ujrzawszy zasię jej piękność, ani chwili się nie wahał, jeno odparł, że jeśli taka jest jej wola, to i on innej nie ma.
Wówczas panienka usiadła na łożu, obróciła oczy na stół, na którym stał krucyfiks i włożyła Aleksandrowi pierścień na palec, na znak zaręczyn. Później uścisnęli się i resztę nocy, z wielkiem ukontentowaniem, na przyjemnych igrach spędzili. Umówili się, co im dalej czynić należy. Przed świtem Aleksander wyszedł z komnaty równie cicho, jak i wszedł do niej. Nikt nie wiedział, gdzie tę noc przepędził. Na drugi dzień pełen niewysłowionej szczęśliwości, pospołu z opatem i jego świtą w dalszą drogę ruszył. Po kilku dniach podróży przybyli do Rzymu. Odetchnąwszy nieco po trudach drogi, opat w towarzystwie dwóch rycerzy i Aleksandra udał się do papieża i należną cześć mu złożywszy, w te słowa przemówił:
— Wiadomo Wam lepiej, niż komukolwiek, Ojcze Święty, iż ten, co zacnie i szlachetnie żyć pragnie, winien unikać wszelakich sposobności, które-by go od prawej drogi odstrychnąć mogły. Takoż i ja, chocia do cnoty dążę, przecie pobłądzićbym mogła łatwie, przebrawszy się w ten strój, w jakim mnie widzicie i uciekłszy skrycie od mego ojea, króla Anglji, z częścią jego skarbów. Ojciec mój, nie zważając na mój wiek młody, chciał mnie oddać w stadło sędziwemu królowi Szkocji. Umyśliłam zatem wybrać się do Was, Ojcze Święty, abyście mi męża wybrali. Nie tyle trwoga przed sędziwym królem Szkocji do ucieczki mnie pobudziła, ile obawy, abym zostawszy jego małżonką, nie pofolgowała mojej młodości i nie uczyniła czegoś, wbrew prawom boskim i czci królewskiego rodu. Gdy z takiemi zamysłami tu zdążałam, Bóg, który wie najlepiej czego nam do szczęścia potrzeba, w swem niezmierzonem miłosierdziu, posłał mi na spotkanie tego, kogo na małżonka mi przeznaczył. Jest nim ten oto młodzieniec (tu na Aleksandra ukazała), obok mnie stojący.
Dla swych przymiotów i obyczajów godzien jest miłości znamienitej damy, chocia jego krew nie jest tak zacna, jak krew królewska. Mimo to jegoin wybrała i jego tylko na męża pragnę, choćby wola mego rodzica i wszystkich ludzi przeciwna temu być miała. Tak tedy znikła główna przyczyna, dla której w drogę się wybrałam. Zdało mi się jednak rzeczą słuszną do Rzymu dotrzeć, aby odwiedzić wszystkie miejsca święte, Was, Ojcze Święty, obaczyć, a takoż, abyście nasz związek przed Bogiem zawarty, potwierdzili uroczyście i wszem wobec oznajmili o nim. Pokornie was błagam, abyście raczyli przychylnie odnieść się do tego, co się podobało Bogu i mnie, i uszczęśliwili nas swojem błogosławieństwem. Otrzymawszy je, jeszcze bardziej wierzyć będziemy w życzliwość Tego, czyim nainistnikiem jesteście. Będziemy żyli, wielbiąc Boga i Was do ostatniego dnia żywota naszego.
Aleksander osłupiał, usłyszawszy, że jego żona jest córką króla angielskiego i ucieszył się z tego wielce w głębi duszy. Aliści jeszcze więcej zdumieli się dwaj rycerze; pełni rankoru i głębokiego nieukontentowania ani chybi wyrządziliby krzywdę Aleksandrowi, a może i księżniczce, gdyby nie przytomność papieża. Papież także nie mało się zadziwił tak z ubioru księżniczki, jako i z jej wyboru, jednakoż, wiedząc, że cofnąć aię już nie łza, nie chciał jej prośbie odmówić.
Przedewszystkiem uspokoił obu rycerzy, pogodził ich z księżniczką i Aleksandrem i zarządził, co czynić należy. W dniu oznaczonym na uroczystość zaślubin, na której byli przytomni kardynałowie i różne osoby znamienite, zjawiła się panna młoda w królewskich szatach; piękność jej i wdzięk osobny powszechny zachwyt wzbudziły. Aleksander przybył także wspaniale przyodziany; nikt z pozoru i ułożenia nie mógłby go wziąć za młodzieńca, który na lichwę pożyczał; raczej królewiczem być się zdawał. Dwaj rycerze osobną cześć mu teraz okazywali. Papież przykazał uroczyście zaręczyny odprawić, a później wspaniałe wesele im zgotował i udzielił im błogosławieństwa.
Aleksander z małżonką wyjechał z Rzymu do Florencji, dokąd już dotarła wieść o ich zaślubinach.
Mieszkańcy Florencji spotkali ich z oznakami czci i głębokiego hołdu. Księżniczka uwolniła z więzienia trzech braci, zapłaciwszy wszystkie ich długi i wprowadziwszy ich z powrotem w posiadanie utraconych majętności. Później wraz z mężem i Agolante wyjechała do Paryża, gilzie ją król francuski wielce uroczyście przyjął. Dwaj rycerze udali się do Anglji i tyle sprawili, że król angielski przyjął z powrotem do swej łaski, córkę i zięcia, Aleksandra do stanu szlacheckiego podniósł i hrabstwem Kornwalji go obdarzył. 69
Aleksander zasię tyle starań dołożył, że udało mu się ojca z synem pogodzić. Siła pomyślności stąd na Anglję spłynęło, co Aleksandrom zjednało miłość i wdzięczność wszystkich mieszkańców Agolante otrzymał z powrotem pieniądze, które mu się u ludzi należały, i do Florencji, jako bogacz powrócił. Jeszcze przedtem hrabia Aleksander szlachcicem go uczynił.
Aleksander żył szczęśliwie z swoją małżonką. Niektórzy powiadają, że dzięki swemu rozumowi i męstwu, przy pomocy teścia, zdobył Szkocję, której królem miał rzekomo zostać.
OPOWIEŚĆ IV
Lando Ifo Ruf fol o
Zubożały Landolfo Ruf foto staje się korsarzem. Genueńczycy chwytają go w niewolę. Wpadłszy do morza, ratuje się dzięki skrzyni, pełnej kłejnotów. Na Kor fu gości w domu pewnej białogłowy, a później bogaty do kraju wraca
Lauretta, siedząca obok Pampinei, postrzegłszy, że ta do szczęśliwego kresu opowieść swoją doprowadziła, bez zwłoki w te słowa mówić poczęła:
— Niema, według mego mniemania, większego fortuny dzieła, jak podniesienie kogoś z nędznej kondycji do królewskiego stanu; ukazała nam to Pampinea w swej opowieści o Aleksandrze. Jakoże każdy z nas opowiadać winien, zgodnie z materją wprzód okryśloną, nie będę eię wzbraniała opowiedzieć noweli, która chocia wielkie nieszczęście w sobie zamyka, przecie tak pomyślnego końca nie ma. Wiem dobrze, że nie będziecie mnie słuchali z równą ciekawością, aliści nic w opowieści zmienić nie mogę — i dlatego proszę, abyście mi wybaczyli.
Powszechnie twierdzą, że wybrzeże między Reggio a Gaetą najpiękniejszą część Italji stanowi. Tutaj, opodal Salerno, ku morzu obrócona, rozciąga się górzysta przestrzeń, usiana miasteczkami, ogrodami i fontannami; tutaj mieszkają bogacze, głównie handlem się parający. Wśród tych miasteczek jest jedno, zwane Ravello, gdzie podówczas mieszkał bogaty kupiec, Landolfo Ruffolo. Ów, chcąc majętność swoją podwoić (bowiem, to co miał, mu nie wystarczało) o mały włos nie zginął, pospołu ze swemi skar 71 bani i. Landolfo, wszystko poprzednio dobrze zważywszy, (jak to pospolicie kupcy czynią), nabył wielki statek, naładował go towarem, kupionym za swoje pieniądze i popłynął do Cypru. Tutaj jednak obaczył, że do portu zawinęło wiele okrętów z takim samym ładunkiem; dla tej przyczyny nie tylko wypadło mu towar swój tanio sprzedać ale nawet prawie darmo go oddać, dzięki czemu do ruiny został przywiedziony. Zrozpaczony tem wazy-stkiem, nie wiedział co począć, a widząc, że z bogatego człeka ma się stać nędzarzem, postanowił albo zginąć albo też grabieżą straty swoje powetować, byleby tylko nie wracać ubogim tam, skąd bogatym wyjechał.
Znalazłszy kupca na swój wielki drewniany korab, za pieniądze stąd i za sprzedaż towarów otrzymane, nabył mały statek korsarski, opatrzył go we wszystko, w co należy, uzbroił, i jął się trudnić grabieżą, napadając na wszystkich, osobliwie zasię na Turków. W tej profesji fortuna była snu przychylniejsza, niźli w handlu. W ciągu jednego roku tyle tureckich okrętów ograbił, że nie tylko wszystkie straty sobie powetował ale i majętność podwoił. Nauczony już poprzedniem niepowodzeniem, nie chcąc po raz wtóry podobnego nieszczęścia doświadczać, rzekł do siebie, że dość mu tego, co już posiada. Dlatego też umyślił z bogactwem swojem do domu powrócić. Obawiając się towar zlupiony sprzedawać, nie obrócił go na pieniądze, jeno na tym samym statku, który mu do konsarstwa służył, puścił się w drogę powrotną.
Gdy się już do Archipelagu zbliżał, podniósł się wiatr przeciwny, który morze poburzył. Jego mały statek nie mógł walczyć z falami, dlatego też Landolfo zawinął do zatoki, gdzie znajdowała się wysepka, i skryWSZy się od wiatru, jął czekać lepszej pogody. W tej buchcie znajdowały się właśnie dwie potężne genueńskie barki. Płynąc z Konstantynopola, schroniły się przed burzą i z trudem do zatoki dotarły. Ludzie na tych barkach, ujrzawszy statek, zapytali, skąd on płynie i do kogo należy. Znali już z wieści, że właściciel statku jest bogatym człekiem i dlatego umyślili okrętem zawładnąć. Byli to ludzie chytrzy i żądni rabunku. Ostawiwszy na brzegu kilku ludzi z kuszami i inną brotnią, tak ich rozmieścib, aby nikt nie mógł wyjść ze statku, pod grozą, że strzałami przeszyty zostanie, sami zasię na łodziach zbliżyli się do statku Landolfa i zawładnęli nim bez trudu, wraz z całym ładunkiem, nie straciwszy ani jednego człeka. Genueńczycy zabrali Landolfa i jego towary na pokład jednej z barek, a później jego statek zatopili. Landolfo w jednem tylko kaftanie pozostał. Następnego dnia wiatr 72 się odmienił i barki, podniósłszy żagle, popłynęły na zachód. Tego dnia podróż szczęśliwą była, lecz wieczorem jął dąć silny wicher, który wielkimi bałwanami dwie harki od siebie oddzielił. Wicher był tak potężny, że barka, na której znajdował się nieborak Landolfo, uderzywszy powyżej wyspy Cifalonia o skały, uległa rozbiciu, niby szklanka o ścianę rzucona. Morze, jak to w podobnych wypadkach pospolicie bywa, upstrzyło się różnym sprzętem: towarami, skrzyniami i stołami. Noc była głucha, morze wzburzone i groźne. Ci, którzy umieli, pływali, uczepiwszy się rzeczy, co trafunkiem im pod ręce podpadły. Wśród tych nieszczęśliwców był i Landolfo. Ów, chocia poprzedniego dnia śmierć przyzywał, mówiąc, że raczej umrzeć woli, niż do domu nędzarzem powracać, teraz śmierci w oczy zajrzawszy, przeraził się jej i czepił się stołu. Usiadłszy na niem, czuł jak morze i wicher miotają nim na wsze strony; tak trwało do świtu. Przy świetle dnia ujrzał przed sobą tylko obłoki, morze i skrzynię, unoszącą się na falach; obawiał się, że ta skrzynia, uderzywszy o deskę, spowoduje jego upadek i przyczyną zatonięcia się stanie. Ilekroć skrzynia się doń zbliżała, odpychał ją ręką, walcząc ostatkami sił. Wkrótce jednak zadął straszliwy wicher, morze wzburzył i tak silnie uderzył skrzynią o stół, na którym Landolfo siedział, że ów poszedł na dno. Raczej strach, niż siła, na powierzchnię go wydobył; wówczas ujrzał, że stół płynie już na znacznej odeń odległości; zbliżył się zatem do skrzyni i oparłszy pierś na jej wieku, jął ją rękami popychać. Rzucały falami to tu, to tam, nie wiedząc, gdzie się znajduje i nie widząc nic wokół, krom morza, Landolfo męczył się tak przez cały dzień i noc następną. Nic nie jadł, jeno pil więcej, niźli miał chęć na to.
Następnego dnia był już podobny do gąbki; wpił się obiema rękoma w brzeg skrzyni, jak to pospolicie czynią tonący, gdy tylko coś pochwycą. Aliści z woli Boga, czy też dzięki sile wiatru, dopłynął do brzegu wyspy Korfu, gdzie właśnie pewna uboga białogłowa czyściła swoje naczynia piaskiem i myła wodą. Białogłowa ta, ujrzawszy zbliżającego się Landolfa, nie mogła rozeznać co to jest i dlatego przeraziła się i z krzykiem cofnęła się od brzegu. Landolfo nie mógł już mówić, nie wiele także widział, przeto nic do niej nie rzekł. Gdy jednakże fale do brzegu go zbliżyły, białogłowa baczniej spojrzawszy, rozeznała najpierw ramiona leżące na wieku, a później oblicze i zrozumiała w czem rzecz. Powodowana litością, weszła do morza, które już uspokoiły się, i schwyciwszy Landolfa za włosy, wydobyła go na brzeg wraz ze skrzynią. Z trudem oderwała jego ręce od skrzyni, oddala ją 73 swojej córce, sama zasię wzięła Landolfa na ramiona, niby małe dziecię i zaniosła go do łaźni. Tam tak go tarła i gorącą wodą zlewała, że wróciły mu zemdlone siły. Później pokrzepiła go winem i przez kilka dni miała nad nim staranie. Landolfo poznał wreszcie gdzie się znajduje. Zacna białogłowa postanowiła wówczas oddać mu skrzynię, która mu życie ocaliła, i powierzyć go jego losowi. Landolfo zapomniał już o skrzyni, mimo to wziął ją z rąk białogłowy, myśląc, że chocia jej szacunek wielki nie jest, przecie będzie mógł, sprzedawszy ją, kilka dni przeżyć. Jednakoż znalazłszy ją wielce letką i tę nadzieję postradał. Gdy gospodyni z domu wyszła, oderwał wieko, chcąc się przekonać, co wewnątrz skrzyni się mieści. Ujrzał wiele klejnotów w oprawie i bez oprawy. Znając się nieco na klejnotach, poznał ich wielką wartość. Złożywszy dzięki Bogu, który go w potrzebie nie opuścił, pocieszył się znacznie i otuchy nabrał. Jako człek, który w krótkim czasie dwa razy przeciwnemu losowi podlegał, teraz trzeciego nieszczęścia wielce się obawiał. Postanowił tedy ostrożnie sobie poczynać, aby te skarby móc do domu dowieść szczęśliwie. Owinął klejnoty w strzępy łachmanów i oznajmił białogłowie, że mu już skrzynia potrzebna nie jest. Poprosił ją, aby mu dała worek, a skrzynię wzamian sobie zatrzymała. Białogłowa ochotnie się na to zgodziła. Landolfo, podziękowawszy jej za wyświadczone mu dobrodziejstwa, pożegnał się z nią, wziął worek na plecy, wsiadł na barkę i popłynął do Brindisi. Stamtąd lądem dotarł do Trani, gdzie spotkał kilku rodaków, sukienników. Opowiedział im o wszystkich swoich przypadkach, zataiwszy tylko znalezienie skrzyni, oni zasię przyodzieli go, pożyczyli mu rumaka i odesłali do Ravello, dokąd udać się pragnął.
Tutaj bezpiecznym się poczytując, należny dank Bogu złożył, rozwiązał worek; pilnie każdy klejnot wiele razy obejrzał i przekonał się, że tyle szacownych skarbów posiada, iż sprzedawszy je za stosowną sumę, będzie dwa razu bogatszy, niźli był przedtem. Znalazłszy możność sprzedaży klejnotów, posłał znaczną kwotę tej cnej białogłowie, która go z wody wyciągnęła, a takoż i tym, co go w Trani przyodzieli. Resztę pieniędzy zatrzymał dla siebie. Odrzekł się handlu i żył w dostatku do końca dni swoich.
OPOWIEŚĆ V
Rubin
Andreuccio z Perugji przybywa do Neapolu, aby zakupie konie. W nocy spotykają go trzy niebezpieczne przygody, z których wychodzi szczęśliwie, wracając z rubinem do domu
Znalezione przez Landolfa kamienie — rzekła Fiammetta, na którą teraz kolej nadeszła — przywiodły mi na pamięć pewną opowieść, niemniej niebezpieczeństw w sobie zawierającą, niźli historja Lauretty, tem wszakoż od niej różną, że tam zdarzenia przez kilka lat trwały, tu zasię, jak usłyszycie, wszystko się w ciągu jednej nocy stało.
Żył ongiś w Perugji pewien młodzieniec, handlarz końmi, Andreuccio di Piętro zwany. Zasłyszawszy, że w Neapolu jest dobry targ na rumaki, włożył do mieszka pięćset złotych florenów i ruszył w drogę w towarzystwie innych kupców, chocia do tych pór, nigdy za bramami swego miasta nie bywał. Do Neapolu przybył w niedzielę wieczorem; zasięgnąwszy języka od oberżysty, nazajutrz rano na targ się udał. Wiele koni obejrzał; niektóre mu się podobały, jednakoż przy kupnie nie mógł się na cenę zgodzić. Chcąc „dać dowód, że ma pieniądze, niezbyt chytrze sobie poczynał, bowiem kilka razy wyciągnął kiesę, pełną złota, i pokazywał ją przechodniom. W takiej chwili właśnie, gdy się swoją sakiewką pysznił, przechodziła mimo pewna urodziwa Sycylijka, gotowa zawsze pierwszemu lepszemu za lada grosz wdzięki swoje ofiarować. Minęła Andreuccia, nie będąc przezeń spostrzeżona. Zajrzawszy w sakiewkę jego, zaraz rzekła do się: —..Komuż lepiejby było na 75 świecie, niż mnie, gdyby pieniądze te do mnie należały?11 Z dziewczyną tą szła pospołu pewna starucha, także Sycylijka, która ujrzawszy Andreuccia, opuściła natychmiast swoją towarzyszkę i pobiegła doń, aby go serdecznie uściskać. Młódka, ujrzawszy to, zatrzymała się na stronie i milcząc, czekała na nią. Andreuccio obrócił się, a poznawszy staruchę, wielce się uradował. Ta obiecała, że go odwiedzi w oberży, i po krótkiej rozmowie, odeszła. Andreuccio, zasię, znowu na targ się udał, ale nic tego ranka nie kupił. Dziewczyna, która widziała mieszek Andreuccia i jego powitanie ze staruchą, jęła się głowić nad tem, jakimby sposobem wyciągnąć odeń pieniądze w całości, albo choćby w części. Zapytała się przeto ostrożnie staruchy, kim on jest, skąd pochodzi i co tutaj robi?
Starucha opowiedziała jej o Andreucciu z takimi szczegółami, że i on samby lepiej nie potrafił, bowiem długo mieszkała na Sycylji, a potem w Perugji pospołu z jego ojcem. Powiadomiła ją także, poco Andreuccio tu przyjechał i gdzie się w tej chwili udał.
Młódka, zebrawszy wiadomości o jego rodzinie i krewniakach, postanowiła na tych wiadomościach swój zamysł chytrze osnować, aby tylko zaspokoić apetyt na jego pieniądze. Po powrocie do domu dała starusze robotę na cały dzień, tak, aby z Andreucciem spotkać się nie mogła, i wziąwszy pewną ndódkę, do podobnych posług zaprawioną, wysłała ją wieczorem do oberży Andreuccia. Ta zastała go trafunkiem u bramy oberży i zaraz jęła rozpytywać, gdzie niejakiego Andreuccia spotkać może. Usłyszawszy, że on właśnie jest tym Andreucciem, odwiodła go na stronę i rzekła: — Pewna pięk na i szlachetna dama z tego miasta pragnęłaby, jeśli można, widzieć się 7. wami. Andreuccio, poczytujący siebie za urodziwego młodzieńca, zaraz wystawił sobie, że dama musi być w nim zakochana, tak, jakby piękniejszego odeń mężczyzny w całym Neapolu nie było, i odparł, że gotów się z nią widzieć: potem zapytał, gdzie zobaczyć się z nią może.
— Jeśli tylko przyjść zechcecie, panie — odparła młódka — znajdziecie ją u siebie w domu. Andreuccio podniósł się natychmiast i nikomu w oberży o zamyśle swoim nic nie powiedziawszy, rzekł: — Idź naprzód, pójdę zaraz za tobą. Filutka zaprowadziła go do domu, który znajdował się w dzielnicy miasta, zwanej „Złą jamą“. Jak zacną była ta dzielnica, już sama nazwa wskazuje. Andreuc-cio, nic nie wiedząc, ani nic nie podejrzewając, przeciwnie wierząc, że do szlachetnej białogłowy się udaje, swobodnie wszedł do domu, poprzedzany przez 76 służkę. Gdy wstępował na schody, dziewczyna zawołała na swoją panią, oznajmiając, że Andreuccio przybył. Wówczas Andreuccio ujrzał ją, stojącą w oczekiwaniu na najwyższym stopniu schodów. Była jeszcze białogłową młodą, słusznego wzrostu o pięknem obliczu, a przytem obyczajnie i strojnie ubraną. Gdy się Andreuccio do niej zbliżył, zeszła o trzy stopnie mu naprzeciw z rozwartemi ramionami i obłapiwszy go za szyję, trwała tak w milczeniu, jakgdyby zbytek czułości mowę jej odjął. Później ze łzami w oczach ucałowała go w czoło i rzekła głosem od szlochów przerywanym:
— Bądź pozdrowiony, Andreuccio, w moim domu!
Andreuccio, zdumiony temi czułościami i całkiem osłupiały, odparł:
— Witam was szlachetna damo.
Wówczas zalotnica schwyciła go za rękę, wprowadziła na górę do sali, a stamtąd do swojej komnaty, pachnącej różami, kwiatem pomarańczowym i innemi wonnościami. Andreuccio ujrzał drogocenne zasłanie łoża pod baldachimem, wiele wspaniałych strojów, rozwieszonych na drążkach, wedle tamtejszego obyczaju, a takoż siła rozlicznych sprzętów. Na ten widok, Andreuccio uwierzył najmocniej, że z nader dostojną dainą ma do czynienia. Usiedli pospołu na skrzyni, stojącej w nogach jej łoża, a wówczas dama jęła mówić w te słowa: *
— Jestem pewna, Andreuccio, że dziwią cię zarówno łzy moje, jak i pieszczoty, bowiem nie znasz mnie i zapewne nigdy o mnie nie słyszałeś. Aliści usłyszysz zaraz rzecz, która w jeszcze większe zadziwienie cię wprawi; wiedz bowiem, że jestem twoją siostrą. Bóg okazał mi wielką łaskę, pozwoliwszy mi ujrzeć przed zgonem jednego z moich braci (o jakżebym chciała wszystkich ich oglądać), dlatego też, kiedy mi umrzeć przyjdzie, będę umierała pełna pociechy. Ponieważ, jak mniemam, nic o tem wszystkiem nie słyszałeś, tedy ci opowiem. Piętro, twój i mój rodzic, długo w Palermo przebywał. Dla swojej dobroci i łaskawości cieszył się osobnemi względami wszystkich, którzy go znali. Z tych, co go kochali, moja matka, zacna białogłowa, podówczas będąca wdową, miłowała go najbardziej. Nie bacząc na strach przed ojcem swym i braćmi, a także na cześć swoją, w tak ścisłym związku z nim żyć poczęła, że ja na świat przyszłam i wyrosłam na taką, jaką mnie tu widzisz. Wkrótce potem Pieitro musiał wyjechać z Sy-cylji i do Perugji się udać. Ostawił matkę moją i mnie, małą dziewczynkę, i odtąd, jakem słyszała, nie dał najmniejszego znaku swojego pamięci o nas. 77
Gdyby nie był moim ojcem, silniebym mu naganiała tę niewdzięczność wobec mojej matki (nie mówiąc już o miłości, jaką był winien dla mnie żywić, jako dla swej córki, urodzonej przecie nie z jakiejś służebnicy albo gamratki!). Moja matka oddala mu samą siebie i wszystko, co posiadała, nie znając go nawet dostatecznie, wielką miłością jeno się powodując. Ale cóż? Dawne winy łatwiej jest naganiać, niźli naprawiać. Rzecz się tak miała:
Ojciec pozostawił mnie w Palermo mai cm dziecięciem. Gdy wyrosłam już prawie na taką, jaką dzisiaj jestem, matka moja, kobieta bogata wydała mnie zamąż za jednego mieszkańca Girgenti, zacnego człeka, z dobrego rodu idącego. Ów dla miłości do mnie i do mojej matki, przeniósł się na stały pobyt do Palermo. Będąc zagorzałym gwelfem, wdał się w tajny spisek z naszym królem Karolem, aliści król Fryderyk, o wszystkiem powiadomiony, zamysły ich udaremnił. Mąż mój musiał uciekać z Sycylji właśnie wówczas, gdy ja myślałam, że stanę się tak znaczną damą, jakiej nigdy na tej wyspie jeszcze nie było. Unieśliśmy z sobą tylko tę małą część mienia, jaką wziąć w drogę mogliśmy (małą, powiadam, w odniesieniu do tego, cośmy posiadali) i pozostawiwszy ziemie i pałace, udaliśmy się tam, gdzie król Karol przebywał. Ów, wielce dla nas łaskawy, wynagrodził nas w części za straty, poniesione z przyczyny naszych dla niego usług. Dał nam we władanie ziemie i domy; teraz zasię opatruje ciągle we wszystko łaskawie mego męża, twego szwagra, jak to będziesz mógł sam obaczyć. Oto jak się znalazłam tutaj, gdzie dzięki łasce boskiej, a nie twojej woli, oglądać cię mogę. mój miły bracie!
Rzekłszy to, znów go obłapiła za szyję i rzewnie płacząc, pocałowała go w czoło.
Andreuccio, słysząc tę bajdę, tak misternie utkaną i opowiedzianą tak składnie (tej, co ją opowiadała, głos ani razu uie zadrżał, i słowa jej w gardle nie uwięzły) przypomniał sobie, że w samej rzeczy ojciec jego długo w Palermo przebywał, zresztą, według siebie sądząc, wiedział, że młodzi ludzie pochopni są do miłości, poruszony zasię będąc łzami, pocałunkami i oznakami wielkiej czułości, uwierzył, że wszystko to jest prawdą, przeto odparł:
— Nie powinno się to wam wydawać niczem szczególnem, żem się tak zadziwił, bowiem ojciec mój, nie wiedzieć z jakiej przyczyny, nigdy o was, ani o waszej matce nie wspominał, a jeśli i mówił, to do mnie te słowa nie do 78 szły; w każdym razie nic o was nie wiedziałem, tak jakbyście wcale na awie-cie nie istnieli, tem więcej się cieszę ze znalezienia siostry, im mniej się tego spodziewałem tutaj, gdzie jestem tak samotny. Każdemu człekowi, najwyższej nawet godności, sprawiłoby radość podobne odkrycie, a co dopiero mnie, nędznemu kupcowi.’ Proszę was jeno, abyście mi zechcieli wyjaśnić, skąd dowiedzieliście się o moim pobycie w tem mieście?
Powiadomiła mnie o tem — odparła białogłowa — pewna niewiasta, która często w domu moim przebywa. Mówi, że długo mieszkała pospołu z naszym rodzicem w Perugji i na Sycylji. Jużbym była dawno pospieszyła do was, gdyby nie wzgląd na to. że obyczajniej będzie gościć was w moim domu, niźli was w zajeździe odwiedzać. Później poczęła go wypytywać troskliwie o wszystkich jego krewniaków, wymieniając ich po imionach. Andreuccio na wszystko odpowiadał, utwierdzając się wierze w to, w co niezbyt wierzyć należało. Ponieważ rozmowa się przeciągała, a żar doskwierał okrutnie, gospodyni kazała podać wino i greckie słodycze i poczęstowała niemi Andreuccia, który do wyjścia się zbierał, bowiem już zbliżała się pora wieczerzy. Dama jednak przystać na jego odejście nie chciała; uczyniwszy pozór strapionej, objęła go i rzekła:
— Ach ja nieszczęśliwa! Widzę teraz, jak mało dbasz o mnie. Nic myślisz wcale o tem, że znajdujesz się w przytomności swojej siostry, nigdy dotychczas nie widzianej, że jesteś tu w moim domu, gdzieś powinien był zaraz po przybyciu do miasta zajrzeć, a tylko spieszysz się na wieczerzę do gospody. Będziesz jednak wieczerzał dzisiaj u mnie. Chocia męża mego niema w domu, co mi jest bardzo nie po myśli, przecież jako gospodyni domu będę cię umiała godnie przyjąć. Andreuccio, nie wiedząc co odpowiedzieć, rzekł:
— Jesteście mi drodzy, tak jak tylko siostra drogą być mi może, jeśli jednak nie pójdę, postąpię nieobyczajnie wobec tych, co na mnie przez cały wieczór będą czekali za stołem.
— Ach, na miłość boską — zawołała białogłowa — zali u mnie w domu niema nikogo, kogobym mogła posłać z wieścią do gospody, aby nie czekali na was z wieczerzą. Lepiejby nawet było, gdybyście zaprosili swoich towarzyszy na wieczerzę do mnie, potem, gdybyście na noc odejść zapragnęli, mielibyście w powrotnej drodze kompanję. Andreuccio odparł, że nie ma wielkiej ochoty widzieć się tego wieczora z towarzyszami, jednakoż jeżeli taka jest jej wola, to on jej posłuszny będzie. Wówczas dama udała, 79 że — wysyła umyślnego do gospody z wiadomością, aby na Andreuccia nie czekali za stołem. Po wielu gawędach zasiedli wreszcie do wieczerzy, z wyśmienitych potraw złożonej. Gospodyni przeciągnęła chytrze tę ucztę aż do późnej nocy. Gdy wstali od stołu, Andreuccio chciał się oddalić ale filutka rzekła, że nigdy na to nie przystanie.
— Neapol nie jest miastem stosownem do przechadzek nocnych, zwłaszcza zaś dla przybyszów.
Rzekłszy to, udała, że posyła do oberży z wiadomością, aby Andreuccia nie czekali na noc tak, jak uczyniła to już przedtem, gdy o wieczerzę chodziło.
Andreuccio, dając wiarę wszystkiemu i znajdując ukontentowanie w jej towarzystwie, przystał. Po wieczerzy znów długiemi i ważkiemi rozmowami się zabawiali. Gdy już część nocy minęła, kazała pokojowemu odprowadzić Andreuccia do jej komnaty, sama zasię ze swemi służebnicami udała się do drugiej. Żar był okrutny, dlatego też Andreuccio, pozostawszy sam, zdjął kaftan i spodnie i położył szaty na węzgłowiu swego łoża. Wkrótce poczuł przyrodzoną potrzebę uwolnienia żołądka od nadmiernego ciężaru; spytał zatem pokojowego, gdzieby ją zaspokoić było można. Chłopiec pokazał mu drzwi, znajdujące się w rogu komnaty i rzekł: „Idźcie tędy“. Andreuccio wszedł tam śmiało, lecz postawiwszy trafunkiem nogę na deskę, która z przeciwnej strony oderwana była od belki, zleciał z nią pospołu wdół. Bóg był mu na tyle miłościwy, że żadnych obrażeń przy upadku nie doznał, mimo, że się z znacznej wysokości zwalił; ubabrał się za to cały nieczystościami, których to miejsce pełne było. Dla lepszego rzecay pojęcia, opowiem szczegółowie, jak owo miejsce wyglądało. Zajmowało ono wąską przestrzeń między dwoma domami. Na dwóch belkach, łączących w górze jeden dom z drugim, ułożono kilka desek, a na nich ustawiono kubeł.
Andreuccio poleciał na dól z jedną z tych desek. Ocknąwszy się w jamie, srodze zmartwiony tem przytrafieniem, jął wołać na chłopca, aliści pokojowy, usłyszawszy odgłos spadającego ciała, pobiegł zaraz opowiedzieć 0 wszystkiem swojej pani. Ta wbiegła natychmiast do komnaty Andreuccia 1 jęła szukać jego szat. Znalazła je wreszcie, wraz z ukrytemi w nich pieniędzmi, które Andreuccio, nikomu nie dowierzając, zawsze, jak głupiec, przy sobie nosił. Owładnąwszy skarbem, dzięki któremu ona, mieszkanka Palermo, stała się siostrą Perugijczyka i tą pułapkę chytrą wymyśliła, nie dbała już o Andreuccia, jeno zamknęła coprędzej drzwi, przez które ów wyszedł przed chwilą. 80 <rdy pokojowy nie odpowiadał, Andreuccio jął głośniej wołać, ale wszystko było napróżno. Wtedy zbudziło się w nim podejrzenie i jął domyślać się zasadzki, niestety zbyt późno. Przeskoczył przez murek, oddzielający smrodliwą jamę od ulicy, i udał się wprost do bramy domu, który doskonale rozpoznał. Długo tutaj wołał, stukał do drzwi i łomotał. Wreszcie zapłakał, upewniwszy się o swem nieszczęściu, i jął mówić:
O ja nieszczęśliwy, w tak krótkim przeciągu czasu straciłem pięćset llorenów i siostrę. Po wielu takich skargach znów zaczął do drzwi kołatać i krzyczeć; tak się przytem starał, że ten hałas wielu sąsiadów przebudził. Jedna ze służebnic damy, udając srodze zaspaną, ukazała się w oknie i rzekła:
— Kto tam do drzwi łomota?
— Zali mnie nie znasz — odparł Andreuccio — jestem Andreucciem, bratem madonny Fiordaliso.
Mój poczciwcze — rzekła służka — jeżeliś zbytnio wypił, idź się wyspać i wróć tutaj rano. Nie znam żadnego Andreuccia i nie rozumiem twoich bredni. Idź z Bogiem i pozwól nam spać spokojnie.
— Jakto.’* — odparł Andreuccio — nie rozumiesz co mówię? Jeżeli krewniacy z Sycylji są już tacy, że prędko o sobie zapominają, to oddaj mi przynajmniej moje szaty, które u was zostawiłem, a z radością odejdę.
Na to służebna, zaśmiawszy się, rzekła:
Bredzisz widać coś przez sen, mój poczciwcze.
Powiedziawszy te słcwa, obróciła się i zatrzasnęła okno.
Wówczas Andreuccio, przekonany już całkiem o swojej szkodzie i prawie oszalały z rozpaczy, wpadł z gniewu w wściekłość i postanowił siłą odzyskać to, czego prośbami zdobyć nie mógł. Schwycił wielki kamień i jął nim walić w drzwi silniej, niż przedtem. Niektórzy sąsiedzi, ze snu wyr wani, pomyśleli, że to jakiś hultaj usadza się na biedną damę, a poruszeni do żywego wszczętym przez Andreuccia hałasem, ukazali się w oknach i na podobieństwo psów z jednego dziedzińca, szczekających na psa — przybłędę, krzyczeć jęli:
Wstyd to i nieobyczajność o podobnej porze przychodzić do domu poczciwej białogłowy i takie brednie pleść. Idź z Bogiem, poczciwcze, i pozwól nam spać. Jeżeli masz jakąś sprawę do tej damy, przyjdź jutro, a nocą tumultu nie wzniecaj! Pewien miłośnik naszej filutki, w tym samym do-mu przebywający, ośmielony widać temi słowami (Andreuccio ani go nie 81 widział na oczy ani o nim nie słyszał) pokazał się w oknie i grubym, a dzikim głosem wrzasnął:
— Kto tam zacz?
Andreuccio podniósł głowę i ujrzał jakiegoś zbója z czarną, zmierzwioną brodą, zakrywającą mu pół oblicza. Ów wyglądał jakby przed chwilą z łoża się podniósł; z głębokiego snu wyrwany, przecierał sobie ręką oczy.
Andreuccio rzekł z trwogą w głosie:
— Jestem bratem damy, która tutaj mieszka.
Tamten nie czekał, aż Andreuccio mówić skończy, i wykrzyknął sroż szym jeszcze głosem:
— Nie wiem, wierę, co mnie wstrzymuje od tego, aby zejść na dół i wymierzyć ci tyle kijów, abyś więcej nie powstał. Idź precz, ośle naprzy krzony, pijaku, co nam w nocy spać nie pozwalasz!
To rzekłszy, cofnął się i okno z hukiem zatrzasnął.
Niektórzy z sąsiadów, lepiej znający naturę tego człeka, jęli radzić Andreuccio:
— Na mdłość boską, oddal się, przyjacielu, a jeżeli nie chcesz, aby cię tej nocy jeszcze zabito, umykaj stąd pókiś cały.
Andreuccio, przerażony głosem i widokiem grubijanina, zachęcony radami, które, jak mu się zdały, z dobroci serca płynęły i zrozpaczony stratą pieniędzy, udał się w stronę gospody tą samą drogą, którą niedawno wiodła go służka. Nie mogąc znieść fetoru, którym cale jego ciało tchnęło, zapragnął wykąpać się i wymyć w morzu, dlatego też obrócił się na lewo i puścił się po drodze, Ruga Catalana zwanej. Dochodząc do górnej dzielnicy miasta, ujrzał nagle dwóch ludzi, idących mu naprzeciw z latarnią. Andreuccio przeraził się na myśl, że są to może zbiry, albo jacyś łotrzykowie, i chcąc spotkania z nimi uniknąć, ukrył się, nie mieszkając, w jakiejś opuszczonej ruderze, stojącej w pobliżu. Aliści nieznajomi weszli tam także po chwili, jakby umyślnie do tego miejsca dążyli. Jeden z nich zdjął z ple ców jakieś żelazne narzędzia i jął je pospołu z towarzyszem uważnie oglądać, różne uwagi czyniąc. Nagle rzekł:
— Co to jest? Czuję zaduch tak obrzydliwy, jakiego w życiu nigdy nie zdarzyło mi się wąchać.
Rzekłszy to, podniósł nieco latarnię i ujrzał nieboraka Andreuccia.
— Kto tu? — zawołali zdumieni. 82
Andreuccio milczał; nieznajomi podeszli z latarnią i zapytali się go, co tu czyni, taki zacuchnlęty?
Andreuccio opowiedział im wówczas szczerze, co z nim zaszło. Dwaj ludzie, odgadując, gdzie się podobna rzecz zdarzyć mogła, wymienili dom Scarabone — Podpalacza. Jeden z nich, zwróciwszy się do Andreuccia, rzekł:
— Chociaż straciłeś pieniądze, przyjacielu, winieneś błogosławić Boga, zato, żeś wpadł w ową jamę i żeś nie mógł się dostać napowrót do tego domu. Bądź upewniony, że gdybyś nie spadł i zasnął w komnacie, zamordowano-by cię bezlitośnie, tak iż razem z pieniędzmi i żywotby-ś utracił. Płacze i narzekania na nic się teraz nie zdadzą. Prędzej zdejmesz gwiazdę z nieba, ni-źli pieniądze swoje otrzymasz. Jeśli piśniesz o tem choćby słowo, on cię zabić gotów. Rzekłszy to, jęli eię naradzać, a potem jeden z nich obrócił się do Andreuccia z temi słowami.
— Mamy wiele litości dla cię. Jeśli zechcesz do nas przymknąć i pomóc nam w jednej robocie, to ci przyrzekniemy, że otrzymasz zdobycz, która pokryje z nawiązką twoje straty.
Andreuccio, obłąkany rozpaczą, odparł, że się zgadza. Owóż trzeba wiedzieć, że tego dnia pochowano neapolitańskiego arcybiskupa, zwanego Filippo Minutolo. Złożono go do grobu w wspaniałych szatach i z pierścieniem rubinowym na palcu. Kamień w pierścieniu wartał więcej niż pięćset florenów. Zamiarem hułtajów było ograbić trupa. Chciwość przemogła w An-dreucciu rozsądek, tak iż udał się z nimi w drogę. Gdy szli do kościoła, Andreuccio tak szkaradną woń z siebie wyziewał, że jeden z łotrzyków rzekł:
— Zaliżby nie można było obmyć go trochę, aby nie śmierdział tak okrutnie?
— Jesteśmy wszak blisko studni — odparł drugi — gdzie zwykle wisi powróz i znajduje się wiadro. Chodźmy tam i wymyjmy go coprędzej.
Doszedłszy do studni, przekonali się, że powróz wisi, ale że wiadra niema ani śladu. Wówczas umyślili przewiązać go powrozem i spuścić go do studni, aby się tam opłukał od stóp do głowy. Gdy już będzie czysty, pociągnie za powróz, a wówczas dobędą go na wierzch. Tak też uczynili. Kiedy Andreuccio w studni siedział, zdarzyło się, że ludzie Signorii podeszli do studni, aby wody zaczerpnąć. Widocznie goniąc za kimś, poczuli pragnienie. Dwaj hultaje, obaczywszy ich, rzucili się do ucieczki i umknęli niepostrzeżenie. Andreuccio, siedzący w głębi studni i już obmyty, szarpał za sznur. Stróże porządku, nękani pragnieniem, złożywszy na ziemi broń swoją 83 i zwierzchnie szaty, jęli ciągnąć za powróz, przekonani, że u jego końca znajduje się wiadro, pełne wody po brzegi. Andreuccio, znalazłszy się u wylotu cembrowiny, puścił sznur i schwycił się rękoma brzegu studni. Słudzy Signorii, ujrzawszy go, zdjęci trwogą rzucili powróz i zemknęli co tchu. Andreuccio zadziwił się srodze i tak osłupiał, że gdyby się nie był dobrze trzymał krawędzi, spadłby znowu niewątpliwie na dno i albo się zabił albo też poranił okrutnie. Stanąwszy na ziemi i znalazłszy broń, której jego towarzysze nie mieli, jeszcze więcej się zadziwił. Stal tak chwilę, jak wryty, nie wiedząc, co ma myśleć; złorzeczył swemu losowi, wreszcie postanowił oddalić się z tego miejsca i pójść, gdzie go oczy poniosą. Wkrótce jednak spotkał znowu dwóch nieznajomych, którzy powracali, aby go ze studni wydobyć. Ujrzawszy go, jęli pytać ze zdziwieniem, kto go wyciągnął? Andreuccio odparł, że nie wie i opowiedział im szczegółowie, jak się rzecz miała i co znalazł koło studni. Ci odgadli jak było, i ze śmiechem wytłumaczyli mu, jacy to ludzie go wydobyli.
Nie tracąc słów po próżnicy, bowiem już północ się zbliżała, udali się do katedry. Wszedłszy cichaczem do wnętrza, podkradli się do marmurowego, wielkiego grobowca i żelaznym łomem podnieśli ciężką płytę tak, że jeden człowiek mógł się przez szparę wcisnąć do środka. Gdy płytę podparli, jeden z nich spytał:
— Kto z nas wejdzie?
— Ja nie — odparł drugi.
— Ani ja — rzekł pierwszy — niech włazi Andreuccio!
— Za nic na świecie — zawołał Andreuccio.
Wówczas dwaj łotrzykowie obrócili się doń z temi słowy:
— Co? Powiadasz, że nie wejdziesz? Do kroćset, jeżeli tego zaraz nie uczynisz, łupniemy cię przez łeb tem żelazem, tak iż na miejscu ducha wyzioniesz. Andreuccio, zestraszony nie na żarty, spuścił się do grobowca, a schodząc, pomyślał sobie:
„Kazali mi wleźć do grobowca, aby mnie później na hak przywieść, gdy im zdobycz oddam i będę się z grobowca dobywał, uciekną i pozostawią mnie z kwitkiem’4. Dlatego też postanowił najpierw o sobie pomyśleć. Wspomniawszy o drogocennym pierścieniu, który znajdował się na palcu arcybiskupa, ściągnął go z trupa i na swój palec go nałożył. Później wziął pastorał, infułę, rękawiczki i szaty, tak iż zwłoki w jednej tylko koszuli pozostały, i wręczył to wszystko towarzyszom, oświadczając, że nic więcej nie 84 znalazł. Ci, twierdząc, że powinien być jeszcze pierścień, nastawali na niego, aby dobrze szukał, lecz Andreuccio, udając, że szuka, przecie nic nie znajdował i trzymał ich przez pewien czas w niepewności. Łotrzykowie byli niemniej chytrzy od Andreuccia — powtarzając mu, aby dobrze szukał, w odpowiedniej chwili wyjęli podporę z pod płyty grobowca i uciekli. Andreuccio pozostał zamknięty w podziemiu. Łatwo sobie wystawić można, co czuć i myśleć musiał. Kilka razy próbował podnieść głaz barkami i głową, ale trudził się po próżnicy. Przenikniony boleścią niezmierną, zmysły postradał i zwalił się na ciało arcybiskupa. Gdyby go ktoś ujrzał w tej chwili, z trudemby odróżnił żywego od umarłego. Przyszedłszy do utraconych zmysłów, jął gorzko płakać, bowiem wiedział, że albo, jeśli nikt grobowca mu nie otworzy, będzie tu musiał zginąć z głodu i z zaduchu, wśród robactwa, albo też, gdy go tu ktoś zdybie, zawiśnie, jako złoczyńca na szubienicy. Ponurzony w takich rozpacznych myślach, usłyszał nagle w kościele kroki i rozmowę kilku osób, o których wniósł, że przyszli tutaj uczynić to, co on już z swymi towarzyszami uczynił. Strach jego wzrósł niepomiernie. Przybysze, otworzywszy grobowiec i płytę podparłszy, jęli się sprzeczać, kto pierwszy z nich wejdzie. Nikt się nie chciał zgodzić. Po długim sporze, ksiądz, należący do bandy, rzekł:
— Czegóż się obawiacie? Zaliż sądzicie, że was umarły pokąsa? Trupy nie jadają ludzi; ja tam wlezę. Rzekłszy te słowa, położył się na piersiach na skraju grobowca, wsunął głowę i spuścił już nogi, aby się do wnętrza dostać. Andreuccio podniósł się wówczas, chwycił księdza za jedną nogę, tak jakby go chciał na dół wciągnąć. Ksiądz, poczuwszy dotknięcie, wrzasnął strasznym głosem i jednym susem z grobowca wyskoczył. Pozostali jego towarzysze, zestrachani okrutnie, pognali, jakby ich sto tysięcy djabłów goniło, zostawiając grobowiec otwarty.
Andreuccio, wielce uradowany z tak niezwykłego obrotu sprawy, zaraz wylazł z grobowca i tą samą drogą, co wszedł, wyszedł z kościoła.
Już dzień świtać zaczynał; Andreuccio szedł z pierścieniem na palcu, gdzie go oczy poniosą, aż wreszcie stanął na brzegu morza i gospodę swoją odnalazł. Jego towarzysze i oberżysta całą noc czekali na niego, trwożąc się o jego losy.
Opowiedział im o swoich zdarzeniach. Oberżysta poradził mu, aby natychmiast Neapol opuścił. Andreuccio tak też uczynił i wrócił do Perugji, unosząc całe swoje mienie w pierścieniu. 85
OPOWIEŚĆ VI
Znalezione dzieci
Panią Beritolę odnaleziono wraz z łanią na wyspie. Straciwszy dwóch swoich synów, udaje się do Lunigiany, aby ich odszukać. Jeden z jej synów wstępuje tam na służbę do pewnego znacznego władyki, i za miłość do jego córki zostaje wtrącony do więzienia. Sycylja buntuje się przeciwko królowi Karolowi.
Syn, przez matkę poznany, żeni się z córką swego pana
Damy i młodzieńcy wielce się śmieli z przypadków Andreuccia, opowiedzianych przez Fiammettę. Gdy opowieść skończona została, zgodnie z rozkazem królowej, głos zabrała Emilja.
— Ważkie zdarzenia są spowodowane obrotami fortuny, o których nieraz mówimy, nie zaprzątając sobie jednak niemi zbytnio głowy. Umysły nasze łaskami fortuny letko usypiać się pozwalają. Pamiętać o tem winni zarówno szczęśliwi, jak i strapieni. Pierwszych uczyni ta pamięć przezornymi, drugich pocieszy. Chocia o tej materji wiele już rozprawiano, przecie chcę wam jeszcze opowiedzieć nowelę, równie prawdziwą, jak i wzruszającą. Kończy się ona pomyślnie, jednakoż smutek i cierpienie były tak wielkie i długotrwałe, że nie wiem, czy późniejsza radość zatrzeć je zdołała.
Musicie wiedzieć, miłe damy, że po śmierci Fryderyka II, cesarza, królem Sycylji został Manfred, przy którym wysoką godność piastował pewien szlachcic z Neapolu, Arrighettem Capace zwany. Miał on za żonę cną i urodziwą białogłowę, madonnę Beritolę Caracciola, również z Neapolu pochodzącą. Arrighetto został wielkorządcą wyspy. Ujrzawszy, że król Ka 87 roi zwyciężył pod Beneventem Manfreda i życia go pozbawił, a całe państwo shołdował, niezbyt dowierzał już wierności Sycylijczyków. Nie chcąc zasię przymknąć do wrogów swego pana, postanowił uciec. Sycylijczycy dowiedzieli się o tem i Arrighetto Capace, pospołu z wielu przyjaciółmi, sługami króla Manfreda, został przez króla Karola wtrącony do ciemnicy. Wkrótce potem król Karol całą Sycylją owładnął. Madonna Beritola, nie-wiedząc co wśród losów przeciwności, z Arrighettem stać się mogło, przy-tem o cześć własną lękając się, ostawiła całą majętność i z ośmioletnim sy-naczkiem, Giusfredi, ciężarna i nieszczęściem złamana, siadła na korab i odpłynęła do Lipari. Tu wydala na świat drugiego synka, którego nazwala Scacciato. Przyjęła do niego mamkę i znów z wszystkimi pospołu na okręt wsiadła, aby dostać się do Neapolu, do swoich rodziców. Stało się jednak inaczej, niż myślała.
Galera, zmierzająca do Neapolu, siłą wichru zagnana została do wyspy Penzo. Tam podróżni, ukrywszy się w morskiej buchcie, jęli czekać pomyślnej pogody. Beritola, wysiadłszy pospołu z innymi na ląd, znalazła odosobnione miejsce, gdzie mogła w samotności pofolgować Izom swyrm i żalom po stracie Arriglietta. Każdego dnia tak czyniła, ponurzona w ostatniej rozpaczy; tymczasem pewnego poranku podpłynęła niepostrzeżenie do korabiu galera korsarska i wszystkich pochwyciła w niewolę. Beritola po całodziennych rozmyślaniach, wróciła na brzeg, aby ujrzeć swoje dzieci, aliści nikogo nie znalazła. Z początku wielce się zadziwiła, później domyśliwszy się, co się stać mogło, wpda wzrok w dal morską i ujrzała galerę, ciągnącą za sobą korab. Wówczas pojęła, że wślad za mężem i dzieci swoje straciła. Samotna, biedna, przez wszystkich opuszczona, nie wiedząc, czy synów swoich kiedykolwiek jeszcze obaczy, upadła na piasek i przyzywała żałosnym głosem męża i synaczków. Nie było nikogo, coby zimną wodą albo innym jakim* sposobem do utraconych zmysłów ją przywiódł. Duch jej mógł się nosić na swobodzie, gdzie chciał. Gdy utracona świadomość, wraz ze łzami i skargami, do słabego ciała wróciła, jęła znów wołać na swoje dzieci, zaglądając do każdej pieczary. Ujrzawszy, że trudy jej są daremne i że noc się przybliża, pomyślała o sobie i wróciła z nad brzegu do jaskini, gdzie zwykle miała obyczaj płakać i żalić się. Minęła noc, pełna troski i śmiertelnej trwogi, i nowy dzień nastąpił: była czwarta godzina nad ranem. Beritola, która poprzedniego wieczora nic w ustach nie miała, głodem nękana, jęła jeść korzonki. Nasyciwszy się, jak mogła, oddała się, gorzko płacząc, roz 88 myślaniom nad okropną przyszłością swoją. Gdy się tak żaliła, spostrzegła nagle łanię, wchodzącą do sąsiedniej pieczary. Po chwili lania wyszła i powróciła do lasu. Beritola weszła do pieczary i ujrzała tam dwa koźlątka, tego samego dnia, widać, urodzone. Widok ten hyl jej milszy nad wszystko w świecie. Miała jeszcze mleko w piersiach po niedawnem rodzeniu, wzięła zatem koźlęta łagodnie na ręce i do piersi swych je przystawiła. Zwierzątka nie wzgardziły ofiarą i ssały Beritolę, niby własną matkę. Od tej pory nie odróżniały już Beritoli od łani. Stroskanej hiałoglowie zdało się, że znalazła sobie towarzystwo na tej pustyni. Jadła korzonki, piła wodę i płakała gorzko, ilekroć wspomniała przeszłe sweje życie, synaczków i męża. Postanowiła tu żyć i umierać; z łanią oraz z jej dziećmi wielce się zaprzyjaźniła. Żyjąc tą modłą, Beritola całkiem zdziczała. Po kilku mie-siącach zdarzyło się, że dci tego miejsca na wyspie przypłynął okręt pizański, który przez kilka dni stał na kotwicy. Na okręcie tym znajdował się szlachcic pewien, zwany Currado, z markizów Malespini ród swój wiodący, wraz ze swą dzielną i cnotliwą żoną.
Wracali z pielgrzymki do miejsc świętych, które w królestwie Puglia się zuajdują. Markiz, chcąc melankolję swoją rozproszyć, udał 6ię pewnego dnia wgłąh wyspy wraz z swoją żoną, sługami i psami. Opodal miejsca, gdzie znajdowała się Beritola, psy Currada zwęszyły dwa koźlątka, które podrósłszy już, na trawie się pasły. Koźlątka, uciekając przed psami, wpa-dly do groty, w której Beritola miała mieszkanie. Na ów widok Beritola podniosła się, schwyciła kij i przegnała psy. Currado i jego żona, idący za psami, zbliżyli się i ujrzeli chudą, wynędzniałą i łachmanami okrytą białogłowę. Wielce się zdziwili, ona zasię jeszcze bardziej od nich. Gdy na jej prośbę Currado psy odwołał, wszyscy zaczęli ją błagać, aby powiedziała im, kim jest i co tutaj porabia. Beritola, nic wówczas nie zatajając, oznajmiła im imię swoje i opowiedziała o swoich nieszczęsnych przypadkach, a takoż o twardym zamyśle pozostania tutaj na zawsze. Currado, który dobrze znał Arrighetta Capace, usłyszawszy to, zapłakał z litości i trafnemi słowy starał się ją odwrócić od okrutnego zamysłu; przyrzekał, że ją do jej domu odwiezie, albo też w swoim domu zatrzyma, gdzie powszechną czcią, niby jego siostra rodzona, cieszyć się będzie, aż do czasu, gdy Bóg lepszej jej nie zeslc doli. Beritola przystać na to nie chciała. Currado pozostawił przy niej swoją żonę i rzekł, odchodząc, że żywność przyśle. Poprosił też żonę, aby dała Beritoli jedną z swoich sukien, a później przywiozła Beritolę z sobą. 89
Markiza długo wraz z Beritoli} nieszczęście jej opłakiwała. Gdy przyniesiono żywność i suknię, z wielkim trudem tego dopięła, że Beritola odziała się i kęs strawy zjadła. Wkońcu, po wielu prośbach i przełożeniach, Beritola oznajmiła, że nigdy nie powróci tam, gdzie ją przedtem znali. Markiza wymogła przeto na niej obietnicę udania się z nimi do Lunigiany, wraz z koźlętami i łanią, która właśnie powróciła do legowiska i ku zdumieniu markizy tysiące przymilań Beritoli czyniła. Gdy powiał wiatr pomyślny, Beritola, Currado i jego żona wsiedli na okręt, zabierając z sobą łaxiię i koźlęta (od których Beritola nazwana została Cavriuolą, aby nie wszyscy jej prawdziwe imię znali). Żegluga odbyła się pomyślnie, tak iż wkrótce przybyli do ujścia Magry, a tam wylądowawszy, udali się do zamku markiza. Tutaj żona Currada dała Beritoli wdowie szaty. Beritola, jako dama dworu markizy, żyła odtąd skromnie, cnotliwie i cicho, troskliwą opieką otaczając łanię i nie zapominając o paszy dla zwierząt.
Korsarze, owładnąwszy w Ponza okrętem, który Beritolę przywiózł, nie spostrzegli jej na wyspie i odpłynęli z jeńcami do Genui, gdzie podzielili się łupem. Mamka i dwoje dzieci przypadły w udziale niejakiemu Gua-sparrino d‘Oria.
Odesłał on jeńców do swego domu, przeznaczając ich do różnych niskich posług. Mamka, zrozpaczona stratą swojej pani, przeklinała okrutny los swój i los dzieci, nie przestając głośno szlochać. Wkrótce obaczyła jednak, że łzy nic nie pomogą i że pospołu z dziećmi służyć musi. Chocia była biedną białogłową, przecie na bystrym rozumie jej nie zbywało. Skrzepiła jak mogła swoje upadłe siły, a później rozejrzawszy się wokół i uznawszy, dokąd przybyli, do tej myśli przyszła, że jeśli pochodzenie dzieci się odkryje, wyniknąć stąd mogą dla nich znaczne niebezpieczeństwa. Żywiła przylem nadzieję, że los ich się odmieni i że jeśli tylko przy życiu pozostaną, to do stanu sobie właściwego powrócą; dlatego też postanowiła przed nikim nie zdradzać nazwiska ich i rodu, aż do chwili, gdy czas stosowny przyjdzie. Gdy się ktoś o nie pytał, odpowiadała, że to jej dzieci. Starszego chłopca zwała odtąd nie Giusfredi, lecz Giannotto di Procida, młodszemu imienia nie odmieniła. Z wielką pilnością wyjaśniła Giusfredi powody, które ją do przezwania go tak skłoniły, i wystawiła mu niebezpieczeństwo, na jakieby się naraził, dając się poznać — powtarzała mu to siła razy. Dzieciuk, rozumny nad podziw, postępował zgodnie z przestrogą. Dwaj chłopcy, nędznie odziani i jeszcze gorzej obuci, do wszelkich niskich posług używani, żyli pospołu 90 z mamka przez wiele lat w domu pana Guasparrina. Giannotto już szesnasty rok życia ukończył; rnająr duszę szlachetniejszą, niż na niewolnika przystało, buntował się przeciwko swemu podłemu stanowi. Pewnego dnia wsiadł na galerę, która do Aleksandrji zmierzała, i w ten sposób porzucił służbę u Guasparrina. Wiele profesyj próbował, aliści na wierzch wypłynąć nijak nie mógł. Po trzech, czy czterech latach, które upłynęły od ucieczki z domu Guasparrina, Giusfredi, będący już urodziwym, słusznego wzrostu młodzieńcem, usłyszał nagle, że rodzic jego, którego miał już za umarłego, żyje, znachodząc się w ciemnicy i cierpiąc wielkie katusze za swoją wierność dla króla Karola. Straciwszy wszelką nadzieję, jął się błąkać po świecie, aż wreszcie przybył do Lunigiany, gdzie służby swoje ofiarował Curradowi Malespina, spełniając je ku wielkiemu jego ukontentowaniu. Gdy więc Giannotto na służbie u markiza pozostawał, zdarzyło się, że córka Currada, zwana Spina, ostawszy wdową po Niccolo de Grignano, do domu swoich rodziców powróciła. Spina była nader urodziwa i młoda, gdyż zaledwie szesnasty rok jej minął. Gdy jej wzrok padł na Giannotta, a wzrok Giannotta na nią, oboje wielką miłością do siebie zapłonęli. Miłość ta nie długo bez zwykłych sobie skutków pozostawała, chocia przez kilka miesięcy nikt niczego się nie domyślał. Jednakoż kochankowie, poczuwszy się przez to bezpiecznymi, jęli poczynać sobie mniej ostrożnie, niżby w takich okolicznościach należało.
Przechadzając się pewnego dnia po pięknym gaju, pełnym drzew cienistych, Spina wraz z Giannottem oddzieliła się od towarzystwa i w gąszcz się zaszyła. Sądząc się być dosyć oddalonymi od ludzi, usiedli w ustroniu, pełnem kwiatów i ziół i otoczonem drzewami. Tam, radościom wzajemnej miłości folgując, dłuższy czas spędzili, który przez rozkosz odczuwaną, jednej chwili mgnieniem im się zdawał, aż ich zaszła matka Spiny, a za nią wślad i Currado.
Ów, pełen rozpaczy i gniewu, kazał ich bez słów trzem swoim sługom poimać i odprowadzić w dybach do jednego z swoich zamków, sam, zasię, drżąc z wściekłości, oddalił się, z zamysłem skazania ich na śmierć niesławną.
Matka Spiny, chociaż równie poburzona i przekonana, że córka jej twardej kary jest godna, poznawszy ze słów Currada z jakim zamiarem w stosunku do winowajców się nosi, przenieść tego po sobie nie mogła. Pospieszyła zatem do rozgniewanego męża i jęła go błagać, aby zapamiętałości unieść się nie dozwalał i nie starał się tak pochopnie stać się pod starość zabójcą swojej córki, brukając zarazem ręce krwią swego sługi. Znajdzie się przecie inny sposób, aby gniew jego słuszny zaspokoić; można wszak wtrącić ich do więzienia, gdzie będą cierpieli, opłakując grzech popełniony.
Zacna białogłowa tak długo mężowi to przekładała, aż wreszcie odwróciła go od zamysłu zabicia ich. Currado rozkazał, aby więziono ich oddzielnie i pilnie strzeżono. Więźniowie mieli przytein mało strawy otrzymywać i różnym prywacjom podlegać, aż do czasu, gdy Currado coś o ich dalszych losach postanowi. Tak się też stało. Nie trudno sobie wystawić, jak im musiało płynąć życie wśród łez, niewczasów i nieskończonego postu, którego potrzeby nie uczuwali. Giamiotto i Spina cały rok wśród takich mizeryj spędzili, a Currado ani razu nawet o nich nie wspomniał. W tym czasie zdarzyło się, że król Piotr Aragoński, pospołu z Gianem di Procido całą Sycylję poburzył i królowi Karolowi ją wydarł. Currado, jako Gibellin, wielce się z tego radował.
Giannotto, usłyszawszy o tem od jednego ze straży, westchnął głęboko i rzekł:
— 0 ja nieszczęśliwy! Już od czternastu lat błąkam się po świecie i srogą biedę cierpię, niczego tak nie oczekując jak tej chwili, która teraz nastąpiła.
I cóż mi po niej, skoro już żadnej nadziei żywić nie mogę; jestem w więzieniu, skąd zapewne nie wyjdę żywym.
— Zaliż — zapytał strażnik — dotyczyć ciebie może, oo wielcy królowie czynią? Cóżbyś ty robił na Sycylji?
— Zdawa mi się — odparł Giannotto, — że serce mi pęka, ilekroć pomyślę, kim był tam mój rodzic. Chocia byłem dzieckiem wówczas, gdyśmy ucieczką się salwowali, przecie pamiętam, że za życia króla Manfreda ojciec mój wielki urząd sprawował.
— Kim był twój ojciec? — zapytał strażnik.
— Rodzic mój — odparł Giannotto — mogę już teraz jawnie to wyznać, bowiem minęło niebezpieczeństwo, które mu zagrażało, zwał się (i zwie się, jeśli jest jeszcze przy życiu) Arighetto Capace, ja zasię jestem nie Giannottem, jeno Giusfredim. Nie wątpię, że gdyby mnie z więzienia wypuszczono i gdybym na Sycylję się udał, na jakiś urząd znamienity zostałbym tam zaraz wysadzony. Strażnik, o nic więcej eię już nie rozpytując, doniósł o wszystkiem Curradowi. Currado chocia udał, że go nic losy więźnia nie obchodzą, przecie pospieszył do Beritoli i zapytał ją, zali miała z Arighettem syna imieniem Giusfredi? Beritola odparła z płaczem, że jeśliby starszy z jej synóiw przy życiu się znajdował, zwałby się Giusfredi i miałby teraz dwadzieścia dwa lata.
Currado, usłyszawszy o tem, upewnił się, że więzień jest prawowitym Gius-fredi i rozważył, że może spełnić czyn wielkiego miłosierdzia, a zarazem zmazać plamę na czci swojej córki, dając ją w stadło Giannotto. Dlatego też kazał go tajnie do siebie przywołać i szczegółowie wypytywać się go począł o całą przeszłość jego. Mając już dostateczne dowody, rzekł:
— Wiesz, Giannotto, jak ciężką zniewagę mi uczyniłeś przez osławę córki mojej. Odnosiłem się do ciebie zawsze łaskawie i przyjaźnie, ty zasię, jak na sługę poczciwego przystało, winieneś był czci mojej i mego dobra bronić. Zaiste, wielu ludzi, gdybyś im podobne plugastwo wyrządził, na śmierć niesławnąby cię skazało, ja jednakże, mając serce litosne, nie byłbym zdolny uczynić tego. Otóż, ponieważ jesteś, jak twierdzisz, synem szlachetnych rodziców, pragnę utrapieniom twoim koniec położyć i wydobyć cię z opresyj, wśród których pozostajesz, i w jednem oka mgnieniu sobie i tobie honor powrócić. Spina, z którą niegodny jej ani ciebie, związek miłosny cię łączył, jest wdową, mającą uczciwe wiano. Jakie są jej obyczaje i kto jest jej matką i ojcem, sam wiesz najlepiej. 0 twoim dzisiejszym stanie nie rzeknę nic. Jeśli zatem chcesz, Spina, która twoją miłośnicą była, stanie się twoją prawą małżonką, a ty pozostaniesz przy mnie, niby mój syn rodzony.
Siły Giannotta długie więzienie bardzo nadwątliło, aliści duch jego, od urodzenia szlachetny, wcale nie osłabł, tak jak i gorąca miłość, którą dla córki markiza żywił. Chociaż z całej duszy pragnął tego, co mu Currado ofiarował, 1 widział, że osiągnięcie szczęścia w jego mocy leży, przecie wypowiedział wszystko, co mu duma podszepnęła.
— Currado — rzekł — ani chciwość władzy i pieniędzy ani inna jakaś przyczyna nie skłoni mnie nigdy do tego, abym na życie i mienie twoje dybał zdradziecko. Kocham twoją córkę i zawsze ją miłować będę, bowiem poczytują ją za godną miłości mojej. Jeśli, wedle pospolitego mniemania, niezbyt przystojnie sobie z nią poczynałem, to popełniłem jeno grzech, który zwykle z młodością chadza w parze, tak iż, aby go wykorzenić, trzebaby i młodość ze świata zgładzić. Gdyby ludzie sędziwi zechcieli przypomnieć sobie, że i oni kiedyś młodymi byli i gdyby cudze błędy swojemi zmierzyli, nie byliby tak surowi i twardzi, jak ty i inni. Popełniłem ten występek nie jako wróg lecz jako przyjaciel. To, co mi teraz ofiarowujesz, zawsze było mojem pragnieniem. Jeślibym na szczęśliwy skutek mych starań mógł liczyć, już dawno o rękę Spiny bym cię prosił. Szczęście jest mi dzisiaj tem droższe, im się mniej go spodziewałem. Jeśli jednak w duszy masz co innego, niż to w słowach 93 okazujesz, proszę, nie oszukuj mnie nadzieją kłamliwą, pozwól mi wrócić do więzienia i rób ze mną później, co chcesz. Tak miłuję Spinę, że przez miłość dla niej i ciebie miłować będę, a choćbyś mi największe katusze zadał, zawsze cię będę miał w zachowaniu i czci.
Currado, usłyszawszy te słowa, zadziwił się wielce; poznał godność i wielkoduszność Giusfredi i przekonał się o jego gorącej miłości dla Spiny, tem bardziej więc go sobie upodobał. Currado wstał, schwycił go w objęcia, ucałował i nie mieszkając rozkazał przywołać Spinę. I ona w więzieniu wielce się zmieniła: wychudła, pobladła i opadła z sił tak, iż równie jak i Gionnotto innym człowiekiem być się zdawała. W przytomności Currada, z nieprzymuszonej woli zaręczyli się z sobą, wedle miejscowego obyczaju. Potem w ciągu kilku dni, gdy jeszcze nikt o niczem nie wiedział, Currado rozkazał posyłać oblubieńcom wszystko, czegoby zażądali. Gdy zaś mu się zdało, że nade&zła pora, aby i matkom pociechę sprawić, przyzwał do się żonę i Cavriuolę i z takiemi słowy do nich się obrócił:
— Cobyście rzekli, madonno, gdybym wam powrócił starszego syna waszego, już jako męża jednej z moich córek?
Na to Cavriuola odparła: — Mogłabym wam tylko rzec, że wdzięcznabym wam była przez całe życie. Powrócilibyście mi to, co mi jest droższe nad życie, i wezystkie moje zgasłe nadzieje nanowo ożywili. Tu umilkła i zapłakała. Wówczas Currado do swojej żony się obrócił:
— Cóżbyś rzekła, gdybym takim zięciem cię obdarzył?
— Nie tylko człek znaczny — odparła markiza — ale i najniższej kondycji miłym mi będzie, jeżeli tylko tobie do serca przypadnie.
— Tedy — rzekł Currado — wkrótce wam wielką radość sprawię.
Ujrzawszy, że młodzi przybrali się już w wspaniałe szaty, Currado zapytał Giusfredi:
— Nieprawdaż, że do zupełnej szczęśliwości tylko ci matki twojej brakuje?
— Niestety — odparł Giusfredi — nie wierzę, żeby srogiego losu dopusty do grobu wtrącić jej nie miały. Gdyby jednak przy życiu się znajdowała, byłbym nad wyraz szczęśliwy. Dzięki jej radom, odzyskałbym, jaką sądzę, moją majętność na Sycylji. Wówczas Currando obie białogłowy przywołał. Nie mało uradowały się na widok oblubienicy i nie mogły pojąć, jaki to dobry duch Currada do takiej łaskawości przywiódł, że zezwolił on na stadło córki z Giannottem.
Tymczasem Beritola, mając w pamięci słowa Currada, jęła się baczniej młodzieńcowi przyglądać. Jakaś tajemnicza siła ożywiła w jej pamięci dziecinne rysy jej syna. Nie czekając na inne dowody, rzuciła się w ramiona Giusfredi. Zbytek radości i czułości matczynej jednego słowa przemówić jej nie dozwolił; tak ją przy tem siły opuściły, że prawie jak martwa w ramionach syna leżała. Chociaż Giusfredi był całkiem osłupiały, przecie przypomniał sobie, że nieraiz tę białogłowę w zamku widywał, nie poznając jej wcale. Teraz wyrzucał sobie to zaniedbanie, całując gorąco jej ręce.
Gdy już Beritola, dzięki staraniom markizy i Spiny, które wodą jej twarz orzeźwiły, innych nie szczędząc zabiegów, do utraconych zmysłów przyszła, znowu schwyciła syna w ramiona, płacząc z radości i pieszczone słowa szepcąc. Pełna macierzyńskiej czułości, całowała go bez końca, a on pieszczotom tym się poddając, patrzył na nią uszczęśliwiony. Wszyscy przytomni widząc to, wielką radość odnieśli.
Gdy syn i matka już sobie o swoich przypadkach opowiedzieli, Currado oznajmił przyjaciołom o małżeństwie swojej córki i rozkazał przygotować wszystko do świetnej uczty.
— Currado — rzekł doń Giusfredi — wiele radości mi przysporzyliście i przez długi czas matkę moją mieliście w czci należnej; proszę was teraz, abyście zechcieli uczynić wszystko, co w waszej mocy leży. Uradujcie matkę moją i uświetnijcie uroczystość weselną przytomnością brata mego, którego jako sługę niejaki Guasparrin d‘Oria w domu swoim trzyma. Ów, jak wam już namieniałem, mnie i jego do posług przeznaczył. Krom tego poślijcie kogoś na Sycylję, aby zasięgnął języka o moim rodzicu Arrighetto: żyw on li, ozy też martwy, a jeśli żyw, to w jakim znajduje się stanie?
Ta prośba Giusfredi wielce do serca Curradowi przypadła; nie mieszkając wyprawił kilku rozumnych ludzi do Genui i na Sycylję. Ten, co do Genui się udał, odnalazłszy Guasparrina, jął go prosić w imieniu Currada, aby mu wydał Scacciata i jego mamkę. Opowiedział mu zarazem szozegółowie o wszyet-kiem, co Currado w stosunku do Giusfredi i jego matki uczynił. Messer Guasparrino to usłyszawszy, wielce się zadziwił i rzekł:
— Dla Currada gotów jestem uczynić wszystko, co mogę. W samej rzeczy w domu moun już od czternastu lat żyje chłopiec, o którym mówicie, a takoż jego mamka. Ochotnie odeślę ich Curradowi. Powiedzcie jednak sweanu panu, żeby miał się na baczności i nie dawał wiary baśniom Giannotta, który twierdzi, że się zwie Giusfredi. Jest to bowiem większy frant, niżby ktokolwiek myślał. 95
To rzekłszy, godnie przyjął wysłańca, a potem kazał przyzwać tajnie manikę i o wszystko ją się wypytał. Mamka usłyszawszy, że na Sycylji wybuchło powstanie i że Arrighetto żyje, pozbyła się wszelkiej trwogi i opowiedziała mu po kolei wszystko, wyjaśniając zarazem przyczyny, dla których w ten, a nie w inny sposób sobie poczynała.
Messer Guasparrino, poznawszy, że słowa mamki zgadzają się całkiem ze słowami wysłańca, począł niejaką wiarę do wszystkiego tego przykładać, je-dnakoż, jako człek wielce chytry wypytał jeszcze o rozliczne szczegóły. Wszystko wszakże prawdę tej historji potwierdziło. Wówczas, zawstydziwszy się swego złego obchodzenia się z chłopcem, w nagrodę dał mu za żonę jedną z pięknych córek swoich i obdarzył ją znacznem wianem, wiedział bowiem kim jest Arrighetto. Dzieweczce dopiero jedenasty rok życia minął. Po świetnej uroczystości, w której udział wzięli narzeczeni, mamka i wysłaniec Currada, wsiedli wszyscy na niewielką lecz zbrojną galerę i popłynęli do Lerica, gdzie ich Currado przyjął. Później udali się do zamku, gdzie wspaniała uczta już na nich czekała. Nie można głowami wyrazić, jaka była radość matki, oglądającej swego syna, szczęście obu braci i mamki, ich — wesele na widok Gua&parrina i jego córki, a takoż uciecha Guasparrina z ich przytomności, oraz powszednia szczęśliwość wszystkich pospołu z Curradam, jego żoną, synami i przyjaciółmi.
Dla dopełnienia tej radości podobało się jeszcze Bogu, hojnemu i szczodremu dawcy, przesłać im radosne wieści o pomyślnym stanie Arrighetta Capace. W czasie uczty, gdy zaproszeni goście dopiero pierwszą potrawę spożywali, zjawił się poseł, przybywający z Sycylji i oznajmił, że Arrighetto do więzienia przez króla Karola wtrącony, uwolniony został przez lud, który, po wybuchu powstania na wyspie, rzucił się na więzienia, wyciął w pień straż i obwołał Arrighetta, jako głównego wroga króla Karola, swoim wodzem. Pod jego rozkazami zwyciężono i przegnano Francuzów. Za ten czyn król Piotr do największej swej łaski Arrighetta przypuścił, powracając imiu wszystkie utracone dobra, tak iż stał się on najznakomitszym w państwie dostojnikiem. Posłaniec dodał, że Arrighetto przyjął go godnie i że wielce się uradował z wieści o żonie i synach, o których nie wiedział nic od czasu swego uwięzienia; wysłał takoż w ślad za nim fregatę z gronem dworzan, którzy wkrótce tu przybędą. Słów wysłańca z wielką radością wysłuchano. Potem Currado w otoczeniu swych ludzi ruszył na spotkanie dworzan, posłanych po Beritolę i Giusfredi, i przywiódł ich na ucztę, której jeszcze do końca daleko było. Beritola, Giusfredi i wszyscy pozostali przyjęli ich z taką radością, o jakiej dotychczas na świecie nie słyszano. 96
Dworzanie, zanim za stołem zasiedli, pokłonili się Curradowi i w najgorętszych sławach, w imieniu Arrighetta, za pomoc okazaną Beritoli i jej synowi dank mu złożyli, wraz z zapewnieniem wszelkich służb swego pana. Później obróciwszy się do Guasparrina (dla którego było to niespodzianą łaskawością), rzekli, iż są upewnieni, że skoiro Arrighetto uzna o dobrodziejstwie, okazanem Scacciatowi, to odpowie mu równem, albo i większem jeszcze dobrodziejstwem. Potem jęli wesoło ucztować, wznosząc okrzyki na cześć nowopoślubionych. Currado jeszcze przeiz wiele dni zięcia swego, krewniaków i przyjaciół gościł. Wreszcie Beritola i Giusfredi postanowili odjechać. Żegnani łzami Currada i jego małżonki, wsiedli na fregatę, pospołu ze Spiną. Mając wiatr pomyślny, wkrótce do brzegów Sycylji przybyli, gdzie Arrighetto z taką świetnością ich powitał, że tego wysłowić nie Iza. Jak powiadają, długo jeszcze żyli szczęśliwie, nie zapominając o Bogu, który im tyle dobrodziejstw wyświadczył.
OPOWIEŚĆ VII
Alatiel, narzeczona króla Algartii
Babiloński sułtan oddaje w zamężcie córkę swoją królowi Algaruii. Wskutek różnych przypadków, w ciągu czterech lat przechodzi ona przez ręce dziewięciu mężczyzn. W końcu zwrócona ojcu jako dziewica, znowu posłana zostaje królowi Algervii, aby się stać jego żoną
Gdyby opowieść Emilji była się jeszcze nieco przeciągnęła, litość, jaką młode damy dla nieszczęść Beritoli odczuwały, ani chybi, zapłakaćby im kazała. Gdy jednak opowieść do kresu dowiedziona została, królowa wyraziła życzenie, aby Pamfilo dalej opowiadał. Pamfilo, posłusznie, zaczął w te słowa:
— Trudno odgadnąć, miłe damy, co nam pożytek przynosi. Wielu mniema, że wzbogaciwszy się, mogliby żyć bez trosk i w szczęśliwości, dlatego też proszą o to nietylko Boga w modlitwach, ale i uporczywie, trudów i wysiłków nie szczędząc, bogactwo to zdobyć się starają. Gdy jednak już cel swój osięgną, zaraz znajdują się ludzie, co z żądzy na wielkie dziedzictwo, życia ich pozbawiają, chocia pierwej ich i miłowali. Inni z podłego stanu idąc, przez tysiąc niebezpieczeństw, krew braci i przyjaciół, na stopnie tronu się wznoszą, mniemając, że tam największa szczęśliwość stanie się ich udziałem. Jednakoż, gdy czas pewien upłynie, spostrzegają, że życie możnych tego świata pełne jest niezliczonych trosk i trudów. Nieraz słyszą, a także dowodnie na sobie się upewniają, że z królewskiego puharu truciznę wypić można. Siła było na świe-cie tych, co gorąco pragnęli siły i piękności ciała swego, albo marzyli o zwierzchnich życia ozdobach, a upewnili się, że ich pragnienia złe były, dopiero wów 99 czas, gdy stały się one przyczyną ich zguby lub mizeryj wszelakich. Nie będę tu mówił szczegółowie o wszystkich ludzkich dążeniach, twierdzę jeno i za pewne to trzymam, że niemasz ani jednego, o któremby powiedzieć można, że jest ono bezpieczne od losów niestatku i że śmiertelni je wybrać powinni. Jeżeli chcemy sprawiedliwie postępować, musimy pokornie przyjmować wszystko, co Bóg nam zsyła. Bóg jeden wie dobrze, czego nam trza i co nam posłać należy. Gdy mężczyźni grzeszą pragnieniem owładnięcia wielu rzeczami, wy, białogłowy grzeszycie przedewszystkiem żądzą piękności. Nie wystarcza wam uroda, której natura wam udzieliła. Pragniecie ją jeszcze osobnemi kunszty podnosić.
Dlatego też chcę wam opowiedzieć o pewnej Saracence, która, na swe nieszczęście, wielką pięknością celowała. Dzięki tej urodzie przez cztery lata dziewięć razy wesele odprawiać musiała.
W dawnych czasach sułtanem Babilonu był Beminedab, któremu jaknaj-lepiej wszystko się wiodło. Miał on wiele dzieci, a pomiędzy niemi jedną córkę, zwaną Alatiel. Piękność jej, wedle słów każdego, co ją widział, zaćmiewała uro’dę wszystkich białogłów, żyjących na świecie. W wojnie, jaką sułtan toczył z Arabami, którzy napadali na niego, wielką pomoc okazał mu król Algarvii. Gdy ów, w nagrodę za usługi swoje, poprosił, aby sułtan dał mu Alatiel za żonę, Beminedab nie mógł mu tego odmówić. Wyprawił Alatiel do króla z odpowiednią świtą, z dam i mężów złożoną, z mnóstwem drogocennych sprzętów, na dobrze zbrojnym i we wszystko opatrzonym okręcie. Wprzód opiece boskiej ją polecił. Marynarze, widząc, że pogoda sprzyja, rozpięli żagle, opuścili port w Aleksandrji i przez kilka dni szczęśliwie płynęli. Minęli już Sardynję i sądzili się być bliskimi celu swej podróży, gdy nagle podniosły się gwałtowne i przeciwne wiatry, które okrętem księżniczki tak miotać jęły, że wszyscy nadzieję ratunku stracili. Mimo to majtkowie, jako ludzie dzielni, walczyli bez przerwy z burzliwemi żywioły. Dwie doby wichry szalały, na trzecią noc rozpętała się okrutna burza. Załoga okrętu nie wiedziała, gdzie się teraz znajduje i nie mogła tego okryślić ani przyrządami morskimi ani wzrokiem. Niebo pokryło się czamemi chmurami, niby mrokiem północnym. W pobliżu Majorki postrzegli, że okręt wody nabiera. Nie widząc już żadnego ratunku, każdy myślał tylko o sobie. Spuszczono na wodę łódź, mniemając, że większe ona bezpieczeństwo przedstawia, niźli dziurawy okręt. Do łódki wsiedli dowódcy załogi. Ich śladem rzucili się hurmem i inni, a chocia ci, co przedtem miejsca zajęli, starali się ich odegnać nożami, przecież nikt na to nie 100 zważał. Łódź, nie mogąc wytrzymać ciężaru tylu ludzi, poszła z wszystkimi na dno. Tymczasem okrętem dalej wichry miotały, choć był on ze wszech stron dziurawy i wody pełen. Na pokładzie znajdowała się tylko Alatiel z sługami swemi. Leżały one jak martwe, przejęte trwogą i od zmysłów odchodzące. Okręt rzucony został wreszcie przez bałwany na mieliznę, przy brzegach Majorki. Zarył się w piasek z wściekłą siłą, na rzut kamieniem od brzegu. Bałwany biły oń przez noc całą, jednakoż z miejsca go już ruszyć nie mogły. Gdy dzień jasny nastał i burza ucichła, ledwie żywa Alatiel podniosła głowę i jęła słabym głosem sługi swoje przyzywać. Napróżno jednak wołała, bowdem zbyt daleko były. Nie otrzymując żadnego responsu i nikogo nie widząc, z początku zadziwiła się, a potem okrutnie zestrachała. Dźwignęła się ostatkiem sił i ujrzała, że wszystkie jej towarzyszki nieruchomie na pokładzie leżą. To jedną to drugą wstrząsała, aliści niewiele z nich się ocknęło; pozostałe umarły ze strachu lub też z okrutnych bólów żołądka. To jeszcze bardziej Alatiel zatrwożyło. Czując potrzebę rady, bowiem nie wiedziała całkiem gdzie się znajduje, jęła tak szarpać i wstrząsać pozostałe przy życiu służki swoje, że te wreszcie podniosły się na nogi. Alatiel usłyszała, że i one nie wiedzą, co aię z mężczyznami stało i ujrzawszy, że okręt, pełen wody, wrył się w ławicę piasku, gorzko płakać jęła. Była już dziewiąta godzina rano, jednakoż na brzegu nie pokazywał się nikt, w kim litość wzbudzićby mogły.
Około godziny dziesiątej przejeżdżał tamtędy trafunkiem, wracając z swojej majętności, pewien młody szlachcic, Pericon da Visalgo, w otoczeniu konnych sług swoich. Ów, ujrzawszy okręt, zaraz domyślił się, w czem rzecz i kazał jednemu ze sług dostać się nań, a potem donieść, co się tam dzieje. Sługa z trudem przebrał się na okręt i znalazł na niem urodziwą dzieweczkę, stojącą bojaźliwie wraz z towarzyszkami u dzioba statku. Zaledwie wszedł na pokład, zaczęły go ze łzami o litość błagać, postrzegłszy jednak, że mowy ich nie pojmuje, 6tarały się znakami wytłumaczyć mu nieszczęsne położenie swoje. Sługa, rozejrzawszy się dobrze we wszystkiem, wrócił do Pericona z doniesieniem, co widział. Pericon rozkazał natychmiast sprowadzić na ląd niewiasty, wraz ze wszystkiem, co im jeszcze z drogocenniejszych rzeczy pozostało, i zabrał je z sobą do zamku. Tutaj białogłowy skrzepiły nieco swoje siły wczaeem i jadłem. Periconc poznał z wspaniałych szat Alatiel i z objawów czci, z jaką się inne do niej zwracały, że musi to być dzieweczka znacznego rodu. Chocia Alatiel była blada i wynędzniała, przecie rysy jej oblicza nawszem piękne mu się wrydały. Postanowił tedy, że ją w stadło pojmie, jeżeli jeszcze męża niema. 101 jeśli zasię ożenić się z nią nie będzie mógł, to ją swoją miłośnicą uczyni. Pericone był człowiekiem wielkiej postury i szorstkiego obyczaju. Po kilku dniach, w ciągu których ugaszczał troskliwie Alatiel, odzyskała ona całą świeżość swoją, tak, iż nad podziw piękną mu się zdała. Pericone rozpaczał jeno, że się porozumieć z nią nie może, aby uznać, kim ona jest. Trawiony żądzą, spojrzeniami, znakami i osobliwą grzecznością starał się ją przywieść do tego, aby była powolna jego zachceniom. Ale wszystko napróżno. Alatiel nieprzystępna po dawnemu była, przez co chucie Pericona jeszcze bardziej rozgorzały. Alatiel spostrzegła to. Po kilku dniach pobytu na zamku domyśliła się już, że znajduje się między chrześcijanami, sądziła zatem, że nie-bezpiecznieby było odkryć godność swoją. Wkrótce przekonała się, że prędzej, czy później będzie musiała ulec woli Pericona, który siłą albo miłością swego wreszcie dopnie. W wielkoduszności serca postanowiła walczyć przeciwko złym losom swoim. Towarzyszkom swoim, z których tylko trzy przy życiu pozostały, przykazała, aby nikomu nigdy nie wyjawiały kim jest chyba, żeby znalazł się ktoś, od kogo nieoczekiwana pomoc przyjśćby mogła. Zaklęła ich, aby strzegły swego dziewictwa, przydając, że z jej wdzięków cieszyć eię będzie jeno jej prawy małżonek. Towarzyszki pochwaliły jej cnotliwy zamiar i obiecały, że ze wszysitkich sił starać się będą o wypełnienie jej rozkazów.
Pericone tem większą chucią gorzał, im bliżej widział przedmiot swoich pragnień, których nasycić nie mógł. Widząc, że zachody ani prośby nic nie wskórają, postanowił użyć chytrego podstępu, a gwałt naostatek zachować.
Nieraz już spostrzegł, że Alatiel szczególny smak znajdowała w winie, którego przedtem nigdy nie piła, bowiem religja tego jej zabraniała. Pericone postanowił użyć wina, najlepszego pomocnika bogini Wenus, aby owładnąć wdziękami Alatiel. Udawszy, że nie wiele sobie czyni z jej odmów, wydał z jakiejś okazji pewnego wieczora wspaniałą ucztę, w której Alatiel także udział wzięła. Uczta była wesoła i gwarna. Pericone przykazał temu, kto Alatiel usługiwał, aby podawał jej tylko napój, utworzony z wielu gatunków wina. Sługa wywiązał «ę z swego zadania naschwał.
Alatiel, nic nie podejrzewając, zasmakowała w tym przyjemnym trunku i wypiła więcej, niż zwyczajnie.
Zapomniawszy o poprzedniej swojej ostrożności, stała się wesołą, a widząc, że niektóre dziewczęta tańczą taniec z Majorki, sama według aleksandryjskiego obyczaju pląsać zaczęła. Pericone, ujrzawszy to, nie wątpił już, że dochodzi do celu pragnień swoich. Przeciągając ucztę do późna w noc, kazał podawać wciąż 102 nowe potrawy i napoje. Nakoniec, skoro biesiadnicy się oddalili, odprowadził Alatiel do komnaty. Dzieweczka, bardziej rozgrzana, niźli przystojnością na wodzy trzymana, zrzuciła bez żadnego wstydu w jego przytomności szatki, tak jakby Pericone był jedną z jej służek i położyła się do łoża. Pericone, nie mieszkając, poszedł w jej ślady. Zgasiwszy światło, legł obok niej, obłapił ją ciasno i nie napotykając żadnego oporu jął z nią igrać miłośnie. Alatiel, poznawszy jakim to rogiem mężczyźni bodą (o czem przedtem, jako żywo, nie wiedziała) nie mogła odżałować, że już dawniej na prośby Pericona nie przystała. Nie czekając aż ją na miłą ucztę zaproszą, sama się zaprosiła nie słowami coprawda lecz znakami i gestami. Cdy Pericone i Alatiel w takich rozkoszach smakowali, fortuna nie będąc ukontentowana z tego, że z żony króla nałożnicę wasala uczyniła, sposobiła jej inny związek.
Pericone miał brata, dwudziestopięcioletniego młodzieńca, pięknego i świeżego, jak róża. Zwał się on Morato. Alatiel niezwykle mu do gustu przypadła. Zdało mu się z jej znaków, że i ona również upodobanie do niego żywi. Myśląc, że od zaspokojenia jego chuci nic nie wstrzymuje Alatiel, krom czujności, jaką ją otaczał Pericone, uknuł występny plan, który zaraz do zbrodniczego przywiódł skutku.
W porcie miasta stał podówczas okręt, napełniony towarami, które miał zabrać do Chiarenza w Romanji. Właścicielami jego byli dwaj Genueńczycy. Żagle już podniesiono, oczekując pomyślnego wiatru. Morato ułożył się z Genueńczykami o zabranie go następnej nocy na pokład, wraz z damą, którą z sobą przywiedzie.
Wszystko to uładziwszy, udał się, gdy noc zapadła, do domu Pericone, który niczego nie podejrzewał. Wszedł niepostrzeżenie do komnat, pospołu z towarzyszami, którzy mieli mu pomóc w tem przedsięwzięciu, i ukrył się, zgodnie ze swym pierwotnym zamysłem. Gdy już większa część nocy minęła, objaśnił swoim wspołecznikom, gdzie Pericone zwykle z swoją miłośnicą sypia. Zbiry, otworzywszy komnatę, zabili Pericone, we śnie spoczywającego, i pochwycili płaczącą białogłowę, grożąc jej śmiercią, gdyby tumult podniosła. Później zabrali najcenniejsze rzeczy, które pod ręką znaleźli, chyłkiem wypadli z domu i na morski brzeg się przebrali. Morato, nie mieszkając, wszedł z Alatiel na pokład, towarzysze jego zasię do miasta powrócili. Marynarze, mając wiatr pomyślny, wypłynęli na pełne morze. Alatiel żaliła się równie gorzko na wtóre swoje nieszczęście, jak ongiś na pierwsze, aliści Morato tym wisiorkiem, co mu go Bóg dał, jął ją pocieszać tak żarliwie, że wkrótce o Pericone zapomniała i do 103 nowego miłośnika przywykła. Już miała się za zupełnie szczęśliwą, gdy los, uważając widać, że przeszłych doświadczeń było mało, nowe nieszczęście jej zgotował. Nieraz już mówiliśmy, że Alatiel była nad podziw piękną białogłową, a do tego wielce w obejściu miłą i dworną. Dwaj młodzi Genueńczycy tak się w niej rozmiłowali, że o wszystkiem zapominając, na usługach i zalotach cały czas spędzali. Strzegli się jedynie, aby tych przymileń Morato nie spostrzegł. Powiadomili się nawzajem o swoich upałach miłosnych i, naradziwszy się do syta, postanowili, że razem przedmiotem miłości cieszyć się będą, tak jak gdyby miłość dzielona być mogła, na podobieństwo łupu lub towaru. Ujrzeli jednakoż, że Morato czujnie Alatiel strzeże, przeszkadzając ich zamysłom. Pewnego dnia, gdy okręt mknął chyżo pod pełnemi żaglami, Morato stał na rufie i patrzył na morze, nic nie podejrzewając. Genueńczycy podkradli się do niego i schwyciwszy go silnie z tyłu, wrzucili do morza. Gdy okręt już się na milę oddalił, spostrzeżono, że Morato wpadł do morza. Alatiel, usłyszawszy o tem i ujrzawszy, że wszelki ratunek byłby daremny, jęła od nowa utyskiwać i żale swoje rozwodzić. Dwaj Genueńczycy pocieszali ją jak mogli miłemi słówkami i obietnicami, chocia Alatiel i niewiele z tego wszystkiego pojmowała. Księżniczka opłakiwała nie tyle stratę Morato, ile nad swoją okrutną dolą rozpaczała. Po długich przełożeniach a prośbach zdało się im, że ją wreszcie pocieszyli. Udali się zatem na stronę, aby naradzić się, kto z nich ma ją pierwszy posiadać. Każdy chciał zaraz tych słodyczy zaznać, tak iż mowy o zgodzie być nie mogło. Od grubych słów i wymysłów przyszło do bójki. Schwycili za noże i mnóstwo ciosów sobie zadali (ci, co na okręcie się znajdowali, rozdzielić ich nie mogli). Jeden z walczących padł wkrótce martwy, drugi ranami pokryty przy życiu pozostał. Alatiel wielce się tem zasmuciła. Czuła się samotna, pozbawiona pomocy i rady, a do tego obawiała się, aby się na nią nie obrócił gniew krewniaków i przyjaciół obu Genueńczyków.
Aliści prośby rannego, jak i szybkie przybycie okrętu do Chiarenza wybawiły ją z śmiertelnych niebezpieczeństw. Wyszła na ląd pospołu z rannym i zamieszkała z nim w jednej gospodzie. Wkrótce wieść o piękności Alatiel rozeszła się po całem mieście. Słuchy o niej doszły do księcia Morei, który podówczas w Chiarenza bawił. Książę zapragnął ją widzieć. Alatiel zdała mu się piękniejsza nad wszelkie opowiadania. Rozkochał się w niej odrazu tak gwałtownie, że o niczem innem myśleć nie mógł. Usłyszawszy zasię jakim sposobem tu przybyła, powziął nadzieję pozyskania jej łask. Gdy nad stosownemi środkami rozmyślał, krewniacy rannego, o pragnieniach księcia uwiadomieni, po siali mu Alatiel. To napełniło wielką radością księcia, a takoż i Alatiel, która mniemała, że już jest bezpieczna od wszelkich niebezpieczeństw. Chocia książę nie wiedział, kto ona zacz, przecie obyczaje jej szlachetne, a także niepoepolita piękność wnosić mu kazały, że ze znamienitego rodu pochodzić musi. Cześć należną jej okazując, obchodził się z nią jak z małżonką, nie jak z nałożnicą. Alatiel, zapomniawszy o wszystkiem co było, powróciła do przyrodzonej sobie wesołości, a wdzięki jej tak odkwitły, że w całej Romanji mówiono jeno o jej piękności. Dlatego też młody, urodziwy i dzielny książę Ateński, przyjaciel i krewniak księcia Morei, wyraził życzenie obaczenia Alatiel. Pod pokrywką, że chce odwiedzić księcia, jak to nieraz czynić miał w obyczaju, z świetnym pocztem do Chiarenzy zawitał, gdzie godnie i uroczyście go przyjęto. Po kilku dniach rozmawiać poczęli o piękności Alatiel. Książę spytał, zali naprawdę jest tak urodziwa, jak o tem powszechna fama głosi.
— Jeszcze urodziwsiza — odparł książę Morei — i pragnę, abyś na własne oczy o tem się przekonał.
Książę Ateński ochotnie przystał na to i obaj książęta udali się do komnat Alatiel. Ta, uprzedzona o ich odwiedzinach, przyjęła gości uprzejmie, z weeo-łem obliczem. Posadzili ją między sobą, ale nie mogli zażyć przyjemności z rozmowy z nią, bowiem niewiele, a raczej nic wcale z mowy ich nie pojmowała. Dlatego też każdy spoglądał na nią jak na dziw albo i cud jakowyś, osobliwie zaś książę Ateński, ledwo zdolny pojąć, że jest ona istotą śmiertelną. Książę nie spostrzegł, że gdy patrzył na nią, oczy jego upiły się jadem namiętności. Myślał, że zachwycając się nią — sobie ukontentowanie sprawia, tymczasem zaplątał się w sidła i najżywszą miłością do Alatiel rozgorzał. Opuściwszy, zasię, pospołu z księciem Alatiel i znalazłszy stosowną do rozmyślań chwilę, do tej myśli przyszedł, że książę jest najszczęśliwszym na ziemi człowiekiem, mogąc w takim skarbie smakować do upodobania. Tysiąc myśli w nim się ścierało, wreszcie gdy szał miłosny uczciwość przemógł, postanowił wydrzeć ten klejnot księciu Morei i sam nim owładnąć, choćby i do najgorszych rzeczy przytem przyjść miało. Pobudzany pragnieniem, nie dbając na głos rozsądku i sprawiedliwości, zamysł swój na zdradzie i podstępie osnuł. Pewnego dnia, skumawszy się z zaufanym sługą księcia Morei, zwanym Ciuriaci, kazał cichaczem przygotować do podróży swoje konie oraz wszystko, co mu w drodze przydatne być mogło. Gdy noc nastała, książę Ateński wraz z swym towarzyszem weszli cichaczem do komnaty księcia, dokąd ich wpuścił ów rzeczony Ciuriaci.
Napastnicy ujrzeli, że książę stoi całkiem nagi przy oknie, obrócony twarzą ku morzu i ochładza się letkim wietrzykiem. Alatiel spała mocnym snem. Towarzysz księcia Ateńskiego, uwiadomiony wcześniej, co mu czynić należy, podkradł się do okna na palcach i uderzył księcia tak silnie nożem między żebra, iż ostrze na wylot przeszło. Potem pochwyciwszy ciało, wyrzucił je przez okno. Zamek księcia stał wysoko nad powierzchnią morza; z okna jego widać było tylko kilka lepianek, zburzonych w części przypływem fał; nikt tu prawie nigdy nie zachodził, dlatego też, jak to przypuszczał książę Ateński, nikt nie mógł zauważyć upadku ciała. Towarzysz księcia, obaczywszy, że zadanie uskutecznione zostało, schwycił coprędzej za sznur, przygotowany uprzednio, i pod pozorem żartu zarzucił stryczek na szyję Ciuriaci. Później zacisnął węzeł tak silnie, że sługa nawet zipnąć nie zdołał. Ateńczyk pośpieszył na pomoc swemu towarzyszowi. Dodusiwiszy Ciuriaci, ciało jego takoż do morza wrzucili.
Spełniwszy to i upewniwszy się, że ani dama ani nikt inny nic nie zauważył, książę Ateński ze świecą w ręku podszedł do łożnicy i odkrył całkiem wciąż jeszcze śpiącą Alatiel. Obejrzawszy ją szczegółowie, słów zachwytu i podziwu nie znajdował. Jeśli podobała mu się w ubraniu, to naga nad wszelki wyraz go zachwyciła. Na ten widok nowemi żądzami zapalony i nie powstrzymywany wspomnieniem dokonanej pTzed chwilą zbrodni, ze skrwawionemi rękami legł obok niej. Półsenna Alatiel, myśląc, że to książę Morei, pieszczot mu swoich nie szczędziła.
Siła rozkoszy zażywszy, powstał i przywoławszy kilku z swoich ludzi, kazał porwać Alatiel tak, aby najmniejszego tumultu słychać nie było i — wyprowadzić ją tajnemi drzwiami, przez które wszedł do zamku. Wsadzili Alatiel na konia i popędzili drogą do Aten. Ponieważ jednak książę był żonaty, więc nie wprowadził okrutnie zasmuconej Alatiel do miasta, jeno umieścił ją w jednej z swoich nadmorskich posiadłości, w pobliżu Aten leżącej. Trzymał ją tam w tajności, przykazawszy, aby na niczem jej nie zbywało. Następnego dnia dworzanie księcia Morei aż do dziewiątej czekali na jego obudzenie się, jednakoż najmniejszego szmeru nie słysząc, pchnęli drzwi komnaty, które jeno przymknięte były i do środka weszli. Nie znalazłszy nikogo, pomyśleli, że książę wyruszył gdzieś w tajemnicy wraz z swą damą, aby dni kilka na swobodzie i w radości spędzić; uspokoili się przeto i już się nie turbo wali. Następnego dnia jednak zdarzyło się, że pewien człek na umyśle pomieszany, wszedł między rudery, gdzie leżały ciała księcia Morei i Ciuriaci, wyciągnął zwłoki sługi i jął je wlec za sobą. Z wielkiem zdziwieniem rozpoznano 106 ciało, a wówczas wiele osób kazało głuptakowi zaprowadzić się w to miejsce, skąd zwłoki wydobył. Tam, ku boleści całego miasta, także i trupa księcia znaleziono. Pochowali go z należnemi honorami i jęli szukać winowajców zbrodniczego czynu. Spostrzegłszy nieobecność księcia Ateńskiego, który w wielkiej tajności z miasta wyjechał, domyślili się, że on to zbrodnię tę popełnił i damę uprowadził. Wkrótce obwołali księciem brata zabitego i wezwali go do pomsty. Ten, ugruntowawszy się w swoich podejrzeniach, dzięki różnych innym jeszcze dowodom, co do winy Ateńskiego księcia, wezwał swoich krewniaków, przyjaciół i poddanych, zgromadził silną armję i do wojny z Ateńczykiem jął 6ię gotować. Usłyszawszy o tem, książę Ateński zebrał wszystkie siły swoje, aby wrogom dać odpór stosowny. Wiele znacznych władców przybyło na pomoc k‘nie-mu. Cesarz Konstantynopola posłał mu swego syna, Konstantyna, oraz siostrzeńca Emanuela ze znacznem wojskiem. Z należną czcią przyjął ich książę i księżna, która siostrą Konstantyna była.
Gdy tak wszyscy z dnia na dzień najścia nieprzyjaciół się spodziewali, księżna, stosowną chwilę ułowiwszy, przywołała obu braci i ze łzami w oczach wyjaśniła im przyczynę wojny i całą historję opowiedziała, przedstawiając zniewagę, jaką jej małżonek wyrządza, przez związek miłosny z cudzoziemką, 0 czem jakoby nikt nie wie. Żaląc się na to, prosiła ich, aby cześć księcia i jej pocieszenie na pieczy mieli. Młodzieńcy wiedzieli już o wszystkich tych zdarzeniach, dlatego też nie każąc się prosić, pocieszyli, jak mogli, księżnę, napełnili jej serce nadzieją i odjechali, dowiedziawszy się wprzód, gdzie Alatiel się znajduje.
Nieraz już dochodziły ich słuchy o zadziwiającej piękności Saracenki, zapragnęli tedy ją zobaczyć i poprosili księcia, aby im ją ukazał. Ów zapomniaw-sjy, czem książę Morei za spełnienie podobnej prośby zapłacił, obiecał, że to uczyni. W samej rzeczy wydał wspaniałą ucztę w pięknym ogrodzie, znajdującym się koło domu, w którym Alatiel przebywała, i obu młodzieńców na nią zaprosił. Konstantyn, siedząc za stołem obok Alatiel, utkwił w niej wzrok zachwycony i pomyślał, że podobnej piękności jeszcze nigdy na świecie nie widział. Jego zdaniem należało rozgrzeszyć księcia, jak i każdego, ktoby dla owładnięcia podobnym skarbem, zdradę albo i inny plugawy czyn popełnił. Brnąc coraz dalej, doświadczył tego, co i książę. Odjechał rozmiłowany w Alatiel 1 wszelką myśl o wojnie ostawiwszy, jął się głowić tylko nad tem, jakby ją odjąć księciu; miał się jednak na baczności i niczem swojej namiętności nie zdradzał. Gdy tak chuciami gorzał, nadeszła pora wyruszenia w pole przeciw 107 ko wojskom nieprzyjacielskim, które już do dzierżaw księcia się zbliżały. Konstantyn i pozostali, zgodnie z rozkazem, opuścili Ateny, aby umocnić granice i nie dopuścić, by wraża armja w nie wtargnąć miała.
Stojąc przez kilka dni na granicy, Konstantyn ami przez chwilę o damie swej myśleć nie przestał. W przekonaniu, że teraz gdy książę od niej się oddalił, łatwiej mu będzie zamiary swoje do skutku przywieść, postanowił do Aten powrócić pod pokrywką, że niedomaga na zdrowiu. Poruczywszy, za zgodą księcia, władzę nad wojskiem Emanuelowi, powrócił do Aten, do swej siostry. Po kilku dniach wszczął rozmowę o zniewadze, jaką jej mąż uczynił i oznajmił, że jeśli tylko zechce, on nieszczęściom jej kres postawi, wykradając Alatiel i uprowadzając ją za granice państwa. Księżna, myśląc, że Konstantyn chce to uczynić przez miłość do niej a nie do Alatiel, odparła, że zgadza się na to ochotnie, pod tą jednak kondycją, aby książę nigdy o jej zgodzie nie uznał. Konstantyn przyrzekł jej to. Wówczas księżna rzekła, aby poczynał sobie tak jak uważa, że będzie najlepiej. Konstantyn kazał cichaczem przysposobić letką barkę i pewnego wieczoru podpłynął na niej pod zamek będący schronieniem Alatiel. Uświadomiwszy pozostałych na brzegu ludzi, co im działać należy, sam z kilku towarzyszami udał się do pałacu. Służba Alatiel, jako też i ona sarna uprzejmie go powitała. Alatiel z Konstantynem w otoczeniu sług wyszli do ogrodu. Tam chcąc jakoby pomówić z damą w imieniu księcia, odwiódł ją na stronę i zaprowadził do bramy, wychodzącej na morze. Jeden z jego towarzyszy jui ją był otworzył; na dany znak barka się przybliżyła.
Wówczas pochwycili Alatiel i do barki ją zanieśli. Konstantyn rzekł do sług:
— Niech nikt się nie waży ruszyć z miejsca lub parę z gęby puścić, jeśli wam życie miłe. Nie chcę porywać kochanki księciu, jeno uwolnić od hańby siostrę moją.
Nikt nie śmiał odpowiedzieć na to. Konstantyn z swymi towarzyszami wsiadł do barki i nie opuszczając ani na chwilę płaczącej Alatiel, kazał tęgo wiosłami robić. Barka zdawała się nie płynąć ale lecieć i następnego dnia o świcie przybyła do Eginy. Wyszedłszy na ląd, Konstantyn posiadł swą brankę, która piękność swoją gorzko opłakiwała. Później wsiedli z powrotem do barki i po upływie dni kilku przybyli do Chios. Obawiając się gniewu cesarza i utracenia Alatiel, Konstantyn tutaj, jako w miejscu bezpiecznem, zatrzymać się postanowił. Długo płakała Saracenka nad swą nieszczęsną dolą, aliści, gdy Konstantyn pocieszył ją niezawodnym sposobem, jęła znajdować upodobanie w tem, co los jej zesłał. Gdy rzeczy tym trybem szły, Eabech, podówczas królem Turków będący i w ciągłej wojnie pozostający z cysarzem, przyjechał trafun-kiem do Smyrny. Usłyszawszy, że Konstantyn wiedzie rozpustne życie z białogłową, przez się pochwyconą i że przebywa w Chios, uzbroił kilka galer i zawinął nocą do portu.
Wyszedłszy z wojskiem na brzeg, wielu nieprzyjaciół w pościeli zdybał, jeszcze nim się spostrzegli, że wróg wdarł się do miasta, ci zasię, co pobudzeni za broń schwycili, zaraz gardła dali. Osbech spalił miasto, naładował łupem okręty i z jeńcami do Smyrny powrócił.
Tam pośród niewolników spostrzegł urodziwą wielce białogłowę. Uznawszy, że ją to właśnie wzięto, gdy spała z Konstantynem w jednem łożu, wielce się uradował i bez zwłoki żoną ją swoją uczynił, ceremonję ślubu w łożnicy odprawiając. Później przez kilka miesięcy gorliwie jej wdzięków używał.
Nim te rzeczy się przytrafiły, cysarz sprzymierzył się z Bosanem, królem Kapadocji, który miał z częścią swych wojsk na Osbecha uderzyć, podczas gdy on sam, cysarz z drugiej strony na niego napadnie. Jednakoż zamysły te na ni-czem spełzły, dla niedogodnych warunków przymierza, jakie mu Baean stawiał. Gdy jednakże usłyszał, co się z jego synem stało, wpadł w taką turbację, że na wszystkie żądania króla Kapadocji przystał, prosząc go jeno, aby nieod-włocznie na Osbecha ruszył. Osbech, o niebezpieczeństwie uwiadomiony, ściągnął wszystkie swoje wojska tak, aby sprzymierzeńcy rozdzielić ich nie mogli i pospieszył na spotkanie króla Kapodocji. Alatiel ostała w Smyrnie pod opieką a poruczeńatwem wiernego sługi i przyjaciela. Osbech wnet zetknął aię i starł z Basanem, kładąc głowę w bitwie. Wojsko jego zwyciężone i rozproszone zostało.
Zwycięski Basan, żadnego oporu nie spotykając, wszedł do Smyrny. Wszyscy go z wielką pokorą przyjmowali. Sługa Osbecha, Antiochem zwany, chocia był człekiem szedziwym, przecie nie obronił się przed pięknością Alatiel. Rozmiłował się w niej, nie zdzierżywszy przysięgi na wierność swemu panu. Antioch znał język, jakim Alatiel mówiła. Wielce był rad z tego, a i ona niemniej, bowiem już od lat kilku akazana była na życie niemowy; ani ona nikogo nie pojmowała ani jej nikt nie rozumiał. Antioch, chuciami swemi pobudzany, jął poczynać sobie z Alatiel wielce poufale, a po kilku dniach, nie bacząc na swego 109 pana, który wojnę toczył, wstąpił z nią nietyłko w przyjacielskie ale i w miłosne związki. Sypiali pospołu pod jednem nakryciem i baraszkowali dowoli. Usłyszawszy, że Osbech porażony i zabit i że Basan następuje, wszystko w perzynę obracając, postanowili nie czekać na niego. Zabrali z sobą drogocenne rzeczy, które Osbech zostawił i umknęli chyłkiem na wyspę Rodos. Tam jednakoż nie długo żyli. Antioch zaniemógł i czuł się bliskim śmierci. W tym czasie przybył do Rodos pewien kupiec cypryjski, wielki przyjaciel Antiocha. Ten, widząc, że koniec jego już bliski, zapragnął pozostawić mu w dziedzictwie swoją majętność i umiłowaną białagłowę. Odchodząc ku wieczności, przywołał ich oboje i rzekł:
— Wiem, że nadchodzi moja ostatnia godzina. Ciężko mi umierać, bowiem nigdy mi życie milsze nie było, jak teraz. Umieram jednak pełen pociechy, chocia się bowiem z życiem rozstać muszę, konam na rękach tych ludzi, których najbardziej na świecie miłowałem, to jest, na rękach twoich, miły przyjacielu, i na rękach tej białogłowy, co mi bliższa była, niż życie własne. Ciężko mi myśleć, że ostanie ona tutaj na obczyźnie sama bez pomocy i rady, aliści wierzę, że opieką ją swoją otoczysz, dla tej miłości, jaką dla mnie żywiłeś. Dlatego też zaklinam cię, abyś, skoro mi już umrzeć sądzono, wszedł w posiadanie majętności moich i aby Alatiel przy tobie pozostała. Postępuj później tak, jak to będzie trza dla spokojności duszy mojej. Ciebie zaś, najmilsza Alatiel, proszę, abyś mnie nie zapomniała po śmierci. Niechże i tam będę się mógł pochwalić, że miłuje mnie najpiękniejsza białogłowa, jaką kiedykolwiek natura stworzyła. Jeśli mi twardo przyrzekniecie, że obie te prośby wypełnicie, zamknę oczy, pełen pociechy.
Kupiec i Alatiel, słysząc te słowa, płakali gorzko. Później pocieszali go jak mogli i przysięgli uroczyście, że na wypadek jego śmierci postąpią zgodnie z jego wolą. Antioch umarł wkrótce i z należną czcią został przez nich pogrzebany.
Po upływie kilku dni kupiec cypryjski, załatwiwszy swoje sprawy na wyspie Rodos, zapragnął powrócić do domu na stojącym w porcie katalońskim korabiu. Obrócił się zatem do damy z zapytaniem, co czynić zamierza i czy będzie po jej myśli, jeśli ją z sobą na Cypr zabierze? Alatiel odparła, że pojedzie z nim ochotnie, bowiem ma nadzieję, że przez miłość do Antiocha, będzie uważał za siostrę i jak z siostrą z nią postępował.
Kupiec odparł, że każde jej życzenie wypełni. Chcąc zaś ochronić ją od jakiejbądź zniewagi lub krzywdy, któraby ją w czasie podróży spotkać mogła, 110 powiedział wszystkim na okręcie, że jest jego żoną. Dano im małą kajutę na tyle okrętu. Nie chcąc, aby słowa czynom się sprzeciwiały, kupiec spał z Alatiel w maleńkiem łożu. Z tego poszło, że pobudzeni ciepłem łoża, zachęceni mrokiem i samotnością, zapomniawszy o przyjaźni i miłości do zmarłego Antiocha, jęli się nawzajem trykać, nim jeszcze przybyli do Baffy, skąd Cypryjczyk był rodem. W Baffie Alatiel przez długi czas z kupcem żyła. Pewnego dnia przybył do Baffy za swemi sprawami pewien szlachcic, imieniem Antygon. Lat miał wiele, rozumu dużo, jeno dostatków mało. Fortuna przeciwna mu była we wszystkiem, w czem brał udział, ostając na służbie u cypryjskiego króla. Antygon, przechodząc pewnego razu koło domu, w którym Alatiel mieszkała (kupca cypryjskiego podówczas w mieście nie było, udał się bowiem z towarami do Armenji) ujrzał ją w oknie i jął przyglądać się jej uporczywie, bowiem nie mógł przypomnieć sobie, gdzie ją już był widział. Urodziwa białogłowa, przez tak długi czas igraszką losów będąca, a teraz zbliżająca się już do nieszczęść swoich kresu, ujrzawszy Antygona, poznała w nim odrazu jednego ze znaczniejszych sług swego ojca. Dlatego też nagłą nadzieję powzięła, że przy pomocy tego człeka do utraconej swej królewskiej godności powrócić może. Wiedząc, że kupca w domu niema, kazała bez zwłoki przywołać Antygona. Gdy wszedł do komnaty, zapytała nieśmiało, zali nie jest Antygonem z Famagosty, jak się to jej zdawa? Odpowiedział, że tak i przydał:
— Pewien jestem pani, że was już nieraz widziałem, nie mogę jeno przypomnieć sobie, gdzie to było. Proszę was przeto, abyście raczyli mi odkryć, kim jesteście.
Alatiel, usłyszawszy, że przybysz jest Antygonem, rzuciła mu się z płaczem na szyję i spytała go, zali jej przypadkiem w Aleksandrji nie widział? Na te słowa Antygon zaraz poznał w niej Alatiel, córkę sułtana, o której mniemano, że w morzu zginęła. Pragnął jej należną cześć oddać ale Alatiel nie dopuściła do tego, prosząc go, aby na chwilę usiadł obok niej. Uczyniwszy zadość jej żądaniu, Antygon spytał ją z czcią w głosie, jak, kiedy d skąd do tego miejsca przybyła? Wszak w całym Egipcie ze pewne to trzymają, że przed wielu już laty w morzu śmierć znalazła.
— Wolałabym, wierę, żeby się tak stało — odparła Alatiel — nie potrzebowałabym bowiem wieść takiego życia, jakie wiodłam.
Rzekłszy to, znów gorzko płakać poczęła. Antygon rzekł: — Nie dręczcie się i nie smućcie przód czasem, pani! Raczcie lepiej mi opowiedzieć wasze 111 nieszczęścia i całe życie wasze. Ani chybi iprzy pomocy bożej rzeczy pójdą tym trybem, że na wszystko zaradzenie skuteczne znajdziemy.
— Gdy patrzę na ciebie, Antygonie, — rzekła Alatiel — zdawa mi się, że widzę mego ojca. Pod wpływem tego tkliwego uczucia, jakie do niego żywię, odkryję ci wszystko szczerze, chociaż mogłabym się przecie do niczego nie przyznawać. Nie wielu jest na świecie ludzi, coby mnie równie mili byli, jak ty. Dlatego też wyznam ci to, co pośród największych nieszczęść moich zawsze taiłam przed światem. Jeżeli po wysłuchaniu mojej spowiedzi, uznasz za stosowne dopomóc mi jakimkolwiek sposobem do odzyskania dawnych godności, proszę uczyń to. Jeżeli jednak rzecz ta niemożebną ci się wyda, zaklinam cię, abyś nikomu na świecie nie mówił, żeś mnie widział albo słyszał o mnie cokolwiek.
Rzekłszy to, opowiedziała mu z płaczem wszystkie przypadki swoje, od rozbicia się okrętu przy brzegach Majorki, aż do chwili ich spotkania. Antygon, tknięty współczuciem, zapłakał z nią razem, a po chwili namysłu rzekł w te słowa:
— Ponieważ pośród tych wszystkich przeciwności, nikt nie znał prawdziwego waszego nazwiska, pani, przyrzekam wam więc, że powrócę was ojcu, jeszcze milszą niż kiedykolwiek, a potem i żoną króla Algarwii uczynię.
Gdy Alatiel spytała, jak tego dokona, Antygon uwiadomił ją szczegółowie, co zrobić należy. Aby zasię z powodu zwłoki, jakieś zawikłania nie wynikły, powrócił nie mieszkając do Famagosty i stanąwszy przed królem, rzekł:
— Możecie, jeżeli taka będzie wasza wola, panie, spełnić czyn wielce chlubny dla siebie, mnie zaś, co biedę w służbie waszej znoszę, bez nijakiej trudności korzyść wielką wyświadczyć.
— Jakim sposobem? — zapytał król.
— Do Baffy przybyła młoda i urodziwa córka sułtana, o której słuchy chodziły, że zginęła w morzu. Dla zachowania czci swojej wielu nieszczęściom podlegała, a dzisiaj w wielkim niedostatku się znajduje. Pragnęłaby ona gorąco powrócić do ojca swego. Jeżeli przystaniecie na to, aby pod moją opieką do ojca ją wyprawić, pewien jestem, że sułtan nigdy wam podobnej usługi nie zapomni.
Król, chcąc pokazać swoją naturę szlachetną, odparł, że przyzwala. Wyprawił po Alatiel posłów i na dwór w Famegosta ją sprowadził, gdzie pospołu z królową należyte przyjęcie jej zgotował. Gdy się jej pytano o jej zdarzenia, odpowiadała wedle wskazówek, przez Antygona danych. 112
Po kilku dniach król wysłał ją do ojca ze znaczną świtą, z mężczyzn i z białogłów złożoną, której Antygon przewodził.
Nie Iza wysłowić z jaką radością sułtan ją powitał. Gdy Alatiel już nieco wczasu zażyła, sułtan takoż zapragnął uznać, jak to się stało, że ocalała i że przez tak długi czae nie dała najmniejszego uwiadomienia o sobie. Alatiel, mając dobrze w pamięci pouczenia Antygona, zaczęła w te słowa:
— Dowiedz się, mój ojcze, że mniej więcej w dwadzieścia dni po moim stąd odjeździe, burza strzaskała nasz okręt i wyrzuciła go nocą na brzeg zachodni w pobliżu Aguamorta. Co się stało z ludźmi, znajdującymi się na pokładzie, nie wiem, przypominam sobie tylko, że za nadejściem dnia powróciłam do utraconych zmysłów. Tymczasem mieszkańcy okoliczni okręt spostrzegli. Zbiegli się ławą dla złupienia szczątków. Wyciągnęli mnie na brzeg pospołu z dwiema towarzyszkami. Biedne dziewice porwane zostały przez dwóch młodzieńców i uprowadzone, każda w inną stronę. Nie wiem, co się z nimi stało, bowiem nigdy już słuch o nich do mnie nie dotarł. I mnie także dwóch młodzieńców za włosy schwyciło; płakałam i broniłam się ze wszystkich sił. Zaciągnęli mnie do pobliskiego lasu. Nagle z lasu wynurzyło się czterech jeźdźców. Gdy prześladowcy moi ich ujTzeli, natychmiast puścili mnie, a sami rzucili się do ucieczki. Czterej konni, którzy ludźmi znacznymi mi się wydali, przybliżyli się do mnie i jęli mi mnóstwo pytań zadawać. Ja także wiele mówiłam, ale nie mogliśmy się pojąć nawzajem. Naradziwszy się z sobą, posadzili mnie na rumaka i zawieźli do klasztoru mniszek. Nie wiem, co przeoryszy powiedzieli dość, że przyjęta zostałam nader uprzejmie. Uwielbiałam pospołu z niemi Św. Creeci z Val Cava, do którego szczególne nabożeństwo żywią. Gdy już pewien czas z niemi pozostawałam i nauczyłam się trochę ich mowy, spytały mnie się kim jestem i skąd pochodzę. Wiedząc, gdzie się znajduję i obawiając się, że gdy poznają prawdę, przegnać mnie mogą, jakoże do ich Teligji nie należę, odparłam, że jest córką pewnego znacznego człeka z Cypru, który mnie wysłał do przyszłego małżonka na Kretę. Na nieszczęście okręt tutaj uległ rozbiciu. Nie raz i nie dwa przy różnych okolicznościach ze strachu obyczajów ich przestrzegałam. Zapytana przez przeoryszę, zalibym na Cypr powrócić nie chciała, odparłam, że niczego tak nie pragnę, jak tego powrotu. Przeorysza, dbając o moją przystojność białogłowską, nie chciała mnie powierzyć nikomu z tych, co na Cypr jechali. Przed dwoma miesiącami przybyło do klasztoru kilku szlachciców z Francji wraz ze swemi żonami. Jedna z nich była krewniaczką przeoryszy. Ta, usłyszawszy, że udają się do Jerozolimy, aby odwiedzić grób tego, kogo Bogiem swym zowią (zahit od Żydów, jest on tam pono pogrzebiony) poleciła mnie im, prosząc, aby mnie na Cypr, do ojca odwieźli. Musiałabym długo w słowach się szerzyć, chcąc opowiedzieć, jakiemi staraniami i względami panowie ci i ich żony w czasie podróży mnie otaczali.
Wsiedliśmy na okręt a po kilku dniach przypłynęliśmy do Baffy. Zatrudniło mnie to nie mało, bowiem nie znalazłam nikogo w tem mieście i nie wiedziałam, co mam powiedzieć moim przewodnikom, którzy pragnęli nrnie ojcu powrócić, jak im to poleciła czcigodna matrona. Bóg jednak widać ulitował się nademną i w chwili, gdyśmy do portu zawijali, posiał na brzeg Antygona. Poznałam go natychmiast i później przyzwałam go, obracając się doń w naszym języku, ażeby nikt mnie zrozumieć nie mógł i prosząc go, aby mnie tu jako córkę powitał. Pojął zaraz w czem rzecz, wielce się z mego przybycia uradował, przyjął Francuzów, jak mu tylko na to jego skromne środki pozwalały, a później zawiódł innie na dwór króla Cypru. Ów, przyjął mnie, a potem i do was wyprawił z taką okazałością, że tego i wysłowić nie można.
Jeśli coś jeszcze przydać trzeba, to niech dalej opowiada Antygon, który 0 mej liistorji nieraz słyszał.
— Panie mój — rzekł Antygon — obracając się do sułtana — to, coście słyszeli od księżniczki, zgadza się nawszem z jej dawniejszemi opowieściami, jakoteż ze słowami szlachciców i ich żon, co ją przywieźli na Cypr. O jednem tylko omieszkała wam powiedzieć, bowiem skromność przyrodzona zmilczeć jej kazała, a mianowicie o pochwałach, jakie z ust tych chrześcijan słyszałem, jej niepokalanego życia w klasztorze, szlachetnych i wzniosłych uczuć i przykładnych obyczajów. Nie uważała także za stosowne wspomnieć wam o żalu 1 łzach, jakie przewodnicy jej wylewali przy pożegnaniu. Gdybym chciał powtórzyć wszystko, co mówili, nie starczyłoby dzisiejszej nocy i dnia jutrzejszego. Poprzestanę jeno na uwiadomieniu was, że pysznić się możecie z posiadania najzacniejszej i najcnotliwszej córki, jaką kiedykolwiek miał na ziemi władca, koronę na skroniach noezący (tak panowie francuzcy powiadali i tak ja sam pomiarkowałem).
Sułtan, niezwykle uszczęśliwiony, wspaniałą ucztę wyprawił. Prosił także wielokroć razy Boga, aby dał mu możność odwdzięczenia się kiedykolwiek za usługi, jego córce okazane. Obligowany był zwłaszcza królowi Cypru, który z wielką okazałością córkę mu odesłał. Po kilku dniach wyprawił Antygona 114 z drogocennemi darami na Cypr. Wysłał też umyślnych z listami, w których osobną wdzięczność swoją mu wyrażał.
Następnie, pragnąc dokończyć tego, co rozpoczęte zostało, to jest połączyć córkę swoją z królem Algarwii, wyjaśnił mu wszystko i w liście napomknął, że jeśliby ją chciał za żonę, to niechaj po nią przyśle.
Król wielce się z tego uradował, wyprawił po narzeczoną świetne poselstwo, a później wspaniale Alatiel na swym dworze przyjął.
Alatiel, która z dziesięcioma mężami dziesięć tysięcy razy miłośnie figlowała, w łożnicę mężowską, jako rzekoma dziewica wstąpiła. Król mniemał, że on dopiero prawiczeństwa ją pozbawił. Żyła przy jego boku długo i szczęśliwie, jako królowa. Niedarmo powiadają, że od pocałunków usta nie bledną.
OPOWIEŚĆ VIII
Przypadki grabiego Antwerpji
Grabia Antwerpji, fałszywie oskarżony, idzie na wygnanie, zostawiając swoje dzieci w różnych miejscowościach w Anglji. Powraca, nie będąc od nich poznany i znajduje je w szczęściu i w pomyślności. Później służy jako prosty żołnierz pod rozkazami króla francuskiego. Gdy jego niewinność na jaw wy~ chodzi, do pierwotnego swego stanu powraca.
Damy wzdychały często, słuchając opowieści o rozlicznych przypadkach pięknej Alatiel. Któż jednak mógł wiedzieć, co było tych westchnień przyczyną? Być może, wzdychały tak nie z litości nad nieszczęściami Saracen-ki, lecz przez zazdrość dla jej częstych miłosnych igraszek. Ostawmy jednak na ten czas tę sprawę. Przy ostatnich słowach opowieści Pamfila wszyscy śmiechem wybuchnęli. Królowa, widząc, że opowieść już skończona, obróciła się do Elizy i dalej jej ciągnąć kazała. Eliza z wesołym uśmiechem zaczęła w te słowa:
— Obszerne jest to pole, po którem się dziś przechadzamy. Każdy w szranki wychodząc, mógłby nie jedną, lecz dziesięć opowieści do końca doprowadzić, tak wiele bowiem srogich i niespodziewanych zdarzeń fortuna na ludzi sprowadza. Wybrawszy jedno z nich, opowieść swoją zaczynam:
Gdy władza nad cesarstwem rzymskiem od Francuzów do Niemców przeszła, przyszło między temi nacjami do wielkiej nienawiści, ktÓTej skutkiem uporczywa i długa wojna była. Król francuski, widząc konieczność obrony swego kraju i napaści na wroga, pospołu ze swym synem zebrał wszystkie siły 117 swego państwa, do których dołączył jeszcze i te, co mu je krewniacy i przyjaciele przysłali, i z wielkim wojskiem na wroga wyruszył. Nim jednak to się stało, nie chcąc kraju bez rządcy ostawić, poruczył władzę nad Francją Gualtieri, grabiemu Antwerpji. Grabia był wielce rozumnym i szlachetnym człekiem, przyjacielem i wiernym sługą króla, a także rycerzem w sztuce wojennej zawołanym. Król jednakowoż sądził go sposobniejszym do trudów rządzenia, niźli do czynów wojennych. Grabia jął rządzić rozumnie i sprawiedliwie, nie gardząc radami królowej i jej synowej. Aczkolwiek obie te damy powierzono jego pieczy i (władzy, on wszelako należną cześć im okazywał i jak do swych władczyń się do nich odnosił.
Gualtieri był mężczyzną czterdziestoletnim, wielce urodziwym i tak obyczajnym, jak tylko szlachcic i dworzanin być nim może, krom tego był najpowabniejszym i najwdzięczniejszym rycerzem swego czasu, troskającym się wciąż o swój urodziwy pozór i stroje.
Gdy król wraz z synem na wojnie przebywał, grabiemu umarła żona, ostawiając mu dwoje maleńkich dzieci: chłopca i dziewczynkę. W tym czasie Gualtieri ciągłe na dworze bawił, odwiedzając królowę i jej synową i rozprawiając z niemi o potrzebach państwa. Żona młodego króla obróciła nań swoją uwagę i zważywszy jego urodę i polerowne obyczaje, tkliwą miłość do niego uczuła. Widząc się świeżą i młodą i wiedząc, że grabia bez żony ostał, sądziła, że nie trudno jej będzie miłość jego pozyskać. Nie było innych przeszkód jak wstyd, aliści postanowiła go przemóc i odkryć Gualtieri szczerze tajemnicę serca swego. Pewnego dnia, będąc sama, posłała po grabiego, pod pokrywką, że chce się naradzić z nim nad sprawami państwa. Gualtieri, który nie podejrzewał woale, jakie eą zamysły księżniczki, przybył bez zwłoki. Usiadł obok niej w komnacie, gdzie byli sami, a później spytał się, dla jakiej przyczyny go przyzwała. Aliści księżniczka milczała. Wreszcie miłością pobudzona, czerwona od wstydu i cała drżąca, zaczęła mówić urywanym głosem i z płaczem napoły.
— Najmilszy mój przyjacielu i władco! Jako człek rozumny bez trudu pojąć możecie, jak wielka jest skłonność i słabość zarówno mężczyzn, jak i białogłów, zrozumiecie takoż, dlaczego u niewiast z większą siłą niedostatki te występują. Sprawiedliwy sędzia nie wymierzy jednakiej kary za ten sam grzech, popełniony przez różne osoby i w różnych okolicznościach. Któż nie zgodzi się na to, że biedny człek albo uboga białogłowa, którzy w pocie czoła na życie pracują, o wiele większej godni są nagany, gdy się urokowi i powabom mi łości poddaję, niźli bogata dama, na próżnowaniu czas swój trawiąca i zwyczajna posiadać wszystko, czego zapragnie. Dlatego też mniemam, że dostatki i swoboda w znacznej mierze usprawiedliwiają kobietę, która zbytkiem otoczona. głosowi miłości ulega. Jeśli zaś wybierze nadto za przedmiot swego uczucia rozumnego i dziebiego kochanka, wydaje mi się nietylko godną pobłażania, ale i całkiem usprawiedliwioną. Zdawa mi się, że we mnie oba te warunki się łączą, a przytem do miłości przynaglają mnie jeszcze i inne przyczyny, jak moja młodość i nieobecność męża. Niechajże to wszystko w oczach waszych będzie wytłumaczeniem mojej gorącej miłości i niechaj was przekona, tak jak każdego rozumnego człeka przekonać winno. Gdy się tak stanie, proszę, abyście mi nie odmawiali pomocy swojej i rady. Powiem wam jeszcze, że w czasie nieobecności męża, chuciom moim cielesnym ani sile miłości stosownego nie mogę dać odporu.
Jakże zresztą mogę przeoiwiać się temu, czego zwalczyć nie jest w stanie nietylko słaba białogłowa, ale i każdy z silnych mężów, których codzień miłość zwycięża i hołduje. Pędząc życie swoje wśród dostatków i próżnowania, jako to sami widzicie, ulec namiętności musiałam. Wiem sama najlepiej, że to rzecz sromotna, aliści, jeśli wszystko w tajności pozostanie, zaledwie mój postępek za nieobyczajny poczytać będzie można. Kupido był dla mnie tak łaskawy, że nietylko mi rozumu nie odjął przy wyborze kochanka, ale jeszcze wskazał na was jako na człeka mojej miłości godnego. Mniemam, że się nie mylę, poczytując was za najurodziwszego, najdworniejszego i najmądrzejszego rycerza, jakiego w naszem królestwie spotkać można. Ja żywię bez męża, wy bez żony ostaliście! Błagam was tedy, w imię afektu mego do was, ulitujcie się nad młodością moją, która zaiste z waszej przyczyny, jak lód od ognia topnieje.
Gdy słowa te wyrzekła, łzy rzuciły się do jej oczu z taką siłą, że już nic powiedzieć nie mogła, chocia i chciała jeszcze wiele zaklęć i próśb do grabi obrócić. Skłoniła jeno głowę, jakby zbytkiem uczuć zwyciężona i płacząc osunęła się na piersi Gualtieri. Grabia, jako rycerz prawy, surowemi słowy zgromił tę jej namiętność bezrozumną, a widząc, że dama chce mu się rzucić na szyję, odepchnął ją i rzekł, iż prędzej da się poćwiartować lub kołem połamać, niż sobie albo komukolwiek na taką zakałę czci swego pana pozwoli.
Księżniczka, usłyszawszy to, zapomniała w jednej chwili o swojej miłości i w porywie pierwszego gniewu zawołała:
— Mniemasz, że pozwolę z podobną wzgardą moje pragnienia odtrącać? 119
Klnę się, niegodny rycerzu, który chcesz mojej śmierci, że ja ciebie pierwej żywota pozbawię.
Rzekłszy te słowa, schwyciła się za włosy, potargała je, a później rozerwała na sobie szaty i jęła krzyczeć z wszystkich sił:
— Na pomoc, na pomoc! Grabia Antwerpji gwałt mi zadać pragnie!
Grabia, obawiając się podłej zawiści dworaków więcej, niźli czystego sumienia swego i wiedząc, że oskarżeniom księżniczki łatwiej uwierzą, niż jego niewinności, opuścił co żywo komnatę i pałac i uciekł do swego domu. Tam, nie tracąc po próżnicy czasu, dziatki swoje na konia wsadził, sam na siodło wskoczył i pomknął jak wicher w stronę Calais.
Tymczasem na krzyki księżny zbiegła się siła ludzi. Ci, ujrzawszy ją w takim nieładzie, nietylko słowom jej uwierzyli ale krom tego, przypomniawszy sobie układność, dworność i frantostwo grabi, ku tej myśli przyszli, że rycerz oddawna już do tego haniebnego celu zmierzał.
Rzucili się więc pełni gniewu na dom GuaJtieri, aby rycerza uwięzić. Nie znalazłszy go, zagrabili całą jego majętność i dom zburzyli. Wieść o tem zdarzeniu doszła w końcu do króla i jego syna. Ci, zapaleni gniewem, skazali grabię wraz z jego potomstwem na wieczne wygnanie i wielką nagrodę przyrzekli temu, kto go dostawi żywym lub umarłym.
Tymczasem Gualtieri zrozpaczony tem, że z niewinnego na skutek swej ucieczki stał się przestępcą, zdążył przebrać się wraz z dziatkami do Calais, nie będąc od nikogo poznany, a wkrótce potem dostał się do Anglji. Wdziawszy na się wielce nędzne szaty, przybył do Londynu. Nim wlszedł do miasta, zalecił dzieciom swoim dwie rzeczy: cierpliwość w znoszeniu nędzy i nieszczęść, w które los niewinnie je wtrącił i tajemnicę najściślejszą przed wszystkimi, skąd pochodzą i kto jest ich rodzicem. Syn Gualtieri liczył zaledwie osiem lat; córka, zwana Violantą, nie więcej jak siedem. Mimo tak młodego wieku, dzieci pojęły wybornie pouczenia ojca i dowiodły tego później czynami. Gualtieri postanowił, że lepiej będzie jeśli dzieciom zmieni imiona, dlatego też przezwał chłopca Perrotto, a dziewczynę, Giannettą. Przebrawszy się w łachmany, podobne do tych, co je żebracy francuscy noszą, weszli do Londynu i o jałmużnę prosić jęli. Pewnego dnia, kiedy trafunkiem znajdowali się w kościele, zdarzyło się, że pewna dama, żona jednego z marszałków króla angielskiego, wychodząc z głównej nawy, ujrzała grabiego i jego dzieci, proszących o wsparcie. Dama spytała go, skąd jest rodem i zali to jego dzieci? Odparł, że pochodzi z Pikardji i że musiał porzucić kraj ojczysty pospołu z temi drobnemi dziećmi, z powodu pew 120 nego występnego czynu, jaki popełnił jego najstamzy syn, hultaj niegodziwy. Szlachetna i tkliwa dama popatrzyła na dzieweczkę, którą wielce wdzięczną i urodziwą znalazła i rzekła w te słowa:
— Jeżeli się zgodzisz, przyjacielu, wezmę do siebie tę miłą dzieweczkę. Gdy na uczciwą kobietę wyrośnie, zatroskam się o to, aby w stosownym czasie dobrze za mąż ją wydać i wianem obdarzyć.
Grabiemu bardzo te słowa do serca przypadły. Zaraz swą zgodę wyraził i wylewając łzy, polecił córkę łaskom damy. Znalazłszy dobry schron dla Gian-netty, postanowił nie pozostawać tu dłużej. Przeszedł całą wyspę o żebranym chlebie, pospołu z Perrottem i wreszcie przybył do księstwa Walji, srodze zmęczony, bowiem do chodzenia piechotą nie był nawykły. W księstwie Walji przemieszkiwał drugi marszałek króla, człek wielce bogaty i trzymający na swym dworze liczną służbę. Grabia ze swym synem często na dwór ten zachodził, bowiem nie skąpiono mu tam strawy. Na dziedzińcu zamku bawił się zwykle syn marszałka, pospołu z synami szlachciców, biegając, skacząc i inne igraszki czyniąc. Perotto przyjmował nieraz w tych igrach udział, taką zręczność po sobie pokazując, że zawsze w każdej sztuce nad innymi brał przodek. Marszałek, przyglądający się igraszkom dzieci, wielce sobie w zręczności i zachowaniu się chłopca upodobał i zapytał, kim on by był? Odpowiedziano mu, że jest synem nędzarza, który nieraz do zamku po jałmużnę przychodzi.
Marszałek kazał żebrakowi powiedzieć, że radby był zatrzymać jego syna przy sobie. Grabia, który o nic lepszego Boga prosić nie mógł, zgodził się na to chętnie, chocia ciężko mu było z synaczkiem się rozstawać. Poczem uspokojony 0 los syna i córki, opuścił Anglję i przebrał się do Irlandji. Przybywpzy do miasta Stanford, przystał na służbę do pewnego rycerza, i spełniał najniższe posługi, do jakich są obligowani masztelarze i inni słudzy. Nie będąc od nikogo uznany, w trudach i niewczasach życie pędził. Tymczasem Yiolanta, Giannettą zwana, żyła u szlachetnej damy w Londynie, wyrastając na mądrą 1 wielce urodziwą panienkę. Dama, jej mąż i wszyscy, co ją znali, w osobliwym stopniu łaskami i przychylnością swoją ją darzyli. Nie było nikogo, coby po-miarkowawiszy jej obyczaje, pozór i dworność, nie rzekł, iż godna jest największej szczęśliwości i czci. Dama, która ją od ojca wzięła, wiedziała o nim tylko to, co on jej sam o sobie opowiedział, umyśliła więc wydać ją zamąż stosownie do jej niskiej kondycji. Aliści Bóg, sprawiedliwy sędzia dzieł ludzkich, wiedział, że szlachetna dzieweczka niewinnie za cudzy grzech poniżona została i dlatego całkiem inaczej ustanowił. Szlachetnej panience nie sądzone było 121 wstąpić w stadło z człekiem podłego stanu; to, co się z nią stało, trzeba przypisać szczególnej łasce bożej. Marszałek i jego żona mieli tylko jednego syna, którego czułą miłością darzyli, nie tylko dlatego, że był ich dzieckiem, ale takoż dla cnót jego, przymiotów i urodziwej postaci. Ów młodzian, o sześć lat starszy od Giannetty, wdziękiem i pięknością jej oczarowany, tak się w niej zakochał, że o żadnej inrfej myśleć już nie chciał. Ponieważ jednak mniemał, że jest to dzieweczka niziuchnego stanu, nie miał śmiałości poprosić rodziców o przyzwolenie poślubienia jej, a nawet obawiał się zdradzić ze swym afektem, bowiem myślał, że go osądzą surowie za wybranie tak niegodnego przedmiotu miłości. Skryte płomienie tem większą udrękę mu sprawiały. Z tego poszło, że ciężko zachorzał. Zwołano co najtęższych medyków, aliści ci, jakkolwiek uważnie za objawami niemocy śledzili, przecie żadną miarą wpaść nie mogli na jej właściwą przyczynę i poczęli już o uzdrowieniu wątpić. Rodzice otroka w tak wielką boleść i melankolję popadli, że większej siły ludzkie przenieśćby już nie mogły. Nieraz i nie dwa błagali go, aby im odkrył przyczynę swego cierpienia, on jednakoż tylko im westchnieniami odpowiadał i mówił, iż czuje swój bliski koniec. Pewnego dnia przy łożu chorego siedział młody, wielce uczony lekarz, trzymając go za rękę i puls mierząc. W tym trakcie do komnaty weszła Giannetta, która o chorego miała troskliwe staranie przez cześć, jaką dla jego matki żywiła. Młodzieniec, ujrzawszy ją, poczuł, że w sercu jego zwiększają się miłosne płomienie, przez co i puls począł bić silniej, niż zazwyczaj. Medyk to zaraz z wielkiem zadziwieniem zauważył i jął badać, jak długo trwać będzie to przyśpieszone bicie. Gdy Giannetta wyszła z komnaty, puls osłabł. Wówczas zdało się medykowi, że odkrył prawdziwą przyczynę choroby. Trzymając po dawnemu chorego za rękę, kazał przywołać Giannettę, pod pozorem, że chce się jej o coś zapytać. Giannetta zjawiła się nie mieszkając; nim jeszcze przez próg komnaty przestąpiła, już puls z pierwszą mocą bić począł, a później znów po jej wyjściu osłabł. Wówczas medyk, upewniony już, co do słuszności swoich podejrzeń, podniósł się i wziąwszy na stronę rodziców, rzekł do nich:
— Uzdrowienie waszego syna nie zależy od kunsztu lekarzy, spoczywa ono w rękach Giannetty, którą młodzieniec miłuje z całej duszy, jak to poznałem z różnych znaków. Ona, zasię jak ze wszystkiego wnosić można, ani się nawet tego domyśla. Jeśli wam życie jego miłe, osądźcie sami, co wam czynić wypada.
Marszałek i jego żona ucieszyli się wielce, ponieważ wiedzieli już, jakiego środka trza użyć, aby syna ocalić. Nie było im jednak po myśli synowi za żonę Giannettę dawać. Po wyjściu lekarza, udali się do komnaty chorego.
— Synu mój — rzekła matka — nigdybym nie uwierzyła, że będziesz mógł ukrywać przedemną jakiekolwiek z swoich pragnień, a zwłaszcza to, któ-Te niespełnionem będąc, do takiego cię przywodzi stanu. Mogłeś być przecie pewien, że niema na świecie takiej rzeczy, którejbym dla ciebie nie uczyniła, choćby ona i niegodną była. Mimo, żeś mi to zataił, Bóg okazał się bardziej litosny dla cię, niż ty sam dla siebie, i, aby cię od śmierci uchronić, ukazał mi przyczynę niemocy twojej. Wiem, że jest nią zbytek miłości, jaką żywisz do pewnej dzieweczki. Nie trza ci się było wstydzić swego afektu, bez względu na to kimby i twoja wybranka była. Wiek twój miłości się domaga i powiem ci nawet, że gdybyś nie miłował, gorsze mniemaniebym o tobie miała. Zatem nie sromaj się przedemną, mój synu, jeno szczerze wszystkie pragnienia swoje mi odkryj. Zbądź się mclankolji i tej myśli przykrej, co niemoc twoją powoduje, nabierz otuchy i pamiętaj, że niema na świecie nic takiego, czegobym dla cię nie uczyniła, bowiem miłuję cię bardziej, niż życie własne. Porzuć więc wstyd fałszywy i strach i rzeknij mi, jak i czem mogę ci w twojej miłości dopomóc? Jeżeli obaczysz, że nie uczynię „wszystkiego, co w mojej mocy leży i że do pomyślnego skutku rzeczy nie przywiodę, będziesz mógł mnie nazwać najokrutniejszą matką, jaka kiedykolwiek dzieci na świat wydała.
Młodzieniec, usłyszawszy słowa matki, najpierw się ze wstydu zarumienił, lecz później pomyślawszy, że nikt skuteczniej od niej w tej sprawie mu nie dopomoże, przemógł wstyd i rzekł:
— Jeśli, droga matko, do tych pór moją miłość skrywałem, to przyczyną tego było, iż patrząc na wielu ludzi, to przeświadczenie wyniosłem, iż gdy człowiek do sędziwego wieku przychodzi, nie chce wspominać o tem, że i sam był kiedyś młodym. Aliści, widząc po waszych słowach, że jesteście pełni wyrozumienia, nie tylko nie będę przeczył temu, czego się domyślacie, lecz i szczerze wam wszystko wyznam pod warunkiem, że zdziałacie wszystko, aby swoją obietnicę wypełnić, tak abym wrychle do zdrowia mógł powrócić.
Dama (która, zamyśliwszy już coś, zbytnio wierzyła w uskutecznienie swoich zamysłów, chocia nie sądzone im było spełnić się w takiej właśnie postaci) ponowiła swoje zaręczenia, prosząc, aby uwiadomił ją o swoich pragnieniach, i przyrzekając, że bez odwłoki całą sprawę uładzi, zgodnie z jego życzeniem.; — J-
— Do tego stanu, w jakim mnie teraz widzicie — rzekł młodzieniec — dowiodła innie nieszczęśliwa miłość do Giannetty. Jej piękność, obyczajność i nieśmiałość, co mi afektów swych wyznać nie dozwalała, a takoż obawa zdradzenia się z mą miłością przed kimkolwiek — oto, co mnie w niemoc wtrąciło. Jeśli się wam nie uda dopełnić w tej czy innej postaci tego, coście mi obiecali, bądźcie pewni, że nie będę żył już długo.
Matka widząc, że teraz nie czas gromić Syna, przeciwnie, że raczej otuchy dodawać mu należy, odparła z uśmiechem:
— Czyż trza było, mój synu, dla tej przyczyny aż w chorobę popadać? Bądź teraz cierpliwy, pozwól mi działać, a obaczysz, że do zdrowia powrócisz.
Młodzieniec, pełen nadziei, zaczął wkrótce do sił przychodzić; matka, wielce tem uradowana, myślała tylko nad tem, jakby spełnić daną mu obietnicę.
Pewnego dnia przywołała Giannettę i łaskawemi, a żartobliwemi słowy wypytywać ją jęła, zali ^na jakiego miłośnika? Ginnetta pokraśniała od wstydu i rzekła:
— Niestosowna to rzecz myśleć o miłości, gdy eię jest biedną dziewczyną, wygnaną z domu i żyjącą z łaski obcych ludzi, tak jak ja.
— Jeśli kochanka niemasz — odparła dama — to, gdy tylko zechcesz, my ci go znajdziemy. Będziesz z nim żyła szczęśliwie, ciesząc eię swoją pięknością. Nie przystoi przecie tak urodziwej dzieweczce bez miłośnika ostawać.
— Szlachetna pani — rzecze Giannetta — wziąwszy mnie od ojca-nędza-rza, wychowywaliście mnie jak córkę rodzoną; za to gotowa jestem być wam posłuszną we wszystkiem, w tem tylko jednein nie mogę się przecie poddać waszej woli i mniemam, że tak dobrze czynię. Jeśli się wam podoba dać mi męża, jego tylko miłować będę. Z dziedzictwa przodków moich nic;ni ilie pozostało, krom czci, której strzec i chronić będę do końca dni moich.
Odpowiedź panienki była nawszem przeciwna życzeniom damy, która chciała dopełnić obietnicy, danej synowi, i choć w głębi serca, jako wielce cnotliwa białogłowa, rację Giannecie przyznać musiała, przecie jeszcze na niej próbowała zgodę wymóc:
— Jakto, Giannetto — rzekła — a gdyby tak sam król, który jest młodym rycerzem, pragnął się cieszyć twoją miłością, zaliżbyś mu odmówiła?
— Król mógłby mi gwałt zadać — odparła Giannetta — ale mego przyzwolenia nie otrzymałby nigdy na nic, coby cnocie przeciwne było.
Dama, poznawszy jej niezachwiane przedsięwzięcie i wiedząc, że słowami nic nie wskóra, postanowiła ją wystawić na próbę. Rzekła synowi, że, skoro do zdrowia powróci, pomieści z nim Giannettę w jednej komnacie; niechajże 124 wówczas sam stara się ją k‘temu przywieść, aby powolna mu była, bowiem jej, matce, nie przystoi rolę rajfurki odgrywać, namawiając i prosząc dziewczę, aby go względami swemi obdarzyło.
Syn jednak żadną miarą na to zgodzić eię nie chciał. Stan jego zdrowia z dnia na dzień znów isię pogarszać począł. Dama, spostrzegłszy to, jawnie i szczerze wszystko Giannecie powiedziała, aliści ta jeszcze bardziej nieustępliwą się okazała. Wówczas oznajmiła o wszystkiem mężowi. Cliocia im i ciężko to przyszło, postanowili dać synowi Giannettę za żonę, bowiem woleli widzieć syna żywego z nierówną mu stanem żoną, niźli go bez żony na marach oglądać. Tak też i uczynili. Giannetta, wielce uszczęśliwiona, gorące dzięki Bogu złożyła za to, że nie zapomniał o niej. Nie zdradziła jednakoż prawdziwego pochodzenia swego i dalej za córkę Pikardczyka uchodziła.
Młodzieniec wkrótce do zidrowia przyszedł, a po zawarciu ślubu jął używać bez przeszkód dozwolonych rozkoszy.
Perotto, który w księstwie Walji na dworze marszałka angielskiego króla pozostał, wyrósł na dzielnego młodzieńca. Z każdym dniem zyskiwał coraz większą łaskę u pana swego. Nie było na całej wyspie nikogo, coby mógł mu sprostać na turniejach, w robieniu bronią i w innych rycerskich ćwiczeniach. Dlatego też powszędy jako Perotto, syn Pikardczyka zasłynął. Bóg, który o jego siostrze nie zapomniał, i o nim także pomyślał. Gdy w Anglji wybuchł mór, połowa mieszkańców życie utraciła, nie mówiąc już o tem, że wielu z tych, co przy życiu ostali, salwowało się ze strachu ucieczką do innych krajów — dzięki czemu cała wyspa sprawiała wrażenie opustoszałej. W czasie zarazy umarł opiekun Perotta, marszałek, zeszli także z tego świata: jego syn, żona, bracia, siostrzeńcy i przyjaciele. Ocalała tylko jedna córka marszałka oraz Perotto. Gdy mór srożyć się przestał, dzieweczka poszła za mąż za Perotta. Wiedziała, że jest on człowiekiem rozumnym i szlachetnym i dlatego też, idąc za radą niektórych sąsiadów, wybrała go sobie na męża i uczyniła go panem majętności, które jej w dziedzictwie przypadły. Król angielski, uwiadomiony o śmierci marszałka i o szczególnych przymiotach Pikardczyka — Perotta, następcą zmarłego, czyli marszałkiem go mianował.
Taki był szczęśliwy los dwojga dzieci grabiego Antwerpji, które był on porzucił jakby na pewną zgubę.
Minęło już osiemnaście lat od chwili, gdy grabia Antwerpji uszedł z Paryża. Gualtieri, żyjąc przez ten cały czas w Irlandji i siła przeciwności znosząc, wielce się zestarzał. Pragnął dowiedzieć się, co się z jego dziećmi stało, zwłaszcza, 125 że nie obawiał się już być poznanym; pozór jego był już całkiem od dawnego jego wyglądu odmienny (dzięki nieustawnym, ciężkim trudom grabia czuł się krzepszym niż dawniej, gdy to żył pośród wygód i wczasów). Pożegnawszy się z Irlandczykiem, u którego przez tak długi czas przebywał, udał eię, w nędzne przyodziany szaty, do tego miasta w Anglji, gdzie Perotta pozostawił. Dowiedziawszy się, że Perotto został marszałkiem i — wielkim panem i ujrzawszy go w dobrem zdrowiu, wielkiej radości doznał, aliści nie chciał dać eię poznać synowi do tego czasu, póki nie uzna, gdzie się Giannetta znajduje. Znowu tedy w drogę wyruszył i do Londynu przybył. Tutaj, zasięgnąwszy ostrożnie wiadomości o damie, której córkę ewą powierzył, zasłyszał, że Giannetta wyszła za mąż za jej syna. Na wieść o tem tak niewymowną pociechę uczuł, że wszystkie dawne przeciwności małemi mu się być wydały; znalazł bowiem swoje dzieci przy życiu, zdrowe i szczęśliwe. Żądny obaczenia córki, jął krążyć jako żebrak w pobliżu jej domu. Pewnego dnia Giachetto Lamiens (tak się zwał mąż Giannetty), ujrzawszy starca — nędzarza, wielką litość do niego poczuł i dlatego przykazał słudze do domu go sprowadzić i nakarmić go, w imię miłości Chrystusa. Sługa chętnie wolę ewego pana wypełnił. Giannetta obdarzyła już męża kilkorgiem dzieci, z których najstarsze dziewiąty rok życia liczyło. Były to najpiękniejsze i najmilsze dziatki na świecie. Obaczywszy starego grabię, w czasie gdy ten jadł wieczerzę, okrążyły go i jęły się z nim witać czule, tak jakby taj-nem przeczuciem wiedzione, odgadły, że jest on ich dziadem. Grabia, wiedząc, że dziatki są jego wnuczętami, hołubił je i tulił, w czem dzieci tak sobie upodobały, że mimo wołania swego pre*eptora odejść od niego nie chciały.
Giannetta, wołania te usłyszawszy, wyszła z komnaty i zagroziła dzieciom, że ich ukarze, jeśli się ewego preceptora słuchać nie będą. Dziatki r>.!. puczem, że chcą ostać ze staruszkiem, który ich bardziej miłuje, niż provj or c.i usłyszawszy Giannetta i grabia serdecznie się uśmieli.
Grabia podniósł się i pozdrowił panią domu, nie jak ojciec swoją < jrk<; rodzoną, lecz jak żebrak bogatą damę. Na widok Giannetty wielką radość w głębi serca uczuł, aliści oua nie poznała go wcale, bowiom do tego stopnia pozór jego się odmienił. Ów brodaty, chudy, o ciemnej barwie oblicza starzec, podob-niejszy był do każdego innego na świecie człowieka, niźli do grabiego Antwerpji.
Giannetta, widząc, że dzieci nie chcą odejść od starca i że uderzają w płacz, gdy się je chce siłą zabrać, rzekła preceptorowi, aby je w spokoju zo 126 stawił. Wkrótce potem wszedł do komnaty ojciec Giachetta, któremu preceptor całą historję opowiedział.
Rodzic Giachetta, będąc niechętny Giannecie, rzekł:
— Ostawcie ich złemu losowi, jaki Bóg im przeznaczył. Są takiemi, jakie* mi być powinny, zgodnie ze swem pochodzeniem. Matka ich jest córką włóczęgi i nędzarza, cóż zatem dziwnego, że lgną do żebraka?
Słowa te boleśnie zraniły grabiego. Jednakoż zniósł w milczeniu tę obelgę, jako i wiele innych zniewag w przeszłości znosił.
Mąż Giannetty, Giachetto, obaczył z jaką przychylnością dzieci starca, ożyli grabiego przyjmują; chocia niezbyt mu to miłem było, przecie tak ich miłował, że chcąc im łez oszczędzić, rozkazał, aby starzec w jego domu pozostał, jeśli tylko do jakiej roboty się nadać będzie mógł. Starzec odparł, że pozostałby chętnie, jednakoż nie zna się na niczem innein, jak tylko na obejściu z końmi, czem przez cale życie swoje się zajmował. Oddano mu zatem pod nadzór jednego konia; cały wolny czas na zabawach z dziećmi spędzał. W czasie, gdy los takiemi drogami wiódł grabiego Antwerpji i jego dzieci, król francuski, który długi rozejm z Niemcami ustanowił, zszedł z tego świata. Na tron wstąpił jego syn, przez którego małżonkę grabia wygnany został. Gdy tylko czas zawieszenia broni upłynął, król francuski okrutną wojnę z Niemcami rozpoczął. Angielski król, będący jego krewniakiem, przysłał mu na pomoc swoje wojska, pod dowództwem marszałka Perotta i syna marszałka, Giachetta Lamiens. Pospołu z tyra ostatnim ruszył na wojnę dzielny starzec, to jest grabia Antwerpji. Służył on przez długi czas przy armji, jako masztalerz, nie będąc od nikogo poznany. Jako człek mądry i wielką eksperjencję w rzeczach wojennych mający, radami swemi więcej pożytku przynosił, niżby się tego po nim ktokolwiek spodziewać mógł. Zdarzyło się, że w czasie wojny królowa Francji ciężko zaniemogła. Widząc się bliską zgonu, wyrzutami sumienia nękana, wyspowiadała się szczerze ze wszystkich grzechów arcybiskupowi z Rouen, znanemu powszechnie z pobożności i zacności. Wyznała mu takoż ciężką krzywdę, jaką wyrządziła grabiemu Antwerpji. Cały przebieg tej sprawy opowiedziała nietylko jemu, ale i wielu przytomnym, prosząc ich, aby wymogli na królu, by przywrócił grabiego, jeśli ten jeszcze żyje, do dawnych praw i godności, jeżeli zaś umarł, to aby dziedzictwo na jego dzieci przeszło.
Wkrótce potem królowa zeszła z tego świata i z należną czcią pogrzebana została. 127
Gdy król o tej spowiedzi żony swojej usłyszał, srogi żal uczuł z powodu krzywdy, wyrządzonej tak szlachetnemu człowiekowi i rozkazał natychmiast w całej armji i po całym kraju obwołać, że kto mu da najmniejsze uwiadomienie o grabi lub o jego dzieciach, sowitą nagrodą obdarzony zostanie, bowiem jak to królowa na łożu śmierci wyznała, Gualtieri nie winien jest występku, za który na wygnanie skazany został. Król postanowił zatem do pierwotnego go stanu przywrócić. Grabia, służący za prostego masztalerza, usłyszawszy o obwieszczeniu, udał się zaraz do Giachetta i poprosił go, aby z nim razem do Perotta się udał, chce im bowiem pokazać to, czego król szuka.
Gdy się zeszli we trzech, grabia, który już pragnął prawdziwe imię swe odkryć, rzekł:
— Perotto, przytomny tutaj Giachetto pojął za żonę twoją siostrę, aczkolwiek żadnego wiana nie miała. Aby jednak siostra twoja nie była bez wiana, pragnę, by on, a nie kto inny, otrzymał tę znaczną nagrodę, jaką król obiecał za otrzymane o tobie wieści. Niechaj oznajmi, że jesteś synem grabiego Antwerpji, że jego żoną jest twoja siostra, Violanta i że ja wreszcie jestem waszym ojcem, grabią Antwerpji. Perotto, usłyszawszy to i bacznie na starca spojrzawszy, poznał w nim swego rodzica. Rzucił mu się do nóg z płaczem, a potem objąwszy go, rzekł:
— Niech będzie po tysiąc razy błogosławiona ta chwila, w której powróciłeś do nas, mój ojcze!
Giachetto, na słowa grabi i na postępek Perotta, tak osłupiał, że w pierwszej chwili nie wiedział, co mu uczynić należy. Jednakoż nie wątpiąc, że wszystko jest prawdą rzetelną, zawstydził się za swe słowa niesprawiedliwe, z jakiemi nieraz do swego masztalerza się obracał, i padł mu również ze łzami do stóp, błagając go o przebaczenie za wszelkie urazy.
Grabia, podniósłszy go, dobrotliwie mu wybaczył. Długo we trzech gawędzili, ze łzami przeszłość wspominając i z teraźniejszego szczęścia się ciesząc. Giachetto i Perotto pragnęli, aby grabia zaraz w stosowne szaty się przebrał, ale Gualtieri żadną miarą na to przystać nie chciał. Domagał się, aby Giachetto pierwej obiecaną nagrodę otrzymał i aby zaprowadził go przed króla w tem samem nędznem odzieniu, dla tem większego zawstydzenia wTładcy. Giachetto w towarzystwie grabi i Perotta stanął przed obliczem króla i oznajmił, że przedstawi mu grabiego i jego syna, jeśli tylko nagroda naznaczona go nie minie. Król natychmiast kazał przynieść podarki, których świetność zdumieniem obecnych przejęła i polecił wręczyć mu je, gdy tylko upragnionej wiadomości u 128 dzieli. Wówczas Giachetto obrócił się i wysunąwszy przed króla swego masztalerza i Perotta, rzekł:
— Oto, Wasza Królewska Mość, ojciec i syn; cóiki, która jest moją małżonką niemasz tutaj, ale jeśli Bóg pozwoli i ją wkrótce obaczycie.
Król, słowa te usłyszawszy, spojrzał na Gualtieri, a chocia ten wielce się zmienił, przecie poznał go wreszcie. Ze łzami w oczach podniósł grabiego z klęczek, ucałował go i uściskał, Perotta zasię z równą łaskawością przyjął.
Później rozkazał, aby grabiemu dano przystojne szaty, zbroję, rumaka i poczet sług. Rozkaz ten w mgnieniu oka wypełniono. Krom tego wiele uprzejmości Giachetto okazał i wypytał się go o całą jego przeszłość.
Gdy Giachetto otrzymał podarki, grabia rzekł:
— Weź te dary od szczodrego króla naszego i nie zapomnij rzec swemu ojcu, że dzieci twoje, moje i jego wnuczęta, nie pochodzą ze strony matki od żebraków i włóczęgów.
Giachetto wezwał do Paryża żonę swoją i matkę. Przybyła tam takoż żona Perotta. Dłuższy czas przebywali w Paryżu, ciesząc się ze swego szczęścia razem z grabią, którego król do dawnych majętności przywrócił i do znaczniejszych jeszcze godności, niż dawniej, go podniósł.
Później wszyscy do domów swoich powrócili. Grabia żył w Paryżu, aż do dnia swojej śmierci powszechną czcią otoczony.
OPOWIEŚĆ IX
Nieszczęśc ia poczciwej białogłowy
Bernabo z Genui przez Ambriogiuola oszukany, traci fortunę i rozkazuje zabić niewinną żonę swoją. Ta salwuje się ucieczką i przebrana za mężczyznę służy u sułtana. Znajduje wreszcie oszusta i Barnaba do Aleksandrji sprowadza, gdzie Ambrogiuolo stosowną karę ponosi, a potem wraz z mężem, ubiór kobiecy przybrawszy, do Genui powraca
Skoro Eliza tę wzruszającą opowieścią z obowiązku swego się wywiązała, podniosła się królowa Filomena, piękna i słusznego wzrostu białogłowa, mająca w rysach oblicza osobliwego wdzięku wyraz i po chwili milczenia, rzekła wesołym głosem:
— Należy przestrzegać umowy z Dioneo; tylko my dwoje mamy jeszcze opowiadać. Najpierw ja swoją historję opowiem, a Dioneo niech na koniec swoją ostawi. Sam o to bowiem, jak o szczególną łaskę, prosił.
Nieraz lud powtarza to przysłowie, ie kto pod kim dołki kopie, sam w nie wpada. Trudnoby było dowieść, że te słowa są prawdą rzetelną, gdyby nie potwierdzały jej zdarzenia i przypadki życiowe. Owóż mani możność pokazać wam, miłe damy, że ludzie prawdę powiadają chcę także opowieścią tą nauczyć was ostrożności wobec oszustów.
W pewnej gospodzie w Paryżu zebrało się kilku zamożnych kupców włoskich, przybyłych do tego miasta dla różnych spraw.
Pewnego dnia po wesoło spożytej wieczerzy.gawędzili o tem i o owem. Z jednego przedmiotu rozmowy na drugi przechodząc, jęli wreszcie mówić o swoich żonach, które w domu pozostały. Jeden z nich rzekł: 131
— Nie wiem, wierę, co imoja żona teraz robi, to jeno wiem że, ja, gdy mi wpada w ręce jakaś urodziwa dzieweczka, pozostawiam na stronie miłość, jukę żonie winienem, i używam rozkoszy z tę, która mi ję daje.
— Ja także tak czynię — rzekł drugi. Czy będę, czyli też nie będę myślał nad tem, czy moja żona przyjemności zażywa, czy jej będę ufał. czy też nie, na jedno to wyjdzie, bowiem jeśli zechce i tak jej na wodzy nie utrzymam.
Trzeci był podobnego zdania. Słowem wszyscy przytomni zgodzili się na to, że ich żony nie marnuję po próżnicy pięknej pory, kiedy same w domu pozostaję. Tylko jeden z biesiadników, Bernabo Zomellin z Genui, inaczej twierdził, zaręczajęc, że z łaski boskiej ma żonę, uraczonę wszystkiemi zaletami, jakie nie tylko białogłowie, ale i rycerzowi albo giermkowi przystoję. Drugiej takiej białogłowy w całych Włoszech nie znaleźć!
Nie tylko bowiem młoda jest jeszcze, piękna, silna i zręczna, ale i bie-glejsza we wszystkich robotach białogłowskich, jak w wyszywaniu jedwabiem i innych zajęciach, od wszystkich swoich towarzyszek. Twierdził przytem, że żaden giermek ani inny sługa lepiej od niej przy stole nie usłuży, jest bowiem wielce obyczajnę, przezorną i roztropnę. Wychwalał w niej takie i to, że umie konia dosiadać i sokoła pięknie trzymać; pisać i czytać zasię potrafi lepiej niż niejeden kupiec. Po złożeniu jej tych pochwał, powrócił do przedmiotu poprzedniej rozmowy i przysięgł, że niemasz bardziej cnotliwej i obyczajniej-szej od niej białogłowy. Później dodał, że jest upewniony, iż gdyby nawet przez dziesięć lat albo i dłużej poza domem przebywał, ona nigdyby sobie na żadne plugastwo z obcym mężczyznę nie pozwoliła.
Pośród biesiadników znajdował się także młody kupiec, zw’any Ambrogiuolo, który, usłyszawszy ostatnią pochwałę, jakę Zomellino żonie swej oddał, wybuchnął głośnym śmiechem i drwięco go zapytał, zali od cesarza otrzymał ten przywilej, którym na świecie nikt krom niego, cieszyć eię nie może. Na to Bernabo odparł z niejakiem pomieszaniem, że łaski tej udzielił mu nie cesarz, lecz Bóg, którego moc większa jest jeszcze.
— Nie wętpię, Bernabo — odparł Ambrogiuolo, — że wierzysz w to, co mówisz, jednakoż, według mego mniemania, nie wiele się znasz na prawdzi-wem rzeczy przyrodzeniu. Gdybyś się był bowiem w te sprawy lepiej zagłębił, to nie będęc człekiem głupim, wielebys ważkich spostrzeżeń uczynił, które by ci kazały z większę ostrożnością o tej materji mówić. Abyś zasię nie pomyślał, że my, cośmy tak długo tutaj rozprawiali, jakieś osobne żonki mamy, nie takiej, jak twoja natury i że gadamy tak, nie wiedzęc nic o przyrodzeniu rze czy — chcę pomówić z tobą o tem szczegółowie. Zawżdy się słyszy, że mężczyzna jest najszlachetniejszein ze stworzeń boskich; po nieni zasię zaraz kobieta idzie. Mężczyzna, wedle powszechnego zdania, będąc doskonalszy od białogłowy, winien posiadać więcej charakteru i stałości. Kobiety są bardziej zmienne, jak tego dowodzą różne przykłady, których teraz wyliczać nie będę. Jeżeli zaś mężczyzna, o wiele od kobiety silniejszy, nie może oprzeć się białogłowie, nie tylko wówczas, gdy ona go kusi, ale i wtedy, gdy sam jest kusicielem i gdy czyni wszystko, co w jego mocy leży, aby przedmiotem swych pragnień owładnąć, (wierę, zdarza mu się to nie raz na miesiąc, lecz tysiąc razy na dzień) to, zali 6ądzisz, że kobieta z przyrodzenia swego od mężczyzny słabsza, nie ulegnie prośbom, pochlebstwu, podarkom i stu innym pokusom, do których pomocy przymyka miłujący ją mężczyzna? Nie wierzę, aby wbrew twierdzeniu, twoje przekonanie takie właśnie być miało. Sam rzekłeś przecie, że twoja żona jest kobietą z krwi i ciała, tak jak i inne biołogłowy. Jeśli tak jest, to winna mieć te same pragnienia i równie mało siły, aby się im oprzeć. Choćby i była cnotliwszą od innych, jednak może uczynić to, co inne czynią. Nie trza temu przeczyć tak stanowczo, jak ty. Na to Bernabo odparł:
— Jestem kopcem, a nie filozofem i dlatego odpowiem ci po kupiecku. Wszystko to, o czem mówisz, przydarzyć się może białogłowom głupim, które ani wstydu, ani sumienia nie mają. Kobiety mądre bacznie czci 6wojej strzegą i w większej mają ją cenie, niźli mężczyźni, którzy o nią mało eię troskają. Do takich właśnie białogłów moja żona się zalicza.
— Zaiste — odparł Ambrogiuolo — gdyby za każdem pofolgowaniem swej chuci, wyrastał białogłowie róg na czole, na świadectwo tego co uczyniła, to wówczas zgodziłbym się z tobą, że nie wieleby ich grzeszyło. Nietylko im jednak rogi nie wyrastają, lecz i wszystkie ślady występku giną, gdy tylko kobiety mądrze biorą eię do rzeczy. Wstyd i honoru szwanki powstają tylko wówczas, gdy sprawa jawną eię etaje. Dlatego też czynią wszystko w ukryciu, a tylko głupie o tajemnicę nie dbają. Miej to za pewne, że tylko ta jest nieskalana, której nikt nie zapragnął albo też ta, która pragnąc, wzgardą nakarmiona została. Chocia wszystko to jest prawdą, wynikającą z przyrodzonego rzeczy porządku, przeciebym sądu mego o tem tak twardo nie wyrażał, gdybym sam już wielu kobiet na próbę nie wystawiał. Powiem ci wprost, że gdybym się znalazł w bliskości twojej świętej małżonki, w krótkim czaeie przywiódłbym ją do tego, do czego już eila innych doprowadziłem.
— Wszystkie te epory i dysputy — odparł rozdrażniony Bernabo — tylko 133 czas po próżnicy nam zabierają. Ja będę mówił jedno, ty — drugie i nic z tego nie wyjdzie. Skoro jednak przekonany jesteś, że wszystkie białogłowy są tak ustępliwe i skoro tak eię chełpisz umiejętnością poczynania sobie z niemi, to, ażeby cię wywieść z błędu co do mojej żony, oświadczam, iż dam sobie głowę uciąć, jeśli ci się uda ją do swojej wToli nagiąć. Jeśli zasię porażkę poniesiesz, zadowolnię się tem, że mi zapłacisz tysiąc złotych florenów.
— Bernabo — rzekł Ambrogiuolo, już sporem zapalony — gdy zakład wygram, nic mi po krwi twojej. Jeśli jednak masz ochotę obaczyć dowód prawdziwości twierdzeń moich, to postaw przeciwko memu tysiącowi pięć tysięcy. To przecie mniej, aniżeli warta twoja głowa. Chocia mi żadnego czasu nie oznaczasz, obowiązuję eię pojechać do Genui i w ciągu trzech mieeięcy od dnia wyjazdu z Paryża uwieść twoją żonę. Na dowód, że mi się to udało, przywiozę z sobą jej ulubione przedmioty i tyle okoliczności przytoczę, że nijakiej wątpliwości już nie będziesz mógł żywić. Musisz mi tylko dać przyrzeczenie, że przez te trzy miesiące nie pokażesz się w Genui i że o tej sprawie jednego słowa do żony swej nie napiszesz.
Bernabo zgodził się ochotnie, chocia inni kupcy, w gospodzie przytomni, chcieli do zakładu tego nie dopuścić, przeczuwając, że wielkie zło z tego wyniknąć może. Obaj przeciwnicy tak się zapalili, że wbrew przełożeniom i radom towarzyszy spisali własnoręcznie umowę, co ich wzajemnie obligowała. Gdy umowa już zawarta została, Bernabo pozostał w Paryżu, a Ambrogiuolo, nie tracąc czaeu, nieodwłocznie do Genui się udał. Przebywszy tam kilka dni i zasiągnąwszy języka o obyczajach żony Bernaba i o tem, gdzie przemieszkuje, usłyszał o niej jeszcze więcej dobrego, niż z ust samego męża. Wówczas pojął, że wdał się w trudną sprawę. Jednakże, spotkawszy pewną ubogą kobietę, odwiedzającą często dom żony Bernaba i dobrze od niej widzianą, postanowił nie ustępować z placu.
Przekupił kobietę, ale tylko tego się dobił, że służka zgodziła się wnieść go w skrzyni nie tylko do domu lecz i do sypialnej komnaty cnotliwej damy. Służka uprosiła żonę Bernaba o przechowanie tej skrzyni przez kilka dni, dopóki z rzekomej podróży nie wróci. Skrzynia ostała w komnacie.
Około północy Ambrogiuolo, przekonany, że dama śpi już twardym snem, otworzył wieko wziętemi uprzednio narzędziami i chyłkiem wszedł do komnaty, w której ogarek płonął. Zważył dobrze wielkość komnaty, obrazy, wiszące n* ścianach i różne przedmioty, wbijając sobie w pamięć wszystko, co było godniejsze uwagi. Potem zbliżył się do łoża, a obaczywszy, że dama wraz z małą dzieweczką, którą miała przy sobie, śpi krzepkim snem, ostrożnie odkrył ją całą i ujrzał, że naga równie jest piękna, jak i w ubraniu. Nie mógł jednakoż dostrzec jakiegoś osobnego znaku, krom znamienia pod lewą piersią, otoczonego złotemi włoskami. Później nakrył ją znów ostrożnie, hamując w sobie żądzę, którą rozgorzał na widok jej pięknego ciała. Nie wiele już brakowało, aby legł obok niej, życiem swojem azardując. Nie odważył się jednak uczynić tego, wiedział bowiem, że je9t sroga i nieprzystępna. Większą część nocy na myszkowaniu po komnacie apędził. Z otwartej szafy wziął sakiewkę, pierścionek, kilka pasów i szatkę zwierzchnią i wszystko to w skrzyni swojej umieścił. Później zamknął szczelnie wieko i przebył w skrzyni jeszcze dwie noce, nie wzbudzając najmniejszego podejrzenia w damie.
Trzeciego dnia, zgodnie z ustanowieniem, staruszka powróciła po swoją skrzynię i zaniosła ją tam, skąd ją wzięła. Ambrogiuolo wylazł ze skrzyni i zapłaciwszy kobiecie umówioną sumę, powrócił pośpiesznie do Paryża z zra-bowanemi przedmiotami. Zwołał wszystkich kupców, którzy byli świadkami zakładu i w ich przytomności oznajmił, że zakład wygrał, bowiem dokonał tego, co obiecał. Na dowód, że prawdę gada, opisał najpierw wygląd komnaty i obrazy, w niej się znajdujące, a później pokazał przedmioty, które rzekomo od damy w podarunku otrzymał. Bernabo musiał przyznać, że opis komnaty zupełnie z prawdą się zgadza i że przedstawione przedmioty w istocie własność jego żony stanowiły; zauważył jednak, że Ambrogiuolo mógł się dowiedzieć o wyglądzie komnaty od sług, a takoż w podobny sposób rzeczy te otrzymać. Jeśli zatem innych dowodów nie przedłoży, to jeszcze nie jest rzeczone, aby zakład wygrał. Na to Ambrogiuolo odparł:
— Powinno, dalibóg, ci to wystarczyć, aliści jeśli chcesz więcej się jeszcze dowiedzieć, to ci rzeknę, że pani Ginebra, twoja żona, ma pod lewą piersią dość duże przyrodzone znamię, pokryte sześcioma włoskami.
Słowa te ugodziły, jak nóż, w serce Bernaba. Zmienił się na obliczu i, chocia ani jednego słowa nie pisnął, przecie wszyscy poznali, że Ambrogiuolo prawdę powiedział. Po chwili milczenia, rzekł:
— Prawdą jest wszystko, co Ambrogiuolo powiedział. Ponieważ zakład wygrał, niechaj jutro tutaj się zjawi, aby pieniądze otrzymać.
Nazajutrz Bernabo wypłacił Ambrogiuolo całą należność.
Bernabo, pełen gniewu i złości na żonę, wyjechał z Paryża i do Genui eię udał. Nie dojechał jednak do miasta, lecz, zatrzymawszy eię w jednej ze swych majętności o dwadzieścia mil od grodu, wyprawił tam swego zaufanego 135 sługę z dwoma końmi i listem do żony, w którym donosił o swojem przybyciu i prosił ją, aby wraz ze sługą do niego się udała. Słudze zaś wydał sekretny rozkaz, aby po drodze bez żadnej litości madonnę Ginebrę zamordował, a potem do niego powrócił. Wysłaniec przybył do Genui, wywiązał się z swych zleceń, oddał pismo i został przyjęty z wie)lką radością przez damę, która nazajutrz siadła na koń i razem z sługą wyprawiła się w drogę. Jechali, zabawiając się rozmową o różnych rzeczach i w końcu przybyli do głębokiej, odludnej doliny, otoczonej skałami i drzewami. Sługa, uważając, że jest to miejsce najstosowniejsze do wypełnienia rozkazu swego pana, wydobył sztylet, schwycił damę za rękę i rzekł:
— Polećcie Bogu duszę swoją, pani! Tutaj bowiem umrzeć musicie!
Dama, ujrzawszy sztylet i słowa te usłyszawszy, zawołała, wielce zestra chana:
— Wielki Boże! Powiedz, za co mnie chcesz życia pozbawić? Cóż złego ci uczyniłam?
— Pani — rzekł sługa — nie wyrządziliście mi najmniejszej krzywdy, musieliście jednak srodze obrazić waszego męża, skoro polecił mi on, abym wras na tej drodze bezlitośnie zamordował. Zagroził mi, że jeśli tego nie uczynię, każe mnie powiesić. Wiem przecie, ile mu winienem; nie mogę przeto nie wypełnić jego woli. Bóg widzi, że mi was żal, ale nic innego uczynić mi nie pozostaje.
— Ulitujcie eię nade mną w imię miłości Boga — zawołała dama, płacząc rzewliwie — chcąc dogodzić swemu panu, nie staraj się być zabójcą człowieka, który nic złego ci nie uczynił. Bóg Wszechmocny wie, że przeciw małżonkowi swemu w niczem nie zgrzeszyłam i że ta kara ciężka bez winy mojej na mnie spada. Ale nie mówmy o tem teraz. W twojej mocy leży, jeśli tylko będziesz tego chciał, zadowolnić swego pana, a Bogu i mnie jednocześnie dobro wyświadczyć. Weź moje suknie, daj mi swój kaftan i płaszcz, a potem powróć do swego pana i powiedz mu, żeś mnie zabił. Przysięgam ci na to życie, które mi ocalisz, że oddalę się stąd na zawsze i że o mnie nigdy wieści do tych stron nie dotrą. Sługa, który wcale nie miał chęci zabijać, łatwo dał się zmiękczyć. Wziął od Ginebry szaty, wręczył jej swój kaftan i płaszcz, ostawił jej pieniądze, które przy sobie miała, zaklinając ją kilkakrotnie, aby jaknajprędzej z tych stron się oddaliła. Potem powrócił do swego pana i rzekł mu, że rozkaz jego wypełnił. Sam na własne oczy widział, jak wilki ciało Ginebry rozszarpały. 136
Po niejakim czasie Bernabo powrócił do Genui. Gdy sprawa jawną eię stała, wszyscy go przeklinali i złorzeczyć mu jęli.
Tymczasem pani Ginebra ostała sama ze swem nieszczęściem. Gdy noc nastała, odmieniwszy, jak mogła najlepiej swój pozór, schroniła się do chaty, znajdującej się w pobliżu. Otrzymała tutaj od ipewnej staruszki wszystko, co jej potrzebne było, skróciła kaftan sługi stosownie do swej postaci, z koszuli swojej uczyniła spodnie, ostrzygła włosy i przemieniwszy się tym sposobem w marynarza, skierowała się ku morzu. Na brzegu spotkała przypadkiem pewnego katalońekiego szlachcica, zwanego Encararch, który wysiadł z swego sudna, stojącego na kotwicy w Alba, aby orzeźwić się nieco u źródła. Wstąpiła z nim w rozmowę i zgodziła się doń na służbę, przezwawszy się Sicuranem z Finale. Gdy powrócili na pokład, Encararch dał jej lepsze szatki. Odtąd jęła swemu panu usługiwać z taką starannością, iż ten z nowego sługi wielce zadowolony, osobnym faworem darzyć go począł. Zdarzyło się, że po kilku miesiącach Katalończyk zawinął do portu w Aleksandrji. Przywiózł z sobą kilka rzadkich sokołów, przeznaczonych na podarek dla sułtana. Sułtan, wdzięczny za ten dar, nieraz zapraszał Katolończyka do swojego stołu. Encararchowi towarzyszył zawsze Sicurano, który do stołu usługiwał. Sułtan upodobał go sobie i poprosił Katalończyka, aby mu go odstąpił. Encararch, acz niechętnie, na prośbę tę przystał. Sicurano w krótkim czasie pozyskał łaskę sułtana, nie mniejszą od tej, jaką się u Katalończyka cieszył.
W owych czasach w mieście Acri, podwladnem sułtanowi, odbywał się corocznie jarmark, na który ze wszech stron zjeżdżali się chrześcijańscy i sara-ceńscy kupcy. Dla ich bezpieczeństwa sułtan zwykł był posyłać do Acri, krom wielu urzędników, także i straż zbrojną, pozostającą pod rozkazami zaufanego człeka. Tym razem zamyślił wyprawić do Arei Sicurana, znającego już dobrze język miejscowy. Tak też się i stało. Sicurano przybył do Acri, jako dowódca straży, przeznaczonej dla ochrony towarów i kupców. Sprawując swoje obowiązki starannie i sam nad wszystkiem mając nadzór, spotkał Sicurano wielu kupców z Sycylji, W^enecji, Pizy i z Genui. Wspominając miłą ojczyznę, ochotnie z nimi w dyskursy wstępował.
Pewnego dnia stanął obok kramu kupców weneckich i pośród rozlicznych przedmiotów ujrzał sakiewkę i pas, które kiedyś doń należały. Zadziwił eię wielce, ale nie dawszy po sobie najmniejszej poznaki, zapytał, czyje eą to rzeczy i zali na sprzedaż są tu wystawione? Do Acri przybył właśnie na weneckim statku, wiozącym ładunek różnych towarów, Ambrogiuolo z Piacenzy. 137
Usłyszawszy, że kapitan straży zapytuje, do kogo przedmioty te należą, wystąpił naprzód i rzekł ze śmiechem:
— Rzeczy te są moją własnością i sprzedawać ich nie chcę. Skoro eię jednak wam tak podobały, dam — wam je chętnie w upominku.
Sicurano widząc, że kupiec się śmieje, zatrwożył się na myśl, że to może ktoś z dawnych jego znajomych, jednakże, nie tracąc rezonu, rzekł:
— Śmiejesz się zapewne z tego, że człek wojskowy pyta się o takie szmatki?
Nie, panie — odparł Sicurano — śmieję się jeno, przypominając sobie, jakim sposobem do posiadania tych przedmiotów przyszedłem.
— Powiedz mi więc — rzekł Sicurano — jeśli w tem żadnej tajności niema, jak je zdobyłeś?
— Dała mi je, panie, wraz z innemi przedmiotami pewna piękna białogłowa z Genui, zwana madonna Ginebra, żona Bernaba Zomellin, owej nocy, gdy z nią spałem, prosząc, abym je na pamiątkę zachował.
Śmieję się zaś, wspominając głupotę Bernaba, który wstąpił w zakład ze mną, stawiając pięć tysięcy floienów przeciwko memu tysiącowi, że jego żona nie da mi się do żadnego plugastwa nakłonić. Udało mi się jednak opór jej przełamać, przez co zakład wygrałem. On zasię, miast sam siebie raczej za swoją głupotę ukarać, niż ją za to, co wszystkie kobiety czynią, udał się z Paryża do Genui i, jak słyszałem, zabić ją kazał.
Sicurano, usłyszawszy to, poznał odrazu, jaka była przyczyna gniewu Bernaba, i zrozumiał, że ów człek był powodem wszystkich jego nieszczęść. Postanowił więc zbrodni tej płazem nie puścić i udał, że cała ta historja wielce go ciekawi. W krótkim czasie zawiązał z Ambrogiuolem tak ciasną przyjaźń, że ów za jego radą, gdy się już jarmark skończył, do Aleksandrji się udał. Sicurano pomógł mu zacząć handel, dał mu wiele pieniędzy do ręki, tak iż Ambrogiuolo, widząc znaczne dla siebie korzyści, ochotnie tam się osiedlił. Tymczasem Sicurano, zajęty jedynie myślą przekonania Bernaba o niewinności swojej, nie spoczął, dopóki przy pomocy kilku genueńskich kupców, którzy w Aleksandrji bawili, do tego miasta go nie ściągnął. Bernabo żył wówczas w nędznym stanie.
Sicurano zatroskał się o to, aby pomieścić go w domu pewnego swego przyjaciela, gdzie miał przebywać aż do czasu uskutecznienia się jego zamysłów. Powiódł rzeczy tym trybem, że Ambrogiuolo powtórzył swoją opowieść przed sułtanem, któremu ona wielce do smaku przypadła. Mając jednak Bernaba pod ręką, Sicurano uznał, że nie trza już sprawy w odwlokę podawać; wy brawszy przeto stosowną godzinę, poprosił sułtana, aby w przytomności Barnaby rozkazał Ambrogiuolo opowiedzieć, jak się miała rzecz z żoną Bernaba, która, wedle jego słów, woli jego uległa. Gdyby po dobrej woli wyznać wszystkiego nie chciał, groźbami się go do tego przymusi. Bernabo i Ambrogiuolo stanęli przed sułtanem. Ów spytał Ambrogiuola, jakim sposobem wygrał był od Bernaba pięć tysięcy florenów złotych? Rozmowie tej przytomny był Sicurano, w którym Ambrogiuolo z początku wielkie nadzieje pokładał. Aliści ten zagroził mu najsroższemi katuszami, jeżeli nie zechce wyznać prawdy. Ambrogiuolo zatrwożony i do muru przyparty, mniemając, że w najgorszym razie będzie musiał oddać pięć tysięcy florenów, opowiedział w przytomności Bernaba i innych istotny przebieg zdarzenia.
Gdy opowieść swoją zakończył, Sicurano, jako zastępca sułtana, obrócił się do Bernaby i spytał:
— A ty, naskutek tego oszustwa, co uczyniłeś ze swoją żoną?
— Zaślepiony gniewem z powodu straty pieniędzy i hańby, którą, jak sądziłem, mojemu imieniu wyrządziła, kazałem ją słudze zamordować. Według jego słów, ciało jej wilcy rozszarpały.
Wszystko to rzeczone zostało w przytomności sułtana; sułtan nie pojmował jeszcze, ku czemu Sicurano zmierza, aż wreszcie ów, obróciwszy się doń, rzekł:
— Teraz widzicie, panie mój a władco, jakim to miłośnikiem i jakim mężem ta biedna kobieta szczycić się mogła. Kochanek kłamliwem oskarżeniem obdziera ją ze czci, a jednocześnie do nędzy męża jej przywodzi. Mąż zasię daje więcej wiary oszczerstwu, niźli prawdzie, którą mógł w ciągu długiego pożycia poznać dowodnie. Każe ją zabić i na pastwę wilkom rzucić. Krom tego obaj, kochanek i mąż, tak wielką do niej miłość żywią, że nawet nie poznają jej, chocia znaczny kąs czasu z nią pospołu przebywali. Aby lepiej pojęli, na co każdy z nich zasłużył, przywiodę ją tutaj, Was zaś, panie mój, proszę, abyście dla tej łaskawości, jaką dla mnie żywicie, ukarali tylko winnego, a oszukanemu przebaczyli.
Sułtan, gotów uczynić wszystko, czego Sicurano pragnął, przystał na jego prośbę i rozkazał, aby białogłowa stanęła przed nim, nie mieszkając. Bernabo wielce się zadziwił temu wszystkiemu, był bowiem przekonany, że żona jego oddawna nie żyje, zasię Ambrogiuolo czuł już, że na gorsze się ta 9prawa dla niego obróci i że zło nie skończy się na zapłaceniu pieniędzy. Nie wiedział, w czem nadzieję pokładać i czego obawiać się przy pojawieniu się tej damy, na 139 którą także w osłupienia czekał. Gdy tylko sułtan zgodę swą wyraził, Sicuran o upadł przed nim z płaczem na kolana, przestał mówić męskim głosem i cały męski pozór ostawiwszy, rzekł:
— Sprawiedliwy panie, jam jest ową nieszczęsną Ginebrą, która przez sześć lat za męża przebrana, błąkała się po świecie, będąc kłamliwie i haniebnie spotwarzona przez tego złodzieja — jam jest tą samą, co ją okrutny mąi zabić kazał.
Rzekłszy te słowa, rozerwała na sobie szaty, aby pokazać pierś na dowód, że istotnie jest białogłową. Potem, obróciwszy się do Ambrogiuola, spytała go gniewnie, kiedy z nią łoże dzielił? Ambrogiuolo, poznawszy ją, onieimiał i jednego słowa przemówić nie był zdolen. Sułtan, który do tych pór miał Si-curana za mężczyznę, tak się zadziwił, iż mniemał, że wszystko to we śnie się przydarzyło. Aliści, gdy zadziwienie minęło, a prawda na jaw dowodnie wystąpiła, jął wysławiać cnoty, obyczaje i wytrwałość Ginebry. Później kazał przynieść szatki białogłowskie, dał Ginebrze orszak sług i przebaczył Bernabie, przychylając się do jej prośby.
Bernabo, poznawszy żonę swoją, rzucił się do jej nóg z płaczem i prosił ją o przebaczenie; chocia go i godzien nie był, przecie Ginebra odpuściła mu winy; potem podniosła go i czule, jak na żonę przystało, uściskała.
Sułtan rozkazał, aby Ambrogiuola przywiązano do słupa, stojącego na miejscu podwyższonem, wysmarowano go miodem i tak zostawiono na słonecznej spiekocie, dopóki nie zemrze. Tak też uczyniono. Majątek zaś Ambrogiuola, wynoszący dziesięć tysięcy dukatów, podarował sułtan Ginebrze. Następnie wydał wspaniałą ucztę, w czasie której wielką estymę okazywał pani Ginebrze, jako najcnotliwszych białogłów wzorowi. Potem obdarzył ją klejnotami, zło-temi i srebrnemi sprzętami i pieniędzmi, tak iż Ginebra zbogaciła się o drugie dziesięć tysięcy podwójnych dukatów. Sułtan przykazał także przygotować okręt i dał małżonkom zezwolenie na powrót do Genui. Wrócili szczęśliwi i bogaci do swego kraju, gdzie panią Ginebrę z wielką czcią i radością przywitano, wynosząc później w ciągu całego jej życia jej przymioty i cnoty osobne.
Ambrogiuolo tegoż dnia, gdy go do pala przywiązano i wysmarowano miodem, pokąsany od os, bąków, much i komarów, których w tym kraju wielka obfitość była, wśród niewymownych katuszy żywota dokonał. Jego bielejące kości, przy palu wiszące, długo jeszcze tam tkwiły, przypominając wszystkim o jego plugawym postępku. Sprawdziło się na nim tedy przysłowie: „Kto pod kim dołki kopie, sam w nie wpada“. 140
OPOWIEŚĆ X
K ale n darz starych mężów
Paganino z Monaco posyła żonę panu Ricciardo da Chinzica, który, wiedząc, gdzie jego żona przebywa, udaje się tam i prosi Paganina, aby mu ją oddal, zgodnie z jej wolą. Bartolomea jednakoż powracać doń nie chce i po śmierci
Ricciarda poślubia Paganina
Opowieść królowej, która powszechne pochwały wywołała, szczególnie podobała się Dioneo, ostatniemu z koinpanji, co tego dnia opowiadać miała. Dioneo zaczął na ten kształt.
— Dostojne damy, w noweli królowej zawierał się pewien szczegół, który mnie k‘temu pobudził, abym zaniechał historji, którą wam opowiedzieć chciałem. Miast niej, zapoznam was z inną opowieścią. Powodem jest mi głupota Bemaby (która na szczęście wielkiego zła nań nie sprowadziła) jako i innych mężów, co sobie do głowy wbili, że ich żony, w domu pozostałe, siedzą, jak trusie, z założonemi rękami, podczas gdy oni włóczą się po świecie i cieszą się wdziękami to tej, to tamtej białogłowy, tak jakby wzrośli i wychowani pośród tego niewieściego pogłowia, nie wiedzieli, do czego ono jest zdolne. W opowieści swojej chcę wam pokazać głupotę tych, którzy mniemają, że są silniejsi od przyrodzenia. Czynią oni różne próby, chcąc przekonać samych siebie, że mogą dokazać więcej, niźli ich siły na to pozwalają.
Żył w Pizie pewien sędzia, zwany Rieciardem di Chinzica. Był to człek daleko więcej rozumem celujący, niźli siłą fizyczną. Ów, mniemając, że temi samemi staraniami, jakie do dział swych przykładał, żonę ukontentuje, jął szu 141 kać pilnie małżonki, w którejby się młodość z pięknością łączyła. Gdyby był w stanie udzielić samemu sobie takiej rady, jaką nieraz drugim służył, właśnie takiej żony unikaćby był winien, jak ognia. Dzieło wkrótce uskutecznione zostało, bowiem niejaki Lotto Gualandi dał mu za żonę swoją córkę, imieniem Bartolomea. Była to jedna z najurodziwszych i najwdzięczniejszych panienek w Pizie, gdzie niemało się ich znajduje, zwinnych i ruchliwych, jak jaszczurki.
Sędzia pojął ją nader uroczyście za żonę i wspaniałe wesele wyprawił. Jednakoż w noc poślubną postarbnął się, chcąc dopełnić małżeńskiej powinności, i ledwie zdołał jeden raz dokonać tego, co z trudem zaczął. Nazajutrz rano dla poratowania upadłych sił musiał się uciec do małmazji, kordjałów i innych środków, coby go do życia przywrócić były zdolne.
Wówczas to pan sędzia jął eię po raz pierwszy dobrze nad swojemi siłami zastanawiać i obliczać je ściślej, niż wprzódy. Uczyniwszy rachunek, postanowił nauczyć żonę swoją kalendarza, dobrego dla dzieci, co się gramatyki uczą (można mniemać, że kalendarze takie tylko w Ravennie się drukują). Według jego wywodów, nie było takiego dnia, na któryby nie tylko jedno ale i kilka świąt nie przypadało. Dla ich należytego uczczenia, żony i mężowie winni się wstrzymywać od folgowania swym cielesnym chuciom. Do tych świąt przydał jeszcze dni postu, wigilje, dni Apostołów i innych świętych, piątki i soboty, niedzielę, jako dzień Zbawiciela, a takoż niektóre odmiany księżyca i sdła innych wyjątków. Mniemał widocznie, że robotę w łożnicy małżeńskiej można podawać w taką odwłokę, jak różne sprawy w sądzie. Tym sposobem, ku wielkiemu zmartwieniu żony, którą zaledwie raz (albo i wcale) na miesiąc dojeżdżał, rzemiosłem mężowskim się parał; trzymał przytem żonę pod ścisłym dozorem, aby ktoś inny nie zapoznał jej z dniami roboczemi, tak jak on ze świątecznemi.
Pewnego dnia, w czasie upalnego lata, messer Ricciardo zapragnął udać się w towarzystwie żony do swej pięknej posiadłości, znajdującej się w pobliżu Monte Nero, aby tam wczasu zażyć i świeżein powietrzem odetchnąć. Chcąc żonie rozrywkę zgotować, urządził połów ryb. W jednej łódce pomieścił się wraz z rybakami, do drugiej wsadził żonę pospołu z innemi białogłowami. W krotce, sami nie wiedząc jak i kiedy, kilka mil od brzegu odpłynęli i na peł-nem się znaleźli morzu. Gdy tak na połów ryb uważali, nagle nadpłynął korab Paganina da Mare, słynnego podówczas korsarza. Ujrzawszy barki, korsarz skierował się ku nim; łodzie jęły uciekać, ale Paganino dopadł tej z nich, na której znajdowały się białogłowy. Ujrzawszy piękną Bartolomeę, pomyślał, że 142 ta zdobycz wystarczająca dlań będzie. Pochwycił niewiastę w oczach Ricciarda, który już się do brzegu przebrał, przeniósł ją na swoją galerę i apieazno odpłynął.
Nie trza opowiadać, jak się strapił na ten widok pan sędzia, który był takim zazdrośnikiem, że nawet powietrza się obawiał. Jął się żalić w Pizie i powszędy na złodziejów, ale jakoże nie wiedział, jak się zwał ów korsarz, co jego żonę pochwycił i w nieznane miejsce zawiózł, tedy te żale na nic się nie przydały. Paganino tymczasem, ciesząc się ze swej zdobyczy, wielce był ukontentowany. Żyjąc w stanie bezżennym, postanowił urodziwą białogłowę przy sobie zatrzymać. Gdy Bartolomea gorzko płakała, pocieszał ją, jak mógł. Za nadejściem nocy uciekał się do innego, skuteczniejszego środka i starał się ją pocieszać czynami, ponieważ, jak mu się zdało, słowa niewielki skutek odniosły. Kalendarz mu się gdzieś zapodział, tak iż święta wypadły mu z pamięci.
Tym sposobem tyle jej dodał otuchy, że nim przybyli do Monaco, Bartolomea, zapomniawszy całkiem o sędzi i jego przepisach, najweselszy z Paga-ninem żywot rozpoczęła. Zawiózłszy ją do Monaco, korsarz nietylko jej nie-skąpił uciech w dniu i w nocy, ale, krom tego, okazywał jej względy, jako prawej małżonce. Po pewnym czasie do sędziego Ricciarda dotarły wieści, gdzie jego żona przebywa. Nie mając nadziei na niczyją pomoc, postanowił sam udać się po Bartolomeę i wykupić ją z tej niewoli, choćby to i znaczną sumę pieniędzy kosztować miało. Wsiadł tedy na okręt, do Monaco przybył i tam żonę swoją ujrzał. Bartolomea opowiedziała korsarzowi o przybyciu męża i zwierzyła mu się z swoich zamysłów. Następnego rana messer Ricciardo, spotkaw-szy Paganina, zawiązał z nim znajomość i o względy jego zabiegać począł. Korsarz udawał, że nie wie, kim jest Ricciardo i czekał, co tamten przedsię-weźmie. Wybrawszy wreszcie chwilę sposobną, Ricciardo w pokornych i grzecznych słowach przedstawił korsarzowi przyczynę, dla której tu przybył i prosił go, aby wydał mu żonę za okupem, jaki sam naznaczyć zechce.
Paganino odparł z uśmiechem:
— Pozwólcie najpierw, panie, abym was w tym kraju powitał. Prawdą jest, że mam młodą białogłowę u siebie, nie wiem jednak, czy jest ona waszą żoną, czy też innego człeka, ponieważ was nie znam, ją zasie znam dopiero od tego ezasu, jak w moim domu przebywać zaczęła. Jeżeli jednak w istocie jej mężem jesteście, to zaprowadzę was do niej i nie wątpię, że was łatwie pozna. Skoro zaś ona potwierdzi to, co od was słyszałem, i wyrazi gotowość powrotu do was, ja przez wzgląd na poczciwość waszą, poprzestanę na okupie, jaki sami 143 za słusany uznacie. Gdyby się jednak przeciwnie okazało, popełnilibyście rzecz plugawą, pragnąc mi ją odjąć. Jestem młodzieńcem i mam prawo, jak każdy inny, cieszyć się białogłową, zwłaszcza taką, jak ta, co jest najmilszą istotą, jaką kiedykolwiek widziałem.
— Przysięgam wam, że jest to moja żona — odparł Ricciardo. — — Zawiedźcie mnie do niej, a obaczycie, że gdy tylko mnie ujrzy, na szyję mi się rzuci. Jeszcze raz was proszę, abyście postąpili tak, jakeście przed chwilą powiedzieli.
— Chodźmy zatem — rzekł Paganino.
Rzekłszy te słowa, poprowadził sędziego do swego domu i wwiódł go do komnaty, dokąd zaraz Bartolomeę przywołać kazał. Bartolomea, okazale przybrana, wyszła nie mieszkając, i przywitała pana Ricciarda tak, jakby był on obcym człowiekiem. Sędzia, który myślał, że żona przyjmie go z wielką radością, osłupiał na to powitanie i pomyślał, że smutek i troska, trapiące go od chwili, gdy ją był utracił, tak jego pozór odmieniły, że żona teraz poznać go nie może.
Dlatego też rzekł:
— Drogo mnie kosztował, miła żono, ten połów iryb. Utraciwszy ciebie, takiej boleści doznałem, że, wierę, nikt chyba podobnej na świecie nie odczuwał. Widocznie nie poznałaś mnie, skoro mnie tak chłodno przyjmujesz. Zali nie widzisz, że jestem twoim Ricciardem, który tu przybył, aby zapłacić panu tego domu taki okup, jakiego sam zażąda, a potem z sobą cię zabrać. Dzięki poczciwości pana Paganina, mam zapłacić tyle, ile sam będę chciał.
— Zali do mnie się z tą mową obracacie, WPanie? — spytała dama z uśmiechem. — Widać bierzecie mnie za kogoś innego, bowiem ja przypomnieć «obie nie mogę, abym was kiedykolwiek widziała.
— Bacz na to, co mówisz — rzekł Ricciardo. — Spójrz na mnie uważniej, a poznasz, że jestem twoim Ricciardem di Chinzica.
— Wybaczcie mi, panie — odparła Bartolomea — aliści nie jest zbyt przystojną dla mnie rzeczą przypatrywać się wam uporczywie. Zresztą dość się wam już przyjrzałam, aby jeszcze raz stwierdzić, że was nigdy nie widziałam.
Wówczas messer Ricciardo pomyślał, że Bartolomea, bojąc się Paganina, nie chce się przyznać do męża wr jego przytomności. Dlatego też, obróciwszy się do Paganina, prosił go, jako o łaskę osobną, o możność pomówienia z Bar-tolomeą w cztery oczy. Paganino przystał na tę prośbę ale pod warunkiem, że sędzia nie odważy eię pocałować damy wbrew jej woli. Potem polecił Bar-tolomei udać się z Ricciardem do przyległej komnaty, wysłuchać, co jej powie 144 i dać mu respons bez nijakiego przymusu. Gdy messer Ricciardo i pani Bartolomea w pustej komnacie na karłach usiedli, Riociardo na ten kształt zaczął:
— Serce moje, duszo moja, moja nadziejo i radości, zaliż nie poznajesz Iwego Ricciarda, który miłuje cię bardziej, niżli samego siebie? Czyż to być może? Takżem się odmienił? Spojrzyj na mnie, moje oczko najcudniejsze, błagam cię ze wszystkich sił moich!
Bartolomea głośno się zaśmiała i. nie pozwalając mówić mu dalej, rizeikła:
— Możecie być pewni, że nie mam tak słabej pamięci, abym was, mego męża, pana Ricciarda di Chinzica, poznać nie miała. Jednakoż i wy w czasie, gdy żyłam z wami, pokazaliście, że całkiem niedostatecznie mnie znacie. Gdybyście byli w samej rzeczy człekiem tak mądrym, za jakiego uchodzić pragniecie, to spostrzeglibyście niechybnie, że młoda, dziarska i świeża białogłowa, krom odzieży i pożywienia potrzebuje jeszcze czegoś, o czem kobiety dla wsty-dliwości swej przyrodzonej niechętnie mówią. Sami wiecie, jakeście te pragnienia zaspakajali. Jeśli wam milsze było zgłębianie praw, niźli żona, nie trzeba się było żenić. Wierę, nie sędzią mi się być zdaliście, ale chodzącym kalendarzem, wymieniającym na pamięć posty, święta, uroczystości i wigilje.
Powiem wam takoż, że gdybyście pachołkom, co na polach w waszych majętnościach pracują, tyle świąt naznaczali, ile temu, co nad uprawą mojej maluchnej niwy miał się trudzić, nie zebralibyście ani jednego ziarna. Ale Bóg zlitował się nad moją młodością i zesłał mi człowieka, z którym w tym domu żywię. Nie znamy żadnych świąt (mówię o tych świętach, któreście wy, zdatniejsi do służby bożej, niż do służby u kobiet, obchodzili), przez próg tego domu nie przeszedł nigdy piątek, ani sobota, wigilja, ani post wielki, co trwa niezmiernie długo. Vi dzień i w nocy się tu pracuje i grempluje wełnę. A owóż i dzisiejszej nocy, nim na jutrznię zadzwoniono, już nie raz imaliśmy się dzieła! Dlatego też umyśliłam u Paganina pozostać i z nim razem się trudzić, póki moja młodość trwać będzie. Święta, posty i odpusty odłożę sobie na starość. ^ y za* jedźcie z Bogiem do domu i święćcie beze mnie dowoli tyle świąt, ile się wam podoba.
Messer Ricciairdo, słowa te usłyszawszy, niezmierną boleść poczuł. Gdy Bartolomea umilkła, rzekł:
— Ach, duszo moja, jakież słowa straszne z ust twoich słyszę? Nie maszże najmniejszego względu na cześć swoją i cześć swoich rodziców? Przekładasz żyć w grzechu śmiertelnym z tym człekiem, jako jego miłośnica, niźli jako moja żona w domu naszym w Pizie przebywać? Przecie on, gdy się tobą przesyci, 145 za drzwi cię wygoni, ku twej sromocie, a hańbie, tam zasię będziesz mi zawsze miła, sprawując władzę w domu moim, choćby i wbrew mojej woli. Zali dla tak plugawej i niepomiarkowanej żądzy chcesz mieć w pogardzie cześć swoją i odepchnąć mnie, co cię nad życie kocham? Nie mów tego, nadziejo moja, i wracaj do mnie! Ślubuję ci, że teraz, gdy już pragnień twoich świadomy jestem, będę się starał w miarę sił je zaspokoić.
— O cześć moją — odparła Bartolomea — sama będę miała staranie; niech nikt się o nią nie troska, zwłaszcza, że już i tak zbyt późno na to. Rodzice moi winni byli pomyśleć o niej, gdy mnie wam za żonę dawali, skoro jednak 0 nią wówczas nie dbali, tedy i ja dzisiaj o nich dbać nie chcę. Grzech śmiertelny, w którym żyję, już się na powszedni przemienił; zresztą nie wasza to rzecz. Zdawa mi eię, że w Pizie byłam waszą nałożnicą, teraz zasię jestem małżonką Paganina. Wówczas nasze planety pośród odmian księżyca i geometrycznych obliczeń rzadko schodziły się z sobą, dzisiaj natomiast Paganino nie wypuszcza mnie z objęć przez noc całą. Ściska mnie, obłapia ciasno, gryzie 1 kąsa i tak dojeżdża, jak to tylko jest Bogu wiadome. Ślubujecie, że na przyszłość starać i wysilać się będziecie. Jakimże to sposobem i poco? Aby jednego czynu dopełnić z trzema przerwami, w czasie których dębczak mógłby znowu się podnieść? Widać dziarskim jeźdźcem się staliście w czasie nieobecności mojej.
Idźcie z Bogiem i starajcie się żyć jaknajdłużej; zdaje mi się, że już ledwie na tym świecie przebywacie, tak bowiem nędzny i mizerny macie pozór. Powiem wam takoż, że jeśli nawet Paganino mnie rzuci (do czego, jak mi się zdaje, wcale chęci nie ma) to i tak do was nie powrócę, wiem bowiem, że choćbym was nie wiem i jak cisnęła, ani krztyny soku z siebie nie puścicie. Raz już na moje nieszczęście dobra tego spróbowałam i tak mam go dosyć, że w razie potrzeby, gdzieindziej sobie schronienia poszukam. Jeszcze raz wam powtarzam, że pozostanę w tym domu, gdzie niema wigilij ni świąt. Wy zaś ruszajcie stąd coprędzej, bo zacznę krzyczyć, że mi gwałt zadać chcecie.
Messer Ricciardo pojął, że nic nie wskóra, zrozumiał takoż w tej chwili, jakie głupstwo uczynił, poślubiając młodą białogłowę. Ciężko strapiony wyszedł z komnaty i obrócił się jeszcze z mową do Paganina, z której jednakoż także nic nie wyszło. Później, ostawiwszy żonę, do Pizy powrócił. Tutaj z nadmiernej boleści szwank wielki na umyśle poniósł. Włóczył się całe dni po mieście, a gdy go ktoś pozdrowił, albo o coś zapytał, odpowiadał jeno: „Zła to dziura, co świąt nie chce“. Wkrótce potem zszedł z tego świata. Na wieść o tem Paganino, świadomy dobrze afektu, jaki dlań Bairtolomea żywiła, pojął 146 ją za żonę. Nie zachowując świąt wigilij i poetów, pracowali usilnie, póki im sił stało.
Opowieść ta wywołała taki śmiech u wszystkich przytomnych, że nie było nikogo, kogoby szczęki nie zabolały. Wszystkie damy przyznały, że Dioneo miał słuszność, zowiąc Bernaba głupcem. Gdy opowieść już skończona została, a śmiech umilkł, królowa, zauważywszy, że pora jest już późna, oznajmiła, iż koniec jej władzy nastał. Nie chybiając zatem ustanowionej kolei, podniosła się, zdjęła wieniec i kładąc go na głowę Neinfile, z wesołym uśmiechem rzekła:
— Od tej chwili władza nad naszym małym ludem w twoje ręce przechodzi, miła przyjaciółko!
Neinfile, przyjmując nadaną sobie godność, zarumieniła się niby róża, która w kwietniu czy w maju o świcie kraśnemi barwy goreje. Siedziała ze spusz-czonemi oczyma, błyszczącemi, niby gwiazdy. Gdy jednakże ucichł przyjazny gwar, który przytomni na pochwałę nowej królowej podnieśli, Neinfile rozpierzchłe myśli nieco zebrała, usiadła wyżej niż zwyczajnie i rzekła:
— Skoro już jestem królową, pragnę przede wszystkiem potwierdzić wszystkie prawa, którym posłuszni byliście. Później w krótkich słowach powiem wam, co zamyśliłam i co z a waszą zgodą wypełnić będziemy mogli. Jutro, jak wiecie, jest piątek, a potem sobota: dni, przykre nieco dla wielu, z powodu potraw postnych, chocia piątek, jako dzień, w którym cierpiał Ten, co za nas śmierć poniósł, godny jest osobliwego uczczenia. W soboty jest w obyczaju u białogłów myć głowy, aby ochędożyć je z pyłu i prochu, który się na nich przez cały tydzień nagromadzał. Wielu także zwykło w dniu tym na cześć Niepokalanej Dziewicy Marji post zachowywać i wstrzymywać się od wszelkich trudów, ze względu na nadchodzącą niedzielę. Mniemam, że w tym dniu zwyczajnego trybu naszego życia wyrzec się musimy i że od opowieści się wstrzymamy. Ostajemy już w tem miejscu od czterech dni, jeżeli więc uniknąć chcemy, aby nas jacyś nowi przybysze tu nie zaskoczyli, należy nam miejsce pobytu zmienić i przenieść się gdzieindziej; o takiem miejscu już pomyślałam. Zejdziemy się tam w niedzielę, po drzemce dziennej. Każdy z was zdoła do tego czasu przypomnieć Bobie i obmysleć opowieść swoją. Dobrzeby było ścieśnić jeszcze swobodę w wyborze przedmiotu opowieści tak, aby one wszystkie tyczyły się jakie-gobądź jednego przypadku fortuny.
Chciałabym, abyśmy na ten raz wybrali jako materję opowieści przypadki tych, którzy swoim sprytem osięgnęli rzecz pożądaną lub też utraconą 147 odzyskali. Niechaj zatem każdy obmyśli jakąś wesołą i pożyteczną dla całej kompanji opowieść, krom Dionca, którego przywilej zachowuję w mocy. Wszyscy przyklasnęli pomysłowi królowej i przyrzekli, że się do jej woli stosować będą. Królowa, przywoławszy marszałka dworu, wskazała mu gdzie ma 6toły wieczorem zastawić, a takoż oznajmiła mu, co ma czynić w czasie jej panowania. Później podniosła się wraz z całem towarzystwem i pozwoliła każdemu wedle swej woli przyjemności zażywać.
Młodzieńcy i damy udali się do sadu, przechadzali się tam długo, a gdy godzina wieczerzy nadeszła, wesoło do stołów zasiedli. Po posiłku Emil ja, zgodnie z rozkazem królowej, zawiodła taniec, a Pampinea, przy wtórze wszystkich przytomnych, taką pieśń zaśpiewała:
Któż jeśli nie ja w wdzięcznej pieśni mojej Radością natchnie i szczęściem upoi?
Przyjdź więc Amorze, ty, w którym się mieści Wesela mego i szczęścia przyczyna;
Przyjdź, wspólne zacznijmy pienie,
Lecz nie o smutkach, ani o boleści, (Choć ona przyszłe wesele poczyna)
Ale o ogniu, w którym nieskończenie Płonąc, wciąż jedno odczuwam pragnienie,
By sławić ciebie, władco mój jedyny!
Przed oczy moje przywiodłaś miłości,
Kiedy już ogień jął trawić mą duszę,
Kochanka w rozkwicie lat,
Który w swem męstwie, cnotach i piękności Równego nigdy nie znajdzie! Więc muszę Dla niego ludzi shołdować i świat.
Jednakże miłość moja nie chce zdrad Z tobą, Amorze, władco mój jedyny!
Z rąk twoich wzięłam wyższą rozkosz jeszcze.
Wzajemność jego, afekt równej siły.
Twa to zasługa, Amorze! 148
Szczęsna, że ziemskie sny mi się spełniły,
Jedną nadzieją teraz duszę pieszczę,
Że śmierć miłości nie zmoże, 1 że Ty kiedyś zwołisz dobry Boże,
Abyśmy w niebie kochali się wiecznie!
Później inne jeszcze pieśni śpiewali, tańczyli różne tańce i na różnych instrumentach grali. Wreszcie nadeszła pora spoczynku. Wszyscy przy blasku pochodni do komnat swoich się rozeszli. W ciągu dwóch dni następnych, będąc zabawni wypełnianiem poleceń królowej, z wielką niecierpliwością niedzieli oczekiwali.
Kończy się drugi dzień Dekamerona i zaczyna trzeci, w którym pod przewodnictwem Neinfile mówi się o tych, co przyrodzonym swym sprytem osiągają rzecz pożądaną lub utraconą odzyskują
Już zorza zmieniła purpurę swoją na złoto, gdy królowa, podniósłszy się z pościeli, całe towarzystwo obudzić kazała. Marszałek dworu wysłał był już przedtem wszystkie potrzebne rzeczy na nowe miejsce pobytu, chcąc przygotować wszystko na przybycie gości. Ujrzawszy, że królowa już do drogi się zbiera, rozkazał resztę sprzętów zabrać i pociągnął ze służbą w ślad za damami i młodzieńcami. Królowa szła na przodzie wolnym krokiem, w otoczeniu dam i trzech kawalerów, wśród śpiewu dwudziestu słowików i innych ptasząt, mało uczęszczaną ścieżyną, porosłą trawą i kwiatami, które już do słońca otwierały kielichy swoje. Droga wiodła na zachód; towarzystwo szło, gwarząc wesoło, przekomarzając się z sobą i wesoło się śmiejąc. Ledwie dwa tysiące kroków uszli, gdy królowa, około trzeciej godziny, ukazała im piękny i bogaty pałac, wznoszący się na pagórku, otoczonym ze wszystkich stron doliną. W szyscy weszli do wnętrza, rozejrzeli się po ozdobnych komnatach, które do v. czasu nęcić się zdawały i jęli wychwalać właściciela tej posiadłości, co zbytek i wspaniałość z wygodą łączyła. Później, zszedłszy na dół, obejrzeli obszerny i cienisty podwórzec, piwnice pełne win wyśmienitych, fontanny, świeżą wodą tryskające i jeszcze goręcej wszystko zachwalili. Wreszcie srodze zmęczeni zasiedli na ganku, który nad dziedzińcem się wznosił. Ganek był umajony kwiatami i zielonemi gałęziami. Wnet też zjawił się marszałek i ugościł ich winem 149 i słodyczami. Poczem udali się wszyscy do ogrodu, otoczonego ze wszystkich stron murem. Z początku zachwycali się ogólnym widokiem sadu, a później wszystkie jego urocze zakątki zważali. Wkrąg, w różnych kierunkach biegły aleje, proste jak strzały i ocienione winną latoroślą, która na ten rok wielką gron obfitość obiecywała. Winograd był wówczas w rozkwicie i woń jego, zlewająca się z zapachem innych kwiatów, przypominała wszystkie pachnidła Wschodu. Wzdłuż dróg i ścieżek rosły krzewy białych róż i jaśminów, dzięki czemu nie tylko o poranku ale i w dzień, w czasie największego żaru, można było tu chłodu zażywać i chronić się przed palącemi promieniami słońca. Słów-by nie starczyło na wyliczenie wszystkich roślin i kwiatów, które cały ogród przystrajały, dość więc będzie, gdy powiem, że nie brakło ani jednego kwiatu, co w naszym klimacie żyć może. W środku sadu znajdowała się polana, pokryta ciemnozieloną trawą. Wśród niej jaśniało tysiąc różnobarwnych kwiatów, dokoła zaś strzelały ku górze pomarańczowe i cytrynowe drzewa, obarczone dojrzałym lub jeszcze zielonym owocem. Od gałęzi padał cień i niosła się woń durząca. Na polance wznosiła się fontanna z białego marmuru, rzeźbami ozdobionego. Z figury na wysokiej kolumnie stojącej (nie wiedzieć, czy przez siłę naturalną, czy też dzięki kunsztowi) tak potężny prąd wody ku górze tryskał, że tą siłą cały młyn poruszyćby można było. Woda, która już w zbiorniku pomieścić się nie mogła, 6pływała kanałami, ukrytemi pod darnią i rozlewała się po rowach, polanę otaczających. Później mnóstwo tych wód, zebranych w jednym zakątku sadu, kanał odprowadzał w dolinę, gdzie poruszały się dwa młyny, pracujące ku pożytkowi właściciela pałacu. Widok ogrodu, kwiatów i fontann całkiem oczarował młodzieńców i damy. Wszyscy jednogłośnie zgodzili się na to, że gdyby raj na świecie istniał, miałby ani chybi podobny pozór. Nielza było bowiem już żadnej piękności ogrodowi przydać. Towarzystwo, wielce ukontentowane, krążyło po sadzie, splatało z różnych gałązek wspaniałe wieńce i słuchało szczebiotu rozlicznych ptasząt. Nagle odkryto jeszcze jedną zaletę ogrodu, która przedtem uszła wzroku, olśnionego inuemi pięknościami. Damy i młodzieńcy ujrzeli mianowicie mnóstwo różnych zwierząt i poczęli je sobie nawzajem pokazywać. Tu siedziały króliki, tam biegały zające, dalej leżały kozy i pasły się młode jelenie. Igraszki zwierząt powiększyły jeszcze ukontentowanie towarzystwa. Zażywszy przechadzki i nadziwowawszy się dość wszystkiemu, kazali ustawić stół obok wodotrysku. Przed obiadem zaśpiewali jeszcze kilka pieśni i potańczyli, aż wreszcie na rozkaz królowej do stołu zasiedli. Wyborne potrawy z radością powitane zostały. Po posiłku znów pieś niom, tańcom i grom różnym się oddawali, pólci królowa, widząc, że żar dzienny się zwiększa, do południowego spoczynku nie wezwała. Wówczas jedni wczasowi się oddali, a drudzy nie chcąc ani na chwilę wspaniałego widoku z przed oczu tracić, rozproszyli się po ogrodzie i na czytaniu księg lub na grze w szachy czas spoczynku strawili. O dziewiątej godzinie wszyscy podnieśli się i orzeźwiwszy oblicza świeżą wodą, zebrali się koło fontanny. Zgodnie z ustanowionym porządkiem zasiedli dokoła i czekali na znak królowej. Królowa skinęła na Fi-lostrata, któremu tego dnia pierwszemu mówić przypadło.
OPOWIEŚĆ 1
Wilk w owczarni i
Masseto z Lamporecchio, udając niemowę, godzi się na służbę do pewnego żeńskiego klasztoru. Wszystkie mniszki ubiegają się o to, aby z nim sypiać
— Moje miłe damy! Żyje na świecie wiele kobiet i mężczyzn tak głupich, iż wierzą, że skoro się młodą dziewczynę w białą zasłonę ubierze i habit czarny na nią narzuci, zaraz ona kobietą być przestaje i od chuci swoich cielesnych jest uwolniona tak, jakby z wejściem do klasztoru w kamień twardy przemieniła się. Jeżeli usłyszą coś, co przeciwne jest ich wierze, wzburzają się tak, jakby to wielkim grzechem było. Oczywista, ludzie ci nie chcą pomyśleć, osądzić po samych sobie, czy też wziąć pod uwagę, jaki niebezpieczny wpływ próżnowanie i samotność sprawują. Z drugiej strony są i tacy, którzy wiedzą, że siekiera, łopata, grube potrawy i ciężka praca przytępiają u kmieci żądze przyrodzone i niedołężnymi na umyśle i dowcipie ich czynią. W jakim błędzie jedni i drudzy pozostają, pragnę pokazać wam w mej krótkiej opowieści, która nie wyjdzie poza obręb materji, dla opowiadań naznaczonej.
Niedaleko stąd wznosił się żeński klasztor (istnieje on jeszcze po dziś dzień), słynący z wielce nabożnych mniszek. Nazwy tego klasztoru wymieniać nie będę, nie chcę bowiem jego sławy na szwank przywodzić. Przed niedawnym czasem, gdy w klasztorze znajdowało się tylko osiem młodych mniszek i przeorysza, służył tam pewien poczciwiec, uprawiający piękny, klasztorny ogród. Ów, niezadowolony będąc z zapłaty, obrachował się z mniszkami i do Lamporecchio powrócił. Tam pośród jego przyjaciół był młody, zdrowy i krzepki 155 pachoł, dość na obliczu gładki, Masettem zwany. Ów zapytał Nuta (takie było imię tego, co z klasztoru powracał), gdzie tak długo przebywał? Nuto odpowiedział. Wówczais Masetto spytał, jakiego rodzaju poeługi w klasztorze spełniał?
— Trudziłem się w obszernym i pięknym ogrodzie klasztornym — odparł Nuto — krom tego, chodziłem po drwa do lasu, nosiłem wodę i innemi robotami byłem zatrudniony, aliści zakonnice płaciły mi za to wszystko tak skąpo, że zaledwie było za co buty kupić. A przytem wszystkie one są młode i prawdziwie djabła za skórą mają; żadną miarą dogodzić im nie można. Gdym pracował w ogrodzie, przychodzi jedna i rzecze: „Połóż to tutaj“, a druga z rąk łopatę wydziera i krzyczy: „Nie zda się to na nic“. Takiej mi trudności przyczyniały, że rzucałem pracę i wychodziłem z ogrodu. Dla tych powodów tak mi robota obmierzła, że za służdtę podziękować musiałem. Przy odejściu prosił mnie rządca klasztoru, ażebym, przybywszy tutaj, obejrzał się za jakimś człekiem, do pracy zdatnym i przysłał go do ’klasztoru na swoje miejsce. Przyrzekłem, że tak uczynię, ale niechże go Bóg tak zdrowym na nerkach uczyni, jak obietnicę swoją uiszczę i kogoś mu poślę.
Gdy Masetto te słowa usłyszał, nabrał tak wielkiej chęci służenia mniszkom, że ledwie mógł na miejscu ustać, pomiarkował bowiem, że łatwie mu będzie osiągnąć to, czego pragnął. Nie chcąc, aby Nuto czegoś się domyślił, rzekł: — — Dobrześ uczynił, żeś klasztor opuścił! Jakże może mężczyzna z tyloma babami wytrzymać; radniej z djabłami wolałbym mieć do czynienia. W sześciu wypadkach na siedem razy, nie wiedzą one same, czego chcą.
Skończywszy dyskurs z Nutem, Massetto, nie mieszkając, przemyślać począł, w jakiby sposób do klasztoru się dostać. Wiedział, że jest zdatny do wszystkich tych robót, o jakich Nuto mówił — o to zatem spokojny był zupełnie. Bał się jeno, że dla jego młodości i urody wziąć go nie zechcą. Dobrze wszystko lozważywszy, tak rzekł do siebie:
„Klasztor znajduje eię daleko stąd i żywa dusza tam mnie nie zna. Gdy się wydam za niemowę, niechybnie mnie na służbę przyjmą“.
Ugruntowawszy się w tym zamyśle swoim, wziął siekierę na ramię i udał się w drogę do klasztoru, jako wielce biedny pachoł. Wszedłszy na dziedziniec, natknął się zaraz na klasztornego rządcę. Podszedł doń i znakami, jak to niemowy czynią, poprosił, aby mu dla miłości Chrystusa kęs strawy dali, on zasię drew za to narąbie. Rządca ochotnie go nakarmił, a później ukazał mu kilka grubych pni, którym Nuto nijak rady dać nie mógł. Krzepki Masetto niedługo się z niemi uwinął. Rządca, który się właśnie do lasu udawał, wziął go z sobą i przykazał mu drew narąbać. Potem, przywiódłszy osła, pokazał mu znakami, aby polana na grzbiet bydlęcia włożył i do klasztoru zawiózł.
Masetto dobrze się z tego wszystkiego wywiązał tak, iż rządca, znajdując go do roboty zdatnym, kilka dni go w klasztorze zatrzymał. Pewnego dnia przeorysza, obaczywszy pachoła, spytała, kim onby był?
— Jest to biedny głuchoniemy, czcigodna matko — odparł rządca — który w tych dniach po jałmużnę tu przybył. Dałem mu ją z chęcią, a później do wielu robót, na podorędziu będących, go użyłem. Gdyby się do uprawiania ogrodu nadał i miał chęć tu pozostać, sądzę, że bardzoby się nam mógł przydać. Pachoł to silny, czego się tknie, dobrze sprawi, a przytem obawiać się nie trza, że za młodemi mniszkami będzie się uganiał.
— W samej rzeczy, masz słuszność — odparła przeorysza — dowiedz 9ię więc, czy zna się na.pracy w ogrodzie i postaraj się zatrzymać go. Daj mu także parę butów, stary płaszcz, obchodź się z nim łaskawie i nakarm go dobrze.
Rządca obiecał, że tak uczyni. Masetto, stojący w pobliżu, udając, że dziedziniec zamiata, wszystko dobrze słyszał. Rzekł do siebie z radością: „Tylko mnie do klasztoru wpuśćcie, a tak wam ogród uprawię, jak jeszcze nikt przed-tem“.
Rządca, uznawszy, że pachoł zdatny jest do wszystkich robót, jął go znakami pytać, zaliby w klasztorze ostać nie chciał? Masetto również znakami odparł, że się zgadza. Poczem rządca zawiódł go do ogrodu, ukazał robotę najpilniejszą i odszedł do swoich spraw. Gdy Masetto tak dzień po dniu się trudził jęły mniszki przekorę mu czynić i tysiące psot wyrządzać, jako to nieraz z niemymi się zdarza. Gadały mu także w oczy rzeczy najsprośniejsze, mniemając, że ich nie usłyszy. Przeorysza zasię, sądząc, że brak mu równie ogona, jak i języka, mało na te figle uwagi zwracała.
Zdarzyło się pewnego dnia, że, gdy Masetto po ciężkiej pracy leżąc, wczasu zażywał, dwie młode mniszki, przechadzające się po ogrodzie, zbliżyły się doń i jęły patrzyć na niego. Pachoł udał, że śpi twardym snem. Jedna z mniszek, widać odważniejsza, rzekła do drugiej: l
— Gdybym wiedziała, że ci zaufać można, podzieliłabym się z tobą pewną myślą, co mi już nieraz do głowy przychodziła. Upewniona jestem, że 1 mój zamysł podobałby ci się wielce.
— Mów śmiało — odparła druga — ja cię przed nikim nie zdradzę. 157 i
— Nie wiem — rzekła pierwsza mniszka — zali rozważyłaś pod jak srogim nas tu trzymają dozorem, nie dając przystępu do nas żadnemu mężczyźnie, krom starucha-rządcy i tego niemego pachoła. Słyszałam często od białogłów, które klasztor odwiedzają, że wszystkie rozkosze tego świata są fraszką wobec przyjemności, jakiej niewiasta z mężczyzną zażywa. Przyszło mi na myśl (ponieważ innej sposobności nie mamy), aby z tym niemym wypróbować, czy to prawda. Lepszego odeń do tego dzieła nie znajdziemy na całym świecie; gdyby i nawet chciał, nie będzie mógł o tem nikomu słowa powiedzieć, zresztą, jak widać, jest to prawdziwy głupiec; wyrósł nad miarę, ale rozumu nie ma ani krztyny. Powiedz mi, co sądzisz o moim zamyśle?
— Jakże nieprzystojne rzeczy wygadujesz — odparła druga — zali nie wiesz, żeśmy z swego dziewictwa Bogu ofiarę uczyniły?
— Wiele rzeczy — rzekła pierwsza — przyrzeka się codziennie, nie myśląc o ich dotrzymaniu. My ślubowałyśmy, a miast nas, znajdą się inne, które ślub zdzierżą.
Druga mniszka spytała:
— A cóż będzie, jeśli w ciążę zajdziemy?
— Myślisz o nieszczęściu — odparła pierwsza — zanim ono się przytrafiło, gdy się zdarzy, wówczas nad niem głowić się będziemy. Tysiące sposobów jest na to, aby wszystko w tajności utrzymane zostało, jeśli tylko pary z ust nie puścimy.
Druga mniszka poczuła nagle wielką chęć uznania, co to za zwierzę jest ów mężczyzna, spytała tedy:
— A jalk to uładzisz?
— Jak widzisz, jest teraz godzina dziewiąta. Wszystkie mniszki, krom na«, ani chybi, śpią. Obejrzymy eię wokół, czy niema kogo w pobliżu, a później weźmiemy niemowę za rękę i zaprowadzimy go do tej lepianki, w której przed deszczem schronienia szuka. Jedna wejdzie z nim do środka, a druga stanie na czatach. Niemowa jest tak głupi, «e zrobi wszystko, co mu polecimy.
Masetto słyszał całą tę rozmowę. Gotów do posłuszeństwa, niczego tak nie oczekiwał jak tego, aby go za rękę wzięły.
Mmisżki rozejrzały się po sadzie, a upewniwszy się, że ich nikt nie widzi, podeszły do Masetta i obudziły go. Ten zaraz na nogi się porwał. Mniszka, która pierwsza z zamysłem swym wystąpiła, ujęła go za rękę i zaprowadziła go do chatki. Pachoł, uśmiechając się głupkowato, nie dał się zbytnio prosić, jeno uczynił chętnie to, co chciała. Pierwsza mniszka, pofiglowawszy dowoli, jako 158 wierna ’przyjaciółka, ustąpiła potem miejsca drugiej. Masetto, cięgle głupca udając, wcale się na to nie skarżył. Nim odeszły, jeszcze kilkakrotnie spróbowały, jak niemowa harcować potrafi. Później mawiały, że sama rzecz przechodzi wszelkie o niej opowiadania, i znalazłszy etosowną chwilkę, często z niemowę igrały.
Pewnego dnia zdarzyło się, że któraś z mniszek, wyglądając oknem z swej celi, spostrzegła miłe igraszki swych towarzyszek i zaraz o tem dwóm innym mniszkom doniosła. Z początku chciały wyjawić wszystko przeoryszy, ale później zamysł odmieniwszy, ugodziły się z tamtemi, aby i one skarbami Masetta cieszyć eię mogły. W końcu po różnych przypadkach pozostałe trzy mniszki także się do konipanji przyłączyły. Wreszcie przeorysza, która dotąd niczego się nie domyślała, przechadzając się pewnego dnia po ogrodzie, spostrzegła Masetta, który po całonocnem dojeżdżaniu z sił opadł i spał rozciągnięty ]>od migdałowym drzewem. Wiatr odwiał nm koszulę, odsłaniając przed przeoryszą całe przyrodzenie. Przeorysza na tę ipokusę, poczuła równą chęć, jak i jej mniszki. Obudziwszy Masetta, zawiodła go do swej celi, gdzie go przez kilka dni trzymała, (ku wielkiej żałości mniszek, gorzko skarżących się, że ich ogród tak długo odłogiem leży), próbując uparcie, jak smakuje ta słodycz, którą zawsze potępiała. Wreszcie odesłała pachoła cło jego izdebki. Ponieważ jednak często go jeszcze wzywała, żądając od nieboraka, który i tak ledwo pracy mógł wydołać, części, równającej się wszystkim innym, pomyślał Masetto, że ta udana głuchota i niemota do wielkiego nieszczęścia go przywieść może.
Dlatego też pewnej nocy, ’gdy z przeoryszą w łożu leżał, nagle swój język rozwiązał i rzekł:
— Słyszałem wprawdzie, wielelma matko, że jeden kogut na dziesięć kur starczy, ale i to wiem, że dziesięciu mężów zaledwie jedną białogłowę ukontentować może. Mnie jednemu przypadło dziewięć niewiast obsługiwać, czemu za wszystkie skarby świata podołać nie mogę. Już mnie to ogrodnicze rzemiosło do tego przywiodło, że nie mogę mało, wiele, ani wcale. Albo mnie więc z Bogiem odpuście, albo jakieś zapobieżenie na to zło znajdźcie!
Przeorysza, usłyszawszy słowa człeka, którego za niemowę poczytywała, przeraziła się niepomału i zawołała:
— Dla Boga! Co to znaczy? Miałam cię za niemego!
— Byłem nim, matko wielebna — odparł Masetto, — ale nie od urodzenia. Choroba odjęła mi mowę i dopiero tej nocy ją odzyskałem, za co nieskończone dzięki Bogu składam. 159
Przeorysza uwierzyła mu i spytała go, co znaczy owo napomknienie o jakichś dziewięciu białogłowach?
Wówczas Masetto wszystko jej wyjawił, z czego przeorysza poznała, że niema w klasztorze ani jednej mniszki, coby głupsza od niej była. Jako białogłowa ostrożna, postanowiła, wprzód nim Masetta od siebie wypuści, naradzić się z mniszkami, co uczynić należy, aby Masetto dobrej sławy klasztoru na szwank nie naraził. W tym czasie umarł właśnie stary rządca. Mniszki przyznały się szczerze wobec siebie do popełnionego grzechu i postanowiły wspólnie, za zgodą Masetta, rozpuścić wieści, że dzięki ich nieustannym modlitwom i wstawieniu się patrona klasztoru, niemy i głuchy pachoł mowę i słuch odzyskał. Później uczyniły go rządcą klasztoru i tak mądrze pracę jego podzieliły, że jej wydołać potrafił. Chocia i wiele mniszątek na świat przyszło, przecie zakonnice tak ostrożnie działać umiały, że nikt niczego się nie domyślił. Dopiero po śmierci przeoryszy, gdy podstarzały Masetto do domu już z zebranym dobytkiem chciał powracać, sprawa na jaw wyszła. Wrócił do BWftj wsi, skąd wyszedł z siekierą na plecach, jako człek stary, bogaty i ojciec dzieci, niemający nijakich trosk o ich wyżywienie. Użył sparytnie młodości swojej i zwykł był powtarzać, że tak Bóg nagradza pracowitych ogrodników w winnicy swojej.
OPOWIEŚĆ II
Król włosy strzyże
Jeden z masztelarzy króla Agilulfa śpi w nocy z jego żoną. Król, uznawszy 0 leni, znajduje go i głoicę mu strzyże. Ostrzyżony strzyże innych i tym spo sobem kary unika
Gdy opowiadanie Filostrata, które czaaem rumieńce na twarzach dam. a czasem ich głośny śmiech wywoływało, do końca dowiedzione zostało, królowa Pampinei zaczynać kazała; ta z wesołym uśmiechem na ten kształt mówić jęła:
— Zdarzają się ludzie, co na wyskok pokazać pragną, że wszystko wiedzą i że nic tajne być im nie może. Nieraz taki człek, spostrzegłszy ukryte braki bliźniego, zaraz o tem powszędy głosi, mniemając, że przez to sławę swoją zwiększa, gdy tymczasem w istocie rzeczy na szwank ją przywodzi. Pragnę pokazać wam to, miłe towarzyszki, na przykładzie pewnego dzielnego króla. Zdarzyła mu się przygoda (całkiem przeciwna do przygody Masetta) z człekiem niższej jeszcze, zapewne, od tamtego pachoła kondycji.
Longobardzki król Agilulf, śladem swoich poprzedników, lombardzki gród, Pawję, za stolicę swoją wybrał. Król pojął za żonę Teodolingę, wdowę po Autari, równie longobardzkim władcy. Teodolinga była urodziwą, mądrą 1 obyczajną białogłową, aliści w miłości niezbyt szczęśliwą. Agilulf roztropnością i dzielnością swoją sprawy longobardzkiego państwa do pomyślnego stanu doprowadził. Zdarzyło się, że w pięknej królowej zakochał się okrutnie jeden z królewskich masztelarzy. Był to człek, mimo swojej podłej kondycji, 161 wieloma przymiotami uraczony, a do tego urodziwy wielce i kształtowny, jak *am król. Chocia z niskiego stanu szedł, przecie rozumu nie był pozbawiony, dlatego też pojąwszy, że afekt jego do lubego skutku przywiedziony być nie może, nie dał najmniejszej po sobie poznaki i jeno tajemne spojrzenia ośmielał się na królowę rzucać. Nie żywił najmniejszej nadziei, że wzajemność królowej będzie mógł pozyskać, dumnym jednakoż był z tego, że tak wysoko cel pragnień swoich umieścił, i cały ogniem miłości przenikniony, prześcigał wszystkich swoich towarzyszy w gorliwości i chęci przypodobania się królowej. Dlatego też królowa, wyjeżdżając, zawsze chętnie dosiadała rumaka, przez niego osiodłanego. Ilekroć eię to zdarzyło, za łaskę najwyższą sobie to poczytywał. Nie oddalał się od jej strzemienia i za szczęśliwego się uważał, jeżeli mu się jej szat dotknąć udało.
Jak to jednak pospolicie bywa, im mniejsza jest nadzieja, tem silniejszym płomieniem miłość się pali; tak też się i stało z tym nieborakiem — ma-sztelarzem. Nie był już moccu dłużej swojej skrytej namiętności znosić, żadną nadzieją krzepiony nie będąc; postanowił tedy życia się pozbawić, bowiem wiedział, iż inaczej od tej miłości nie uciecze. Jednakże chciał wybrać taki śmierci rodzaj, aby zgon jego okazał jawnie, że zginął przez miłość, jaką dla królowej żywił. Pragnął takoż przed śmiercią fortunę skusić i popróbować, zali mu się nie uda choćby w części celu swych pragnień osiągnąć.
Nie myślał wyznawać królowej miłości swojej lub na piśmie jej wyrażać, wiedział bowiem, że to na niczemby spełzło, postanowił jeno chytrego jakiegoś sposobu się chwycić, aby z królową jedną noc przepędzić. Nic było ku temu innego środka, jak za króla się przebrać (o którym wiedział, że nie zawsze nocą żonę odwiedza), i do komnaty sypialnej się dostać. To postanowiwszy, kilka nocy z rzędu spędził, ukryty w wielkiej sali zamkowej, która znajdowała się między komnatami króla a królowej, i starał się podpatrzeć, w’ jakim stroju król do małżonki zw\kł przybywać. Pewnej nocy obaczył wreszcie króla, który wyszedł z swojej komnaty, owinięty w szeroki płaszcz, trzymając w jednej ręce zapalony ogarek, a w drugiej laskę. Król zbliżył się w milczeniu do drzwi komnaty królowej i zastukał do nich dwa razy swoją laską. Na to otwarły eię natychmiast drzwi i królowi świecę z rąk odebrano.
Zauważywszy tedy sposób wejścia, a potem wyjścia króla, postanowił ma-sztelarz swego pana jaknajściślej naśladować. W tym celu postarał się o płaszcz podobny do tego, jaki król nosił, o ogarek i laskę, wykąpał się należycie, aby się zapachem stajennym nie zdradzić i znów w wielkiej sali zamkowej się 162 ukrył. Upewniwszy się, że wszyscy twardym snem są zmorzeni i że sposobna chwila na to nastała, aby albo swoje pragnienia uskutecznić, albo też drogę do śmierci znaleść, skrzesał przy pomocy hubki, co ją miał przy sobie, trochę ognia, zapalił ogarek i otuliwszy się szczelnie w płaszcz, podszedł do drzwi, w które dwa razy laską uderzył. Zaspana pokojowa otworzyła mu je i, odebrawszy świecę z jego rąk, zagasiła ją. Wówczas masztelarz, nie mówiąc ani słowa, wszedł za kotarę, wiszącą koło łoża, zdjął płaszcz i wstąpił do łożnicy, w której królowa spała. Wiedząc, że król, gdy jest czemś pomieszany albo wzburzony, ma obyczaj ścisłe zachowywać milczenie, nie pozwalając mówić do się, nie rzekł ani jednego słowa, jeno królowę w ramiona pochwycił i kilka razy cieleśnie ją poznał. I aczkolwiek żal mu było odchodzić, przecie, obawiając się, aby zbytnie słodycze w męki się nie przemieniły, podniósł się wreszcie, wziął płaszcz i świecę i do swTojej izby się udał. Zaledwie jednak legł w swej pościeli, gdy król udał się do komnaty królowej. Królowa wielce się z tego zadziwiła. Gdy się obok niej położył i wresoło ją powitał, rzekła do niego, uprzejmością tą ośmielona:
— Cóż to za nowy obyczaj macie tej nocy, panie mój i małżonku? Le-dwieście wyszli odcnmie, a już powracacie znowu? Zważcie, co czynicie!
Król, słowa te usłyszawszy, dorozumiał się odrazu, że ktoi oszukał królową, dzięki podobieństwu stroju i powierzchowności. Jednak, jako człek mądry, zauważywszy, że ani królowa, ani nikt inny podejścia nie spostrzegł, sam go niechciał odkrywać. Iluż znalazłoby się głupców, którzy w podobnej okoliczności zarazby w’ołać jęli: „Ja tutaj nie byłem! Któż więc mógł być? I co tu robił? I jak się tu mógł dostać?“ Siła przykrości z tegoby wynikło, królowa zasię, bez potrzeby niepokojona, miałaby może pobudkę do spróbowania drugi raz tego, czego już raz pokosztowrała; do tego król sam do własnej hańbyby się przyczynił, rzecz tę jawną czyniąc.
— Zali mniemasz, moja żono, że nie mam dość męskości w sobie na to, aby dwa razy w ciągu nocy cię odwiedzić?
— Przeciwnie, panie mój — odparła królowa — prosaę cię jednak, abyś na zdrowie swoje zważał.
Wówczas król rzekł:
— Posłucham się więc dzisiaj twojej rady i więcej cię dręczyć nie będę.
To rzekłszy, płonąc gniewrem i żądzą pomsty za wyrządzoną mu zniewagę, narzucił na się płaszcz i opuścił komnatę, z zamysłem odszukania winowajcy, bowiem ten, według jego mniemania, musiał do dworu należyć i żadną 163 miarą nie mógł się jeszcze z zamku wydostać. Zażegłszy tedy światło w małej latarce, wszedł na korytarz, znajdujący się nad stajnią, w którym prawie cała służba spała. Będąc zaś przekonany, że temu, co owo plugastwo uczynił, puls i serce jeszcze po wysileniu uspokoić się nie mogły, jął każdemu śpiącemu z kolei piersi ostrożnie dotykać, aby bicie jego serca wybadać. Wszyscy krzepkim snem już byli zmożeni, krom owego masztelarza. Ów, obaczywszy króla, odgadł odrazu, czego jego pan szuka. Z trwogi serce jego i tak ze zmęczenia niespokojne, jeszcze silniej walić poczęło. Sądził, że jeśli król to spostrzeże, ani chybi, na śmierć go skaże. Tysiące myśli przemknęło mu przez głowę, wreszcie, widząc, że król przy sobie broni niema, postanowił udać śpiącego i czekać, co król uczyni. Tymczasem król obmacał już wielu śpiących, bez tego jednak, aby znalazł to, czego mu było trza; w końcu, doszedłszy do owego masztelarza, poczuł uderzenia jego eerca i rzekł sam do siebie:
— To ten!..
Nie chcąc jednakoż, aby ktokolwiek dowiedział się o jego przedsięwzięciu, poprzestał na tem, że nożycami, które miał przy sobie, obciął mu z jednej strony trochę włosów (w owych czasach bardzo je długie noszono), aby nazajutrz rano móc winowajcę po tym znaku szczególnym rozpoznać, i natychmiast do komnat swoich powrócił.
Masztelarz czuł doskonale, co król z nim robi i natychmiast, dzięki swemu przyrodzonemu sprytowi, dorozumiał się, do czego te poetrzyżyny zmierzać miały. Dlatego też podniósł się spiesznie z pościeli i, znalazłszy nożyce stajemie, do strzyżenia grzyw końskich przeznaczone, powystrzygał ostrożnie wszystkim śpiącym pukle włosów nad uszami. To uczyniwszy, do ewego łoża powrócił.
Na drugi dzień rano, nim jeszcze bramy zamkowe otwarto, król przykazał całej służbie dworskiej przed sobą się stawić. Gdy zaś wszyscy się zebrali i z odkrytemi głowami przed nim stanęli, spojrzał na nich bystro, chcąc odszukać tego, co był przezeń ipostrzyżony. Aliści, ujrzawszy wielką ilość głów tak samo ostrzyżonych, niepomiernie zadziwił eię i rzekł do się:
— Ów, którego szukam, aczkolwiek z podłego pochodzi stanu, nie mało ma przecie roztropności.
Poczem rozważył, że bez tego, aby aprawa się rozgłosiła, winowajcy nie znajdzie. Nie chcąc dla małej pomsty, wielkiej sobie hańby przyczynić, postanowił winowajcę jednem słowem zawstydzić i pokazać mu, że o wszystkiem jest dobrze uwiadomiony.
Obróciwszy się zatem do dworskich, rzekł: 164 jNiechuj ten, co to uczynił, drugi raz już nie ma do podobnego uczynku śmiałości. Teraz zasię idźcie z Bogiem.
Ktoś inny na miejscu króla kazałby służbę łamać kołem, brać ją na różne pytki, wypytywać się i badać ją; tym kształtem podałby na jaśnię to, co ze wszechmiar w zakryciu pozostaćby było winno. Znalazłszy w końcu winnego i zemstę swoją nasyciwszy, nie zmyłby przez to z siebie hańby, przeciwnie, jeszczeby ją zwiększył, a do tego i żonę oeławił.
Ci, którzy słowa jego słyszeli, długo się nad niemi głowili, skrytego ich znaczenia pojąć nie mogąc.
Zrozumiał je jeno ten, kogo dotyczyły.
Masztelarz miał dość rozumu na to, aby za życia króla z tajemnicą swoją nigdy się nie zdradzać, a takoż już na podobne azaTdy więcej się nie ważyć.
OPOWIEŚĆ Ul
Spowiedź
Pod pokrywką spowiedzi i swej wrzekomo urażonej cnoty, dania rozmiłowana w szlachcicu, pewnego mnicha, nic nie podejrzawają&go, IStemu przywodzi, abv dopomógł jej do uskutecznienia miłosnych Zamysłów
Gdy Panipinea umilkła, wszyscy wyrazili podziwienie swoje nad odwagą i sprytem masztelarza, a takoż mad roztropnością króla; zaczem królowa, obróciwszy się do Filomeny, jej dalej opowiadać kazała. Wdzięczna Filomena w te słowa za-częła:
— Zamierzam opowiedzieć wam o chytrym figlu, który pewna piękna dama surowemu mnichowi wypłatała. Taka sztuczka musi przypaść do smaku każdemu świeckiemu człowiekowi, howiem ci nieokrzesani i głupi mnisi, dziwnych jakichś obyczajów przestrzegający, wystawiają sobie, że więcej od wszystkich znaczą i umieją, gdy tymczasem w samej rzeczy wiedzą niewiele, albo i nic wcale. Dla tępości i gnuśności umysłu nie umieją tak się krzątać koło dobra swego, jak inni ludzie, węszą jedynie, niby wieprze, gdzieby się do syta nażreć mogli. Opowiem wam tę historję nietylko dlatego, że kolej na mnie przyszła, ale, aby pokazać wam, że klechy, którym we wszystkiem wierzymy i zbytnią cześć im okazujemy, mogą być łatwo nie tylko przez mężczyzn ale i przez nas, kobiety, na hak przywiedzeni.
W naszem mieście, gdzie kłamstwa i oszustwa daleko więcej znaleźć można, niźli miłości i wierności, żyła przed kilkunastu laty pewna znakomita dama, uraczona od natury wielką urodą, obyczajnością, wysokim umysłem 167 i dowcipem bystrzejszym, niż dowcip białogłów. Znam jej imię tak, jak i imiona tych, co do tej opowieści należą, nie będę jednak imion tych wyjawiała, bowiem ci, którzy je noszą, żyją jeszcze; mogliby tedy łatwie gniewem się zapalić, gdy tymczasem, mówiąc po prawdzie, wszystko to jedynie śmiechu jest warte.
Owa dama, ze znacznego rodu idąca, oddana została za żonę prostemu tkaczowi. Nigdy jednakowoż nie mogła się pogodzić z myślą, że jej mąż jest zwykłym rzemieślnikiem, mniemała bowiem, że człek podłej kondycji, choćby i niewiem jak był bogatym, nie jest godzien białogłowy dobrze urodzonej.
Widząc zasię, że jej mąż przy całem swojem bogactwie tylko przędzę motać, nici sposobne iwybierać i z prządkami kłócić się potrafi, postanowiła pieszczot jego, o ile możności, unikać i znaleźć sobie nieodwłocznie jakiegoś kochanka, godniejszego jej, niźli prosty tkacz. Wkrótce rozmiłowała się w pewnym szlachcicu średnich lat i to tak okrutnie, że gdy tylko jakiegoś dnia go nie widziała, następnej nocy od dusznego strapienia wcale spać nie mogła. Ów zasię, niczego się nic domyślając, wcale o nią nie dbał. Dama była zbyt ostrożna na to, aby poselstwami lub listami, wysyłanemi do niego, na możliwe niebezpieczeństwa się narażać. Uznawszy, że szlachcic w bliskiej przyjaźni pozostaje z pewnym grubym i głupim mnichem, który dla swego świętobliwego życia, powszechną czcią się cieszył, zamyśliła natychmiast mnicha tego za pośrednika użyć. Dobrze wszystko w umyśle ułożywszy i stosowną chwilę wybrawszy, udała się do kościoła, przy którym mnich przemieszkiwał i wyraziła mu życzenie wyspowiadania się. Braciszek poznał odrazu, że ze szlachetną damą ma do czynienia, dlatego też chętnie jej spowiedzi wysłuchał. Wyspowiadawszy się, białogłowa rzekła:
— Pragnę, wielebny ojcze, do was po radę i po pomoc się udać. Wiadome mi jest, że znacie dobrze moją rodzinę i mego męża, który miłuje mnie hardziej, niż życie własne; jako człek wielce bogaty, spełnia on każde moje życzenie, za co kocham go jeszcze bardziej, niż on mnie. Gdybym zdatna się okazała do najmniejszej myśli (nie mówię już o uczynku), któraby jego dobrą cześć na szwank przywieść miała, więcejbym na stos zasłużyła, niż jakakolwiek inna występna białogłowa. Tymczasem od niedawnego czasu pewien człek, nieznany mi z nazwiska, ale zdający się być znacznego stanu, a przytem, o ile się nie mylę, wasz znajomy, nie wiedząc widocznie o mojem stałem przedsięwzięciu, w prawdziwem oblężeniu mnie trzyma. Jest to mąż okazałej postaci, wielce urodziwy i ubrany w szaty brunatnej barwy. Nie mogę się pokazać 168 w drzwiach, u okna, ani na ulicę wyjść, bez tego, aby się nań nie natknąć. Samo przez się zrozumiałe jest, że są to dla mnie rzeczy nieznośne, bowiem rzucić one mogą, bez żadnej winy z mojej strony, cień na moją cześć i cnotę. Przychodziło mi już nieraz do głowy powiedzieć o wszystkiem moim braciom, aby mu stosowną odprawę dali, ale wreszcie wstrzymała mnie myśl, że mężczyźni w podobnych okolicznościach łatwie do kłótni przyjść mogą, a później od słowa do słowa i do bitki. Chcąc więc jawnej osławy uniknąć, wszystko milczeniem pokrywałam, póki do tej myśli nie przyszłam, aby wam strapienia swoje wynurzyć, jużto, ponieważ zdajecie się żyć w przyjaźni z owym mężem, a takoż i dla tej przyczyny, że wam więcej, niż każdemu innemu przystoi, nie tylko przyjaciół, ale i nieznajomych za podobne sprawki naganiać. Błagam was więc w imię miłości Boga, wytknijcie mu jego postępowanie i nakażcie mu, aby je na przyszłość odmienił. Małoli na świecie kobiet, nakłonionych k‘temu i gotowych za podobne zachody hojnie wynagradzać? Takie przymila-nie, dla drugich miłe, we mnie tylko najżywszy wstręt budzą.
Rzekłszy to, opuściła na piersi głowę i gorzko płakać poczęła.
Świętobliwy braciszek dorozumiał się odrazu, kogo na myśli miała, uwierzył we wszystkie jej słowa, pochwalił ją za jej zacne postanowienie i przyrzekł, że sprawę tym trybem powiedzie, by szlachcic na przyszłość już jej niepokoić się nie ośmielał. Wiedząc zasię, że jest to białogłowa bogata, zaraz wspomniał o dziełach miłosierdzia, o pomocy bliźniemu i o swoich potrzebach. Na to dama odparła:
— Zaklinam was, ojcze, w imię Boga, abyście obietnicy swojej dopełnili. Gdyby zasię ów szlachcic chciał się zapierać, rzeknijcie mu poprostu, że ja to wszystko wam wyjawiłam, skarżąc się na niego przed wami.
Skończywszy spowiedź i odpuszczenie grzechów otrzymawszy, dama przypomniała sobie słowa mnicha o miłosiernych uczynkach i miłości do bliźniego, dlatego też wsunęła mu ukradkiem pieniądze do ręki, prosząc, aby msze za jej umarłych krewniaków odprawiał. Później podniosła się i do domu odeszła.
Wkrótce ipóźniej szlachcic przybył w odwiedziny do mnicha, jak to często miał w obyczaju czynić. Gdy już o tem i o owem pogadali, mnich odciągnął swego gościa na stronę i w słowach przyjaznych napomniał go za owe zaloty i rozkochane spojrzenia, któremi damę prześladuje.
Szlachcic z początku srodze się zadziwił, bowiem ani mu to w głowie powstało patrzyć na nią, rzadko zresztą koło jej domu przechodził. Jął się tedy usprawiedliwiać. 169
— Nie udawaj takiego zadziwienia, ani nie staraj się po próżnicy słów na zaprzeczenie tracić — rzekł mnich. — Uznałem o tem nie od sąsiadów; zważ, że sama mi o wszystkiem opowiedziała, żaląc się na ciebie. Takie błazeństwa tobie nie przystoją, przyteni rzeknę ci, że, jeśli jest na świecie białogłowa, której podobne przymilania są przeciwne, to jest nią ona właśnie. Dlatego teiż iprzez wzgląd na cześć twoją i jej spokojność, proszę cię, zaprzestań ją napastowrać.
Szlachcic, bystrzejszym umysłem, niźli świętobliwy braciszek, obdarzony, przeniknął odrazu istotny zamiar białogłowy, udawszy więc niejakie zawstydzenie, przyrzekł, że już więcej zalecać się do tej kobiety nie będzie. Pożegnawszy się z mnichem, udał się nieodwłocznie do domu owej damy, która codziennie w oknie czatowała na jego pojawienie się. To też, gdy go ujrzała, tak żywa radość odmalowała się na jej obliczu, że szlachcic przekonał się zaraz, iż pojął dobrze słowa braciszka. Od tego dnia poczynając, jął się nieustannie po tej ulicy przechadzać, ku swemu wielkiemu ukontentowaniu i radości damy; zachowywał przy tem należną ostrożność i udawał, że różne sprawy go tu przywodzą.
Dama, upewniwszy się, że podoba mu się równie, jak i on jej, zapragnęła dać mu wyraźny dowód swych miłosnych chęci. W tym celu w stosownym czasie udała się znów do świętobliwego braciszka i usiadłszy u jego nóg, gorzko płakać poczęła. Zacny mnich, przenikniony litością, zapytał, co się stało?
Dama odparła:
— Cóżby innego, ojcze wielebny, jak nie nowa przykrość ze strony tego, przeklętego od Boga, przyjaciela waszego, na którego przed kilku dniami żaliłam się. Jak mniemam, przyszedł na świat na moje udręczenie, aby pozbawić mnie szczęścia i uczynić tak, bym już nigdy nie ośmieliła się wam do nóg upaść.
— Jakto? — zawołał innich, — zali nie przestał was jeszcze napastować?
— Bynajmniej — odparła dama — poczynając od tej chwili, gdy się wam na niego uskarżałam, on, widać przez przekorę i gniew na mnie, jął się przechadzać koło mego domu siedem razy częściej, niż przedtem.
Gdyby tylko chodził i patrzył na mnie, pół biedyby z tem było, aliści tak się rozzuchwalił, że wczoraj przysłał do mnie z poselstwem od siebie jakąś kobietę, która mi wręczyła w podarunku sakiewkę i pas tak, jakbym mało miała swoich pasów i sakiewek. To mnie w taki gniew wprowadziło, że strasznybym gwałt podniosła, gdybym nie obawiała się przez to grzechu popeł 170 nić i wam przykrość wyrządzić. Pohamowałam się więc z wielkim trudem i postanowiłam nic nie przedsiębrać, póki was o wszystkiem nie uwiadomię. Oddałam aakiew.kę i pas owej kobiecie i precz jej z domu iść kazałam, ale później zważywszy, że mogłaby podarki te dla siebie zatrzymać, jemu zasię powiedzeć, że je przyjęłam, przywołałam ją z powrotem, ze wstrętem z rąk jej przedmioty te odebrałam i przyniosłam je wam teraz, abyście mu je oddali i rzekli, że mi jego podarków nie potrzeba. Dzięki szczodrości mego męża, tyle mam sakiewek i patiów, że gnadniebym go niemi zadusić mogła. Teraz zasię powiem want, jako duchownemu ojcu, że jeśli ów szlachcic w spokoju mnie nie ostawi, poskarżę się moim braciom i mężowi. Niech wówczas będzie, co chce! Niechaj lepiej on ma za swoje, aniżeli ja miałabym z jego przyczyny być osławiona. Zaliż nie prawda, mój ojcze?
Rzekłszy to. płacząc gorzko, wydobyła z pod sukni wspaniałą sakiewkę i bogato haftowany pas i rzuciła je mnichowi na łono.
Ów% upewniony, że dama prawdę mówi, wziął te rzeczy z wielkiem na obliczu pomieszaniem i rze<kł:
— Wcale się nie dziwuję, moja córuchno, że się tem wszystkiem t;ik turbujcsz; nie tylko ganić cię za to nie będę, ale przeciwnie, pochwalić cię zamierzam, żeś się rad moich posłuchała. Niedawno napomniałem go ostro, aliści on źle obietnicę swoją zdzierżył. Dlatego też za dawne plugastwa, do których nowe przydał, tak mu myślę uszu natrzeć, że mu raz na zawsze ochota do zalotów odejdzie. Ty zasię nie daj się unieść gniewu zapędom i nie wyjawiaj tych rzeczy swoim krewniakom, bowiem do czegoś gorszego jeszcze snadnie przyjśćby mogło. Nie obawiaj się, aby cześć twoja jakiś uszczerbek przez to ponieść miała.
Dama udała, że te słowa nieco ją pocieszyły; skończywszy przeto mowę swoją, rzekła jeno, wiedząc dobrze o chciwości mnichów:
— Tej nocy zjawili mi się we śnie, świętobliwy ojcze, moi rodzice; zdawało mi się, że ciężkie katusze cierpią i że w n!.’zem tak się nie nużają, jak w potrzebie jałmużny, a zwłaszcza matka moja, która tak zasmuconą mi się okazała, że aż litość brała patrzeć. Sądzę, że wielkiego strapienia przyczyniają jej te obieże, w jakie mnie wtrącił ów wróg Pana Boga. Dlatego też proszę was, abyście odprawili za ich dusze czterdzieści mszy św. Grzegorza, a takoż pomodlili się do Boga tak, aby Stwórca od mąk ich wybawił.
Rzekłszy to, wsunęła mnichowi do ręki dukat złoty.
Mnich chciwie pieniądz pochwycił, i w stosownych słowach zasłużone pochwały cnocie damy złożywszy, z błogosławieństwem swem ją odpuścił.
Poczem, gdy odeszła, nie podejrzewając wcale, że na hak przywiedziony został, posłał po swego przyjaciela.
Ów, widząc, że mnich jest srodze zagniewany, zaraz dorozumiał się, że musiał nowe wieści od swojej damy otrzymać. Braciszek powtórzył jeszcze raz wyrzuty swoje i zgromił go za nowe przewiny, jakie, według słów damy, popełnił. Szlachcic, nie mogąc pojąć, ku czemu słowa mnicha zmierzają, starał się zaprzeczyć, że kiedykolwiek sakiewkę i pas jej posyłał, czynił to jednak niezdarnie tak, aby mnich nie zachwiał się w wierze, jakiej słowom damy użyczył. Aliści braciszek rozjadowił się nie na żarty i rzekł:
— Jakże możesz temu przeczyć, przewrotny człecze! Patrzaj, te oto podarki sama mi z płaczem przyniosła. Zali będziesz śmiał twierdzić, że ich nie znasz?
Szlachcic, uczyniwszy pozór srodze zawstydzonego, rzekł:
— Trudno zatem, przyznaję, że te przedmioty należą do mnie i że źle postąpiłem; przysięgam jednak, że, widząc ją w swem postanowieniu tak niezłomną, nigdy już jej nie dam powodu na skargę na mnie.
Długo go gromił mnich głupi, jak baran, aż wkońcu oddał inu pas i sakiewkę, nie omieszkawszy przedtem pouczyć go i zakląć, aby więcej podobnych rzeczy nie czynił. Szlachcic przyrzekł i, pożegnawszy się z braciszkiem, uradowany niezmiernie, tak z dowodnej oznaki afektów tej damy, jak i z jej bogatego podarunku, natychmiast udał się do jej domu i pokazał jej, że już podarki otrzymał. Dama, wielce z tego ukontentowana, cieszyła się, że sprawy coraz to lepszym idą torem. Od tej chwili czekała tylko na wyjazd męża, aby swe starania pomyślnym uwieńczyć skutkiem. Wkrótce później zdarzyło się, że tkacz musiał się do Genui udać. Gdy tylko zrana wsiadł na koń, dama udała się do mnicha i rzekła, płacząc rzewliwie:
— Mówię wam, świętobliwy ojcze, że dłużej już wytrzymać nie jestem w stanie. Ponieważ jednak obiecałam wam, że nic nie przedsięwezmę bez uprzedniego uwiadomienia was, tedy przychodzę, ażeby usprawiedliwić się przed wami. Abyście zaś poznali, że mam przyczynę gorzko płakać i użalać się, chcę wam opowiedzieć, co uczynił ten szatan wcielony, z piekła rodem, wasz przyjaciel, niedalej, jak dziś zrana przed jutrznią. Bóg jeden wie, w jaki sposób zwęszył, że mąż mój wczora do Genui wyjechał. Dziś zrana zatem wszedł do mego ogrodu i wrdrapał się na drzewo, rosnące naprzeciw mojej komnaty, której 172 okna na ead wychodzą. Już zdołał okno uchylić z tym zamysłem, aby do mojej sypialnej komnaty wtargnąć, gdy nagle ja, obudziwszy się, zerwałam eię z łoża i już krzyknąć wielkim głosem chciałam, aliści ów niezbyty natrętnik jął mnie zaklinać w imię miłości Boga i przyjaźni waszej, abym zmilczała, a potem powiedział mi, kiin jest. Nie czyniąc więc przez wzgląd na was najmniejszego hałasu, pobiegłam tak naga, jaką na świat przyszłam, aby okno mu zaprzeć przed nosem. Widocznie zaraz uciec musiał, bowiem już go więcej nie widziałam. Osądźcie sami, ojcze świętobliwy, zali to dalej cierpieć można? Co się mnie tyczy, to myślę temu raz wreszcie koniec położyć. Przez wzgląd na was zbyt wiele już od niego znieść musiałam.
Usłyszawszy te słowa, mnich wpadł w gniewr niezmierny i nie wiedział już sam, co rzec ma, zapytał tylko, zali pewna jest, że był to ów właśnie szlachcic, a nie jakiś inny zalotnik?
— O, wielkie nieba — zawołała białogłowa — zaliż go od innego odróżnić nie potrafię? Mówię wam, że to on był; jeśliby starał się zaprzeczać, nie dawajcie mu wiary.
— Nic innego powiedzieć nie Iza, moja córko, — powiedział mnich — jak jeno to, że jest to zuchwalstwo niepomierne i postępek plugawy; uczyniłaś, jak się należało, precz go przeganiając. Proszę cię jeno (oby Bóg cię od wstydu ochronił!), abyś jeszcze raz za moją radą poszła i, nie żaląc eię przed krewniakami, mnie działać pozwoliła. Spróbuję, czy mi się nie da okiełznać tego wcielonego djabła, o którym sądziłem, że jest świętym człekiem. Jeżeli mi się uda bydlęce jego przyrodzenie zwyciężyć, wszystko dobrze się zakończy, jeżeli zaś niemożliwe się to okaże, to daję ci obecnie wraz z błogosławieństwem słowo najświętsze, że pozwolę ci uczynić z nim, co ci się podoba.
— Na ten raz jeszcze nie chcę wam turbacji i niepokoju przyczyniać — rzekła białogłowa — postarajcie się jeno tak wszystko uładzić, aby mnie więcej nie j>rześladował, wówczas i ja przestanę was tą sprawą zanudzać.
Rzekłszy to, udała, że jest srodze gniewną, i do domu odeszła.
Zaledwie się od kościoła oddaliła, gdy u mnicha szlachcic się zjawił. Braciszek odciągnął go na stronę i wysypał mu na głowę wór łajań i przekleństw, nazywając go w grubych słowach nikczemnikiem, krzywoprzysiężcą i zdrajcą. Szlachcic, który już z dwóch eksperjencyj dobrze wiedział, jaki jest powód tych grubijańskich wymysłów, milczał z początku, a później jękliwemi słowy starał się od mnicha jakąś wiadomość wydobyć.
— Co znaczy ten gniew, wielebny ojcze — zapytał — zaliżem Chrystusa ukrzyżował? 173
— Ha, ty bezwBtydniku! — zawołał umieli — spójrzcie na niego, mówi 0 tem tak spokojnie, jakby już rok, albo i dwa minęły od tej pory, gdy tyle łotrostw popełnił. Widocznie już się mu w pamięci zatrzeć zdołały. Już dzisiaj rano przed jutrznią zapomniałeś żeś bliźniego ciężko pokrzywdził? Gdzieżeś był dzisiaj o świcie?
— Nie wiem, gdzie byłem — odparł szlachcic — ale kiedy macie tak dobrych posłów, to wy o tem wiedzieć musicie.
— Tak, uznałem o tem — rzekł mnich. Widać myślałeś, że w czasie, gdy mąż przytomny nie jest, cnotliwa białogłowa rzuci ci się lia szyję. Oto mi czcigodny człek, ani słowa! Włóczy się po nocy po cudzych sadach i na drzewa się wdrapuje! Zali sądziłeś, że łatwiej opór tej niewiasty przemożesz, wybrawszy sobie drogę przez drzewo do jej okna? Przekonałeś się już, że jesteś jej bardziej obmierzły, niż ktokolwiekbądź inny na świecie, a jednak ciągle ją napastujesz. Wiele razy ona ci swą wzgardę jawnie okazała — o tem mówić nie będę, aliści, czy o moje przestrogi i napomnienia nie dbasz wcale? Posłuchaj teraz, co ci powiem. Dotychczas milczeniem twoje niecnoty pokrywała, oczywiście, nie z miłości do ciebie, lecz ze względu na prośby moje.
Ale już na przyszłość nie będzie milczała; dałem jej bowiem zupełną wolność postępowania, jeżeli znowu dręczyć się ją odważysz. Co się stanie z tobą, jeżeli się swoim braciom poskarży?
Szczęśliwy kochanek dowiedział się z tych słów wszystkiego, czego mu było trza. Nie tracąc czasu, pożegnał się z mnichem, przyrzekłszy mu, że jego przestrogi będzie miał na uwadze. Następnej nocy, przed jutrznią, zakradł się do sadu. wdrapał się na drzewo i znalazłszy okno. otworem stojące, wszedł do komnaty, gdzie ocknął się w objęciach swojej damy.
Białogłowa dawno czekała nań z wielką tęskliwością. Ujrzawszy go, rzekła ze śmiechem:
— Niech będzie błogosławiony ów ojciec wielebny, który ci tak dobrze drogę do mnie pokazał.
Poczem pogrążyli się w rozkoszy. Długo miłosne harce czynili, śmiejąc się i żartując z głupoty świętobliwego braciszka, a takoż z kółek, grzebieni 1 innych narzędzi tkackich. Potem umówiwszy się, jak im działać należy, nie uciekając się już do pośrednictwa mnicha, wiele podobnych nocy w weselu spędzili. Niech Bóg w nieskończonem miłosierdziu swojem mnie i inne durae chrześcijańskie takiemi rozkosznemi nocami obdarzy!
OPOWIEŚĆ IV
Droga do Raju
Don Felice poucza brata Puccia, jak ma drogą pokuty zbawienia dostąpić. Brat Puccio pokutę odprawia, a mnich tymczasem z jego żoną miłosne igraszki czyni
Gdy Filomena, opowiedziawszy swoją historję, zamilkła, Dioneo stosow-neini słowy pochwalił bystrość jej dowcipu, a takie i jej modlitewne westchnienie przy końcu. Królowa, spojrzawszy z uśmiechem na Pamfila, rzekła doń:
— Teraz ty, Pamfilo, uracz nas jakąś wesołą opowieścią.
Pamfilo oświadczył gotowość swoją i tak zaczął:
— Siła jest takich ludzi, co to nie szczędząc wysiłków, aby się do raju dostać, nie spostrzegają, że wprowadzają tam miast siebie innego; tak właśnie rzecz się miała niedawno z parą naszych współziomków, o czem wam zaraz opowiem.
Według tego, co słyszałem, niedaleko od San Brancazio mieszkał pewien zacny i bogaty człek, Pucciem di Rinieri zwany, który nabożnym będąc, wkrótce sprawom zbawienia całkiem się oddał, stał się tercjarzem w zakonie Św. Franciszka i bratem Puccio zwać się począł. Ponieważ żadnej rodziny nie miał, a cały dom jego składał 9ię jeno z żony i jednej służącej, więc zbytnich trosk nie zaznając, mógł skłonności swojej zadość uczynić i cały wolny czas w kościele spędzać. Jako człek gruby i na umyśle tępy, klepał modlitwy, na kazania chodził, godzinki śpiewał i mszy słuchał, a jak słuchy chodziły, takie do licaby biczowników należał. Żona jego, madonną Isabettą zwana, młoda 175 jeszcze białogłowa, około trzydziestu lat licząca, była osobą piękną, świeżą i krągłą, jak jabłuszko. Z przyczyny zbytniej nabożności męża, a także podeszłych lat jego, musiała nieraz dłuższy post zachowywać, aniżeliby tego pragnęła. Gdy chciała już spać albo nieprzystojne harce z mężem swym czynić, ów opowiadał jej o męce Chrystusa, o pokucie Magdaleny lub o kazaniach brata Anastazego.
W owym czasie powrócił z Paryża pewien mnich, należący do klasztoru w San Brancazio, Don Felice zwany. Był to człek młody, wielce urodziwy, a do tego mądry i głęboko uczony. Brat Puccio zaraz z nim w stosunek bliskiej przyjaźni wstąpił. Mnich rozwiązał wszystkie jego wątpliwości, a poznawszy jego naturę, zapragnął wydać mu się człekiem świętobliwym. Brat Puccio wprowadził go do domu swego i nieraz go na wieczerzę zapraszał. Don Felice, ujrzawszy urodziwą i pulchną białogłowę, dorozumiał się zaraz, czego jej brakować musi, dlatego też postanowił w imię miłości Chrystusa uwolnić brata Puccia od trudu i wziąć go na barki własne. Jął więc rzucać na młodą białogłowę znaczące spojrzenia i, przyłożywszy się pilnie do dzieła, tyle sprawił, że podobną żądzę do tej, jaką sam uczuwał, i w niej zapalił. Spostrzegłszy to, skorzystał z pierwszej nadarzonej sposobności, aby się z żoną brata Puccia porozumieć. Chociaż znalazł ją w dobrem ułożeniu i gotową do sprawienia mu przyjemności, przecie nie mógł się tego od niej dobić, aby mu naznaczyła spotkanie gdzieś poza swoim domem. W domu zasię nie podobna było nic uczynić, brat Puccio bowiem nie zwykł był nigdy wyjeżdżać. Wszystko to wielce mnicha martwiło. Wreszcie przyszedł mu do głowy fortel, dzięki któremu spodziewał się, że będzie się mógł cieszyć do woli wdziękami IsabeMy w jej domu, bez obudzenia podejrzeń w duszy brata Puccia.
Pewnego razu, gdy brat Puccio go odwiedził, rzekł doń:
— Już nieraz spostrzegłem, bracie Puccio, że jedno tylko pragnienie żywicie: zbawienia dostąpić. Zdaje mi się jednakoż, że zbyt długą drogą do tego celu zmierzacie. Przecie istnieje i inna droga, znacznie krótsza, którą kroczy papież i wysocy dostojnicy kościoła. Coprawda, nie chcą oni drogi tej ludziom ukazywać, bowiem stan duchowny, żyjący z jałmużny wiernych, za wskazywanie im ścieżki do nieba, wielceby na tem ucierpiał. Ponieważ jednak jesteście moim przyjacielem, dla którego wiele wdzięczności za okazywane mi względy żywię, dlatego też odkryję wam tajemnicę.
Brat Puccio, pełen ciekawości, jął go prosić i nastawać na niego, aby mu wskazówek potrzebnych udzielił, zaręczając i klnąc się na wszystkie świętości. 176 że nikomu o tem ani słowa nie powie i że sam zaraz do najsurowszej przystąpi pokuty.
— Dobrze więc — odparł mnich — skoro mi tak uroczyście milczyć przyrzekacie, dam wam stosowne pouczenia. Jak wam wiadome jest, Ojcowie Kościoła twierdzą, że ten, kto chce zbawienia dostąpić, winien następującą pokutę odbywać. Zrozumcie innie jednak dobrze! Nie twierdzę ja, że po tej pokucie zupełnie grzesznikiem być przestaniecie, ale jeno, że wszystkie w’iny, popełnione do chwili pokuty, odpuszczone wam zostaną.
Te błędy, zasię, w które popadniecie po jej odprawieniu, nie będą wam policzone ku potępieniu, przeciwnie, odrobiną wody święconej zmyć się dadzą.
Przedewazystkiem więc, chcąc odprawić pokutę, musicie się szczerze i należycie wyspowiadać, później zasię należy zacząć post i życie wstrzemięźliwe, które ma trwać dni czterdzieści; w tym czasie niewolno wam tknąć swojej żony, ani żadnej innej białogłowy. Krom tego, musicie znaleźć w swoim domu miejsce odosobnione, gdzie pozostając, moglibyście przez całą noc w gwiaździste niebo się wpatrywać. Udacie się tam późnym wieczorem i narychtujeoie sobie długi stół, tak wysoki, abyście stojąc, lędźwiami o niego opierać się mogli. Położycie na stół swoje ramiona, przyjmując postawę Ukrzyżowanego, możecie się przytem rękoma za dwa kołki uchwycić. W tej postawie, patrząc w niebo i najmniejszego poruszenia nie czyniąc, pozostaniecie aż do jutrzni. Gdybyście byli uczeni w piśmie, dałbym wam modlitwy, które w czasie pokuty odmawiać należy, ponieważ jednak czytać nie umiecie, musicie tedy odmówić trzysta razy Zdrowaś Maryja i tyleż razy Ojcze Nasz. Przez cały ten czas będziecie patrzyli w niebo i nieustannie myśleli o tem, że Bóg stworzył ziemię i niebo, uprzytamniając sobie również mękę Zbawiciela. Gdy na jutrznię zadzwonią, odejdziecie i, jeśli wola, rzucicie się w ubraniu na łoże i zaśniecie. Rankiem musicie jeszcze udać się do kościoła, wysłuchać trzech mszy i odmówić z pięćdziesiąt Ojcze Nasz i tyleż Zdrowaś Marja. Potem wobio wam będzie zająć się swemi sprawami i obiad zjeść. Jednakże, w porze nieszporów znowu powinniście pójść do kościoła i tam odmówić kilka pacierzy, których was zaraz nauczę, a bez których obejść się nie Iza. Za nadejściem wieczoru odnowa pokutę rozpoczniecie.
Ja sam kiedyś wszystko to czyniłem, dlatego też jestem upewniony, że zanim do końca pokuty dojdziecie, uczujecie rozkosz wiecznego zbawienia.
— Praktyki te nie wydają mi się zbyt uciążliwe i długotrwałe — odparł 177 brat Puccio — i myślę, że im łatwo sprostam; z pomocą Boską zacznę pokutę jeszcze w tę niedzielę.
Przyszedłszy do domu, opowiedział o wszystkiem, za zezwoleniem mnicha, swojej żonie. Ta dorozumiała się zaraz, w jakim celu mnich rozkazał mu, nie drgnąwszy, przez całą noc pokutować. Znalazłszy ten fortel wcale udatnym, rzekła, że wielce rada będzie zawsze z wszystkiego, co on za użyteczne dla zbawienia duezy swojej uzna. Żeby zaś Bóg łaskawie tę jego pokutę przyjął, gotowa jest z mężem post podzielić, innych prywacyj na się nie biorąc.
Gdy nadeszła niedziela, brat Puccio pokutę swoją rozpoczął, mnich zasię, ułożywszy się z Isabettą, prawie każdego wieczora do niej się zakradał, nie będąc przez nikogo widziany. Przynosił z sobą przednie potrawy i wina; po spożyciu wieczerzy, kładli się do łoża i figlowali aż do jutrzni; o tej godzinie mnich odchodził, a brat Puccio do łoża powracał. Ponieważ jednak miejsce pokuty brata Puccia oddzielone było tylko cienkiem przepierzeniem od komnaty jego małżonki, zdarzyło się tedy, że gdy mnich zbyt tęgo panią Isabettę tarmosił, zdało się pokutnikowi, że trzeszczą wszystkie krokwie w komnacie. Odmówił już był sto Ojcze Naszów, a gdy do sto pierwszego miał się zabierać, zapytał: —
— Na miłość Boską, moja żono, co tobą tak rzuca?
Wielce żartobliwa białogłowa, która zapewne dosiadała właśnie rumaka świętego Benedykta, czy świętego Jana Gwalberta, odparła:
— Na mą duszę, mężu drogi, przewracam się, jak tylko mogę!
— Jakto przewracasz się? Co chcesz powiedzieć przez to?
— Jakże się możesz jeezcze pytać o to? — odrzekła Isabetta, ledwo hamując się od śmiechu (a było, wierę, śmiać 6ię z czego). Zaliżem cię nie słyszała, mówiącego tysiąc razy: „Kto się cały dzień przepości, nie ma w nocy spokojności“.
Brat Puccio, uwierzywszy, że żona, wskutek długiego postu, zasnąć nie może i dlatego tak na łożu się przewraca, rzekł do niej dobrodusznie:
— Prosiłem cię nieraz, żono, abyś postów zaniechała, aleś mnie się posłuchać nie chciała. Proszę cię, staraj eię teraz zasnąć, bowiem tak się na łożu rzucasz, że je całe na drzazgi porozbijasz.
— Nie troskaj się o to, miły mężu — odparła białogłowa — wiem, co czynię. Bacz na siebie, abyś dobrze czynił, ja zaś w miarę sił moich będę się starała, aby jeszcze lepiej czynić.
Puccio zamilkł i znowu do modlitw swoich przystąpił. Isabetta i mnich 178 jeszcze tej nocy narychtowali sobie w drugim kącie komnaty łoże, w którem z radością harcowali, w czasie pokuty brata Puccia. O jutrzni mnich wychodził, białogłowa do małżeńskiej łożnicy powracała, a wkrótce i brat Puccio przybywał. Gdy więc brat tym kształtem pokutę odprawiał, Isabetta nieraz żartobliwe do mnicha mawiała:
Zadałeś mężowi pokutę, dzięki której my już raju zażywamy.
Isabetta tak przywykła i tak zasmakowała w strawie, którą ją mnich obdarzał (trza wiedzieć, że mąż oddawna w poście ją trzymał), że nim poknta brata Puccia do końca dobiegła, znalazła sposób pożywiania się poza domem. Folgowała swoim chuciom w tajności i bez przeszkód.
Zważcie, że ostatnie słowa mojej opowieści wcale pierwszym nie przeczą, brat Puccio bowiem, mniemając, że przez ciężką pokutę dostanie eię do raju, pokazał doń drogę mnichowi i żonie swojej, która w nieustannej potrzebie żyła, póki się nad nią mnich nie ulitował.
OPOWIEŚĆ V i
Koń i żona
Strojniś czyni ze swego rumaka dar dla messera Francesca Vergellesi. Za to wolno mu jest rozmawiać z żoną pana Francesca. Ponieioaż dama milczy< więc Strojniś odpowiada za nią. Później dzieje się wszystko, według jego ułożenia
Swoją opowieść o bracie Puccio zakończył Pamfilo przy ogólnym śmiechu dam. Następnie królowa obróciła się do Elizy i rzekła, że na nią kolej przypada.
Eliza na ten kształt mówić zaczęła:
— Wielu ludzi uczonych mniema, że krom nich, nikt nic wiedzieć nie może. Pragnąc innych wyprowadzić w pole, sami zostają na hak przywiedzeni. Dlatego też jestem przekonana, że nie należy bez potrzeby siły umysłu innych na próbę wystawiać. Że jednak może nie wszyscy z was są podobnego zdania, opowiem wam, co się zdarzyło pewnemu szlachcicowi z Pistoi. ^ Pistoi mieszkał pewien szlachcic z rodu Vergellesi, imieniem Francesco. Był to człek wielce bogaty, mądry, pełen życiowej eksperjencji, aliści akąpy okrutnie. Ów, mianowany będąc podestą Medjolanu i wybierając się w drogę do tego miasta, opatrzył się we wszystko, czego mu było trza, stosownie do godności swojej. Brakowało mu tylko pięknego rumaka. Nie mogąc znaleźć takiego, coby mu się podobał, trapił się i myślał, gdzieby go dostać. W owym czasie znajdował się w Pistoi pewien młodzieniec, imieniem Ricciardo, z nieznacznego idący rodu, ale bogaty wielce. Ricciardo tak był o swój pozór i strój dbały, że mu przydomek Strojnisia nadano. Młodzieniec ów od dawnego czasu 181 miłował żonę messera Francesca, białogłowę cnotliwą i wysokiej urody. Ponieważ zaś posiadał jednego z najpiękniejszych rumaków Toskanji, z którego był wielce dumny, a namiętność jego do żony pana Francesca, była rzeczą powszechnie wiadomą, więc ktoś messerowi Francesco poradził, aby zażądał od Strojnisia jego rumaka. Dla miłości, jaką żywi do jego żony, niechybnie mu go odda. Messer Francesco, chciwością powodowany, zaprosił do siebie Strojnisia i poprosił go, aby mu rumaka podarował. Strojniś, usłyszawszy tę prośbę, uśmiechnął się i rzekł:
— Gdybyście mi dali wszystko, co posiadacie, jeszczebyście mego konia nie otrzymali. Możecie go jednak łatwie w podarunku dostać. Zezwólcie tylko, abym, zanim rumaka otrzymacie, mógł w waszej przytomności słów kilka waszej żonie powiedzieć, w takiem jednakoż oddaleniu, aby nikt, krom niej, nie mógł mnie usłyszeć. Francesco, zaślepiony chciwością, sądząc, że mu się uda łatwie Ricciarda na hak przywieść, przystał na ten warunek i oznajmił, że Strojniś może do jego żony tyle słów skierować, ile mu się tylko podoba. Ostawiwszy Ricciarda w wielkiej sali swego pałacu, udał się do komnaty żony i opowiedział jej, jakim sposobem może przyjść do posiadania rumaka i przykazał, aby poszła wysłuchać słów Strojnisia, nie odpowiadając jednakoż ani słowem na jego wywody. Żonie Francesca wielce to wszystko nie po myśli było, zmuszona jednakoż wolę męża wypełnić, rzekła, że się zgadza. Później weszła z mężem do sali, aby posłuchać, co Strojniś mówić będzie.
Ricciardo, potwierdziwszy umowę swoją z Francesco, usiadł z jego żoną w odległym kącie komnaty i rzekł:
— Niemaw! najmniejszej wątpliwości, szlachetna pani, że dzięki wielkiemu rozumowi swemu, dawnoście już odgadnąć mogli, jaką miłość wzbudziła we. mnie wielka wasza piękność, która z żadną inną w paragon nie wchodząc, nad wszystkiemi przodek bierze. Nie będę tutaj się szerzył nad waszemi obyczajami i osobliwemi przymiotami, których doskonałości żaden człek oprzećby się nie zdołał. Nie trza takoż słowami dowodzić, że afekt mój do was jest silniejszy i bardziej ognisty, niż jakiekolwiek uczucie, które mężczyzna do kobiety żywić może. Trwać ono będzie w tej samej sile, dopóki mi nędznego żywota starczy, jeżeli zasię na tamtym świecie jeszcze się istnieje, będę was miłował przez wieczność całą. Dlatego też możecie być przeświadczeni, że niema nic, drogiej, czy pośledniej ceny, cobyście tak prawdziwie swojem nazwać mieli prawo i nacobyscie we wszelkich okolicznościach tak liczyć mogli, jak na mnie i na wszelkie dobra moje.
Abyście się zaś o tein przeświadczyć mogli dowodnie, powiem wam, że za największą łaskę sobiebym to poczytywał, gdybyście zlecili mi uczynić coś dla ukontentowania waszego. Miałbym to za większe szczęście, niż gdyby mnie się cały świat słuchał. Skoro własność waszą stanowię, jak to widzicie ze słów moich, zaliż mam daremnie gorące prośby do was zanosić, wiedząc, że tylko od was może spłynąć na mnie spokój i szczęście. Dlatego też, jako pokorny niewolnik, proszę was, będących jedynem mojem dobrem i nadzieją duszy mojej, która się miłosnemi płomieniami żywi, abyście raczyli stać się łaskawszą dla mnie i zmiękczyć nieco dotychczasową surowość swoją. Waszą litością pokrzepiony, będę mógł powiedzieć, że wasza piękność, co miłość we mnie wzbudziła, tchnęła też życie we mnie. Jeżeli wysokiej swej duszy do próśb moich nie nakłonicie, życie moje wkrótce zagaśnie. Umrę, zowiąc was morderczynią. Śmierć moja chlubyby wam nie przyniosła, mniemam takoż, że sumienieby wam spokoju nie dało i że wówczas, łaskawszą będąc dla pamięci mojej, niźli dzisiaj dla mnie jesteście, rzeklibyście do się:
— Jakże źle postąpiłam, nie okazawszy memu biednemu Ricciardo ani krztyny litości.
Dręczona niewczesnym żalem, głęboki ból poczujecie. Aby więc temu zapobieżyć, póki jeszcze czas, ulitujcie się nademną i bądźcie łaskawi dla mnie, zanim nie zginę. W waszej mocy leży uczynić mnie najszczęśliwszym, czy też najbiedniejszym na ziemi człowiekiem. Tuszę, że wasza miłość do bliźniego tego nie dopuści, abym miał za mą niezmierną miłość śmierć odnieść w zapłacie ale, że owszem, przychylnym responsem wskrzepicie władze duszy mojej, które drżą teraz przed waszem obliczem.
Tutaj Ricciardo zamilkł i, głęboko wzdychając, kilka łez uronił. Dama, której dotychczas wszystkie zabiegi Strojnisia, jako to turnieje, czy serenady, poruszyć nie mogły, teraz na te wymowne i namiętne słowa kochanka poczuła nieznane jej dotąd wzruszenie i pojęła, co miłość znaczy. I chociaż, posłuszna rozkazaniu męża, głębokie milczenie zachowywała, nie mogła przecie pohamować westchnienia, które Strojnisiowi wszystko wyjawiło.
Ricciardo poczekał chwilę, ale widząc, że responsu niema, zadziwił się zrazu wielce; później jednak odgadł, jakiego podstępu Francesco chwycić się musiał. Spojrzawszy na oblicze damy, spostrzegł, że oczy jej, zwrócone na niego, błyszczały dziwnym blaskiem, usłyszał także westchnienie, dobywające się z jej łona — nabrał przeto otuchy i na nowy wpadł fortel. Jął odpowiadać sam sobie w imieniu damy i w jej przytomności na ten kształt: 183
— Drogi Ricciardo, w samej rzeczy oddawna już spostrzegłam miłość twoją ku mnie i poznałam, że jest ona niezmierna i pełna doskonałości, teraz zasię dzięki twodm słowom, ugruntowałam się jeszcze bardziej w swem przekonaniu. Żywą radością wszystko to mnie przejmuje. Jeżeli twardą i nieużytą być ci się zdałam, to nie sądź, że oblicze moje było istotnym mego serca obrazem. Zawsze cię miłowałam; byłeś mi najdroższym człekiem na świecie. Należało mi jednakowoż tak czynić z lęku przed ludźmi i z troskliwości o dobrą cześć moją. Dzisiaj natomiast postanowiłam dać ci jawne dowody miłości mojej i wynagrodzić cię za afekt, który zawsze dla cię żywiłam i żywię. Dlatego też pociesz się i bądź dobrej myśli. Francesco odjeżdża wkrótce do Medjolanu, aby tam godność podesty piastować. Wiesz sam o tem najlepiej, bowiem dla miłości swej do mnie, oddałeś mu pięknego swego rumaka. Gdy tylko mąż mój gród nasz opuści — przysięgam ci na cześć moją i tę szczerą miłość, którą ci wyznaję, że w jaknajprędszym czasie przywołam cię, aby nasza namiętność do lubego skutku dowiedziona być mogła.
Ażebym zaś nie potrzebowała jeszcze raz w tej sprawie porozumiewać się z tobą, posłuchaj uważnie, co ci teraz powiem. Owego dnia obaczysz dwa ręczniki, zawieszone u okna mojej komnaty, wychodzącej na ogród. Następnej nocy, mając to na pieczy, aby cię nikt nie spostrzegł, postaraj się przekraść do mnie przez bramę ogrodu. Zastaniesz mnie czekającą na cię i wówczas całą noc będziemy sdę cieszyli sobą, czego tak bardzo pragniemy.
Gdy już Strojniś te słowa w imieniu damy wypowiedział, jął odpowiadać jej od siebie tą modłą:
— Miła moja, od ogromnej radości, jaką odczuwam, słysząc waszą odpowiedź przychylną, tak mi w piersiach dech zaparło, że ledwie jestem w stanie należny dank wam złożyć. Gdybym mógł mówić tak, jak tego pragnę, nie starczyłoby mi słów i czasu, choćby najdłuższego, na wypowiedzenie tego, co się w duszy mojej dzieje.
Niechże zatem umysł wasz sam pojmie, co powiedzieć chciałem, słów nie znachodząc. Rzeknę wam tylko, że rozkazy wasze najściślej wypełnię. Wówczas pod dobroczynnym wpływem łaski, jaka mnie spotkała, na duchu skrzepiony, będę się starał w miarę sił wdzięczność moją wam okazać. Teraz zasię, nie pozostaje nic innego, jak prosić Boga, aby zesłał wam wszelką radość i szczęśliwość, jakiej tylko pragniecie. Bogu wa6 polecam, szlachetna pani!
Na to wszystko nie odrzekła dama ani słowa. Strojniś powstał i udał się 184 do Francesca, który, obaczywszy go, wyszedł mu na spotkanie i rzekł ze śmiechem:
— Cóż, zali dobrze obietnicę swą uiściłem?
— Nie — odparł Strojniś — przyobiecaliście mi bowiem, panie, że będę mówił z żoną waszą, tymczasem natknąłem się na posąg marmurowy.
Odpowiedź ta niezmiernie się panu Francesco podobała i dała mu jeszcze lepsze pojęcie o cnocie żony, aniżeli miał dotąd.
— W każdym razie koń twój do mnie należy — rzekł.
— Tak — odparł Ricciardo — gdybym był jednakoż wiedział, że za moją łaskawość, taką nagrodę od was otrzymam, to podarowałbym wam rumaka wcześniej, żadnych nie stawiając warunków.
Francesco roześmiał się w głos, a potem, odebrawszy konia, po dwóch dniach udał się do Medjolanu.
Dama, pozostawszy sama w domu, często wspominała sobie słowa Strojnisia, myślała takoż o jego miłości dla niej i o rumaku, podarowanym przezeń mężowi. Widząc go zaś, przechadzającego się nieustannie pod jej oknami, rzekła do się:
— Co ja czynię? Dlaczego marnuję mój wiek młody? Mąż wyjechał do Medjolanu i wróci nie prędzej, jak za sześć miesięcy. Czyż mi wynagrodzi kiedy te stracone chwile? Może wówczas, gdy będę już staruchą. Krom tego, gdzież znajdę takiego miłośnika, jak Ricciardo. Jestem tu sama i nie obawiam się nikogo. Dlaczegóż miałabym tak szczęśliwą sposobność zaniedbać? Kto wie, czy podobna kiedykolwiek się trafi? Nikt o tem nigdy się nie dowie, a zresztą, gdyby i wszystko na jaw wyszło, lepiej zawsze pokutować za to, czego się użyło, aniżeli za to, czego się nie zaznało.
Porozmyślawszy do syta, zawiesiła na oknie, wychodzącem na sad dwa ręczniki. Ricciardo, ujrzawszy je, ucieszył się okrutnie i za nadejściem nocy wszedł do sadu przez furtkę, która zaparta nie była. Później wszedł do domu damy, która wyszła mu na spotkanie i z oznakami najżywszej radości go przyjęła. Ricciardo, objąwszy ją i ucałowawszy tysiąc razy, wszedł na stopnie schodów. Nie mieszkając, legli do łoża i ostatnie granice miłości poznali. Ten pierwszy raz ostatnim wcale nie był, bowiem w czasie nieobecności Francesca, a takoż po jego powrocie, Strojniś nieraz do domu jego żony powracał, skła-dając jej liczne miłości dowody ku obopólnemu ukontentowaniu.
OPOWIEŚĆ VI
W miłości, jak na wojnie
Ricciardo Minutolo miłuje żonę Filippelła Figniiiolfi. Ta, będąc zazdrosna, daje wiarę słowom Ricciarda, że mąż jej wraz z jego żoną mają się spotkać w łaźni. Ricciardo tak zręcznie rzecz protvadzi, że Catełła przybywa do łaźni, gdzie pospołu z nim przebywa
Gdy Eliza zamilkła, królowa pochwaliła roztropność Strojnisia i Fiam-necie opowiadać przykazała.
Fiammetta rzekła z uśmiechem, że jest gotowa, i w te słowa zaczęła:
— Musimy się na niedługi czas oddalić od naszej stolicy, która obfituje w — rozliczne przypadki i w przykłady, każdej materji dotyczące. Podobnie, jak i Eliza, opowiem wam o rzeczach, które gdzieindziej się na świecie przytrafiły. Przenieście się ze mną do Neapolu i posłuchajcie, jak to jedną z tych pobożniś, krzywiących się na wspomnienie miłości, przebiegły kochanek zmusił do skosztowania jej owoców, nim jeszcze kwiaty poznała. Opowieść moja posłuży wam na przyszłość przestrogą, a także wszystkich was zabawi.
W starożytnem mieście, Neapolu, najmilszej ze wszystkich stolic Italji, żył pewien młodzieniec, bardzo znacznego rodu, a przytem wielce bogaty, nazwiskiem Ricciardo Minutolo. Ów, chocia miał urodziwą i miłującą go żonkę, przecie zakochał się w innej białogłowie, która, według powszechnego mniemania, urodą swoją nad wszystkiemi Neapolitankami górowała. Catella (bowiem tak się zwała) była żoną młodego i znacznego człeka, Filippela Figni-nolfi, który ją nad wszystko w świecie miłował i w wielkicm ją miał zacho 187 waniu, a czci. Ricciardo Minutolo, rozkochawszy się w tej damie, użył wszelkich środków, któremi zwykle wzajemność i względy białogłowy się zdobywa, aliści wszystko to do upragnionego nie doprowadziło go skutku. Popadł zatem w czarną rozpacz, a nie będąc w stanie od swej namiętności się uwolnić, ani życiem cieszyć się nie mógł, ani umrzeć nie potrafił. Widząc go w podobnym stanie, kilka białogłów, które się do jego rodziny zaliczały, jęło go pocieszać i przekładać mu, aby wybił sobie z głowy ową miłość, bowiem wszystkie starania darcmnemi się okażą. Catella nikogo na świecie tak nie miłuje, jak Filipella; jest przytem tak o niego zazdrosna, iż drży nawet przed każdym przelatującym ptakiem, aby go jej przypadkiem nie porwał.
Ricciardo, usłyszawszy o zazdrości Catelli, zaraz pewną myśl powziął i uczynił pozór, że, zwątpiwszy już, aby względy Catelli mógł pozyskać, zwrócił swoje afekty ku innej białogłowie, na cześć której począł urządzać turnieje i gonitwy, co przedtem dla Catelli zwykł był czynić.
Niewiele czasu upłynęło, a już wszyscy w Neapolu, pospołu z Catellą, tego mniemania byli, że Ricciardo nie Catellę, lecz tę drugą białogłowę gorącym afektem darzy. Tak długo chytre swoje ułożenie prowadził, aż wszyscy uwierzyli w to twardo, a Catella, przestawszy się mieć na baczności, jak dawniej, gdy jeszcze miłość do niej żywił, jęła 6ię z nim przyjaźnie obchodzić i przy spotkaniu uprzejmie go jako sąsiada witać.
Tymczasem nastąpiło upalne lato i wielka liczba mężczyzn, jak i kobiet, zgodnie z neapolitańskim zwyczajem, wybrała się nad brzeg morza, aby tam wczasu zażyć, a takoż obiad i wieczerzę sporzyć. Ricciardo, uznawszy, że Catella z towarzystwem swojem tam się znajduje, również na brzeg morza się udał. Długo się prosić kazał, nim do kompanji Catelli się przyłączył, dając przez to poznać, że nie wiele o to stoi. Białogłowy, a w ich liczbie i Catella. jęły dworować nieco z jego nowej miłości. Ricciardo udawał, że cały jest tą miłością rozpłomieniony, przez co jeszcze większy dal do gadek powód. Wkrótce potem towarzystwo się rozproszyło, tak iż Ricciardo sam z Catellą pozostał. Wówczas skorzystał z chwili, aby jej napomknąć niejasno o pewnej miłostce jej męża, Filippelła. Catella zaraz srogą zazdrość uczuła i zapłonęła żądzą dowiedzenia się bliższych szczegółów. Przez chwilę hamowała się, ale wreszcie, nie będąc zdolna wytrwać dłużej, zaklęła Ricciarda na miłość ulubionej przez niego damy, aby wyjaśnił jej słowa, Filippelła się dotyczące.
— Pani — odparł Ricciardo — zaklęliście mnie na imię takiej osoby, że nie sposób jest, abym miał wam czegokolwiek odmówić. Dlatego też gotów 188 jestem powiedzieć wam wszystko, pod warunkiem jednak, że przyrzekniecie mi nic wspominać o tem ani słowa mężowi i tej damie, do czasu, aż się nie upewnicie, co do prawdy słów moich. Jeśli zechcecie zaś, nauczę was, jak macie postąpić, aby się przekonać.
Dama zgodziła się na tę kondycję, uwierzyła jeszcze silniej w jego słowa i poprzysięgła, że nikomu tajemnicy nie zdradzi. Wówczas Ricciardo odwiódł ją na stronę, aby inni ich nie słyszeli i rzekł na ten kształt:
— Gdybym was tak, jak dawniej miłował, nie miałbym odwagi powiedzieć wam tego, coby wam strapienie przyczynić mogło. Teraz jednak, gdy miłość już minęła, nie będę się wahał odkryć wam całej prawdy. Nie wiem, czy Filippelła drażnił afekt, który dla was żywiłem, czy też wydawało mu się, żeście mi wzajemnością odpłacali; jakby się jednak i rzecz nie miała, nigdy nic nie dał poznać po sobie. Teraz jednak, sądząc widocznie, że nadszedł czas sposobny, chce mi odpłacić pięknem za nadobne i uczynić mi to, czego obawiał się, abym ja mu nic uczynił: czyli żonę moją uwieść. Wiem, że od pewnego czasu stara się ją nakłonić do zdrady tajeinnemi poselstwy, o których zaraz mi donosiła. Odpowiadała na nie zgodnie z moją radą, a pouczeniem. Jednakoż dzisiaj rano, nim tutaj przybyłem, zastałem w komnacie żony jakąś białogłowę, tajnie nad czeniś się z nią naradzającą. Zaraz odgadłem, co to za jedna i spytałem żony, czego chce ta kobieta.
— Jest to posłanka Filippelła — odparła. Sprowadzasz na mnie te kłopoty swojemi radami, odpowiedziami i dodawaniem mu nadziei. Filippello chce się dowiedzieć, jak postąpić zamyślam. Gdy się zgodzę, uczyni tak, abym mogła przyjść tajnie do pewnej łaźni. Do tego mnie nakłania i o to prosi. Gdybyś nie kazał mi, Bóg wie, w jakim celu, tych stosunków utrzymywać, już dawno byłabym mu dała taką odpowiedź, że nawet spojrzeć w moją stronę nie byłby się ośmielił. Wówczas zdało mi się, że Filippello zbyt daleko swoją zuchwałość posuwa i że dłużej tego nie Iza znosić.
Postanowiłem tedy oznajmić wam o tein, abyście poznali, jak wam płacą za waszą wierność niewzruszoną, która mnie o mały włos do śmierci nie przywiodła. Abyście zaś nie myśleli, że to są jeno puste słowa i bajędy i byście mogli, gdy zechcecie, o prawdzie tej się przekonać i własnemi rękoma jej dotknąć, kazałem odpowiedzieć żonie przez tę kobietę, że gotowa jest przyjść jutro, około dziewiątej, gdy wszyscy śpią, do tej łaźni. Posłanka odeszła wielce uradowana. Spodziewam się, że nie sądzicie, abym żonie mojej pójść tam pozwolił. Gdybym był na waszem miejscu, uczyniłbym tak, aby miast tej, którą zastać sądzi, pan mąż mnie znalazł; przebywszy z nim czas nijaki, pokazałbym mu, kogo tak ściska i zapłaciłbym mu tak, jak się należy. Gdybyście tak uczynili, niewątpliwe takiby nim wstyd owładnął, że ujma i nieprawość, którą wam i mnie chciał wyrządzić, w jednej chwili pomszczonaby została.
Catella nie dała baczności na to, kto te słowa mówi i podstępu nie spostrzegła; przeciwnie, zgodnie z obyczajem zazdrośników, uwierzyła we wszystko i jęła przywodzić sobie na pamięć rozliczne drobne okoliczności, które do tego faktu się ściągały.
Dlatego też, nagłym gniewem owładnięta, odparła, że w samej rzeczy tak uczyni, bowiem nie jest to rzecz do dopełnienia trudna, gdy zaś jej mąż się zjawi, tak go zasroma, że odtąd zawsze, gdy tylko jaką białogłowę obaczy, despekt ten wspomnić sobie będzie musiał.
Ricciardo, niezmiernie tem uradowany, obaczył, że fortel jego jest sku* tyczny; utwierdził ją zatem w tem jej przedsięwzięciu jeszcze innemi mnogiemi słowy tak, iż uwierzyła mu całkiem. Prosił jeno, aby nikomu nie zdradziła, że się od niego o tem dowiedziała. Catella obiecała mu to.
Następnego dnia Ricciardo udał się do pewnej kobiety, właścicielki łażui, którą wskazał był Catelli; odkrył jej swój zamysł i prosił, aby, w miarę sił swoich, mu dopomogła. Kobieta ta, mająca wobec niego pewne obliki wdzięczności, zgodziła się chętnie i porozumiała się z nim, co jej czynić i mówić wypada.
W domu, gdzie mieściła się łaźnia, znajdowała się mała, ciemna komnata, nie mająca jednego choćby okna, coby ją oświetlało. Poczciwa kobieta, wedle wskazówek Ricciarda, przygotowała ją stosownie i postawiła w niej wygodne łoże. Ricciardo, zjadłszy obiad, położył się na nie i jął czekać na Ca-tellę. Catella, wysłuchawszy słów Ricciarda i użyczywszy im więcej wiary, niźli należało, gniewna i oburzona do domu powróciła. Wkrótce nadszedł także i Filippello, który jakiemiś ważkiemi myślami zajęty będąc, nie tak czule ją powitał, jak to zwykle miał w zwyczaju czynić. Spostrzegłszy to, Catella umocniła się jeszcze w swem podejrzeniu i rzekła do siebie:
— Myśli oczywista o tej białogłowie, z którą jutro ma rozkoszy użyć, ale, na Boga, nic z tego nie będaie!
Takimi myślami zajęta, całą prawie noc głowiła się nad wynalezieniem stosownej do męża przemowy.
Gdy nadeszła godzina dziewiąta, Catella wzięła swoją pokojową i udała 190 się do łaźni, o której Ricciardo mówił. Ujrzawszy łaziebną, spytała, zali Filippello ma tu dzisiaj przybyć? Ta, nauczona przez Ricciarda, odparła:
— Zali jesteście, pani, tą damą, na którą on czeka?
— Tak — rzekła Catella.
— Tedy pozwólcie do niego!
— Catella, która wybrała się szukać tego, kogo, jako żywo, wcale znaleźć nie chciała, pozwoliła się zawieść do komnaty, gdzie na łożu Ricciardo leżał. Weszła do komnaty, nie zdejmując zasłony z twarzy, i drzwi za sobą zaparła.
Ricciardo, ujrzawszy ją, skoczył z łoża, obłapił ją ciasno w ramionach i rzekł:
— Witam cię, najdroższa kochanko moja!
— Catella, nie chcąc się zdradzić, oddała mu uścisk za uścisk, radość po sobie pokazała, ale nie rzekła ni słowa, bała aię bowiem, aby jej nie poznał. Izba była ciemna, ku ukontentowaniu ich obojga. Nawet gdy się przez dłuższy czas w niej pozostawało, oczy niczego rozróżnić nie mogły. Ricciardo zaprowadził Catollę do łoża. Leżeli na niem długo, zatopieni w rozkoszy, ku niewypowiedzianej radości każdego z nich, nie mówili jeno nic ze sobą, aby się głosem swoim nie zdradzić. Nakoniec, gdy się wreszcie zdało Catelli, że winna dać folgę hamowanej tak długo wściekłości, zawołała, srogim gniewem zapalona:
— O, Boże, jakże okrutny jest los białogłów i jakąż straszną za miłość swoją odbierają one od mężów zapłatę! 0 ja nieszczęsna! Oto od ośmiu lat kocham cię nad życie, ty zasię, niegodny człowieku, trawisz się namiętnością do innej kobiety? Kogóż to sądzisz mieć obecnie w objęciach swoich? Tą samą, którąś zwodził długo fałszywemi czułościami swemi, udając do niej miłość, podczas gdy kochałeś inną. Jam jest Catellą, a nie żoną Ricciarda, zdrajco niegodny! Poznajeszże mój głos? To ja, ja w mojej własnej osobie! Zdawa mi się, że już tysiąc lat czekam na światło, żeby cię zasromać, psie chutliwy i łotrze przeklęty! O ja nieszczęsna, dla kogóż to przez tyle lat podobną miłość żywiłam? Dla tego psa nędznego, który mniemając, że ściska w ramionach obcą białogłowę, w ciągu tych kilku chwil liczniejszemi mnie pieszczotami obsypał, niźli przez cały czas małżeństwa naszego. Umiałeś się teraz, nędzniku, stać dzielnym i krzepkim, chocia w domu za słabego i niedołężnego chcesz zwykle uchodzić!
Bogu Najwyższemu chwała, żeś użyźnił swoje, a nie cudze pole, tak jak mniemałeś. Nie dziwię się teraz, że poprzedniej nocy nie zbliżyłeś się wcale do mnie. Chciałeś na co innego nagromadzone siły zachować, aby wstąpić 191 w bój miłosny, jako świeży i wypoczęty rycerz. Dzięki Bogu i mojej przezorności, wilgotność spłynęła tam, gdzie winna była spłynąć. Czemu nie odpowiadasz, potworze? Zaliżeś oniemiał, słowa moje usłyszawszy? Nie wiem, na mą duszę, co mnie od tego wstrzymuje, aby ci oczy wydrapać. Mniemałeś, że ci się uda tę zdradę w tajności popełnić, aliści, dzięki Bogu, i inni oczy mają. Lepiej cię śledziłam, niż sądzisz!
Ricciardo śmiał się w duchu, słysząc te słowa; nie odpowiadał na nie wcale, tylko ściskał i całował Catellę bez ustanku i coraz gorętsze łaski jej okazywał. Wówczas Catella znowu mówić poczęła:
— Jeżeli myślisz mnie teraz pieszczotami swemi ułagodzić i pocieszyć, w wielkim jesteś błędzie. Powiadam ci, że nie spocznę, aż do tej chwili, gdy cię nie zawstydzę w przytomności wszystkich krewniaków, sąsiadów i przyjaciół.
Zali nie jestem, bezecniku, równie piękna, jak żona Ricciarda Minutolo? Czemu nie odpowiadasz, psie niewierny? Jakąż wyższość ma ona nade mną? Odsuń się ode mnie i nie śmiej mnie więcej dotykać. Już dosyć dowodów dzielności złożyłeś! Wiem dobrze, że teraz, uznawszy, że to ja jestem, wszystko, cobyś czynił, czyniłbyś jeno z przymusem. Poczekaj, jeszcze nieźle się prze-pościsz z mojej łaski. Wierę, sama nie wiem, czemu nie posyłam po Ricciarda, który kocha mnie nad życie, chocia pochwalić się nie może, abym choć raz na niego spojrzała. Teraz wiem, że inaczej postępować należało. Mniemałeś że znajdziesz tutaj jego żonę; znaczy więc, żeś ją pieścił. Gdybym zatem ja do Ricciarda teraz należała, nie mógłbyś mi wyrzutów czynić.
Tu już jej słów zabrakło i gorzko zapłakała. Ricciardo, zważywszy, że gdyby ją w błędnem mniemaniu ostawił, przykre z tego skutki wyniknąćby mogły, postanowił dać się jej poznać. Schwyciwszy ją przeto w objęcia tak, że się wyrwać nie mogła, rzekł:
— Nie niepokój się, najdroższa moja! Czego samą miłością osiągnąć nie zdołałem, pozyskałem dzięki podstępowi, którego mnie nauczył Amor. Jestem twoim Ricciardem!
Catella, słowa te usłyszawszy i poznawszy głos Ricciarda, chciała zaraz z łoża wyskoczyć, aliści uczynić tego nie zdołała. Później zagroziła, że krzyknie, lecz kochanek zamknął jej ręką usta i rzekł:
— Pani, tego, co się 6tało, odrobić się nie da, choćbyście i przez całe życie swoje krzyczeć chcieli. Gdy teraz hałasu narobicie, niewątpliwie dwa niemiłe z tego wynikną skutki, dobra wasza sława na szwank narażona zostanie, bowiem, choćbyście nawet utrzymywać chcieli, żem was podstępem tu zwabił, 192 ja kłamstwo wam zadani i powiem, że was do tego obietnicami i podarunkami skłoniłem. Dalej rzeknę, iż w nadziei swojej, co do ich wartości, omylona, wpadliście w gniew, gwałt ten podnosząc. Wiadomą wam zaś jest rzeczą, że świat chętniej złemu, niż dobremu uwierzy, przeto też raczej mnie da posłuch niż wam. Krom tego między mną a mężem waszym śmiertelna nienawiść powstanie i rzeczy tak daleko zajść mogą, że albo ja jego zabiję albo on mnie, a wątpię, abyście przez to szczęśliwsi czuć się mieli. Dlatego też, nie ściągajcie hańby na się i nie wzbudzajcie kłótni między małżonkiem waszym, a mną. Nie jesteście pierwszą ani nie ostatnią zaiste, którą wyprowadzono w pole, ja zasię oszukałem was nie dlatego, aby jakąś własność wam odebrać, ale z przyczyny tej wielkiej miłości, jaką dla was żywię i zawsze żywić będę, waszym pokornym niewolnikiem się mieniąc. Oddawna już ja i całe moje mienie do was należy i wam jest podległe, od tej chwili pragnę jednak, abyście jeszcze więcej do wszystkiego mieli prawa. Jakoże w różnych sprawach rozumni jesteście, tuszę, że i tu takimi się okażecie.
Gdy Ricciardo słowa te mówił, Catella gorzko płakała. Chocia jednak 9rodze strapiona i wzburzona była, przecie w głębi duszy przyznała, że Ricciardo ma słuszność i że w przyszłości zdarzyć się może tak, jak on przepowiada. Dlatego też rzekła:
— Nie wiem, zaiste, jak mi Bóg pomoże przenieść tę hańbę, którąście mi wyrządzili. Nie będę wszczynała rumoru tutaj, gdzie mnie przywiodła głupota i zazdrość nierozumna, jednakoż przysięgam wam, że nie uspokoję się, dopóki w’ ten czy inny sposób za obrazę się nie pomszczę. Puście mnie już i nie próbujcie zatrzymywać mnie dłużej. Osiągnęliście przecie już, czegoście pragnęli i wymęczyliście mnie niezgorzej. Proszę więc raz jeszcze, pozwólcie mi odejść spokojnie!
Ricciardo czując, że Catella nie pozbyła się jeszcze gniewu na niego, postanowił nie wypuszczać jej, dopóki się całkiem nie uspokoi, dlatego też jął ją najczulszemi słowami ułagadzać. Tak długo ją prosił, zaklinał i tak nalegał na nią, że Catella wreszcie zwyciężona, pokój z nim zawarła. Pogodzeni z sobą przebyli w łaźni jeszcze czas pewien, niewysłowionej rozkoszy zażywając. Catella, uznawszy, że pocałunki kochanka smakowitsze są od pocałunków męża, odmieniła dotychczasową swoją dla Ricciarda uieczułość na tkliwą miłość do niego. Przy wielkiej z obu stron chytrości, nieraz jeszcze swoją miłością się cieszyli. Oby Bóg i nam tak się cieszyć zezwolił!
OPOWIEŚĆ VII
Pielgrzym
Tedaldo, w niezgodzie z swoją damą będący, opuszcza Florencję. Po pewnym czasie powraca do grodu w przebraniu pielgrzyma. Ratuje od śmierci męża swojej damy i godzi go z braćmi. Później wzajemną miłością się cieszy
F iammeta zamilkła wśród ogólnych pochwał. Poczem królowa, aby czasu po próżnicy nie tracić, zaraz Emilji opowiadać kazała. Emilja w te głowa zaczęła:
— Pragnę powrócić do naszego miasta, od którego oddaliły się dwie moje poprzedniczki, i opowiedzieć wam, jak jednemu z ziomków naszych utracone względy kochanki odzyskać się udało.
Żył niegdyś we Florencji młody szlachcic, Tedaldem degli Elisei zwany, który miłował okrutnie pewną damę, imieniem Ermellina, żonę niejakiego Aldobrandino Palermini. Młodzieniec ów, dzięki «woim chwalebnym obyczajom, godzien był cieszyć się pragnień swoich uskutecznieniem, aliści fortuna, nieprzyjaciółka szczęśliwych, wspak teinu stanęła. Nie wiedzieć z jakiego powodu, dama, pełna dlań przez czas dłuższy przychylności, takiego doń wstrętu nabrała, że nietylko poselstw dd niego przyjmować nie chciała, ale i unikała jego widoku. Z tej przyczyny Tedaldo w ciężką melankolję popadł. Ponieważ jednak miłość swoją dobrze ukrywał, nikt powodu jej strapienia odgadnąć nie mógł. Starając się wszelkienii sposobami odzyskać miłość, którą utracił był bez żadnej z swojej strony winy, i widząc, że wszystkie jego wysiłki są próżne, postanowił ojczyznę swoją opuścić, aby sprawczyni nieszczęścia wido 195 kiem jego strapienia i smutku cieszyć się nie mogła. Zebrał więc pieniędzy, ile zdołał, i w wielkiej tajności, nie żegnając się z nikim, krom jednego przyjaciela, który o wszystkiem był uwiadomiony, do Ankony wyruszył, pod przy-branem nazwiskiem Filippa di Sanlodeccio.
W Ankonde zaciągnął się na służbę do pewnego bogatego kupca i na pokładzie jego okrętu odpłynął na Cypr.
Obyczaje jego tak się ’kupcowi podobały, że nie tylko znaczne zasługi mu ustanowił, ale i do spółki go przypuścił, poruczając nm pieczę nad większością dzieł swoich. Tedaldo tak je szczęśliwie prowadził, że stał się po kilku latach poważanym i bogatym kupcem. Cliocia, pośród zajęć swoich rozlicznych, często swoją damę okrutną wspominał, chocia miłość nękała go srodze, tak iż radby był ujrzeć jaknajprędzej Ermellinę, przecie okazał się tak twardym, że w przeciągu siedmiu lat nieustannie samego siebie przezwyciężał. Zdarzyło się jednak, że pewnego razu usłyszał na Cyprze kanconę, którą niegdyś sam był ułożył, wysławiając w niej miłość wzajemną i doznawane rozkosze, i pomyślał, że jest rzeczą niemożliwą, aby dama jego o wszystkiem zapomnieć miała. Owładła nim tak ogromna żądza ujrzenia Ermelliny, że już wytrzymać dłużej nie będąc wr stanie, postanowił do Florencji powrócić.
Przywiódłszy swoje sprawy do porządku, wyruszył do Ankony w towarzystwie jednego tylko sługi. Odesłał swoje kufry do Florencji do jednego z przyjaciół ankońskiego kupca, sam zasię przybył wraz ze sługą do miasta przebrany w 9trój pielgrzyma. Wszedłszy do grodu, zamieszkał w małej gospodzie, należącej do dwóch braci, i położonej w pobliżu domu jego damy. Pierwsze swoje kroki tam obrócił, aby ją ujrzeć. Aliści okna i drzwi zamkuione znalazł i wniósł stąd, że dama jego albo umarła, albo też do innego miasta się przeniosła. Pełen srogiej turbacji, udał się do domu swoich braci i ujrzał ich wszystkich czterech w żałobne szaty przybranych. Tem widokiem wielce zadziwiony i pewien, że do tyła strojem swoim i pozorem jest odmieniony, dż nikt go łatwie nie pozna, zbliżył się do pewnego szewca i zapytał, dlaczego ci szlachcice są w czarne szaty ubrani? Szewc odparł na to:
— Jeszcze i dwóch tygodni niema, jak jeden z ich braci, imieniem Tedaldo, który już oddawna stąd odjechał, zabity został. Zdawa mi się, że dowiedli przed sądem, iż pozbawił go życia Aldobrandino Palermini (już go pochwycono!) za to, że Tedaldo jego żonę miłował i że powrócił tu w przebraniu, aby ją ujrzeć.
Tedaldo wielce się zadziwił na myśl, że ktoś tak podobny do niego się 196 okazał i litować się jął w duszy nad losein Aldobrandina. Dowiedziawszy się jednak, że Ermellina żyje i dobrem zdrowiem się cieszy, powrócił do gospody, wraz z nastaniem nocy, pełen różnorodnych myśli. Powieczerzawszy wraz ze sługą, położył się spać w komnacie, znajdującej się na najwyższym piętrze domu. Jednakoż natłok myśli, niewygodne łoże, a takoż nędzna wieczerza, którą spożył, zasnąć mu długo nie pozwalały. Około północy zdało mu się, że kilku ludzi spuszcza się z dachu domu; „wkrótce w szparze drzwi, wiodących do jego komnaty, ujrzał światło. Dlatego też, podkradłszy się cicho do szpary, jął patrzeć, coby to znaczyć miało. Obaczył piękną dziewczynę, trzymającą w ręku ogarek, a obok niej trzech mężów, których kroki niedawno na dachu słyszał. Po uprzejmem pozdrowieniu jeden z nich w te słowa do dziewczyny się odezwał:
— Bogu Najwyższemu niech będzie chwała za to, że możemy teraz spać spokojnie. Morderstwo Tedalda degli Elisei dowiedzione zostało przez jego braci Aldobrandinowi Palermini. Aldobrandino przyznał się i wyrok na niego jest już podpisany. Mimo to ostrożność stosowną rachować musimy, bowiem, gdyby wyszło na jaw, że to my winowajcami jesteśmy, spotkałby nas ten sam los, co Aldebrandina.
Rzekłszy to, pożegnali się z dziewczyną, która na tę wieść wielce się uradowała, i spać poszli.
Tedaldo, usłyszawszy te słowa, jął rozmyślać nad tem, jakim to omylno-ściom umysły ludzkie są podległe; wspomniał swoich braci, którzy opłakali i pochowali jakiegoś obcego człeka, później pomyślał takoż o niewinnym Aldobrandino, skazanym na śmierć dzięki podejrzeniom i świadectwom fałszywym. Ujrzał dowodnie srogość praw i sędziów, którzy często, miast tego, aby prawdę rozeznać i ujawnić, okrutnym sposobem nieprawdziwe zeznania wymuszają i nazywają siebie sługami Boga i sprawiedliwości, podczas gdy są jeno rzecznikami djabła i kłamstwa.
Potem Tedaldo jął szukać środka ratunku dla Aldebrandina, aż wreszcie pewien zamysł powziął.
Wstawszy rano, ostawił służącego w gospodzie i udał aię do domu swojej damy. Znalazł drzwi otworem stojące i ujrzał Ermellinę, siedzącą w sieni na powale i płaczącą gorzko. Z litości sani o mały włos nie zapłakał. Później zbliżył się do niej i rzekł:
— Nie turbujcie się, pani! Pociecha jest już bliska.
Dama. słowa te usłyszawszy, podniosła głowę i rzekła przez łzy: 197
— Wydajesz mi się obcym pielgrzymem, dobry człeczc! Cóż możesz wiedzieć o mym smutku i pociesze?
— Pani — odparł pielgrzym — przybywam właśnie z Konstantynopola, ekąd Bóg umyślnie mnie przysłał, aby łzy wasze w radość zamienić, a małżonka waszego od śmierci wybawić.
— Jak to być może? — zawołała dama. Jeśli z Konstantynopola przybywacie i dopiero przed chwilą weszliście do grodu, skądże wiedzieć możecie, kto jest moim mężem i kim ja jestem?
Wówczas pielgrzym na dowód, że prawdę mówi, opowiedział jej o prześladowaniach, jakie Aldobrandino znosił, nazwał ją po imieniu, wymienił ile lat jest już za mężem i o mnóstwie rzeczy, tyczących się jej spraw, powiedział. Ermellina, niesłychanie z tego wszystkiego zadziwiona, biorąc go za proroka, padła przed nim na kolana i na wszystkie świętości zaklinała go, aby jaknaj-spieszniej Aldobrandina ratował, bowiem już niewiele czasu na ten ratunek pozostaje.
Pielgrzym, udając natchnionego, rzekł w te słowa:
— Powstańcie, pani, łzy swe pohamujcie i posłuchajcie, co wam oznajmić pragnę. Proszę was jeno, abyście się najmniejszem słówkiem przed kimkolwiek nie zdradzili. Bóg mi objawił, że nieszczęście, was teraz dotykające, jest karą za grzech, któryście kiedyś popełnili. Bóg pragnie, abyście obecnie grzech ten, choćby w części, odpokutowali, nim go w przyszłości całkiem nie zmażecie, inaczej bowiem w jeszcze cięższe popadniecie terminy.
— Ach świątobliwy mężu — zawołała dama — niejeden grzech na mojej duszy ciąży, tak, iż odgadnąć nie mogę, za co Bóg stosownej pokuty odemnie żąda. Jeśli wam jest zatem wiadomy, wymieńcie mi go, a uczynię wrszystko, co mogę, aby go zmazać.
— Wierę — odparł pielgrzym — dobrze wiem o nim, a jeśli się pytam, to jeno dlatego, abyście jeszcze większą skruchę uczuli. Ale powróćmy do rzeczy! Powiedzcie mi, czyście mieli kiedykolwiek jakiegoś kochanka?
Dama, usłyszawszy te słowa, westchnęła głęboko i niepomiernie się zadziwiła, nie sądziła bowiem, żeby ktokolwiek na świecie o jej miłości wiedział. Po chwili tak rzekła:
— Zaiste, widzę, że Bóg powierzył wam wszystkie ludzkie tajemnice i że na nic eię nie zda cokolwiek przed wami ukrywać. W samej rzeczy, w młodości mojej miłowałam gorąco tego nieszczęśliwego młodzieńca, o zabójstwo którego męża mego oskarżono. Nad śmiercią jego tyle łez wylałam, że nawet dziś jeszcze 198 na myśl o nim, wielki} boleść uczuwam. Cliocia przed jego odjazdem surową i nieużytą dlań byłam, jednakże ani rozłąka, ani tak długa jego nieobecność, ani śmierć jego wyrwać go z mego serca nie zdołały.
— Nie nieszczęsnego młodziana — odparł pielgrzym — którego właśnie zabito, ale Tedalda Elisei kochaliście, pani. Powiedzcie mi, z jakiej przyczyny zagniewaliście się na niego? Zali was czemkolwiek dotknął?
— Bynajmniej — odparła dama — Bóg widzi, że mi żadnej zniewagi nie wyrządził. Przyczyną całego zła były słowa pewnego przeklętego mnicha, który mnie kiedyś spowiadał. Gdy mu wyznałam miłość, jaką do Tedalda żywię, rzucił na moją głowę takie gromy, że jeszcze dziś dreszcz trwogi mną wstrząsa. Zagroził mi, że, jeśli z Tedaldem nie zerwrę, zostanę w paszczę djabelską wrzucona i na ogień wieczny skazana. Na te słowa taki strach mnie schwycił, że postanowiłam zbliżenia z Tedaldem unikać, na jego listy nie odpowiadać i wysłańców jego nie przyjmować. Aliści mniemam, że gdyby Tedaldo wytrwał, miast — wyjeżdżać stąd z rozpaczą, to na widok jego serca, topniejącego z miłości, jak śnieg na słońcu topnieje, musiałabym swoje surowe postanowienie odmienić.
— Pani — rzekł pielgrzym — oto jest ów jedyny grzech, za który teraz cierpieć musicie, ^iem, że Tedaldo nijakiego gwałtu wam nie zadał, pokochaliście go bowiem z własnej, nieprzymuszonej „woli, ponieważ się wam podobał. Później woli waszej zadosyć czyniąc, wszedł do waszego domu i bliski z wami zawiązał stosunek. Wy zasię słowami i czynami tyleście mu przychylności okazali, że jeśli pierwej was miłował usilnie, to potem miłość jego jeszcze tysiąc razy się wzmogła. Jeśli zaś tak było w istocie, a wiem, że inaczej być nie mogło, cóż was tedy k‘temu przywiodło, żeście go tak okrutnie odepchnęli? W takich okolicznościach, z wielką rozwagą postępować należy. Jeśliście czuli, że złego swego postępku kiedyś żałować będziecie, nie trzeba go było czynić. Gdy on do was należał, wy niemniej jego własnością byliście. Pozbawiając go posiadania waszej osoby, bez jego zgody i woli, popełniliście rabunek i uczynek niegodziwy. Dowiedzcie się teraz, że i ja jestem mnichem i że znam się dobrze na sztuczkach braciszków zakonnych. Gdy teraz z wielką swobodą o tem pomówię, to tylko dlatego, że waszą korzyść mam na celu, i że pragnę, abyście lepiej niż dotychczas mnichów poznali. Byli ongiś na świecie świątobliwi i zacni mnisi, aliści ci, którzy teraz braćmi się zowią, nic z mnichami wspólnego nie mają, krom habitu. A nawet ten habit niezbyt jest do zakonnej sukienki po-dobien. Założyciele zakonów ustanowili habit ubogi, wąski i z podłej uczyniony materji, na znak pogardy dla rzeczy doczesnych. Teraz zasię ubierają się mnisi 199 w szerokie, lśniące habity z naprzedniejszego sukna uszyte i nadają im krój wytworny, jak na arcybiskupów przystało. Później zasię pysznią się i dmą w nich na placach i w kościołach, niby ludzie świeccy, z swoich strojów dumni. Jak rybak, który od jednego zamachu siecią swoją mnóstwo ryb w rzece zagarnia, tak też i oni rozwarłszy obszerne poły swych habitów, chcą w nie owinąć wiele dewotek, wdów, głupich kobiet i mężczyzn. Tylko o to się ciągle troskają, innych obowiązków nie znając, dlatego też, mówiąc poprawdzie, jeno nazwa pozostała im z habitu. Podczas gdy dawniejsi mnisi starali się dusze ludzkie dla Boga pozyskać, to dzisiejsi jedynie bogactw i kobiet pożądają i całą umiejętność swoją tylko na to wysilają, aby gniewnemi słowy i strasz-nemi obrazami głupców zatrwożyć i wmówić w nich, że grzechy oczyścić niożna mszą lub jałmużną. Wszystko to czynią w tym celu, aby im (którzy na się habity wdzieli, nie dla powołania i cnoty, jeno dla odrazy do pracy) ludzie dostarczali chleba, posyłali im wino i dawali datki na intencję zbawienia dusz ich przodków.
Prawda, że jałmużna i modlitwy grzechy oczyszczają, aliści, gdyby ludzie pobożni wiedzieli, na jaki cel ich dary się obracają, napewnoby je przy sobie zatrzymali albo też radniej świniom rzucili. Ponieważ zaś ci filuci wybornie wiedzą, że im mniej ludzi jednym skarbem się dzieli, tem więcej na każdego przypada, więc też nie szczędzą trudu i krzyku, aby innych od tego odpędzić, co sami w całości posiadać pragną. Gromią mężów za rozpustę, aby zgromieni ukorzyli się, i gromiącym białogłowy pozostawili, piętnują lichwę i zysk nieuczciwy, jednak miast zwrócić właścicielom należne im pieniądze, jeszcze szerzej swoje habity otwierają i rzucają się w pogoń za beneficjami, tłustą pre-bendą i arcybiskupstwami, zdobywanemi za ten grosz, który poprzedniego posiadacza o zgubę i potępienie przyprawić miały. Gdy ich zasię na plugastwie i niegodziwości ktoś pochwyci, tym kształtem odpowiadają: „Czyńcie wedle słów naszych, nie wedle naszych postępków“. Mniemają widać, że zwolnieni być winni od każdego brzemienia, tak, jakby owce wytrwalsze i rozumniejsze być winny od pasterzy. Wielu ludzi zadawalnia się podobnym responsem i rozumie go inaczej, niżby go pojmować należało. Dzisiejsi mnisi pragną, abyście czynili to, o czem oni mówią, a więc napełniali ich kiesy pieniędzmi, odkrywali im swoje tajemnice, zachowywali czystość, krzywdy wybaczali, byli cierpliwymi i złej mowy się strzegli — wszystko to są rzeczy szlachetne, bogobojne i święte. W jakimże celu jednakoż ich nauczają? Dlatego, aby mogli czynić to, czego ludziom świeckim czynić zabraniają. Zaliż ktoś nie wie o tem, że człek, 200 pieniędzy nie mający, długiemu próżnowaniu oddawać się nie może? Jeżeli grosz swój na własną przyjemność obrócisz, to czcigodny ojciec, zgodnie ze swą regułą, próżnować już nie będzie; gdy sam okoliczne niewiasty odwiedzać poczniesz, to dla braciszków miejsca już zabraknie, gdy nie będziesz cierpliwie zniewag znosił, to bratu przejdzie ochota wdzierać się do twego domu i cześć twojej rodziny szkalować. Pocóż się jednak nad tem tak szerzę? Oskarżają samych siebie, ilekroć wobec rozumnych ludzi z podobnym responsem na harc wyruszają. Czemuż to do zakonu wstępują, jeśli nie czują się dość wstrzemięźliwymi i świętobliwymi, a jeśli już chcą bogobojnemi rzeczami się zajmować, dlaczego nie idą za świętym przykładem Ewangelji? Niechajże zatem i oni wpierw działają, a później pouczają innych. Nieraz ale tysiąc razy w mem życiu widziałem mnichów, zalecających się nietylko do białogłów świeckich, ale i do zakonnic. Owóż byli to właśnie ci, co najgłośniej z kazalnic swych grzmieli. Kto chce, niechajże tak czyni, wszelako Bogu wiadome jest, czy rozumnie postępuje. Załóżmy jednak teraz, że mnich, który was gromił, miał słuszność, mówiąc, że złamanie wiary małżeńskiej jest wielkim grzechem. Zali — pytam — nie jegt większym grzechem ograbić człeka, zabić go, albo uczynić go wygnańcem, wędrującym po świecie? Sądzę, że nikt temu nie zaprzeczy. Ścisły związek mężczyzny z białogłową — to grzech przyrodzony, ale grabież i zabójstwo są występkami, ze złego umysłu wypływająccini. Już wam to dowodnie wykazałem, żeście Tedalda ograbili, odebrawszy mu siebie, chocia z własnej, nieprzymuszonej woli przedtem do niego należeliście. Teraz powiem wam jeszcze, żeście na jego żywot godzili, bowiem z dnia na dzień coraz okrutniejszymi się stając, popychaliście go k‘temu, aby własnemi rękami śmierć 6obie zadał. Prawo zaś głosi, że ten, kto jest złego uczynku pobudką, winien taką samą karę ponieść, jak ten, który zbrodnię popełnił. A temu zaprzeczyć nie możecie, żeście spowodowali jego wygnanie i siedmioletnią po świecie tułaczkę. Każda z tych trzech win jest daleko sroższym grzechem, niźli ów ścisły związek, w którymżeście z Tedaldem żyli. Ale może Tedaldo na podobny postępek zasłużył? Oczywistą jest rzeczą, że nie. Samiście to przyznali, a i ja wiem, że was gorąco miłował. Gdy się znajdował tam, gdzie mógł o was mówić, nie wywołując podejrzeń i dobrej sławy waszej na szwank nieprzywodząc, uwielbiał was, czcił i nad wszystkie białogłowy wynosił. Cały swój los, cześć i wolność swoją w wasze ręce złożył. Nie byłże młodzieńcem szlachetnego rodu? Nie przewyższał urodą innych dzielnych młodzieńców? Zali go wszyscy nie miłowali? Temu także nie zaprzeczycie. Jakże więc mogliście, za podszeptem głupiego i zawistnego klechy, tak surowie z Tedaldem postąpić? W istocie pojąć nie mogę, przez jaki to błąd i zaślepienie, białogłowy mężczyzn od siebie odpychają i lekce ich sobie ważą, gdy tymczasem, zważywszy czem są i czem jest mężczyzna, z woli bożej nad wszystkie istoty świata wywyższony, powinny się za szczęśliwe poczytywać, jeśli miłość jego pozyskają, a potem wszystkie jego chęci uprzedzać i drżeć tylko o to, aby miłować nie przestał. Wy zasię coście uczynili pod wpływem słów mnicha, który napewno był darmozjadem i pasożytem? Łotr ten, wierę, chciał wtargnąć tam, skąd innego tak gorliwie wypierał. Jest to więc grzech tego rodzaju, że sprawiedliwość boska, ważąca wszystko na słusznej szali, bez kary ostawić go nie mogła. Jak wy, bez nijakiej przyczyny, Tedalda od siebie oddaliliście, tak też mąż wasz całkiem niewinnie teraz przez Tedalda w srogie terminy popadł, wy zasię w frasunek i strapienie. Skoro zaś chcecie z tego nieszczęścia się wydobyć, musicie jedną rzecz przyrzec, a później ją i uczynić: jeśli kiedykolwiek Tedaldo z wygnania swego tutaj powróci, powrócicie mu miłość swoją i wszystkie względy, słowem przywrócicie go do tego stanu, w jakim się znajdował pierwej, nimżeście dali posłuch głupiemu klesze.
Pielgrzym zakończył mowę swoją, której dama słuchała z wielką uwagą i w milczeniu, bowiem uznawała słuszność jego wywodów. Wierząc, że cierpienia jej są, iw samej rzeczy, karą za grzech popełniony, rzekła:
— Świętobliwy mężu, widzę, że słowa wasze są prawdziwe, a takoż z waszego opisu poznaję, jakimi są ci mnisi, których dotychczas za świętych poczytywałam. Ani chybi wielkim grzechem był mój wobec Tedalda postępek; gdyby to w mojej mocy leżało, chciałabym wyrządzoną mu krzywdę naprawić, ale cóż uczynić mogę? Tedaldo nigdy tu już nie powróci, bowiem niema go na tym świecie. Na cóż się wam przeto zda moja obietnica, skoro jej spełnienie jest rzeczą niemożebną.
— Tedaldo — odparł pielgrzym — nie umarł wcale. Niebo mi to objawiło. Jest żywy i zdrowy i za szczęśliwego się poczyta, gdy go łaską swoją od nowa obdarzycie.
— Zważcie na to, co powiadacie — rzekła dama. Widziałam go martwego przed moim progiem, przeszytego ostrzami puginałów. Trzymałam go w swych ramionach, oblewając gorzkiemi łzami martwe jego lica. Łzy moje dały zapewne później materję do gadek złośliwych.
— Cokolwiekbyście mi powiedzieli — odparł pielgrzym — nie przestanę was zapewniać, że Tedaldo żyje. Jeśli tylko przyrzekniecie mi obietnicę zdzierżyć, wkrótce go tu obaczycie. 202
— Przyrzekam — rzekła dama — i z wielką ochotą słowa dotrzymam, nic bowiem większej radości mi nie sprawi, jak obaczenie męża mego w bezpiecznym i swobodnym stanie, a Tedalda przy życiu.
Wówczas Tedaldo osądził, że nadszedł stosowny czas na to, aby dać się poznać i skrzepić Ermellinę większą jeszcze nadzieją, że mąż jej wolność odzyska.
— Pani — rzekł do niej — chcąc wszystkie wasze obawy co do losu męża rozproszyć, odkryję wam pewną tajemnicę. Nie wyjawiajcie jej jednak nikomu na świecie!
Znajdowali się sami we dwoje w ustronnej komnacie, dama bowiem czuła wielką ufność do pielgrzyma. Tedaldo zdjął z palca troskliwie strzeżony pierścień, który mu niegdyś w ostatnią noc, razem spędzoną, dała Ermellina.
— Czy znacie ten pierścień? — spytał pielgrzym.
Dama, poznawszy odrazu klejnot, rzekła:
— Tak jest, dałam go kiedyś Tedaldowi.
Wówczas pielgrzym wyprostował się, zrzucił z siebie płaszcz i kaptur z głowy i rzekł w narzeczu florenckiem:
— A mnie czy także poznajecie?
Na te słowa dama spojrzała nań i, poznawszy w nim Tedalda, osłupiała całkiem i zatrwożyła się tak, jak możnaby się przerazić martwych ciał, które nagle ruszać się zaczną. Miast go w objęcia pochwycić, jako swojego Tedalda, który z Cypru powracał, uciekać przed nim chciała, niby przed trupem, co wyszedł z mogiły.
Wówczas Tedaldo rzekł:
— Nie strachajcie się po próżnicy, jestem Tedaldem, żywym i zdrowym. Nie umarłem, tak, jak sądziliście wy i bracia wasi.
Ermellina, nieco oprzytomniawszy, chocia dźwięk jego głosu po dawnemu ją trwożył, spojrzała na niego uważniej i przekonała się, że jest on prawdziwym Tedaldem. Rzuciła mu się przeto z płaczem na szyję i rzekła, całując go.
— Bądź pozdrowiony mój Tedaldo najdroższy!
Tedaldo, ucałowawszy ją i uściskawszy po tysiąc razy, rzekł w te słowa:
— Nie czas teraz pieszczotom się oddawać. Chcę uczynić wszystko, co w mojej mocy leży, aby Aldobrandino powrócił tu zdrów i cały. Mam nadzieję, że nim wieczór nastanie, dobre wieści o nim usłyszycie. Jeśli dzisiaj jeszcze czegoś pomyśhiego o nim się nie dowiem, powrócę do was dzisiejszej nocy, aby się z wami nowinami podzielić. 203
Co rzekłszy, włożył zuów na się szaty pielgrzyma, pocałował Ermellinę i nadzieją ją pokrzepiwszy, udał się tam, gdzie Aldobrandina więziono. Mąż Ermelliny więcej myślał o śmierci, którą miał ponieść, niźli o możliwości ocalenia życia swego. Uzyskawszy przystęp do Aldobrandina, Tedaldo wszedł do jego celi, jako duchowny pociechę niosący, siadł obok niego na ławie i rzekł:
— Jestem twoim przyjacielem, Aldobrandino; Bóg mnie przysyła tutaj, abym cię wybawił, bowiem użalił się On nad niewinnością twoją. Jeżeli przez wdzięczność do Stwórcy, obiecasz mi spełnić to, o co cię zaraz poproszę, to nim jutro wieczorem wyrok śmierci na tobie wykonany zostanie, wolność odzyskasz.
— Sługo boży — odparł Aldobrandino — widzę, że o moje życie się troskasz, dlatego też, chocia cię nie znam i choć nie pamiętam, abym cię kiedykolwiek widział, musisz w samej rzeczy być moim przyjacielem.
Bóg widzi, że nie popełniłem zbrodni, o jaką mnie oskarżono, aliści świadom jestem wielu innych win swoich, za które teraz widocznie pokutować muszę. Zaręczam ci teraz jednak i klnę się, jak przed Bogiem, że jeśli miłosierdzie boże mnie nie opuści, nie tylko tę obietnicę ale i największe przyrzeczenie wypełnię. Dlatego też żądaj odemnie czego chcesz, bowiem, gdy tylko wolność odzyskam, słowo moje zdzierżę. Wówczas pielgrzym rzekł: — Nie domagam się od ciebie niczego więcej, tylko, abyś przebaczył czterem braciom Tedalda za to, że poczytując cię za mordercę Tedalda do tego stanu cię przywiedli i abyś, gdy cię o wybaczenie poproszą, jako braci i przyjaciół ich przyjął.
— Nikt — odparł Aldobrandino — nie czuje tak słodyczy zemsty i takiego jej pragnienia, jak ci, których niewinnie pokrzywdzono, jednakże chcąc, aby mnie Bóg wyzwolił, przebaczam im chętnie. Jeśli stąd żyw i cały wyjdę, nawszem twojej woli posłusznym będę.
Słowa te wielce się pielgrzymowi podobały, dlatego też poprzestał na tem, co rzekł. Dodawszy Aldobrandinowi jeszcze raz otuchy i poprosiwszy go, aby nie upadał na duchu, udał się wprost do Signorii i rzekł do sędzi:
— Szlachetny panie, powinnością każdego człeka jest, prawdę na jasnię podawać, a w szczególności obowiązek ten ciąży na ludziach, na urząd wysadzonych. Winni oni baczyć, aby kara nie spadała na tych, co są niewinni, jeno na łotrów i złodziei. Przychodzę tu do was po to, aby się tak stało, ku sławie waszej i ku zgubie tych, co na nią zasłużyli.
Jak to sami dobrze wiecie, wielce surowic postąpiliście z Aldobrandineni Palermini, bowiem się wam zdało, że on to Tedalda Elisei zamordował. Do 204 wiodę wam, że w wielkim błędzie byliście, bowiem jeszcze przed północą oddam w wasze ręce prawdziwych zabójców młodzieńca.
Sędzia, któremu los Aldobrandina na sercu leżał, uwierzył słowom pielgrzyma i o wszystko szczegółowo się go wypytał. Z jego rozkazu pochwycono w gospodzie dwóch braci oberżysty i ich sługę, kiedy ci byli w głębokim śnie pogrążeni. Gdy dla wydobycia prawdy, chciano ich wziąć na tortury, wiszyscy, bez żadnych wybiegów, przyznali się do zamordowania Tedalda. Badani o przyczynę zbrodni, odpowiedzieli, że uczynili to dla zemsty, bowiem młodzieniec ów chciał żonie jednego z nich gwałt zadać i siłą zmusić ją do tego, aby jego woli posłuszną była.
Pielgrzym, usłyszawszy te słowa, oddalił się za pozwoleniem urzędnika Signorii i niepostrzeżenie udał się do domu Ermelliny. Wszyscy już spali, czuwała tylko żona Aldobrandina, czekając na przybycie Tedalda. Równie była spragniona dobrych wieści o mężu, co i pieszczot kochanka.
Tedaldo, wszedłszy do komnaty, rzekł z wesołem obliczem:
— Raduj się, najdroższa moja, bowiem już jutro rano powitasz swego Aldobrandina, cieszącego się dobrem zdrowiem. I ażeby ją dowodnie o tem przekonać, opowiedział jej o wszystkiem, co w Signorii zaszło. Ermellina, niezmiernie uradowana temi dwoma nieoczekiwanemi wypadkami: odnalezieniem Tedalda, którego aa martwego poczytywała i uratowaniem męża, którego śmierć już za kilka dni opłakiwać miała, rzuciła się Tedaldowi na szyję i uściskała go serdecznie. Później udali się pospołu do łoża i tam wesoły pokój zawarli, nie szczędząc sobie rozkoszy. Gdy dzień nastał, Tedaldo podniósł się z pościeli, oznajmił kochance, co chce uczynić i poprosił ją raz jeszcze, aby wszystko w głębokiej tajności.zachowała. Później, ubrany w strój pielgrzyma, wyszedł z jej komnaty, aby się sprawami Aldobrandina zająć. Signoria, przeświadczona o niewinności Aldobrandina, wypuściła go na wolność, zasię morderców w kilka dni potem na miejscu zbrodni stracić kazała.
Aldobrandino znalazł się na swobodzie, ku niewymownej radości jego żony, krewniaków i przyjaciół. Pomnąc, że Tedaldowi wolność zawdzięcza, jął go prosić, aby, przez cały czas pobytu w mieście, w jego domu pozostał. Wszyscy starali się z całych sił uczcić go i ugościć należycie, osobliwie Ermellina, świadoma, że dla niej starań swych nie litował. Po pewnym czasie Tedaldo zapragnął braci swych z Aldobrandinem pogodzić. Wiedział dobrze, że ci nie tylko nie uspokoili się, gdy Aldobrandino wolność odzyskał, ale nawet uzbroili się, obawiając się jego zemsty, i dlatego też poprosił gospodarza, aby dotrzymał 205 obietnicy, w więzieniu danej. Aldobrandino gotowość swoją okazał. ^ ówczas Tedaldo poprosił go, aby następnego dnia wspaniały ucztę wydał, na którą przybyć mieli czterej bracia Tedalda, wraz z swemi małżonkami, nie licząc krewniaków i przyjaciół Aldobrandina. Sam Tedaldo podjął się ich, w jego imieniu, na ucztę sprowadzić. Aldobrandino przystał na prośbę pielgrzyma, który natychmiast do swych braci się udał. Natrudziwszy się niemało, stosow-nemi słowy wreszcie ’ku temu ich przywiódł, że zgodzili się pójść do domu Aldobrandina, aby go o przebaczenie błagać. Następnego dnia koło południa zjawili się w domu Aldobrandina czterej bracia Tedalda, ubrani w szaty żałobne, w otoczeniu przyjaciół swoich. Gospodarz już na nich oczekiwał. W przytomności wszystkich zebranych rzucili oręż na podłogę i padli w objęcia Aldo-brandina, prosząc go, aby puścił w niepamięć krzywdy mu wyrządzone. Aldobrandino uściskał ich serdecznie i każdego w U9ta ucałował, mówiąc, że już żadnej urazy do nich nie żywi. Wkrótce zjawiły się ich żony i siostry, które Ermellina z osobnem uczczeniem powitała. Wszyscy byli ukontentowani z przyjęcia, bowiem uczta wspaniale wypadła, jeno ciążyła im rzecz jedna: milczenie, którego przyczyną był smutek, wyrażający się w żałobnych szatach rodziny Tedalda. Wielu nawet ganiło w duchu pielgrzyma za pomysł tej biesiady. Tedaldo domyślił się tego, a sądząc, że właściwy czas nadszedł, powstał od wieczerzy i rzekł:
— Aby dzisiejsza uczta nawszem wesoła być mogła, brakuje nam tylko Tedalda. Ponieważ nie poznaliście go, gdy z wami przez cały czas tutaj bawił, chcę wam go teraz pokazać.
Przy tych słowach zrzucił z siebie pielgrzymie szaty i ukazał się oczom przytomnych w zielonym kaftanie. Chociaż go poznano, przecie nikt nie mógł uwierzyć, że jest to Tedaldo we własnej osobie. U idząc powszechne osłupienie, Tedaldo przypomniał zebranym różne okoliczności, ich tylko dotyczące, i opowiedział im siła przypadków swoich. Wówczas bracia i przyjaciele łzami radości się zalewając, rzucili się mu w ramiona. Za ich przykładem poszły białogłowy, krom jednej tylko Ermelliny.
— Dlaczego, Ermellino, nie chcesz Tedalda powitać? — zapytał Aldobrandino.
— Z całego serca powitaćbym go pragnęła — zawołała Ermellina — i uczyniłabym to ochotniej od innych, teraz go witających, bowiem obligowana mu jestem więcej, niż ktobądź, za to, że dzięki jego staraniom, ciebie, Aldobrandino odzyskałam, aliście różne plotki i gadki kłamliwe, rozsiewane przez 206 ludzi wówczas, gdyśmy rzekomego Tedalda opłakiwali, uczynić mi tego nie pozwalają.
— Zbliż się do nas — odparł Aldobrandino — zali myślisz, że wierzę złym językom? Nie szczędząc starań, abym ja wolność odzyskał, dowiódł Tedaldo niezbicie, że wszystko to były kłamstwa potwarcze. Zbliż się i obejmij go!
Dama, niczego bardziej nie pragnąca, nie omieszkała wypełnić rozkazu męża. Rzuciła się na szyję Tedaldowi, idąc za przykładem innych i ciasno go obłapiła. Wielkoduszność Aldobrandina wielce podobała się braciom Tedalda i wszystkim przytomnym.
Gdy tak każdy na widok Tedalda się radował, ów zerwał żałobne szaty z braci i sióstr i rozkazał, aby im inne szaty przyniesiono. Przeodziawszy się, wiele pili, tańcowali i różnym igrom się oddawali, tak, iż uczta, która się w milczeniu zaczęła, w powszechnej wesołości się zakończyła. Wreszcie wszyscy przenieśli się do domu Tedalda, gdzie do wieczerzy zasiedli. Uroczystości trwały jeszcze przez dni kilka wpośród niesłabnącej radości i wesela. Jednakże Florentczycy patrzyli na Tedalda, jak na dziw jakowyś. W duszach ich czaiła się jeszcze wątpliwość, zali to on jest, w samej rzeczy, Tedaldem. Być może, że ta wątpliwość nigdyby była nie zniknęła, gdyby nie zdarzył się wypadek, dzięki któremu odkryto, kto zabity został. Pewnego dnia obok domu Tedalda przechodzili żołnierze z Lunigiany. Obaczywszy Tedalda, pokłonili mu się i rzekli: — Jak się masz, Farinolo!
— Bierzecie mnie widać za kogoś innego — odparł Tedaldo.
Żołnierze słowa te usłyszawszy, zmieszali się i przeprosili go: — Wybaczcie nam, panie, ale tak podobni jesteście do jednego z naszych towarzyszy, jak tylko człowiek do człowieka podobien być może. Zowią go Farinolem de Pontremoli. Przybył on przed dwoma tygodniami do tego miasta i odtąd słuch o nim zaginął. Coprawda zadziwił nas nieco strój wasz. Usłyszawszy to, starszy brat Tedalda podszedł do nich i zapytał:
— Jak był odziany wasz Farinolo?
Żołnierze opisali swego towarzysza. Wówczas z tej oznaki, jako i z innych jeszcze, jawnem się stało, że zamordowany został nie Tedaldo lecz Farinolo. Znikły więc ostatnie wątpliwości w duszach braci i mieszkańców grodu. Tedaldo, który jako człek bogaty do miasta powrócił, pozostał wiemy miłości swojej. Ermellina już wspak jego chęciom nie stawała. Dzięki swojej czujności i roztropności przez długie lata jeszcze miłością swoją się cieszyli. Oby Bóg i nam tak się cieszyć pozwolił! 207
OPOWIEŚĆ VIII
F e r o n d o w czyśćcu
Ferondo, połknąwszy pewien proszek, zostaje pogrzebany, jako człek wrzekomo martwy. Opat, cieszący się tymczasem wdziękami jego żony, dobywa go z grobowca i przenosi do lochu, który Ferondo za czyściec poczytuje. Później Ferondo zmartwychwstaje, a mniemając, że żonie syna spłodził, wychowuje, go, jak na ojca przystało
Opowieść Emilji, pomimo swej długości, nie znudziła nikogo. Przeciwnie, wszyscy zaręczali, że tylu różnych.zdarzeń z większą ścisłością przedstawić było nie łza. Poczem królowa uwiadomiła Laurettę skinieniem o życzeniu swojeni; Lauretta w te słowa zaczęła:
— Miłe damy! Pragnęłabym przedewszystkiem opowiedzieć wam o pew-nem zdarzeniu, które raczej na kłamliwy wymysł, niźli na prawdę wygląda. Przypomniałam sobie o niem, usłyszawszy, jak to pewien człek pogrzehiony i opłakany miasto drugiego został; teraz opowiem wam o przypadkach żywego człeka, którego pochowano, aby go później już nie za żywego, lecz za zmartwychwstałego poczytywać. On sam, jako i wielu innych, twardo wierzył, że z grobu powstał. Ten zasię, co na należną karę zasługiwał, jako święty, odtąd był czczony.
Było w Toskanji pewne opactwo, które po dzdś dzień jeszcze tam istnieje. Leżało ono, jak to dość często się zdarza, w okolicy odludnej. Opatem został obrany pewien mnich, człek we wszystkiem świętobliwy i przykładny, grzeszący jeno niepomiernym pociągiem do bialogłowskiego pogłowia. Umiał 209 jednak tak ostrożnie i chytrze poczynać sobie, że nikt nie wiedział o jego słabości i że wszyscy za wzór cnót go uważali. Zdarzyło się, że z opatem zaprzyjaźnił się wielce pewien bogaty mieszczanin, Ferondem zwany. Był to człek gruby i jedynie swą korzyść własną mający na celu. Opat lubił przestawać w jego towarzystwie tylko dlatego, że prostactwo Feronda nieraz wiele wesołości mu przyczyniało. Świętobliwy mąż zauważył, że Ferondo ma za małżonkę wielce urodziwą białogłowę, i wkrótce tak się w niej zakochał, że dniem i nocą o niczem innem myśleć nie mógł. Wiedząc jednakże, że Ferondo, wielki głuptak i prostak we wszystkich sprawach, jest chytrym i przebiegłym, jeśli 0 pilnowanie żony chodzi, zwątpił już w uskutecznienie pragnień swoich. Jod-nakoż, jako człek przemyślny, tyle na Ferondo wymógł, iż ten pospołu z swoją żonką nieraz zachodził do ogrodu klasztornego, aby w nim przechadzki zażywać. Tutaj z wielkiem namaszczeniem prawił im o szczęśliwości przyszłego życia i o świętobliwych uczynkach zmarłych, tak mężczyzn jak 1 kobiet. Opowieści te natchnęły żonę Feronda chęcią wyspowiadania się przed opatem, na co łatwo pozwolenie od męża swego uzyskała; ku wielkiemu ukontentowaniu opata zjawiła się pewnego dnia u niego, usiadła u jego stóp i rzekła w te słowa:
— Wielebny ojcze! Gdyby Bóg był mnie innym mężem obdarzył, albo bez męża ostawił, wierę, nietrudnoby mi było, dzięki waszym pouczeniom, wstąpić na drogę, która ku wiecznemu żywotowi wiedzie. Aliści, wziąwszy pod rozwagę, jakim człekiem jest mój Ferondo i jak wielka jest jego głupota, mogę się za wdowę poczytywać. Jednakoż zamężna jestem, bowiem, póki on żyje, drugiego męża wziąć sobie nie mogę. Ferondo, tępe przyrodzenie mając, bez żadnej przyczyny jest o mnie zazdrosny okrutnie, dzięki czemu żyję wr nieustawnej trwodze, z mężem mym skłócona. Dlatego też, nim do spowiedzi przystąpię, proszę was pokornie, ojcze wielebny, abyście mi jakiejś rady udzielili. Jeśli nie będę miała możności postępować zgodnie z wolną i dobrą wolą moją, na niewiele mi się zda cała spowiedź.
Wyznanie to niepomiernie uradowało opata, zdało mu się bowiem, że los otwiera mu drogę, wiodącą do spełnienia najgorętszych jego pragnień.
— Moja córko — rzecze — łatwo mi pojąć, że tak pięknej i subtylnej białogłowie, jak wy, ciężko jest być żoną id joty, a cóż dopiero zazdrośnika! Ponieważ w osobie waszego męża głuptak z zazdrośnikiem się łączy, więc nie dziwuję się wcale waszym skargom. Mówiąc węzłowacie, nie widzę innej rady i środka, krom tego, aby Ferondo zazdrości swojej się oduczył. Lek stosowny 210 i skuteczny dlań dobrze przygotować umiem. Proszę was jeno, abyście słowa moje w najgłębszej zachowali tajności.
Białogłowa odparła na to:
— Nie wątpcie o tem, mój ojcze! Raczej umrę, niżli powtórzę komuś słowa wasze.
— Jeśli chcemy, aby Ferondo się uleczył — rzekł opat — musi on czas niejaki w czyśćcu spędzić.
— Jakto? — zawołała niewiasta — zali może się tam dostać za życia?
— Należy tedy, aby pierwej umarł, a później tam pójdzie. Gdy już tyle katusz przecierpi, że się swojej zazdrości oduazy, my swemi modlitwami będziemy prosili Boga, aby go do życia powrócił, co Bóg, ani chybi, uczyni.
— Zatem — rzekła białogłowa — przyjdzie mi żyć w wdowieńskim stanie?
— Tak — odparł opat — przez czas niejaki, w ciągu którego winniście to mieć na pieczy, aby w stadło małżeńskie z kimś innym nie wstąpić, Bóg bowiem ukarałby was za to, a Ferondo po swoim powrocie z czyśćca stałby się jeszcze większym zazdrośnikiem.
— Gotowa jestem na wszystko — rzecze białogłowa — byleby się tylko od szkaradnej swej wady oswobodził i abym nie potrzebowała żyć nadal, jak w więzienni.
— Uczynię, co w mojej mocy leży — odparł opat — jakąż nagrodę jednak za tę przysługę od was otrzymam?
— Żądajcie, czego chcecie, ojcze wielebny — rzekła żona Feronda — bylebym tylko była w stanie życzenia wasze wypełnić. Aliści cóż może ofiarować taka, jak ja, białogłowa mężowi tak dostojnemu, jak wy?
— Możecie mi uczynić łaskę, równą tej, którą ja Wam wyświadczyć pragnę. Jeśli bowiem chcę was pociechą i szczęściem obdarzyć, wy możecie stać się zbawieniem i radością życia mojego.
— Skoro tak jest, wszystko gotowam uczynić — odparła białogłowa.
Wówczas opat rzekł:
— Oddajcie md zatem miłość swoją i swoje ciało, bowiem płonę pożądaniem, trawiąc się nieugaszonym ogniem.
Białogłowa, usłyszawszy to, całkiem osłupiała.
— Ach, cóż ja słyszę, ojcze czcigodny! Miałam was dotychczas za świę-tego! Zali się godzi świętobliwym mężom takich rzeczy od kobiet żądać?
Na to rzekł opat: 211
— O duszo mojej duszy! Nie dziwujcie się temu, bowiem świętość nijakiego uszczerbku przez to nie ponosi; żyje ona przecie iw głębi duszy, zasię to, czego się od was domagam, jest grzechem ciała. Zresztą jakkołwiekby było, wielka piękność wasza taką władzę nademną sprawia, że miłość każe mi tą modłą postępować. Powiem wam takoż, iż możecie się chełpić swoją urodą bardziej, niż inne białogłowy, bowiem znajdują w niej upodobanie święci, przywykli do oglądania cudów nieba. Będąc opatem, człekiem przez to być nie przestaję, a, jak widzicie, do wdeku szedziwego jeszcze mi daleko. Wierę, nie będzie wam trudno prośbę moją wypełnić, przeciwnie, winniście całą duszą pragnąć tego, czego i ja pragnę. W czasie pobytu Feronda w czyśćcu, będę wam nocami towarzystwa dotrzymywał i tem samem, co mąż, was obdarzał. Nikt o tem się nie dowie, wszyscy bowiem mają o mnie takie mniemanie, jakie wyście mieli przed chwilą. Nie odtrącajcie łaski, jaką was Bóg obdarza. Siła jest tych, którzy gorąco pragną tego, co wy mieć możecie i co będziecie mieli, jeżeli rozumnie postąpicie. Krom tego, posiadam niemało pięknych i szacownych klejnotów, które w duszy już dawno dla was przeznaczyłem. Uczyńcie zatem, słodka nadziejo moja, to dla mnie, co ja dla was ochotnie uczynić pragnę.
Białogłowa opuściła oczy, nie wiedząc, jak odmówić prośbie opata, bowiem rzeczą wielce nieprzystojną wydawało jej się na życzenie to przystać. Opat, widząc, że się z responsem ociąga, to ’mniemanie powziął, że już do połowy jest nawrócona, dlatego też do poprzednich przełożeń aiła nowych przydał i nie odpuścił wprzód niewiasty, póki jej twardo nie przekonał, że zbożne dzieło uczyni. Odrzekła mu więc, srodze zasromana, że będzie nawszem jego woli posłuszna, ale dopiero wówczas, gdy Ferondo już się w czyśćcu znajdzie.
Opat, wielce tem ukontentowany, rzekł:
— Uczynimy tak, aby nieodwłocznie tam się udał. Postarajcie się tylko, aby Ferondo jutro mnie odwiedził. To rzekłszy, wsunął jej ukradkiem na palec pierścień wspaniały i odejść jej pozwolił. Białogłowa, wielce upominkiem uradowana i pewna, że nie skończy się na teon, udała się do swych przyjaciółek, aby opowiedzieć im zadziwiające rzeczy o świętobliwości opata. Później w ich towarzystwie do domu powróciła. Po kilku dniach Ferondo zaszedł do klasztoru. Opat, ujrzawszy go, postanowił nie zwlekać z wysłaniem go do czyśćca. Wyszukał proszek cudownej mocy, który ongiś otrzymał na Wschodzie od pewnego potężnego księcia. Książe ów twierdził, że proszku tego używa Starzec z Góry, ilokrotnie chce kogoś, w śnie pogrążonego, do raju wyprawić lub 212 też go stamtąd wyrzucić. Proszek teu, w określonej ilości zażyty, bez nijakiego dla zdrowia szwanku usypia każdego, komu go zadano i spać mu każe przez dłuższy albo krótszy czas tak krzepko, że w uśpionym najmniejszej iskierki życia odnaleźć nie można. Opat wziął taką miarkę proszku, aby trzydniowy sen sprawiła. Wsypał proszek do puharu z miodem i tmętnem jeszcze winem i poczęstował niem Feronda w swojej celi. Później wyszedł z nim na kurytarz klasztorny i tam pospołu z innymi mnichami jął się z jego głupoty wydwarzać. Po niejakim czasie proszek skutek swój sprawił. Feronda tak krzepki sen chwycił, że, jeszcze na nogach stojąc, wpadł w drzemkę, a później w uśpieniu na ziemię eię zwalił. Opat uczynił pozór, że wielce się tem wszystkiem tur-buje; natychmiast też kazał Feronda z szat rozdziać, zimną wodą go orzeźwiać, krom tego i innych środków nie zaniedbał, tak, jakby chciał uśpionego do utraconych zmysłów powrócić i od złych humorów żołądka, czy też innej dolegliwości uwolnić. Gdy jednak mnisi obaczyli, że wszystkie te usiłowania na nic się nie zdają, pomacali mu puls, a przekonawszy się, że nie uderza, do tej myśli przyszli, że Ferondo, ani chybi, umarł. Wówczas posłali po żonę i po krewniaków umarłego, aby, nie mieszkając, do klasztoru przybyli. Gdy już żona i krewniacy nad trupem wiele łez uronili, opat kazał położyć ciało na mary. Żona powróciła do domu, oznajmiając, że nie myśli z tych etron się oddalać, bowiem nie chce rozłączać się z maleńkiem dziecięciem swojem. Ostała więc w domu i majętnościami Feronda zarządzać jęła. Opat zasię, przybrawszy sobie do pomocy pewnego bolońskiego mnicha, w którym wielką ufność pokładał, podkradł eię cichaczem do grobu Feronda, wyciągnął go stamtąd i przeniósł do ciemnego lochu, dokąd najmniejszy promień światła dostać się nie mógł i gdzie zamykano za karę mnichów. Zdjąwszy z Feronda szaty, przybrali go w habit zakonny, później zasię położyli go na wiązce słomy i ostawili tak, aby leżał w lochu, póki się nie ocknie. Mnich z Bolonji, otrzymawszy od opata pouczenie, co mu czynić należy, jął czekać aż Ferondo do utraconych zmysłów powróci. Następnego dnia opat w towarzystwie kilku mnichów udał się do domu wdowy, aby pocieszyć ją w jej strapieniu. Zastał ją w żałobnych szatach i w ciężkim smutku. Pocieszywszy ją nieco, przypomniał jej cichym głosem o danej mu obietnicy. Białogłowa, czując eię uwolnioną od Feronda i wiedząc, że mąż już nijakich wstrętów czynić jej nie będzie, rzekła, że jest na wszystko gotowa. Ułożyli, że opat odwiedzi ją następnej nocy. Gdy mrok zapadł, opat, ubrany w szaty Feronda, udał eię do jego żony. Całą noc aż do jutrzni na rozkosznych igrach i harcach spędzili. Później opat do 213 klasztoru powrócił. W przyszłości nieraz jeszcze tą samą drogę odbywał. Często go widywano, jak szedł do wdowy, albo od niej powracał, aliści wszyscy byli przekonani, że to duch Feronda wałęsa się za pokutę w okolicach swego domu. Pośród grubych wieśniaków jęły chodzić gadki, o których uznała także żona Feronda, wiedząca, co ma sądzić o tej zadziwiającej rzeczy. Tymczasem Ferondo ocknął się i żadną miarą dorozumieć eię nie mógł, gdzie się znajduje. Wówczas przystąpił doń mnich boloński, przemawiający strasznym głosem i rózgi w rękach dzierżący. Schwyciwszy Feronda za kark, z wszystkich sił okładać go począł. Ferondo, płacząc i wrzeszcząc, pytał ustawicznie:
— Gdzie jestem?
Na co mnich odpowiedział:
— Znajdujesz się w czyśćcu!
— Jakto — jęknął Ferondo — więc umarłem?
— Naturalnie — odparł mnich.
Ferondo, usłyszawszy te słowa, jął gorzko płakać nad sobą i synem, mówił przytem różne androny. Później mnich przyniósł mu trochę strawy i wina. Co widząc, Ferondo zawołał:
— Dla Boga! Więc umarli jadają?
— Tak — odrzekł mnich — strawę, którą ci teraz przynoszę, przysłała dzisiejszego ranka do klasztoru twoja żona, prosząc o mszę za twoją duszę. Bóg to jedzenie dla ciebie przeznaczył.
— Niech jej Bóg za to pomyślny rok ześle. Wielki afekt do niej za życia żywiłem, całe noce trzymałem ją krzepko w objęciach, całowałem ją, a takoż i coś więcej z nią czyniłem, kiedy miałem ochotę na to!
Potem, poczuwszy głód, Ferondo rzucił się na strawę i jeść i pić począł. Nie znalazłszy dobrego smaku w winie, rzekł: — A skarż ją. Panie Boże, za to, że nie przysłała mnichom wina z beczki, stojącej pod murem.
Gdy już Ferondo podjadł sobie niezgorzej, mnich znowu go za kark ułapił i temi samemi rózgami uczciwą łaźnię mu sprawił. Ferondo, nawrzeszczawszy się dowali, zapytał:
— Za co mnie tak srodze karzesz?
— Czynię to z bożego rozkazu — odparł mnich — Dwa razy na dzień czeka cię podobne garbowanie skóry.
— Dla jakiej przyczyny? — jęknął Ferondo.
— Ponieważ byłeś zazdrośnikiem, mając za żonę najlepszą na całym świecie białogłowę. 214
— Biada mi, biada! — wykrzyknął Ferondo — prawdę powiadasz, była to bowiem najlepsza kobieta, a do tego, jak marcepan, słodka. Nie wiedziałem jeno, że Bóg zazdrosnych mężów cierpieć nie może.
— Trzeba było rozważyć to i poprawić się, — odparł mnich — gdyś jeszcze na świecie przebywał. Jeżeli jednak zdarzyćby się miało, że jeszcze kiedyś na ziemię powrócisz, to zakonotuj sobie dobrze, co teraz z tobą się dzieje, i strzeż się zazdrości, jak ognia.
— Zaliż umarli zmartwychwstają? — spytał Ferondo.
— Tak, jeżeli taka jest wola boska — powiedział mnich.
— Och — T — zawołał Ferondo — jeśli kiedykolwiek na świat powrócę, stanę się jak najlepszym mężem; nigdy nie będę bił żony, nie powiem jej nigdy plugawego słówka, chyba tylko w zapłatę za to podłe wino, które mi dzisiaj przysłała. Przeceże jednak zapomniała o świecy? Musiałem jeść po ciemku.
— Żona twoja przysłała ci i świecę — rzekł mnich — jeno świeca ta wypaliła się przy mszy.
— Wierzę we wszystko, co powiadasz — odparł Ferondo — i, dalibóg, jeżeli ją jeszcze kiedyś zobaczę, pozwolę jej czynić, co sama zechce. Powiedz mi jednak, kim jesteś ty, co się tak nademną znęcasz?
— Jestem także nieboszczykiem — rzekł mnich — urodziłem się na Sardynji; ponieważ za życia często schlebiałem memu zazdrosnemu panu, Bóg taką mi karę naznaczył: mam ci podawać strawę i napój i okładać cię rózgami, póki Bóg o nas obu inaczej nie postanowi.
— Zali niema tu nikogo, krom nas dwóch? — spytał Ferondo.
— Tysiąc potępieńców w czyśćcu cierpi — odparł mnich — aliści usłyszeć i obaczyć ich nie możesz, tak jak i oni ciebie.
— A czy daleko znajdujemy się od naszych stron? — pytał dalej Ferondo
— Tak daleko, że jesteśmy już prawie poza światem — odparł mnich.
Ferondo, źle żywiony i ćwiczony rózgami naschwał, podobne dyskursy tocząc, przepędził w lochu dziesięć miesięcy. Tymczasem wielce szczęśliwy opat odwiedzał nieustawnie jego piękną żonę i figlował z nią dowoli. Wreszcie oboje do tej myśli przyszli, że Ferondo winien już z czyśćca na ziemię powrócić. Dlatego też następnej nocy opat zbliżył się do lochu i zawołał zmienionym głosem:
— Bądź dobrej myśli, Ferondo, bowiem podobało się Bogu, abyś na świat powrócił. Po twoim powrocie żona twoja powije ci syna, którego nazwiesz Benedyktem. Łaskę tę zawdzięczasz modłom świętobliwego opata i żony twojej oraz szczególnej miłości świętego Benedykta. 215
Ferondo, słowa te usłyszawszy, wielce się uradował i rzekł:
— Niech Bóg udzieli wszystkiego najlepszego świętemu Benedyktowi, opatowi i mojej żonie, miodowej, cukrowanej i pulchnej.
Opat, wsypawszy mu do wina proszku, tak, aby Feronda czterogodzinny sen zmorzył, odział go w dawne szaty i przy pomocy mnicha przeniósł go do grobowca.
Nazajutrz o świcie Ferondo ocknął eię i obaczył przez szczelinę w grobowcu światło, którego od dziesięciu miesięcy nie widział. Zdało mu się, że do życia powrócił i dlatego wrzeszczeć począł:
— Otwórzcie, na Boga, otwórzcie!
Później naparł tak silnie na głaz, zamykający grobowiec, że go usunął. Gdy się tak trudził, kilku mnichów, odprawiających właśnie modlitwy poranne, przybiegło do grobowca. Poznali głos Feronda i ujrzeli go, wychodzącego z grobu. Srodze tem wszystkiem przerażeni, rzucili eię do ucieczki i do opata pobiegli. Ów, udając, że właśnie modlitwę kończy, rzekł:
— Nie trwóżcie się, dzieci moje, weźcie krzyż i wodę święconą i pójdźcie za mną. Obaczym, co Bóg wszechmogący chce nam objawić.
Ferondo, wielce blady, jak człek, który dawno światła słonecznego nie oglądał, wydobył się tymczasem z grobowca, a ujrzawszy opata, padł przed nim na kolana i zawołał:
— Czcigodny ojcze! Modlitwy wasze, świętego Benedykta i mojej żony uwolniły mnie od męk czyśćcowych i do życia mnie powróciły. Niechże wam Bóg odtąd we wszyótkiem błogosławi.
— Niechaj Bóg będzie na wieki pochwalony! — zawołał opat. — Idź, mój synu, cudem do życia powrócony, i pociesz żonę swoją, która od dnia, gdyś zszedł z tego świata, we łzach nieutulonych tonęła. Idź i staraj się odtąd godnie Bogu służyć.
— Dobrą naukę, przewielebny ojcze, odebrałem w czyśćcu — odparł Ferondo — pozwólcie mi jeno żonę obaczyć, a będę ją całował i pieścił bez końca, całą duszą bowiem ją miłuję.
Opat, pełen wielkiego zadziwienia, kazał mnichom zaśpiewać „Miserere14.
Ferondo powrócił do swej wsi; każdy, kto go obaczył, uciekał przed nim, jak przed najokropniejszem monstrum. Ferondo wołał za nimi wślad, że zmartwychwstał. Żona jego także się srodze z początku zestrachała. Później jednak, gdy ludzie już nieco do Feronda przywykli i upewnili się, że jest on żyw, jęła się go o różne rzeczy wypytywać. Ferondo, któremu w czyśćcu nieco 216 rozumu przybyło, opowiadał nowiny o duszach krewniaków i prawił różne brednie o życiu za grobem. Powtarzał także w przytomności wielu ludzi o objawieniu Archanioła Gabrjela, które przed fwem zmartwychwstaniem odebrał.
Poczem powrócił z żoną do domu, majętność swoją w posiadanie objął ^ jak mu się zdało, małżonkę ciężarną uczynił. Zdarzyło się, że w oznaczonym czasie (według mniemania głupców, którzy sądzą, że białogłowa przez dziesięć miesięcy dziecię w żywocie swym nosi) żona Feronda powiła syna, który na chrzcie świętym imię Benedykta otrzymał.
Powrót Feronda i jego opowieści powiększyły jeszcze sławę świątobliwego opata. Ferondo, który dla swej zazdrości siła plag otrzymał, teraz całkiem się ze swej wady uleczył, pamiętny na daną obietnicę, i już nigdy odtąd zazdrosny nie był. Żona jego wielce z tego ukontentowana, żyła z nim w przykładnej zgodzie, nie zaniedbując jednak nagradzać świętobliwego opata, który zawsze w różnych przypadkach z pomocą i radą jej spieszył.
OPOWIEŚĆ IX
G i / e t t a z N a r b o n n y
Giletta z ISarbonny uzdrawia króla francuskiego z fistuły, a później domaga się za męża Beltrama z Roussillonu. Ów, poślubiwszy ją u’brew swojej woli, l>ełen gniewu, do Florencji wyjeżdża, gdzie rozmiłowuje się w pewnej dziewicy. Miast z umiłowaną, z Giletta w łożu spoczywa i obdarza ją dwoma synami.
Później z małżonką st co ją szczęśliwie żyć poczyna
Teraz, ize względu na przywilej Dionea, miała opowiadać jeszcze tylko królowa. Nowela Lauretty została doprowadzona do kręgu. Królowa, nie czekając, aż ją proeić zaczną, rzekła w te słowa:
Któż teraz, wysłuchawszy opowieści Lauretty, będzie umiał opowiedzieć nowelę, któraby powszechny aplauz znalazła? Dobrze się stało, że nie uraczono nas nią na samym początku, bowiem później niewiele opowieści nam do sma-kuby przypadło. Zapewne i te, które jeszcze dzisiejszego dnia do opowiedzenia pozostają, niezbyt zachwalane będą. Mimo to jednak, opowiem wam o zdarzę* niu, które mi na myśl przyszło.
U królestwie francuskiem żył niegdyś pewuen szlachcic, zwany Isnardem, grabią z Rousillonu. Ów, na zdrowiu wielce szwankując, trzymał przy sobie zawsze medyka, mistrza Gerarda z Narbonny. Grabia z Roussillonu miał malutkiego synaczka, imieniem Beltrain. Wraz z tym urodziwym i przymilnym chłopcem wychowywało się wiele rówieśnych dzieci, wśród których znajdowała 9ię także córka medyka, Giletta zwana. Dzieweczka ta rozmiłowała się w Beltramif; bardziej, niźli to na wiek jej młody przystało. Po śmierci grabi Bertram, pod 219 opieką królewską pozostały, musiał do Paryża się udać. Młódka pogrążyła się w niewymownym smutku. Wkrótce i jej ojciec zszedł z tego świata. Gdyby stosowny pozór miała z wielką chęcią do Paryżaby — wyruszyła, aby Beltrama oba-czyć. Znajdując się jednak pod srogim nadzorem, jakoże ze swemi bogactwy sama na świecie pozostała, nie mogła żadnej wymówki ’znaleźć. Doszedłszy do lat niewieścich, nie była w etanie o Beltramie zapomnieć i odmawiała wszystkim zalotnikom, z którymi ją krewniacy swatali, żadnych racyj nie podając. Gdy Giletta miłością swą nieszczęsną do Beltrama gorzała (który etał eię już urodziwym młodzieńcem), nagle doszły ją słuchy, że król francuski wskutek wrzodu na piersi, źle przez medyków zaleczonego, dostał fistuły, która mu wielkich boleści przyczyniała. Nadomiar złego król nie znajdował lekarza, któryby mógł mu jakieś ulżenie sprawić. Starania wszystkich jeno niemoc jego pogarszały. Dlatego też król, do rozpaczy przywiedziony, od nikogo więcej pomocy ani rady przyjmować nie chciał.
Wiadomość ta niezmiernie młódkę uradowała, bowiem nadarzał jej się pozór wyjazdu do Paryża, a przytem spodziewała się, że, jeśli choroba króla taką się okaże, jaką jej eię wydała, to uda jej się Beltrama za męża pozyskać. W tym celu więc, będąc już przez swego ojca w kunszcie medycznym wyćwiczona, przygotowała z różnych ziół i korzeni stosowny proszek, siadła na koń i do Paryża się udała. Przedewszystkiem postarała się obaczyć Beltrama; później, stanąwezy przed królem, jako o osobną łaskę poprosiła, aby jej naturę swej niemocy wyjawił. Król, obaczywszy urodziwą dzieweeżkę, nie chciał jej odmówić i odkrył przed nią cierpiące miejsce. Giletta, przyjrzawszy się ranie, już za pewne to miała, że ją wyleczy i dlatego też rzekła:
— Jeśli się zgodzicie, królu mój i panie, to przy pomocy Boskiej uwolnię was od tej choroby w ciągu ośmiu dni, nie przyczyniając wam najmniejszego bólu czy dolegliwości.
Król roześmiał się w głębi duszy na te słowa i rzekł do eię: „Tego, czego nie inogli sprawić najtężsi na świecie medycy, miałaby dokonać jedna młoda białogłowa?“ Podziękowawszy przeto Gilecie za jej cne usługi, odparł, że postanowił już niczyjej rady nie zasięgać.
— Wydwarzacie eię, panie, z mojej umiejętności — odparła młódka ponieważ jestem kobietą, a do tego wielce młodą. Zwracam wam jednak uwagę, że nie własną eciencją, ale kunsztem mistrza Gerarda z Narbonny przy pomocy boskiej wyleczyć was zamierzam.
Wówczas król pomyślał sobie: „Może być, że w samej rzeczy Bóg mi ją 220 tu przysyła. Dlaczegóż miałbym jej sztuki nie wypróbować, zwłaszcza, że, jak sama powiada, nie przysparzając mi cierpień, w krótkim czasie mnie wyleczy“. Postanowiwszy więc zasięgnąć jej rady, rzekł w te słowa:
— Jeżeli złamię dla cię swoje postanowienie, a ty mnie do zdrowia nie powrócisz, cóż się ma stać z tobą za karę?
— Każcie mnie, panie, wziąć pod straż odparła młódka abym, jeśli w ciągu ośmiu dni was nie wyleczę, na stosie spalona została. Jeżeli jednak wam zdrowie powrócę, jakąż nagrodę otrzymam?
Wydajesz mi się jeszcze niezamężną rzekł król — jeśli więc obietnicę swoją ziścisz, obdarzymy cię znacznym i szlachetnym małżonkiem.
Królu odparła Giletta — zaiste szczęśliwą będę, jeśli mnie zamąż wydacie, pragnę jednak wybrać sobie małżonka według swej woli, wykluczając synów waszych i wszystkich członków królewskiego domu.
Król obiecał, że jej życzenie spełni.
Wówczas dzieweczka do leczenia przystąpiła i wkrótce, jeszcze przed oznaczonym czasem, powróciła królowi zdrowie. Król, czując się uzdrowionym, rzekł:
— Zasłużyłaś w pełni na przyobiecanego ci męża.
— Jeżeli tak, Miłościwy Panie — odparła Giletta — to znaczy zasłużyłam na Beltrama z Roussillonu, którego jeszcze w dzieciństwie pokochałam, aby do tych pór niezmienną miłością go darzyć.
Spełnienie tego żądania niezbyt łatwem królowi się zdało, jednakoż, raz dawszy słowo, nie chciał go teraz łamać, dlatego też kazał przywołać Beltrama i rzekł doń:
Jesteś już źrałym mężem, Beltramie! Wolą moją jest, abyś powrócił w swoje strony i grabiostwem swojem sam rządzić zaczął, a przytem zabrał z sobą pewną panienkę, którą ci za żonę przeznaczani.
— Któż jest tem dziewczęciem? — zapytał Beltram.
Ta, której umiejętności zdrowie swoje zawdzięczani — odparł król.
Beltram, który już Gilettę widział i bardzo urodziwą ją znalazł, znając jej stan niski, nawszem przeciwny jego znacznemu rodowi, odparł gniewnie: — Chcecie mi dać za żonę znachorkę, Miłościwy Panie? Strzeż mnie Boże, abym kiedykolwiek podobną małżonkę miał do domu mego wprowadzić! — Pragniesz więc do tego mnie przywieść, abym złamał me słowo, dane dzieweczce, która mnie wyleczyła i która w nagrodę za swe usługi zażądała cię na męża? — spytał król. 221
— Możecie mi odjąć wszystko, co posiadam — odparł Beltram — i oddać mnie, komu się wam podoba, ale zaręczam wam, że nigdy nie będę w takim stadle szczęśliwy.
— A ja mniemam całkiem przeciwnie — rzecze król — bowiem dzieweczka jest urodziwa i rozumna wielce, a do tego gorąco cię miłuje. Pewien jestem, że będziesz z nią szczęśliwszy, niźli z jakąś damą ze znacznego rodu.
Beltram umilkł, słowa te usłyszawszy, a król tymczasem polecił czynić przygotowania na uroczystość zaślubin.
Wkrótce nadszedł dzień ślubu. Beltram, aczkolwiek niechętnie, w przytomności króla pojął za żonę dzieweczkę, gorąco go miłującą. Po ślubie zgodnie z powziętem wprzód postanowieniem oznajmił, że pragnie do swego gra-biostwa powrócić, aby w swych majętnościach żyć z młodą żoną pospołu. Otrzymawszy pozwolenie króla, siadł na koń i, miast w swoje strony, do Toskanji się udał. Wiedząc, że Florentczycy w tym czasie z Sieneńczykami wojnę toczyli, ofiarował im swoje usługi. Florentczycy z radością i z oznakami wielkiej czci go przyjęli i mianowali go dowódcą oddziału żołnierzy, znaczny żołd mu wyznaczając. Beltram przez dłuższy czas u nich na służbie pozostawał.
Młoda żona tymczasem, niezbyt uradowana takim obrotem sprawy a jednocześnie nadzieję żywiąca, że uda jej się Beltrama do domu sprowadzić, udała się do Roussillonu, gdzie wszyscy, jako grabinię, ją przyjęli. Znalazłszy tutaj wszystko w wielkim nieładzie z powodu długiej nieobecności grabiego, starań i pracy nie litując, porządek z powrotem ustanowiła. Wasale jej, wielce z tego zadowoleni, przychylnością swoją ją darzyli i grabieniu za złe mieli jego niechęć do żony. Przywiódłszy do porządku wszystkie sprawy w majętnościach, Giletta uwiadomiła o tem męża przez dwóch dworzan, prosząc go, jeśli jej obecność od powrotu do domu go wstrzymuje, aby jej doniósł o tem, a ona natychmiast, woli jego posłuszna, z tych stron się oddali.
Grabia dał wysłańcom twardą odpowiedź:
— Niechaj moja żona czyni, co chce. Co się tyczy mego powrotu, to on prędzej nie nastąpi aż Giletta będzie miała na palcu ten oto pierścień a na rękach dziecię, przeze mnie spłodzone.
Pierścień ów miał grabia w wielkiej cenie i nigdy się z nim nie rozstawał dla tajemniczej mocy, którą rzekomo klejnot ten posiadał. Dworzanie pojęli srogość kondycji, składającej się z dwóch niemożobnych prawie rzeczy, wiedząc jednak, że słowami od postanowienia tego odwieść go nie zdołają, powrócili do damy i powtórzyli jej respons grabiego. 222
Giletta, wielce strapiona, po dłuższem namyśle postanowiła spróbować, zali się jej nie uda tych dwóch warunków wypełnić i tą drogą męża odzyskać. Utwierdziwszy się w tym zamyśle swoim i dobrze ułożywszy, co jej czynić wypada, wezwała na naradę najstarszych i najrozumniejszych ludzi i opowiedziała im rzewnemi słowy o wszystkiem, co z miłości do grabiego uczyniła i jaką za to otrzymała nagrodę. Następnie odkryła im swój zamysł, który taki był: wiedząc, że jej pobyt tutaj grabiego do wygnania przymusza, resztę swego życia poświęcić pragnie na pielgrzymki i dzieła miłosierne celem zbawienia duszy swojej. Prosiła przeto owych mężów, aby grabiostwo pod swój zarząd wzięli i Beltrama jaknajrychlej uwiadomili, że ona majętności jego opuściła, z tem twardem postanowieniem, że już nigdy do Roussillonu nie powróci. Słysząc ją, tak mówiącą, wszyscy przytomni łzami się zalewali i prosili ją gorąco, aby zamysł swój odmieniła i w Roussillonie pozostała, aliści błagania te żadnego nie odniosły skutku. Poleciwszy swoich doradców opiece boskiej, Giletta w towarzystwie krewniaka i służki puściła się w drogę, zabierając z sobą większą sumę pieniędzy i klejnoty. Nikt nie wiedział, dokąd się udaje. Ona zasię, nie zażywając w drodze wczasu, podążyła do Florencji. Przybywszy do miasta szczęśliwie, zatrzymała się w niewielkiej oberży, należącej do pewnej wdowy, i poczęła żyć, jako nabożna pielgrzymka, pragnąc jak najprędzej dowiedzieć się jakichś nowin o swym małżonku i panu. Zdarzyło się, że następnego dnia ujrzała Beltrama, przejeżdżającego koło oberży konno na czele swego oddziału. Cliocia go odrazu poznała, spytała oberżystki, kto to zacz?
— Jest to znaczny cudzoziemski pan — odparła gospodyni — imieniem Beltram, człek uprzejmy i miły, ogólną czcią otaczany w mieście. Miłuje on z całego serca jedną z naszych sąsiadek, która jest ubogą szlachcianką. Ta obyczajna dzieweczka nie wyszła dotąd zamąż z przyczyny swego ubóstwa. Mieszka ona pospołu z swoją matką, wielce zacną i roztropną białogłową. Gdyby nic wzgląd na tę matkę, już dawno uczyniłaby to, czego grabia pragnie.
Giletta, słowa te usłyszawszy, rozważyła każdy szczegół i na okoliczności tej osnuła swój zręczny plan.
Dowiedziała się, jak się zowie młódka, którą grabia miłuje, i pewnego dnia w szatach pielgrzymich udała się do domu jej matki. Obie białogłowy przyjęły ją w ubogiej izdebce. Giletta poprosiła staruszkę o chwilę rozmowy. Ta, podniósłszy się, rzekła, że gotowa jest jej wysłuchać. Po chwili udały się do sąsiedniej izby, a gdy na ławie zasiadły, grabini rzekła:
— Zdaje mi się, madonno, że fortuna jest wam przeciwna wielce, tak jako 223 i mnie. Jeżeli jednak zechcecie, będziecie mogły mnie i siebie uszczęśliwić. Staruszka odparła na to, że niczego tak nie pragnie, jak poprawienia swego losu drogą godziwą.
— Przedewszystkiem wymagani od was milczenia — rzekła grabini. — Jeżeli wam zaufam, a wy mnie zdradzicie, zepsowacie przez to wszczęt moje plany, a i sami będziecie musieli żegnać się z nadzieją.
Mówcie spokojnie — odparła staruszka — ja was z pewnością nie zdradzę.
Wówczas Giletta zaczęła swoją opowieść od chwili, gdy Beltrama pokochała, później wyznała, kim jest, i opowiedziała o wszystkiem, co zaszło. Mówiła w sposób tak wzruszający, że dama słowom jej uwierzyła, tem bardziej, że już ją słuchy o tej historji skądinąd doszły.
Grabini, wszystko szczegółowo wyjaśniwszy, rzekła:
— Teraz wiecie już, pani, co uczynić muszę, aby męża odzyskać. Nikt mi w tem dopomóc nie może, krom was, jeżeli tylko prawdą jest, że grabia córkę waszą gorąco miłuje.
— Nie wiem, czyli ją miłuje, czy nie — odparła dama — to mi jeno wiadomo, że całe jego postępowanie tego dowodzi. W czem jednak użyteczna wam być mogę?
— Zaraz wam to powiem, madonno — rzekł Giletta — pierwej jednak dowiedzieć się pragnę, jaką korzyść wam ta przysługa przyniesie. Wiem, że córka wasza w wieku stosownym do małżeństwa będąca, wielką urodą celuje i że tylko dla braku wiana w domu swym dotąd ją trzymacie. Gotowa jestem za usługę, jaką mi wyświadczycie, lakiem wianem ją obdarzyć, jakie mi sami naznaczycie.
Damie, wielki niedostatek cierpiącej, wielce te słowa do smaku przypadły, jednakoż odparła:
— Powiedzcie mi, pani, co mam dla was uczynić? Jeśli to tylko nic będzie rzecz nieohyczajna, chętnie wszystko wypełnię, wy zasię później uczynicie, co się wam podoba.
Wówczas grabini rzekła:
— Należy, abyście przez zaufanego człeka powiadomili mego męża, grabiego, że córka wasza gotowa jest poddać się jego woli, jeżeli tylko wprzód się upewni, że on miłuje ją w sainej rzeczy tak gorąco, jak to okazuje. Jednakoż nigdy temu wiary nie da, jeśli grabia nie przyśle jej wprzód pierścienia, który na palcu nosi. Gdy grabia pierścień ofiaruje, oddacie mi go, a później każecie 224 powiedzieć memu mężowi, że córka wasza gotowa jest pragnienia jego wypełnić. Potem musicie go tu potajemnie’przyprowadzić i mnie, miast córki swojej, położyć przy jego boku. Być może, że, mając na palcu jego pierścień a na rękach dziecię, przez Beltrama spłodzone, odzyskam mego męża i pocznę z nim żyć, jak to na parę małżonków’ przystało.
Trudną rzeczą wydało się damie spełnienie prośby grabini; staruszka obawiała się przytem, że córkę jej mogą wziąć na języki. Rozważywszy jednakoż, że chlubną jest rzeczą przyczynić się do powrócenia męża tak zacnej białogłowie, nietylko przyrzekła Gilecie, że jej życzenia spełni, ale i natychmiast do dzieła się zabrała.
Wkrótce też, po kilku dniach, z wielką ostrożnością postępując, otrzymała pierścień — jakkolwiek ciężko przyszło grabiemu z nim się rozłączyć — a potem z wielką zręcznością, miast córki swej, Gilettę Beltramowi podsunęła. W czasie pierwszych miłosnych uniesień, tak przez grabiego upragnionych, żona jego z woli boskiej poczęła w swojem łonie dwa bliźnięta płci męskiej, jak się!t> w swoim czasie przy połogu okazało. Nie raz i nie dwa uszczęśliwiła zacna dama grabinię pieszczotami jej męża, przyczem wszystko w takiej tajności utrzymywać umiała, że nikt o tem ani słowa nie uznał. Beltram, stale przekonany, że z łask umiłowanej dziewicy korzysta, obdarzał ją zawsze przy rozstaniu mnóstwem.szacownych podarków, które grabini troskliwie strzegła. Po pewnym czasie, Giletta, poczuwszy się ciężarną, nie chciała już dłużej staruszki swemi sprawami zatrudniać i dlatego też rzekła:
— Madonno, Bogu i wam niech będą dzięki, pozyskałam bowiem to, czego pragnęłam. Pora więc teraz, abym wasze życzenia wypełniła i w świat odjechała. Szlachetna dama odparła, że cieszy się wielce z tego, że swemi staraniami grabini dopomóc zdołała, co się jednak nagrody tyczy, to działała bez myśli o niej, w przekonaniu, że dobrej sprawie służy.
Giletta odparła: — Pochwalić was muszę za wzniosłość duszy waszej, aliści nie dla zapłaty chcę was obdarować, jeno aby dobry uczynek spełnić. Wówczas dama, koniecznością przyciśniona, zażądała z wielkim wstydem stu dukatów na wiano dla swej córki. Grabini, ujrzawszy rumieniec: na jej obliczu i skromność żądania zważywszy, nie sto ale pięćset dukatów jej ofiarowała a na przydatek jeszcze piękne i szacowne klejnoty, które tyleż wartały. Starucha, wielce uradowana, gorący dank Gilecie złożyła. Poczem grabini opuściła jej dom i do gospody powróciła. Uczciwa dama tymczasem, nie chcąc, aby Beltram w przyszłości jej dom nawiedzał, opuściła pospołu z córką swoją 225 miasto i do krewniaków swoich na wieś się udała. Wkrótce i Beltram, przez swoich poddanych przywołany, usłyszawszy, że Giletta zamek jego orpuściła. do majętności swych powrócił. Grabini, ucieszona ogromnie z tej wieści, pozostała we Florencji, aby tam połóg odbyć. Po pewnym czasie wydała na świat dwóch 6ynaczków, podobnych nawszem do ojca, i z wielką troskliwością karmić ich poczęła. Gdy stosowna chwila nastała, wyruszyła w drogę i, przez nikogo nie poznana, do Montpellier przybyła. Zażywając tu przez kilka dni wczasu, dowiedziała się, że grabia w pierwszy dzień Wszystkich świętych wielką ucztę dla dam i rycerzy w Roussillonie wyprawia. Przybyła więc do Roussillonu w swych szatach pielgrzymich. Widząc, że rycerze i damy zebrali «ię już w zamku grabiego i że do stołu usiąść zamierzają, weszła do wnętrza, l dziećmi drobnemi na rękach. Przecisnąwszy się przez tłum, zbliżyła się do Beltrama, upadła przed nim na kolana i rzekła z płaczem:
— Panie mój i władco, jestem nieszczęśliwą małżonką twoją, która, pragnąc, abyś do domu swego powrócił, długo błąkała się po świecie. Zaklinam cię na Boga, abyś dotrzymał obietnicy, danej mi przez usta dwóch dworzan. Oto mam na rękach moich nie jedno, ale dwoje dzieci, a na palcu twój pierścień. Słowem, nastał czas, abyś mnie uznał za prawowitą małżonkę swoją, zgodnie z uczynionem przyrzeczeniem.
Grabia zadziwił się niepomiernie na te słowa, poznał bowiem swój pierścień i spostrzegł, że dzieciątka są wielce do niego podobne. Pełen osłupienia zapytał: — Jak to stać się mogło?
Wówczas Giletta ku wielkiemu zadziwieniu Beltrama i wszystkich przytomnych opowiedziała po porządku wszystko, co zaszło. Grabia, przekonawszy się, że żona szczerą prawdę powiada, ocenił wpełni jej wytrwałość i rozum i uradował się wielce <z widoku dwóch synaczków swoich. Aby obietnicę swoją wypełnić i ukontentować wszystkich przytomnych, którzy jednogłośnie go prosili, aby żoną swą przyjął i należycie ją uczcił, złożył pychę z swego serca, podniósł Gilettę z klęczek, ucałował ją i uściskał. Potem uznał ją za małżonkę a dzieci za synów. Poleciwszy przybrać grabinię w szaty, do jej godności stosowne, ku wielkiemu ukontentowaniu wszystkich gości swoich i wasalów, wnspaniałe uczty przez kilka dni wyprawiał. Odtąd w wielkiem miał zachowaniu żonę swoją, miłując ją gorąco i czcząc całą duszą.
OPOWIEŚĆ X
Dj a b eł i piekło
Alibech staje się pustelnicą. Mnich Rustico poucza ją, jak należy djabla do piekieł zapędzać
Dioneo, wysłuchawszy uważnie opowieści królowej, wiedoiał, że teraz na niego kolej nadchodzi, dlatego też, nie czekając rozkazu, zaceął z uśmiechem w te słowa:
— Miłe damy, nie słyszałyście zapewne nigdy o tem, jak to się djabła do piekła zapędza. Dlatego też poza obręb materji, do opowieści wybranej, nie wychodząc, chcę wam o tym przedmiocie opowiedzieć. Może być, że zbawicie dusze swoje, gdy podobnej sztuczki użyjecie, a takoż poznacie, że, chocia Amor ochotniej przebywa w wesołych pałacach i rozkosznych komnatach, niźli w ubogich lepiankach, jednakoż moc swoją objawia także pośród gęstych borów, stromych skał i na pustyniach. Stąd łatwo wnosić można, że wszystko na świecie jest jego władzy podległe.
Przechodząc do rzeczy, powiem, że w mieście Capsa w Barbarji mieszkał przed dawrnemi laty pewien bogaty człek, który pośród wielu innych dzieci posiadał piękną i urodziwą córkę, zwaną Alibech. Dzieweczka ta, nie będąc chrześcijanką, słyszała nieraz, jak to chrześcijanie, w Capsa przebywa-jący, wiarę swoją i swoją służbę bożą wynoszą. Dlatego też zapytała pewnego dnia spotkanego na drodze chrześcijanina, w jaki sposób Bogu najlepiej służyć można? Zapytany odparł, że najlepiej Bogu służą ci, co od ziemskich spraw uciekają, na podobieństwo pustelników, którzy na pustynię Tebaidy się 227 udali. Wówczas dziewczyna, która zaledwie czternaście lat liczyła, raczej dzie-ciuncm zachceniem, — niż pragnieniem rozumnem powodowana, nie pytając się nikogo o radę, wybrała się w tajności następnego ranka w drogę na pustynię. Po wielu trudach, dążąc naprzód wytrwale, dotarła wreszcie do jednej z. pu-stelń. Obaczywszy zdaleka lepiankę, weszła do jej wnętrza, gdzie natknęła się na pewnego świętobliwego męża, w drzwiach stojącego. Ów, pełen zadziwienia, zapytał czego tu szuka? Dzieweczka odparła, że głosem hożym natchniona, szuka człeka, któryby jej służby bożej nauczył.
Zacny pustelnik, zważywszy jej młodość i wdzięki, począł obawiać się, że djabeł podkusić go może. jeżeli ją przy sobie zatrzyma, dlatego też nakarmił ją korzonkami i jabłkami, pokrzepił ją świeżą wodą i rzekł:
— Niedaleko od tego miejsca, moja córko, mieszka pewien świętobliwy mąż, który daleko lepszym nauczycielem dla ciebie się okaże, niźli ja. Radzę ci, abyś się do niego udała. — Młódka ruszyła w drogę, a przybywszy do świętobliwego męża, podobną radę usłyszała. Wędrując dalej, doszła do pustelni młodego pustelnika, zacnego i nabożnego człeka, zwanego Rustico. Obróciła się doń z podobncm, co i do innych zapytaniem.
Rustico, chcąc na próbę swoją cnotę wystawić, nie odprawił jej, lecz w celi swojej ją zatrzymał. Za nadejściem nocy narychtował jej łoże z palmowych liści i wezwał ją, aby się na niem położyła. Wkrótce pokusy walną rozprawę wstrzemięźliwości pustelnika wydały. Czując, że siły swoje przecenia, nie czekał już na dalsze szturmy, jeno podał wrażej mocy tył i za zwyciężonego się uznał. Ostawiwszy więc świętobliwe rozmyślania, modlitwy i biczowania, przywołał na pamięć urodę i młodość dzieweczki i jął się głowić nad tem. jaką drogą mógłby dojść do celu tak, aby ona nie spostrzegła, że tylko zaspokojenie swych chuci miał na celu. Koniec końców zadał jej wiele pytań i z responsów jej poznał dowodnie, że jeszcze nie wie wrcale, co to za zwierzę jest mężczyzna, a takoż, że jest w samej rzeczy tak głupia, jaką się być wydawa. Upewniwszy się o tem, postanowił pod pokrywką służby bożej do tego ją przywieść, aby jego woli posłuszną była. Przedewszystkiem więc szyroce rozpowiadał jej o djahle. zaprzysięgłym wrogu ludzkiego rodzaju i Boga, a później dał jej do zrozumienia, że niczem Bogu bardziej przysłużyć się nie można, jak zapędzeniem czarta do piekła, dokąd twórca na wieczność go wygnał.
Dziewczyna zapytała, jak się do tego zabrać należy.
Zaraz obaczysz — odparł Rustico — czyń tylko to, co ja czynić będę. Rzekłszy te słowa, zrzucił z siebie swój nędzny przyodziewek i obnażony cał 228 kiem padł na kolana. Młódka tak naga, jakby dopiero z żywota matki na świat wyszła, uklękła naprzeciw niego. Rustico, widząc ją w tej postaci, jeszcze większą żądzą zapałał, tak iż nastąpiło zmartwychwstanie jego przyrodzenia. Alibech, spostrzegłszy to, zawołała w srogieni zadziwieniu:
Rzeknij mi, Rustico, co to jest u ciebie na przodzie? Rzeczy tej ja wcale nie mani.
Ach, córko moja jęknął Rustico jest to ów djabeł, o którym ci mówiłem. Teraz właśnie dręczy muie tak okrutnie, że ledwie wytrzymać mogę.
Niech Bóg będzie pochwalony zawołała dzieweczka wtidzę, że ja jestem szczęśliwsza od ciebie, nie mani bowiem takiego plugawego djabła.
Prawdę rzekłaś — odparł Rustico ale posiadasz zato inną rzecz, której ja nie mam.
Cóż to takiego? sp\ lała Alibech.
Masz piekło rzekł Rustico i zaprawdę, powsiadam ci, że Bóg cię tu przysłał dla zbawienia duszy mojej, jeżeli się bowiem ulitujesz nade mną i jeśli, gdy ten djabeł męczyć mnie pocznie, zgodzisz się go do piekła zapędzić, wielką ulgę mi sprawisz i uczynisz Bogu rzecz wielce miłą.
Dziewczyna odparła w dobrej wierze:
Czcigodny ojcze, jeżeli w samej rzeczy mam piekło, lo niech się stanie, jak chcesz.
Bądź błogosławiona, córko moja zawołał pustelnik pójdźmy więc i zapędźmy djabła, abym mógł ulżenia i spokoju zaznać.
Z temi słowy zaprowadził dzieweczkę do łoża i pokazał jej, jak się zachować należy, gdy się chce potępieńca uwięzić. Młódka, która jeszcze nigdy żadnego djabła do pieklą nie zapędzała, uczuła narazie przykrość niejaką i dlatego też rzekła:
Zaiste, mój ojcze, djahet ten musi być obmierzłym potworem i prawdziwym nieprzyjacielem Boga, bowiem nawet samemu piekłu przy wejściu prawdziwą udrękę sprawia.
— Moja córko — zawołał Rustico — niezawsze tak będzie!
I aby djabła poskromić, jeszcze sześć razy go do piekła zapędzili, tak, że mu na ten raz pychę z głowy wybili i do spokojności go przywiedli. Ilekroć później znów się w nieposkromionej dumie podnosił, dzieweczka okazywała się zawsze skłonna do upokarzania go, znajdując wielkie w tem ćwiczeniu ukontentowanie. Mawiała tedy do Rustica: — Widzę teraz dowodnie, że prawdę powiadali ci poczciwcy z Capsa. twierdząc, iż miłą rzeczą je«t Bogu służyć. Istotnie 229 bowiem nie przypominani sobie, abym kiedykolwiek z jakiejś pracy tyle rozkoszy odnosiła, co z tego zapędzania djabła do piekła. Wnoszę stąd, że każdy, kto z całych sił Bogu służyć się nie stara, jeet jeno zwierzęciem bezrozumnem.
Dlatego też przychodziła często do Rustica i odzywała się na ten kształt:
— Czcdgodny ojcze, przybyłam tutaj poto, aby Bogu służyć, a nie aby próżnować. Chodźmy więc i djabła do piekła wrażajmy! Podczas nabożnego ćwiczenia mawiała zasię:
— Nie pojmuję, Rustico, dlaczego ten djabeł tak z piekła ucieka? Gdyby w niem tak ochotnie pozostawał, jak piekło go ochotnie przyjmuje, wiecznieby tam przebywać powinien.
Takiem zachęcaniem młódka wreszcie Rustica do tego przywiodła, że całkiem z sił opadł i że w chwili, gdy inni serdeczny pot z siebie wydają, zimnym, jak lód, pozostawał. Dlatego też powiedział wreszcie Alibech otwarcie, że djabła tylko wtedy gnębić i do piekła pędzić potrzeba, gdy głowę z pychy zbytnio do góry podnosi.
— My zaś — dodał — za łaską bożą takeśmy go udręczyli, że prosi tylko o jedno; ażeby go w spokoju pozostawić.
Słowami temi skłonił na niejaki czas dziewczynę do spokojności. Po paru dniach jednakże, widząc, że Rustico wcale nie kwapi się z zapędzaniem djabła do piekła, Alibech rzekła: — Rustico, jeżeli twój djabeł, już poskromionym będąc, dokuczać ci przestał, to moje piekło spokoju mi nie daje. Spełnisz więc dobry uczynek, dopomógłszy mi przy pomocy djabła okiełznać nieco wściekłość piekła mego, tak jak ja piekłem inem pomogłam ci upokorzyć pychę twego djabła.
Rustico, który jadał tylko korzonki, popijając je czystą wodą, niechętnie na te zaproszenia odpowiadał i tłumaczył Alibech, że dla uspokojenia piekła całej czeredy djabłów potrzeba. Obiecywał jednak, że będzie jej pomagał w miarę sił swoich. W sarniej rzeczy nieraz jeszcze Alibech zadawalał, aliści zdarzało się to tak rzadko, że znaczyło tyleż, co ziarenko grochu, rzucone w paszczę lwa. Dziewczyna, widząc, że nie może Bogu służyć tak, jakby pragnęła, wielkie nieukontentowanie okazywała. Gdy ten spór między djabłem Rustica a piekłem Alibech trwał ustawicznie, z przyczyny zbytniej żądzy z jednej strony, a wątłych sił z drugiej, zdarzyło się, że w’ Capsie wybuchł pożar, którego ofiarą padł we własnym domu rodzic Alibech pospołu ze swemi dziećmi i całą rodziną. Alibech stała się tedy jedyną dziedziczką dóbr rozległych. Na wieść o tem pewien młodzieniec, nazwiskiem Neerbal. który cały 230 swój majątek zmarnotrawił, postanowiwszy odszukać Alibech, wybrał aię w drogę, i odnalazł ją, nim jeszcze państwo przez sądy zdołało zagarnąć spuściznę, co bez dziedzica pozostawała. Ku wielkiej radości Rustica, zabrał Alibech do Capsy, żoną swoją ją uczynił i we władanie wszystkie jej majętności objął. Gdy niewiasty przed wprowadzeniem jej do ślubnej łożnicy zapytały, w jaki sposób na pustyni Bogu służyła, Alibech która jeszcze pospołu z Neer-balem nie była spała, odparła, że trudziła się zapędzaniem djabła do piekła i że Neerbal wielki grzech popełnił, odrywając ją od jej cnych powinności. Białogłowy zapytały wTówczas: — W jaki to sposób djabła do piekła się zapędza? Alibech słowami i znakami dowodnie wszystko im wytłumaczyła. Wszystkie przytomne niewiasty gromkim śmiechem wybuchnęły, a potem rzekły:
— Nie turbuj się zbytnio, dzieweczko, bowiem i u nas podobnie dobre uczynki spełniać umieją. Neerbal pospołu z tobą niegorzej Bogu służyć potrafi. Później rozniosły całą tę historję po mieście, tak, iż wkrótce nowe przysłowie powstało: „Najmilsza służba dla Boga — — wtrącać w piekło jego wroga“. Owa pogwarka, przyszedłszy do nas z za morza, i dzisiaj jeszcze jest na ustach wszystkich. Dlatego też wy, młode damy, którym łaski bożej potrzeba, nauczcie *ię djabła do piekła zapędzać, bowiem Bóg chętnie na to patrzy, nie mówiąc już o tem, że dla obu stron jest to zajęcie miłe, z którego wiele dobrego począć się może.
Tysiąc razy, jeśli nie więcej, opowieść Dionea damy do śmiechu przywodziła, tak krotochwilnemi bowiem jego słowa im się. wydały. Gdy Diomeo opowieść swoją zakończył, królowa, wiedząc, że kres jej władzy nastał, laurowy wieniec z głowy swej zdjęła i, włożywszy go z wielkim wdziękiem na skronie Filostrata, rzekła:
— Obaczymy teraz, czy wilk lepiej owieczkom przewodzić potrafi, aniżeli one jemu przewodziły’.
— Gdyby to odemnie zależało — odparł Filostrato ze śmiechem — wilki dawnoby już nauczyły owieczki djabła do piekła zapędzać, niegorzej, jak to Rustico Alibech nauczył. Nie nazywajcież więc nas wilkami, skoro same owcami nie jesteście. Ponieważ mnie władza oddana została, będę rządził zgodnie z wolą moją i życzeniem.
— Słuchaj, Filostracie — rzekła Neinfile — miast nas uczyć, lepiej zrobisz, gdy skorzystasz z przykładu Masetta z Lamporecchio, a do dalszej mowy powrócisz wówczas, gdy już kości twoje, jak u szkieletu, dzwonić poczną. 231
Filostrato, czując, że kosa na kamień trafiła, ostawił żarty na stronie i rządy sprawować zaczął. Przywoławszy marszałka, o wszystko szczegółowie się go wypytał, poczem z wielką roztropnością różne rozkazy wydał, których spełnienie rzeczą potrzebną i przyjemną dla towarzystwa być mu eię wydało. Późnej z następu jącemi słowy do dam się obrócił: — Najwdzięczniejsze damy! Odkąd, na nieszczęście moje. nauczyłem się zło od dobra odróżniać, zawsze z powodu piękności tej czy innej białogłowy władzy Amora byłem zhołdo-wany. Aliści na niewiele się zdało, że byłem mu uległy, posłuszny i że wszystkich jego ustanowień pilnie przestrzegałem. Opuścił mnie był dla innego, szczęśliwszego ode mnie, a później i to sprawił, że coraz gorzej wieść mi się poczęło.
Dlatego też. myśląc obecnie o śmierci, nie chcę, aby przedmiotem jutrzejszych opowieści była materja inna. jak ta, która mej niedoli odpowiada. Opowiadajcie zatem o ludziach, których miłość do rozpaozjiego kresu przywiodła. I ja bowiem pewien jestem smutnego mej miłości skutku; niedarmo imię, którem mnie zowiccie, zostało mi nadane przez człeka, dobrze rozumiejącego jego sens zakryty.
Rzekłszy te słowa, Filostrato podniósł się i pożegnał wszystkich do wieczora. Ogród był tak piękny i miły, że nikomu z towarzystwa nie przyszło nawet na myśl opuścić go, aby gdzieindziej wczasu zażywać. Gasnące promienie zachodzącego słońca, żarem już nie tchnąc, pozwalały biegać po sadzie i ścigać łanie, króliki i inne zwierzątka, które po sto razy obok ludzi przebiegały, nie dając się schwytać. Dioneo i Fiammetta jęli śpiewać o rycerzu Wilhelmie i damie del Yergiu. Filomena i Pamfilo grze w szachy się oddali, (idy tak jedni tem, a drudzy owem zabawni byli, nastąpił ozas wieczerzy. Rozstawiono stoły wokół pięknej fontanny i wszyscy do wesołej biesiady zasiedli. Filostrato, nic, chcąc odstępować od obyczaju swoich poprzedniczek-królowych, lozkazał. gdy już stoły uprzątnięto, aby Lauretta zaśpiewała i taniec zawiodła.
— Panie mój — odparła Lauretta — nie znam żadnych pieśni, któreby naszej ochoczej kompanji odpowiadać mogły. Jeśli jednakże chcecie posłuchać tego, co umiem, zaśpiewam wam chętnie.
— Wszystko, co uczynisz — rzekł król będzie dla nas piękne i miłe. Obdarz więc mas czemkolwiek chcesz.
Wówczas Lauretta łagodnym pełnym melankolji głosem tak śpiewać poczęła: 232
Któż, co okrutnie ponosi męczarnie,
Ma równe prawo do skargi.
Jak ja, do której wszelki ból się garnie?
Władca gwiazd jasnych, rządzący tym światem. Igraszkę czyni sobie z mej istoty,
Bo choć mnie okrył wdzięków majestatem, Który dla ludzi blask rozsietca złoty Pod niebios Jego sklepieniem bogatem,
Jednak mych wdzięków nie ważąc, ni cnoty, Mrok na słoneczne me spuścił tęsknoty / radość w wieczną przemienił męczarnię.
Gdy w przeszłość tęsknem podążę wspomnieniem. Widzę młodzieńca, co mnie, dzieckiem prawie Obdarzył sercem i objął ramieniem.
Dni swe mej służbie oddał i zabawie,
Pojąc się wzroku mojego płomieniem.
Ach, nigdy tego słowem nie wysławię.
Jak cudnych marzeń był on mi wcieleniem,
Z jakiem patrzyłam w niego zachwyceniem!
Lecz całe szczęście to wnet. znikło marnie!
Inny wziął potem duszę mą i ciało.
Lecz jak odmienny: pyszny z swego rodu.
Z twarzą pochmurną zawsze i zuchwałą.
Ten mnie uczynił służką swą. za młodu.
A gdy zazdrości oddał duszę całą,
Gorycz poczułam w złotych krużach miodu.
Ach, czuję teraz wśród łez i zawodu.
Że mych afektówby dla wielu stało, / ze ten jeden więzi mnie bezkarnie!
Skarżyć się muszę dziś na twarde losy;
Cóż mnie skłoniło wyrzec zgody słowo I czarną szatę zmienić na godową? 233
W tej czarnej śmiały się do mnie nic.biosy,
A w jasnej żałość odczuwam grobową!
O dniu zaśłubin, źródle łez mych rosy,
O dniu, gdy perły wplatając we włosy,
Miast być szczęśliwą, poczęłam na nowo Tęsknić i srogie wciąż znosić męczarnie!
Druhu radosnych chwil mojej młodości,
Któremu równy już mi nie był dany,
Jeśłi istniejesz gdzieś na wysokości,
Proś Boga, łzami szczeremi zalany,
Za tę, co tutaj usycha w żałości,
Idąc w hymenu szlak, cierniem usłany!
Niech się nie goją mego serca rany,
Niech dawny płomień znów we mnie zagości,
Lub niechaj przetnie śmierć moją męczarnię!
Tutaj Lauretta umilkła. Wszyscy uważnie pieśni słuchali, różnie ją pojmując. Znaleźli się i tacy, co na medjolańską modłę myśląc, rzekli, że dobre prosię lepsze jest od urodziwej białogłowy. Inni jednakoż pojęli głębokie i podniosłe znaczenie pieśni, o którem jednak mówić teraz nie pora. Poczem na rozkaz króla zapalono pochodnie, pośród kwiatów i zieleni ukryte. Towarzystwo wielu jeszcze pieśni słuchało, póki gwiazdy na niebie nie zmierzchły. Wówczas zdało im się, że pora wczasu nadeszła. Życząc sobie dobrej nocy, wszyscy na spoczynek się udali.
Kończy się trzeci dzień Dekamerona i zaczyna dzień czwarty, w którym, zgodnie z wolą króla Filostrata, opowiada się o tych, których miłość do nieszczęśliwego przywiodła kresu
— Miłe damy! Wszystko, co słyszałem od ludzi mądrych, co w księgach czytałem lub widziałem na świecie, kazało mi wierzyć, że burzliwy wicher zawiści na wysokie tylko wieże i na wierzchołki drzew uderza. Teraz widzę jednak, że mniemanie moje omylne było. Próżno ukryć się starałem przed temi burzliwemi 234 podmuchami, daremnie wybierałem drogi, przez równiny wiodące, i chowałem się w głębokie doliny. Pisałem proste opowieści w narzeczu florenckiem, wyrażałem myśli moje prostym i niewyszukanym etylem. Mimo to jednak, nie uniknąłem wściekłości rozpętanego wichru. Uderzył we mnie, wstrząsnął mną całym; jadowite zęby zawiści poraniły mnie okrutnie, mimo to przecie nie ostawiłem rozpoczętego dzieła. Teraz eksperjencja odkryła mi istotę prawdy, wszystkim mędrcom wiadomą, a mianowicie, że tylko mierność od zawiści jest bezpieczna.
Zali uwierzycie, miłe damy, że wielu ludzi za złe mi to poczytuje, że w towarzystwie waszem upodobanie znajduję i twierdzi, że starania moje, aby was rozweselić i zabawić, czci mi nie przyczyniają. Niektórzy zasię ganią mnie za to, że myślę o sprawach, niestosownych do powagi wieku mego, że zbyt wiele o miłości rozprawiam i nie lituję starań, aby się wam podobać; są i tacy, co wielką troskliwość o moją sławę po Bobie pokazując, radzą mi, abym, nie tracąc czasu na próżne z wami gawędy, na Parnas ku muzom się podniósł. Ludzie mniej ostrożni a bardziej złośliwi powiadają, że winienem się raczej starać o środki do życia, a nie puste nowele składać. Inni, pragnąc w oczach waszych walor opowieści moich obniżyć, twierdzą, że opisuję zdarzenia całkiem inaczej, niż one wyglądały.
Widzicie zatem, miłe damy, że, podczas gdy trudzę się dla was, zagraża mi rozpętany orkan zawiści i że jadowite kąsają mnie zęby; wszelakoż pracy swojej nie ostawiam i wszystkie te prześladowania z pogodną myślą znoszę. I chocia obrona moja w tych sprawach do was jedynie należy, nie myślę jednak milczeć, owszem, sił moich nie szczędząc, będę się starał przeciwników swoich zwyciężyć i od złośliwych wrogów się oswobodzić.
Nie dokonałem jeszcze i trzeciej części mego trudu, a już tylu zuchwałych nieprzyjaciół liczę, że, jeśli stosownych miar nie przyjmę, to, nim dzieło do końca doprowadzone zostanie, broń mi z ręki wytrącą, a wówczas i wasza siła, w sukurs mi idąca, nie zda się na nic. Pozwólcie tedy, abym, nim wrogom moim odpowiem, na swoje usprawiedliwienie pewną nowelę wam opowiedział. Nie dowiodę jej do kresu, nie chcę bowiem, aby ktokolwiek pomyślał, że szukam pozoru opowiedzenia wielu nowel, wam poświęconych.
Obracam się tedy do wrogów moich!
W mieście naszem za dawnych dobrych czasów żył pewien mieszczanin, Filipem Balducci zwany. Z niewysokiego idąc rodu, był on człekiem zamożnym i obrotnym wielce. Balducci miał żonę, gorąco przez się miłowaną, która mii równym afektem odpłacała. Małżonkowie żyli w przykładnej zgodzie; główną 235 ich troską było, aby życie robie nawzajem umilić. Aliści z żoną Balducci zdarzyło eię to, co się każdemu z nas zdarzy — zeszła z tego świata, osławiwszy mężowi syna, który zaledwie dwa lata liczył. Filip rozpaczał okrutnie; nigdy człek, co umiłowaną istotę utracił, nie bolał nad tem tak strasznie, jak Balducci. Pełen ciężkiej melankolji, postanowił świat porzucić i wraz z synem bożej służbie się poświęcić. Rozdawszy zatem wszystko, co posiadał, udał się pospołu z dzieciątkiem w góry Asinaio i zamieszkał tam w maleńkiej celi.
Ojciec i syn żyli z jałmużny, pościli i po całych dniach modlili się; Filip nie mówił nigdy z chłopcem o sprawach błahych, oddalał odeń wszystko doczesne, aby młoda istota nie zeszła z drogi, ku niebu wiodącej. Rozprawiali tylko 0 szczęśliwości przyszłego żywota, o Bogu i o świętych i na modlitwach dni. całe trawli. Minęło wiele lat. Syn Filipa nigdy nie wychodził z celi i, krom swego rodzica, nie widział innego człowieka. Od czasu do czasu Filip wyruszał w drogę do Florencji, aby u świętobliwych ludzi jałmużny prosić. Wracał do swej celi, opatrzony w żywność. Wreszcie Filip zestarzał się; syn jego ukończył ohiemnasly rok życia. Pewnego razu, gdy starzec do miasta wyruszył, młodzian zapytał go, dokąd tak często eię udaje? Filip wyznał całą prawdę.
— Ojcze — rzekł wówczas syn — zestarzeliście się już i ciężko jest wam trudy i pracę znosić. Weźcie mnie z sobą do Florencji i zapoznajcie mnie z waszymi przyjaciółmi, którzy są ludźmi świątobliwymi. Jestem młody 1 trudu się nie boję. W przyszłości, gdy zajdzie potrzeba, mnie do Florencji posyłać będziecie. Starzec rozważył, że syn jego jest już źrałym młodzieńcem, który do pohożnego żywota tak nawykł, iż pokusy świata do niego przystępu znaleźć nie będą mogły, przyznał mu zatem w myśli słuszność i do miasta go z sobą zabrał. Młodzieniec patrzył z osłupieniem na domy, kościoły, pałace, na wszystkie piękności, w które Florencja obfituje, a ponieważ nigdy w swern życiu niczego podobnego nie widział, wpadł w zachwyt i zapytywał nieustannie rodzica, jak to, czy owo się nazywa. Ojciec szczegółowo mu opowiadał.
Gdy taką rozmową się bawiąc, szli przez miasto, spotkali naraz całą gromadę urodziwych, strojnie ubranych białogłów, z wesela wracających. Ujrzawszy je, młodzian zapytał ojca, co to są za istoty?
— Nie patrz na nie, synu mój — odparł starzec — są to twory szatańskie.
A jak się zowrią? — znów syn zapytał.
Ojciec, obawiając się, aby w synu żądze się nie obudziły, nie nazwał ich kobietami, jeno rzekł:
— Są to gęsi! 236
Owóż stała się rzecz zadziwiająca! Młodzian, który do tych pór nigdy w życiu białogłowy nie widział, zapomniał w tej chwili o wszystkiem, czem niedawno tak się zachwycał: a więc o pałacach, kościołach, domach, koniach, osłach i pieniądzach i rzekł:
— Dajcie mi, ojcze, jedną taką gąskę!
— Milcz, na Boga! — odparł rodzic — przecie ci już powiedziałem, że s;ą to twory szatańskie.
— Zali to, co od złego pochodzi, taki ma pozór? — zapytał syn. — Jeszcze nigdy czegoś równie pięknego i czarującego nie widziałem; za nic przy tych istotach malowane anioły, któreście mi nieraz pokazywali.
Ach, ojcze, jeśli mnie miłujecie, zabierzcie z sobą jedną taką gąskę, a ja już ją karmić będę.
— Nie zgadzam się — zawołał rodzic — tembardziej, że nie wiesz, w jaki sposób się je karmi. — W tej chwili Filip zrozumiał, że przyrodzenie silniejsze jest od ludzkiego umysłu, i dlatego też żałować począł, że wziął z sobą syna do Florencji. Tutaj powieść swoją ucinam i obracam się do tych, z myśl;} o których ją rozpocząłem. Niektórzy z mych wrogów powiadają, że źle postępuję, starając się wam, młode damy, przypodobać się, a takoż zachwycać się wami. Szczerze wyznać muszę, że w samej rzeczy bardzo mi do gustu przypadacie, aliści niech mi się zapytać będzie wolno, zali ludzie, znający wasze gorące pocałunki i uściski ramion waszych, są w stanie mi eię dziwować i mnie naganiać? Młodzieniec, wzrosły na dzikiej, samotnej górze, pośród czterech ścian swej małej celi, pierwszy raz na was spojrzawszy, obrócił ku wam wszystkie chęci swoje i w marzenia o was się pogrążył. Czyż zatem ludzie, którzy miłują waszą krasę i zachwycają eię waszą cnotą białogłowską, mogą się dziwić, że i ja chcę się wam podobać? Zali nieprzyjaciele moi odważą eię strofować mnie za skłonność ku wam, mnie, obdarzonego zdatnością do miłości, mnie, który wam w młodych swych latach całą duszę oddał, mnie, co doświadczył czaru spojrzeń waszych, słodyczy waszych słów i poznał żar, który w sercu się zapala od lubych weetchnień waszych. Któż, pytam, zechce ganić mnie za to, że pragnę wam być miły, skoro nawet młody pustelnik, do dzikiego zwierzęcia podobien, spojrzawszy na was, zapomniał o wszystkiem, co go dotychczas w zachwyt wprawiało. Zaiete, chyba tylko ten, co rozkoszy i potęgi uczuć nie jest świadom, szydzić ze mnie może, aliści o sąd takiego człeka dbam mało lub nic wcale. Ludzie, wiek mój mi wymawiający, nie słyszeli zapewnie, że czosnek ma białą głowę, ale ogon zielony. Ostawiając żarty 237 / na stronie, powiem moim wrogom, że bez nijakiego wstydu do końca życia mego starać się będę sprawdać przyjemność i nieść rozrywkę tym, o których tak wiele myślał pan Guido Cavalcanti i pan Dante Alighieri, a takoż Cino da Pistoia, starzec, co do lat wielce sędziwych doszedł. Mógłbym przywieść wiele przykładów na dowód, że w starożytności siła mężów przy schyłku swego żywota białogłowom służyło, aliści od materji mej opowieści oddalać się zbytnio nie myślę. Jeśli moi wrogowie o podobnych rzeczach nie słyszeli — niechaj sami stosownych poszukają przykładów. Radzą mi, abym na Parnas się wzniósł i tam z muzami obcował. Muszę wyznać, że widok Parnasu piękny jeót dla mnie; jednakoż nie możemy ustawnie z boginiami przebywać, a takoż i muzy nie są w stanie wiecznie przy nas pozostawać. Gdy człowiek, opuściwszy towarzystwo muz, szuka istot, najbardziej do nich podobnych — nie Iza go za to ganić. Muzy są kobietami, a chociaż kobiety doskonałości muz nie mają, przecie wielce są do nich podobne; gdyby więc nawet białogłowy same przez się podobać mi się nie mogły, owo podobieństwo miłować jeby mi kazało. Powiem takoż, że nie napisałem jednego słowa na pochwałę muz, gdy tymczasem, patrząc na kobiety, nieraz czułem chęć sławienia ich cnót i urody. Prawda, że muzy nauczyły mnie wiersze składać i w pisaniu mi pomagały; możliwą także jest rzeczą, iż, gdy układałem te moje proste opowieści, były one przy mnie, podsuwając mi różne zwroty szczęśliwe, dzięki tej życzliwości, którą, jako kobiety, do mnie żywią. Dlatego też, gdym księgę tę składał, nie tak wielce od Parnasu i od muz oddalony byłem, jak to mniemają niektórzy. Cóż jednak odpowiem tym, co z niezmiernej troski o mój los radzą mi, abym zdobywał potrzebne do życia śi jdki. Zaiste, nie wiem tego! Wiem jeno, jaki-by mi respons dali, gdybym ich o kawałek chleba poprosił: „Idź i zarób swemi gadkami“. A jednak mnóstwo wielkich poetów w swoich gadkach i opowieściach większe bogactwo znalazło, niż ludzie skąpi w swych skarbach. Pisarze znamienici w utworach swych wysławiali czasy, w których żyli, podczas gdy chciwość zgubiła wielu, pragnących zdobyć więcej złota, niżli im było trza. Cóż rzec jeszcze? Że moi wrogowie, radzący mi, abym o wyżywienie samego siebie się starał, wygnaliby mnie, ani chybi, gdybym o pomoc do nich się zwrócił.
Bogu dzięki, wcale mi jej nie potrzeba; gdybym nawet w straszną biedę popadł, to, za przykładem apostoła idąc, będę ją umiał z dostojeństwem znosić. Niechże więc ludzie nie troskają się o mnie więcej, niż ja sam o siebie się troskam. Tych zasię, co powiadają, że przedstawiam zdarzenia niezgodnie 238 z prawdą, proszę, aby mi pierwowzory przynieśli. Jeśli w samej rzeczy się okaże, że pierwowzory te od moich nowel się różnią, pierwszy rację twierdzeniu ich przyznam i z wszystkich sił starać się będę błędy moje naprawić. Dopóki jednak wrogowie moi na niczem słów swoich nie ugruntują, pozwolę im myśleć, co chcą, a sam dam tylko wyraz mniemaniu, że to nie ja, lecz oni z prawdą się mijają.
Zdawa mi się, że już nic więcej mówić nie trza. Krzepię się nadzieją, że z pomocą Boga i waszą, miłe moje czytelniczki, uda mi się iść dalej moją drogą, obróciwszy się plecami do burzliwego wiatru, który niechaj z wszystkich sił dmucha. Wiem, że nic gorszego ze mną stać się nie może, jak z prochem, który wiatr podmuchem swoim unosi, spuszczając go później na głowy ludzi, na dachy zamków, dworzyszcz, lub wdeż wysokich. Pył z wysokości spada tylko na ziemię, a nie niżej. Służyłem wam z wszystkich sił moich, teraz zasię w dwójnasób służyć wam będę. Ludzie rozumni pojmują, że ja, jako i wszyscy, co was miłują, według praw przyrodzonych postępuję. Trudno z naturą walczyć, i ten tylko mógłby ją przemóc, coby nadprzyrodzone siły posiadał. Ci, którzy tej walki próbowali, wiele mąk przecierpieć musieli, a przecie wysiłki ich płonne się okazały. Wyznaję szczerze, że nie mam sił na walkę z przyrodzeniem i że nawet wcale ich mieć nie chcę. Gdybym nawet siły te posiadał, wolałbym raczej innemu ich użyczyć, aniżeli je na mój własny użytek obrócić. Niechże zatem milczą moi przyganiacze, których serca już żarem nie tchną; niech, jak lód, w spokoju swoim tężeją. Ja im tej rozkoszy zazdrościć nie będę, byleby tylko nie przeszkadzali mi tak resztę moich dni spędzać, jak to za najlepsze uważam.
Jednakowoż zbyt daleko od właściwego odbiegliśmy wątku.
Słońce spędziło gwiazdy z nieba, a z ziemi wilgotne cienie nocy. Filostrato podniósł się z łoża i innych obudzić kazał. Wszyscy wyszli do ogrodu. Gdy nadeszła pora obiadu, towarzystwo udało się w to miejsce, gdzie wieczerzało wczora. Po obiedzie, odetchnąwszy nieco, Filostrato i jego goście zebrali się w chłodzie obok wspaniałej fontanny. Słońce już wysoko na niebie stało. Filostrato rozkazał Fiamecie, aby opowiadać zaczęła. Ta z wielkim wdziękiem mówić jęła:
OPOWIEŚĆ I
’lankred, książę Salerna, zabija kochanka swojej córki i posyła jej serce zamordowanego w kubku złotym... Córka wlewa do kubka truciznę, wypija i umiera
Smutno pomyśleć, że nam, zebranym tutaj dla rozrywki, król polecił opowiadać o łzach innych ludzi i o męczarniach, na myśl o których serce opowiadającego i dusze słuchaczów drgnąć z bólu muszą. Jest rzeczą możliwą, że podobne zlecenie wydał, aby postawić tamy tej niezmiernej wesołości, jaką cieszyliśmy się w dni poprzednie. Jakby się to jednak nie miało, mnie nie Iza woli jego zmieniać. Opowiem wam smutną historję, która ze wszech miar współczucia waszego jest godna.
Tankred, książę Salerna, zasłużyłby sobie w pełni na sławę dzielnego człowieka, gdyby w starości nie zbroczył rąk swoich krwią dwojga kochanków. Miał tylko jedną córkę, aliści lepiejby było, gdyby i ta na świat nie była przyszła. Nigdy zapewnie żaden rodzic tkliwiej swego dziecka nie miłował; chocia księżniczka dawno już do lat żrałych doszła, rodzic nie mógł się z nią rozstać i dlatego też za mąż jej nie wydawał. Wreszcie dał ją w stadło synowi księcia Kapui, który wkrótce po ślubie umarł. Młoda wdowa powróciła do ojca. Księżniczka była wielce urodziwa z oblicza i postaci; usposobienie miała wesołe, a rozum większy, niźli się tego u białogłowy spodziewać można było. Tankred, miłujący córkę swoją tkliwem uczuciem, nie pomyślał nawet o tem, żeby córce swojej dać drugiego małżonka. Młoda wdowa, uważając, że rzeczą nieprzystojną byłoby męża się domagać, postanowiła związać się więzami tajnej 243 miłości z godnym jej ufności człowiekiem. Dlatego też jęła się bacznie przyglądać ludziom szlacheckiego i mieszczańskiego stanu, gromadzącym się na dworze jej ojca, jak to podobni młodzieńcy na dworach różnych królów i książąt gromadzić się zwykli. Najbardziej przypadł jej do serca młodzieniec imieniem Giuscardo, na służbie u jej rodzica pozostający. Ów, nie będąc szlachcicem, obyczajami swemi i urodą oczarował księżniczkę więcej, niż ktokolwiek z dworzan. Młodzi ludzie mieli sposobność częstego spotykania się, i Giuscardo coraz bardziej podobał się córce Tankreda. Giuscardo, któremu nie brak było przenikliwości, wkrótce skłonność białogłowy pomiarkował i zapłonął ku niej równym afektem. Przeszedł czas niejaki; Giuscardo i księżniczka miłowali się w głębokiej tajności, bowiem białogłowa, aczkolwiek gorąco pragnęła znaleźć się z swym ukochanym na osobności, przecie nikomu z tem się nie zdradzała. Wreszcie obmyśliła pewien chytry środek, dzięki któremu Giuscardo miał zostać uwiadomiony, gdzie i kiedy na osobności z nią zobaczyć się będzie mógł. Księżniczka napisała do niego list, w którym wyjaśniła mu, co czynić należy, aby się z nią nazajutrz zobaczyć, a później ukryła pismo w wydrążonej trzcinie. Z wesołym uśmiechem wręczyła mu ją potem, mówiąc:
— Daj tę trzcinę dzisiaj wieczorem swojej służce, aby nią w kominie ogień roznieciła.
Młodzieniec wziął trzcinę, wiedząc, że nie bez kozery księżniczka mu ją daje. Wróciwszy do domu, odkrył wnet wydrążenie, w którem list księżniczki znalazł. Przeczytawszy pismo, poczuł się najszczęśliwszym na ziemi człowiekiem i postanowił działać zgodnie z pouczeniem księżniczki.
Obok zamku znajdowała się pieczara, wykuta ongiś w skale. Światło dochodziło do niej przez otwór w górze. O pieczarze już wszyscy zapomnieli; szczelina, którą światło dnia przenikało, zarosła głogami i trawą. Tajne schody łączyły loch podziemny z jedną z komnat, w której właśnie księżniczka sypiała. Schodów tych oddawna już nie używano, tak iż wszystkim wypadły one z pamięci. Jednakoż oczom miłości nic się ukryć nie może. Księżniczka wkrótce znalazła utajone drzwi. Ponieważ dobrze zaparte były, daremnie przez kilka dni otworzyć je próbowała. Wreszcie udało się jej. Spuściła się do jaskini i głębokość jej zważyła. Upewniwszy się, że Giuscardo przez szczelinę przecisnąć się będzie mógł, napisała do niego list, oznaczając mu w niem głębokość lochu. Giuscardo, odebrawszy pismo, opatrzył się w sznurową drabinkę, która miała mu dopomóc do spuszczenia się w głąb jaskini, i w skć 244 rżaną odzież, chroniącą przed kolcami i cierniami. Następnej nocy udał się na oznaczone miejsce i, przytwierdziwszy drabinę do pnia jednego z wysokich drzew, rosnących obok szczeliny, spuścił eię do jaskini i tam na przybycie księżniczki jął oczekiwać. Wkrótce dzień nastał. Po obiedzie córka Tankreda odprawiła swoje pokojowe pod pokrywką, że ją sen morzy. Ostawszy sama, otwarła tajne drzwi i do jaskini się udała. Giuscardo z najżywszą radością swoją umiłowaną powitał. Później udali się do komnaty Ghismondy, gdzie w niewysłowionem szczęściu resztę tego dnia spędzili. Kochankowie postanowili skrywać przed światem swoją miłość. Wreszcie Giuscardo zszedł do jaskini: księżniczka zamknęła skryte drzwi i dworki do siebie przyzwała.
Młodzian, doczekawszy się zmroku, wyszedł z jaskini i do domu powrócił. Znając już drogę, do komnaty księżniczki wiodącą, często swoją ukochaną odwiedzał. Aliści zły los pozazdrościł szczęścia kochankom i radość ich w cierpienie i rozpacz zamienił. Tan kred miał nieraz zwyczaj przychodzić do swej córki, aby z nią swobodnie pogwarzyć. Pewnego dnia odwiedził ją po obiedzie. Aliści Ghismondy nie było w komnacie; pospołu z swemi damami przechadzała się po sadzie. Nikt nie widział, ani nie słyszał, jak Tankred wszedł do sypialnej komnaty Ghismondy. W komnacie okiennice były zamknięte i zasłony koło łoża opuszczone. Starzec postanowił czekać na przyjście córki. Siadł na ławie, stojącej wpobliżu łoża, pochylił głowę na posłanie, okrył się kotarą i wkrótce zasnął. Gdyby z umysłu chciał się przed kimś schować, nie mógłby, wierę, lepiej się ukryć. Na nieszczęście tego dnia Ghisinonda miała się obaczyć z Giuscardem. Ostawiwszy swoje dworki w sadzie, księżniczka weszła cicho do komnaty i drzwi za sobą zaparła. Później, nie zauważywszy rodzica, otwarła tajne drzwi, aby Giuscarda wpuścić. Kochankowie oddawali się uniesieniom miłości, śmieli się i żartowali. Nagle Tankred przebudził się i spostrzegł, co się dzieje. Srodze zagniewany, chciał w pierwszej chwili wywrzeć wściekłość swoją na miłującej się parze, aliści, pomyślawszy chwilę, postanowił nie zdradzić się i pozostać w ukryciu, aby później z mniejszym wstydem dla siebie i po głębszym namyśle dokonać dzieła zemsty, myśl o której już się w jego duszy zrodziła. Giuscardo i Ghisinonda długo — z sobą rozstać się nie mogli, nie podejrzewając obecności Tankreda. Wreszcie pożegnali się z sobą. Giuscardo spuścił się do jaskini a Ghismonda wyszła z komnaty. Tankred sam w niej pozostał. Nie bacząc na swój wiek podeszły, wyskoczył przez okno do sadu, tak iż nikt go nie spostrzegł. Pełen goryczy i gniewu, do swoich komnat powrócił. Gdy nocą Guiscardo chciał wyjść z jaskini, dwaj słudzy, przy 245 słani przez Tankreda, schwycili go i do ojca Ghismondy zawiedli. Ujrzawszy go, starzec z wysiłkiem łzy powstrzymał i rzekł:
— Giuscardo! Zawsze łaskawie z tobą postępując, nie zasłużyłem na ten wstyd i hańbę, na jakie wczoraj własnemi oczyma patrzeć musiałem.
— Miłość jest silniejsza od nas — odparł Giuscardo.
Tankred rozkazał zamknąć młodzieńca w jednej z zamkowych komnat i trzymać go pod ścisłą strażą. Następnego dnia po obiedzie udał się do Ghismondy, jeszcze niczego nie podejrzewającej, i rzekł do niej ze łzami w oczach.
— Ghismondo! poczytując cię za cnotliwą białogłowę, nie uwierzyłbym nigdy, że mogłaś należeć do człeka, nie będącego twym mężem, gdybym tego na własne oczy nie widział. Twój postępek zatruł goryczą resztę tych dni, co mi jeszcze do życia pozostają. Nigdy tej hańby nie przeboleję. Jeśli ci już upaść było sądzone, przeczże nie wybrałaś sobie przynajmniej człowieka, którego stan nie poniżałby ciebie? Dlaczego, miast pokochać któregoś z szlachciców, żyjących na mym dworze, zwróciłaś swój afekt ku Giuscardo, człekowi niskiej kondycji, którego tylko przez łaskawość swoją wyniosłem. Nie wiem jeszcze, jak postąpię z tobą, i ta niepewność mnie dręczy. Los Giuscarda jest już przesądzony. Pochwyciłem go dzisiaj, gdy wychodził z jaskini, i pod straż wziąć go kazałem. Cóż jednak mam z tobą uczynić? Miłość rodzicielska walczy w mem sercu z gniewem, który zrodził we mnie twój bezrozumny postępek. Miłość każe mi przebaczyć, gniew zasię żąda, abym cię ukarał surowie. Przedtem jednak chcę usłyszeć, co masz do rzeczenia na swoją obronę. — Tutaj starzec opuścił głowę i zaszlochał, jak ukarane dziecko. Usłyszawszy, że Tankred nietylko o jej ukrytej miłości się dowiedział, ale że kazał Giuscarda pochwycić, Ghisinonda w straszną rozpacz popadła. Ledwie się powstrzymać zdołała od jęków i szlochów. Jednakowoż duma pomogła jej słabość zwyciężyć i rysom oblicza spokój nadać. Mniemając, że Giuscarda niema już na świecie, postanowiła raczej swoje życie poświęcić, niźli ojca o łaskę poprosić. Jęła przeto mówić z księciem, nie jak przystało na białogłowę, uginającą się pod brzemieniem swojej winy, lecz śmiało, niewzruszenie i odważnie. Patrząc ojcu prosto w oczy, Ghiemonda rzekła:
— Nie myślę zapierać się ani kłamać, Tankredzie! Nie będę także o łaskę twoją błagać, wiem bowiem, że toby na niczem spełzło. Nie chcę takoż budzić w twej duszy dawnej tkliwej miłości, którąś dla mnie zawsze żywił. Poprzestanę na tem, że ci wyznam całą prawdę. Szczere wyznanie wszystkiego cześć moją ocalić mi pozwoli, dlatego też z wielkiem męstwem na twój wyrok 246 oczekiwać będę. Miłowałam Giuscarda, miłuję go obecnie i będę go miłowała do śmierci, która zapewne już zbliska nam zagraża. Jeśli ludzie i za grobem miłować mogą — moje uczucia wraz z kresem żywota nie zginą. Nie biało-głowska słabość była tego przyczyną, że w sercu mojem miłość do Giuscarda wybuchła, jeno jego wielkie przymioty, a takoż twoja niechęć wydania mnie zamąż po raz wtóry. Będąc stworzony z krwi i ciała, powinieneś rozumieć, mój ojcze, że córka twoja nie jest z kamienia, ani z żelaza. Chocia starcem jesteś, winieneś był pamiętać, jak burzliwe i potężne są namiętności lat młodych. Znaczną część życia swego w służbie rycerskiej spędziłeś, jednakoż z eksperjencji wiadomem ci jest, jaki wpływ na ludzi młodych próżnowanie i dostatek wywierają.
Córką twoją jestem i dlatego też istota moja, jako i twoja, z krwi i ciała się składa. W kwiecie lat stojąc, burzliwej namiętności ulec musiałam. Z tem większą siłą mną owładnęła, że, będąc już raz żoną, czem jest miłość i jej słodycze, poznałam. Nie mogąc się oprzeć prawom natury, cała miłości się oddałam, chocia i próbowałam walczyć z jej urokiem, aby hańby na siebie i na ciebie nie ściągać. Miłość i los przychylny pozwoliły mi znaleźć drogę, po której idąc, mogłam akryć swoją namiętność przed ludzkim wzrokiem. Nie pytam teraz, czy ktoś cię o wszystkiem uwiadomił, czy też innym jakimś sposobem tajemnicę moją odkryłeś; dość na tem, że ci prawdę powiadam. Giuscarda wybrałam nie przez przypadek, jako to wiele białogłów czyni, jeno po źrałym namyśle, uważając go za godniejszego od wszystkich dworzan. Wszystko szczegółowie obmyślawezy, ostrożnie przywiodłam go do mej komnaty. Tutaj, zdała od całego świata, cieszyliśmy się naszą miłością.
Zdawa mi się, mój ojcze, że hołdujesz przesądom, gniewając się na mnie za to, że pokochałam człeka niskiej kondycji, a nie szlachcica. Tutaj los jeno zawinił. Wiesz przecie, że przeznaczenie nieraz niegodnych ludzi wynosi, a szlachetnym i zacnym w cieniu żyć każe. Ostawmy jednak na ten czas te roztrząsania i w istotę rzeczy wniknijmy. Zali nie z jednej materji wszyscy stworzeni jesteśmy, zali nie jeden Bóg-Ojciec dusze nasze w jednakowe siły, zdat-ności i władze uposażył? Bylibyśmy jedni drugim równi całkiem, gdyby dostojeństwa i cnoty różnic między nas nie wniosły. Ludzie, nad tłumem górujący dzięki swym cnotom i zasługom, dla odróżnienia ich od innych ludźmi szlachetnymi nazwani zostali.
To prawo później nieraz różnym zmianom i skażeniom podlegało, aliści z powierzchni ziemi nie znikło, bowiem ani zdrowy zmysł ani wrodzona cnot 247 liwość mu nie przeczą. Dlatego też człek, postępujący z nakazami cnoty i szlachetności, winien się szlachetnym nazywać, a każdy, kto mu prawa do tej nazwy zaprzecza, raczej sobie, niż jemu, ujmę sprawia. Spójrz na swoich dworaków, na ich obyczaje i przymioty i porównaj tych ludzi z Giuscardo. Jeśli cię nienawiść nie zaślepi, to będziesz musiał przyznać, że jest on najszlachetniejszym z szlachetnych, i że twoi znaczni panowie w’ tyle za nim pozostają. Sąd o przymiotach Giuscarda powzięłam na podstawie słów twoich i świadectwa własnych oczu. Któż więcej od ciebie chwalił go za czyny, godne człeka, pełnego czci i cnoty. Pochwały twoje słuszne były, bowiem i na większe jeszcze zasługiwał. Jeśli się co do niego pomyliłam, twoje słowa w ten błąd mnie wprowadziły. Twierdząc, że pokochałam człowieka, niższego ode mnie, nieprawdę powiadasz. Jeżeli wyrzucać mi poczniesz, że Giuscardo jest człekiem ubogim, samemu sobie jeno wstydu przyczynisz, bowiem, chocia znane ci były przymioty człeka, twoim sługą będącego, nie zatroszczyłeś się o to, aby jego stan poprawić. Ubóstwo ujmy szlachectwu nie czyni. Wielu znamienitych książąt i królów w nędzę popadło; z drugiej strony siła jest takich, co trzodę paśli, a później wielkie bogactwa zdobyli.
Naostatku powiedziałeś mi, że męczy cię niepewność, co się ma stać ze mną. Nad tein długo głowić się nie powinieneś, skoroś już raz w sędziwej starości postanowił okrutny uczynek spełnić, czegoś nigdy w młodości nie ucz\-nił. Niechaj twoja kara tylko na moją głowę spada, bowiem tylko ja byłam jedyną grzechu przyczyną, jeśli już postępek mój grzechem nazwać można. Zaręczam ci, że jeśli nie uczynisz ze mną tego, coś uczynił lub chcesz uczynić z Giuscardo, własnemi rękoma życie sobie odbiorę.
Idź, płacz pospołu z kobietami, a jeśli uważasz, że na okrutną karę zasługujemy — zabij mnie i jego jednym ciosem!
Tankred znał męstwo i wielkość duszy Ghismondy, aliści nie uwierzył, aby mogła groźby swojej dopełnić. Rozstał się z nią, postanowiwszy nie karać jej zbyt surowie, miał bowiem nadzieję, że strata kochanka płomienną jej miłość zagasi. Przykazał tedy dwum strażnikom w nocy zadusić Giuscarda i wyjąć mu z piersi serce. Pachołcy wypełnili wiernie dany im rozkaz. Gdy dzień nastał, Tankred kazał przynieść wspaniały złoty kubek, włożył weń serce Giuscarda i posłał je przez służkę Ghismondzie.
— Rodzic wasz — rzekła służka — przysyła wam ten podarunek, aby pocieszyć was po stracie tego, kogoście miłowali, i sprawić wam taką radość, jaką wyście ojcu swemu sprawili. 248
Postanowienie Ghismondy niezmienne było. Po odejściu ojca opatrzyła się w jadowite zioła, wycisnęła z nich sok, który następnie z wodą pomieszała, aby mieć truciznę napogotowiu w przypadku, gdyby się jej obawy ziścić miały. Służka oddała księżniczce kubek i powtórzyła jej słowa Tankreda. Ghis-monda z niewzruszonym obliczem przyjęła podarunek ojca. Obaczywszy serce, odrazu wszystko zrozumiała. Obróciła się tedy do sługi i rzekła:
— Zaiste, takiemu sercu złoty tylko należy eię grobowiec. Roztropnie tedy i słusznie ojciec mój postąpił. — Później podniosła serce do ust, pocałowała je i zawołała:
— O błogosławione źródło wszystkich radości moich! Niech będzie przeklęte okrucieństwo człeka, który oczom moim podał to serce na widok! Z jakiemże uwielbieniem patrzyłam codzień na nie wrzrokiem ducha! Droga twoja skończona, los twój się dopełnił! Doszłoś już do tego celu, do którego wszyscy zmierzamy. W olne jesteś od nieszczęść i trudów żywota. Własny twój wróg zgotował ci wspaniały grobowiec, godny wartości twojej. Na pogrzebie twoim zabrakło tylko jednego: łez kobiety, którąś tak miłował za życia. Dzięki okrutnemu ojcu memu, który mi cię przysłał, wytrysną one z oczu moich. Obdarzę cię łzami, aczkolwiek przysięgam, że umrę z suchemi oczyma i spokojnem licem. Bez wahania złączę moją duszę z tą, która w twych pier-Mach miała mieszkanie. Pospołu z nią wejdę w świat zagrobowy. Wiem, że dusza twoja jeszcze tutaj się znajduje, że patrzy na miejsce, gdzie tak szczęśliwi byliśmy. Wierzę, że dusza twoja miłuje mnie i że na duszę moją czeka!
Rzekłszy to, Ghismonda zalała się łzami, nie wydawała jednak jęków, juk to białogłowy czynić są zwykłe. Łzy księżniczki tak obficie się lały, iż można było pomyśleć, że w głowie jej zbiornik wód się skrywa. Ghismonda pochyliła się nad kubkiem i nieskończonemi pocałunkami martwe serce obsypała. Dworki, otaczające księżniczkę, nie wiedziały, jakie to serce na dnie kubka leży, i nie pojmowały słów Ghismondy. Jednakoż płakały z współczucia, ze wzruszeniem pytały się o przyczynę bólu i z wszystkich sił starały się Ghismondę pocieszyć. Wreszcie księżniczka podniosła głowę, osuszyła łzy i rzekła:
— O drogie, gorące miłowane serce! Wypełniłam ostatni dług, należny tobie. Teraz pozostaje mi jeno połączyć moją duszę z tą, która w twych piersiach żyła! — Rzekłszy te słowa, Ghismonda schwyciła czarę z przygotowaną uprzednio trucizną i wlała ją do kubka na serce, wT jej łzach wykąpane. Potem bez trwogi wychyliła napój, legła na posłanie i przycisnęła do piersi martwe serce kochanka swego. Tak w milczeniu na śmierć czekała. Dworki Ghismondy 249 nie wiedziały, jaki napój ich pani wychyliła, i nie pojmowały znaczenia tego, co się w ich przytomności działo, wszelakoż posłały uwiadomienie do Tankreda. Książę, wielce przerażony, przybiegł do córki. Wszedł do komnaty Ghismondy, gdy ta już na łożu leżała. Tankred jął uspakajać i pocieszać córkę łaskawemi słowy, aliści już późno było. Widząc stan swojej córki, starzec łzami się zalał. Ghismonda rzekła doń w te ełowa:
— Zachowaj te łzy, Tankredzie, dla nieszczęść, których nie będziesz powodem. Nie przelewaj łez nade mną, bowiem ja ich nie pragnęłam. Jeśli tli się w tobie jeszcze iskierka dawnej miłości do mnie, okaż mi łaskę ostatnią i złóż moje ciało na spoczynek wieczny pospołu z ciałem Giuscarda. Pozwól naszym prochom razem spokoju zażywać, skoroś nie pozwolił cieszyć się nam szczęściem za życia.
Łzy nie pozwoliły Tankredowi ni słowa odpowiedzieć. Ghismonda, czując zbliżającą eię śmierć, przycisnęła raz jeszcze martwe serce kochanka do swych piersi i rzekła do przytomnych:
— Bóg z wami, umieram!
Wnet zamroczyły się jej oczy, postradała przytomność i po chwili z życiem się rozstała. Tak rozpacznie skończyła się miłość Ghismondy i Giuscarda. Tankred żałował swego okrucieństwa i, opłakując śmierć córki, z wielką czcią dwa ciała do jednego grobowca złożył.
OPOWIEŚĆ II
Miłostki Archanioła Gabrjela
Opowiadanie Fiammetty przytomne damy do łez przywiodło. Gdy Fiammetta umilkła, król rzekł w te słowa:
— Chętnie oddałbym życie, gdybym za jego cenę mógł zaznać połowy tych rozkoszy, jakich Giuscardo z Ghismondą zażywał. Nie dziwujcie się, jeśli wam powiem, że w każdej godzinie tysiąc śmierci przeżywam, nieosłodzonych ani jedną chwilą szczęścia. Jednakoż nie będę mówił o sobie, ani też o Gliis-mondzie i Giuscardo. Niechaj Pampinea opowie nam jakąś smutną historję, przypominającą choćby w części los mój rozpaczny. Jeśli jej opowieść podobna b. do noweli Fiammetty, to, ani chybi, kilka kropel rosy upadnie na pło-:n.ić, t>-..*A-iący pierś moją. usłyszawszy słowa króla, pomyślała, że raczej życzenie swych towarzysz^ ehiić jest skłonna, niźli rozkaz króla; dlatego też postanowiła ucieszyć damy woołą i krotochwilną opowieścią, a więc zaczęła w te słowa: Wśród ludu istnieje wiara, że jeśli ludzie hultaja za dobrego człeka poczytują, może on wiele złego czynić, a przecie nikt w to nie uwierzy. Dla ugruntowania tego przysłowia, mogę powiedzieć wam siła rzeczy, a takoż pokazać, jak obłudni mnisi bywają. Filuci ci w długich i szerokich habitach chodzą, obliczom swoim sztuczną bladość przydają i głosem pokornym a cichym o pieniądze proszą. Gromko i twardo obwiniają innych o występki, które sami popełniają; twierdzą przytem, że obowiązek nakazuje im przyjmować dary ludzi pobożnych, a takoż uważają, że tylko ci zbawienia dostąpić mogą, 251 co im pieniędzy nie skąpią. Obłudnicy ci w mniemaniach swoich wielce się różnią od ludzi, uznających, że trudów i cierpień szczędzić nie, Iza, jeśli się chce raju dostąpić; po ich uczynkach sądząc, możnaby było powiedzieć, iż wyłączne prawo do nieba mają. Każdemu, kto umiera, obiecują mnisi lepsze lub gorsze miejsce w raju, zgodnie z tem, ile pieniędzy im pozostawi. Tą modłą starają się okłamać zarówno samych siebie, jak i tych, co im wierzą. Gdyby mi wolno było, opowiedziałabym prostym i łatwowiernym ludziom o tem, jakie to serca ukrywają się pod szerokiemi habitami tych obłudników. Dałby Bóg, aby z wszystkimi mnichami zdarzyło się to, co z pewnym bratem żebrzącym w Wenecji. Z szczególną ochotą opowiem wam jego historję, bowiem żywię nadzieję, że śmiechem i krotochwilą rozproszę ten smutek, który jeszcze w sercach waszych gości.
Owóż, mili towarzysze, w mieście Imola żył pewien niegodziwy i grzeszny człowiek, Berto della Massa zwany. Mieszkańcy Imola, znający wszeteczny sposób jego życia, nietylko nie wierzyli mu wtedy, gdy kłamał, ale i wówczas gdy przypadkiem prawdę powiedział. Berto, przekonawszy się, że w rodzinnem mieście nikogo już na hak nie przywiedzie, przesiedlił się do Wenecji, stolicy wszelkich hultajów, i tu umyślił pewnej nowej sztuczki spróbować. Udał tedy, że mocno się kaja za popełnione grzechy, uczynił pozór skromnego i czcigodnego człeka, wstąpił do zakonu braci żebrzących i przyjął imię Alberta z Imoli. Włożywszy na się habit, obłudnik jął pozornie wieść święty i surowy żywot; wszystkim, co do niego przychodzili, pokutę i post zalecał, sam zasię nie jadał mięsa i wina nie pił (jeśli mu się nie udało otrzymać tego, które mu do smaku przypadało). Nikt nie podejrzewał, że łgarz, wsztecznik, złodziej i morderca plugawy, nagle w świętobliwego braciszka przedzierzgniony, dawnych swych skłonności wcale się nie wyzbył i że w skrytości im hołduje. Gdy Albert w czasie nabożeństwa spostrzegł, iż tłum patrzy nań, rzewliwie płakać poczynał, umiał bowiem, kiedy chciał, obfite łzy wylewać. Dzięki tym łzom i kazaniom swoim brat Albert taką miłość Vi’enecjan zdobył, że prawie każdy człek, testament sporządzający, wykonawcą swojej woli go czynił. Wielu oddawało mu na przechowanie szacowne przedmioty i pieniądze. Przybywały do niego gromady mężczyzn i kobiet, aby się wyspowiadać i o radę go prosić. Tą modłą wilk w pasterza się przedzierzgnął. O świętobliwościach Alberta rozprawiano więcej, niźli kiedyś mówiono o żywocie św. Franciszka z Assyżu. Pewnego dnia przybyło do Alberta kilka białogłów, chcąc się przed nim wyspowiadać. U ich liczbie znajdowała się wielce urodziwa i głupia Lisetta z domu Quirino. Mąż 252 jej, bogaty kupiec, właśnie z galerami swemi do Flandrji był odpłynął. Lisetta padła na kolana i z prawdziwie weneckiem gadulstwem rozpowiedziała mu o wszystkich swoich tajemnicach. Brat Alberto spytał, zali ma miłośnika. Lisetta odparła mu z głębokiem nieukontentowaniem:
— Zali nie macie oczu, mój ojcze? Czyż nie widzicie, że cnotą nad wszystkiemi białogłowami góruję? Mogłabym mieć tylu miłośników, ilubym tylko zapragnęła. Aliści żaden mężczyzna nie jest mnie godzien. Zali nie sądzicie, że i w raju pięknościąbym celowała? — W ten sposób tyle głupstw o swej urodzie naplotła, że słowa jej każdego człeka zmierzićby mogły. Brat Albert poznał dowodnie z tej mowy słabość jej rozumu. Piękność Lisetty żądzę w nim wzbudziła, tak, iż gorąco się w białogłowie rozmiłował. Jednakoż nie odkrył jej odrazu swoich pragnień, postanowiwszy czekać na chwilę sposobną. Przeciwnie wcale, chcąc świętobliwość swoją Lisecie pokazać, brat Albert począł ją strofować, gromić i mówić jej o pysze i o próżności. Lisetta odparła, że musi być głupcem, skoro nie widzi różności między ziemską a nieziemską pięknością. Brat Albert, nie chcąc jej do kolery przywodzić, skończył spowiedź i odpuścił ją wraz z innemi białogłowami. Po kilku dniach nasz mnich w towarzystwie swego wiernego przyjaciela wszedł do domu Lisetty, odwołał ją do ustronnej komnaty, padł przed nią na kolana i rzekł:
— W imię miłości bożej zaklinam was, madonno, abyście mi przebaczyli to, co mówiłem w niedzielę o piękności waszej. Następnej nocy tak okrutnie za to ukarany zostałem, że po razach, które spadły na mnie, dopiero dzisiaj z łoża dźwignąć się zdołałem.
— Kto was tak oporządził? — spytała głupia Lisetta.
— Wszystko szczegółowie wam opowiem — odparł Albert. — Kiedy, jak to mam w obyczaju, około północy do modlitw ukląkłem, spostrzegłem naraz, że cała moja cela rozjaśniła się złotem światłem. Nim obejrzeć się zdołałem, ujrzałem przed sobą cudownie pięknego młodziana, który gruby kij w ręku dzierżył. Schwycił mnie za kaptur, na ziemię powalił i tak bić począł, iż mi się zdało, że mi wszystkie kości pogruchoce. Spytałem się go, za co mnie tak krzywdzi. Wówczas młodzian zawołał:
— Odbierasz karę za to, że poważyłeś się poniżyć dzisiaj niebiańską piękność Lisetty, którą to białogłowę po Bogu najwięcej miłuję.
— Kim jesteście? — spytałem.
— Jestem Archaniołem Gabrjelem — odparł.
— O panie mój — zawołałem — błagam was o przebaczenie! 253
— Gotów jestem odpuścić ci winę — rzekł młodzian — pod tą kondycją, że gdy tylko z posłania się dźwigniesz, zaraz do pani Lisetty się udasz i o przebaczenie ją poprosisz. Jeśli ci nie przebaczy, powrócę tu znowu i tak cię oporządzę, że nigdy, póki życia, o tem nie zapomnisz. — Tu przydał jeszcze kilka słów, aliści nie ośmielę się ich wam powtórzyć, dopóki przebaczenia od was nie otrzymam.
Głupia, próżna i niezwykle łatwowierna Lisetta z wielką radością słuchała słów mnicha, nie podejrzewając żadnego podstępu ani kłamu. Gdy brat Albert umilkł, rzekła w te słowa:
— Mówiłam wam przecie, bracie Albercie, że piękność moja jest niebiańską pięknością. Wierzę, żal mi was bardzo i z całego serca winę wam odpuszczę, jeśli tylko powtórzycie mi to, co anioł powiedział.
— Teraz, kiedyście mi przebaczyli — rzekł na to brat Albert — ochotnie wam jego słowa powtórzę, ale, na miłość boską, nie mówcie nikomu o tem, że najszczęśliwszą białogłową na świecie jesteście, bowiem wszystko wszczęt po-psowacie. Anioł kazał mi wam powiedzieć, że niezwykle sobie was upodobał i że częstoby was nawiedzał, gdyby się nie bał, że was zestracha. Takoż oznajmić mi przykazał, że wkrótce do was przybędzie, aby z wami pewien czas spędzić. Ponieważ jednak, gdyby w anielskim kgztałcie eię zjawił, nie moglibyście z nim obcować, tedy z miłości ku wam człowieczą na się przybierze postać. Uwiadomcie go przeze mnie, kiedy i w jakiej postaci widzieć go pragniecie. Archanioł zaraz do was pospieszy, a wówczas będziecie mogli nazwać się najszczęśliwszą na ziemi białogłową.
Lieetta rzekła, że niewymownie się cieszy z miłości Archanioła, że sama go już miłuje i że, kiedykolwiekby ją odwiedził, zaw’sze z radością go przyjmie. Zastanie ją w ustronnej komnacie, gotową na jego przyjęcie, byleby jej tylko nie opuścił znów dla Marji Dziewicy, którą ze wszystkich sił miłuje, jak to widać z malowideł, na których zawsze na klęczkach przed Marją Panną jest wyrażony. Naostatku przydała, że Archanioł może przybyć w czyjejkolwiek postaci, byleby tylko pozór jego straszny nie był.
— Wielce rozumny respons mi daliście — rzekł brat Albert — dlatego też powtórzę Archaniołowi wiernie wasze słowa. Możecie i mnie wielką łaskę łatwie wyświadczyć, pozwalając aniołowi w moim kształcie u was się pojawić. Wyjaśnię wam, dlaczego to taką łaską dla mnie się okaże: Archanioł, biorąc moje ciało na się, uwolni duszę moją z doczesnej powłoki. Przez ten czas, gdy on z wami pozostawać będzie, dusza moja rozkoszy w raju zazna.
— No, — odparła na to w ciemię bita białogłowa. — Tyleście razów z mego powodu odebrali, że nie mogę wam tej łaski odmówić.
— A więc — rzekł brat Albert — niechaj dziś wieczór drzwi waszego domu otworem stoją. Archanioł przybędzie do was w człowieczym kształcie; zrozumiałą przeto jest rzeczą, że wejść do domu tylko przez drzwi może. — Lisetta przyrzekła, że wszystko, co trzeba, uczyni, i rozstała się z mnichem. Pozostawszy sama, z niecierpliwości na jednem miejscu i chwili ustać nie mogła; zdawało się jej, że jeszcze tysiąc lat dzieli ją od chwili odwiedzin Archanioła. Brat Albert, wiedząc, że tej nocy, nietylko rolę anioła, ale i dziarskiego jeźdźca odegrać mu wypadnie, jął się pokrzepiać cukrami i różnemi kordjałami, aby łacno z siodła wysadzonym nie zostać. Potem, uzyskawszy od przeora pozwolenie na wyjście z klasztoru, wraz ze swym wiernym przyjacielem udał się do domu pewnej rajfurki, skąd nieraz już na podobne gonitwy i łowy się wyprawiał. Przy pomocy różnych barwiczek i szat przekształcił się w anioła i podążył do domu Lisetty. Ta, ujrzawszy białą postać, stojącą na progu, rzuciła się na kolana. Anioł podniósł ją, pobłogosławił i dał jej znak, aby z nim pospołu do łoża się położyła. Lisetta posłuchała z ochotą rozkazu Archanioła, który po chwili legł obok swej pokornej służki. Brat Albert był człekiem naschwał, o wielkiej posturze i krzepocie, dlatego też Lisecie, jędrne ciało i mięką skórę posiadającej, większą radość zgotował, niźli jej mąż. Nieraz i nie dwa tej nocy bez żagli dzielnie płynął. Krom tego opowiadał jej siła cudowności o niebiańskiej szczęśliwości w raju, tak iż pani Lisetta z tego wszystkiego wielce ukontentowana była. Wreszcie, gdy dzień nastał, brat Albert z Lisettą się rozstał, umówiwszy się z nią uprzednio co do powtórnej schadzki, i udał się do swego przyjaciela, który nań czekał w domu znajomej białogłowy, dotrzymują jej uprzejmie towarzystwa. Zjadłszy obiad, Lisetta wraz z kilkoma przyjaciółkami udała się do brata Alberta i opowiedziała mu o odwiedzinach Archanioła Gabrjela i o wszystkiem, co odeń słyszała, przydając do swej opowieści wiele osobliwych bredni i łgarstw.
Wówczas brat Albert rzekł:
— Nie wiem, szlachetna damo, gdzieście tej nocy pospołu z sobą przebywali, to mi jeno wiadomo, że Archanioł zjawił się dziś nocą w mojej celi. Dowiedziawszy się o waszem poleceniu, przeniósł natychmiast duszę moją, gdzie siła róż i pięknych kwiatów rosło w ilości dotychczas przeze mnie niewidzianej. W tem rozkosznem miejscu bawiłem aż do świtania. O tem jednak, co przez ten czas z mojem ciałem się działo, nie mam żadnego uwiadomienia. 255
— Zali wam o tem nie powiedziałam? — spytała Lisetta — Ciało wasze leżało przez całą noc w moich objęciach. Jeśli upewnić się chcecie, że moje słową są prawdą, spójrzcie tylko pod lewą pierś swoją, gdziem tak ogniście Archanioła pocałowała, że ślad tego pocałunku przez kilka dni widoczny będzie.
— Aby ciekawość moją zaspokoić — rzekł brat Albert — uczynię to, czego już oddawna nie czyniłem, a mianowicie rozdzieję się, chcąc się przekonać, czy prawdę powiadacie. — Po długiej gawędzie. Lisetta wreszcie odeszła. Brat Albert w anielskiej postaci nieraz ją jeszcze odwiedzał. Pewnego dnia zdarzyło się, że pani Lisetta, zszedłszy się z swoją sąsiadką, wszczęła z nią dyskurs o piękności, a chcąc w dyspucie wziąć przodek, z zwykłą sobie głupotą zawołała:
— Gdybyście wiedzieli, komu moja uroda do smaku przypada, nie chwalilibyście już innych białogłów piękności. — Kuma, znająca ją dobrze i ciekawa, co te słowa znaczą, rzekła:
— Wszystko to być może, dopóki nie wiem jednak, kto zacz, zdania swego zmienić nie mogę. — Kumo — rzekła na to głupia białogłowa — nie trza o tem szeroko rozpowiadać, dowiedźcie się jednak, że Archanioł Gabrjel jest moim miłośnikiem. Miłuje on mnie nad życie i powiada, że jestem naj-urodziwszą na świecie białogłową.
Sąsiadka Lisetty na te słowa o mało śmiechem nie parsknęła, pohamowała się jednakoż, aby głupiej białogłowy nie spłoszyć, i rzekła:
— Na Boga! jeśli Archanioł Gabrjel został waszym miłośnikiem i te słowa powiedział, to w samej rzeczy musi być tak, jak twierdzicie. Nie sądziłam jednak dotychczas, że anioł zakochać się może.
— Byliście w grubym błędzie — odparła Lisetta — Niech Bóg mnie skarze, jeśli Archanioł czynności tych lepiej od mego męża nie spełnia. Upewniał mnie nawet, że aniołowie na tamtym świecie wcale pod tym względem ludziom nie ustępują. Ponieważ w raju nie mógł znaleźć białogłowy, równej mi pięknością, dlatego też rozmiłował się we mnie i co noc mnie odwiedza. Pojmujecie teraz wszystko?
Sąsiadka pożegnała panią Lisettę, aby jaknajprędzej opowiedzieć znajomym to, o czem słyszała. W czasie uczty, następnego dnia wydanej, opowiedziała wszystkim białogłowom dziwną historję Lisetty. Damy powtórzyły jej słowa swym mężom i przyjaciółkom. Te z kolei także języki rozpuśoiły. Po dwóch dniach cała Wenecja mówiła tylko o przypadkach pani Lisetty. Nowina 256 doszła także do uszu szwagrów pani Lisetty, którzy postanowili natychmiast anioła pojmać, aby przekonać się, zali on latać umie. Z tą myślą, nic Lisecie nie mówiąc, jęli sprawiać straż koło jej domu. Brat Albert, do którego pewne słuchy także doszły, wybrał się pewnego dnia do swej kochanki, aby ukarać ją za gadulstwo. Ledwie wejść do domu zdążył, gdy szwagrowie Lisetty, ujrzawszy go, poczęli się do drzwi dobijać. Brat Albert okrutnie się ze-strachał, pojąwszy, jakie niebezpieczeństwo mu zagraża. Nie wiedząc, gdzieby się ukryć, dopadł do okna, otworzył je i skoczył do kanału. Ponieważ w miejscu tem była głębia, a on dobrze pływał, żadnej więc szkody sobie nie wyrzą-. dził. Przypłynąwszy do drugiego brzegu, obaczył, że drzwi pewnego domu otworem stoją, wszedł zatem do wnętrza. W komnacie na karle siedział jakiś mężczyzna. Brat Albert jął go prosić, aby mu życie ratował; nagadał mu przytem różnych bajęd o tem, skąd uciekł i dlaczego tu się pojawił. Gospodarz domu, tknięty współczuciem, poradził mu, aby się do łoża położył i spokojnie jego powrotu oczekiwał, musi bowiem oddalić się dla sprawy niecierpiącej zwłoki. Rzekłszy to, wyszedł i drzwi za sobą zawarł.
Tymczasem szwagrowie Lisetty, wtargnąwszy do jej komnaty, przekonali się, że Archanioł ostawił skrzydła i odleciał. Okrutnie z tego powodu rozgniewani, nie szczędzili ostrych słów swojej krewniaczce. Później, pochwyciwszy anielskie szaty, do swego domu się udali. Człek, który Alberta przygarnął, stojąc na moście Rialto, usłyszał gadki o tem, że Archanioł Gabrjel u Lisetty nocował i że, zdybany przez jej szwagrów, ze strachu do wody skoczył. Co się stało z tym arcyszelmą po skoku do kanału, nikt jednakoż nie wiedział. Usłyszawszy tę opowieść, gospodarz domu, w którym brat Albert przytułek znalazł, dorozumiał się odrazu, jaki to nieborak go o pomoc prosił. Powrócił do domu, przymusił mnicha do wyznania prawdy i oznajmił mu, że, jeśli nie otrzyma pięćdziesięciu dukatów’, szwagrom Lisetty go wyda. Albert obiecał, że życzenie wypełni i jął go pytać, jakim sposobem mógłby do swego domu się przebrać.
— Jeden tylko środek ratunku widzę — rzekł Wenecjanin — aliści nie wiem, czy się nań zgodzicie. Dzisiejszego dnia odbywa się w mieście wielka uroczystość. Wielu ludzi przywodzi z sobą na plac świętego Marka różne maszkary. Można obaczyć niedźwiedzie, dzikich mężów i stwory rozliczne. Potem odbywają się łowy; po ich ukończeniu ludzie i maszkary rozchodzą się po domach. Jeśli zgadzacie się zatem larwę na się nałożyć, po uroczystości odprowadzę was tam, gdzie chcecie. W przeciwnym razie nie wiem, jak 257 się stąd wydostaniecie, ponieważ szwagrowie Lisetty, podejrzewając, że gdzieś wpobliżu się ukrywacie, rozstawili czaty dokoła.
Chocia bratu Albertowi niebardzo po myśli było wyjście z domu w podobnej postaci, jednak ze strachu przed krewniakami damy na wszystko przystał i wskazał swemu wybawcy, dokąd ma go potem odprowadzić. Wenecjanin wymazał go wnet całego miodem, a potem pierzami go obsypał, włożył mu na szyję obrożę, do łańcucha przytwierdzoną, twarz larwą nakrył i, wraziwszy mu do jednej ręki potężną maczugę, drugą kazał prowadzić na smyczy dwa olbrzymie kundle rzeźnika. Będąc zajęty przedzierzganiem Alberta w leśnego męża, gospodarz z prawdziwie wenecką uczciwością posłał pewnego zaufanego człeka na most Rialto, aby tam całemu ludowi wiadomem uczynił, że, kto chce Archanioła Gabrjela obaczyć, będzie go mógł ujrzeć na placu świętego Marka.
Wkrótce potem Wenecjanin wyszedł z domu, prowadząc na łańcuchu brata Alberta. Wszyscy, co go ujrzeli, pytali się: „Co to takiego?1’ „Kto zacz?“ Gospodarz przywiódł Alberta na plac świętego Marka. Na placu zebrała się już nieprzeliczona ćma ludu, do której dołączyli się jeszcze ludzie % Rialto, już 0 historji anioła uwiadomieni. Wenecjanin przywiązał Alberta do słupa, stojącego na miejscu podwyższonem, udając, że czeka na rozpoczęcie łowów. Muchy i bąki rzuciły eię na Alberta i jęły go kąsać w nielitościwy sposób. Gdy już plac całkiem się zaludnił, Wenecjanin podszedł do Alberta, rzekomo w tym celu, aby go z łańcucha spuścić; miast tego jednak, zerwał mu larwę z twarzy 1 wielkim głosem zawołał; — Moi przyjaciele! Ponieważ dzik się nie zjawił, łowy odbyć się nie mogą. Chcąc wam jednak tę stratę i fatygę wynagrodzić, pokażę wam Archanioła Gabrjela, który nocą z nieba na ziemię schodzi, aby weneckie niewiasty pocieszać!
Wszyscy odrazu brata Alberta poznali. Zewsząd rozległy się groźne okrzyki. Tłum obsypał nieszczęśliwca obelgami, szyderstwami i błotem go obrzucił. Udręka mnicha, Bóg wie, jak długoby trwała, gdyby wieść o zdarzeniu do klasztoru nie doszła. Wysłano zaraz sześciu mnichów, którzy, przecisnąwszy się przez tłum, spuścili Alberta z łańcucha i narzucili nań habit. Później wśród krzyku i wrzasku przytomnych zawiedli go do klasztoru i do ciemnicy wtrącili. Po pewnym czasie brat Albert w tym lochu życia dokonał.
Tak tedy człek, który się za dobrego poczytywał, a źle czynił, zapragnąwszy wkońcu za Archanioła Gabrjela się wydać, w dzikiego męża przedzierzgnięty został. Poniósł zasłużoną karę i daremnie później swoje grzechy opłakiwał. Oby Bóg zdarzył, aby wszystkim, doń podobnym, równy los przypadł w udziale.
OPOWIEŚĆ III
Zazdrość rI rzej młodzieńcy, miłujący trzy siostry, uciekają pospołu z niemi na wyspę hretę. Najstarsza siostra dla nierozumnej zazdrości miłośnika swego zabija, druga, oddając swe wdzięki księciu Krety, od kary ją wybawia. Za to jej kochanek życia ją pozbawia. Najmłodszą parę o te zabójstwa obwiniają. Obawiając się śmierci, młodzi ludzie przekupują straż i salwują się ucieczką na wyspę Rodos, gdzie później w wielkim niedostatku umierają
Lilostrat, wysłuchawszy opowieści Pampinei, rzekł po chwili milczenia:
— W waszej opowieści przy końcu było wiele rzeczy, które mi do smaku przypadły, przedtem jednak zbytnio śmiać się było trzeba, a przecie ja nie tego chciałem.
Po tych słowach, zwracając się do Lauretty, rzekł:
— Pani, na ciebie teraz kolej przypada. Chciej nam coś lepszego opowiedzieć. — Zbyt niemiłosiernymi dla kochanków jesteście — odparła ze śmiechem Lauretta i wiecznie pragniecie, aby ich miłość nieszczęśliwie się kończyła. Jeśli zezwolicie, opowiem wam historję o trzech parach, które po krótkiej szczęśliwości wiele smutku i rozpaczy doznać musiały.
I tu, obracając się do swych towarzyszek, tak zaczęła:
— Moje miłe towarzyszki! Zapewne dobrze wiecie, że każda przywara, każda występna namiętność przynosi szkodę nietylko temu, co się jej wpły 259 wowi poddaje, ale i otaczającym. Osobliwie gniew, według mego mniemania, większą biedę z sobą sprowadza, niźli inne złe namiętności. Gniew jest bowiem gwałtownem wzburzeniem duszy, które nam możność rozsądnego myślenia odejmuje; oślepia on oczy nasze i całą naszą istotę niepohamowaną wściekłością napełnia. Namiętność ta, oczywiście, częściej w duszach mężczyzn się zapala, przytem u jednych z większą, u drugich z mniejszą wybucha siłą, jednak przyznać trzeba, że i kobiety od niej wolne nie są. Gniew ich gwałtowniej się rozpala i nieograniczoną władzę nad niemi bierze. Nie Iza się zresztą dziwić temu, zważywszy, że ogień łatwiej letkich i kruchych rzeczy się ima, niźli twardych’ i ciężkich przedmiotów, my zasię (niechaj mężczyźni mi tych słów za złe nie biorą) delikatniejsze i wrażliwsze od nich jesteśmy. Zauważę przytem, że nasza łagodność i dobroć jest źródłem rozkoszy’ i szczęścia dla bliskich nam mężczyzn, gdy tymczasem nasza gniewliwość wiele nieszczęść na nich sprowadza i w wielkie niebezpieczeństwa ich wtrąca. Dlatego też z wszystkich sił starać się win-nysmy o trzymanie naszego gniewu na wodzy. Teraz opowiem wam historję trzech młodzieńców i umiłowanych przez nich dziewcząt, którzy wskutek gniewki jednej z białogłów z ludzi wielce szczęśliwych w nieszczęśników się przemienili.
Jak wam dobrze wiadome jest, Marsylja, nad brzegiem morskim w Pro-wancji leżąca, jest miastem czcigodnem i dobrze starożytnem. Gród ów ongiś więcej, niż dzisiaj, w bogatych kupców obfitował. Pośród nich słynął z osobnych bogactw swoich Nemald Claudo, człek z niskiego rodu idący, aliści wielką rzetelnością się odznaczający i znaczne posiadający majętności. Żona obdarzyła go kilkorgiem dzieci; pośród nich były trzy dziewczęta, od chłopców starsze. Dwie dzieweczki, które bliźniaczkami były, liczyły po lat piętnaście, trzecia właśnie czternasty rok rozpoczęła. Nemald z towarami do Hiszpanji odjechał. Krewniacy czekali tylko na jego powrót, aby dzieweczki zamąż wydać. Jedna z córek kupca zwała się Ninettą, druga Magdaleną, a trzecia Bertellą. Do Ninetty pewien młody i ubogi szlachcic najtkliwszy afekt żywił. Ninetta odpłacała Resta-gnone (tak się zwał ów szlachcic) wzajemnością. Oboje poczynali sobie tak ostrożnie, że w tajności przed całym światem mogli swoją miłością się cieszyć. Ten tajemny ich stosunek trwał już dość długo, gdy nagle zdarzyło się, że dwóch młodzieńców, dziedziców dość znacznej fortuny, w Magdalenie i Bertelli się zakochało. Jeden z nich zwał się Folco, drugi Ughetto. Gdy Ninetta o tem Restagnone opowiedziała, ów postanowił z ich pomocą z niedostatku swego się wydobyć. W tym celu zbliżył się z nimi i to jednemu, to drugiemu ułatwiał 260 spotkanie z ukochanemi. Nieraz także jednocześnie im pomagał, nie zaniedbując wszelako swojej wybranej, z którą często się widywał. Wreszcie Restagnone, przekonany, że pozyskał już całkiem ich przychylność, zaprosił ich pewnego dnia do swego domu i rzekł do nich:
— Wszystko, co uczyniłem dla was, mili przyjaciele, okazuje wam dowodnie, jaką przyjaźń dla was żywię. Wiedzcie, że gotów byłbym uczynić dla was nawet to, czego dla siebie samego uczynićbym nie zdołał. Powiem wam teraz, jaka myśl mi do głowy przyszła, wy zasię sami osądźcie, co czynić należy.
Jeśli słowa i postępki wasze nie kłamią, to przyznać trzeba, że równie gorąco miłujecie Magdalenę i Bertellę, jak ja ich starszą siostrę. Chcę wam podsunąć pewien środek, dzięki któremu afekty nasze do lubego wkrótce kresu przywiedzione zostaną. Wy jesteście ludźmi bogatymi, ja zasię nic nie posiadam. Jeśli, zebrawszy do kupy wszystkie swoje bogactwa, rozdzielicie pieniądze na trzy części i mnie jedną z nich oddacie, to pozostanie wam tylko wybrać stosowne miejsce, gdziebyśmy pospołu z swemi kochankami szczęśliwie żyć mogli. Zdaje mi się, że bez zbytnich trudów siostry ku temu skłonię, aby, zabrawszy część majętności swego ojca, w nasze ślady poszły. Poczniemy żyć, jak trzej bracia, każdy z swoją umiłowaną, i staniemy się najszczęśliwszymi na świecie ludźmi. Odpowiedzcie mi teraz, czy mam ten zamysł porzucić, czy też do jego wykonania przystąpić?
Dwaj młodzieńcy, najgorętszą miłością płonący, usłyszawszy, że będą mogli posiąść kochanki swoje, nie namyślali się długo i odparli, że zamysł Restagnone wielce im się podoba. Otrzymawszy zgodę Folca i Uglietta, Restagnone po kilku dniach zdołał zejść się tajemnie z Ninettą, co mu zawsze bez wielkich trudności udawało się osiągnąć, i opowiedział jej wszystko, co pospołu z dwoma młodzieńcami uczynić zamyślił. Przekonać ją trudno nie było, bowiem Ninetta niczego tak nie pragnęła, jak żyć z Restagnone w bezpieczności, nie lękając się o miłość swoją. Odparła zatem, że jego zamysł jest doskonały i że siostry ochotnie za jej przykładem pójdą, uciekając z rodzicielskiego domu. WTkońcu dzieweczka jęła go naglić, aby jak najprędzej wszystko do ucieczki przysposobił. Restagnone powrócił do Folca i Ughetta, którzy z niecierpliwością na odpowiedź swych kochanek czekali, i oznajmił im, że siostry zgodę swą wyraziły. Młodzieńcy postanowili osiedlić się na Krecie. Folco i Ughetto sprzedali swoje majętności pod pokrywką, iż wyjeżdżają w dalekie strony, i obróciwszy wszystko, co posiadali, na pieniądze, nabyli letką fregatę, uzbroili ją, opatrzyli w rzeczy niezbędne i jęli czekać chwili sposobnej. Ninetta, znająca dobrze tajne pra 261 gnienia swych sióstr, tyle pięknych słówek o przyszłości im naopowiadała, że nie mogły się doczekać dnia odjazdu. Gdy nadeszła noc, w ciągu której na pokład fregaty wstąpić miały, trzy siostry otwarły szkatułę swego rodzica i wzięły z niej wielka ilość klejnotów7 i monet złotych. Później z największą ostrożnością wyszły z domu i udały się w to miejsce, gdzie Restagnone, Folco i Ughetto na nie czekali. Młodzieńcy i dziewczęta weszli na pokład; zapuszczono wiosła w wodę i fregata odbiła od brzegu. Nie zatrzymując się nigdzie w drodze, następnego wieczora przybyli do Genui, gdzie po raz pierwszy uniesieniom miłości się oddali. Opatrzywszy się we wszystko, co im potrzebne być mogło, popłynęli dalej, zawijając do różnych portów, aż wreszcie ósmego dnia bez żadnych przypadków do Krety dotarli. Restagnone, Folco i Ughetto zakupili piękne dobra i niedaleko od Kandji piękne pałace zbudowali. Poczem wśród rozkoszy i dostatków żyć poczęli. Mieli liczną służbę, psy, sokoły i konie.
Jednakoż ludziom, żyjącym pośród rozkoszy i nijakich przeciwieństw nie mających, wkrótce mierznie nawet to, co im najmilsze było. Tak zdarzyło się i z Restagnone, który niedawno jeszcze Ninettę najczulej miłował. Od chwili, gdy już bez przeszkód mógł się jej miłością cieszyć i ją posiadać, jego afekt chłodnąć począł. Pewnego dnia na uczcie spotkał młodą i urodziwą szlachciankę, w której wielce sobie upodobał. Restagnone nie szczędził zachodów, aby jej wzajemność zdobyć i na jej cześć wspaniałe uczty wyprawiał. Ninetta, spostrzegłszy to, taką zazdrością zapłonęła, że od tej chwili Restagnone jednego kroku uczynić nie mógł, aby go okrutne wyrzuty’ nie spotykały. Jak przesyt nudę i wstręt za soba wlecze, tak też znów trudności żądzę podsycają. Dlatego też wyrzuty Ninetty jeno pragnienie Restagnone powiększały. Nie wiedzieć, czy młodzieniec pozyskał względy ukochanej damy, dość na tem, że Ninetta wszystko, co jej doniesiono, za prawdę rzetelną przyjęła i o zdradzie męża już przekonana była. Z powodu wiarołomstwa Restagnone w głęboką rozpacz popadła, która później przemieniła się w szalony gniew i w nienawiść do męża. Tą nienawiścią zaślepiona, postanowiła swego niewiernego męża śmiercią ukarać, i w ten sposób zmyć hańbę, którą jej wyrządził.
Na wyspie mieszkała pewna starucha, Greczynka, biegła w przyrządzaniu zabójczych jadów. Ninetta prośbami i podarkami skłoniła ja do przygotowania śmiertelnego napoju. Otrzymawszy truciznę, młoda białogłowa wlała ją do pu-haru z winem. Pewnego dnia, gdy Restagnone wielce utrudzony i zgrzany do domu powrócił, podała mu jad do wypicia. Pragnienie tak go nękało, że, nie mieszkając, puhar do ust podniósł. Silna trucizna zaraz swój skutek wzięła, tak, 262 iż mąż Ninetty jeszcez tegoż dniu umarł. Folco i Ughetto pospołu ze swemi kochankami nawet nie domyślali eię, jaka była przyczyna śmierci Restagnone, i razem z Ninettą śmierć jego opłakiwali. Ciało młodzieńca z wielką czcią do grobu złożone zostało. Jednakoż po pewnym czasie zdarzyło się, że starucha-trucicielka, na nowej niecnocie pochwycona, do ciemnicy wtrącona została. Na pytki wzięta, do wielu zbrodni się przyznała, a takoż rzekła, że jad dla Ninetty przygotowała. Książę Krety, nic nie rozgłaszając, pewnej nocy pocichu Ninettę pochwycić kazał. Białogłowa, nie czekając, aż ją na tortury wezmą, opowiedziała wszystko, co śmierci Restagnone się tyczyło. Wówczas książę uwiadomił Folca i Ughetta o przyczynie uwięzienia Ninetty, młodzieńcy zasię opowiedzieli o tem Magdalenie i Bertelli. Siostry winowajczyni w niezmierną rozpacz popadły i ze wszystkich sił swoich starać się poczęły o ocalenie nieszczęśliwej, która na stosie spalona być miała. Wszystkie ich wysiłki i prośby na niczem spełzły, bowiem książę twardo postanowił sprawiedliwego i surowego sądu nad zbrodniarką dopełnić. Wreszcie urodziwa i młoda Magdalena, do której książę już oddawna daremnie się zalecał, postanowiła woli jego być powolną i w ten sposób Ninettę ocalić. Wybrawszy zatem stosownego wysłańca, zawiadomiła przezeń księcia, że gotowa jest być posłuszną jego chęciom, pod dwoma wszakże warunkami: a mianowicie, że książę uwolni Ninettę i że wszystko, co między nimi zajdzie, w głębokiej tajności zachowa. Książę z wielkiem ukontentowaniem wysłuchał poselstwa, długo się jednak wahał, jak mu postąpić wypada. Wkońcu jednak żądza w nim rozum przemogła, tak iż kazał Magdalenę uwiadomić, że jej kondycje przyjmuje. Porozumiawszy eię z nią uprzednio, wydał rozkaz uwięzienia Folca i Ughetta pod pokrywką, że chce ich przesłuchać, sam zasię tajnie do domu Magdaleny przybył. Ninettę już przedtem w worek zaszyto, aby wrzekomo do morza ją wrzucić. Miast tego jednak, książę przywiódł Ninettę do Magdaleny, jako zapłatę za jej łaskawość. Żegnając się o świcie z Magdaleną, książę błagał ją na wszystko, aby tej pierwszej nocy miłości za ostatnią uważać nie chciała. Krom tego, polecił jej jeszcze, aby Ninettę dobrze ukryła, a później z wyspy ją odprawiła, w przeciwnym razie bowiem mieszkańcy Krety po-burzyćby się mogli, zmuszając go do nowej surowości względem winowajczyni. Następnego dnia Folco i Ughetto swobodę odzyskali. Dowiedziawszy się, że Ninettę do morza wrzucono, pospieszyli do domu, aby swoje kochanki pocieszyć. Magdalena starała się ukryć Ninettę, jednakoż Folco ku wielkiemu swemu zadziwieniu odkrył, że w jego domu siostra jego kochanki przebywa. W duszy jego obudziło się podejrzenie, zwłaszcza, że już przedtem był słyszał o miłości 263 księcia do Magdaleny; dlatego też spytał ją, jakim sposobem Ninetta od śmierci ocalić się zdołała. Magdalena kunsztowną bajkę ułożyła, aliści Folco kochance swojej nie uwierzył, jeno zasypał ją mnóstwem natrętnych pytań, domagając się, aby mu całą prawdę wyznała. Białogłowa po długich wykrętach wszystko mu wreszcie opowiedziała. Wówczas Folco, gniewem i boleścią przenikniony, dobył szpady i, nie dając do się przystępu błaganiom i zaklęciom Magdaleny, życia ją pozbawił. Potem, zdjęty trwogą na myśl o zemście księcia, ostawił zwłoki na miejscu i udał się do komnaty, w której Ninetta się ukrywała.
— Jeśli zechcesz — rzekł do niej — odwiozę cię tam, gdzie zgodnie z życzeniem siostry twojej się osiedlisz, aby nie dostać się znowu w ręce księcia.
Ninetta uwierzyła słowom Folca. Obawiając się księcia, pożegnała się pospiesznie z Bertellą i tejże nocy jeszcze pospołu z Folco Kretę opuściła. Młodzieniec w pośpiechu tylko niewielką sumę pieniędzy z sobą zabrać zdołał. W porcie wsiedli na pokład fregaty i od brzegu odbili. 0 dalszych ich losach wieści zaginęły.
Nazajutrz zwłoki Magdaleny znaleziono. Ludzie, Ughettowi zawistni i nienawidzący go, o wszystkiem księciu donieśli. Książę, który gorąco Magdalenę miłował, zaraz do domu Ughetta przybył i kazał go pochwycić pospołu z Bertellą, nim jeszcze kochankowie o śmierci Magdaleny i ucieczce Folca i Ninetty dowiedzieć się zdołali. Przymuszono ich do wyznania, że pospołu z Folco Magdalenę zabili. Wiedząc, że to wyznanie niechybną śmierć na nich sprowadzić musi, nieszczęśnicy przekupili straże częścią pieniędzy, którą w domu chowali, i ucieczką się salwowali. Ughetto i Bertella na wyspę Rodos odpłynęli. Wkrótce potem w niedostatku i w strapieniu zeszli z tego świata. Oto w jakie obieże Restagnone i Ninetta samych siebie i drugich wtrącili dzięki nierozumnej namiętności pierwszego i gniewowi drugiej.
OPOWIEŚĆ IV
Narzeczona króla Grenady, czyli nieszczęśni miłośnicy
Gdy Lauretta umilkła, całe towarzystwo dało wyraz współczuciu dla nieszczęśliwych kochanków. Niektórzy srogo Ninettę za jej zapamiętałą zazdrość ganili, inni znów różne uwagi czynili. Wreszcie król, jakgdyby z głębokiej zadumy zbudzony, podniósł głowę i na Elizę skinął. Ta skromnie w te słowa zaczęła:
— Drogie towarzyszki! Wielu utrzymuje, że miłość tylko przez oczy do serca się dostaje. Ci, co tak mniemają, śmieją się z tych, którzy wierzą, że zakochać się można także i ze słuchu. Z noweli mojej dowodnie się przekonacie, że mniemanie pierwszych jest omylne. Obaczycie zaraz, że pewien młodzian i dziewczyna nietylko ze słuchu się w sobie wzajemnie rozmiłowali, lecz i że z powodu swego afektu nieszczęśliwie pomarli.
Wilhelm drugi, król Sycylji, miał dwoje dzieci: syna, Ruggieri, i córkę, Konstancję. Ruggieri, jeszcze przed swym ojcem do grobu zstąpiwszy, pozostawił syna, imieniem Gerbino. Dziad nie szczędził trudów, aby dziecię przykładnie wychować. Gerbino wyrósł na urodziwego młodzieńca, odznaczającego się wieloma przymiotami. Sława jego rozeszła się nietylko po Sycylji, ale i po innych krajach. Przedewszystkiem jednak zasłynął on w Berberji, prowincji, która podówczas królowi sycylijskiemu zhołdowana była. Córka króla Tunisu zasłyszała takoż o męstwie, dzielności i urodzie Gerbina. Wedle zdania wszystkich, którzy ją znali, była to najpiękniejsza dzieweczka, jaką kiedykolwiek natura stworzyła. Krom tego, młódka odznaczała się wieloma zaletami i szlachetnością 265 duszy. Lubiła ona słuchać opowieści o czynach dzielnych ludzi, dlatego też to ten, to ów o bohaterstwie Gerbina jej opowiadał. Wieści o młodym rycerzu w taki zachwyt księżniczkę wprawiły, iż do uroczego jego obrazu, który w duszy sobie utworzyła, niewymowną zapłonęła miłością. O Gerbinie jeno mówiła i tylko o nim słuchać chciała. Tymczasem na Sycylję przeniknęły słuchy o niezwykłej piękności i wielkich zaletach księżniczki. Gerbino nieraz słuchał opowieści o niej, aż wreszcie zapłonął do księżniczki afektem równym temu, jaki una dlań żywiła. Pełen pragnienia obaczenia jej na własne oczy, szukał stosownego pozoru, aby poprosić dziada o pozwolenie udania się do Tunisu. Czekając na chwilę sposobną, prosił każdego z swoich przyjaciół, dążących w tamte strony, aby w jakiś chytry sposób do księżniczki się zbliżył, uwiadomił ją o jego tajemnej miłości i respons jej mu przywiózł. Jeden z przyjaciół Gerbina bardzo zręcznie poselstwo jego sprawił. W przebraniu kupca, sprzedającego różne ozdoby niewieście i klejnoty, dostał się do zamku. Upatrzywszy stosowną chwilę, oznajmił księżniczce, że Gerbino gorąco ją miłuje i że wraz ze wszystkiem, co posiada, jej własność stanowi. Księżniczka z wielką łaskawością przyjęła wysłannika, którego słowa wielką jej radość sprawiły. Później poprosiła rzekomego kupca, aby odpowiedział księciu, że równą miłością do niego pała, i aby na dowód jej afektów wręczył mu pewien kosztowny podarunek. Gerbino z uniesieniem przyjął dar księżniczki. Dzięki pośrednictwu tego samego przyjaciela jeszcze nieraz umiłowanej dzieweczce wspaniałe dary i listy mógł posyłać. Młodzi kochankowie obiecywali sobie w listach, że przy pierwszej sposobności ujrzą się, jeśli tylko los ich zamysłom sprzyjać będzie. Jednakoż do chwili tego spotkania upłynęło więcej czasu, niżby się byli spodziewali. Cesarz Tunisu przyrzekł rękę swej córki królowi Grenady. Księżniczka w straszną rozpacz popadła, wiedziała bowiem, że, stawszy się żoną innego, nietylko się od swego umiłowanego oddali, ale że i całkiem go utraci. Gdyby miała możliwość, nie mieszkając, uciekłaby od swego ojca do Gerbina. Gerbino, złowrogą wieść usłyszawszy, także w niewymowny smutek się pogrążył i postanowił siłą księżniczkę pochwycić, gdy ona morzem do Grenady płynąć będzie. Do cesarza Tunisu doszły tymczasem słuchy o miłości Gerbina do jego córki. Znając zuchwalstwo i odwagę młodzieńca, gdy nadszedł czas odesłania córki, zawiadomił króla Sycylji o odbyć się mającym ślubie i prosił go, aby mu dał słowo, że ani Gerbino, ani nikt z jego poddanych księżniczce w czasie jej podróży do Grenady wstrętów czynić nie będzie. Sędziwy król Wilhelm nie był świadom afektu, 266 jaki do księżniczki wnuk jego żywił. Daleki od myśli, że cesarz podobnej obietnicy się domaga dla obawy przed Gerbinem, natychmiast do prośby władyki się przychylił i na znak żądanego zapewnienia posłał cesarzowi Tunisu swoją rękawicę. Otrzymawszy tę oznakę przyjaźni Wilhelma, cesarz Tunisu w porcie kar-tngińskim wspaniały okręt narządzić kazał, a potem opatrzył go we wszystkie rzeczy, do podróży potrzebne. Gdy korab już był gotów, tylko na wiatr pomyślny jeszcze oczekiwano. Młoda księżniczka, która wszystkie te przygotowania widziała, wysłała tajnie do Palermo jednego ze sług swoich, przykazawszy mu pokłonić się Gerbino i powiedzieć mu, że za kilka dni do Grenady wyrusza. Teraz więc nadchodzi stosowna pora, aby Gerbino pokazał, czy istotnie jest tak dzielny, jak o tem powiadają, i czy w samej rzeczy tak ją miłuje, jak nieraz o tem zapewniał. Sługa wywiązał się znakomicie ze swego polecenia i do Tunisu powrócił. Gerbino, otrzymawszy powyższą wiadomość, nie wiedział, co mu uczynić należy, słyszał już był bowiem o obietnicy, danej cesarzowi Tunisu przez króla Wilhelma. Jednakoż słowa umiłowanej księżniczki i siła miłości 0 wszystkiem zapomnieć mu kazały. Nie chcąc za tchórza uchodzić, udał się do Messyny i kazał tam co rychlej dwie letkie galery uzbroić. Osadziwszy na nich dzielną załogę, jął krążyć koło brzegów Sardynji, czekając na okręt księżniczki. ^ krotce korab ukazał się jego oczom. Pomyślnym wiatrem gnany, zbliżył się do miejsca, gdzie nań Gerbino czatował. Ów, dostrzegłszy okręt, rzekł do swych towarzyszów w te słowa:
— Jeśli tak dzielnymi ludźmi jesteście, za jakich was poczytuję, to ani chybi nie znajdzie się między wami nikt, ktoby potęgi miłości nie był świadom, bowiem, wedle mego zdania, żaden śmiertelnik bez pomocy miłości niczego wielkiego dokonać nie może. Jeśli zaś sami miłujecie, lub miłowaliście — bez trudności mnie pojmiecie. Miłuję i miłość na to śmiałe przedsięwzięcie ważyć mi się każe. Umiłowana moja znajduje się na okręcie, pełnym niezliczonych bogactw. Jeśli na męstwie wam nie zbywa, napadniemy nań śmiało i wkrótce nim owładniemy. Nie trza mi żadnego łupu, krom dzieweczki, dla której za broń chwycić musiałem. Wszystko inne dla wa9 przeznaczam. Uderzajmy zatem śmiało! Sam Bóg widocznie zamiarom naszym sprzyja, bo oto wiatr dąć przestał, i okręt uciec od nas nie może. — Słowa Gerbina zbytecznemi były, bowiem Messyńczycy, gorząc pragnieniem zdobyczy, do walki gotowi byli. Gdy książę umilkł, wraz na jego galerach rozległy się gromkie, wojenne okrzyki, a potem 1 trąby zagrzmiały. Załoga porwała się do broni i zwróciła galery w kierunku 267 okrętu. Ludzie, księżniczce towarzyszący, widząc nadpływające galery, jęli przygotowywać się do obrony, ponieważ o ucieczce i tak mowy być nie mogło. Zbliżywszy się do okrętu, Gerbino gromkim głosem zawołał, aby dowódcy wrażej załogi przeszli na pokład galery, jeśli bitwy chcą uniknąć. Saracenowie wiedzieli już, czego Gerbino żąda, dlatego też odparli, że napaść na okręt będzie złamaniem słowa, danego im przez króla Wilhelma. Na dowód pokazali Gerbinowi rękawicę. Wkońcu dowódcy saraceńskiego korabia oznajmili, że z swej nieprzymuszonej woli na pokład galery nie zstąpią, a takoż, że nikogo nie wydadzą. Tymczasem Gerbino spostrzegł księżniczkę na dziobie statku. Znalazł ją tysiąc razy piękniejszą od tej, jaką sobie w wyobraźni swej malował. Widok jej wzmógł jeszcze namiętność w Gerbinie. Ukazawszy rękawicę, rzekł, że niemasz tu żadnych sokołów, więc i rękawic nie potrzeba, i że, jeśli Saracenowie księżniczki oddać nie chcą, niechaj do boju się gotują. Wkrótce z korabia i z galer posypały się kamienie i strzały. Bój trwał długo, wyrządzając wielkie straty przeciwnikom. Gerbino, przekonawszy się, że, walcząc w ten sposób, zamierzonego celu nie osiągnie, innego środka się chwycił, a mianowicie kazał zażec szalupę, zabraną przez jego towarzyszów z Sycylji. Gdy łódź w ogniu stanęła, galery zagnały ją pod nieprzyjacielski okręt. W tej chwili Saracenowie pojęli, że nic im już nie pozostaje, tylko poddać się albo umrzeć. Wyprowadzili więc z kajuty na pokład płaczącą księżniczkę, zawołali na Gerbina i w jego oczach zabili nieszczęsną młódkę, błagającą ich o zmiłowanie. Potem rzucili trupa do morza z okrzykiem:
— Bierz ją taką, na jaką zasługujesz, słowo swoje uczciwie zdzierżywszy.
Na widok tego okrucieństwa Gerbino także umrzeć zapragnął. Nie dbając na pociski i strzały, podpłynął pod nieprzyjacielski okręt i rzucił się w tłum Saracenów. Podobien był do rozjuszonego lwa, który, wpadłszy w środek bezbronnego stada, pazurami i zębami zabija wszystko, co na drodze napotka, raczej aby swoją wściekłość zaspokoić, niż głód nasycić. Siekąc mieczem na wszystkie strony, Gerbino mnóstwo nieprzyjaciół trupem położył. Tymczasem ogień coraz bardziej okręt obejmował. Nieszczęsny młodzian pozwolił swojej załodze zabrać łupy z nieprzyjacielskiego sudna, sam zasię na galerę powrócił. Zwycięstwo nie radowało go wcale. Kazał wydobyć z morza ciało księżniczki i długo gorzkiemi łzami nad niem płakał. Po powrocie na Sycylję Gerbino z wielką czcią złożył do grobu zwłoki umiłowanej dzieweczki na małej wyspie Ustica, naprzeciw Trapani leżącej. Potem, w niewysłowionej 268 rozpaczy pogrążon, do domu swego się udał. Cesarz Tunisu, o smutnem zdarzeniu uznawszy, wyprawił do króla Wilhelma posłów, w czarne szaty odzianych. Wysłańcy, opowiedziawszy o całem zdarzeniu, jęli go za złamanie słowa naganiać. Wilhelm popadł w gniew straszliwy. Gdy tuniscy posłowie zażądali sądu, Wilhelm Gerbina uwięzić przykazał. Chocia wszyscy wielmoże i dostojnicy prosili króla, aby księciu przebaczył, Wilhelm kazał ściąć głowę młodzieńcowi. Wolał jedynego wnuka utracić, niźli, jako wiarołomny władca, zasłynąć. Oto jak para nieszczęsnych kochanków, nie zakosztowawszy nawet owoców miłości, nędzną i gwałtowną śmiercią zeszła z tego świata.
OPOWIEŚĆ
V lsabetta z Messyny
Bracia Isabetty zabijają jej kochanka. Umarły ukazuje się jej we śnie i mówi, gdzie pogrzebiony został. lsabetta odcina trupowi głowę i wkłada ją do wazy. w której krzew kwietny zasadza. Każdego dnia płacze nad kwiatem nieutulo-nenii łzami. Bracia Isabetty odbierają jej krzetc, a wówczas nieszczęśliwa kochanka umiera
Obdarzywszy nowelę Elizy niejaką pochwałą, król Filomenie opowiadać przykazał. Ta, głębokiem współczuciem dla nieszczęsnego Gerhina i jego umiłowanej dzieweczki przenikniona, z głębokiem westchnieniem rzekła:
— Miłe towarzyszki! Nie będę mówiła o tak znacznych i dostojnych osobach, jak bohaterowie Elizy. Mimo to jednak opowieść moja niemniej wzruszająca będzie. Przypomniałam ją sobie, gdy rzecz szła o Messynie, gdzie zdarzyło się to, o czem opowiedzieć zamierzam.
W Messynie tedy żyli trzej bracia. Po śmierci swego ojca, który z San-Gemignano pochodził i był bogatym kupcem, wielkie dziedzictwo otrzymali. Młodzieńcy mieli jedną siostrę, Isabettę. Mimo że staranne wychowanie otrzymała i niezwykłą urodą celowała, bracia zamąż jej nie wydawali. W jednym z kantorów, do młodych kupców należących, służył Pizańczyk, imieniem Lorenzo, który z wielką zręcznością sprawy kupieckie prowadził. Lorenzo był urodziwym i szlachetnym młodzieńcem. lsabetta, często go widująca, gwałtowną doń zapłonęła miłością. Lorenzo, spostrzegłszy to, odszedł od tych białogłów, do których przedtem upodobanie żywił, i całą duszą swoją młodej 271 dzieweczce się oddał. Miłując się wzajemnie gorąco, wkrótce zbliżyli się do siebie i uniesieniom miłości folgować jęli. Niestety, pośród swej szczęśliwości nie umieli ostrożności zachować. Pewnej nocy, gdy lsabetta do komnaty swego kochanka się zakradała, spostrzegł ją jej starszy brat. Aczkolwiek osłupiał na ten widok, przecie, jako młodzieniec roztropny wielce, nie rzekł ani słowa i z miejsca swego się nie ruszył. Gdy dzień nastał, przywołał swoich braci i opowiedział im o wszystkiem, co tej nocy widział. Młodzieńcy, nie chcąc dobrej sławy swej siostry na szwank przywodzić, postanowili milczeć i udawali do czasu, że o niczem nie wiedzą. Bracia mniemali, że, w ten sposób postępując, doczekają się wreszcie sposobnego momentu, w którym, niepotrzebnego rozgwaru nie czyniąc i osławy sobie nie przyczyniając, sromotnym związkom swej siostry położą tamę, nim jeszcze one groźne skutki za sobą pociągną. Wierni temu postanowieniu, gawędzili i żartowali z Lorenzem, jak to uprzednio w obyczaju czynić mieli. Pewnego dnia kupcy pod pokrywką przechadzki wyprowadzili młodzieńca za miasto i zawiedli go w miejsce odosobnione. Lorenzo, nic nie podejrzewając, nie obawiał się swoich towarzyszy. Kupcy zamordowali go, nim się spostrzegł, co mu grozi, i w tajemnicy pogrzebali jego ciało. Powróciwszy zasię do Messyny, rozgłosili, że Lorenzo wysłany został przez nich w świat dla załatwienia różnych pilnych spraw. Nikogo to nie zdziwiło, wiadomo było bowiem wszystkim, że Lorenzo nieraz podobne poruczenia otrzymywał. Długa nieobecność kochanka zaniepokoiła wreszcie Isabettę, tak iż natarczywie swych braci dopytywać się jęła, kiedy Lorenzo do Messyny powróci. Wreszcie jeden z braci rzekł:
— Co to ma znaczyć? Dlaczego tak często o Lorenza się pytasz? Jeśli raz jeszcze podobne pytanie zadasz, odpowiemy ci tak, jak na to zasługujesz.
Młoda dzieweczka, strapiona nad miarę, już się o nic pytać nie śmiała, jeno w czasie bezsennych nocy nieraz Lorenza przywoływała, błagając go, aby, nie mieszkając, przybywał. Pewnego razu, gdy, znużona, wśród łez zasnęła, stanął przed nią Lorenzo, śmiertelnie na obliczu blady, w porwanych i okrwawionych szatach. Zdawało jej się, że kochanek tak do niej przemawia:
— Ach, Isabetto, przywołujesz mnie nieustannie, trapiąc się długą nieobecnością moją i łzami swemi za nią mnie winiąc! Wiedz, że powrócić nie mogę, bowiem tego dnia, gdyśmy się po raz ostatni widzieli, bracia twoi mnie zamordowali.
Poczem, objaśniwszy, w jakim miejscu ciało jego spoczywa, poprosił ją, 272 aby już dłużej na niego nie czekała, i zniknął. lsabetta ocknęła się i gorzkiemi łzami się zalała, albowiem uwierzyła w swe senne przewidzenie. Nazajutrz rano, nie rzekłszy ni słowa braciom, postanowiła na wskazane miejsce się udać dla przekonania się, czy to, co we śnie widziała, prawdą było. Uzyskawszy tedy od braci pozwolenie na odbycie przechadzki za miasto, wybrała się w drogę w towarzystwie pewnej dziewczyny, która, służąc oddawna w ich domu, wszystkie jej tajemnice znała. Stanąwszy u celu, usunęła suche opadłe liście i jęła kopać tam, gdzie ziemia mniej twardą jej się być wydawała. Wkrótce odkryła nietknięte jeszcze zepsuciem ciało swego kochanka. Wówczas poznała dowodnie prawdziwość snu swego. Straszna rozpacz Isabettą owładła, aliści nie chciała ona teraz dać folgi łzom swoim. Chętnie byłaby całe ciało z sobą zabrała, aby je godnie pogrzebać, ale, ponieważ niemożliwą rzeczą to się okazało, więc poprzestała tylko na odcięciu głowy od tułowia. Potem głowę, w chustkę zawiniętą, oddała swej towarzyszce i, resztę szczątków na nowo ziemią pokrywszy, przez nikogo niespostrzeżona, do domu powróciła. Izabetta zaniosła głowę kochanka do swojej komnaty, zaparła drzwi i tyle łez wylała, że zmoczyła niemi włosy i martwe lico. Potem, obsypawszy głowę mnóstwem pocałunków, wzięła piękną wazę, z rodzaju tych, w których zwykle majeranek lub wasilki hodują, włożyła w nią głowę Lorenza, w najprzedniejsze płótno zawiniętą, przesypała ją ziemią i zasadziła nad nią krzew salemeńskiego wa-silka. Podlewała zaś tę roślinę wodą pomarańczową, wodą różaną lub własne-mi łzami. Siadywała przytem obok wazy, zawierającej cząstkę jej ukochanego, i, pełna niezmiernego smutku, nie spuszczała z niej oczu. Po kilku godzinach takiego wpatrywania się, pochylała się nad krzewem i długo, długo płakała, tak iż cała roślina łzami jej się zraszała. Dzięki troskliwej pieczy a także i przez żyzność ziemi roślina owa nietylko wyrosła niepomiernie, ale i nieporównaną woń rozsiewała.
Zachody te i pielęgnowanie kwiatu obaczyli niebawem sąsiedzi i donieśli o tem braciom Isabetty, którzy już spostrzegli, że jej uroda marnieje, a oczy gasną. Bracia Isabetty przekonali się wkrótce, że sąsiedzi prawdę mówili, i jęli strofować siostrę za jej postępowanie. Gdy słowa skutku nie odniosły, potajemnie wazę jej odebrali. lsabetta, nie znalazłszy jej na właściwem miejscu, długo i uparcie o nią się dopominała. Gdy zaś prośby jej i nalegania bez skutku pozostawały, wśród skarg i jęków w ciężką niemoc popadła, nawet w ciągu choroby nie przestając domagać się zwrotu rośliny. Młodzieńcy, prośbami temi zadziwieni, wpadli na myśl, aby przekonać się, co w tem naczyniu za 273 wierać się może. Wysypawszy ziemię, znaleźli chustkę, a w niej głowę, nie całkiem jeszcze zepsuciem strawioną, tak iż po kędzierzawych włosach rozpoznać można było, że kiedyś do Lorenza należała. Srodze zatrwożeni, że zbrodnia ich najaw wyjść może, wzięli z sobą wszystko, co posiadali, i do Neapolu się przenieśli.
Dzieweczka zasię ciągle po dawnemu płakała i o swoją wazę się dopominała, aż wreszcie wśród łez i jęków umarła. Tak skończyła się jej miłość nieszczęsna. Zczasem zdarzenie to powszechnie wiadome się stało. Ułożono nawet pieśń o niem, którą do tych pór jeszcze się śpiewa:
„Jakiż to chrześcijanin srogi Porwał mi ulubioną wazę“.
OPOWIEŚĆ VI
Dwa sny
Andreola miłuje Gabriotta. Pewnego dnia opowiada mu, jaki sen nocą miała. Zkołei Gabriotto sen swój jej powtarza, a potem nagle umiera w objęciach kochanki swojej. Andreola pospołu z swoją służką chce zanieść ciało Gabriotta na próg jego domu, aliści zatrzymują ją strażnicy podesty. Andreola opowiada szczerze o wszystkiem. Podesta chce gwałt jej zadać; Andreola broni się ze wszystkich sił swoich. Rodzic jej, widząc, że winna nie jest, oswobadza ją, wówczas Andreola porzuca świat i do klasztoru wstępuje
Nowela Filomeny wielce damom do smaku przypadła. Nieraz słyszały oną piosenkę, o której Filomena wspominała, aliści nie wiedziały, do jakiego zdarzenia ona się odnosi. Król dał zaraz znak Pamfilowi; wówczas ten zaczął w te słowa:
— Wspomniany w poprzedniej opowieści sen przypomina mi historję, w której rzecz idzie o dwóch sennych zjawach. W noweli Filomeny sen odkrył tajnię tego, co już się stało, w tej historji zasię, którą wam teraz chcę opowiedzieć, sny przyszłość przepowiedziały, a przepowiednie te spełniły się, zaledwie ludzie, o nich mówiący, zamilknąć zdołali. Wiadomo wam niewątpliwie, piękne damy, że gdy człowiek śpi, zjawa senna rzeczywistością mu się wydawa. Po ocknięciu się uznaje jednak, że niektóre tylko z tych rzeczy były prawdą, drugie zasię niejakie prawdopodobieństwo w sobie miały, co się zaś trzecich tyczy, to za całkiem fałszywe je poczytuje. Tymczasem wiele ze snów później się 275 sprawdza; istnieje też mnóstwo ludzi, którzy wierzą w każdy sen niemniej, jak w to, co widzą na jawie. Tacy ludzie pod wpływem zjaw sennych radują się lub trapią, zależnie od tego, czy sen nadzieją, czy też trwogą ich napawa. Są zasię i tacy, co zgoła nijakiej uwagi na sny nie zwracają aż do czasu, gdy ich spotka nieszczęście, którego wróżba w widzeniu sennem się zawierała. Ani jednych ani drugich chwalić nie zamierzam, jeżeli bowiem niewszystkie sny są prawdziwe, to także rzec nie Iza, aby wszystkie fałszywemi były. Że niewszystkie sny się sprawdzają, każdy z własnej eksperjencji przekonać się może. Z noweli Filomeny poznaliśmy zasię, że niektóre ziszczać się mogą, co teraz w mojej opowieści potwierdzić pragnę. Jeśli człek uczciwy żywot wiedzie, żaden sen od dobrych przedsięwzięć go nie odstrychnie ani trwogą go nie napełni. Równie, gdy sen triumf złego przedstawia, wierzyć mu nie należy. Przystąpmy jednak do naszej powieści. W mieście Brescii żył ongiś pewien szlachcic, Negro da Ponte Carraro zwany, który, prócz innych dzieci, posiadał córkę Andreolę, młodą, urodziwą i do zamęścia już zdolną dzieweczkę. Młódka ta zakochała się w jednym z sąsiadów, nazwiskiem Gabriotto, człeku niskiej kondycji, ale odznaczającym się wieloma najszlachetniejszemi przymiotami. Dzięki jednej z służebnic swoich zdołała Andreola nietylko uwiadomić Gabriotta o afekcie swoim, ale i sprowadzić go do pięknego ogrodu swego ojca. Ażeby zaś żadna moc, krom śmierci, rozdzielić ich nie mogła, kochankowie w przekonaniu, że na jawny związek rodzic Andreoli się nie zgodzi, tajemnym ślubem z sobą się połączyli. Czas schodził; młodzi ludzie często widywali się z sobą, skrywając miłość swą przed światem. Pewnego razu zdało się Andreoli we śnie, że Gabriotto ją w ramionach swych trzyma. Nagle spostrzegła, że z ciała kochanka wypełza jakaś czarna i potworna istota, której kształtu dobrze rozeznać nie mogła. Mroczna zjawa owładła Gabriottem i, mimo oporu Andreoli, z straszną siłą z ramion jej go wydarła, a potem znikła z nim pospołu pod ziemią. Au-dreola poczuła, że już nigdy kochanka swego nie ujrzy. Widok ten przejął ją taką rozpaczą i strachem, że aż się ze snu ocknęła. Przyszedłszy do siebie, ucieszyła się, że to wszystko złudzeniem tylko było; wszelakoż nie mogła się uwolnić od dziwnego przeczucia i trwogi. Dlatego też, gdy Gabriotto oznajmił jej, że ją odwiedzi, nakłaniała go z wszystkich sił do pozostania w domu. Je-dnakoż, widząc, że młodzian gorąco pragnie obaczyć się z nią, i obawiając się, aby jakieś niesprawiedliwe podejrzenie w nim się nie obudziło, przystała na prośbę kochanka i nocą w ogrodzie go przyjęła. Andreola nazrywała mnóstwo białych i czerwonych róż (które właśnie w rozkwicie były) i usiadła wraz z Ga-briottem opodal pięknej fontanny, tryskającej świeżą wodą. Po pewnym czasie wśród najtkliwszych pieszczot spytał Gabriotto, dlaczego z początku Andreola sprzeciwiała się jego przyjściu do sadu. Wówczas młódka opowiedziała mu wszystko: swój sen i złe przeczucie. Gabriotto zaśmiał się i rzekł, że jest wielką niedorzecznością wierzyć w sny, pochodzą one bowiem ze zbytku lub niedostatku pokarmu, o czem codziennie się przeświadczać można.
— Gdybym w sny wierzył, nie przyszedłbym dziś tutaj, nietyle dla obawy przed twojem widzeniem sennem, ile naskutek mych własnych snów, jakie ostatniej nocy miałem. Zdawało mi się, że, znalazłszy się w pięknym lesie, schwytałem wdzięczną i białą, jak śnieg, sarnę. Sarna ta w tak krótkim czasie oswoiła się ze mną, że ani na krok ode mnie nie odstępowała. Mimo to, tak się obawiałem, aby to miłe zwierzątko mi nie uciekło, że włożyłem mu na szyję złotą obręcz, przytwierdzoną do łańcucha, który w ręku trzymałem. Gdy sarenka legła na trawie, złożywszy mi łeb na kolana, nagle, nie wiedzieć skąd, zjawił się przede mną czarny, jak węgiel, głodny i straszny pies, który rzucił się na mnie. Zdało mi się, że się przed nim wcale nie bronię; on zasię chwycił mnie zębami za lewy bok i tak się wżarł weń, że aż mi do serca dostał, potem wyrwał mi je z piersi i uniósł z sobą. Tak wielki ból poczułem, że, ocknąwszy się ze snu, schwyciłem się ręką za bok, aby przekonać się, czy rany tam nie mam. Nie znalazłszy jednak nic, śmiać się począłem z siebie, że po zdrowym się macałem boku. Podobne, a nawet o wiele straszniejsze sny już nieraz miewałem, a przecie nic się ze mną złego nie stało. Dlatego też przestańmy myśleć o zjawach sennych i cieszmy się swojem szczęściem.
Andreola, już swoim snem przerażona, teraz jeszcze bardziej lękać się poczęła, aliści, nie chcąc Gabriotta niepokoić, skrywała swą trwogę, jak mogła. Obejmowała i całowała swego kochanka i on nawzajem ją obejmował, jedna-koż lęk jej nie ustępował. Obawiała się niewiedzieć czego i częściej, niż zwyczajnie, wpatrywała się w twarz Gabriotta lub też bystrem spojrzeniem obrzucała ogród, aby przekonać się, czy jakiej czarnej stwory nie zobaczy. Naraz Gabriotto westchnął, przycisnął umiłowaną swą do piersi i zawołał:
— Ratuj mnie, najdroższa moja, umieram!
Rzekłszy te słowa, zsunął się bezsilnie na trawę. Przerażona Andreola podniosła swego kochanka, położyła jego głowę na swoje kolana i rzekła ze łzami w oczach: 277
— Na miłosierdzie boskie, co ci jest, mój mężu ukochany?
Gabriotto nic nie odpowiedział, jęknął tylko, okrył się śmiertelnym potem i po chwili skonał. Jaką boleścią i rozpaczą śmierć jego przejąć musiała urodziwą Andreolę, miłującą go nad życie — łatwo sobie to wystawić można. Długo, długo płakała nad nim, wołając go napróżno po imieniu. Dotknąwszy jego ciała, przekonała się, że już ostygło; wówczas pojęła, że jej kochanek już się nigdy nie ocknie. Z oczyma, łez pełnemi, pobiegła do służki, powiernicy swej miłości, i opowiedziała jej o strasznem nieszczęściu. Obydwie zrosiły jeszcze raz łzami martwe oblicze Gabriotta, poczem Andreola rzekła:
— Skoro Bóg mi go zabrał, i ja dłużej żyć już nie myślę. Zanim się jednak zabiję, pragnę przy pomocy twojej znaleźć stosowny środek, aby bez szwanku dla czci mojej i bez zdradzenia tajemnicy naszej miłości móc pochować to ciało, przez najdroższą mi duszę opuszczone.
— Nie myśl o odebraniu sobie życia, dziecię moje — odparła służka — zabijając się, utracisz go w tamtem życiu, tak jak go tu już utraciłaś. Gdy rękę na siebie podniesiesz, pójdziesz do piekła, ja zasię przekonana jestem, że dusza tego dobrego młodzieńca na wieczne męki skazana być nic może. Staraj 6ię uspokoić, staraj się modlitwami i dobremi uczynkami jego duszy do zbawienia dopomóc. Pogrzebać jego ciało możemy tutaj w ogrodzie. Nikt o tem nie uzna, bowiem nikt nie wiedział, że Gabriotto tutaj przychodził. Jeżeli nie zgodzisz się na to, wyniesiemy trupa z ogrodu i położymy go pod murem. Rankiem przechodnie, znalazłszy zwłoki, odniosą je do domu, a krewniacy zajmą się pogrzebem. Mimo gwałtowności bólu swego i łez nieutulonych, wysłuchała jednak dama słów swej służebnicy i tak odparła:
— Niechaj mnie Bóg broni, abym mego najdroższego kochanka i męża, jak psa, pogrzebać lub na ulicę wyrzucić miała. Wiele łez nad nim przelawszy, uczynię wszystko, aby krewniacy Gabriotta równie go opłakiwać mogli. Umyśliłam już, co mi uczynić należy.
Rzekłszy to, kazała przynieść służce z domu sztukę jedwabnej materji. Gdy służka powróciła, Andreola materję na ziemi rozesłała, położyła na nią ciało Gabriotta i oparła jego głowę na poduszce. Potem, mnóstwo rzewliwych łez wylewając, splotła girlandę z róż i całe ciało umarłego kwiatami zasypała. Po chwili tak do służki rzekła:
— Do drzwi jego domu stąd niedaleko. Weźmy go obydwie na ręce tak, jak jest przybrany, i połóżmy go przed progiem. Wkrótce dzień nastanie, 278 i krewniacy ciało znajdą. Wprawdzie cały nasz ten zachód wiele ulgi rodzinie zmarłego nie sprawi, mnie jednak nieco lżej na sercu z tego powodu, że Gabriotto w moich objęciach skonał. — Z temi słowami rzuciła się raz jeszcze na martwe ciało i gorzko płakać jęła.
Służka parę razy przypominała swej pani, że świt jest już bliski. Wreszcie Andreola podniosła się. Zdjąwszy z palca pierścień, którym się Gabriotto z nią zaręczył, włożyła mu go na palec i rzekła:
— Drogi mój małżonku, jeżeli dusza twoja widzi teraz łzy moje, lub jeśli ciało twoje jeszcze uczuwać coś jest zdolne, to przyjm łaskawie ten ostatni dar swojej żony, którą tak tkliwie za życia kochałeś. — Z temi słowami w omdleniu na zwłoki upadła. Gdy zaś do utraconych zmysłów z powrotem przyszła, podniosła wraz z służebnicą materję, na której zwłoki leżały. Białogłowy wyszły z ogrodu i skierowały się do domu Gabriotta. Na nieszczęście spotkali je strażnicy podesty i zaraz je pochwycili. Andreola, która bardziej, niż życia, śmierci pragnęła, śmiało i otwarcie rzekła:
— Wiem dobrze, kim jesteście, i to także wiem, że ucieczką się nie ocalę. Gotowa jestem pójść z wami do podesty i opowiedzieć mu o wszystkiem. Niechaj tylko żaden z was nie waży dotknąć się do mnie, ani do tego ciała, bowiem z wolnej, nieprzymuszonej woli z wami idę. W przeciwnym razie przed podestą oskarżyć was będę musiała. — Nikt nie śmiał tknąć Andreoli i ciała jej męża. Wkrótce też Andreola zbliżyła się do pałacu podesty. Podesta, usłyszawszy o całem zdarzeniu, przystąpił do badania Andreoli, a potem kazał doktorom obejrzeć zwłoki i wydać sąd, zali nieszczęsny Gabriotto nie został otruty lub innym jakim sposobem ze świata zgładzony. Medycy jednogłośnie oznajmili, że o zabójstwie mowy być tu nie może, Gabriotto zmarł bowiem na skutek pęknięcia żyły koło serca. Podesta pojął, że Andreola jest całkiem niewinna, jednakoż uczynił pozór, że śmierć jej i życie tylko od niego zależą, i że szczególnej łaskawości da dowód, jeśli ją na wolność wypuści. Rzekł tedy urodziwej młódce, że ją uwolni, jeśli jego woli uległą być zechce. Andreola nie przystała na to. Wówczas podesta chciał jej gwałt zadać, aliści rozpacz dodała dzieweczce sił. Broniła się mężnie, wreszcie szyderczemi słowy udało się jej podestę od niewczesnych zalotów powstrzymać. Gdy nastąpił dzień, Negro dowiedział się o smutnych zdarzeniach. Z rozpaczą w sercu udał się do pałacu podesty pospołu z licznymi przyjaciółmi swymi. Podesta opowiedział mu o wszystkiem, co widział i słyszał; wówczas zrozpaczony rodzic prosił go, aby 279 mu córkę oddał. Podesta, chcąc uprzedzić oskarżenie Andreoli, sam się przyznał, że na cześć jej dybał i wytłumaczył to tem, że chciał jej cnotę na próbę wystawić. Potem przydał, że szlachetny jej opór wzbudził w nim najgorętszą do niej miłość, tak iż za żonę pojąć ją gotów, mimo, że pierwszym jej mężem był człek podłej kondycji. Gdy Negro i podesta tą rozmową zabawni byli, weszła Andreola, padła przed ojcem na kolana i rzekła:
— Sądzę, mój ojcze, że zbyteczną rzecząby było opowiadać ci o mojej nieroztropności i nieszczęściu, jakie na mnie spadło. Proszę cię tedy pokornie o przebaczenie mi winy, która na tem się zasadza, że bez wiedzy twojej wzięłam sobie za męża umiłowanego przeze mnie człeka. Proszę cię o przebaczenie nie dlatego, aby się od śmierci uchronić, lecz dla tej przyczyny, że chcę umrzeć, jako twoja córka, a nie jak twój wróg.
Negro był już sędziwym człowiekiem o dobrotliwem i łagodnem przyrodzeniu. Wysłuchawszy słów swojej córki, podniósł ją z ziemi i rzekł:
— Moja córko, zaiste milejby mi było, gdyby twoim mężem stał się człek, bardziej, według mego pojęcia, ciebie godny. Jednakoż z drugiej strony każdy twój wybraniec i mnie do serca przypaśćby musiał. To więc tylko mnie bólem przejmuje, że, małą ufność dla mnie mając, wszystko skrywałaś przede mną. Aliści tego, co się stało, odrobić nie Iza. Nic mi teraz innego uczynić nie pozostaje, jak oddać martwemu tę cześć, którejbym mu nie poskąpił, gdyby jeszcze był przy życiu. Dlatego też odniosę się do zmarłego, jak do mego zięcia, i wyprawię mu pogrzeb, godny mego krewniaka.
Co rzekłszy, obrócił się do dzieci swoich i krewnych i polecił im, aby przygotowali wszystko do uroczystego pogrzebu Gabriotta. Tymczasem krewniacy zmarłego, o wszystkiem uwiadomieni, przybyli do pałacu podesty, gdzie zebrało się także mnóstwo białogłów i mężczyzn. Ciało Gabriotta, obsypane przez Andreolę kwiatami, leżało na podwórcu na jedwabnej materji. Nietylko krewniacy, ale prawie wszyscy mieszkańcy Brescii młodzieńca opłakiwali. Pochowano Gabriotta, nie jak człeka niskiego rodu, lecz jak dostojnika. Mieszczanie odnieśli ciało na swych barkach do samego grobu. Po pewnym czasie podesta znów poprosił Andreolę o jej rękę.
Negro prosił córkę, aby się zgodziła zostać żoną podesty, aliści młódka nawet słyszeć o tem nie chciała. Rodzic nie niewolił jej; wkrótce Andreola pospołu z swą wierną służką wstąpiła do klasztoru, słynącego z swej świątobliwości. Tam długo jeszcze cnotliwy żywot pędziły.
OPOWIEŚĆ VII
Dowód niewinności
Simona miłuje Pasąuina. W czasie przechadzki po ogrodzie Pasąuino naciera sobie zęby liściem szałwji i umiera. Simona, pragnąc pokazać sędziemu, jak kochanek jej zginął, temi samemi liściami naciera sobie zęby i także umiera
Król, niezbyt wiele współczucia Andreoli okazawszy, gdy tylko Pamfilo opowiadanie skończył, dał znak Emilji, że na nią teraz kolej przychodzi. Emilja natychmiast w te słowa zaczęła:
— Miłe towarzyszki! Nowela Pamfila nasunęła mi na pamięć historję, w tem tylko do słyszanej przed chwilą podobną, że tam i tutaj zakochana dzieweczka straciła swego kochanka, gdy pospołu z nim w ogrodzie bawiła. Gdy ją pochwycili, jako o dokonanie mordu podejrzaną, nie siłą i nie własną niewinnością od sądu się obroniła, lecz śmiercią. Mówiliśmy już, że Amor, jakkolwiek szczególnie chętnie mieszkańców pałaców odwiedza, nie gardzi przecie także lepiankami ubogich, którzy równie drżą przed jego przemożną władzą, jak i znaczni panowie. Wszystko to, jeśli nie całkowicie, to przynajmniej w części w opowieści mojej pokażę; przystępując do niej, powracam do naszego ojczystego grodu. Oddaliliśmy się odeń już daw*no, wędrując w naszych opowieściach prawie po wszystkich częściach świata.
Niedawno temu we Florencji żyła młoda dziewczyna, córka biednego człeka, urodziwsza i milsza, niżliby tego spodziewać się było można, po jej pomiemym stanie sądząc. Zwali ją Simoną. Musiała pracą rąk własnych na 281 chleb zarabiać, a mianowicie przędzeniem wełny. Bieda nie zdołała przytłumić w jej sercu wielkiej zdolności kochania. Amor owładnął jej myślami, gdy padł na nią wzrok młodego człeka, równego jej swoją kondycją. Młodzieniec ten zajmował się rozdawaniem wełny do przędzenia, tak iż Simona nieraz od niego robotę otrzymywała; miał zatem możność pokazania jej, że afekt do niej żywi. Dzieweczka, której w serce zapadł obraz umiłowanego młodzieńca, zwanego Pasquinem, nie śmiała wyznać ukochanemu miłości swojej, mimo, że płomienie duszę jej trawiły. Siedząc nad robotą, wzdychała ciężko nad każ-dem pasmem i każdą nicią, bowiem nieustannie myślała o młodzieńcu, który jej osnowę przynosił. Pasąuino zasię, dbając o pożytki właściciela i pragnąc, aby miał on wełnę najlepszego przędzenia, starał się dawać Simonie jak najwięcej przędzy, tak jakby chciał, aby wszystka wełna tylko z jej rąk wychodziła.
Tak tedy Pasąuino szukał miłości, Simona zasię niczego rówTnie nie pragnęła, jak tego, aby on tę jej miłość zdobywał. Z biegiem czasu kochanek coraz śmielszy i natarczywszy się stawał, Simona wyzbywała się swej wstydliwości i trwogi; aż wreszcie oboje bez podziału sobie się oddali. Tak wzajem-nem swem szczęściem oczarowani byli, że nie czekając jedno na wezwanie drugiego, jakby jednym duchem ożywieni, do rozkoszy ustawicznie dążyli. Miłość ich z dnia na dzień rosła i coraz gorętszą się stawała. Pewnego dnia Pasąuino poprosił Simonę, aby z nim do ogrodu się udała. Tam, znalazłszy się na swobodzie, dowoli sobą cieszyć się będą mogli. Simona zgodziła się. W niedzielę po obiedzie, uzyskawszy od ojca pozwolenie na udanie się na odpust do San Galio, wybrała się pospołu z swą przyjaciółką, imieniem Lagina, do ogrodu, gdzie Pasąuino na nie czekał. Pasąuino przybył na umówione miejsce w towarzystwie swego przyjaciela Puccina, także Strambą zwanym. Puccino zaraz do Laginy zalecać się począł; Simona i Pasąuino pozostawili ich w jednym końcu ogrodu, sami zasię zaszyli się w gęstwinę, aby oddać się lubym igraszkom. Niedaleko od miejsca, gdzie się zatrzymali, rósł krzew szałwji niezmiernej bujności i wielkości. Kochankowie usiedli obok niego, ciesząc się nieskończonemi pieszczotami i rozmawiając o podwieczorku, który w ogrodzie spożyć zamierzali. Nagle Pasąuino pochylił się do krzewu szałwji, zerwał z niego liść i jął nim trzeć wargi, mniemając widać, że szałwja oczyszcza zęby od ostatków jedzenia. Potem znów o swojej przechadzce rozmawiać jęli. Po chwili Pasąuino począł mienić się na obliczu, potem wzrok 282 i mowę utracił, ar wreszcie padł, jak piorunem rażony, i ducha wyzionął. Simona na ten widok uderzyła w płacz i poczęła zwać na pomoc Strambę i Laginę. Ci, nadbiegłszy, zastali Pasquina martwym, spuchniętym i czarnemi plamami na całem ciele pokrytym. Wówczas Stramba zawołał do Simony:
— Tyś go, złodziejko, otruła!
Na ten krzyk zbiegli się wszyscy ludzie, wówczas w ogrodzie przebywający. Usłyszawszy oskarżenie Stramby i ujrzawszy Simonę, płaczącą z wielkiej boleści, uwierzyli, że istotnie Stramba prawdę mówi. Dlatego też pochwycili Simonę i do pałacu podesty ją zawiedli. Tutaj na wyprzódki Stramba i jego przyjaciele, Atticiato i Malagevole, obwiniać Simonę poczęli, tak iż sędzia niezwłocznie do badania jej przystąpił. Jednakoż nie inógł pojąć, jaki to zły zamysł w tym razie dzieweczkę mógł opanować; nic z jej słów i wyjaśnień nie rozumiejąc, postanowił trupa obejrzeć i na miejscu przestępstwa jeszcze raz szczegółowie o wszystko się wypytać. Rozkazał więc zaprowadzić Simonę do ogrodu, gdzie leżało ciało Pasquina, opuchłe i nabrzmiałe, jak beczka. Sędzia zadziwił się wielce osobliwym pozorom zmarłego i spytał, jak się cała rzecz miała. Simona, opowiedziawszy o wszystkich poprzedzających okolicznościach, podeszła do krzewu szałwji i, aby jaśniej wszystko sędziemu przedstawić, schyliła się, zerwała liść i potarła nim usta. W tym czasie Stramba, Atticiato i pozostali przyjaciele Pasquina szydzili z niej i starali się przekonać sędziego, że wszystkie jej słowa są jeno nikczemnemi wykrętami, i że należy ją za tę zbrodnię na stosie spalić. Nieboraczka z boleści po śmierci kochanka i ze strachu przed kaźnią, jakiej się Stramba domagał, ledwie na nogach utrzymać się mogła. Po chwili upadła na to samo miejsce, na którem niedawno Pasquino ducha wyzionął. O dusze szczęśliwe, którym sądzone było tego samego dnia żaru miłości doznać i ziemski żywot zakończyć! W dwójnasób szczęśliwe będziecie, jeśli nierozłącznie do nieba wzlecicie i jeśli na tamtym świecie miłość wasza dalej trwać będzie! Wedle naszego mniemania — mniemania ludzi, którzy Simonę przeżyli — dusza jej już szczęśliwości dostąpiła. Los nie zwolił, aby biedna dzieweczka padła ofiarą niecnych oskarżeń Stramby, Atticiata i Ma-lagevola. Szlachetna śmierć stała się jej usprawiedliwieniem, a dusza jej uleciała ku niebu śladem duszy umiłowanego Pasquina.
Sędzia, osłupiawszy całkiem na widok martwej Simony, stał długo w milczeniu i nie wiedział, co ma rzec. Przyszedłszy nieco do siebie, odezwał się wreszcie w te słowa: 283
— Krzew ten, ani chybi, musi posiadać jakieś jadowite własności. Aby więc w przyszłości nikomu już szkodzić nie mógł, trzeba go wyrwać z korzeniami i spalić.
Strażnik ogrodowy zaraz, w przytomności sędziego, do wypełnienia jego rozkazu przystąpił. Zaledwie krzew wyrwany został, tajemnica śmierci dwojga nieszczęśliwych jawną się stała: pod rośliną siedziała potwornej wielkości ropucha, której jadowite tchnienie zatruć krzew musiało. Nikt z obecnych nie śmiał się do żaby przybliżyć. Dlatego też rzucono na nią więź chróstu i pospołu z szałwją ją spalono. Tak nieszczęśliwie zakończył się sąd nad Simo-ną, obwinioną o zabójstwo biednego Pasquina. Ciało jego pospołu z ciałem Simony przez Strambę, Atticiata, Guccia, Imbrata i Malagevole przeniesione zostało do kościoła Świętego Pawła i tam ziemi powierzone. 4
OPOWIEŚĆ VIII Ofiary miłości
Girolamo miłuje Sylwestrę. Spełniając prośbę matki, udaje się do Paryża; po powrocie dowiaduje się, że jego umiłowana zamąż poszła. Girolamo zakrada się do jej domu i umiera w jej przytomności. Do jego zwłok, w kościele leżących, zbliża się Sylwestra i także umiera
Gdy Emil ja skończyła, Neinfile na rozkaz króla zaczęła w te słowa:
— Miłe towarzyszki! Zdarzają się ludzie, przypisujący sobie wielki rozum, chocia w istocie bardzo mało go posiadają. Ludzie owi nietylko ośmielają się rady innych lekce sobie ważyć, ale i postępują wbrew przyrodzonym prawom. Z tego już nieraz wielkie nieszczęścia wynikały, a pożytku jeszcze nie było żadnego. Ten, co miłość odczuwa, mniej jest od każdego innego skłonny pójść za dobrą radą; raczej sam siebie zgubi, niźli namiętność swoją przemoże. Dlatego też zamyśliłam opowiedzieć wam historję o tem, ja<k to pewna dama, o swej wrzkomej mądrości twardo przekonana, aliści niewie-dząca, jak postąpić należało, zapragnęła wyrwać namiętność z miłującego serca, a osiągnęła tylko to, że wraz z miłością i życie serce to opuściło.
W mieście naszem, wedle opowiadania starców, żył bogaty kupiec, imieniem Leonardo Sighieri, któremu żona powiła syna, zwanego Girolamem. Wkrótce po urodzeniu się syna, kupiec spisał swoją ostatnią wolę i zszedł z tego świata. Opiekunowie wraz z matką dziecięcia uczciwie majętnościami Girolama zarządzali. Chłopiec, wzrastając wraz z dziećmi sąsiadów, polubił 285 osobliwie rówieśną sobie dzieweczkę, córkę krawca. Gdy już do lat bardziej źrałych doszedł, to dziecinne przywiązanie w gorącą miłość się przemieniło, tak iż Girolamo, jeno wówczas za szczęśliwego się poczytywał, gdy widokiem swej umiłowanej mógł się cieszyć. Dzieweczka niemniejszym afektem mu odpłacała. Matka Girolama, spostrzegłszy tę skłonność, nieraz strofowała i gromiła syna swego. Widząc jednak, że jego serce od namiętności tej nie oswobodzi i przekonana będąc, że dzięki pieniądzom nawet ze śliwki pomarańczę uczynić można, rzekła pewnego razu do opiekunów.
— Nasz Girolamo jeszcze piętnastu lat nie ukończył, a już zakochał się gorąco w córce naszego sąsiada — krawca. Jeśli go pilnie strzec nie będziemy, pewnego dnia, ani chybi, poślubi ją tajnie, co mi resztę życia zatruje. Gdy zaś obaczy ją żoną innego, gotóW uschnąć ze smutku i rozpaczy. Sądzę tedy, że dla uniknięcia tego wszystkiego, należy go wysłać daleko, gdzieby jakiemiś sprawami zająć się mógł. Gdy nie będzie na nią nieustannie patrzył, zapomni o niej, a wówczas damy mu za żonę dziewczynę, z znacznego idącą rodu.
Opiekunowie pochwalili ten zamiar, a potem zawezwali Girolama i tak doń rzekli:
— Wkrótce już dorośniesz, Girolamo, dlatego też pora, abyś sam o sobie myśleć zaczął. Pragnęlibyśmy z całej duszy, abyś na pewien czas do Paryża się udał. W mieście tem większa część twojej gotowizny w obrocie handlowem się znajduje. Tam nauczysz się przykładnych obyczajów, obaczysz wielu baronów, szlachciców i innych znacznych ludzi i przejmiesz od nich wiele pole-nawności i diwomoiści. Potem ido Florencji powrócisz.
Girolamo, pilnie wszystkiego wysłuchawszy, odparł krótko i węzłowacie, że nie myśli wcale wyjeżdżać, bowiem może nauczyć się żyć także i we Florencji. Opiekunowie poczęli wówczas nalegać na niego, ale nic wskórać nie mogąc, donieśli o wszystkiem matce. Ta, zawezwawszy syna, poczęła mówić z nim nie tyle o wyjeździe do Paryża, ile o miłości, którą mu srodze naganiała. Potem od wyrzutów do tkliwych pieszczot przeszedłszy, prosiła go, aby się opiekunów swych posłuchał i na prośbę ich przystał. Girolamo dał się wiresacie nakłonić i przyrzekł, że przez roik w Paryżu pozostanie.
Owóż więc odjechał do Paryża z sercem, pełnem miłości. Opiekunowie tak zręcznie w Paryżu przetrzymywać go umieli, że przez dwa lata tam przebywał. Gdy zaś wreszcie, jeszcze bardziej niż wprzód zakochany, do Florencji powrócił, dowiedział się, że Sylwestra została żoną pewnego florenckiego rze 286 mieślnika. Z tego powodu w niezmierną rozpacz popadł, aliści wiedząc, że nic tu zmienić nie łza, starał się w miarę sił swoich nad sobą zapanować. Uznawszy, gdzie Sylwestra mieszka, począł krążyć koło jej domu, jak to zakochani młodzieńcy czynić są w obyczaju, wierzył bowiem, że białogłowa jeszcze o ni/m nie zapomniała. Omylił się jednakotż, bowiem Sylwestra nie chciała nawet wspominać o nim, tak, jakby go nigdy nie była znała. Strapiony młodzian przekonał się o tem wrychle, ku swojej wielkiej rozpaczy, mimo to jednak nie litował starań, aby znów na się uwagę jej zwrócić. Ponieważ wszystkie te wysiłki płonemi się okazały, postanowił tedy choćby za cenę życia chwilkę rozmowy z nią uzyskać. Wywiedziawszy się od jednego z sąsiadów o modłę życia małżonków, wślizgnął się pewnego wieczoru do domu Sylwestry, gdy ta właśnie pospołu z mężem u sąsiadów bawiła, i ukrył się w sypialnej komnacie za sztuką Namiotowego płótna. Tak ukryty doczekał się ich powrotu. Wkrótce usłyszał, że się do łoża kładą. Gdy mąż zasnął, podszedł do łoża Sylwestry i położywszy jej rękę na piersi, rzekł cichym głosem:
— Czy śpisz, najdroższe serce moje?
Białogłowa, która jeszcze nie spała, chciała krzyknąć, aliści Girolamo zaklął ją:
— Na Boga, nie krzycz! Jestem twoim Girolamo!
— Girolamo, na miłosierdzie boskie, odejdź stąd coprędzej — odparła Sylwestra, drżąc całem ciałem. Już minął ten czas, gdy będąc dziećmi, kochaliśmy się nawzajem. Wiesz przecie, że mężatką jestem! Nie chcę znać żadnego mężczyzny, krom męża mego. Dlatego też, na rany Chrystusa cię zaklinam, opuść mnie w tej chwili. Gdyby cię mąż mój usłyszał, to co najmniej takie nieszczęście z tegoby wynikło, że nie mogłabym już z nim żyć w zgodzie i spokoju, podczas gdy teraz, kochana przez niego, spokojną i szczęśliwą się czuję.
Młodzieniec, słowami temi w samo serce tknięty, jął jej przypominać przeszłość i miłość swoją, której ani rozłąka, ani lata złamać nie mogły; zaklinał ją i błagał, ale to wszystko na nic się nie zdało. Postanowiwszy życie sobie odjąć, począł ją prosić, aby zezwoliła mu położyć się obok niej i nieco eię ogrzać, skostniał bowiem od zimna, czekając na nią. Przyrzekł jej przy-tem, że się do niej nie dotknie i że, ogrzawszy się, odejdzie natychmiast. Sylwestra, niejakiem współczuciem przenikniona, zgodziła się. Wówczas Girolamo położył się przy niej. Skupiwszy całą myśl swoją na wspomnieniach miłości i nadziejach utraconych, z życiem rozstać się postanowił. Wstrzymał tedy 287 oddech, ścisnął ku razowo ręce i umarł. Po pewnym czasie białogłowa, zadziwiona jego spokojem i wstrzemięźliwością i, obawę żywiąca, aby mąż eię nie obudził, rzekła: — Gzas już odejść, Girolamo!
Nie usłyszawszy odpowiedzi, była przekonana, że Girolamo zasnął. Dlatego też wyciągnęła rękę, chcąc go obudzić, aliści dotknąwszy jego ciała, poczuła, że jest ono zimne, jak lód, co ją wielkiem zadziwieniem napełniło. Trąciła go silnie, jednakoż Girolamo nie poruszył się. Dopiero wówczas upewniła się, że umarł. Osłupiała i zgrozą przejęta przez długi czas nie wiedziała, co jej uczynić należy. Wreszcie postanowiła opowiedzieć mężowi o tem zdarzeniu, aliści przedstawić je tak, jakby ono nie jej, lecz kogoś innego dotyczyło. Zbudziła tedy męża, i opowiedziała mu rzecz całą, która rzekomo gdzieindziej się zdarzyła i zapytała go, coby uczynił, gdyby podobne zdarzenie mu się przytrafiło? Poczciwiec odpowiedział, że, według jego zdania, należałoby zwłoki odnieść na próg domu, żonie zasię nijakiej krzywdy nie czynić, bowiem ona winy za to ponosić nie może.
— Jeśli tak — rzekła Sylwestra — to i nam podobnie uczynić wypada. Później, wiziąwiazy męża za rękę, kazała mu się dotknąć ciała młodzieńca. Mąż Sylwestry, srodze zalękniony, zerwał się z łoża, rozniecił światło i, nie mówiąc ni słowa, ubrał trupa w swoje szaty. Poczem, przekonany o niewinności żony, wziął ciało na barki i zaniósł je na próg domu zmarłego.
Gdy o świcie martwego Girolama na progu znaleziono, podniósł się lament powszechny. Osobliwie rozpaczała matka zmarłego. Obejrzano całe ciało; ponieważ jednak najmniejszej rany na riiem znaleść nie można było, lekarze orzekli, że młodzieniec zmarł z dusznej boleści, co w samej rzeczy prawdą było. Później odniesiono ciało do kościoła. W krotce przybyła tam matka Girolama, wielką boleścią złamana, w towarzystwie wielu krewniaków i sąsiadów. Wszyscy jęczeli i płakali nad trumną. Gdy ów płacz nieutulony się podniósł, rękodzielnik w którego domu Girolamo umarł, rzekł do swojej żony:
— Zarzuć płaazcz na siebie, idź do kościoła, wnriiesaaj się w tłum i poełu-chaj, co lodzie między sobą mówią. Młoda białogłowa, isbyt późno litością do zmarłego przenikniona, odziała się i poszła, tak jakby ochotnie chciała patrzyć na młodzieńca, któremu, póki żył, nawet jednego pocałunku skąpiła. Osobliwą jest zaiste potęga miłości! Serce, które głuche na wołania Girolama pozostało, teraz odkryło się i zmiękło wobec niedoli. Płomień dawnej miłości zbudził się 288 w Sylwestrze od nowa, a na widok martwego oblicza, niezmierzona żałość ją objęła. Okryta szczelnie płaszczem, przecisnęła się przez tłum kobiet i do zwłok się przybliżyła. Tutaj z przeraźliwym krzykiem padła na trupa i nawet zrosić go łzami nie zdołała, bowiem ledwie się ciała dotknęła, skonała, duszną boleścią rażona. ^ szystkie przytomne białogłowy rzuciły się ku niej, aby ją pocieszyć i podnieść, aliści Sylwestra leżała bez ruchu. Co widząc, gwałtem ją od zwłok oderwać chciały; dopiero wówczas spostrzegły, że jest już martwa. Białogłowy uderzyły w ogromny płacz. Wieść 10 nieszczę^nem zdarzeniu obiegła wkrótce całe miasto i doszła do uszu męża Sylwestry, który długo płakał, na wszelkie pociechy nieczuły. Poczem opowiedział przytomnym, co zaszło tej nocy między młodzieńcem a jego żoną; dzięki temu podał na jaśnię przyczynę ich śmierci. Przybrano tedy ciało młodej kobiety w stosowne szaty i położono je obok ciała jej kochanka. Później w wspólnej mogile zwłoki pogrzebiono. Miłość nie mogła kochanków połączyć, za to śmierć nierozerwalnemu i wiecz-namli wdęzaimi ioh aprzęgla.
OPOWIEŚĆ IX
Ok rutny mąż
Wilhelm z Roussillonu każe żonie swojej zjeść serce umiłowanego przez nią Wilhelma Guardastagno. Uznawszy o tem, białogłowa rzuca się z okna i umiera.
Chowają ją pospołu z kochankiem
Neinfile opowieścią swoją powszechne współczucie dla nieszczęśliwych kochanków wzbudziła. Król, przypomniawszy sobie o przywileju Dionea i wiedząc, że już wszyscy tego dnia opowiadali, zaczął sam w te słowa:
— Miłe damy! Chcę wam opowiedzieć nowelę, w której rzecz idzie także o nieszczęśliwych kochankach i która równą litość w was wzbudzić powinna.
Wiedzcie tedy, że zgodnie z prowansałskiem podaniem, przed dawnemi czasy żyło w Prowancji dwóch rycerzy, posiadających wasali i zamki. Jednego z nich zwali Wilhelmem z Roussillonu, drugiego Wilhelmem Guardastagno. Ci dzielni rycerze w ścisłej przyjaźni żyli. Na wszystkie turnieje zjawiali się razem, jednako odziani i z jednaką na tarczy dewizą. Zamki ich o dziesięć mil od siebie oddalone były. Wilhelm z Roussillonu posiadał wielce urodziwą żonę. Guardastagno nie bacząc na wierną przyjaźń, łączącą go z Wilhelmem z Roussillonu, zakochał się niezmiernie w jego żonie i ze wszystkich sił starał się afekt swój jej wyrazić. Dama, znająca go, jako dzielnego i szlachetnego rycerza, zapłonęła doń równą miłością tak, iż nikogo droższego odeń na świecie dla niej nie było. Po niejakim czasie tedy wzajemnością miłości cieszyć się poczęli. Cho-cia ostrożnie sobie poczynali, przecie przed Wilhelmem z Roussillonu ukryć się nie zdołali. Ów tak wielkim gniewem się zapalił, że cała jego dawniejsza miłość 291 dla Guardastagna w śmiertelną się przemieniła nienawiść. Ukrył jednak staranniej nienawiść swoją, aniżeli kochankowie miłość i, postanowiwszy zabić Wilhelma, czekał stosownej pory. Gdy tedy Roussillone takie zamysły w duszy piastował, zdarzyło się, że wielki turniej obwołany został. Wilhelm natychmiast uwiadomił o tem Guardastagna i kazał mu powiedzieć, że, jeśli chce, niechaj przyjeżdża do niego, a wówczas naradzą się, czy i w jaki sposób na turniej się udać. Guardastagno odpowiedział z radością, że następnego dnia przybędzie na wieczerzę do zamku przyjaciela. Roussillone postanowił wówczas zamysły swoje w czyn wcielić. Uzbroił się, wsiadł na konia i w towarzystwie sług swoich podążył na miejsce, oddalone od jego zamku o milę drogi; tam ukrył się w lesie koło drogi, którą miał przejeżdżać Guardastagno. Poczekawszy kęs czasu, ujrzał Guardastagna, nadjeżdżającego bez broni, z dwoma bezbronnymi sługami. Widać było, że niczego nie podejrzewa, ani nie obawia się.
Gdy Wilhelm zbliżył się do miejsca zasadzki, Roussillone z wściekłością rzucił się na niego i, krzyknąwszy „Giń, zdrajco“, przebił go lancą na wylot. Guardastagno, nie mając możności nie tylko bronić się, ale choćby jedno słowo wymówić, zwalił się z konia, lancą przeszyty, i wkrótce ducha wyzionął. Słudzy jego, nie starając się nawet dowiedzieć, kto był mordercą ich pana, zawrócili konie i pomknęli do zamku z powrotem.
Roussillone zsiadł z rumaka, otworzył nożem pierś Guardastagna i wła-snemi rękoma serce mu z piersi wyrwał. Poczem owinął je w chorągiewkę od kopji i powierzył je słudze, któremu najściślejszą tajemnicę zachować przykazał. Po chwili wsiadł na konia i późną nocą do domu powrócił. Żona jego, wiedząc, że Guardastagno ma przybyć na wieczerzę, czekała nań z niecierpliwością. Zadziwiona, że kochanka jeszcze dotąd niema, rzekła do męża:
— Dlaczego Guardastagno dotąd nie przybył?
— Dał mi znać, że przed jutrem przybyć do nas nie może — odparł Wilhelm.
Wiadomość ta nieco zatrwożyła damę. Rousaillone, zsiadłszy z rumaka, przywołał kucharza i rzekł:
— Weź to serce dzika, którego ubiłem i przyrządź z niego najsmakowitszą potrawę, jaką tylko umiesz. Gdy nakryją do stołu, przyślij ją na srebrnym półmisku.
Kucharz wiziął serce, posiekał je, przyprawił sosem i, przyzwawszy na pomoc cały swój kunszt, wyborną potrawę przygotował. Wilhelm siadł do wieczerzy pospołu z żoną. Podano potrawy, aliści Wilhelm jadł mało, bowiem 292 myśli jego były zbyt zajęte zbrodnią, którą popełnił. Wreszcie zjawił się na atole srebrny półmisek. Rycerz, nie tknąwszy potrawy, podsunął ją żonie swojej i zalecił, jako rzecz wyborną. Dama, przy dobrym apetycie będąca, zjadła całą potrawę, chwaląc ją, jako bardzo smakowitą.
Pan Wilhelm, ujrzawszy to, rzekł:
— Jakie ci smakowała ta potrawa, droga żono?
— Bardzo — odparła dama.
— Nie dziwię się temu — rzekł rycerz — cóż to bowiem dziwnego, dali-pan, że w tem, co za życia ponad wszystko miłem ci było, po śmierci znajdujesz upodobanie.
Dama, zadumała się przez chwilę nad temi zagadkowemi słowami, a potem spytała:
— Cóż zatem do zjedzeliia mi daliście?
— Zjadłaś — odparł rycerz — serce pana Wilhelma Guardastagno, którego miłowałaś, wiarołomna niewiasto! Nie wątp o prawdzie tego, co ci powiadam, sam bowiem własnemi rękoma przed kilku godzinami z piersi mu je wydarłem.
Nie trza mówić nawet, jaka była rozpacz damy, gdy usłyszała straszną wieść o człeku, którego ze wszystkich sił miłowała.
— Postąpiliście nie jak rycerz, lecz jak zdrajca i łotr — rzekła. Guardastagno mnie nie niewolił, a jeśli uczyniłam go panem mego serca i przez to ujmę ci uczyniłam, to mnie, a nie jego kara za to dosięgnąć była powinna. Bóg nie zwoli jednak, abym po spożyciu tak szlachetnej potrawy, jak serce pana Wilhelma Guardastagno, inny pokarm kiedykolwiek do ust wziąć miała.
To rzekłszy, wstała od stołu, podeszła do okna i rzuciła się z niego na ziemię. Okno to tak wysoko nad ziemią się znajdowało, że dama nie tylko zabiła się, ale i pogruchotała na drobne części.
Rycerz przeraził się niezmiernie i pojął, że źle uczynił. Obawiając się zemsty ludu i grabiego Prowancji, kazał osiodłać rumaki i w świat wyruszył. Nazajutrz rano wieść o smutiiem zdarzeniu rozniosła się po całej okolicy. Ciała Wilhelma Guardastagno i jego damy odniesiono do kościoła, a potem powierzono je ziemi ’wpośród niezmiernego płaczu wszystkich przytomnych. Na głazie wyryto wiersze, które wiadomemi czyniły ich imiona i przyczynę ich zgonu.
OPOWIEŚĆ X
Cudowne przytrafienia pewnego nieboszczyka
Żona pewnego doktora, mniemając, że kochanek jej umarł, wkłada jego ciało do skrzyni, którą dwóch lichwiarzy do domu swego zabiera. Gdy rzekomy nie-boszczyk do zmysłów powraca, o kradzież go oskarżają. Służka damy opowiada sędziemu, że sama do skrzyni młodzieńca włożyła, i w ten sposób od kary go uwalnia
Teraz jeno Dioneo miał jeszcze opowiadać. Nie czekając na rozkaz króla, zaczął w te słowa:
— Smutne dzieje nieszczęśliwych kochanków, które przedmiot poprzednich opowieści stanowiły, dość mnie i was, drogie damy, rozrzewniły, dlatego też postanowiłem koniec im położyć. Chwała Bogu, te płaczliwe historje już swój kres znalazły, ja zasię nie myślę ich liczby jeszcze i moją opowieścią pomnażać. Opowiem wam wesołą i miłą historję, która aby dotbrym zwiastunem dla jutrzejszego dnia była.
Wiadomo wam zapewnie, że w Salerno żył niedawno znakomity medyk, Mazzeo della Montagna zwany. Do lat azedziwych przyszedłszy, ożenił się on z piękną i młodą dzieweczką, także z Salerno pochodzącą. Hołubił troskliwie młodą żonę, obdarzał ją drogocennemi szatami, klejnotami i wszystkiem, co niewieściej próżności może być drogie, tak iż pyszniła się bardziej, niż jakakolwiek inna w mieście białogłowa. Jedno tylko nie po myśli jej było: często ziębła w łożu nocą, mąż bowiem nie starał się o jej należyte okrycie. I jak sędzia Ricciardio da Chinzica, który żoną swoją świętami durzył, tak Mazzeo 295 della Montagno wmawiał w swoją żonę, że po każdej mocy rozkoszy, Bóg wie, jak długiego odpoczynku dla nabrania nowych sił potrzeba. Plótł jej przytem siła różnych bzdur, które młodej białogłowie niezbyt do smaku przypadały. Żona pana Mazzea, niewiasta zabiegliwa i rozsądna, postanowiła dla oszczędzenia zapasów domowych, u innych ludzi się pożywić. Jęła eię przeto przyglądać pilnie różnym młodzieńcom i wreszcie wybrała jednego, na którym oparła wszystkie swoje nadzieje, tęsknoty i całe szczęście swoje. Młodzieniec, spostrzegłszy to, równe upodobanie w niej znalazł i zwrócił ku niej całą miłość swoją. Zwano go Ruggierem da Jeroli; chociaż z szlachetnego pochodził rodu, wiódł jednak żywot tak występny i plugrfwy, że wkońcu, nie ostało mu ani jednego krewniaka lub przyjaciela, któryby go znać i widywać pragnął. Po całem Salerno o jego wszeteczeństwach słuchy chodziły. Aliści dama nie wiele dbała o sądy ludzkie, bowiem Ruggieri przypadł jej do serca, dzięki innym swoim przymiotom. Za pośrednictwem służki umówiła się z nim na schadzkę. Gdy się na osobności znaleźli i już pragnieniom swoim folgę dali, dama poczęła strofować Ruggieri za jego dotychczasowy, wielce plugawy sposób życia i błagać go, aby dla jej miłości na przyszłość się odmienił. Dla ułatwienia mu zasię poprawy, wspomagała go raz większą, to znów mniejszą sumą pieniędzy. Gdy kochankowie tak w tajności szczęściem się swojem cieszyli, zdarzyło się, że medyk miał opatrzeć chorego, którego cała noga była w ranach. Zbadawszy go, doktór oświadczył jego krewniakom, że trza z nogi wyjąć nadpsutą kość, gdyż innej raidy niemaisz. Gdy siię rzecz w odwlokę poda, to trzeba będzie albo odjąć mu cala nogę, albo też chory umrze. Jeśli zaś kość się wyjmie to, ani chybi, chory do izdrawia powróci, chocia i ręczyć za to nie sposób. Niecha/j zatem krewniacy dobrze to wszystko zważą! Krewniacy zgodzili się na medyczny zabieg: doktór, wiedząc, że chory ealbdegu tego nie wytrzyma bez dania mu usypiającego środka, wstrzymał się do wieczora, a za dnia zabrał się do przygotowania pewnego napoju, tą cnotą obdarzonego, że po wypiciu go chory w tak twardy sen wpadał, iż można go było krajać, bez obawy o jego przebudzenie się. Przyrządziwszy ten napój, doktór postawił go na stole w swojej komnacie, aliści nie uprzedził nikogo, jaka jest jego właściwość. Wieczorem, gdy doktór już do chorego miał się udać, przysłali po niego jego przyjaciele z Malfi, którym nijak odmówić nie mógł. W mieście tem, w czasie bójki, siła ludzi okrutnie poraniono. Dlatego też medyk odłożył zabieg do następnego dnia, sam zasię w barce do Malfi pospieszył. Żona jego, wiedząc, że na noc do domu nie wróci, zaraz uwiadomiła o tem Ruggieri. Gdy kochanek przybył, zamknęła go w swojej 296 komnacie, czekając aż domownicy spać się pokładą. Ruggieri, czekając na damę, poczuł 6ilne pragnienie, być może ze znużenia albo też dlatego, że jadł jakąś płoną potrawę. Spostrzegłszy napój, przygotqwany dla chorego, pomyślał, że jest to woda, schwycił przeto butelkę i zawartość jej do ostatniej kropli wypił. Po chwili nieodparty sen go zmorzył, tak iż zwalił się na skrzynię, jak kłoda.
Cdy się w domu uciszyło, dama weszła do komnaty, a znalazłszy uśpionego Ruggieri, po cichu budzić go poczęła. Aliści wysiłki jej próżne były, bowiem Ruggieri nie drgnął nawet i słowa nie wymówił. Wówczas dama, nieco zatrwożona, trąciła go silniej i rzekła: „Wstawaj, śpiochu. Jeśliś chciał się wyspać, trzeba było w domu pozostać44. Ruggieri, silnie potrząśnięty, zwalił się z skrzyni na ziemię bezwładnie, nie dając najmniejszej życia oznaki. Przerażona dama poczęła go trząść, tarmosić, szczypać za nos i ciągnąć za brodę, wszystko napróżno jednak, bowiem Ruggieri spał, jak zabity. Wówczas dama, tknięta myślą, że Ruggieri umarł, chwyciła się ostatecznego środka i zapaloną świecą przypiekać go poczęła; ale gdy i to nie pomogło, nie wątpiła już o śmierci kochanka. Nie trza nawet mówić, jak się tem strapiła; nie śmiąc krzyczeć, jęła płakać pocichutku i gorzko na swoją dolę się żalić. Po chwili, uspokoiwszy się nieco, postanowiła, dla uniknięcia wielkiej hańby, pozbyć się nieboszczyka z domu. Ponieważ sama tego dokonać nie mogła, wezwała służkę i, opowiedziawszy jej o wszystkiem, o radę ją poprosiła. Służka wielce zadziwiona, poczęła szarpać i szczypać młodzieńca, aliści widząc, że jej wysiłki żadnego nie odnoszą skutku, oświadczyła, że, ani chybi, umarł i że należy ciało z domu usunąć.
— Gdzież jednak zwłoki położymy? — zapytała dama. Gdy je jutro ludzie obaczą, zaczną podejrzewać, że z naszego domu wyniesione zostały.
— Madonno — rzekła służka — dzisiaj wieczorem widziałam przed warsztatem stolarza, znajdującym się naprzeciw naszego domu, skrzynię. Jeśli jej jeszcze dotąd nie zabrano, przyda nam się ona wielce. Chocia skrzynia jest dość mała, przecie wepchniemy w nią ciało, któremu uprzednio kilka ciosów nożem zadać trzeba. Któż będzie mógł przypuścić, że je właśnie od nas wyniesiono, a nie skądinąd? Wszyscy wiedzą, że Ruggieri był zawołanym bul ta jem, pomyślą, że jakiś wróg go zabił, a potem w tej skrzyni ukrył.
L)ama pochwaliła radę służki, nie zgodziła się jeno na zadanie trupowi ciosów nożem. Za żadne skarby świata przystać na to nie chciała. Później poleciła służce zobaczyć, czy skrzynia jeszcze na swojem miejscu stoi. Służka przy 297 niosła odpowiedź twierdzącą, a potem, jako rosła i silna dziewczyna, wzięła zwłoki Ruggieri na plecy. Dama wyszła przed dom, aby obaczyć, czy nikogo w pobliżu niema; później obie zbliżyły się do skrzyni, wepchnęły w nią ciało i wieko zawarły. Niedaleko od domu medyka mieszkało dwóch młodzieńców, zajmujących się lichwą. Zauważywszy skrzynię, umyślili ją ukraść, jeśli tylko stolarz przed nocą jej nie zabierze, chcieli bowiem zaradzić brakowi sprzętów w swojej komnacie. Skoro tedy północ minęła, wyszli pocichu z domu i, znalazłszy skrzynię, nie mieszkając ją porwali, chociaż dziwnie ciężką im się być wydała. Zanieśli ją do domu i postawili obok komnaty żon swoich, nie bawiąc się zbytnio jej oglądaniem. Potem na spoczynek się udali. W tym czasie Ruggieri spał krzepkim snem. Jednakoż ziele powoli siłę swoją traciło, tak iż młodzieniec obudził się przed świtem. Chociaż jednak sen go już opuścił, pozostało mu niejakie odurzenie, którego nie tylko przez noc, ale i przez wiele dni następnych pozbyć się nie mógł. Rozwarł szeroko oczy, aliści nic nie widząc dokoła, począł rękoana maoać. Dorozumiawszy się, że w jakiejś skrzyni się znajduje, rzekł do siebie: „Co to ma znaczyć? Gdzież ja jestem? Czy śpię, czy też obudzony jestem? Przypominam sobie, że wieczorem bawiłem w komnacie mojej kochanki, a teraz zdaje mi się, że jestem w jakiejś skrzyni zamkniony. Cóż to ma znaczyć? Może doktór powrócił albo może coś niespodziewanego zaszło tak, iż jego żona musiała mnie tu śpiącego ukryć. Ani chybi tak być musi“. Do tej myśli przyszedłszy, dech w sobie zaparł i jął nadsłuchiwać, czy azegoś nie usłyszy. Gdy jednak przez czas dłuższy najgłębsze milczenie trwało, a jemu od leżenia w ciasnej skrzyni bok, na którym się opierał, wielce doskwierać począł, chciał się Ruggieri na drugą stronę przewrócić; tak się jednak niezręcznie i gwałtownie poruszył, że, uderzywszy z całej siły 0 ścianę Skrzyni, zachwiał nią, a później ją z strasznym hukiem przewrócił. Rumor ten obudził śpiące w pobliżu kobiety, które z wielkiej trwogi oniemiały 1 leżały, milcząc, jak martwe. Ruggieri sam także upadkiem skrzyni niepomału się przeraził, ujrzawszy jednak, że wieko się otworzyło, nie mieszkając, wylazł z swojej klatki, nie chciał bowiem, aby go we wnętrzu zdybali. Na niewiele jednatk mu się to prtzydiałb, nie wiediział bowiem, gdzie się znajduje; idąc po omacku, szukał jakichś schodów lub drzwi, przez które mógłby umknąć i co chwila potrącał o sprzęty, stojące w komnacie.
Białogłowy, usłyszawszy, że ktoś po komnacie chodzi, spytały wreszcie:
— Kto tam?
Ruggieri, słysząc nieznajome mu głosy, nie odpowiedział. Wówczas biało głowy poczęły wołać na swoich mężów, aliści ci, po długiem czuwaniu tej nocy, spali krzepkim snem i niczego nie słyszeli. Przerażone niewiasty wyskoczyły z łóżek i podbiegły do okna, wołając:
— Złodzieje, złodzieje!
Na ten krzyk obudzili się sąsiedzi, którzy wyprost z ulicy a takoż przez dach do domu lichwiarzy się dostali. Wreszcie i gospodarze oczy otwarli. Ruggieri, spostrzegłszy, że znajduje się w całkiem nieznanem mu miejscu, z zadziwienia przytomność utracił i uciekać nawet nie próbował. Schwytano go też za-raiz i oddano zbirom wielkorządcy, którzy także na ów wrzask przybiegli. Zbiry przywiedli Ruggieri do sędziego, który, znając go, jako wielkiego wszetecznika, natychmiast na pytki wziąć go rozkazał. Młodzieniec, bólem okrutnym przymuszony, wyznał, że wszedł do domu lichwiarzy w zamiarze okradzenia ich. Wówczas sędzia na powieszenie go skazał.
Na drugi dzień po całem Salerno gruchnęła wieść, że Ruggieri w domu lichwiarzy na gorącym uczynku kradzieży przychwycony został. Żona doktora i służka, usłyszawszy o tem, w takie osłupienie popadły, iż prawie uwierzyć były skłonne, że wszystko, co zeszłej nocy zaszło, nie prawdą ale snem było. Krom tego damę prawie do szaleństwa przywodziła myśl o grożącej jej miłośnikowi śmierci. W tym czasie powrócił z Malfi medyk, który natychmiast po powrocie, kazał sobie podać przygotowany napój, chciał się bowiem do chorego udać. Ujrzawszy pustą flaszę, jął krzyczeć w gniewie, że w domu nijakiego ładu niemasz. Żona jego, inne troski mająca na głowie, odparła:
— Przeczże to dla rzeczy tak błahej podobny gwałt podnosisz? Wielce mi ważna sprawa, że woda rozlana została! Zaliż nie wystarczy tej wody, co jest na świecie!
— O głupia białogłowo! — zawołał doktór — mniemasz więc, że to zwykła woda była? Muszę ci rzec, że w wielkim błędzie jesteś, był to bowiem napój, który choremu na sen zadać chciałem.
Dama, słowa te usłyszawszy, pojęła oidrazu, że Ruggieri tej wody napić się musiał, dzięki czemu do nieboszczyka stał się podobien. Odrzekła tedy swemu mężowi:
— Nie wiedziałam o tem wcale, ale możecie przecie nowy napój przygotować!
Po chwili powróciła służka, którą dama wysłała, aby o Ruggierim języka zasiągnęła i rzekła:
— Madonno, wszyscy już Ruggieri opuścili! Jak się dowiedziałam, dotąd 299 żaden krewniak ani przyjaciel oń się nie upomniał, tak iż waett kochanek znikąd pomocy oczekiwać nie mnożę. Pospolicie sądzą, że kat go jutro obwiesi. Posłuchajcie mnie teraz uważnie, zdaje mi się bowiem, że odgadłam, jakim sposobem Ruggieri u lichwiarzy mógł się znaleść. Rzecz się tak miała: — Znacie zapewnie stolarza, przed którego drzwiami stała skrzynia? Owóż przed chwilą widziałam stolarza, sprzeczającego się zawzięcie z jakimś człekiem, który był, ani chybi, właścicielem skrzyni. Człek ten dlomagał się zapłaty za skrzynię, stolarz zasię twierdził, że jej nie sprzedał, bowiem mu ją tej nocy ukradziono.
— Łżesz niegodnie — zawołał wówczas właściciel skrzyni — widziałem ją bowiem w domu dwóch lichwiarzy tej nocy, gdy Ruggieri pochwycono. Mówili mi sami, żeś im ją sprzedał.
— Tedy oni kłamią, a nie ja — odparł stolarz — nigdy im jej bowiem nie sprzedawałem; musieli mi ją ukraść tej nocy.
To rzekłszy, stolarz pospołu z właścicielem skrzyni udali się do domu lichwiarzy, ja zasię przybiegłam tutaj. Dowodnie z tej rozmowy widać, jakim sposobem Ruggieri mógł się do ich domu dostać. Pojąć jeno nie mogę, jak mu się zmartwychwstać udało.
Dama wiedziała już dobrze, co ma myśleć o calem zdarzeniu, dlatego też powtórzyła służce zaraz słowa doktora. Potem poczęła ją zaklinać, by ratowała Ruggieri od niechybnej śmierci, aliści w ten sposób, by jej cześć szwanku nie doznała. Wówczas służka obiecała, że uceyni wszystko, co w jej mocy się okaże, niechaj tylko dama nauczy ją pierwej, jak ma poetąipić. Dama, czując nóż na gardle, ułożyła naprędce stosowny plan i służkę szczegółowie weń wtajemniczyła.
Dziewczyna udała się, nie mieszkając, do doktora i rzekła doń z płaczem:
— Ach, panie, błagam was o przebaczenie, bowiem srodze wobec was zawiniłam.
— Jakaż to wina? — spytał doktór.
— Znacie wszak młodzieńca Ruggieri de Jaroli? Upodobał mnie sobie i wszystkiemi siłami, łask i gróźb nie szczędząc, starał się mnie nakłonić k‘temu, abym jego kochanką została. Dowiedziawszy się wczoraj, że was nie będzie w domu, to na mnie wymógł, żem go do swej komnaty wpuściła. Nagle pić mu się zachciało; nic wiedziałam, skąd wody lub wina dostać, nie chciałam przy-tem, aby mnie obaczyła żona wasza, która właśnie w przyległej komnacie się znajdowała. Przypomniawszy sobie, że w komnacie waszej widziałam flaszkę z wodą, pobiegłam po nią co tchu; gdy Ruggieri wodę wypił, odniosłam 300 flaszkę z powrotem na dawne miejsce. Wiem, że zawiniłam, któż jednak nie grzeszy czasami? Srogo już za to zapłaciłam, gniew wasz teraz znosząc, a krom tego wiedząc, że Ruggieri głowę położyć może. Błagam was przeto, przebaczcie mi i pozwólcie mi Ruggieri ratować.
Doktór, chocia rozgniewany, nie mógł się wstrzymać od śmiechu i rzekł żartobliwie:
— Jeśliś komu na złość uczyniła, to chyba samej sobie, bowiem miast dzielnego towarzysza, miałaś w łożu jednego z braci śpiących. Idź teraz i ratuj swego miłośnika od postronka, a na przyszłość nie waż się go do domu sprowadzać, bowiem rozprarwię się wówczas z tobą za wszystkie twoje sprawki. Służka rada, że pierwszy wybieg tak jej się udał, pobiegła, nie mieszkając, do więzienia i tyle na strażniku wymogła, że pozwolił się jej ’z Ruggieri abaczyć. Wyjaśniwszy pokrótce Ruggieri, co sędziemu powiedzieć winien, sama co rychlej do sędziego pospieszyła. Ów, obaczywszy świeżą i piękną dziewczynę, dał po-znakę, że chciałby bliżej jej przymioty poznać, czemu młódka nie sprzeciwiła się wcale dla dobra sprawy. Gdy się to przedwstępne badanie skończy-ło, rzekła:
— UwdęmMśmy, panie, Ruggieri da Jeroli za kradzież, popełniając przez to wielką niesprawiedliwość. Później opowiadziała mu całą historję od początku do końca, a więc, jak swego miłośnika do domu doktora wwiodła, jak przez niewiadomosć dała mu napoju na sen i jak, za umarłego go poczytując, wr skrzyni go ukryła. Powtórzyła także rozmowę stolarza z właścicielem skrzyni, z której dowiedziała się, jakim sposobem Ruggieri do domu lichwiarzy się dostał.
Sędzia pojął odrazu, że nie trudno będzie dojść, azali jej słowa są prawdą rzetelną. Naprzód wybadał doktora, czy sprawa z napojem w samej rzeczy tak się miała, później, przyzwawszy stolarza, właściciela skrzyni i lichwiarzy uznał, że skrzynia ukradziona i w nocy do domu przeniesiona została. Wreszcie posłał po Ruggieri i zapytał go, gdzie ostatni wieczór spędził? Ruggieri odparł, że nie wie o tem i że to tylko sobie przypomina, iż przybył do służki doktora Mazzeo, w zamiarze spędzenia z nią nocy; potem, gdy mu się pić zachciało, napił się wody; co się dalej stało, nie wie, krom tego, że ocknął się w skrzyni w domu lichwiarzy.
Sędzia, słów Ruggieri wysłuchawszy, mało się nie rozpukł ze śmiechu i kazał sobie kilkakrotnie te zeznania powtórzyć. Poczerni wypuścił Ruggieri z więzienia, uznawszy go za niewinnego, a lichwiarzy za kradzież skrzyni skazał 301 na zapłacenie dziecięciu uncyj złota. Nie trza mówić, jak Ruggieri i jego dama cieszyli się z takiego obrotu sprawy, śmiejąc się ze służki, która radziła pchnąć nożem ciało młodzieńca. Kochankowie żyli jeszcze wiele lat, ciesząc się szczęściem swojej miłości. Pragnąłbym dla siebie podobnego szczęścia, pod tą jednak kondycją, że w skrzyniby mnie nie zamkniono.
Jeżeli poprzednie opowieści tego dnia serca dam smutkiem napełniły, to opowieść Dionea taki śmiech w nich wzbudziła, że o wszystkich smutkach zapomniały.
Król, widząc, że słońce ku zachodowi kłonić się poczyna, zapowiadając kres jego rządów, jął krotochwilnemi słowy przepraszać damy za wybranie tak smutnej do opowieści materji, nieszczęść kochanków dotyczącej. Później podniósł się, zdjął z głowy warzynowy wieniec i wśród powszechnego oczekiwania dam, starających się odgadnąć, kogo królową uczyni, włożył go na złotowłosą głowę Fiammetty z temi słowami:
— Tobie ten wieniec oddaję, wiem bowiem, że żadna z naszych towarzyszek nie potrafi lepiej od ciebie jutro nas rozweselić i rozproszyć smutku, który dfcisiaj iw sercach naazych zapanował.
Długi, falisty włos Fiammetty spływał wdzięcznie na jej białą, aksamitną szyję, a lica jej jaśniały krasą białych i purpurowych róż. Oczy jej błyszczały, jak źrenice sokoła, a wargi podobne były do rubinów. Wziąwszy wieniec z rąk Filostrata, rzekła z uśmiechem:
— Zgoda, Filostracie! Z chęcią z rąk twoich koronę tę przyjmuję; abyś zasię lepiej zdał sobie sprawę z popełnionej dziś przez siebie winy, rozkazuję, aby każdy przygotował na ju/tro opowieść o szczęśliwym końcu różnych przeciwieństw, którym zakochani podlegali.
Materja ta wszystkim do gustu przypadła. Poczem nowa królowa, przywoławszy marszałka i obmówiwszy z nim sprawy niecierpiące zwłoki, dała całemu towarzystwu swobodę aż do czasu wieczerzy. Rozeszli się więc wszyscy: jedni udali się do sadu, którego pięknościami nie można się było łatwo przesycić, drudzy poszli drogą ku młynom, inni wreszcie tu i owdzie się przechadzali. Gdy czas wieczerzy nadszedł, zebrali się koło fontanny. Po wieczerzy, zgodnie z obyczajem, pod przewodnictwem Filomeny rozpoczęli śpiewy i tańce. W czasie, gdy Filomena wdzięcznie pląsała, królowa rzekła do filostrata:
— Nie chcąc odróżniać się czemkolwiek od moich poprzedników, za ich przykładem rozkazuję, aby jakaś pieśń odśpiewana została. Ponieważ zaś prze 302 kotuuia jestem, że twoje pieśni do opowieści twych podobne być muszą, wzy> wam cię tedy do odśpiewania czegoś, coby ten smutny dzień zakończyło. Filo-strato, nie wzdragając się wcale, taką pieśń zaśpiewał:
Dla jakich przyczyn biedne serce moje Wieczystą skargą na miłość wybucha,
Chcę opowiedzieć. Niech mnie każdy słucha!
Gdy poraź pierwszy spłynęła w mą duszę Miłość, dla której dziś znoszę katusze I łzy goryczy wylewam bez końca,
Jaśniejszą była mi od gwiazd i słońca, l tak radosną, że jej chęciom gwoli Do najstraszniejszych byłbym gotów kaźni! Lecz wnet poznałem błąd mej wyobraźni:
To była złuda, która wabi, drażni,
Na to, by strącić w odmęty niedoli.
Tak... Opuściła mnie okrutnie ona,
Choć rajem dla mnie były jej ramiona.
Na głuchą pustkę otwarła mi oczy,
Gdym już cel pragnień miał posiąść uroczy. Gdym obraz marzeń widział niedaleki.
Nagle odeszła ode mnie na wieki!
Na próżno serce moje krwią dziś broczy.
Inne już w piersiach jej tleje kochanie,
A mnie zostały: rozpacz i wygnanie!
Więc zrozpaczony, smutny i sierocy, Rzewnemi skargi żalę się wśród nocy.
Wieczną męczarnią trawię się i ginę, / klnę, niestety, ten dzień i godzinę,
W której ujrzałem jej wdzięki zwodnicze, / blask dokoła siejące obłicze, Najpowabniejszą zguby mej przyczynę! Zbywszy się wiary i nadziei słońca,
Kłnie ją ma dusza, od boleści mrąca! 303
Że już na ziemi jestem, jak przechodzień,
Wie Bóg, co modłów moich słucha codzień;
Niechaj śmierć przyjdzie i litośnym razem Życie i boleść uciszy zarazem!
Z uśmiechem szczęścia będzie świat żegnała!
Konając, składać będę za to dzięki,
Gdziekolwiek bowiem duSza pójdzie z ciała,
Z uśmiechem szczęścia będzie świat żegnała.
Więc kiedy tylko śmierć mi jedna płuży,
I kiedy wytrwać już nie mogę dłużej,
O ześlij fni ją, Amorze ’okrutny!
Niechaj wśród nocy jęk i głos mój smutny Kochankom szczęsnej chwili nie zamąca,
Niech się mą śmiercią cieszy triumfująca,
Ona, dla której tak byłeś rozrzutny,
Że aż dwa serca zapaliłeś dla niej,
Z których tu jedno krwawi się i rani! 0 pieśni moja, pieśni w Izach skąpana,
Już niepowtórna, nienaśladowana,
Której żałości nikt udać nie zdoła.
Leć wołać śmierci cichego Anioła!
Powiedz mu, jak mi ciężkie życia brzemię,
Niech miłosiernie spłynie na tę ziemię,
Wysłucha głosu, co błagalnie wola. 1 na twe prośby tkliwszy, niż na moje,
W krainę ciszy weźmie nas oboje.
Dla jakich przyczyn biedne serce moje Wieczystą skargą na miłość wybucha,
Zrozumie każdy, kto mnie dziś wysłucha!
Słowa tej pieśni ukazały, jaki jest stan duszy Hlostrata, a takoż wyjaśniły stanu tego przyczyny. Może być, że dama, o której śpiewał, zdradziłaby się rumieńcem na swem licu, gdyby nie cienie nocy, wszystko przysłaniające. Po tej pieśni jeszcze wiele innych odśpiewano, a później, gdy stosowna pora na spoczynek nastała, wszyscy po swoich komnatach się rozeszli. %
OPOWIEŚĆ I
Podwójne porwanie
Cimone, zakochawszy się, rozumnym, człekiem się staje. Chcąc się połączyć z umiłowaną przez się Ifigenją, porywa ją na pokład sutego okrętu. Na wyspie Rodos Cimone dostaje się do więzienia, z któreko uwalnia go Lysimacho. Cimone i Lysimacho w czasie weselnej uczty porywają Ifigenję i Kassandrę i uciekają z niemi na Cypr; później z żonami swemi do ojczyzny powracają.
Już wschód w srebrzystej stanął bieli i słońce promieniami awemi całą naszą półkulę oświeciło, gdy Fiammetta, zbudzona wdzięcznemi śpiewy ptaków, zwiastujących z drzew i krzewów pierwszą dnia godzinę, wstała i resztę towarzystwa obudzić kazała. Zebrawszy się, udali się na przechadzkę. Wesoło gwarząc, przechadzali się po polu, w dolinie leżącem, póki słońce nie stanęło na niebie. Gdy słoneczne promienie żarem tchnąć poczęły, towarzystwo do domu, powróciło, aby pokrzepić się winem i różnych słodyczy skosztować. Pete^^do obiadu, wszyscy w ogrodzie pozostali. Gdy czas obiadu nadszedł, marszałek wszystko do posiłku przygotował. Na rozkaz królowej zagrano na cytrze i kilka piosenek odśpiewano, a potem towarzystwo ochoczo do stołów zasiadło. Po obiedzie, wedle obyczaju, poczęli tańczyć przy dźwięku instrumentów. Wreszcie królowa wszystkich na spoczynek odpuściła. Niektórzy legli na łoża, inni zasię ostali w ogrodzie, aby różnym rozrywkom się oddawać. Gdy nadeszła godzina dziewiąta, wedle obyczaju, zebrali się koło fontanny. Królowa, pierwsze miejsce zająwszy, spojrzała z uśmiechem na Pamfila i rozkazała mu rozpocząć szereg wesołych opowieści. Pamfilo, posłuszny wezwaniu, zaczął w te słowa: 307
Miłe damy! Wiele znam opowieści, któremi wesoły dzień dzisiejszy zacząóby było można, ale jedna z nich szczególnie mi do smaku przypada, nie tylko bowiem azazęśliwie się kończy, czego materja naiszych opowieści dzisiaj wymaga, lecz i okazuje dowodnie potęgę miłości, którą wielu ludzi, nie wiedzących, co mówią, ośmiela się ganić i przeklinać. Mniemam, że wszyscy, tutaj zebrani, miłują; dlatego też hislorja moja (przypaść im winna do serca. Z starożytnych kronik wiadomo nam, że na wyspie Cypr żył ongiś człek szlachetnego rodu, zwany Aristiippo, z którego mieniem mienie żadnego z jego współziomków w paragon wchodzić nie mogło. Los mu wielce sprzyjał we wszystkiem, krom jednej rzeczy, która mu wiele smutku przyczyniała. Jeden z jego synów, urodą i postacią nad braćmi swymi górujący, miał wielce tępe przyrodzenie i umysł głupkowaty. Młodzieńca tego zwano Galeso. Chocia preceptor starań i trudów, a rodzic pieszczot i plag nie litował, nie sposób go było nauczyć gramatyki i dwornego obejścia. Głos jego pozostał grubym i chrapliwym, a zachowanie, godniejsze bydlęcia, niż człowieka. Dlatego też nazwano go Cimone, co tyle znaczy w tamtejszym języku, ile u nas „bałwan44 lub „bydlę44. Nieszczęśliwy ojciec płakał gorzko nad losem syna, aż wreszcie, straciwszy wszelką nadzieję uszlachetnienia go, wysłał go na wieś, aby tam z parobkami przestawał, nie chciał bowiem mieć ciągle na oczach ciężkich swoich zmartwień powodu. Cimone wielce się z tego ucieszył, bowiem obyczaje pospólstwa bliższe mu były, niźli obyczaje ludzi polerowanych. Udał się zatem na wieś i tam gospodarstwem się zajął. Pewnego dnia ipo południu wyszedł z domu z kijem na ramieniu, aby dojrzeć robót w polu. Droga szła przez piękny gaik, który w tej porze roku stał w zieleni. Ani chybi sam los jego krokami kierował. Przechodząc przez łączkę, otoczoną wysokiemi drzewami, obaczył wielce urodziwą, młodą dzieweczkę, śpiącą obok źródła, tchnącego świeżością. Cienka, przezroczysta szata, okrywająca śpiącą dzieweczkę, pozwą-lała dokładnie rozróżnić jej piękne kształty. Śnieżnej białości okrycie szczelniej ją zasłaniało tylko od pasa do nóg. U stóp jej spoczywały dwie białogłowy i mężczyzna, widać na służbie u niej pozostający. Cimone po raz pierwszy w życiu obaczył kształtne członeczki niewieście; oparty na kiju, w osłupieniu przypatrywał się dzieweczce długo i uważnie. I oto nagle w jego nieokrzesanej duszy, której usilne starania uszlachetnić dotąd nie zdołały, zrodziła się myśl, że dziewczę to jest najpiękniejszą istotą, jaką kiedykolwiek śmiertelny wzrok mógł ujrzeć. Tak myśląc, zważał pilnie wszystkie jej ciała ponęty; podziwiał prześliczne jej włosy, które mu się złotemi wydawały, czoło, usta, nos, szyję 308
» i ramiona, w szczególności zaś dziewicze piersi, nie całkiem jeszcze rozwinięte. Przedzierzgnąwszy się nagle z gbura w wielbiciela piękności, jął pragnąć gorąco, aby dzieweczka otworzyła oczy, głębokim snem zamknione. Kilka razy przychodziła nań pokusa obudzenia miodki, aliści, jako że zdała mu się ona od wszystkich białogłów piękniejsza, nie śmiał tego uczynić, ze strachu, że mógłby boginię obrazić. Wiedząc, że niebiańskie istoty mają większe prawo do czci, niźli ziemskie, postanowił zaczekać, aż dzieweczka sama oczy otworzy. To oczekiwanie męczyło go, jednakoż, zatopiony w rozkoszy, nie ruszał się z miejsca. Wreszcie dzieweczka, którą Ifigenją zwano, ocknęła się, podniosła głowę i, obaczywBzy Cimone, stojącego przed nią, wielce się zdziwiła i rzekła:
— Czego szukasz, Cimone, w gaju o tej godzinie?
Cimone znany był w tej okolicy każdemu, dzięki swojej urodzie, głupocie i bogactwu swojego ojca. Nie odparł om mc na pytanie Ifigenji, jeno wpatrywał się uparcie w jej oczy, bowiem zdało mu się, że spływa nań z nich jakaś niewymowna słodycz, dotychczas mu nieznana. Dzieweczka spostrzegła to, a obawiając się, aby dzikus od tak osobliwego wpatrywania się w nią nie przeszedł do jakichś nieobyczajnych ruchów, podniosła się, zawołała na służbę swoją i rzekła:
— Bądź zdrów, Cimone!
Cimone jednak, nie chcąc odejść, odparł:
— Pójdę z tobą!
I chociaż młódka, wciąż jeszcze niru niedowierzająca, przystać na to nie chciała, młodzieniec aż do samego domu ją odprowadził. Poczem udał się natychmiast do swego rodzica i oznajmił mu, że pod żadnym warunkiem dłużej na wsi nie pozostanie. Ojcu i krewniakom wielce to nie po myśli było, pozwolili mu jednakoż pozostać w mieście, ciekawi byli bowiem dowiedzieć się, co tak jego gusty odmieniło. Cimone zaś, którego serce żadnemu wpływowi dotąd nieprzystępne, piękność Ifigenji strzałą miłości przeniknęła, w krótkim czasie ojca swego, krewniaków i wszystkich znajomych w zadziwienie wprawił. Naprzód bowiem poprosił ojca, aby dał mu te same stroje i ozdoby, co jego braciom, na co ojciec zgodził się z radością. Potem jął przestaiwać z młodzieńcami wykształconymi, uczył się od nich obyczajów, i dwomości, kitóre szlachetnie urodzonym ludziom, a zwłaszcza kochankom przystoją i w ten sposób, ku powszechnemu zadziwieniu, w krótkim przeciągu czasu nie tylko gramatyki się nauczył, aliści stał się i w filozofji uczniem wielce biegłym. Wszystko to było skutkiem jego miłości do Ifigenji. Wkrótce jego obyczaje z grubych polerowanemi się 309 stały; opanował kunszt śpiewu, stał się zawołanym jeźdźcem i we wszystkich wojennych ćwiczeniach celować począł. Nie będę się tutaj szerzył nad wszyst-kiemi jego przymiotami, powiem jeno, że i cztery lata nie minęło od dnia, w którym się zakochał, a już młodzieży cypryjskiej wykształceniem i szlachet-nemi obyczajami przodował. Cóż rzec będziemy mogli o urodzie damy i o tym Cimone? Ani chybi pomyśleć musimy, że w jego duszy kryły się bogate dary, które zawistna fortuna w najsilniejszych pętach, w małym zakącie jego serca trzymała; dopiero Amor, od fortuny potężniejszy, łańcuchy te rozerwał. Bóg miłości, co budzi drzemiące talenta, rozproszył mgłę i umysł jasnym światłem oświecił, chcąc pokazać, z jakich otchłani może ducha człowieczego wydobyć, aby jego przymioty w niezaćmionym przedstawić blasku. Chociaż Cimone, jak to pospolicie z zakochanymi młodzieńcami się zdarza, w objawach swej miłości do Ifigenji nieraz miarę przechodził, jednakoż ojciec jego wszystko to cierpliwie znosił; owszem, zważywszy, że Amor syna jego z barana na człowieka przemienił, zachęcał go sam do miłości. Młodzieniec przez pamięć, że Ifigenja przy pierwszym spotkaniu Cimonem go nazwała, zatrzymał to imię, zamiast właściwego Galeso. Cimone, pragnąc miłość swoją uwieńczyć, udał się do Cypsea, ojca Ifigenji, aby go o jej rękę poprosić. Aliści Cypeeo odparł, że przyrzekł był ją właśnie młodemu rodyjskiemu szlachcicowi, Pasimundowi.
Gdy nadszedł dzień zaślubin, narzeczony przysłał po Ifigenję. Wówczas Cimone rzekł do siebie:
— O Ifigenjo, teraz przyszła stosowna pora, w której dowieść należy, jak cię miłuję. Dzięki tobie człowiekiem się stałem, a jeśli cię teraz posiądę, zaiste za równego bogom się poczytam! Albo będziesz.należała do mnie, albo zginę.
Zwoławszy w tajności na naradę kilku przyjaciół, uzbroił okręt, wyruszył na niem na morze i jął oczekiwać na statek, który miał odwieść Ifigenję na Rodos do jej męża.
Tymczasem ojciec młodej dziewczyny, przyjąwszy z wielką czcią wysłańców swego przyszłego zięcia, oddał im Ifigenję, Cimone, czatując na nią, spostrzegł następnego dnia okręt, na którym płynęła. Zbliżywszy się do korabiu, zawołał wielkim głosem:
— Zatrzymajcie się i zwińcie żagle, jeżeli nie chcecie zginąć w głębi morza.
Na ten okrzyk Rodyjczycy porwali za broń i do walki się przygotowali. Cimone zarzucił hak na ich pokład i skoczył nań z odwagą lwa, nie oglądając się nawet, czy kto idzie w jego ślady i nie zważając na liczbę wrogów swoich. 310
Mdłość dodała, mu sił. Z nożem w ręku rzucił się w sam środek nieprzyjaciół, którzy wokół niego ranni i martwi padali. Wreszcie Rodyjczycy, grozą przejęci, rzucili broń i za zwyciężonych się uznali, błagając Cimone, aby ich wziął w niewolę. Wówczas Cimone rzekł do nich:
— Młodzieńcy! Nie żądza łupu, ani nie nienawiść do was pobudziła mnie k‘temu, że z orężem w ręku tu, na morzu, na was napadłem. To, co jest dla mnie najdrogocenniejszym skarbem łatwie i bez zwady otrzymać mogę. Miłuję Ifigemję, a jeśli siłą z rąk iwasaych ją biorę, to winien temiu jest jej rodzic, który mi jej po dobrej woli dać nie chciał. Stanę się dla niej tem samem, czem chciał być wasz Pasimundo. Oddajcie mi ją i ruszajcie z Bogiem!
Rodyjczycy raczej z konieczności niż z dobrej woli oddali Cimone płaczącą Ifigenję. Cimone, ujrzawszy ją we łzach, zawołał:
— Nie trap eię, najmilsza! Jestem twoim Cimone, który wytrwałą miłością swoją więcej prarw do ciebie zyskał, niźli Pasimundo, dzięki obietnicy rodzica twego. Poczem, nie tknąwszy nic z własności Rodyjczyków, rozkazał przeprowadzić dzieweczkę na swój pokład i odpłynął.
Cimone, niezwykle uradowany z tak drogocennej zdobyczy, ze wszystkich sił starał aię pocieszyć Ifigenję. Potem zwołał na radę towarzyszów swoich i spytał, azali bezpiecznie będzie na Cypr powrócić. Wszyscy osądzili, że lepiej będzie ku Krecie się obrócić, gdzie Cimone wielu przyjacół i znajomych posiadał. Aliści fartuna, która tak łatwie pozwoliła mu owładnąć umiłowaną dzieweczką, nagle niezmierną radość zakochanego młodzieńca w gorzki smutek przemieniła. Nie upłynęły bowiem jeszcze cztery godziny od chwili napaści na rodyjski korab, gdy nastąpiła noc, od której Cimone najwyższej, nieznanej mu jeszcze rozkoszy się spodziewał; podniósł się wiatr, niebo się zamroczyło chmurami i całe morze strasznie się poburzyło. Nikt nie wiedział, w którą stronę okręt płynie; marynarze, spełniając swoją służbę, z trudnością na nogach się utrzymywali. Jak głęboko się tem Cimone strapił, mówić nawet nie trzeba. Zdało mu się, że bogowie tylko dlatego jego marzenie spełnili, aby silniej odczuł okropność śmierci, która go dawanej nie straszyła. Towarzysze jego także w głos się skarżyli, ale najżałośniej zawodziła Ifigenja, płacząca i drżącą całem ciałem przy każdem pochyleniu się okrętu. W rozpaoznych słowach ’przeklinała miłość Cimone i wyrzekała na jego ’zuchwalstwo, twierdząc, że gniew bogów jest przyczyną tej burzy, bowiem bogowie, nie chcąc, aby Cimone wbrew jej woli za małżonkę ją pojął, postanowili naprzód ją życia pozbawić, a potem i jego uśmiercić. Wiatr tymczasem dął z coraz większą siłą, 311 tak iż marynarze całkiem głowy potracili. Gdy tak wszyscy nie wiedzieli dokąd płynę, okręt zbliżył się do brzegów Rodosu. Marynarze, nie domyślając się nawet, że to Rodos i widząc brzeg ziemi, wszelkich wysiłków dokładali, ażeby na ląd się dostać i życie uratować. Los był im przychylny, wiatr zagnał okręt do buchty, do której niedawno zawinął był okręt z Rodyjczykami. Gdy świt nastał i izorza na niebie błysnęła, towarzysze Oimone ujrzeli okręt Rodyj-czyków, stojący od nich nie dalej, jak na strzał z łuku. Na ten widok Cimone przeraził się niewymownie i rozkazał wszelkich sił ku temu dołożyć, aby buchtę opuścić, choćby potem i przyszło zdać się na losy przeciwne, nigdzie bowiem groźniejsze niebezpieczeństwo na nich czekać nie może. Wszystkie ich wysiłki jednakoż daremne były; okrutny wicher dął tak silnie, że nie tylko wyjść im na pełne morze nie dozwolił, ale, mimo rozpacznego oporu, do lądu ich przyparł. Gdy tylko do brzegu się przybliżyli, natychmiast marynarze rodyjscy ich poznali. Kilku z nich pobiegło do pobliskiego grodu, aby uwiadomić młodych panów rodyj«kich, którzy już pierwej na ląd wyszli, że Cimone z Ifigenją zostali przygnani burzą do tego samego miejsca, co i oni. Szlachcice rodyjscy, niezmiernie tą wieścią uradowani, zebrawszy gromadę uzbrojonych ludzi, pobiegli na brzeg morski. Tymczasem Cimone i jego ludzie, opuściwszy pokład, postanowili w pobliskim lesie schronienia szukać, aliści pochwycono ich wraz z Ifigenją i do grodu odprowadzono. Pasimundo, na wieść o tem, wniósł skargę przed senat radyjski. Senat wysłał Lysimacha, będącego w tym roku wielkorządcą Rodosu, z oddziałem żołnierzy, aby Cimiona wraz z jego towarzyszami w więzieniu osadził. Takim oto sposobem postradał nieszczęśliwy Cimone ledwie pozyskaną Ifigenję, nie otrzymawszy od niej nic więcej od kilku pocałunków. Ifigenję powitały ze czcią szlachcianki rodyjskie, starając się zatrzeć w jej pamięci wrażenia niewoli i strachu, przeżytego przez nią w czasie burzy, i zajmując się nią troskliwie aż do dnia naznaczonego na (zaślubiny.
Pasimundo wielce się o to starał, aby Cimone i jego towarzysze na śmierć skazani zostali, jednakoż szlachta rodyjeka, z którą tak łaskawie się był obszedł, wiolność jej powracając, nastaiwała na to, aby życie im darowano, skazując ich jeno na wieczyste więzienie. Cimone z towarzyszami znalazł się tedy w lochu, gdzie wiek swój trawił w rozpaczy, nie mając żadnej nadziei na wyzwolenie. Tymczasem, gdy Pasimundo z przygotowaniami do wesela się spieszył, los, jakgdyby żałując krzywdy Cimonowi wyrządzonej, przyszedł mu z nieoczekiwaną pomocą. Pasimundo miał młodszego brata, imieniem Hor-misda, który przez długi czas ubiegał eię o rękę pewnej pięknej i szlachetnej 312 dziewicy, Kassandrą zwanej. Ową Kassandrę miłował także Lysimachus; Pa* sunundo, przygotowują* wielkie uroczystości na dzień swych zaślubin, pomyślał, że dla uniknięcia (niepotrzebnych wydatków i straty ozasu, dobrze będzie jednocześnie z swojem weselem wesele llormiedy odprawić. Porozumiał eię tedy raz jeszcze z rodzicami Kassandry i skłonił ich do tego, iż Hormisdę za zięcia przyjęli, zgadzając się na dopełnienie zaślubin tego samego dnia. Lysimachus, dowiedziawszy się o tem postanowieniu rodziców Kassandry, niszczącem wszystkie jego nadzieje, niepomiernie się strapił; dotychczas bowiem spodziewał się ciągle, że, jeśli Hormisdzie odmówią, to on Kassandrę dostanie. Jednakoż, jako człek wielce roztropny, z gniewem swym się nie zdradził, ale jął rozmyślać nad tem, jakby wykonaniu tych zamysłów przeszkodzić, wreszcie postanowił, że jest tylko jeden środek: porwanie Kassandry. Sprawa ta wydała mu się łatwa, ze względu na godność, jaką piastował.
Po długiej walce dusznej, cześć ustąpiła wreszcie miejsca miłości i Lysimachus postanowił pochwycić Kassandrę, choćby go to i życie kosztować miało. Głowiąc się nad tem, czyją pomoc mógłby tu sobie zapewnić, wspomniał o Cimone, który pospołu z towarzyszami w lochu siedział. Lepszych i wierniejszych pomocników w tym wypadku znaleśćby nie mógł. Najbliższej nocy rozkazał tedy tajnie ich do siebie przywieść i rzekł do nich w te słowa:
— Cimone! Bogowie, rozdzielający łaskawie i hojnie dary swoje między śmiertelników, lubią także często cnotę ich na twarde próby wystawiać. Tych, których w losu niestatkach stałymi i nieugiętymi znajdują, obdarzają nagrodą najwyższą, bowiem uważają ich za zasługujących ze wszechmiar na nią. Dlatego też i ciebie postanowili doświadczyć jeszcze wówczas, gdyś przebywał w domu ojca swego, który, jak słyszę, jest pono wielce bogatym człowiekiem. Naprzód tedy, jak powiadają, serce twoje zapaliło się pragnieniem miłości, która z grubego zwierzęcia w człowieka cię przemieniła; potem nieszczęsnych przygód i więzienia zaznać musiałeś. Bogowie drogą tych dośwtiadazeń uznać pragną, czy duch twój silnym pozostał, takim, jakim był wówczas, gdyś eię radował,
I zdobyczą owładnąwszy. Jeśli jest tak w samej rzeczy, to bogowie gotowi są obdarzyć cię najwyższem szczęściem, o czem chcę cię uwiadomić, abyś już teraz dawne siły ducha w sobie skrzepił. Otóż Pasimundo raduje się teraz z zwycięstwa swego nad tobą i przyspieszyć się stara związek swój z Ifigenją, którą los już raz tobie oddał poto, aby ją ci nagle odebrać. Jak nad tem boleć musiałeś, wiem najlepiej ja, bowiem podobne icierpienia znoszę. W tym samym dniu co ciebie i nuiie okrutny los ma spotkać; obaczę Kassandrę żoną 313
Hormisdy, który jest bratem wroga twego. Jeden tylko widzę środek, aby móc do podobnej niesprawiedliwości fortuny niedopuścić: z orężem w ręku porwać musimy umiłowane przez nas białogłowy. Powrócona ci wolność bez Ifigenji wielkiej wartości, jak tuszę, dla ciebie mieć nie może; aliści, gdy na swobodzie aię ockniesz, wolność ta przeciwną ci nie będaie, gdy zaisię rady się mojej posłuchasz, bogowie ci dopomogą.
Słowa te powróciły Cimone straconą otuchę. Nie namyślając się długo, odparł w te słowa:
— Lysimachu! Nie znajdziesz wierniejszego i mężniejszego pomocnika, niźli ja. Rzeknij mi tylko, co mfam uczynić, a obaczysz, że dokonam wszystkie i go z nadprzyrodzoną prawie.siłą.
— Za trzy dni — rzekł Lysimachus — młode oblubienice mają wstąpić do domu swoich mężów. Wieczorem tedy, ty ze swymi towarzyszami, a ja z oddziałem zbrojnych, wtargniemy do wnętrza daniu, porwiemy nasze umiło 1 wane od biesiadnego stołu i uprowadzimy je na okręt, który już tajemnie przygotować kazałem. Kto nam na wstręcie stanąć się odłważy, zginie nędznie!
Zamysł ten waeilce się Cimone podobał. Powrócił spokojnie do więzienia i jął czekać na dzień oznaczony. Nadszedł wreszcie dzień zaślubin. Zaczęła się wspaniała uczta i cały dom wesołością rozbrzmiewał. Tymczasem
Lysimachus wiszystko już przygotował. Cimone, jego to warzy Me i przyjaciele (
Lysimacha Otrzymali broń, którą ipod azaftami ukryli. Lysimachus go-rącemi słowy do walki ich zagrzał, a potem na trzy hufce podzielił. Pierwszy astawił w przystani, aby nikt w stosownej chwili na okręt wejść im nie przeszkodził, a z dwoma drugimi ido domu Pasimunda wyruszył. Tutaj jeden oddział stanął przed drzwiami na przypadek, gdyby ktoś od wnętrza te drzwi zamknąć się starał, odwrót im odcinając. Nareszcie na czele ostatniego oddziału Cimone i Lysimachus weszli do sali weselnej, gdzie obie oblubienice, otoczone darniami, za stołem siedziały. Napastnicy przewrócili stoły, pochwycili swoje umiłowane i natychmiast powierzyli je towarzyszom z rozkazem, aby je na okręt uprowaidzili. Białogłowy poczęły płakać i lamentować, goście i isłużiba także krzyk podnieśli, tak iż cały dam wrzawą się napełnił. Cimone i Lysimachus, dobywszy mieczów, przebili się przez tłum gości ku wyjściu. Na sdiodach rzucił się na nich iPasimundo, który na gwałt podniesiony nadbiegł z ogromną palką w ręku. Cimone ciął go mieczem tak potężnie przez głowę, że go trupem u nóg swoich położył. Od drugiego ciosu poległ Hor-misda. spieszący na pomoc bratu swemu. Ostawiwiszy idom, pełen krwi, jęków, 314 skarg i żałoby, nie mieszkając, do przystani się udali. Wprowadziwszy biało* głowy na pokład okrętu, odbili od brzegu, bowiem już im tłum zbrojnych zagrażał. Po przybyciu na Kretę Cimone i Lysimachus, serdecznie przez krewniaków i przyjaciół witani, zaślubili damy swoje wśród nieskończonych i świeit-nych uroczystości. Na Cyprze i Rodosie idługo jeszcze chodziły słuchy o ich zuchwałym czynie, który powszechną grozę wywołał. Aliści dzięki poplecznic-twu przyjaciół i krewtiych, wreszcie winowajcom przebaczono tak, iż Cimone
I z Ifigenją na Cypr, a Lysimachus z Kassandrą na Rodos powrócili. Tam po-społu z żonami swemi długo jeszcze w szczęściu i w miłości żyli.
OPOWIEŚĆ II
Strzały Martuccia
Konstaficja miłuje Martuccia Gomito. Usłyszawszy o jego śmierci, wypływa na morze w czółnie, które przybija do brzegu tv Suzie. Znalazłszy umiłowanego przy życiu, uwiadamia go o swojem przybyciu. Martuccio, pozyskawszy łaski króla, żeni się z nią i do Lipari, jako wielce bogaty człek, powraca
Gdy Pamfilo opowieść swoją skończył, królowa wielkiemi pochwałami go obdarzyła, a potem Emilji dalej ciągnąć kazała. Emilja w te słowa zaczęła:
— Zaiste każdy, kto wiele wycierpiał, zasłużył sobie na to, aby cieszyć się szczęściem, które bólem okupione zostało. Ponieważ miłości bardziej się uśmiech szczęścia, niż łza strapienia należy, chętniej tedy wypełnię wolę obecnej królowej, niż jej poprzednika — króla. Wiedzcie zatem, miłe przyjaciółki, że niedaleko od Sycilji znajduje się mała wysepka Lipari, gdzie przed niedawnym caaearn żyła młoda dzieweczka nie®wykłej urody, córka bogatych ludzi,
V
Konstancją zwana. Miłował ją niejaki Martuccio Gomito, urodziwy, szlachetny i obyczajny młodzieniec. Dzieweczka odpłacała mu równą miłością i tylko wtedy szczęśliwą się czuła, gdy go przy sobie miała. Martuccio, pragnąc ją pojąć za żonę, poprosił jej ojca, aby mu ją dał w stadło, aliści otrzymał odpowiedź, że Konstancja nigdy się nie stanie małżonką ubogiego człeka. Martuccio, srodze strapiony, że z przyczyny ubóstwa nim wzgardzono, postanowił Lipari opuścić. Przed odjazdem przysiągł krewniakom i przyjaciołom, że nie wróci do domu pierwej, zanim się bogatym człowiekiem nie stanie. Poczem, odpłynąwszy od Lipari, począł przy brzegach Berberji korsarstwem się parać, grabiąc 317 każdego, kogo napotkał. Los mu wielce sprzyjał i wszystko jaknajlepiejby było, gdyby zdołał nadmierną swoją chciwość pohamować. Martuccio i jego towairzysae nieukontentowani z nagle nagromadzonych skarbów, pragnęli niezmiernenia bogactwami owładnąć. Pewnego dnia zdarzyło się, że napadli na nich na swych statkach Saraceni, którzy po zaciętej walce w niewolę ich wzięli. W czasie boju wielu towarzyszów Martuccia żywot postradało; okręt Martuccia zatopiony został, on sam zasię uprowadzony do Tunisu i tam do lochu wtrącony. Po Lipari wkrótce poszły słuchy, że Martuccio i wszyscy jego towarzysze śmierć w głębi morza znaleźli. Młoda dzieweczka, odjazdem Martuccia wielce strapiona, na wieść o jego śmierci długo płakała, aż wreszcie postanowiła życia się pozbawić. Ponieważ jednak nie miała odwagi gwałtowną drogą śmierć sobie zadać, wymyśliła tedy nowy sposób samobójstwa. Pewnej nocy, opuściwszy tajnie dom rodzicielski, pobiegła do portu i ujrzała tam barkę rybacką, z masztem, żaglami i wiosłami, których właściciele z sobą nie zabrali. Natychmiast wsiadła na nią, poczem odbiła od brzegu, rozpięła żagle (miała bowiem, jak wszystkie mieszkanki wyspy, niejaką w żeglarstwie biegłość), a znalazłszy się na pełnem morzu, odrzuciła ster i wiosła i na łaskę fal oraz wiatru eię zdała. Konstancja była twardo przekonania, że barka, eteru i ładunku pozbawiona, albo eię przewrócić musi albo też, natrafiwszy na podwodną skałę, roztrzaska się na drzazgi; wówczas ona, choćby się i wówczas ratować chciała, uczynić tego nie zdoła i pożądaną śmierć wreszcie znajdzie. Z tą myślą zarzuciła połę swej szaty na głowę i, gorzko płactząc, ma dnie barki legła. Jednakoż stało się całkiem inaczej, niż przypuszczała. Wiatr się nagle uciszył i fale znacznie spokojniejsze się stały. Łódka, ciągle naprzód zmierzająca, przepłynęła setkę mil i nazajutrz około wieczora znalazła eię niedaleko brzegów Tunisu. Przybiła wreszcie do brzegu, niedaleko miasta Suzy. Dzieweczka nie wiedziała nawet, czy znajduje się na pełnym morzu, czy też w bliskości brzegów, nie spodziewając się bowiem żadnego szczęśliwego przypadku, nawet głowy nie podnosiła. Tymczasem właśnie w chwili, gdy barka o brzeg uderzyła, na wybrzeżu znajdowała isię uboga białogłowa, żona rybaka, która sprzątaniem sieci zatrudniona była. Ujrzawszy barkę, wielce się zadziwiła, że łódź z rozpiętym żaglem do brzegu dotarła. Mniemając, że rybacy na barce zasnęli, zbliżyła się do niej i wówczas spostrzegła młodą dzieweczkę, we śnie pogrążoną. Pocteęła na nią wołać i wstrząsać nią, aż wreszcie po długich zachodach obudzić ją zdołała. Uznawszy po szatach dzieweczki, że musi być oma chrześcijanką, zapytała ją w języku włoskim, jakim sposobem tutaj się znalazła? Konstancja, 318 włoską mowę usłyszawszy, pomyślała, że, ani chybi, wiatr się obrócił i że z powrotem do Lipari ją przygnał. Podniosła się tedy co żywo, obejrzała dokoła, a nie poznając wcale tych stron, spytała białogłowy, gdzie się znajduje.
— Dziecię moje — odparła rybaczka — jesteś niedaleko Suzy w Berberji.
Na te słowa dzieweczka srodze się zmartwiła, że Bóg jej śmierci znaleźć nie dozwolił. Nie wiedząc, co jej dalej czynić należy, usiadła w pobliżu łodzi i gorzko płakać zaczęła. Szlachetna białogłowa, współczująca jej z całego serca, pocieszała ją, jak mogła, aż wreszcie skłoniła ją do tego, że do wnętrza chaty weszła. Tam, uspokoiwszy się znacznie, opowiedziała rybaczce, jakim sposobem w tych stronach się znalazła. Dowiedziawszy się z jej słów, że długo już nic w ustach nie miała, rybaczka dała Konstancji kawałek suchego cldeba, rybę wędzoną i szklanicę wody, prosząc ją wymownemi słowy, aby się trochę posilić chciała. Konstancja, przystawszy na jej iprośbę, spytała białogłowy, kim ona jest i dlatego włoską mowę pojmuje? Rybaczka odparła, że pochodzi z Tra-pani, że się zwie Carapresa i że trudni się posługami u rybaków-chrześcijan. Dzieweczka, mimo strapienia swego, usłyszawszy imię Carapresa, co jako dobra zdobycz się wykłada, sama nie wiedząc dlaczego, za dobrą wróżbę je wzięła i w ścieśnionem swem sercu niejaką nadzieję poczuła tak, iż pragnienie śmierci zmniejszyło się nieco. Nie odkrywając rybaczce, kim jest i skąd pochodzi, jęła ją zaklinać, aby nad młodością jej się ulitowała i poradziła jej, co ma uczynić, aby ochronić się od niebezpieczeństw, które jej tutaj zagrażać mogą. Carapresa, wielce szlachetna białogłowa, nie odpowiedziała jej nic na to, pobiegła jeno żywo, aby zebrać pozostawione na brzegu sieci, a po powrocie owinęła ją w płaszcz i do Suzy zawiodła. Gdy do miasta weszły, rzekła w te słowa:
— Zawiodę was, pani, do domu pewnej zacnej Saracenki, która mi już nieraz znaczne usługi okazywała. Jest to szedziwa białogłowa o miłosiernem sercu. Poproszę ją, aby nad wami pieczę miała. Upewniona jestem, że przyjmie was, jak córkę rodzoną. Wy zaś starajcie się z wszystkich sił o pozyskanie jej względów, w czem oby Bóg dopomóc wam raczył!
Poczciwa rybaczka uczyniła tak, jak rzekła. Stara Saracenka, wysłuchawszy opowieści rybaczki, spojrzała bacznie na Konstancję, rozpłakała się, pocałowała ją w cizoło, a potem wizięła ją za rękę i wprowadziła do swego domu, w którym żyła pospołu z wieloma białogłowami. Białogłowy te zajmowały się rzemiosłem, wyrabiając różne przedmioty z liści palmowych i jedwabiu. Konstancja po kilku dniach przyswoiła sobie ich kunszt, tak iż mogła w wspólnych pracach udział przyjmować. Gospodyni i jej towarzyszki osobną przychylnością 319 i miłością ją obdarzały. Dzięki ich pomocy młódka wkrótce miejscowej mowy się nauczyła. Tak tedy dzieweczka, którą w Lipari już jako umarłą opłakano, w Suzie żyła. W tym czasie królem Tunisu był niejaki Mariabieda. Zdarzyło się, że pewien wielce bogaty młodzian, imieniem Granata, posiadający znaczne skarby i potężnych krewniaków, jął się o koronę Tunisu ubiegać. Stanąwszy na czele ogromnego wojska, wyruszył do Tunisu, aby prawego władcę wygnać i cesarstwem jego owładnąć. Wieść o tem doszła do Martuccia Gomito, który w więzieniu wiek swój trawił. Znając arabską mowę i wiedząc, że król Tunisu wielką armję dla obrony kraju zbiera, rzekł do jednego ze straży:
— Gdybym mógł mówić z królem, dałbym mu jedną radę, dzięki której, jak tuszę, zostałby w tej wojnie zwycięscą.
Strażnik więzienny powtórzył te słowa swemu dowódcy, a ten o wszyst-kiem królowi doniósł. Król rozkazał Martuccia sprowadzić i zapytał go, jakiej rady chce mu udzielić?
— Panie — odparł Martuccio — przebywając oddawna w waszych stronach, dobrze wasz sposób wojowania zważyłem, który na tem się zasadza, że największe znaczenie, jako głównej siły waszej, łucznikom przypisujecie. Dlatego też niewątpliwą rzeczą mi się wydaje, że, jeśli u wrogów waszych strzał zabraknie, podczas gdy wy będziecie 5ch mieli do zbytku, zwycięstwo wam w udziale przypadnie.
— Ani chybi — odparł król. — Ale jak to sprawić?
— Łatwie to uładzić można — rzekł Martuccio — i zaraz wam, panie, stosowny środek przedstawię. Należy łuczników waszych opatrzyć w łuki z daleko cieńszą cięciwą od używanej zwyczajnie. Wszystko to trzeba w głębokiej tajności zachować taik, aby nieprzyjaciel o niozem się nie dowiedział, w przeciwnym razie bowiem, mógłby grożącemu mu niebezpieczeństwu zaradzić. Gdy już zastępy wrażych łuczników cały zapas swoich strzał wystrzelają, a wasi łucznicy także już bez pocisków zostaną, jedni i idrudizy będą musieli wówczas podnosić strzały, co z przeciwnej strony wypuszczone zostały. Aliści nieprzyjaciele waszych strzał użyć nie będą mogli, ponieważ cienkie karby w grube cięciwy łuków wprawić się nie dadzą, podczas gdy wasi łucznicy łatwie nie-przyjacielskiemi strzałami prażyć będą mogli. Wojska wasze, panie, będą miały tedy obfitszy zapas pocisków, kiedy wróg swój już wyczerpie.
Król, który był wielce mądrym człowiekiem, pochwalił radę Martuccia i zastosował się do niej, dzięki czemu walne zwycięstwo nad nieprzyjacielem odniósł. Martuccio, szczególne jego względy pozyskawszy, na wysoki stopień 320 dostojności eię wzniósł i stał się bardzo bogatym człekiem. Słuchy o jego fortunie po całym kraju poszły. Wreszcie i Konstancja, która tak długo Martuccia za umarłego poczytywała, dowiedziała się, że kochanek jej żyje. Miłość do niego, która już w jej sercu ostygła nieco, nowym i gwałtowniejszym jeszcze płomieniem się zapaliła, budząc zarazem wszystkie jej umarłe nadzieje. Młódka postanowiła odkryć wszystko Saracence, w domu której schron znalazła. Oświadczyła jej tedy, że do Tunisu udać się zamierza, aby nacieszyć swe oczy widokiem tego, o którego niezwykłych losach dowiedziała się niedawno. Sara-cenka zamysł jej pochwaliła; czując do młódki afekt macierzyński, wsiadła z nią pospołu na okręt i do Tunisu się udała. Po przybyciu na miejsce, zatrzymały eię w domu jednej z krewniaczok iSaracenid. Konstancja natychmiast ^wysłała Car.apreeę, aby zasięgnęła wieści o Martucciu. Staruszka wnet dowiedziała się, że Martuccio pośród wielkich dostatków żyje. Wówczas Konstancja poprosiła ją, aby sama do Martuccia się udała i oznajmiła mu, że jego kochanka do Tunisu przybyła. Staruszka, stanąwszy przed obliczem młodzieńca, tak rzekła:
— Martuccio, jeden z dawnych sług twoich, który przybył z Lipari i stanął w moim domu, pragnie w tajności z tobą pomówić. Nie żywiąc do nikogo ufności, przybyłam do cię sama, aby ci o tem oznajmić.
Martuccio za tę uprzejmość stosowny dank jej złożył i udał się do jej domu. Ujrzawszy go, Konstancja o mały włos nie umarła z radości; niezdolna zapanować nad sobą, rzuciła mu się z otwartemi ramionami na szyję. Nie miała siły jednego choćby słowa wymówić i tylko cicho płakała, wspominając przebyte nieszczęścia i wielką obecną radością się ciesząc. Martuccio, obaczyw-szy Konstancję, z początku niezwykle się zdziwił, a potem z głębokiem westchnieniem rzekł:
— O moja miła Konstancjo! Więc ty żyjesz? Dawno już za umarłą cię poczytywałem. — Z temi słowy objął ją i ucałował.
Konstancja opowiedziała mu o wszystkich przypadkach swoich, wspomniała także o dobrodziejstwach, doznanych od Saracenki, w domu której schronienie znalazła. Martuccio, po długiej rozmowie z Konstancją, udał się do króla i, opowiedziaiwis^y miu całą hlstorję swoją i Konstancji, oznajmił, że pragnąłby ukochaną swoją, wedle chrześcijańskiego obyczaju, zaślubić. Król, zadziwiony niepomału temi zdarzeniami, rozkazał przywołać Konstancję. Wysłuchawszy jej opowieści, nawszem do opowieści Martuccia podobnej, rzekł:
— Zasłużyłaś sobie w pełni na takiego małżonka! 321
Potem rozkazał przynieść drogocenne podarki, rozdzielił je między Konstancję i Martuccia i (pozostawił im zupełną swobodę stanowienia o loeie swoim. Martuccio podziękował w gorących głowach Saracence za jej opiekę nad Konstancją i bogatemi darami ją obsypał. Konstancja ze łzami w oczach staruszkę pożegnała. Później, za pozwoleniem króla, wsiedli na okręiŁ, wziąwszy z sobą Carapresę i, korzystając a. pomyślnego wiatru, do Lipari pożeglowali. Przyjęto ich tam z takiem uczczeniem i radością, że tego nie Iza w słowach wyrazić. Martuccio wspaniałe wesele wyprawił. Żyli potem jeszcze długo, ciesząc się wzajemną miłością swoją.
OPOWIEŚĆ III
Na włos od śmierci
Piętro Boccamanza, uciekając z Agnolelln wpada w ręce łotrzyków. Dzieweczka, salwuje się ucieczką do lasu i po pewnym czasie do zamku się dostaje. Piętro, po uielu przygodach, przybywa do tego samego zamku, żeni się z Agnolellą i razem z nią do Rzymu powraca
Całe towarzystwo gorącemi pochwałami opowieść Emilji obdarzyło. Gdy nowela do końca doprowadzona została, królowa Elizie opowiadać kazała. Ta, wezwaniu posłuszna, w te słowa zaczęła:
Przychodzi mi na myśl, miłe damy, straszna noc, którą dwoje kochanków przeżyć musiało. Ponieważ jednak po tej nocy wiele radosnych dni nastąpiło, tedy mogę o niej opowiedzieć, od naznaczonej na dziś opowieści wcale nie odbiegając. ^ sławnym Rzymie, będącym kiedyś początkiem świata, a dziś jego końcem, żył przed niedawnemi czasy młodzieniec pewien, imieniem Piętro Boccamanza, do znacznej rodziny rzymskiej należący. Zakochał się on w pięknej i wielce wdzięcznej dzieweczce, Agnolelli, córce niejakiego Gigliuozzo Saullo, człeka podłej kondycji, który mimo to powszechną czcią w Rzymie się cieszył. Boccamanza potrafił wkrótce wzajemną miłość Agnolelli pozyskać. Piętro, gorącą miłością przynaglany, nie mogąc się oprzeć pragnieniu posiadania umiłowanej dzieweczki, o rękę jej poprosił. Na wieść o tem jego krewniacy w surowych słowach ganić jego wybór poczęli. Krom tego kazali panu Gigliuozzo Saullo powiedzieć, aby prośbom Pietra posłuchu nie dawał, 323 bowiem oni nigdy za swego krewniaka go nie uznają. Piętro, widząc drogę do szczęścia przed sobą zamknioną, o mały włos nie umarł z rozpaczy. Gdyby tylko Gigluozzo na to przystał, ożeniłby się wbrew woli całej rodziny swojej. Potem do tej myśli przyszedł, że wystarczy całkiem, jeśli zgodę umiłowanej dzieweczki pozyska. Wybadawszy tedy przez trzecią osobę Agnolellę, dowiedział się o jej zgodzie. Wówczas pospołu z nią uciec z Rzymu zamyślił. Opatrzywszy się w wszystkie rzeczy do podróży potrzebne, Piętro siadł pospołu z Agnolellę na konia i skierował się do Anagni, gdzie posiadał przyjaciół, na których mógł w zupełności liczyć. Jechali rączo, a obawiając się pogoni, nie zatrzymali się, aby ślub wziąć, rozmawiali jeno nieustannie o swej miłości, obejmowali się wzajemnie i pocałunkami obsypywali. Piętro niezbyt dobrze znał drogę, dlatego też, odjechawszy osiem mil od Rzymu, miast na prawo, na lewo się obrócił. Ledwie w tym kierunku dwie mile przebyli, gdy znaleźli się w pobliżu jakiegoś obronnego zamku, z którego natychmiast, na ich widok, dwu-dziestui zbrojnych wypadło. Agnolella pierwsza ich zauważyła i zawołała do Pietra:
— Uciekajmy, Piętro, bowiem napadają na nas!
Rzekłszy to, pomknęła, co koń wyskoczy, do pobliskiego lasu. Tymczasem Piętro, który, mając przez ten cały czas na nią wzrok obrócony, przed siebie nie patrzył, zapóźno zbrojnych spostrzegł. Ci napadli nań, pochwycili go i ściągnęli z siodła, nim się opamiętać zdołał. Zapytali go, kim jest, a gdy im nazwisko swoje wyjawił, jęli się naradzać między sobą, mówiąc:
— Człek ten należy do przyjaciół wrogów naszych. Nie trza się długo nad nim głowić. Rozdziejemy go z szat, odbierzemy mu konia i powiesimy go na dębie, na złość Orsinim.
Towarzysze mówcy przyklasnęli tym słowom i, nie mieszkając, ściągnęli z Pietra suknie. Piętro już na śmierć się gotował, gdy nagle z zasadzki wypadł oddział z dwudziestu pięciu zbrojnych złożony i rzucił się na rabusiów z krzykiem:
— Bij, morduj!
Złoczyńcy wypuścili z rąk Pietra, i do obrony jęli się gotować. Przekonawszy się jednak, że przewaga jest po stronie nieprzyjaciół, rozbiegli się na wsze strony, mając zwycięsców na karkach. Piętro, ujrzawszy się wolnym, pochwycił swoje suknie, wskoczył na konia i pomknął, jak strzała w tym kierunku, w którym Agnolella uciekła. Jednakoż w lesie nie mógł trafić na ścieżkę, ani na ślady kopyt końskich. Uwolnił się od napastników, aliści stracił swoją 324 umiłowaną dzieweczkę. Obawiając się, że już jej nie odnajdzie, gorzko i rzewnie płakać począł, wołał na nią przytem po imieniu i przebiegał lag tam i z powrotem, ale wszędzie było cicho i pusto. Wracać z powrotem nie chciał, nie wiedział także dokąd dotrze, jeśli przed siebie jechać będzie. Przerażała go również myśl o dzikich zwierzętach, od których, ani chybi, las się ten roił. Ciągle mu na oczach stawała Agnolella, rozszarpana pazurami niedźwiedzia lub rysia. Przez cały dzień błądził nieszczęsny Piętro po lesie, wołając na swoją ukochaną. Nieraz mu się zdawało, że naprzód zmierza, gdy tymczasem w samej rzeczy wracał na to samo miejsce z powrotem. Krzyk, szlochy, strach i głód tak go wreszcie zmęczyły, że całkiem z sił opadł. Gdy noc nastała, zsiadł z konia, uwiązał go do pnia ogromnego dębu, a sam na jego wierzchołek się prze-órał, dla ochrony przed lutym zwierzem. Po pewnym czasie wzeszedł księżyc i w lesie jasno się stało. Piętro wstrzymywał się od snu, obawiał się bowiem spaść z drzewa; przytem niepokój o kochankę zasnąć mu nie pozwalał. Siedział na drzewie, płacząc i przeklinając nieszczęsną dolę swoją.
Dzieweczka, jakeśmy to już wyżej powiedzieli, zdawszy się na wolę swego konia, pomknęła przed siebie naoślep. Po pewnym czasie tak w las zabrnęła, że nie mogła już rozpoznać strony, z której przybyła. Podobnie jak Piętro, cały dzień po lesie błądziła, płakała, nawoływała swego kochanka i na swój złowrogi los się żaliła. Piętro nie odzywał się wcale. Tymczasem wieczór nastał. Agnolella spostrzegła małą ścieżynkę, którą dalej jechać postanowiła. Przebywszy ze dwie mile, ujrzała chatkę, i natychmiast do niej pospieszyła. Zastała w niej szedziwego wielce człeka i równie szedziwą jego żonę. Oba-czy wszy dzieweczkę, rzekli do niej:
— Co porabiasz, dziecię, w tych stronach o tak późnej porze?
Agnolella odparła ze łzami, że odbiła się od swych towarzyszy i że w lesie zabłądziła. Potem spytała, zali daleko jeszcze do Agnani? Starzec odrzekł:
— Do Agnani nie tędy droga. Miejsce to jest najmniej o dwanaście mil stąd oddalone.
— A daleko stąd do jakiejś miejscowości, gdzieby nocleg znaleźć było można? — zapytała dzieweczka.
— Do żadnej już przed nocą nie dotrzecie — odparł wieśniak.
— Jeśli tak, to w imię miłości Chrystusa, przygarnijcie mnie na noc dzisiejszą — rzekła młódka błagalnym głosem.
— Radzibyśmy to uczynić z całej duszy — odparł gospodarz — aliści uprzedzić cię muszę, że wraże bandy włóczą się nocami w tych okolicach, wy 325 rządzając nam wiele szkód i srogich utrapień przyczyniając. Gdyby więc na nieszczęście w czasie bytności twojej u nas ci złoczyńcy do domu naszego wtarg-nęlii i obaczyli, jak urodziwą jesteś, strach pomyśleć na jaką hańbę cnota twoja narażonaby była. Nie zdołalibyśmy cię obronić, mimo woli naszej. Uprzedzamy cię o tem zgóry, abyś w razie nieszczęścia skarżyć się na nas nie miała prawa.
Chocia te słowa wieśniaka Agnollę mocno przeraziły, przecie zważywszy, że pora jest późna, rzekła w te słowa:
— Łaska boska mnie i was od nieszczęścia ochroni. Jeśli już zasię tak okrutny los mi jest przeznaczony, to wolę być raczej przez ludzi skrzywdzoną, niż rozszarpaną przez lute zwierzęta.
Po tych słowach zeszła z konia i do domu wieśniaka się udała, aby podzielić z zacnymi ludźmi ich skromną wieczerzę. Poczem, nie rozdziewając się, legła z nimi pospołu na łoże. Całą noc płakała i wzdychała, przypominając sobie różne przypadki i myśląc o umiłowanym, o którego losie nic dobrego nie tuszyła.
O świcie usłyszała gromkie kroki zbliżających się licznie ludzi. Natychmiast wyskoczyła z łóżka i wyszła na obszerny dziedziniec, poza domem się znajdujący. Obaczywszy wielki stóg siana, ukryła się w nim, mniemając słusznie, że napastnicy nie prędko, dzięki temu, ją znajdą, choćby i na dziedziniec wtargnęli. Ledwie ukryć się zdołała, gdy owa szajka rabusiów do domu dobijać się poczęła. Spostrzegłszy osiodłanego rumaka, spytali gospodarza, do kogo ów koń należy. Wieśniak, wiedząc, że młódka już się ukryła, odrzekł:
— W domu tym niema żywej duszy, krom mnie i staruchy, mojej żony. Koń ten należał do jakiegoś nieznanego mi człeka. Pojmaliśmy rumaka wczoraj i wprowadziliśmy go do stajni, aby go wilcy nie rozszarpały.
— Jeśli koń właściciela niema, to my go z sobą zabierzemy — odparł herszt bandy.
Później rabusie rozbiegli się na wszystkie strony. Jedni z nich przetrząsali cały dom, drudzy na podwórcu plądrowali. Jednemu z nich przyszło do głowy wetknąć lancę w stóg siana, co o mały włos śmierci dzieweczki nie spowodowało. Ostrze uderzyło ją w lewą pierś, tak iż nawet szatę na niej rozdarło. Dzieweczka, myśląc, że raniona została, już krzyknąć chciała, aliści, pomyślawszy o niebezpieczeństwie, opamiętała się. Rabusie, znalazłszy zapasy żywności, jedli i pili, wreszcie odeszli, uprowadzając z sobą konia. Gdy już byli daleko, wieśniak spytał swej żony: 326
— Co się stało z dzieweczką, która wczoraj do nas przybyła? Nie widziałem jej od czasu, gdym się z łoża podniósł.
Żona odrzekła mu, że nie wie i udała się na poszukiwania Agnolelli. Dzieweczka, usłyszawszy, że rabusie już się oddalili, wyszła ze etogu. Zacni wieśniacy uradowali się wielce, obaczywszy, że złoczyńcom w ręce nie wpadła.
Gdy się już dzień uczynił zupełny, starzec rzekł do Agnolelli.
— Teraz za dnia mogę cię, jeśli taka jest twoja wola, zaprowadzić do pewnego zamku o pięć mil stąd oddalonego, Mniemam, że bezpieczny schron tam znajdziesz. Musisz jednak tę drogę piechotą odbyć, bowiem złoczyńcy konia twego uprowadzili. Młódka wielce się uradowała i poczęła go zaklinać w imię miłości Boga, aby ją do zamku odprowadził. Wkrótce wyruszyli w drogę i około drugiej godziny po południu do celu dotarli. Zamek należał do pewnego szlachcica z rodu Orsinich, zwanego Lello di Fiore. W tym czasie przebywała w zamku żona rycerza, białogłowa zacna i świątobliwa wielce. Ujrzawszy Agnolellę, przyjęła ją uprzejmie, nakarmiła i napoiła, a potem spytała, jakim sposobem w tych okolicach się znalazła. Dzieweczka wszystko jej opowiedziała. Dama, która znała Pietra, będącego przyjacielem jej męża, wielce się strapiła tem, co mu się przytrafiło. Przekonana w głębi duszy, że Piętro zginął, rzekła w te słowa, chcąc dzieweczkę uspokoić:
— Ponieważ nie wiesz, co eię z Pietrem stało, pozostaniesz u mnie do tego czasu, aż nie nadarzy się okazja bezpiecznego powrotu do Rzymu.
— Tymczasem Piętro, siedząc na dębie, w ciężkiej rozpaczy pogrążony, obaczył nagle stado wilków, które, zwęszywszy kunia, otoczyły go z wszystkich stron. Koń, zwietrzywszy je, zerwał wodze, któremi był do drzewa przywiązany i uciec próbował. Gdy jednak wilcy drogę mu przecięli, bronił się przez pewien czas kopytami i zębami, aż wreszcie na ziemię powalony, uduszonym i rozdartym na ćwierci został. Poczem wilcy, ostawiwszy same tylko kości, pobiegli dalej. Piętro, który rumaka za jedyną podporę swoją w tych nieszczęściach uważał, całkiem głowę stracił i zwątpił już, czy mu się z ostępów leśnych wydostać uda. Tymczasem zbliżyła się godzina świtu; Piętro przemarzł do kości, siedząc nieruchomo na dębie. Rozglądając się na wsze strony, obaczył nagle w oddali, w odległości mili wielki słup ognia. Gdy się dzień uczynił, zszedł z dębu, nie bez wielkiej trwogi, i co tchu w piersiach w kierunku ognia podążył. Koło ogniska obaczył pastuchów, którzy z współczuciem wielkiem go przyjęli. Piętro, ogrzawszy się i posiliwszy, opowiedział im o swoich przytrafie-niach, a potem zapytał, zali tu w bliskości niema wioski albo zamku jakie 327 goś, dokąd mógłby eię udać. Pasterze odparli, że nie dalej, jak o trzy mile od tego miejsca znajduje się zamek pana Lellio Campo di Fiore i że żona właściciela właśnie tam bawi. Piętro jął ich prosić, aby go do tego zamku zaprowadzili, na co dwóch pasterzy zaraz przystało. Przybywszy do zamku, Piętro spotkał tam znanego sobie dobrze człowieka i poprosił go, aby, nie mieszkając, na poszukiwania Agnolelli kogoś wyprawił. Tymczasem zawołano go do pani zamku. Wszedłszy do jej komnaty i obaczywszy tam kochankę swoją, niewy-ełowionej radości doznał. Chciał ją zaraz w objęcia dwoje pochwycić i tylko przez wzgląd na przytomność pani domu tego nie uczynił. Jeśli Piętro był tak uradowany, to szczęście dzieweczki nie mniejsze było. Pani zamku przyjęła Pietra z wielką dwomością, a wysłuchawszy jego opowieści, zganiła go, że wbrew woli rodziców swoich chciał się ożenić. Widząc go jednak niezachwianym w tem postanowieniu, a także afekt dziewczęcia zważywszy, rzekła sama do siebie:
— Pocóż tak eię tą sprawą zatrudniam? Miłują się nawzajem, młodzieniec jest przyjacielem mego męża, przytem ich zamysły i pragnienia są wielce prawe. Zaiste mniemać należy, że związek ich jest miły Bogu, skoro Bóg zachował jedno od szubienicy, drugie od pchnięcia kopją, oboje zasię od zwierząt drapieżnych. Niechże więc się pobiorą, w imię Boże!
Potem obróciła się do kochanków i rzekła:
— Jeśli niezachwianą wolą waszą jest stać się parą małżonków, to niechże ja do tego rękę przyłożę. Wesele wyprawię wam tutaj, na koszt Lellia, a potem postaram się was z krewniakami pogodzić.
Piętro i Agnolella, wielce uradowani, w zamku ślub wzięli. Uczta weselna została odprawiona z taką wspaniałością, jaka tylko możliwa była w tej wiejskiej głuszy. Na zamku także małżonkowie pierweze rozkosze wzajemnej miłości poznali. Po upływie kilku dni, pani zamku wraz z młodą parą i oddziałem zbrojnych wyruszyła do Rzymu. Rodzice Pietra wielce się już o jego los niepokoili. Damie udało się przywrócić zgodę między nimi a synem. Piętro żył z żoną swoją w Rzymie aż do późnej starości, wielkiem szczęściem miłości się ciesząc.
OPOWIEŚĆ IV
Słowik
Ricciardo Manardi, spoczywający w objęciach Katarzyny, przez jej rodzica, pana Lizżio da V alb ona pochwycony został. Ricciardo żeni się z Katarzyną i z panem Lizziem w dobrej zgodzie żyć poczyna
Gdy Eliza skończyła i gdy umilkły pochwały, jej opowieści składane, królowa skinęła na Filostrata, który tak zaczął:
— Tyle już od was słyszałem nagan, za podaną przeze mnie w poprzednim dniu smutną materję do opowieści, która was do częstego płaczu przywodziła, iż chcę was obecnie za te łzy wynagrodzić. Opowiem wam tedy krótką opowieść o dziejach kochanków, mniemając, że was ta historja do szczerego pobudzi śmiechu.
A zatem, szlachetne damy, niedawno temu żył w Romanji pewien bogaty i czcigodny szlachcic, panem Lizzio da Volbona zwany, który w szedziwym wieku już będąc, małżonkę swoją, panią Giacominę, córką obdarzył. Dzieweczka ta, podrósłszy, przeszła urodą i wdziękiem wszystkie panny rówieśne. Rodzice miłowali ją nad życie, jako jedyne dziecię swoje, i strzegli ją, jak źrenicę oka, w nadziei, że kiedyś w wysokie związki wstąpi. Dom pana Lizzia odwiedzał często pewien urodziwy młodzieniec, imieniem Ricciardo, do rodu Manardi z Brettinoro należący. Lizzio i jego żona odnosili się doń z taką ufnością, jak do rodzonego syna. Zdarzyło się, że ów młodzian, zwróciwszy raz i drugi baczniejsze spojrzenie na dzieweczkę, już do zamężcia zdolną, znalazł ją piękną nad wyraz i wdziękiem a obyczajnością celującą. Dlatego też zakochał się w niej 329 na śmierć, umiał jednakoż ukryć swoją miłość na dnie serca. Dzieweczka odgadła wkrótce jego afekt i wzajemnością mu odpowiedziała. Ricciardo nie posiadał się z radości. Nieraz miał już zamiar miłość swoją jej wyznać, aliści nie dostawało mu odwagi. Pewnego dnia, nie mogąc już zdzierżyć dłużej, rzekł do Katarzyny:
— Miłuję cię, Katarzyno, i błagam cię na wszystko, nie daj mi umrzeć z miłości.
— Bóg widzi — odparła dzieweczka — że się boję, abym z miłości do ciebie również ducha nie wyzionęła. Odpowiedź ta ucieszyła niezmiernie Ric-carda i tyle otuchy mu dała, iż rzekł:
— Uczynię wszystko, co w mojej mocy leży, aby ci dopomóc. Aliści ty sama musisz wynaleść stosowny środek dla uszczęśliwienia nas obojga.
— Ricciardo — odparła dzieweczka — wiesz dobrze, pod jak surowym mnie trzymają dozorem. Nie wiem, jak to uładzić, abyś przyjść do mnie mógł. Jeżeli widzisz jednak jakiś sposób, któryby czci mej na szwank nie naraził, powiedz mi o nim, a przyrzekam ci, że chętnie na wszystko się zgodzę.
Ricciardo po długim namyśle, rzekł:
— O, Katarzyno, duszo mojej duszy! Znam tylko jeden sposób, który taki jest, aby ci pozwolono spać na ganku, który na wasz ogród wychodzi. Gdy będę wiedział, że się tam znajdujesz, postaram się do ciebie dostać, jakkolwiek wysoko to bardzo.
Pan Lizzio, który, będąc już w szedziwym wieku, uporem nieco grzeszył, rzekł, gdy żona przedłożyła mu prośbę córki:
— Co to za słowik, przy którego śpiewie spać się jej zachciewa? A mo-żeby ją nauczyć spać przy śpiewie koników polnych?
Dowiedziawszy się o odmownej odpowiedzi rodzica, Katarzyna następnej nocy nie tyle z gorąca, ile z gniewu nie tylko nie spała, ale i matce oka zmrużyć nie pozwoliła, żaląc się nieustannie na upał i duszność.
Matka udała się rankiem do pana Lizzia i rzekła:
— Wierę, mój małżonku, niezbyt widać córkę swoją miłujesz! Cóż ci to szkodzić może, jeśli na ganku się prześpi? Dzisiaj przez całą noc z gorąca rady sobie dać nie mogła. Cóż dziwnego w tem zresztą, że lubi śpiew słowika? Wszak to dziecko jeszcze, a dzieci lubią wszystko, co jest podobne do nich.
— Zgadzam się zatem — odparł pan Lizzio — każ jej łoże na ganku postawić i zasłony zapuścić. Niechaj tam śpi i słucha śpiewu słowika, ile jej się żywnie podoba. 330
Dzieweczka, dowiedziawszy się o pozwoleniu ojca, wystawiła swoje łoże na ganek. Przed następną nocą, którą na ganku spędzić zamierzała, umówionym znakiem Ricciarda uwiadomiła, tak iż ów wiedział już, co mu czynić należy. Pan Lizzio, usłyszawszy wieczorem, że Katarzyna spać się położyła, zamknął drzwi, ktróe z jego komnaty na kanek wiodły i sam legł na łoże.
Ricciardo zasię, gdy już wszystko w domu ucichło, po drabinie na jeden mur się wdrapał, a potem wystawiając się na azard skręcenia sobie karku, na drugi się przebrał; aż wreszcie na ganku nogę postawił. Katarzyna z nieopisaną radością go przyjęła. Po wielu pocałunkach obłapili się ciasno, legli pospołu i przez całą noc niewysłowionej rozkoszy zażywali, przyczem słowikowi po wielekroć śpiewać kazali. Uniesienia ich trwały długo, noc zasię krótka była, nie spostrzegli przeto, że już dzień jest blizki. Zmęczeni miłosnemi igraszkami, usnęli obok siebie bez żadnego okrycia. Katarzyna, objąwszy prawą ręką Ricciarda za szyję, lewą trzymała mocno przedmiot, którego nazwy wy, białogłowy, wielce się zawsze sromacie.
Gdy tak spali, dzień nastał i pan Lizzio podniósł się z pościeli. Przypomniawszy sobie, że córuchna śpi na ganku, rzekł do się;
— Obaczmyż, czy słowik swoją pieśnią spać dziś Katarzynie pozwolił?
Potem zbliżył się do łoża, odsunął zasłonę i spostrzegł córkę, obnażoną i w ramionach Ricciarda śpiącą. Poznawszy Ricciarda, nie rzekł ani słowa. Nie czyniąc hałasu, do swojej komnaty powrócił, udał się do żony i temi słowy ją zbudził:
— Wstawaj prędko, miła żono, jeśli chcesz obaczyć, jak córka twoja, która w słowiku sobie upodobała, dotąd go w ręku trzyma.
— Jakże to być może? — spytała żona.
— Chodź tylko prędzej — odrzekł pan Lizzio — a sama obaczysz.
Pani Giacomina spiesznie się przyodziała i udała się z mężem na ganek.
Zbliżywszy się do łoża córki, pan Lizzio uniósł zasłonę. Wówczas jego żona obaczyła, jak to Katarzyna, w śpiewie słowika rozmiłowana, trzyma ptaka krzepko w swoim ręku. Pani Giacomina, srodze na Ricciarda zagniewana, już krzyk podnieść chciała, ale pan Lizzio wstrzymał ją i rzekł:
— Wstrzymaj się, żono, jeśli ci drogą jest miłość moja, wstrzymaj się i waruj się ust otworzyć. Wierę, to, co córka nasza schwytała, już do niej należeć musi. Ricciardo pochodzi z zacnego rodu, jest przytem bogatym człowiekiem. Związek z nim tedy tylko zaszczyt sprawić nam może. Jeżeli chce się żywy i cały z tego domu wydostać, musi się z Katarzyną pierwej zaręczyć 331 i przekonać się, że słowika w swojej własnej, a nie w obcej klatce umieścił. Żona, widząc, że mąż nie turbuje się tem wszystkiem zbytnio, uspokoiła się zaraz i zmilkła, pomyślawszy, jak przyjemną noc córka jej miała; spała dobrze, a przytem pojmała słowika. Tymczasem Ricciardo ze snu się ocknął. Widząc, że dzień się jasny uczynił, zmartwiał ze strachu, zbudził Katarzynę i zawołał:
— O moja duszo, cóż nam teraz uczynić wypada. Oto dzień się już uczynił i tu mnie zaskoczył!
Na te słowa pan Lizzio przystąpił do łoża, podniósł zasłonę i rzekł:
— Co czynić? Jakoś to wszystko uładzimy!
Na ten widok Ricciardowi zdało się, że mu ktoś serce wydziera z piersi. Podniósł się natychmiast i rzekł:
— Panie Lizzio, na miłosierdzie boskie, ulitujcie się nade mną. Uznaję, że jako niegodziwy i zdradziecki człowiek, na śmierć zasłużyłem. Czyńcie ze mną, co chcecie, zaklinam was jednak, darujcie mi życie!
— Ricciardo — odparł pan Lizzio — w samej rzeczy, za miłość moją i zaufanie, jakie dla ciebie żywiłem, nie zasłużyłem na taką zapłatę. Kiedy się jednak już stało to, do czego młodość cię skusiła, pojmij Katarzynę za żonę, dla uratowania siebie od śmierci, mnie zasię od hańby. Czem była córka moja dla ciebie przez tę noc całą, niech tem na całe życie zostanie. Tym tylko sposobem możesz mnie ułagodzić i własne życie ocalić. Jeżeli zaś się nie zgadzasz, poleć duszę swoją Bogu!
Katarzyna, słysząc groźne słowa rodzica, puściła słowika i z płaczem pana Lizzia prosić jęła, aby jej kochankowi przebaczył. Jednocześnie także błagała Ricicarda, aby na żądanie jej rodzica przystał i tym sposobem więcej podobnych nocy sobie i jej zgotował.
Prośby te jednakoż zbytecznemi były, bowiem Ricciardo wstydem za swój błąd i chęcią naprawienia go powodowany, a z drugiej strony pobudzany pragnieniem posiadania umiłowanej dzieweczki, natychmiast, bez wszelkich wybiegów, oznajmił gotowość wypełnienia woli pana Lizzia. Wówczas pan Lizzio wziął od żony pierścień i wręczył go Ricciardowi, który, nie mieszkając, w przytomności rodziców z Katarzyną się zaręczył. Poczem pan Lizzio i jego małżonka, ostawili oblubieńców samych, rzekłszy tylko:
— Spocznijcie teraz, należy się wam bowiem jeszcze trochę snu.
Gdy rodzice wyszli, narzeczeni rzucili się sobie znów w ramiona i do sześciu mil, które tej nocy przebyli, jeszcze dwie dodali, nim się z łoża pod 332 nieśli. Tak skończył się pierwszy dzień ich wędrówki. Ricciardo rozmówił się z panem Lizzio azczegółowie o wszystkiem, a po upływie kilku dni w przytomności krewniaków i przyjaciół, wziął ślub z Katarzyną, wwiódł ją do domu swego i wspaniałe wesele wyprawił. Potem przez długi czas, dniem i nocą, w spokoju i radości łowami na słowika się zatrudniali.
OPOWIEŚĆ V
Dwaj rywale
Guidotto z Cremony porucza córkę swoją Giacominowi z Pawji i umiera. Giannolo di Severuw i Minghino di Mingole, zakochawszy się w niej, bójkę o nią wszczyrioją. Dzieweczka, która okazuje się siostrą Giannole, wychodzi zamąż za Minghina
Słuchając opowieści o słowiku, damy tak się śmiały serdecznie, że gdy Filo«trato umilkł, jeszcze go pohamować nie mogły. Wreszcie uspokoiły się, a wówczas królowa tak rzekła do Filostrata:
— Wierę, jeżeli wczoraj nas zasmuciłeś, to dziś dałeś nam taką do wesela przyczynę, że nikt już niema prawa skarżyć się na ciebie. Potem królowa zwróciła się do Neinfile i opowiadać jej rozkazała. Ta z wesołem obliczem w te słowa zaczęła:
Filostrato w opowieści swojej do Romanji nas zawiódł, ja także myślę tam się obrócić. Wiedzcie zatem, że za dawnych czasów żyli w mieście Fano dwaj Lombardczycy, Guidotto z Cremony i Giacomino z Pawji. Obaj byli już szedziwymi ludźmi. młodości swojej wojennem rzemiosłem się parali. Guidotto, czując się bliski śmierci, a nie mając syna, ani przyjaciela, w którymby ufność mógł pokładać, poruczył Giacominowi dziesięcioletnią córkę swoją, wraz z całym dobytkiem, opowiedział mu azczegółowie o wszystkich sprawach swoich i oddał ducha Bogu. Pod ten czas właśnie miasto Faenza, wojnami długo nękane, do pomyślnego znów doszło stanu, tak iż wszystkim dawnym mieszkańcom powrócić do grodu było wolno. Ściągnął tedy do Faenzy 335 i Giacomino z Cremony, zabrawszy z sobą wszystkie swoje dostatki, oraz dzieweczkę, pozostawioną mu przez Guidotta, którą, jak rodzoną swą córkę, miłował. Dzieweczka ta z wiekiem urodą swoją przed wszystkiemi młódkami przodek wzięła, przytem równie wdziękiem i obyczajnością, jak pięknością celowała. Wielu młodzieńców szczególnie ją sobie upodobało, zwłaszcza zaś dwóch urodziwych szlachciców o względy jej zabiegać poczęło. Rozgorzawszy wielką miłością do niej, wskutek wzajemnej zazdrości śmiertelną nienawiścią do siebie zapłonęli. Jednego z tych młodzieńców zwano Giannole di Severino, drugiego Minghino di Mingole. Dzieweczka już do piętnastego roku życia doszła i każdy z nich ochotnie żoną swoją jąby uczynił, gdyby rodzice na to się zgodzili. Aliści widząc, że, biorąc za pozór ich młodość, rodzice im odmówią, postanowili inną drogą posiąść przedmiot swojej miłości i pragnienia swoje do lubego przywieść skutku. Giacomino trzymał w swym domu starego sługę i pachołka, imieniem Crivello, wesołego i krotochwilnego człeka. Giannole zaznajomił się z nim, odkrył mu tajemnicę swojej miłości i prosił go, aby mu dopomógł do spełnienia pragnień, obiecując mu za to sowitą nagrodę.
Wysłuchawszy go, Crivello rzekł:
— Tylko to dla ciebie uczynić mogę, że któregoś wieczoru w — czasie nieobecności pana Giacomina wprowadzę cię do komnaty dzieweczki. Gdybym zasię jej o tobie Wspomniał, nawetby słuchać mnie nie chciała. Jeżeli ci taka przysługa może być użyteczna, to ci ją obecnie przyrzekam i słowo moje zdzierżę. Twoją rzeczą będzie tak potem sobie poczynać, abyś cel pragnień osięgnął. Giannole zaręczył mu, że niczego więcej nie pragnie i po chwili rozmowy rozstał się z nim. Tymczasem z drugiej strony Minghino pozyskał dla siebie szedzi-wą służkę i tak zręcznie z nią rzecz uładził, że zgodziła się jego poselstwa do dzieweczki zanosić. Starucha przyrzekła mu także, że go do ukochanej wprowadzi, gdy tylko któregoś wieczoru Giacomino w domu przytomny nie będzie. Wkrótce później Giacomino przez przyjaciela swego na wieczerzę zaproszony został. Crivello natychmiast Giannola o tem uwiadomił, donosząc mu, że na umówiony znak znajdzie drzwi domu otworem stojące. Służka, nic o tem nie wiedząc, ze swej strony uprzedziła Minghina, że Giacomina w domu nie będzie. Niechaj zatem Minghino gdzieś w bliskości domu przebywa, a skoro ujrzy znak, do komnaty wchodzi!
Obaj młodzieńcy za nadejściem wieczoru udali się w stronę domu Giacomina, aby na umówiony znak czekać. Ponieważ jeden drugiego zbytnio pewien nie był, wzięli z sobą na wszelki przypadek kilku uzbrojonych przyjaciół. 336
Minghino z swymi towarzyszami schronił się w pobliskim domu, należącym do jednego z przyjaciół swoich. Giannole zasię w pobliżu się zaczaił. Gdy Giacomino z domu wyszedł, Crivello i służka starali się na wyprzódki pozbyć jedno drugiego.
— Dlaczego spać się nie kładziesz? — mówił Crivello do staruchy. — Czy długo jeszcze po domu wałęsać się zamierzasz?
— A ty dlaczego nie idziesz za swoim panem? — odrzekła służka. — Na co jeszcze czekasz, skoro już wieczerzę zjadłeś? I ani jedno ani drugie z miejsca ruszyć się nie chciało. Crivello, widząc, że zbliża się godzina, w której miał podać umówiony mak Giannolo, rzekł sam do siebie:
— Pocóż mam się o staruchę troskać? Gdy krzyk będzie podnieść chciała, znajdę na nią stoso‘wny środek.
I pomyślawszy tak, dał umówiony znak i poszedł drzwi otworzyć. Giannolo wszedł natychmiast do domu wraz z dwoma towarzyszami. Dzieweczka siedziała w komnacie, szyciem zatrudniona., Porwali ją i uprowadzić chcieli. Dziewczę poczęło krzyczeć, a wślad za nią i służka krzyk podniosła. Minghino, usłyszawszy tumult, nadbiegł pospołu z swymi przyjaciółmi. Widząc, że dzieweczkę z domu uprowadzają, dobyli szpad i krzyknęli:
— Śmierć wam, zdrajcy! Zuchwalstwo to nie ujdzie wam płazem!
Z tym okrzykiem rzucili się na napastników. Na larum nadbiegli sąsiedzi ze światłem i z orężem w ręku. Wszyscy po stronie Minghina stanęli. Po długiej walce udało się Minghino wyrwać diziewczę z rąk Giannola i z powrotem do domu Giacomina odwieść. Zaledwie bój ustał, gdy nadbiegli strażnicy podesty, pochwycili Giannolo, Crivella i Minghina i do więzienia ich zabrali. Gdy już wszystko się uspokoiło, Giacomino do domu powrócił. Na wieść o ca-łem zdarzeniu, wielkim gniewem zapłonął, przekonawszy się jednak, po bliż-szem zbadaniu sprawy, że dzieweczka niczemu winna nie jest, uspokoił się nieco. Dla uniknięcia podobnych na przyszłość przytrafień, postanowił wydać ją jaknajprędzej zamąż. Rodzice młodzieńców, dowiedziawszy się nazajutrz rano o przebiegu całej sprawy, pojęli, jak smutne następstwa dla obu rywali mieć ona może, jeżeli Giacomino będzie chciał się mścić, do czego zresztą pełne prawo posiada. Dlatego też do Giacomina się udali, usilnie go prosząc, aby dla miłości i przyjaźni dla inich, nie baczył na krzywdę, którą mu ci dwaj młodzieńcy w nierozwadze swojej uczynili. Ze swej.strony przyrzekli, że uczynią mu zadość we wazystkiem, czego tylko od nich zażąda. Giacomino, który wiele w życiu swoim przecierpiał i był człekiem dobrotliwym, odpowiedział im krótko:
— Dostojni panowie! Gdybym nawet był tutaj w moim własnym kraju, tak jak jestem w waszej ojczyźnie, to i wtedy, w imię przyjaźni mojej do was, uczyniłbym wszystko, czego ode mnie zażądacie. Teraz zasię tembardziej jestem obligowany to uczynić, że nie mnie, a wam ujma eię stała. Wiedzcie bowiem, że dziewczę to jest rodem nie z Cremony, ani nie <z Pawji, jak niektórzy mniemają, jeno z Faenzy. Czyją córką jest, tego nie wiem, jako nie wiedział i ten, co mi ją w poruczeństwo oddał. Dlatego też ochotnie na waszą prośbę przystaję.
Zacni obywatele, usłyszawszy, że dzieweczka z Faenzy pochodzi, wielce się zadziwili. Podziękowali Giacominowi w gorących słowach za jego ludzkość, a potem prosić go jęli, aby im opowiedział, w jaki sposób dzieweczka do niego się dostała i skąd mu wiadomo, że właśnie z Faenzy jest rodem.
Giacomino odparł na to:
— Guidotto z Cremony, mój stary druh i towarzysz broni, przed śmiercią oznajmił mi, że gdy Faenza przez cesarza Fryderyka zdobyta i na złupienie wydana została, wpadł z towarzyszami do pewnego domu, który pełen różnorodnego dobytku, przez mieszkańców był opuszczony. W domu tym pozostała tylko dzieweczka, licząca wówczas trzeci rok życia. Gdy Guidotto po schodach wchodził, zawołała nań „Ojcze“. Tkliwością zdjęty, wziął z sobą dzieweczkę do Fano, wraz ze wszystkiem, co w opuszczonym domu był znalazł. Na łożu śmiertelnem się znajdując, powierzył mi ją w na z ’z całym majątkiem i zobowiązał mnie, abym, gdy do lat źrałych dojdzie, zamąż ją wydał, dając jej, jako wiano, wszystko, co po sobie ostawił. Teraz już do zamężcia jest zdolna, aliści nie znalazłem jeszcze dotąd młodziana, coby mi do serca przypadł. Radbym ją jaknajprędzej dać w stadło, aby podobne przytrafienia, jak w dniu wczorajszym, już się powtórzyć nie mogły. Wśród przytomnych znajdował eię niejaki Wilhelm Medicina, który wraz z nieboszczykiem Guidotto wówczas w Faenza plądrując, pamiętał doskonale, czyj dom Guidotto zrabował. Wilhelm zbliżył eię tedy do właściciela owego domu i rzekł:
— Bemabu-ccio, zali słyszałeś, co Giacomino powiedział?
— Słyszałem — odparł Bernabuccio — i jeżeli to w moim domu się stało, musiała to być moja córka, wiadomo ci bowiem, że w ówczesnym zamęcie utraciłem córectzkę, w podanym przez Giacomina wieku.
— Nie Iza wątpić, że to twoje dziecię! — zawołał Wilhelm — Guidotto 338 nieraz ów zrabowany przez się <lom opisywał, tak iż upewniony być mogę, że wszystko to w twoim domu się działo. Przypomnij sobie, czy córka twoja nie miała jakiegoś szczególnego znaku, po którym mógłbyś ją poznać.
Bernabuccio na te słowa przypomniał sobie, że córka jego, w samej rzeczy, nad lewem uchem miała bliznę w kształcie krzyża, pozostałą po wrzodzie, który przed owem zdarzeniem przeciąć jej kazał. Zbliżył eię tedy do Giacomina i poprosił go, aby mu dzieweczkę pokazał. Giacomino ochotnie do swego domu go zawiódł i dzieweczkę przywołać kazał. Bernabuccio, spojrzawszy na nią, obaczył zaraz w jej rysach wielkie podobieństwo do matki, która, mimo swego wieku, jeszcze piękną niewiastą była. Aby jednak jeszcze lepiej się upewnić, poprosił Giacomina o pozwolenie podniesienia dziewczęciu włosów nad lewem uchem, na co Giacomino przystał. Bernabuccio, zbliżywszy się do osłupiałej dziewecżki, podniósł jej włosy i obaczył [natychmiast znamię w kształcie krzyża. Na ten widok za córkę swą ją uznał, zapłakał cicho i wziął ją w ramiona, jeszcze pełną pomieszania i zawstydzenia. Potem, obróciwszy się do Giacomina, rzekł:
— Drogi przyjacielu! Dzieweczka ta jest moją córką. Dom, który Gui-dottowi na łup wydano, był moim domem. Żona moja w śmiertelnej trwodze i pośpiechu dziecię w nim ostawiła. Ponieważ zasię dom mój tego dnia zgorzał, więc mniemaliśmy, że dziecię pastwą ognia padło. Dzieweczka, słysząc te słowa i widząc, że jest ezedziwym i czcigodnym człekiem, uwierzyła we wszystko, co mówił. Jakby jakąś tajną skłonnością wiedziona, padła mu w ramiona i pospołu z aiim płakać poczęła. Bernabuccio posłał zaraz po żonę i swoich krewniaków, a także po braci i siostry dziewczęcia. Pokazał ją im i całą liistorję opowiedział. Tysiącem pieszczot i pocałunków córkę obsypawszy, za zgodą Giacomina, po wyprawieniu wspaniałej uczty, Bernabuccio do swego domu ją zabrał. Wielkorządca, człek ludzkiego serca, usłyszawszy całą liistorję, i wiedząc, że pochwycony Giannole, jako isyn Bemabuccia rodzonym bratem dzieweczki się okazał, postanowił jego winę w niepamięć puścić. Naradziwsey się z Bemabucciem i Giacominem, rozkazał Giannole i Minghino na wolność wypuścić. Minghino, ku wielkiemu ukontentowaniu całej rodziny, ożenił się z dzieweczką, którą Agnesą zwali. Crivello i inni w tę sprawę zamieszani, także wolność odzyskali. Minghino wspaniałą ucztę weselną wyprawił, a potem żył długie lata z Agnesą w szczęściu i spokoju.
OPOWIEŚĆ VI
Szczęśliwe spotkanie
Gianni z Procidy, pochwycony wraz z umiłowaną dzieweczką przez króla Fryderyka, pospołu z nią na śmierć skazany został. Gianni, poznany przez pana Ruggieri deł Oria, uwałnia się od śmierci i dzieweczkę w stądły pojmuje
Gdy opowieść Neinfile, która damom wielce się podobała, do końca dowiedziona została, królowa rozkaazła zacząć Pampinei. Ta, podniósłszy jasną twarzyczkę swoją, rzekła w te słowa:
— Niezmierną — miłe towarzyszki moje — jest potęga miłości. Daje ona kochankom męstwo do najtrudniejszych przedsięwzięć i stałość wobec strasz-nych i nieoczekiwanych niebezpieczeństw. Przekonać się o tem mogłyście już z wielu przykładów, przytoczonych tak dzisiaj, jak i w inne dni. Mimo to, pragnę wam dać nowy dowód w powieści o pewnym zakochanym młodzieńcu.
Ischia jest wyspą w pobliżu Neapolu leżącą. Przed dość dawnym czasem żyła na niej bardzo urodziwa dzieweczka, imieniem Restituta, córka pewnego szlachcica, Marino Bolgaro. Miłowała ona nad życie pewnego młodzieńca, imieniem Cianmi, pochodzącego z sąsiedniej wysepki Procidy. Młodzieniec ów nietylko, że codzień na Ischię przybywał, ale często, nie znalazłszy łódki, drogę z Procidy na Ischię wpław przebywał, aby ujrzeć jeśli nie ją, to przynajmniej mury jej domu. Gdy gorąca ich miłość tak trwała, zdarzyło się, że dzieweczka wyszła pewnego dnia letniego na samotną przechadzkę, nad brzeg morski. Przechodząc ze skały na skałę, wyjmowała za pomocą noża z pod kamieni kraby morskie, i tak sama nie wiedząc kiedy, doszła do małej zatoki, 341 ukrytej za urwiskiem. Kilku młodych Sycylijczyków, płynących z Neapolu na swojej fregacie, zwabionych chłodnym cieniem i powabem czystego źródła, tryskającego na brzegu, wczasowi tutaj się oddawało. Obaczywszy młodą i piękną dzieweczkę, która ich jeszcze nie spostrzegła i przekonawszy się, że jest sama, postanowili pochwycić ją i uprowadzić ’z sobą. Co umyślili, tego dokonali. Mimo oporu i krzyków młódki, zaciągnęli ją na pokład fregaty i odpłynęli.
Gdy przybyli do Kalabrji i umawiać się poczęli, komu dzieweczka ma przypaść w udziale, okazało się, że każdy ją tylko dla siebie mieć pragnie. Widząc, że się pogodzić nie mogą i obawiając się, że z jej przyczyny jeszcze do bójki przyjśćby mogło, dzięki czemu różne ich sprawy zły obrótby wzięły, postanowili darować młódlkę królowi Sycylji, Fryderykowi. Młody król był wielkim lubownikiem pięknych kobiet. Zamysł swój wykonali zaraz po przybyciu do Palermo. Król wielce sobie dzieweczkę upodobał i z radością w podarunku ją przyjął. Szwankując jednak wówczas nieco na zdrowiu, rozkazał umieścić ją w wspaniałym pałacu, zwanym Cuba i położonym w jednym z jego ogrodów i pilnować jej, dopóki sił utraconych nie odzyska. Tak się też stało. Tymczasem cała Ischia z powodu porwania Restituty w największem poruszeniu była. Krewniaków dzieweczki najbardziej trapiła myśl: kim byli ci, co ją porwali. Gianni zaś, ’który więcej od innych się turbował, nie czekając, aż jakaś wieść na Ischię nadejdzie, dowiedział się, w którą stronę fregata się skierowała, a potem kazał uzbroić okręt i przeszukał na nim całe wybrzeże, od Minerva aż do Scalca w Kalabrji. Wszędzie po drodze zapytywał się o swoją umiłowaną dzieweczkę. Wreszcie w Scalca powiedziano mu, że sycylijscy marynarze do Palermo ją powieźli. Na tę wieść Gianni natychmiast do Palermo popłynął. Po wielu poszukiwaniach, starań i zachodów nie litując, dowiedział się, że Restitutę podarowano królowi i że znajduje się ona pod strażą w Cuba. Nowina ta silnie Gianni wzburzyła, postradał on prawie całą nadzieję, nietylko posiadania swojej umiłowanej, ale nawet ujrzenia jej kiedykolwiek. Mimo to, siłą miłości powodowany, odesłał awój okręt i pozostał w Palermo, wdedząc, że go tutaj nikt nie zna. Przechodząc często koło pałacu, ujrzał perwnego dnia Restitutę w oknie. Restituta także go spostrzegła; z tego ujrzenia się oboje nie-wysłowioną radość odnieśli. Gianni, widząc, że miejsce jest odosobnione, podszedł do okna tak, żeby dzieweczka słowa jego usłyszeć mogła i umówił się z nią o następne spotkanie. Poczem odszedł, rozejrzawszy się szczegółowie po okolicy. 342
Gdy noc zapadła, Gianni powrócił; wdrapał się na mur tak gładki, że dzięciołby eię na nim ledwo mógł utrzymać i przebrał się do ogrodu. Tutaj znalazł wysoki drąg, przystawił go do okna i z wielką zręcznością wspiął się przy jego pomocy do okna kochanki. Restituta, zważywszy, że cześć jej, ze względu na którą nieco surowie z Gianni postępowała, już na wieki przepadła, do tej myśli przyszła, że najlepiej uczyni, gdy teraz do Gianni należeć będzie. Dlatego też postanowiła wszystkie jego życzenia wypełnić, żywiąc nadzieję, że Gianni ją oswobodzi. Ostawiła tedy okno otworem, aby kochanek łatwiej mógł do jej komnaty przeniknąć. Gianni wszedł przez okno do komnaty i legł obok dzieweczki na łożu. Restituta odkryła mu wszystkie swoje zamysły, błagając go, aby ją uwolnił i zabrał z sobą. Gianni odparł na to, że i on niczego bardziej nie pragnie i że następnego dnia całą rzecz uładzi. Potem uścisnęli się i pełni uniesienia oddali się rozkoszy, nad którą większej i sam Amor wymyślećby nie zdołał. Folgując nadmiernie swej żądzy, nie spostrzegli, jak ze znużenia zasnęli, jedno w objęciach drugiego. Tymczasem król, któremu Restituta na pierwszem pojrzeniu wielce do smaku przypadła, przypomniał sobie o niej, a czując się na siłach skrzepiony, postanowił pewien czas z nią spędzić, chocia się już i ranek zbliżał. W towarzystwie kilku sług udał się zatem do Cuby. Wszedł do pałacu niepostrzeżony przez nikogo, kazał otworzyć naścieżaj drzwi do komnaty, w której dzieweczka spała, i z zapaloną pochodnią stanął na progu. Spojrzawszy na łoże, obaczył ją obnażoną i śpiącą rw ramionach Gianni. Na ten widok takim gniewem zapłonął, że z trudem pohamował się, aby kochanków nie przebić sztyletem, który zawsze u pasa nosił. Zważywszy jednak, że pozbawienie życia ludzi we śnie się znajdujących byłoby sromotą dla każdego, a cóż dopiero dla króla, powściągnął swój gniew i postanowił na stosie ich spalić. Obróciwszy się do jednego z towarzyszów swoich, rzekł:
— Co myślisz o tej nierządnej białogłowie, po której sobie tyle obiecywałem?
— Potem spytał go, zali zna młodzieńca, tak zuchwałego, że królowi hańbę we własnym jego domu wyrządzić się odważył. Zapytany odrzekł, że nie przypomina sobie, aby tego młodzieńca kiedykolwiek widział. Wówczas król, srodze poburzony, wyszedł z komnaty, rozkazawszy wprzód oboje kochanków tak obnażonych, jak są, przytrzymać, związać i o świcie do Palermo odprowadzić. Tam zasię przywiązać ich do pala plecami do siebie i tak trzymać ich aż do godziny trzeciej, aby ich wszyscy obaczyć mogli, a po upływie tego czasu spalić, jak na to zasłużyli. Taki rozkaz wydawszy, król, pełen rankoru i złości, do 343 pałacu swego w Palermo powrócił. Po oddaleniu się króla, słudzy nietylko zbudzili kochanków ze snu, ale natychmiast bezlitośnie rzucili się na nich, aby im ręce i nogi związać. Imaginujcież sobie, jakim smutkiem to nagłe nieszczę. scie kochanków przejąć musiało i jak poczęli drżeć z trwogi o życie swoje. Zgodnie z rozkazem króla zawiedziono ich do Palermo i na placu do jednego słupa przywiązano. Poczem na ich oczach stos wznosić poczęto, aby, o wyznaczonej przez króla godńnie, karze ognia podlegli. Na plac zbiegła się wkrótce ciżba ludzi, z mieszkańców Palermo złożona, dla obejrzenia nieszczęsnych miłośników. Mężczyźni, cisnący się dla przyjrzenia się młodej dziewicy, głośno wychwalali jej urodę i kształtowne ciała złożenie, białogłowy zasię nie mogły się dość nawysławiać piękności młodzieńca. Nieszczęśni kochankowie, okrutnego sromu pełni, stali z opuszczonemi głowami, opłakując awój los przeciwny i czekając na śmierć w płomieniach.
Gdy w ten sposób oczekiwali chwili wykonania wyroku, opowieść o ich winie, z ust do ust przechodząc, doszła wreszcie do pana Ruggieri deH‘Oria, męża osobliwej dzielności, który podówczas urząd królewskiego admirała sprawował. Ruggieri dell‘ Oria przybył na plac; spojrzawszy na dzieweczkę, zachwycił się jej pięknością.
Gdy potem wzrok na młodzieńca obrócił, poznał go zaraz, przystąpił tedy do niego i zapytał, zali zowią go Giannim z Procidy? Gianni podniósł głowę, a poznawszy admirała, rzekł:
— Tak, panie, byłem tym, o kogo się pytacie, i kim już wkrótce być przestanę!
Wówczas admirał zapytał, co go do takiego stanu przywiodło.
— Miłość — odparł Gianni — i gniew króla.
Ruggieri, współczuciem tknięty, poprosił go, aby mu o wszystkiem szcze-gółowie rozpowiedział. Wysłuchawszy opowieści nieszczęśnika, chciał odejść spiesznie, aliści Gianni zatrzymał go i rzekł jeszcze:
— Ach, czcigodny panie, jeżeli to tylko w waszej mocy leży, wyjednajcie mi jedną łaskę u tego, z czyjego rozkazu tu na stosie stoję.
— Jakaż to łaska? — spytał Ruggieri.
— Wiem — odrzekł Gianni — że niedługo już umrzeć muszę i dlatego tej łaski się dopraszam, abym nie był obrócony plecami do dzieweczki, którą nad życie me kocham, ale twarzą w twarz z nią ginął i tym sposobem w chwili śmierci z jej oblicza pociechę i spokój mógł czerpać.
Ruggieri rzekł ze śmiechem: 344
— Ochotnie to uczynię, a nawet postaram się o to, abyś mógł na nią jeszcze długo, aż do przesytu patrzeć.
Po tych głowach odszedł, rozkazawszy wprzód wykonawcom wyroku, aby nic poczynać się nie ważyli, póki nowych poleceń od króla nie otrzymają. Później, nie mieszkając, udał się do króla i chocia srodze gniewliwego go znalazł, wypowiedział otwarcie sąd swój o tem, co przed chwlą widział.
— Miłościwy Panie — rzekł — jakąż krzywdę wyrządziła ci ta para, którą z rozkazu waszego a placu spalić mają?
Król opowiedział mu całą historję.
— Postępek ich zasługuje na karę, aliści nie wy ich karać powinniście. Za zbrodnie należy się kara, jednakoż szlachetne czyny nagradzać trzeba, nie mówiąc już o łasce i miłosierdziu. Czy wiecie, kim są ci, których spalić rożka? zaliście?
— Nie — odrzekł król.
— Pragnę — rzekł Ruggieri — abyście dowiedzieli się o tem i wnieśli z tego, że za popędem pierwszego gniewu nigdy iść nie Iza. Młodzieniec ów jest synem Landolfa z Procidy, rodzonego brata owego Cianni z Procidy, przy którego pomocy zostaliście królem i władcą tej wyspy. Dzieweczka zasię — to córka Marina Bolgaro, którego wpływowi zawdzięczacie, że Ischia dotąd panowanie wasze nad sobą uznaje. Ci młodzi ludzie oddawna się wzajemnie miłują; pobudzani tem uczuciem, a nie pragnieniem chęci obrazy waszego majestatu, grzech ten popełnili (jeśli grzechem można nazwać to, do czego miłość doprowadza). Przeczże zatem wysyłacie na śmierć ludzi, których oznakami czci osobnej i bogatemi darami obsypać powinniście?
Król, wysłuchawszy tych słów i poznawszy, że Ruggieri prawdę powiada, nietylko wstrzymał wykonanie okrutnego wyroku, ale począł żałować nawet tego, co dotychczas uczynił. Rozkazał, aby młodą parę natychmiast od słupa odwiązano i przyprowadzono przed jego oblicze. Tak się też stało. Poczem król rozważył, jakiemiby to darami i osobnem uczczeniem za tak ciężką krzywdę ich wynagrodzić. Namyśliwszy się, polecił ich przybrać w wspaniałe szaty, a potem, gdy się przekonał, że oboje gorąco połączyć się pragną, rozkazał Cianni ożenić się z Restitutą, obdarzył ich bogatemi podarkami i wielce szczęśliwych do ojczyzny z powrotem wyprawił, gdzie z wielką radością ich przyjęto. Gianni i Restitutą żyli jeszcze długo w szczęściu i spokoju.
OPOWIEŚĆ VII
Violanta
Teodoro, zakochawszy się w Violaneie, córce pana Amerigo, czyni ją brzemienną i zato na szubienicę skazany zostaje. Gdy go na kaźń wiodą, poznaje go jego rodzic. Teodoro żeni się z Violantą
Damy, z natężeniem oczekujące, co 9ię z kochankami stanie i ozy w eat-mej rzeczy na stosie spaleni oni zostaną, poweselały, usłyszawszy o ich wybawieniu się od śmierci i Bogu dank złożyły. Królowa skinęła na Laurettę, a ta w te słowa zaczęła:
— Gdy szlachetny król Wilhelm rządy mad Sycylją sprawował, żył ma tej wyspie pewien szlachcic, Amerigo Abate da Trapani zwany, który wśród obfitości wszelkich dóbr doczesnych, także mnóstwo dzieci iposiadał. Potrzebując licznej służby, kupił kilku otroków od genueńskich korsarzy, którzy po ograbieniu Armenji, ize swemi galerami do porttu zawinęli. Amerigo otroków zą Turków uważał. Wśród niewolników, pozór pastuchów mających, jeden chłopiec szlachetniejszą postawą i gładszemi obyczajami się wyróżniał. Zwali go Teodoro. Cliocia za niewolnika był uważany, pozostał w domu pana Ameriga i rósł pospołu z jego dziećmi. Dzięki szczęśliwej naturze swojej zdołał wkrótce tak szlachetnych obyczajów nabrać, że pan jego, pnzychylnością do niego powodowany, wolnością go obdarzył. Mniemając zasię, że Teodoro jest Turkiem, ochrzcić go przykazał i imię Piotra przyjąć. Potem Amerigo marszałkiem swym go uczynił i w zupełności mu zaufał. Wraz z innemi dziećmi pana Ameriga wzrastała córka jego, Yiolanta, wielce urodziwa dzieweczka. 347
Gdy ojciec ®amąż wydać ją się zbierał, Violanta w Piotrze się zakochała. Miłując go gorąco i przymioty jego wielce ceniąc, nie miała jednak odwagi odkryć mu afektów 8woich, aliści wkrótce Amor z tego zatrudnienia ją wywiódł. Piotr bowiem, spojrzawszy na nią kilka razy ukradkiem, tak się nią zachwycił i tak w niej rozmiłował, że czuł się wtedy tylko szczęśliwy, gdy iz nią raizem przebywać mógł. Obawiał się jednak, aby ktoś miłości jego nie odkrył, wydawało mu się bowiem, że źle sobie poczyna. Dzieweczka, ochotnie w towarzystwie Piotra przebywająoa, tajemnicę jego odgadła:, a chcąc doda* mu odwagi i otuchy, wielkie ukontentowanie po sobie pokazała. Przez długi czas jeszcze pozostawali w niepewności, jak swe uczucia wizajemnie sobie wyznać, chocia gorąco pralgnęli porozumieć się z sobą. Gdy tak cierpieli, ogniem namiętności gorejąc, los w sukurs im przyszedł i pokazał im drogę do porozumienia wiodącą. Amerigo posiadał majętność, o milę od miasta Trapani leżącą. Żona jego z córką i różnemi damami przebywała tam często. Pewnego dnia^ zdarzyło się, że w upalny dzień udały się na wieś, wziąwszy z sobą także i Piotra. W czasie ich przechadzki nagle, jak to często w lecie się zdarza, niebo pokryło się ciemnemu chmurami. Damy, niechcąc być burzą zaskoczone, wyruszyły w drogę do Trapani. Piotr i Violanta, jako ludzie młodzi, wyprzedzili znacznie żonę pana Ameriga i jej towarzyszki; (nie tylko obawa niepogody, ale i miłość kroki ich przyspieszyła. Oddaliwszy się od reszty kompanji tak, że ledwie widziani być mogli, poazuli, że po wielu grzmotach, grad sypać poczyna. Damy schroniły się do domu pewnego wieśniaka, co się zaś Piotra i Violanty tyczy, to nie widząc innego schronu, wpadli do stirej, pochylonej rudery, w której nikt już nie mieszkał. Dach tej chaty był bardzo uszkodzony; tylko czątetka jego ipozostała. Młodzi ludzie dla ciasnoty kąta, w którym stali, musieli się zetknąć z sobą. Ta okoliczność dodała im odwajgi do wzajemnych oświadczyn i była pobudzeniem ich miłosnego pragnienia. Piotr pierwszy zaczął w te słowa:
— Dałby Bóg, aby /ten, grad nigdy nie ustawał, dopóki bowiem sypie, mogę się stąd nie ru9zać.
— Ach i jabym tego chciała — odparła Violanta.
Rzekłszy to, uścisnęli sobie ręce, poczem objęli się i pocałowali, podczas gdy grad wciąż po dawnemu sypał.
Nie będę się tu nad każdym szczegółem szerzył, to jeno powiem, że nim się niebo wyjaśniło, Piotr i Violanta najwyższe uniesienia miłości poznali i umówili się o sposób ta, jnego widywania się z sobą. Gdy grad padać prze 348 stal, poczekaj! u bram miasta na matkę Violanty i wraiz z nią do domu powrócili. Od tego dnia nieraz jeszcze, wielką ostrożność zachowując, schodzili się razem ku wielkiej radości swojej. Wreszcie Violaiita brzemienną się poczuła, co niemało strapienia im przyczyniło. Violanta nie omieszkała próbować różtaych środków, aby pozbyć się płodu przed, czasem, jednakoż w»zysUkie jej starania ma niceem spełzły. Wówczas Piotr, obawiający się o życie swoje, postanowił uciec, o ezem Violancie powiedział.
— Jeśli mnie opuścisz — rzekła Violanta — to bądź upewniony, że życie sobie odbiorę.
Piotr, gorąco ją miłujący, odparł:
— Nie mogę tu pozostać, najdroższa moja! Brzemienność twoja wnet jawną się stanie i postępek nasz zdradzi. Tobie przebaczą z łatwością, ja zasię nieszczęsny na twoją i swoją winę będę musiał odpokutować.
— Piotrze — odrzekła na to Violanta — mój grzech istotnie najaw wyjdzie, co się jednak twego tyczy, to bądź upewniony, że nikt o nim wiedzieć nie będzie, jeśli tylko ty sam o nim nie powiesz.
— Jeżeli tak — zawołał Piotr — to zostanę. Pamiętaj jednak, abyś swoją obietnicę zdzierżyła!
Yiolanta ukrywała długo stan swój, widząc jednakoż, że pozór jej dalszą tajemnicę niemożliwą czyni, wyznała pewnego dnia matce wszystko, rzęsi-stemi łzami się zalewając i błagając ją o przebaczenie i litość. Matka, w srogi gniew wpadłszy, ’zganiła ją ostremi słowy i żądała wyznania, kiedy i z kim się to zdarzyło. Dzieweozka, nie chcąc biedy na Piotra sprowadzać, wymyśliła jakąś baśń i za prawdę ją podała matce, ’która, uwierzywszy wszystkiemu, wysłała córkę dla ukrycia jej błędu do jednej ze swoich posiadłości.
Gdy czas połogu nadszedł i chora, kobiecym obyczajem, w bólach krzyczeć poczęła, zdarzyło się to, czego matka najmniej się spodziewała — że pan Amerigo, który dotychczas w tej wiosce prawie nigdy nie bywał, wracając z polowania, krzykiem tym zadziwiony, podjechał pod dom i wszedł do komnaty, aby spytać się o powód wrzawy. Matka, będąca w tej chwili przy córce, obaczywszy swego męża, podniosła się i z płaczem powtóflzyła mu to, co jej Yiolamta opowiedziała. Aliści pan Amerigo, mniej od żony łatwowierny, odparł, że niemożliwą jest rzeczą, aby dziewczyna nie wiedziała, od kogo jest brzemienną, i zażądał szczerego wyznania prawdy, mówiąc, że jest to jedyny środek do uzyskania jego przebaczenia. W przeciwnym razie zasię niechaj na pewną i okrutną śmierć się gotuje! Naipróżno matka Yiolanty siliła się wmówić w niego ową bajkę, której sama uwierzyła. Wysiłki jej na niczem spełzły. Amerigo, srogim gniewem zapalony, rzucił się z obnażoną szpadą na córkę, która w tym czasie synka powiła, i krzyknął:
— Albo mi wyznasz, kto jest ojcem twego dziecięcia, albo zginiesz na miejscu!
Z trwogi przed śmiercią (złamała Violanta dane Piotrowi słowo i wyznała ojcu wszystko, co między nimi zaszło. Rycerz, wysłuchawszy Violanty, wpadł w taką wściekłość, że ledwie od zamordowania córki pohamować się zdołał. Dawszy w słowach folgę gniewowi swemu, wsiadł na konia i do Tra-pani popędził. Przybywszy do grodu, oskarżył Piotra przed Gurradem, kapitanem wojsk królewskich, o hańbę, wyrządzoną jego domowi. Kapitan kazał Piotra niespodzianie pochwycić i wziąć go na rpytki celem dobycia z niego dokładniejszych zeznań; potem skazał go na przepędzenie kijami przez całe miasto, a następnie na powieszenie. Aby zaś ta «ama godzina była kresem życia obojga kochanków i ich dziecięcia, pan Amerigo, który gniewu swego wyrokiem śmierci na Piotra jeszcze nie zaspokoił, wsypał truciznę do kielicha z winem i powierzył go wraz z ostrym sztyletem jednemu ze sług swoich, mówiąc doń:
— Udaj «ię z tem do Violanty i w mojem imieniu jej powiedz, aby, nie mieszkając, jeden z tych dwóch rodzajów śmierci wybrała. Niechaj ginie od trucizny lub od noża, w przeciwnym razie, jak na to zasłużyła, w obliczu całego miasta na stosie spłonie. Skoro zaś tego dokonasz, pochwyć chłopca, którego Violanta przed kilkoma dniami na świat wydała, rozbij mu głowę o ścianę i rzuć go potem |*sam na pożarcie.
Otrzymawiszy od okrutnego ojca taki rozkaz, córki jego i wnuka się tyczący, sługa poszedł go wykonać. Tymczasem Piotr, na śmierć skazany, pędzony był uderzeniami kijów do szubienicy. Pachołkowie kata wiedli go koło gospody, w której trzech szlachciców armeńskich mieszkało. Byli to posłowie, wysłani przez króla Armenji do Rzymu dla porozumienia się z papieżem w ważnych oprawach, wojny krzyżowej dotyczących. Zatrzymali się oni w Tra-pani dla wypoczynku i skrzepienia sił, przyjmowani z osobną czcią przez dostojnych obywateli miasta z panem Amerigo na czele. Trzej posłowie, widząc przechodzący orszak z Piotrem pośrodku, podeszli iprzez ciekawość do okna. Piotr był do pasa całkiem obnażony i ręce miał na plecach związane. Jeden z posłów nazwiskiem Fineo, człek w podeszłym wieku, spostrzegł na piersi młodzieńca wielką ognistej barwy plamę, nie od rany pochodzącą, 350 jeno będącą przyrodzonem znamieniem. Na ten widok wspomniał pan Fineo swego syna, którego mu przed piętnastu laty korsarze na wybrzeżu Laiazzo porwali. Od tego czasu słuch o nim zaginął. Zważywszy wiek nieszczęśnika, pędzonego przez katów, pomyślał, że syn jego, gdyby jeszcze przy żyoiu się znajdował, w tym samym wieku byćby musiał. Uderzony widokiem tego znamienia, pomyślał, że skazaniec jest jego synem. Wówczas przyszło mu do głowy, że jeśli tak jest w samej rzeczy, to młodzieniec winien przypomnieć sobie swoje imię i zrozumieć słowa armeńskiego języka. Dlatego też, gdy skazaniec do okna się zbliżył, Fineo zawołał:
— Teodorze!
Na dźwięk tego imienia Piotr podniósł głowę. Wówczas Fineo spytał go po armeńsku:
— Skąd pochodzisz i kto był twoim rodzicem?
Pachołkowie kata przez wrzgląd na osobę posła zatrzymali się, tak iż Piotr mógł odpowiedzieć:
— Pochodzę z Armenji. Rodzic mój zwał się Fineo. Nieznani ludzie przywieźli mnie itutaj, jeszcze gdy małem dzieckiem byłem.
Na te słowa Fineo poznał w młodzieńcu swego utraconego syna. Z płaczem zbiegł po schodach wraz z towarzyszami 9wymi i chwycił Teodora w objęcia. Poczem okrył go płaszczem z drogocennej materji, zdjętym z własnych ramion, i poprosił dowódcy siepaczy, aby przez wzgląd na jego osobę, wstrzymał się, dopóki nowych rozkazów nie otrzyma. Dowódca zgodził się na to.
Fineo wiedział już, za jaką to winę Teodora na kaźń wiedli, bowiem słuchy o tem po całem mieście obiegały. Dlatego też co żywo z towarzyszami swymi i ze świtą do Currada się udał i tak.rzekł do niego:
— Panie! Młodzieniec ten, którego, jako niewolnika, na śmierć skazaliście, jest wolnym człekiem i moim synem. Gotów on jest pojąć za żonę dzieweczkę, którą, jak mówią, zbezcześcił. Odłóżcie przeto wykonanie wyroku aż do chwili, gdy przyjdzie wiadomość, czy dzieweczka chce go za męża. Currado, usłyszawszy, że Piotr jest synem pana Fineo, wielce się zadziwił. Wstydząc się omyłki swojej i zbytniego w tej sprawie pośpiechu i zważywszy, że prośba Fineo jest słuszna, polecił skazańca do domu odprowadzić, a sam tymczasem wezwał pana Amerigo i o wszystkiem [go powiadomił.
OPOWIEŚĆ VIII
Okrutne łowy
Nostagio degli Onesti miłuje dzieweczkę z rodu Tratersari. Traci na nią bogactwa swoje, aliści jej wzajemności dobić się nie może. Zgodnie z radą krewniaków Nostagio udaje się do Chiassi i tam spostrzega rycerza, który prześladuje jakąś dzieweczkę, a potem zabija ją i na pożarcie psom rzuca. Nostagio sprasza krewniaków, aby wraz z umiłowaną przez niego dzieweczką na obiad do Chiassi przybyli. Dzieweczka, widząc jak psy zjawę rozszarpują, poczyna się obawiać podobnej kary i wychodzi zamąż za Nostagia
Skoro Lauretta zamilkła, na wezwanie królowej Filomena w te słowa zaczęła:
— Piękne damy! Ponieważ Bóg miłosiememi nam być przykazał, tedy Jego sprawiedliwość wszelkie okrucieństwo surowo karać musi. Aby wam dać dowód tego i skłonić was do wystrzegania się nieczułości serca, chcę opowiedzieć historję, która powinna niemniej zabawić, jak i współczucie w was obudzić.
W Rawennie, odwiecznem mieście Romanji, żyło ongiś wielu szlachetnych ludzi. Między nimi wyróżniał się szczególnie niejaki Nostagio degli Onesti, który po śmierci ojca i wuja swego stał się wielkim bogaczem. Ów, w bezżennym stanie żyjąc, zakochał się w córce pana Paolo Travereari. Żywił nadzieję, że pozyska jej względy staraniami swojemi, mimo, że ród jej był o wiele starszy i świetniejszy od jego rodu. Jednakoż cała jego wytrwałość, miłość i wspaniałość nanic się nie zdały; owszem, zdawało się, że, im więcej przypodobać jej się stara, tem 353 bardziej sobie szkodzi — tak szorstką, nieżyczliwą i niechętną okazywała się dla niego umiłowana dzieweczka. Niewiedzieć co było tego przyczyną: czyli zbytnie rozumienie o piękności swojej, czyli też pycha niezmierna, dosyć na tem, że ani Nostagia, ani najmniejszej rzeczy, jemu miłej, znosić nie mogła. Ta nieczułość kochanki tak Nostagia trapiła, że nieraz chciał już z boleści życie sobie odjąć.
Czasami zasię obiecywał sobie, że zapomni całkiem tę okrutnicę, albo przynajmniej tak ją znienawidzi, jak ona jego znienawidziła. Jednak wszystkie jego postanowienia na niczem spełzły, bowiem, im bardziej ginęła szczęścia nadzieja, tem miłość jego gorętszą się stawała. Gdy Nostagio tak uparcie trwał w afektach swoich i brnął coraz dalej w obłędliwe szaleństwa i nadmierne wydatki dla przypodobania się pięknej a okrutnej dzieweczce, krewniacy jego i przyjaciele do tej myśli przyszli, że w grze takiej wnet życie i majątek cały postrada. Radzili mu więc po wielekroć i zaklinali go, ażeby Ravennę opuścił i do innego jakiegoś grodu na dłuższy pobyt się udał; mniemali bowiem, że tym sposobem z miłości go wyleczą i od ruiny uchronią. Nostagio z początku żartował sobie z tych rad i nalegań, widząc jednak, że niepodobna wiecznie trwać przy swojem, oświadczył wreszcie, że ma zamiar do Francji, Hiszpanji, albo do jakiegoś innego oddalonego kraju wyjechać, i w samej rzeczy niemałe przygotowania do drogi uczynił. Poczem wsiadł na konia i w towarzystwie licznych przyjaciół swoich Rawennę opuścił. Aliści dojechał tylko do Chiassi, miejscowości o trzy mile od miasta oddalonej; tam, zatrzymawszy się, kazał rozbić rozmaitego rodzaju namioty dla siebie, a potem rzekł towarzyszom, że mogą wracać do Rawenny, bowiem on tu pozostać postanowił.
Przebywając w Chiassi, jął prowadzić równie świetny i okazały żywot, jak pierwej, i, jak zwykle, znajomych swoich na obiad, lub wieczerzę do siebie zapraszał. Pewnego dnia, właśnie na początku maja, gdy piękna pogoda panowała, Nostagio znów w myśli o okrutnej kochance się pogrążył. Ażeby tem swobodniej smutkowi swemu się oddać, oddalił się od wszystkich towarzyszów swoich i sam, bez celu błądząc, doszedł do wielkiego sosnowego lasu. Już dawno przeszła południowa godzina; Nostagio bez myśli o jadle i napoju już na pół mili prawie w gęstwinę się zagłębił, gdy nagle płacz i rozpaczliwe jęki, gdzieś w bliskości brzmiące, z rozmyślań, pełnych melankolji, go wyrwały. Zdziwiony, stanął i, spojrzawszy dokoła, ujrzał, jak z jałowcowych i cierniowych zarośli, sterczących przed nim, wypadła cudownie piękna naga dziewczyna z rozwia nemi włosami i z ciałem, przez gałęzie i kolce poszarpanem, pędząc ku niemu bez tchu prawie wśród głośnego płaczu i wołania o litość. Po obu jej bokach gnały nieodstępnie dwa rozjadłe kundle, co chwila zatapiając w jej ciele kły, gdzie tylko schwycić mogły, za nią zasię gnał rycerz na czarnym koniu i w czarnym rynsztunku z twarzą, pałającą gniewem, ze szpadą w ręku i straszliwemi, hańbiącemi słowy śmierć jej zapowiadał. Na ten widok Nostagia w pierwszej chwili przejęły podziwienie i trwoga, wnet jednak współczucie wzbudziło w nim żądzę ocalenia nieszczęśliwej niewiasty od mąk takich i śmierci. Nie mając broni pod ręką, schwycił potężną gałąź i nią drogę psom i rycerzowi zagrodził. Czarny rycerz, spostrzegłszy to, zdaleka już na niego zawołał:
— Zaniechaj walki, Nostagio, i pozwól mnie i psom moim uczynić z tą niewiastą to, na co zasłużyła!
Przy tych słowach dwa kundle schwyciły z całej siły dziewczynę za biodra i osadziły ją na miejscu; rycerz zasię przypędził na koniu i skoczył z niego, podnosząc szpadę. Nim jednak mógł coś uczynić, Nostagio stanął przed nim i zawołał:
— Nie wiem, ktoś jest, choć mnie tak dobrze znać się zdajesz; tyle ci jednak powiedzieć mogę, że w wysokim stopniu haniebną jest rzeczą, gdy zbrojny rycerz nagą kobietę chce mordować i psami ją szczwa, niby dzikie zwierzę, dlatego też bronić jej będę z wszystkich sił moich.
— Nostagio — odrzekł na to rycerz — pochodzę z tego samego, co i ty, miasta. Byłeś jeszcze małem dziecięciem, kiedym ja w tej oto dziewczynie zaiste o wiele goręcej się kochał, aniżeli ty teraz w pannie Traversari. Aliści pycha jej i okrucieństwo wtrąciły mnie w taką rozpacz, że wreszcie tą szpadą, którą widzisz w mojem ręku, bezbożne życie sobie odebrałem i za to na wieczyste męki skazany zostałem. Wkrótce potem umarła i ona, niezmiernie z śmierci mojej się radująca. Za okrucieństwo i za to, że cieszyła się z mąk moich, nie uważając tego nigdy za grzech, na wieczne męki piekielne skazana została. Gdy do piekła przybyła, obojgu nam za karę naznaczono: jej uciekać przede mną, mnie zasię, którym ją niegdyś tak gorąco miłował, za nią się uganiać, nie jako za przedmiotem miłości, ale jak za śmiertelną nieprzyjaciółką swoją. Ilekroć ją dopędzę, przeszywam ją tą samą szpadą, którą się niegdyś zabiłem, otwieram, jak to zaraz obaczysz, jej pierś, wyrywam z niej twarde i zimne serce, do którego miłość, ani litość przystępu znaleźć nie mogły, i rzu 355 cam je psom moim na pożarcie — Po pewnym czasie jednak zmartwychwstaje ona znowu za Boga sprawiedliwym wyrokiem i wszechmocy jego władzą, jak-gdyby nigdy zabitą nie była. Wówczas zaczyna się odnowa jej żałosna ucieczka i moja wściekła pogoń za nią. Tak dzieje się w każdy piątek, o tej, co dzisiaj, godzinie i na tem samem miejscu. Dopadam jej i, jak wnet ujrzysz, morduję; nie sądź jednak, że w inne dni spoczynek mamy; codziennie w tych wszystkich miejscach, gdzie jakieś okrutne myśli piastowała, prześladuję ją i ścigam. Ponieważ zasię z najczulszego kochanka wrogiem jej się stałem, tedy tyle lat muszę ją w ten sposób dręczyć, ile miesięcy ona się znęcała nade mną. Pozwól mi wyroku sprawiedliwości bożej dopełnić i nie próbuj sprzeciwiać się temu, czemu przeszkodzić nie jest w twojej mocy.
Na te słowa Nostagio osłupiał, a włosy ze strachu zjeżyły mu się na głowie. Odstąpiwszy kilka kroków, zwrócił oczy na dziewczynę i czekał drżący na to, co dalej się stanie. Rycerz zasię, słowa te wyrzekłszy, skoczył nakształt rozjuszonego zwierzęcia ku dziewczynie, która, przez dwa kundle szarpana, na klęczkach o litość błagała, i pchnął ją szpadą w piersi z taką siłą, że ostrze wyszło plecami. Z jękiem śmiertelnym zwaliła się nieszczęśnica od ciosu tego na ziemię, a wówczas rycerz chwycił sztylet, bok jej nim otworzył, wyrwał serce i cisnął psom, które je z żarłocznością połknęły. Ledwo kilka chwil upłynęło, dziewczyna podniosła się, jakgdyby nic się nie stało, i jęła uciekać na nowo w kierunku morza; obok niej, jak pierwej, gnały psy, nie przestając jej szarpać. Rycerz, dosiadłszy czarnego swego rumaka, ze szpadą w ręku szalonym pędem za nią podążył. Wkrótce tak się oddalili, że Nostagio stracił ich z oczu.
Nostagio, obaczywszy to wszystko, stał nieruchomo na miejscu, miotany litością i trwogą. Naraz jednak uderzyła go myśl, że to zdarzenie, powtarzające się co piątek, może mu się stać pomocne wielce. Zapamiętał więc sobie dokładnie miejsce, a po powrocie do Chiassi posłał po wielu krewnych swoich i przyjaciół do Rawenny.
— Długo staraliście się to na mnie wymóc — rzekł do nich — abym miłości mojej do owej okrutnicy się wyrzekł i szalonych wydatków zaprzestał. Otóż obecnie jestem gotów to uczynić, pod warunkiem jednakowoż, że pana Paolo Traversari k’temu skłonicie, aby w towarzystwie żony, córki i wszystkich krewnych wraz z wami i damami, jakie wybrać zechcecie, w najbliższy piątek 356 obiad tutaj u mnie spożyć zechcieli. Dlaczego zasię domagam się tego, wnet się dowiecie.
Krewni i przyjaciele postanowili spełnić tę skromną prośbę Nostagia, powróciwszy tedy do Rawenny, we właściwym czasie wskazane im osoby zaprosili. Najtrudniej poszło z ukochaną przez Nostagia dzieweczką, ale i ta wreszcie zgodziła się wziąć udział w uczcie. Nostagio z rozrzutnością królewską obiad przygotować kazał, stoły rozstawiono pod sosnami na miejscu, gdzie nieczuła dziewica tak okrutnej karze podległa. Poczem, wskazawszy wszystkim gościom ich miejsca, dla kochanki swojej takie miejsce przeznaczył, aby siedziała ona naprzeciw polany, gdzie, jak sądził, przerażające zjawy się ukażą. Już drugą potrawę podano, gdy naraz krzyk ściganej dziewicy do uszu wszystkich dobiegł. Obecni zadrżeli na ten głos przeraźliwy i jęli się pytać, skąd on pochodzić może; aliści nikt wyjaśnienia dać nie mógł. Wreszcie strwożeni podnieśli się i wytężyli wzrok w stronę, skąd odgłos ten dobiegał. Nagle ujrzeli dziewczynę, rycerza i psy. Na ten widok z okrzykami oburzenia i gniewu jedni rzucili się naprzeciw rycerza i psów, a drudzy zasłonili sobą dziewczynę. Aliści rycerz obrócił się do nich z podobną mową, co pierwej do Nostagia. Słowa jego nietylko odjęły przytomnym chęć do obrony dziewczęcia, lecz przejęły ich zarazem osłupieniem i przerażeniem. Pośród gości znajdowało się wiele dam, spokrewnionych z nieszczęsną dziewczyną, a takoż i z rycerzem. Wszystkie pamiętały dobrze śmierć jego; widząc, że rycerz wykonywa straszliwy wyrok na dzieweczce, uderzyły w płacz tak ogromny, jakby wyrok ów nad niemi samemi miał być dopełniony.
Gdy zjawy znikły wreszcie z przed oczu przytomnych, nikt otrząsnąć się z wrażenia nie mógł. Największa jednak trwoga odmalowała się na twarzy ii kochanej przez Nostagia panny. Wspomniawszy bowiem na okrucieństwa, jakich się tylekroć względem tego młodzieńca dopuszczała, poczuła, że widowisko, którego przed chwilą naocznym świadkiem była, dla nikogo z obecnych straszniejszą nie jest przestrogą, jak dla niej; zdało się jej, że Nostagio gna już za nią przez lasy i że dwa spienione kundle kły w jej ciele zatapiają. Na tę myśl taka obawa ją zdjęła przed podobnym losem, że nagle nienawiść na miłość w jej sercu się przemieniła. Jeszcze tego wieczora przy zdarzonej sposobności tajemnie do Nostagia zaufaną służkę wysłała. Służka ta poprosiła go w imieniu pani o odwiedzenie jej i oświadczyła, że pani gotowa jest spełnić 357 wszystko, czego Nostagio zapragnie. Nostagio odparł na to, że wieść ta przejmuje go radością niewysłowioną, aliści że chce cel pragnień swoich osiągnąć, czci jej na szwank nie przywodząc. Młoda dama, świadoma dobrze, że od niej tylko zależało być już dawno żoną Nostagia, udała się do swoich rodziców i pierwsza oświadczyła im chęć wyjścia za niego. Rodzice, niezmiernie tem uradowani, następnej zaraz niedzieli odbyli uroczyste zaręczyny młodej pary. Po okazałem weselu, które wkrótce nastąpiło, młodzi małżonkowie przez długie lata szczęściem swojem się cieszyli. Straszna zjawa nietylko ten jeden szczęśliwy skutek wywarła, wszystkie bowiem białogłowy w Ravennie tak się zastrachały, że od tego czasu bardziej uległemi wobec mężczyzn się stały.
OPOWIEŚĆ IX
Sokół
Federigo Alberighi miłuje bez wzajemności; po stracie całego mienia pozostaje mu jedynie sokół, którego poświęca na potrawę dla umiłowanej białogłowy, gdy ta doń w gościnę przybywa. Uznawszy o tem, dama wychodzi za niego zamąż i bogatym człowiekiem go czyni
Gdy Filomena skończyła opowieść swoją, królowa, widząc, że, krom Dionea, który miał osobny przywilej, ona tylko nie opowiadała jeszcze, z wesołą twarzą w te słowa zaczęła:
— Na mnie tedy kolej przychodzi, i dlatego też chcę wywiązać się z mojego obowiązku powieścią, która wiele z poprzednią ma podobieństwa. Dowiecie się z niej nietylko o tem, jaką władzę wdzięki wasze nad szlachetnemi sercami sprawują, ale takoż nauczycie się nagrody stosowanej z własnej woli udzielać, nie czekając na los, który dary swoje nieraz w dziwaczny i niesprawiedliwy sposób rozdziela.
W iedzcie tedy, że przed niedawnemi czasy żył w mieście naszem niejaki Coppo di Borghese Domenichi, mąż, który u wszystkich osobną czcią się cieszył, więcej dla cnót i szlachetnych obyczajów, niźli dla starożytności rodu swego. Ów zacny człek, niezaśmionej pamięci godzien, do lat sędziwych przyszedłszy, lubił opowiadać sąsiadom i znajomym swoim o dawnych czasach i zdarzeniach. 359
Osobliwie często powracał do opowieści o młodym szlachcicu, zwanym Federigo Filippo Alberighi, który niegdyś żył we Florencji. Pan Coppo umiał mówić tak udatnie i tak dobrą się odznaczał pamięcią, że pod tym względem nikt z nim w paragon wchodzić nie mógł. Według jego słów, Federigo Albe-righi swoją rycerską biegłością i polerownemi obyczajami nad wszystkimi młodzieńcami we Florencji wziął przodek. Alberighi zakochał się w pewnej dostojnej damie, imieniem Monna Giovanna, uchodzącej podówczas za najpiękniejszą we Florencji białogłowę. Dla pozyskania jej względów na turniejach na najzuchwalsze hazardy się ważył, wyprawiał wspaniałe uczty i podarunkami ukochaną swoją obsypywał, na stan majątku swego wcale nie bacząc.
Aliści dama, równie uczciwa, jak piękna, nie dbała ani o niego, ani 0 to, co na jej cześć urządzał. Federigo siła pieniędzy zmarnotrawiwszy, a nic nie zyskawszy, popadł wkrótce w taką biedę, że z całej majętności nic mu nie pozostało, krom małej posiadłości, z której nędzny profit czerpał i jednego wspaniałego sokoła. Miłość jego przez tę biedę wcale się nie zmniejszyła, owszem, gorętszą jeszcze się stała; a ponieważ nie mógł w mieście już dłużej żyć tak okazale, jakby był tego pragnął, przeniósł się do owej posiadłości i tam, niczyjej pomocy nie prosząc, zajmował się polowaniem z sokołami 1 cierpliwie ubóstwo swoje znosił. Pod ten czas właśnie zdarzyło się, że małżonek Monny Giovanny ciężko zachorował. Czując się bliskim śmierci, spisał testament, mocą którego małego synaczka swego zrobił dziedzicem wszystkich wielkich bogactw; na przypadek bezpotomnej śmierci syna, Monna Giovanna, jako umiłowana żona, wszystko dziedziczyć miała.
Po jego śmierci wdowa, jak to u tamtejszych niewiast jest w obyczaju, udała się pospołu z synkiem na całe lato do jednej z posiadłości swoich, położonej blisko siedziby Federiga. Zdarzyło się, że synek jej, który niezmiernie ptaki lubił, wnet z Federigiem się zaprzyjaźnił. Widując często jego sokoła, tak niezmiernie sobie w nim upodobał, że jedynie żądzą posiadania go pałał; nie śmiał jednak Federiga o niego prosić, wiedząc jaką wartość doń przywiązuje. Po pewnym czasie otrok zachorował. Monna Giovanna, kochająca z całej duszy swego jedynaka, niewymownie chorobą jego się strapiła; po całych dniach nie odstępowała go i prosiła ustawicznie, ażeby jej powiedział, czy czego przypadkiem nie pragnie, bowiem w tym razie uczyniłaby wszystko, aby go tylko ukontentować. Wielekroć już go o to pytała Wreszcie pewnego dnia chłopiec odrzekł:
— Matko, jeżeli zdołasz uzyskać dla mnie sokoła od Federiga, to wnet 360 przyjdę do zdrowia. — Dama, usłyszawszy tę prośbę, przez długi czas rozważała w milczeniu, co ma uczynić. Wiedziała dobrze, że Federigo, miłując ją od-dawna, nigdy jednego łaskawszego spojrzenia od nitj nie otrzymał. Rzekła więc do siebie:
— Jakże mogłabym się ośmielić posłać po tego sokoła do Federiga, lub udać się do niego sama? Zresztą, jak słyszę, nigdy szlachetniejszy od tego sokoła ptak strzelcowi nie służył. Nadto, jak powiadają, sokół ów środek utrzymania dla pana swego stanowi. Nie mam, wierę, sumienia odejmować szlachcicowi ostatniej jego radości.
Tak rozważywszy, jakkolwiek pewna otrzymania natychmiast sokoła, skoroby tylko o niego poprosiła — nie odpowiedziała nic synowi.
Wkrótce jednak, gdy stan chłopca się pogorszył, miłość zwyciężyła wszystkie jej skrupuły. Monna Giovanna postanowiła udać się sama de Federiga, aby o sokoła go poprosić.
Rzekła więc do chorego:
— Pociesz się, mój synaczku, i staraj się do zdrowia powrócić, a ja ci przyrzekam, że będziesz miał tego sokoła.
Dziecię tak się temi słowami uradowało, że tegoż jeszcze dnia znaczną ulgę poczuło. Na drugi dzień rano udała się Monna Giovanna w towarzystwie drugiej damy do małego domku Federiga. Ponieważ nie był to czas łowów na ptaki, więc szlachcic znajdował się w ogrodzie, zajęty jakąś robotą. Federigo, uwiadomiony, kto się o niego pyta, zadziwił się w najwyższym stopniu i z peł-nem szacunku pozdrowieniem wybiegł naprzeciwko niej. Ona zasię, uprzejmie ukłon mu oddawszy, odezwała się:
— Dzień dobry, Federigo. Przychodzę tutaj, ażeby wynagrodzić cię za wszystko, coś z mojej winy wycierpiał. Miłowałeś mnie bowiem goręcej, aniżeli dla dobra twego należało. Nagroda na tem się zasadza, że chcę, abyś mnie wraz z tą damą dziś obiadem ugościł.
— Madonno — odparł na to Federigo z pokorą — nie wiem, o jakich przykrościach, których wy kiedykolwiek przyczyną być mieliście, mówicie. Tyle wiem jeno, że, jeżeli cokolwiek wart kiedy byłem, to jedynie przymiotom waszym i miłości dla was to zawdzięczam. Dzisiejsze odwiedziny wasze milsze mi są od wszystkich straconych dostatków. Przybyliście wszak w gościnę do nędzarza.
Tak mówiąc, oprowadzał ją bojaźliwie po domku i ogrodzie. Nie mając jednak nikogo pod ręką, ktoby mógł damy zabawiać, rzekł: 361
— Ponieważ nikogo tu niema, tedy niechaj ta poczciwa kobieta, żona człowieka, obrabiającego moje pole, towarzystwa wam dotrzyma, dopokąd ja obiadu nie zarządzę.
To rzekłszy, odszedł. Dotychczas, jakkolwiek wielkim był jego niedostatek, nie zauważył, ilu najniezbędniejszych rzeczy rozrzutność go pozbawiła. Teraz jednak, gdy przyszło zacnie ugościć tę damę, dla której niegdyś tak świetne uczty wyprawiał, spostrzegł po raz pierwszy nędzę swoją. Srodze strapiony, ze ściśniętem sercem biegał po domu, jak szalony, i przeklinał los swój, nie mogąc znaleźć pieniędzy, ani jakiej rzeczy, którąby sprzedać można było. Tymczasem zbliżyła się obiadowa godzina. Federigo, mimo gorącej chęci ugoszczenia damy, nie mógł nic wr domu znaleźć, prosić zasię nikogo nie chciał. Naraz wpadł mu w oczy dzielny sokół jego, siedzący w jadalnej komnacie na drążku; Federigo, widząc, że ptak jest tłusty, uznał to szlachetne stworzenie za potrawę godną damy. Nie namyślając się tedy długo, zabił go i rozkazał służebnej dziewczynie oskubać go, przyrządzić, na rożen nasadzić i troskliwie upiec. Poczem zasłał stół śnieżystym obrusem i poszedł z weso-łem obliczem zaprosić damę do obiadu. Dama z towarzyszką swoją przeszły do jadalni i, obsługiwane starannie przez Federiga, zjadły dzielnego sokoła, nie wiedząc nawet, jaka to potrawa. Po wstaniu od stołu i po uprzejmej pogawędce, dama, sądząc, że nadeszła pora wyznać Federigowi, poco właściwie tu przybyła, zwróciła się doń uprzejmie i tak rzekła:
— Federigo, jeżeli masz w pamięci dawny stan swój i moją surowość obyczajów, którą zapewne za nieczułość i okrucieństwo poczytywałeś, to nie wątpię, że osłupiejesz na zuchwałą prośbę, z którą tu dzisiaj przybywam. Gdybyś miał jednak dzieci i mógł pojąć miłość, jaką się dla nich żywi, to pewna jestem, że chociaż w części dzisiejszy krok mójbyś usprawiedliwił. Ty nie masz jednakoż dzieci, ja zasię jedynaka posiadam, a nie mogąc praw macierzyńskiej miłości w sercu mem przewalczyć, wbrew chęci mojej, wbrew przyzwoitości i rozsądkowi, widzę się obecnie zmuszoną prosić cię o podarowanie mi rzeczy, która ci jest droga wielce. Tym przedmiotem jest twój sokół, który nie bez racji tak znaczną wartość dla ciebie posiada. Przeciwny los tylko tę radość i pociechę ci ostawił. A jednak prosić cię oń muszę, syn mój bowiem tak niezmierną żądzą posiadania go zapłonął, iż drżę, ażeby choroba, której uległ, nie pogorszyła się, lub śmiertelnego obrotu nie przybrała w wypadku, jeśli dziecię pożądanego przez siebie przedmiotu nie otrzyma — Zaklinam cię więc nie na miłość, którą dla mnie żywisz, ta cię bowiem do niczego wzglę 362 dem mnie nie obliguje, ale na wielkoduszność, którą nad wszystkimi ludźmi górujesz, chciej mi podarować tego sokoła, a ja pamiętać zawsze będę, żeś, dzięki temu darowi, syna mi zachował i wiecznej wdzięczności dla ciebie czuć nie przestanę.
Federigo, usłyszawszy żądanie damy i wiedząc, że mu zadosyćuczynić nie może, bo sokoła na potrawę dla niej już użył, począł w obecności jej gorzko płakać i ni słowa na odpowiedź znaleźć nie mógł. Na ten, widok dama sądziła z początku, że łzy te wyciska mu bolesna myśl rozłączenia się z dzielnym sokołem i już powiedzieć chciała, że woli podarunku raczej nie otrzymać, wstrzymała się jednak i oczekiwała na odpowiedź Federiga, który, zapanowawszy wreszcie nad łzami swemi, tak się odezwał:
— Madonno, od kiedy się Bogu podobało, abym serce moje ku wam obrócił, niejedną miałem sposobność doświadczenia niełaski losu i nieraz się nań żaliłem; wszystko to jednak było rzeczą krotochwilną w porównaniu z krzywdą, którą mi obecnie los wyrządził. Jakże bowiem zdołam z dolą moją kiedykolwiek się pogodzić, jeżeli pomyślę, że właśnie w tej chwili, gdyście wy, tak obojętni niegdyś dla bogactw moch, zubożały mój dom odwiedzili, ja nie byłem w możności małego a tak pożądanego podarunku wam ofiarować! Dlaczego zasię tego uczynić nie mogę, zaraz się dowiecie. Skorom usłyszał, że chcecie w łaskawości swojej obiad u mnie spożyć, zważywszy na dostojny ród wasz i przymioty, pomyślałem, że powinienem postarać się o ugoszczenie was potrawami różnemi od tych, jakiemi innych ludzi częstować się zwykło. Spojrzawszy na mego sokoła, uznałem go za godną dla was potrawę. Kazałem go więc upiec i podać wam — w przekonaniu, że tym sposobem najlepszy z niego użytek uczynię. Teraz jednakoż, gdy widzę, że żywego sokoła miećbyście pragnęli, boleść moja, stąd płynąca, iż waszego rozkazu spełnić nie mogę, jest tak silna, że nie wiem, zali się kiedykolwiek w życiu uspokoję.
Rzekłszy te słowa, pokazał jej pióra, szpony i dziób zabitego sokoły. Dama na ten widok jęła naprzód ganić rycerza za to, że w celu ugoszczenia jej, zabił tak szlachetnego sokoła, potem jednak podziwem się przejęła, zważywszy wielkość jego duszy, której sroga nędza nie zdołała dotąd osłabić, ani złamać. Zbywszy się jednak wszelkiej nadziei posiadania sokoła, niespokojna o zdrowie syna, pożegnała Federiga ze smutkiem i wróciła z towarzyszką swoją do domu.
Syn Monny Giovanny (nie wiedzieć, czy wskutek strapienia z powodu nieotrzymania sokoła, czy też dlatego, że choroba takie już przyrodzenie 363 miała, że tylko śmiercią skończyć się mogła) w kilka dni potem rozstał się z tym światem. Matka po tej stracie długie dni we łzach i smutku trawiła. Ponieważ jednak młoda była jeszcze, a krom tego wielce bogata, tedy jej bracia naglili ją, aby jakiś wybór uczyniła. Monna Giovanna, mimo, że najchętniej wdową byłaby została, uległa ich przedstawieniom i, wspomniawszy na szczodrość Federiga, której dowód niedawno złożył w zdarzeniu z sokołem, odpowiedziała swoim braciom w te słowa:
— Najmilejby mi było, gdybyście mi pozwolili pozostać przy wdowiej zasłonie, gdy jednak koniecznie pragniecie, bym w powtórne związki wstąpiła, to wyjdę tylko za Federiga degli Alberighi.
Na te słowa bracia drwić sobie z niej zaczęli, mówiąc:
— Co mówisz, głupia? Jakże możesz wyjść za człowieka, który nic nie posiada?
— Wiem dobrze, panowie bracia, że prawdę powiadacie, wolę jednak męża bez majątku, aniżeli majątek bez męża.
Bracia, upewniwszy się o niezachwianem jej postanowieniu, a przytem przekonawszy się, że Federigo, mimo swego ubóstwa, jest wielce czcigodnym człowiekiem, oddali mu Giovannę wraz z całą jej fortuną. On zaś, pozyskawszy szlachetną i tak przez siebie umiłowaną białogłowę a nadto wielki majątek, pełen radości, nowe życie rozpoczął.
OPOWIEŚĆ X
Brat Cipolla
Brat Cipolla obiecuje ludowi, że mu pokaże pióro Archanioła Gabrjela. Znalazłszy w puzderku, miast pióra, węgle, niestropiony oznajmia, że są to te same węgle, na których Święty Wawrzyniec spłonął
Cdy królowa umilkła, Dioneo wiedział już, że na niego kolej przychodzi. Nie czekając tedy uroczystego wezwania, poprosił o milczenie tych, którzy odpowiedź Guida jeszcze wychwalali, i tak zaczął:
— Mimo, że z rąk waszych, czarujące damy, wziąłem przywilej opowiadania tego, co mi się podoba, nie myślę jednak dzisiaj od naznaczonej przez was materji się oddalić, owszem wstąpię w ślady wasze i opowiem, jak to pewien mnich od Św. Antoniego, dzięki zręcznemu wybiegowi swemu, uszedł wstydu, który mu dwaj młodzieńcy zgotować chcieli. Nie gniewajcie się jednak, jeżeli cokolwiek nad materją moją szerzyć się będę, bowiem rzecz tego wymaga; zresztą spojrzyjcie na słońce i zważcie, że jeszcze wysoko na niebie stoi. Jak zapewne słyszałyście o tem, Certaldo jest małem miasteczkiem, na-leżącem do florenckich dziedzin, a położonem w dolinie Elsa. Chocia gród ten niewielki był, kiedyś jednak zamożni i szlachetni obywatele go zamieszkiwali.
Ponieważ miasteczko to wielu pobożnych ludzi liczyło, co rok zwykł był tutaj przez długi czas kazać mnich z zakonu Św. Antoniego, nazwiskiem brat Cipolla. Zbierał on hojne od głupców jałmużny i doznawał zawsze do 365 brego przyjęcia, prawdopodobnie bardziej dla nazwiska swego, niż dla pobożności, okolice bowiem Certaldo wydają cebulę sławną na całą Toskanję. Brat Cipolla był człekiem o przysadkowej posturze, włosy miał barwy czerwonej, a oblicze zawsze wesołością tchnące. Był to najsprytniejszy hultaj pod słońcem. Chociaż nigdy niczego się nie uczył, umiał jednak potoczyście mówić (tak iż każdy, kto go znał, miał go za najlepszego w świecie mówcę, któremu sam Tullius i Quintylian do stóp nawet nie dorastali). Otóż pewnego razu obyczajem swoim brat Cipolla do Certaldo ściągnął. Gdy się już wszyscy poczciwcy z okolicznych wiosek po mszy przed kościołem zebrali, mnich, poczekawszy na stosowną chwilę, w te słowa przemówił:
— Oto nadchodzi pora, w której, wedle nabożnego i pięknego obyczaju, obdarzać zwykliście biedne sługi Świętego Antoniego kaszą i mąką; jedni niewiele posyłają, drudzy mnogo, wedle możności i pobożności swojej, a to na intencję, ażeby ten możny święty wasze woły, osły, świnie i owce pod płaszcz opieki swojej przyjął. Zwykliście także o tej porze (szczególnie ci z was, którzy się do bractwa naszego zapisali) uiszczać raz na rok pewną małą sumę. Otóż po dary te przez zwierzchność moją, to jest przez Jego Świętobliwoeć, opata naszego, przysłany tutaj zostałem. Zbierzcie się tedy za błogosławieństwem bożem dzisiaj po południu przed kościołem o godzinie trzeciej, skoro głos dzwonka usłyszycie, z ofiarami waszemi, a zarazem dla wysłuchania kazania i pocałowania krzyża świętego. Nadto, ponieważ wiadomo mi jest, jak gorących czcicieli szlachetny Święty Antoni pomiędzy wami posiada, przyniosłem wam ku osobliwemu błogosławieństwu dla całej okolicy piękną relikwję, wielkiemi cudami słynącą, którą niegdyś sam z Ziemi Świętej, z za morza przywiozłem. Jest to jedno z piór Archanioła Gabrjela, zgubione przez niego w komnacie Marji Dziewicy, gdy przybył do niej do Nazaretu ze Zwiastowaniem.
Po tej przemowie zamilkł i wrócił pobożnie do kościoła.
Pomiędzy wieloma słuchaczami, którzy mowie brata Cipolli się przysłuchiwali, znajdowało się także dwóch młodzieńców, z których jeden zwał się Giovanni del Bragoniera, drugi Biaggio Pizzini. Byli to dwaj na wszystkie boki kuci franci; Ci, uśmiawszy się dowoli z relikwji brata Cipolli (mimo, że żyli w przyjaźni z mnichem i często z nim obcowali), postanowili figla mu z tem piórem wypłatać. Wiedzieli, że brat Cipolla tego dnia będzie jadł obiad u jednego ze swoich przyjaciół w zamku; upewniwszy się więc, że już tam poszedł, udali się do gospody, w której braciszek stanął. Po drodze umówili się, ie Biaggio wda się w pogawędkę ze sługą brata Cipolli, a Giovanni tymczasem 366 w rzeczach jego owego pióra poszuka i że, znalazłszy, zabierze je z sobą, aby oba-czyć, co potem mnich uczyni. Brat Cipolla miał sługę, którego jedni Gucciem Balena, inni Gucciem Imhratta, a jeszcze inni Gucciem Porco nazywali. Był to taki dureń, że równego mu trudno było ze świecą znaleźć. Brat Cipolla czę^ sto żartował sobie z niego i tak się o nim odzywał:
— Mój sługa ma dziewięć przymiotów, z których każdy, gdyby go Ary stoteles, Salomon lub Seneka posiadali, wystarczyłby do zaćmienia i zniszczenia całej ich mądrości, cnoty i szlachetnych zasad życia. Imaginujcież sobie tedy, co to musi być za człowiek, który, nie mając mądrości, cnoty, ani szlachetnych zasad życia, posiada takich dziewięć przymiotów.
A gdy się pytano, jakie to są owe przymioty, brat Cipolla odpowiadał następującym wierszem, który sam ułożył:
„Łgarz, kostera,
Leniuch, złodziej,
Od stóp do głów W brudzie chodzi.
Chytry, głupi i zawzięty,
Bez zręczności i posłuchu.
Gęba chciwa, brzuch rozdęty.
Czterech szpiegów w każdem uchu.“
— A przytem — zwykł dodawać brat Cipolla — ma on jeszcze kilka innych maluczkich przywar, które jednak przez litość płaszczem miłości chrześcijańskiej pokrywam. Najkrotochwilniejsze jest w nim to, że gdy przybędzie do jakiejś wioski lub miasta, zaraz się chce żenić i osiedlać. Ponieważ ma długą, czarną i zmierzwioną brodę, tedy mu się wydaje, że jest urodziwy wielce, i że każda białogłowa, ledwie spojrzy na niego, już go pokochać musi. Gdyby mu dać wolę, uganiałby się za niemi, dopókiby portek nie zgubił. Prawda, że mi jest pomocny wielce. Gdy z kimś mówię w tajności, zawsze wszystko podsłucha, gdy zasię mnie o cokolwiek ktoś zapyta, zaraz obawiać się zaczyna, że nie będę umiał odpowiedzieć, i respons za mnie daje, mówiąc „tak“ lub „nie“, slosownie do okoliczności-
Ostawiwszy sługę w karczmie, brat Cipolla przykazał mu, aby troskliwie na jego rzeczy baczył, zwłaszcza zasię, by miał na pieczy skrzynię, w której relikwje święte się zawierały. Aliści hultaj Guccio nie myślał zostawać na cza 367 tach, wolał siedzieć w kuchni, gdzie mu było lepiej, niźli słowikowi wśród zielonych gałęzi, szczególniej, jeśli w niej gładką jakąś dziewczynę obaczył. A właśnie w tej chwili spostrzegł przez okno krępą, tłustą i niskiego wzrostu białogłowę, mającą piersi, jak dwa kosze i twarz, któraby jej prawo należenia do rodu Baroncich dać mogła. Oblicze to było przytem dymem okopcone i świecące się od tłuszczów. Jak hiena, która na padlinę chce się rzucić, wypadł Guccio z komnaty, zapominając o rzeczach brata Cipolli i o świecie całym. Wszedłszy do kuchni, siadł koło komina, chocia był to sierpień dopiero, i począł rozmawiać z kucharką, która imię Nuty nosiła. Powiedział jej, że dla osobnych swoich przymiotów szlachectwo otrzymał, a takoż oznajmił jej, że posiada wiele fałszywych florenów, nie licząc tych, które ludziom jest winien — takich takoż mu niebrak. Nie zważając na swój kapelusz, tak brudny i za-tłuszczony, że tłuszczu tego starczyłoby na wielki kocioł zupy w klasztorze w Alto Pascio, na swój kaftan, pokryty łatami i przesycony potem koło kołnierza, kaftan, tyloma kolorowemi plamami zasiany, iż żadna tatarska lub indyjska materja nigdyby w paragon z nim wchodzić nie mogła, na swoje dziurawe pończochy i zdarte buty, mówił z dziewczyną w ten sposób, jakby był królem Kastylji. Obiecywał jej, że ją oporządzi, przystroi i uwolni od przymusu służenia u obcych ludzi. Nie obiecując jej wielkich bogactw, dawał jej jednak nadzieję na znaczną losu poprawę. Mówił jeszcze o wielu rzeczach z wielką w swoje słowa wiarą, aliści wszystkie jego przedstawienia a obietnice żadnego skutku nie odniosły, jak to się zwykle zresztą zdarzało.
Dwaj młodzi żartownisie zastali tedy Guccia, uwijającego się koło Nuty. Niezmiernie ukontentowani z tak pomyślnego obrotu rzeczy, pospieszyli do komnaty brata Cipolli, stojącej otworem. Pierwszą rzeczą, którą pochwycili, była torba mnicha, podejrzewali bowiem, że w niej cudowne pióro znajdować się może. W samej rzeczy znaleźli je w puzderku, owiniętem po kilka-kroć w grubą materję. Było to pióro, wyrwane z ogona papugi. Lud mógłby był uwierzyć w słowa brata Cipolli, bowiem podówczas różne egipskie zbytki a wymysły, które później na znaczną szkodę naszą w całej Italji się rozpowszechniły, jeszcze do Toskanji nie przeniknęły. Dwaj krotochwilnicy, uradowani, że znaleźli pióro, wzięli je ze sobą, a dla niepoznaki napełnili puzdro węglami, które w kącie komnaty na ziemi ujrzeli. Poczem zamknęli je, przywiedli wszystko do pierwotnego stanu i, niepostrzeżeni przez nikogo, powrócili re zdobyczą do domu, gdzie jęli czekać niecierpliwie, jak się wykręci brat Cipolla, znalazłszy węgle, zamiast pióra. Tymczasem mężczyźni i białogłowy, 368 dowiedziawszy się w kościele, że o trzeciej po południu pióro Archanioła Ga-brjela zobaczą, powrócili po skończonej mszy do domów i wiadomość o re-likwji roznieśli między kumów, kumoszki i sąsiadów — Naskutek tego po obie-dzie zbiegła się do kościoła taka ciżba ludu, że nawa świątyni pomieścić jej nie mogła. Wszyscy gorzeli pragnieniem obaczenia cudownego pióra.
Brat Cipolla, podjadłszy sobie należycie i przespawszy się nieco, podniósł się po godzinie trzeciej z łoża. Na wieść, że wielka ćma ludu już czeka na ujrzenie pióra Archanioła Gabrjela, rozkazał Gucciowi nieść torbę i iść przodem. Guccio z wielkim trudem od kuchni i Nuty się oderwał, poczem powlókł się ku kościołowi, stękając i sapiąc, bowiem wypite wino brzuch mu rozdymało. Stanąwszy przed głównemi drzwiami, zgodnie z rozkazem brata Cipolli, jął gwałtownie dzwonić. Po kilku chwilach brat Cipolla, widząc, że już dosyć ludu napłynęło, przystąpił do kazania, w którem wypowiedział wiele rzeczy, stosujących się do mającego nastąpić widowiska. Wreszcie, gdy odpowiednia chwila nastała, brat Cipolla odmówił jeszcze z wielkiem namaszczeniem Confiteor, poczem rozkazał dwie świece woskowe zapalić, zdjął kaptur z głowy, odwinął powoli jedwabną materję i wydobył puzdro. Co uczyniwszy, wypowiedział jeszcze kilka słów, wychwalających Anioła Gabrjela i relikwję świętą, którą trzymał w ręku — wreszcie puzdro otworzył.
Ujrzawszy w niem węgle, zamiast pióra, brat Cipolla nie pomyślał ani na chwilę, aby to miała być sprawka Guccia, wiedział bowiem dobrze, że nie miałby on dosyć sprytu, potrzebnego na wypłatanie podobnego figla. Nie przeklinał go nawet w duszy za to, że tak źle strzegł powierzonych mu rzeczy, natomiast samemu sobie gorzkie czynił wyrzuty, że, znając przymioty Guccia, tak drogocenną rzecz pod straż mu oddał. Cóż było jednak czynić! Brat Cipolla, przytomności umysłu nie tracąc i nie dając najmniejszej poznaki po sobie, że go przykra niespodzianka spotkała, podniósł wzrok i ręce ku niebu i zawołał tak głośno, że go wszyscy przytomni usłyszeć musieli:
— O Boże! Wszechmocy Twojej niechaj chwała będzie na wieki!
Poczem zamknął puzdro i rzekł, zwracając się do ludu:
— Trzeba wam wiedzieć, najmilsi, że już dawno temu, jeszcze w lalach młodości mojej, byłem wysłany przez zwierzchność moją do krajów, gdzie słońce wschodzi. Zlecono mi tak długo szukać, aż odkryję ziemię, w porcelanę obfitującą. Dla osiągnięcia tego celu, puściłem się w drogę z Wenecji. Przebyłem Grecję i stąd przez królestwo Algarwji, Bagdad i Parione dojechałem wreszcie do Sardynji, umierając już prawie z głodu. Aliści pocóż mam wam 369 wymieniać wszystkie kraje, które poznałem? Dosyć będzie, jeżeli powiem, że, minąwszy cieśninę Świętego Grzegorza, przejechałem przez Ziemię Kłamliwą i Ziemię Szalbierczą, dość gęsto zamieszkałe przez liczne narody. Później przebywałem w kraju, gdzie napotkałem wielu zakonnych braci moich, a takoż mnichów innej reguły, żyjących bez pracy dla miłości Boga i nie troskających się o nic, chyba tylko o korzyść własną. Winiliście wiedzieć, że w tych krajach tylko fałszywe pieniądze walor swój mają. Później dotarłem do Abruzzów, krainy górzystej, w której mężczyźni i białogłowy w drewnianych sandałach na skały się wspinają i mają zwyczaj świnie ich własnemi kiełbasami stroić. W niewielkiej odległości od tego kraju natrafiłem na ludzi, chowających chleb w beczkach, a wino w workach. Dalej droga wiodła mnie przez Robacze góry, gdzie wszystkie wody w górę płyną. Tak daleko w głąb tego kraju się zapuściłem, że wkrótce dotarłem do Indyj Pastemackich, gdzie — przysięgam wam na mój habit — widziałem bydło po powietrzu latające. Rzecz to niepodobna do wiary, a jednakoż potwierdzić ją może Maso del Saggio, kupiec znakomity, którego spotkałem tam tłukącego orzechy i sprzedającego łupiny na łokcie. Nigdzie jednak znaleźć nie mogłem tego, czegom właściwie szukał. ^ drodze powrotnej, jadąc wodą, przybyłem do tego błogosławionego kraju, gdzie bochenek czerstwego chleba tylko cztery szelągi kosztuje, a świeży za darmo dają. Tam napotkałem czcigodnego ojca Dajmipokój Jeżeliłaska, przewielebnego patrjarchę jerozolimskiego, który przez cześć osobliwą dla sukienki Świętego Antoniego, jaką ujrzał na mnie, pokazał mi wszystkie posiadane przez się relikwje. Było ich tak wiele, że, gdybym je chciał wyliczyć, i przez rokbym nie skończył. Abyście jednak w pobożnej ciekawości swojej zawodu nie doznali, wymienię niektóre z nich. Naprzód tedy pokazał mi palec Świętego Ducha, nietknięty całkiem, dalej kędzior Serafina, który to anioł Świętemu! ran-ciszkowi się objawił, paznogcie Cherubina, jedno z żeber Verbum Caro, kilka strzępów z szaty świętej wiary katolickiej, parę promieni z gwiazdy, która trzech Magów do Betleem prowadziła, czarę z potem, wylanym przez Św. Michała w czasie walki jego z szatanem, szczękę Łazarza, wskrzeszonego przez Chrystusa, i siła innych jeszcze świętości. Ponieważ wielce uprzejmym się dla niego okazałem, obdarzywszy go kilku stokami góry Morello w włoskim przekładzie, a takoż paroma kapitułami Capretium, których oddawna już szukał, darował mi tedy wzamian jeden z zębów Krzyża Świętego, a dalej w małym słoiku zamknione dźwięki dzwonów wspaniałej świątyni Salomona, pióro Archanioła Gabrjela, o którem wam już wspomniałem, a takoż pantofel Św. Ghe 370 rarda z Yillemagna, którą to ostatnią relikwję podarowałem niedawno panu Gherardowi di Bonsi z Florencji przez wzgląd na osobliwą cześć jego dla swego patrona. Nakoniec podarował mi jeszcze patrjarcha jerozolimski kilka z owych węgli, na których wielki męczennik, Święty Wawrzyniec, upieczony został.
Wszystkie te drogocenne szczątki przy sobie noszę, a i teraz mam je tutaj, do kupy zebrane. Jednakoż przeor mój nie pozwolił mi pokazywać ich do tej pory, aż się przekona o ich prawdziwości. Obecnie właśnie dostateczne się znalazły dowody, bądź w listach patrjarchy, bądź też w cudach, sprawionych przez same relikwje, tak iż pozyskałem prawo pokazywania ich nabożnemu ludowi. Przez troskliwość chowani każde z tych świętości w oddzielnych puz-drach i szkatułach. Dwa z tych puzder, w których się mieszczą węgle Św. Wawrzyńca, tak są podobne do siebie, że często jedno za drugie biorę, co nawet i dzisiaj mi się przytrafiło. Nie uważam tego jednak za dzieło przypadku, ale za zrządzenie Opatrzności boskiej, która mi tym sposobem chce przypomnieć, iz za dwa dni uroczystość Św. Wawrzyńca przypada. Bóg pragnie, abym widokiem tych węgli, które sos, płynący z pieczonego ciała Św. Wawrzyńca, ugasił, gorącą cześć w sercach waszych dla tego męczennika zapalił.
Odkryjcie tedy głowy, dzieci moje, i przystąpcie bliżej, aby z czcią i z trwogą świętą tym węglom się przyjrzeć. Pierwej jednak dowiedzcie się jeszcze, że, kto jednym z tych węgli naznaczony zostanie, tego żaden ogień nie spali!
Rzekłszy te słowa, brat Cipolla zaśpiewał pieśń na cześć Św. Wawrzyńca, a potem otworzył puzdro i węgle z niego wyjął. Na ten widok tłum zatrzymał się, pobożną trwogą zdjęty, wnet jednak wszyscy, depcząc się i dusząc wzajemnie, rzucili się ku mnichowi. Każdy prosił o dotknięcie i naznaczenie węglem świętym. Wówczas brat Cipolla wziął węgiel do rąk i jął kreślić mężczyznom i kobietom na kaftanach i sukniach tak wielkie krzyże, jakie się tylko tam pomieścić mogły. Zaręczał przytem ludowi, że węgle, na kreślenie krzyży zużyte, zpowrotem w szkatule odrosną. lakim oto sposobem brat Cipolla mieszkańców Certaldo, nie bez wielkiego dla nich pożytku, w krzyżowych rycerzy zamienił, tych zasię, którzy myśleli, że mu figla spłatają, w przykry zawód i w zawstydzenie wprawił. Dwaj kroto-chwilnicy, kazaniu jego przytomni, ujrzawszy, jak się, dzięki swej chytrej sztuczce, z trudnego położenia wydobył, tak się śmiać poczęli, że o mały włos ze śmiechu się nie rozpukli. Gdy tłum się rozszedł, podbiegli do brata Cipolli, odkryli mu winę swoją i wśród wybuchów głośnej wesołości zabrane pióro mu zwrócili. Po upływie roku przyniosło ono mnichowi niemniej pożytku, niż w tym przypadku węgle Świętego Wawrzyńca.
Opowieść Dionea całemu towarzystwu osobliwe ukontentowanie sprawiła. Wszyscy śmieli się serdecznie z brata Cipolli, osobliwie zasię z jego relikwij i pielgrzymek. Wreszcie królowa ciszę nakazała, podniosła się i, zdjąwszy ze swej głowy wieniec wawrzynowy, włożyła go z uśmiechem na głowę Dionea:
— Czas już, Dioneo — rzekła — abyś i ty się nauczył, jak ciężko jest białogłowami rządzić i kierować. Bądź więc królem i panuj tak, abyśmy cię przy końcu panowania pochwalić mogły.
Dioneo przyjął koronę, śmiejąc się, i rzekł:
— Znakomitszych ode mnie królów nieraz już widzieć mogłyście, że wspomnę tu tylko o królach szachowych. Gdybyście mi jednak posłuszeństwo przyrzekły, obdarzyłbym was takiemi rozkoszami, bez których żadna uciecha całkowita nie jest. Ale dajmy temu pokój. Przyrzekam, że będę rządził, jak potrafię, najlepiej.
Rzekłszy te słowa, zgodnie z obyczajem poprzedników, rozkazał przywołać marszałka i udzielił mu rozkazów na cały czas trwania swej władzy. Poczem tak się odezwał:
— Wielce czcigodne damy! Na różne sposoby mówiliśmy już o ludzkiej zmyślności i o rozlicznych losu przypadkach, tak, że gdyby nie Licryska i nie sprzeczka jej poranna z Tyndarem, zaiste byłbym w kłopocie, jaką materję do nowych opowieści wam podać. Jakeście słyszały, twierdziła ona, iż żadna ze znajomych jej dziewic dziewictwa swego do małżeńskiego łoża nie doniosła; potem dodała, że wie wybornie, jak liczne i sprytne figle żony mężom swoim płatają. Ostawiając na stronie pierwszą część tej materji, która o rzeczach dziecinnych powiada, mniemam, że z drugiej siła ciekawych i krotochwilnych zdarzeń wydobyć będzie można. Wolą moją jest tedy, abyśmy jutro opowiadali o chytrych sztuczkach i fortelach, jakich żony w stosunku do mężów swoich używać są zwykłe.
Niektóre z dam rzekły, iż nie wydaje im się rzeczą obyczajną o podobnych historjach rozprawiać, dlatego też poprosiły króla, aby inną materję wynalazł. Aliści król odparł:
— Łaskawe damy! Wiem równie dobrze, jak wy, jaką materję do opowieści wybrałem, nie zdołacie mnie jednak skłonić do odmienienia jej, to bowiem przekonanie żywię, że w okolicznościach, w jakich obecnie się znajdujemy, możemy dać całkowitą swobodę słowom, bylebyśmy tylko baczyli na czyny 372 nasze. Zali nie wiecie, że, dzięki zepsuciu naszych czasów, sędziowie trybunały opuścili? Boekie i ludzkie prawa milczą i każdemu człekowi jest ostawioną całkowita swoboda troszczenia się o ochronę własnego życia. Zresztą, jeżeli dla zabawienia siebie i innych, a nie dlatego bynajmniej, aby od swobodnych słów do swobodnych czynów przechodzić, nieco mniej surowemi się okażecie w wyborze opowieści, któż będzie miał prawo za to was naganiać? Towarzystwo nasze od chwili swego powstania aż dotąd nigdy obrębów najściślejszej przystojności nie przekroczyło. Żywię nadzieję, że w przyszłości takoż przeciw przykazaniom obyczajności nie zgrzeszy. Komuż to cnota wasza jest nieznana? Powszechnie wiadomo, że nie zachwieje jej nietylko swoboda opowieści, czy pokusa, ale nawet trwoga przed śmiercią. Powiem wam także, że gdybyście się wzbraniały w takich opowieściach udział przyjąć, musiałbym zacząć podejrzewać, że winnemi podobnych figlów się czujecie i dlatego słuchać i mówić o nich nie chcecie. Wreszcie wyznam, że niezbyt to zaszczytne dla mnie być wybranym przez was na króla, mieć nadane sobie prawa, wydawać rozkazy i trafiać na opór z waszej strony. Dajcie więc pokój obawom, które raczej niższym duszom, niż wasze, przystoją, i pomyślcie o wynalezieniu najciekawszych na dzień jutrzejszy opowieści.
Damy uległy wreszcie temu przedstawieniu i zgodziły się na żądanie Dionea. Wówczas król do obiadu dał wszystkim wolę czynienia tego, co się im podobać będzie. Słońce stało jeszcze wysoko na niebie, ponieważ opowieści tego dnia krótko trwały. Dioneo zasiadł do szachów, a Eliza, odwoławszy damy na stronę, rzekła do nich:
— Dawno już, bo od czasu, gdy się tu znajdujemy, chciałam zaprowadzić was w jedno miejsce, niedaleko stąd leżące. Zdaje mi się, że żadna z was dotąd tam nie była. Miejsce to Panieńską Doliną się zowie. Otóż dzisiaj czas i sposobność się nadarza. Słońce jeszcze wysoko na niebie stoi. Jeśli zechcecie, udamy cię tam, a pewna jestem, że tej przechadzki żałować nie będziecie.
Damy przystały jak najchętniej. Nie mówiąc ni słowa mężczyznom, w towarzystwie jednej tylko służki w drogę się wybrały. Po godzinie doszły do Panieńskiej Doliny. U wejścia powitał ich szumem swoim strumyk, płynący po prawej stronie wąskiej ścieżki. Miejsce wydało im się wielce pięknem, a o tej porze dnia i przy panującym skwarze przyjemnem i cienistem nad wyraz. Damy mówiły mi później, że dolina jest tak okrągła, jakby cyrklem ją wykreślono, chocia z łatwością poznać można, że jest to twór przyrody, a nie dzieło rąk ludzkich. Okrąg jej wynosił więcej, niż pół mili. Na tej przestrzeni wznosiło 373?ię sześć pagórków nieznacznej wysokości, każdy z willą na szczycie, pięknemu zamkowi podobną. Spadki tych pagórków tworzyły schody, idące ku dolinie od wierzchołka aż do budowy, niby w amfiteatrze, tak iż szerokość stopni ku górze coraz się zmniejszała. Boki pagórków od strony południa obrośnięte były winogradem, oliwkami, drzewami migdałowemi, wiśniami, figami i inne-mi jeszcze drzewami owocowemi, i to tak gęsto, że piędzi pustej ziemi znaleźćby nie można było — Północne spadki zasię zieleniły się młodym zagajeni dębów, krzewów rozmaitych, a takoż gęstą trawą. W samej dolinie, do której tylko jedno wejście prowadziło, rosły jodły, cyprysy i sosny w tak malowniczych grupach, jakby je umyślnie dla ozdoby, ręka mistrza tu zasadziła. Przez ten dach rozlicznej zieleni, słońce przebić się nie mogło, rzucając z trudnością tylko kilka bladych promieni na ziemię, która stanowiła tu jedną łąkę, pokrytą aksamitną trawą i kwiatami purpurowej a takoż i innej barwy. Niemało uciechy sprawiał damom także strumyk, wypływający ze szczeliny, dwa pagórki rozdzielającej. Rozbijał się on o skały, miły szmer dla ucha sprawując i bryzgając kroplami, które zdaleka na srebrne wyglądały. Ten sam strumyk płynął przez dolinę już równym korytem, tworząc w jej środku staw, niewiększy od basenu, jaki mieszkańcy miast pospolicie w ogrodach swych urządzają. Głębokość tego stawu nieznaczna była, bowiem woda do piersi dorosłemu człekowi dostawała. Przezroczość tej wody dozwalała ujrzeć na dnie żwir, złożony z drobnych, różnobarwnych kamyczków, które, zadawszy sobie nieco trudu, zliczyćby było można. Patrząc w wodę, widziało się nietylko dno stawu, ale i ryby, przemykające się po kryształowej głębi. Łąka, tem zieleńsza, im bliższa stawu, który jej wilgotności użyczał, pokrywała brzegi strumyka. Reszta wód, które się w korycie i w stawie pomieścić nie mogły, spływała innym kanałem w miejsca, niżej położone.
Młode damy, rozejrzawszy się dokoła, nie mogły się dość nachwalić piękności tego zakątka. Tymczasem skwar się czynił coraz większy. Damy, skuszone widokiem stawu i nieobawiające się przytem, aby ich ktoś w tem miejscu podpatrzeć zdołał, postanowiły, nie mieszkając, kąpieli zażyć.
Przykazawszy tedy słudze stanąć na drodze, po której przyszły, i patrzeć, aby ich ktoś znienacka nie zaskoczył, siedem dzieweczek rozebrało się i do wody wstąpiło. Kryształowa fala osłoniła ich śnieżnobiałe ciała tylko na tyle, na ile puhar szklany różę, osadzoną w nim, osłania. Czystość stawu ani na chwilę ruchami ciał zamącona nie została. Damy ścigały pluskające się rybki i siliły się schwytać je rękami. W samej rzeczy udało się im pochwycić kilka, co wry 374 wołało głośną radość między niemi. Po długich w wodzie igraszkach wyszły na brzeg i odziały się, poczem, widząc, że czas już do domu powracać, rzeźwe i wesołe, wolnym krokiem w powrotną drogę się udały. Niedaleko pałacu ujrzały dwóch młodzieńców, jeszcze ciągle grą w szachy zajętych. Pampinea, śmiejąc się, rzekła do nich:
— Oszukałyśmy was dzisiaj!
— Jakto! — zawołał Dioneo — Zali już poczynacie to robić, o czem ja kazałem wam tylko opowiadać?
— Broń Boże! — odparła Pampinea i zaczęła opowiadać o pięknościach miejsca, skąd powróciły, i o tem, co tam robiły. Król, usłyszawszy o piękności doliny, zapłonął chęcią obaczenia jej i rozkazał coprędzej wieczerzę podawać. Po wieczerzy król wraz z trzema młodzieńcami i ze sługami swymi, opuściwszy damy, do Panieńskiej Doliny się udał. Widok doliny, dotychczas im nieznanej, podobne jak i na damach, wrażenie na nich wywarł. Jednogłośnie uznali ta miejsce za najpiękniejsze w świecie. Wykąpawszy się i odziawszy się zpowrotem, wrócili do domu, bowiem pora już późna była. To obaczyli damy, w korowodzie pląsające pod dźwięk pieśni Fiammetty. Zaczekawszy, aż skończą, zdali piękmm tancerkom sprawę ze swych spostrzeżeń i gorąco dolinę wychwalali. Poczem król przywołał marszałka i przykazał mu, aby nazajutrz rano zaniesiono do doliny tej wszystkie niezbędne rzeczy, a takoż i pościel, na przypadek, gdyby w południowej porze przyszła komuś ochota snu lub spoczynku tam zażyć. Po odejściu marszałka przyniesiono ciasto, wino i słodycze. Król wezwał towarzystwo do pokrzepienia się, a następnie do tańca. Pamfilo otrzymał rozkaz zawiedzenia tańca. Przedtem jednak król, obróciwszy się do Elizy, rzekł w te słowa:
— Obdarzyłaś mnie dzisiaj rano koroną, piękna pani, ja zasię w tej chwili przewodnictwo nad pieśniami ci daję.. Zaśpiewaj nam więc jakąś piosenkę, która ci najbardziej do gustu przypada.
Eliza, wdzięcznie się uśmiechając, odparła, że zaśpiewa z radością. Jakoż w samej rzeczy taką pieśń zaśpiewała:
— Jeśli rozerwę dziś twe sieci zdradne,
Amorze, jestem pewna,
Że już przenigdy w władzę twą nie wpadnę.
Dzieckiem już krew ci oddałam i ciało,
Myśląc, że szczęście rzucisz z hojnej dłoni. 375
Byłam jak jagnię, które się nie broni,
Z ufnością wełnę oddające białą.
Srogoś mi spłacił tę ufność zuchwałą!
I w czyją mnie to podałeś niewolę?.,.
W tyrana władzę, co, mych łez niebaczny,
Codzień jęk ze mnie wydziera rozpaczny / kląć mi każe nędzną moją dolę.
Próżne łzy jawne, próżne skryte bole!
Cierpienie, które siły moje kruszy,
Nie zdoła zmiękczyć jego twardej duszy.
Na wiatry idą skargi moje mnogie,
On na nie głuchy, jak głaz, głuchy na nie!
Już mnie opuszcza siła i wytrwanie Życie mi cięży — a umrzeć nie mogę! 0 Panie — wejdźże w życia mego drogę, 1 daj, co w mocy Twej leży jedynie.
Niech i on dla mnie trawi się i ginie!
Lub, jeśli Twojej sprzeciwia się chęci Złączyć nas słodkiej namiętności siłą.
Chciej wreszcie zerwać tę spółkę niemiłą,
Wydrzej go z mojej myśli i pamięci;
Niech nowy powab duszę moją znęci,
A na mej twarzy z radosną godziną Róże i lii je wówczas się rozwiną.
Eliza głębokiem westchnieniem piosenkę swoją skończyła. Wszyscy dziwili się jej treści i odgadnąć nie mogli, jakie przyczyny Elizę do odśpiewania jej pobudziły. Poczem król polecił Tyndarowi przynieść kobzę i dał towarzystwu znak do tańca. Długo trwała taneczna ochota, tak długo, że już późną nocą wszyscy na spoczynek się udali.
OPOWIEŚĆ 1
Zręczna odpowiedź
Pewien szlachcic obiecuje pani Orecie, że, gdy jego opowieści słuchać będzie, droga szybko jej minie, tak jakby na koniu jechała. Ponieważ jednak opowieść szlachcicowi nieskładnie idzie, dama prosi go, aby dalszą drogę piechotą odbywać mogła
Przed niedawnym czasem żyła w mieście naszem szlachetna dama, słynąca z przytomności umysłu swego i wielkiej swady. Wszyscyście ją znali bądź osobiście, bądź ze słuchu. Ponieważ chlubne jej przymioty przykładem być powiem wam tedy, że o pani Orecie, żonie pana Geri Spina, chcę mówić. Dama ta, gdy raz, podobnie nam, na wsi przebywała, wybrała się z wielu panami i paniami, będącymi u niej w gościnie, na przechadzkę w okolicę. Ponieważ dosyć daleko było do celu podróży, ku któremu towarzystwo zdążało piechotą, odezwał się więc jeden szlachcic do pani Oretty:
— Pani, jeżeli zechcesz, to postaram się większą część tej długiej drogi, którą jeszcze mamy przed sobą, tak ci skrócić pewną ciekawą opowieścią, iż zapomnisz o zmęczeniu, i będzie ci się zdawało, że drogę tę na koniu przebywasz.
— Nietylko pragnę tego — odparła dama — ale proszę was bardzo o to, niezmiernie grzecznością waszą będąc zaszczycona.
Rycerz, który niewątpliwie lepiej władał szablą, niż językiem, rozpoczął natychmiast historję, która w samej rzeczy bardzo piękną była, aliści w jego opowiadaniu nienajpiękniej wypadła. To samo słowo cztery lub sześć razy po 379 wtarzał, do już opowiedzianych rzeczy powracał wykrzyknikiem: „Nie, nie tak było!“, wątek przerywał, wreszcie nazwiska naopak wymieniał, albo z sobą mieszał, nie mówiąc już o tem, że słowa jego ani charakterowi osób, ani przytaczanym wypadkom nie odpowiadały. Madonna Oretta, słuchając go, gorącym potem się oblewała i już ledwo dychać mogła. Wreszcie, nie będąc w stanie już wytrzymać dłużej i widząc, że rycerz wlazł w smołę i że nie może się z niej wydobyć, zawołała żartobliwie:
— Panie, koń wasz okrutnie trzęsie, proszę tedy, abyście pozwolili mi zejść z niego.
Szlachcic, obdarzony, na szczęście, większą pojętnością umysłu, niźli zdolnością opowiadania, uszczypek zrozumiał i obrócił rzecz całą w żart i śmiech; poczem z chlubną zręcznością przerwał zaczętą a źle opowiedzianą historję i innym bez urazy pola ustąpił.
OPOWIEŚĆ U
Piekarz
Piekarz Cisti zręczną swoją odpowiedzią pana Geri Spina k’temu przywodzi, że odstępuje on od swego żądania
Każdy z mężczyzn pochwalił przymówkę pani Oretty, poczem królowa □a Pampineę skinęła, a ta w te słowa zaczęła:
— Kochane przyjaciółki! Próżno siliłam się dotychczas rozstrzygnąć, na kogo więcej narzekać należy, czy na naturę, gdy piękną duszę w niekształtnem ciele zamyka, czy na los, gdy ciało, piękną duszą obdarzone, do podłego zawodu zmusza. Ten ostatni przypadek zaszedł właśnie z jednym z rodaków naszych, piekarzem Cisti. Człekowi temu, obdarzonemu wielkiemi przymiotami umysłu, los piekarzem być kazał. Wracając tedy do pierwszych słów moich, powiem, że nieraz w podobnych przypadkach przeklinałabym zarówno los, jak i naturę, gdybym nie wiedziała, że natura we wszystkich rzeczach mądrą się okazuje, a los, jakkolwiek głupcy go ślepym nazywają, ma tysiąc oczu. I zdaje mi się nawet, że obaj ci władcy ludzkiej doli w takich razach bardzo mądrze postępują. Ludzie, niepewni przyszłości i obawiający się przypadku, najdroższe rzeczy swoje dla bezpieczności w niepozornem miejscu domu swego ukrywają, aby w stosownej chwili nienaruszonemi je znaleźć, bowiem niepozorna kryjówka lepiej ich strzegła, aniżeliby to najokazalszy gmach zdołał był uczynić. Tak samo los i natura największe skarby ukrywają nieraz w cieniu wzgardzonego rzemiosła, ażeby je od nieszczęścia osłonić, a, kiedy potrzeba, z tem 381 większą świetnością i blaskiem na jaśnię je podać. Na dowód tego chcę wam opowiedzieć małą powiastkę o piekarzu Cisti i panu Geri, która mi właśnie przy wspomnieniu o pani Orecie na myśl przyszła, pan Geri bowiem był mężem tej damy. Owóż gdy papież Bonifacy w sprawach bardzo ważkich kilku znacznych panów w poselstwie do Florencji wyprawił, stanęli oni w domu pana Geri Spina, cieszącego się wielkiem zaufaniem papieża, i z nim w różnych sprawach, papieża dotyczących, się naradzali. Pan Geri, nie wiem już, z jakiego powodu, wychodził codzień rano z posłami i przechadzał się w ich towarzystwie koło kościoła Santa Maria Ughi, obok którego Cisti piekarnię posiadał, sam w niej robotą się zatrudniając. Fortuna dała mu w udziale bardzo skromne rzemiosło, jednakoż do wszelkich dostatków dojść mu przez nie pozwoliła. Dlatego też Cisti, nie pragnąc zajęcia swego na jakiekolwiek bądź inne zamieniać, na dostatniej, a nawet okazałej żył stopie. Piekarz Cisti słynął z posiadania najlepszych białych i czerwonych win, które umyślnie dla siebie z Florencji i okolic sprowadzał. Otóż cny ten rzemieślnik, widząc codziennie pana Geri, przechadzającego się z posłami koło jego piekarni, pomyślał, że przy tak wielkim skwarze nie byłoby od rzeczy białem winem ich uraczyć, i że nie powinniby tego źle przyjąć. Wspomniawszy jednak przytem na różnicę stanu, pomiędzy nim a panem Geri zachodzącą, uznał, że rzeczą nieobyczajną będzie traktować takiego pana szklanką wina; wymyślił przeto sposób do skłonienia go, ażeby się sam zaprosił. W tym celu rano o godzinie, w której pana Geri i posłów ujrzeć się spodziewał, zasiadł w śnieżnej białości fartuchu (tak, że raczej do młynarza, niż do piekarza, był podobien) przed drzwiami swego sklepu, mając przed sobą błyszczącą czarę, pełną świeżej wody, a przy niej miarkę bolońską swego wybornego białego wina i dwa puhary, tak lśniące, że się srebmemi być wydawały. Ujrzawszy nadchodzących posłów, płókał dwukrotnie usta, a potem zaczynał pić z takim wyrazem ukontentowania, że w umarłym nawet pragnienie byłby rozbudził. Pan Geri spojrzał nań kilka razy, aż wreszcie trzeciego dnia, przechodząc, rzekł w te słowa:
— Cóż, Cisti, jakże smakuje? Czy zacne?
Cisti na te słowa podniósł się i rzekł:
— Że jest dobre, Wasza Miłość, wątpić nie Iza, ale do jakiego stopnia, nie mogę wam dać do pojęcia, jeżeli go sami spróbować nie zechcecie.
Słysząc to, pan Geri (w którym czy to upał pragnienie obudził, czy też może większe, niż zwyczajnie, zmęczenie), zwrócił się do swoich towarzyszy i rzekł z uśmiechem: 382
— Mości Panowie, należy pokosztować wina u tego czcigodnego człeka; kto wie, może zacnem do tego gtopnia się okaże, że próby żałować nie będziemy.
Poczem wszedł do piekarni pospołu z posłami. Cisti posadził ich na czystej ławie, a potem rzekł do pomocników swoich, którzy chcieli się do mycia kielichów zabierać:
— Ostawcie mi nad wszystkiem staranie. Rozumiem się równie dobrze na myciu i nalewaniu kielichów, jak na wkładaniu w piec chleba; jeżeli zaś obiecujecie sobie choćby kropelkę tego wina skosztować, mylicie się bardzo.
To rzekłszy, wypłókał i ustawił na stole cztery piękne puhary, poczem, kazawszy przynieść maleńki dzbanek swego wybornego wina, począł gościnnie i hojnie pana Geri i jego towarzyszy niem częstować.
Wszyscy uznali wino za bardzo zacne, któremu równego od bardzo dawnego czasu pić im się nie zdarzyło, i jęli je wychwalać na wszelkie sposoby. Od tego też dnia poczynając, pan Geri, dopóki posłowie nie odjechali, prawie co rano na wino z nimi do piekarza zachodził. Gdy zaś posłowie, ukończywszy sprawy swoje, odjeżdżać już mieli, wyprawił pan Geri dla nich okazałą ucztę, na którą wielu najznakomitszych obywateli sprosił. Wezwał także na nią Cisti’ego, ale ten żadną miarą zaproszenia przyjąć nie chciał — Pan Geri, pragnąc, aby goście jego owego sławnego wina od piekarza spróbowali, wysłał sługę do Cisti’ego z prośbą o małą butelkę, tak, ażeby na każdego gościa po pół szklanki przynajmniej do pierwszego dania wypadło. Sługa, którego gniewało, że dotąd jeszcze wina tego spróbować nie mógł, wziął z sobą wielką butelkę i przyszedł z nią do piekarza. Ten, spostrzegłszy miarę naczynia, rzekł:
— Pan Geri, mój synku, przysłał cię nie do mnie.
I chociaż sługa zaręczał po kilkakroć, że wie, dokąd go posłano, Cisti upierał się przy swojem. Powrócił tedy sługa do pana Geri i zdał mu z tego, co się zdarzyło, sprawę.
Pan Geri odrzekł:
— Idź raz jeszcze do piekarni i powiedz, że cię w samej rzeczy do Ci sti’ego, a nie gdzie indziej, posyłam, a jeżeli ci da tę samą, co pierwej, odpo wiedź, to go spytasz: dokąd też myśli, żem cię posyłał?
Sługa, przyszedłszy po raz drugi do piekarza, rzekł:
— Zaprawdę, Cisti, pan Geri do ciebie przyjść mi kazał.
Na co Geri:
— Wierę, mój synu, i być to nie może.
— No — zawołał sługa — gdzież więc, według ciebie, mnie posłał?... 383
— Do rzeki Arno — odparł Cisti.
Sługa zaniósł ten respons panu Geri, który, usłyszawszy słowa Cisti’ego zamyślił się i naraz zawołał:
— Pokaż mi butelkę, z którąś chodził!
Ujrzawszy ją, rzekł:
— Cisti miał słuszność.
I, zgromiwszy sługę, kazał mu wziąć stosowne naczynie i z niem znowu do piekarza się udać. Cisti zmierzył wzrokiem przyniesioną butelkę i rzekł:
— Teraz widzę, że do mnie cię przysłano.
I nietylko chętnie naczynie to swem wybomem winem napełnił, ale tegoż samego wieczora kazał beczkę wina natoczyć i w tajności panu Geri do domu ją zanieść. Wkrótce potem sam udał się do niego i rzekł:
— Panie, nie chciałbym, ażebyście sądzili, że owa wielka butelka dzisiaj rano mnie zestraszyła. Zdawało mi się tylko, żeście zapomnieli o tem, na co wskazywały małe dzbanuszki u mnie, a mianowicie, iż wino nie jest zwyczajnym cienkuszem stołowym. Dlatego też dziś rano chciałem wam o tem przypomnieć. Teraz zaś odsyłam wam całą resztę tego wina i proszę, abyście rozporządzali niem wedle woli.
Pan Geri przyjął podarek Cisti’ego z wielkiem ukontentowaniem, podziękował mu, jak za podobny dar podziękować się należało, i od tego czasu uważał go za człowieka wielce obyczajnego, a takoż za swego przyjaciela.
OPOWIEŚĆ III
Fałszywa moneta
Nonna da Pulci, odpowiedziawszy zręcznie na żart florenckiego biskupa, responsem tym usta mu zamyka
Gdy Pampinea opowieść swoją skończyła, wszyscy pochwalili Cisti’ego za jego respons, jako i za jego hojność. Potem królowa na Laurettę zkolei ręką skinęła. Lauretta z uprzejmym wyrazem oblicza zaczęła w te słowa:
— Wdzięczne przyjaciółki! Jak pierwej Filomena, tak i niedawno znów Pampinea wielką słuszność miały, zwracając uwagę naszą na brak przytomności umysłu, który dzisiejsze białogłowy cechuje, i wychwalając trafne słówka, a dowcipne odpowiedzi. Do ich słów w tej materji nic już dodać nie można, chyba to tylko, że jeśli żart ma ukąsić — to nie jak pies, ale jak jagnię kąsać powinien, w przeciwnym bowiem razie nie żart to będzie, ale grubjaństwo. Cisti i pani Oretta doskonale miarę tę rozumieli. Jeżeli jednak i zjadliwą odpowiedź pochwalić można, to tylko w tym razie, gdy jest odparciem wyraźnej złośliwości i chęci obrażenia. Zanim bowiem wda się ktoś w żarty, zważyć dobrze powinien, jak, kiedy i z kim to czyni. Pewien prałat z naszego miasta za to, że o tem wszystkiem przepomniał, bolesną odebrał naukę, jak to wam zaraz opowiem. Za czasów, gdy pan Antonio d’Orso, mądry i czcigodny książę Kościoła, był biskupem florenckim, przybył do tego miasta pewien szlachcic kataloński nazwiskiem Diego della Ratta, marszałek króla Roberta. Urodziwy ten mąż, będący przytem wielkim kobiet lubownikiem, szukając sobie pośród 385 pięknych Florentynek zdobyczy, zwrócił oko na urodziwą wielce białogłowę, wnuczkę biskupiego brata. Mąż tej białogłowy, mimo że był człekiem zacnego rodu, słynął z brudnego skąpstwa i nikczemnego charakteru. Pan Diego, dowiedziawszy się o tem, śmiało przystąpił do niego i rzekł, że da mu pięćset dukatów wzamian za pozwolenie przepędzenia jednej nocy z jego żoną. Zgoda wnet nastąpiła — i pan Diego, niepoznany przez ową piękną niewiastę, noc pospołu z nią spędził, potem jednakoż mężowi jej, miast pięciuset obiecanych dukatów, dał pięćset srebrnych groszy, które zręcznie pozłocić kazał. Wiadomość o tem wnet się po całem mieście rozniosła, i podły mąż, kupczący żoną swoją, wstyd i szkodę zarazem ponieść musiał. Biskup, krewny jego, dowiedziawszy się o całej sprawie, jak na roztropnego człeka przystało, nic po sobie nie pokazał i po dawnemu przebywał z panem Diego, z którym go dotąd przyjazne wiązały stosunki. Przechadzał się z nim na oczach ludzkich w najlepszej zgodzie.
Otóż zdarzyło się, że gdy w dzień Świętego Jana obydwaj przejeżdżali konno przez plac, na którym wyścigi się odbywały i przyglądali się przytomnym damom, biskup spostrzegł pewną młodą białogłowę, którą obecnie morowa zaraza nam wydarła. Była to Nonna da Pulci, krewniaczka pana Alesso Ri-nucci, którą wszyscy zapewne znać musieliście. W owym czasie miała ona w sobie całą krasę młodości, a przytem znana była z żywości umysłu i wielkiego gadulstwa — Przed niedawnym czasem poszła właśnie zamąż i mieszkała niedaleko Porta San-Pietro. Biskup już zdaleka ją pokazywał panu Diego, skoro się zaś do niej przybliżył, uderzył po ramieniu swego towarzysza i zwracając się do pani Nonny, rzekł:
— Nonno, cóż myślisz o tym zuchu? Prawda, że dobrze byłoby go sobie kupić?
Pani Nonna, czując się urażoną temi słowy, tem więcej, że wypowiedziane one zostały w obecności wielu słuchaczy, którzy stąd złe mniemanie o cnocie jej powziąć-by mogli — w jednej chwili postanowiła nietylko wszelkie podejrzenie od siebie usunąć, aliści i pięknem za nadobne zapłacić, dlatego też żywo odparła:
— Panie, co się mnie tyczy, to nikogo kupować nie myślę, a ktoby mnie chciał kupić, to w każdym razie przynajmniej dobrą monetą musiałby zapłacić. 386
Marszałek i biskup jednocześnie drgnęli na te słowa i zmieszali się — pierwszy, przypomniawszy sobie nieszlachetne postąpienie swoje z krewniacz-ką biskupa i jej mężem; drugi na wspomnienie hańby, która rodzinie jego się stała. Nie patrząc więc na siebie, ani na przytomnych, w milczeniu z tego miejsca odjechali. Młodej damie zaś nikt tego za złe nie miał, że zjadliwem słowem nieprzystojną napaść odparła.
OPOWIEŚĆ IV Jednonogi żóraw
Chichibio, kucharz Currada Gianfigliazzi, bystrym responsem swoim gniew swego pana w wesołość zamienia i przez to grożącej mu kary unika
Po Laurecie i jednogłośnych pochwałach, pani Nonnie złożonych, Nein-fila głos zabrała:
— Piękne towarzyszki — rzekła — nie dziwota, gdy bystry umysł znajdzie natychmiast słówko do okoliczności stosowne; ale często zdarza się także, że tępemu i bojaźliwemu człowiekowi ostatnia i ciężka potrzeba podsunie tak doskonały respons, jakiegoby w spokojnej chwili nigdy wymyśleć nie potrafił. Dam wam zaraz dowód na to. Currado Gianfigliazzi, jak to każdy z was już zapewne słyszał, był jednym z najszczodrobliwszych i najgościnniejszych obywateli naszego miasta. Wiecie także, że rycerski wielce żywot pędził i osobliwe upodobanie w psach i ptakach łowczych znajdował. Otóż pewnego dnia, gdy sokół jego koło Peretoli żórawia zabił, pan Currado, widząc, że ptak jest młody i tłusty, posłał go swemu kucharzowi z rozkazem przyrządzenia tej zdobyczy na wieczerzę. Chichibio (tak się nazywał ów kucharz, będący wielkim letkoduchem) oskubał żórawia, wsadził go na rożen i jął troskliwie opiekać. Potrawa była już gotowa i wokół siebie silną i apetyczną woń rozsiewała, gdy pewna dziewczyna z okolicy, imieniem Brunetta, w Chichibiu wielce rozkochana, do kuchni weszła, a poczuwózy woń mięsiwa 389 na rożnie, najpieszczotliwszemi słowy jęła prosić kucharza, ażeby kęs potrawy dla niej odciął.
Chichibio odrzekł, śpiewając:
— Nic z tego, piękna Brunetto, nic z tego, wierzaj mi!
Czem dziewczynę tak rozgniewał, że, cała drżąca, zawołała:
— Ha! Jeśli tak, to przysięgam ci, że, jak Bóg na niebie, i ty nigdy, niczego ode mnie nie dostaniesz.
Wówczas Chichibio po krótkim sporze odciął żórawiowi jedną nogę i obdarzył nią swoją kochankę.
Gdy godzina wieczerzy nadeszła, Chichibio postawił przed panem Currado i gośćmi owego żórawia o jednej nodze. Wówczas gospodarz, pełen gniewu, rozkazał przywołać kucharza i zapytał go, co się z drugą nogą stało. Chichibio, który, jako Wenecjanin, w łgarstwie celował, odrzekł natychmiast:
— Panie, żórawie mają tylko jedno udo i jedną nogę.
Na to pan Currado, srodze rozgniewany, zawołał:
— Jakto, do kroćset, chcesz wmówić we mnie takie głupstwo? Zali to pierwszy żóraw, którego w życiu widzę?
Ale Chichibio, niezmieszany, rzekł:
— Jest tak, jak powiadam, a jeśli chcecie, panie, to na żywych żóra-wiach dowodnie wam to pokażę.
Currado przez wzgląd na przytomnych pohamował się i rzekł:
— Jeśli obiecujesz pokazać mi to, czegom nigdy sam nie widział, ani nie słyszał o tem od innych, jutro obietnicy dotrzymać musisz. Jeżeli jednak nie zdołasz tego uczynić, to przysięgam na ciało Chrystusa, że dam ci taką naukę, iż przez całe życie swoje z trwogą o mnie wspominać będziesz-
Na tem skończyła się tego wieczora ich rozmowa. Nazajutrz o świcie pan Currado, któremu gniew w nocy spać nie pozwolił, podniósł się z łoża, kazał wsiąść kucharzowi na koń, a potem wspólnie z nim wyjechał, kierując się ku bagnom, położonym przy rzece, nad brzegiem której o wczesnym ranku najczęściej żórawie się trafiały. Po drodze zasię rzekł do Chichibia:
— Obaczymy teraz, kto wczoraj skłamał — ja czy ty.
Chichibio, widząc, że gniew jego pana nie sfolgował i że trzeba dowieść prawdy słów swoich, co rzeczą niemożliwą mu się zdawało, jechał w największym strachu za panem Currado. Gdyby mógł, byłby chętnie umknął, gdzie pieprz rośnie. Nie mając jednak tej możności, spoglądał raz 390 na prawo, to znów na lewo, lub przed siebie, a każdy przedmiot, który przed nim zamajaczył, zdał mu się być żórawiem, stojącym na dwóch nogach.
Nareszcie na brzegu rzeki ujrzeli około dwunastu żórawi, stojących na jednej nodze, jak to jest w obyczaju u tych ptaków, gdy je sen ma zmorzyć.
Na ten widok Chichibio obrócił się żywo do swego pana i rzekł, wskazując na ptaki:
— Teraz jawnie przekonać się możecie, że wczoraj wieczorem prawdę powiedziałem, twierdząc, iż żórawie mają tylko jedno udo i jedną nogę. Spojrzyjcie tylko przed siebie.
Currado zawołał:
— Poczekaj chwilę, zaraz ci pokażę, że żórawie mają dwie nogi.
I podjechawszy bliżej nieco, krzyknął:
— Ha! Ha!
Na ten krzyk spłoszone żórawie opuściły natychmiast poduiesioną wgó-rę nogę i odleciały z pośpiechem.
Wówczas pan Currado zwrócił się do Chichibia i spytał:
— No! hultaju, jak ci się zdaje, ile nóg mają?
Chichibio ze strachu już prawie zmysły postradał, ratując się, zawołał jednak:
— W samej rzeczy, WPanie, w samej rzeczy, ale na wczorajszego żórawia nie krzyknęliście: „ha! ha!“. Gdybyście to byli uczynili, jestem pewien, że i on byłby drugą nogę pokazał, jako i te ptaki przed chwilą.
Niespodziana ta odpowiedź wprawiła pana Currado w tak wielką wesołość, że cały gniew jego stopniał i gwałtownemu śmiechowi miejsca ustąpił.
Wreszcie, pohamowawszy się nieco, pan Currado rzekł:
— Masz słuszność, Chichibio, powinienem był tak wczoraj wieczór postąpić, jak dzisiaj postąpiłem. Moja więc to wina, nie twoja.
Takim to sposobem Chichibio, ułagodziwszy swego pana, ciężkiej kary uniknął.
OPOWIEŚĆ V
Szpetny pozór
Pan Forese Rabat ta i malarz Giotto jadą razem do Mugello. Jeden z nich wyśmiewa się ze szpetnego pozoru drugiego
Gdy Neinfile umilkła i gdy damy Chichibia za jego odpowiedź pochwaliły, na rozkaz królowej głos zabrał Pamfilo:
— Często się zdarza, jak już o tem Pampinea wspominała, że los największe nieraz cnoty i zdatności w cieniu nędznego rzemiosła chowa, a natura znów zadziwiające przymioty umysłu i serca pod odstraszającym pozorem ukrywa. Jawnie się to pokaże na przykładzie dwóch ziomków naszych, o których wam opowiedzieć zamierzam. Jeden z nich, pan Forese Rabatta, był człekiem tak małego wzrostu i nikczemnej postury, twarz miał tak płaską, a nos tak zadarty, że najszpetniejszy z Baroncich nie chciałby się z nim na powierzchowność mieniać. Jednakoż tak głęboką wiedzą w kwestjach prawnych celował, że najuczeńsi ludzie prawdziwą studnią mądrości go nazywali.
Drugiemu na imię było Giotto. Był to człek tak wysokiemi zdolnościami obdarzony, że natura, matka wszystkiego, żadnej rzeczy tak pięknej wydać nie mogła, którejby on ołówkiem, piórem lub pendzlem odtworzyć nie był zdołał — i to w ten sposób, iż dzieła jego samą naturą być się zdawały i łudziły do tego stopnia wzrok ludzki, że za prawdziwe brano, co wymalowane było. Słusznie nazwano go przeto światłością Florencji. On to bowiem sztukę, setkę lat krzywdzoną przez tych, którzy więcej o przypodobanie się oczom 393 widzów, niż ich umysłowi, dbali, z upadku podniósł i nowym blaskiem otoczył. Przytem wszystkiem zasię w skromności swojej (jakkolwiek wszyscy artyści uczniami jego byli) nigdy imienia mistrza przyjąć ani nosić nie chciał. Więcej go jednak zdobiła i podnosiła ta skromność, niźli tytuł mistrza, który sobie przywłaszczali ludzie nieuczeni, eto razy mniej w sztuce od niego i od jego uczni zawołani.
Przy tych wszystkich przymiotach i zasługach uroda jego i rysy ani na krztynę piękniejsze nie były od urody i rysów pana Forese. Forese i Giotto mieli posiadłości koło Mugello. Otóż w czasie kanikuły pan Forese wybrał się na wieś dla obejrzenia swego gospodarstwa, w drodze powrotnej zasię, jadąc na niepozornej klaczy, napotkał wspomnianego już malarza.
Giotto nie miał ani o źdźbło lepszego wierzchowca, a strój jego był równie podły, jak strój pana Forese. Pozdrowiwszy się wzajemnie, zrównali rumaki swoje i, jak na dwóch sędziwych ludzi przystało, stępa obok siebie jechać poczęli.
Naraz, jak się to często w lecie przytrafia, nagły deszcz padać zaczął, zmuszając ich do szukania sobie schronienia w domu pewnego człeka, który ich obydwu znał dobrze i wysoce szanował. Ponieważ nie można było żywić nadziei, że wypogodzi się wkrótce, a oni tegoż dnia do Florencji powrócić chcieli, pożyczyli sobie tedy dwa stare płaszcze, jakie znaleźli pod ręką, oraz dwa kapelusze, całkiem prawie znoszone, i w tym stroju w dalszą drogę się wybrali. Wkrótce deszcz zmoczył ich do nitki, konie obryzgały się błotem, tak iż obaj wielce szpetnie wyglądali. Jechali obok siebie w milczeniu, gdy się jednak niebo nieco wyjaśniło, wdali się w gawędę, która wnet w żywszą rozmowę się zamieniła. Pan Forese, słuchając pięknych i głębokich słów, wygłaszanych przez Giotta, od czasu do czasu mierzył go wzrokiem od stóp do głowy; wreszcie, zważywszy jego mizerny pozór, niepamiętny na to, jak sam wygląda, śmiać się począł i zawołał:
— Giotto, gdyby teraz jakiś obcy, nieznający ciebie człowiek napotkał nas, zali sądzisz, że mógłby uwierzyć, iż widzi przed sobą najbardziej zawołanego na świecie malarza?
— Panie — odparł, nie namyślając się, Giotto — sądzę, że uwierzyłby temu, gdyby wraz, tobie od stóp do głowy się przyjrzawszy, mógł uwierzyć, że znasz choćby abecadło.
Pan Forese spostrzegł swoją winę i poczuł, że mu równą monetą odpłacono.
OPOWIEŚĆ VI
Dowód szlachectwa
Michele Scalza dowodzi kilku młodzieńcom, że Baronci są najstarszym rodem na świecie
Damy śmiały się jeszcze z trafnej odpowiedzi Giotta, gdy królowa Fiam-mecie dalej opowiadać rozkazała — Fiammetta tak rzecz podjęła:
— Pamfilo w poprzedniej opowieści wspomniał o Baroncich, których wy, drogie przyjaciółki, nie znacie zapewne tak dobrze, jak on; pragnę tedy, nie oddalając się od materji naznaczonej, opowiedzieć wam, jak starodawne jest szlachectwo ich rodu.
Przed niedawnym czasem żył w mieście naszem młodzieniec, imieniem Michele Scalza, najweselszy na świecie krotochwilnik, znany z daru opowiadania osobliwych powieści, które, jak z rękawa, wytrząsał. Młodzi Florent-czycy, ilekroć przedsiębrali jaką wesołą zabawę, ubiegali się o jego towarzystwo. Otóż gdy młodzieniec ten pewnego dnia wraz z innymi w Mont-Uglii się znajdował, zdarzyło się, iż wszczął się spór o to, który z rodów florenckich jest najstarszym i najszlachetniejszym. Jedni twierdzili, że Uberti, drudzy, że Lamberti, ten wymieniał jedno nazwisko, inny drugie, każdy wedle swego rozumienia. Scalza, przez długi czas przysłuchując się w milczeniu, śmiać się naraz począł i zawołał:
— O głupcy, głupcy, sami nie wiecie, co powiadacie! Najstarszym rodem nietylko we Florencji, ale na całym świecie, a nawet w Maremmie są 395
Baronci. Już dawno zgodzili się na to filozofowie oraz wszyscy, równie dobrze, jak ja, tę rodzinę znający. Ażebyście jednak nie sądzili, że mówię o kim innym, wiedzcie więc, że myślę o Baroncich z Santa Maria Maggiore, waszych sąsiadach. Zgromadzona młodzież mniemała dotychczas, że słowa Scalzy odnoszą się do nieznanych Baroncich, aliści, usłyszawszy jego wyjaśnienie, wszyscy przytomni roześmieli się w głos i zawołali:
— Cóż to, za dudków nas bierzesz? Czyż nie znamy Baroncich równie dobrze, jak ty?
— Klnę się na Ewangelję — zawołał Scalza — że nie chcę żartować. Mówię wam najświętszą prawdę i założyć się nawet gotów jestem o to z każdym z was; stawką niech będzie obiad na sześć osób, które wygrywający sam z pośród przytomnych tutaj wybierze. Więcej jeszcze — gotów jestem poddać się czyjemu tylko zechcecie wyrokowi w tej sprawie.
Na to jeden z młodzieńców, nazwiskiem Neri Mannini, rzekł:
— Dobrze, przyjmuję zakład, ciesząc się zawczasu, że obiad wygrałem.
Poczem umówiwszy się, że Piętro di Fiorentino, w którego domu właśnie się znajdowali, rozstrzygnie zakład pomiędzy nimi, natychmiast do niego się udali. Reszta młodzieży pośpieszyła za nimi, ażeby być świadkami, jak Scalza przegra zakład, i aby nadrwić się potem z niego dosyta.
Skoro przybyli do Pietra i opowiedzieli mu o szczegółach zakładu, Piętro, nader roztropny młodzian, wysłuchał najprzód Neri’ego, a potem zwrócił się do Scalzy z zapytaniem:
— W jaki sposób zamyślasz dowieść swego twierdzenia?
— W sposób tak przekonywający — odrzekł Scalza — racji mojej dowiodę, że nietylko ty, ale sam Neri nawet, który mi obecnie kłam zadaje, słuszność mi przyznać będzie zmuszony. Wiadomo wam, że im ród jaki jest starszy, tem także jest szlachetniejszy. Jeżeli więc wam dokażę, że Baronci należą do najstarszej szlachty, dowiodę zarazem, że i do najlepszej się liczą. Wiedzcie tedy, iż Pan Bóg stworzył Baroncich w owym czasie, kiedy ledwo zaczynał uczyć się lepienia z gliny, wszyscy zaś inni ludzie powstali z jego ręki wtedy, kiedy już w tym kunszcie celować począł. Dla przekonania się, że prawdę mówię, popatrzcie uważnie na Baroncich, a potem na innych śmiertelników. Podczas gdy twarze nasze i postaci są foremnie ukształtowane, przyznać musicie, że z Baroncich jeden ma nieskończenie długą i wąską twarz, a drugi znowu bez miary szeroką. U tego nos się nie kończy, u innego 396 * niema go prawie, tamten znów ma podbródek, naprzód podany i zadarty wgó-rę, a szczęki jego i uszy oślim się równają.
Ba, są nawet tacy pomiędzy nimi, którzy mają jedno oko małe, a drugie wielkie, albo jedno wyżej od drugiego umieszczone. Słowem, oblicza ich podobne są do malowideł, które dzieci kreślą na murach. Jawnie stąd widać, jak to już powiedziałem, że ich Bóg wtedy stworzył, gdy się dopiero z gliny lepić uczył. Z tego wynika, że ród ich jest najdawniejszym ze wszystkich rodów, a więc i najszlachetniejszym.
Że Baronci w samej rzeczy tak wyglądali, jak ich Scalza opisał, wiadomo było sędziemu Piętrowi, Neri’emu i wszystkim obecnym. Słysząc tedy żartobliwy argument, jakiego Scalza użył, parsknęli wszyscy śmiechem i oświadczyli jednogłośnie, że słuszność jest po stronie Scalzy, że obiad do niego na-leży, i że Baronci, bez najmniejszej wątpliwości, są najszlachetniejszym i najstarszym rodem nietylko we Florencji, ale i na całym świecie, a nawet w Maremmie.
OPOWIEŚĆ VII
Niewierna żona
Madonnę Filippę zaskoczył mąż w ramionach jej miłośnika. Filippa, stanąwszy przed sądem, zręcznym responsem uwalnia się od kary i przyczynia się do zmiany niesprawiedliwego prawa
Gdy Fiametta umilkła, wszyscy jeszcze długo się śmieli z powodu argumentu, jakiego użył Scalza, aby dowieść wyższości rodu Baroncich nad wszyst-kiemi innemi rodami na świecie. Po chwili królowa obróciła się do Filostrata, rozkazując mu opowiadać dalej. Filostrato tak zaczął:
— Wielce szanowne damy! Wielka to jest zdatność, gdy się dobrze mówić umie, aliści jeszcze większą umiejętnością jest mówić wówczas^ gdy tego potrzeba zachodzi. Dar ten posiadała pewna szlachetna dama, o której wam teraz opowiedzieć zamierzam. Nietylko wesołość i śmiech słuchaczy wywoływać nieraz umiała, aliści też haniebnej śmierci ujść potrafiła.
W mieście Prato istniało ongiś wielce surowe i godne potępienia prawo. Według tego prawa, żona, którą mąż na niecnocie z kochankiem przychwycił, spalona na stosie być musiała, równie jak i ta, co za pieniądze mężczyznom ciało swoje oddawała. Gdy prawo to jeszcze moc swoją miało, zdarzyło się, że pewna szlachetna i urodziwa dama, Filippą zwana, została zdybana przez męża swego, Rinalda Pugliesi, w ramionach kochanka, Lazzarina de Guazzagliotri, urodziwego i szlachetnego młodzieńca, który równie ją miłował, jak ona jego. Rinaldo na ów widok w taką wściekłość wpadł, że zaledwie pohamować się zdołał, aby 399 ich obojga nie zabić. Gdyby był wiedział, że za swój czyn odpowiadać nie będzie, ani chybi, uległby pierwszemu gniewu zapędowi i życiaby ich pozbawił. Pohamowawszy się, nie mógł jednakoż odmówić sobie tego, aby obrócić się do miejscowego sądu, dla dopełnienia kary, której sam dopełnić nie mógł. Zebrawszy siła dowodów, świadczących o wiarołomstwie żony, pan Rinaldo Puglie-si rankiem następnego dnia, nikogo uprzednio o radę nie pytając, wniósł do sądu skargę na Filippę. Filippa, białogłowa wielce odważna, tak jak odważnemi pospolicie bywają wszystkie prawdziwie miłujące białogłowy, postanowiła stanąć przed sądem (aczkolwiek krewniacy i przyjaciele odradzali jej to z wszystkich sił swoich), woląc raczej całą swoją tajemnicę wyjawić i mężnie śmierć spotkać, niźli tchórzliwą ucieczką się salwować, żyć wiecznie na wygnaniu i przez to okazać się niegodną kochanka, w którego objęciach ostatnią noc spędziła. Otoczona wielu mężczyznami i białogłowami, którzy błagali ją, aby do winy się nie przyznawała, stanęła przed podestą i spytała go spokojnym głosem, czego od niej żąda. Podesta, spojrzawszy na Filippę i przekonawszy się, że ma przed sobą piękną i wdzięczną białogłowę, a do tego wielkiem męstwem obdarzoną, o czem jej słowa dowodną poznakę dawały, uczuł litość dla niej i obawiać się począł, aby jakiemś niebacznem słowem się nie zdradziła, coby zmusiło go do wydania wyroku śmierci na nią.
Nie mogąc jednak uniknąć zapytania jej o to, co mąż jej doniósł, podesta rzekł:
— Jak widzicie, Madonno, mąż wasz, Rinaldo, jest tutaj przytomny. Wniósł on na was skargę, twierdząc, że was na wiarołomstwie przychwycił i dlatego też domaga się ode mnie, abym, zgodnie z istniejącem prawem, śmiercią was za to ukarał. Nie będę mógł jednakoż uczynić tego, dopóki sama do winy się nie przyznacie. Dlatego też pomyślcie wprzód dobrze, nim mi odpowiedź dacie, i powiedzcie mi, zali słuszną jest skarga męża waszego?
Dama wcale się nie zmieszawszy, odpowiedziała mu wesołym głosem:
— To prawda, że Rinaldo jest moim mężem i że zeszłej nocy zastał mnie w objęciach Lazzarina, do którego często należałam dla tej czystej i wielkiej miłości, jaką dla niego żywię. Nigdy temu zaprzeczać nie będę. Aliści mniemam, że wam wiadome jest, iż prawa powinny istnieć dla wszystkich, i że ustanawiać je winno się za zgodą tych, co im podlegać mają. W tym jednak wypadku sprawa ma się całkiem inaczej, prawa te srożą się nad biednemi kobietami; krom tego, zważyć trzeba, że ani jedna kobieta nie wyraziła swej zgody na ustanowienie tego prawa, a takoż o wyrażenie swego mniemania proszona nie 400 była. Dlatego też prawo to niesprawiedliwem nazwać trzeba. Jeśli chcecie je wypełnić na zgubę ciała mego i waszej duszy, czyńcie swoją powinność. Nim jednak do sądzenia mnie przystąpicie, proszę, abyście mi pewną małą łaskę okazali i spytali męża mego, zaliżem mu powolna nie była, ile razy chciał tego, i czy kiedykolwiek pragnienia jego nie wypełniłam.
Rinaldo, nie czekając na zapytanie sędziego, odparł, że jego żona w samej rzeczy po dobrej woli wszystkie jego pragnienia wypełniać była zwykła.
— A zatem — rzekła dama — spytać jeno należy, zali nie brał ode mnie zawsze wszystkiego, czego pragnął i co mu się podobało. Cóż jednak miałam czynić z resztą, która pozostała. Miałam ją może psom rzucić? Czyż nie lepiej ugościć nią szlachetnego młodzieńca, miłującego mnie nad życie własne.
Do sądu na sprawę pani Filippy zeszli się prawie wszyscy mieszkańcy Prato. Usłyszawszy jej wdzięczny respons, gromkim śmiechem wybuchnęli i. jak jeden mąż, zawołali, że słuszność jest po jej stronie.
Sędziowie, uległszy namowom podesty, zmienili niesprawiedliwe prawo i postanowili, aby tyczyło się ono tylko tych kobiet, które dla pieniędzy mężczyznom się oddają. Rinaldo, srodze zawstydzony, wyjechał z sądu, zasię dama wesoło i niefrasobliwie do domu powróciła.
OPOWIEŚĆ VIII
Dobra rada
Pan Fresco radzi swej siostrzenicy, aby się w zwierciedle nie przeglądała, jeśli odrażającego oblicza obaczyć nie chce
Historja, opowiedziana przez Filostrata, zawstydziła z początku nieco słuchające go damy, czego żywym dowodem był rumieniec, który okrasił ich lica, później jednak, spojrzawszy jedna na drugą, śmiać się poczęły. Królowa uciszyła tę wesołość i wydała Emilji rozkaz przystąpienia do nowej opowieści. Ta, drgnąwszy, jakgdyby z głębokiego snu zbudzona, tak zaczęła:
— Drogie przyjaciółki! Chocia myśli moje daleko stąd odbiegły, przecie chcę być posłuszną rozkazaniu królowej. Opowiem wam tedy o jednej głupiutkiej dziewczynie, która, przez wuja swego jadowitym uszczypkiem do-tkniona, nie miała dosyć rozsądku, ażeby się na tem poznać. Szlachcic, nazwiskiem Fresco da Celatico, miał siostrzenicę, którą zwykle Cescą nazywano. Dzieweczka ta, jakkolwiek urodziwą postać i wdzięczne oblicze miała, nie mogła się jednak zaliczać do rzędu owych anielskich piękności, jakie się, zresztą nieczęsto, na tym świecie trafiają. Ona sama jednakoż za taką piękność się poczytywała, że w obyczaj jej weszło o innych kobietach z lekceważeniem się odzywać, jako o niegodnych wchodzenia z nią w paragon. Mężczyzn wszystkich miała za nic, a w każdej rzeczy coś złego umiała wynaleźć, nie myśląc wcale o tem, ile sama wad i przywar posiada. Gdyby była pochodziła z rodu królów Francji, wierę, nie mogłaby wówczas być dumniejszą 403 i bardziej nieprzystępną. Z powodu jej swarliwości i złośliwości niepodobna z nią długo przebywać było. Dosyć ją było zobaczyć na ulicy z krzywą i kapryśną miną, kręcącą nosem na świat cały, ażeby nabrać stosownego pojęcia 0 różnych jej zaletach.
Otóż zdarzyło się, że pewnego dnia młódka w większem, niż zwyczajnie, rozdrażnieniu, do domu powróciła. Usiadłszy obok swojego wuja, chrząkać 1 wzdychać poczęła.
Pan Fresco, spostrzegłszy to, rzekł:
— Cóż to znaczy, Cesco, że dzisiaj, w dzień świąteczny, tak prędko do domu powróciłaś?
Na co młódka, pocieszne grymasy czyniąc, odparła:
— Wróciłam tak rychło, bo nie zdarzyło mi się nigdy jeszcze w tem mieście tylu obrzydliwych mężczyzn i kobiet naraz spotkać, co dzisiaj. Ani jednej istoty znaleźć nie mogłam pomiędzy tłumem przechodniów, któraby mi wstrętną nie była. Nie sądzę, aby istniała na świecie druga białogłowa, któ-rejby było równie trudno, jak mnie, patrzeć na brzydkie oblicza.
Fresco, któremu niedorzeczna próżność siostrzenicy zbytnio już we znaki się dała, odrzekł z powagą:
— Moje dziecko, skoro widok szpetnych osób tak cię drażni, to, jeżeli chcesz mieć spokój, unikaj przeglądania się kiedykolwiek w zwierciedle.
Cesca, której się wydawało, że dla swej mądrości z Salomonem w paragon wchodzićby mogła, nie pojęła przymówki swego wuja i z baranim spokojem odparła, że nie widzi przyczyny, dlaczegoby się w zwierciedle przeglądać nie miała.
Tak oto, dzięki tępocie swego umysłu, pozostała głupią i próżną na całe życie.
OPOWIEŚĆ IX
Guido Cav alcanti
Pan Guido Cavalcanti zręczną przymówką uwalnia się od kilku jezdnych, którzy go nagle zaskoczyli
Królowa, widząc, że Emilja opowiadanie swoje skończyła, i że z wyjątkiem jej a także uprzywilejowanego do mówienia przy końcu Dionea wszyscy z obowiązku swego się wywiązali, w te słowa się odezwała:
— Musicie wiedzieć, że przed dawnemi czasy w mielcie naszem wiele pięknych i chwalebnych panowało zwyczajów, które teraz prawie całkiem w zapomnienie poszły, bowiem rosnące wraz z zamożnością skąpstwo na wstręcie im stanęło.
I tak było w obyczaju, że znaczniejsi obywatele z sąsiednich ulic zbierali się często razem w różnych dzielnicach miasta i łączyli w towarzystwa, z pewnej określonej liczby osób się składające. Baczono przytem na to, ażeby tylko takich ludzi do społeczeństwa przyjmować, którzyby koszta wspólne podjąć mogli. Raz tedy uczta u jednego wypadła, drugi raz u innego, i w ten sposób kolej na wszystkich przychodziła. Często na takich ucztach ugoszczą-no znakomitych cudzoziemców, albo też spraszano na nie miejscowych obywateli. Towarzystwa takie odbywały także pochody przez miasto, urządzały turnieje, szczególnie w dni wielkich świąt, z okazji zwycięstwa albo też jakiegoś zdarzenia radosnego dla całego miasta.
Na czele jednej takiej kompanji stał pan Betto Brunelleschi. Tak 011, 405 jak i towarzysze jego, starali się wszelkiemi siłami wciągnąć do swego towarzystwa pana Cuida z rodu Cavalcante de Cavalcani, a to nie bez ważkiego powodu. Pomijając już bowiem to, że pan Guido był jednym z głębszych myślicieli ówczesnych i zawołanych przyrodników (o przymioty te towarzystwo niewiele dbało), był on także wielce wesołym i gadatliwym człekiem, słowem, łączył w sobie wszystkie przymioty prawdziwego szlachcica. Do czego tylko się wziął, umiał to zrobić lepiej, niżli ktokolwiek inny. Przytem wszystkiem zasię ogromny majątek posiadał. Kogo za godnego przyjaźni swej uznał, temu serce i rękę hojnie otwierał — Nie dziwota tedy, że pan Betto zwabić go chciał na swoje zebrania. Gdy mu się to jednak nie udało, pospołu z swymi towarzyszami jął sobie tłumaczyć niechęć Guida tem, że, będąc ustawicznie filozof ją zajęty, obcowania z ludźmi zapewne nie lubi.
Ponieważ Guido ku wywodom Epikura się skłaniał, powszechnie mówiono, że celem jego rozmyślań było wynaleźć dowód, że Bóg nie istnieje. Pewnego dnia Guido, opuściwszy kościół Św. Michała i minąwszy Corso degli Adimari, doszedł do kościoła Św. Jana i tam zatrzymał się pośród grobowców marmurowych (z których pewna część znajduje się obecnie w Santa Reparata, a inne przy Św. Janie). Stanął pomiędzy kolumnami porfirowemi a bramą San Giovanni, wówczas zamkniętą, i napisy na grobowcach czytać począł. Pan Betto z towarzystwem swojem właśnie przez plac Santa Reparata przejeżdżał. Spostrzegłszy Guida pomiędzy grobowcami, żartownisie zawołali:
— Musimy go trochę podrażnić!
Poczem, dodawszy koniom ostrogi, jakgdyby żartobliwą szarżę czyniąc, pędem puścili się ku niemu, i nim się mógł spostrzedz, już się przy nim znaleźli.
— Guido — rzekli — gardzisz towarzystwem naszem, wiecznie myślami swemi zabawny będąc, cóż ci jednak przyjdzie z tego, jeżeli nawet dowieść zdołasz, że Bóg nie istnieje?
Guido, widząc się otoczonym, odparł:
— Jesteście u siebie, Mości Panowie, musiałbym więc znieść od was wszystko, coby wam się uczynić podobało, jednakoż nie chcę tego. Wybaczcie tedy, że was opuszczę.
To mówiąc, oparł się jedną ręką o grobowiec znacznej wysokości, lekkim bardzo skokiem przedostał się na drugą stronę i spokojnie odszedł. Wesołe towarzystwo spoglądało przez chwilę po sobie, aż wreszcie ktoś rzekł:
— Guido nie był widać przy zdrowych zmysłach, bowiem w odpowie 406 dzi jego sensu dopatrzeć się trudno. Nie mamy przecież do tego miejsca ani o źdźbło więcej prawa od innych obywateli, a takoż od samego Guida. Jednak powiedział nam, że jesteśmy u siebie!
Na to pan Betto, zwracając się do mówiącego i do reszty towarzyszy, odparł:
— To wy raczej nie jesteście przy zdrowych zmysłach, inaczej bowiem zrozumielibyście, że ten człek w kilku słowach ciężką obelgę wam rzucił. Czemże bowiem są te grobowce? Domami umarłych! Jeżeli powiedział tedy, że jesteśmy tutaj u siebie, to chciał przez to wyrazić, że my i inne podobne nam nieuki w porównaniu z ludźmi uczonymi tyle właśnie znaczenia mamy, co umarli.
Teraz dopiero pojęli wszyscy istotne znaczenie słów Guida. Odtąd, srodze zawstydzeni, przestali w drogę mu wchodzie. Pan Betto zasię od tego czasu za bystrego i roztropnego człowieka począł uchodzić-
OPOWIEŚĆ X
Zgodny mąż
Piętro da Vinciolo udaje się na wieczerzę do przyjaciół. Żona jego zaprasza wówczas do siebie pewnego młodzieńca. Gdy Piętro do domu powraca, dama ukrywa swego miłośnika pod kojcem. Piętro opowiada, że Ercolano znalazł w swym domu młodzieńca, ukrytego w komórce przez jego żonę. Żona Pietra gani surowo tamtą białogłowę. Aliści, na nieszczęście, osioł nastąpił na rękę młodzieńca, ukrytego pod kojcem. Na krzyk nieszczęśnika Piętro wypada do sieni i poznaje wiarołomstwo swojej żony
Gdy królowa skończyła opowieść swoją, wszyscy wysławiać jęli sprawiedliwość Boga, który Federiga wynagrodził; poczem Dioneo, nie czekając obyczajem swoim na rozkaz, zaczął w te słowa:
— Zaiste, nie wiem, zali to jest niedostatek, że skażenia obyczajów wynikły, czy też przyrodzone ludzi usposobienie, że więcej śmiejemy się i cieszymy z cudzych złych przytrafień, niźli z powodzenia cudzego. Ponieważ trud mój, z którego już nieraz się wywiązywałem, jako i teraz wywiązać się zamierzam, ma jedynie na celu troskę od was odpędzić i do śmiechu a radości was pobudzić, opowiem wam tedy, najmilsze damy, pewną historję. Chocia materja, w niej się zawierająca, przystojnością zbytnią się nie odznacza, przecie sposobna będzie do przysporzenia wam uciechy. Wysłuchawszy jej, możecie postąpić tak, jak zwykle postępujecie, wchodząc do ogrodu, gdzie zrywacie róże, kolców nie dotykając. Pozbawionego czci małżonka przy jego srogiej hańbie pozostawcie, 409 śmiejcie się z chytrych sztuczek jego żony, a czasem litością dla nieszczęść bliźniego się przejmijcie.
W Perugji żył przed niedawnym czasem pewien bogaty człek, nazwiskiem Piętro di Vinciolo, który bardziej dla zamydlenia oczu ludziom i pomniejszenia złej sławy, jakiej u swych rodaków zażywał, niźli dla miłości, młodą dzieweczko pojął. Na nieszczęście, los obdarzył go żoną, która jego skłonnościom nieosobli-wie odpowiadała. Była to bowiem krzepka rudowłosa dzieweczka o krwi nader gorącej, której raczej dwóch mężów, niż jeden, by się przydało. Tymczasem dostała tylko jednego i to mającego ochotę do całkiem innych rzeczy, aniżeli małżeńskie pieszczoty. O tych jego skłonnoścach aż nazbyt prędko się przekonała, pomyślawszy zasię, że jest młodą i świeżą, dawała upust sprawiedliwemu gniewowi, rzucając przekleństwa na głowę męża swego.
Doszedłszy jednak do przekonania, że raczej sama zginie, niźli niegodziwe nałogi męża swego zwycięży, rzekła sama do siebie:
— Ten nędznik nie dba o mnie, ponieważ bezbożnie żagle swoje tylko na suchym lądzie rozpinać umie, muszę tedy postarać się o kogoś, co żegluje wedle praw natury. Wzięłam go za męża i piękne wiano mu przyniosłam, sądziłam bowiem, że z mężczyzną żyć będę, i że on tego pragnie, czego mężczyźnie pragnąć przystoi. Gdybym była wiedziała, z kim mam do czynienia, nie poszłabym była nigdy za niego zamąż! Pocóż mnie wziął za żonę, wiedząc, że kobietą jestem, jeżeli mu kobiety wstrętnemi były? Dlaboga, dłużej znosić tego niepodobna! Gdybym była chciała odejść od świata, do klasztorubym wstąpiła. Je-dnakoż przecie żyć pragnęłam! Mamże czekać, aż ten człek rozkoszą i ukontentowaniem mnie obdarzy? Wierę, młodość strawię i pierwej zestarzeję się i osiwieję, nim się czegoś odeń doczekam. Wówczas za późno będzie jęczeć i żałować zmarnowanego czasu. Zresztą on sam daje mi najlepszą naukę, jak się pocieszać należy, bowiem szuka rozkoszy dla siebie tam, gdzie i ja ją znaleźć mogę. Jedna-koż to, co dla mnie chwalebne będzie, dla niego jest sromotne i niegodziwe. Ja tylko prawo obyczajności przekroczę, podczas gdy on ludzkie a zarazem i przyrodzone prawo przestępuje. Rozważywszy to wszystko siła razy, dzielna białogłowa postanowiła zaspokoić swoje żądze i w tym celu zwierzyła się w tajności z utrapień i pragnień swoich pewnej starej niewieście, która równie pobożną 6ię wydawała, jak święta Verdiana, karmicielka wężów. Starucha chodziła bowiem na każdy odpust z różańcem w ręku i o niczem innem nie mówiła, jeno o żywotach świętych ojców kościoła i o stygmatach Świętego Franciszka. Na 410 skutek tego sama już za świętą uchodziła. Dama, stosowną porę upatrzywszy, wyznała wszystko starusze, ta zasię rzekła:
— Bóg, wiedzący o wszystkiem, wie także dobrze, że sprawiedliwie postąpić zamierzasz! Gdybyś nawet słusznej przyczyny potemu ne miała, winnaś czynić na podobieństwo innych młodych białogłów, aby młodości swej nie marnować. Wierę, niemasz większej boleści nad wspomnienie straconego napróżno czasu. Na cóż, u kata, przydać się możemy na świecie, gdy się już zestarzejemy? Chyba do pilnowania garnków na kominie! Innaby o tem tak otwarcie mówić nie mogła lub nie chciała, aliści ja, poznawszy teraz na starość, jak źle czam użyłam, przestrzec innych za obowiązek swój poczytuję. Wprawdzie nie mogę powiedzieć, że całkiem młodość moją zmarnowałam, nie chcę bowiem, ażebyś sądziła, że wielce głupią ongiś byłam, po prawdzie jednak o wiele lepiej mogłam z niej skorzystać, aniżelim to uczyniła. Gdy spojrzę dzisiaj na siebie, na mój nędzny pozór, który już żadnego mężczyzny nie skusi, a do tego wspomnę, iłem sposobności w życiu straciła, to sam Bóg wie najlepiej, jak srogi żal odczuwam. Z mężczyznami ma się rzecz inaczej. Od urodzenia już sposobni są do tysiąca rozmaitych rzeczy, nietylko do tej jednej. Natomiast my, kobiety, rodzimy się jedynie poto, ażeby dzieci na świat wydawać. Dla tego tylko powodu znaczymy coś u ludzi, o czem choćby z tego jawnie przekonać się możesz, że kobiety w każdej chwili do zadania swego są gotowe, podczas gdy z mężczyznami całkiem inaczej się dzieje. Co więcej, jedna białogłowa może dziesięciu mężczyzn sił pozbawić, aliści dwudziestu mężczyzn nie zdoła zmęczyć jednej kobiety. Widzisz tedy, żeśmy się poto urodziły. Powtarzam ci raz jeszcze, że bardzo słusznie uczynisz, jeżeli tą samą miarką mężowi swemu odmierzysz. Wówczas pod starość dusza twoja wyrzutów nie zazna. Ta prawda odnosi się szczególniej do nas, kobiet, my bowiem musimy ze sposobności nadarzającej się 0 wiele pilniej korzystać, aniżeli mężczyźni. Rozważ bowiem sama tylko, jak się to na świecie dzieje. Gdy się zestarzejemy, ani mąż, ani ktokolwiek inny widoku naszego znieść już nie może. Pędzą nas do kuchni i każą nam kotów pilnować, albo garnki i łyżki liczyć. Ba! co okropniejsza, przedmiotem pośmiewiska się stajemy! Wokół nas słychać tylko: „młodej dukata, a starej łopatiu 1 tym podobne śpiewki i żarty. Nacóż jednak tyle słów tracę? Dosyć na tem, jeżeli ci powiem, że nie mogłaś nikomu lepszemu ode mnie się zwierzyć, i że nikt ci lepiej, jak ja, dopomóc nie zdoła, niemasz bowiem takiego franta, któ-remubym nie odważyła aię wszystkiego powiedzieć, co trza, ani tak nieokrzesanego gbura, ażebym go nie ugłaskała i woli mojej nie poddała. Powiedz mi 411 więc tylko, kogo chcesz mieć, a resztę mnie już pozostaw. O jedno tylko muszę cię prosić, moja córko, nie zapomnij o tem, że jestem biedną kobietą. Za tę pamięć od dzisiaj będziesz miała udział w każdym otrzymanym przeze mnie odpuście i w każdym Ojczenaszu, który odmówię, a dobry Bóg przyjmie tę cząstkę twoją, zamiast lamp i świec, i policzy duszom zmarłych twoich krewnych na rachunek zbawienia.
Temi słowy zacna starucha zamknęła swoją mowę. Młoda białogłowa zawarła z nią umowę, aby, gdy obaczy pewnego młodzieńca, przechodzącego często tą ulicą (wygląd jego szczegółowie starusze określiła), natychmiast sprowadzeniem go się zajęła. Poczem, obdarowawszy staruchę kawałem solonego mięsiwa, odesłała ją z Bogiem.
Zaledwie kilka dni od tej chwili minęło, gdy starucha wskazanego młodzieńca sekretnie wprowadziła do tej komnaty, po nim zasię wnet drugiego, który równie, jak pierwszy, młodej białogłowie do gustu przypadł. Mimo strachu przed mężem, z żadnej z tych sposobności skorzystać nie omieszkała. Pewnego dnia zdarzyło się, że, gdy mąż jej do jednego z przyjaciół swoich, nazwiskiem Ercolano, na wieczerzę się udał, białogłowa nasza poleciła dobrej staruszce, ażeby ta przywiodła jej młodzieńca, należącego do najurodziwszych w całej Perugji. Stało się wedle jej żądania. Zaledwie jednak z dzielnym młodzieńcem do stołu zasiadła, aby z nim wieczerzę spożyć, gdy Piętro do drzwi domu kołatać począł. Żona, poznawszy jego głos, poleciła duszę swą Bogu; nie tracąc jednak przytomności, obejrzała się, gdzieby miłośnika ukryć. Nie mogąc znaleźć lepszej kryjówki, schowała go pod kojec, stojący w sieni, przylegającej do jadalnej komnaty. Gdy się już ukrył, rzuciła na kojec płótno z materaca i co żywiej pobiegła, aby drzwi swojemu małżonkowi otworzyć.
— No — zawołała, otwierając mu drzwi — djablo prędko przełknęliście tę wieczerzę!
— Nie spróbowaliśmy jej nawet — odparł Piętro.
— A to dlaczego? — spytała żona.
— Zaraz ci opowiem — rzekł Piętro. — Otóż, Ercolano, jego żona i ja siedzieliśmy już przy stole, gdy usłyszeliśmy nagle, że ktoś wpobliżu nas kichnął. Za pierwszym i drugim razem ledwośmy na to uwagę zwrócili, gdy jednak ów niewidzialny nos trzeci, czwarty raz, a potem nie wiedzieć, ile razy jeszcze kichnął, mocnośmy się wszyscy zadziwili. Ercolano, i tak już gniewny na żonę, że kazała mu długo przed drzwiami czekać, nie otwierając ich, teraz jeszcze bardziej się rozsierdził i zawołał: 412
— Co to ma znaczyć? Kto tutaj tak kicha?
Rzekłszy to i skoczywszy ze swego miejsca, pobiegł ku schodom, znajdującym się tuż koło komnaty. Pod temi schodami znajdowała się komórka z desek, przeznaczona na skład podręcznych rzeczy. Zdało mu się, że kichania w tej komórce się rozlegały. Zaledwo Ercolano drzwiczki otworzył, natychmiast wydobył się nazewnątrz nieznośny dym z siarki. Już przedtem, poczuwszy tę przykrą woń siarki, pytaliśmy o jej przyczynę, na co gospodyni nam odparła, że zasłony swoje po wypraniu ich rozwiesiła w komórce, pełnej dymu siarcza-nego, dla wyblichowania. Jednakoż gdy Ercolano, poczekawszy nieco na rozejście się dymu, do komórki zajrzał, spostrzegł tam właściciela kichającego nosa, który, dymem siarczanym gryziony, wciąż jeszcze kichał. Zaduch i dym w komórce tak go odurzyły, iż chwiał się na nogach. Gdybyśmy przyszli o kilka chwil później, niewątpliwie byłby duszę wykichał. Ercolano na ten widok zawołał:
— Rozumiem teraz, wiarołomna niewiasto, dlaczego za przybyciem na-szem tak długo nas przede drzwiami trzymałaś! Bodajbym już nigdy radości nie zaznał, jeżeli ci hojnie za to nie zapłacę!
Na te słowa żona jego, nie wyrzekłszy nic na usprawiedliwienie swoje, uciekła, i nie wiem, co się z nią potem stało. Ercolano zasię, nie zwróciwszy nawet na jej ucieczkę uwagi, wezwał po raz drugi kichającego człeka do wyjścia. Aliści ten był w takim stanie, że, pomimo widocznej trwogi i chęci usłuchania, ruszyć się nie mógł. Wówczas Ercolano pochwycił go za nogę, wyciągnął z komórki i pobiegł po sztylet, ażeby go zamordować. Ja jednakoż, obawiając się, aby mnie o współwinę nie posądzono, stanąłem między nimi i nie dozwoliłem, aby Ercolano go zamordował. Owszem, broniłem napół żywego kochanka jego żony i krzyczałem tak głośno, że wreszcie zbiegli się sąsiedzi i zabrali ze sobą młodzieńca, który się miał już za zgubionego. Takie oto zdarzenie przerwało naszą wieczerzę i sprawiło, żem się nietylko nie pożywił, ale, jak ci to już powiedziałem, nie skosztowałem niczego nawet.
Białogłowa nasza, usłyszawszy opowieść swojego męża, poznała, że inne kobiety niemniej od niej sprytu mają, że jednak nieszczęścia tu i owdzie czasami przytrafiać się mogą, to też, chocia miała ochotę gorąco bronić żony Erco-lana, pragnąc jednak przez zgromienie cudzego błędu podejrzenie od siebie lepiej oddalić, tak się odezwała:
— A to piękna historja! Ktoby się był po tej świętoszce czegoś podob tnego spodziewał? I jakże tu teraz pozorom uczciwości wierzyć? Wierę, spo-wiadaćbym się do niej poszła, gdyby duchowną osobą była. Niechże tedy prze 413 klęta będzie godzina, w której na świat przyszła! Podeptała nogami uczciwość i obyczajność, a takoż cześć swoją i męża swego, złamała wiarę, zaprzysiężoną małżonkowi, który się z nią tak dobrze obchodził! O nikczemna! Nie wahała się dla jednego hultaja siebie samej i małżonka swego osławić. Niech mnie Bóg broni, abym dla podobnych kobiet kiedykolwiek litość odczuwała. Żywcemby w ogień należało je wrzucić i patrzeć spokojnie, jak się na popiół zmieniają.
Rzekłszy te słowa, wspomniała o swoim kochanku, pod kojcem ukrytym, i dlatego poczęła namawiać Pietra, ażeby poszedł spać, bowiem pora już późna była. Aliści Piętro miał więcej chęci do jedzenia, niźli do spania, dlatego też zapytał jej, czy niema czego na wieczerzę.
— Na wieczerzę? — zawołała na to żona. — Cóż ci do głowy przychodzi?
Tak jakbyś nie wiedział, że nie mam zwyczaju wieczerzy gotować, kiedy ciebie w domu niema. Nie jestem przecież żoną Ercolana! Idź już, idź i staraj się jak najprędzej zasnąć, aby o głodzie zapomnieć.
Traf zdarzył, że właśnie tego wieczora przybyło ze wsi kilku parobków Pietra z zapasami żywności. Postawili oni osły, nie napoiwszy ich uprzednio, w stajence, znajdującej się tuż obok sieni. Jeden osioł, niezmierne pragnienie czując, odwiązał się od żłobu, znalazł drogę ze stajni do sieni i, wszedłszy do niej, węszyć zaczął dokoła, czy gdzie wody przypadkiem niema. Tak wałęsając się, potrącił o kojec, pod którym młodzieniec stał na czworakach w ten sposób, że jedną rękę miał nieco nazewnątrz wysuniętą. Na jego szczęście, czy też nieszczęście, jak sami osądzicie potem, węszący osioł nadeptał mu na palce i taką przez to boleść sprawił, że nasz młodzieniec, na nic niepomny, wrzasnął z całej siły. Stało się to w chwili, gdy żona Pietra spać wyprawiała. Piętro na ten wrzask niespodziany zadziwił się niepomału i podejrzenie powziął, że z wnętrza domu dobywać on się musi. Gdy zaś jęczenie nie ustawało (osioł bowiem gniótł coraz mocniej kopytami rękę nieszczęśliwego miłośnika), Piętro z okrzykiem
— „Kto tam?“ — do kojca przystąpił i podniósł go wgórę. Na jego widok młodzieniec z bólu i trwogi zadrżał calem ciałem. Aliści Piętro, wpatrzywszy się w niego i poznawszy w nim jednego z młodzieńców, za którym, niegodziwym skłonnościom swoim hołdując, przez długi czas się uganiał, spytał z wielkim spokojem:
— Co tutaj robisz?
Młodzieniec nic nie odpowiedział na to, błagając tylko w imię miłości Bo — £ ga, aby mu krzywdy nie czynił. 414
— Wstań — rzekł Piętro — i nie obawiaj się niczego, powiedz mi jeno, jak i poco tutaj wszedłeś?
Młodzieniec przyznał się do wszystkiego. Piętro nie okazał najmniejszego gniewu, przeciwnie, zdawał się tylko cieszyć się ze znalezienia go o tyle, o ile żona jego tem się martwiła. Wziął go za rękę, wprowadził do komnaty, gdzie żona z największą trwogą go oczekiwała, usiadł naprzeciw niej i rzekł:
— Przed niedawnym czasem przeklinałaś żonę Ercolana, uważając, że należałoby ją spalić, jako zakałę niewieściego pogłowia. Przecież tego także i o sobie nie powiedziałaś. Jeśli nie chciałaś mówić o sobie, jak mogłaś się odważyć przeklinać inną kobietę, wiedząc, że podobnie, jak ona, postępujesz? Wierę, tem tylko sobie wytłumaczyć wszystko można, że wszystkie jednako niegodziwe jesteście, i że każda swój własny błąd cudzym zasłonićby pragnęła. Bodajby tedy ogień spadł z nieba i pochłonął was wszystkie, o haniebne i niegodziwe plemię!
Żona Pietra, widząc, że pierwszy zapęd jego gniewu w słowach upust swój znalazł, i że mąż jej nie posiada się z radości, mając w swem ręku tak urodziwego młodzieńca, rzekła:
— Zaprawdę, wierzę, że pragnąłbyś, aby nas wszystkie ogień niebieski pochłonął, wiem bowiem dobrze, że tak pogłowie nasze kochasz, jak psy kij. Aliści, na święty krzyż pański, i ja nie zmilczę! Jeśli się mamy wreszcie porachować, to chciałabym wiedzieć, jakie to masz prawo do skarżenia się na mnie? Porównywasz mnie z żoną Ercolana, z tą starą obłudnicą! Mąż nie zaniedbuje jej w niczem i obchodzi się z nią tak, jak z żoną należy się obchodzić. Ze mną rzecz się ma zgoła inaczej. Prawda, żem dobrze odziana i obuta, aliści sam wiesz najlepiej, jak się ma rzecz z innemi sprawami, i ile czasu minęło, jakem cię w nocy obok siebie w łożu oglądała. Ja zasię wolałabym obdarta i bosa chodzić, a mieć za to prawdziwego mężczyznę przy sobie, aniżeli posiadać to wszystko, co posiadam, a widzieć w tobie wroga płci mojej. Słuchaj tedy uważnie, Piętro, co ci powiem. Jestem kobietą, jak i inne, i te same mam pragnienia. Jeżeli tedy, przez ciebie zaniedbana, zaspokoić się je staram, winić mnie za to nie można. Dobrze, że tyle chociaż dbam o cześć twoją, iż nie zadaję się z hul-tajstwem ulicznem.
Piętro, widząc, że podobny spór całą noc mógłby się przeciągnąć, i nie czując chęci do kłótni z żoną, rzekł:
— Dosyć na tem! Bądź spokojna, przyrzekam ci, że jakoś się to wszystko 415 ułoży!... Teraz zaś najlepiejby było, gdybyś o jakiej wieczerzy pomyślała, zdaje mi się bowiem, że ten młodzieniec niemniej ma apetytu ode mnie.
— W samej rzeczy — rzekła żona — nic jeszcze w ustach nie miał, bo wiem, właśnie kiedyśmy do stołu zasiadali, ciebie zło niespodziane przyniosło.
— Idź tedy — rzekł Piętro — i pomyśl o nas, a potem ja już się postaram tak całą rzecz uładzić, abyś nie miała powodu na mnie się żalić.
Żona, widząc, że mąż jest ukontentowany, pospieszyła co prędzej przygo towanemi już potrawami stół zastawić. Potem zasiadła do niego wraz z dwornym mężem swoim i z miłym młodzieńcem. Uczta odbyła się nader wesoło.
Po wieczerzy Piętro dla ukontentowania wszystkich trojga wymyślił pewien sposób, o którym już zapomniałem. Tyle wiem jeno, że nazajutrz zrana małżonkowie odprowadzili młodzieńca aż do samego rynku. Nie wiedzieć, czy mąż czy żona goręcej z jego towarzystwa się cieszyli. — Dlatego, czcigodne damy, powiadam wam na zakończenie: Ząb za ząb, oko za oko! Czyń drugiemu, co on tobie. Jaką miarką inni tobie mierzą, taką im odmierz. Gdy osioł łbem w mur tłucze, mur mu tyleż razy oddaje.
Gdy Dioneo skończył, damy, nietyle z braku chęci do śmiechu, ile przez wstydliwość, od objawów wesołości się wstrzymały. Poczem królowa, widząc, że koniec jej rządów nadszedł, podniosła się z swego miejsca, zdjęła wieniec wawrzynowy ze skroni i włożyła go z wdziękiem na głowę Elizy, mówiąc:
— Madonno, na ciebie teraz kolej rozkazywania przychodzi.
Eliza, przyjąwszy nadaną jej godność, postąpiła na wzór swych poprzedniczek. Wydała marszałkowi rozkazy na cały czas swoich rządów, a potem rzekła, do towarzystwa się obracając:
— Już wielekroć o tem słyszeliśmy, jak przez zręczną odpowiedź, trafny pomysł lub przytomność umysłu wiele ukąszeń złośliwości lub grożącego niebezpieczeństwa ludziom uniknąć się udało. Ponieważ przypadki te za wielce pożyteczny przykład służyć mogą, chcę tedy, ażeby jutrzejsze opowieści nasze zajęły się ludźmi, którzy, dzięki przyrodzonej zręczności lub też przez szybkie postanowienie, szkody, niebezpieczeństwa czy też cięższego strapienia uszli.
Materja ta ogólny poklask znalazła. Poczem królowa podniosła się i wszystkim swobodę aż do wieczerzy dała. Gdy koniki polne ćwierkać już przestały, zeszli się wszyscy znowu i do stołu zasiedli. Przy końcu niezmiernie wesołej wieczerzy zaczęła się muzyka i śpiewy. Emilja na żądanie królowej zawiodła taniec, Dioneowi zasię śpiewać kazano.
Dioneo natychmiast zanucił: „Pani Altrudo, ogon wgórę, pomyślną niosę 416 ci nowinę!. Wszystkie damy wybuchnęły śmiechem, osobliwie zasię królowa. Kazano mu inną pieśń wybrać. Dioneo odparł:
— Gdybym miał cymbałki, tobym wam zaśpiewał:
„Pani Lappo, podnieś suknię“, albo: „Pod oliwką miękka trawa“, a może też tę:, Morska fala mnie kołysze,
Jak mi słabo, ledwo dyszę!“
Ponieważ jednak nie mam muzycznego instrumentu, wybierajcie więc same, co wam się podoba. Może chcecie:
„Tylko przyjdź, ja cię okrzeszę.
Jak ogrodnik drzewo w maju.“
— Nie! — zawołała królowa — zaśpiewaj coś innego!
A więc to może — odrzekł Dioneo — „Pani Simono, w beczkę lej!“ Aliści co tu mówić o laniu w beczkę, kiedy jeszcze nie październik!
Do kata! zawołała, śmiejąc się, królowa — zaśpiewajże coś obyczaj-niejszego!
Dobrze, pani — rzekł Dioneo — tylko się nie gniewajcie, macie z czego wybierać, znam bowiem piosenek więcej, niż tysiąc. Może chcecie tę: „Musze-leczka moja mała“, albo „Tylko wolno, mój mężusiu“, lub tę wreszcie: „Koguta sobie kupiła14.
Królowa rozsierdziła się wreszcie i rzekła:
— Zaprzestań żartów, Dioneo, i zaśpiewaj nam jakąś miłą piosenkę, inaczej poznasz, że prawdziwie gniewną być umiem.
Dioneo zaczął:
Amorze, boskie światło,
Co z oczu jej płomienną bije strugą.
Zrobiło mnie wraz jej i twoim sługą!
Z oczu jej płomień przeszedł w moje oczy.
Ledwiem ją spostrzegł, łedwiem rzucił okiem,
Jużem zgubiony!
Wiem, jakeś hojny, władny i uroczy,
Wiem — bo w obliczu jej żyjesz wcielony,
Patrzysz jej wzrokiem. 417
Widzisz więc, że się oddałem jej cały,
Jej tyłko żądam na świecie szerokim
I ją jedynie posiąść chcę, zuchwały!
Tak jest... odniosłeś zwycięstwo nade mną, 0 drogi panie, bądźże mi łaskawy!
Nagródź mnie za to!
Nie wiem, czy budzę w niej żądzę wzajemną,
Czy wreszcie mojej stanie się zapłatą Miłości prawej,
Lub czy... o Boże!... jakaż myśl straszliwa!
Nie zechce dręczyć dla płochej zabawy
Duszy, co do niej tęsknie się wyrywa!
Błagam cię tedy, o najmilszy panie,
Odmaluj przed nią trwogę mą i troski l rzuć w jej łono Część tych płomieni, co w wieczystej ranie Mojego serca tak samotnie płoną Z twej woli boskiej.
Wiesz, ile cierpię! — Lećże z mą żałobą 1 z mą nadzieją posłem do jej wioski,
O jakże chętnie pobiegłbym za tobą!
Gdy Dioneo umilkł, królowa wezwała jeszcze i innych do śpiewania, największe pochwały jednak Dioneowi oddała. Tymczasem minęła już większa część nocy. Królowa, czując, że chłód nocny coraz jest przenikliwszy, wszystkim na spoczynek udać się kazała.
Kończy się szósty dzień Dekamerona i zaczyna się siódmy, w ciągu którego, zgodnie z rozkazem króła Dioneo, opowiada się o tem, jak to różne biało-głcrwy mężów swoich oszukiwały.
Już ze wschodniego nieba zniknęły wszystkie gwiazdy z wyjątkiem jednej, Luciferem zwanej, która z za białych obłoków świtu jeszcze wyglądała, gdy marszałek wstał z łoża i z całym orszakiem wyruszył do Panieńskiej Doliny, 418 aby tam, zgodnie z wskazówkami króla, wszystko przygotować. Wkrótce i król podniósł się z pościeli, bowiem obudził go szmer kroków i tupot koni. Poczem natychmiast całe towarzystwo obudzić przykazał.
Promienie słońca jeszcze słabo ziemię oświetlały, gdy wszyscy już w drogę wyruszyli. Nigdy śpiew słowików i innego ptactwa milszy, jak tego poranku, im się nie wydawał. Przy wejściu do Panieńskiej Doliny nowa kapela ich przywitała. Możnaby było pomyśleć, że ptaszkowie radują się z przybycia gości. Wszyscy rozeszli się po dolinie, aby się jej jeszcze raz przyjrzeć. O wczesnej porze dnia jeszcze piękniejsza im się wydała, niźli wczoraj wieczór. Pokrzepiwszy się nieco ciastem i dobrem winem, zaczęli śpiewać, aby ptactwu przewagi nad sobą nie dawać. Pobliskie skały powtarzały echem tony piosenek, a ptaki, jakby o zakład idąc, wytężały dźwięczne gardziołka.
Gdy czas obiadu nadszedł, zastawiono stoły pod zielonemi drzewami, tuż obok pięknego stawu, tak, aby ucztujący mogli nasycić się widokiem tysiąca igrających rybek, które nietylko oczy cieszyły, ale i do rozmowy materji dostarczały. Po obiedzie, gdy ze stołów uprzątnięto, zabrzmiały nanowo wesołe śpiewy. Tymczasem marszałek rozkazał tu i tam po dolinie łóżka porozstawiać, kobiercami je nakryć i baldachimami osłonić, aby ci, których sen morzy, mogli wczasowi się oddać. Gdy zaś po krótkim odpoczynku wszyscy zpowrotem się zgromadzili, rozkazał król niedaleko od brzegu stawu kobierce na trawie rozłożyć, poczem rozpoczęcie opowieści Emilji polecił. Emilja z wesołym uśmiechem w te słowa zaczęła:
OPOWIEŚĆ /
Pokutująca dusza
Gumni Lotteringhi słyszy, że nocą ktoś do drzwi jego domu kołata. Żona przekonywa go, że za drzwiami stoi zjawa. Białogłowa wypowiada zaklęcie, poczem kołatania ustają
Milejby mi było, o królu, gdybyś był komu innemu powierzył zaszczyt rozpoczęcia opowieści na piękną materję, dzisiaj naznaczoną. Ponieważ chcesz jednak, abym ja pierwsza opowiadała, chętnie wolę twoją wypełnię. Pragnę, miłe słuchaczki, abyście z mojej opowieści choćby niewielki pożytek odniosły. Może być, że jesteście równie bojaźliwe, jak ja, i może równą trwogę żywicie przed zjawami, których jednakoż nigdy w życiu nie widziałam. Wysłuchajcie mojej noweli, a nauczycie się zaklęcia, którem każdą zjawę przepłoszycie.
Za dawnych czasów we Florencji przy ulicy San Pancrazio mieszkał pewien tkacz wełny, nazwiskiem Gianni Lotteringhi. Rzemiosło swoje znał nieźle, chocia zbytnio mądrością nie grzeszył. To zresztą nie stanęło na przeszkodzie, że nabożna konfratemja kościoła Santa Maria Novella wybrała go na preceptora śpiewaków i powierzyła mu przełożeństwo nad swemi ćwiczeniami duchownemi. Gianni wielce się z tych zaszczytów chełpił. Ludzie duchowni sprzyjali mu bardzo, ponieważ był człekiem bogatym i mnichom różnych darów nie szczędził. Święci ojcowie wyłudzali od niego pończochy, kołnierze lub szkaplerze, a wzamian za to uczyli go pięknych modlitw, pieśni o świętym Aleksym, Żalów świętego Bernarda, Hymnu dziękczynnego błogosławionej Matyldy i wielu innych jeszcze andronów. Gianni usilnie te wszystkie 423 modlitwy odmawiał, myśląc, że dusza jego, dzięki temu, kiedyś zbawienia dostąpi. Lotteringhi miał piękną żonę, imieniem Tessa, córkę Manuccia z Cu-cullji, która, dzięki sprytowi, jaki posiadała, poznała się prędko na głupocie swego małżonka. Miłowała ona urodziwego i młodego chłopca, nazwiskiem Federigo di Neri Pegalotti, a on także wzajemnością jej odpłacał. Tessa za pośrednictwem służącej wyznaczyła mu na miejsce spotkań należącą do męża piękną winnicę w Camerata. Przebywała tam zwykle całe lato w samotności, Cianni bowiem przyjeżdżał tylko na obiad i na noc, przepędzając resztę czasu w warsztatach lub w towarzystwie śpiewaków. Federigo, pragnąc zobaczyć się z swoją umiłowaną, przybył do niej o zmroku i zjadł z nią wieczerzę. Później w objęciach młodej białogłowy nauczył się pół tuzina modlitw jej męża. Neri ani Tessa nie chcieli, aby ich pierwsze miłosne spotkanie ostatniem było. Pragnąc jednak uniknąć wszelkiego niebezpieczeństwa i nie potrzebować pośrednictwa służki, postanowili na przyszłość inaczej poczynać sobie.
Federigo posiadał dom, znajdujący się nieco dalej od Florencji, niż willa Tessy. Młoda białogłowa poradziła swemu miłośnikowi, aby zawsze, gdy będzie przechodził koło domu Gianni’ego, spojrzał wgłąb winnicy, a zobaczy oślą głowę, która dla postrachu ptactwa na kiju zatknięta wisiała. Jeżeli ujrzy, że łeb ośli jest pyskiem ku Florencji obrócony, będzie to znakiem, że bez obawy tego dnia o zmroku przybyć może do pani Tessy. Jeśliby przypadkiem drzwi zamknięte znalazł, ma trzy razy zapukać. Jeżeli pysk osła patrzeć będzie ku Fiesole, niechaj się ma na baczności, bowiem Gianni’ego w domu zastanie. Tym sposobem niejedną już schadzkę do skutku doprowadzili. Pewnego razu jednak, gdy pani Tessa zaprosiła Federiga na wieczerzę i gdy, oczekując na niego, dwa tłuste kapłony upiec kazała, zdarzyło się, iż Gianni niespodziewanie do domu powrócił. Niebardzo to pani żonce na rękę było. To też poczęstowała męża swego tylko kawałkiem solonego mięsa, a służce kazała wziąć świeże płótno, zawinąć w nie kapłony, butelkę dobrego wina i pewną ilość świeżych jaj, odnieść to wszystko do ogrodu, i tam złożyć pod śliwą, stojącą na brzegu małej łączki. Do ogrodu, w którym nieraz już wieczerzę z Federigiem jadała, można się było dostać, nie przechodząc przez dom. Pani Tessa, będąc rozdrażniona i srodze gniewna, zapomniała uprzedzić dziewczynę, aby czekała na Federiga i dała mu znać, że Gianni w domu się znajduje. Niechaj zatem nie stara się z nią zobaczyć, a tylko weźmie z pod śliwki wszystko, co dla niego przygotowane zostało. 424
Małżonkowie i służka wkrótce się do łóżek położyli. Po chwili przybył Federigo i lekko zapukał do drzwi, znajdujących się tak blisko sypialnej komnaty, iż Cianni natychmiast to puknięcie usłyszał. Tessa także słyszała je, nie chcąc jednak wzbudzić w mężu podejrzenia, udawała, że śpi. Po chwili Federigo poraź drugi zastukał. Zdziwiło to Gianni ego tak, że trącił żonę i zawołał:
— Tesso, czy dyszysz? Wydawało mi się, że ktoś do naszych drzwi zakołatał.
Tessa, która to kołatanie lepiej od męża słyszała, udała, że się zbudziła z głębokiego snu, i spytała:
— Co się stało?
— Powiadam — rzekł Gianni — że ktoś do drzwi naszych zapukał.
— Ktoś do drzwi kołata? — szepnęła z trwogą żona. — Ach miły Gianni, zali nie wiesz, kto to puka? Jest to duch pokutujący, który mnie w ostatnich czasach nieraz nocami śmiertelnego strachu nabawiał. Słysząc to pukanie, chowałam głowę pod poduszkę i nie śmiałam pierwej wyjrzeć na świat, aż dzień biały się zrobił.
— Uspokój się, żono — odrzekł na to Gianni — i zbądź się wszelkiej trwogi. Nim się spać położyliśmy, odmówiłem: „Te lucis“, „Intemerata“, a krom tego, pobłogosławiłem łóżko całe od krawędzi do krawędzi w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego. Uspokój się zatem, bowiem, gdyby to był nawet jakiś duch najgorszy, to po takich zabiegach przystąpić do nas się nie ośmieli.
Gdy mąż słowa te mówił, pani Tessie przyszło na myśl, że Federigo może jakieś niesłuszne podejrzenie wobec niej powziąć, coby go do kłótni z nią doprowadzić mogło. Postanowiła tedy wstać i dać mu do poznania, że Gianni w domu przebywa. Sprytna białogłowa, namyśliwszy się, rzekła w te słowa:
— Wszystkie te modlitwy i zaklęcia skuteczne są może — rzekła Tessa — to jednak pewne, że nie zaznam snu ani spokoju, dopóki nie wyegzorcyzmujemy tego ducha.
— Jak się to robi? — zapytał Gianni.
— Niedawno nauczyłam się stosownego sposobu — odparła żona. — Kilka dni temu, bawiąc na odpuście w Fiesole, rozmawiałam z jedną z tamtejszych mniszek. Ach, Gianni, jakież to święte istoty! Otóż jedna z nich ulitowała się nade mną i nauczyła mnie pięknego zaklęcia, którego, jak mnie zapewniała, używała nieraz sama, a zawsze z dobrym skutkiem. Dotychczas bałam się przegnać ducha zaklęciem. Teraz jednak ty przy mnie jesteś. Podejdźmy do drzwi! 425
Gianni oświadczył, że chętnie się na to zgadza. Poczem wstali oboje i przystąpili na palcach do drzwi, za któremi stał Federigo. Pani Tessa, zatrzymawszy się na progu, rzekła do męża:
— Uważaj, abyś splunął, gdy skończę zaklęcie.
— Dobrze — odparł Gianni.
Pani Tessa po chwili milczenia zaczęła w te słowa:
O duchu z zadartym chwostem,
Wróć, skąd idziesz, szlakiem prostym!
Słysz, czuj, słuchaj woli mojej.
Tam, gdzie wielka śliwka stoi,
Znajdziesz dla się zapas wszelki:
Owoc kurzy, tłuszcz i mięso,
Jedz — aż uszy się zatrzęsą,
Sięgnij także do butełki.
Ale opuść w dobry czas Mnie i mego Gianni wraz.
Tu, urwawszy, zawołała:
— Gianni, spluń!
Gianni splunął.
Federigo, który za drzwiami całą rozmowę słyszał, pozbywszy się wszelkich podejrzeń, o mało się nie rozpukł ze śmiechu. Gdy Gianni splunął, nie mógł się wstrzymać od mruknięcia:
— Bodajbyś i zęby wypluł zarazem!
Pani Tessa po trzykroć jeszcze powtórzyła potężne zaklęcie, a potem wróciła z mężem do łóżka. Federigo zasię, zrozumiawszy dobrze wskazówki, w ta-jemniczem zaklęciu zawarte, nie omieszkał pospieszyć do ogrodu. Zabrał znalezione kapłony, jaja i wino do domu i tam pożywił się, jak należało. Odwiedziwszy po kilku dniach panią Tessę, naśmiać się nie mógł do syta z jej 0 egzorcyzmów.
Według zdania niektórych, pani Tessa łeb ośli pyskiem ku Fiesole obróciła, aliści robotnik jakiś, przez ulicę przechodząc, uderzył weń kijem, tak, że łeb ten, obróciwszy się kilkakrotnie, pozostał w postawie, ku Florencji wskazującej. 426
Federigo, w mniemaniu, iż ten znak go przyzywa, do domu pani Tessy zapukał. Ci, co o tej historji opowiadają, twierdzą, że pani Tessa takiego wówczas użyła zaklęcia:
— Idź precz, o duchu, i zważ moją mowę,
Nie ja skręciłam błędnie oślą głowę!
Poczem Federigo miał odejść, nie jedząc wieczerzy i żadnej urazy nie żywiąc. Jednakoż jedna z sąsiadek moich, białogłowa w podeszłym już wieku będąca, zaręczała mi, że obie te historje są prawdziwe, jak o tem już w dzieciństwie słyszała. Ostatnia przygoda przytrafiła się jednak nie Gianni’emu Lotteringhi, ale niejakiemu Cianni di Nello, który mieszkał przy bramie San Piętro i niewięcej od naszego Gianniego rozumu posiadał. Od was tedy zależy, czcigodne damy, które z tych zaklęć w pamięci swojej przechować zechcecie. Widziałyście, że oba są skuteczne. Nauczcie się ich, bowiem kto wie, czy się wam przy podobnej okazji bardzo nie przydadzą! m
OPOWIEŚĆ U
Kadź i żona
Peronella ukrywa swego miłośnika w kadzi. Mąż oznajmia, że kadź sprzedał, na co żona odpowiada, że przed jego przybyciem sprzedała już kadź człekowi, który teraz wewnątrz niej się znajduje. Miłośnik Peronełłi wyskakuje z kadzi, każe mężowi ją ochędożyć, a potem ze sobą ją zabiera
Opowieść Emilji wywołała wiele śmiechu i pochwał. Poczem na rozkaz króla Filostrato zaczął w te słowa:
— Miłe damy! Mężczyźni, a szczególniej mężowie, tyle figlów wam płatają, że jeśli którejś z was uda się mężczyznę w pole wywieść, możecie mieć słuszną przyczynę nietylko cieszyć się z tego, ale i chwalić się tem przed całym światem. Mężczyźni bowiem przekonają się z tego, że jeśli im na przebiegłości nie zbywa, to i białogłowy dosyć sprytu mają. To tylko pożytek wam, kobietom, przynieść może. Jeżeli jednemu mężczyźnie wiadome będzie, że drugi zna się już dobrze na chytrych białogłowskich sztuczkach, nie tak łatwo będzie mu na oszustwo się zdobyć. Dlatego też mężczyźni, wysłuchawszy wszystkiego, co dzisiaj opowiemy, dobrze się namyślą, nim was oszukają. Nieraz im na myśl przyjdzie, że i wy przy sposobności uprzedzić ich będziecie mogły. Któżby zresztą mógł wątpić o tem? Mam zamiar opowiedzieć wam, co uczyniła pewna prostaczka, aby się przed mężem ocalić.
Niedawno temu w Neapolu żył pewien ubogi kamieniarz. Pojął on za żonę kształtną i piękną dzieweczkę, imieniem Peronella. Żona przędzeniem a mąż swojem rzemiosłem niewiele na życie zarabiali. Otóż zdarzyło się, że 429 pewien gładysz, zauważywszy Peronellę, zakochał się w niej. Nie szczędząc starań i zalotów dla pozyskania jej, zdołał dojść wreszcie do pożądanego celu. Dla zapobieżenia wszelkiemu niebezpieczeństwu, miłośnicy umówili się, że Giannello Strignario (tak się zwał kochanek Peronelli) ma stać gdzieś wpo-bliżu domu i czekać, aż mąż, zwykle o świcie spieszący do pracy, wyjdzie z mieszkania. Poczem Gianello miał przejść przez ulicę Avorio, na której małżeństwo mieszkało, i pospieszyć bez najmniejszej obawy do Peronelli. Zaułek ten był pusty i od środka miasta oddalony. Gdy mąż do pracy wychodził, miłośnik jego żonę odwiedzał. Przez długi czas kochankom wszystko bezkarnie uchodziło. Pewnego poranka zdarzyło się jednak, że, gdy Giannello przybył i Peronellą się cieszył, mąż, który zwykle przez cały dzień do domu nie wracał, nagle o wczesnej godzinie powrócił, a znalazłszy drzwi od wewnątrz zawarte, pukać począł. Stuknąwszy raz, pomyślał sobie:
— Boże, wieczysty dank Tobie i chwała! Ubóstwem mnie coprawda dotknąłeś, aleś za to pobłogosławił mnie zacną i młodą żoną. Patrzcie, od chwili, gdy zaryglowała drzwi po mojem wyjściu, tak dotąd dla uniknięcia pokusy ich nie otwarła.
Peronella tymczasem, poznawszy męża po sposobie pukania, zawołała:
— Biada mi, Gianello! Zginęłam! Mąż mój, którego oby kaduk porwał, stoi przed drzwiami! Zachodzę w głowę, co to ma znaczyć, bowiem nigdy o tej godzinie nie powracał. Może spostrzegł, gdyś wchodził do mnie? Aliści niema czasu na namysły! Właź do tej kadzi, ja zaś tymczasem pójdę mu otworzyć i dowiem się, co ten jego dzisiejszy tak wczesny powrót ma oznaczać.
Gianello, nie mieszkając, schował się do kadzi. Peronella zasię, otworzywszy mężowi, rzekła z gniewnym wyrazem oblicza:
— Cóż to znów za nowe obyczaje? Dlaczego tak wcześnie dzisiaj powracasz? Widzę, że wszystkie narzędzia z sobą przynosisz, może więc próżnować zamyślasz? Z czegóż żyć będziemy, jeśli tą modłą postępować będziesz? Czy sądzisz, że pozwolę, abyś ostatnią sukienkę moją i tę trochę bielizny, jaką jeszcze posiadam, zastawił? Przez dzień i noc nie wstaję od kołowrotka, ciała już prawie pod paznogciami nie czuję, a ledwie mogę zarobić na olej do lampy. Ach, mój mężu, mój mężu, wszystkie sąsiadki cierpliwości mojej nadziwić się nie mogą i drwinki sobie ze mnie stroją! Ty tymczasem powracasz do domu w godzinie, o której przy robocie przecie znajdować się powinieneś...
Rzekłszy te słowa, zalała się rzewnemi łzami, a potem, nie dając mu przyjść do słowa, tak ciągnęła dalej: 430
— Och, ja nieszczęśliwa! W złą godzinę przyszłam na świat i w złą godzinę przestąpiłam przez próg domu mego męża. Bodajbym była raczej świata tego nie oglądała! Mogłam wyjść zamąż za szlachetnego i dzielnego młodzieńca, a jednak nie chciałam tego. Kogóż to wybrałam? Próżniaka, który o mnie nie dba wcale! Inne białogłowy mają większy rozum. Używają życia z miłośnikami. Nie znajdziesz takiej, któraby dwóch lub trzech kochanków nie miała. Te białogłowy umieją wmówić w mężów swoich, że w nocy słońce świeci. Ja zasię, głupia, za moją cnotę i odrazę do podobnych rzeczy tylko zgryzotę i troski w nagrodę odbieram. Dalibóg, nie wiem, co mnie wstrzymuje od naśladowania przykładu innych kobiet? Bądź pewien, że, gdybym tylko ręką skinęła, stu ko-chankówbym miała. Wielu urodziwych młodzieńców kocha się we mnie. Obiecują mi pieniądze, klejnoty i piękne stroje, aliści ja zawsze odmownie odpowiadam, bowiem uczciwa matka mnie wychowała. Jakiż jednak mam zysk z tego? Taki, że mąż wraca do domu spać w tej porze, kiedy pracować powinien.
— Ależ, żono — odparł wreszcie mąż — nie zapalaj się tak bardzo! Wyszedłem do pracy o tej porze, co zwykle, jednakże nie było mi wiadome, że dzisiaj, w dniu świętego Galeone, pracy żadnej niema. Dlatego też tak wcześnie powróciłem. Jednakoż nie niepokój się, pieniędzy wystarczy nam na miesiąc cały. Czy widzisz tego człeka? Przyprowadziłem go tutaj, chce on bowiem kupić naszą wielką kadź, która nam tylko w domu zawadza. Daje za nią pięć złotych florenów.
— Otóż to właśnie! — zawołała Peronella. — Jako mężczyzna, winieneś się znać lepiej ode mnie na cenie różnych rzeczy. Sprzedałbyś naszą kadź za pięć złotych florenów, podczas gdy ja, biedna kobieta, która ledwie za próg głowę wychylam, znalazłam lepszego kupca, co siedem florenów za kadź daje. Właśnie przed chwilą zgodziliśmy się na tę cenę, i teraz człek ten wszedł do kadzi, aby ją wewnątrz obejrzeć, zali jest mocna.
Mąż, nowiną tą nad wyraz uradowany, rzekł do kupca, czekającego w sieni:
— Idź z Bogiem, przyjacielu! Żona moja sprzedała kadź za siedem florenów, a ty tylko pięć za nią dać chciałeś.
— Daj Boże szczęście — odparł czekający; poczem odszedł.
Peronella rzekła do męża:
— Kiedyś już powrócił, to chodźże i dobij targu.
Gianello, który przez cały ten czas, chcąc się dowiedzieć, jak ma postąpić, 431 słuch wytężał, usłyszawszy ostatnie słowa Peronelli, wyskoczył z kadzi i zawołał:
— Gdzie jesteście, gospodyni?
— Czego sobie życzysz? — rzekł mąż, podchodząc do niego.
— Kim jesteście? — spytał Gianello. — Chcę mówić z kobietą, od której przed chwilą kadź tę nabyłem.
— Możecie ze mną dobić targu, jestem bowiem jej mężem.
— Mocna jest dosyć ta kadź — rzekł na to Gianello — ale musieliście chyba trzymać w niej drożdże, bowiem wewnątrz pokryła się cała jakimś osadem, tak wysuszonym, że go paznogciami odłupać nie byłem w stanie. Nie kupię jej, póki ochędożonej jej nie obaczę.
— To przeszkodą do kupna nie będzie — odparła Peronella — bowiem mąż mój oczyści kadź na poczekaniu, jak się należy.
— Oczywista — rzekł mąż — i zdjąwszy zwierzchnią szatę, kazał sobie świecę zapalić. Poczem zsunął się do kadzi i zabrał się do skrobania jej. Peronella zasię, pochyliwszy się i włożywszy do kadzi głowę i ramiona, całkowicie sobą otwór zasłoniła, poczem co chwila dogadywać jęła:
— Skrob tu, skrob tam! Patrzaj, tu jeszcze troszeczkę zostawiłeś!
Podczas, gdy Peronella mężowi swemu takie wskazówki dawała, Gianello, który tego dnia z powodu niespodziewanego przybycia męża, niecałkiem się jeszcze nasycił, do tej myśli przyszedł, że należy wziąć, co się da i jak się da. Przysunął się tedy do Peronelli, stanął tuż za nią i zadowolił swoją chuć młodzieńczą w ten sam sposób, w jaki na stepach dzikie i rozkiełznane rumaki to czynią. W ciągu tego czasu Peronella zasłaniała sobą otwór kadzi. Gdy Gianello cel swój osiągnął i na stronę odstąpił, jednocześnie i mąż skrobanie kadzi zakończył. Wówczas Peronella wyjęła ręce i głowę z otworu kadzi i wypuściła męża, który, wielce z swej pracy ukontentowany, na wierzch się wydobył. Peronella zajrzała do kadzi i rzekła, zwracając się do Gianella:
— Przyjacielu, weźże świecę i obacz sam, czy nie całkiem czysto.
Gionello spojrzał i rzekł, że zupełnie jest zadowolony. Poczem zapłacił siedem florenów. Mąż Peronelli przy pomocy drugiego robotnika odniósł kadź do domu Gianella.
OPOWIEŚĆ III W nagłym przypadku
Mnich Rinaldo często kumę swoją odwiedza. Mąż zastaje go w jej sypialnej komnacie. Wówczas żona oświadcza mu, że mnich odprawiał zaklęcia nad dzieckiem, którego ciało robaki toczyły
Jakkolwiek Filostrato niewyraźnie o stepowych rumakach wspomniał, słowa jego wywołały powszechny śmiech słuchaczek. Udawały jednak, że zgoła z czego innego się śmieją. Król zasię, wysłuchawszy do końca poprzedniej opowieści, zwrócił się do Elizy z rozkazem rozpoczęcia nowej. Eliza w te słowa zaczęła:
— Drogie przyjaciółki! Chocia moja opowieść nie jest tak piękna, jak nowela Emilji, przecie wybrałam ją, ponieważ dotyczy ona materji, która nas obecnie zajmuje. Lepszej opowieści na ten czas przypomnieć sobie nie mogę.
Wiedźcie tedy, że w Sienie żył niegdyś urodziwy młodzieniec, z znacznej pochodzący rodziny, imieniem Rinaldo. Zakochał się on w pięknej damie, sąsiadce swojej, żonie bogatego człowieka. Był prawie pewien, że gdyby mu się udało porozumieć się z nią, bez wzbudzenia podejrzeń, osiągnąłby cel swych pragnień, aliści trudność istniała właśnie w znalezieniu po temu sposobu. Przypadkiem dowiedział się, że pani Agnesa jest właśnie ciężarna, dlatego też, lepszej drogi nie widząc, postanowił za kuma jej się ofiarować. Wybrał się tedy do jej męża, w grzecznych słowach prośbę mu swoją wyraził i uzyskał wresz-cie jej przyjęcie.
Zostawszy zasię kumem pani Agnesy i pozyskawszy tym sposobem pe 433 wien pozór do częstego obcowania z nią, wypowiedział jej pewnego razu pragnienie swoje, które już dawno ze spojrzeń jego wyczytała. Aliści chocia wyznania jego przychylnie przyjęte zostały, przecie mało z tego zysku odniósł.
Po jakimś czasie, nie wiedzieć zresztą, z jakiej przyczyny, Rinaldo mnichem został. Wstąpiwszy do klasztoru, wyrzekł się wszelkich pragnień tego świata, a więc i miłości do pani Agnesy. Wkrótce jednakoż, nie zdejmując habitu, do dawnych swych upodobań powrócił, począł się w świetnych szatach lubować, canzony, sonety i ballady układać, piosenki śpiewać i za rozrywkami się uganiać. Pocóż jednak mówić o przemianach, jakie w duszy brata Rinalda zaszły? Jestże mnich, któryby inaczej postępował? O hańbo naszego wieku, pełnego zepsucia! Nie wstydzą się oni tłustych swych postaci i czerwonych oblicz wszędzie pokazywać, i za wytwornymi strojami przepadać. Podobni są raczej nie do pokornych gołębi, ale do hardych kogutów z nastawionemi grzebieniami. Cele ich pełne są puzder ze słodyczami, puszek z maściami kosztow-nemi, flaszek i butelek, napełnionych pachnidłami i olejkami, dzbanów z mał-mazją i winami greckiemi, tak iż cele te przybyszowi nie schronem mnicha, ale raczej kramem z wonnościami i składem delikatnych przysmaczków się wydają. Bezwstydnie przyznają się, iż ich podagra trapi. Mniemają, jakoby ludziom wiadome nie było, iż umiarkowanie, długie czuwania po nocy, modły i biczowania człeka bladym i znękanym nie czyniły, że święty Dominik i święty Franciszek nie mieli po cztery habity na zmianę, i że ich grube, proste szaty nie za strój, jeno za ochronę od zimna służyły. Jakeśmy tedy powiedzieli, w bracie Rinaldo dawne namiętności znów do głosu doszły. Od tego czasu jął postępować z jeszcze większą śmiałością. Piękna Agnesa wiedziała o słabości mnicha. Rinaldo wydał się jej znacznie urodziwszy, niż pierwej.
Skrywając jeszcze swoje uczucia, spytała:
— Bracie Rinaldo, zali mnichom w ten sposób postępować się godzi?
— Gdy zdejmę habit mniszy — odparł Rinaldo — obaczycie, że jestem takim samym człekiem, jak i każdy inny.
— Jakże mi przykro — zawołała białogłowa. Jestem waszą kumą; miłość do was byłaby wielkim grzechem!
Słyszałam bowiem nieraz, że miłość do kuma jest rzeczą występną wielce. Gdybym się kary nie obawiała, ochotniebym waszą prośbę spełniła.
— Nie bądźcie taką prostaczką — odparł Rinaldo. — Oczywista, jest to grzechem, ale ludziom, okazującym skruchę, Bóg jeszcze cięższe grzechy od 434 puszcza. Rzeknijcie mi, kto jest bliższy waszemu dziecku, zali ja, który je przy chrzcie na rękach trzymałem, czyli też wasz mąż, który mu dał życie?
— Wiem, że mój mąż — rzekła Agnesa.
— Tak, ani chybi — ciągnął dalej Rinaldo — skoro już byliście nieraz tak łaskawi dla swego męża, który bliższy jest waszemu dziecku, niźli ja, dlaczegóż tedy nie chcecie mojej namiętności podzielić?
Agnesa, która logiki nie znała, pragnęła tylko jednego: aby ją ktoś przekonał. Uwierzyła Rinaldo, albo też uczyniła pozór, że mu wierzy, i rzekła:
— Któżby mógł z waszemi dowodami się nie zgodzić?
Z temi słowami przystała na prośbę swego kuma. Miłośnicy często się spotykali. Kumostwo ochraniało ich od różnych podejrzeń. Pewneeo dnia Rinaldo przyszedł do kumy z swoim towarzyszem. W domu nie było nikogo, krom Agnesy, jej dziecka i służki. Rinaldo wysłał przyjaciela wraz ze służką do gołębnika, prosząc go, aby dzieweczkę różnych modlitw nauczył, sam zasię, dziecię za rękę trzymając, do sąsiedniej komnaty przeszedł. Wszedłszy do niej, drzwi za sobą zawarli. W tym czasie powrócił kum brata Rinalda. Gdy do drzwi zapukał, Agnesa krzyknęła:
— Zginęłam! To mój mąż! Teraz zrozumie już, dlaczego w takiej przyjaźni z sobą żyjemy.
Brat Rinaldo był właśnie bez habitu, w spodniej odzieży tylko.
— Macie słuszność — rzekł do swej kochanki — gdybym był ubrany, moglibyśmy znaleźć jeszcze jakiś środek ocalenia. Jeżeli jednak wejdzie teraz i zobaczy mnie, wszelki wybieg niemożebny się okaże.
— Ubierajcie się tylko coprędzej — rzekła pani Agnesa — weźcie chrześniaka na ręce i zważajcie dobrze na moje słowa, któremi się do męża obrócę. Resztę mnie już pozostawcie.
Mąż tymczasem nieustannie do drzwi kołatał. Już chciał zawołać, gdy nagle głos żony usłyszał:
— Idę już, idę!
Po chwili pani Agnesa otworzyła mężowi drzwi, ukazała mu wesołe oblicze i rzekła:
— Mój mężu, ach, gdybyś wiedział, jakie to szczęście, że brat Rinaldo przyszedł! Sam Bóg musiał go mi zesłać, bowiem, gdyby nie on, z pewnością stracilibyśmy nasze dziecko!
Na te słowa mąż — poczciwina o mało nie umarł ze strachu.
— Cóż się dziecku zdarzyło? — zapytał po chwili. 435
— Ach, mój miły! — ciągnęła dalej pani Agnesa — wystaw sobie, że dziecię zemdlało, tak iż je już za umarłe miałam. Nie wiedziałam, co robić, i byłabym sobie nigdy nie poradziła, gdyby nie szczęśliwe przybycie brata Rinalda.
Gdy wszedł i zobaczył, co się dzieje, wziął natychmiast naszego chłopca na ręce i rzekł do mnie:
„Nie lękajcie się, kumoszko, dziecię ma w ciele robaki, które mu już pod serce podpełzły. Mogłyby go były zadusić, aliści teraz bądźcie spokojni, zamówię je bowiem tak, że wszystkie pomrą. Zanim wyjdę z domu, oddam wam chłopca tak zdrowego, jakim jeszcze nigdy nie był“. Ciebie, mój mężu, niestety, akurat w domu nie było a służki znaleźć nigdzie nie mogłam, dlatego też Rinaldo kazał towarzyszowi swemu udać się na dach naszego domostwa, a sam pospołu ze mną wszedł do tej komnaty, gdzieśmy się zamknęli, bowiem przy obrzędzie zamawiania robaków nikt obecny być nie może, krom matki dziecięcia. Kum Rinaldo jeszcze dotąd trzyma chłopca na ręku, czekając, aż jego towarzysz modlitwy swoje odmówi. Zdaje mi się jednak, że wszystko już się szczęśliwie skończyło, bowiem dziecię ocknęło się z omdlenia i jest całkiem przytomne.
Prostak uwierzył twardo w te wszystkie słowa. Miłość jego do dziecka tak wielka była, że ani na chwilę przez myśl mu nie przyszło, że żona oszukiwać go może. Westchnąwszy ciężko, rzekł:
— Puść mnie do dziecka.
— Na miłość Boską — odparła Agnesa — poczekaj jeszcze chwilę, gdyż wszystko swym pośpiechem zepsujesz. Pozwól, abym ja tam pierwej weszła i zapytała, czy ci już wejść wolno.
Brat Rinaldo słyszał to wszystko. Przyodziawszy się i wziąwszy dziecko na ręce, zawołał:
— Kumo! Czy to nie kmotra głos słyszę?
— Tak, święty ojcze! — odparła Agnesa.
— Chodźcież tedy tutaj, mój poczciwcze! — odezwał się mnich.
Mąż wszedł do komnaty, a wówczas Rinaldo rzekł doń:
— Weźcie na ręce swego synaczka! Łaska Boska do życia go przywiodła. Do niedawna jeszcze pewien byłem, że do wieczora nie doczeka. Radzę wam, abyście kazali zrobić figurę woskową wielkości dziecięcia i ustawili ją przed posągiem Świętego Ambrożego, za poplecznictwem którego tego cudu dostąpiliście. 436
Chłopiec, ujrzawszy ojca, począł obyczajem małych dzieciątek wyrywać się doń i przymilać. Ojciec objął syna, zalał *ię radoanemi łzami i począł dziękować mnichowi za to, że dziecię do życia powrócił.
Towarzysz Rinalda wyuczył tymczasem dzieweczkę nie jednej ale kilkunastu modlitw i podarował jej dla pamięci biały niciany woreczek, który mu wręczyła pewna mniszka, często z nim pospołu pokutę odbywająca. Usłyszawszy rozmowę męża z Agnesą, podszedł cicho do drzwi. Widząc, że wszystko jaknajlepiej poszło, wszedł do komnaty i rzekł:
— Bracie Rinaldo, odmówiłem już cztery zalecone mi przez was modlitwy.
— Mój bracie — odparł na to Rinaldo — winszuję ci zapału, z jakim nabożne ćwiczenia odprawiasz. Co się mnie tyczy, to ledwie dwie modlitwy do czasu przybycia kuma odmówić zdołałem. Jednakoż Bóg nas wysłuchał, bowiem dziecko zdrowe jest już zupełnie.
Mąż Agnesy kazał przynieść przedniego wina i ciasta i ugościł zacnie Rinalda i jego towarzysza. Pokrzepiające środki bardzo się im przydały. Poczem odprowadził ich do klasztoru, niebu polecił i bez zwłoki ulepić kazał woskową figurę. Postawił ją przed posągiem św. Ambrożego, aliści nie tego z Medjolanu. .. 1.*. i..
OPOWIEŚĆ IV
Kamień i kosa
Tofano zamyka w nocy drzwi swego domu i, nie zważając na prośby żony, nie wpuszcza jej do wnętrza. Wówczas żona udaje, że się rzuca do studni. Tofano biegnie jej na pomoc. Wówczas białogłowa wpada do domu, zamyka drzwi i obelgą a drwiną męża swego obrzuca
Gdy Eliza zamilkła, król zwrócił się natychmiast do Lauretty i wezwał ją do opowiadania. Posłuszna Lauretta w te słowa zaczęła:
— 0 miłości, jakże wielka i przemożna jest twoja potęga! Jakżeś bogata w różne chytrości, hojna w rady i pomysły! Jakiż mędrzec czy artysta wymy-ślećby zdołał takie fortele, wybiegi i figle, jakie ty ulubieńcom swoim w ciężkiej chwili poddajesz! Zaiste żadnej nauki nie Iza z twemi naukami porównać. Jawnie to widać z tych opowieści, które już poznaliśmy. Do poprzednich nowel chcę dołączyć swoją i opowiedzieć wam o fortelu pewnej prostaczki. Ani chybi Amor natchnąć ją musiał.
W Arezzo mieszkał niegdyś bogaty człek, nazwiskiem Tofano, który, zostawszy mężem bardzo pięknej białogłowy, imieniem Ghita, bez najmniejszego powodu niezmierną zazdrością ją dręczył. Po upływie pewnego czasu te prześladowania poczęły wielce drażnić młodą kobietę. Pytała męża nieraz o przyczynę zazdrości, ale widząc, że zawsze tylko niedorzecznemi słowami odpowiada, postanowiła dać mu rzeczywisty do zazdrości powód.
Spostrzegłszy tedy poprzednio, że pewien zacny (jak jej się zdało) młodzieniec o łaskę jej zabiega, poczęła z nim w porozumienie wchodzić. Wnet 439 rzeczy tak daleko zaszły, że zamiary tylko na czyn trzeba było przemienić. Wówczas pani Ghita poczęła łamać sobie głowę nad stosownym środkiem ku temu. Wiedziała, że mąż jej, krom wielu innych złych nałogów, ma także wielki pociąg do pijaństwa. Ghita nietylko przestała go gromić za hołdowanie temu nałogowi, ale i zachęcać podstępnie do picia poczęła. Tofano stał się tak nie-powciągliwy, że w zupełne odurzenie często popadał. Wówczas sprytna żona kładła go do łóżka i posyłała coprędzej do kochanka. Zdarzało się to nie raz i nie dziesięć razy. Pani Ghita wnet tak ślepo wierzyć poczęła, iż mąż jej często w nietrzeźwym etanie się znajduje, że nietylko nie wahała się kochanka u siebie przyjmować, aliści nieraz część nocy spędzała nawet w jego domu, znajdującym się wpobliżu.
Tymczasem Tofano, jakkolwiek winem odurzony, spostrzegł, że żona, zachęcając go do picia, sama nigdy nie pije. Wzbudziło to w nim podejrzenie, że upaja go umyślnie, ażeby podczas snu jego pełnej swobody używać. Postanowił tedy przekonać się, czy tak jest w samej rzeczy. Pewnego wieczora, ani kropli przez cały dzień do ust nie wziąwszy, udał, że jest pijany okrutnie. Ghita tym razem na hak przywiedziona została. Nie częstując już męża winem, do łożnicy go zawiodła. Poczem obyczajem swoim pobiegła do domu kochanka i bawiła tam do północy.
Tofano tymczasem, spostrzegłszy, że Ghita wyszła, wstał żywo z łóżka, zaryglował drzwi i usiadł przy oknie, aby czekać na jej przybycie. Chciał jej pokazać, iż odkrył jej sposób postępowania. Pani Ghita długo nie wracała. Wreszcie ukazała się na placu przed domem i chwyciła za klamkę od drzwi. Widząc jednak, że zamknięte, zmieszała się niezmiernie i poczęła próbować, czy ich siłą nie otworzy. Wszystkie te wysiłki spełzły jednak na niczem.
Tofano, który dość długo tym usiłowaniom się przyglądał, zawołał wreszcie z okna:
— Próżne będą twoje wysiłki, moja żono, bowiem do domu nie wejdziesz. Wracaj tam, gdzieś dotąd była, i bądź przekonana, że niepierwej przestąpisz przez ten próg, aż w obecności krewnych swoich i sąsiadów wyświadczę ci cześć, na jakąś zasłużyła.
Usłyszawszy te słowa, żona poczęła go zaklinać i błagać, aby jej otworzył — upewniała go, że się myli, posądzając ją, iż go zdradziła, wraca bowiem od sąsiadki, która cierpi na bezsenność i która, bojąc się w samotności długie noce przepędzać, o towarzystwo ją prosiła.
Wszystkie te prośby i przełożenia nanic się nie zdały, bowiem mąż — 440 głuptak postanowił rozgłosić po całem Arezzo hańbę swojej żony, której nikt dotąd ani się nawet domyślał. Żona, widząc, że z błagań nic nie wyjdzie, przystąpiła do gróźb i zawołała:
— Jeżeli mi w tej chwili nie otworzysz, uczynię cię najnieszczęśliwszym człowiekiem na świecie!
— A to jakim sposobem? — spytał szyderczo Tofano.
Żona, której widać sam Amor w tej ciężkiej chwili dowcipu dodał, odrzekła:
— Nim ten srom, którym mi niezasłużenie grozisz, na moją głowę spad-dnie, rzucę się do studni, którą tu widzisz wpobliżu. A gdy mnie w niej martwą znajdą, każdy przekonany będzie, że to ty po pijanemu mnie w nią wtrąciłeś. Wówczas albo będziesz musiał uciekać, tracąc wszystko, co posiadasz, i żyć na wygnaniu, albo też, jako morderca, dasz gardło.
Tofano jednakoż i tą groźbą od głupiego zamiaru odwieść się nie dał.
Wówczas Ghita wykrzyknęła:
— Dobrze tedy! Tak dłużej żyć niepodobna! Niech ci Bóg przebaczy! Każ zabrać mój kołowrotek, który tutaj zostawiam.
Rzekłszy te słowa, pobiegła do studni. Ciemność była tak wielka, że 0 kilka kroków przed sobą nic spostrzec nie można było. Ghita chwyciła wielki kamień, leżący obok cembrowiny, i krzyknąwszy raz jeszcze: „Niech ci Bóg przebaczy!“ rzuciła głaz z całej siły w wodę. Na ten odgłos i plusk Tofano, przekonany, że żona naprawdę do studni wskoczyła, porwał co żywo za kubeł 1 powróz i popędził ku studni w celu ratowania Ghity. Pani Ghita, która przy drzwiach się zaczaiła, ujrzawszy męża, biegnącego ku studni, wpadła do domu, zaryglowała drzwi i, stanąwszy w oknie, zawołała:
— Po wodę chodzi się w dzień, a nie w nocy!
Na te słowa Tofano pojął, że żona drwi z niego. Wpadłszy w wściekłość, począł się gwałtownie do drzwi dobijać. Wówczas Ghita, podnosząc głos, czego dotychczas starannie unikała, zawołała piskliwym i donośnym tonem:
— Na mękę pańską, obrzydliwy pijaku, nie wpuszczę cię dzisiaj do domu. Nie będę już dłużej twoich haniebnych nałogów znosiła. Dzisiaj wreszcie każdy dowiedzieć się musi, jakiego to łotra mam za męża, i o której godzinie on do domu powraca.
Tofano, pełen wściekłości, odpowiedział na tę przemowę gradem obelg. Żona odpłaciła mu hojnie z swojej strony. Wrzask się podniósł niepomierny.
Zbudzeni sąsiedzi przystąpili do okien, pytając, co się stało. Wówczas Gliita wybuchnęła płaczem i zawołała: — Spójrzcie na tego bezwstydnego człowieka, który codzień pijany do domu przychodzi, albo noce w szynkowniach przesypia, nigdy wcześniej, jak o tej porze, nie powracając! Znosiłam to długo, bardzo długo, ale wreszcie cierpliwości mi zabrakło. Ponieważ moje prośby żadnego skutku nie odnosiły, postanowiłam go zawstydzić i drzwi mu przed nosem zawrzeć. Może go to wreszcie poprawi!
Tofano, zamiast zmilczeć, dusząc się ze złości, opowiedział, jak się rzecz istotnie miała, i zagroził okrutnie swojej żonie. Wówczas Ghita, obróciwszy się do swoich sąsiadek, zawołała:
— Patrzcie, co to za człowiek! Cóżbyście powiedziały, gdybym to ja stała na ulicy, a on był w domu? Jak Bóg na niebie, uwierzyłybyście jego oskarżeniom! Teraz jednak same osądzić możecie, jak nikczemny jest ten człowiek, skoro całą winą mnie chce obarczyć. Ani chybi w chęci nastraszenia mnie rzucił jakiś przedmiot do studni. Szkoda, że sam do wody nie wskoczył i nie rozcieńczył trochę tego wina, którem się tak upił.
Wysłuchawszy słów białogłowy, sąsiedzi jęli gromić Tofana; ze wszystkich stron posypały się na niego obelgi i wyrzuty. Wnet wieść o tem, co się stało, z ust do ust przechodząc, dobiegła do krewnych pani Ghity. Ci, srodze oburzeni, przybiegli co żywo na miejsce wypadku i o mały włos biednemu To-fanowi wszystkich kości nie połamali. Poczem, wszedłszy do domu, zabrali panią Ghitę i wszystkie rzeczy, do niej należące, i odeszli, obiecując Tofanowi zemstę.
Tofano dopiero teraz poznał, dokąd go zazdrość zawiodła. Pełen skruchy i żalu, miłował bowiem żonę swoją niezmiernie, zwrócił się do kilku przyjaciół, aby byli pośrednikami między nim a Ghitą.
Gdy wreszcie młoda białogłowa na powrót doń się zgodziła, Tofano całą duszą się cieszył. Przyrzekł także swej żonie, że nigdy już zazdrosnym nie będzie i że da jej wolność czynienia, co sama zechce, byleby tylko rozumnie postępowała i aby on o niczem nie wiedział. Tak tedy z Tofano powtórzyła się historja głupiego chłopa, którego dobrze kijami wymłócono, aby się później Z nim pogodzić.
OPOWIEŚĆ V
Mąż spowiednikiem
Zazdrośnik, za mnicha przebrany, żonę swoją spowiada i dowiaduje się, że miłuje ona pewnego kleryka, który co noc ją odwiedza. Gdy zazdrośnik staje na czatach przed domem, białogłowa każe swemu miłośnikowi dostać się do jej komnaty przez dach
Gdy Lauretta swoje opowiadanie skończyła, wszyscy pochwalili postępowanie pani Ghity i stwierdzili jednogłośnie, że mąż otrzymał to, na co zasłużył. Poczem król, nie mieszkając, zwrócił się do Fiametty i zkolei jej głosu udzielił.
Fiametta odezwała się w te słowa:
— Szlachetne damy! Poprzednia historja zachęca mnie do zaczęcia opowieści o pewnym zazdrośniku. Mężowie, którzy bez przyczyny żony swoje ustawicznie o niecnotliwe rzeczy podejrzewają, ze wszech miar na srogą karę zasługują. Gdyby prawodawcy byli tę rzecz dobrze zważyli, — mniemam, że nie-srożejby niewierne żony karali, niż karzą ludzi, którzy w obronie własnej drugich zabijają lub ranią. Zazdrośnicy na życie białogłów się usadzają i czynią, co mogą, aby się stać przyczyną ich śmierci. Białogłowy siedzą przez cały tydzień w domu, zajęte robotą i gospodarstwem. Cóż więc dziwnego, jeżeli żą-dają przynajmniej w dzień świąteczny trochę wczasu i przyjemności, których nie odmawia się nawet wieśniakom, pracującym na roli, robotnikom — w mieście i sędziom — w sądach? Sam Bóg tę przyjemność uświęcił, siódmy dzień na odpoczynek przeznaczając. Ale zazdrośnicy pojąć tego i uznać nie chcą, 443 przeciwnie — postępowaniem swojem dni, radosne dla innych, najsmutniej-szemi i najcięższemi dla żon swoich czynię. Pilnują je wówczas eto razy więcej i pod surowszym trzymają je dozorem. Jak okropną i dręczącą jest to rzeczą, osądzić mogą tylko białogłowy, które tego doświadczają. Raz więc jeszcze oświadczam, że każdy figiel, wyrządzony zazdrośnikowi, nietylko zganionym być nie może, ale nawet na pochwałę zasługuje.
Żył niegdyś w Rimini bogaty kupiec, który posiadał wielkie dobra. Był on okrutnie zazdrosny o swoją żonę, nie mając jednak ku temu żadnego powodu. Miłując ją wielce, znajdując ją piękną i widząc, że wszelkich sił dokłada, aby mu się podobać, do tej myśli przychodził, że i innych będzie się starała w sobie rozkochać. Tylko głupi człek mógł równy powód do zazdrości znaleźć. Strzegł jej i pilnował ściślej, niźli dozorcy więzienni skazanych na śmierć. Mniejsza już o to, że na żadną zabawę, wesele, a nawet do kościoła wyjść jej nie pozwalał — aliści zabronił jej nawet pod jakimkolwiek pozorem przez próg domu przestępować, a nawet przez okno na ulicę wyglądać. Biedna kobieta wiodła smutne życie, które tem nieznośniejsze dla niej było, im niewin-niejszą się czuła. Wreszcie, doprowadzona do ostateczności, postanowiła pociechę sobie znaleźć i, jeśli już cierpieć, to cierpieć przynajmniej nie bez winy. Wprawdzie nie wolno jej było wyglądać przez okno, dlatego też żadnemu przechodniowi pokazać nie mogła, że nie pogardziłaby jego miłością. Inna za to sposobność wkrótce jej się nadarzyła, bowiem w sąsiednim domu mieszkał urodziwy bardzo młodzieniec. Białogłowa naeza poczęła rozmyślać, jakimby tu epoeobem w murze, dzielącym oba domy, otwór uczynić i porozumieć się z owym młodzieńcem. Nie wątpiła bowiem, że później znajdzie już sposób, aby eię z sąsiadem widywać i dzięki temu posępny żywot ewój nieco rozweselić. Przez długi czas szukała daremnie choćby najmniejszej szparki w murze, wreszcie jednak usiłowania jej pomyślny skutek uwieńczył: odkryła bowiem w nieznacznem miejscu małą szczelinkę. Spojrzała przez nią i tyle tylko dostrzegła, że jakaś komnata po drugiej stronie się znajduje.
— Ach, gdyby to była komnata Filipa (tak się nazywał ów młody sąsiad) — rzekła sama do siebie — rzecz byłaby napół dokonana! — Trzeba się było jednak przekonać. Pomogła jej w tem służka, która, współczuciem powodowana, wyszła na zwiady i wróciła z oznajmieniem, że istotnie w tej komnacie pewien młodzieniec sam jeden sypia. Białogłowa, dowiedziawszy się o tem, jęła podczas nieobecności męża rzucać piaskiem i kamykami przez ową szczelinę dopóty, póki nie zwróciła uwagi młodzieńca na te osobliwe szmery.
Zaciekawiony, przystąpił do szpary, a wówczas ona zawołała nań po imieniu (o którem od męża swego przypadkiem się dowiedziała) i w krótkich słowach całe położenie swoje mu odkryła. Młodzieniec, uradowany nad wyraz, postarał się o powiększenie otworu, o tyle jednak, aby nikt tego nie zauważył. Młodzi ludzie rozmawiali z sobą często, a nawet rękami się dotykali, jednakoż na tem wszystko się kończyło, bowiem zazdrosny mąż zbyt dobrze pilnował.
Tymczasem nadeszło Boże Narodzenie; żona oznajmiła mężowi, że chciałaby pójść w pierwszy dzień świąt rano do kościoła, aby przystąpić do spowiedzi i komunji, jak to wszyscy chrześcijanie czynią.
— A jakież to grzechy popełniłaś — spytał zazdrośnik — że chcesz się spowiadać?
— Jakie? — odparła żona — zali sądzisz, że świętą się stałam, ponieważ mnie w zamknięciu trzymasz? Mam i ja swoje grzechy, jak i każda inna śmiertelna istota, jednakoż nie mam obowiązku tobie ich wyznawać, bowiem nie jesteś księdzem.
Słowa te wzbudziły nowe podejrzenia w duszy zazdrosnego męża. Poczuł niezmierną chęć dowiedzenia się, jaki to grzech żona jego popełniła, i nie przestał łamać sobie głowy, aż wymyślił sposób podsłuchania spowiedzi. Odrzekł jej tedy, że się zgadza, aliści pod warunkiem, aby nie do innego kościoła, tylko do parafjalnej kaplicy o rannej godzinie spowiadać się poszła. Spowiednikiem jej miał być proboszcz, lub też wskazany zakonnik. Żonie zdało się, że przeniknęła zamysły zazdrośnika, jednakoż nie rzekła ani słowa i na wszystko się zgodziła. Zazdrosny mąż już czekał na nią w kaplicy. Umówiwszy się z proboszczem, wdział na się co prędzej habit zakonny, nasunął sobie kaptur na głowę i zasiadł na chórze. Żona jego weszła tymczasem do kościoła i oświadczyła, że chce się widzieć z proboszczem. Proboszcz przybył i, wysłuchawszy jej, odrzekł, że nie ma czasu sam jej spowiadać, ale że przyśle natychmiast swego zastępcę. W samej rzeczy po chwili przysłał zazdrosnego męża, którego ciężkie chwile teraz czekać miały. Zazdrośnik nasz zbliżył się do niej uroczystym krokiem. Chocia kaptur miał na oczy nasunięty, a w kościele ciemno jeszcze było, żona poznała go odrazu i pomyślała sobie: „Dlaboga, toż to mój zazdrośnik, w mnicha przemieniony! Oj, dam ja mu ciężki orzech do zgryzienia!“ Udała wszakże, że go nie poznaje. Gdy zasiadł w konfesjonale, uklękła przed nim. Zazdrośnikowi przez myśl nawet nie przyszło, że mógłby być poznany, sądził bowiem, że suknie dostatecznie go zmieniły; wziął przytem do ust kilka kamyków, aby i swój głos odmienić. 445
Wkrótce zaczęła się spowiedź. Białogłowa oświadczyła, że jest zamężna, i wyznała, że kocha się w pewnym księdzu, który ją co noc nawiedza i zostaje u niej do rana. Słowa te ostrym sztyletem przebiły serce zazdrośnika. Gdyby nie chęć dowiedzenia się bliższych szczegółów, byłby niezawodnie z miejsca się porwał. Pohamował się jednak i spytał:
— Jakto? Więc twój mąż nie sypia z tobą?
— Owszem, ojcze — odparła białogłowa.
— Jakimże tedy sposobem — spytał zazdrośnik — ów ksiądz może sypiać z tobą także?
— Ojcze! — odrzekła kobieta — dzięki jakim czarom on to robi, odgadnąć nie mogę, ale to pewna, że w całym domu niema tak mocno zawartych drzwi, któreby za jego dotknięciem się nie otwarły. Zbliżywszy się do mojej sypialnej komnaty, szepce pewne tajemnicze słowa, które mają dar sprowadzania snu na mojego męża. Wówczas, przeświadczywszy się, że mąż śpi głęboko, wchodzi, bawi przy mnie noc całą, a potem w ten sam sposób znika.
— Madonno! — zawołał zazdrośnik — źle się z wami bardzo dzieje, i powinniście temu zaradzić.
— Ojcze — odrzekła kobieta — wątpię, abym znalazła siłę po temu, bowiem zbytnio go kocham.
— W takim razie nie mogę ci dać rozgrzeszenia — rzekł zazdrośnik.
— Martwi mnie to wielce — odparła białogłowa — ale cóż mam czynić? Nie przyszłam tutaj, aby kłamać. Ponieważ nie sądzę, ażebym mogła dotrzymać tego, czego ode mnie żądacie, zgóry wam tego nie przyrzekam.
— Zaprawdę, pani — odezwał się na to zazdrośnik — żal mi wielce duszy waszej, której wiekuiste potępienie grozi; dlatego też nie będę szczędził modłów na waszą intencję, a może Bóg mnie wysłucha. Od czasu do czasu przysyłać będę do was młodego braciszka, któremu powiecie, zali modły moje i wstawiennictwo za wami do Boga jakiś skutek odnoszą.
— Ojcze — odrzekła białogłowa — nie przysyłajcie do mnie nikogo, mąż mój bowiem jest zazdrosny wielce. Gdy kogo obcego obaczy, pewien będzie, iż w złych zamiarach przychodzi, i gotów mi za to przez całe lata dokuczać.
— Nie bój się — odparł zazdrośnik — już ja to wszystko uładzę, że najmniejsza przykrość z tego powodu od męża cię nie spotka.
— Jeśli tak, to się zgadzam — rzekła kobieta.
Na tem spowiedź się skończyła. Poczem zazdrośnik naznaczył żonie swo 446 jej pokutę i kazał jej mszy świętej jeszcze wysłuchać, sam zasię, dusząc się z wewnętrznej wściekłości, pośpiesznie zrzucił habit i podążył do domu, aby pomyśleć nad sposobem pochwycenia żony i owego księdza na gorącym uczynku i ukarania ich obojga przykładnie.
Żona, powróciwszy z kościoła, poznała doskonale po minie męża, że po jej spowiedzi niewesołe Boże Narodzenie go czeka, mimo, że starał się udać przed nią zupełne zadowolenie i spokój. Udawanie to wiele go kosztowało, pocieszał się jednak nadzieją rychłej zemsty, postanowił bowiem następnej nocy zasiąść przed bramą domu na czatach i zdybać owego księdza. Dlatego też przed nocą rzekł do żony:
— Zaproszony dzisiaj jestem na wieczerzę w gościnę. Zamkniesz dobrze drzwi od schodów i od swojej sypialnej komnaty i położysz się spać sama. Co się tyczy bramy domu, to ją sam zamknę, a klucz z sobą zabiorę.
— Dobrze — — odparła żona i, znalazłszy odpowiednią chwilę, pobiegła do szczeliny. Na umówiony znak zbliżył się Filippo. Wówczas białogłowa opowiedziała mu o wszystkiem, co dzisiaj zrana uczyniła, i co mąż jej po obiedzie powiedział.
— Jestem pewna — rzekła — że nie wyjdzie z domu, lecz że zaczai się przy drzwiach i będzie czekał na księdza. Skorzystaj tedy ze sposobności i staraj się przedostać się do mnie przez dach.
Młodzieniec, uradowany temi wieściami, odrzekł:
— Dajcie mi, pani, tylko swobodę działania.
Wkrótce noc nadeszła. Zazdrośnik przypasał sobie miecz do boku i ukrył się pocichu w komórce, przytykającej do bramy domu. Żona po jego wyjściu zamknęła wszystkie drzwi, a zwłaszcza te, które na schody wiodły, aby się zabezpieczyć od niespodziewanego powrotu męża. Poczem dała znak sąsiadowi, który, upatrzywszy stosowną chwilę, wkradł się do niej przez okno na strychu i przepędził z nią pełną rozkoszy noc. O świcie tą samą drogą powrócił do swego mieszkania. Dzięki dusznym zgryzotom zazdrosny mąż nic na wieczerzę nie jadł. Głodny, szczękający zębami od zimna, całą noc przepędził przed bramą, czekając na księdza. Gdy jednak dzień się zbliżył, a nikogo widać nie było, położył się nasz nieszczęsny czatownik w komórce swojej i zasnął twardym snem. Wreszcie otwarto bramę domu. Kupiec wstał wówczas, wyszedł ostrożnie z komórki i, udając, że z miasta powraca, wszedł do swojej komnaty, gdzie się śniadaniem pokrzepił. Po upływie kilku godzin zasię wysłał chłopca, któremu polecił nazwać się klerykiem, wysłańcem księdza spowiednika, do 447 swojej żony z zapytaniem, rzekomo od księdza, czy wiadoma osoba nawiedziła ją znowu. Żona, wiedząc dobrze, kto posłańca przysłał, odrzekła, że tej nocy człeka