Dyskusja indeksu:Dzieła Cyprjana Norwida (Pini)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

dobry ocr

Poematy[edytuj]

Artemidora1) mądrości świątnicę?»
«W czasie tak krótkim, powiadasz, — pociecha!»
Epirczyk odrzekł z westchnieniem głębo-kiem.
III.
I szli. — Rok minął dni i godzin tokiem. Artemidora ogród oświecony:
Fastigjum2) domu nad skrawym obłokiem Czerni się w trójkąt; niżej biust złocony,
Z framugi ciężkie wychyliwszy czoło, Rzekłbyś, iż chyłkiem pogląda wokoło.
Zofję z Knidos mędrzec miał u siebie. Uczniowie w laurów ciennikach3) siedzieli,
Czekając, gwiazdy aż błysną na niebie; Czekając, północ aż ich rozweseli Tym ogniem, tylko północy właściwym,
Ni to widzialnym, ni światłym, lecz żywym Ogniem wewnętrznej gorączki i drgania Powiek, gdy ciężeć poczną od czuwania, A słów mierzonym śpiewanych akcentem Skoro się przytem wyrzuci niemało,
I subtelności niejednej zakrętem Wstecznym skoro się dobrze naszukało — I człowiek w całej myślenia machinie Poczyna czuć się zostawionym sobie, Lubując giętkość jak skoczek na linie, Starego ojca niosący w osobie.
Tej to gorączki z nałogu czekano,
A coraz nową rzecz dyskutowano.
Zofija z Knidos pośród tej drużyny Mądrej podobną była do opalu,
Co zda się mieścić wszystkie tęczy płyny, Lecz nie rozlewa ich z skąpstwa czy żalu? Żalu — bo opal z łzawym błyska mętem; Skąpstwa — bo blask swój wycedza ze wstrętem.
Zrodzona w Knidos, w Rzymie wychowana,
Gdyby to było nie za Adrjana,
Kiedy już Sybill4) błękitne jaskinie Proroczych w sobie nie kryły trójnogów, Możeby głos jej był jako naczynie Brzmiące dla ludzi śmiertelnych i bogów. Lecz inny wzywał smak, rządziło nie to: Była więc więcej od Sybill — kobietą! Była tem samem — bo czasów własnością, Natchnieniem smaków ich — z bezświa-domością!
1) postać fikcyjna.
2) fastigjum (iac.) — szczyt, wierzchołek, ściana szczytowa.
3) ciennik *=* altana.
4) Sybilla — wróżka, wróźbiarka.
Pod temi laury, których liść szeroki Lamp różnofarbnych złamały promienie, Szaty ją wiewne tulą jak obłoki I układają na ciche kamienie,
Z rzeźbą ich łącząc tak żywą naturę,
Jak rzeźba wpaja się w architekturę. Zaiste, odłam to jakiejś świątyni,
Gdzieś barbarzyńskim roztartej obuchem, Nikt zeń całości nowej nie uczyni,
Ni ją spokrewni z cudzoziemskim duchem:
Zawsze to będzie pamiątka bezłzawa, Czegoś, co nie ma istoty ni prawa.
Ty, coś ją widział, zakryj sobie oczy I powiedz, co z niej pamiętasz szczególnie? Nie gładkość czoła, ni wieniec warkoczy, Pamiętasz jakieś wzięcie się — ogólnie — I głos: ten słodkie miewać zwykł poczęcie, Potem się kropli! jako płyn, a potem Jakobyś srebrnym wydzwaniał go młotem, Potem i rylca było w nim zgrzytnięcie! Ruch też głosowi wtórował, a zawsze Prędzej w obejście przechodząc łaskawsze.
Taką to panią mędrzec gościł w chwili, Kiedy przez «Salve» •) mozajką wybite Na progach sieni, stopami zużyte,
Męże dwaj cichym koturnem wchodzili. Starszy był w szarym płaszczu i tunice2),
A laskę przed się stawiał, jako świćcę, Prostą, o wiele dłuższą nad użytek.
Każdy zwój płaszcza jego, założony Jak pargaminu pisanego zwitek,
Łamał się ostro lub obsuwał w strony,
W sposób, iż, ztyłu widząc go o zmroku, Jak sprzęt nieżywy wydałby się oku — Sprzęt, świeżo zdjętą szatą obrzucony. «Mistrzu Jazonie magu!» — rzekł mu drugi —
«Czy nie raczycie prosto do ogrodu?»
A w glosie jego było coś i sługi,
I przyjaciela, i bliskiego z rodu.
Starzec krok zwrócił za odpowiedź całą I weszli oba boczną furtką małą.
Weszli — ostatni goście spodziewani Perystyl3) odtąd pustą już przestrzenią.
W alabastrowej lampa stojąc bani,
Mdlała — kolumny blado się czerwienią Od strony światła, ciemniejąc od drugićj— Czasem słów kilka posłyszysz za sienią, Czasem leniwy krok sennego sługi.
Lampa przedzgonnym co tryśnie promieniem,
1) salve (lac.) — witaj!
2) tunika (lac.), rodzaj wełnianej, białej koszuli o krótkich rękawach.
3) perystyl (gr.) — przestrzeń, wewnątrz domu rzymskiego, otoczona kolumnadą.
To się mozajki na ziemi poruszą,
To arabeski zalrzęsą sklepieniem,
Jakby gmach ciałem, ona była duszą.
IV.
Pomiędzy świtem a nocy zniknięciem Płomienne blaski różowe z mrokami Walczą, jak cnota z świata tego księciem, Mdlawe, lecz ufne, choć wciąż je coś mami. Pomiędzy świtem a nocą jest chwila,
Gdy hoże łuny z czarnemi krepami Błądzą, aż bystry promień je przesila. Ostatnia gwiazda wtedy w niebo tonie,
A słońce rude swe wynosi skronie I perjodyczna pamiątka stworzenia Wciąż od Pańskiego kreśli się skinienia. Pod taką dobę do swojej gospody Syn Aleksandra z Epiru powraca.
Wszedł i dwa palce przyłożył do brody: Drgnął, błędną ręką płaszcz na sobie maca; Co gęstsze zwoje, to otrząsnął lepiej I wybiegł krokiem niepewnym, jak ślepi. Niewiasta, za nim patrząc z korytarza, Etruskiej lampy knot podjęła igłą I poruszyła oliwę zastygłą,
Mrucząc: «Czy mieszek, drachmę — nie uważa!»
Tak szepcąc, w ciemność kątów pozierała, I szła, i milkła, i znów coś szeptała.
V.
Pomiędzy świtem a nocy zniknięciem Płomienne blaski różowe z mrokami Walczą, jak cnota z świata tego księciem— Mdławe, lecz ufne, choć wciąż je mrok mami.
Pod taką dobę u Artemiidora Do głównej sali wracano z ogrodu: Śniadać zbliżyła się konieczna pora Dla gości, skrzydłem poruszonych chłodu, Chłodu, co, lubo letni, ostro godził Na bezsennością gorące powieki I trzeźwił róże mdłe, a oczom szkodził, Porozparzanym od wewnętrznej spieki. Szli więc do sali, gdy niewolnik zasię,
Do laurowego wbiegnąwszy ciennika, Zdjął lirę Zofji, wiszącą na pasie, Pargaminowe zwitki z pod stolika, Pudełko z kości słoniowej z woniami I oddał shiżbde, stojącej za drzwiami.
Niedługo uczta u Artemidora Zwykłemi kończyć się będzie toasty; Wszelkiej tam rzeczy osobna jest pora, I o wigilji *) najdalej dwunastćj
O wigilja (tac.) — tu tyle co: godzina.
iATY
Ktokolwiek «Salve», wybite mozajką, Koturnem swoim niebacznie zawadzi, Przyjętą będzie pocieszał się bajką:
Że mistrz dyktuje właśnie, albo radzi.
Z Koryntu rodem, Artemidor w Rzymie Sławy urokiem otoczył swe imię;
Był nawet wzywan i do Adryjana Na posłuchania treści niewiadoméj;
Bliżsi wszelako—tych przyjmował zrana— Twierdzili, że był wolnym jak atomy,
Że w Adryjanie cesarz dlań jest człekiem, Że Amaltei1) napawa go mlekiem, że w jednem ledwo folguje mu snadnie, W archeologji — którą zna dokładnie.
Pewna jest wszakże, iż ci bliżsi właśnie,
Im więcej bliżsi, widzieli mniej jaśnie.
To miał do siebie mędrzec, tak, iż w domu Stawał się prawie nieznanym nikomu.
Nie był to wszakże fałszerz, ni jakowy Pochlebca płaski, ni umysł jałowy,
Ni tajemnicą owiany mąż czynu, Arystokracji szpieg, albo szpieg gminu. Wcale. Filozof był to szkoły własnej — Ta, że, posady nie mając zbyt jasnej, Utrzymywała się w całości ścisłej Przez solidarnie ukrywaną próżnię;
Im bardziej uczeń w duchu był zawisły, Zobowiązywał więcej, lecz ostrożnie. Wylania przytem skąpy czy lękliwy — Kończył, iż, jak się skłamał, tak był żywy!
Chcesz poznać wartość szkoły lub podania, Na ich ostatnie spojrzyj egzemplarze: Tych jeśli błędem są pocałowania,
Jakaż być musi miłość pierwowzoru! Tych jeśli cechą jest siła uporu,
Jakaż być musi na czele skalistość? — Tych jeśli brudem całym szata z woru, Jakaż być musi na górze przeczystość?
Artemidora uliczni czciciele Podobni byli do zbiegłych klijentów,
Gdy ogłuszali, rozprawiali wiele,
Skoro kto przeczyć śmiał', szukali mętów, A często, naprzód czując się niepewni, Kończyli śmiechem lub milknęli rzewni. Dla mniej ćwiczonych mieli pobłażanie, Zwłaszcza w publicznych miejscach, oczywiste;
Lecz jakby mówiąc: «Cóż mi dajesz za nie?
Uderz choć czołem i wpisz się na listę!» Koryncki mędrzec mawiać zwykł: «Gdzie ruszę,
Oblegają mię te Epimeusze».
i) Amaltea — bajeczna koza, która karmiła Jo wiszą.
176 C. NORWID.
I nieraz w szczerym widziałeś go gniewie, Gdy który z owych wieszał się na drzewie, Lub patrzył w ogród Artemidorowy,
Co robi mędrzec, gdy nie miewa mowy.
VI.
Zofja, do siebie weszedłszy leniwo,
Wśród perskiej sofy skronie utuliła I płaszcza jeden róg powlekła krzywo Ku ramieniowi — i tak zostawiła;
Nie jak kto, spocząć chcący, się odzićwa, Lecz jak kto, nie chcąc nic, co pocznie, zrywa.
Ten ją owładnął woli bezkierunek —
I zostawała tak, patrząc na lirę,
Na skrzynkę z kości, gdzie się chowa myrrę,
Na zwitki wreszcie, które przez trafunek Pomieszał sługa z przenośnym ciężarem,
I pomyśliła: «Co też one znaczą?»
Lecz zostawała pod bezwoli czarem, Marząc, czy same do niej przyjść nie raczą.
Słońce coraz to jaśniejszym promieniem I coraz cieplej wzierało w mieszkania, Przedmioty jedne usuwając cieniem, Zbliżając drugie przez ich wyświetlania. Na pargaminu zwitek promień żwawy Spadł, jako złoty liść na ciemne trawy,
I błyszczał, chwiejąc się niejaką chwilę,
I znikł—i nastał moment ciemnej przerwy: Płaszcz Zofji frunął zlekka, jak motyle; Wstała—i legła znów, patrząc jak pierwćj. Kto była Zofja, wiemy — lecz czem w Rzymie?
Odpowiedź z zwykłych pozorów zawiła. Bezmężna, sama w willi swojej żyła. Nadawano jej Poetessy >) imię;
I, tę językom ludzkim dawszy stronę Osobistości swej, czuła się wolną. —
«Nie darmo piorun laurową koronę Mija»2) — mawiała, gdy była swywolną, Gdy osłupienia mijały ją owe Częste, dla których uchodziła w stronę, Lub, jak niedawno, na pargaminowe Patrzyła zwitki — — _____
_ _ _ _ _ osłupienia, niby,
Do wyczerpnięcda wnętrznego podobne: Oczy jej wtedy szkliły się, jak szybyl Zdały się szukać czegoś palce drobne: Czegoś, jakgdyby strun liry zniknionej — Czegoś, jakgdyby perełki zgubionej.
Nareszcie wstała — za nią płaszcz szkarłatny
Powlókł się, jako ciężkiej fali struga.

  • ) poetessa (lac.) — poetka.

2) Przysłowie, a pierw zabobon Rzymian. (P. P.).
Podjęła zwitki w sposób tak udatny, Jakby kio patrzył na nią, może sługa,
I, rozwinąwszy, że były obfite,
Ciekawość wzrosła, coby zawierały,
Lecz nie czytała, raczej, jak są zwite, Baczyła, zwój ich roztoczywszy cały; Podobną będąc w tej cichej robocie Do jakiej dawnej Sybilli, gdy w grocie, Poprzekreślanej słońca promieniami,
Jak w strunach złotej liry rozrzuconych, Duma, a duch jej trzepoce skrzydłami,
0 wysokościach marząc niezgłębionych.
Wreszcie, początek znalazłszy rapsodu, Czytała — — — — — — — —
— — «Zofjo!» — greckie były słowa — Tu zatrzymała się, «Szkoda zachodu!» Mówiąc, «za długa rzecz; rozboli głowa». Dalej — «Zofjo! — znaczy tu: mądrości!»
1 śmiać się bardzo poczęła z zazdrości. «Komu? Mądrości?» Więc, kończąc czytanie,
Rzekła: «Nie do mnie!» — z gniewu czy z radości.
«Wszelako krewne mi te wszystkie panie Z Olimpu, bądźmyż przeto, jak przystoi, Na pokrewieństwo mądrzy. Cóż tam stoi?»
ZWITEK PIERWSZY.
§ 1.
Mądrości! Tobie poślubiłem zdawna I oto wzięła mię ta Roma sławna W wielmożne dłonie swoje, mnie, z Epiru Sierotę! Ówdzie mdłą byłem rośliną Na pustce dziadów; tu — drobiną żwiru. Mniej: pyłem, może i pyłu drobiną.
Zowąd próg domu zdawał mi się światem, Stąd Epir cały progiem mi domowym. Rozszerzyłem się, prawda; idzież zatem, źe wzrosłem?
Zwitkiem tym pargaminowym Możnaby ludzi otoczyć gromadę,
Tak-bo szeroki! Wszakże jednem słowem, Krótszem a glębszem, wlewać można radę, Moc, rozrzewnienie, pociechę, lub zdradę! Cóż stąd?
Czy człowiek, widząc tak szeroko Na każdą chwilę swojego żywota,
Ile zakreśla mu dokoła oko,
Doszedłby, gdzie są wszechmądrości wrota? I wielkich świata spotkał luminarzy') Tam, gdzie powinien, nie tam, gdzie się zdarzy?
Czy raczej zwiedzić winien obszar cały,
i) luminarz (łac.) -* człowiek znakomity.
Nie okiem jego, lecz okiem ludzkości Skreślony jemu, gdy bvł jeszcze mały I śnił na progów własnych pochyłości I, patrząc, gdzie się widnokrąg zasklepia, Myślił, że człowiek, skoro tam dobieży, Rękoma swemi niebios się uczepia, Wysysa nektar i jak Bachus ') leży.
Trzebaż więc zawsze, by serce górala Po brukach miasta pierwej się wytarło I łza człowiecza wędrowała zdała Tu, by samotniej, niż w zaciszy, marła, Twardniejąc zwolna, jak ziarno opala! Złotnik, ażeby brał potem jej jądro, Ważył ł w kolce osadzał i może,
Dewizą2) jaką naznaczywszy mądrą. Przypiął do ciżem3), lub psu na obrożę!
Nie! Tu jest czasów jakaś tajemnica, Albo tu kłamiie się już jak dla rymu, Albo jednego tu niema szlachcica,
Coby, jak Scipjo, sam gadał do Rzymu; Albo tu cala szlachta — to konnica!
Nie! Prawdy dziwnej bliskość czuję łonem! Ateny przecież jak Rzym świetne były,
A jednak Scyta Zamolksis z Solonem 4) Różnił się, niby odmienne dwie siły. Mamże Epiru zostać Pigmaljonem,
Czy rzymskie jeszcze oglądać mogiły W ogromnych łunach — i mimo Zeusa Padłe, jak niegdyś Korynt za Mumjusa? Stój!
W rymie zdradnej płynności jest siła: Sybilla stara, co w sieniach mych dziadów Siadała jadać, pomnę, że mówiła:
By strzec się echa słów i winogradów Upajających nie tykać nad miarę.
Któż retoryki nauczał tę starę?
Mistrz gdzie, co onej nie szczędził przykładów?
Nicość!
§ 2.
Skończyłem wczora na zwątpieniu — Dziś mój gramatyk wskazał mi cynika Sławnego w Rzymie—nie powiem imienia. Są ludzie, których lepiej znać z ich cienia: Twarz w twarz spojrzawszy, osobistość znika.
1) nektar — napój bogów olimpijskich. — Jak Bachus — pijany.
2) dewiza (fr.) — hasło, godło, zasada.
3) ciżmy (węg.) — buciki.
4) Zamolksis, bożek getyjski, w podaniach greckich przedstawiany jako filozof, uczeń Pitagorasa. — Solon, prawodawca ateński, jeden z «siedmiu mędrców».
C. Norwid. — Dzieła
MATY
Tego gdzieś medal widziałem brodaty Z zagłębiającem się w przestrzeń wejrzeniem;
Dziś mówił myślą, słowem i skinieniem, Najoczywiśeiej — w ostatnie bogaty.
Co myśli, nie wiem; co mówił, nie pomnę; Co cierpi, z płaszcza wyczytałem w łaty, Smutno mi.
Rzym jest to miasto ogromne,
Kto jest mistrz Jazon mag, zapytać muszę. Mąż tajemniczy a powszechnie znany.
Kto Artemidor? O tym wiele tuszę.
Kto są tak zwane w Rzymie, chrześcijany?
Adryjan cesarz wymyślił rzecz nową: Każdy wiek inną wyrazić budową. Będzie to jakby historji zwierciadło, Będzie to jakby sztuki abecadło, Ogromne dzieło i praca niemała! Narodów różnych niewolnik zajęty — Wiek się zadziwi, przemysłowi chwała! W prowincje nawet rozchodzą okręty:
To z robotnikiem, to z ciętym marmurem, Rzym jeden Rzymem, a świat jego murem,
Mistrz Artemidor dzisiaj szedł ulicą, Trzymając w ręku liść lauru: przypadkiem Uronił tenże — ucznie wraz rozchwycą. Tak niegdyś z polnym postąpiłem kwiatkiem.
Tu mądrość, ówdzie zachwycało lico; Tamto — to było kiedyś i ukradkiem.
Są myśli, które choć naznaczyć trzeba Czemś, jakoś — później one się rozświćcą! Zda się, iż równie znachodzi je sztuka, Podobną będąc zbłąkanej dziecinie,
Co nuci, patrzy, i maca, i szuka.
Ten ustęp mamże pozostawić, czy nie?
Że to nie piszę na stylu wystawę, Naznaczyć muszę choć kilkoma słowy: Widziałem dzisiaj twarze dwie bladawe: Dwóch niewolników, dwie schylone głowy, Związane ręce — byli to zbrodniarze, Niewdzięczni panu swemu, zbiegi, trutnie, Leniwcy. Wspomnieć smutno, jakie twarze! Jeden uśmiechał się bardzo okrutnie, Wejrzenie widzów raniąc, drugi w kroku Zdążał mu, przeto iż dłuższy był w stanie. Szli tak w kurzawy i pięści obłoku —
Jak mam rozumieć tygrysom rzucanie?
C. NORWID
Cóż jest niewolnik?
«W siódmym paragrafie Iglicą znaczę» — to Zofja mówiła 1 zwój, jak długi był, napowrót wiła. Potem: «Doczytam i w toż miejsce trafię» Dodała, ręką przecierając czoło.
Potem: «Pamiętnik dziwny», potem: «Kto to?
Przychodzień jakiś — u Artemidora?
Kto był? Radabym poznać go z ochotą. Mistrz Jazon! Przy nim młodzian jakiś wczora
W cienniku bocznym przechadzał się długo;
Wszelako owy, wiem, skąd rodem. Sługo!»
Tak gdy kończyła Zofja wykrzyknikiem, Kotara boczna fałdy szerokdemi Drgnęła, rozsuwać wszcząwszy się od ziemi,
I Egipcjanka, uprzedzona sykiem,
Jak syka człowiek, gdy igłą się zrani, Weszła, nietrudny ukłon dając pani. Zofja milczała, pismo mając w dłoni,
Zaś niedoszyte płótno swe niewiasta Trzymała. Wreszcie słowa te uroni: «Która wigilja?» — «Wigilja dwunasta» «Dosyć». Służąca znikła za kotarą — Parni się przeszła swobodnie po sali.
Lecz, gdybyś pierwej na ona twarz starą Patrzył, a potem zatrzymał się wdali,
By, niewidzialnym będąc, Zofję widzieć, Rzekłbyś: «Zaiste, piękne straszne bywa, Odkąd się człowiek pocznie za me wstydzić».
Tak-bo bezładnie na twarzy jej grało Uczucie błędne i znużone ciało.
To rzekłbyś, widzu, i dodałbyś: «Smutno! Patrycjatowi, scyjencji, epoce».
A potem łzębyś na egipskie płótno Rzucił i nie w te uwierzyłbyś moce Rzymu, pod maską wylęgłe okrutną,
I nie w te czucia, które dają noce Dialektyczne *) u mistrzów wymowy.
Tak zaś bolesnem poczuwając drgnieniem. Nie byłbyś zdolnym rzec jasnemi słowy, Lecz byłbyś zdolnym dotykać sumieniem.
Są bowiem drogi dwie wyrozumienia, Przez wiedzę jasną lub skryte cierpienia; Druga, na Zofji twarz rzucając światło,
A światło z sługi jej przyjścia wywarte,
i) dialektyka (tjr.) — umiejętność rozumowania lub rozprawiania.
Zmieniała pierwszą, to jest wiedzę, na tło, Na zapisaną, lecz czytelną kartę.
Jakoż w ten sposób czytając osobę,
Mylić się można sto razy na dobę;
Raz wszakże zgadłszy, wie się więcej o nićj, Niż, żebyś rok z nią przeżył na ustroni.
l’o chwili Zofja przepatrzyła jeszcze Pargaminowy zwój cały, jak długi,
Z uwagą, z jaką baczne czynią sługi
0 szatę pana, gdy padały deszcze,
I, skryte w ścianie otwarłszy framugi,
W alabastrową złożyła go urnę,
To rzekłszy: «Kiedyś wyleję jak strugi Wszystkie te razem rapsody pochmurne, Które do siebie mają, że upadam
1 nie rozumiem się i nie posiadam». Wszakże mówiła tak drażliwa pani,
Jak ktoś z owoców ocknięcia wesoły: Nim się rozbudzi, właśnie świt go rani — I gniewałby się na same anioły Ilumór, z którego powstają tyrani!
Nie była wszakże Zofja złą kobietą,
Ani aniołem pisarz pamiętnika,
Lecz stało się to przez ona ukrytą Potęgę czasów, gdy w żyjących wnika I aktorami czyni ich dramatu,
Co się rozwija, jak cierń lub pąk kwiatu.
Po chwili jeszcze z tej drugiej potęgi Snu czy lenistwa swego ocknęła się I, jakby znikło jej wspomnienie księgi, Kgipcyjankę znów pyta o czasie —
Którą wigilję obchodziły warty?
Lecz dlań odpowiedź była obojętną,
A głos już więcej szczery i otwarły,
A sługa cicha bynajmniej natrętną.
Po tym przechodnim dysonansie >) ona Stała się trzecią osobą — tą samą,
Którą widziałeś wśród mądrego grona,
Z służbą jej stojąc ukradkiem za bramą.
VII.
«Więc z nimże samym mówiłeś dziś jeszcze?
Gdzie w sali bocznej przy impluvium ’), czyli W ogrodzie?» —
«Nie wiem — tylko jednej chwili, Słuchając, pomnę, że na fali dreszcze Patrzyłem, ruch jej śledząc ondularny3);
1) dysonans (lac.) = rozdźwięk.
2) impluwjum (lac.) — czworokątny otwór w dachu domu rzymskiego, mający wpuszczać światło
i wodę deszczowy.
3) ondularny (roman.) — falujący.
Więc przy impluvium dziać się to musiało —
Człowiek tak z miejscem bywa solidarny, Czy myśl tak często łączy się z przestrze-nią,
że jakaś licha rzecz i przedmiot marny Przez porównanie świecą jej lub cienią».
«Zaiste — na to odpowie gramatyk — Skąd idziesz zgadłbym, słyszą wszy ten attyk >).
Nie przeto jednak mało jest dziś w Rzymie Jak Artemidor wymownych, i wnoszę,
Że obcy nawet słyszał już to imię,
I że nie pierwszy ja chlubnie je głoszę,
I że dość wyrzec: «On!»
Gdy szli ulicą, Gramatykowi przerwał poczet konny, Nadbiegający z taką błyskawicą Hełmów, i mieczów, i dzid. które świćcą, I orłów, zastęp znaczących koronny,
Iż, skoro kurzu dwie spadały fale Na dwa przechodniów rozstępy zdziwione. Syn Aleksandra znalazł się przy Skale5). Gramatyk nie mógł przejść w tęż samą stronę
I niecierpliwe dawał tylko znaki,
Co chce — jak młode poza gniazdem ptaki.
•Środkiem zaś onych przechodnich rozstępów
Biegł naprzód hufiec ów w jasnych zbroi-cach;
Lamparcie skóry tym, jak skrzydła sępów Zdały się pierzem wyrastać przy licach, Dotykać ledwo bark i pływać w wietrze. Pierwszy ten szereg orły trzymał cztery I S. P. Q. R.3), złocone litery Na ciężkich włóczniach. Drugi, zbroje letsze,
Sposobem Partów ’) do ciała przywarte. Welgnione w konia zagiętem kolanem,
I piersi naprzód swobodnie otwarte Z łuskowem kryciem jasnem, jakby szkla-nem.
Nad tym zastępem w trzy strome ogniwa Trzy wieńce łączą się i w kształt tablicy Wyobrażenie jaśnieje wilczycy.
Dalej i dacki smok z ogonem pływa,
I kręte trąby miedziane trębaczy,
I krzyk: «Odeprzeć!» — kto zboczyć nie raczy.
O atlicum (łac.), akcent atycki lub ateński w wymowie.
2) Skalq nazywano cały obwód kapitolijski. (P. P.).
3) t. j. Senatus populusque Romanus (lac.) — senat i lud rzymski.
4) Partowie, wojowniczy lud scytyjski, który mieszkał na zachód od północnej Persji.
Zatem przestanek — jedna kurzu skiba, Przepadająca w nic, jak na dno ryba,
I jedna chwila rytmowej cichości —
I dumy pełen, czy opieszałości,
Czy wyróżniony przez ruchu swobodę. Pretor 1) na koniu płowym, mąż otyły, Oglądający się, gładzący brodę,
Jak człek urzędu pewny, lub swej siły.
Ten, zwolna jadąc, piesze wiódł szeregi, Do środka wkoło nieporządnie zwite,
Jak cyrk przenośny z okolnemi brzegi I oś mający stanowczo nie wbitę.
Tą osią byli do pół obnażeni Męże trzej, dobrze powrozem ściśnieni, Lecz onych ledwo widziałeś niekiedy Czoła lub piersi nagością świecące,
Wśród chmur zwichrzonej dokoła czeredy To wyjawione, to zapadające.
I były one jakoby członkami,
Co nieraz leżą na cyrku drgające,
I lśniły one za rózeg snopami,
Rózeg, co sądy znaczą i liktorów,
Jak białe lilje, gęsto ogrodzone,
Jak białe lilje, z sadu wychylone,
Widne przez wrota szerokich toporów,
Co przywierały się lub zawierały,
Skoro się męże, niosący je, wili Ulicą krzywą, pod stopami skały.
Przed onym płotem toporów i wici Szli i kapłani, niosąc kadzielnice: Poważni, czasem po oczy zakryci, Wyzierający tylko na ulicę,
Kiedy się zmieszał porządek szeregów. Także i tłumacz, i pisarz, i szpiegów 1 świadków nieco, dalej poczet drugi Ciekawych, swoją hierarchję2) mający Przez onych pierwszych klijentów i sługi, Lecz mniej solenny i rozprawiający.
Do wpół na osła pochylony grzywie,
Fig kupiec mówił: «Żydów trzech powlekli!»
«Chrześcijan!» — gladjator odparł mu chrapliwie.
«Wróćmy» — ktoś inny. «Choćby też osie-kli»,
Gladjator rzecze: «Niema poco chodzić. Nędzne to — hajże! — odrość się, odrodzić, Zawdziać się w siłę na cyrku zdobytą Nie taka łatwa rzecz! Cóż, że i bito,
Ale jak bito?» — To mówiąc, dokładał Pięściami na wiatr, okraczał, przysiadał,
1) pretor (łac.) — najwyższy urzędnik sądowy w dawnym Rzymie.
2) hierarehja (gr.), dosłownie: panowanie księży —
dziś zwykle: uszeregowanie urzędów wedle coraz
większego zakresu władzy.
Wołając: «Hajże! W słup! Dextra! Sini-stra!» ‘)
«Naści, lwie!» kupiec rzekł, rzucając figą— A inny drugą: «Moja więcej bystra»,
A inny: «Moją zawarczę, jak frygą» ") «Wiecie co? Ja wam dopiero wyłożę Rzecz, co słyszałem w kuchni senatorskiej! Pozwólcie, ino płaszcz lepiej założę».
I spluwał, akcent kłamiąc oratorski. «Pozwólcie, rzecz ta ciekawą być może. Pozwólcie»! — mówił po trzecie mąż mały, Z wielkiemi w uszach srebrnemi kolcami; Mówił, wśród klasku fig, co wciąż padały. «Tandema), to rzecz jest, w której dosvć idzie
0 ogrodnika pewnego». «0 Gwidzie Będziesz mi mówił», kupiec fig zawoła, «Wiem, iż powlekli tego apostoła». «Gwidzie?» — z kolcami mąż odeprze
mały —
«Tu jest pytanie, jak wykłada szkoła. Gwido wulgarne powieści go zwały,
Że bez nazwiska był, bez nazwy, zgoła Sierota, quidam4), zwana dalej quido,
1 nieuczona gawiedż, która wola Gwido, lub nazwę łączy apostoła
I inne, wszakże nie wiedząc, skąd idą!»
Tak mówił drugi ów gladjator słowa Coraz to szybciej, gdy osoba nowa Użyła większej jeszcze ciekawości, Mówiąc: «Sam boski cesarz w swej mądrości
Dozwala bogów czcić wszelkiemu człeku, Ani wyzuwa z dóbr, praw i wolności Za to — jak działo się innego wieku Sam boski, boskie cenić umie rzeczy;
Ale jest prawo i to służy jemu,
I jemu przeczy ten, kto prawu przeczy;
A prawo trzeba znać, z czego pochodzi, Źe jest ciekawa rzecz, jak się to zgodzi: I czy fałszywie Gwidon oskarżony,
I jako obie pokażą się strony?»
To rzekłszy, cofnął się do towarzysza, Który na boku wstrzymał się na chwilę,
1 szli pośpieszniej.
«Różnie się ucisza Lud», rzekł gramatyk. «0 tyle o ile», Towarzysz na to—i szli. «Przez przypadek Znalazłem się w tym zgiełku; nie sam byłem;
Zginął mi uczeń» — tu uczynił spadek W głosie i nieco obrócił się tyłem. «Uczeń?» «Jakoby — przyjaciel niejaki
1) dextra, sinistra (lac.) — prawa, lewa.
2) fryga, t. zw. «bąk», zabawka dziecięca.
3) tandem (lac.) — wkońcu, nareszcie.

  • ) quidam (lac.) — ktoi.

Artemidora, z prowincji młodzieniec, Którego wdrożam w treść wiedzy wsze-lakiéj,
Gotując może togę1), urząd, wieniec. Zresztą nie uczeń, jak to wy zowiecie» «Różne są nazwisk użycia na świecie». Towarzysz na to. «Jakże zdrowie maga?» Gramatyk znowu. Po chwili milczenia Towarzysz na to: «Pochlebne życzenia! Dzięki! Jak zawsze: taż sama powaga». «Więc zdrów?» «Więc», na to towarzysz odrzecze:
«Vale»5). Gramatyk rzekł: «Oto ma zguba!» I okręcił się łokciami, jak śruba,
Gdy wraz Epirczyk dodał: «Nie uciecze», Z uśmiechem także witając drugiego: «Widziałem, pomnę, u Artemidora I mam do mistrza list». — «Przyszły kolego»,
Odpowie Barchob uczeń, i zdążali,
Milcząc, jakby się wcale lub dość znali.
VIII.
Teraca3) była mozajką wysłana, Przedstawującą modre pawi stado.
Wchodnią tej ścianą jest domostwa ściana, Z trzech innych każda przejrzystą arkadą, A każda z arkad tych poopierana Na faunach4), którzy wieńce na się kładą. W sposób, iż, stojąc w lakowej teracy, Podobny jesteś do biustu pod lukiem,
Gdy nogi twoje suną, jak po tacy,
Z gładkim klejnotów bawiące się brukiem.
Dodać tu jeszcze należy: popstrzenie Cieniami liści i różne zielenie Rozlicznych krzewów, co mają stosowny Ton zieloności do kwiatów swych blasku, Często i zapach, jak przekład dosłowny — A poznasz Zofji dom po tym obrazku.
Tam Artemidor gdy wchodził swobodnie, Zofja ruszyła iglicą kościaną:
Wraz z siołu, który ma półkosze spodnie, Spadł w nie zwój pisma, ścierając się z ścianą,
I spoczął w mroku, jak owi, co leżą W cieniach, czekając, póki nie zostaną Oddani rzeczom, do których należą,
A wtedy będą rozwici i staną.
1) toga (łac.), wierzchnia, długa szata rzymska.
2) vale (łac.) — bndź zdrów!
3) teraca (włoskie: terazza), balkon, altana.
4) Faun, italski bóg lasów i pól, później zmieszany
z greckim Panem i Satyrami. Przedstawiano go więc jako młodzieńca z koźlemi nogami i różkami.
«Szczęśliwież wchodzę albo nieszczęśliwie?»
Mówił, bynajmniej nie troszcząc się o to, Jak ten, co palec kładzie na ogniwie Bronzowem u drzwi z nałogu ochotą I tejże treści odbiera skinienie,
Jak nieczekaną odpowiedź lub echo, Pewny, że nie jest troską ni pociechą — Podobnie mówią poza Styksem cienie!
Wszelako, Zofja gdy podniosła oczy, Spadała jeszcze z nich czytania krepa,
Co po mozolnej’ pracy chwilę mroczy, Gdy, duch, że czuwał, natura jest ślepa, Póki się w nowy akord z nim nie stoczy— Więc rzekła niemniej mało trafnem słowem:
«Cóż jest szczęśliwość?»
«Dowieść to gotów-em, Acz w sprzeczny sposób, bo wchodząc nie wporę».
«To ledwo dowód, że różne są doby, Organizacje też zdrowe i chore,
Lub że nie tykać tych rzeczy byłoby Lepiej».
«Tych rzeczy?»
«Lub w inne sposoby». Zofja, to wszystko do Artemidora Mówiąc, kończyła jakoby czytanie;
Po chwili wszakże rzekła: «Jestem chora! Mów mi, czy Jazon mag nie będzie w stanie,
Jak to niejednej uczynił osobie,
Przez ziół potęgę lub przez zaklinanie Wzmóc mię i o tej czy nas przyjmie dobie?»
«Nas? W tem wątpliwość, acz sam doń dziś idę;
Nie mawia bowiem naraz z dwojgiem osób,
Do elokwencji mając dar i sposób,
Jakby kto brał się przenieść piramidę!»
«Idź-żel» — mówiła, podnosząc się zwolna, A potem w dłonie klasnęła swywolna,
I Egipcjance, pocicliu wchodzącśj, Wskazała znakiem, co ma ponieść za nią, Gdy mędrzec czekał, aż wreszcie niechcący Dala mu rękę i wyszedł z swą panią.
Poszli — za nimi wonie olejkowe I szat szelesty i cienie się wlekły,
Jak gdy wiatr wionie w pustki ogrodowe, Gdzie skwary pierwej paliły i siekły, Lecz, miecąc liście, nie odziewa w nowe.
IX.
Gdy pretor z konia zsiadł, już przedtem nieco
Po obu stronach perystylu stały Gwardje w lamparcich skórach i co świecą Łuskami; od tych wprost na polot strzały Szerokie widzisz schody, gdzie trybuna I złoty posąg cezarski, świecący,
Jak w mroku rannym pożarowa łuna. Tam poczet pieszy, po stopniach rosnący, Wkraczał, trzech wiodąc oskarżonych ludzi
0 zbrodnię, która lud do buntu budzi.
Po krzykach: «W prawdo! W lewo» — i po owem
To tu, to owdzie ciąganiu się tłumu, Które zdaje się ciałem tem zbiorowem Miotać, jak wielką rzeczą bez rozumu, Stało się wreszcie, iż masa ta cała Od wierzchu schodów do schodów podnóża
Usadowiła się i wyglądała,
Jak zawieszona płachta jaka duża,
Z rozlicznej barwy okrawek zszywana,
Do wietrzonego podobna dywana.
Prócz osób głównych nikt z tych, co tam biegli,
Przy towarzyszu drogi się nie wstrzymał, Jedni się zdała zaledwo spostrzegli,
Drugi dojść nie mógł, gdzie chciał, lecz się zżymał Na wyrywany mu z rąk rąbek togi. Którym się druha i rozmowy trzymał; Inny szedł z tłumem, zdawszy się na bogi.
Syn Aleksandra poczuł tuż przy sobie Kolumny ocios i wsparł ręce obie I, blisko rdzeni będąc, słuchał sprawy. Barchob, Jazona uczeń, stał daleko,
Lecz rzucał okiem nie bez pewnej wprawy, A okiem zimnem — tak rzemieślnik wieko Trumny ogląda i dwie strony mierzy,
By trafnie oddać, co której należy.
Tak czyni jeszcze i posłannik, który Ma zdać rachunek z liczby i natury
1 położenia rzeczy; ale przeto Tyle jest wierny, ile oddalony.
I wie, co to jest, o ile i gdzie to Lecz, w tem nie będąc, jednej tylko strony Nie zna: ta właśnie jest rzeczy zaletą!
Gramatyk nie sam stał, po jednej stronie Kupca fig, z drugiej mając gladjatora — I coraz zdawał się pokłaniać skronie W prawo, to w lewo — jak osoba chora,
Lub niemy, kiedy mówić chce o zgonie. Pisarz te słowa jął czytać:
«Zaiste,
Ze świąt jeżeli które uroczyste W obliczu prawa, to cezarskie święto; Mąż, co tu stoi tak, jak go ujęto,
Jak świadczą starzy, znający go zbliska, Nazwiskiem Quidam, że nie miał nazwiska,
Potem zaś przezwan Gwido, mąż zuchwały, I czeladnicy jego — gdy wieczorem Wieńce i lampy naznaczonym wzorem W każdem się oknie rzymskiem kołysały, Nietylko w tejże nie uszczknął radości '), Lecz wyznał głośno, iż gorszyć to może Chrześcijan słabszych, co w niewiadomości Są, jak cezarskie rozdzielić i boże».
«świadczcie!» odezwał się pretor do grupy Szpiegów i świadków, stojących pod slupy, Do półokrytych cieniem, w sposób taki, W jaki się nocne kryć umieją ptaki, Skoro je światło południa zaskoczy:
Że, głos ich słysząc, nie widzisz osoby, Osobę widząc, widzisz ją po oczy I mógłbyś deptać, nie wiedząc—jak groby!
Jeden z tych — gdy się wszyscy odezwali Porządkiem, jakim w cieniu owym stali: «Świadczymy!» — prawił:
«A ja oto właśnie U siebie, biednym będąc, lampy cztery Gdy zapaliłem, patrzę — jedna gaśnie! Zgroza! Gdyż cztery miały być litery, Wyobrażone lampami czterema,
Tandem, łzy w oczach mając, szukam grosza,
By nową kupić lampę — grosza niema! Tandem, cóż mówić chciałem — ten jest Gwido
Ogrodnik, który coś składał do kosza, Przed drzwiami domu stojąc, gdy ci sami
i) Za panowania Adrjana męczeństwa były rzad-kie, ale męczeństwo trwało tern uciążliwiej, że właśnie pomiatano sprawami temi, na policyjne je zamieniając kwestje. — Podobnych, o lampy, wiele spraw było, tem ważniejszych dla prawdy, iż te iluminacje zamieniały zczasem drzwi na bogil Z tego zaś względu, iż męczeństwo w całej swojej wojennej ostrości nie wywoływane było, boleści dla prawdy były tem sroższe, że bezjawne i wielkiej wymagające baczności. — Co do właściwego znaczenia odpowiedzi Zbawiciela: «Oddajcie co Cezara Cezarowi, a co boskiego Bogu», — ta przez Ojców Kościoła objaśnioną jest w apologjach, acz wystarczy nam dodać tylko, że zapytanie, które ją wywołało, należy do tych, które nigdy nie powinny były mieć miejsca; powiedziane jest albowiem, iż Faryzeusz, kusząc Chrystusa Pana, zapytywał. (P. P.).
Dwaj drudzy, ucznie jego, właśnie idą, Idą i mówią sobie coś czasami.
Tu ja, że widzę drzwi nieozdobione I ciemność, lampy że nie zapalone.
Nuż wołać, dalej przestrzegać, zaklinać I, jak brzmi słowo, czytane wybornie, Stało się — bowiem nie chcę już wspominać,
Przed bóstwem raczej padając pokornie».
To rzekł i upadł, a za nim i owi,
Co mu świadczyli, świadkowie świadkowi. Upadek taki, kapłan jowiszowy Widząc, garść mirry w kadzielnicę rzucił, Toż czynił pretor i inny, i owy,
A każdy ściągał twarz, jakby się smucił. Lub głową wstrząsał, lub ręce zakładał, Jakby się ludziom na migi spowiadał,
I szukał ruchem coraz mniej kłamanym, Aż znajdzie w sobie głos dość wiarogodny; Bo glos mniej może, niż gest być udanym I stąd mniej skory jest i mniej wygodny I musi w kłamstwo pierw zagaić ruchem Drugich, aż tego się nazbiera wiele — Wtedy zaś zwie się już ogółu duchem, Wyrazem myśli w tem zbiorowem ciele, I już się nie zwie kłamstwem, lecz organem,
Albo koniecznem ogniwem tradycji.
Albo przyjętym trybem nieskłamanym, Regulaminem ’) mody lub policji —
W sposób, iż człowiek kłamiący tam będzie Przez porównanie białym, jak łabędzie, Dlatego właśnie, iż możność zachował Zbłądzić i ona wszechprawość zepsował.
Na tak niejasne stąd patrząc budowy, Zrozumiesz łatwo, co w nich człek wywoła Zacny, cieniować gdy nie będzie mowy, Przez miłość prawdy wiecznego Kościoła; Albo do tegoż o ile się zbliży Prostak, mów swoich nie ważący zgoła, Dla ludzi patrzeć nie nawykłych wyżćj Równy boleścią bólom apostoła —
Acz ów zuchwalec przy wyznawcy stanie, Często toż samo cierpiąc katowanie, Dlatego tylko, by widziane było,
Pokąd człek może własną dotrwać siłą, Lub aby świadczył, gdy inni kląć poczną, Aż oba w raju wieczerzać odpoczną.
Ta to różnica męczeństwa i wojny,
Że pierwsze, dając krew, jeszcze ją daje Zmnożoną przez to, co dawca spokojny Czyni, okrzętne łącząc obyczaje Do datku swego, i kruszynę chleba Tam, tak i wtedy daje, jako trzeba.
i) regulamin (łac.), spis zasad postępowania.
Daje tem samem krew swą — więcej sobą, Do szczętu siebie dotrwając osobą,
Więc ponadśmiertną obłócząc już siłę,
Co zwija topór jak kartę u księgi Znanej, na skrzypców smyk zamienia pile. A w nierozwity róży pąk obcęgi.
I, jeśli dziwno, że w wrzącej oliwie Jan święty krzepciej, niż przed męką. żywię,
To w mniejszym stopniu toż samo zja wisko
Jest ci zwyczajnem i znajomem blisko, Gdy obok stawisz mściwego człowieka I tego, który przebacza, a czeka,
Aż chwila przyjdzie, że przeciwność, w sobie
Zniósłszy się sama, do stóp padnie tobie.
«Gwido!» — rzekł pretor — «wstręt ofiarowania
Bóstwu tem więcej winę twą odsłania. Mów!»
«Za człowiekiem, szpiegiem, co przed chwilą
Padł na kolana, widzę wasze głoww Sędziowie moi, jak niemniej się chylą: Mąż ten podchwycił was gestem, mnie — słowy.
Nikt z was nie wierzy w bóstwo cezarowe. Bo cezar nie jest też od Apollina,
Jowisza, Bacha, roślejszym o głowę —
A ci że byli ludźmi, nie nowina!
Jakoż, bez Boga będąc, szukacie go W wyższości męża tego, to owego;
I stąd zaiste mam ja dla was litość. Wszakże bez granic mieć jej nie mam prawa,
Bom nie jest pierwszy i znam przyzwoitość;
Mam wzgląd na wszystkich, których jest ma sprawa,
Na tych, co byli przede mną sądzeni,
I tych, co będą, i tych, co są może Tu gdzie wśród ciżby ludu utuleni,
Jeśli zrządzenie ich powoła boże».
To mówiąc, pojrzał z tem skąpstwem anioła,
Z jakiem, chleb łamiąc w ubogiej rodzinie. Ogląda ojciec, żali co nie ginie,
Im chętniej dając, uważniej dokoła.
«Jakoż czci boskiej nie dam posągowi, Przez który kłamstwo wasze się stanowi. 1 strząsam szaty, nie, iżbym cesarza Klął albo zniżał, jak indziej się zdarza, Lecz, że go cenię. Wy, co wart, nie wiecie: Wy uwielbiacie, cenić nie umiecie.
A że z przed serca Boga wam zakryto, Zowiecie Bogiem wszelkie incognito».
«Na klęczki I» pretor głosem wrzasł takowym.
Jakim się sprawia szyk w polu bojowém, Aż poszła cisza po rzeszy szeroko,
Jak po jeziorze nagła wiatru zmiana;
Aż w poczcie gwardji jęklo coś głęboko, Szablica jakaś spadła odpasana.
Czy trąby dwie się przypadkiem gdzie zbodły,
Czy glos tak dzielny był, a tłum tak podły.
«Czekaj, bom w ustach nie miał nic trzy doby
Ja i te zacne dwie ze mną osoby,
A głos masz silny przez sytość i wprawę W komendę — czekaj, niech zakończę sprawę».
To mówiąc, Gwido chwiał się i był blady, Jakgdyby mówił: «Czczo mi» — lecz pozierał
Na dwóch, co za nim stali, jak na ślady. Gdy ktoś, co dotąd o głaz się opierał Przy jednej z kolumn, rzucił trzos i skinął, Woiając: «Chleba! Hej, potrzykroć płacę!»
Co rzekłszy, tak się w togi zwój owinął,
Że wraz skoczyli ludzie i, na tacę Włożywszy chleby, ponieśli mu wgórę, Bacząc szlachetną postać i naturę.
Syn Aleksandra rzekł: «Ci ludzie, trzy dni Nie jadłszy, omdleć mogą w osłabieniu, Widzę to». «Ktoś jest?» szpieg zawołał z cieniu.
«Doktór!» krzyknęło trzech, a byli zgodni, Że posądziłbyś o wczesną umowę —
I tu dwa kłamstwa stały w przesileniu: Oskarżające i to, co w natchnieniu Współmilosierdzia tchnęło trzech, ludowe. Tamto formalne, to nieobmyślone,
Jak grom, co nie wiesz, w którą wytnie stronę.
Gwido: «Bóg zapłać!» rzekł, gdy współ-skarżeni
Poczęli chleb jeść, a tak cicho było,
Że i najwięcej środka oddaleni Słyszeli dziękę, jakby się im śniło,
Że tuż przy Quidam stali w onej dobie; Bo ciszej było tam, niż bywa w grobie.
«Teraz», tak kończył Gwido. «już się stało. Teraz, jakkolwiek broniłbym tej sprawy, Nie uwolnicie nas — znam, bez obawy; Więc posilone, jak jest, weźcie ciało;
Bo nie zniżyłem prawd przez ich oprawy,
Ni przez zuchwalstwo na szwank naraziłem;
Ni wywołałem nawet urągania,
Ni znikłem, marnym uznawszy się pyłem! A to są sprawy nie do wybaczania!»
«Dosyć!» zawołał, z krzesła wstając, pretor I, dwakroć spluwszy, rzekł: «.la tam nie retor» *).
X.
Gdy w jedną stronę błysnął rząd pancerzy,
A w drugą sądom wyższym odroczonych Poprowadzono trzech, by zamknąć w wieży, Tłum się ze schodów stoczył wywyższonych,
Od góry zwolna próżniejących z ludu,
Co zszedł się czekać krwi, buntu lub cudu. Które z tych zjawisk wysłannik Jazona Przyszedł tu znaleźć, rzecz nieodgadniona. Barchob, z Judei rodem, nie chrześcijanin, Ani polityk, a tem mniej poganin; Wymowy także oratorskiej zwrotów Unikający, jak wstrętnych kłopotów; Milczący szczelnie lub dwoistej treści Słówkiem słuchane cechujący wieści; Patrzący chwilę na postać człowieka.
Gdy odpowiedzi ten od niego czeka; Niekiedy oczy, dokoła czerwone, Uchylający w tę lub ową stronę; Profilem piękny, postawą wątpliwy. Zaklęty, zda się, w mistrza swego ruchy, Na cień z za Styksu może zbyt lękliwy, Na męża nazbyt przejrzysty — jak duchy. Pytania takie szybko przechodziły Przez Aleksandra z Epiru ciekawość,
Gdy szedł z Barchobem, który dwoił siły, Przez towarzysza pociągany żwawość,
I czuł się z zwykłych gestów wyrywany, Powolnych, gestów może mistrza-maga.
«Nie znałeś Gwida?»
«Gdyby mi był znany,
Byłbym z nim».
«Słuszna zdaje się uwaga, I przeto rzekłem ci: «Nie znałeś Gwida» A nie: «Czy znałeś Gwida?» zapytałem».
Syn Aleksandra wstrzymał się, jak dzida, Kiedy osadzisz konia w pędzie całym, Wzdrygnięta naprzód i wtył —
«Czy nie będzie Za późno mistrza odwiedzić Jazona?»
O retor (tac.) — mówca, krasomówca.
«Gotów jest, mniemam, i zawsze i wszędzie
Przyjąć», co mówiąc, otrząsną} ramiona I wskazał ręką od Tytusa łuku Na bok, acz droga dłuższa i bez bruku ’). Dodawszy:
«Zwyczaj mam unikać huku».
«Służę!» towarzysz odparł mu i w cieniu Drzew szli powolniej. — Czas był ku-zachodni,
Jasny, że czytać mógłbyś najwygodniej; Lecz czerwieniały już w słońca promieniu Rzeczy, które są ostro rysowane: Amfiteatru szerokie profile,
Trzy piętra łuków, z głazu wyciosane, Wnijścia do arkad zwęźlonych zawile. Rzadko kto śpieszył ku Kapitolowi,
Tam i sam raczej błądząc, jako w porze, W której cel ruchu odda się ruchowi,
A myśl i mowę, że pięknie na dworze. Usposobienie to każdego ima,
Kto. w rytm idących tak wszedłszy, takt trzyma.
Tak więc wiódł Barchob z Epiru młodziana,
Gdy nagle spotkał kobietę podżyłą, Służebną, ile z tego, jak odziana,
I z kosza w ręku wnosić można było,
A Egipcjankę, co wraz poznać z cery 1 z ust, lecz pierwej z ruchów bez manjery, Uspokojonych abnegacją2) pewną,
Dziwną — że, wziąwszy się, by kosz postawić
Lub wznieść, mniemałbyś, iż ma błogosławić,
I że, udając sługę, jest królewną.
Tę piękność wszakże, co z przetartej szaty Wyzierać zwykła, mijał Rzym bogaty;
A retor, fałszerz daru i uczucia,
Krył ją w misternie kwiecone zepsucia I ledwo dostrzegł jaki Grek — atoli Grek, gdy postradał Grecję, więc, co boli, Nie mając ziemi, zna, że, gdy brak kraju, Ojczyzna dwakroć większa sięga raju!
Rzym w estetyce był już, jak za wiele Wieków Gallowie w błotach swych być mają,
Albo Anglowie, gdy przypuszczę śmiele, Że ci naprzykład świata ster trzymają,
I tworzą sobie Rzymy jakie nowe I smak i piękność wedle siebie głoszą,
Nie dramatyczną, lecz bóstwo jałowe,
0 Przez luk tryumfalny Tytusa, po zburzeniu Jerozolimy zbudowany, Żydzi patrjoci przechodzić nie lubili. (P. P.).
2) abnegacja (łac.) — wyrzeczenie się (wygód lub przyjemności).
W klórem nie chodzą żywi, które noszą Jak fascesł) — słowem coś, co jest niezdrowe.
O barbarzyńcach tych młodzian tak marzył,
Gdy Barchob mówił z niewiastą znajomą, Aż nagle, patrząc w kosz, jak kwiat się z warzył
Owiany szronem, i tak nieruchomo Patrzył, jakgdyby dno kosza niejasne Czytał — zaiste, czytał: pisma własne!
XI.
Przez bramę miasta, przez winnic kwadraty,
Furtki, owiane w roślin aromaty,
Którym bluszcz służy jak zwiewna zasłona, Strzegą zaś ręką niesadzone kwiaty, Przechodzić trzeba do mistrza Jazona. Nareszcie skutkiem tej rozmaitości Dziwniej niż prędzej stoisz tuż przy murze,
W który się schody zanoszą nieduże I wisi młotek bronzowy w kształt kości, Zerdzony spodem, od wierzchu świecący, Że go gość każdy oczyszcza niechcący. Tym raz uderzasz i wchodzisz w ciemnicę,
Bo dalszy schodów ciąg od furty pnie się Nie już do domu, lecz znów na ulicę Wyższą tarasu; ten jest jako w lesie, Sosn włoskich rudą kępą ocieniony I jak sznur prostą ścieżką przekreślony.
Za tej zaś ścieżki końcem, widnym oku, Nie sterczą mury domu na obłoku,
Lecz tak się miesza wzrok wśród drzewnych alej,
Że iść tam musisz, by wiedzieć, co dalej; Ścieżka ta bowiem od samej połowv, Dwie strony mając, jak leśne parowy, Coraz się głębiej wrzvna w gaj sosnowy T coraz gęściej starym świeci brukiem.
Z fragmentów różnych złożonym, jak cmentarz:
Ten, że był urną, owy może łukiem.
Ten sarkofagiem, biustem—ów, pamiętasz, Że gdzieś w frontonie świątyni ma brata, A wszystko dobrze zrównane i w skazie Każdej otkane mchem, zdała, jak krata Zielono-złota leżącym na głazie.
i) fasces (lac.) — wiązki rózg z toporem pośrodku, jako oznaka władzy; stąd przenośnie: władza, zaszczyty, godności.
1ATY
To już podworzec; dalej — zwykłym wzo rem —
Domostwo, tylko że zawsze otworem.
Barchob byl może gdzie w drogi połowie, A Egipcjanka w domu swojej pani,
Kiedy mistrz Jazon Zofji badał zdrowie, Czy horoskopy składał jej łub dla nićj, Artemidora zostawiwszy w sali Niższej, gdzie mnogich rękopismów wstęgi Leżały w wazach, i kompasów kręgi Ryte, i zodjak, i bogowie stali.
Fontanna w środku niska, z bronzu lana, Z gipsu popiersie nad nią Adryjana.
Drzwi do tej sali, będąc otworzone, Przysionka wnętrze odsłaniały oku; Drzwi od przysionka niemniej inną stronę Podwórza w ramy swe nakształt obłoku Obejmowały, a światło, złamane Po dwakroć, biło prosto na fontannę.
Tam Artemidor, siedząc, niewesoło Poglądał, jako osoba znudzona,
Na ogół rzeczy, leżących wokoło,
I słuchał wody kroplistego grona, Rozperlanego wciąż w bronzową wannę Przez łkania swoje i łzy nieustanne.
Czy mag na górze z Zofją był podobnie, Jak ten z fontanny szmerem, zatrudniony? Nie wiem. Czy pani mówiąca ozdobnie
O drobnych rzeczach z nieznanej mu strony,
O drobnych czuciach, niezmiernie żałobnie,
O głównych prawdach często, lecz z ich strony
Kolorowanej przez tychże opony,
Czy pani, przytem dziwnie ujmująca Wdziękiem, co blado promienił jej z czoła, Jako Dianie grzebień półmiesiąca,
Czy, mówię, maga obchodzi lub zgoła?
Nie wiem. Wszelako mistrz Jazon miał drobne
Słabostki, zdała patrząc, niepodobne Do solenności*), w którą się obłóczył. Baczył naprzyklad, żeby wzgląd na stopnie Ceremonjału chować, i, jak uczył, Domawiać lubiąc słowo to «roztropnie». Świat oficjalny nie był mu przeciwnym; Owszem, powoli ocierając czoło,
Zwykł był nazywać go «cale naiwnym». Gdy mówił «cesarz», nie patrzył wokoło, Jak augurowie2) i filozofowie,
1) solenność (tac.) — uroczystość, uroczyste za-chowanie się lub wygląd.
2) augur (lac.) — wieszczbiarz, wróżący z lotu ptaków.
Lecz palcem krymki dotykał na głowie I mówił głosem — co wielu baczyło —
Ta kitu, jak cesarz mawiał, z takąż silą: Acz w tem najmniejszej przesady nie było. Filolog wielki! Greckiego zażywał Z Rzymiany, niedość wyznając się wprawnym
W latyńską mowę; gdy ucznia przyzywał, Z fenicka mawiał doń lub innym dawnym Językiem, pełnym szeptań i przydechów. Chrześcijan znał mało, lub, gdy mawiał z niemi,
To o lekarskiej sztuce, płodach ziemi;
Też jak z niewiasty — nie stronił i śmiechów!
Dziwny mąż! Cesarz, że był wiedzy chciwy, Znał go lub wiedział, kto jest ów sędziwy, Ze swoją laską włóczący się długą,
I charonowym >) nazywał go sługą.
Mistrze stopniami byli z nim w stosunku, I mnóstwo osób znało — tak z traiunku. Wędrowni męże z za wielkiego morza, Biedni mówili, że jest: ręka boża,
I nieraz ciche widziałeś osoby Przed perystylem magowego domu,
Na grobów ziarnkach siedzące, jak groby; Obce w stolicy, nieznane nikomu. Łokciami wrosłe do kolan od brody — Gdzieś spętanego narodu rapsody. Niejeden leżał tak w blasku księżyca,
Na nocne mało uważając chłody,
Pod murem, inny w kuczkę, jak kotwica Zwił się i słońca przeliczał zachody. Mistrz Artemidor — kto znał go już bliżej —
Szersze od maga wykładał pomysły. Natchniony nawet bywał, lecz nieścisły,
I niewątpliwie, że wszystko brał niżej; Acz, potrącony Jazona milczeniem Lub wątpliwością, dziwnie wyrażoną, Wzbierał i takiem porywał natchnieniem Orłem, że słuchacz z żadną nie stał stroną I, gdzie przechylić się, nie wiedział wcale, Co Jazon zwykł był zwać: «Nie nowe, ale — —»
Mędrców tych bliżej badając dwoistość: Wzniosłość koryntczyk znał, mag — uroczystość,
I była jedna między nimi strona Nieprzełomliwa, jak czasów wyroki, Wyczerpniętemi słowy naznaczona — Poczem w dwie strony obracali kroki, Milcząc; a znali tak ową granicę Czuciem, jak mało wiedzieli, czem ona. Gmin w tem dwóch mędrców widział tajemnicę,
i) Charon — w mitologji greckiej, przewoźnik przeprawiający dusze zmarłych przez rzekę Styks.
Która ich łączy w jednego olbrzyma.
Głów mającego dwie, cztery ramiona;
I, myśląc, że to w jedności ich trzyma,
Co rozpychało ich lub rozdzielało, Zbliżoną napaść za jedno brał ciało.
Schodząc mag z Zofją, te jej mówił słowa: «Niewiasto zacna, to tak—w tej już chwili, Mniemam, że lepiej czujesz się, żeś zdrowa;
Nie, iżbym odjąć mógł — jak to robili Dla innych inni — niemoc wyższą mocą; Bo nie ten przedmiot spotykam przed sobą».
«Zaiste — przyszłam, jakby czując, poco», Odrzekła Zofja.
«Inną może dobą» — Mistrz Jazon mówił — «o księżyca nowiu Dano mi będzie znać o pelnem zdrowiu. Dasz ma znać». —
«Jako? Przyjdęż? Czy Barchoba, Czy ciebie, mistrzu, w progach mych zobaczę?» —
«Rzecz jest, rzecz będzie, nie ma być osoba?»
A potem dodał zimno: «1 ja raczę
0 kiju przywlec się, gdy przyjdzie pora». Tu obrócił się do Artemidora,
Dla dwojga razem grzeczność dając jedną,
1 wspomniał: «Wiele niech nie czyta
chora.
Szkoda, że stare rękopisma rzedną. Dobrze jest miewać wzgląd na autora. Kiedy się czyta. Cóż za rzecz przedziwna Czytanie! Jako gałązka oliwna Lub migdałowy kwiat». — Koryntczyk rzecze:
«W tym względzie panią, ile mogę, leczę».
A Jazon dalej: «Kiedyś wchodzi do mnie Osoba, oczów prawie pozbawiona:
Ból swój i żałość wyrażając skromnie,
Za nią tuż lektor, glos mający równy, Czysty, jak woda dobrze przecedzona,
Nie wiem, czy taki, czy inny, jak ona. Ten, choć niósł pisma w torbie, nie był główny,
Bo dalej jeszcze szedł autor tych rzeczy. Dnia tego, tyle mając do przyjęcia Osób, nie mogłem dosyć mieć na pieczy, Ile dać kropel, jakie owinięcia.
Nie wiem, co z tego będzie. Czasem doba Przeszkodzi, czasem przeszkodzi osoba,
Czasem...» — Koryncki mistrz poprawił togi,
A Zofja w czoło patrzyła magowi — «Czasem — do siebie mają to i progi — Czasem wszystkiego człowiek i nie powić, Co miał powiedzieć, i zgadywać trzeba, Jakiego komu dać i ile chleba —»
To mówiąc zwolna, przerywanym głosem. Poglądał w ziemię i, gładząc siwiznę, Coraz to rzucił wyplątanym włosem;
A usta, jako gojącą się bliznę,
Pogodnie zwijał i od brwi falami Dogóry zmarszczki mnogie podejmował.
I zamilkł. Strząsnął potem raz palcami. Jakby zapomniał coś albo żałował — Akcent, co długo nie dał do myślenia.
Czy się już wątek mowy nie wysnował. Tak, iż koryncki mistrz, bez omówienia Ku drzwiom pojrzawszy, naprzód wstał z siedzenia.
Skąd Jazon wiedział, że Zofja doń niosła Rękopism owy, dziwnie znaleziony?
Skąd, że i autor nie był oddalony?
Bo szedł z Barchobem. Ciekawość choć rosła
Nieraz w słuchaczu takich maga gadek. Nikt tego jednak wybadać nie umiał,
Lul) szukał w sobie, czyli je zrozumiał, Czy nie trafiło się to przez przypadek. Wszelako słowa te: «Osoba ciemna,
Za nią tej leklor z rękopismem, dalćj I autor tegoż» jako nieprzyjemna Wieść brzmiały Zofji, gdy przez gaj wracali.
XII.
Syn Aleksandra, słysząc z mów Barchoba, Kto była ona służebna osoba,
Także, skąd niosła drobiazgi kobićce W koszu, skąd przez tę wracała ulicę. Milczał; lecz w sobie pamięcią przezierał, Co ów zwój, trafem zgubiony, zawierał.
I, choć z Barchobem rozmawiał potocznie, Wciąż miał zwój pisma własnego zaocznie. Które że raczej było pamiętnikiem Bzeczy i wrażeń niedzielonych z nikim, Do swobodniejszych odroczonym czasów, Pełnym doraźnych skróceń i nawiasów, Dośledzić nie mógł lub nie czul się w stanie Zgadnąć, co pism tych wywoła czytanie.
W sposób, iż przedmiot, jednem odnie-chceniem
Zrzucony z stołu w drobiazgi doręczne, Jednem usłużnej ręki poruszeniem Podjęty z koszem tam i sam noszonym,
1ATY
Mógł się stać dwakroć większem zagadnieniem,
Niż najciekawsze z zapisanych w onym. Tak więc szli k’sobie, tym samyin sposobem,
Z Artemidorem Zofja od Jazona I Aleksandra syn tamże z Barchobem:
Ci raźniej, tamta opieszałej strona.
Zofja, swobodniej czując się na sile.
Przez ciemną sosen włoskich kolumnadę Idąc, mówiła: «Wszelką maga radę Zebraćby można w «o tyle — o ile»,
W preceptę *), z liczby i z czasów wysnutą;
Lecz słów misterstwo, i określeń dłóto,
1 ta powagi całość skąd pochodzi?
Nie wiem! Z tem człowiek, mniemam, że się rodzi».
To mówiąc, kwiaty zrywała, lecz owe, Które się w parów schylając podłużny Do rąk jej czoła swe chyliły płowe,
Jak smutne dzieci, żebrzące jałmużny —
I szła, co czyni, nie bacząc, lecz raźnićj, Gdy Artemidor wreszcie jej odpowiś: «Jazon» — tu przestał—«jesteśmy w przyjaźni».
Tu znowu przestał. «Wielu wraca zdro-wićj
Od mistrza tego do siebie; lecz mało Z krystaliczniejszą myślą powracało Tak, iż dwie z jednej idą stąd choroby: Choroba myśli gościa lub osoby,
1 dwóch Jazonów w mieścieby się zdało Na dwóch kończynach wielkiej czasów strugi,
Co jest jak Tyber —»
«Tyś jest Jazon drugi»,
Odrzekła Zofja —
«Pani» mistrz jej zada: «Jeśli zgadujesz rzeczy zastyksowe,
Któż sama jesteś?»
«Wyobrażam sowę, Zwłaszcza, iż słońce właśnie że zapada;
I będę mówić ci o każdym z ludzi, Którego spotkam: czem lub kim się zbudzi» '■0.
Tu się ku furtce tarasu zbliżali,
Lecz ta skrzypnęła prędszym ruchem od nich,
1 w ramie onej, na łunie z opali,
Wśród błąkających się blasków zachodnich,
Dwa kształty rosły mężów dwóch przy-chodnich.
O precepta (łac.) — przepis, prawidło.
2) Żart ten odnosi się do mniemania pitagorejczy-ków o przechodzeniu dusz. (P. P.).
C. NORWID
«Któż jest ten pierwszy Quidam?» rzekł do pani
Towarzysz, dalej prowadząc rozmowę; Gdy wraz zbliżyli się wzajem poznani.
A Aleksandra syn rzekł: «Poniósł głowę Pod topór może». — «Co to znaczy? Kto?» I przez chwilę trudno zgadnąć było,
Co pozdrowienie takie zagaiło,
Co ten a owy w słowie quidam baczy,
Co Zofja słyszy, co Barchob rozumie,
Co Artemidor—czworo, lecz jak w tłumie. Jeden więc płochy żart myśli niewieścićj, Niedosłyszenie jedno, i nazwisko Męża, co świeżo oddań jest boleści, Zrobiły zamęt, który stał już blisko Sprzeczki, albowiem pomieszał powagi,
0 ile prawdy nie znosiły nagiéj.
Mistrz Artemidor czuł się może nieco Wypartym z blasków, co jak Febu świecą, Czyniąc go zawsze stojącym wspaniale, Utwierdzonego na słonecznym wozie W nieodpoczliwej swej apoteozie ').
Zofja też, którą, jak Safo na skale,
Gmin przywykł mniemać wiszącą u liry Dłońmi, a rąbkiem ledwo szaty nikłej W nieodgarnięte zaplątaną żwiry,
Czuła się w roli swej zachwianą zwykłej.
Barchob pojmować nie mógł, że wypadek Może mieć miejsce, a jego towarzysz Stał jako powód sprawy i jak świadek — Co, jeśli dobrze, jak zaszło tu, zważysz
1 zwiększysz w postać takiego ogromu Jak Rzym, odpomnisz niejasne powieści
O chrześcijanach, iż są plagą domu,
Który ich ciche osoby pomieści;
Tudzież o znaku linij dwóch przeciętych, Co tych przeklętych strzeże czy tych świętych;
O cieniach zmarłych i nazwisk ich sile Takiej, że wzmianka sama zrobi tyle, Tyle niesmaku i rozspołecznienia,
Dla jednej nazwy — mniej, dla nazwy cienia!
Tak się i stało przy onem spotkaniu, Gdzie wyraz: «quidam» ład pomieszał cały, Aż po stopniowem myłki sprostowaniu Postacie w formy dawne powracały, Tylko zbliżone lekkiem przypomnieniem, Że jednym błąd je raz ogarnął cieniem. Więc zapewniwszy, że się od-zobaczą,
Do miasta jedni szli, drudzy do maga, Lecz Zofja odtąd zgadywać się wzdraga,

  • ) apoteoza (ur.), ubóstwienie.

Kto są przechodni ludzie i co znaczą Tam, gdzie wszechduchów zawisnęła waga.
XIII.
To już dwa wieki od Grecji pogrzebu, Gdy biały duch jej podniósł się ku niebu W szlaki dokonań, dzielone na stacje Gwiazdami dziejów, między konstelacje:
I stal tam z lirą w przestronym lazurze, Na resztę dziatwy patrząc rozproszonej, Co tu i owdzie, przy pękłym marmurze Stojąc, liczyła tryumfy i zgony,
I czekał, jako narody zabyte,
Aż wszystko będzie do szczętu spożyte,
Aż Grek ostatni przymiotem lub winą Zginie i myśli same się rozwiną, Wpisując w tejże porządek litery,
Ile są wieczne, Greków drugiej sfery, Zrodzonych może u krańców północy ’), Co, jak rodzeństwo, zbiegną ku pomocy.
Rzym wtedy swym się Adryjanem cieszył, Mniej bacząc, co się między gwiazdy działo; Sto razv na dzień bok duchowi przeszył Greckiemu rzymski, w swe go strojąc ciało; Lecz najswobodniej mężniał sam w tej sile, Co, wolna marzeń, sypia na mogile,
Sile wyższego coś mającej może,
Lecz przez zakryte jej widoki boże.
Więc rzymski szlachcic jeszcze rad był Greka
W biblijotece chować, gwoli rzeczy Piśmiennej, która wolnej chwili czeka Albo z ckliwości w dni deszczowe leczy; I słuchał bajek, spisanych w Homerze, Tak, jak w komedji przeciwsokratejskićj-), Dowcipnej, że aż śmiech nieledwo bierze; Lub, stawiać łaźnię czy ratusz gdzie miejski,
Grekowi radził zmieniać kapitele8) Kolumn — len środki że znał, a ów cele.
Grek przeto młodzi prawił o Sokracie. Myśląc o rzymskich podatków zapłacie, Lub tryumfalny stawiać luk, kolumny Przepraszał w sercu i dłóta czuł zgrzyty. Gdy duch mu Grecji szeptał: «Nie bądź dumny,
Lecz cierp — ulecisz za mną na błękity; Tyś mistrzem ziemi tej, a Tybru glinę Na posąg w ręce wziąłeś. Nie zaginę!»
1) W kilkanaście wieków Byron jedzie służyć sprawie greckiej. (P. P.).
2) Mowa o komedji Arystofanesa p. t. «Chmury».
3) kapitel (lac.) — głowica, wierzchołek słupa (kolumny) nieraz ozdobiony rzeźbą.
Inny syrenę tę, z półrybiem ciałem,
Bez wrzących pulsów, odepchnął daleko, Idąc za coraz nowym ideałem Coraz nowego mistrza: co ci rzeką? Posłyszeć, chwilę rozgorzeć, «Skonałem — Wstałem» zanucić radośnie, lub w dobie Trudnej z Zenonem1) pomyśleć o grobie.
Nie był to wszakże czas rzymskiej potęgi. Bo już Rzymianin znał się, że realny,
I zapisował porządnie do księgi Edykt2) ten albo ów perpetualny3), Ciesząc się więcej edyktów porządkiem, Niż rządem — najmniej ciesząc się ich wątkiem.
Niewolnik chyba lżej posuwał kroku, Czując, że ręką ktoś go wiedzie w mroku; Lecz zali cesarz to był lub właściciel.
Nie znał — i wietrzył, jak spóźniony mściciel.
Żyd milczał w izbach zawartych, jak trumny;
Chrześcijanin znikał, lecz jawnie i w czynie,
Jako przy świetle kagańca kolumny Też same zawsze, czy je olśnisz, czy nie.
A jako bywa wśród ległych ogromów Myśli lub ciała, że w proch się trą nikły, Tak już rozgłośnie systemy atomów Brzmiały: te zawsze jedno znaczyć zwykły! Znaczyć, co znaczy na zimnej miednicy Popiół, gdy mirry braknie w kadzielnicy.
Ci, co wchodzili do mistrza Jazona, Ujrzeli rękę jego wyciągniętą Na znak, by siedli. Lampa zapalona Przeciw fontannie płomień niosła kręto, A blaski onej, rosą odkroplane,
Drżącemii światły wbiegały na ścianę.
Mistrz siedział, nogi mając wzdłuż podane, Jak się na niskiem spoczywa siedzeniu, Lecz nie odmienił nic w swem zamyśleniu, Tylko niekiedy dłoń podnosił kczołu, Szerokim łokciem przypartą do stołu,
Jak człek na pierścień gdy patrzy lub mniema,
Że czas już powstać, ale woli nie ma.
Po chwili w stronę gościa wzruszył głowę, Leoz do Barchoba wraz zatoczył lice, Mówiąc: «Co zaszło?»
1) Z Zenonem o samobójstwie. (P. P.).
2) edykt (łac.) — rozporządzenie monarsze.
3) perpetualny (łac.) — powszechny, ogólny.
KĄTY
«Zdarzenie mniej nowe Niż smutne» odrzekł, patrząc, jak na świecę Na wzrok .lazona, który nań promienił. «Chrześcijanin Gwido mówił — to i tyle» Tu zmilkł i blade lica zarumienił.
«Cóż oni mówią?» Jazon rzekł powoli Bez pytajnego akcentu, ni soli.
«Cóż?» odrzekł Barchob, jak echo gasnące I była chwila ciszy, która boli,
Jak głośne kłamstwo lub prawdy ginące W czasie, gdy wszystko mają oprócz woli.
«Mówił» — gość rzecze po niejakiej chwili —
«Że bogi, więcej od cesarza czczone,
I była chwila ciszy, która boli,
Że są prawdziwe rzeczy i zmyślone —»
Kiedy to zdawał gość głosem nierównym, Mistrz Jazon, głowę uchyliwszy w stronę, Słuchał, lecz widno sens mu nie był głównym
Przedmiotem treści, tak wypowiedzianćj, Lecz słuchał, jakby kto mówi sens znany.
I znów fontanny tylko łzy perlone Brzękły—czy Barchob cofnął się do ściany.
«Że są prawdziwe rzeczy i zmyślone,
Jest fałsz — i prawda», Jazon zimno doda. Patrząc, jak kropli się w fontannę woda: «Skąd rodem jesteś?»
«Z górnego Epiru».
«Szkoły?»
«Różnego zażywałem stćru I oto pismo mam Artemidora».
Wziął je i, patrząc dookoła sali, Wyciągnął rękę ku bazie Kastora Z Polluksein'), rzucił i pojrzał, azali Legio, jak człowiek, lekarstwo ważący. Niby roztropnie i niby niechcący — Potem rzekł:
«Cesarz!» — jędrnym głosem wcale — «Panuje mądrze nad szerokim krajem,
W którym są ludy, jednym zjęte losem, Różne i różnym żywe obyczajem.
Obyczaj jeden trwa lat sześćset, trzysta Inny znów ośmset lat — człowiek nawzajem
Obyczajowi służy, jako może,
By przecie robił coś, acz jest chwilowy» —
0 Itastor i Polluks, «Dioskurowie», bracia Heleny trojańskiej, czczeni jako bogowie.
190 C. NORWID
To zaś litośnie poparł ruchem głowy — «Więc trzeba cenić, gdy dziecię, po wzorze Pisząc, dokłada i swój trud jałowy!» —
Tu przetarł włosy i sprysnął palcami I rzekł: «Innego dnia będziemy sami, Teraz już późno». Wstał, Barchob na stronie Ku lampie miał się.
«Zrodzona w Sycjonie Czy w Knidos, jest tu poetessa pewna: Grecja do siebie ma, że była śpiewna». Mówiąc to tonem żegnalnego słowa, Mistrz Jazon ginął w mroku wielkiej sali. Syn Aleksandra czekał, aż ta głowa Siwa, od lampy oświecona wdali, Zmierzchnie i jako meteor się schowa. Potem stał jeszcze, jakby słuchał nieco. Co zmówi powieść wody różańcowa, Skoro ją blaski księżyca oświecą,
Już niełamane od ognia promieni;
A potem westchnął i wyszedł. Noc była Widna; podwórzec, usłany z kamieni, Bielał; lecz w każdym pierwsza myśl ożyła, Skąd był, do czego ziarnkiem swym należał.
I każdy z głazów tych, zdało się oku,
Że przypominał się znajdować w tłoku Wstrzymany, ale nie ówdzie, gdzie bieżał. Stąd niemy lament między temi bruki Czułeś i różnych wytężeń splątanie:
Co Aleksandra syn baczył, jak wnuki, Gdy legend poczną skwapliwe czytanie, Słysząc chód znany, szelesty, i stuki,
I nieuważne mieczów potrącanie,'
Takie, że, rzekłbyś, dziady szli ku tobie W miarę twojego zaczytania w treści, Lecz wstrzymywali się, chowając w grobie, Ilekroć brałeś rzecz ich za powieści,
Lub zmianą ruchu wypocząłeś sobie.
Szedł więc ostrożnie, jak wśród rzeczy żywych,
Przez on podwórzec ku parowu jamie, Plamami cieniów pstrej od sosen krzywych,
Wiodącej ścieżką swą ku znanej bramie; Tu, ówdzie bacząc leżącego w ciszy Męża, co w śnie się przewraca lub dyszy, Albo półsennej modlitwy domawia. Płaszcz strząsa, kamień pod skronią poprawia.
Ci wszakże goście senni byli jemu Bynajmniej dziwem; każdy ich widywał I mijał — myśleń aby nie przerywał Lub snu, lub mowa ich że cale inna Od rzymskiej, albo że postawa gminna!
Syn Aleksandra owszem myślil raczćj: «Oto tu Zofję spotkałem, tą drogą Szla. Cóż pomyśli, skoro mię zobaczy?
Co mi odpowie i z jak wielką trwogą,
0 pamiętniku gdy wspomnę zgubionym?» Dalej — «Jak wspomnę?» — myślał jeszcze
dalćj
Chwilę: «Co było w pamiętniku onym, że radby przejrzeć go, że potem spali,
Acz wiele mógłby dopełnić miejscami».
1 tu mu Gwido stanął przed oczami I mag. Postacie te mało podobne,
Pamięci próbą nieco oddalone,
Rozjęły mu się w kształty dwa osobne: Wspomnienie Gwida, ściśle określone Czynem, w jasności dokonanym dziennćj, Żywotny miało blask, bynajmniej senny; Szczegóły wszystkie dośrodkując w czynie, Po lada fraszce przypomnieć się dało,
Jak chleb ten samy smak ma i w drobinie, Co w bułce — albo jak toż samo ciało
W ćwierciach na cyrku, gdy męka już minie;
Wszakże, nie mając strony tajemniczśj, Nikło jak zwykły fakt, bo niezwodniczy! Wspomnienie maga było, jak tych rzeczy Kosztownych, z miasta spalonego wziętych, Które dopełnia wzrok i patrząc leczy: Posągów takich, gromami pociętych,
Nie zapominasz, jak roboty własnćj.
I jasny ci ich kształt, gdzie był niejasny, A ciemny ówdzie, gdzie w pełnej trwał sile;
W sposób, że, ileś włożył w nie, znasz tyle. Mistrz Artemidor w przeglądzie takowym Wspomnień mniej więcej został jednakowym;
A Zolja coraz w myśli się wtrącała:
Jak rzecz zgubiona, ciekawa, choć mała, Którą odnaleźć gdy się człek usadzi.
Nie idzie o nią, lecz traf ją sprowadzi.
Tak marząc, nagle w pobocznym rozstępie
Drzew ku księżycem olśnionej płaszczyźnie Usłyszał łoskot — jak gdy skrzydło sępie Bije, jeżeli wąż się w gniazdo wśliźnie — Łoskot, w przestanki porwany gniewliwe, A dalej słowa, zgryzione namiętnie,
I znowu łoskot — jak w ciało nieżywe — 1 echa, tętno liczące po tętnie,
Tępe, jak kropel, rzucanych po ścianie, Spadki, lub suchej gałęzi trzaskanie.
Tam więc skwapiwszy się, gdy patrzył chwilę,
Ujrzał naprzeciw biustu Apollona Postać jakoby męża w wieku sile, Wzruszającego raz po raz ramiona,
Tam i napowrót kroczącego gniewnie,
Jak gdy kto swego fuka niewolnika Lub klnie, tylko że sługą był tu pewnie Kamienny bożek bez sił i języka.
Tego więc plwając, pokoić się wracał On mąż i siadał chwilę na uboczy I znów przypadał doń, pięściami macał I milkł i siadał znów, zakrywał oczy — Scena ta, zwłaszcza przy świetle niepew-nem,
Zatrzymywała wzrok na chwilę długą, Uczuciem widza nie przejmując rzew-nem —
Czasu, gdy nieraz krwi gorącej strugą Cucono rzesze na cyrku znudzone,
A rzadki wierzył i trza było może Wierzyć, by kopać wizerunki boże!
Syn Aleksandra patrzył w stronę ową, Długo nie wiedząc równie, co to znaczy, Jak, co ma począć, — aż sam sobie mową Przerwie: «Co to jest!» i głośno zahaczy
0 tuż leżące suche drzewa łomy,
Jakby ostrzegał: «Jest ktoś niewidomy». Czego gdy echo zabrzmiało dokoła,
Znikał on smagacz, nie rzekłszy: «Kto
woła?»
A Aleksandra syn, z śmiechem czy bólem, Szepnął: «Jestżem mu Gwidem czy Apollem!» ')
Z śmiechem czy bólem? Ciekawość albowiem
W sumienia względzie bolesną jest rzeczą, Której najczerstwszem nie poradzisz zdrowiem
Ciała ni środkiem, którym ciało leczą;
1 fraszka nieraz mała, gdy zapyta Sfinksowym głosem, na długo myśl chwyta. «Któż jest on gniewny smagacz Apollona? I czemu w nocy —■ w ogrojcu Jazona? Jeden z tych cichych mężów, co przy domu Siadywać zwykli w wędrownej gościnie? Czy i sam Jazon, nieznany nikomu
Z wiary swej, jest w tej ceremonji, czy nie! Czy to hebrajskich mędrców jest robotą, Chrześcjan czy także nie winują o to? — Lecz Artemidor tak bliski z Jazonem, Wtajemniczony w maga wszelkie sprawy. Cesarz go ceni; Gwido zaś, ten zgonem Własnym na jawie walczyć umie z tronem. Nie, to szalony ktoś, lub dla zabawy,
Lub który z chorych doktora Jazona Wybiegł, księżyca opętan promieniem; Lub nieszczęśliwy czciciel Apollona Za liche wiersze mści się nad kamieniem».
!) «Jestżem mu Gwidem?» Odniesienie myśli do zajścia na stronie 188 skreślonego, «gdzie wyraz quidam Jad pomiçszal cały*. (P. P.).
MATY
To myśląc i tej gdy doszedł swobody, Która mniemania daje wyjaśnienie,
Syn Aleksandra szedł, jak człowiek miody W powietrzu, które nagaba sumienie,
W powietrzu, zwianem z przedświtem epoki
Nowej, z mętami starej, z siarką, z solą, Z szeptaniem kształtów nikłych jak obłoki, Z bitw gwarem, które mają być, a bolą; Powietrzu, które czujesz, że się może Zapalić wkoło, jak pomiotło boże,
I kometami rozstrzelić — miast wiele Zmazać i ludzi porównać w popiele.
«Spocząć, ach, spocząć!» serce wtedy woła, Szukając wkoło, gdzieby się oparło:
Na piersiach czyich lub progach kościoła Jakiego — wątpiąc, czy jedno umarło, Czy wszystkie zmarły, a jedno nie zdoła!
Noc to, w czas której ten i ów powstawa, Nucąc lub klątwy rzucając niewczesne;
A prawda ludziom zda się jak zabawa, Zabawa jako strapienie bolesne;
Słowo jest ogień, milczenie jest lawa — Jakoż szczęśliwy, kto, wstawszy, gdy ciemno.
Nie dotknął liry swojej nadaremno. Przedświtu blasków doczekał, a potem Wytrwał i, dniowy jaw jakkolwiek szarpie. Wytrzymał burzę, co przemija z grzmotem,
I skubie tęczę — dla serca — na szarpie1). Jakoż szczęśliwszy, kto nie posiał solą, Mimo że słonych łez niemało strawił. Lecz nie tu koniec z uprawą i rolą:
Kto siał gorczyczne ziarno, zgorzknił, zbawił:
Gorczyczne ziarno liche i pieprzowe, Prochowi równe, który nogą zwiewa, Lecz wyżej serca urasta, nad głowę,
I tak się staje podobieństwem drzewa, że ptak niebieski gniazdo na niem miewa.
Lucius Pomponius Pulcher, pod tę porę, Najzawołańszym młodzieńcem był w Rzymie:
U niewiast, które szaty różnowzore Noszą, czarownie zwykło brzmieć to imię; U niewiast, które zaniechały pallę2),
A włosy w rąbek ku górze od skroni Zgarniając, cztery naraz mówią: «Vale!»
0 szarpie, nici, wyszarpane ze starego płótna, : gdyś używane jako opatrunek na rany.
2) (Palla) Pallium — szata poważna. (P. P.).
192 C. NORWID
Imię Pomponius brzmiało jak: «Do broni!» W legjach lub jako — o publiczny wstydzie! —
W zebraniu tlumnem poszept: «Konsul
idzie».
Pomponius ród swój szlachetny wywodził Przez senatorskie krzesła. Za Trajana Z Plinjuszem młodszym jeden z nich gdzieś chodził W Egipcie, drugi jadł u Domicjana,
Inny posłany był w Panońskie szlaki Jako generał, skąd koni i siana Sprowadził naraz tyle, że żołdaki Z prowincji i lud. sprawy tej spektator1), Już, już wykrzyknąć chcieli: «Imperator!»
Lucius Pomponius Pulcher nie był wiele Ćwiczony w rzeczach mądrości i prawa, Lecz miał do siebie to, że mawiał śmiele, I to, że rzymska kochała go sława. Urzędem żadnym jeszcze się nie bawił, Lecz znane było, iż w willi Pomponji Ogrodowemu bogowi postawił Świątynię, wszakże nie uczęszczał do nićj, Filozoficzne swe mając mniemania,
O których zczasem miał napisać nieco,
Co wszakże słuszne zwlekły odkładania,
Aż się te rzeczy utrą i rozświecą. Tymczasem Cyntje2) siały mu spojrzenia, Gdy do teatrum wchadzał w swej chla-midzie 3)
Zębionej złotem, i coś nakształt drżenia Zausznic, kolij brzmiało: «Pulcher4) idzie».
Bywało nawet, że senator siwy,
Za Pulchrem widząc rzesze i pochodnie, śmiał się i palec podnosił leniwy W kształt V, co znaczy «Witaj!» i jest modnie.
Mistrz Artemidor, starych idąc śladem. Zwał go niekiedy małym Alcybiadem; Pomponius, zasię, słysząc te wyrazy, Zwykł był pokłaniać pedum5) kilka razy — Pedum bynajmniej gminne, z jakiej śliwy Suchej lub krzywej wycięte oliwy,
Lecz wyrzezane z zęba słoniowego, Złotemi ćwieki misternie upstrzone,
Z napisem L. P. P., wreszcie do tego,
Jak włócznie, laska, tyrs6), lub styl noszone.
1) spektator (tac.) — widz.
2) Cyntja, rzymskie imię dziewczęce.
») chlamida (ar.), rodzaj płaszcza, który zarzucano na prawe ramię.
4) Pulcher (tac.) — piękny.
B) Pedum — taż sama laska, u góry zakrzywiona, której dzisiaj Anglicy konno jeżdżąc używają. (P. P.).
6) tyrs (nr.) — laska bachantów, opleciona bluszczem i liśćmi winncmi, a zakończona u góry szyszką.
Nigdy sam, zawsze chadzał on ze swymi, Którzy mniej więcej byli mu podobni, Ten z szat, a owy gesty udanymi;
Ci swoi wszakże mniej byli ozdobni,
1 mniej bogaci, i rodem nietyle Świetni i wziętość mieli mniej motylę Pomiędzy Cyntje, Lidje i Kamille.
Pierwszy z nich, Florus, Longinem ') nazwany,
Za Pomponiusem, jak cień uwiązany Chadzał, a głowa jego nad ramieniem Przywódcy była jakby dopełnieniem, Którego oko nawykłe szukało,
Bacząc, czy całe jest dwugłowe ciało.
Lucius Pomponius zamierzył oddawna Ugościć Zofję w Villa Pomponiana;
Lecz nie z powodu, że ta była sławna — Raczej, że, sławną będąc, była znana.
Nie, iżby liczył w sposób małogodny,
Iż stąd dwa razy tyle będzie modny, Dotyla cale nie będąc ialszywym,
By się wyręczał środkiem niewłaściwym — Lecz że to wszystko mimo woli jego W powietrzu miejskiem znajdowało spadki Takie, iż, najmniej nie dodając ego2), Czyniłeś, raz się w te wpisawszy kratki, I byłeś takim nie przez swą osobę,
Lecz, że nijakim byłeś w taką dobę,
I gdybyś widział, że to drugi czyni, Tylkobyś winił go, że się nie wini.
.Tuż wiele razy na przechadzce tłumnćj Przez via Appia, gdzie w chłody wieczorne
Przejeżdżał senat i patrycjat dumny, Matrony, dziewki i rzesze pokorne. Pomponius Lucius, rydwanem czerwonym Tocząc, jak Neron, Zofji szukać lubił. Nie, iżby kochał albo chciał być czczonym, Lub jak chrześcjanin wzrokiem ja poślubił.
Lecz, że nic k'temu nie ma ani przeczy, że to się dzieje tak z natury rzeczy.
Ta zaś natura rzeczy jest następstwem Rytmu wypadków, nieu jętych niczem Gwoli celowi i nie jest przestępstwem W bezprawnej sferze, z Janusa8) obliczem, Bo tam przestępstwa niema, ani zdrady Ani przykładów niema — tylko ślady!
Hołdy te Zofji nie były natrętne;
Lecz, kto ją widział je odbierającą,
1) Longinus (lac.) — długi, przydomek rodu Cas-siusów.
2) ego (lac.) — ja.
3) Janus — bóg rzymski o dwu obliczach, z któ-
rych jedno patrzyło w przeszłość, drugie w przy-
szłość.
Dostrzegł, że lica jej byłyby smętne, , Stalszemi będąc — tak kwiat gdy potrącą Przechodnie w sposób niezbyt pogardliwy, Odproslowywać się zwykł harmonjami Słodkiemi trzciny swej, choć niecierpli-wćj.
Któż bowiem kochał, jak to później zwie się,
Jeśli to stałe ma gdziekolwiek imię! Któż-bo lub raczej któryż kochał w Rzymie,
Co pierwsze dziewki gwałtem sobie niesie Z teatrum do dom lub, jak koturn zmienia Bez obrażenia i bez przeproszenia, Pomny, że inne czucia są olbrzymie A inne karle, i dumą tam sięga,
Gdzie się krew w ducha rozprzęga czy sprzęga l.
Zofja inaczej — ona z Rzymu brała Moc niemyślenia, że gdzieindziej wzrosła; Resztę zaś kratą liry zamykała I wtedy była — czy straszna, czy wzniosła Nie wiem; tak klatkę lwa, gdy z nim zadrżała,
Wydążasz furty zatrzasnąć podrywem;
A choćbyś sam był lwem, wiesz jedno: «Żyw-em!» 2)
XV.
«Obyczaj wolny jest od obrażenia W czasie, • gdy wszystkie równe mają prawo», —
Mówiła Zofja — «ja dziś do jedzenia Siadam3), a tobie, gdy chcesz, służę ławą
I, jeśli zwyczaj masz, wieńcem bluszczowym» ’),
Co Aleksandra syn słysząc: «Gotowym», — Odrzekł — «czemkolwiek darzy, przyjąć od niéj,
Mimo, iż bluszcz mi skroni nie ochładza. A róże? Może bez wieńca swobodnićj; Może stosowniej—kwiat albowiem zdradza Upadkiem».
«To jest stary przesąd wschodni», Odrzekła Zofja, gdy głowy golone
1) Formacje rodów kabalistyczne, bez względu na serca, a z widokami jedynie socjalnemi i politycz-nemi dla utrzymania ducha rodu. (P. P.).
2) «Żyw-em» — skrócenie: jestem żywy albo uszedłem cały. (P. P.).
a) Tak kobiety greckie jadały, przy łożach siedząc. (P. P.).
4) Wieniec bluszczowy od odurzenia winem — spadanie kwiatów z wieńca, oznaka nieszczęścia w miłości — a wieniec dębowy nosiły osoby, które pominął piorun, co godność i świętość oznaczało. (P. P.).
C. Norwid. — Dzieła
tATY______________________________________193
Dwóch niewolników, ku niej pochylone,. Słuchały ciszej rzeczonych rozkazów.,
Jak wyciosane karjalydy z głazów.
«Więc przyjmę lauru wieniec lub dębowy. Pierwszy, ażebym z odkrytą był głową, Jako ty jesteś — drugi, iżem głowy Nie oddał treści słów twych piorunowćj». «Młodzieńcze!» — Zofja na to mu odpowie, «Jesteś przyjemnym bardzo biesiadnikiem! Rzecz coraz rzadsza, tak, iż wkrótce, kto wie,
Może nie będziem jadać, albo z nikiem».
«Zaiste, coraz mniej umieją gościć», — Syn Aleksandra prawi, biorąc jadło, — «Aż to, co zowią chrześcijanie: «pościć», Znacznie się w biedny lud w imperjum wkradło».
«Znasz więc inisterja onych?» — «Podróż moja,
Że filozofję wszelką ma na celu,
Czyni, żem dotknął niejednego zwoja Pism i moralnych precept mistrzów wielu». «1 — ?» rzekła Zofja z półuśmiechem, który
Coś nieżeńskiego miał.—«1 stąd powziąłem Wiedzę o różnej praktykach natury.
0 onych» — mówił dalej — «co, popiołem Chleb posypując, zstępują aż na dno Całości człeka zbiorowego w czasie,
1 tam tykają prawd — tykając, władną.
0 onych» — mówił jeszcze — «którzy zasię Przenoszą mądrość czerpać z żądzy sławy,
1 są współczesnych zwierciadłem promieni. O onych, którzy z natchnienia, jak z lawy Wulkanu, cacka robią dla zabawy,
Albo są skrzydły orlemi noszeni — —
O onych jeszcze, którzy ważą pyły Na szalach myśli i są, jak mogiły Etruskie, dzbanów pełni rysowanych, Bronzowych złamków, tudzież łzawić1) szklanych,
Wyschłych, zielonych po kroplach, co zgniły».
«1 —» Zofja jeszcze dodała z uśmiechem. «1 — oto twoje, pani, piję zdrow’ie,
A pijąc, będę przypuszczeń jej echem,
Że, jak z ucztami, tak ż mądrością, kto wie,
Czy ta się w oczach naszych nie pogrzebie, Lub każdy mądrym będzie sam dla siebie». «Tego mniej dzisiaj, niż kiedy, bym chciała»,
Odrzekła Zofja tonem bez znaczenia. «Pani, to wszystko same przypuszczenia, Które jak płonne są, to pewna mała
0 Lacrymatoria, naczynia do łez szklane, w grobach znajdowane. (P. P.).
13
Okolicznostka mogłaby okazać!
I tak: elegjak *) pewny zapomina Naprzykład notat z tabliczek wymazać I gubi one».
«Więc wraz nową wszczyna Elegję, zgubę opłakując».
«Przeto
I mądrość niemniej, gdy się zapomina, Może jej służyć to za szczeble nowe,
Jak te elegje i tabliczki owe.
Lecz...» — Aleksandra syn głosem odmiennym
Dodał, wpatrując się w Zofji wejrzenie — «Czy o zdarzeniu jakiembądź codziennem Mowa? 2)
Gdy mówił to, zasłony drżenie I kroków echa zwiastowały gości;
Co bacząc, Zofja obróciła lica,
A Lucius z gestem dobrej znajomości Weszodł i Florus, znany z swej długości. Pierwszy zwyczajem rzymskiego szlachcica
Zimno, acz grzecznie, wstęp uczynił mały, Ku pani domu zwrócon i gościowi;
Drugi przyświadczał, jak człowiek mniej dbały,
Do kogo, o czem, mowa, lecz kto mówi. Obydwa siedli — Pulcher był odziany W przejrzystą szatę, a Florus w płaszcz, tkany
Sposobem zwykłym. Te szaty przejrzyste W Cos wyrabiane są, a rzecz ta droga Dlatego, że jest lekka, jak mgły dżdżyste— Zazwyczaj zowie się vitrea toga3).
Jakoż mąż w szacie takiej jest podobny Do rzeczy, w szklaną pochowanej skrzynię Ogółem kształtu; bowiem szczegół drobny Fałdami bywa zamglony i ginie, Zwłaszcza, iż muchy złote albo gwiazdy Porozrzucane są po tej tkaninie.
Krótka to była szata, jak do jazdy;
Więc i na ręku płaszcz on miał, niechcący Zwojem o pedum zaplątan kościane — Czerwone ciżmy, w księżyc zamykane Złoty, literą C świecący4).
Tak strojny usiadł, folgę dając ciału,
Jak duch, co swego dobiegł ideału,
1) elegjak (lac.), poeta, piszący smętne utwory li-ryczne, elegje.
2) Jest to albowiem elegja sławna nad zgubą tabliczek z wierszami do Cynthji. (P. P.).
3) Na wyspie Cos wyrabiano takie vitreas tonas. “W takiej to komży Neron chadzać lubił; Seneka komży takich używanie kobietom ohydza. (P. P.).
4) Takie C znaczyło liczbq sto i używało się za klamrę u ciżmów arystokratycznych. (P. P.).
A w palcach pedum obracając giętko,
Coś do Florusa poszepnął przez ramię; Potem na ciżmy pojrzal, strząsnąl piętką I umilkł. Floras, jak dąb, gdy go złamie Burza i czołem ku ziemi zawróci, Rękoma z krzesła ciężył żylastemi.
«Mieliśmy kwestję z filozofem gościem» — Zapowie Zofja — Pulcher przerwał:
«Zgadnę!»
«Mów!»
«O czas, przestrzeń, nudę, miłość —»
«Żadne
Z zadań tych, których wyboru zazdro-ścim».
Więc Aleksandra syn rzecze: «Pytanie Było, azali wkrótce umiejętność Dawania uczty całkiem nie ustanie Przez suchość serca, skąpstwo i namiętność».
Tu Pulcher, jako gdy kto własne zdanie Usłyszy, znacznie spoważnił oblicze I rzekł: «Na kwestji takiej rozwiązanie Więcej, niż mniemaćby kto mógł, dziś liczę.
Zdawna albowiem miałem w Pomponjanie Ugościć kilku przyjaciół i panię Tak, iż, by zamiar ten objawić, właśnie Przychodzę». Mówiąc to, Zofji wejrzenia Szukał, jak, kiedy z drgającego cienia Wnosisz, że lampa ci przedwcześnie zgaśnie,
A jesteś w ciągu twego zatrudnienia. «Czynem więc ma być kwestja rozwiązana?»
«To jest w naturze mojej». Pulcher rzecze. «Tak się rozstrzyga wszystko w Pompo-njana».
Floras rzekł: «Węzły gordyjskie a miecze Spotykać winny się — to jest logika, Przed którą bodaj wszechsyllogizm ’) znika,
Co tak dalece w filozofji mojéj,
Jako warunek sine qua non8) stoi,
Iż zczasem portyk3) stworzę k’temu nowv, Widząc, do ila czcze są szkoły wszystkie, Kierunek każdej krzywy i niezdrowy. Tylko mam jeszcze pierw do zbycia z głowy —»
Tu zamilkł, potem rzekł: «Nową artystkę Witał Rzym wczoraj na Flory wyścigach. Diva Elektra!» K’czemu Longin doda:
1) syllogizm (ar.), w logice nazwa wyciągania wniosku z przesłanek.
2) — (łac.), bez którego nic, czyli: bezwarunkowo konieczny.
3) Portyk oznacza tu publiczny wykład. (P. P.).
«Gra w cymbał, przytem na dwóch tańczy bigach».
«Musi być bardzo młoda?» «Bardzo młoda», Odpowie Pulcher Zoi'ji, a ta znowu: «Więc, do pańskiego wróciwszy systemu, By przerwy temi nie być wstrętną jemu—» Tu Pulcher przemilkł nieco, gdy gość dawny
Podpowie: «Portyk jeszcze nie jest jawny?»
— «Zaiste, dotąd, o tyle, o ile Swobodne na to pozwoliły chwile, Mniemam, iż wszystkie próżno nudzą tory, Jakiemi mądrość jest poszukiwana. Bierzmy z wielkiego Aleksandra wzory: Ten, gdy mu była jedna z prawd nieznaną, Tycząca bogów, tak zburczał kapłana,
Że odkrył mu ją na drugi dzień rano».
To rzekłszy, Pulcher Pomponjus dwa razy Dotknął się palcem najdłuższym wielkiego >),
Jakby miał chłopca wołać i rozkazy Dawać, lecz w geście tym liylo coś złego. Syn Aleksandra słuchał przez oblicze Zofji — ciemne to może wyrażenie,
Ale jedyne i najmniej zwodnicze.
Zofja słuchała, jak przez uprzedzenie,
To jest, przed końcem każdego perjodu2), Co ma nastąpić, wiedząc bez zachodu. Florus, nie widząc, by płynność się rwała W przemowie Pulchra, czekał z zaufaniem,
Aż piękność treści wysłoni się cała I nikt już z nowem nie wstanie pytaniem.
Więc tylko szeptał czasem: «Pulcher!
chwała!»
Mistrz Artemidor w ciągu tej perory Wszedł, cichem ogół skinieniem powitał I siadł, tabliczek dobył i coś czytał.
Potem rzekł:
«Inna, mniemam, jest brać wzory, A inna wzór brać» i zamilkł.
Te słowa
Dwulicej treści ogół zaniemiły I stron przeciwnych uwagę zwróciły, Jakby tam postać weszła janusowa.
Co gdy mistrz spostrzegł, zwracał się ku pani,
Niby rozmowę chcąc przetworzyć dla niéj, Gdy ta nie słowem, lecz gestem zapyta, Jako sentencja niejasna się czyta.
I było cicho. Mistrz rzekł: «Tenże samy,
. Takie trzaskanie palcami czyniło się ku zawo-laniu niewolnika i zwano je crepitare digitis. (P. P.).
2) perjod (gr.), zdanie, złożone z dwu symetrycznych części.
ŁATY______________________________________195
Za przykład wzięty, Aleksander jadał Wieczerzę, leżąc, do obiadu siadał.
My, co na różny sposób dziś jadamy, Jakoż powiemy: «Ja siadłem, gość leży?» Ten i ów sposób do wzoru należy.
I tak: gdzieindziej żydowscy kapłani Czynią, iż najmniej mąż ów ich nie gani; Przyjmują nawet hołd od bohatera Dla rzeczy, którą prawda ich zawiera *)• Jakkolwiek powieść, powyżej wspomniana Przez dorodnego mówcę a młodziana, Prawdą jest — wzór więc siebie sam zaciera?
Nie. Aleksander rozliczne miał doby,
Acz tenże samy w treści swej osoby. Wzór przeto biorąc, przedmiot się wykłada,
Gdy wzory z siebie na przedmiot się składa. Wzór jest to ogół przedmiotu, gdy wzory Są to usterki, przymioty lub pory,
Wzięte tak czasem, iż cel się zaciera,
0 Powieść, którą tu przytacza Pulcher o zbur-czeniu kapłana, aby mu prawdę ciekawą odkrył, wzięta jest z listu Aleksandra do matki jego.
Co do pokłonienia się Aleksandra Wielkiego bogu Abrahama i Jakóba, to wszyscy historycy świadczą, ale Flavius Józef na j wyborniej to określa: «Jakoż kiedy Aleksander w gniewie wielkim na Jaddusa, najwyższego ofiarnika, a przeto księcia żydowskiego, szedł z falangami swemi w marszu na Jeruzalem, objawione było najwyższemu ofiarnikowi, na modlitwie w strachu zostającemu, aby w strojach świątecznych z pieśnią i kwiatami wyszedł przeciw przewidzianemu wojownikowi; i wyszli lak kapłani, i Jaddus z njmi wyszedł w ephodzie lazurowym, zlotem tkanym, z lamą złotą na czapce swej, a na lamie złotej napisane miał zwyczajem przyjętym imię Najwyższego. Wyszli tak do Sapha, skąd widać Jeruzalem. Fenicjanie i Chaldejczycy, w falangach Aleksandra pod bronią będący, poszeptywali sobie, iż Aleksander ogniem i mieczem jcruzalemskie zastępy i miasto zniszczy; wszelako wojownik macedoński, spostrzegłszy arcyofiarnika, pokłonił się k’nie-inu i objął go potem i uścisnął, a gdy poufny jego, Parmenion, zapytał: «Komu to uwielbiany od świata i półbóg hołd oddaje?» — «Nie jego — odrzekł Aleksander — nie kapłana wielkiego, ale boga, którego jest urzędnikiem, uwielbiłem. Albowiem, kiedy jeszcze byłem w Macedonji i rozmyślałem sobie, ja-kiemi sposoby podbić potrafiłbym Azję, w tymże stroju pokazał mi się On we śnie i polecał, abym nie obawiał się niczego, abym Helespont śmiało przeszedł i że On na czele wojsk mych będzie, czyniąc mię zwycięzcą Persów. Jakoż, nigdy odtąd nie spot-kawszy nikogo ubranego w szaty one, które pamiętam ze snu mego, wątpić nie mogę, iż wojnę tę wedle widoków bożych prowadzę i że tak pogromię Darjusza, zniszczę perskie państwo i że wszystko podług życzeń moich powiedzie mi się». Po słowach tych szedł Aleksander w poczcie kapłanów do miasta i do świątyni Pańskiej — i uczynił ofiarę Panu Bogu wedle tego, jak mu zalecił arcykapłan, który potem, księgi Daniela proroka, podane sobie, otworzywszy, okazał Aleksandrowi, jako proroctwo o ksią-żęciu greckim perskie państwo zniszczyć mającym właśnie na Aleksandrze Macedońskim wykonywa się».
To podaje najszczegółowiej Flavius Józef: Antq. Judai. Księga XI. Rozdz. VIII. (P. P.).
13*
Bo wzór się bierze, gdy wzory dobiera. Jakoż młodzieniec, w wyrażeniu skory, Słusznie wniósł: «Bierzmy z Aleksandra wzory!»
To Artemidor gdy rzekł, cisza trwała, Tylko niekiedy Florus szepnął: «Chwała!» Syn Aleksandra zrozumiał sól rzeczy I ile, chwaląc, mistrz tem bardziej przeczy. Gdy Zofja lekkiem ku słudze skinieniem Napełnić czary kazała. Po chwili Chłopcy dwaj z lirą weszli i z siedzeniem Osobnem, które cicho ustawili,
I wyszli krokiem kamillów') mierzonym. Zofja powstała napół z odniechceniem, Na,poły z gestem dobrze obmyślonym,
I amiculę2) z ramion odrzuciła,
Idąc; osobne zajęła siedzenie,
A lirę do rąk wziąwszy, coś marzyła,
Na nieumyślne strun patrzając drżenie.
Po chwili czoło wzniosła okazale, Struny tem silniej drasnąwszy iglicą,
I jęła mówić, z początku niedbale,
Jak iskier rzuty, dalej błyskawicą Te, tak ciskane, słów iskry wstawały, Twarz oświecały i nad czołem drżały.
IMPROWIZACJA ZOFJI.
1.
«Czy z Olimpu to, gdzie są abrysy świata9), Rzeczą harmonijnej kłótni bogów,
Czyjś upuszczony styl na ziemię z brzękiem zlata,
Śmiertelnych dziwowisko progów? —
2.
Nie styl, nie, choćby Dedalów dzieło,
Nie narzędzie kruche, pism iglica,
Lecz twój, o mistrzu, głos i co się zeń przejęło
W myśl — i co krwią błysło na lica.
3.
Bo inna pojąć wzór i, całodżwięków tworu W pozajawie słuchając, nad światy
i) Kamille, chłopcy przy obrzę/flach religijnych w chóry i procesje ustawiani. (P. P.).
») Amicula barbarica, krótki płaszczyk z rękawami, jubka, przyjaciółka. (P. P.).
3) <abrysy świata», idee platońskie, których mar-
nem odbiciem jest świat ziemski.
Samemu kwiatem wzróść, ku prawdzie pierwowzoru,
A inna wieniec wić lub rwać kwiaty.
Jak ja»
dodała wieszczka, kładąc lirę, Głosem, co echa nie miał, lub nieszczćre, Gdy strun ostatnie dźwięki, coraz letsze, Strofę tę jeszcze powtarzały w wietrze:
«Bo inna pojąć wzór i, całodżwięków tworu
W pozajawie słuchając, nad światy, Samemu kwiatem rość ku prawdzie pierwowzoru,
A inna wieniec wić lub rwać kwiaty------------
Syn Aleksandra, bardzo zadziwiony, Patrzył na Zofji postać niepodobną Do siebie samej, gdy za nią te tony Rzuconej liry, na ławę osobną, Odbrzękiwały jeszcze w cztery strony,
A postać wieszczki z nich rosnąć się zdała, Jakoby z kręgu fali poruszonćj,
I szła ku gościom, blednąc, przytem drżała, Lecz nie przez dziewcząt obawę gołębią, Raczej, jak drzewa, gdy wiatry je ziębią, Jesieni skrzydłem odmiatając w stronę Liście ich, co już żółte i czerwone.
Drżenie zaś takie, że jest z wysilenia,
By drugim swego udzielić natchnienia I podnieść masę słuchaczy ku sobie, Szybko się innym udziela, lecz czyni,
Że podnieść mogła ich, o ile w grobie Umiała własnym pierw być, jak mistrzyni. Więc śpiesznie k’wieszczce nawrócili lica Goście na sposób każdemu właściwy: Pomponjus z gestem rzymskiego szlachcica;
Florus, jak człowiek, gdy chce pytać: «Czemu?»,
Lecz na obecnych pierw pogląda lica;
Syn Aleksandra, wieniec zdjąwszy z czoła, Powoli liście obrywał zielone;
Gdy Artemidor-mistrz, wpośrodku koła Stanąwszy, pojrzał w tę i ową stronę,
Na ramię potem rzucił płaszcza koniec I już miał usta nawpół otworzone,
By mówić, skoro zawołano: «Goniec!»
Był to posłannik maga, postać chora, Wchodząca krokiem wstępu i odwrotu,
A włos mająca zlepiony od potu;
Ten ręką z listem do Artemidora Skinął i pismo oddał — i znikł w sieni,
Gdy mistrz to czytał zwitek, to szedł w stronę,
A goście byli nieco zadziwieni,
Sięgając myślą w list i za zasłonę.
Po chwili wszakże dawny spokój wrócił, Z nim przedmiot dawny czuć się dał w rozmowie,
Więc mistrz, ująwszy prawy płaszcza koniec,
Na ramię lewe układnie zarzucił,
Jak człowiek ufny, że dotrzyma w słowie, Gdy nagle głośniej obwołano: «Goniec!». Gońcem tym liktor był z cesarskiej świty, Dzierżący kartę, pisaną czerwono'), Stając, jak dobrze z marmuru wyryty Mars lub gladjator z zwycięską koroną, Tak, iż pomiędzy goście cisza wiała,
Gdy Artemidor brał list, chyląc czoło. Florus sam jeden poszepnąć chciał «Chwała»,
Lecz usta przyciął, patrząc naokoło;
A Aleksandra syn te rzeczy ważył Jawnie, zaś jawniej o odejściu marzył.
XVI.
Noc była — księżyc w przysionek otwarty Szerokie składał promienie, jak karty Księgi, z głęboką uwagą czytanćj.
Cienie dwa wielkie, ucznia i rabbiego,
Z podłogi czołgać zdały się na ściany, Wśród takiej ciszy, w której i niczego Zląkłby się człowiek, taką zdjęty ciszą, Gdy, że już koniec brzmień, myśli się słyszą. Ta zaś, acz próżna, łamać się zdawała Sama, na pewne akordy i spadki Rwąc się, i ducha ruch wywoływała Na słowo jakiejś sfinksowej zagadki.
W przerwach tych uczeń mistrza śledził oko,
Poprawiał lampę lub wzdychał głęboko. Mag po fenicku mówił do Barchoba, Który, w podróżne zawity odzienie,
U nóg mu siedział i, ramiona oba Ku piersiom zgięte mając, tkwił wejrzenie W każdy ruch wargi starca, w oka mgnienie.
«Przejezdną kartę i na statek prawo Wnijścia z cesarskiej woli się otrzyma. Jodziesz» tu Barchob błysnął okiem łzawo, Co mag zoczywszy, dodał: «Tego ntóma Z postacią?» «Niema!» Barchob mu odpowie,
Stwierdzając krymkę podróżną na głowie, A potem lampy światełko czerwone

  • ) Imperatorowie czerwonym atramentem pisywali. (P. pj.

liATY
Krzepił strącaniem popiołu na stronę. Więc mag znów rytmem, jaki się używa, By czas przeczekać natrętny długością, Mówił:
«Ten i ów rodzi się, a bywa:
Ci duchem, tamci zbliżeni są kością,
A tamci głosu dźwiękiem, a ci mieniem,
A owi jeszcze głębszą wzajemnością Bytów i onych spowinowaceniem.
Zastępy z tego ciągle sprawowane Że urastają w to, co Grek nazywa Dramą, — prawdziwe rzeczy to i znane. Lecz jest szczęśliwa rzecz, jest nieszczęśliwa!»
Tu westchnął, palcem poruszył siwiznę, Tak ciągnąc dalej:
«Drama też a drama — Grek, a Bzyinianin, a Żyd — nie taż sama. Zobaczysz jeszcze, będziesz miał ojczyznę W dłoni. Ja może skończyłem nad tobą». Tu Barchob czoło skłonił:
«Mnie zostanie, Jak z wizerunkiem twym, zostać z osobą, Której odbyło się w przyszłość skonanie, Gdy ty siedm skrzydeł uniesiesz ode mnie; Bo może jesteś ów, może — to chyba Sprawdzi mąż, który wszystkie odgadł cdemnie,
I, żem nie zmylił się, powie Akiba *). Wtedy —»
Tu porwał Barchoba za ramię, Ale mu w czoło wzierał tak głęboko, Jakby pisane tam dopatrzył znamię.
I spotkał się mistrz z uczniem oko w oko, Milcząc — — — — — — — — —
Gdy nagle po płaskich kamieniach Podwórza szybkie zabrzmiało stąpanie, Rosnąc, a dalej i w przysionku cieniach Mąż się pojawił nienadspodziewanie.
Był to bynajmniej posłannik ów z miasta, Lecz — o dziw! — był to Barchob, Barchob drugi,
Tak samo wiotki, ni mąż ni niewiasta, Młodzian, a z czołem pooranem w smugi. Też same oczy różowo-płomienne, Znużone zwierzchu i niby półsenne, Wewnątrz orlemu podobne wzrokowi. Taż sama młodość, sztucznie starta wiekiem
Skłamanym. Obraz takowy widzowi Zdawał się dwoić tym samym człowiekiem.
>) Akiba, współczesny wielki mędrzec 1 rabbi żydowski. (P, P.).
Tak, iż domowy Barchob uczul drżenie, Gdy postrzegł gościa tego, czy widzenie. Jazon zaś zimno patrzył nań z tą siłą,
Z którą ogląda rzeźbiarz dzieło swoje, Taż samą formą odlewane w dwoje, —
Co, gdzie, udało się lub odmieniło. Uczniowi potem wskazawszy przybysza: «Oto» — rzekł — «ten jest, który cię ucisza I jako płaszczem od ludzi zasiania.
Za trzy wigilje masz się ku Juded.
On tu czasowe podejrzenia zgania».
To rzekł, tablicę wyjął z M. B. C. I., Kościaną, w głoski te bitą złocone,
Na piersi ucznia zawieszając onę ')•
Wszystko to szeptał mag fenicką mową, Gest równy mając i twarz jednakową; Tak, iż zdaleka przybysz zatrzymany Barchoba nawet nie widział profilu,
Ile że twarzą zwrócon był do ściany. Przybysz woddali, jako innych tylu, Czekał, znak k’temu odebrawszy niemy, Że, gdy ten wyjdzie, sami pomówiemy. Mag uczył dalej:
«Lista tych, z którymi Kiedybądźkolwiek mówiłeś, zostanie.
Toć i on Barchob, spotkawszy się z nimi, Przez stopniowane toż samo podanie Utrzyma w ciągu, a zerwie, to zerwie. Tyś może zorzy synem 2). Koniec z tobą, Nie mojej odtąd, jak mówią, Mimerwie Służysz; z twą drugą zostać mi osobą;
Coć powie wielki Akiba na górze,
To i ja wyznam, usłucham, powtórzę. Jam cię nauczył tylko abecadła I wiesz, jak która wzrosła treść lub padła». Tu — już po rzymsku — mówić począł głośnićj:
«Rzym śni, jak wielki mąż, śni i dośni Potężny genjusz!
«Romulus na wszczęciu Praw rzuca zaraz ojczyste puklerze3)
I już wybiera, jak mąż, acz w dziecięciu, Argijskie4) woli tarcze i te bierze.
Które też szersze są ku zasłonięciu.
«Łuczniki rzymskie zazwyczaj są z Krety, Okręty z Rodu; do pchnięcia sztylety
1) Insygnja zastępu Machabeuszów: tablica z kości słoniowej z napisem złotym M. B. C. I., który to napis wulgarnie oznacza Machabei, a kabalistycznie wykłada się: «Któż jako Pan Bóg izraelski!». (P. P.).
2) Zorzy synem: Bareochebas wykładano kabalistycznie gwiazdy syn. (P. P.).
3) Romulus w pierwszej zaraz bitwie porzuca puklerz mały własny, na szeroki go argijski zamieniając i t. p. (P. P.).
4) argijski (z Argos na Peloponezie), tyle co grecki.
Na miecze Gallów praktycznie się mieni; Z Etrurji teatr, z Grecji bogów lica — Bogów, których się ratuje z płomieni1), By nie zginęła sztuka, ta — dziewica!»
Tu mag, splunąwszy głośno, dalej rzecze: «No — filozofja także, także nieco Kwitnie! Greccy to stoicy jej świecą,
Ku piersiom uczniów zawracając miecze2).
«Prawo? Przypomnij, proszę, samo prawo: To nie w dziesięciu wierszykach spisane Krótkich, że mógłbyś ręką je wziąć prawą I w torbę schować lub przybić na ścianę3). To ksiąg foljanty, to biblijoteki Takie, że, gdyby barbarzyniec który Tybrowi oddał je licznemi wory, Skąpałby miasto przez sam wylew rzeki! Zaiste szczęsny, komu się udało Widzieć wszechświata i państwa stolicę. Lecz — gdzież jesteśmy?»
Domówił to z siłą I wielką rzucił okiem błyskawicę,
Wstając, a potem z powszednim spokojem Rzekł: «Oto jeszcze chwilę razem stojem» I, rękę kładąc uczniowi na czoło.
Które do kolan biegło jakby wagą,
«Idźże» domówił i, patrząc wokoło Ze zwykłą ciszą, ze zwykłą powagą, Wyszedł, przez ramię dorzucając słowo: «Posłańca spotkasz z kartą przejazdową. Twoje zaś, gościu, jutro się rozpocznie, Zowiesz się Barchob, wiem; niech Barchob spocznie!»
Ten raźno wyszedł, owy, toż do siebie Wziąwszy, z podróżnym wychodził tło-mokiem.
A po północy było już na niebie,
Przez księżyc obłok sunął za obłokiem. Coraz to wietrzniej i mniej uroczyście, Mdławo i piersiom duszno, jak na burzę. Ze ścieżek suche podfruwały liście,
Lub szeleściły, kładąc się przy murze. Wiatr, bez kierunku tu lam nagle rwący, Suchemi w parów pryskał gałęziami,
I znowu ciszy moment, acz niknący, Wracał i znowu wiatr miótł oblokamii, Wierzchami sosen obracał leniwo, Księżyca promień chmurą łamał krzywą. Widnokrąg cały zaciemniał się nieraz, Błyskawicami migocąc od spodu Tak, że wciąż myśleć mógłbyś: «Oto teraz Uderzy piorun».
1) Sztuka, patrz w następnej pieśni. (P. P.).
2) Stoicyzmu doktryna kończenia samobójstwem.
(P. P.h
3) Do mojżeszowego prawa zastosowanie. (P. P.).
Barchob nasz z ogrodu Wyszedł, do miasta kwapiąc się ulicą.
Co czuł, wysłowić tego niepodobna: Ogromna przyszłość, rzeczywistość drobna, Żar — bo nie zapał — żaglem, trud — kotwicą,
Powrót po latach trzech nauk Jazona, Judei wdali miasteczka błękitne,
I mrok, i znowu otchłań rozwidniona. Myśli, niepewne kształtem, treścią szczytne, Rzym pod nogami!, ile razy jeszcze Magowe słowa o nim pomnił wieszcze,
Co całą państwa sił architekturę Porozsuwały mu w myśli, jak górę W teatrum z płótna rozsuniesz klejoną, Szczyt jedną wiodąc, a spód drugą stroną. To zwłaszcza śmiech mu do warg przyzywało,
Jak zakazany owoc, albo w mocy Stawiło takiej, że miotałby skałą,
Gdy nagle strażnik, bram strzegący w nocy, Krzyknąwszy właśnie, przeraził go nieco:
Takt o niewszędzie równie gwiazdy świecą!
XVII.
Na plac, z rozbiegu ulic wydarzony, Szerokie wrota pracowni rzeźbiarza Otworzył człowiek, pyłem ubielony —
I, jak gdy słońca kto obieg uważa.
Wiigilje licząc, od wschodu do zmierzchu, Baczył, a potem włosów wstrząs! kędziory. Po sobie pojrzał i z rękawów wierzchu Owiał pył, ziewnął — — Wraz wyjrzał
i wtóry,
Niemniej w tuniki fałdach ubielony, Jakby, z posągi gdy bywał, wziął na się Obyczaj boski olimpijskiej strony,
Tracąc go w miarę, jak schodzi żyć w czasie. Za nimi dwoma z cicniru wyzierały Antinousa biusty marmurowe,
Smutne, jakgdyby płakać wiele miały, Lecz, nieskończony mając wzrok i głowę, Zapominały albo nie umiały.
Gdy żywi taką toczyli rozmowę: «Dioskifilos biustów robi dwieście Antinousa, dwadzieścia cesarza.
Co będzie potem? Rozesłał po mieście Ludzi: z tych każdy chodzi a uważa, Gdzie brak, i zaraz z posągiem tam idą Lub, że przyjść mają, zapisują krćdą». «Fidias czy robił tak?» ozwal się z cieniu Głos, jakbyś dłótem śliznął po kamieniu Greckim, kryształy w swej mającym mące, Podobne soli, stał odbijające.
Co rzekłszy, wyjrzał; był to człowiek blady, Ale bezbarwą czerstwą i przytomną.
MATY
«Nie nam w Fidiasa dziś wstępować ślady»,
Najstarszy odrzekł z wykwintną skromnością.
«Choćby dlatego», młodszy wraz: dopowie, «Że Fidias bóg był, gdy my nie bogowie!»
«Sens tego słowa «bóg» to jego nuta, Pokąd o bogach mowa, lecz, co pewna,
To to, że Fidias-bóg używał dłóta, Tudzież marmuru, złota, kości, drewna; Dalej, że pono za cel nie brał owćj Natury albo z drugiej ją połowy Zachodził, która, że jest idealna,
Więc nieskończona i niewyczerpalna.
I stąd mógł robić wieki — do dziś może!» «Komu?» «Tym, którzy byliby innemi!» Tu dał się słyszeć szmer i gwar na dworze, Lektykę bowiem stawiano na ziemi, Ciężką, z wonnego budowaną drzewa, Pstrą miedzianemi gwiazdy i gwoździami, A jako ptaszę z gniazda, nim zaśpiewa, Wychyli głowę: z takiemi ruchami Elektry diwy wyrastały lica;
Zaczem Pomponjus rękę podniósł prawą Ku niej, pierścieniem rzymskiego szlachcica
Świetną, i Florus ze swą, niby z lawą Szeroką, skoczył; lecz Elektra zgadła Obu i, niźli spostrzegli, wysiadła.
«Sto biustów warta !»1) Lucius rzekł, a owi, Którzy lektykę nieśli, zawołali Pot ocierając2): «Niechaj żyją zdrowi! Sto biustów warci!» Rzeźbiarze witali Gości, lecz rozruch w pracowni był taki, Iż mało baczył kto, gdzie posąg jaki. Ciskane tylko słychać było słowa:
«Zeus! — Antinous! — Oto Zofji głowa! — Pies Alcybiada! -- Venus krótko-szatna!— Natchnienie! — Znawstwo! — Amator! — SpektatorI —
Ten, ów filozof — sztuka niepopłatna — Bezplamny marmur — divus Imperator!» 3) —
XVIII.
Puste mieszkanie z Epiru młodziana Otworem stało, jak wszystkie gospody; Wytartym freskiem4) każda z czterech ściana
i) W miarę zasługi nagradzano liczbą posągów, przez senat wotowaną. (P. P.).
“) Krzykacze publiczni obwoływali często wdzięki kobiet tego rodzaju u wnijścia do teatrów. (P. P.).
9) divus imperator (lac.) = boski cesarz.
4) Można to jeszcze w Pompei widzieć, o ile najuboższe nawet mieszkania ozdobione były zawsze ma-lowanemi wzorowo legendami z mitologii poetów. (P. P.).
Przedstawowała, jako Bachus miody Z nimfami sprawia winobrania gody. Obrazy one w czterech medaljonach Odpowiadały sobie, jak zwierciadło,
Też same poznać dając po ramionach Osoby, których indziej twarz odgadło. Arabeskami medaljony one Były, jak roślin zwojem, oplecione, Mającym w liściach swych i inne twory, Poprzewijane — owadem w gadzinę, Gadziną w zwierzę, a zwierzem w upiory Fantazji — w sposób, iż, zaledwo trzcinę Postrzegłeś, ta się wyślizła ci wężem,
Wąż w ptaka plwał się, wyrzucając ślinę, Tej skrzydła w szatę nikłą, szata mężem Brzmieje, mąż na hełm wytryska liściami, Których kwiat tarczą, a pręty orężem,
A pąki iskier tlejących gwiazdami.
Przy łożu, skórą lamparta okrytćm,
Z rękopismami stała cicha urna,
Na której jawił się mąż być wyrytym, Gdy lampa wyżej świeciła poczwórna.
Tę na świeczniku prostym a wysokim Stawiała właśnie gospody służebna.
A był czas, kiedy słońce, bezobłokiem Nagie, dotyka, jak rzecz niepotrzebna,
I, między zasłon rozdarcia lub szpary Do domów wpadłszy, ozłaca filary.
Lampę oczyścić, poprawić posłanie
I kurz gdzie niegdzie otrząść, przynieść wody —
To całe służby wewnętrznej staranie W progach stojącej otworem gospody. Jakoż krzątała się tak dziewka owa,
Gdy weszedl człowiek, kosz mający w ręku. Blady był, cera ta jednakże zdrowa Nie ujmowała powagi i wdzięku Profilom, linją szorstką rysowanym, Twarzy i ramion i nagich goleni.
Ten, kosz stawiając, rzekł: «Został przysłanym».
«Od kogo?» Zamilkł i uszedł do sieni.
Co widząc, dziewka rzekła: «Mów, bo wydam,
Że jesteś niemy zalotów służący» '). — ,
Na co, odchodząc, człek ów, jak niechcący, Z uśmiechu bladym przebłyskiem rzekł: «Quidam».
Dziewka, przed koszem stanąwszy na chwilę,
Poczęła kwiatów dziwić się ozdobie,
Co jako senne dyszały motyle Na strunach prętów. Tak pieśni są w grobie Poetów w struny lir pozaklinane, Kwitnąc, acz ciche i niezrozumiane.

  • ) Kwiaty posyłano na znak współczucia. (P. P.).

Czy to myśliła ta sabińska *) prosta Góralka? Nie wiem. — Lud jest zawsze może
Narówni z wiedzą, chociaż jej nie sprosta Wypowiedzeniem ni pojąć jej może,
Lecz drgnieniem serca jednem wie, co ludzie
W umiejętności otrzymują trudzie.
Ci jednak innym oddawać to mogą, Jakoby w rękach mając swe zdobycze, Gdy lud iść tylko, wydeptując drogą Ślad — powolniejsze kroki, mniej zwodnicze
I mniej zwycięskie, ciche, jako strumień. Płynący równo po zieleni sumień.
Wyszła. Przy łożu leżał zwój, pisany W następujący sposób:
JEDEN ZE ZWITKÓW.
§ 1.
«Samotność znowu — każdy mi już znany. § 2.
Mniejsza, co ona w pamiętniku moim Wyczytać mogła; czytam to z niej samćj. Może na drodze równie błędnej stoim Oboje, wszakże ja choć szukam bramy,
A skoro mylę się, mylę trudami.
§ 3.
Jeśla świat cały, z starców, mężów, dzieci
I niewiast złożon, za typy nam daje Maga, Luciusa, Zofję, zwłaszcza trzeci! Jeśli obyczaje — — — — — —
Są pomnożeniem typów w zbiorowiska, To jakicjż ceny wart on i nazwiska?
§ 4.
O magu, że jest milczący, wiem pewno; Artemidora — znam, lecz subtelności; Pomponjus — jest to wytoczone drewno Do osadzenia włóczni lub gry w kości; Zofja — bez liry w ręku — — — —
§ 5.
Z lirą w ręku — Nie ona! Z kimże żyję, jeśli żyję?
i) górzysty kraj Sabinów na wschód od Rzymu.
§ 6.
Eureka!») Wiem już, czemu trzeba jęku
I krwi — i widzieć, jak z lwem się kto bije,
Albo na ostrze piersią paść otwartą,
By nie zapomnieć, żeś żyw.
§ 7.
— — — —----------— tyle warto
To wszystko».
Dalej wiersze przekreślone.
Kwiatów woń izbę napełniła całą,
Słońce plamami w tę i ową stronę Na ściany biło, nimfom w modre oczy,
Do złotych promień niosło im warkoczy, Lub malowane, nieme usta grzało.
Cisza nadobna — cisza, która kłamie,
Że można spocząć na świecie bez wiiny, Która upewnia, że Bóg jest, co trzciny Złamanej, mimo idąc, nie dołamie,
Mistrz, Pan i Sędzia, znający człowieka, Nim był — litosne tak mający ramię,
Że równie wiecznie i sądzi i czeka!
Nieme, bezkształtnie widne, tym podobne Uczucia nieraz młodzieniec z Epiru Czuł i na miejsca uchodził osobne, Szukając prawdy i ciała jej, miru,
Będąc, jak dzisiaj nikt być już nie może. Nie chrześcijanin bowiem, nie poganin Przez filozofji wpływ, wątpiący może
0 samej bajce olimpijskich tkanin,
Tem mniej osoby wyznający boże.
W śmierć wierząc jako w szczelnie zwarte wrota,
W miłości napój wiosenny i w wiedzę Matematyczną i w dźwięk słowa «cnota»2), Blisko znaczący wyrazowi «zdrowie»
1 wyrazowi «siła» — rzecz podobna
Do zaklęć, których jasno nikt nie powie, A która wszakże jest, i jest osohna.
Błyskami także zórz nieznanej doby Widywał czasem kraje wyobraźni,
Gdzieś ponad groby, czy gdzieś poza groby
I czuł pogodę jakoby przyjaźni W wiosennych wiatrach nieznanego kraju
I rytm, muzykę jakąś — obyczaju!
To, co i Plato, w ciche kiedyś niebo Przez liście laurów patrząc, czuł potrzebą
I słyszał — pojąć zdołał, dać nie umdał, Wysłowić nieraz mniej, niż sam się zdumiał.

  • ) Eureka (gr.) — znalazłem, odkryłem, s) Ylrtus. (P. P.).

IATY
Niejasna w mieście krążyła ■wiadomość
O niepokojach w prowincji, czy wojnie, Czy, że wyjechać ma cesarz jegomość W nocy—wyjechać, jak można, spokojnie, By tłum przywyknął czuć go i zdaleka Lub czcić w postaci zwykłego człowieka. Inni twierdzili, że wieś'ć ta źle głosi,
Na zwykłe bowiem łowy się zanosi, Przeto, iż dawno cesarska prawica Oszczepem w puszczy nie raczyła śledzić, Gdzie lega niedźwiedź lub gdzie zlega lwica! —
W czem nierad Adrjan dawał się uprzedzić.
Inni nareszcie tę powietrza zmianę W zamku i co zeń wywiało za ścianę Przypisywali wschodnim pewnym gościom
Lub z okrętami przyszłym wiadomościom. Wieść każda w Rzymie, niż gdziekolwiek, więcćj,
Ma różnokształtnych ust swych sto tysięcy, Które brukową naprzód tętnią wargą,
W jaśniejsze potem urastają głosy, Oklaskiem dalej stają się, lub skargą, Myślami cara, i zowdą się «losy».
Acz bywa, że, nim tę przebiegną gamę, Nie poznawają się i niszczą same.
Cesarz, jak zwykle, w bukszpanowym chłodzie
Z odkrytą głową spoczywał w ogrodzie — Obyczaj, który w dnie najmniej pogodne Chował, mieznosząc nic na nagiem czole — Skąd poruszenie głowy miał swobodne. Nie takie wzroku, iż szukał kryć wolę, Drażliwość w spokój mędrca przyoblekać, Także, iż lubił zgłębiać i nie czekać — Dwie żądze, które zgodzić z sobą trudno. Było to wszakże, gdy wszechwiedzę państwa
Zdobył; część jego ludną i nieludną, Używającą prawa i poddaństwa, Naocznie zwiedził w wielkich dwóch podróżach,
Wolę i ludzi poznał wewnątrz żywych,
A, o okopach myśląc i przedmurzach, Świat tworzył, linij nienawidząc krzywych,
Przeto iż dłuższe, a ceniąc je bardzo, Jako uczeńsze i słodsze w swych ruchach. Więc był, jak, którzy chwalą to, czem gardzą.
Przytem nadeszła i wieść o rozruchach; Te Adrjan ważył mało.
Na marmurze Stołu przed ławą, gdzie cesarz spoczywał,
Leżały zwitki, tabliczki i róże Białe, a widno, że, idąc, je zrywał
I w palcach miesił, co może czas skraca. Stał także kubek sycjońskiej roboty Z tetrafarmaku ‘) resztką, złota taca Niżej, miednica i nalewek złoty.
Sam był do kolan obrzucon opończą, Której brzeg strzępy z nici złotych kończą; Gdy Artemidor za znakiem mu danym Siadał na stołku, kością wykładanym,
I zdał się słuchać, lecz uważał szczerze.
Cesarz tak mówił: «Jako w Antimaku Z Kolofon2) więcej czytam, niż w Homerze, Dziejów zaś szukam od pierwszego znaku Historji, nie zaś od Salustijusza,
Tak lubię z gruntu każdy przedmiot badać,
Nie lada połysk brać od animusza. Wiedzieć albowiem mato, aby władać,
Inna jest, niźli dla wulgarnej sławy, Skąd samej nawet astrologji męty Nie są nam obce — ani jakie wstręty Płaskie mieliśmy dotknąć się tej sprawy».
Tu przemilkł, rękę wyciągnął ku tacy, Bawiąc się jadłem, jak to czynią ptacy W klatkach, mający smaki pogardliwe Dla zbytku strawy, lub syci próżniacy.
Że jednak skromny był więcej w jedzeniu, Niż w duchu, rękę powrócił leniwo
I mówił dalej.
«Ten, chodzący w cieniu Z laską, nieledwie długą tak, jak krzywą, Charonowego posługacz okrętu 3)
Jak się ma?»
«Jazon» — wyrzekł nie bez wstrętu Koryntczyk — «wczoraj wiedzieć dał mi nocą.
Iż niespodzianą złożon jest niemocą».
Tu przeszła chwila milczenia, aż znowu Cesarz pół sobie, pół do gościa rzecze: «Hellada! — Wy ją znacie tak, z narowu, Jam odgadł, ja ją podnoszę i leczę». Mistrz Artemidor pobladł. «Jeśli komu, Literaturę poznać dawszy, skryją Ziarna jej, gości, jak przyjaciel w domu,
I je — wie, jaką rzecz, lecz nie wie, czyją; Grecja-bo nie jest kilka świątyń, ani
1) Tetrapharmacum, rodzaj pasztetu, potrawa ulu-biona Adrjana. (P. P.).
2) Adrjan porządkować chciał na swój wyłączny sposób i uznane sławy starożytne: Antimacha z Co-lofon nad Homera, nad Salustjusza zaś przenosząc Coeliusa Antipatra i t. p. (P. P.). — Antimachus z Ko-lofonu, epik grecki z V wieku przed Chr., autor obszernej «Tebaidy*.
9) Patrz w XI pieśni wiersz: «1 charonowym nazywał go sługą». (P. P.).
Pieśń jej». Koryntczyk, jak góral z otchłani, Znanej mu, ale bardzo niebezpiecznej, Wychylon, wzrok niósł wkoło niestateczny. «Grecji ja uczę ludy: od Eufratu Aż do brytańskiej wyspy, ja to starą Helladę dzisiaj pokazuję światu!»
«Przez nią jest światło» — Koryntczyk rzekł z wiarą.
«Egipt?» — tym samym Adryjan akcentem Ciągnął — «przykryta rzecz czasowym mętem:
Egipt jest wcale nie to! W księgach Judy, Gdzie różne baśnie są, także i cudy,
0 Abrahamie mówią, iż ten syna Miał ofiarować. Są, co byli dalćj W ofiarowaniu —»
Tu mu poszła ślina Do ust i kaszlnął, mówiąc: «Cóż, azali Antinousa krwi nie poświęcono?» *)
Tu wstał i znowu legł, lecz inną stroną,
1 znów obrócił ciałem: «By znać rzeczy Ludów, trza każdy mieć, jak swój, na pieczy».
Więc Artemidor na to: «Mało komu Dano jest mieszkać wśród wielkiego domu, Nie zostawując próżni».
«Są studja ciekawe, W których powołam was, filozofowie,
By kilka kwestyj wytoczyć na ławę, Tylko mi jeszcze wstrętnem bywa zdrowie Wątpliwe». Przytem dodał od niechcenia: «A lubię rzeczy wywodzić z korzenia,
A te mi Żydy bredzą swe marzenia,
A nie tą drogą iść ma. Jest u żyda To, że niesforny umysł ma, i krzywy,
I nieporządny, nie zna inżynierji,
Ni planów, jakoż do prac jest leniwy.
i) Nie jest historyczną pewnością ani podaniem, aby Adrjan w pojęciu ofiary Antinousa — najdroższej sobie istoty — porównywał się z Abrahamem, ale jest znane i widoczne, do ila ten rozruszany na szerokość całego państwa rzymskiego umysł we wszech-galęziach wiedzy i życia o przodkowanie się dobijał, w każdym elemencie składowym społeczeństwa
i w każdej prowincji, ducha jej starając się wedle mniemanej wyższości swej dociągnąć i sprostować. Otóż immolacja Antinousa zaraz po podróżach w Sy-rji i Palestynie na wstępie do Egiptu miejsce miała. Psychicznie jednakże tragedja ta zupełnie inaczej się tłumaczy. Adrjan nadużył zachwycenia zmysłowego dla osobistości Antinousa do tego aż kresu, który w licencji onej był już ostatecznie — odwrócić się więc mogło tak wysilone i przesilone uczucie w iro-nję uczuć, w melancholję, a ta jako religijny skrupuł sama się w umyśle jego subtelnym upoetyzowała. Nieledwie zawsze adoracja dla człowieka przemienia się w przeciwne jej usposobienie — tak dalece nie względem człowieka uczucie to normalnem jest! (P. P.).
Zwierz dziki, gdy go zamkniesz w me-nażerji
I jeść mu dawasz dobrze, zwolna, zwolna Truchleje, jednak drga w nim chuć swy-wolna.
«Mniemam, że i ta chrześcijan doktryna Nie jest w swej pierwszej legendzie. Mo-żeby
I tego dotknąć przyszła już godzina, Bacząc, gdzie błędu wiina, gdzie potrzeby. W Jeruzalemie miejsce zmartwychwstania Jupiterowi należy właściwie:
Ten jest albowiem, który się nie kłania, Mocny bóg. Dalej, i to beztreśeiwie,
0 wykonaniu Chrystusa co bają,
Tam Wenus miejsce mieć ma, a powoli Uobyczają się i przyzwyczają *)•
Nim tnę, uważać zwykłem, ile boli
1 pokąd: bystrzy tak lekarze krają.
Cóż, czy nie kocham Hellady?»
Te słowa
Lubo donośniej rzekł, głos mu nie służył, I sam to może poczuł, że nadużył Głosu, więc sięgnął, gdzie go boli głowa, Przymrużył powiek i powstał leniwo,
W czem Artemidor zdążył mu co żywo,
I poszli długim ciennikiem z bukszpanu, Coraz to ciche zatrzymując kroki.
O myśli ludzka! Ty, co przeczysz Panu, Świadczyć Mu musisz przez błąd swój głęboki!
A ty, coś prawdę poprawiał lub winił, Gdybyś na skryte jej popatrzył cele, Spytałbyś siebie, sfrasowany wiele:
«Ja, com pracował tak, cóżem uczynił?»
Czekaj z Wenerą twoją w Betlejemie,
Aż wół i Łukasz i te Rafaele Przyjdą położyć się czołem na ziemię, Wdzięki waszego zniósłszy ideału Nie ukazami, lecz twórczo, pomału — Tak, żeby Fidias przed familją świętą
i) Stało się to zczasem, iż na miejscu świątyni je-ruzalcmskiej stanęła, Jowiszowi Kapitolińskiemu poświęcona, statua Jowisza, na miejscu, gdzie zmartwychwstanie Pańskie miejsce miało, Wenery posąg, gdzie Chrystus Pan skonał. Do ila to doktryną jaką systematyczną przemyślone było, nie wiem pewno, ale z całego toku i tonu spraw Adrjana widać już w tem jedno z tych śmiertelnych a potężnych doktry-nerstw, które tyle razy potem, pod różnemi postaciami, na różnych polach życia i wiedzy przeciw duchowi ubogiemu chrześcijaństwa pojawiają się. Jest w tem symboliczne jednak, acz mimowolne świadectwo, iż sprawa Pańska, wszystkie ideały najwyższe przewyższywszy, przez to samo niejako objęła je. (P. P.).
MATY
Rafaelowską stanął1); a Jupiter Świętego Pawła głowę baczył ściętą, Spokojną; Merkur druk składany z liter; Neptun Kolumba, co w krzyżowym znaku Kotwicę znalazł na morza nieznane,
Na ewangelją burze pokiełznane 2);
Pallas Joannę d’Arc żeby w szyszaku Jej zobaczyła z mieczem na rumaku; Herkules żeby pary wynalazcę Ujrzał; Eskulap3) z wężem swym na lasce
Mojżeszowego węża zoczył z miedzi.
Wszystkieby siły wasze, najporządniej Do mimowolnej doszedłszy spowiedzi, Znikły — pozostał rząd i pył nierządny.
W czas, gdy firmament ciemnoszafirowy Wielością jasnych gwiazd oczy zawraca, A cały urok nocy południowćj Łagodzi zmysły, iż pamięć ukraca,
W obecność jakąś przenosząc nieznaną Myśl, wrażeniami za dnia pomiataną, Lub daje wiary chwilę przez znużenie Nawet zbrodniarzom, w kajdanach wilgotnych,
Że, jeśli nie kres, rytm ma ich cierpienie, Samotność że ma swoich współsamotnych—
W czas perjodycznej ciszy, której mowa Utula trzeźwych, niepoczciwych zwodzi, Zastaje w domu albo nie znachodzd,
Na drzwiach im rosą pisząc zimne słowa, I dłoń, przed świtem klamki szukającą, Omywa czasem z krwi lub krzepi drżącą—
W czas tajemniczej bladości księżyca Syn Aleksandra wrócił do gospody.

  • ) U sztukmistrzów greckich kontemplacja formal-na do najwyższego niezaprzeczenie stopnia doszła. Rafael wszakże i inni naczelni artyści chrześcijańscy nietylko wyrównali onym formalnym ideałom, ale nawet najlegalniej je przewyższyli. Sztuka starożytna nigdy się nie podniosła do ideału familji świętej, gdzie w warunkach najuboższych przedstawieni: dzie-cię-bóg, dziewica-matka, starzec-anioł. Lubo nie poniża się przeto, ani zatraca tego, co na polu for-malncm starożytni pracownicy zdobyli, i miło jest zaiste wspomnieć, że na grobie Beato Angelico da Fiesole, najwięcej chrześcijańskiego malarza, jakiego znamy, słusznie położone jest: Non mihi sit laudi,

quod eram velut alter Apelles, sed quod lucra tuis omnia, Christe, dabam etc. (P. P.).
2) Wiadomo, iż Krzysztof Kolumb, kiedy trąba morska podniosła się i szła prosto na okręt jego, a przerażenie było takie, iż załoga na śmierć się gotowała, kazał sobie podać ewangelję ś-go Jana, a wyszedłszy naprzeciw strasznego fenomenu, czytaniem na głos pisma świętego morze uspokoił. (P. P.).
3) Eskulap (gr. Asklepios), bajeczny lekarz grecki, czczony jako bóg sztuki lekarskiej. Przedstawiano go z wężem, okręconym około laski.
Jak światło, oo mu olśniio jagody,
Takie wejrzenie tęskne miał i lica Pełne takiego bezmiaru pogody,
Co, przez głębokość swą że jest wątpliwy, Mniemasiz lub śmiało zwątpiłbyś, czy żywy.
Zwątpienia czczość mu serce rozłożyła,
I ciężar siebie poczuł, nieprzytomny Po świecie idąc, co, choć ślepa bryła I bezzmysłowa i taki ogromny,
Nie traci przecież ciężkości swej środka: Równo się toczy, choć kometę spotka.
A on, na onym ogromie malutki, Chromiał, że mdłe go wy drożyły smutki!
Więc niby mówiąc: «Czczo mi», do gospody
Wszedł. Woniejące wraz mu na twarz chłody,
Jakoby chustę, pot ocierającą,
Rzucając, dziwnie bardzo otrzeźwiły —
I mimowolnie wspomniał twarz cierpiącą Gwida, gdy tak go odchodziły siły Przed twardym sądem ludzi bez sumienia. Lecz te uboczne pierzchły wraz wspomnienia;
Ciekawszem było, skąd kwiaty, dla kogo, Lub, jaką weszły do mieszkania drogą.
Ciekawość wszakże, skoro już zgadywa, Przestaje sobą być i, chociaż nie wie,
Że zgadła, wszakże myśleń ciąg urywa, Lub, dalej idąc, siebie nadużywa I taki czyni zamęt, jaki w śpiewie Przez rytmu zbytek, przez nadmiar pe-rjodu
Czyni się, pisząc śpiesznie lub zamłodu. Chwilę więc myśląc, od kogo są kwiaty, Już miał zapomnieć syn Aleksandrowy, Od kogo ulga przez ich aromaty Do ociernionej ludziom wnika głowy; Tak rzeczywistość niewdzięczna jest treści, Lubo z niej żyje przez to, że ją mieści —
To zaś dopóki człek wywikłać może, Niepodobieństwo, by szczerze narzekał; Chyba już takiej niewoli doczekał,
Iż chwili nie ma, by pomyśleć: «Boże!»
I zastanowić się, gdzie prawda szczera, Gdzie zaś to, co ją jawi i zawiera, Pozornie sprzeczne, choć wierne — litera.
Balsam to wszakże, wówczas tyle skryty, Ile pomijan dziś lub nadużyty,
Ból zaś młodzieńca — oh, mniej zrozumiały,
Niźli dzisiejsza bywać może boleść.
204 C. NORWID.
Siły go z progów rodzimych wyrwały,
Te, co dziś o nich prawi ledwo powieść. Sierota wprawdzie, lecz któż swoich nie ma!
W świat poszedł szukać prawdy i mądrości. Dziś już nie chadza się tak za obiema Razem, ni pragnie się ich, ni zazdrości, Jak to bywało w onych czasach dawnych Dla myśli jednej, od sławnych do ¡dawnych,
Z Grecji pod cienie piramid trójkątne Idąc, do Grecji z Chin1), w gluchem milczeniu
Na głośne lekcje, na szepty pokątne,
Na inicjacje i ciemne, i w cieniu.
Jakoż te trudy a radości one Nieznane już są po dawnem imieniu, Zaniewiedziane albo przemienione.
Że jednak władca, będąc doskonały,
W zniszczeniu nawet ocala i tworzy, Więc wszystkie rzeczy są, które bywały, Acz w tryb ujęte coraz więcej boży.
Jeśli więc one szukaczy boleści Trwiają, to kina je sfera dziś mieści.
Energje bowiem wszystkie Pan ocala, Stworzeniem jego będąc znakomitćm; Tylko usterka ich sama się zwala Najściślej słusznym sądem, nieodbitym; Ale toż samo dzielności uczucie,
Co Aleksander lub Annibal miewał,
Trwa w prostotliwsizej, w doskonalszej nucie,
Iż je ból zczasem wytworniej dośpiewał. Taż sama prawdy radość sokratowa Gdzie indziej dziś jest, ale jest — i nowa! Pan bowiem jest i mistrz, a rzekłbym prawie:
«1 uczeń» — trud tu równy już zabawie I stąd jest owa niespożyta dzielność Łaski i stąd jest w śmierci — nieśmiertelność.
Z Epiru młodzian wśród czasowych mętów Zawiei, mroku pełnej i łyskania,
Nie znał był jeszcze onych diamentów,
Co do kolebek dżdżą dziś przez podania, Nad piersią matki paciorkami wiszą,
U nianiek nawet uszów się kołyszą I pod dziecięcia ochrzczonego stopy Że położyły się raz jako snopy,
Urasta zczasem człek dotyla dziki,
Iż nogą depcze zbłoconą te skarby,
1) Pytagoras około 20 lat w Egipcie, także podobno w Galji i w Indjach — Lao-Tseu z Chin. (P. P ).
POEJ
Co mędrce w pocie, we krwi męczenniki Powykreślali i ubrali w farby.
Acz może wzamian, może, mówię, niema Dziś onych zbójców podłych i leniwych, Co nieraz mędrca rękoma obiema Rwali, co skrycie pytajników krzywych, Jakoby haków, wręcz tak używali,
By wiedzy dostać bez własnego trudu, Aż się i kości nieraz doszukali,
Aż domacali się pod kością — cudu. Wśród sępów takich z dziobami krzywemi, Na urągowisk szczudła podniesiony, Niejeden stawał, nie tykając ziemi, Wszechskrytykowan i wszechopuszczony, Konając w sobie z pragnienia i głodu, Współcześnie plwany i współcześnie czczony,
Jak na pal, wbity na dumę narodu1).
Ci zaś, co prawd mu z serca dobywali,
By wiedzy dostać, nie spociwszy czoła, Nie znali biedni — ach! — że kryształ soli Każdy ma prawa swe i archanioła,
Co mu pogwałcić tych praw nie pozwolis).
Tych zibójców ducha, tych sępów próżności Była to właśnie jedna z pór, skąd jedni Nie dopuszczali do poufałości,
Drudzy się w cieniu kryli, będąc biedni, Innych raz po raz na plac wyciągano, Wieńczono, plwano i zapominano.
Lecz nikt całości tej tak cichej sprawy, Krwią coraz więcej pijanej, nie baczył: Księżyc ją tylko oświecał bladawy,
Czas tylko zgony na klepsydrze3) znaczył, Cichoście4) tylko po zgonów odstępach Raz wraz, jak nieme czaty, przechodziły; Krwi tylko czasem plameczka na sępach Lśniła, gdzie niegdzie lampy się paliły Gliniane, biedne, oświecając karty Pism, lica zwiędłe, przy nich płaszcz wytarty.
Takie bezbarwne, bezplastyczne tyle Pobojowiska, takie Termopile,
Któż mógł odgadnąć, czyj wzrok mógł do-śledzić
I jakie serce przeniknąć te bole,
1) W Efezie po wygnaniu jednego obywatela wnie-siono prawo tak brzmiące: «Niech nikt nie śmie nikogo w niczem przewyższyć!» (P. P.).
2) Wiadomo, czemu np. Sokrates już nie mógł używać poufnego sposobu nauczania, ale mawiał, przypuszczając zawsze naprzód, że słuchacz wie dobrze, co mu powiedzieć miał. (P. P.).
3) klepsydra, grecka nazwa zegarów wodnych lub piaskowych.
«) Cichoście, cichość, wzięte postaciowo. (P. P.)
1ATY
Których nie dotknąć, ani wypowiedzićć, Ani okrzyczeć i wywieść na pole Teatru, w trąby pozłacane trąbiąc, Wskazując gestem, w cymbał laską rąbiąc? ! 0
Zwłaszcza, iż żywot, tak zewszechmiar party,
Stawał ci nieraz jako księga spsuta, Rozwietrzająca przed oczyma karty Tak, że cień ledwo zostawał i nuta I nuty echo. I bywał jakoby Powietrza upust z płuc, pod nogą groby — Czczość, jakby tchnienie ci wpierw rozebrano,
Niż mogłeś westchnąć, podnosząc się rano. A któż podzielić i dostrzec mógł bole Niewidne, jako półmisek na stole?s)
Chybaby pierwej wszystkiemi żywoty Najboleśniejszej treści i istoty Jako ostatni wygnaniec na świecie Żył, a miał pierwsze prawo na planecie! A był zniweczon tyle, ile w sobie Wszechpacierz całej tej tragedji skupił;
I nad człowiekiem był w człeka osobie,
I tak zmordować dał się
I odkupił.
Kobiety może serceby to zgadło,
Ta jednak wówczas była jeszcze niczem; Dla wielożeństwa nie istniało stadło,
A która żyła sama, była biczem, Przelatującym od ręki do ręki,
By ogniem chłostać, pociągając wdzięki. Ubogi nie miał i takiej, bo droga; Najpowabniejsze — zgóry zapłacone. Mędrzec niewiastę, co go, jak raroga,
Nie pojmowała, odsuwając w stronę, Poizostawały — jak ulga a rada.
Traf wyjątkowy — stoicyzm — i szpada!
Syn Aleksandra przezierał to w sobie, Gdy wonie kwiatów skronie mu oblały, Jak posągowi na samotnym grobie.
Więc bardzo czuł się osobny i — cały.
I począł Zofji odnawiać wspomnienie, Pieśń za śpiewaczki przyjmując sumienie, Lirę na postać, i z tej dwoistości Silił się jedność utworzyć — napróżno! Rozdwajała się w ręku bez litości Na pieśń i postać, jak z dniem ciemność różną,
1) Jest to napomknienie gwoli obyczajowi, jaki byt u starożytnych, iż krzykacze płatni u wejścia do teatrów obwoływali wdzięki sławnych kobiet, etc. (P. P.).
2) Półmisek na stole, albowiem byl zwyczaj przy uczcie traktować kwestje socjalne i filozoficzne. (P. P.).
I czaił, że kłamać począł, acz niewinnie,
I czuł, że działać począł dobroczynnie,
I umęczył się bardzo tą robotą Beznarzędziową.
I wstał, kosz wziął w ręce Na łoże sypnął nim z ową pustotą Niezgrabną, którą gęsta niemowlęce Psują rzecz, cale nie troszcząc się o to.
Lampa u schyłku promień niosła drżący — On legł na kwiatów stos, jak człowiek śpiący.
XXI.
Wieści, co pierwej krążyły po Rzymie W sposób niedosyć jasny i czytelny, Zaczęły postać przybierać i imię:
Z Bretamji pono generał naczelny Severus Julius wrócić miał niebawem, Taikże legjony, zdawna niewidziane, Cesarza wolą ściągano, czy prawem Nowem. — Te nocą nieraz, jako ścianę Równą, księżyca bielmem wyjaśnioną, Napotykałeś, ustępując z drogi,
A czułeś ścianę gmachu poruszoną. Mierzonych kroków masy szmer złowrogi, Orły, co w bramę głową pochyloną Szły na chorągwiach, wojenne machiny, Skrzypiące w marszu, cały system żywy Energji, tudzież zagład i perzyny, Elastycznością swą, miarą i siłą Przerażał wszystko, co się doń zbliżyło, Tak, że widz w sobie powtarzał zdumiony: «Bóg to Rzymianom wymyślił legjony!» *)
Niektóre domy wraz drzwi zamykały Same lub wiatru osobnym podmuchem, Nim żołnierz otarł je ramieniem z skały. Innych na dachy legjon ciągnął duchem, Porywał oczy, kwiaty z rąk padały.
Moc jakaś pierwej szła przed szeregami Tych obnażonych kolan i tych ramion I grzyw na hełmach, a wodzowie sami Zdali się trzymać ją w literach znamion I magnetycznie giąć temi członkami, Kutemi w miedzi błyszczącej obręcze, Zbierać je w chmury, w grzmot, rozwijać w tęczę.
Dramy aż naszej osoby to czuły:
Zofja nieznośną była dla służebnćj — Struny się liry nietykanej psuły —
Mag z lekarstwami swemi tak potrzebny Jak niewidzialny, dla ciężkiej słabości —
206 c. NORWID
i) Wyrażenie Flaviusa Vegetiusa Renatusa: «De re militari». (P. P.).
Barchob, zmieniony, jak nie swa osoba, Odprawujący niemo natłok gości —
Mistrz Artemidor wzywany co doba Do cesarskiego gmachu lub ogrodu — Pomponjus nawet odwłoka zachodu Około uczty w Villa Pomponiana, Zmieniony nieco.
Więc Elektra diva Sama — wśród tylu ruin niezachwiana, Tylekroć więcej świetna i szczęśliwa I
Nikt wszakże jasno nie widział przyczyny
Tak niefortunnej odmiany powietrza,
Mag tylko mówił — słychać — «Są godziny Różne — ta cięższa godzina, ta letsza;
Ta ma rozedrzeć, ta znów złączyć może». To mówił starzec, skarżąc się na łoże.
XXII.
Syn Aleksandra stał przed Zofji łożem, Grecki mającem kształt, perskie kolory,
I te jej słowa mówił:
«Mag jest chory. Któż może zdrów być? Sami często mno-żym
Choroby, to jest, chcę mówić, cierpienia».
Zofja rzuciła okiem na służebną,
A raczej bielmem oka bez wejrzenia,
Czy szyje — rzecz jej cale niepotrzebną; Zwyczaj to wszakże od czasu do czasu Na niewolnice okiem tem spozierać, Jakoby pracę śledząc, bez hałasu —
Nie, by się na tej czujności miał wspierać Interes życia, jak gdzie w domu biednym, Lecz, że się zwyczaj taki stał powszednym. To Egipcjanka czując, nim się stało, Sunęła żwawiej swoją ręką małą.
Syn Aleksandra błędnem okiem rzucił, Czy tuż stojącej liry nie wywrócił,
I wyszedł. Zofja, na to bacząc mało, Zasnęła.
Chwilkę ktoś, idąc, zanucił: (Śpiew przechodnia.)')
«Tam Hektor gdy swojej nie znalazł jedynej,
Ku progom znów wrócii, służebnic wołając:
Ej, mówcież mi, dziewki, słowami szcze-remi,
i) Nic trzeba sobie wyobrażać pieśni w znaczeniu muzykalnem tego wyrazu — są te wiersze z Iljady, VI pieśni. (P. P.).
Andromaka gdzie znikła łabędzioszyja?
U mychże sióstr, w szaty świąteczne ubranych,
Czy gwoli próśb wyszła z Trojanki dru-giemi
Ukoić gniew bujniewarkoczej Atene?
Ej! — Mówcież mi, dziewki, słowami szczeremi!
Zofja, gdy pierwsze usłyszała słowa,
Do sługi rzekła: «Stało się wybornie,
Iż gość odeszedł, bo jestem niezdrowa». Tu Egipcjanka, kłoniąc się pokornie, Rzecze: «Udatność naśladując bogów,
Na palcach sunął od łoża do progów».
I szyć poczęła z niezwykłym pośpiechem Gdy pani uchem szła za pieśni echem.
XXIII.
Lucius Pompon jus leżał od niechcenia Na łożu '), skórą lamparta przysłanem,
I piórem pawiem lekkie rzucał cienia Na twarz Elektry. Ta wygiętym stanem Łączyła swego poduszkę siedzenia Z krawędzią łoża, jak owca znużona, Kiedy spoczynku szuka na pustyni, Klękając przodem. Wieńców miała kilka Na ręku“), długie bardzo zausznice, Jaskrawe oczy, dziwnie pełne lice I wargi, jakby je spinała szpilka.
Słowem — że, gdyby nie pewne ruszenie Ramion i silny śmiech, z diwy takowej Byłoby bardzo przystojne stworzenie. Lucius tak mówił: «Nie czuję się zdrowy» I pogardliwy gest dodawał nogą,
Jak, ze złym koniem wjechawszy na rowy, Przeskoczyć wątpiąc, uderzasz ostrogą. «Niezdrowy jestem» — i giął pióro pawie, Chwiejąc niem: «Chory nawet jestem prawie».
«Pracujesz nadto w poetyckiej szkole U onej sławnej Zofji» — rz«kła diwa. Pomponjus na to: «Czytasz mi na czole; Trudzę się—śmierć stąd, ale śmierć szczęśliwa!»
Tu piórem pawiem pociągnął po stole. Elektra smutek skłamała na licach, Pomponjus rękę podał jej leniwo,
I w dwóch — bez ognia — błyśli błyskawicach.
«Bądź mi szczęśliwy!» —
0 Trzeba pamiętać, że leżeć, pokarm biorąc, przyjęte było. (P. P.).
2) Na płaskorzeźbach spotyka się, iż kobiety greckie, przy łożach w czasie uczt siedząc, wieńce nawleczone na ręku prawem miewały. (P. P-).
MATY
«Bywaj mi szczęśliwą!» Pomponjus tymże Ele,kirze rzeki tonem. Ale co dalej mówić, nie wiedzieli,
Iż, osmuciwszy się za wczesnym zgonem, Zbyt blisko czuli siebie i widzieli.
Więc była chwila milczenia. Po onej Pomponjus, wina wychyliwszy czarę, Zarzucił głowę wtył, jak wywrócony Konaniem. Rzeźby nam podają stare Twarz Aleksandra, gdy konał, i szyję, Gdzie krew, ścinając się, w żyłach się wije. Owóż okropny mniej, jakkolwiek wiele Zbliżony, widok Pomponjus przedstawiał, Niedocieczone k’temu mając cele,
Lub dramy miłość, iż w ową się wprawiał *)•
Elektra z strony swej chciała podobnie Usmętnić lica i niemniej nadobnie,
Gdy tak Pomponjus rzecze: «Umiejętność I Zofja — albo: scientiai ona,
To życia mego drama i namiętność. Miłość jednakże ma jestże dzielona, Jestże pojęta, jestże zrozumiana?»
To mówiąc, piórem oznaczał akcenta Mowy, jak retor, gotując się zrana Do wystąpienia w ciągu dnia — «Pojęta? Nie wiem. Dzielona? — Zaiste.
Zaś zrozumiana? — Mniej, niż oczywiste. Słowem Elektro luba!»
«W twem mówieniu Jest coś, co nie wiem» — Elektra odrzecze Z iskierką blasków niezwykłych w spojrzeniu.
Na co wręcz Lucius Pomponjus: «Nie
przeczę».
I wstał, lecz widno było mu z tem raźnićj, Iż czuł, że zazdrość tej aktorki drażni.
«Czekaj! Nie wyjdziesz!» — zawoła wraz diwa,
Przegiętą ręką dzban kłoniąc ku czarze,
W którą się wina lała wstęga krzywa, «Oto i świeży wieniec przy puli arze,
Na koniec uczty zgotowan umyślnie.
Pij i o Zofji mów! To cię uzdrowi».
Tu, jak syrena, z fali gdy wybłyśnie, Ramiona białe mknąc ku żeglarzowi,
W ogrzane słońcem aby zeszedł fale,
Ku Luciusowi Elektra tak samo Amfiserdcczinie, tak samo niedbale Z przewyższającą go poczęła dramą;

  • ) Tak wielu modnisiów starożytnych poklanialo naprzyklad głowę ku ramieniowi, z powodu, iż Aleksander Wielki mial jedno ramię nieco wyższe. (P. P.).

2) scientia (łac.) — wiedza, umiejętność.
«Jestże ta Zofja piękna? Że uczona,
To wiem. Jakie ma oczy i ramiona?»
Co wszakże mówiąc, usta jej znikały W drżeniu, iż rychle czyniła pytania,
Gdy Lucius więcej zdawał się niedbały Ku odpowiedziom i baczył te drgania,
Jak rybolówca śledzi pióro wędki,
Tem lepszy w sztuce swej, że niezbyt prędki.
Scenę tę — w ścisłem znaczeniu wyrazów: Scenę — chód przerwał znany, głośny echem
W przysionku, z gładkich budowanym głazów,
Tylko z niezwykłym gościowi pośpiechem, I w rozrzuconej upięciach zasłony Florus się jawił, wołając «Nowina!» «Cóż? Wyrzuć z togi!» — «Janus otworzony!» 1)
Tu uśmiechnął się. «Jeśli nie, to wina Twoja!» Pomponjus odpowie mu luźno, «Żeś wojnę przegrał, przychodząc za późno!»
«Owszem, tryumfuj ty i wszystko twoje, Quod felix faustumque sit»2) — to rzekł do diwy —
«Przynoszę wszakże wieść, iż niepokoje W Judei wymiar biorą wielki, niewzgar-dliwy —
Coś rzeczywiście podobnego wojnie,
Acz Janus może spoczywać spokojnie».
Pomponjus, który przed gościa przybyciem Zdał się pogardzać i śmiercią, i życiem, I zalotami divy, i istnieniem,
Jak nadużyty człowiek, w onej porze, Kiedy jest bliski odwkwiięcia cieniem Tam, gdzie, nic nie chcąc chcieć, wszystko się może —
Skoro jednakże słuchać począł wieści, Niewłasne w niego wstępowały drgnienia, Acz nie dla jakiej stąd wysnutej treści, Któraby wskrzesić miała ruch sumienia, Tylko, że szlachcic rzymski najmniej dzielny
Jest politycznie człowiek nieśmiertelny.
Więc, i ton jakiś nastroiwszy nowy,
Pytał o źródła zamorskiej powieści,
Ile w niej prawy głos, ile ludowy Brzmieć mógł. «Bez bogów wychowany części
Lud, jako Żydzi są, bez bogów, mówię,
i) otwarcie świątyni Janusa, boga wszelkiego po-czątku, oznaczało rozpoczęcie wojny.

  • ) — (lac.) Oby to było szczęśliwem! Formuła rzymska przy życzeniach.

208 G. NORWID
Uznanych prawem w sposób przyzwoity; Ani bez wiedzy, która w swej osnowie Przez ogólnego głosu sens wykryty Za ster i stylu nam iglicę służy;
Cóż wyda? Oto wzburzy się i zburzy!»
To, gdy powiedział, sam usłyszał potem: Tak, nieumyślnie wyrzekłszy przysłowie, Spostrzegasz później, czy służyło mowie, Czy cudzym trafnie uderzyłeś grotem.
I dodał: «Gdyby mi służyło zdrowie, Ściągnąłbym rękę po stopień ojcowy, Zawdziawszy pancerz, nabijany złotem». Mówiąc to, macał się po wierzchu głowy, Jako gdy hełmu poprawia wojownik, Ramieniem przytem robiąc, jak pułkownik. Diwa mu płaszczem piersi obrzuciła,
Coś AndromakiJ) mając w tem ruszeniu; Florus zaś, puhar jej, że nie skończyła, Naraz wychylił — i siedli w milczeniu. «Ty przywiózłbyś mi wschodnie zausznice, Tybyś ornaty2) przywiózł mi z kamieni», Mówiła, licem w Pomponjusa lice Kłoniąc się, jako róża na jesieni.
«Ja Żyda nie znam żadnego — co oni? Czy są tam ludzie porządni w Judei? Bogaci w sługi? Czy każdy ich stroni, Brudnych, gdy taczki wodzą pokolei,
Po drugiej Tybru głębokiego stronie, Mularzom służąc i drapiąc się w skronie? Żyd mię nie kochał żaden — czy wy znacie Żyda do rzeczy?» — Te rzucała słowa,
Tu tam biegając w krótkiej swojej szacie, Ta nieskończenie wdzięczna białogłowa, Gdy Florus z Pulchrem milczeli.
Po chwili
Drugi rzekł: «Mag mi na pamięć przychodzi».
A Florus zasię: «Mniemałżebyś, czyli Ten, jeśli żydem jest, jeśli nie zwodzi Glos ludu, mógłby wieści zgadnąć wagę?» Elektra na to: «Mag! Mag! Czy się godzi, Że nie znam! Będę sobie mieć za plagę, Jeśli mi tego nie sprowadzisz żyda, Któremu matron senatorskich tyle Zwyozaj ma wolne swe poświęcać chwile. Mądryś — mnie więcej uczoność się przyda,
Mnie, że nie jestem w filozofję wprawna, Jak która inna stara, chcę rzec — dawna?
«Ale tyś nie rad mnie pokazać jemu?
Ale ty może nie jesteś z nim blisko?
Aleś ty smutny, chory? — Spytaj, czemu, Maga się poradź! Odmień mi nazwisko!
1) Andromache, żona Hektora w «Ujadzie» home-rowej.
2) ornatum (lac.), ozdoby, ozdobne stroje.
POEI
Przebierz mię, powiedz, .e twa jestem krewna;
Chcę znać go. Poznam? Poznam, jestem pewna».
XXIV.
Politycznego jeden obrót wiatru W ciele tem ściśle politycznej treści Naszego scenę odmienił teatru —
Tak, że powrócić gładko do powieści Byłoby ująć z prawego jej toku.
Domy, na piasku lekkim budowane, Powodzi pluskiem odjęte są oku;
Tylko, gdzie skała podtrzymuje ścianę, Nad mętnej fali trwają szaleństwami. Podobnież z ludźmi i społeczeństwami!
Kto słaby, chorzał, a kto nie był chory, Cierpiał — i zdały się rządzić humory, Które są, jako cugi powietrzane, Dotykające, lubo niedotkliwe,
Po bólach tylko otrzymanych znane: Krzywe na proste, a proste na krzywe Paraliżując w człowieku zbiorowym,
Co, że zapomniał się nim, jest niezdrowym.
Do kogóż wrócić w tej powieści całćj, Gdzie wchodzą ludzie, a nie ideały?
Na łożach jedni, drudzy poza sobą,
0 wszczętej inni dyskutując wojnie, Obecną, rzekłbyś, iż wzgardzili dobą
1 odpoczęli w ruchu, niespokojnie:
Jakoby pierwej chcieli rozstrzygnięcia Rzeczy, bynajmniej ich nie obchodzącćj, Nim do powszednich powrócą zaczęcia.
W mowy ogóle, w ogóle pojęcia Fałsz jakiś, zapał jakiś niegorący Rządził i ludzie bywali chwilami,
Jakoby sobą nie władnęli sami.
Ten to powiadał, co zasłyszał mętnie, Zuchwale broniąc, bo nie swojej rzeczy; Ów, że to uczuł, słuchał obojętnie;
Ten obojętność, mniemał, iż mu przeczy, Więc wieść podwajał, by zrobić wrażenie, Wywoływając tem większe zwątpienie.
Gniew stąd w powszednie wmieszał się pożycie,
Jako element1) potrzebny koniecznie,
I darło się to zewnętrzne okrycie Ładu, co ufać radziło bezpiecznie.
Nie, iżby rozruch w prowincji dalekićj, Mało ważony nawet przez cesarza, Zagrażał państwu, lecz, że dni i wieki

  • ) element (lac.) — czynnik, część składowa. C. Norwid. — Dzieła

iIATY
Często niewielki wypadek przetwarza I, większość sobie obracając na tło., Całej epoki garnie na się światło..
Prawda to cudem czyni, ale bywa',
Że i iron ja w ten się płaszcz odzićwa,
Ta siostra prawdy urzeczywistnionej — Głupia, w zazdrości swojej dla natchnionej Podrzeźniająca gestom jej w mniemaniu, Że uwielbienie podda urąganiu.
Acz jest to siła, lecz dwojakiej treści: Bezwłasnowolna, przez ucisk powstała, Która się rodzi z nadmiaru boleści I współlez niema, co się przecierpiała, Współczucie tylko ma złączone z racją, Zimna i pewna w zasadach, jak skała, Tudzież ta, która, władnąc fascynacją1), Gore, a zawiść z nią, sztuczna z nią chwała Samozwaństw, chcących być arystokracją2) -
Fascynacja zaś składa się, nie rodzi. Czem zaś jest przez się? — Nie wiem, ani zgadnę;
To tylko jedno dodam, że pochodzi Od fasces; jest to coś—tragicznie żadne 3>.
Przez labirynty te, niebudowane Głazami, z ludzkich uwiane żywotów, Hieroglifami pozapisywane,
Duch, jako powój śród chruścianych płotów,
Gdy się przewinie raz, umierać gotów, Tak żal mu właśniej siły, że dotrwała!
Duch zaś gdy umrzeć chce, to pragnie ciała.
Od progów Zofji syn Aleksandrowy Niósł się, jak drzewo z posady wyrwane,
0 fascynacja (lac.), urok, oczarowanie.
2) Arystokracja — apJ)?, apiotoę, p0 łacinie prae-stantissimus, albo bystry, bystrzejszy, najbystrzejszy — apiaroę znaczy także: wyborny — zpatoę, moc, władza, potęga — jednem słowem, apiatoxpaxia, najznaczniejszych władztwo. (P. P.).
3) Fasces, pęk łóz, noszony przez liktorów na znak czujnej dyscypliny rządu. Że pierwsza zwłaszcza epoka prawa rzymskiego, sabińska, obejmowała w praktyce swej cały rytuał mimiczny, fasces takie, pewnym sposobem wnoszone gdzieś, wywierało magnetyczny urok. Należałoby, aby czytelnik bliżej był obznajmiony z treścią żywota społeczeństw starożytnych — czego literalne książek samych czytanie, bez czytania pomników sztuki niepisanej i żywotów współczesnych, o ile są tradycjonalnemi, nie nauczy, aby z tych słów pojął, o ile i jako filologiczne pochodzenie wyrazu fa-scinato wywodzi się od fasces. Były różne akcenta mimiczne, nierozłączne z odwoływaniem się do prawa, a właściwe naturom spraw, przed trybunał wytaczanych, i prawie niemniej od samejże litery kodeksu ważne. Ale do powieści niniejszej dopiski tak szerokie mogłyby być zanadto mnogie, zostawia się je przeto uwadze i studjom czytelnika. (P. P.).
Gdy Akwilonem ‘) jest podejmowane I idzie, wieniec otrząsając z głowy: Upadku miejsca błędną szuka nogą, Zniszczenie mając i celem i drogą.
«Czemu? — Że jedno zimne go spojrzenie, Jak włóczni poszturch, naskróś nie przebiło.
Czemu? — Że nie ją, jej ukochał cienie, Albo nie znalazł w niej, co mu się śniło, Lub chciał, ażeby te wiedziała rzeczy,
0 których mniemał, że wiedzieć powinna. Mąż nierozsądny! I któż go uleczy
Z rany, co tyle krwawa i niewinna?
Miałaż więc ona zgadywać te słowa, Których się brzmienie powierza kamieniom,
Iż serc nie mają, a ludziom się chowa,
Iż mają, mogą mieć; które sumieniom Są, jako morski żwir strusia wnętrznościom,
A jako zbroja ordzewiała kościom? —
«Nie rozsądniejże było wziąć na stronę
Niewiastę ona i syllogistycznie
Rzec jej: «Uczucie dałaś za mamonę
1 mniemasz, że ci z tą zamianą ślicznie,
I jesteś głucha na okolne bole,
Na mozajkowym oparłszy się stole, Któryć odbija łokci alabaster,
Jako strumienia dno, pstre kamieniami.
A pieśń twa słodka jest, a miodu plaster Z nie tylu kwiatów, nie tylu pszczołami, Nie tylu kręgi lotów ich uwity, Wdziękami ilu rym twój znamienity.
«To gdyby była dosłuchać łaskawa Do końca treści, możnaćby i dalćj Tłumaczyć: ile, jak i gdzie ta sprawa Serca płomieniem się niszczącym pali, Wątpliwość każdą wyjaśnić przykładem, Ominąć każde wewnętrzne zjatrzenie I tak przepoić się jej własnym jadem.
A własne jednak dotrzymać sumienie:
I stać się dla niej wydeptanym śladem, Po którym nawet i nieme kamienie Bez krzywych zboczeń mogłyby się sunąć; A potem — jad ów, wyssany tak, splunąć I, że się ciężar przestało już nosić,
Upaść mu jeszcze do nóg i przeprosić.
«Wtedy — o, wtedy onaby widziała Wszystko prócz ceny prawd i wszystko w tobie
Ceniła — prócz twej krwi i twego ciała!»
J) Akwilon (łac.), wiatr północny.
Słów tych wewnętrznie młodzieniec do-mawiał,
Jakoby obca, rozsądna osoba,
Gdy w grupie ludzi potrąci! Barchoba, Który z rzeźnikiem stał; drugi oprawiał Baranka, białe zeń ściągając runo,
Krwią dookoła rumiane ciepławą,
Jak gdy okrycie kto rozłącza z ławą, Pierw do siedzenia miękkiego zasłaną, Lub naklejone obicie ze ścianą.
Było to bowiem miejsce, Placem zwane Przedajnym, gwarne, wilgotne, zaulne *)
W upały nawet — że nie zamiatane — Temperaturę mające szczególnę I coś szarego w powietrzu, jak pyły.
Tu, tam wnętrzności leżały na bruku, Indziej się kwiatów wieńce czerwieniły. Ptasząt śpiew, wmieszan do powózek huku, A do cięć głuchych w mięso ludzka mowa Dawały temu obrazowi całość Ducha w rozpaczy, gdy wyczerpnął słowa I zaniepoznał, co radość, co żałość.
A widząc rzeczy różnicę, nie rzeczy,
Gdy twierdzi nawet coś, to wstecznie przeczy.
Barchob, od kupna odwróciwszy lice, Napotkał oczy przechodnia, ku niemu Zwrócone, jako letnie błyskawice,
Lecz te wraz gestem, pytającym: «Czemu?»,
Usunął, sprawę swą kończąc z rzeźnikiem. Dziewczyna jakaś przeszła między niemi, Naczynie niosąc, bełtające mlékiem,
Jak łani, ledwo że tykając ziemi.
Ta zawołała: «Quidam!» za człowiekiem, Który szedł, koszem do pół osłonięty,
A ziół i kwiecia woń powiała wkoło Ostra, jakoby woń koszonej mięty.
Syn Aleksandra schmurzył blade czoło, Nie mogąc pojąć milczenia Barchoba,
I szukał okiem, zali się nie myli,
Gdy ruch się zrobił w tłumie tak. że oba Za tłumem w jedną stronę się zwrócili
W głębi zaś placu powstała rąk chmura: Lud na bezsprzężne powskakiwał bigi, «Wół! wół!» wołając «święty!», przytem «Hurra!»,
A podbiegając z krzykiem na wyścigi, Kapłańskie sługi w podkasanych szatach Z stryczkami w ręku sunęli po kwiatach, Po koszach, w bioto ległych z owocami. Kapłańskie sługi biegli ze stryczkami, Gdy wśród zwichrzenia tłumu rogi złote Byka, co ona rozganiał hołotę,
i) Zaulne od zaułek. (P. P.).
Jakoby księżyc, zaledwo wschodzący,
Na ziemię zleciał, toki nierównemi Siekły przez obłok ludu pierzchający,
Od ziemi wgórę i zgóry do ziemi.
Policja rzymska, w tę wmieszana sprawę, Organizować poczęła wyprawę,
Głosząc: «Schwytany ma być! Jest schwytany!»,
Włóczniami tłumy cofając do ściany.
I wraz porządek gwałtem rósł, gdy szpiegi Skoczyli niemniej szykować szeregi — Czas, w którym człowiek z toporem na ręku
Uderzył w ramię młodzieńca z Epiru, Szukającego w gwarze tym współjęku.
Tknięcie to, wzgardy pełne, twarz nieznana Męża z toporem onym tak dobodły Poniewieraną wrażliwość młodziana,
Iż ściągnął k’niemu leniwą prawicę, Leniwą wargą drgnął i wyrzekł: «Podły!», Ale już wtedy, gdy go, jak kotwicę, Zgiętego rzucił o ziemię.
«Przebogi!!» — Tłum zaczął wołać — «Morderstwo kapłana!» —
Zwłaszcza, iż wolu właśnie złote rogi Ujęto stryczkiem, a rzesza wezbrana Nie miała ujścia chuciom ani drogi.
Policja z swemi skoczyła włóczniami, Gdzie Aleksandra syn trzymał pod nogą Męża, a jakiś ogrodnik słowami Łagodził rzeszę pachołków złowrogą,
Co krwawe stryczki nosi i kadzenia, Ilekroć żertwa *) jest gdzie do spalenia. «Puszczaj!» zawoła setnik, gdy młodzieniec:
«Niech zaraz rzuca topór!», k’czemu zasię Ogrodnik dodał: «Z toporem szaleniec!», A setnik ręką skinął. W tymże czasie Kapłański sługa wyrwał się, a potem Bronzowy topór, jak ptak, z rąk mu sunął, Powietrze skrzydłem swem przekroił złotem,
Padł — Aleksandra syn zadrżał i runął.
Krwi sute pasmo fontanną wraz krzywą Z początku bystrzej, potem szło leniwo^ Kolana widzów pieczętując nagie,
Wokoło trupa ciepłego zebrane, Utrzymujące ciał tych równowagę,
Które traf skupił i ułożył w ściainę.
1 rup się po bruku przeciągnął płaszczyźnie,
') żerlwa, ofiara całopalna.
MATY
Podając rękę ku niebu, jak w chwili,
Gdy naciągany łuk ci się wyśliźnie,
I rzekł: «Na targu—konać — jak w ojczyźnie
Konać — wyśmiewa się z siebie ironja». Coś jeszcze mówił, gdy doń przyskoczyli, Leoz oderwała słowa ust agonja,
Których świat niewart, a śmierci są łupem: To zaś, co podjąć jęto, było trupem.
Ogrodnik tylko, obecny tej sprawie, Wyciągnął rękę i rzekł: «Błogosławię Duszy twej, a wy, co znaczy skonanie Młodzieńca tego, kiedyś się dowiecie — Którzy jesteście ślepi kainanie, Rozbijający braterstwo, na świecie Obrazy sławiąc własnego zbłąkania Czynami, z których każdy was odsłania — I jako scena w teatrum naucza,
Do prawd zakrytych by szukano klucza. Bóg, gdy ofiarę nożem czynić miano Na niewinnego młodzianka wzniesionym. Nasunął owcę, w ciernie uwikłaną,
Krwią ludzką nic chcąc, aby był chwalonym;
I wolał przenieść ofiarne skonanie Nad krwi wylanie.
Ale wy, byka minąwszy toporem,
W człowieczej krwi się chłodzicie — szaleni!
Tym, mówię, czytać gdy poczniecie wzorem
Pisanie, co się w powietrzu czerwieni, Padniecie na twarz».
«Precz z nim! Co on rzecze?» Wołano — «Ktoś jest, ponury człowiecze?» —
«Czytać» — ogrodnik ciągnął, patrząc wgórę
Jakoby w pisma zwój — «czytać żywotów I skonań księgę, czytać chmurę I światłość czytać, zapisanie grzmotów». «Tak jest» po chwili dodał. Grecy z tłumu Wołali: «Półbóg-że zstąpił?», a męże Żydowscy: «Ktoś ty?», a rzymscy: «Człowiek bez rozumu!»
Rota, gwałtownie wstrząsnąwszy oręże, Kazała milczeć lub z placu uchodzić. Ogrodnik rękę wzniósł ponad zwłokami I, szepcąc, począł w powietrzu nią wodzić, Jako gdy w rolę rzuca kto ziarnami,
A szept ów służył jemu za nasienie —
Gdy mąż libertyn1), podsetnik, co wszczyna Marsz, gdy w szeregach równają golenie2),

  • ) Mąż libertyn znaczy: w Rzymie z niewolnika

i niewolnicy urodzony. Za Tybrem było ich przedmieście. (P. P.).
2) Lin je w wojsku równały się po goleniach. (P. P.).
. S. R. h
RfiSKl
niftak FitrjotAn FetsKlsh n Z,
ZflRZąD R-?U8LlKi
Zawołał: «Człowiek ten, szepcąc, przeklina!
Chrześcijański to pies!» — a kapłańskie sługi
Stryczkami k’niemu puścili krwawemi, Jako gdy brudne wiatr ogarnie strugi Z dachów i łuną z tak równym hałasem, Że zgóry, nie wiesz, trysnęły, czy z ziemi. I niezadługo w zawierusze tłumu Widziałeś Gwida skroń lub ramię czasem, A czasem sznura tylko silne drgania,
Co tu i owdzie chwilowo rozgania —
Jak gdy przewoźcy ciężar wleką promu Nierównym chodem po nadbrzeżnym piasku
Przy upominań się wzajemnym wrzasku. I niezadługo na tym placu gwarnym Zamknięte tylko kupczących szałasy Stały szeregiem milczącym i czarnym. Zachodu słońce purpurowej krasy W biota się szybach mętnych odbijało; Młodzieńca cichy trup leżał, okryty Kwiatami z koszów, gwałtem wywróconych;
Pies jakiś wietrzył krew, jakieś kobićty, Przechodząc, kilka róż mało zbroczonych Podniosły. Cicho było i zielono Na bruku, który właśnie opuszczono, Podobnym z barwy, miejsca i wspomnienia,
Do wag rzeźniczych—te z urządzeń zmianą Z ciężkiego nader że były kamienia,
Do nóg męczeńskich gdy przywiązywano, Krwi nieraz świętej bywał na nich napis, Skąd kamień wag tych zwą: martyrum lapis >)•
XXV.
Jak przez czasowe gdy kto wieczne słyszy I folgę daje obecności gwarnej,
Bacząc, czy odgadł, gdzie jest, bacząc w ciszy,
Której treść wielka, lubo pozór marny — I, próżen rzeczy znikomych kwapienia, Próbuje tylko, ile mu jest dano I wolno swego uchylić sumienia Za cyrk, gdzie jeszcze walk nie dokonano: Tak Jazon, wieścią choroby okryty, Samotnie wschody liczył i zachody,
To przed domostwem siadując jak wryty, Niewiele baczny na wieczorne chłody,
O Kamień, podobny do agatu jasno-zielonego, z któ-rego wagi robiono, a potem, zmieniwszy je, zużywano ten ciężar w męczcństwach, rozmaicie go stosując; pierwej zwany przeto aequi pondus, potem zaś lapis martyrum. (P. P.).
To od przysionka przechodząc wzdłuż sali, Gdzie drży fontanna i lampa się pali.
Zamorskich mężów mniej już zachodziło Do drzwi magowych pukać i przed domem Czuwać — i, jakby się coś dokończyło W teatrum, pierwej co chwila ruchomem — Znikli. A jeśli poranił kto osoby Dotyla ciche, to, gdy sam był w stanie Uciszyć niemniej własny zmysł i doby, Która się raczej miała na wezbranie I obfitością trafów, mniemań, wieści Radziła owszem wybiegać poza nie I szukać, czego szuka się w boleści Krzykiem, lub czego myśl pożąda w czasie, Lecz co jedynie w duchu spotyka się. Więc, co pierw było, skryte jest zasłoną Pewniejszą, niżby z głazów ją robiono, Zdziwienia nawet nie zostawującą,
Jak nie zostawia zdziwienia na świecie,
Źe starzec umarł, zrodziło się dziecię.
Przechadzkę swoją po izbie, niechcącą, Prowadził starzec krokami równemi,
Gdy w drzwiach otwartych stanął mąż nieznany,
Rosy — że Jazon podniósł wzrok od ziemi, Spotkawszy nogę obcą mu u ściany:
Tak już był przywykł ufać, iż nie inny Kto, jeno Barchob u niego gościnny.
Mąż że zdaleka szedł, że w Rzymie świeży, Po samej łyżce z cytymskiego drzewa ‘), U pasa jego wiszącej, z odzieży Także poznałbyś. «Akiba się miewa Dobrze: odgadłeś gwiazdę i jej syna. Krew już płynęła. Ta jest ma nowina». Jazon ramiona wzniósł, uścisnął potem Przychodnia, pierwej wysłuchawszy mowy, Jakby odległym jawiła się grzmotem,
I zaczerwienił się w sposób niezdrowy,
I zbladł, i rękę otarł jednę drugą,
I rzekł: «Spoczniemy dziś; potem na długo Spoczniemy może» — i siadał wygodnićj, Niż to zwykł czynić sam, a ręki gestem Wskazywał, by toż zrobił mąż przychodni. I siedli. Jazon rzekł: «Słuchaczem jestem, Mów — a spokojnie, bez zdawania rzeczy, Co już obyło się w poselskich słowach. Jak odpasanych brzęk coś mówi mieczy, Kiedy zatyka się je w łoża głowach,
Tak mów, bym czasu, powietrza i ziemi Używał z ciebie oddechami merai».
To mówiąc, rękę kładł na męża ramię, Skrzydłami nosa robiąc, jak człek młody, I poprą wując nieuważnie brody.
«Mów! Posłannika jak zgadnięto znamię? Wielu ma z sobą?» —
i) Drzewo citim, którego robak nie toczy. (P. P.).
«Set było niewiele Konnych, co zwie się machabejska jazda, Piechoty tysiąc, lecz dziś rzekłbym śmiele, Dwa razy tyle wiedzie za się gwiazda Po drogach, tkanych w gałązki zielone. Bareochebas! Wątła wprawdzie świćca, Kiedy się jawił — ta, rzekłbyś, dziewica, Pacholę, rzekłbyś, mało doświadczone —» «Zmężniał» — podpowie Jazon ‘) —
«Rudogrzywy!» — Przychodzień rzecze — «Ku Jaboku stronie 2),
Ku Dekapolis, gdy grano w cięciwy, Zakłuto pod nim numidzkie dwa konie. Trzydziestu zato wraz na placu kładzie Z pancernej jazdy rzymskiej co najlepszćj. I nie ma-ż w sobie dorównywać szpadzie, I nie ma-ż od swej chorągwi być krzepszy? Zwłaszcza, że nie swój, ale prawie owy Pierwszy obyczaj machabeuszowy Trzyma, we skrzydła dwa robiąc konnicą, Łuczniki środkiem, a sam nakształt głowy, Z ogromną ręką prawą, też z lewicą.
Z obiema zaraz po modlitwie wszczyna Pieśń, a z trąb niżli się odleje ślina,
To krew się pierwej na toż miejsce rzuca, Iż jest przeklęta krew, krew poganina!»
To rzekłszy, ziemię bosą zatarł nogą,
Gdy Jazon pojrzał naokoło, potem Wstał, wyszedł — Barchob że nadchodził drogą.
K’niemu mistrz płaszcza połą, jak namiotem,
Wionął i gestem rzucił polecenie I, jako pierwej, siadł; było milczenie.
Po chwili weszło pacholę służebne, Miednicę stawiać z płóciennym ręcznikiem, Toż sprzęty obce, do uczty potrzebne: Drewnianą konew z winem, konew z mlć-kiem,
Stół, jakich w Rzymie niema, arfę złotą, Schowaną w kaptur z sydońskiej purpury, I piasek, którym sypało z ochotą Na różnobarwne posadzki marmury, Gałązki przytem mając oliwncmi Tak odmienioną powierzchowność ziemi.
Wyszło — szeroki słońca promień zgóry W fontannę upadł, prysnął o marmury I tęczę wywiódł sztuczną, co na ścianie Szukała przyleć jako malowanie,
Gdy Jazon, włosy zarzuciwszy białe,

  • ) Wyobrażenie patriotyczne u Żydów, że Mesjasz musi być przed wszystkiem chrobry. (P. P.).

2) Jahok ku Dekapolis nad odnogą Jordanu. (P. P.).
JATY
Do nóg przychodnia miał się. «Być nie może!» —
Zawoła pielgrzym — «a brońże mię, Boże!» I począł nogi swe okrzemieniałe Cofać i ramię odsuwał magowe,
Czego mistrz prawdę nareszcie poznawszy. Usunął ręce, siwą otrząsł głowę I prawie rozśmiał się, jak dziecko żwawszy,
A potem z dziwnym na twarzy wyrazem Ku arfie poszedł, czerwono okrytćj, Mówiąc: «Gdyby się serce stało głazem, Miałoby taki kształt!»—I pojrzał w szczyty Domostwa, rękę wyciągając prawą,
Jak gdy kto burzy nadchodzącej słucha. Usta mu barwą zabiegły bladawą,
Cichość się więcej uczyniła głucha — Przychodzień nie śmiał kropli zwiać w miednicę I, zamiast nogi swe, ocierał lice,
Tając, że tai łzy, płacz tającemu:
Tak wzajem bali się pytania «Czemu?»
Ciszę tę świętą przerwał głos, od dworu Zabiegający, wyraźny głos sporu Między Barchobem a gośćmi — glos, który Cichł i podnosił się i milkł w parowie, Dwojakiej, zda się, płci albo natury Głos, jaki w serjo tragedjach faunowie Mogliby jedni wywlórzyć na fletni.
Lub w czasie smutnym ludzie nieszlachetni. Jakoż Pomponjus był to z swą przebraną Elektra. Barchob ostatnie rzekł słowo,
I słychać było, że się drzwi ze ścianą Zwarły, aż młotek uderzył namowo.
«Oto» — mistrz rzecze — «masz ich! To Rzymianie!
Pompejuszowi wnukowie, któremu Macicę winną ze złota') na ścianie Zawiesił judzki król lat nieco temu».
I dodał: «Z chwili samego wyboru Czy nie odgadłbyś fasces i toporu?
0 ty, co zamiast głupiej krwi bydlęcćj Antiochowych zbiłeś pięć tysięcy,
A powracając do Jeruzalemy,
Zastałeś kościół chwastami zarosły.
Niemy, i ołtarz mchem zarosły, niemy,
1 drzwi spalone w zuzel, gdzie się osły Tarzały podłe — ty2) jesteś tu blisko, Czuję cię przez łzę i urągowisko!»
«Uszczknijmyż nieco i w jego radości», — Przychodzień rzecze — «a jako dni osićm
1) Tę macicę winili), zwaną terpolis, widział jeszcze Flavius Józef w świątyni Jowisza kapitolijskiego, a była ona z napisem: Aleksander, król żydowski. (P. P.).
2) Judasz Machabeusz. (P. P.).
Postanowił był, osiem dni światłości >), Tak osiem godzin niech wesele znosim. Znosim — bo rzecz jest niecała i krwawa». K’czemu siadając, mag rzekł: «Owo strawa, Na jaką stać mię» — i chleb począł łamać. Ale solenność odeń odchodziła.
Jak gdy natchnieniu kto dozwolił skłamać, Niemocen doprząść tymże samym tonem Treści, co albo zupełnie wątpliwa,
Albo wątpliwość stracić ma za zgonem I. chociaż szczera jest, kłamie, bo żywa. Tak bowiem swego mag Barchoebasa Za czekanego uważał mesjasa,
I wielbił prawdę, lecz przez opóźnione Złudzenie, jako przy zachodzie słońca Podziwiasz nieraz za dnia pominione Okolic wdzięki, iż bliskie są końca'
Skoro baranka napoczynać mieli,
Barchob z podrzędnem usiadł pacholęciem I jedli, służąc, słuchając z zajęciem Rozmów, jakoby onych treść wiedzieli. Skąd chwile były lego zapomnienia,
W których «gdzie» znika, a myśl ze wspomnienia
Obecność tworzy — chwile przywołania Przeszłości w jawność lub czasu przyszłego,
Który się jeszcze oku nie odsłania —
Coś przynoszące upajającego Przez oderwanie się od współczesności, Boskości nieco mające i czczości — Chwile, co dają nieśmiertelność tchnieniem,
Uobecniając treści niedotkliwe,
A niepokoją wewnętrznie sumieniem, Szepcąc, że nikłe są, że nadprawdziwe.
Więc, takie wina popiwszy kielichćm, Godzisz się wreszcie z myślą, żeś jest lichym —
Nie, iżbyś szukał zniżenia się w zwierzę, Lecz że, nie będąc duchem, twierdzisz: «Wierzę!»,
A twierdząc, konasz rozumem doczesnym, Stając się wiecznym, ileś nadspółczesnym.
Tak ludziom, na śmierć idącym, się daje Puhar2); i w innych też chwilach solennych
Stwierdzają prawdę ona obyczaje Ludów, bynajmniej sobie nieościennych.
1) Po przywróceniu czci kościołowi, postanowił Ma-chabeusz 8 dni światłości w 3 lata po profanacji, jak zapowiedziane było u Daniela proroka. (P. P.).
2) Salomonis XXI. 6: «Dajcie napój mocny ginącemu, a wino tym, którzy są ducha sfrasowanegO».
(P. P.).
Właśnie tak Jazon kielich wzniósł, gdy z dworu
Stuk młotka zabrzmiał, a potem ten samy, Lecz już jak cięcie obuchem toporu.
A dalej poświst zawias, co od bramy Wypartej darły się wstęgą bronzową,
I tupot skorych nóg, zmieszany z mową. Mistrz wstał, lecz w chwili, gdy miał się ku sieni,
Liktorów weszło dwóch i znaczna rota, Co widząc: «Bądźcie albo pozdrowieni» — Kzekł — «albo niecnie zmyliliście wrota. Cesarz-że pisze do mnie?» Liktor na to Pierwszy: «Litera, którą trzymam, złota. Mówi, że skazan jesteś na wygnanie,
Ty, filozofy, tudzież chrześcijanie»l).
Co rzekłszy, zaciąg czynił straży zbrojnćj, W przysionku stawiać szepczących żołnierzy,
Jak człowiek, swoje gdy pełni, spokojny I zimny — pełni to, co się należy.
A łatwość w tem ma utrzymania rzeczy, Iż sam nie wątpi i nic mu nie przeczy.
«Kończmy!» rzekł Jazon i puhar wychylił, Ale ust nieco kielichem omylił I, do setnika palec niosąc, rzecze:
«Kajus*) — posłuchaj, służebny człowiecze! —
Cezar, czterykroć zwan imperatorem, Pierwszy raz konsul, także dyktatorem Nazwany wiecznym, księciu Ilirkanowi W umowie głównej głosi i stanowi:
Iż, skoro posły żydowskie przybędą,
Z senatorami na igrzyskach siędą Patrzeć, jak rzymski chłop się w cyrku bije.
A gdy zaniosą skargę do senatu,
Tedy — jeżeli Rzym trwa, cezar żyje I, jak panować ma, panuje światu.
Dnia dziesiątego po listów złożeniu Dyktator albo pułkownik konnicy,
U Żydów onych stanąwszy w przedsieniu, Zapyta, czyli chcą z nim iść lennicy. Rzym-że trwa jeszcze? Cezar jak się miewa?»
To mówiąc, kaszlać począł nieprzytomnie I chwytał łyżkę z cytymskiego drzewa,
I obracał ją w ręku.
«Ile do mnie Rzecz ta należy?» — zawoła przychodzień «Jam nieznajomy gość tu. wam zaś — zbrodzień!
1) Po wiele razy tak chrześcijan i filozofów razem wygnaniem jednem dotykano. (P. P.).
2) Edykt ten Juljusza Cezara prawie dosłownie przytoczony tu jest. (P. P.).
Jam jest a powstańców mąż, obcy magowi. Czyńcież, co czynić macie, czyńcie zdrowi!»
Mistrz Jazon, słowa te słysząc, wzniósł rękę
I, popychany żołnierstwa poskokiem. Wołał: «Coś w wietrze czuję, jakby mękę Człowieka — krzyże — pod ciężkim obłokiem,
Przy Jeruzalem — na trupich głów górze» —
I padł, po piaskiem zasłanym marmurze Skroniami miecąc gałązki oliwne,
Co zdały mu się uwieńczać siwiznę.
XXVI.
«Tyś winna» — mówił Pomponjus do di wy —
«Że oto dzień ten tyle nieszczęśliwy».
I łamał pedum kościane jak trzcinę Na coraz więcej drobne kawałeczki,
A kość parskała i złote zeń ćwieczki Wylatywały jak skry. «Wina winę Powiększa» — diwa na to mu odpowie — «Gniew, pedum niszcząc, nadweręża zdrowie •).
— «Koniecznem było, zamiast starca budzić,
Napisać raczej do Zofji słów parę» — Pomponjus mówił.
«Zamiast palce trudzić Łamaniem kości, pisz! Lub czekaj: stare Tam są od różnych patrycjuszów karty, Wybioręć sama list». Co rzekłszy, z śmiechem
Wybiegła, niby stając za zasłoną, Pobrzmiewającą wszakże kroków echem Tak, że Pomponjus w głos zawołał: «Żarty!»
I chęć mu przyszła niespodziankę ona Przedłużyć wiary dziecinnej udaniem, Gdy diwa z twarzą wbiegła rozjaśnioną, Mówiąc: «Posłałam krótki list, z wyznaniem
List twój i kwiaty. Po drodze ich wiele Zakupić można, prawdaż?
W rzeczach tylu Życzenia twoje i pragnienia dzielę, Czemuż mam obcą być i w tem?»
«Motylu!» —
Pomponjus z zimną ufnością odpowie — «Gdybyś zrobiła to!»
0 Ta moralna uwaga o gniewie nie jest wcale obcą społeczeństwu starożytnemu, owszem precepty higjeniczno-moralne mamy wlaśnie-że z tamtych źródeł. (P. P.). j
MATY 215
«Gdybym zrobiła!» — I wieniec rąk nań białych zarzuciła, Wśród pocałunków poszeptując: «Kto wie?»
XXVII.
W podróżnym płaszczu, z ogoloną głową1), Jako niewolnik lub człowiek ubogi,
Mistrz Artemidor wchodził w Zoiji progi. Postawę nieswą mając, raczej ową,
W którą się rzeźbiarz stroi, kiedy bogi Przedstawiać każą mu śmiertelni ludzie, Hojni dość, niedość rozmyślni o cudzie.
Zofja kończyła właśnie swą rozmowę Z posłańcem, który miał doń list, a leki 1 kwiaty z willi przyniósł niedalekiej.
Od Pomponjusa list, rzeczy nienowe Powiadający, tem szczególny w sobie,
Że zdał się innej należeć osobie I nic o lekach nie mówił od maga.
Rzuciła go więc, rzekłszy «Nieuwaga!», Skinieniem słudze dając pożegnanie,
Gdy Artemidor siadł i, jak w koronie Król, za majestat swój mając wygnanie, Mierzonym głosem te jej mówił słowa: «Radź zdrowa! Więcej, niż kiedy, bądź zdrowa!
Wybrzeża Galji!) dzikiej niezadługo Przyjdzie mi oczy oglądać tęsknemi, «Rzymie» — wołając — sławo i zasługo, — Zniknijcie! Ziemio, wracaj się do ziemi! Laury, suchemi rozmiećcie się pyły — Brak środków dwakroć uolbrzymia siły». To rzekł, lecz, jakby mówił to już pierwej, Nie dawał uczuć, aby krócił żale,
Lub poruszone uspokajał nerwy — Swobodny owszem i przytomny wcale, Nim Zofja z swem się współczuciem ozwała,
Kwiatami począł bawić się niedbale. Każąc, by leków swych nie przerywała, Solennie nagląc, by nie był natrętny,
By napój wzięła zbawienny, acz męlny,
1) Dotknięci wygnaniem pozbawieni bywali możności noszenia togi i nieraz w krótkiej sukni z głową ogolono szlachcic rzymski w prowincji oddalonej szkolę zakładał i uczył. (P. P.).
?) «Wybrzeża Galji dzikiej». — Lubo państwo rzymskie obejmowało nieledwie świat, linja jednak, od dzisiejszego Krymu do Marsylji przez posadę Europy wyciągnięta, dałaby niżej właściwa ojczyznę Rzymianina, wyżej zaś kraje do robienia karjer wojskowych i miejsce wygnań. I jako naprzyklad Ameryka względem Europy bywała i jest krajem ucieczki z różnych przyczyn, tak był naonczas ów obszar środkowej Europy. Po ukrzyżowaniu Pańskiem Herod, Piłat i ś-ta Magdalena zostawują wspomnienia, iż w dzisiejszej Francji przebywali — było przysłowiem rzymskiem: «poszedł na ryby do Marsylji», co znaczyło, iż wygnany jest albo ile uważany. (P. P.).
210 G. NORWID.
Co też doraźne dało porównanie,
Iż niemniej gorzkie, a przyjął — wygnanie!
Więc Zofja, leżąc, rękę mu podawszy, Chyliła do ust maleńką amforę,
Rumieniec mając coraz to jaskrawszy,
Jak gdy weselą się osoby chore.
I obraz to był zaprawdę ciekawy: Wygnańca, gdy się z ręką tej kobićty Leżącej bawił, wzrok mając bezłzawy, Lecz nieobecny, poza miejsce wryty —
I tej, z rumieńcem swoim chorobliwym Nadobnej, co mu rękę swą podała,
Leżąc pomiędzy człekiem nieszczęśliwym A lirą, która z drugiej strony stała;
Pijąc coś, wzrokiem iskrząc, piersi drganiem
Coraz to silniej odrzucając szaty.
Obraz, nie wiedzieć czyjem pożegnaniem Napiętnowany, zwłaszcza, że tuż kwiaty I list rzucony najniedbalej leżał,
Jakby tam przeszedł jeden z onych smutków,
Co do nikogo z ludzi nie należał Ani należał komu — owoc skutków!
Po chwili, puste rzucając naczynie, Ścisnęła ręką dłoń Artemidora I przechyliła k’niemu blade skronie, Mówiąc coś, jakby osoba niechora,
Lecz jak się dzieci bawią w swej pościeli; Rękoma włosy zgarniając na oczy Z kwileniem płaczu, to znowu weselćj Do rozpierzchniętych gadając warkoczy, Jak gdy kto z żywem bawi się stworzeniem;
«Bądź zdrów!» wołając i znowu: «Bądź zdrowa!»
«Liry mi z sobą nie unieś, bo jęknie — Podsłyszą szpiegi, co się w lirze chowa, Rozbiją na krzyż, że każda z strun pęknie, Spadkami pękań tych wyrzekłszy słowa Wszystkiego, co jest na świecie coś warte, A ludzie patrzeć będą, jak ta mowa Odleci w lazur, pierś mając rozdartę.
I jeszcze o drachm założą się parę,
Czy też do Grecji szczątki jej dolecą?»
«Oh! tak jest, mówię ci, kolosy stare,
Z gajów swych cicho wyzierając, lecą — Orfeusz, Homer! Patrz —»
I wskazywała Palcem w zasłony cienie purpurowe. «Sokrat — z motylem czy liściem na czole —
Pokazuje mi coś1)- Amforka mała —
A taki wielki świat, tak wielkie bole!
I śmierć — sen — sen — śmierć —»
I skonała.
«Oh, niźli pójdą precz» — wygnaniec rzecze —
«Trzebaż mi było ostatnią z Hellady Pożegnać pierwej? Eheu, nie miecze, Lecz poniewierka już, a skryte jady Narodu resztom następują w ślady!»
Co że zawołał głosem rozpaczliwym, Służebne wbiegły, Egipcjanka z niemi,
I rozpoczęły nad ciałem nieżywśm Szlochać — list, flaszkę, kwiaty brały z ziemi.
Noc nadchodziła. Sąsiednie osoby Wchadzały mimo niegościnnej doby. Pochodni kilka tam i owdzie długo Noszono szepcąc, gdy mistrz w swej opończy
Wytartej stał się pogrzebowym sługą: Przyjaźnią, prawdą i bólem okryty,
Nie myśląc, jak z nim pocznie wieść i skończy,
Wygnania nawet zapomniał — łez syty.
XXVIII.
Poza murami, poza czerwonemi,
Wokoło wzgórza, sypanego z ziemi,
Jako gdy ogień wzniecają pastuchy, Ludzie się jacyś krzątali, czy duchy.
Gdy wiatr jesienny, idąc po Kampanji, Skrzydłami swemi stos poddymał suchy I słowa imał śpiewanej litanji,
Smutki swe do nich mieszając stepowe, Dym zwijał w kłęby albo zażegnięte Porywał z stosu wieńce cyprysowe, Okrągłe ciskał, dalej rozwinięte... Bursztynowemi polewan aromy,
Palił się stos ów czworobocznie stromy,
A grupy ludzi odeń aż ku bramie W zbliżeniach różnych stały.
Było rano, Chłodno. Mąż jakiś, obrzucając ramię Gęstemi płaszcza fałdami, za ścianą Appijskiej bramy, w którą właśnie bigi Wchodziły, szepnął ku towarzyszowi: «Niedługo konne zaczną się wyścigi Jezdnych» *).
1) Kiedy Sokrates wypić miał truciznę, pocieszany był we śnie przez postać, cytującą mu wiersz Homera; widzenie więc to Zofji na tem jest osnute.
(P. P-h
2) Konne wyścigi jezdnych — ten wyraz znaczy tu po rzymsku: jezdnych, to jest szlachty rzymskiej.
(P. P■)■
Co ledwo skończył, ludzie nowi Od miasta cwałem ku bramie zdążali. Jeden z nich łowczym był cesarskiej świty; Drugi, jakkolwiek wpół twarzy zakryty Od strony, gdzie się stos na wzgórzu pali, Dawał się po swej poznać wykwintności, Że był Pomponjus. «Fatum nam zazdrości W wyścigach. Owo stos i trup na stosie!»— Łowczy rzekł.—«Fatum, wstrętne filozofji, Hippice1) zacóż ma uwłaczać w losie?» «Przysiągłbym bowiem, że to resztki Zofji!»
K’czemu Pomponjus, chyląc się na grzywę, Przeto, iż cugle legły, a koń, skrami Rażony, szyję podejmował krzywę «Nie mieszajże mnie» — odparł — «z wygnańcami!»
I, ręką chroniąc wzrok od wschodu słońca, Trzeciego zdał się upatrywać gońca.
Poza murami, poza szerokiemi,
Droga się w wąwóz zakrzywiała czarny Z kamienia, miękkość mającego ziemi Zmarzłej, łub, jako zuzel jest pożarny,
0 hippika (or.), nauka o koniach, zwłaszcza o jeździć konnej.
MATY 217
A kamień taki tuffo ') się nazywa,
Topora cięciu echem nie odzywa.
Tam w czeluść groty mimo bliskiej drogi Wnosili męże trzej rzecz, płaszczem krytą; Gdy jeźdźcy nasi w kształt konnej załogi Wąwozu czarne mijali koryto,
Niesionej rzeczy błysły w cieniu nogi (Że je, z pośpiechem uchodząc, odkryto), Białość i zmarszczki mające sędziwe,
A jako zmarły kwiatu pąk, nieżywe.
Mąż, co je spuszczał w grotę2) ręką lewą, Podrzucił prawą ku jeźdźcom, jak drzewo, Kiedy je skręci wiatr, i za rumakiem Pulchra coś wołać wszczął tej ręki znakiem,
Jakoby mówić chciała ta osoba:
«Pomóż grześć starca, odpoznaj Bar-choba!»,
Gdy grzywy poświst i szelest klamidy Zdawał się odrzec: «Nie znałem was, Żydy!»
1) Tuffo, kamień czarny, miękki. Najstarsze groby, np. Scypjonów, z tego kamienia są robione; groby, nie zaś sarkofagi. (P. P.).
2) Nietylko palono na stosach, ale i sposobem orjen-talnym grzebano w jaskiniach; nawet pieniądze w usta kładziono grzebanym; pod koniec bowiem imperjum, i już od połowy ciągu jego, grzebano na sposoby, każdemu wyznaniu właściwe. (P. P.).
ASSUNTA
(SPOJRZENIE KU NIEBU)
«Si qua meis fuerint, ut crunt, vitiosa libellis Excusata suo tempore, lector, habe:
Exul eram...»
(P. O. Nasonis: Trislium libcr IV. I) *)•
«Gdyby powiew, co z włosy twojemi Igra — powiał choć chwilę Na Ilafiza mogile
Tysiąc kwiatów wyrosłoby z ziemi!»
(Z perskiego poeljj).
WSTĘP.
«Zauważono słusznie, iż w literaturze polskiej policzą się ledwo parę poematów miłosnych, jakoby się parę razy zaledwo obejrzało na siebie te tak dostojne i różno-promienne uczucie».
Z. Z. Z.
Tylko «Dziady», część pierwsza J)> i «W Szwajcarji» Słowackiego są poema-
tami milosnemii, dwa na całą literaturę. «Marja» Malczewskiego jest powieścią.
Bacznego czytelnika ostrzec pospieszamy, iż w formie typograficznego odsyłacza zamieszczone «Spojrzenie ku Niebu» całością jest, równoważną samemu poematowi i jedynie dla scjentyficznych względów w prozie odrębną, zaś dla estetycznych łączną. Autor.
PIEŚŃ I.
I.
Jak w bruku kamień, stopą coraz inną Deptany ciągle w ubcy grodowej, Niehistoryczny i beznapisowy,
Wytarte czoło ma, choć twarz niewinną, Tak z dniami bywa, lubo nie powinno.
I mnie tak ranek zaświtał jałowy;
Czynić co nie mam, ni kwapić się na co — Ot, jeden z tych dni, co są, bo się tracą.
O — O ileby w moich książeczkach byty jakieś błędy, a zapewne będą, miej je, czytelniku, za wytłumaczone stosunkami: byłem wygnańcem... (Publius Ovidius Naso: «Elegie*, lcs. I, 1).
2) «Część pierwsza» oznacza tu «Dziady» wileńskie, obejmujące część II i IV.
II.
Więc wychyliłem się za okna bramę,
Też same widząc i drzewa, i domy, Drogę, w zamiejską prowadzącą bramę, Góry woddali, obłok nieruchomy,
Gdzie niegdzie ludzi ruch, wszystko też same,
Nieodmieniony zenit, ni poziomy:
Tak, że gdym oczy zwrócił odniechcenia, Żądały jeszcze jednego... wrażenia!...
III.
Utyskiwając z kątów i od ściany, Podróżny mój kij (rzecz, zda się, nieczuła) I zżarty słońcem kapelusz słomiany Myśl podchwytują, gdy błędnie się tuła:
«Czyli już (szemrzą one naprzemiany)
W skały wiodąca ścieżka się popsuła? Tam skarbów człowiek szuka w głębiach ziemi,
Tam, wyżej, klasztor z mnichy milczącemi.
IV.
Modre z granitów źródło dla ochłody Szkli się, jak kielich, podniesiony szczerze, Bluszcz je owija nieustannie młody, Cyprys gdzie niegdzie małych winnic strzeże,
Domki się patrzą, jak dzieciąt jagody, Powychylane nad białe kołnierze,
A owdzie hoża córka ogrodnika Chwiejących liści warkoczem dotyka...»
V.
Takowem świata zewnętrznego tchnieniem Poczułem duch mój, zwrócony ku sobie, I dzień mi przestał być szarym kamieniem. Wstałem, wyszedłem, czułem, że coś robię. Tak obraz ramy zyskuje pierścieniem, Tak zyskiwała myśl moja w tej dobie: Łany i góry i rozsiane sioło Gdy uścisnęły ją, szedłem wesoło.
VI.
Na wtórym pasie skał ścieżki się wiją, Rudzieje ziemia miedzią i żelazem,
Czuć człeka ręce, co o skałę biją, Przestaje obszar być pełnym obrazem, Choć mchy, gdzieś rozdarł ziemię, wraz ja kryją,
Strzaskany szkielet sterczy wgórę głazem, Tam — widzę — górnik zmęczony usiada
I, spoczywając, jeszcze piasek bada.
VII.
Kurzawą drogi ludzie są zbliżani,
Jak w boju marszem lub rozwiciem szyków.
Do wygodniejszej wraz szedłem przystani Z górnikiem owym, przywódcą górników— Acz byłbym o niej nie pomyśli! ani, Lubo podobnej do izb alchemików,
Gdzie słońca promień na wstępie się trwoży,
Drżąc że, go ujmie kto i w nic rozłoży.
VIII.
Zaraz od progów w całą okolicę Straciła ziemia barwy, jej właściwe: Zgliszcza to raczej, na których karlice
MATY
Roślin się włóczą, chore i leniwe; Wypłóki kruszców zmieniły im liee,
A oczy kwiatów szklą się, jak nieżywe. Bito tu nogą matkę-ziemię w piersi, Mrucząc: «Dziś ludzie silniejsi i szersi!»
Koniecznie sławiąc tę wieku potęgę, Górnik przeglądał się w szkle alembików: Gdybyś mu dodał czarodziejską księgę, Zodjak, i blade szkielety puszczyków,
A zamiast ścisłej wiedzy ogólników, Śpiącego w dali sługę niedołęgę,
Byłby to obraz!... Lecz, gdym myśliłotem, Rozmowa innym torem szła i zwrotem.
— «Człowieka stworzył «łańcuch» przyrodzenia»,
Mówił mi mąż ów,—«kość jest minerałem, Dośrodkującym wilgoć w swoje rdzenia, Zaś równowaga onych zwie się ciałem. Płynów tam więcej, niżeli krzemienia, Skąd trupów lekkość (dodał to z zapałem) Mierzy się według stopni osuszenia,
Tak, że wielbłąda szkielet gdy skwar spali, Wiatr nim porusza, jakby chciał biec dalćj».
— «Dalej!» odrzekłem, «za grób!» — i dodałem:
«Niepróżno «łańcuch» stworzenia (jak wyżćj
Rzekło się) nie jest stworzeń ideałem!...» Poczem, o ścieżkach, które są w pobliży, Języka wziąwszy, odpocząwszy ciałem, Wyszedłem wdzięczny, myślący i chyży, Powietrze w piersi coraz lżejsze chłonąc, Śniąc?... nie wiem... płynąc?... nie wiem... czyli tonąc?...
A skoro szedłem dalej, chłód i cienie, Zmieniwszy światłość i oddech, zmieniły 1 myśl, i myśli widnokręg — marzenie! Niżej cyprysy zwolna wychodziły Jeden za drugim, jakby skał sklepienie Dało im wyrój, a niosły mogiły —
Żadna gałązka ich alei wielkićj Nie drga, ni liść się kłoni dla kropelki.
Z czego też pełne wykończenie ciszy: Zaledwo ptaszek nad cyprysów kudła
Wzięci i wróci.........................
..............Tak, gdy u klawiszy
Zawiśnie ręka szkieletu wychudła, Obecność granie, jak potomność, słyszy, Dźwięki się zdają powracać w ich źródła. Stanąłem. — Czarne ściany dwie przede mną
Z drzew nieruchomych, a w ich zbiegu ciemno!
XIV.
Taką to drogą — do góry — do góry — Idąc, od słońca nawiedzany wskośnie, Długie na piasku depczesz cieniów chmury, Szczeble Jakóba drabiny, co rośnie —
Coś w głębi świeci — obłok? albo mury?— I w labiryntach znika bezlitośnie.
Ziemi oblicze prawe i spokojne:
Nikt nie darł jej tu przez zbytek lub wojnę.
XV.
Oblicze ziemi i polnego kwiatu, Wszystkiego, co jest pod niebem, zdaje się Ubogacone tchnieniem aromatu;
Jak chce, liść buja, gałąź, jak chce, pnie się; Natura rzecze człowiekowi-bratu,
Że ni w ogrodach błądzi, ani w lesie,
Gdy w głębi brama, z grubych głazów cięta, Cięży, i ta jest ledwo że przymknięta...
XVI.
Widno, jak w szparę tego niedomknięcia Pasmo słonecznej nici się przewleka. Dotknąłem palcem do klamki ujęcia, Jakbym szedł dalej, gdzie nikt mię nie czeka.
U podrzędnego zastałem zajęcia Mnicha, co z progów ścierał ślad człowieka Ręką po łokieć nagą i tak skrzętnie, Jakby zamiatać można było chętnie,
XVII.
Lub jakby szybę ocierał szeroką,
Około której staranność jest razem I starannością o swe własne oko.
— Przed Lessuera ») tym stałem obrazem, Aż wstał — skłoniłem się jemu głęboko — W refektarz wwiódł mię z grzeczności wyrazem
I znikł — a było w tej sali kamiennćj Głucho — i tylko w takt bił zegar ścienny...
ł) t. j. przed obrazem, jakby malowanym przez Eustachego Lesuera (1617—1655), francuskiego malarza religijno-rodzajowego.
XVIII.
Za chwil niewiele wszedł wtóry mnich biały
I, jak chorągiew, czołem zaścielony, Upadł mi do nóg; byłbym mu sandały Całował, gdybym nie był uprzedzony,
Że w ludzkim kształcie czci anioł ten mały Boga.—Milczałem — on wstai rozjaśniony
I, jak gościnny mawia człek z podróżnym, Mówił i był mi pogodnie usłużnym...
XIX.
Wody nie piłem na życiu tak czystćj,
Ni łza mi kiedy obiła się skorzćj
0 szklanki gminnej kryształ przezroczysty, Którą nalewał mi ów człowiek boży;
Ani dnia, który miał ranek tak mglisty, Pamięć ma jaśniej u siebie położy —
1 często odtąd w oknie mem zdaleka Szukam tej wieży, co podróżnych czeka.
XX.
O wy, którym się roiło, że nagle Poezja znikła lub się kałem plami, Bałwan wasz cisnę w wodę, nad nim żagle Rozepnę, na twarz stąpię mu nogami, Gdzie wyląduje, założę heraklę'),
Nowy lud z sercem i z myśli skrzydłami, Ani obejrzę się na ruch wasz mrowi... Dajcie mi pokój i bywajcie zdrowi!
PIEŚŃ II.
I.
Nie wiem, kwiat jaki zakupię z ogrodu; Gdzie jest ten starzec i ta jego wnuka? Najbliższy szyby, ozy najbliższy wchodu? Kwiat, który oko spotyka, nie szuka — Mniejsza, z jakiego kraju on i rodu Ni, jak roślinna zowie go nauka...
Choćby był stopą trącany lub szatą, Właśnie dlatego kupię go i zato.
II.
Będzie mi wdzięczny, iż dam mu mieszkanie Zdała od krzątań się tej czarownicy, Której warkocze, wstążka i ubranie Targały jego pączek bladolicy,
Jakby motyli czarnych trzepotanie,
i) Herakle, ogólna nazwa kolonij, przez Herkulesa tam i ówdzie początkowanych. (P. P.).
Rzęsy straszyły w oka błyskawicy — Zato go kupię i właśni«, że zato Umieszczę w oknie za zieloną kratą.
III.
A tak gdy w sobie mówię, bez wygłosu, Do ogrodnika wszedłem rozmarzony. Szczególniejszego trzeba było losu,
Że jednym oka rzutem na wsze strony Zgadłem!... Nie było jej. Starzec u wrzosu Dziikiego zdał się gniewnie zatrudniony.
— Skinął i rzekł md: «To jeszcze z chaosu Powodzi — podłe od skał przyszło ziele. Słuszna, iż psa się nie cierpi w kościele!»
IV.
«Jako — odrzekę — czyliż się na lata Oblicza pamięć tej plagi?» — «Oh, panie, Jest powódź, która ledwo grunt umiata, Żyzność mu nawet dawa nadspodzianie,
I jest, jak ongi potop był dla świata,
Po której tylko sieroctwo i łkanie. Równej, jak owa, bodajem nie dożył!»
— Tu zmilkł, jakby się wspomnieniem za-
trwożył.
V.
«Ratunku... (trzeba Bogu oddać chwałę) Dość było — czegóż skorzej nie użyto? Zlecieli mnichy ze skały na skałę,
Jak stado orłów... starczyłoby i to! (Czegóż nie zrobią, gdy chcą, orły białe?)» «Ach! — rzekłem — rzeki niestałe koryto, Z dnia na dzień szersze, niosło w ciżbie tłumnej
Bydło, kolebki i z cmentarzów trumny.
VI.
To wszystko bilo o skały z łoskotem.
— Syn mój, synowa, któż wie, kędy leżą? Zbawiłem dziecię... oto tę Nicpotem.
Tak szczebiotała!!... Czy dziś ludzie wierzą?...»
Tu przerwał dziwnym tym mówienia zwrotem
I rzekł: «Na wiosnę ścieżki się rozszerzą... Przejdź się, mój panie, jak lubisz sam — wrócę!»
I odszedł — czułem, że mu spokój kłócę.
VII.
«O mowo ludzka, nie twe wszystkie prądy Obraca człowiek, jak chce, lub jak mniema!»
MATY 221
Rzekłszy to, szyję wzniosłem, jak wielbłądy,
Patrzące tam, gdzie widnokręgów niema, Płaszczyznę depcząc, a tocząc poglądy — Choć lśniły kwiaty stronami obiema — Szedłem... Był ciennik przede mną zielony, Ogród był... Nie wiem. Byłem zamyślony...
VIII.
Ciemna myśl cieniów pożąda; zbłądziłem, To jest znalazłem, co mi trzeba było: Szedłem, aż w zjęeiu gałęzi pochyłem Coś, jakby gwiazda lub skra, zaświeciło. Był to maleńki złoty krzyż — czy śniłem? Czy się Królestwo Boże przybliżyło?
Lecz, gdym przez listki wpatrywał się daléj,
Spostrzegłem szyję i usta z korali,
IX.
Czoło i głowy cień na książce. Stałem Nie przemyślając, co pocznę, jak bywa, Skoro się człowiek spotka z ideałem, Któremu robić swoje nie przerywa, Czując, że można i milczeć z zapałem I że to jedna rozmowa szczęśliwa!
Dwoje nas było — w ogrodzie—na świecie. «Assumto!» rzekłem. — A ona, jak dziecię,
X.
Wstała z uśmiechem i patrzyła we mnie Granatowemi swojemi oczyma:
«Assunto, jeśli to ci nieprzyjemnie,
Wiedz, iiż krzyż jasny zatrzymał pielgrzyma
I że go nie chcę wzywać nadaremnie». Podjęła rękę, jak postać, co ima Wonny liść krzewu, lub skrzydło motyle, Wzięła krzyż—do ust przywarła na chwilę
XI.
I poszła — potem jeszcze raz zdaleka, Stanąwszy, oczu cisnęła granatem;
Jam się zatrzymał, jak rycerz, kaleka Pod Jerozalem, gardzący dlań świalem. Rany nie czując, tylko, że walk czeka I że chorągwi nie wieje szkarłatem Okop dobyty — stałbym tak wiek chętnie: To, jeśli szedłem, szedłem obojętnie...
XII.
A starzec przyjął mię w progu — zaiste, Trudno napotkać przyjemniejsze wnętrza: Bezprzymusowo ówdzie wszystko czyste
Z za ściany przyszedł bluszcz i się wypiętrza
W leniwe wieńce, w siatki przeźroczyste, Której latorośl jedna drugiej krętsza,
Aż ledwo oko do białych ścian trafia, Gdzie malowana świeci litografja...
XIII.
«Dwa są wazony — mówił starzec — które Pieściła moja Nicpotem, jak dzieci».
«A niekoniecznie łatwą ma naturę Rzekłem — i mawiać nierada...» Ktoś trzeci Wchodził; umilkłem, jak chłopcy ponure, Gdy zaczną lekcję, lecz którym jest błogi Krzyk od ulicy, choć smutku lub trwogi.
XIV.
Starzec zaś powstał, wyszedł, mówiąc: «Wrócę»
Acz zdało mi się, że miał troskę w oku: Czyliż mu spokój nieumyślnie kłócę?
Assunta weszła i, biegła w swej sztuce, Dwa postawiła kwiaty na widoku —
To heljotropy, co balsamią płuce, Nieledwie białe, jak wełna obłoku. Wonność oblała nas — po chwilce ciszy: «Assunto—rzeknę — tu nikt nas nie słyszy.
XV.
Mów jakie, zechcesz, słowo! Jam mężczyzna.
Nieraz bolałem, lecz boleć nie dałem.
Kto zna mnie, pewno 011 i to ci wyzna. Mów!» Ona oczy zakryła, ja drżałem, Myśliłem, że to anioł, że ojczyzna,
Że to społeczność ducha z ideałem.
«Ręce twe piękne, jak oczy, rękami Tyś nie zakryła nic!! Jesteśmy sami...»
XVI.
Jak dwa obłoki jutrzenne i miękkie,
Tak rozsunąłem jej dłonie z nad oczu. Assunta moją uścisnęła rękę,
Jam pocałunek złożył na warkoczu.
I wyfrunęła, że ledwo sukienkę W bluszczach, jak w lekkiem dojrzałem omroczu
I łzę u ciemnych rzęs, co chwilę drżała I na liść zbiegła młody i błyszczała...
XVII.
I tylko ten liść ze łzą i ja byłem Na świecie całym, jak wielki i błogi;
Nieszlachetnościom wszystkim przebaczyłem,
I tym, co w przepaść me zmieniali drogi, Jak wódz, na piersiach ręce założyłem, Czując tę stałość, co heleńskie bogi — Tak zacną siłą miłość bywa w chwili, Gdy ludzie jeszcze jej nie zszkaradzili.
XVIII.
Mnie się wydało, że jakieś tysiące Słów zanuciła i szepnęła w ucho,
Że skrzące były, albo wątlejące,
Lubo nie rzekła nic — i było głucho — Mniemałem słyszeć bzy rozkwitające,
Z motylem sennym lub zieloną muchą.
— Tak jej milczenie ceniłem dziewicze, Iż, mówiąc, sam się gromiłem, że krzyczę...
XIX.
Co w rękę wziąłem, co zbliżyłem oku, Cokolwiek czytać tknąłem z tej bibuły Powieściodajnej, nie miało uroku;
Byłem, jak w karczmie człek smętny i czuły...
Prócz hełjotropów szarego obłoku Zdawali mi się wszyscy, jak gaduły.
Nie, żebym swym się wysamotnił szałem, Lecz, że dostojniej ludzkość ukochałem.
XX.
Rzecz, którą ona przebaczyłaż?... Komu?... Nie wiem!... Umilknąć wolę lapidarnie, Rozsądna, twardym rozsądkiem poziomu, Jak zieleniące z wiosną rok w rok darnie, Gotowa mniemać, że i łoskot gromu Rozbija chmury niedość regularnie, Wielka i płaska, jak sfinksów zagadka, Najszanowniejsza z matron, ludzkość-matka!
PIEŚŃ III.
I.
Ponieważ stalą skreślony angielską Bilet zastałem od szlachetnej pani,
Która być dla mnie zdawna przyjacielską Raczyła była, i ponieważ dla nićj Toż czułem, przeto, lubo z myślą sielską, Na czas przybyłem do niej najslarannićj, A długi palec jej dotknąwszy usty, Siadłem, głęboki wewnątrz, zewnątrz pusty,
II.
Jak przywoity człowiek na tym świecie, Złożonym z wapna, z mgły i kwasorodu, Pół skrzepłym w zimie, pół ogrzanym w lecie,
Na którym ludzkość z wschodu do zachodu Coś burmistrzuje w planety powiecie... Słuszną cześć mając dla swego zachodu, Poziera nawet w firmament, jak dzieci, Gdy z hippodromu wgórę balon leoi... *)
III.
«Niech lekceważą rozmowę o czasie Tudzież o zdrowiu! Mnie jest zawsze błogo
Wiedzieć, jak z moich przyjaciół kto ma się,
Czy dojrzy wino, czy sprzeda się drogo...» Tom mówił. Dama, wsparta na atłasie Kozetki') swojej, usunęła nogą Skórę lamparta z oczyma szklanemi, Jakby szukając, co leży na ziemi.
IV.
I głosem rzekła miłym i znudzonym: «Głupi interes mam... Idzie poprostu
0 ożenienie... lecz to usłusznionćm Bywa». — Tu, jak kto, strzegący się ostu, Podjęła fałdy ruchem zokrąglonym,
Tok ich i wielkość stosując do wzrostu,
1 tak mówiła: «Syn mej intendentki Robi mi kłopot w domu, jest zbyt prędki.
V.
Jest war jat! Tego nawet nie ukryję,
Iż wielokrotnie kosztował mię dużo; Bezładnie trwoni czas, podobno pije. Mam wzgląd dla osób, co zdawna mi służą. Ulżyć chcę matce, nim syn ją zabije, Ożenić chłopca z Marysią lub Różą,
By ustatkował się. To bagatela...
Lecz radź mnie, proszę, radą przyjaciela!»
VI.
Hamując przeto słowa nazbyt szczere, Skłoniłem ramię i począłem gładzić Z szklanemi wzroki leżącą panterę. «Stanowczo temu miałam raz poradzić, Wziąwszy Assuntę, która ma manjerę, Zwłasizcza, iż z niemą ni bić się, ni wadzić!»
1) hippodrom (gr.) = miejsce, na którem odbywają sic; wyścigi konne, arena, cyrk.
s) kozetka (franc.) — inala, dwuosobowa kanapka.
łlATY 223
«Z niemą?» zawołam. «Nie, iż tak się rodzi,
«Lecz z zaniemiałą (mówię) od powodzi...
VII.
Z czasu przerażeń i trwóg...»—«Szczegół... który...
Był mi nieznanym...» rzekłem i począłem, Grupować myśli, lecące, jak chmury, Klamrować zbroję, którą co tchu wziąłem, Jak zaskoczone pogaństwem komlury,
W zbroi zamknięci, lecz z otwartem czołem, —
Aż, gdym rozeznał, co mnie i co dla nićj?... Wstałem i rzekłem dość spokojnie: — «Parni!
VIII.
Jest u proroków, iż człowiek poczciwy W darze mieć będzie żywota wspólnicę. Nie powiedziano, że umysł fałszywy Lub łotra wieńczyć pośpieszą dziewice; Inaczej rycerz albo pasterz tkliwy W zysku musiałby odnieść rozpustnicę. Rzecz jest tak śmieszna jak niedogma-tyczna...
Co do osoby... spotkałem gdzieś... Śliczna».
IX.
Tu zakaszlałem się. «Niewiasty głowa I serce niechby jako polna trawka Były poziome... na toż los je chowa.
Żeby z nich była dla meblu podstawka? Tak w greckiej karczmie Wenus marmurowa
Deski podpiera, z czego stół i ławka... Lecz, gdyby się dróg trzymano tak krzywych,
Byłożby tyle małżeństw tak szczęśliwych?»
X.
— «Tyle? Szczęśliwych?» powtórzyła dama,
Zdejmując pierścień, czy kładąc go lepićj. Jam mówił: «Zresztą, jak pani chcesz sama, Postąp! Rąk dwoje skoro się tak zlepi, Będzie to odpust zła, nie jego tama.
Traf lada zerwie ją, żaden ukrzepi. Swarzyć się poczną, od siebie odwykać I nienawidzieć się, albo unikać...
XI.
Aż dnia pewnego, człek szlachetny, trzeci, Ja — oto wnijdę po kwiaty... o porze
Zniewag — i zgromię oboje, jak dzieci: Mąż się porywa w gniewie i uporze, Zamęt — gwałt — alić broń w ręku zaświeci,
Trącę rewolwer i trupem położę...
Mordercą będę! Będę osądzony!»
I tu począłem się śmiać, jak szalony.
XII.
A potem, słowa zwolniając i spadki, Rzekłem: «Ach, wtedy, zacne moje panie. Bozwódki, wdowy i szlachetne matki, Dacie mi żonę... na ustatkowanie!
W skrwawione ręce dacie mi bławatki, Błogosławieństwo i pocałowanie...»
— Aż dama nagle w piersi me bezbronne Rzuciła z gniewem swoję chustkę wonnę,
XIII.
Mówiąc: «Nieznośny jesteś!» — Scena taka Mogłaby była uróść w zamach stanu, Gdybym minister był, lub zawadjaka I nie dał memu kłonić się kolanu Do stóp niewieścich, lub stylu rumaka Żebym nie umiał wodzić według planu. Więc z ziemi chustkę podjąwszy okrzęt-nie,
Złożyłem na stół arcyobojętnie.
XIV.
Na niestateczność światowej rozmowy Skarżyć nie będę, jak skarżą sensaty. Nieraz się urwie zdanie do połowy Aromatycznej pojawem herbaty;
Ma i to jednak swój wdzięk, choć nienowy, Parlamentaryzm stąd w sztukę bogaty,
I to, że ból się koi, gdy mu wskażem,
Jak łatwo prawdę przetrącać wachlarzem.
XV.
Wachlarzem... któren, gdyby kto urobił Ze wszystkich razem «Pressy» feljetonów, Pobiłby biblję i Homera pobił Na rzecz rozgłosu Efemeridjonów 9,
Dla prawd korytarz oiasnyby wyżłobił, Jak katakumbę, pełną łez i zgonów;
Z niej czerpiąc, deptałby ją nienajskąpićj. Wciąż obiecując: «Dalszy ciąg nastąpi...»
XVI.
Niechże im ziemia będzie lekkąt — Oni, Świecąc, zbawiają częściej od widoku,

  • ) efemeridjon (fr.), ulotka, trwająca jeden dzień, dziennik.

Są parawanem... nie znają ironji Zrządzeń wiekowych, ni wieczystych toku. Kto nazbyt odkrył, pewno gdzieś zasłoni!... Trybuna swoje podnóże ma w mroku. Zbyt popularnym afiszów językiem Gada się z każdym, lecz nie mówi z ni-kiem.
XVII.
0 błąd jednakże was ja nie oskarżę, Dziwną jest raczej pełność, godna chwały: Z sztuki robicie szyldy albo szarże ’). Kawiarnię z sceny lub hipodrom mały.
Jak koń stepowy polecę i zarżę,
Że się żelazne koleje udały.
To w sobie mówiąc, w tejże samej chwili Mówiłem z gośćmi, co weszli — i byli...
XVIII.
Byli — jam zboczył w okno, ku akwarji2), Kędy się złote kołysały ryby,
Jako księżyce pod stopami Marji (Assunty)... Dalej myśliłem: czyliby Nawiedzić klasztor? Przejść się po kal-warji?
1 miimoględnie patrzyłem przez szyby,
Gdy nagle biały mnich, jakby widzenie. Stanął; ukryłem moje zadziwienie.
XIX.
Stanął, hrabinie pokłonił się nisko, Mówiąc: «Ogrodnik wasz kona, jeżeli Godzi się takie dać rzeczy nazwisko;
Któż bo wie, kiedy się z światem rozdzieli? Atoli szukam lekarza tu blisko».
Słodko i mocno mówił, jak anieli. Konsyljarz przeto kapelusza szukał,
Jam stanął w progach starca i nie pukał.
XX.
Wszedłem — a pierwszą spostrzeżoną rzeczą
Był krzyż maleńki, złoty, ten mój znany, Na nagich piersiach starca. (Tak kaleczą Martwe przedmioty!)—Starzec zadyszany Obrócił ku mnie twarz z szczególną pieczą, Pierwej opartym bywszy o mur ściany: «Ją i starania weź mego pogrzebu!...»
Wyrzekł................................
. . . . Assunta spojrzała ku Niebu.
1) Uświadomieni w sztuce wiedzą, ie ta najwy-raźniej postąpiła w efektach i w rozwoju karykatury. (P. P.). — Szarża (franc.) «= w sztuce: przesadne uwydatnianie pewnych cech, zwłaszcza komicznych.
2) akwarja (lac.), zwykle: akwarjum, oszklony
zbiornik wody dla hodowli rybek.
PIEŚŃ IV.
I.
Ludzie! — zaprawdę mówię: uciszcie się!
Od Kopernika (co się modlił sporo)
I od Newtona (co wątpił o kresie Prawd swych, zbyt dobrze znając, skąd się biorą),
Brodzimy w wiedzy, jak w pierwotnym lesie;
Nasz glos, wyrazy, czaszka i glob—zmorą, Zmorą senliwą, co, gdy się w myśl wplata, Krążymy raczej z okrągłością świata.
II.
Kto dziś już w niebo patrzy prostopadle?
Jam znane dotąd nawiedził pomniki,
Jam je czytywał i, jak we zwierciadle Czasów, widziałem treść, złote pewniki, Wypróbowane na epok kowadle,
Afryki sfinksów — sfinksów Ameryki! Lecz żadna postać śród tylu miljonów Czy to Fidjaszów, lub pierw Pigmaljonów,
III.
Czy meksykańskiem wyrzezana dłótem, Nie patrzy w niebo — wszystkie greckie bogi.
Egipskie wszystkie z lotusem lub knutem I assyryjskich poczet nieubogi Wprost patrzą... Oko nie było wykułem Nigdy inaczej, lub raz może, z trwogi, Spojrzenie owe tak wiele mówiące Nie dało typu sztuce w łat tysiące!..
IV.
Nawet bizancka, chrześcijańska szkoła Podniesionego nie daje nam oka,
Wiele czytacie, a wiele, i zgoła Zupełnych prawd się chroniąc, jako smoka, Alić się czasem słyszy od anioła Dwa słów... i pono to zwie się: «Epoka». Słów dwa, a z których jest potem treść ciągła,
Jak te nieliczne: «Ziemia jest okrągła».
V.
Monolog taki gdy knowałem w sobie, Zasypywano dół stromy, cmentarny;
Ręce podałem stojącej przy grobie,
\ż czarny minął dzień i obrzęd czarny. Myśliłem tylko, Assunto, o tobie,
Jak ułagodzić twój smutek ofiarny.
C. Norwid. — Dzieła
WATY
Łzą, woskiem gromnic oplwany i pyłem, Klęczałem, albo w jej oczy patrzyłem.
VI.
Te oczy były ciemnogranatowe.
Jako dwa winne grona, i owiane Tak samo w bielmo lekkie i perłowe,
Że, gdy wejrzała, przezierałem ścianę,
A gdy je w niebo podniosła wschodowe, Widziałem, że są ofiarą pijane,
Jakby dobitnie mówiły, acz zcicha:
«Weź, Panie, dwa te grona do kielicha!»
VII.
Nad Eufratem byłem z nią, gdzie piaski, Jedyne drzewko w gruzach Ha by łon u;
I u piramid na rozłodze plaskiéj,
W Nazaret, równem dziewiczemu łonu, Krytemu biało, w zieleniucline paski;
W Grecji, fijołki rwąc u PartenonuŁ), Gdzie w marmurowe wargi ideału Pszczoła brzęcząca zachodzi pomału...
VIII.
0 zachodzącem słońcu nadtybrowém Byłem z nią w rudych, wieczystych ruinach,
W Giulietty mieście, pierwej w Apeninach,
1 nad Dunajem smętno-owidowym. Bywałem w wiekach razem i w godzinach Żywej hłstorji czarem sybülowym,
Gdzie Scyta klacze doi, kędy Geci Ciskają kręgle, naiwni, jak dzieci...
IX.
Świat, tak się mały stał nam, że pod stopy Czuliśmy obrót globu... Trzeba było Nowy wynaleźć, przeszedłszy okopy Rzeczywistości, z weselem i siłą.
I padli nieraz przed nami cyklopy
O jednem oku, co się w mózgu tliło. Braliśmy klucze wziętej życia bramy W tych samych bluszczach i w chacie tej samćj.
») Parte-non, wspaniała świątynia dziewiczej bogini Ateny (Alhcnc Partlicnos) na Akropolu w Atenach.
15
Przyszła raz do mnie z rozczochranym włosem,
Rączęta mając ziemią zawalane; Spojrzeniem rzekła i anielskim głosem: «Czy widzisz teraz we mnie ukochanę?»
A duch mój czuwał nad wdzięku chaosem, Patrzyłem, jako Fidjasz na Dyjanę,
Gdy kamień pierś jej obejmał i biodro, Lub w psalmów karty, które dzieci podrą...
XI.
Raz inny weszła do mnie potajemnie,
Gdy, mając głowy ból, byłem nieskładny; Rzekła wejrzeniem: «Uśmiejesz się ze
mnie,
Że oto chęci dzisiaj nie mam żadnćj;
Jak garstka piasku czuję się nikczemnie, Lubo jest piasek nieładny i ładny, Płókany morza szafirową falą,
Gdzie się tęczują muszle i opalą...»
XII.
Inny raz, nagle wbiegłem do izdebki, Gdzie lała wino w butle oplatane;
Wtem pryska obręcz, rozwodzą się klepki, Rzuca się rubin na nas i na ścianę... Patrzyła, jak to niemowlę z kolebki, Gdzie obchodzono galilejską Kanę;
Trafu nie było, ani fraszki drobnćj, Pokąd królował ład ducha nadobny.
XIII.
Niech się poza me piersi nie uroni Pamięć dnia, odkąd jej nie oglądałem, Tylko cyprysów ciemność, woń lewkonji
I płaskość ziemi... gdzie samotny stałem, W słońcu bezczelne półśmiechy ironji, Tryumfujące nad mym ideałem.
Niebo wolałbym rozhukane grzmotem, Niźli słoneczność dni, idących potem.
XIV.
Czułem się jakby w piersi uderzony Ręką, co palce ma nad niebo wielkie; Niewinny będąc, a znieszczęśliwiony,
Nie uroniłem łzy ani kropelkę.
Z ludźmi gadałem w sobie zatopiony, Tem więcej pomnąc etykietę wszelkę —
I żaden nigdy szambelan nie baczył Na ceremonjał, jak ja, gdym zrozpaczył!
XV.
Jednego razu, gdy zbłądziłem w skały, Spotkał mnie górnik, przywódca górników;
Dałem mu rękę, jak żołnierz, gdy wały Zdobyto twardą niezłomnością szyków; Kłoniąc, jak sztandar, moje ideały, Zszedłem do wiedzy ścisłej ogólników: Był deszcz, patrzyłem, gdzie krople ukapną?
On mówił: «Człowiek jest gaz, ferment, wapno».
XVI.
Jak gdy niemowlę, będąc nakarmione, Mało cierpliwie trąca lono maiki, Kopnąłem nogą ziemię zwilgotnionę,
Kał odpychając i pochyłe kwiatki.
— Tu obłok, w tęczy ubrany koronę, Stanął milczeniu mojemu na świadki:
W cyprysów grube ustąpiłem cienie, Zdwojone mając czucie i widzenie...
XVII.
A jak pieśń, której się słów nie pamięta, Bywa istotą harmonji pamiętna,
Tak ja zacząłem czytać testamenta, Kreślone ręką jej, słów słyszeć tętna, Które mówiła mi spojrzeniem — święta! Przestała nicość być mi obojętna... Zboczyłem w ścieżki, gdzie wraz się odkrywa
Na chatę widok, drogę doń i żniwa.
XVIII.
Odtąd, bywało nieraz, obce dziecię Do mnie się wdziękiem śmieje niezgad-nionym;
Gałązka bluszczu, co nie śni o kwiecie, Brylantem rosy drży rozpromienionym; Jakiejś skłoniłem się niemej kobiecie (Śpiesząc przeprosić, żem był omyionym); Czytuję, coraz z jaśniejszym zapałem, Słowa — — ja, co ich brzmienia nie słyszałem!
XIX.
Czas niech nadchodzi, czekany od tłumu, Ja z mym nie zerwę cyprysowym listkiem. Niech gardzą jedni wszystkicm dla rozumu,
A im przeciwni dla uczucia wszystkiem. Z przeciwuczucia do przeciwrozumu Tęż wartość drogi widzę jak przebłyskiem.
Sprzeczność czcić musi ponad wszystkie rzeczy,
Kto tylko wtedy natchnionym, gdy przeczy.
XX.
Ja nie z tych waśni me natchnienia czerpię —
I wgórę patrzę... nietylko wokoło:
Znać się mnie niedość — ja się nadto cierpię,
Samotne moje ocierając czoło;
Aż spocznie kiedyś, jak żniwo na sierpie, Który podzwania rączo i wesoło — Pomnąc, że, gdzie są bezmowne cierpienia, Są wniebogłosy... bo są przemilczenia...

  • ) (Spojrzenie ku niebu). — Spostrzeżenie archeolo-gijno-filozoficzne, a którego rozwinięcie wyliczamy z właściwego poematu i tu podajemy czytelnikowi, ma istotność znacznego odkrycia, jakie dotąd nie było zrobione. Monumenta, od Azji przez Indje, Egipt, Grecją, Rzym do Meksyku uważane, mogłyby policzać kształtowanie figury ludzkiej na kilkanaście miljonów, jeżeli nie więcej, postaci, licząc z papyrusami, i to postaci różnowzględnie apoteozowanych. Są przeto miljony stałych dowodów, iż podniesienie oka ku niebu nie było znane właściwej starożytności i to tak dalece, że aż bizancka sztuka (chrześcijańskaI) tegoż dowodzi. Poszukiwałem więc oznaczenia epoki tego archeologijno-rytualnego gestu — to jest: odkąd spojrzenie ku niebu uznało się i monumentalnie w sztuce wyraziło? Oto moje odkrycie. Jakoż we wszystkiem, co znamy ku temu azjackiego, indyjskiego, assyryj-skiego i babilońskiego, nie znajduje się nic a nic pod tym względem.

Niemniej nic także i w mnogich naryciach piramid meksykańskich. Co zaś do ogromnej liczby figur, z pod egipskiego wyszłych rylca, dłóta lub pendzla, skoro się aż do drobiazgowości posunie egzegezę, znajduje się ledwo parę profilów głów, jakoby ku niebu oczy podnoszących... Te znajdują się w Kar-naku (w Gournah), a przedstawują jeńców izraelskich, mianowicie Żydówki wśród jeńców męskich, zaprzężone do robót ciężkich pod strażą Egipcjan z knutami w rękach. Postacie te, nieco symbolicz-nemi kolorami powleczone, zdaje się, iż byłyby naj-starszemi pomnikami, z oczyma osób, ku niebu je wznoszących, gdyby narysowanie oczu mniej graficz-nem i stosowniejszem było do profilów. Co do greckiej sztuki, możnaby jedynie zatrzymać się na uważaniu Nioby i Niobid, jakkolwiek, od gestu i wejrzenia tych figur odjąwszy tragiczność i architektoniczne trójkątnego fastigjum wymagania, powodujące ruch samychże figur, nie zostałoby dość wyraźnem spojrzenie w niebo. Przez tęż tragiczność i architekto-nikę grupy coś podobnego daje się podejrzewać
i w Laokoonie... Osoba wszelako, istotnie spoglądająca ku niebu, nigdy nie okazuje się być typem starożytnej greckiej i grecko-rzymskiej sztuki. Figury czarnej, tak zwanego Rybaka (oryginał w Louvre) ani cytować nie godzi się, z powodu, żc ta była najmniej dwa razy przerabiana w różnych wiekach.
Słowem jednem: dopiero w katakumbach rzymskich, w wiekach zarannych chrześcijaństwa, spotykamy istotnie spojrzenie ku niebu, stanowczo przez sztukę objęte i skreślane.
Pozornie drobne to odkrycie, mniemam, iż dlatego (przede mną) uczynionem nie było, iż do dziś ar-cheologja nie objęła w siebie części żywotnej, lubo myślę, że czas przyjdzie, w którym zapytamy się nietylko o znaczenie złamków wykopanych w grobo-wiskach, ale i o znaczenia gestów obyczajowych sa-megoż żywego człowieczeństwa i o historję tychże. Zda mi się nawet, iż one pierwsze jest tylko onego drugiego przygotowaniem. Człowieka umysł zdawałoby się, iż jest obowiązanym do przechowywania w sobie siły wynalazczej, siły odkrywania, skoro tak częstotliwie nadarza się widzieć kolosalne oczywisto-
MATY
ści, pomijane ze szczególniejszem i naiwnem zaślepieniem. Zdaje się, że w wygłosie wyrazów, w formacji wyrazów, we formacji gardła i czaszki, tudzież w dominujących globu całokształtach leży arcywiele zamierzchłych a koniecznych uciążeń ducha, z jakowych dopiero umiejętnie i sumiennie myśl abstrahując, dobliża się do istnie pewnej i czystej myśli. Nie za wiele byłoby powiedzieć, iż metoda samejże logiki ścisłej, a którą się uważa za ostatnie kryte-rjum, niekoniecznie wolną będąc od samychże zawad, leżących w naturze formacji słów, pojęć i urobień myślnych, bywa przez to samo ograniczoną względem rzeczy lub sfer, które częstotliwie tradycja i nie-ledwie że onejże naiwność daleko lepiej poznała i znać podawa, wskróś rzeczy świata tego i jakoby prosto-ględniej się kierując.
Kryć powodu nie mam, że z mojego, a wyżej opowiedzianego poszukiwania wywnioskowywa się, iż pojęcie zasadne spojrzenia ku niebu początek swój bierze od dnia tego i tradycji o dniu tym, kiedy w okolicach Bethanu mężowie galilejscy stali, patrząc za odchodzącym w niebo, aż go obłok odjął od oczu ich. Zaś dowodami są tu kilkanaście miljonów figur starożytnych, znanych do teraz. Oczywistość zaiste szczególniejsza i pytanie niemałe nastręczająca, jak może być, jak zdarzyć się to mogło, ażeby przy wysokich, głębokich i niekiedy prawdziwych boskości pojęciach, które to u Indów, to w greckich tragikach spotykamy, tudzież przy Fidjaszów dlócie i pendzlu Apeliesów nigdy żadna postać boskości, żadna i żadna, mówię, nie wznosiła oczu do niebios? Co więcej, iż przecie ani Olimp, ani drogi wozu febowego nie były nisko, na padole, i że nie u poziomu ich poszukiwać wypadało. Były więc ku poruszeniu oczu figurom
i wystarczające poczucia niebiaństwa i środki tak estetyczne, jako i techniczne zupełnie doskonałe... Czegóż zatem brakło?...
Oto brakło było tego, iż w sztuce, szeroko i zdrowo rozwiniętej, nie wystarcza na udziałanie jakowegoś typu samych pojęć fantastycznych lub oderwanych, ale potrzeba nadto jeszcze istotnego czynu żywotnego. Herakles pewno był i Apollin był także, bo nie dostąpiłyby proporcyj tak pewnych ich posągi. Dopiero zatem, skoro byli rzeczywiście tacy, którzy idącego do nieba widzieli, zakomunikować się to żywym arkanem tradycji mogło było dosyć stanowczo, aby
i przez sztukę wypowiadancin stawało się.
Spyta się może kto, dlaczego, szeroką oczywistość archeologiczną tu wskazując, zawieram to odkrycie moje nieledwie że w dopisku, objaśniającym wyrażenie jednego wiersza.
Odpowiedzią moją jest, iż nietylko dopisek nie jest wcale zewnętrznie do poematu doklejonym, ale nadto okoliczność jest smutna, iż, gdybym z treści powyższych osobną zrobił dysertację, byłaby ona, jako kle-rykalna u jednych, a u drugich jako akademicka, znieważona i stracona. A co, że przy całem rozwinięciu publicystyki może dziś najawie dziać się, to tak samo dziać się może, jak że przez dziewiętnaście wieków można było przecież wśród mnogości pomników nie zauważyć rzeczy powyżej określonejl...
(P. P-).
URYWKI
Z POEMATU „ZIEMIA“.
Z PIEŚNI PIERWSZEJ.
Prócz ciemnych piekieł, czyśćca półciem-ności
I blasku niebios—och, ziemia jest jeszcze... Wirgili w pierwszych znajdzie dość grzeczności
Międizy siarczyste z tobą chadzać deszcze; Kochanka dawna w drugim cię popieści; Ale na ziemi — tu — ziemi boleści — Któż? — jeśli prawdy zimne ściśniesz dłonie
I za czemkolwiekbądź pobieżysz innem, Mniej chlodnem, w bardziej ponętnej koronie,
Mniej opuszczonem, Łzawem, choć niewi/n-nem!
Nikt — bo przyjaciel z tobą być przestanie, Gdy smutnym będziesz, to jest, niepojętym;
A mówię «smutnym» nie w Ofelji stanie, Lecz nieszczęśliwym prozo — i rozpiętym Na jakim krzyżu nieciosainym z drzewa, Którego okiem nie tknąć, ani dłonią,
Nad którym karta z pismem nie powiewa, Pod którym jeźdźca z krwawą niema bronią.
Nikt—bo dziewiczy duch nie będzie z tobą, Odpókiś wnętrzną pokalan żałobą,
Odpóki staniesz się (co bardzo dziwna) Dwuświetnym duchem, a jedną osobą. Odpóki galęź nad tobą oliwna,
Przed tobą kosą chadzać będą wszędzie, A śmiechom pieśni dodzwaniać łabędzie...
Z PIEŚNI ÓSMEJ.
Więc to mówiłem, rękaw atlasowy Nieumyślnemi trzymając palcami,
Jakbym się z kwiatem bawił, co nie plami, Lub kraniec szaty miął gronostajowy,
Albo jakgdybym próbował materji,
Choć o materję szło lu subtelniejszą... Więc to mówiłem co do kokieterji
I co do ślubu. — «Zawsze miałam mniejszą Odrazę», — na to odpowie mi ona —
«Do gramatyki i do Kometiona (?),
Niż do dyskusyj tych o zalotności...»
A ja: «Kobieto!» — rzekłem (i niechcący Na bransoletki patrzyłem robotę, «Kobieto» mówiąc) — «oto wąż cię gorejący
Rubinem wkoło wziął — rzuć tę brzydotę!...»
I uchwyciłem ją za marmur dłoni,
I drżałem — nie wiem, coby się już stało, Gdyby nie pająk, który mi po skroni Długiemi kroki przeszedł... Wszystko drżało,
Ja, ona, atlas szat, bukszpanu szpaler,
Glos — i daleki gdzieś szczęsny kawaler.
Więc obróciłem się bardzo spokojnie Ku żeglarzowi wiatrów, pająkowi,
Jak wódz po trainie niedogranej wojnie,
I rzekłem: «Twemu-m winien jest wpływowi —
Co?... nie wiem... resztę historja dopowrić!» Wtem ona przerwie mi: «Radabym wiedzieć,
Coś pan i komu teraz mógł powiedzieć?» — A gdy chyliła się w pająka stronę, Pomiędzy liści zaglądając ciemność,
On jej jak gwiazda spłynął na koronę Z róż żywych, szepcąc mi: «Jest tu przyjemność».
Więc ja: — «O pani!» — rzeknę — «konwersację
Niewielką z dawnym miałem przyjacielem, Pająkiem—temu-m przyznał, że ma rację, Zwłaszcza, iż szczery jest, i nieraz wiele-m U niego dobrych czerpał rad na świecie

Utwory dramatyczne (wierszem)[edytuj]

CHWILA MYŚLI.
(FANTAZJA)
Izdebka na poddaszu. Szyby pozamarzane przepuszczają bladawc światło — na kominku kilka głowien się iskrzy, a obok stół z księgami i papiery podarte tworzą dziwaczny nieład. W głębi drzwi szklane wychodzą na korytarz. — Wieczór. — — Cicho dokoła.
MŁODZIENIEC, (przechadza się po izbie) Cóż mię tak pali, cóż tak piersi wzdyma,
Że tylko milczeć, tylko płakać muszę? Zimna to mowa z całej siły trzyma Przypadkiem na świat zabłąkaną duszę. Bogdaj to było z młodem sercem zgodnie Po kwiatach życia lekką stąpać nogą I nie rozpaczać — bo to niewygodnie, Ludzie się nudzą, lica zbladnąć mogą!
(znowu się przechadza, potem staje i patrzy na papiery)
A pióra? Pióra — dobre, kiedy w skrzydle Zadrżą i plastwo w polot wyprowadzą, Lecz, kiedy w mózgu, jak badawcze rydle, Zaczną przewracać, na nic się nie zdadzą. Błogosławieni, którym gardła dźwięki Mogą wystarczyć, którym dosyć ręki, Ażeby pisać — mnie zaś ciżba głosek Na pogrzeb myśli, zamiast na jej chrzciny Ciągnie, dlatego, że tam lichy kłosek Zbolałych uczuć nie da dziesięciny!
(znowu przechadza się, potem staje i patrzy w okno)
I któż cię prosi, żebyś pisał? Wszakże Jest tyle robót: oto rąbią Stróże I zamiatają — możesz rąbać także; Drzewa jest dosyć, znaczne też podwórze.
(nagle)
Tylko więc nałóg, rozciepliwszy członki, Wmawia w próżniactwo jakąś wielkość ducha?...
STRÓŻ, (wchodzi zapalić świecę) Dzień dobry panu, cóż to?
(Młodzieniec nie słucha)
Czyś pan nie chory? Żyły, jak postronki, Drgają na czole...
MŁODZIENIEC, (kryjąc pomieszanie) To nic, to tak sobie. Właśnie paliłem... dym... coś podobnego... Rozgrzałem głowę — a powiadam tobie, Że to z tych pieców rośnie wiele złego. STRÓŻ, (szukając ognia) Rywa-ć czasami i zagorzelizna,
Ależ tu przecie nie tak napalono:
Mróz nie uważa, pan to, czy chudzizna — Dzwonię zębami z trojgiem dzieci, z żoną, Aż ślina krzepnie — ściany i żelaza Riało iskrzącym obrosły kożuchem;
Dzieci się tulą, jakby je zaraza Związała w snopek i do grobu niosła. MŁODZIENIEC. Oni się z ciałem, ja się męczę z duchem.
STRÓŻ, (zapala świecę, mówiąc dalej) Powiadam panu, że to stąd urosła Kłótnia pomiędzy mną a moją żoną —
Ja się chcę rozgrzać; jużci doświadczono, Że wódka w miarę nigdy nie zaszkodzi; Piję więc miarą, a ta mię nachodzi...
Czy oszalała, czy dopiero myśli?
(spostrzegłszy zamyślonego)
Dobranoc panu.
(zakrywa ręką światło, chwiejące się od wiatru, i wychodzi)
MŁODZIENIEC, (po chwili) Takie to widziadła
Ułomność ludzka przed oczyma krćśli. Pieniądz króluje — bogdajby przepadła Jego wszechmocność! A jednakże trzeba, Rozćwiertowawszy godne człeka życie, Sprzedać je nawpól.
DZIECI, (płacząc za sceną) Mamo, mamo, chleba!
MŁODZIENIEC, (słucha, a potem patrzy dokoła, szukając po kieszeniach)
A ja nic nie maml
(nagle)
Trzeba nieodbicie Sprzedać się nawpół, bo tak ni dla siebie, Ni też dla ludzi, Bóg wie, poco żyję.
Mróz mi dokucza, kiedy myślą w niebie Zaczynam mieszkać — kiedy ręce myję Od spraw ziemiańskich, patrzę, aż tu smoła Kipi na dłoniach — niby że topielec Mokremi płetwy obwiał mię dokoła I zatumanił. Serce, jak wisielec Zeschły, jednakie czucia ma na twarzy, Czy nad niem gołąb, czy też kruk się waży.
(przechadza się, potem staje i porywa za pióro)
Wiem już, co zrobięl Wszak to nie nowina Dopóty pisać, aż brzęknie pod piórem Sprzedany wyraz — aż zabrzękną chórem Wszystkie stronice — i głowa, jak mina, Ciężarna złotem, wesprze się na ręce. (znowu przechadza się, wreszcie staje)
0 biedny człeku! Tak-że spadłeś znowu? Zapał twój chory, siły niemowlęce Łatwo przyciągnąć magnesem obłowu, Samą nadzieją kupić bez przeszkody Ciało i duszę — a tak jeszcze młody
1 rzeźwy jesteś!... Wiedz, że na twe czoło Wieniec cierniami wlezie, jak na róże Liszka, co, zjadłe zataczając koło,
Nie tworzy z siebie wieńca, lecz obróże.
(po chwili)
Pisać więc, pisać i frymarczyć mową, Myśli, jak bydło, przedać całem stadem. A potem, zimne rozdrobiwszy słowo,
Na młode czucia takim sypać gradem?
I tym, co łakną karmi, jak pisklęta, Rzucać zabawki, bryłki posrebrzane,
Jasne a nikłe?... Chwila to przeklęta,
Co takie myśli, błotem pokalane,
Kładzie na oczy, by zapomnieć nieba Dla worka groszy.
DZIECI, (z płaczem za sceną) Mamo, mamo, chleba!
MŁODZIENIEC, (porywa się w rozpaczy) Bezsilna litość wreszcie mnie dobije!
Bo niedość zgromić ciała przeciwników, Potrzeba jeszcze, póki serce żyje,
Sprzedać je światu za kilka srebrników!
A potem?... Śmiać się —
(idzie ku drzwiom szklanym i patrzy chwilę, potem woła)
Chodźno tu, chłopczyku!
DZIECIĘ, (wchodząc) Czy mnie pan woła?
MŁODZIENIEC. Ciebie — ależ przecie Bądź mi grzeczniejsze, moje lube dziecię.
(chcąc go zabawić)
Ja, gdym był taki, zawszem śmiał się, skakał,
Jeździłem także czasem na koniku...
(kryjąc własne łzy)
Wstydź się! — Czyś widział, żeby kto z nas płakał?
Trzeba się bawić — to nic nie pomoże, Trzeba się bawić.
DZIECIĘ. Kiedy mróz na dworze. MŁODZIENIEC. To nic — to jednak płakać nie należy,
Bo się Pan Jezus będzie za to gniewał. DZIECIĘ. A, proszę pana, mama nam mówiła,
Że i Pan Jezus także płakał siła.
STRÓŻ, (z korytarza) Hej, chłopcze! DZIECIĘ. Lecę.
(wybiega)
MŁODZIENIEC. Sądząc po odzieży I po nędzocie, któżby się spodziewał Takiej jałmużny?
(w zamyśleniu)
«Mama nam mówiła, Że i Pan Jezus także płakał siła!»
(po chwiłi)
My nic nie wiemy, my przez całe życie Chcemy coś wiedzieć, ale nic nie wiemy. Rośniem, zaprawdę — cóż. gdy i powicie Rośnie, a nigdy go nie prześcigniemy, świat, to powicie, my zaś wieczne dzieci, Rawim się cieniem i przed cieniem drżemy; Trwoga ta skrzydłem błyskawicy wzięci,
I znów nam dobrze, i znów nic nie wiemy. Krzyż tylko jeden, wyciągnąwszy dłonie, Starców po dawnej znajomości wita, Młódź błogosławi, a, rozdarte skronie Z chmur wychylając, w oczach dzieci czyta,
Czy im te wstęgi, co tak bujnie płyną, Zdadzą się na co i czy nie zaginą?
O, nie zaginą! Ro, dopóki skrycie,
Cicho a dzielnie myślą, nie zaś krzykiem, Boleść zakwita — i ciernistym smykiem Gra nam po sercach, póty nasze życie!
(Ml.)
SŁODYCZ.
TRAGEDJA W SCENIE JEDNEJ.
DO CZYTELNIKA.
Po niedlugiem zastanowieniu czytelnik łaskawy przekona się, iż paru tym kartom dlatego tylko nazwiska tragedji-bv odmówił, że... tylko parę kart! Powodu tej natury nie usłuchał autor.
Osoby: Kajus \eletrius, arcykapłan Jowisza i senator. Pamfiłius, gramatyk, klient Yeletriusa. Klucznik więzienia Vesty.
Śiuięty Paweł, apostoł.
Rzecz dzieje się w willi \eletriusa pod Rzymem za panowania Nerona Imperatora.
Łaźnia w ogrodzie Veletriusa. W głębi korytarz, za którym zieloność drzew, po lewej stronie porfirowa’) wanna, w którą (2 pod stóp statuy wyżej umieszczonej) spada woda, po prawej stronie sofa, na
której Veletrius, u nóg jego siedzenie niższe.
KAJUS VELETRIUS. Julja Murcja co rzekła, gdy chleb jej spuszczono?...
KLUCZNIK. Wzniosła oczy i chwilę była zamyśloną...
A potem rzekła: «Dzięki!» i chleba kruszynę
Podała myszy, która tam ma swą szczelinę...
K. VELETRIUS. Po siedmiu dniach, bez jadła przebytych, zapewne Można mi było słowo przynieść więcej rzewne...
Ustąp!...
KLUCZNIK. Uchodzę...
K. VELETRIUS....W świętem westalek więzieniu
Ni mysz być nie powinna, ni szczelin w ka mieniu...
Idź precz!... Pamfiłius, albo inny klijent który
Niech mi Arystofana czytać przyjdzie chóry,
W szacie krótkiej, by akcję dołączał do rzeczy...
(Klucznik wychodzi)
Który jest Róg, co Murcję w swojej trzyma pieczy?...
(po chwili)
1) porfir (gr.) — gatunek skały wulkanicznej.
Mógłbym o chrześcijaństwa posądzić wyznanie
I zabić... Cóż stąd?... Moje nad nią panowanie
Czy się rozszerzy — albo, w kwiat gdy zmieni duszę
(Jeśli mam Platonowi wierzyć), kwiat czyż wzruszę?
PAMFILIUS. (z wazą w ręku) Przynoszę «żabv», «Osy», «Ptaki»...
K. VELETRIUS. ’...i «Niewiasty» ’)
Postaw to! Usiądź!
PAMFILIUS. (siadając u stóp Yeletriusu)...Słusznie, że do jednej kasty
Z płazami i owady ginecej 2) się liczy...
Pomysł jest gorzki, śmiały, ale malowniczy...
(po chwili, śledząc spojrzenie Veletriusa)
Szkoda — zaiste, szkoda, że kapłaństwa godność
I scnatorstwa pewną usuwa łagodność...
To jest, pewną wesołość...
K. VELETRIUS....Jako?
PAMFILIUS....Mówię: kto wie,
Mielibyśmy równego Arystofanowi!...
(po chwili, zamieniając gest i akcent)
Czy dosyć widzów objął amfiteatr nowy?...
K. VELETRIUS. Zapewne, że to nie jest drugi Flawjusowy,
Lecz pierwszy jako wybór widzów...
PAMFILIUS. (głośno, lecz na stronie)...ścisłość mowy
Lakońska!...
K. VELETRIUS....O, Pamfilius, powiedz mi a szczerze...
PAMFILIUS. (przerywając) Przez Mi-nerwę...
K. VELETRIUS. Skąd... siła... ta... się... dziwna bierze
U chrześcian?... Osaczone widziałem żołnierze
Z legjonów starych, sławnych gladjatorów znałem...
Wszystko to nie to...
PAMFILIUS. (przybierając gest i akcent poważny)...Cnota u nas jest zapałem,
Iskrą boską... U chrześcian ciemnych jest to niby
Płyn... eter... płyn, przejrzysty jak lodowe szyby.
0 Rqkopisma zwijane przechowywano w wazach; Zabu, Osu, Ptaki i Zgromadzenie kobiet należą do rzędu dziel Arystofanesa. (P. P.).
2) ginecej, gineceum (gr.) — komnaty dla kobiet; przenośnie (jak tu) kobiety, mieszkające w gineceum.
Principium *) wody, zda się, zamiast ognia kładą,
Stąd ta oziębłość, która staje się aż zdradą, I stąd ta pewna... słodycz!... Bo nie wiem nazwiska
Rzeczy, której istoty nie poznałem zbli-
K. VELETRIUS. Zaprawdę-by w przedmiocie mówić bezimiennym, Przypuśćmy to nazwisko... na czas dysertacji...
PAMFILIUS. (podejmując) Jabym na-przykład nazwał wodnisto-płomien-nym Systemat mój...
K. VELETRIUS....A toby nie było bez racji,
Przeto, iż sam się własnem niszczy zaprzeczeniem...
PAMFILIUS. (na stronie, ale głośno) Sokrates!..
K. VELETRIUS. Tem czy owem nazwana imieniem,
Rzecz tąż samą zostanie... Nie mówię: cywilnie,
Lecz mówię: naturalnie... Możemy zwać mylnie...
PAMFILIUS. (pochylając czoło) Platonowi, cóż powiem!...
(po chwili)
Za Tybrem raz, pomnę, Przechodząc, widzę — wazy dwie stoją ogromne
Przed małym sklepem rzeczy treści roz-maitéj.
A wazy były piękne, jedna bazaltowa *),
W której balsamu nieco i czerep rozbity, W drugiej pisma; ta mniejsza i alabastrowa,
Sfinksa pokryta maską...
(po chwili, uważając, ażali Yeletrius słucha treści)
...Owoż w rękopismach onych Znalazłem życiorysy chrześcian potraconych...
I o Chrystusie onę Odysseję płaską...
Jest coś, co oni zowią słodyczą i łaska...
K. VELETRIUS. Coś jest...
(zarzuca kraj szaty na oczy i zasypia)
(Pamfilius powoli się podnosi i na palcach wychodzi)
K. VELETRIUS. (marząc, w półśnie) Coś jest... tę mając siłę, z którą lwa on głaszcze,
0 principium (tac.) — pierwiastek, materja pierwiastkowa.
2) bazalt (tac.) — skala wulkaniczna ciemnej barwy.
Głodnego lwa, a lew się ociera,
Jak kot, o goleń jego i zatrzaska paszczę...
Tę silę, z której owy śpiewając umiera...
Albo i Murcja... siłę tę mając.................
... Starcze! Ty w płaszczu czerwonym,
Bosy, co w fałdach szaty, gdzie my mamy cienie,
Masz blask i z mieczem stoisz świeżo wyostrzonym...
Ty mówisz, że dać możesz mi to zanie-lenie...
Słucham...
ŚW. PAWEŁ, (w widzeniu Veletriusa)...To zanielenie, które nie przesilą
Katownie, dać ci mogę i będziesz niem leczył.
Lecz nacóż chcesz tej łaski?...
K. VELETRIUS. (rychło i nieprzytomnie) Żebym ją... zniweczył!...
ŚW. PAWEŁ, (dotykając ramienia Ve-letriusowego końcem miecza) Julja Murcja umarła...
(Św. Paweł znika, Klucznik wchodzi)
K. VELETRIUS. (porywając się ku Klucznikowi) Umarła?!...
KLUCZNIK....Przed chwilą.
AUTO-DA-FĆ 1).
KOMEDJA W JEDNYM AKCIE I JEDNEJ SCENIE.
«Ten ołów oszukańcem jest, bo się udał przed człowiekiem za Boga, który sam tylko cierpienie kończy na wieki i serce uspokaja* i t. d.
Anhclli — karla 43, ustęp 4.
OSOBY:
PROTAZY, poeta.
GERWAZY, poufny Protazego.
CHÓRY POGRZEROWE osoby zmarłej. CZYTELNICY.
DWA KOMINKI, — i t. d.
Scena ma miejsce w mieszkaniu Protazego.
AKT I. SCENA I.
Teatr wystawia mieszkanie autora. — Protazy pali na kominku. — Gerwazy zawiązuje paki książek nowych.
PROTAZY, (od zrobionego ognia usuwając się) Patrz, co to się z książkami na tym świecie robi!
Redaktor mi co miesiąc zapałki przysćła,
0 autodafć (port.), «akt wiary»; palenie żywcem na stosie kacerzy (lub pism kacerskich).
Myśląc, iż zbiór tych kartek mój księgozbiór zdobi —
I, że to jest oprawne, więc zowie się «Dziela!»
Lecz grzeczność każe... czekaj... oto mój tom nowy...
(wstaje, bierze książkę i pisze na zwierzchniej karcie)
«Od autora®. Wyślij, proszę, przez człowieka,
Albo tu obok oddaj na urząd pocztowy!
Niechże przynajmniej wzamian za grzeczność nie czeka!
(Gerwazy wychodzi — Protazy na stronie)
Dziwny świat! Każdy pisarz dziś gotówby żonie
Pióro kłaść w usta; mówiąc nawet z przyjacielem,
Myśli: «To nowa kartka!!» i pisze na stronie —
I człowiek atramentu środkiem, a nie celem!...
A celem? To jak kuli, co iskrami zionie...
GERWAZY, (wracając) Wysłałem...
PROTAZY. Właśnie palę egzemplarz ostatni.
GERWAZY. Trzeba było dołączyć z książką uścisk bratni...
PROTAZY. Tak dalece fałszywym być nie mam przyczyny.
GERWAZY. Czyny są myśli nieme, myśli — mówne czyny...
PROTAZY. Jużci, musiałem posłać — byłoby niegrzecznie...
(słychać pukanie do drzwi. — Gerwazy
ntwieru i, odebrawszy Ust, oddaje takowy Protazemu)
PROTAZY, (przeczytawszy) List wła-śnie-że od niego! — Jak to niebezpiecznie
Śpieszyć się!... Coś mu przyszło do głowy i prosi,
Aby, gdy się co wzamian mojego ogłosi,
Nie przysyłać mu próżno... Szczupłe ma mieszkanie
I właśnie się na zimę bliżej mnie przenosi...
Siądźże i napisz, proszę, natychmiast: (dyktuje list)
((Posłanie
’Nowego tomu zaszło przed otwarciem listu;
Proszę o zwrot na koszt mój». I koniec — do trzystu!...
A niech posłaniec zaraz odpowiedź przynosi.
GERWAZY, (wychodząc z listem) Ot6ż to tak zawdzięcza się wzajem i znosił PROTAZY, (sam) Radbym, aby list przyszedł nie później od tomu —
Lecz gdzież Gerwazy?
(przechadza się i od czasu do czasu zatrzymuje)
Mówią, iż druk, nakształt gromu Pędząc, zażega, światło roznosi. Druk... może...
Ale czytelnik, książkę przyniósłszy do domu,
Kładzie się z nią w fotelu, kładzie się na łoże,
Stosownym nożem kartek przecina niewiele,
śledząc, do ila autor też same ma cele.
I jeśli myśli własne znalazł, to szczęśliwy:
I tylko własnych szuka mniemań... skąd wynika,
Że to jest także pisarz, lecz pisarz leniwy I wyręczony... Słowem, niema czytelnika!
(przechadza się, wraca i staje przed kominem)
Inny zato swych nie zna celów, ni kierunku,
I tylko czyta, usta schylając ku kartom, Jak gdy z pełnego dzbana próbuje kto trunku,
Łzom, jak śmiechowi, rad jest — a jako łzom, żartom.
Temu, że nie ma celów, bezdeń się otwiera, Temu wciąż lej, bo pragnie — pragnąc, nie przebiera,
Aż straci smak...
(po chwili)
Oba dwa... umarli!... Ratunku!
Gerwazy gdzież jest?...
(słychać pukanie do drzwi, Gerwazy wchodzi, jest zmęczony — szuka krzesła i siada)
GERWAZY. Chciałem uprzedzić posłanie,
Chciałem, by grzeczność twoja niewczesną nie była,
Chciałem i sam poszedłem, lecz nadspodziewanie
Pogrzeb mi drogę przeciął. Ludu było siła!
Szli a szli... księży różnych zakony sędziwe,
Gromnic las — potem ciało na marach nieżywe,
Powozów dalej czarnych szereg nieskończony.
Ja stałem, we framugę po bożku wci-śniony,
(Bo szczęściem był tam niegdyś Apollin z marmuru),
A oni szli — aż przeszli. Nie bywszy zgnieciony
(Dzięki Apollinowi), wystąpiłem z muru
I bardzo śpiesznie dążę — przebiegam cel drogi —
Wracam — nie pytam stróża — i wstępuję w progi...
(Gerwazy odpoczywa)
PROTAZY, (dopowiadając Gerwazemu)
I nie zastajesz, bowiem przeniósł się!!...
GERWAZY. Nie — wcale —
Wcale się nie przenosi!... Zastałem go, owszćm,
I każe ci się kłaniać... ma się doskonale...
Myślę, że nigdy nie był weselszym i zdrowszym;
Tylko — — wybiegłem, zda się, w feralnej ‘) godzinie,
Jakoż, nim list przyniosłem, tom doszedł bezpieczniej...
A widzę, że ma zwyczaj palić sam w kominie!
PROTAZY, (z westchnieniem, patrząc w komin) Jeśli nie równie mądrzy, to równieśmy grzeczni.
(koniec aktu I-szego i sceny I-szej i ostatniej)
KRYTYKA.
POEMA DRAMATYCZNE W TRZECH OBRAZACH.
I.
REDAKTOR. Dziennik założyliśmy. Któż będzie krytykiem?
SEKRETARZ. Czego?...
REDAKTOR. Literatury, życia, sztuk — trzy działy,
Porządkiem liter, które czernią nad stolikiem;
Tu fakta, tam uczoność, ówdzie ideały.
SEKRETARZ. Z literatury przeto.
KRYTYK, (czyta) ((Narodowa powieść,
Kreśląca obyczaje; tej treść jest następna:
Autor, przez Wacława, stara się nam dowieść.
Iż miłość zbytnia prawie może być występna.
Wacław, syn kasztelana, kocha Dolorozę,
Tej ojciec jest w niezgodzie z Wacława rodzicem,
Stąd córki wybór budzi w nim boleść i zgrozę.
Przyrzeka zatem córkę, lecz, z kłamanem licem
Błogosławieństwo dając, gotuje jej trumnę,
Zwłaszcza, iż rody oba zarówno są dumne.
Tu następuje jeszcze epizod wojenny;
Wacław z swej przyszłej ojcem gromią najezdnika,
Pierwszy przez pole bitwy przepływa, jak senny,
0 Dolorozie swojej marząc. (Polityka
1 cnota męska bardzo zły stąd przykład
mają,
Lecz jeszcze to wybaczę). Po bitwie wracają.
Wracają w noc pochmurną, ale cóż zastają?!
Trupa panny — więc Wacław do konia i znika,
Gdy Dolorozy ojciec ciche łzy ociera,
Modli się i, kościejąc na grobie, umiera.
— To opuszczenie domu po jednym wypadku
Daje się nam domyśleć, iż Wacław zbyt mało
Wywiązać się był zdolnym po takim zadatku,
Że więcej się lam siebie, niż cnotę kochało.
Bohater niedość silny, panna romansowa,
Wyrzekłszy się go, żyłaby, byłaby zdrowa —
Starzec nie byłby umarł z rozpaczy, ni drugi
Ku uduszeniu dziewki wyprawiałby sługi.
Gdyby więc autor powieść tą nastroił drogą,
Byłaby wziętszą; czytać tę nie wszyscy mogą».
KTOŚ. Tu, wybacz, jedno tylko zachodzi pytanie:
Czy byłaby to powieść?
KRYTYK. Jakto? A więc cnota
Wystarczyć na interes nie byłaby w stanie?
KTOŚ. (pokazując książkę) A zatem by-łażby to powieść ta, patrzajże, o, ta?
Czy raczej inna — powieść pomysłu krytyka?
KRYTYK. Skąd więc i dokąd moja saę-gać ma robota?
II.
SEKRETARZ. Teraz niech nam zda sprawę obyczajów *krytyk.
KRYTYK, (czyta) «Przed okiem prawdy żaden fakt drobny nie znika,
1 żaden nie jest drobny; ten czynimy przytyk
Do wielu nowin z tego właśnie karnawału, Który był arcyświetny. Tańce są zabawą, A tańczy się i prędko, i tańczy pomału, Co, zda się, iż zależy od wieku i osób,
Bo jest sposób tańczenia i tańczenia sposób...
Tu... kropek kilka kładę... Któż jest, pytam dalej,
One Domino Złote, czerwono podszyte, Pragnące bardzo, w bufet, jak statua, wryte,
Co, wciąż brzękając szklanką, wykrzykało: «Nalej!»
Czy gdzie z dalekiej przyszło a świętej podróży?
(Ale pielgrzymom z damy obcować nie służy).
Damy, osobnym druku kształtem... potem jeszcze
Kropeczek kilka w sposób wzmiankowany mieszczę.
Oto jest mój artykuł...))
KTOŚ. Tu zachodzi mała
Kwestja — czy wzmiankowana powyżej zakała
Nie zrodzi w tenże sposób odezwy w dzienniku,
A ta przytyku znowu i ten znów przytyku, W sposób, iż forma, z jaką jawności się służy,
Zaciemnić może, albo, zamiast skrócić, zdłuży
I zrobi skandal z rzeczy błahej, a z kropeczek
Plamy, a z atramentu kropli — parę beczek.
KRYTYK. Sposób jest na to wskazać tylko na pręgićrzu,
Nie umieszczając odezw...
KTOŚ. Czy nie lepiej może.
Zamiast koszule chorych rozwieszać na krzyżu,
Piękne czyny wyjaśniać i natchnienia boże,
By się nie czuła samą praca, mądrość, cnota?
KRYTYK. Skąd więc i dokąd moja sięgać ma robota?
III.
SEKRETARZ. Teraz — niech krytyk sztuki swoje nam odczyta >
KRYTYK, (czyta) ((Odkąd, potrzeby czasu zgadłszy, czujni Stróże,
Daliśmy pochop sztukom przez nasze zachody
W świadectwie i wytrwaniu, patrzą już narody
Na pierwociny szkoły nowej w min ja turze. Niechże nam wolno będzie po takim zadatku
Rozebrać kwiatek każdy, a kwiatek po kwiatku.
Tu, że pominę wiele, zwracamy też oko Na pejzaż. Cóż jest pejzaż? Widokiem natury.
Niechże zachwyca albo niech uderza zgóry. Jak znowu, z drugiej strony, obraz niech głęboko
Porusza szczytną myślą. Różne bo są cele I różne środki; inna malować w kościele, A. inna przedmiot jaki treści nieświęco-néj —
Pierwszy niech z życia czerpie, drugi z wyższej strony.
Jakoż naprzykład rzeczy z apostolskich czasów,
Które się w Syrji dzieją albo w starym Rzymie,
Mogą brać wzory z tych to codziennych zapasów
Mówcy jakiego albo z niewiasty, co drzć-mie
W nieniieckiem mieście jakiem na progu gospody?
Jakże nieczujną pannę sztukmistrz weźmie miody
I parabolę zniemczy biblijną!?... Tej wzory Są raczej na pustkowiu libańskiem lub niżej,
Gdzie palmy drżą dotychczas łagodne z pokory,
Albo na skale, kędy trzech szukano krzyży#.
Oto jest mój artykuł...
KTOŚ. Tu kwestja zachodzi,
Ażali celem sztuki jest zakrywać słowo, Czy raczej je objaśniać? Prawda bowiem rodzi
Dzień w dzień, i coraz kartę przewracamy nową,
I coraz lepiej, baczniej; w tém codziennem życiu
Widzimy przecież pracę dziewiętnastu wieków,
Widzimy w bliźnim każdym, acz źle lub w ukryciu,
I krzyż, i gąbkę z octem, i nadgłowia ćwieków,
I grób, i promień chwały — inaczej zaś cnota
Miałażby ciał swych nie brać chociażby z kaleków?
KRYTYK. Skąd więc i dokąd moja sięgać ma robota?
NOC TYSIĄCZNA DRUGA
KOMEDJA W JEDNYM AKCIE
M. T.
N AJ BLIŻSZEJ NIERODZONEJ
poświęcam...E MAESTRA Ml FU L’ANIMA Ml A ’).
OSOBY:
ROGER2) z Czarnolesia. DOKTÓR jej.
DAMA podróżująca. LUCIO, oberżysta.
Rzecz się dzieje w Castel-Fermo pod Weroną.
Oberża w C astel-F er mo.
Pokój na górze.
LUCIO. Przez świętego Antoniego Padewskiego, mości hrabio, dziesiątego dziś weturyna 8) przyjmujemy. Są pokoje po lewej stronie obszerniejsze, ale (posuwając się ku oknu) żaden nie ma skarbu równego... Co za widok!... Może pan malujesz?... Może artysta?... Pewny pan Cala-me, pejzażysta, mieszkał u nas... tu... w tym pokoju dni czternaście... Wszyscy coroczni podróżnicy, świadomi rzeczy, zawsze się, bywało, pytają o ten pokój...
(słychać grzmoly. Okno jest zamknięte, dolne szyby papierem zalepione)
Żeby burza tylko przeminęła. — Przez Bachusa! Przez Najświętszą Dziewicę! Przez świętego Antoniego Padewskiego! Żonę z dzwonkiem loretańskim posadzićby na dachu...
(słychać glos kobiecy za sceną)
Lucio! Lucio!...
LUCIO, (przestawiając krzesła i porządkując leniwo) Znowu?... Natychmiast... natychmiast!...
(głos za sceną)
Lucio!...
LUCIO. Lecę!... (wybiega)
ROGER. Szczególniejszy naród!... Choćbym sobie nie dał był słowa zerwać już ze światem idealnym i w praktyczne wejść życie, wystarczyłoby zastanowić się nad postacią moralną tego ludu arcyklasycz-
>) (wlos.) — a mistrzynią była mi dusza moja.
2) Można zmienić imię Roger na inne stosownie brzmiące. (P. P.).
a) weturyn(o) (włos.) — woźnica.
nego... Mozajkowa posadzka... lampa, dotąd etruski kształt mająca... pajęczyny, chwiejące się po kątach, które jeszcze Longobardów pamiętają... ta zapona na łóżko z adamaszku purpurowego, co zakupił ją może właściciel austerji ‘) po werońskim szlachcicu jakim na sprzedaży publicznej, po jakim Skaligerze... A nieporządek... a lenistwo!...
...A propos lenistwa — niemniej A propos praktyczności... Panie Rogerze!... Oto siedzisz... słuchasz burzy, co huczy nad wieżami Werony, i poetyzujesz... O, człowieku...
Biada mi, biada! Nędzny jestem, słowa sobie lichego dotrzymać nie potrafię. Teraz, opuszczając ziemię te ułudną, cichą, laurami przetykaną... cmentarz ten ludów i olbrzymów... tu, na progu Italji, kiedy przerzucić się zamyślam przez szczyt Ałp — tam, napowrót... należałoby, dawszy sobie słowo...
(powoli i solennie)
...że się będzie praktycznym już człowiekiem... Należałoby, mówię, uderzyć się w piersi i pojrzeć raz jeszcze, raz ostatni, na tę całą przestrzeń idealną...
(po chwili)
Piękna, piękna kraina marzeń, błędów — błędów, marzeń, rozciągnionych przede mną, jak doliny i wzgórza i jeziora, zorzę odbijające...
Otóż ja tobie, tobie, przeszłości idealna, tobie, piękna kraino, powiadam: Koniec tobie...
i) austerja (wl.) — gospoda, zajazd.
(z uśmiechem)
Hannibal tak — kiedy na szczycie Alp, przyłbicę odsłoniwszy, poglądał na Italję i mówił w sobie: «Grób ci niosę...» Hannibal tak...
...Nie taki... Hannibal nie był dzieckiem...
Imion wielkich nie godzi się wzywać nadaremno...
(przechadza się po pokoju)
LUCIO, (wchodząc) Za pozwoleniem, za pozwoleniem. Przez Bachusa! Pewna dama, Angielka, żyozy sobie widzieć kończącą się burzę i wschód księżyca z okna tego...
(z uśmiechem)
...Naród obłąkanych!... Deszcz jeszcze zaciętszy niźli pierwej... Przepraszam, ale my lubimy niczego nie odmawiać cudzoziemcom...
ROGER. Powiedz onej damie, że już zasnąłem jak zarżnięty, że dwa pistolety nabite mam przy łóżku, że jutro będzie mogła oglądać zachód słońca, skoro wyjadę do Werony... Dziwne figury, lunatyki i marzyciele... Jak wygląda ta twoja dama?
LUCIO. Najpiękniejsza z kobiet, jakie widziałem kiedykolwiek — nieco blada, majestatyczna. Przejeżdżała tędy dwie wiosny temu z tym samym kawalerem... mężem... Najdoskonalsza osoba — bahl Mieszkała nawet w tym samym pokoju, ale wtedy było to właśnie, kiedy wszystko na nowo zaprowadziliśmy w naszem gospodarstwie, a tłum był wielki w auste-rji — wszystkie izby zajęte były tak, jak teraz...
ROGER. Powiesz przeto damie onej, że śpię...
LUCIO. Odgadłem naprzód i wątpliwie odpowiedziałem. Nigdybym nie śmiał wchodzić o tak późnej godzinie, wszelako — my niczego nie odmawiamy cudzoziemcom podróżnym... Zwłaszcza damie, którą ugościliśmy u siebie, najpiękniejszej osobie...
ROGER. Jutro — chcę być o piątej obudzonym.
LUCIO. Najszczęśliwszej nocy...
ROGER. Dobrej nocy —
(przechadzając się)
...Otóż to dobrze, to coś praktycznego choć raz w życiu. Śpię — to śpię. Noc jest na to, ażeby spać — i koniec...
(siadając przy stole i przeglądając album)
Ileżbo nocy nieprzespanych... napróżno-kiedy ona... Czemuż nie wymawiam jej nazwiska? Czy nie chcę, ażeby pył mieszkania upadł na to imię wymówione, jak na kwiat świeżo rozwinięty, biały, czysty, z myśli bożej przeprowadzony w życie roślinne po raz pierwszy...
Kiedy więc Ona, otoczona galanterją zewnętrzną, formalizmem świetnym, miękkim, powtarzanym, rozrzucała perły wdzięków — komu, komu?... Znudzonym!... Ja wtedy białe, białe noce moje zaludniałem temi upiorami pasujących się myśli, które wyniszczają sił zarody, wy-przędają blask oczu w pasma łez, serce biorą jak książkę świeżą, w której jeszcze karty nierozcięte, i wczytują się coraz, coraz głębiej... rozrywają potem... karty... serca... i...
(zakrywa oczy)
Nędzny jestem...
(przewraca album)
Kwiat, zerwany w czasie przejażdżki do Amalfi — widzę jeszcze lekką Jej rękę, pochyloną z konia ku skale... te kwiaty tam czepiają się po obu stronach drogi na ścianach wąwozu... — przez ręce przewodnika, który szedł przy Jej koniu, otrzymałem kwiat ten... Różowy był wtedy... w nieskalanej czystości atłasu swego...
Dziś — zżółkł, oblata z liści, które koroną jego były, i staje się podobnym do pająka, co wysnuł już z piersi przędzę całą... Wszystko się zatrzymuje, osycha i ginie, a nie wraca...
(po chwili)
Otóż, otóż ów list w odpowiedzi na ostateczne zapytanie, którego już nosić tajemnicą dłużej w piersiach nie mogłem...
Zaprawdę drugiej takiej... nie, podobnej nawet odpowiedzi nie dano nigdy człowiekowi... Nadobny list, piękny list, śliczny list...
Chciałem był go spalić... ale gotówby się roztopić, jak odłam lodu, i zamienić w garść kału...
Chciałem go był podrzeć... ale mi ręce pokłuł...
I dochował się dotąd... Takie rzeczy mają to do siebie, że się długo trzymają i niełatwo je zgubisz lub zarzucisz.
(przeziera lisi)
«Castel-Fermo...»
Tak, przypominam sobie... List ten stąd był pisany...
«Castel-Fermo... elc...»
«Odebrałam właśnie piękny list twój, kochany...®
Piękny list mój! To jest lak, jakgdyby kto, nędzarza gdzie spolkawszy oniemiałego bólem, mówił: ((Piękny jest elekt tej bladości oblicza i tych oczu przygasłych Piękny objekt dla sztukj...»
A potem, przybliżywszy się do onego objektu, poklepał go zlekka po ramieniu... i poszedł dalej, gwiżdżąc...
(czyla dalej)
((Odebrałam właśnie piękny list twój, kochany R... Proszę Cię, ażebyś, będąc w Neapolu, odwiedził księżnę OLimpję... Książki moje są u niej, mniejsza o inne — idzie mi tylko najszczególniej o trzeci tom Richtera. Całość dzieła traci tym sposobem, skoro jednego tomu braknie ze środka...®
ROGER, (przerywając czytanie)...Eh, nde! To nic nie znaczy. A jeżeli serca braknie?...
(powraca, czyta dalej)
((...braknie ze środka... Czy klacz moją koleją żelazną, czy morzem wyprawić?...
O tem wszystkiem racz pomyśleć, proszę. Kilka rysunków, które mi przywieziono w dzień wyjazdu, i błogosławieństwo papieskie z różańcami na kominku w salonie mniejszym zapomniałam. Wszyscy tu Cię najczulej wspominamy, osobliwie przy herbacie. A propos — połowę listu Twego tak gdzieś zarzuciłam zaraz po przeczytaniu, że tylko drugą połowę mam przed oczyma, ale pamiętam, że piszesz coś o sercu twojem i o miłości. Tak tu ciasno w tym pokoju i taki nieład przed-wyjezdny, ale zato widok przecudowny. Pieczętuję jak najprędzej, bo właśnie wyjeżdżamy... Mille tendresses, mille ami-tids...J) etc. PS. Proszę pamiętać o zdro-w, u swojem. — Bądź zdrów...» I znowu dalej w końcu kartki:
«Co do miłości, jaką masz dla mnie od lat tylu, mogę Ci odpowiedzieć...#
...i tu dołączono połowę drugą mego listu —
(po chwili)
Jeżeli ironja przypadku to zrządziła, to zaprawdę, że dosyć lekkomyślności, z jaką zajmowano się tą sprawą serca, ażeby zrozumieć przyszłość i wartość następstw tego związku...
Jeżeli zaś wydawało się Jej, że tym spo-
ł) (Iranc.) — tysiąc czułości, tysiąc pozdrowień.
sobem najłatwiej będzie odpowiedzieć, to zaprawdę można było trudniejszy a sumienniejszy sposób wybrać... Zasłużyłem na to jako człowiek, jak każdy człowiek...
(wstaje z krzesła, przechadza się powoli. Burza ucicha. Roger posuwa się ku oknu i otwiera je)
(Improwizacja półśpiewem czytanym)
Nad Capułetich i Montechich ’) domem Spłukane deszczem, poruszone gromem, Łagodne oko błękitu
Patrzy na gruzy nieprzyjaznych grodów, Na rozwalone bramy do ogrodów —
I gwiazdę zrzuca ze szczytu...
Cyprysy mówią, że to dla.Tuljetty,
Że dla Romea łza ta z nad planety Spada i w groby przecieka...
A ludzie mówią i mówią uczenie,
Że to nie łzy są, ale że kamienie,
I że nikt na nie nie czeka...
ROGER, (zamyka okno, zegar miejski bije godzinę pierwszą) Brawo!... Pięknie sobie słowa dotrzymuję... Panie Rogerze, gdzież twoje praktyczne odrodzenie?... Dosyć tego, dosyć jest...
O godzinie pierwszej należałoby już przygotować potrzebne rzeczy na jutro...
(spostrzega, że okno niedomknięte)
...zamknąć dobrze okno i drzwi... i zasnąć przyzwoicie...
(zamykając okno)
...klasyczne okna i drzwi nigdy nie zamykają się porządnie!...
(zostawia okno niedomknięte i przybliża lampę, ażeby zobaczyć bliżej klamlcę i zawiasy)
O, deus ex machina!... O, Szekspirze wielki... Rozumiem, bo widzę zarazem, i pojmuję, i rozświeca mi się całość akcji dramatu serca mego...
Te szyby, te szyby...
(przybliża lampę)
...zbite jak serce moje, może kamieniem
figlarnego chłopca zbite--------zalepił Lucio
pierwszą połową listu mego i — drugą połową listu Jej... Tu mieszkała. To, co wspomina o widoku pięknym, o tym widoku mówi — ze zwykłą sobie lekkomyślnością zapomniała te listy, jak błogosła-
i) Dwa rody włoskie, nienawidzące si<j śmiertelnie, znane z tragedji Szekspira <Romeo i Julja*.
wieństwo papieskie, jak błogosławieństwo papieskie na kominku w salonie mniejszym, jak różańce, jak różańce łez moich — jak klacz swoją wierzchową w Neapolu — jak Jean Paula tom trzeci...
((Kobieto, puchu marny!...»
(wraca do slotu, na którym jest album, i wyjmuje kartkę listu, potem przybliża się z lampą ku oknu)
Niech się złolo ze złotem łączy — czytajmy razem całość listu:
«Castel-Fermo etc.
Odebrałam właśnie piękny list twój, kochany R. — Proszę Cię, ażebyś, będąc w Neapolu, odwiedził księżnę Olimpję... Książki moje są u niej, mniejsza o inne — idzie mi tylko najszczególniej o trzeci tom Richtera. Całość dzieła traci tym sposobem, skoro jednego tomu braknie ze środka. Czy klacz moją koleją żelazną czy morzem wyprawić? O tem wszystkiem racz pomyśleć, proszę. Kilka rysunków, które mi przyniesiono w dzień wyjazdu, i błogosławieństwo papieskie z różańcami na kominku w salonie mniejszym zapomniałam. Wszyscy cię tu najczulej wspominamy, osobliwie przy herbacie. A propos — połowę listu twego tak gdzieś zarzuciłam... (ha!), że tylko drugą połowę mam przed oczyma (a ja oto obiedwie połowy listu po dwóch latach nareszcie mam przed sobą... Dalej!), ale pamiętam że piszesz mi coś o sercu twojem i o miłości... (oto na drugiej szybie zbitej, co piszę o sercu i miłości... Dalej!...)
...że piszesz coś o sercu twojem i miłości. Tak tu ciasno w tym pokoju... (prawda... Dalej!) i taki nieład przedwyjezdny, ale zato widok przecudowny. Pieczętuję jak najprędzej, bo właśnie wyjeżdżamy... Mille tendresses, mille amitids... etc. — PS. proszę pamiętać o zdrowiu swojem. Bądź zdrów... Co do miłości, jaką masz dla mnie od lat tylu, mogę ci odpowiedzieć:
(rzuca kartkę i czyta dalej na szybie)
...odpowiedzieć, co ktoś z moich dawnych znajomych mi napisał w albumie, że wy, młodzi ludzie dziewiętnastego wieku, zaczynacie od bogactwa serca — kochacie mocno, prawdziwie i czysto na po czątku dni swoich, a potem stopniowo, stopniowo ociera się ten brylant, wysycha to źródło i kończycie na wykwintności form, które zastępują czułość wrodzoną serc waszych...
My, kobiety dziewiętnastego wieku,
przeciwnie — my lekceważym ten związek zaraz na początku, w kwiecie życia, potem, potem powoli, powoli — po wielu rozczarowaniach, po wielu grobach, które nam się przed stopami naszemi na drodze życia zamykają... — dochodzimy nareszcie do uszanowania tej iskry świętej... Wasz punkt wyjścia jest naszym kresem drogi...
Jakże więc spotkać się na świecie?
I dlatego ścigamy się tylko, gonimy się, osizukujemy się... Dowidzenia, dowidzenia.
Klaudja».
ROGER....Prawda!... Lubo jednej epoki prawda...
Prawda jednak ma moc balsamu... Tak jest, prawda...
(po chwili)
Cóż to za noc?... To noc... Z «tysiąc nocy i jedna» to jest noc tysiączna i druga, której autor zapomniał tak dołączyć do dzieła swojego, jak Klaudja drugiej połowy listu swojego zapomniała... Szczególniejsza kobieta!... Lekkomyślność, do której przywiązana jest kula refleksji głębokiej, jak te kule u kajdan więźniów... Smutno — smutno — smutno. Ten tylko, który miarę czasu ma w prawicy swojej, pomóc może... Ten dramat serc stał się dramatem czasu...
(powtarza słowa listu)
((gonimy się, ścigamy się tylko. Dowidzenia)) —
(zegar miejski bije godzinę drugą)
LUCIO, (pukając do drzwi) Za pozwoleniem...
ROGER. Otwórz.
LUCIO. Zdaje się, że pan hrabia okna przymknąć nie możesz. Usłyszałem hrzęk szyb i stąpanie, spostrzegłem światło, pozwoliłem sobie zapukać... Zapomniałem albowiem wziąć paszport pański, który należałoby, ażeby przed piątą był w porządku.
ROGER, (przechodzi się powoli po pokoju — potem uderza Lucia po ramieniu i mówi mu z przyciskiem) Dama, o której mi mówiłeś, że jest Angielką, nie jest Angielką... że chce oglądać widok z okna — ona nie chce. Nieprawda wszystko...
Kto jest ta dama? Jak mówiła tobie? Mów!
LUCIO. My, Italiani, per Bacco, my mówimy: «Angielka», to jest, jest cudzoziemka — to jest, że jest z za Alp, z kraju, gdzie zimno...
Skoro tylko przybyła, przywitała mię,
mówiąc: «Caro Lucio»’), a potem mówiła do kawalera, co jest z nią, czy do męża — długo, długo, a potem do mnie: «Caro mio, chcę widzieć Weronę z tamtego okna, kiedy burza ustanie». A ja na to. «Benissimols), a ona weszła do pokojów swoich i poniesiono tam herbatę — i jeszcze tam rozmowę słychać...
ROGER. To jest noc tysiączna i druga... Rozumiesz! —
LUCIO. Jutro mamy dzień Wniebowstąpienia Najświętszej Panny Marji.
ROGER, (na stronie) Ona! Dobrze —
LUCIO, (biorąc ze stołu papier) Paszport pana hrabiego.
ROGER. Ta dama jest piękna...
LUCIO. Si...»)
ROGER. Ma coś na twarzy, tak jak Madonny wasze...
LUCIO....Wzbudza nabożeństwo... Si, signore...
ROGER. Włosy ma jasne... to jest złotawe, oczy czarne....
LUCIO. Si, signore conte...4) si...
ROGER. Mieszkała tu kiedyś w tym pokoju...
LUCIO....Branissimo!... Si...
ROGER. Mąż jej jest brzydki... wiele starszy... Kiedy tu była pierwej, nie była wtedy z mężem, była wdową...
LUCIO. Si... si... si, bravivssimo...
ROGER. Lucio!
LUCIO. Signore...
ROGER. Widzisz te pistolety? Zobacz, czy sa nabite...
LUCIO. Nabite...
ROGER. Zobacz, dotknij...
LUCIO. My Italiani na pierwszy rzut oka zgadujemy, znamy się na rzeczy... Per Bacco, nabite szkaradnie... Kto inny potrzebowałby wziąć w rękę, spróbować, a potem — u nas jest święta rzecz każda położona na swojem miejscu...
ROGER....Va bene s)-----------Lucio!
LUCIO. Signore...
ROGER. Widzisz tę garść piastrów na stole?...
LUCIO....Benissimo...
(zbliża się do stołu)
ROGER. Te piastry są dla ciebie. Zgarnij w kieszeń!
LUCIO. Rozkaz pana hrabiego świętą rzeczą...
(zgarnia)
1) (wlos.) — Drogi Lucio.
2) (wlos ) — doskonale.
3) (wlos.) — tak.
i) (wlos.) — tak, panie hrabio.
5) (wlos.) — to dobrze.
ROGER. A teraz?...
LUCIO. Si, Signore... Va bene...
ROGER. Jutro rano rzeczy moje zniesione będą nadół, paszport przygotowany — to okno zamknięte, zamknięte dobrze —
LUCIO. Zamknięte dobrze — si...
ROGER. Pójdziesz do tej damy i powiesz jej: ((Podróżny, który zajmował pokój ten, wyjechał)). Patrz, tam, gdzie pistolety leżą, widzisz, tam jest szafa zbo-ku... W tej szafie ja będę. O tem milcz —
LUCIO. Jak grób... si...
ROGER. Otóż pamiętaj, powiesz damie te słowa:
(Lucio notuje slou/a)
Podróżny, który mieszkał w pokoju na górze, już wyjechał, żegna panią, zostawia miejsce wolne — wszelako, jeśli pani widzieć zechce z okna okolicę, okno jest zamknięte i sama tylko pani własną ręką otworzyć je może.
LUCIO. Słowo w słowo — jak aue Maria...
ROGER....Buona notte...’) Lucio...
LUCIO....Felicissima notte2), Signor Conte...
ROGER. Niech się stanie zadość biegowi rzeczy. Niechaj sama odegra ostatnią scenę, niech zobaczy własnemi oczyma dzieło lekkomyślności swojej. Skompletujmy list...
(bierze pierwszą połowę listu i utwierdza lakiem za jeden róg przy tamtej, którą jest szyba zaklejona)
Zobaczy, pozna, przypomni. Mężowi będzie przymuszona wytłumaczyć całość rzeczy... Mała, chwilowa przykrość, która poprawi Ją na długo...
Ja ~ nie wyjdę z ukrycia, nie zobaczę Jej więcej...
(po chwili)
Ja — wyjdę... spokojnie, zimno, bez przesady poproszę, aby przedstawiono mię mężowi, opowiem czegoby brakło do całości... opowiem z uśmiechem... i będę Jej szczęśliwej drogi życzył.
Zamienimy to w cichą, głęboką dramę lub w dorywczą komedję... Zresztą... alea jacla est...8)
(wchodzi w zasłonę łoża)
») (wlos.) — dobranoc. *
s) (wlos.) — najlepszej nocy!
3) (lac.) — kości rzucone (zwrot, używany na ozna-
czenie stanowczego kroku, śmiałego postanowienia).
Oberża w Caste l-F er mo.
(Salon. Mrok ranny, świece zapalone)
DOKTÓR. Odkąd mam przyjemność towarzyszenia pani w jej podróży, pamiętniki i studja moje lekarskie zyskały bardzo wiele...
DAMA. Czy nie spisujesz czasem, doktorze, malenieezkich plotek na moje konto?...
DOKTÓR. Pani, zacząłem monolog poważny —
DAMA. Proszę kończyć...
DOKTÓR....Studja moje lekarskie zamieniają się zwolna w psychologiczne obserwacje, a noc dzisiejsza dodaje mi jeszcze nieco spostrzeżeń meteorologicznych... Panie — a mówię tu: niewiasty dziewiętnastego wieku — jesteście szcze-gólniejszemi fenomenami w rodzaju swoim... Oto np. burza — elektryczność atmosfery poruszona, i już, jako struny elektrycznego telegrafu, drżycie, wibrujecie harmonjami imaginacji...
DAMA....Robicie dzieciństwa, pleciecie nie wiedzieć co. Nazywaj, doktorze, po imieniu rzeczy, jak są. Scientyficzny język obcy dla mnie, mówmy poprostu...
Wiesz, doktorze, ile szanuję głębokość nauk ścisłych, wszelako, ile razy zaleci mnie ten zasilny dla mnie zapach, tyle razy przypominam sobie kilka wierszy, które jakiś poeta gdzieś zanucił — nigdy bowiem przypomnieć sobie nie mogę, gdzie to wyczytałem i do którego z poetów należy te słów kilka — mowa jest w nich o gwiazdach spadających...
DOKTÓR. O aerolitach...
DAMA. To — to, coś podobnego...
(nuci)
Cyprysy mówią, że to dla Juljelty,
Że dla Romea łza ta z nad planety Spada — i w groby przecieka:
A ludzie mówią, i mówią uczenie,
Że to nie łzy są, ale że kamienie...
I że nikt na nie nie czeka...
DOKTÓR. W tem nie mogę przyjść w pomoc pani. Wątpliwość ta przechodzi moją sztukę.
DAMA. Doskonale! Przypominasz sobie, doktorze, że doktór w «Makbecie» słowo w słowo mówi to, co właśnie powiedziałeś... Doskonale!... Wybornie!
DOKTÓR. Zadziwienie moje przechodzi
zadziwienie tego, któremu zwrócił ktoś uwagę, że się wyraża prozą... *)
DAMA. Mówmy więc prozą... Jakież tedy spostrzeżenia lekarskie?...
DOKTÓR, że trzeba sumiennego przejęcia się swoją sztuką i przyjaźni najbez-stronniejszej, ażeby wam towarzyszyć w podróży, służyć radą...
DAMA. Głęboko czuję le trudności i dlatego serdecznie podzielam przyjaźń twoją, doktorze.
(podaje mu rękę. Chwila milczenia)
DAMA. Tak, zapewne — jesteś poniekąd spowiednikiem moim, o ile zdrowie od moralnego usposobienia zawisło... Znasz, co przeżyłam... a przeżyłam to, co wszystkie, nieco więcej mające serca, nieco więcej skore do rozwinięcia władz umysłu. Rozłączenie z mężem moim, które nareszcie i sankcję apostolską zyskało, powraca mię... lecz czemu, komu?... Czuję się istotą niedopełnioną... Mężczyznom ufam mniej, niż kiedykolwiek. Któryż mężczyzna przeżył tyle zamkniętych, niewidzialnych, głębokich dramatów serca?... Trzeba na to było kochać indywidualność piękną, pełną powabów wyższych, szlachetną, może dumną — zapewne próżną i głębokomyślną przez refleksję po nie-wczasie, a nieskończenie lekką przez uczucie na czasie. Gorzka to i drogo opłacona jest nauka... Któryż mężczyzna po długim pobycie w idealnie pojmowanym świecie czuje tę sumienną a serdeczną zarazem potrzebę zespolecznienia się z prostą prawdą życia?... Kogóż tak pożegnano, jako mnie pożegnano, mówiąc zarazem
o koniach swoich wyścigowych, o sercu rnojem i o psach myśliwskich?...
I — który przy tem wszystkiem dochował jeszcze iskrę życia, potrzebę życia?...
Zaprawdę, nie chcę rozwodzić się już dalej... Lękam się popaść w samochwalstwo... Tobie jednemu, doktorze, to powiadam... ty pojmujesz, czujesz, a, choćbyś nie czuł, to rozumiesz... Doktór i spowiednik są dwoma biegunami indywidualności naszych...
DOKTÓR. Pani, tyle tylko odpowiedzieć ci potrafię, że, gdybym takiego spotkał męża dla pani, powróciłbym do rodziny mojej, która mię z utęsknieniem oczekuje...
DAMA. Doktorze, do granicy kraju mojego obiecałeś mi towarzyszyć.
i) Aluzja do bohatera komedji Moljera «Mieszcza-nin szlachcicem*.
DOKTÓR. Radbym do rogatek szczęścia pani, lubo zdaje mi się, że nie jest najzupełniej poetyczne wyrażenie... sens jednakże głęboko poetyczny...
DAMA. Obiecaliśmy sobie prozą mówić...
LUCIO, (za sceną) Za pozwoleniem...
DOKTÓR. Otwórz...
LUCIO. Za godzinę, za godzinę najpiękniejszy nasz widok z pokoju, który my il Museo nazywamy, będzie można oglądać...
DAMA. Caro Lucio, ja sobie życzyłam księżyc widzieć...
LUCIO. W tej chwili niepodobna... słońce właśnie że wschodzi... Pani hrabina nie może sobie wyobrazić, jaką bitwę przyszło mi stoczyć pierwej... Na wspaniałomyślną osobę, to zasłużyłem przynajmniej parę skudów.
DAMA. Co to jest, co to znaczy?
LUCIO. Skoro tylko usłyszałem życzenie pani hrabiny, jednym skokiem wpadłem do Museo (do pokoju naszego, który my il Museo nazywamy). Anglik, który go zajął — szlachetny młodzieniec, hrabia — spał... «Kto tam?» pyta. «Kto wchodzi?® woła, trzymając dwa nabite pistolety, takie długie... Ja, tak, jak prawy Lombard-czyk jestem, nie cofnąłem się... Lucio jestem — mówię — i przyszedłem tutaj z poleceniem od pani hrabiny, ażebyś pan odstąpił na czas miejsca...
DAMA. Lucio, czy podobna?
LUCIO. Lucio napróżno nigdy poleceń nie przyjmuje...
DAMA. Ależ...
LUCIO. Anglik każe mi się tłumaczyć, dlaczego. Ja nic, tylko go proszę, aby ustąpił na czas, a on wciąż z pistoletami, a ja wciąż swoje — tak do godziny drugiej w nocy...
Nareszcie, nareszcie — pyta mię, kto jest ta dama, co chce oglądać pejzaż. Więc ja jemu powiadam, że najpiękniejsza hrabina, jaką kiedykolwiek widziały ściany domu tego... Tak — on położył pistolety i zasnął...
O, to było do uśmiania się. Teraz, za godzinę wyjeżdża do Werony. To jest miody pan — troszkę to, co my nazywamy pazzo...*) Chodzi w nocy do późna i pisze...
Otóż proszę pani hrabiny, kazał mi on powiedzieć te słowa:
((Zbudziłeś mię w nocy, Lucio, zniepo-koiłeś mię. Zato zamykam okno, a jeżeli twoja pani chce oglądać ten piękny wi-

  • ) (ivhis.) — szaleniec, półgłówek.

dok, powiedz jej, że wyjeżdżam, że żegnam ją, że jej wolne miejsce zostawuję... wszelako pod warunkiem, że wlasnemi rączkami otworzy sobie okno — —
DAMA. Mistyfikacja’) szczególniejsza...
DOKTÓR. Oryginał...
DAMA. Proszę przyjąć na siebie niepokój gościa twego. Czy wiesz jego nazwisko?...
LUCIO. Oto paszport, który właśnie z policji odebrałem.
DOKTÓR, (przyjmuje paszport i rozkłada) To nie jest angielski paszport... (czyta)
...Roger z Czarnolesia.
DAMA. Nigdy tego nazwiska nie słyszałam...
DOKTÓR, (oddaje paszport. Lucio wychodzi) Ha, ja pani powiem, kto lo jest... Czy przypominasz sobie pani salon pani Klaudji w Neapolu?...
DAMA....Ten miody człowiek, co to...
DOKTÓR. Jeden z tych warjatów, albo raczej zbolałych, których ludzie dobrzy starają się leczyć pośmiewiskiem, jeśli potrącaniem niepodobna, a o których rozsądni mówią: ((Dziecię czasu!®, a których kochają ci, co scrjo już cierpieli na świe-cie... Mówię to, bo w tych słowach zapisałem go w moim pamiętniku...
DAMA. Nie znam — z powieści tylko mi nieobcy.
DOKTÓR. Mrok ustępuje, można zgasić już świece...
(zdmuchuje świece)
DAMA. Słowa twoje, doktorze zabrzmiały tak poważnie, jakbyś o losach ludzkich wyrokował...
DOKTÓR. Czy doprawdy?... Przyzwyczajenie, nabyte z konsultacji... Ileżbo razy życic ludzkie przychodzi nam uważać jak fenomen czysto materjalny, nieledwie mechaniczny...
DAMA. Pierwsze chwile poranku mają coś wyłącznie...
DOKTÓR....wyłącznie...
DAMA. Pomóż mi wyrazić się doktorze...
DOKTÓR. Pierwotnego, odrzeźwiają-cego...
DAMA. (wstaje, przechadza się i, przybliżywszy się do stołu, przerzuca książki, tam leżące. Potem czyta)
i) mistyfikacja (nowolac.) — wprowadzenie w błąd, wywiedzenie w pole, (często dla ośmieszenia lub wyśmiania).
— Co ranek, skoro ustępują cienie,
A słonko wybłyska złote,
Przypomnij światła stworzenie,
Oddal tęsknotę...
LUCIO, (wchodząc) Museo jest otwarte, okno zamknięte...
Pokój na górze, tak, jak na początku komedji.
LUCIO, (dając znak Rogerowi) Wchodzą, wchodzą!
(Lucio wychodzi, Roger zamyka się)
DOKTÓR. To więc — ów sławny pokój.
DAMA. Zaczarowany!
(przybliża się do okna, podnosi rękę i zaczyna czytać, potem oddaje doktorowi; Chwila milczenia — czytają, przeczytali; poglądają na siebie — cisza)
DOKTÓR....Podpisano — «Klaudja»!!:
ROGER, (otwierając gwałtownie i wyskakując z szafy) Arcydzieło lekkomyślności!...
DOKTÓR. Mości panie...
DAMA....Co to jest?
ROGER. Tak jest, arcydzieło lekkomyślności!... Dajmy na to, że mojej w tym kroku...
(po chwili)
Czytaliście — zapomnijcie!
DAMA. Pan się omyliłeś...
ROGER. Sądziłem, że każda kobieta, którą spotykam gdziekolwiekbądź, jest... autorką tego listu, którego połowa, na rozbitej szybie przyklejona, nie doszła mię w odpowiedzi na oświadczenia moje, a połowa druga, którą w lej chwili na ziemię pani upuściłaś, doszła mię...
Jeżeli pani, jeżeli pan — nie rozumiecie podstępu, jakim pomścić się chciałem — to jest pomścić chciałem serce ludzkie, to ja wam wytłumaczyć nie potrafię... Kiedyś, ktoś — bo jest taki ktoś, dla którego nic za wielkiego i nic za małego niema — ten ktoś wytłumaczy i objaśni, co na teraz przechodzi siły moje...
DOKTÓR. Imię pańskie nie jest mi obce.
(obracając się do pacjentki swojej)
Przedstawiam pani pana Rogera z Czar-nolesia...
DAMA. Monolog pański nie pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się słyszeć... w ustach kobiet.
DOKTÓR. Dziś w nocy...
ROGER, (podając rękę damie nieznajomej) Mężczyźni — jeśli milczą, lo dlatego, że milczą...
(otwierając okno)
...Oto jest ów widok! — Właśnie tęcza wybłysła, której jeden koniec opiera się na ruinach domu Capuletich, drugi na dom Montechich spływa. Połączenie w otchłani czasów...
DAMA. Są akordy życia, które jedynie kiedyś zlać się mogą w harmonję...
DOKTÓR. Czego wszakże nigdy opóźniać się nie godzi...
ROGER. A skąd pani wiadomo?...
DAMA. Z tęczy — —
ROGER. I są bole, dlatego niewymowne, że się nigdy wypowiedzieć ich nie miało... szczęścia...
DAMA. Czasem — potrzeby...
ROGER. Muszą zatem być drugie, wprost przeciwne — to jest, kiedy się jest wzajemnie przenikanym...
DOKTÓR. Najlogiczniej...
(na stronie, zacierając ręce)
Wracam do rodziny... wracam...
DAMA. Powiem panu rzecz bardzo oryginalną — że takie bole wprost przeciwne tamtym, niezrozumianym...
ROGER. Takie... wzajemnego pojęcia się, pani mówisz...
DAMA. (kończąc)...nie są bole...
ROGER....nie są bole...
(chwila milczenia)
DOKTÓR. W takich razach doktór niepotrzebny...
(nieznajoma i Roger podają ręce Doktorowi)
(Zasłona spada)
ZWOLON
MONOLOGJA
BR A TU
KSAWEREMU
przypisuję
DO CZYTELNIKA.
Ani myśl tej fantazji, ani pojedyncze charaktery, i nazwy ich, i dzieła nie mają na celu nic takiego, coby mogło dotyczyć osobistości czyjejkolwiek.
Zastrzec to jednak za powinność dlatego sobie uważamy, ażeby tem prawdzi-wiej wedle myśli pisarza zrozumiane być mogło pismo jego. Partji żadnej na celu nie mógł mieć nie mający zaszczytu policzenia się w żadnej.
Dwa wiersze: «Zemsta, zemsta na wroga etc.» lubo tu użyte w charakterze, jakiego wielki pisarz w swojem nie dal im dziele, nie powinny służyć jako dowód, iż nadużywamy cudzysłowu. Trudno było, a może niepodobna, silniejszej ekspresji bolu i oddziałania bólem znaleźć, i dlatego są wzięte. Resztę dobrej woli czytelnika i pobłażaniu zalecamy.
C. K. N.
t...e poi chiamarle O Tragedie o Comedie...
E se Ic s’useranno ducenfanni
Le non saranno cose nuove a ąuclli
Che ąuesto tempo chiameranno antico —?I» *)
Cecchi 2).
t29. Sept. (1659 — 60) au thćAtre du Roi, oii nous avons vu le songe d’une nuit d’ćté — que je n’avais pas encore vu et que je ne reverrai plus, car c’est la pićce la plus insipide, la plus ridiculc que j’aie jumais vue de ma ule*.
(Journal et correspondance de Samuel Pepys se-crćtaire de l’amirauté sous Charles et Jacąues II) 3).
WSTĘP.
Różnoglosego dotąd monologu Na żadnej jeszcze scenie nie widziano,
A przeto staję z objaśnieniem w progu I przepowiadam rzeczy, jak się staną.
I głoszę wszystkim o tej awen turze,
Na dialogu zmienionej ruchomość,
1) a potem nazwać je albo tragedjami albo komediami. A jeżeli będą w użyciu przez dwieście lat, nie będą niczem nowem dla tych, którzy ów czas będą nazywać starożytnym.
2) Giommaria Cecchi (1518 — 1587), komediopisarz wioski.
8)... w teatrze królewskim, gdzie widzieliśmy sen nocy letniej, którego jeszcze nie widziałem i już nie będę oglądał, bo to sztuka najniedorzeczniejsza, najśmieszniejsza jaką kiedykolwiek oglądałem w życiu.
(Dziennik i korespondencja Samuela Pepysa, sekretarza admiralicji za Karola II i Jakóba II).
Gdzie huczeć będą, jak przelotne burze, Lud, urzędnicy, dwór i Król Jegomość.
A wszystko słowem prędkiem, bo pisano Przy łunach, które tu i owdzie błysły,
W Itałji trochę (gdzie jest Ercolano), Trochę na łodzi, gdzie znów łzy się wcisły Bardzo słonego morza... resztę w domu, Co do Charona *) podobniejszy promu. Jest to więc dramat wcale emigrancki, Któryby scenę splamił koturnową Z marmurów białych, w pierścień elegancki Zaokrągloną, wewnątrz gradusową,
Jak to się jeszcze dziś w Tusculum widzi,
1) Charon, w mitologji greckiej przewoźnik dusz zmarłych do Hadesu.
Gdzie teraz zwiędły szumiąc liść wawrzynu
Jaszczurkom grywa, gdy bokiem zeń szydzi Komicznej maski twarz... poezja gminu! Będzie to jednak, ile da się, schludnie, Lubo moralny sens niedosyć świeci I romans — (ten-bo znów rozwiały grudnie!).
Ależ wystrzałów za to huk — dla dzieci.
Ktoby zaś płakać lubił, pewna chwila Ku temu w sposób da się szczególniejszy, A komu nakształt złotego motyla Pierzchliwy uśmiech byłby powabniejszy, Nie będziem mieli nic przeciwko temu, Bo czemuż nie ma się roześmiać, czemu?
I owszem — wszelki niechaj uczuć promień,
Elementarnych zbywszy się poskromień, Niehamowane spełnia prawo funkcji. Nawet i zdjęci chłodem doświadczenia (Którymby mogły robić źle natchnienia) Znajdą też żywioł swój: część interpunkcji.
Jakoż nie dramat serc i głosów wielu, Pozaplatanych gałęźmi żywota,
Przez które świeci jasny błękit celu,
Ni monologu jest to czarna grota,
Gdzie myśl, jak Kain brnie lub Iskarjota — Lecz raczej (ucha niech to nie skalćczy!) Tłum pustek, ciszy wrzawa samotniczéj...
Ogród na wałach.
(Król i Zabór przechadzają się wzdłuż okopu)
KRÓL. Wszechwladztwu memu którzy są na drodze,
Jak kruche zlepki pod mem berłem zginą. Część miasta wyższą zburzysz, żywej nodze
Ujść nie dasz, dziatwę wymordujesz srodze,
I nazwę z ulic zmażesz... — Ugolino Przezywam odtąd krwi i zwalisk pole, Bo tam zwaliska i krew będzie sama I nic nie będzie nad to...
(Po chwili, pokazując ręką w głąb widoku)
Trzy topole Ocalisz. W okien wchodząc diorama >), Jakoby sprzętem stały się zamkowym. Zostaną!...
(kiedy król się oddala, na wieży w trąbkę uderzają)
ZABÓR, (spogląda w stronę wieży; potem, za królem postępując)
Goniec.
KRÓL. (wchodząc) Jeśli z spiskiem nowym,
To, jak się wyżej rzekło...
GONIEC. O, hetmanie
Boskiego, mężu wielki...
ZABÓR. Do powieści!
i) diorama (grec.) — właściwie duży obraz, malowany na przeźroczystej tkaninie z obu stron, wyglądający efektownie przy sztucznem oświetleniu, dzięki grze świateł i barw; tu tyle co panorama (rozległy widok).
GONIEC. Królewskie roty pierzchły niespodzianie
Przed ludem, który wodzów ma trzydzieści.
Z najodleglejszych przedmieść, grodów, wiosek,
Jak tylko okiem sięgnąć można z wieży, Plebs *) bieży — każdy, że tak powiem, klosek
W chorągiew przewńał i dzidą się jeży,
A każde ziarno, rzecby można, w kłosie W uzbrojonego męża zmieniło się... ZABÓR. Podobne wieści mogąż brudzić usta
Królowi wierne? Bunt podnosisz słowy...
(słychać bicie zegaru; miecznik wstrzymuje się, i potem)
Aleć przebaczam. Żyj! Godzina szósta... (Do liczby sześciu pociąg mam takowy, Iż trzaby karku z pełniejszym czerepem, Bym o tak rannej dobie bił oszczepem).
(jedną stroną Zabór zstępuje w głąb tarasu, drugą Strażny nadbiega; Goniec zostaje)
GONIEC, (widząc Stratnego) Skąd?
Czego? Poco?
STRAŻNY. O, jeden z zamkowych
Pogoni, bardzo nad innymi wzniesion... Straszliwa wróżba...
GONIEC. Z rzeczy co ludowych?
STRAŻNY. Królewski nagle się obalił jesion,
Ów stary, cieniu rzucający strugą, Któremu z dworska dano imię: «Tytan».
i) plebs (lac.) — lud, tłum, motloch.
GONIEC. Precz mi! A jeśli z taką wie ścią drugą Powrócisz kiedy i, znów, ani pytań, Przez naciągnięte zdradziecko uwagi Będziesz mi starał się dołożyć wagi Do rzeczy, z siebie nie będącej niczem, To cię zasmagać każę, prochu, biczem.. (Goniec oddala się, Strażny zostaje pomieszany, aliści Pacholę ogrodowe z dzbanem cwałem się przybliża)
PACHOLĘ. Ogrodów wielkich wielki słoneczniku!...
STRAŻNY. Co jest?
PACHOLĘ. Rurami z przedmieść
podziemnemi Do wodotrysków słodkie idą wody... STRAŻNY (nagląc) Dalej!...
PACHOLĘ. Ach, panie! Szedłem owdzie z dzbany,
Ry najjaśniejsze zrosić tulipany...
Brrum.
STRAŻNY. (gniewnie) Gadaj!... PACHOLĘ. Czarne muszą tam jagody Na górach tłoczyć: wszystkie w sadzie
ścieki,
Fontanny wszystkie krwią rzygnęły rudą. STRAŻNY. Milcz, podły malcze, ja-ć tu zaraz ćwieki Założę w język i, jak czaplę chudą,
Na ogrodowym rozepnę parkanie,
Żebyś mi rannych nie truł chwil, tyranie.
(Strażny oddala się zwolna w głąb ogrodu; Pacholę, truchlejąc, pozostaje; chwila milczenia)
PACHOLĘ, (zwracając się ku dzbanom) Przeklęte dzbany, sprawięż ja wam łaźnię!
(Stawia dzbany; potem, oddalając się, ku jednemu)
A tobie naprzód, prochu, nędzo, blaźnie —
(do drugiego, potrącając go nogą)
I tobie również, opieszalcze gruby,
Co się odymasz za mną z urąganiem!
Tak cię za ucho porwę, i tak w kluby Raz wezmę, że się nie wywiniesz łganiem —
(porywa jeden dzban za ucho, drugi pędzi przed sobą)
Co wam do rzeczy się dziejących wgórze? Czy krew, czy woda, jedno tulipanom. Jakie mi mędrki!! Przecież i ja służę,
A milczę. Co to rozumować dzbanom?
(oddala się, pozostawiając za sobą grunt skopany. Drugą stroną powoli wchodzi
Zwolon w szacie, naksztalt pielgrzymiego płaszcza zarzuconej; tymczasem z głębi wraca Slrażny, spogląda na ścieżkę, a potem przystępuje nagle do Zwolona)
STRAŻNY. Cóż to jest? Koła kreślisz, czarowniku,
I nieporządek na pańskim trawniku? Mów.
ZWOLON. (z wielkim spokojem) Jest to pieczęć, panie urzędniku. STRAŻNY. Jaka?
ZWOLON. Królewska pieczęć. STRAŹNY. Być nie może.
ZWOLON. Na sprzętach taką kładzie się ogrodnych.
STRAŻNY. (uważając wycisk dzbanów na piasku) Ha, wiem, rozumiem... ZWOLON. (solennie) Tak, jak słowo boże,
Przez chóry chórom płynie aż do godnych,
I lam rozognia, niżej rozpłomienia,
I niżej cieszy się,
A jeszcze niżej rozzielenia;
Tak i inna moc, kamień, tak się głupi śpieszy Po zagonach zniszczenia,
Ale nie rozzielenia...
Podrzeżniać wszakże prawdzie winien Krzywych spadów chórem, chórem rynien.
(po chwili, w niebo spoglądając)
Znów się na deszcz zabiera...
Dowidzenia.
(oddala się)
STRAŻNY. (po pewnem namyśleniu) Ten człowiek dziwny wpływ wywiera.
Rynek na przedmieściu.
W głębi kościół gotycki — opuszczony. Na placu tłumy ludu, potrząsającego wszelką bronią, podzielonego na oddziały różnobarwnemi sztandarami. Przy każdym sztandarze wódz i mówca. Gwar, szczęk, zamęt. Kobiety i dziatwa kończą obraz. Szołom w stroju powstańca tu i owdzie przebiega, każąc głośno)
SZOŁOM. (do niewiast) Która z was syna, bitego knutami,
Ramiona sine widziała, niech powie!... WDOWA. Oh, ja... I odtąd krew stu promieniami Poprzeciekała drogi me, * a mrowie Na lada rzeczy martwej uderzenie Przechodzi łono i wstrząsa odzienie.
SZOŁOM. (ku młodzi podbiegając) Kto jest, co matki twarz oglądał bladą, Kiedy go w nocy porwano z pościeli? CHÓR MŁODZIEŃCÓW. Oh, ja — ja także — i ja — całe stado Nas, jako orłów, którym las wycięli,
Jest tu, i szumi sztandaru piórami, Dziobami zgrzyta, zemsty szuka okiem. SZOŁOM. (stając pośrodku) A teraz — któż z was, szczególnemi snami Podniecan, albo w czas okryty mrokiem, Kiedy się miasto rozbudzi, kto, mówię, Aniołów zemsty groźne słyszał wycia? Albo mu wieniec złożyli na głowie,
Albo mu starzec na rozdrożu życia Poszepnął: «Godzin zbliża się mistrzyni, Czujże, bo w imię ludzkie ona czyni!...» BOLEJ. Ja jestem, zemstą przekarmiony głuchą,
Któremu dajmon *) sny nasyła dziwne, Tak, że beze krwi nudno mi i sucho,
Tak, że gałązki trapią mię oliwne,
I każdy wywczas staje się torturą,
A każdy uśmiech żywem urąganiem I Skąd niema gromu okrytego chmurą, Żebym go wczesnem nie uczcił witaniem, Ani zarazy, która ciągnie górą,
Żebym nie przeczuł jej z uradowaniem, Ani się pożar tak znienacka wśliźnie, Żebym go w wiatru nie czuł spaleniźnie. Boleści różnych będąc powiernikiem,
Gdy z ludźmi nawet ludzkie gadam rzeczy, To nieraz w duchu się odezwę krzykiem, Że owdzie chłopca wiejski pies skaleczy, Albo się gmachu zawalą sklepienia...
I teraz nawet...
SZOŁOM. (na ramionach Boleją ręce kładąc) Mężu przeznaczenia! ZWOLON.(wtłumie) Nieszczęścia synu!... SZOŁOM. (do kupiącego się ludu) Któż z was pomścić lepiéj Potrafi jeśli nie on człowiek wolny? Zaprawdę przyszłość ramię jego krzepi, Zaprawdę niedość wyrzec o nim: «Zdolny», Gdyż siłom, zdolność przechodzącym, sprostał.
Zakryte widzi — bywa, gdzie nie postał... ZWOLON. O bracia, wybór ten niedosyć tuszy
O czasów pełni...
JEDNI. Precz z teoretykiem!
DRUDZY. Precz z tym pedantem! INNI. Co mózg tylko suszy.
SZOŁOM. Co wichrzy, zgodzić się nie umie z nikim.
i) dajmon (grec.) — zwykle: demon; duch (zazwyczaj zly), istota nadprzyrodzona.
C. Norwid. — Dzieła
ZWOLON. O bracia!... Wszystkim jeślić wolno szczerze Dla publicznego wyrzec co obtowu,
To niechże w wolność słów i ja uwierzę! Pozwólcie...
WSZYSCY. Dosyć, dość. A cóż tam znowu?
SIERŻANT. Mów! Niech już mówi! Gadaj, a niedługo!
ZWOLON. (Boleją pokazując) Ten młody człowiek, zemstą przekarmiony, Wolności mężem nie jest — sądu sługą,
I wy, i tamci — — A zaś rozwiniony Proporzec, wiecież, co u prawdy znaczy? SZOŁOM. Precz! Zdrada! Ducha chce osłabić w rzeszy.
ZWOLON. Obywatele. — Lecz czegóż? Rozpaczy
Albo ojczyzny? Nie wiem. Każdy śpieszy Na śmierć: żywota któryż szukać zdolny? Za wolność każdy umrzeć chce z ochotą, Jakgdyby cmentarz tylko zwał się wolny, A lada koniec jakby był istotą Nieskończoności... Zemsty, mówię, żądza Gdy o ojczyzny losach rozporządza, Ojczyzna z zemstą w związek wchodzą taki,
Że, kiedy jednej stanie się, to drugiśj Może nie stanie już...
SZOŁOM. Widziałżeś znaki Niebieskie?
JEDNI. Uchodź!...
DRUDZY. Dość!
(szykują się i, potrząsając bronią, mają się do marszu)
ROLEJ. Wstęp już za długi,
Rzecz sama dłuższą być od wstępu może, A zakończenie tak, jak prolog. Przeto Żegnamy...
NIEKTÓRZY. Cha, cha!...
ZWOLON. (smutno) Pobłogosław Boże! SIERŻANT. Czy się nie raczysz bić, panie poeto?
(słychać piszczałki, krzyki, rżenia; lud się kupi, w oddziały porządkuje, usposabia do marszu, rusza)
CHÓR. Zemsta, zemsta na wroga,
Z Rogiem, a choćby mimo Rogal...
ECHO. Zemsta, zemsta!
SIERŻANT, (do Zwołona) Hej, druhu, Dobrym jesteś człowiekiem,
Wróć! Siedziałeś w łańcuchu Pod zakrwawionym ćwiekiem,
I znów, jeśli nas zgniotą,
Siedzieć będziesz, jak pierwéj.
Wróć!
CHOR PIERWSZY. Na mury z ochotą Wpaść, i za mury, a bez przerwy Siec...
CHÓR DRUGI. Siec bez przerwy, ciąć zębami,
W chude wilków stado się przemienić! CHÓR TRZECI. Jak delfiny pluskać w krwi tarczami,
Czerwonemi piany grzbiet zrumienić...
(wdali)
Hurra, hurra na wroga,
Z Bogiem, a choćby mimo Boga!
(pojedyńcze wystrzały; krzyki i chóry giną wdali)
Inna część placu przed kościołem.
(Po jednej stronie widać rynek i wychodzące zeń ulice, po drugiej cmentarz i okopy)
ZWOLON. (sam)...Dwa mnie gnały Płomienie —
Jeden biały,
A drugi w sine, w krwawe cienie.
Ten, co jest w krwawe cienie, znika,
Ten, co biały, z wnętrza się odmyka;
I, jak narcyzu gwiazda cicha,
I, jak listu obsłona,
Kiedy pieczęć stopiona,
I, jak biała postać, kiedy wzdycha Załamawszy ramiona,
I, jak błyskawica rozpłyniiona —
Tak się rozjaśnia płomień ów i kielich kwiatu.
A ta osłona rozwinięta,
Ten biały kształt, tęsknotą wykradziony światu,
Co wyrzucił rączęta
Nad rumieńcem skronie zapalone...
A ta myśl, czyli postać — nie wiem — jedność bytu,
A to razem skończone, razem nieskończone,
Z ziemi k’nie4>u idące i z niebios błękitu Na równiny zielone...
To kolebka, to truna! Nie, pokąd milczą, w słupie szumiącego drzewa,
Lecz, gdy owa odpłacze, a pierwsza od śpiewa Całostruna!...
Żyłem z niej i w nią żyłem. Widzieć teraz wolę
Tak doskonale całą i pełną istoty
Na narodowym orle, w blasku wielkim, jak pacholę Drugiego świata... z szumem prowadzącą roty,
I narodowej pieśni wiodącą psałtérze, Jakoby chórów cugi1), których rytm: w aniole,
W orle, w lirze...
I narodowej sławie — od Lecha do Lecha —
Przewodniczącą dłońmi, w skrzydła przepadłem!,
Co z powietrza garną dziejów echa,
Co przeplatać mogą wieńce ziemi!...
Żyłem z niej i w nią żyłem, widzieć teraz wolę,
Bo mam wolę,
Tyloma łzy, bolami, tylu niewolami Zwoloną, że nie pytam już, czy kto ją da mi...
Tylko pytam, kto splami,
A splami każdą trafu grą,
Każdą mową — bez słowa, Każdym fałszem, siną piekieł skrą...
CIIÓR. (u> oddaleniu, z szczękiem broni)...myślą, pieśnią ludową Zemsta — zemsta — zemsta!...
ZWOLON. A narodową pieśnią cóż? Aniołowie! Co jest pieśń narodu?
Czy na korze drzew ją pisał nóż?
Czy na piersiach kieł głodu?
Aniołowie! Którąż lo krynicą Napawano? Gdzie ta pieśń i czyja?...
CHÓR WIELU GŁOSÓW.
PIERWSZY GŁOS. Boga Rodzico, Dziewico —
DRUGI. Bogiem sławiona Maryja —
TRZECI. U Twego Syna, hospodyna, Matko zwolona, Maryja —
RAZEM. Ziści nam, spuści nam,
Kyrie Elejson,
Twego Syna Chrzciciela zbożny czas...
PIERWSZY GŁOS. Usłysz głosy, napeł nij myśli człowiecze,
Słysz modlitwę, jenże Cię prosimy...
RAZEM. U Twego Syna, hospodyna, Matko zwolona, Maryja,
Ziści nam, spuści nam Twego Syna Chrzciciela zbożny czas — Kyrie Elejson.
ZWOLON. (ręce podnosząc, głosem wielkim) Tworzy się, tworzy,
Aż otworzy.
l) cug (niem.) — przewiew, zaprząg — tu: szereg, wielka liczba.
Pieczęć i grobu dach.
Zemsty nie będzie,
Ale wszędzie
Cień zmartwychwstałej — i strach 1
Tym, co, jak piana
Wywścieklana
Bluźnią i burzą, — traf.
A zamyślonym,
Zaserdecznionym,
Niebieskich moce praw.
I tym, co bluźnią Kluczem a kuźnią,
Gdy zmartwychwstania dzień, Błogosławienie I zapomnienie I zmartwychwstałej cień.
Tworzy się, tworzy,
Toć otworzy!
Wiernymbo wierny On;
Nie na klucz morze Zamknął i zorze Żywot i żywotzgon...
Dolne zamku pokoje.
(Zabór i Stylec)
ZABÓR. Nakoniec deputację z przedmieść wyprawili...
STYLEC. «Ci co zostali®, pisać — czy: «ci, co dożyli?®
ZABÓR. «Ci, co zostali».
(po chwili)
Lepiej: «co dożyli», bowiem
Jeżeli tylko, «co zostali)), powiem,
To jeszcze król jegomość prawdy stąd nie zgadnie,
Która jest, iż ruchawkę rzezano przykładnie.
A przeto — «co dożyli...»
STYLEC. Przeto, co dożyli,
Nakoniec deputację z przedmieść wyprawili.
ZABÓR. Przy tej więc list niniejszy kłaść mam za powinność,
Mówiący, gdzie i w jaki sposób zaszła czynność,
Jak wierny Panu rycerz... Panu — «P» ogromne...
STYLEC. (pisząc) Ogromne P...
ZABÓR. Jak rycerz — rycerz więc, nie pomnę,
Gdzie mi się podział — rycerz, rycerz, wierny Panu,
Jak...
STYLEC. (pisząc) Wierny Panu rycerz —
ZABÓR. Patrjota stanu —
P małe.
STYLEC. Małe.
ZABÓR....Umiał pod tą naszą wodzą Nikczemną wielkich rzeczy dokazywać...
(słychać uderzenie dzwonu; Zabór wstrzymuje się)
STYLEC. Wchodzą...
ZABÓR. Dwa — cztery — osiem. Z dzwonu wnoszę, iż osoby Szlachetne, czy ministry, więc lepiej byłoby,
Ażebyś to jegomość skończył piórem wla-snćm,
Odczytał i przepisał, potem znów na czysto Przepisał...
(ma się ku drzwiom)
ZABÓR, (wracając od drzwi) W określaniu zwycięstw nie być ciasnym, Dać wolny bieg fantazji! Pisarz jest artystą,
Powinien umieć rzeczom kolor nadać żwawy.
Pisarza myśl jest wolną. On, jak trąba sławy,
Grzmi, huczy... Taką acpan trąbą stań się, prosim
I my, i sztuka — (sztuki, ile można, wznosi m,
I wolność myśli także) — dawne bohatery, Naprzykład Kserkses, Sylla, znali estetykę. Chowali istrjonów *)> skąd potem Iłomery, Kornele i Rasyny: pierwszy retorykę, Klasykę wznosi drugi: każdy przy swem biurze
Pracuje po swej części, w osobnym mundurze.
Rozumiesz acpan... Gdzie on?
STYLEC. (na boku, z pularesem)...Sztuka stenografji Czasowi kradnie myśli upuszczanych złoto.
Spisałem je, gdyż rzadko na skarb się natrafi.
ZABÓR, (kładąc mu rękę na ramieniu) Pilności tej nie ganim, acpana ochotą Cieszym się. Jest to dowód może nazbyt drobny,
Nie przeto, w stanie służby, znajdzie wiersz osobny.
(wychodzi)
i) his trio, słowo etruskie, oznaczało u Rzymian aktorów; dziś w znaczeniu pogardliwem: komedjant.
Rynek na przedmieściu.
W głębi kościół gotycki — podwoje na-roścież otworzone; wnoszą rannych, wynoszą trupy, których wiele wkoło wchodów kościoła i na placu spoczywa. Po prawej stronie stos spalenizn i popioły rozwiane, po lewej ulica ku zamkowi. Różni ludzie przechodzą pojedyńczo.
SZOŁOM. (w stroju podróżnym) Człowieku wielki, cóż to nam zdobyli? Krew, wstyd i kieszeń bolesną ruinę. Błagałem próżno, próżnośmy przeczyli... Próżno krzyczałem: «Bracia! Jakąż minę To nierozsądne ma walczenie młodzi,
Co, (że tak powiem) szkodząc, jużci szkodzi!»
(po chwili, za Zwolonem idąc, który milczy, i, zaglądając mu wciąż w oczy)
Odwagi więcej było w zaprzeczeniu,
Niż w nierozsądnem zemsty poduszczeniu. Przecz umiejętność prawiej władnąć może, Niż szable, — wielka dla dziatwy pokusa, A które cóż są? Stal. Więc czemuż noże Kuchenne, sztandar zrobiwszy z obrusa, Pod tryumfalny łuk nie idą z chwałą,
Że się im siekać szczęśliwie udało?...
(chwila milczenia, Szołom krok w krok pośpiesza za Zwolonem, zazierając mu pod kapelusz)
Nieprawdaż, panie? Ducha, ducha, panie, Nie studjowali i są, jak poganie.
Pan to rozumiesz? Ducha! biada, biada,
A wszystko potem na kark mędrca spada.
(z wyrazem smutku, zatrzymując Zwolona znakiem ręki)
Cierpmy — tymczasem żegnam w duchu druha.
ZWOLON. A jakże godność?
SZOŁOM. (uchylając się zręcznie) Szołom, sługa ducha...
(Szołom przepada w jednej z ulic, Sierżant na szczudle się przybliża)
SIERŻANT. Człowieku podły, tyś nam zniszczył siły,
Kiedy się masy w orszak zgromadziły,
I na słów kilka, zaostrzonych chytrze, Wciągnąłeś całą elektryczność rzeszy,
I padła. Ciesz się! Jak się ona cieszy,
Tak samo ciesz się! Czy twój laur wytrze Tę krew? A mądrość twa czy taka duża, Jak one trupów błoto u przedmurza?
(różni ludzie gromadzą się wkoło nich)
Jać nie prawiłem, ale patrzno wasze, Gdzie mi się wroga oparły pałasze.
(Zwolon ku czołu wznosi rękę dla odkrycia głowy, Sierżant porywa się ku niemu)
SIERŻANT. Co?! Jeszcze ramię będziesz mi zamierzał?
ZWOLON. Z uszanowaniem dla cierpienia...
WSZYSCY. Cha, cha!...
Znamy się! Dobrze acan w puchu leżał, Kiedy się mury rwały...
SZOŁOM. (w tłumie) Tego gacha Trzeba nauczyć raz —
SIERŻANT. Latarni niemal...
KOBIETA. Ale kamienie są... Razem czterema 1...
(Zwolon uchodzi, za nim tłum)
TŁUM. (goniąc) Och, a! Filozof skoczył... Bah, w kolano!
Przyśpiesza kroku...
(Giną w bocznej ulicy)
(Kobieta w żałobie przechodzi przez płac, chłopiec przy niej)
CHŁOPIEC. Mamo, powiedz, proszę, Żeby na pana tego nie rzucano,
I, jak mię łajesz, gdy łabędzie płoszę Na stawie rano,
Tak wołaj, mamo, by nie rozbijano! MATKA. Co starszym wolno, to chłopczykom zasię...
CHŁOPIEC, (rękę podnosząc) Jak będę duży — poczekajcie! Stanę Tam, ponad wami, wgórze na tarasie,
I obeliski pozwalam ciosane Na głowy...
MATKA. Kwiatów zbierz tymczasem wianek Dla siostryl DZIECIĘ, (za pędzącym tłumem ciągle patrząc) Mamo, nie!
MATKA. To mi szatanek!...
W głębi zamku dziedziniec.
Na bałkonie szerokim pod baldakinem król, królowa, dwór, urzędnicy rozmaici. Niżej, na placu, tłumy ludu wokoło wodotrysków, w wieńce sztuczne ubranych; muzyka, wrzawa i wiwaty — niekiedy milczenie krótkie, głuche.
KRÓL. (zwysoka) Skarcona jest nieprawość, prawi nagrodzeni,
I potok łaski pańskiej wylał się szeroko. Ten z obojętnych rolę opłucze kamieni.
Cieszym się — to powinno wzruszyć was głęboko,
A, serca ku ochoczej zagrzewając wrzawie, Stary nasz tron otoczyć pląsy radosnćmi, Który, acz dosyć mocen w sobie jest i w prawie,
Nic przeto jednak gardzić nie chce poddanymi,
Lecz, owszem, bardzo czule patrzeć na to lubi,
Co w łańcuch się foremny współuczuciem ślubi.
RZESZA. Niech żyje króli...
KTOŚ Z TŁUMU. I mówca wielki I...
PROFESOR....Wielki mówca:
Co powie, to jakgdyby wyjęto z grobowca. Styl prawie lapidarny 0, słowo marmurowe.
Szczęśliwy naród!
SZTUKMISTRZ. Słodko jest położyć głowę
W tak pięknie nadpisane zwierzchu sarkofagi.
HAROLD. Jak byłem w Rzymie, pomnę, widziałem szparagi,
Zieleniejące w grobie wielkiego Scy-pjona2).
OBYWATEL. Rad wierzę — słodkie kli-ma, gleba doprawiona...
(słychać trąby, potem balkon i rzesza się ucisza — Królowa wstaje z miejsca swego)
WOŹNI. Teraz królowa jejmość głos zabiera z tronu!
KRÓLOWA. Królowi sprawiedliwość, nam czułość udziałem.
Niech przeto ogłoszonem będzie w państwie całem,
Iż słodki nasz małżonek, pan i stróż zakonu,
Dozwolił się ubłagać w sprawie buntowników.
RZESZA. Wiwat! Słuchamy.
KRÓLOWA. Miejskich nazwisko pomników
Miało być «Ugoldmo»3) na pamiątkę kary, Jaką Opatrzność zsyła za złamanie wiary. Lecz odtąd ten plac bitwy zdobimy w pokorze
Imieniem naszem; odtąd przeto «Elwi-ryno»,
A nie już «Ugolino» mówi się na dworze...
RZESZA. Wiwat królowa!
1) lapidarny (lac.), ryty w kamieniu, stqd: zwięzły, dosadny.
2) Publius Cornelius Scipio Africanus Maior (235 — 183 przed Chr.), pogromca Kartaginy.
3) Ugolino, bohater tragicznej opowieści (śmierć głodowa ojca i dzieci) w «Pieklc» Dantego.
JEDNI. Jakto?...
DRUDZY. Wiwat!
SZOŁOM. Czy być może?
Doprawdy Elwiryno? Więc nie Ugolino!...
HAROLD. Jak byłem w Tebach, pomnę, siedząc pod ruiną,
Widziałem płaczącego rzewnie krokodyla, Który — (jak Wężyk pisze)1) — rzadko się rozkwila.
(słychać trąby, poczem balkon i rzesza się ucisza)
WOŹNI. Teraz ministrów prezes mówi z balustrady.
PREZES. Zważywszy (czego liczne w dziejach są przykłady),
Że niema nic nad szczęście współobywa-telów,
I że krom obowiązku, w myśl przybocznej rady
Przeze mnie objętego, innych nie znam celów...
RZESZA. Wiwat!...
PREZES. Zważywszy...
RZESZA. Wiwat!...
PREZES. Iż przedmieścia (zwane Od dziś dzień Elwiryno), z handlu bardzo znane...
ŻYDZI. Wiwat!...
PREZES. Zważywszy, mówię, bezinteresownie,
Potrzeby, będzie wolno sprawiać się stosownie
(Tamecznie zamieszkałym) do woli kró-lewskiéj,
I będzie wolno jeszcze: primo, suszyć deski Na placach, miejsca błotne przesypywać piaskiem,
Cieszyć się (co największa) gazu wynalazkiem,
Et caetera; zważywszy, iż dzieląca rzeka Stolicę i przedmieścia dowóz rzeczy zwleka,
Przyzwala się od strony królewskiego portu
Na wsparcie mostów-’); zresztą ciężary paszportu
Znoszą się i dość będzie mieć podróżną kartę.
1) S. p. Władysław Wężyk — z oryginalności pióra (a więcej z przymiotów osobistych) między młodzieżą polską znany — umieścił był w Bibljotece Warszawskiej wyjątek ze wschodnich swych podróży, gdzie romans Krokodyla i lamenty jego opowiada, podobnie jak o delfinie Plinius junior w listach. (P. P
2) Jedno z dobrodziejstw, w imię Trójcy Przenajświętszej, kongresem wiedeńskim akordowanych naj-łaskawiej Krakowa mieszkańcom, tak zapowiedziane znajdujemy:
«l’ar unc suitę de cette concession S. M. I. et Ii. apostolique a rćsolu de permettre ćgalcment i la
RZESZA. Wiwat!
KTOŚ Z PRZYTOMNYCH. A cóż on?
RZESZA. Wiwat!
HAROLD. Gdy zwiedzałem Spartę,
Zdarzyło mi się w ręce popaść rozbójników.
Z tych jeden zdarł mi odzież, łecz pośród drobnostek
Znalazłszy mały objekt, kruczek do guzików
Zapięcia, ten mi oddał. Miałem stąd. prognostyk,
Że przecież się zahaczać gdzie potrafię w biedzie.
I stało się, bo wkrótce słyszę: goniec jedzie,
A był to straży goniec, wyprawiony przodem,
Która tam ze zbójeckim harcuje narodem.
Więc — wrzawa:, napad; zdała, siedząc obnażony,
Patrzyłem, jak gladjator, w widza przemieniony,
1 koniec końców, sakwy odzyskawszy przecie,
Ubrałem się, a kruczek służył tuałecie.
Stąd zaraz sens moralny.
ÓRYWATEL..Takto sens moralny?
HAROLD. Że kruczek do guzików sprzęt niepryncypalny,
Może się jednak głównym stać i najważniejszym.
OBYWATEL. I...
HAROLD. Wreszcie, że należy też być uważniejszym.
Noc w podziemiach.
(Spiskowi się w głębolciem milczeniu zgromadzają, zajmując miejsca pokolei. Światło jest niepewne; urna wielka pośrodku, przy niej siedzi prezes towarzystwa.
PREZES. Dość już zemsty, rozpaczy, Miłość tylko niech działa.
Wszystko będzie inaczéj,
Rzecz odmienia się cała.
(szmer zadowolenia)
ville librę de Cracovie d’appuyer ses ponts & la rive droite de la Vistule — et d’y attacher ses ba-teaux» *) — Sztuka stawiania mostów (które na jednym brzegu ostaćby się nie mogły) wpłynęła dzielnie na zupełne dotrzymanie onej obietnicy. Akt niniejszy umocowany został podpisami książąt Metter-nicha i Hardenberga, niemniej hrabi Razumoffskiego w swojej części. Kładą się te szczegóły, ażeby nie posądzano nas o wymysł komiczności zbyt płochej. (P. P.).

  • ) W myśl tej koncesji Jego Ces.-król. Mość apostolska postanowił pozwolić również wolnemu miastu Krakowowi oprzeć swe mosty o prawy brzeg Wisły i przywiązywać tam swe łodzie.

Tamta spisku osnowa Treści miała niewiele,
Teraz będzie rzecz nowa,
Nowe siły i cele.
CIIÓR. Jakże tedy to będzie?
PREZES. Naprzód kochać się... WSZYSCY. Wiwatl...
EDGAR. Więc już przecie w tym wzglę dzie
Dość jest ognial...
PREZES. A prywat Też zapomnieć i przysiąc,
Że się kochać będziemy,
Że ci dawni, to nie my.
CHÓR. Więc kochajmy się! Wiwat! Więc zapomńmy już prywat!
(członkowie nawzajem rzucają się w objęcia, cichość wraca)
KALASANTY. Bracia! Wnoszę, ażeby Każdy serce w pierścieniu Nosił...
KTOŚ TAM. Lepiej byłoby Bez tych oznak.
KALASANTY....W imieniu Ziem, skąd posłem się zowię,
Choćby upadł ten wniosek,
Nieomylnie go wznowię.
Serca, serca, panowie!
EDGAR. Niech na sercu trzy głosek Zlotem będzie wyrytych:
T. A., wreszcie K. — przy tych Głowa trupia i kości.
KTOŚ TAM. Pocóż one smutności? SIERŻANT. Że brat gorszy się smutkiem, To mię wcale nie dziwi.
W zeszłym boju, acz krótkim,
Gdzież bo byli szczęśliwi?
RÓŻNI. Wiwat! Tęgo mu zaciął...
KTOŚ TAM. Kto tu z moich przyjaciół, Niech mi w pomoc nadbieży!...
SIERŻANT. Kto tu z starych żołnierzy, Niech się za mną ozowie —
(zaczyna się zgiełk, szamotanie; glosy pojedyncze przepadają)
RÓŻNI. Hura!...
PREZES. Przebóg, panowie,
Straż posłyszy na wieży...
SIERŻANT. A niechby ją!... Tu, panie, Nie o fraszki spotkanie,
Tu o honor i blizny.
Wiwat miłość ojczyzny...
(tu się zamęt ucisza, tam znów wzmaga — nieład ciągły)
SZOŁOM. (do Maski, która mu schyla się na ramię) Królu, chwila a straże Wraz uderzą, gdy każę...
MASKA. Cyt! Nie wątpim, lecz rączym Poznać rzeczy te zbliska:
Co chcą, gonią się za czćm I w czćm środek ogniska.
SZOŁOM. Wszystkie pany i króle I najwięksi z cesarzów Szli tak samo pod kule,
Wiernych tylko pisarzów Albo mając przy sobie.
Świętej miłych osobie.
Wszakże sprosną nie zowię Ostrożności potrzebnéj I dlatego mam w rowie Drabów oddział służebny.
Ile bowiem wam, panie,
Bohaterstwo wrodzonem,
Tyle siebie zaprzanie Nam i służba za tronem.
MASKA. Milcz! Pochwalam.
(zamieszanie się nieco uspokaja, niektórzy na miejsca powracają)
PREZES....Pięć gałek Jest za sercem w pierścieniu.
Dziesięć przeciw —
OŹÓG....Ten śmiałek Przyrwał sprawę w korzeniu!
KALASANTY. Partję sklecił naprędce, Trza pomyśleć o wędce...
(zaczynają się szepty, zgromadzenie na grupy się rozpada)
SZOŁOM. I zaprawdę, że warto,
Gdyż serdecznych przeparto.
KALASANTY. Ach, nie wiecie bo, druhy, Gdzie tych rzeczy osnowa.
Głowa, głowa, brak skruchy Filozofja ta nowa I to serca wyprucie,
Skąd jest wszystko — uczucie!
Więc na dobrąby sprawę Głowę trzeba obalić,
Wyprowadzić na ławę,
Przewotować i spalić.
Spalić, mówię, jak czyni Z mumja Arab w pustyni »)
WSZYSCY. Wiwat!
KTOŚ TAM....Przebóg, panowie, Głów nie łamcie, jak głowie Skręcić głowę, lecz owszćm Sądem rządźcie się zdrowszym!
Jeśli bowiem sąd miniem (A ten w głowie się sklepi),
To, jak głupi, poginiem,
To się zgubim, jak ślepi.
JEDNI. Z głowy wszystko, nie z piersi.
>) Arabowie dzisiejsi wśród chłodnych nocy na pustyni używają mumij w braku drzewa, zapalając ogniska. (P. P.).
DRUDZY. Wszystko z piersi, nie z głowy. OżóG. Prostsi bądźcie i szczersi,
A niech, mówię, sąd zdrowy I gminnego ton ducha Coś wypowie na radzie,
Wiele bowiem jest z brzucha!
WSZYSCY. U, hal...
OŻÓG. W lada przykładzie
Znaleźć mógłbym świadectwo. KALASANTY. Materjalizm!...
OżóG. Szlachectwo!...
EDGAR. Wzniosłych rozbój podrzutów. SIERŻANT. Tak, lecz żołnierz bez butów...
PREZES. To finansów jest rzeczą,
Temu bracia nie przeczą.
OŻÓG. Więc finanse, wakanse i awanse, jak dawniéj —
A gdzież postępl...
PREZES. Panowie!
Wszyscy, którzy są sławni W dziejach, wszyscy wodzowie Szyk cenili przed wszystkiem.
Wzywam przeto, ażeby Ze spiskowym tu świstkiem Każdy stanął...
(członkowie się zaczynają porządkować, każdy znak swój dobywa. Szołom z Maską uchodzą)
PREZES. Dobrzeby
Skończyć radę tak schludnie,
Jak zaczęła się cudnie...
(Prezes wkłada kapełusz)
Górne zamku pokoje.
Północ. Krół, za nim Szołom, obwinięci płaszczami, wchodzą.
KRÓL. Królowo!
KRÓLOWA. Panie!
KRÓL. (na ramiona Szołoma płaszcz zrzucając) Kwiatów wam z przechadzki
Ni sielankowej nie wnoszę rozmowy.
W jaskini spisku byłem świętokradzkiéjt KRÓLOWA. Przebóg! O panie!...
KRÓL. I cały, i zdrowy*
I dziwnie wesół, dziwnie wracam rady. KRÓLOWA. Cóż to jest, panie?...
KRÓL. (z przesadą klasyczną) Widziałem szkarady —
Nie, gorzej: płaską widziałem pustotę I takie głupstwa takiego pokłady, że aż mi słodziej deptać tę hołotę,
Że aż mi jaśniej stawa się przed okiem. A, rozpatrzywszy wszystkie dzieła nasze
Przeciwko ludu, głoszę się prorokiem. Gdzie płaszcz i wieniec złoty? Podać czaszęl
SZOŁOM. (podejmując purpurę i insy-gnja z marmurowego stołu) O panie! Rzeczy te się gęsto spiszą I harmonjami rymów dokołyszą,
I wielka epos z tych wyrośnie czynów, Jak rzeka, przez las płynąca wawrzynów. A późny człowiek bardzo się zadziwi,
Że taki wielki pan i tak szczęśliwi Poddani kiedyś byli — ci nieżywi!
KRÓL. (obwijając się purpurą, teatralnie) Łez tych nie ronić, siąść i skreślić czysto
Myśl, co mi w oczach gore promienisto:
(Szołom pochyla się na stół ku pisaniu)
Poddani moi! Złe, co was uwiodło
I na okropne zaniosło bezdroża,
Czyni, iż miłość bierzemy za godło... Wspaniałomyślna będzie to obroża Na podłe niecnych karki buntowników. Skąd znaczę państwa odtąd hieroglifem: W pierścieniu złotym serca dwa z krwawników
Na jednej z dawnym tarczy wężogryfem1) A każdy z wiernych uczci godło nowe Jako królewskie, jako narodowe. Scripsi...*) Niech trębacz jutro tym ukazem
Przy huku kotłów, przy wrzawie rycerzy Rozbudzi miasto...
SZOŁOM. (uchylając czoła) I rozrzewni razem.
KRÓL. Dość jest. Szołomie, wróć!
(Szołom uchodzi. Król w purpurze i wieńcu na chwilę zostaje nieruchomy, Królowa stoi w głębi sceny i uważnie nań patrzy)
KRÓL. (podnosząc się z miejsca, do Królowej) Na szczycie wieży
Wśród noctiluce3) blasku, o Elwiro, Niechbym przeklinał losy w lwem objęciu!...
KRÓLOWA. Pacholę dawno tam prze-stawa z lirą,
I róże, wonność gotujące księciu...
(Król i Królowa mają się ku drzwiom w głębi sceny)
KRÓL. Elwiro, dziecię to czy zawsze blade?
KRÓLOWA. O, znikające i na wyśpie-wieniu...

  • ) 8ryf (or.-lac.), bajeczne stworzenie: lew z gło-wą, dzióbem i skrzydłami orła.

2) scripsi (tac.) — napisałem,
a) noctiluca (lac.) — tświccąca podczas nocy», księżyc (po łac. rodzaju żeńskiego).
KRÓL. (z nie jakiem wzruszeniem) Bę-dzież mi gorzko!
KRÓLOWA. Lekarz złożył radę
Z najuczeńszymi, radę o cierpieniu...
KRÓL. I cóż? Że stracę, mówili, słowika...
KRÓLOWA. Tak, panie...
KRÓL. (posępnie) Nowa trumna się odmyka.
Już pozwoliłem, by matkę widywał.
Po jednym z bitnych wdowa generałów —
KRÓLOWA. Pozwól jednakże, że i ten zarywał
Na chorobliwych pełnego zapałów.
KRÓL. Tak — ależ bitwy wielkie mi wygrywał.
KRÓLOWA. I równą łatwość w armji miał władaniu,
Jak to pacholę w lutni zażywaniu.
(W drzwiach środkowych znikają)
Na wieży zamkowej.
Po prawej stronie poręcz schodów, zsię-pujących do zamku, po lewej stół, siedzenia, kobiercami okryte; naczyń wiele bogatych. Cały taras kwiaty otaczają — w głębi widok na miasto, oświecone pełnią księżycową.
PACHOLĘ, (pól na ziemi, pół na stopniach kolumny (jako we śnie) wsparte, niekiedy ręką trąca lirę poruszoną opodal)
Śpiew:
Schnie i blednie, z oczu znika,
W trumnie się położy,
I nie będzie tu słowika,
Chyba gniew go wstrzyma boży Lutni urzędnika!...
Doktorowie tam uczeni Z królową mówili,
Kupią wkrótce i kamieni Na monument krotochwili Pod koniec jesieni!
Ale anioł lepiej mówi:
((Dobrze ci z chorobą,
Tu być ptaszkiem trzeba lwowi.
Tu z mgły trzeba być osobą,
Aż świat się odnowi!
((Dzieckiem, dzieckiem baw — a potem Zewlecz tę dziecinę,
1 już zaklnij calogrzmotem,
CaJożywot zbierz w godzinę,
Zapiorunuj groteml»
PACHOLĘ, (podnosi się i, wyciągając ręce) O aniele niewidzialny,
Jak ci to na imię?...
(powracając głowę do kolumny) Judyt — Judyt!...
(Król i Królowa, do połowy widzialni,
o poręcz schodów wsparci.
KRÓLOWA. Idealny
Głos, zwłaszcza przy rymie.
KRÓL. Balladę czy też nowy śpiewa pa-negiryk?
KRÓLOWA. Tworzy sam — na przed-grobiu...
KRÓL. (z Królową na wierzch tarasu występując) Szczególniejszy liryk.
(zbliżywszy się do dziecka)
Smutno jest nań poglądać...
KRÓLOWA. Panie, racz być przede
(Jak umiesz) dla cierpiących słodkim... KRÓL. (ze stołu czaszę podejmując)...Biedne dziecię.
Wnętrze domu miejskiego.
Chwila przed wschodem słońca. Lampa na stole dogorywa, niżej kołyska, wpół zakryta, u stóp jej Porcja. Wacław wchodzi.
WACŁAW, (na krzesło się rzucając) Porcjo! Kochałem wszystko, we wszystko wierzyłem,
We sny i w jaw, i w siłę mas, i w siły własne,
A dziś... zaklinam ciebie, powiedz mi: marzyłem.
Z jaskini spisku wracam. Takie wszystko ciasne,
Szpitalne, niedostałe, tak zapalnie nudne
I suchotniczo wściekłe (może nawet brudne...),
Żebym już pragnął z ciała w przepaść jaką ciemną Wylecieć, Porcjo — tylko, byś ty była ze mną...
PORCJA. Codzienne to wybuchy. Przeklinając, tworzysz
I trwasz...
WACŁAW, (zakrywając twarz rękoma) W cudownem kłamstwie!
PORCJA. O, jak ty mnie trwożysz, Wacławie!...
WACŁAW. A więc mówmy, o czem chcesz!...
O niczem,
Bylebym cię z weselszem oglądał obliczem...
(długa chwila milczenia)
WACŁAW, (wstaje, przechadza się i wraca na toż samo miejsce i znów siada) To nocy odpływanie, ta światłość zaranna Przy lampie, co, czuwaniem wycieńczona, mdleje,
Bawią mnie — radbym dumał, chwiał się, jak dziewanna,
Gdy złotym kwiatów deszczem po nizinach sieje,
I drobne kochał rzeczy, życie kochał drobne,
Zakryte, nieprzystępne, lecz w tobie osobne, I chciałbym... mimo czasów nieprawe owoce,
By dniami dnie zostały, a nocami noce, Muzyka nie zgrzytaniem, łkaniem i szaleństwem,
A nie malarstwem rzeźba, słodycz nie męczeństwem,
Tragedja nie porwanych ogryzków mo-zajką,
Prawda prawdą, i bajka raczyła być bajką.
Ale to wszystko...
(ku żonie rękę wyciągając)
Porcjo, czy jesteśmy sami? (błędnie wkoło spojrzawszy)
Ha, jedno jest, jak pragnę —
PORCJA. Cóż?
WACŁAW. Że łzy — są łzami.
(coraz bystrzej przeziera światło w oknie głównem, lampa znika; drzwi się z łoskotem otwierają, wbiega dziecię)
CHŁOPIEC. Wacławie!...
WACŁAW. Co się stało?
PORCJA. Matka gdzie?
CHŁOPIEC, (pochylając się ze znużenia)
Nie mogę... W kościele — lam z nią byłem...
PORCJA i WACŁAW, (zbliżając się do dziecka) Ryła tedy z tobą,
Lecz teraz?...
WACŁAW. Cóż się stało? Mów...
DZIECIĘ, (nieprzytomnie) Całą podłogę Kościoła zasypano kwiatami białemi...
WACŁAW. To nic, konwulsje lekkie — ma je z urodzenia.
DZIECIĘ. Szedł biskup, potem księży chór, kwiaty na ziemi Szeptały: «Chwala!» — Kwiatów język się nie zmienia,
Jak język polski, w sercu zawsze jednakowy...
Sam przyznasz — tylko odrzuć myślą cudzysłowy:
Fiołek mówił: «Chwała», i lilja biała mówiła: «Chwała!»
Gdzie matka, gdzie? Przed chwilą z książką tam klęczała.
Zakonnik nowy przybył, były obłóczyny — I to dlatego kościół w kwiatach, w blasku, w woni.
A wiesz, kto ten zakonnik, i za jakie winy, I jak się zowie? Zwolon, ten pan, co to oni Rzucali nań —
(ręką pokazując na Wacława)
Ty mówisz w sercu, że on głupi.
Gdzie matka, a... ja nie wiem gdzie... Lud s.ię tak kupi...
(po przestanku)
Rozmurowano ścianę z cegieł za kościołem, On wszedł i, jak umarły, stał z żółtawem czołem
Wśród tylu cegieł żółtych, i wapna, i żwiru...
(znów po chwili)
Powiedzą: «Umarł» — tak jest, językiem z papićru.
Tak ci powiedzą, ale nie językiem kwiatów, Co taki jest, jak polski — zwiany z aromatów,
Co nie ma sklepień, aby echem mu odrzekły,
Bo czcze są i sklepienia...
(z uśmiechem)
Nieraz mi rozciekły Nad wyrzuconym oka promieniem, i czułem,
Że, jako namiot włócznią, parłem je lub prułem,
A błękit mi strugami lał się przez sklepienia, Albowiem czcze są...
(podnosząc się, jakby był przytomny)
...Śpiewy, kwiaty i kadzenia, Tam matki mojej czoło, nad książkę schylone,
A tam pomiędzy cegły wpada dym czerwone,
I z dymu tego ręka ku mnie się wyciąga,
Jakoby kłos, żółtawa, drżąca tak promiennie,
I te mi słowa pisze: «Wy!», a mówi (dziwno,
Że ręka mówi; wszakże przyjmij!o ode mnie,
Bom dziecko) — owoż ręka polszczyzną przedziwną To mówi: «Weż nazwisko, które jest ze świata,
I już mi niepotrzebne, i już precz odlata, Weź, ale i «Was» dodaj, wszystkich)) — i zniknęła.
(z dziwnym uśmiechem)
Jak oni to cegłami prędko zasuwają,
I wapnem jak to oni prędko zarzucają!...
(po przestanku)
Z początku plama była na murze wilgotna, Jak trumny cień, a potem schnąć zaczęła z boków,
I tak się, jak osoba zwężała suchotna,
I jako runo szarych na niebie obłoków,
I jak przelotny ptaka cień na ścianie bialéj, I jako plama w oku patrzącego drżąca,
Co nie jest na przedmiocie, ale latająca...
(budząc się)
Gdzie matka, tego nie wiem. Zbiegłem kościół cały
I nic nie chciałem mówić, nic nie powiedziałem,
Bo cóż powiedzieć mogłem?...
(wchodzi Matka; ucisza kroku i, wyciągając rękę)
MATKA. Zostawcie go!
CHŁOPIEC. Spałem.
MATKA. Pogrzebu widok, przytem tłum i dym i świece,
Które sprawują duszność.
PORCJA. Perfumy kobiece.
MATKA. Cóż tobie? Źle?... Aniołku! WACŁAW. (podnosząc chłopca) On tylko żartował.
DZIECIĘ, (do obecnych) Przepraszam państwa...
WSZYSCY. Czemu?
CHŁOPIEC. Pewniem tu chorował.
WACŁAW. E, gdzież tam!
CHŁOPIEC. Ależ proszę!...
MATKA. Cóż?
CHŁOPIEC. Nieprawdaż, mamo,
Mówiłaś raz, że Cezar chorował tak samo? WACŁAW. Zabawny chłopiec.
PORCJA, (podając czarkę do ust) Wody napij się, aniele,
A tylko pij pomału...
WACŁAW. Chłopcze, pij niewiele!
Na placu głównym.
Wokoło ulice, drzewami ocienione; w głębi widok na zamek i celniejsze budowle. Wiele ludu, świątecznie ubranego, przechadza się lub siedzi na zielonych ławkach pod drzewami.
HAROLD. Wszystko dziwnie się plecie W tego państwa tu świecie,
A, kto rzeczby spisowal I połączyć chciał, pewno Ciągby gorzej popsował.
Tak bo oschle i rzewno,
Tak wrzaskliwie i głucho,
Tak wątpliwie i pewno,
Tak nie wiedzieć jak... słowem,
Że nie z dziejów te dzieje Z ich monarchą treflowym.
Ile razy kur pieje,
Tyle razy się chwytam,
Czy nie znikłem w podróży,
I o hotel mój pytam,
I o chłopca, co służy.
(zajmując miejsce na jednej z ław pod drzewem)
Chciałem zacząć tu dramę,
Lecz spleen ) przerwał mi nagle.
A więc romans? Gdzież! Same Bez krwi twarze, jak żagle,
Po fal błądzą otchłani,
Aż mi parno w tej bani...
(do swego Cicerone)*)
CICERONE. Król łaskawie wynalazł Herb dla miasta i państwa.
HAROLD. A, winszuję, winszuję... (Artystyczność tyraństwa).
CICERONE. Przytém...
HAROLD. Jeszcze coś przytém?
CICERONE. Człowiek ma być zabitym Knutem; pono spiskowy,
Lecz to sądem ministrów.
HAROLD. A, ministrów!
KTOŚ TAM. Graf Bystroff
Dosyć bywa surowy...
HAROLD. A, surowy! Cóż począć? HAROLD, (widząc, iż obcy spogląda ze smutkiem naokoło) Czy pan nie chce tu spocząć? —
KTOŚ TAM. Chciałbym, ale gdzie daléjl... ORCY. (oddalając się z westchnieniem) Ta się ziemia zawali!
0 spleen (anq.) — chorobliwy rozstrój nerwowy, objawiający się zobojętnieniem dla wszystkiego, chorobliwe przygnębienie.
2) cicerone (włos.) — przewodnik, oprowadzający i objaśniający.
(bębny dają się słyszeć, potem straż nadciąga i egzekucyjne korowody; środkiem obżałowany postępuje)
HAROLD. Jeszcze bębna też brakło! JEDNI. Biedny Wacław.
DRUDZY. To lice
Jakże nagle wyblakło...
HAROLD, (szukając, jakby wynijść) Tam zamknięto ulice Bagnetowym szeregiem,
Tu lud. Trzeba być szpiegiem,
Żeby cało się ostać...
(do Cicerone)
Czyż tu będą go chłostać?
CICERONE. Trzysta knutów, a potem W minach *) z taczką i młotem.
HAROLD, (zatrzymując przechodnia) Proszę wskazać mi drogę,
Wyjść stąd chciałbym koniecznie — OBCY. Przejść pan musisz załogę. CICERONE. Nie wiem, czy to bezpiecznie.
HAROLD. Jakto?
OBCY. Wnosić stąd mogą,
Że swą lubisz iść drogą.
HAROLD. Mam ten zwyczaj, niestety. OBCY. I że jeszcze coś przytém —
(przeciskając się w tłumie, do Harolda)
Przecudowne kobiety!...
HAROLD, (ciągnąc rozmowę dalej) Cóż?...
OBCY. Że panu niemiło,
Iż knut bywa użytym —
HAROLD. O tem mi się nie śniło. OBCY. A — lo proszę też ze mną,
Będę zaraz mu służył.
HAROLD. Bardzo mi to przyjemno. OBCY. Mnie, któregoś pan użył. HAROLD. O nie, panie, mnie raczej.
(giną w tłumie)
DZIECKO, (w tłumie) Jeszcze katów nie widać.
KOBIETA. Cóż ta zwłoka dziś znaczy? URZĘDNIK. Pewno raczą co przydać Do wyroku ministrów.
OBYWATEL. Może zaspał Graf By-stroff.
PIEBWSZA DAMA. A pfe, lampa noc całą I dzień cały, bywało,
W jego świeci balkonie...
DRUGA DAMA. O, biedaczek... URZĘDNIK. Na chwilę
Wesprze czasem też skronie I zamruży powieki...
ROŻNE KOBIETY. Ah!...
KTOŚ TAM. Bogdajby na wieki.
OBYWATEL. Cóż bo chcecie, prac tyle!...
(słychać bębny, tłumy się nieporządnie rozłamują; ruch w głębi placu, potem krzyki.
RZESZA. Oto już w bęben biją, wkrótce przyjdą katy...
WIELE GŁOSÓW ZMIESZANYCH.
Z drogi! Precz z drogi!!...
JEDNI. Cóż to?
DRUDZY. Strzał!
INNI. Wystrzał z armaty!
(wrzawa się zwiększa, a w głębi placu dym, zamieszanie, strzały ciągłe)
RZESZA. Cóż to za zamęt? W gardle przeciwnej ulicy Trębacze na spienionych koniach, i łucznicy,
A przodem na królewskim rumaku pacholę I wiele ludu, w krzywe zwianego półkole...
PACHOLE, (z konia rękę wznosząc) Dość jest — królewski zamek pali się...
JEDNI. Łzy nasze!!...
DRUDZY. Krew nasza!
MATRONY. (w tłumie) Dzieci naszych jęki na Sybirze!
I tych, co we wnętrznościach płaczą już..
STARZEC. Przepaszę
Biodra, pójdę klęczkami na żwirze Do Jeruzalem...
GŁOSY ZMIESZANE. Wody!
RZESZA. Siarki!...
STARZEC. Niebo pada!
PORCJA, (w tłumie) Wacławie! WACŁAW. Gdzież są nasi?!
KTOŚ TAM. Poszła już gromada.
INNI. A wojsko gdzie królewskie? KTOŚ TAM. Jedni wbok się miotą, A drugich śladem broni porzuconej snopy. Co iskrzą się ciepława pożaru ozłota...
GŁOSY ZMIESZANE, (w głębi sceny) Hurra!...
JEDNI. Wystrzały ciągłe —
DRUDZY, (za sceną) Zdobyto okopy!
(scena wypróżnia się)
GŁOSY, (za sceną) Hurra...
(Po niedługim przestanku cały plac jest pusty, Harold tylko, oglądając się wkoto, powstaje, a dalej starzec, prawie ślepy, rękami po drzewach drogi szuka — mrok coraz to gęściejszy)
STARZEC, (do Harolda się zbliżając) Co słyszę? Zda się, okopy zdobyto?... HAROLD. Nic nie wiem, nie rozumiem... W wulkanu koryto Jak stary Plinjusz wszedłem z tabliczkami w ręku.
STARZEC, (poznając cudzoziemca)
A, pan nie z naszych?
HAROLD, To jest — jak pan chcesz nibyto.
(Harold podaje Starcowi ramię i mają się ze sceny)
STARZEC. Wam, młodym, dobrze czasem posłuchać i jęku,
I pobić się, pohulać. Niech Bóg błogosławi Wacpana, a wnuk kiedyś niech tak nie zostawi —
Choć dobrze zrobił — tylko czy trafię do chaty?...
HAROLD, (z atencją)1) Służę mu. STARZEC. Żeby nie te po dachach granaty,
To z moim wzrokiem, nie wiem, jakbym się obrócił.
(zdaleka coraz większy dym nadpływa, gdzieniegdzie czerepy granatów padają)
Póki się zamek palił, widniej było nieco. Gmach duży, król nieboszczyk miljony w to rzucił...
(przechodzą)
RZESZA, (przez scenę przebiegając) Hurra!!...
HAROLD. A teraz zboczmy!
STARZEC. Z głowniami znów lecą...
0 atcncja (lac.) «* uszanowanie.
WANDA
RZECZ
OBRAZACH SZEŚCIU1)
tTak kościół trzyma, że, gdy Pan umierał, Na PÓŁNOC, głowę skłoniwszy, pozierał.
Na Oliwnej Górze dziwnej
Kończąc mękę, skłaniał rękę Ku PÓŁNOCNYM LUDZIOM...*
STARA PIEŚŃ*) (Przepisana z książki w klasztorze na Górze Świętokrzyskiej, w puszczy.)
OSOBY:
WANDA
GRODNY
PANNA
PACH OŁ-TRĘB ACZ CHÓR WIEŚNIAKÓW CHÓR ZNACHORÓW CHÓR WÓJTÓW CHOR PIASTÓW CHÓR SIEWCÓW CHÓR OWCZARZY CHÓR ŁOWCÓW
I.
Przed grodem.
PIERWSZY Z CHÓRU. Przychodzimy spytać się o zdrowie Prawielmożnej pani naszej słodkiej. Grodny niechaj wyjdzie i odpowie Czekającym w progu, jak stokrotki,
Kiedy słońce skryje się w dąhrowie. CHÓR. Czekającym u progu i przed bramą
Niech odpowie jasno i toż samo.
i~) Rzecz ta była już lat temu kilka napisana i podaną do druku — rękopism zaginął, mimo, iż podobało się komuś w dziennikach głosić o tem; ktoby go znalazł, niech odrzuci przypiski, objaśnienia
i wstęp prozą, a rzecz samą uważa jako studjum przedwstępne, więcej jeszcze ogólne i liryczne. Podobnież z zaginionym rękopisem «Krakus» uczynić można, jeżeliby się znalazł.
Źe dwa razy ściśle to samo tworzyć byłoby to potworzyć rękopism niniejszy jest zupełnie oryginalny, lubo w myśli ogólnej jednoznaczny z poprzednim. (P. P).
s’) Jest to nieco zmieniona zwrotka z wiersza We-spazjana Kochowskiego (1633 — 1700) p. t. «Góra Łysa>.
SKALD
ŻYD
BOJAN
CZUDY — LECHY — WIESZCZE — STARCY — DZIEWKI — DZIATWA RYTYGER ROTNY WEISWORT CHÓR RUNNIKÓW WOJSKA RYTYGEROWE — POCZET STRAŻY PRZYBOCZNEJ
PIERWSZY Z CHÓRU. Chcemy wiedzieć dla jakiej przyczyny Nie siaduje nasza prawielmożna,
Jako niegdyś, w czas szarej godziny (Kiedy dusza każda więcej zbożna),
Czemu nie siaduje na przedwnijściu, Błogosławiąc wracającym z pola Po murawach, jak krople po liściu. CHÓR. Czemu nie siaduje na przed-wnijściu,
Chcemy wiedzieć. Ta jest nasza wola. PIERWSZY Z CHÓRU. Ludzie dobrzy, owo pachoł grodzki W bramie wtórej stawa z rogiem turzym, Podtrębując zapiew wojewodzki, Przemawiając słowo głosem dużym.
(Pachołek, trąbiąc przestankami, przybliża się)
PACHOŁ. Nowość głoszę i to, co się święci,
A ty słuchaj, mężu, białogłowo,
Sercem słuchaj, mysłem zamyśl w słowo I na kiju zaznacz dla pamięci! Prawielmożnej trzeba rzeczy takdej,
Takiej rzeczy trzeba jej koniecznie (A ku temu pieśń jest, zioło, znaki),
By rozpłakać mogła się serdecznie.
To wypłacze one swe milczenie,
Ona serca niewymowną bliznę,
Oną niemoc, one zniemowlenie,
To wypłacze oną swą niemczyznę.
Kto więc słowo ku płakaniu umie,
Albo zioło gorzkie a zbawienne,
Albo jaką dziwną rzecz rozumie,
Albo o tem miał poczucie senne — Niechaj zbiega a niech zbiega skoro, Niech przynosi, a przynosi sporo!
(uderza w trąbkę)
Jeśli Kmiet jest, srebrny pług dostanie, Jeśli Czud jest, miedzią kute sanie,
Jeśli Bój jest, to szczyt ma w nagrodę,
A Lech dobre słowo i pogodę.
CHÓR. Jeśli kmiet jest, srebrny pług dostanie,
Jeśli człek jest, boskie zmiłowanie.
(Chór odchodzi w jedną stronę, pomrukując pieśń, a Pachołek w drugą, potrę-bując)
II.
Środkowa izba zamku.
PANNA. «Ciszy, ciszy, moja złota!... Ciszy!...*
Te słów kilka pani wciąż powtarza; Spytać o co, nie słyszy.
Dawniej kobzy dudarza,
Co siadywał w bramie, słuchiwała,
Dziś i o tem ni słowa,
Dziś o niczem, wszystko zapomniała,
A wie wszystko, i jak saę co dzieje,
I nic się przed nią nie uchowa,
I nic jej nie rozśmieje.
GRODNY. Co rozpłacze, może to znajdziemy,
Że odejdzie on zawianiec niemy.
PANNA. Żeby można konia ze skrzydłami,
Co to o nim grecki dziadek śpiewał, Albo jabłoń złotą z owocami,
Albo żeby z nieba kto nazrywał Róż błękitnych, albo królewica,
Coby jasne miał, jak ona, lica.
GRODNY. Królewica! A z ościennych panów
Może tego, cośmy to spotkali, Rudowłosych władykę Germainów,
Co szczyt noszą drzewny, pas ze stali,
Co nocami głazy toczą z granic,
Święte miedzy prawo mając za nic.
PANNA. Albo... albo... żeby bajki takiej, Co to wszystkie bajki w sobie mieści I powieści, aż się wypowicści —
Albo... żeby sama dała znaki,
Co w tej ulży boleści...
GRODNY. Rozrzewnienia! Wczora rzekła do mnie:
((Rozrzewnienia, bo po mnie...»
(GRODNY i PANNA rozchodzą się, WANDA wchodzi i, czyli sama jest, ogląda się)
WANDA. Łado, Łado’), po twym ja przykładzie Taka ładna, że lud cały w ładzie, że odbijam słońce, jak jezioro,
Kędy wodę czystą ludzie biorą.
I niczego, zda się, myśl nie łaknie,
I niic nie brak, tak, aż... czegoś braknie!
(kładąc rękę na sercu)
Ha! Kolczyka, widzę, brak kolczyka U srebrnego stanika,
Co odprysnął właśnie, gdy westchnęłam...
(zsuwając rękę)
I ty drugi, odpryśnij, jak gwiazdeczka,
I ty, taśmico, zwiń się, ]>rzełam,
Niech wyfrunę, oj! jak gołąbeczka...
III.
Roczowisko germańskie.
ROTNY. Runniki wszystkie, a z młotami ostremi,
Co na głazach sinych ryć umieją I siadują na ziemi Sami, rzadko się śmieją,
A te zwłaszcza, co strzałami wróżą I na dumie cichej posiwieli;
Zwołać szeptem, niech oczy za mrużą, Niech, jak widma, staną wkoło, bieli — Wkoło darni, ocienionej jodłą,
Niechaj staną, gdzie lwia leży skóra I dymiące odpoczywa siodło.
(RYTYGER wchodzi z pocztem swoim)
Hurra!
RYTYGER. (skinąwszy ręką) Spocząć! ROTNY. Spocząć! Hurra!...
(wojska ustępują w ciemność lasu. Kiedy rytygerowe wojska dokoła rozstępują się, Iłytyger siada na skórze rozesłanej; zaczyna się ściemniać. Runniki chórem długim wysuwają się po murawie i otaczają Rytygera, przy którym służba jego stoi)
0 Łada, słowiańska bogini miłości, zgody i wiosny.
RYTYGER. (podnosząc dzban) Tym miodem zdrowie piję weiswortowe! WEISWORT. Niech się obróci w powodzenie wasze!
RYTYGIER. Chcę wiedzieć: wojnę wygram i królowę,
Albo nie wygram?
WEISWORT. Rzucaj, królu, czaszę Na las, daleko tak, jak możesz rzucić!
(Rytyger podnosi się i ciska w ciemność drzew; orły spłoszone wzlatują)
CHOR RUNNIKÓW. Tak, a nie tak — nie nasza rzecz.
Ludzie radzi się smucić.
Wieszczba jak miecz, póki nie błysnął miecz, (po chwili)
Póki nie błysnął miecz, wieszczba jak miecz.
WEISWORT. Rozkocha się królowa tak, jak nie bywało Zdawiendawna.
Cztery orły wzleciało,
Będzie sławna.
Rozkocha się i białe skąpie ciało.
CHÓR. I rozkochała się lak, jak nie bywało.
RYTYGER. Stokroć wdzięczny, o, wielce wam rady!
CHÓR. Wieszczba jak miecz — to, słowo gdy wyciśnie,
Próżna pochwa zostawa, wieszcz blady... WEISWORT. Co poczęte było bezumyśl-nie,
Kończ umyślnie!
(Runniki pochylają czoła i cofają się, Rytyger wychyla miód)
RYTYGER. O, wielce wam rady!
(Chór Runników odsuwa się, szepcąc; służba rozpina namiot, w którym i światło wraz rozbłyska)
RYTYGER. (sam; wgłębi namiot i służba) Łyskaniem pierwej mdławem uprzedzony, Jak piorunowa rozłożę się krćsa,
Królowę wezmę i lud rozpierzchniony.
Do wieszczby fortel dołączę, jak lisa.
Bogi są dobre, czasem niedołężne,
Kiody im ludzkie nie posłuży ramię, Świecą i wiszą, jak tarcze mosiężne W pięćset czterdziestej zawieszone bramie.
(po chwili)
A ona? Weiswort mówi: «Skąpie ciało...»
(po chwili)
O, każe tratwy fenickich żeglarzy
(Co jeżdżą bursztyn łowić), każę złupić,
Wonności zabrać wszystkie, każę kupić Konch ’)> szkła od wszystkich sydońskich 2) farbiarzy,
W dalekim Rzymie wainnę z alabastru Zamówię, taki nimfeon3) urobię Dla niej, jak ledwo grób stawiałbym sobie, I będę miłość pił, jak miód ten z plastru.
(po chwili, klaszcząc w dłoń)
Hej, ojce, co tam siedzicie w Walhali *), Gdy przyjdzie stanąć mnie pomiędzy wami, Spowiniętemu w jasną taśmę stali, Powiecie: «Syn jest nasz», powiecie sami!
(po chwili)
Wando! O, moja ty Rytygerowa!
Jako cię kochać będzie wojsko całe,
I złotowłosa każda białogłowa,
Co z nami dzdeli trud a przędzie chwałę, Każda z gwiżdżących w tarczy brzeg ustami,
Każda toporzec rzucająca dziewka,
I każdy starzec, co pomaga snami,
Wid, duch, i lasów szum, i małe drzewka!
(odsuwa się w głąb, ku namiotowi)
Ty skoro uścisk dasz, wyprawę zrobię Przeciw ogromnej Fenrysa wilczycy6), Mur Alp skrząeemi młotami przeżlobię, Rzym spalę, woły zegnam z okolicy,
Po dwieście rogów kładąc na ołtarze Codzień, weselić się pastuchom każę.
(wchodząc w namiot)
Hej, ojce, co tam siedzicie w Walhali, Gdy przyjdzie stanąć mnie pomiędzy wami,
Spowiniętemu w jasną taśmę stali, Powiecie: «Syn jest nasz», powiecie sami!
(noc zapada)
IV.
Środkowa izba zamku.
WANDA, (przechodząc zwolna przez środkową komnatę grodu)
Tego ja nie wiem, co się dzieje ze mną, Ani dlaczego jestem nieszczęśliwą; Kocham, wszelako mogę być i zmienną,
1) Koncha (ar.) — muszla.
2) sydoński, pochodzący z sławnego w starożytno-
ści miasta fenickiego, Sydonu.
s) nimfeon (ar.), siedziba nimfy, świątynia dla nimfy.
«) Walhalla (nicin.), w mitologji skandynawskiej wspaniale miejsce pobytu bohaterów, którzy polegli w bitwach.
6) Wilk Fenris lub Fenrir, w mitologji skandynawskiej demon morza.
I niekonieczniem Rytygera chciwą,
I niekoniecznie roi potrzeba kogo,
Która tysiące mam życzliwe sobie — Tylko mi smutno, tylko mi ubogo,
Że nic nade mnie nie stoi w osobie,
Że jakbym była na tej góry szczycie Sama, jak chmurki płatek na błękicie.
O! Żeby źle mi zrobił człowiek który, Albo Bóg żeby zgrzebną wdział mi szatę, Nowemi ptaszkę swoją odział pióry I dał mi jaką gdzie na puszczy chatę,
Z gołębi parą na dachu zielonym,
Z kamiennym progiem i oknem plecionćm.
(przechodzi)
GRODNY. Z załamanemi tam poszła rękoma.
PANNA. Stąpa, a jakby była nieruchoma.
GRODNY. Trzeba na oku mieć, jak dziecię chore.
PANNA. Które wołanie godzin jest? GRODNY. Już wtóre.
(Panna odchodzi w głąb korytarza za Wandą. Skald1) wchodzi i sława u drzwi głównych)
GRODNY. Ktoś jest i za czem?
SKALD. My Skald się zowiemy.
GRODNY. A śpiewasz jaką pieśń? SKALD. Nie jestem niemy.
Bywa, że śpiewam naprzód pieśń do ciszy,
By usłyszano, skoro śpiewać zacznę — Potem malowną, żeby, kto już słyszy, Oglądał także — potem rzeczy znaczne Dla ducha, potem z serca głębokości Wywlekam drżący, czysty ton — ten wiodę Dalej i szerzej, aż echo zazdrości,
A potem wraz go rozkroplam, jak wodę, W tęcz snop, a potem w grzmot uderzam suchy,
Jakby się bitwa gdzieś toczyła zdała I potykały się w powietrzu duchy, Pułkami grubych chmur na siebie wbite, Gdzieniegdzie gwiazdy promieniem przeszyte.
GRODNY. Zaprawdę, śpiewasz pieśń, która uboży,
Przeto, iż rzadki słuchać ci podoła. SKALD. My, Skaldy, jemy chleb on dziwny boży,
Chleb, co opada z dosytnego stoła,
A który skrzydła zgarniają przeźrocze Bieluchnych duszyc.
GRODNY. Czy mają warkocze
Duszyce owe?
i) Skald, nazwa poety i pieśniarza skandynawskiego.
SKALD. Długie, jako sznury,
Któremi charty karcą.
GRODNY. I tejże natury?
SKALD. Bywa.
GRODNY. (dotykając Skalda po ramieniu) Niżej izba jest przestrona,
Wokoło dwieście jasnych stoi włóczni,
A w środku ogień modrzewiowy. Spocznij!...
SKALD. Gościnność niechaj będzie pochwalona!
(wychodzi — wchodzi Żyd) GRODNY. Ktoś jest i za czem?
ŻYD. Z dalekiego Wschodu
Jam jest, z za morza, na cztery miesiące Femicką nawą1), potem na rok cały Przez ziemię. Jestem z wielkiego narodu, Doktór, a leczę na febry trzęsące,
Także na bole suche i zastrzały, Zaniemówienie, często na ślepotę. GRODNY. (pokazując gościowi lawę wdali) Spocznij!...
ŻYD. Mam także i pierścienie złote Z talizmanami2) wielce skutecznemi,
Które lyryjczyk3) ryje, mam i maście, Wonne, że szczypta na osób dwanaście. GRODNY. Osoba, zda się, mądra...
(do żyda) Poniżéj
Spotkacie kilku u wnijścia żołnićrzy,
Ci wam czekalną otworzą komnatę.
ŻYD. Niech będzie szczęsne miejsce i bogate!
(wychodzi — wchodzi powoli Starzec, na kiju oparty)
GRODNY. Ktoś jest i za czem?
BOJAN. Rojanem się zowię,
A jestem z matki śpiewak.
GRODNY. A pieśń jaką
Śpiewacie?
ROJAN. Co, jak oczy w głowie,
Patrzy, a siebie nie zna — oto taką. GRODNY. A czy się królom śpiewało już kiedy?
BOJAN. Do kości, panie, do kości! Obręcze
Miedziane miałem na nogach... a biedy! GRODNY. A czy umiecie pieśnią wywiać tęczę?
BOJAN. I łabędziowe stado wrócić w locie.
GRODNY. A jak to w waszej robicie prostocie?
1) nawa (łac.) — okręt.
2) talizman (arab.), nadnaturalny środek ochronny
przeciw nieszczęściom. *
8) tyryjczyk, mieszkaniec fenickiego miasta Tyru, które w starożytności słynęło jako siedziba sztuk
i umiejętności.
BOJAN. Z serca.
GRODNY. Niewieście umiesz także zwrotki?
BOJAN. Bywało, rzucę słowo, to, jak kolki,
Głowę na głowę zakładają.
GRODNY. Czemu
Przy tem jesteście biedni?
BOJAN, (obracając się do laski swojej)
Powiedz jemu, Bo ja pomówić radbym o czem innem. GRODNY. Wieszczowi, jak wy, każdy dom gościnnym.
BOJAN. Tak jest.
GRODNY. I każdy chętnie was poważa. BOJAN. Tak jest, szczególnie przed bitwy poczęciem,
Gdy nastrajamy rapsod... *) też się zdarza Przy uczcie... bawią się, jak ze szczenięciem. (po chwili)
Oj, za Dunajem, za szumnym, bywało,
Że cesarzowi śpiewałem rzymskiemu,
Co stał, ot, blisko tak, z garsteczką małą Konnych...
GRODNY. (wskazując lawę)
A, proszę, co śpiewałeś jemu? BOJAN. Sławę.
GRODNY. A konie ich jakie?
BOJAN. Cesarski
Płowy, w czerwonej do kolan purpurze. GRODNY. A orszak?
BOJAN. Pachoł jeden dziarski
Z laską, na której jest tablica wgórze, Rozeskrzydlona w orła — reszta młodzież Twarda, jakobyś wyrył aść w marmurze. Półzbroje jasne noszą i półodzież. GRODNY. Właśnie? No... miodem pokrzepcie się, starcze,
Bo niżej, w izbie dużej, są tam różni Czudowie, świata całego podróżni,
I ci, co, pieśni nucąc, czyszczą tarcze. BOJAN. Zdrowiał (wychodzi)
(Grodny uderza w szczyt miedziany, jeden z zawieszonych po dwóch stronach głównego wnijścia — wchodzi Pogoń i staje w drzwiach)
GRODNY. Wszelaki człowiek, gość, ma być uczczony I niechaj braku nie będzie w usłudze! Niewiasty z jednej, męże z drugiej strony, Przodwszystkiem starcy; wszakże ludzie cudze,
I zaklinacze, niemieckie runniki,
I baby, które leczą, mieć na oku.
O rapsod (ar.) — tu: pełen siły i ognia utwór muzyczny, hymn bojowy.
Rozliczne sprawy są, różne praktyki... Rozumiesz...
POGOŃ. Baczę.
GRODNY. A unikać tłoku!
V.
W krużganku zamkowym.
Wanda wchodzi, Rylyger, w ubraniu Skalda, postępuje za królową.
WANDA. Powiadam tobie, nie ścigaj mię, panie!
RYTYGER. Wando!
WANDA. Co miałam rzec, rzekłam. RYTYGER. Kobieto!
Zawołam imię moje, niech się stanie! Niech mię porąbią Lechy!
WANDA. Nie zabito
Nikogo w ogrodzie tym nigdy.
RYTYGER. Zaiste,
Jeżeli każdy toż opłaca myto I jako mary wychodzi przejrzyste... WANDA. Książę! Powiadam tobie cala mocą
Boleści, które dla ciebie zakryte,
Źe słońce gaśnie, błonia się wilgocą, Ciemności na świat lecą niespożyte... Mnie nie czas... Lud mię postawił na szczycie,
Jako najbielszy śnieg, i jestem oto Odlatująca w słońce cale życie,
Ani się cieszyć mogę tą białotą... Wszechsamstwem mojem stałam się... sierotą!
RYTYGER. Więc cóż? To lud twój chce, ażebyś, w bieli Stojąca, płaczem rozciekała wiecznym,
By błonia niżej zielone widzieli —
A ty, w błękicie sama podsłonecznym... WANDA. Książę! Łzy mojej nie widziałeś...
RYTYGER. (wyciągając rękę ku piersiom Wandy)...Oto Po srebrnej blasze na piersiach się gonią Dwie, jak listeczki białe pod jabłonią.
WANDA (wyciągając rękę ku oknu)
A owo dziesięć nad tą konwią złotą, Którą polewać lubię kwiat wieczorem. RYTYGER. (oczy zasłaniając) A owo jedna jeszcze, lecz człowiecza!! WANDA. Ustąp!
RYTYGER. Kobietą jesteś... i bez miecza...
Jam Skald, poczekam w bramie, gdzie za dworem...
WANDA, (zatrzymując Rytygera)
Tyś król, a Wanda ja... klękam... Na bogi,
Uchodź... i uchodź szczęsny!... Gdybyś z laty,
Germański orle, poznał ten ból srogi,
Co jest z miłości bezmiernie bogatej,
Tak ścieśniającym wszystko naokoło,
Że człowiek nie śmie nastąpić na zioło, To wtedy wspomnij o mnie, lodowatej!
(uderza w szczyt miedziany; G rodny wchodzi)
WANDA. Ten Skald niech srebrny weźmie pas na drogę! (uchodzi)
(chwila milczenia)
GRODNY. Co tak spoglądasz, wieszczu, na podłogę?
SKALD. Pieśń mam, a nuty doszukać nie mogę. (po chwili)
Ale wynajdę ją gdzieś w mieczów wrzawie
I, jak dziewicę na ręku skrzydlatą Bohaterowie noszą, tak podniosę.
Zgiełk będzie, lament będzie w onej sprawie,
Chorągwi głuchy łomot, jak za kratą Orły, gdy jagnię zoczą białowłose.
GRODNY. Dziwna rzecz Skaldy! Szumne to, a bose...
VI.
Pole pod Krakowem.
Na przodzie sceny namiot Wandy, dalej Chóry ściągają, każdy, kolo namiotu
przechodząc, śpiewa; w głębi Wisła.
BABY. Pod białemi brzozami dziwne zebrałyśmy zioła W czyste płachty i w kosze, z łozy uwite zielonej;
Sypkie próchna odłamy z miejsca, gdzie stała stodoła,
Stu podołać mogąca kmietom, gdy plon w niej złożony —
Złote z mrowisk kadzidło i latające nasiona —
Wody różne we dzbanach, czystych, jak cegła czerwona.
DZIATWA. Dzieci, wnuki, my także, co dźwignąć mogły rączyny,
Co po ziemi potoczyć drżące zdążyły ramiona,
Za matkami, babkami, na święte niesiem daniny.
RAZEM. Niech się pokój uczyni, Wandy niech błyśnie korona,
Niech zabłyśnie słoneczkiem na góry, lasy, doliny! (przechodzą)
ZNACHORÓW CIIÓR. Słowa, słowa, a ciche, te, co przy duchu spoczęły I od ojca na syna w ostatniej schodzą godzinie,
Te niesdemy, i laski pokarbowane *), i skrzynie
Jaworowe, co znakiem się osobliwym zamknęły.
WÓJTY. Łado, niech będzie dobrze po świata krainie!
RAZEM. Niech się pokój uczyni, Wandy niech słowo zasłynie!:
(przechodzą)
PIASTY. Miodu plastry białego w lipowych niesieni donicach,
I motyle, co w nocy brzęczą po kwietnej pasiece,
Dziś zaklęciem osiadłe na podniesionych gromnicach.
Niech wzlatują co wieczór, kiedy zajaśnią te świece!
SIEWCY. Pierwo-ziarna perłowe, z wieńców dożynnych kruszone.
OWCZARZE. I lekarstwa niesiemy dziwne.
ŁOWCY. I dziwne stworzenia, Zabłąkane niekiedy z dalekich światów w tę stronę,
Wiedźmy, ptaki i rzeczy, na które niema imienia.
CZUDY. Z ziem odległych, z za morza lazurowego, wiezione W szklanych, miednych naczyniach, w przędzionych torbach z amjantu2), Rzeczy droższe niesiemy od wszechbry-lantów brylantu.
RUNNIKI. Słowa ciche i uśmiech, a długie miecze i młoty My niesiemy, jak w chmurze przesuwające się grzmoty, (ciszej)
Na głos trąbki germańskiej dalej urnami 3) z ramienia,
Dalej wieńcem około cezarowego strzemienia! (głośniej)
Słowa dziwne niesiemy, pełne rdzennego nasienia! (przechodzą)
(Chóry przechodzą około namiotu i pół-kręgami stają wdali, tak, iż namiot Wandy na przodzie sceny stoi, a w głębi, gdzie nie domykają się półkręgi chórów, widać płynącą Wisłę i brzeg spadzisty)
DZIEWKI. Teraz wy, wieszczowie, siwe głowy,
0 karbować (niem.) — robić karby, nacięcia, znaki.
2) amjant (nr.) «= rodzaj asbestu o długich, cienkich i giętkich włóknach.
3) urna (łac.) = naczynie w kształcie wazonu.
Stańcie pośrodku. — Co ma być,
Ogłoście możnemi słowy!
LECHÓW CHÓR (podnosząc tarcze) A niechaj żyje, co ma żyć!
A niechaj zadrży, co ma drżćć!
(Wieszcze wysuwają się chórem i stają przed namiotem, Przedni Starzec w głąb namiotu wchodzi; chwiła milczenia)
PRZEDNI STARZEC, (wychodząc) Sen się stał dziwny do prawielmożnej pani...
RZESZA. A-a!
STARZEC. Wszyscy, z czem kto jest, tu zebrani,
Złożyć mają w kopiec swoje rzeczy,
I rzeczono jest, że to uleczy.
CHÓRY, (rozsuwając się ku środkowi sceny) I rzeczono jest, że to uleczy.
(w głębi sceny rośnie mogiła, przy śpiewach i w porządku takim, jak się scena ta rozpoczyna, tylko, że śpiewy są przy-cichłe i odległe)
TRĘBACZE, (od obu stron namiotu) Łada, Łada...
LECIIY. Ona!
CHÓRY. Wanda góra!
STARZEC PRZEDNI. Jako pawia białego pióro Na wietrze
Stąpa cicho, strzelista...
DZIEWKI. A koronę ma w prawej ręce swojej...
WIESZCZE. A jest, jako powietrze, Czysta.
CHÓRY. Owo przeszła... owo pod kopcem stoi...
WANDA. Dobrzy ludziel Widziałam cień ogromny Boga,
Przechodzący po polach, jak szeroka droga.
A to był tylko ręki jednej deń; ta ręka Jakby przebitą była, bo słońce padało Przez wnętrze dłoni nawskróś, jak przez wypaść sęka.
Ja stałam i patrzyłam w to rozdarte ciało, Jak ptak z ciemności w jasną pogląda szczelinę,
I dano mi jest wiedzieć to...
(bierze gromnicę zapaloną z raje Piasta i wchodzi na stos, potem ciszej kończy)
że dla was zginę.
RZESZA. Co jest?... Co rzecze?...
WANDA. Każdy
rozrzewnił się szczerze I przyniósł, na co stać mu, to jest dość na wieki
Żywota dla was. Dziwni będą z was żołnierze
I Prowe *) bóg szczególnej użyczy opieki...
A co jest ze mnie, dam wam.
STARZEC. Corel
CHORY. Dymów
skrzydła białe Zebrały się, skręciły... rozchodzą w dwie strony...
STARZEC. Błękit widzę... Ratunku! Wody!
RZESZA. Wisłę cala Na stos wylać!
STARZEC. Widziałem tylko błysk korony.
TRĘBACZ, (od stosu lecąc) Nie Wisłę na stos — w Wisłę przelało się ciało.
RZESZA. Co jest?
LECHY. Niemce!
(Rytygier na koniu w poczcie zrzucających płaszcze swoje Runników, zdała wojska, w kurzawie ledwo widne)
RYTYGER. Porąbię
w wióry i rozmiotę!
LECH. (z konia podając się włócznią) Zaczekaj! W ranę świeżą patrzący, w czerwoną
Ranę... Sępie!... Jeślić trza korony,
To pójdziesz wpław, psie rudy, pójdziesz za koroną...
RYTYGER. Królowa gdzie jest?
RUNNIKI. Nie jest...
RYTYGER. (obracając się do pocztu) Chłopy! W inne strony! Na świat, na Rzym, gdzie szaleć jeszcze czas i luźno,
A miłość nie jest jednem bezsiilnem... «zapóźno!»

  • ) Prowe, bóstwo słowiańskie, potęgo i sferą dzia-łania równe Perunowi.

KRAKUS, KSIĄŻĘ NIEZNANY
TRAGEDJA
DO KRYTYKÓW.
Krytycy dzisiejsi są zarazem bardzo niepospolitą i bardzo małą rzeczą; niepospolitą, jako trybunowie, poręczyciele i wyręczyciele publiczności, a mianowicie tej, która zarówno ma szlachetną potrzebę bycia nieobcą sprawie literatury, jak nie lubi sama się znajomością warunków literatury zajmować. Są to więc jakoby re-zonujący lektorowie i klienci, zamieniający czytelników na słuchaczy i wyręczający jeszcze słuchaczy onych w pracy ocenienia tego, co im czytane było. Z tego to względu, który krytyków okazuje, iż są łączłiwym organem publiczności, z tego, mówię, względu są oni wielce niepospolitą rzeczą. Z drugiego zaś względu, to jest, gdyby żądało się od nich stanowczego utwierdzeń krytyki objaśnienia, pokazaliby się ciż sami, jak bardzo są maleńcy i niepewni własnej ich sprawy. I tak np. to, co podają oni za definicję tragedji starożytnej, jest tylko poprostu znajomością warunków rozkładu tragedji, ale bynajmniej odpowiedzią na pytanie zarówno szanowne jak nieakademickie, czyli na pytanie «co to jest tragedja?» Co do mnie, mniemam, iż tragedja jest to uwidomienie fatalności historycznej albo socjalnej, narodowi albo wiekowi jakowemu wyłącznie właściwej, a przeto, zważając ją tak, to jest jako pomocniczą w postępie moralności i prawdy pracę, nie dziwi mię bynajmniej, iż tragedja mieć mogła i musiała powagę nieledwie obrządkową. Krytycy dzisiejsi, wyzuwszy się z tej prosto-tłiwej potoczności, że nie powiem chrze-ścijańskości, która dozwala człowiekowi na bezpośrednie zapytania odpowiadać, szwankują bardzo w onej pierwszej wiel-
kiej ich zalecie stręczenia i pośredniczenia pomiędzy utworami literatury a czytelnictwem; możnaby albowiem myśleć, iż zachowują sobie oni pełnomocnictwo dorywczego a ustawicznego przeglądar-stwa i cenzorstwa kosztem właśnie czytelników, którym nigdy zasady i prawdy główne sztuki zbliżane nie są, zawsze tylko utwory pojedyncze i reputacje osób, które takowym dały byt. Jak dalece autorom łatwo jest być wzniesronym ponad praktyki owe, to bardzo stanowczą, przez niedługie chwile cierpliwości, zyskać można na to odpowiedź: z powodu, iż najdalej w przeciągu dwóch lat zazwyczaj krytyki takowe tegoż samego pióra temże samem piórem przez nieustanne sprzeczności same znoszą się i czas tylko stracony lub imiona tylko, kosztem onegoż zyskane, pozostają. Praca ta stręczeń, bo właściwie krytyką zwać ją trudno, podobna jest do zachodów człowieka, któryby w tem się tylko omylił, iż bierze część za całość, to jest, iż np. gimnastykę radzi, aby za całą medycynę uważano, co wszelako nie w każdej warstwie społeczeństwa mogłoby być uznane. Do uwag tych, okazujących, jakie pojęcie tragedji za właściwe przyjmuję, dołączyć jeszcze powinienem, że bezpośredniego morału nie uważam jako obowiązujący dramaturga i konieczny warunek i że rozbratnienie rodzeństwa, w niniejszej tragedji przedstawione, jest tylko nieuniknionym sa-mejże legendy wynikiem, nie zaś główną pisarza myślą, który zd pierwotną niniejszego misterjum nazwę chciał położyć: Krakus, czyli wyścigi.
C. N.
OSOBY:
STARZEC, pustelnik LILJAN, uczeń jego KRAKUS, książę na RAKUZ, brat jego
SZOŁOM, pisarz koronny czyli runnik KIEMPE, wódz skandynawski Krakowie GRODNY, sługa zamkowy
PŁATNERZ CHORY grodnych i kmietów
OSOBY FANTASTYCZNE:
ŹRÓDŁO
ZORZA
PRÓG
Wnętrze pustelni w okolicach Karpat.
STARZEC. Dzień mię odpycha a noc mię woła.
Czuję, że długo tu nie zabawię;
Zostawię tobie świecę, gęśl, zioła,
Świecę, gęśl, zioła tobie zostawię.
Ostatnie słowo, gdy przyjdzie chwila, Tchnę ci na czoło twe, jak motyla.
Człek bierze z ciągu rzeczy zadatek,
Acz siłę brania przynosi z sobą.
Początek nie nasz, ani ostatek:
Ostatnie słowo z ostatnią dobą!
Ostatnie słowo, mój Lilijanie,
Choćby mi głosu już nie starczyło,
Pokażę tobie palcem na ścianie,
I nie zrozumiesz, lecz powiesz: «Było».
I nieme pomnieć będziesz kazanie, Chodząc jak senny, z palcem na czole, Aż w myśli tobie wyraźnie stanie Jakoby duchem, i dasz mu wolę,
Sam przyobleczesz pewności ciałem,
1 rzekniesz głośno to, co rzec chciałem!
Byli tu nieraz, byli tu przecie Ci, co mądrości szukają w świecie.
Na jesionowym tym jadłem stole Z mężem, co dla niej znosił i bole.
Het, z za wielkiego przybyłym morza, Gdzie chmur na niebie niema bynajmniej, A w gwiazdach ręka pisuje boża.
Gór tam jest sporo, a ziół jest najmniej.
Był tu i z Azjej mędrzec koronny, Człowiek słodyczy wielkiej i ładu,
I rycerz, co się urodził konny,
Pokryty łuską, jak piersi gadu.
Królowa jedna w progi tej chaty,
Jak zachodzące słońce czerwono,
Rękoma ciężkie niosąc szkarłaty, Wchodziła z swoją złotą koroną,
A chłopiec, za nią idąc, służebny Niósł jeszcze drugi płaszcz, niepotrzebny! LILJAN. Ojcze, dwóch mężów właśnie w tej chwili Słyszę^ jakoście słuchać uczyli.
Z bioder się mieczów dwa im kołysze. STARZEC. Synu, uczyłem cię słyszeć ciszę.
Synu, kto ciszę słyszał aż do dna,
Temu i trumna bywa wygodna.
Ale jest nocna cisza i dzienna,
Jest dno mająca i jest bezdenna,
A o tej drugiej rzecz zbyt zawiła;
Co nie dopowiem, powie mogiła.
LILJAN. Ojcze, po suchym listku olszyny Niechby się pająk przetoczył siny, Słuchem,
Duchem
Szlaki jego zwietrzę.
I rzeczy przyszłych bladawe świty,
Nim na odlegle wpłyną zenity,
Mgnieniem,
Tchnieniem
Wchłonę, jak powietrze.
STARZEC. Synu, zmysł młody i ochroniony,
Użyty dobrze zaraz z powicia,
Droższy jest, niźli wszystkie miljony;
A jednak któżby znał to za życia,
Gdyby mu inny, w czemś umorzony, Takowej wiedzy skąpił odkrycia?
A przeto zmarli, a przeto zeszli Nie są to jacyś, co ich nie było,
Niema, ni może kiedyś być, jeśli I własną przez nich rozrządzasz siłą. Rzecz ta wszelako zbyt jest zawiła.
Co nie dopowiem, powie mogiła.
LILJAN. Mistrzu, na oko mężów już obu Widzę, bez twego patrząc sposobu:
Jeden się z drugim wadzi po drodze.
Są królewice, bracia i wodze.
Ani za łosiem gnali w te lasy,
Po żebrach koni krwawiąc obcasy,
Ani zbłąkali się i chcą cienia,
Ani im woda ujmie pragnienia. STARZEC. Zgadobliwością zabiec im drogę,
Ni poznać, czemu idą, nie mogę. Starcowi nieraz niższych sił zbywa; Dzień mię odbiega, a noc mię wzywa, Odbiega dzień mię, a noc mię woła, Czuję, że długo już nie zabawię, Zostawię tobie świecę, gęśl, zioła,
Świecę, gęśl, zioła tobie zostawię. LILJAN. Przyszli i stoją.
STARZEC. Wołaj rycerzy!
LILJAN. Chodźcie, mężowie! Staruszek leży.
RAKUZ. (wchodząc) Na pocisk procy przed domu progiem Nieco się wstrzymać jest rzecz godziwa; Do grodu zwykłem słać chłopca z rogiem, Co, trąbiąc, imię moje nazywa.
Trąbienia sztukę zna jako mowę,
Tak, że się straże dziwią grodowe,
Panny z lipowych patrzają alej,
A ja mu kiwam: «Trąb waszeć dalej!)) Tego brat Krakus, jakby sosenkę,
Z rozkutym koniem zostawił w boru. Dobrze, że, ojcze, nie macie dworu, Przyszłoby wjazd nasz otrąbić w rękę. Książę brat, Krakus, gwoźdźmi złotemi, Gdzie konia ruszy, sieje po ziemi,
A ja mam zwyczaj, że koń pierw legnie, Nim się co na nim złamie lub zegnie. KRAKUS. Wstydzisz mię, bracie! RAKUZ. Spra-
wiam się raczej,
Jak gdy kto naprzód wyśle tłumaczy. Cóżbo osoba może sędziwa Mniemać, gdy z jednym koniem i sługą Dwóch wchodzi książąt?
STARZEC, (przerywając) Nieraz to bywa,
Będzie, bywało i potrwa długo.
(do Krakusa)
Książę Krakusie, słowy swojemi Rzeknijcie za się niebu i ziemi! KRAKUS. Synowie króla jesteśmy z grodu,
Gdzie pierwej cudna władnęła pani, Przez którą Niemce są odegnani.
Lecz czar się przeniósł w serce narodu I pod czterema zamku węglami Smok czarną jamę wykopał kłami.
Z tym ojciec boje ustawne zwodzi,
Jak z nawałnicą leżący w łodzi.
I nieraz w okna, gdzie starzec drzćmie, Po głazach skrzele wplusną olbrzymie, Jakoby bluszczu zielona struga.
Skosisz ją, drzwiami podpłynie druga. Tak co noc! Pokąd jeden z oszczepem,
A drugi z kutym stoi pół-cepem
Przy drzwiach, u okien ciosowej ramy,
Sto jasnych włóczni na czole bramy,
Sto drugie pokąd w odwodzie mamy, Dopóty żywot pędzimy taki,
Jak w Strzelca domu zalęgłe ptaki.
Już w każdej z komnat drzwi, okna, progi, Posoką gadu spluskane, czernią,
A jeszcze żyje on rdzeuio-wrogi ł człony jego wciąż się bezmiernią,
I końca niema temu gadowi,
Aż ramię w bezwład opadać musi,
Aż z wiórów trupa zgnilizna dusi,
A niema końca temu smokowi!
STARZEC. Któż z was był rajcą, by szukać rady?
RAKUZ. Ja pierwszy byłem!
KRAKUS. A jam opieszał.
RAKUZ. Naglić musiałem, żeby pośpieszał.
STARZEC. Nie będzie gadem, kto zetrze gady,
Gadem nie będzie, kto gady zetrze. Sprawa ta stała się już daleko,
Za siódmą górą, za siódmą rzeką,
A tu nawiewa zowąd powietrze,
A tu się tylko ostatki wleką.
Dziewicy nogą w ziemi dalekiej Smokowi głowę starto pierwotną;
To zaś jest tylko odrośl kaleki,
Jeśli już gnije, skoro go potną,
Jeśli, gdy mieczem odwalisz sporo,
Nowe się gady z niego nie biorą.
Ryli tu tacy, byli tu przecie Ci, co mądrości szukają w świecie.
Na jesionowym tym jadłem stole Z mężem, co dla niej znosił i bole,
Het, z za wielkiego przybyłym morza. Ten, sprawę Węża napamięć umiał I zinał, co ręka czyni z nim boża. Słuchałem długo, ażem się zdumiałI Długo słuchałem tego pielgrzyma,
Co jabłoń owdzie posadził złotą,
Gdzie łucznik konia waszego trzyma.
Tę, mówię, jabłoń posadził oto, Błogosławieństwa znak kładąc na niej,
A odtąd co rok owoce niesie,
Wonność po całym rozlewa lesie,
Ptastwo ją mija, robak nie rani.
Nie będzie, gadem, kto niszczy gady, Gadem nie będzie, kto gady niszczy.
Smok pierwszy runął i zionął jady,
I to się jeszcze pryszczy a pryszczy.
Książęta, jedźcie za siódmą skałę,
Gdzie śniegi leżą na Tatrach białe!
Za siódmą skałą najdzie się struga,
Co między głazy promieniem mruga,
A potem w rzeki urasta żyłę.
Wodę z niej hełmem kto pił miedzianym, Bywał mu z wodą i sposób zlanym: Zdobywał fortel, zyskiwał siłę Przeciwko smokom odwylęganym.
Lubo jest rzadki, co fortel z siłą W doraźną umiał zamienić wolę;
Zawsze się jedno z drugiem wadziło. Mówiłbym dłużej, lecz cierpię bole,
Dzień mię odbiega, a noc mię woła.. Lilijan niech wam będzie gościnnym! Zostawię po mnie świecę, gęśl, zioła, Świecę, gęśl, zioła zostawię innym.
(głosem cichszym)
Książęta, jedźcie za siódmą skałę,
Gdzie śniegi leżą na Tatrach białe. RAKUZ. Strugi jak pytać? I pytać kogo? STARZEC. Cel drogi bywa z skończoną droga,
Grotem się włócznia zazwyczaj kończy, Wrębem się kończą brzegi opończy! Człek nie wie, mówiąc o tem i owem,
Że słów granice są jeszcze słowem. LILJAN. Książęta, jedźcie za siódmą skałę,
Za siódmą skałę, gdzie śniegi białe!
(książęta wychodzą)
LILJAN. (do pustelnika) Mężowie wyszli, wadząc się z sobą.
STARZEC. Gdzie zwada braci zdwoi rodzonych,
Nie kwap się trzecią stawać osobą.
Osobą trzecią braci zwaśnionych Milczenie naprzód bywa, a potem Służalec, człowiek, kupiony złotem,
By, zaprzestawszy swego istnienia,
Dla powaśnionych był zejściem gniewu. Ten, gdyby zbywał, będą kląć drzewu, Lub z przydrożnego szydzić kamienia,
Aż gniew, który jest właśnieże owem Zapowietrzeniem po-jaszczurowem, Wyrozpoznawa się i wypienia!
(po chwili)
Zmierzyłem ja ich tą siódmą skałą! Dni sicdm niech błądzą zdała od domu, By, co jest marą, snem się wydało!
A Bóg da resztę, jak będzie komu.
II.
Głęboka puszcza — noc.
RAKUZ. Trębacza w lcsie z rozkowa-nym koniem Zostawić przyszło. Dobrze! Za nim w ślady Łucznika. Dobrze! A teraz mój gniady Dla mnie. (siadając na koń)
Nie dzielę się już podogoniem. Braterstwa lękam się równie, jak zdrady. KRAKUS. Zdrady? O, bracie! Gdzież zdrada być może?
Tak wiele razy dzieliliśmy łoże,
Jedną okryci burką noce całe,
Po łowach w dęby tuląc się spróchniałe... A dziś, przypadku małego zrządzeniem, Może nam chwilę przyjdzie czekać jedną. Zostań! Za pier wszem puszczę cię trąbieniem.
Mroki się szerzą, ale drzewa rzedną. Rakuzie, podziel się oto siedzeniem,
Lub zstąp i bogom razem zrób obiaty! 0 Koń, odpocząwszy, łacniej dwóch uniesie. Przymknę do siodła, do kraju twej szaty, Jako jesienny liść i mało szerzej Zabiorę miejsca, niż ile płaszcz leży. RAKUZ. Naród mię czeka, ojciec stary czeka;
Obiaty bogom spraw i ruszaj pieszo!
Brat się tu wcale brata nie wyrzeka, Losy się tylko więcej od nas spieszą. Złość smoka może wywrzeć się tia masy. Poświęć się, bracie, i bądź zdrów! Niech bogi
Odmienią losy, niech odmienią czasy! (zawraca koniem)
KRAKUS. Bracie! Co czynisz? Krew! RAKUZ. To nic, ostrogi.
KRAKUS. Ostrogą usta i serce mi skrwawił!
A teraz jestem, jak zdeptane zioło.
Bez chleba kromki w puszczy mię zostawił!
Zdeptane zioło, z wstydem wznoszę czoło: Ciemno a ciemno wkoło i nikczemno, Gdziekolwiek spojrzeć, ciemno naokoło... Rozbrat, którego, nie wiem, co pojedna, I węzeł, który, nie wiem, co rozłamie. Żeby choć jedno serce było ze mną!
i) obiata — ofiara, składana bogoin.
Żeby choć ręka jedna,
Żeby choć jedno ramię Było ze mną!
(postępując dalej)
Do świtu teraz hukać się nie ważę,
Ni pacholęcia wołać po imieniu.
Niksy1) chcą ciszy, Niksów nie obrażę, By, na wstrzymanym usiadłszy promieniu, Jak pająk, pieśnią z proslej zbity drogi, Groziły milczkiem. Nie obrażę bogi, Korowodami szłapiące, jak straże W szerokich wieńcach paproci zębatej; Do świtu wołać chłopca się nie ważę.
(wstrzymując się)
Jeleni łańcuch płynie rosochaty W pod-księżycowej mgle, jak tratwa duża; Kozioł na grzbiecie srebrne liże łaty, Księżyc się w bluszcze osłupione wmruża. Cichości magją słyszę prawie drzewa, Jako lepkiemi budzą się pączkami,
I widzę, słysząc, jak gdy Bojan2) śpiewa, W świat cię odległy przenosząc słowami, Które nic z miejsca nie ruszają wcale.
A jednak jesteś raz w lesie, raz w polu, Na ławie siedzisz, myśląc, że na skale, Rannym nie bywasz, ale syczysz z bolu, I są to wszystko tylko słowa pieśni,
I dzieje się to gdzieś, skoro się nie śni.
(potyka się o głaz, a potem)
Głaz jednak, którym osłupiłem nogę,
Za one pieśni słowa wziąć nie mogę!
Czy ten głaz wiedział, żem książę zbłąkany,
Niezwykły tykać kamienia, jeżeli Wytworniej nie jest zgruba ociosany?
(po chwili)
Głaz zadrżał! Jako gdy proca uceli,
Za rzutem kamień podrywając smagły.
(po chwili)
Głaz wstał i idzie... zniknął za modrzewiem!...
Pierwszy raz w życiu przebiegły mię jagły,
Pierwszy raz zląkłem się, choć, czego, nie wiem.
(po chwili)
1) Niksy, u południowych Słowian duchy podrzędne, polne i leśne. (P. P.).
«Niksy» jest to starogermańska, ogólna nazwa duchów wodnych; u południowych Słowian jest zapewne stąd zapożyczona.
2) Bojan (ukr.) — legendowy pocta-śpiewak, wymieniony w «Wyprawie Igora na Połowców*.
Głaz, widzę, idzie w blasku księżycowym... Idzie, legł na mchu... widzę, jak na dłoni... KamieńI Choć może progiem był ciosowym,
Lub służył we drzwiach do wiązania koni, Deptan i wiązań przez ludzkie zwyczaje, Wylęga teraz, gdy ja błądzić muszę! PROG. Najniższy sługa! Książę mię poznaje?
Najniższy sługa, próg, zyskałem duszę Po rozwaleniu zamku i, gdzie mogę, Zabiegam teraz podróżnikom drogę. Milczałem wieki, gdy deptano po mnie, Gdy w kości na mnie grywano nieskromnie;
Milczałem wieki — raz przecie, gdy noże Zbójców na biodrach mych ostrzono, pomnę,
Że zazgrzytałem przeraźliwie: «Boże!»
I odtąd wszystko mi już nieprzytomne.
A teraz progiem jestem grzędy drugiej, Pałacu, który, gdziebym nie legł, stawa; Ten niewidzialny jest tyle, co długi. Niech książę stąpa! Milczę na usługi,
Jak niegdyś w zamku hrabiego Mścislawa. KRAKUS. Wierzyć, nie wierzyć? Oto zapytanie!
Książę brat Rakuz stąpiłby już dawno, Lub kopnął nogą i całe zadanie Obrócił z śmieciłem w przypowieść zabawną.
Dlatego pięrwszy fortelu dostanie,
Dlatego smoka zwali ręką sławną,
Nim ja, tułactwem i smutkiem zwątpiały, Do wtórej ledwo dowlekę się skały. Jeszcze krew z wargi wysysam przeciętej, A już mi nie chce się jemu złorzeczyć; Niech będzie zbawcą i na króla wzięty, Kiedy tak umie wspaniale kaleczyć.
Może wart byłem, że jestem wyjęty Z pomiędzy mężów, ulubieńszych sławie, Przyłożyć ręki nie mogąc do dzieła,
Kiedy mi wszystko niedola objęła.
To zrobię jedno, że... że błogosławię!
Lecz śmiech mię bierze i łzy mi się garną, Myśląc, że ręki jedynie skinieniem Dokładam na wiatr... Byłżebym już cieniem
Marnym, któremu rzeczywistość marną? Czyliż, do progu przyszedłszy jakoby, Gdizie dotkliwego wątku już nie staje, Wyjrzałem w zaświat, poznały mię groby? PRÓG. Najniższy sługa! Książę mię poznaje!
KRAKUS. Że niewidzialne zamki są. to pewna.
Rycerz mi jeden sam się o tem zwierzył, Iż go zaklęta gościła królewna.
Czarów się nie bał, ale długo nie żył.
Tarczę widziałem sam, na własne oczy, Przed którą pani ta szukać lubiła Czystości lica i ładu warkoczy,
A tarcza odtąd twarzą jej patrzyła!
Nie jestem, widzisz, lada młodzik, który Rycerskie zwierzchu tylko zna rzemiosło, I ramię moje sięgało do góry,
I czoło’ moje wyżej dachów rosło.
Wiem, że są boje wszelakiej natury.
Ani mię dziwi gościnność kamienia,
Lecz jestem smętny, i jestem ten, który Dla siebie nie chce już nic, prócz spocz-nienia.
(pochyla się i kładzie opodal progu)
A przeto wolę na tym mchu jałowym Przyleć, niż świetne przyjąć zaproszenia. PRÓG. Książę się kładziesz w ogrodzie zamkowym,
W grocie bezwidnej z drogiego kamienia, Gdzie źródło w konchy spada alabaster, Stół z niewinnemi ofiarami czeka,
Mleko, owoce i miodowy plaster Podaje cisza, przyjaciółka człeka,
Nie kłaniająca natrętnemi słowy.
(zasuwają się ściany niewidome)
Spocząłeś, książę, w grocie szmaragdowej!
111.
U pierwszej bramy zamku.
Rakuz na spienionym koniu, Grodny na czele czeladzi.
GRODNY i CZELADŹ Z straszliwą wieścią czekamy na drodze.
RAKUZ. (oddając konia) Niechaj wiem! GRODNY. Książę nas opuścił włady ’) RAKUZ. Kółko mi o tem szeptało w ostrodze.
Płaczki niech wyją, niech szlochają dziady!
Stos wielki cieśle niech od rana stawią, Chorągwie niech się zbiorą i gromady!
(po chwili)
A smok?
GRODNY. Drabowie z tym się czasem bawią.
RAKUZ. A Krakus książę, brat nasz? GRODNY. Ani słychu
O księciu, panie młodym.
RAKUZ. (na stronie) Daj go lichu! Nie temu z bestją harcować żakowi,
i) włady, przymiotnik starosloweński, iznaczijcy: wielmożny i heroiczny. (P. P.).
Ani po starcu dziedziczyć korony. Przyniosłem fortel, co w wodzie się łowi, Smoka jak zażyć, wiem, i z której strony, Tylko mi trzeba śpieszyć się, bo kto wić... Tylko mi trzeba, jak grom przed wystrzałem,
Knować sam na sam cichą rzecz.
(słychać szamotanie się i ryk smoka)
Zadrżałem!?
(Szotom1) wchodzi)
RAKUZ. (poznając go) Szotom!
(przyzywa go bliżej skinieniem)
Jak stary zeszedł? Niech usłyszę... SZOŁOM. Panie! Że, będąc koronnym runnikiem =),
Posiadam sztukę, przez którą rad piszę, Cokolwiek zechcę, tym oto stylikiem3) Na buku. tudzież, że się tego z nikiem Dzielić nie godzi, iż jest rzeczą stanu — Przeto, tak dla tych, co stoją za tronem, Jako i dla tych, co ścielą się panu, Spisałem słowa piórem nieuczonem.
Te zaś brzmią:
(dobywa tabliczek)
RAKUZ. Czytaj I
SZOŁOM. (czyta) Szóstego dnia, rano, Krak, książę Włady, chwilę zgadł bezwtorą I kazał, aby z wieży obwołano,
Że umrze. Lechów zebrało się sporo U łoża, które jest z czarnego dębu.
Tam książę, głowę poruszając bladą,
Tak prawił: «Gród ten z pod smoczego zębu
Wybawi jeden z dwóch, którzy tu jadą; Który zaś, nie wiem, lecz jeden z Księżyców...))
I dodał: «Wielu nie będzie dziedziców!)) I przemilkł; poczem, gdy bardzo szlochano,
Jakoby młodzian porwał się z pościeli, Głosem wołając wielkim: «Niech powstaną Dziadowie z grobów, by jasno widzieli, Że się nie lękam śmierci!» i padł. Lechy na to:
«Chrobryś był!» Trupa osłonili szatą I wyszli.
1) «Szolom» pochodzi od słowa ludowego «szolo-mić». (P. P.).
Szolomić, oszałamiać — odurzać, obalamucać wmawianiem czegoś.
2) Runy, najstarsze znaki pisarskie germańskich ludów. Stąd «runnik» * — pisarz.
a) stylik, mały «slylus» rzymski, t. j. rylec do pisania na pokrytej woskiem tabliczce.
RAKUZ. Tablic tych nie dotkniesz wię-cej,
Na wieki legną w żalnicy książęcej. Mimo, iż starzec wróżył niedość jasno, Imiennie głosić nie raczył dziedzica... SZOŁOM. Człowiek, o panie, gdy siły już gasną,
Jest tak, jak kiedy dopala się świćca. Dlatego poznać dobrego runnika Po tem, czy słowa mniej pewne przenika. Ja zaś z mej strony to na marginesie Włączyłem: «Z słów tych Rakuz rozumie się»,
Co jednak w tekście nie jest rzeczą główną,
Gdyż obu książąt czekano zarówno. RAKUZ. W rzeczach tych każdy runnik doskonały Sam wie najlepiej, co i jak się godzi. Mnie to nie tyczy, cudzej nie chcę chwały, Głównie o prawdę idzie.
SZOŁOM. O nią chodzi.
RAKUZ. A prawda cóż jest?
SZOŁOM. Cóż prawda jest?
RAKUZ. Słowem.
Cokolwiek streścisz aść, przyjąć gotowem. (przechadza się i, poglądając ku podwor-cowi zamku)
Ludzie ci, owdzie u zamkowej brony Stojący kupą, jak cygańska rzesza,
Co są?
SZOŁOM. Z dalekiej są, o panie, strony, Gdzie rola siejby nie zna ni lemiesza; Bagna, zamierzchłe kępy ich mieszkaniem,
Skąd się Kiempowie zwą. Ci więc się bawią
Dzików obławą, smoków polowaniem. Jeśli zaś wierzyć kto chce gminnej wieści, Mają i księcia w tej bosej gromadzie. Bitni są, piją, co się tylko zmieści,
I jak dębowe leżą potem kadzie.
Wszakże za dobre wdzięczni i łaskawi; Historja zwie ich wszystkich: Skandynawi. Wczoraj, od ludu słyszawszy o smoku, Zboczyli nieco dla bliższych języków,
A jeden z onych, mimo bestji ryków, Mniema, że potwór jest w patrzących oku.
Wycie zaś larwy sprawują piekielne, Rade, iż w kłamstwo to wierzą bezczelnel RAKUZ. Gadek tych ważyć nie jest ludzką rzeczą.
(słychać szamotanie się i wycie)
Kły musząć być gdzieś, jeżeli kaleczą,
A skoro kły są... a jeśli w tej chwili Słyszym, że draby w progach się bronili... (po chwili)
Lecz za dni mało będę ja sam na sam Walczy! i wobec narodu pohasam.
(po chwili)
Słuchaj! Niech konia trzymają chędogo! Słuchaj! Bo, trzeci wschód nim się zapali, Lud mój ze wszech stron wyruszyć ma drogą,
By widział, smoczy łeb jako się zwali.
Ja rzekłem i — dość; wiem, co wiem, jak czynię.
(po chwili)
Tymczasem Kiempów onych książę zaco Nie jest jak w własnej ugoszczon krainie? Pytać nie trzeba, czy podróżni płacą.
Z rycerzy błędnych tylko ludzie prości Szydzą, lecz gród mój znan jest z gościnności.
SZOŁOM. Słowa te, słowa te same, te same
Grodnemu wczoraj wyniosłem za bramę, Mówiąc; A któż wie? Książę Krakus tnoże, Zbłąkan gdzieś, cudze zalega rogoże,
Lub deszcz z zamkowych ocieka nań rynien...
RAKUZ. (przerywając mówienie Szo-loma) Ludziom tym, rzekłem, wieczerza i łoże!
(Szołom wychodzi)
A książę Krakus? On sam sobie winien!
IV.
Wnętrze groty szmaragdowej.
W głębi zdrój, przodem stół zastawiony, przy nim usłane siedzenie nalcształt łoża.
KRAKUS, (we śnie) Śni mi się... śni mi... że mi się śniło Bolesne jakieś z bratem rozstanie,
Które się z ziarnka piasku mogiłą Stało, jak ściana, dzieląc mieszkanie.
A ja mam cichą z szmaragdu grotę,
I zastawiony stół owocami,
I jestem z kimsiś, co kocha cnotę;
Muzykę słychać, jesteśmy sami,
Nic mi nie braknie, nie braknie wcale, Tylko, że pragnę,
(porusza się) a nie mam czary! (wstaje)
Więc idę śpiący i pełen wiary,
Gdzie słychać źródła, szemrzące w skale.
(biorąc wodę ze źródła)
Bronzowcm hełmu czerpnąwszy gardłem, Piję, a ciągle śnię, że umarłem.
(pije z hełmu)
ŹRÓDŁO. W miedziany kask Księżyca blask Nie tak upada niedbale,
Jak wód mych nić
Perłowa lśnić
Schodzi pomiędzy korale.
KRAKUS, (wieczerzając) A ciągle śni się, że mi się śniło,
Jakby mię ziemia przyjęła w gości,
Twór każdy witał, wszystko mówiło, Jakbym się bawił źródłem mądrości.
ŹRÓDŁO. Naklonem chmur Z za siedmiu gór Rosnę, lub w niebie się rodzę.
Rób-że, jak chcesz!
Czy tam mnie bierz,
Czy tu, gdzie samo przychodzę!
KRAKUS. Ciągle śni mi się, jak rzecz prawdziwa,
Śni mi się ciągle, że nikt nie baczy,
Iż w dziennym jawie senne przędziwa Wsnute są, niby na krosnach tkaczy. Lecz nić ich ciągnie się i nie zrywa,
Nad światło szybka i migotliwa. Spostrzeże ją człek, a nie zobaczy!
ŹRÓDŁO. Nie jestem nic,
Ni rąk, ni lic,
Wydźwięk mam tylko perłowy; Rzemiosło moje:
Ochładzać znoje.
Cóż chcesz od wody źródłowej?
KRAKUS, (kończąc wieczerzać) Szczęśliwy człowiek, w śnie czy na jawie, Niczego nie chce, nawet i chcenia.
Brat, żeby wiedział, jak ja się bawię, Gościnność jaka jest u kamienia,
Jak wiele serca, braterstwa ile Próg mi okazał, kopnięty nogą;
Nie rozdarłby mi twarzy ostrogą.
(podnosi toast hełmem)
Zdrowie twe, Progu, leżący w pyle! (wychyla napój i wyciąga się do snu)
ŹRÓDŁO. Dochodzić — trud,
A dojść — jest cud,
Mniejsza, czy konno, czy pieszo;
Bo jedni z was Mijają czas,
Drudzy mu ledwo wyśpieszą!
KRAKUS, (we śnie) Coś, coś, jakoby z pustelni słowa...
Jakobym spoczął już niedaleko,
Woda gdzieś jakby biła źródłowa Za siódmą skałą, za siódmą rzeką... Spocząłem w drodze, przez próg przechodzę;
Gdzie próg? Gród? Rakuz? Kółko w ostrodze?
(po chwili)
Ojciec mój... ojciec! Co oni wleką?...
To smoka tułów... Ojcze! To smoka!...
Czy słyszysz?... Cisza wkoło głęboka.
ŹRÓDŁO. Rycerzu, wiedz,
Żeś przyszedł lec,
Gdzie ludzie progów nie krćślą,
Lecz ludziom Bóg Zakłada próg,
Nie wszystko pełniąc, jak myślą.
KRAKUS. Snu jeszcze zetrzeć nie mogę z oka...
ŹRÓDŁO. Więcej już nieśń,
Lecz pomń, że pieśń Nietylko z rany wyleczą.
Spróbuj to sam U smoka jam!
Rymem, ach, będzie cios miecza. (przepadają ściany niewidzialnej groty i zamku. Krakus na mchu w lesie śpiący zostaje, jak pierwej, zorza poranna świtać zaczyna)
ZORZA. Wstawaj, książę! Czas w drogę. KRAKUS, (porywając się) O! Wiem — wiele wiem — mogę!
V.
Komnata książęca na Wawelu.
Lampa u sklepienia mimo światła dziennego pali się.
RAKUZ. (sam) Dnie, noce jedną stały mi się dobą,
Nim chwila przyjdzie, chwila pojedynku.
(przechadza się, staje)
Miałżeby człowiek wyścigać się sobą, Potem się gonić, będąc pierw na rynku, Ciało za sobą wlec, czuwaniem zwiędłe, I osobistość spajać gdzieś rozprzędłę? Szczęśliwy, kto jest tam, gdzie jest. Ja wcale
Nie byłem owdzie! «Dziś» mi cięży chmurą...
Dnie, mroki, zorze palę się a palę,
Jako ta lampa, nie wiem już, noc którą, I zawsze kędyś mam mój dzień słoneczny, I wszelki bliski jest mi niebezpieczny. SZOŁOM. (wchodząc) Panie nasz! Płatnerz, od świtu wysłany Do kamiennego królów mogilnika,
By miecz pociągnąć o grobowców ściany, Wrócił: stal prysła...
(składa odłamy miecza)
Z urzędu runnika Winienem zaraz wieszczbę sląd wyśledzić, Że o złym mieczu traf zdążył uprzedzić,
Przyczem jest wniosek, że inny miecz, wtóry,
Nie już ów pierwszy, znosić ma potwory. Jakby więc, mówię, duch z grobowców wołał:
Syn to potrafi, co ojciec nie zdołał! Niepróżno bowiem runnik jest runnikiem, Skoro zna sztukę pisania stylikiem. RAKU Z. (zdejmując łańcuch z szyi i miecz ze ściany) Łańcuch ten złoty wam; miecz płatnerzowi.
SZOŁOM. Panie nasz! Lud się wkoło miasta mrowi,
Na drogach wszystkich koczują gromady; Dawno tak wielkiej rzeszy nie widziano. Jakkolwiek liczne są w dziejach przykłady,
Iż śmiech opieszał, łzy zaś skorzej lano, Żałując książąt, których brak.
RAKUZ. (kładąc rękę na piersiach)
Co braknie?
Kogóż tu braknie?
SZOŁOM. Stos, mówię, żałobny
I ciało Kraka widzieć każdy łaknie,
Lech i oszczepnik, kmiotek nawet drobny. Rycerzy sporo z krainy odległej Widziano w tłumie. Niejacy w kapturach, Smętni, jak grodu zwalonego cegły,
Stoją, na ciężkich oparci koszturach. Inni przysięgli zostać tak, jak legną,
Póki się stosu wieńce nie zażegną,
A inni lica nie odsłonić wcale.
Kobiet dostatek w poczestnej odzieży Chórami ciągnie, pośpiewując żale. RAKUZ. Niechże się kupią; co raz wołać z wieży,
Że, niźli zorze wtóre się zapali,
Rakuz sam na sam smoka głowę zwali.
(po chwili)
Kiempów1) wódz czem się bawi? Niech nas widzi!
SZOŁOM. Wczoraj, o panie, chciał wnijść, lecz się wstydzi,
Obuwie mając ze skór ryby morskiej;
U Skandynawów to obyczaj dworski.
Zaś ludzie jego do jamy smokowej Rzucali nieco zatrutego jadła,
Skąd wraz olbrzymie wylatały sowy; Rzesza patrzących, cofając się, bladła. Wycia niekiedy słychać było z głębi,
Gdy z wież, za każdym onych wyć przestankiem,
Struchlałych wiele padało gołębi.
Chłopcy je dotąd zbierają pod gankiem.
0 «Kiempe» jest to nazwisko skandynawskich błędnych rycerzy. (P. P.).
RAKUZ. (z obłędem) Miecz czy na-ostrzon?
SZOŁOM. Właśnie, że go biorę.
RAKUZ. Stos czy zapalon?
SZOŁOM. Chcę pytać o porę.
RAKUZ. Pora! Ach, pora!... Zawsze, zawsze pora...
Cóż jest dziś?...
(przechadza się i nagle z pomieszaniem)
Jutro, cóż wszak jutro?... Wczora?... Cóż chciałem mówić? Miecz niech mi wytoczą,
Konia mi trzymać, jak przed bitwą,
A dalej... dalej, co się stanie... zoczą!
(po chwili)
Skoro zapalą stos, wyjdę, acz więcej Nad popiół ważę żywych sto tysięcy!
SZOŁOM. Słowo królewskie jest, jak bystra rzeka.
(wychodzi)
GRODNY. (w progu) Kiempów wódz w progach Rakuzowych czeka.
RAKUZ. Gość w dom, to Róg w dom.
WÓDZ. (zbliżywszy się) Ugoszczony w grodzie,
Kłaniam ci, jestem zaś pierwszym w narodzie,
Któremu morskie wybrzeża z bursztynu Bóg dał, jak krawędź kolebki dziecięciu. Adynoj wola Żyd, my zaś Odynu ’) Zowiemy tego, co Bogiem jest księciu. Dziadowie moi od Fenicjan wzięli Mądrość pływania po morskiej topieli; Bo nie znam więcej nic milszego Rogu, Jak, w gwiazdy patrząc, uwijać w pi-rogu 2)
Po niezgłębionych toniach bożej woli. (podsuwając ławę)
To rzekłszy, siadam, by odpocząć gwoli.
RAKUZ. Siadaj mośćl Inne jest królestwo nasze,
Wcale-że inne, gospodarcze, lasze.
Acz, co jest morze, wiem i z której strony,
Runnika mając, ten zaś jest ćwiczony. Gwiazdy jak nazwać, wie o każdej porze, Ku czemu w czas swój i sypia na dworze. Łańcuch mu złoty dałem, wiedząc o tem, Źe wczoraj pomni, dziś zna, zgadnie potem.
0 Hebrajskie «Adonaj» (dosłownie: «mój pan»),
zwrot w modlitwach do Boga. — Odyn, skandynawski bóg burzy, śmierci, a później także nieba.
2) pirog, zwykle: piroga (niem.), wąskie czółno, sporządzone z pnia drzewa.
WÓDZ. Mądrych się ludzi bynajmniej nie wstydzę;
Wiem, naco orły, naco ostrowidze *) RAKUZ. (posuwając czarę) Pij mość! Ja piję.
(po chwili)
Rzecz twoją o smoku,
Który mię trapi, mów. Byłżeby w oku? WÓDZ. Długa jest powieść o smoczej naturze.
Ten bywa w oczach, a inny w posturze2), A inny jeszcze w obu jest zarazem.
Na jednych przeto użyj trąby grzmotów, Drugie tnij mieczem, inne miecza płazem, A inne śmiechem zbądź lekko!
RAKUZ. Ten gotów
Być z onych, które są i są obrazem. WÓDZ. Chłopy me w jamę na wici lipowej
Rzucili jagnię, truciznami dziane.
Jęk naprzód, potem wylęgały sowy I dziwolągi szły porozskrzydlane Z czeluść podziemnych — a potem, a potem,
Jako gdy burza zaniesie się grzmotem,
Ale nie może całym strzelić gromem, Myślałem, że się loch zapadnie z domem. RAKUZ. Dość jest! Za mało będę ja sam na sam
Walczył i wobec narodu pohasam.
Mość zaś ze swoim pocztem niech zaczeka!
Doświadczonego miło gościć człeka. WÓDZ. Rzekę już siódmą od rodzinnych progów Przeszedłem, błądząc przez cztery księżyce;
Draśnięty pierwej od miedzianych rogów Dziwa, którego, wciąż śnię, że uchwycę. Tego już moi dwakroć siecią brali, Oszczepem nieraz dotarli w pogoni — Uchodził zawsze! A oni wracali,
A ja im miodu i — znowu do broni.
I spocząć nie dam, przez młot odynowy, Dopóki rogów nie wyłamię z głowy,
Bo, rękę w morzu unurzawszy słonćm, Przysiągłem żonie nie wrócić shańbionym.
(Pije)
Żony mość nie masz?
(pije) Poznaj nasze panny, Które są włosem trząsające złotym Po piaskach morskich, jak żółte dziewanny,
1) ostrowidz — ryś.
2) postura (ivłos.) = postawa.
Ciche i wielkie.
(pije) Dużo mówić o tem!
(pije)
W księżyca kiedyś patrząc sierp, jak w próżnę Arfę, co złote wyśpiewała struny, Dokończyć przyjdzie to życie podróżne, Smętne, jak popiół, i ciche, jak runy.
(łuny wielkie wbiegają przez okna na ścianę komnaty)
RAKUZ. (zasłaniając twarz ręką) Stos ojca mego.
(do Wodza) Idź mość zdrów!
WÓDZ. (wychodząc) Niech będzie
Zwycięstwo z wami!
RAKUZ. (nieporuszony na lawie) Pomnijcież nas!
WÓDZ. (w progu) Wszędzie.
(wychodzi — Rakuz, podparły ręką, nieporuszony zostaje przy stole)
GRODNY. (w progu) Giermki po stajniach koniom obwołali,
Że jeździec umarł i że stos się pali.
(wychodzi — Rakuz, jak pierw, nieporuszony i ręką podparty, zostaje)
VI.
Dolna część zamku.
Od przodu komnata, lukiem kryta, w głębi zaś korytarz przypodworcowy. Przez korytarz Chóry pogrzebane ciągną, za każdym z chórów idą różne poczty osób, niekiedy chorągwie.
PIERWSZY CHÓR. Przechodź już, wielka osobo,
W powietrze inne ze ziemi.
Gdzie losy nie są nad tobą,
A ty nad niemi.
WTÓRY. Weź chleby, topór, pieniądze, Konie twe, zbroje i sfory,
Nim wtóre weźmiesz już rządze ‘),
Sam będąc wtóry.
RAZEM. Lecz czemu, powiedz, ach, czemu
Ty, coś stal ponad tym krajem, Przechodzisz dziś do podziemu,
A my zostajem?
PIERWSZY. Przechodź już, wielka osobo,
W powietrze inne ze ziemi,
i) rządze “ rządy.
Gdzie losy nie są nad tobą,
A ty nad niemi.
RAZEM. Lecz czemu, powiedz, ach, czemu!
(Chóry przechodzą, Rakuz, który za niemi postępował, zbacza na przód komnaty i zatacza się w krzesło wielkie)
RAKUZ. Czemu i czemu?! Sto dębów widziałem,
Nad przepaściami schylonych przy drodze,
A każdy skrzypiał. «Czemuż ja spróchniałem?*
SZOŁOM. (bawiąc rękę łańcuchem złotym) Panie mój! Przebacz, iiż nie-proszon wchodzę;
Lecz umiem sztukę pisania stylikiem, Skąd radbym w smutku stać się poradnikiem,
Słowy mądremi odegnać tęsknotę.
RAKUZ. (nieporuszony) Ustąp! Za pocztem idź, jakbyśmy sami Szli, ja i książę, brat nasz, tarcze złote Obiedwie, z dwoma za pocztem włóczniami.
(Rakuz, nieporuszony, daje znak ręką, Szołom uchodzi, Rakuz pogrąża się w dumaniu i wyciąga w krześlej
RAKUZ. (sam) Czuwałem nazbyt! Nie mam słońca powiek,
Ni ramion skały nie mam granitowej... Oprzeć się szukam gdzieś, bo jestem człowiek.
(po chwili)
Człowiek i człowiek, od stopy do głowy!
(po chwili)
O, przecież co noc podziemia się trzęsą, Chwieją się ściany, w broń ubrane, drżące,
Jakby wołały o krew i o mięso.
Chude, zgłodniałe i kłami dzwoniące.
(po chwili)
A przecież jeszcze i zawistnych chmura... (ciszej)
I ten...
(ciszej)
Dość, widzę, błąkał się po lesie Blady, jak szkielet, w framudze kaptura. Wątpię, czy oszczep na smoka uniesie... Czuwałem nazbyt. Człowiek i natura Niech wezmą ze mnie, co się im należy!
GRODNY. (w progach) Raz wtóry turniej otrębują z wieży.
RAKUZ. Snu, snu!...
PŁATNERZ, (wchodzi na palcach z mieczem) Raz trzeci trąba gdy
zawoła,
Miecz ten...
(spostrzega śpiącego, zawiesza miecz i uchodzi)
RAKUZ. (w marzeniu) Snu tylko, i snu, i nic zgoła Więcej!... Człek jestem, jak wy wszyscy... podły.
(po chwili)
Przytomność samą cóż uwcześnić zdoła, Jeśli nie spokój, sumienność i modły?
(z śmiechem)
Wszystkich trzech razem nie znam osobiście.
(po chwili)
Słowa mi z ust mych padają nieznane, Lecz, skoro padną, słyszę je, jak liście Słyszeć powinny drzewa obnażane,
Czół własnych wieńce mając pod nogami.
(we śnie)
Idź precz! Zawracam koniem i uchodzę. Idź, bo przekreślę ci twarz ostrogami! Słońce już wschodzi, ze słońcem ja wschodzę
Na wielkim, pianę toczącym rumaku. Tam lud, i ówdzie lud, i krzyk dokoła... Przede mną tułów bestji na półhaku Wleką drabowie, cala rzesza woła: «Rakuz niech żywię! Włady Tur niech żywię!»
Lechy do kolan skaczą mi... Ich czoła, Ręce ich widzę u strzemion, na grzywie... Ziemia drży... Sława w cztery trąbi strony...
Sława!
(porywając się we śnie)
Oh! Krakus gdzież?...
(po chwili)
Rardzo wzgardzony, Uchodzi, krwawą plamę ma na licu.
(z obłędem, we śnie)
Podobnych braci dwóch widzę w księżycu ‘).
(w progach pokazuje się Krakus, na obliczu kapturem okryty, spostrzega śpiącego i zbliża się na palcach)
i) Lud utrzymuje, że cienie na księżycu są obrazem Kaina, zabijającego Abla. Stąd widzenie tego obrazu jest świadectwem planów bratobójczych Ra-kuza.
KRAKUS, (stając u krzesła) Spoczął. Niech bogi ulgę mu przyniosą, Która jest dobrą panną złotowłosą. Szlachetny Rakuz. Oh! Ileś ty, widzę, Żałobą z ojcem współkonal sędziwym!
(cofa się na palcach)
Twarzy odsłonić, poznać się dać wstydzę, Niewczesny dwakroć: umarłym i żywym!
(wstrzymuje się, pogląda na śpiącego)
Któryż-bo z zacnych trudów twych dzieliłem!
Czem cię wyręczyć pośpieszyłem? — Bracie!
Czem jestem teraz i czem kiedy byłem... Przed ojca stratą i po ojca stracie?
(z progów, gdzie zatrzymuje się na chwilę)
Śpijże ty, książę! Pod praojców godły Chmura z twojego niech ustąpi czoła! Jaw, czyn i samą przytomność cóż zdoła Uwcześnić trzeźwiej, nad spokój lub modły?
(uchodzi)
VIII.
Rynek miasta.
Tam i ówdzie pospólstwo w gromadach, na przodzie kilku Kmietów i mieszczan.
PIERWSZY. Ja mówię «Jeden» on zaś «Dwóch» a owy Krzyczy: ((Żadnego książęcia nie było!»
WTÓRY. Zgadujże teraz! Po rozum do głowy!
(SZOŁOM przechodzi mimo)
PIERWSZY. Osoba idzie w łańcuchu, aż miło.
Dworska, lecz któż się spytać jej odważy?
SZOŁOM. (przystępując do rozprawiających) Uszanowanie u gminu na twarzy
Świeci, jak łańcuch — złoty, nawet lepiej.
MIESZCZEK. Któż pomyśliłby, że sam nas zaczepi?
SZOŁOM. Sprzeczka jest o co?
PIERWSZY. On, że książąt obu
Widział, powiada, on zaś, że jednego,
A on, że wcale — i niema sposobu Zgadnąć.
SZOŁOM. Sprzeczacie się nie wiedzieć czego.
Rozstrzygnąć można tę rzecz, i niezwłocznie.
(rozstawia pytających w półkole, potem, zbliżając się do nich)
Wiele tarcz było złotych?
WSZYSCY. Dwie, przytem dwie dzidy!!
SZOŁOM. (patetycznie) Gdzie tarcz jest złotych dwie, tudzież dwie włócznie, Tam dwóch jest książąt. Lub, gdzie włóczni parę
I tyleż tarcz jest, tam, że dwóch, daj wiarę!
(uchodzi krokiem mierzonym)
PIERWSZY. To tak, jak palców pięć i pięć, dwa razy,
U dwóch rąk czyni dziesięć, bez urazy.
(oddalają się, gwarząc)
(KRAKUS przechodzi mimo, za nim SZOŁOM)
SZOŁOM. Jeśli nie błądzę, to dobra wiadomość.
KRAKUS, (nie poruszając kaptura) Dobrze jest błądzić, ile można najmniej.
SZOŁOM. Jeśli nie błądzę, to książę jegomość...
KRAKUS. Żebym choć złoty łańcuch miał przynajmniej!
SZOŁOM. Jeśli nie książę, to stara znajomość
Z głosu, i z wzrostu, i z gestu...
KRAKUS. Zaiste,
Starszej człek nie ma tu, gdzie wszystko zwodzi,
Co więcej, jeśli trafem w świat przychodzi.
SZOŁOM. (na stronie) Ktoś, co opiewa prawdy wiekuiste,
Albo Szołomów ród zna od korzenia.
(po chwili)
Gdybyś, rycerzu, z pod tego kaptura Włos jeden odkrył...
KRAKUS. Jestem z pod kamienia,
Z pod mchów, z narodu, który skryła góra.
Tam czaszek nagość popiół grzeje szary, Włosów nie trefi nikt w kosy;
Księżyc prześwieca przez szpary,
Przez krople rosy;
Tam, jeśli jesteś rycerzem, wiesz, za co, Kryjąc się, jedni darzą drugich blaskiem; Oklaski ciszą się płacą,
Cisza oklaskiem.
SZOŁOM. Naród to wielki być musi — i bardzo.
KRAKUS. Granice jego granicami gardzą.
(przechodzi w tłum)
W głębi brama, kryła lukiem.
Tłum się w nią ciśnie i czepia po wysokościach murów; na przodzie sceny gromady zatrzymane gwarzą.
PIERWSZY, (w bramie) To nie on!
Czemu palcem wytykacie?
WTÓRY. Byłżeby książę w tak szczególnej szacie,
Kapturem zwierzchu na obliczu kryty? INNY. Harfę ma złotą, lecz stoi, jak wryty.
WIELU. Trzeci raz turniej otrąbują właśnie.
(słychać trąby i wołania z wieży)
WTÓRY. To on, jeśli już trąbiono raz trzeci.
PIERWSZY. Harfę wstrząs!, jako kiedy słońce gaśnie,
Złocistsze bardziej, niż gdy za dnia świeci. INNY. Śpiewa i przed się idzie w loch smokowy,
Wyprostowanej nie ruszywszy głowy, Posągom z głazu podobny wyrżniętym; Fałd żaden na nim zmieszanym, ni krętym,
Osoba dziwna...
WIELU. Kto bliższy, śpiew słyszy. WIELU. Ja słyszę.
MIESZCZEK. Rycerz śpiewa, bądź-
cież ciszej!
(tłumy się powoli uciszają) ŚPIEW.
Chodź! Stań! Przez wiarę wiar Klnę cię, pożerco dusz!
Czar twój skończony już.
Czar mój jest żaden czar.
Bóg wie, za ile win,
Twarz w twarz, począłem rzecz.
Broń ma — len jeden miecz,
Pieśń ma — ten jeden czyn.
Pieśń ma to nie pieśń już.
PIERWSZY. Przystąpił! Harfę podnosi i ciska W pieczary ciemność!
INNY. Latawców mrowiska
Z dymu słupami wylatują wgórę...
WIELU. Widzieć nie można, taka ciemność pada!
INNY. Tam, owdzie ptastwo błądzi w niej bezpióre,
Jak nietoperzy i sów całe stada...
MIESZCZEK. Ktokolwiek pierwszy zoczy co, niech gada!
GŁOS W BRAMIE. Co widzisz? Widać co?
GŁOS PIERWSZY. Widać, jak chmurę, I jak grzbiet nagle zbudzonej mogiły, Wydzierający się z ziemi rozpaczme!
I widać jakby moc, zmienioną w bryły, Co się wyciąga ze snu, nim iść zacznie Po przyczajonych karkach stu tysięcy.
(po chwili)
I widać znowu ciemność i nic więcej Nie widać, tylko jakby błysk niebieski.
GŁOS W DALI. Miecz księcia górą! Górą miecz królewski!
PIERWSZY. A teraz widać wał, że jest ochwiany,
Zataczający się wał, jak pijany,
A zamek nad nim stoi, a wal owy Nie jest już wałem — to cielsko jest smoka!...
Legł!
WTÓRY. Oszczepnicy skoczyli do głowy...
Rąbanie słychać... Słyszycie rąbanie?
KMIEĆ. Jak gdy kto w puszczy wycinanej stanie,
Gęsto rąbanie słychać... jeszcze... jeszcze...
MIESZCZEK. Jako gdy w kuźni żelazo czerwone Młotami biją, obracając kleszcze!
WIELU. I jeszcze słychać, jeszcze! Nieskończone...
GŁOS W RRAMIE. Książę niech żyje! Mąż, co zabił smoka,
Jak rzekł, niech żyje!
PIERWSZY. Straciłem go z oka.
GŁOSY RÓŻNE. Na tarczach podnieść wgórę!... Zbawcę wgórę!...
(okrzyki podnoszą się, i uciszają, i znów podnoszą. Od przodu sceny, przez tłum ku bramie Rakuz przedziera się pieszo; przy nim Szolom i poczet dworski, za pieszymi prowadzą konie, wszystko w rynsztunku świetnym)
GRODNI. (tłum rękoma rozgarniając) W lewo i w prawo ustąp! Książę kroczy!
SZOŁOM. (glos podnosząc) Książę potykać się wyruszył!
WIELU OD BRAMY. W porę!!
GRODNY. (do tłumu) Ustąpi
(tłumy zaciskają się pod bramę. Rakuz z pocztem swoim zatrzymuje się)
PIERWSZY W BRAMIE. Kapturny zbawca zakrył oczy.
INNY. Nieporuszony w kapturze zostawał
WTÓRY. Jestże kim z bogów?... Albo żywa Sława?...
GRODNY. (w tłumie) W lewo i w prawo ustąp!
SZOŁOM. Panie włady!
W bryłę się jedną skupiły gromady, Ruszyć nie sposób.
RAKUZ. (targając włosy) Ha! Snu godzin parę
Dogonić koniem po karkach tej rzeszy — Nie sposób! Kiedyś któż temu da wiarę? GŁOSY WDALI. Górą! Na tarczy górą!
Zbawca leszy!
GŁOS W BRAMIE. Trębaczy poczet szeregami dwoma,
Daje mu drogę ku nam.
SZOŁOM. O, nieruchoma
Rzeszo, na księżyc patrząca blada wy! Słońce jest ztyłu. Rakuz, książę, czeka! PIERWSZY W RRAMIE. Mąż się kapturem zasłonił od sławy,
Widzę go. Tłum się poruszył, jak rzeka, Kiedy rozpuści i idzie z hałasem.
INNY. Już i ja widzieć mogę, jak na dłoni.
RAKUZ. (skacząc na konia swego) Kto żyw, niech za mną rusza!
(do pocztu)
Wy do koni, A ktoby strzemion tykał, bić obcasem!
(z bramy pokazują się trębacze)
TŁUM. Górą nieznany zbawca! GRODNY. Rakuz górą!
(trębacze i wiełki tłum dwoma zastępami zbłiżają się na przód sceny, środkiem Krakus w nieporuszonym kapturze postępuje)
SZOŁOM. (słaniając się w tłumie) Książę ma słowo z konia do narodu. DWORSCY i GRODNY. Cisza niech będzie! Starsi niech się zbiorą,
Niech się na kijach oprą starsi z grodu! Kołem niech Lechy staną!
(koło wiełkie okrąża Rakuza, na koniu stojącego. Przed nim Krakus w kapturze zapuszczonym, jak pierwej. Cisza)
NIEKTÓRE GŁOSY. Górą! Górą! GRODNY. Kto górą?!
RAKUZ. (z konia) Męże! Ten, co w tym kapturze Stoi, przez wielką pogardę dla tłumu,
Iż sławy nie chce, bogom i naturze Bluźni! Przemawiam doń i do rozumu Przemawiam: Odkryj czoło, zapaleńcze!
Ludowi pokłon daj, który cię sławi!
On głosi, słucha Bóg, ale ja wieńczę!
(do Szołoma na stronie)
Mów dalej, Szołom! Gniew mi tchnienia dławi.
SZOŁOM. (na stronie) Mów, książę, dalej! Już słuchają!
RAKUZ. (płynnie) Nieco Przemilkłem. Czemuż?...
(wskazując Krakusa)
Ah! By posąg owy, Poczuwszy wreszcie wnętrzności człowiecze,
Nad tłum zakrytej nie wynosił głowy! Lecz...
(rzucając się z koniem naprzód) koniec słowom! — Niech rozpoczną miecze!
(do Szołoma)
Turniej obwołać, że zaczął się!
(trębacze uderzają w rogi, Krakus zasłania się mieczem)
GŁOSY WIELU. Pada!
Mąż cichy!
TŁUMY. Zbawca, gdzie?!
RAKUZ. (z konia) Zbawca? Kto włada!
KRAKUS, (odrzucając kaptur, w skonaniu) Skończyłem! Konam...
RAKUZ, SZOŁOM, GRODNY. (rzucając się na ciało i zakrywając je tarczami) Jak upadł, niech leży!
RAKUZ. Turniej że skończył się, otrąbić z wieży!
SZOŁOM. (usuwając tłumy) Wola umarłych, jakaby nie była,
Święta jest... Wola umarłych jest święta! Jak kaptur ongi, tak odtąd mogiła Skryje ten zacny proch, co zerwał pęta! Kończę; glos szczery nie bywa rozwlekły. (ąromady z dwuznacznem milczeniem cofają się)
RAKUZ. (z konia do cofających się)
O czyny wielkie tyś się, ludu, kusił, Rzucam więc tobie ten miecz, krwią ociekły.
(wyciska miecz z ręki daleko) Złamał on męża, który smoki dusił.
Któż z nas rycerskiej godniejszym jest chwały?
W turnieju pierwszy kto? — Co żyw zostanie!
(aromadu z dwuznacznem milczeniem cofają się)
Mów, albo nie mów, ludu osłupiały!
STARZEC, (z tłumu) Raczę coś, jakby smoka zmartwychwstanie.
INNY. Obydwa godni są rycerskiej chwały.
(Rakuz przejeżdża zwolna ku bramie, choć gdzie niegdzie gromady zatrzymują. Poczet książęcy wpośród nich przechodzi) GRODNY. (do Szoloma) Gromad się jedność to kupi, to sprzęga. SZOŁOM. (do ludu) Męże! Ja jestem run-nik doskonały,
Pisarz koronny, który, jako księga, Ramiona ku wam i serce otworzę, Mówiąc: Rzeczone słowo było boże, Bożem rzekł — mówię — słowem książę włady.
1 łiczne tegoż w dziejach są przykłady,
Ja sam stylikiem rzeczy takich wiele Skreśliłem. Teraz do dom, przyjaciele! (poczet zachodzi w bramę) GRODNY. W prawo i w lewo ustąp! Poczet przodem!
SZOŁOM. Ludu! Idź do dom!
SETNI, (obwołując lam i owdzie) Kniaź uraczy miodem,
Ktoby się w grodzie jawił przed zachodem.
STARZEC, (z tłumu) O trupie zbawcy myślcie też, Lechowie,
By, jak ocięty karcz, nie próchniał w rowie.
SETNI. W prawo i w lewo ustąp! Run-nik przodem!
(RUNNIK i SETNI zachodzą w bramę)
X.
Rozłogi w okolicach bramy miejskie j.
Noc. Gdzie niegdzie pokotem śpiące gromady. Kakuz i Szołom kapturami okryci i grabarskiemi uzbrojeni łopatami Szotom z latarką.
RAKUZ. Mądrości słowo, którem osłu-piłem
Trzystaset ludu, dziś mię wzamian boli; Nie bacz, że dziwnie ci to wyraziłem. Lepszego nie znam wyrażenia gwoli.
Boli mię słowo. Mówiąc, mówię o tem,
Źe, jakbym napiął łuk i cisnął strzałę I zawróciła mi się w piersi grotem,
A jabym czuł ją i czuł, uleciała,
I, łuk trzymając luźny, drżący jeszcze, Szukał rannego, sam śmierci czuł dreszcze!
Pisania sztukę znając doskonałą,
Powiedz mi, naucz, azali być może,
By kogo słowo rzeczone bolało?
Tkwiło i pruło, jak zbójeckie noże, Słowo, o którem sam rzekłeś, że boże? SZOŁOM. Pisania sztuka zwie się i kabałą,
Pisania sztuka ma swe tajemnice, Runnikom samym dostępne.
(Rakuz upuszcza łopatę)
Ostrożnie! RAKUZ. Zbudził się który?
SZOŁOM. (wskazując latarką) Owdzie zbieraj! Świecę.
RAKUZ. (podejmując rydel) Jako gdy pola kto sierpami ożnie,
Pijani, widzę, spoczęli pokotem.
SZOŁOM. Śnią się im wiadra miodu
i wiwaty.
Nie rozbudziłbyś tej czeredy grzmotem,
A cóż dopiero upadkiem łopaty.
Radzę ją wszakże nieco zgrabniej trzymać, W ramię rzuciwszy prawe, jak motykarz. RAKUZ. Na życiu łopat nie myśliłem imać.
Nie jestżem Rakuz, książę? Kogo tykasz? SZOŁOM. Trzeba się, książę, umieć znaleźć wszędzie.
Trzeba mieć rozum taki, jak narzędzie.
RAKUZ. (popychając ramię rurinika) Szołom! Idź naprzód, nie ucz nas! (słychać krok warty)
SZOŁOM. (skoczywszy do Rakuza, groźnie) Milczenie!
Łopata na dół! Kto idzie?
GŁOS MIJAJĄCEJ STRAŻY. Sumienie! SZOŁOM. (do księcia) Hasło, tej nocy dane przez setnika.
RAKUZ. (osłupiały) Przeszli? Czy przeszli już?
SZOŁOM. (kłepiąc ramię Rakuza) Wgórę motyka!
RAKUZ. (oglądając się dokoła) Osobo mądra! Azali z prędkości Nie minęliśmy miejsca, gdzie trup leży? SZOŁOM. (wznosząc latarkę) Tarcz zdaje mi się blask, albo odzieży Bieliznę widzę.
RAKUZ. Mylisz się, to kości, Rwane ze smoka bioder, ptastwo ciska Lub psy roznoszą. Patrz! Za onem padłem Postacie jakieś i jakieś ogniska;
Ludzie czy widma?
SZOŁOM. Znikli.
RAKUZ. Wiem, że zbladłem.
Wokoło oczów czuję to, na licu.
SZOŁOM. Żebra smokowe, czy widzisz, jak wielce Czernieją? Sterczą w “księżycu,
Podobne żebrom nawy skołatanej;
Patrz tam... jak belka po belce.
Lis pełza, owdzie kruków karawany,
To się poderwą, to siędą.
RAKUZ. (rozglądając się dokoła) Dłu-goż to potrwa, długoż widzieć będą, Że owdzie zwycięstwo było?
(po chwili)
Owdzie? Wszak owdzie padł?
SZOŁOM. Niema i śladu
Tarcz nawet.
(przebiegają łuny kagańców, wyświeca się na chwilę lumulus’) Krakusa)
RAKUZ. Wdali coś się zaświeciło! SZOŁOM. (porywając za ramię Rakuza) Ludzie, tłum, ogień, stos i śpiew grobowy... Kaptura, książę, nie podejmuj z głowy, Łopaty nabok! — Przysiądźmy w parowie!
RAKUZ. (przysiadając z Szolomem pod wyniesieniem wału) Straszliwa nocy!
SZOŁOM. Ciągną tu szeregiem... RAKUZ. Drżę... a któż jestem?
SZOŁOM. Jesteś,
książę, szpiegiem Tajemnic, w życiu ukrytych i w mowie! Ale, i owszem, musisz drżeć?
RAKUZ. (groźnie) Runniku!
Nie jestżem Rakuz?
SZOŁOM. Trupów ogrodniku!
Byłżebyś sobą, będąc za się branym? RAKUZ. Słuszna osobo! Czyń, jak ci przystoi,
Bylebym męża, co w pamięci stoi, Bylebym zbawcę, zwanego nieznanym,
Do ziemi środka wparł rydlem kowanym. (łuny wielkie oświecają lumulus Krakusa, ogniami obłożony. Chóry zbliżają się)
i) tumulus (łac.) = pagórek, kopiec, mogiła.
STARZEC. Ktoby zapragnął czyn wymazać krwawy,
Niech wstecznie kołem istności zawróci. CHÓR. Niechaj zawróci, a gościniec sławy
Poczciwej znowu i manowce chuci Przed zapastnikiem staną do wyboru!
Nie starczy może już złego potworu,
Lecz starczy mężów potwornych, niestety! STARZEC. Skończył i skonał. O panie nasz, gdzie ty?
CHÓR. Gdzie ty, o panie? Świadom-szych gromada,
Duchy pogodne i wietrzyk ochoczy. Pancerz mogilny w ofierze ci składa, Przyłbicą darni ocienia ci oczy.
STARZEC i CHÓR. (rzucając amfory)1) Miodem i mlekiem lśniące dzbany ciska. CHÓR. Gałęż modrzewiu, i wieńce chmielowe,
I mirry2) bursztyn kładzie w te ogniska,
I łzy, i cichą a poczciwą mowę.
(łuny poruszonego ognia szeroko oświecają dolinę, na której kopiec Krakusa. Chóry, podnosząc ostatnie garście piasku, stoją z ramionami w ruchu)
SZOLOM i RAKUZ. (zakrywając się w parowie i przylegając do ziemi) Ciało spalone, kurhan usypany! STARZEC i CHÓRY, (ciskając piasek
i odchodząc) Z popiołów cała i z kruszyn oręży,
Ziemia krakowska niechże ci nie cięży, Sławny nieznany!
1) amfora (nr.), rodzaj dwuusznego dzbana.
2) mirra, stężałe krople wonnej żywicy, używane jako kadzidło, u nas wybierane zwykle z gniazd mrówczych.
OBJAŚNIEN
Znana powieść o smoku, którego zabił Krak czy Krakus, nieustannie w dziejach prawdziwa, albowiem potykania się takowego z potworem ślady idą przez wieki, rozmaitemi też sposoby w myśl ludu określana bywa. Jak sobie przeto poradziłem z tak porwaną całością rzeczy, czytelnik sam osądził, dodam wszakże j słów kilka ku wyjaśnieniu treści i składowych pierwiastków.
KRAK i KRAKUS, nie myślę, aby byli jednym człowiekiem; pierwszy zda mi się być drugiego ojcem, tak, jak zdrobniałe Leszki idą po starym Lechu, w czem Kochanowski słusznie wyraża się:
«Jakoby więc (mówi on) od wielkiego jakiegoś Lecha mniejszy Leszkowie zczasem się pokazali
i przodka swego imię jakoby wskrzesili®.
IA AUTORA.
«KRAKÓW», nazwisko miasta, jest przymiotniko-wem z czwartego przypadku na pytanie kogo —
czyj — gród Krakowy, czyli Kraków.
«RAKUZ», brat Krakusowy, w nazwaniu swem
ma pierwiastek filologiczny, przechowany u południowych Słowian.
«KIEMPE», jest to nazwisko skandynawskich biednych rycerzy, z którychto jeden do’ Olausa króla
mówi:
«Wiedz, że w bogi kamienne i drewniane nie wierzę, a z djablów naigrawam się. Zbiegłem ziemie
dalekie; potworów i olbrzymów niemały trupem położyłem. — Wierzę bardzo w trzeźwość umysłu czystego i w moc ramion*.
ZA KULISAMI
FANTAZJA
PROLOG.
I.
(Podróżnik i Quidam’), w kapeluszach, z laskami w ręku — Malcher na środku izby domyka ttomoki)
PODRÓŻNIK. «Chodź!» — powiadasz?... A gdzie?... Ażeby ominąć pakowanie tło-moków, dość jest raczej, przechadzając się i tu, na miejscu, wykreślić sobie stosowną elipsoidę8). Gdzież bowiem iść, od konieczności gdzież zboczyć?... Zly humor Malchera ogranicza się, i promień jego nie jest od posadzki tej promienia ani dłuższym, ani rozleglejszym.
QUIDAM. Powiadam ci: «Chodź!...» — i idźmy! I idziemy...
(wychodzą)
II.
QUIDAM. I oto widzisz, że są miejsca przeznaczone ku temu, aby właśnie że nie były żadnym celem: z tak wielkiego natłoku ludzi, w którym rozpieramy się łokciami, nikt tu nie przyszedł!...
PODRÓŻNIK. Czyliż ci wszyscy także dziś o północy wyjeżdżają i zbłądzili w to miejsce, aby pozostawić ich służebnym wolność przeklinania niedopinających się tłomoków, wolność miotania się, wolność, luźność?... Jestże to jeden więcej wynalazek, właśdwy stolicom, iż uchronić się można od wnętrza własnego pomieszkania!...
Inaczej, zaiste, opuszczałem progi wiej-
1) quidam (lac.) *=» ktoś.
2) elipsoida (orec.) — utwór geometryczny: przestrzeń, objęta przez obrót połowy elipsy około osi krótszej, np. kształt Ziemi.
skie w dziedzicznych Omegach moich: burza była naonczas, tak pomiatająca liśćmi, jak tu widzę okręcający się tłum przychodniów.
QUIDAM. Dopiero-ż Malcher twój złorzeczyć musiał!...
PODRÓŻNIK. Ty, co kolumny i posągi umiejętnem oglądałeś okiem, powiedz: czy w bezposągowym kraju jakim przeniosłeś kiedykolwiek spojrzenie toż samo na żywe postacie ludzi?... Czy uważałeś, jak dalece starożytnym narodem jest ojczyzna nasza? Weź naprzykład nowożytny typ służącego Anglika lub Francuza, weź i Niemca, weź tych doskonałych służących, których całe osobistości żywe zdają się być odlewane w umyślnej i wytwornie odmierzonej formie... Czy widziałeś to w Polsce? Polacy, możnaby powiedzieć, iż się nie rodzą na służących: to są zawsze giermki, i towarzysze, i luzaki, i podrzędnego stopnia bracia rycerze, którzy, jeszcze przez feodalne niższe praktyki kawalerskie nie przeszedłszy, podają ci laskę i kapelusz, jak podawało się ongi strzemię i miecz. Dlatego to w chwilach wielkich wielcy są, w potocznych służbach codziennych zaniedbani, często-gęsto poufni gawędziarze, nie pogardzający łzą rozrzewnienia i kieliszkiem.
QUIDAM. Tem właściwiej należało nam zboczyć tu na chwilę, gdzie, i owszem, wszystko współczesne jest... wszystko i nic.
PODRÓŻNIK. Jakto współczesne, co współczesne?... — Te różnofarbne marmury afrykańskie drobnych lombardz-kich kolumn? Marmury, których się już ani kopie więcej?
QUIDAM. To ogipsowana cegła i pomalowana z wierzchu.
PODRÓŻNIK. Te czworogranne nagłowia kolumn, ryte bogobojnem dłutem majstrów z dwunastego stulecia?
QUIDAM. To odlewane hurtem z cynku, a potem okryte złoceniami za pośrednictwem galwanizmu1). Gmach taki, jak go widzisz, stawia się dziś w przeciągu ośmiu miesięcy.
I nazywa się to kawiarnią śpiewającą. Ale owóż zasłonę podejmują. Szmer magiczny obejma zgromadzonych, iż za chwilę nasłynniejsza ze śpiewaczek ma się ukazać. Oto i ona... Grzmot oklasków... Czy słyszysz, co ci mówię?
To nie onal... Zmieniono, widzę, program... Publiczność się kłębi oburzeniem, jak lewjatan 2), gdy zmylił się w podrzucie za zdobyczą. Nie opieraj się zbyt ufnie o tę balustradę marmurową, — to powleczone blachą drewno.
PODRÓŻNIK. Coś zanosi się, widzę, na wysadzenie sceny ramionami, śpiewaczka jeśli nie wyjdzie?...
QUIDAM. Bądź spokojny! Czy uważasz głowę i pól ramienia, wychylające się z za kulis po stronie prawej?...
PODRÓŻNIK. Widzę kogoś, spozierającego bacznie na zegarek, jako, kiedy wprawny fotograf odmierza czas działalności słońca.
QUIDAM. To jest przedsiębiorca aplau-
1) galwanizmu, tj. elektryczności; mowa o t. zw. galwanoplastyce.
2) lewjatan (hchr.), w Starym Testamencie (Psalm 104) nazwa jakiegoś potwora morskiego.
zu’) i poręczyciel wartości śpiewaczki, skoro oburzenie publiczności dojdzie do obmyślonego naprzód kresu... Ale już, już dochodzi!... Słyszę coś podobnego do trzasku łamiącej się poręczy pod naciskiem — teraz, teraz! Otóż i ona! Poręczyciel schował swój zegarek. Możemy już bezpiecznie opuścić zgromadzenie i ochłodzić czoła na powietrzu...
PODRÓŻNIK. Jakto? A śpiew?...
QUIDAM. Cokolwiekbądź i jakkolwiek-bądź teraz zaśpiewa, przyjęte będzie wytrzymywanym pierw umyślnie oklaskiem. Wybuch zaś ten nietylko że ocenić, ale i usłyszeć pieśni nie dozwoli — to nazywa się: sztuka w swym rodzaju zupełnie nowa...
Umknij nieco ramienia. Lękam się, ażeby mi nie połamali albumu, w którym życzę sobie mieć coś pióra twojego przed rozstaniem.
PODRÓŻNIK. Pokazałeś mi architekturę, publiczność, smak, styl i sławę. Wychodźmy! Teraz czas jest, ażebym w albumie twoim zapisał się.
W PAMIĘTNIKU.
I.
Nietylko, pierw się najadłszy mandragor, Błądziły w limbach szalone kobiety, Nietylko Dante i trzeźwy Pythagor, — Byłem i ja tam... pamiętam, niestety! itd. (Ciąg dalszy zob. na str. 128 i n. Nr. 183).
i) aplauz (tac.) — oklask(i), poklask; tu mowa o najętych oklaskach, zwanych zwykle (z franc.) «klaka>.
ZA KULISAM I1).
FANTAZJA.
«Czy znasz weneckie zapusty?* Malczewski.
OSOBY:
OMEGITT, na Omegach pan.
LIA, narzeczona jego.
EMMA, powiernica.
SOFISTOFF, referendarz stanu. MALCHER, służący Omegitta.
Komisarze policji — służbowi — agenci — konspiratorowie — maski — etc... GLGCKSCHNELL, poręczyciel spółki teatralnej.
POLAK, urzędnik zagraniczny.
FIFFERAQUE, sław
Maska DIOGENES — Maska FEUILLETON. POETA GMINNY.
KRYTYK.
MANDOLIN — CIIÓR FIOŁKÓW — ORKIESTRA — FLET — SKRZYPCE.
PAŹ — ARLEKIN 5) — PIEROT”) — Maska SUŁTAN.
DIANA — NOC.
SEKRETARZ AMBASADY.
QUIDAM.
ny autor spółczesny.
Scena przedstawujc międzysionek teatru i maskaradowej sali; w środku kilka kolumn, pod któremi stoją służący, z głębi słychać orkiestrę. Gdzie sała się z mię-dzysionkiem łączy, widać kilka siedzeń, wykwintnie krytych, i z pomiędzy kolumn przezierający róg bufetu.
KOMISARZ. Trzeba mieć na uwadze służącego, który właśnie z bywalcem we-szedł w rozmowę.
SŁUŻBOWY. Służący po lewej stronie bywalca jest agentem 15-go stopnia 27-go okręgu.
KOMISARZ. Po lewej stronie od nas patrząc, ale po stronie lewej zowąd... tego, mówię, któremu się wlecze po ziemi szal ponsowy, iż nie umie go trzymać.
SŁUŻBOWY. Biorę i z tego notę pierwszą... Przyzwoity służący nie zaniedbywałby do tyła rzeczy mu powierzonej.
(przechodzą)
MALCHER. Wszędzie, jak to mówią, dobrze z dobrymi ludźmi, ależ w domu najlepiej!... Vivatl...

  • ) Z przedmowy do tego utworu pozostało tylko nic nie znaczące zakończenie z datą: «dan 1869-0 u siebie — X».

2) arlekin (włos.) — błazen, pajac.
3) pierrot (franc.) — komiczna figura (z franc. pantomimy) w obszernem białem ubraniu i białym, szpiczastym kapeluszu.
SŁUŻĄCY Z LEWEJ STRONY. — kto ma dom...
Z PRAWEJ. — a kto domu swojego nie ma, ten ma wszystkie.
MALCHER. Mieliśmy-ci ich sporo po całych, z przeproszeniem, Niemcach, we Francji i u Włochów, w Algerji, za jednem morzem, i za drugiem, które jest większe, — i tam, gdzie namioty jeno, a domostw niema ani miast, tylko ludzie tędy owędy po nieuprawianym piasku, jak cyganie się włóczą! — Podobno, że ca-luchny świat objechaliśmy wkólko, ale kto to mógł widzieć, jadąc a jadąc? Je-dziesz prosto, to jedziesz — a potem i w głowie się przewraca od szwargotań tylu języków ludzkich. Aż na razie, jakże cię nie porwie tęskność do swoich, jakże ci się w oczach nie zamąci!...
SŁUŻĄCY, (z szalem) Mówią, że też służącym zawsze skorzej tęskno do ojczyzny...
SŁUŻĄCY, (agent 15-go stopnia) Panowie znajdą wszędzie swoich: ten owych, co się bawią; ten znowu tych, co pieniądze robią; inny ludzi, co książki piszą; taki nareszcie i tych, co o polityce tylko zawsze i zawsze rozmawiają... Czas, ot, leci!
(dwa domina’) przechodzą ku bufetowi)
i) domino (włos.) — płaszcz maskaradowy z kapturem — osoba, w taki płaszcz odziana.
PIERWSZE DOMINO. Czy uważałeś przy tym człowieku szpiega z 27-go okręgu?...
DRUGIE DOMINO. Nie dbaj o to!... Ten z drugiej strony — ten, któremu się wlecze szal czerwony, to przysięgły nasz agent konspiracji.
(przechodzą)
GLUCKSCHNELL. Zaczynam się już tylko z tego cieszyć, że przecież miano dość rozsądku, aby osobnego z tej sztuki nie robić widowiska!... Ślicznie byłaby wyszła spółka! Podpiera mię to jedno, że przy dość obiecującej maskaradzie może jako lako dramat dotrzyma, a potem się to zatrze, jak ruszą do raźnych komedyjek, przeplatanych gdzie niegdzie baletem >) i kupletem ’) —
POLAK, (urzędnik zagraniczny) Niestety! Polacy nie mają inteligencji do rzeczywistych praktycznych afer 3).
GLUCKSĆHNELL. Szukam tu którego autora.. Kupię mu ponczu i niech gada, słusznie bowiem mówi filozof starożytny, że prawda jest na dnie kieliszka 4).
( przechodzą)
PIERWSZE DOMINO. Anonim») się końcem końców zawsze wydaje, częstokroć przed zamknięciem widowiska. Co zaś do przedmiotu i tła sztuki, myślę, że można było daleko więcej z nich wycią-gnąć.
DRUGIE DOMINO. Życzyłbym sobie pełniej, pełniej tendencyjnego elementu. Można było naprzykład lekkie zboczenie zrobić od potyczki wtórej i wyłożyć w kilku monologach choćby główne prawidła partyzantki“), choćby pojęcia pierwsze doraźnej kastrametacji...7) Okoliczności, tak fortunnych dla autora, pomijać na sucho nie godzi się.
PIERWSZE DOMINO. Służący, szpieg 27-go okręgu, niesie lody.
DRUGIE DOMINO. Weźmy lodów z rąk szpiega! To mu więcej nada pewności siebie, a nic przecie nie zdradza człowieka doskonalej.
1) balet (wlos.) — utwór sceniczny, w którym główna rolę gra taniec i mimika.
2) kuplet (franc.) — piosenka treści wesołej a aktualnej z powtarzającym się refrenem.
3) afera (franc.) — sprawa, interes.
4) Prawdopodobnie ma tu Norwid na myśli łaciński aforyzm: «In vino veritas» (dosłownie: «prawd£ w winie®).
0) anonim (lir.) — nie podpisany list lub bezimienny autor.
e) partyzantka (franc.) — wojna podjazdowa.
7) kastrametacja (późnolac.) — odmierzać miejsci na obóz.
PIERWSZE DOMINO. Mógłby nas kto zobaczyć z partji, która sobie poprzysięgła nie kupować nigdy niczego od podejrzanych ludzi.
(przechodzą)
(Lia, w fantastycznym stroju Heloizy1).
Emma, w dominie).
LIA. Na bok nieco się uchrońmy; chcę odpocząć. Gdyby się te arkady rozstąpiły od góry i powietrze całego nieba tu wzio-nęło, nie byłoby mi nazbyt dla westchnienia.
Czego chcą ode mnie, czego się na mnie sprzysięgli?... — Jedno mię zaledwo nie omyła, (z goryczy uśmiechem).
Jedno!... Oto, że, gdybyś przejrzała na-wskróś całą chmurę tych masek i gdyby ci się tak stały czytelnemi wszelkie wiązadła intryg, jak ozierać się dają włókna indyjskiej gazy, przeciwko słońcu pełnemu rozwiniętej, zobaczyłabyś... mnie tylko jedną i jedną, zobaczyłabyś nas tylko i nic wokoło!...
Dlaczegóż ten tłum? Dlaczegóż wcale inaczej jest, niżli jest?...
EMMA. Mila moja, z całej przecież intrygi twojej dwie tylko rzeczy mi wiadome: niespokojność, która lekkiej gorączki łuną opromienia ci czoło, i ciążące mi w kieszeni pudełeczko, z którem czemu się noszę? That is the question 2).
LIA. (pochylając się ku zwierciadlanej ścianie) Tegoby też zaiste tylko zbywało, żeby mi się wyczerwieniły na obliczu drukowane litery, zwłaszcza, że już podobno zaczynam być chodzącym afiszem nie najszczęśliwszego zapewne z dramatów!
EMMA. Jeszcze mię to wszystko mc nie objaśnia; powiem nawet, że nie przypuściłabym nikogo do współudziału, tak niewiele mu wiedzy zostawując.
LIA. Daruj, o, daruj, luba Emmo, ale cóż ja dla ciebie kiedykolwiek mogłabym mieć tajnego?... Czyli należało rozwlek-lemi opowiadaniami tu uprzedzać, co było powinno już dotychczas przed oczyma twojemi i nielcdwie w rękach twoich się rozwiązać!... Uczucie, podobne zarazem do sprawiedliwego wstydu i do obrażonej miłości własnej, zmusiło mię przemilczeć, nie utaić, iż tak zwane moje z hrabią na Omegach zaręczyny, albo raczej, że postanowienie i słowo moje pod tym względem
1) Heloiza, ukochana a potem żona słynnego scholastyka i teologa paryskiego, Abelarda (1079 — 1142); oboje skończyli smutne życie w klasztorach.
2) that is the ąuestion (ann.) — oto jest pytanie. Cytat z «Hamleta» Szekspira.
żadnej a żadnej jeszcze pewności nie przybrały...
EMMA. Czy podobna?...
LIA. Pudełeczko, które ci słusznie cięży, zawiera w sobie dwa pierścienie, nie zamienione dotychczas przez nikogo...
EMMA. Człowiek tak przyzwoity!.. A potem — w wieku waszym! Nie jesteście oboje dziećmi, jesteście ludzie... Tak przyzwoity człowiek miałżeby dopuścić się pło-chości i bez istotnego powodu zdanie swoje odmieniać w chwili właśnie stanowczej, a tyle oczekiwanej z upragnieniem?
LIA. Droga moja. Upadł mi do stóp moich, prosząc o odwlokę do dziś tylko, do jutrzejszego świtu, do chwili, gdy ostatnia zniknie gwiazda nocy obecnej...
Powtarzam ci prawie słowa jego...
Czyż należna kobiecie godność nie nakazywała mi umieć przyjąć lak mało spodziewanej prośby? Owszem, nie spojrzałam mu w oczy i pierścieni nie raczyłam dotknąć; skinęłam ręką... Potem — potem, gdy już go ujrzałam bliskim progu, przyszło mi nagle na myśl, że naznaczona pora jest maskaradowym dniem dzisiejszym... Dorzuciłam w tym względzie kilka słów za odchodzącym... Ani się na chwilę nie zachwiał. Wcale...
EMMA. Jest w tem coś szczególnego...
LIA. Powiadają, że w zawiązywaniu stanowczych węzłów opatrzność nastręczać zwykła zdarzenia dziwne i oświecające jakoby błyskawicami od stóp do głów całe postacie charakterów. Ależ, przyznaj mi, proszę, czy nie miałam pierwej na względzie tego wszystkiego, co rozsądek i co nakazuje przyzwoitość? Wiek, urodzenie, stanowisko, znajomość świata i majątek prawie stosowny; odpowiadający humor i wzrost... Zaiste, że wyboru mojego nie zrobiłam, jak pierwsza lepsza panieneczka, ani zaniedbałam czegokolwiek, mogącego poręczyć domowe szczęście.
Dlatego mi tem więcej uprzykrzać może postępowanie zarazem tajemnicze i do uniezasadnionego wahania się podobne... Kogo witasz?...
EMMA. Referendarz Sofistoff... Chciał się zbliżyć, ale go domino jakieś zatrzymało. — —
LIA. Czy jesteś pewna, że mnie nie poznał?...
EMMA. Byłaś właśnie do ściany obróconą, jakkolwiek do zwierciadlanej ściany!... Przeszedł... przeszedł... Mówmy!...
LIA. Domyślasz się więc, iż, czego nie należało przed wszystkiem zaniechać, to właśnie że znajdowania się tu, i to jeszcze
prawie z wyrazem tej swobody, którą możnaby zdała o obojętność podejrzewać. —
EMMA. (naqle) Przewybornie. Nie wiem dlaczego nawet unikać swoich dawnych wielbicieli... Byłabym oto zaraz i Sofistoffa zatrzymała, którego na długość wachlarza miałyśmy obok.
LIA. Nie przerywaj mi w chwili, w której najdrażliwszą rzecz mam ci powiedzieć...
Kogo witasz?
EMMA. Baron Gliickschnell przeszedł z wielce sławnym francuskim autorem An-nibalem de Fiffraque. Czy uważasz, jak Fiffraąue nosi szkiełko??
Otóż, wracając do najdrażliwszej rzeczy...
LIA. Przerywasz mi co chwilaI
EMMA. Słucham.
LIA. Skoro przeto uznałam za konieczne nie uchylać się wcale od zabawy, jakkolwiek bardzo dla mnie ironicznej, nie przybyłam umyślnie ku końcowi widowiska i maskarady, owszem, zaraz na poczęciu się drugiego aktu tej dziwnej dramy... Nagle spostrzegam, że coś się szczególniejszego zagaiło, i krąży, i obiega w gronie naszej poufnej publiczności. —
Żarlowniś jakiś — tylko słuchaj! — nie-poczesny żartowniś jakiś rzucił pogłoskę, jakoby bezimiennym autorem był właśnie że nie kto inny, tylko Omegitt! Krew mi do głowy uderzyła. Podobno, że w dwóch miejscach świstano sztukę — nie wieml Lecz, jak kiedy w noc ciemną wielka ogarnie kogo błyskawica, wyjaśniając na chwilę najdrobniejsze atomy piasku wokoło stopy jego, tak stanęły mi nagle w oczach tajemnicze odwłoki i hislorja pierścieni, któremi kieszeń twoją uciążyłam, nie umiejąc się daru tego dotknąć ręką swobodną. Od pierwszej chwili zaraz uwierzyłam była pogłosce, potem nie uwierzyłam i sobie samej, lecz poczęłam zatracać pojęcia różnic pomiędzy uczuciem miłości dla kobiety a próżnością, pomiędzy poważaniem a ironją... I oto nic już więcej nie wiem oprócz, że, jak wszyscy zdają się twierdzić, dramat, ten, który jest na scenie, musi być o bardzo i bardzo wiele niższym od niewczesnej ko-medji, w jaką, kto wie, czyli mię nie wplątano!
EMMA. Lio miła, prosty rozsądek nakazuje tłumaczyć sobie to wszystko całkiem odwrotnie, czyli, że, jeżeli mu w głowie zaświtało próbować szansy autorskiej, tedy właśnie, że byłby nie odwlekał
ustalenia zamiarów, które, jakkolwiek niezależne, często pełzną na niczem dla ludzi okrytych głośną śmiesznością...
GLOCKSCHNELL. Do wyrzucenia sobie mieć nie będę, jeżeli paniom przerwę, wkrótce bowiem dzwonek nas powoła, ażebyśmy cieszyli się ustępem trzecim widowiska, czy dramy, czy tragedji, o której zdanie pani słyszeć uważałbym sobie za wyjątkowe szczęście...
LIA. (do Emmy) — «Wyjątkowe szczęście® — To już zaczyna być przysłowiem wszystkich mówiących ze mną!...
(do Barona)
Właściwiej byłoby mnie zapewne, ażebym uciekła się do zdania członka teatralnej spółki i do kogoś, co przed chwilą ze słynnym francuskim autorem niewątpliwie ważną toczył rozmowę.
GLGCKSCHNELL. Ah, pani! Jeżeli miałbym słynnego de Fiffraąue zdanie powtarzać? Ci panowie naturalnie, że nie mogą być oczarowani utworem, mniej niż wątpliwie przyjętym... Zapewne pani zna sztukę nową genjalnego, a wyżej wzmiankowanego autora, «Saturnina, czyli djable oko?» Zrobiło to furorę! Ośmnasta edycja wyczerpnięta. Co większa, iż współcześnie tłumaczone jest arcydzieło na wszelki język i świat prawie cały już obiegło... Wyborny chłopiec! —
Wczora pchnięto mu dwa telegramy, dając wiedzieć o dwóch dekoracjach, jednocześnie na tejże samej spotkać się mających piersi: o gwiaździe Izabelli arcy-katolickiej i o gwiaździe sultańskiej Mahometa...
Maska ASTROLOG, (przechodząc mimo) Ku podobnej konjunkcji *) ciał niebieskich zaiste, że trzeba piersi, szerokich jak firmament!
GLUCKSCHNELL, (ciągnąc rzecz swoją) Szkodzi mu to cokolwiek, że może jest nazbyt liberalnym... Młodość, młodość!... Ale otóż Fiffraque i Sofistoff, i rodak nasz, dygnitarz zagraniczny —
(słychać dzwonek, orkiestrę, gwar i przeciągłe świstanie)
EMMA. Podaj, referendarzu, rękę naszej Juljecie...
LIA. Gzy nie zatrzymamy się, aż skończą... świstać?
SOFISTOFF. (podając je] ramię) Moglibyśmy całkiem sztuki nie widzieć.
i) konjunkcja (lac.) — połączenie, ti. takie położenie czy stanowisko planet, w którem znajdują się na jednej płaszczyźnie, prostopadłej do ekliptyki.
(tłum ogarnia powyższe osoby; Emma i Gluckschncll zdążają)
EMMA. Względność sądu pańskiego, ile że na zapytanie Lii wyrażonego, nie oświeciła mię statecznie o wartości utworu i pisarza...
GLOCKSCHNELL. Interes, interes, interes dramy lub tragedji — oto, co mam do zarzucenia kapitalnie!... Interesujące dzieło, pani, nietylko daje się uczuwać w samym obrębie sceny albo sali widowisk. Przez czas uczestnictwa mego w spółce powielekroć zdarzało mi się zauważyć, jak dalece wystarcza nieraz okiem strzelić naokoło bufetów, aby unieść sąd zdrowy i samą naturę rzeczy trafnie odgadnąć. Rzeczywista i silna tragedja daje bodźca trawieniu: więcej jedzą,
zwłaszcza pod koniec sztuki, co zarazem dałoby się i higjenicznie wytłumaczyć...
Szczególniejsza wszelako (co niemniej uważałem), iż podczas baletów długich daleko więcej zwykle piją. Vaudeville *) dobry i tęgo grany nie przechodzi normalnej linji, zaś utwory, jak szanownego skądinąd hrabi na Omegach...
EMMA. Przycichnijmy cokolwiek — —
GLOCKSCHNELL. Dla osoby, wielką zbliżonej poufnością, nie ukryłbym wreszcie i tego, że tyloletnie podróże i tak dalekie zatarły w nim to tętno dzielne, swojskie, które z jednej strony daje osobną siłę językowi pisarza, z drugiej nieustannie myśl onegoż w bieżące potrzeby społeczeństwa wtajemnicza, to jest w to, mówię, co się podoba... każdemu. — EMMA. Dopiero teraz istotnie wszystko zrozumiałam i niesłychanie baronowi jestem obowiązaną.
II.
Inna część maskaradowej sali. Wielkie okna, dająces) na krużganek, skąd zasiane gwiazdami niebo widać; w głębi snują się domina i maski w niewielkiej liczbie; czasem mniej wyraźnie, a czasem wybitnie słychać orkiestrę.
OMEGITT. I, jako myśliłem, stało się: oni wyobrażają sobie, że pisać dramat było ostateczną myślą moją. Sędzię formalni zewszechmiar, którzy rozdzielają społeczność na zastępy umysłów pieszych

  • ) vaudeville (franc.), po polsku wodewil — lekki utwór sceniczny, przeplatany śpiewami.

2) «dawać na...» galicyzm (franc. donner sur...) dawać widok na..., wychodzić na.
i konnych. Im zdawa się, że jedni na rozgrzywionych jeżdżą piórach, podobni do gońców fantastycznych, drudzy zaś uprawiają prozę życia i są podpierającymi się handlarskim łokciem kalekami!...
Czyli na to obiegłem okrągłość globu i radowałem się uczuciem człowieka-męża, który zupełnie obejma kibić ziemi, ażeby ponad ową dwójcę elementarną nic nie dociec? —
Azali napróżno patrzyłem w gwiazdy, których nie widzieliście nigdy, i rachowałem wieczory wtenczas właśnie, kiedy rozbudzaliście się ze snu?...
Azali czas i miejsce i wszelakie historji ciało stradałem był napróżno z oczu moich??
Azali owego niema istnienia, istnienia, które, wszędy się rozlegając, nie opuszcza pewnego osobnego miejsca i powiada jednostce śmiertelnej «Jesteś» i powiada, że jesteś, albowiem ogarnąłeś zarazem wszędy i tu!?...
O, wielce nietrzeźwi albo marni! Azali już pomiędzy natłokiem rubasznych mio-tań zatłumiony jesl oddech, wołający do niebios i nawskróś niebios?
Męża czv tu już niema, ani niewiasty żadnej, tylko jest wypadkowy obyczaj i techniczna równowaga zmysłów?...
Jeszcze chwila, a rozpoczną niektóre gwiazdy znikać. Jeszcze niewiele chwil, a bladawe łuny zaranku przenikać poczną grubą ciemność — któraż jest godzina, i dzień, i rok, i miesiąc, i wiek, i epoka która?... I gdzie?
Malcher, o Malcher, ty chodząca klepsydro moja, dopókąd widzę długie wąsy twoje i wzrok rzewny pod ciężkiemi brwiami twojemi, dopókąd pętlice cza-mary twej oglądam, tyle i opamiętywam się w otchłani!...
CHÓR FIOŁKÓW, (masek) Kwoli smętnemu zawiejmy podróżnikowi, my, na-półgrobowe, ciche kwiatki! Niech przypomni sobie, gdzie oddychał oddechem braci i sióstr naszych, fiołków!
(do Omegitla)
Podróżniku smętny! Patrz i tchnij... Oto szarych i fioletowych kwiatów wieniec, naokoło ciebie krążąc, naokoło, czaro-dziejskiem zagraża tobie opętaniem...
OMEGITT. Maski wonne i smętne, jak godzi się odzywać do was?
CIIÓR FIOŁKÓW. Pierwszy z nas jest fiołek, a druga jest fiołka, a zaś trzeci z nas jest fiołeczek.
I drugi z nas także jest fiołek, ale
pierwsza powiada koniecznie, że jest fiołka... Jak sobie chcesz...
Dlatego że, kiedy gdzie indziej rumiane tańczyły dziewczęta przez wiosnę swoich lat, my wtedy włóczyłyśmy za sobą grobowy kir i krepę, która nam opajęczyla wszelki nasz gest.
I żadna z nas lub żaden, jak sobie chcesz! I żaden i żadna z nas caioserdecz-nego nie zna uśmiechu...
Ja fiołek jestem, a ona powiada, że jest fiolką, i my jesteśmy dużo fiołków i pytamy się ciebie, czy widziałeś wiele grobowych wiosen.
OMEGITT. Widziałem fiołki, wystrzygane z fioletowego atłasu, osadzone na drutach, o smętne maski moje.
PIERWSZY FIOŁEK. A co powiedzieli ci o nas? Szczerze mów.
DRUGI. Czy na cmentarzach germańskich i francuskich, na zwaliskach Rzymu i złomach Grecji, czy na południu lub północy?... Mów!
FIOŁKA. Czy zakochałeś się w Paryżu, widząc siostrzyczkę moją, opętaną w ciężkie warkocze?
WSZYSTKIE FIOŁKI. Cha, cha! Acha!... Intryga!...
PIERWSZY FIOŁEK. On w Paryżu nie był, nie był w Paryżu!
DRUGI. Co to jest Francja i Paryż? Szczerze mów!
OMEGITT. Francja jest narodem wielkich przeznaczeń, a Paryż jest tylko stolicą europejskiej cywilizacji...
PIERWSZY FIOŁEK. Kiedy on taki mądry, niechaj ci powie, co ta cywilizacja jest?
DRUGI. Kiedy jesteś taki mądry, to powiedz, co?
OMEGITT. Cywilizacja europejska jest bękarcia...
WSZYSTKIE FIOŁKI, (zakrywając sobie uszy atlasowemi kapturami) Ach!! Grubjanie szkaradny! I dlaczego?
OMEGITT. Dlatego, że wszystkie inteligencje praktyczne są niechrześcijańskie, a wszystkie chrześcijańskie są niepraktyczne...!
(usuwa się)
POLAK, (urzędnik zagraniczny) Szukam marki paltotu mego, a znajduję częstochowski medaljon święty na podłodze.
DOMINO. Trzeba go. oddać służbowemu policjantowi.
Maska ASTROLOG. O, Niedźwiedzico
Wielka1), gdzie podziejesz się za wnij —: ściem słońca! i
(do Omegitta)
Patrz, jak cedzą się jedne gwiazdy, drugie zaledwo tleją lub podopalane drżą...
OMEGITT. (za Astrologiem) Czekaj!... (oglądając się)
Znikł w fali masek, które odrzuciły się nagle długim gwaru pólkręgiem, pozosta-wując na próżni mnie samego, jako kiedy morze odstępuje od zarytych w piasku resztek okrętu...
(od strony międzysionku słychać orkiestrę i mocny świst, tudzież hałas nagle wchodzącego tłumu)
(Omegitt cofa się we framugę wielkiego okna)
GLOCKSCIINELL. (ocierając czoło) Przyznam się, że fiasko, jakiego na ży-1 ciu nie pamiętam!...
EMMA. Szkoda, że wyznano publicznie nazwisko...
GLtrCKSCIINELL. Utrze się to jeszcze powoli, jak ruszą do sztuczek, z sensem pisanych. Czego mi wszelako największy żal, to rozczarowania urodziwej naszej Heloizy, której szukam.
EMMA. Umówione jest, że tu ją winnam spotkać, przechadzając się tam i napo-wrót.
(przechodzą)
Maska DIOGENES2). Nie odpychajcie mię, niewdzięczne! Czyliż się nie przy-milam, ile umiem, ażebyście wskazały mi człowieka, który nie zachwiał się powiedzieć tego, co wam fiolkom wybrzmiało grubjaństwem?
KILKA FIOŁKÓW. Czy to uszy nasze są lak bezsilne? Tyle razy dźwigamy przecież zausznice z ogromnych pereł rosy. i rosy niesłychanie czystej, a wszystko cokolwiek jest czystego, dwakroć cięży!..
DIOGENES. O, jakże być musi lekks krynolina3) szyta z bibuły dziennikar
1) Wielka Niedźwiedzica lub Wielki Wóz, nazw grupy gwiazd na niebie pólnocnem.
2) Diogenes z Sinope, cyniczny filozof grecki, zrr w r. 323 przed Chr., słynny z dowcipu. Np. w bial dzień chodził z zapaloną latarnią po Atenach i twiei dził, że «szuka człowieka*.
3) krynolina (franc.), sztywna suknia, mocno odstc jąca od ciała.
skiej, którą zamiatając niepomału, zbliża się owa maseczka...
(do Maski)
«Sit tibi crinolina levis!» ’)
Maska FEUILLETON 2). A jednakże każda nowinka mię uciąża, każda nowinka!... Począwszy od dramatu nowego «Tyrtej» (wyświstanego właśnie obok), aż do widoku Diogenesa z fiołkami w czułej har-monji!
OMEGITT. (pół do maski, a pół do siebie) Nowego nic pod słońcem niema, niema nic!... Wszelako skąd pochodzi, że nowego nic niema?!
FEUILLETON. Oto, zaiste nowość!... oto nowość!...
OMEGITT. Nic nowego niema z przyczyny tej, iż wszystko, cokolwiek wiemy do dziś, uznawane było albo poczuciem, albo analog ją3), albo wyrozumieniem, albo silami doświadczenia, albo i samym nawet dziwnym przeczucia zmysłem. 1 nie było nigdy lak zwierciadlanie płaskiego oka, któreby, na jesienną patrząc jabłoń, mającą rzadki lub jedyny owoc na szczycie swoim, widziało jedynie i wyłącznie tylko owo jabłko i jeszcze owegoto jabłka tylko tę stronę, która najwygodniej bywa przeciw oku postawioną. Owszem, patrząc na przedmiot, nie widzimy bynajmniej powierzchni jednej, ale przez tajemnicze a mistrzowskie poczucie ogółu widzimy prawie że współcześnie wszystkie inne przedmiotu bryłowatości i przecięcia. Im zaś przedmiot widzenia zupełniej jest rozumny w swej całości, tem zupełniej i prędzej obejmujemy go jednym oka rzutem zewszechmiar. Podobnie jest, i zwłaszcza, z Prawdą!
Ona, przedewszystkiem będąc całą, od najpierwszej chwili, w której dała się postrzec, udzieliła się ludziom niejako w zupełności. I, jeśli nie oczywistemu rozumieniu ich twarz w twarz, to, że tak powiem, pośledniejszym a mnogim tegoż, ich rozumienia władzom i środkom.
Dlategoto nowemi odkryciami nazy-. wamy co chwila rzeczy wcale nieobce t i które jakoby nam były poniekąd gdzieś
— zażyłe albo zbliżone, i które człowieka umysł niewątpliwie że pierw jakoś kiedyś dopuszczał...
3 1) (Inc.) Niech ci będzie krynolina lekki)! Pa-
, rodja zdania, jakie umieszczano na nagrobkach w Rzy-y mie: Sit tibi terra levis! (Niech ci ziemia będzie
2) = (fr.) odcinek literacki w dzienniku.
3) analogia (nr.) “ zgodność albo podobieństwo stosunków.
Z tej to wielkiej przyczyny nowego nic pod słońcem niema...
DIOGENES. Myślilem, że to człowiek, a to latarnia!
FEUILLETON. Myśliłem, że to nowinka, a to prawda!
(do Fiffraque’a)
Gdybym twe wiedział zdanie, o francuski autorze słynny, zrobiłbym z tego jeszcze dzisiaj po wieczerzy i po winie spory artykuł...
FIFFRAQUE. Jednego nawet słowa pojąć nie mogłem!... My, gdy obcych języków nie raczymy się uczyć, to wyśmiewany tylko barbarzyńskie onych wybrzmienia — i to nam starczy.
WSZYSTKIE FIOŁKI. Cha — cha — cha — acha!
FIFFRAQUE. (do Fiołków) Ale my zato sobie samym i o sobie samych (jak słyszycie) mówić umiemy tak ścisłe prawdy — a to jest moc, nad lingwistyczne ćwiczenia wyższa i szybsza!
(przechodzi)
FIOŁKI. On zaś mówi o jabłku i o drzewie.
OMEGITT. (z melancholią) Dziecię, widząc upadek jabłka, wyciąga ku owocowi swe rączęta, jakoby pierś matki pragnęło objąć, ale Newtonowi tenże traf co innego zwiastuje *) i gdzieindziej jego myśl odnosi. Chemik podejmą jabłko i na obitej
o ziemię stronie jego wyczytuje zarodek przetwarzania materji, co filozof aż do ognistych otchłani słońca wraz odsyła, gdy ogrodnik mimo przechodzący widział zapewne owoc spadły i skłonione ku niemu ręce ludzi.
DIOGENES. A wyświstany «Tyrtej», gdyby po tysiącach lat znalazł się tu, cóż oglądałby lub zagaił na maskaradzie żywota?
OMEGITT. Mówiłby zapewne prawdę, wierząc w moc jej, czego, zaiste, że nie postrzegam, aby ktokolwiek czynił.
DOMINO-SZPIEG. Zaś moc prawdy skąd idzie?
OMEGITT. Pochodzi z jej całości, a przeto stąd, że prawda jest ideą, powodującą nieustannie równe sobie świadectwo...
DOMINO-SZPIEG. Miałożby i to być świadectwem, że ja nic nie rozumiem?
i) Widok spadającego z drzewa jabłka mial skłonić wielkiego uczonego angielskiego Izaaka Newtona (1643 — 1727) do rozmyślań, których wynikiem było odkrycie siły ciężkości.
DOMINO-KONSPIRATOR. Ryłoby zaiste że świadectwem wielkiem, gdybym ja pierwej coś odgadnął...
CHÓR FIOŁKÓW. Na cmentarzach — na cmentarzach — na cmentarzach! O świcie — o południu — i o wieczorze i o nocy i o przedświcie!...
POETA GMINNY. Hej-hop, dalej hej-hop! Amarantowe czapki wgórę — wgórę dzwoniących kółek sznury i zadzierzgnięte poły za pas! Hej-hop — hej-hop!...
Pawie piórka z niebieskiemi w środku sercami, wysadzone na wierzch czoła u krasnych czapek — hej-hop, hej-hop!...
POLAK, (urzędnik zagraniczny) Równego nic nie znam baletowi narodowemu w Polsce i odpatrzeć się go nie mogę, ilekroć na przyjęcie panujących lub dyplomacji bywa tańczony.
DIOGENES. A wyświstany «Tyrtej», gdyby po lat tysiącach znalazł się tu, na tej żywota maskaradzie, cóż przeniósłby nad wszystko?...
OMEGITT. Odpowiedzi żądaj od krytyka, który musi być ową postacią, przyobleczoną w szatę, z drukowanych papierów uklejoną. Oto, biegnąc, wyprzedza się szelestem... Wiele masek na prawo i na lewo i naprzód pędzi przed nim, jakby się uchraniały od pogoni i razów.
CHÓR BIEGNĄCYCH. Nie pytajcie, mehercule *), nie pytajcie, na mocy czego tak a tak sądzi ów krytyk?... Pozostawicie mu albowiem dwie straszne bronie w ręku: nie dać czasu, ażebyś zapytanie owo wypowiedział... albo tak dalece zgwałcić ciebie polemicznemi wyskoki, żebyś przebrał miarę oburzenia i dyskusję zmienił w potyczkę. Pozostawcie go przeto, niech sam coś stworzy, niech pocznie coś sam na sam, w wielkim pokoju myśli własnej!
KRYTYK, (maska) Tam i owdzie, gdy w zwierciadlane pojrzałem ściany, zobaczyłem się nagle od stóp do głów. Tam i owdzie dlaczegóż rozlewają się mury w jeziora szkła i świateł...?! Tam i owdzie spostrzegłem nareszcie całą tajemnicę natchnienia mego. Eheu2), nie byłbym w możności nic utworzyć, gdybym się pierwej nie rozdrażnił, i gdybym się nie zawziął na coś i nie ugniewał!... Dlatego, to właśnie, na co sarkam, cały stanowi skarb mój i całe upewnienie i pokój.
OMEGITT. Dzieci wtenczas mają potrzebę bicia i psowania. Siła kocha się w sobie, skoro ze ślepego żywiołu w akt
1) mehercule (lac.) — na Herkulesa!
2) eheu (łac.) — achl (okrzyk bólu i żalu).
przechodzi — jest to właśnie najniepo-dobniejszą rzeczą do krytyki...
FIOŁKI. Ten wynarodowiony podróżnik, gdzie tknie, przewraca! Azali nie uplatałyśmy się w wieńce dla owego mędrca, i dla tamtego poety, i dla tego wszystkiego, co tu świeci, niosąc wonne kadzidła z rosą łez?...
GLOCKSCIINELL. Kilka jeszcze kroków za krytykiem pozwól mi, pani, zrobić! Może uroni parę słów z tego, co
0 widowisku dzisiejszem mamy czytać
1 sądzić.
EMMA. Nie uważałeś, baronie, na gest i postawę Heloizy naszej? Przeszła tędy przed chwilą, ale nie miałam odwagi jej zatrzymać. Patrz za owym pielgrzymem, co ubrany jest w perłowe muszle! Oto widzę jeszcze, oto widzisz: jej białe ramię... Patrz, jak to ramię drga od przytłumionego wewnątrz oburzenia! Nigdy nie widziałam oczu takich i wstrząsnęłam się, pozierając w nie, jak w głąb, która magnetycznie na dno pociąga.
GLOGKSCHNELL. Widzę, że się przybliża do wielkiego okna, do krużganku, jak osoba, spragniona otwartego powietrza. Tamże przez tłum przepływa posuwiście i niefortunny autor...
EMMA. Oto widzisz okażnie profil jej na tle nieba, które ani rumienieje od jutrzenki, ani już od księżyca bierze srebro... Oto jeszcze ostatnia gwiazdka nad jej warkoczem plącze się.
Gdyby nie te gitary i mandoliny!... Gdyby się można było zbliżyć słuchem. MANDOLIN >)
I.
A czy też ona wić —
Nie z jawu, to choć z snów —
Jaki to bywa koniec lwi Szczerze jej śpiewanych słów?
II.
A czy choć aby wie,
Najnieustanniej nowa,
Że tu się kona wprzód, nim zwie,
A ona zawsze zdrowa!
III.
A czy przynajmniej wie Wołająca wciąż «daléj!»
W czyich to łkaniach stopy dwie Umywa, jako w fali?...
1) imię męskie utworzone od słowa «mandblina> (wlos.), tj. instrumentu muzycznego o kilku strunach, podobnego do gitary.
A czy chociażby wie W swej omylnej pogoni,
Że tu się nieraz z grobów rwie Kwiat makowy do skroni...
(Emma, Gluckschnell i kilka innych masek uchylają się pod filary wielkiego okna; Lia wsparta o krawędź krużganku, Omegitt od strony salonu przez tłum masek zbliża się).
OMEGITT. Jako Leander *), przez szkło fal Ilellespontu spostrzegając zapalony ogień na wieży, wydłużał ramiona swoje, aby do brzegu na czas zdążyć, tak, przez gazy i wiewne osłony masek, dopatrywałem ciebie, pani, i ostatniej gwiazdy nad czołem twem...
LIA. (niechętnie) Leander (jeżeli nie mylę się) utonął w Hellesponcie...
OMEGITT. Poczem kapłanka Hero rzuciła się w morze, nie będąc dość syreną, i obojga koniec był tragiczny. Lecz... nie uważałem w pierwszej chwili, że należało mniej poufnie i mniej swobodnie zacząć rozmowę...
LIA. Zaiste, podziwiam dobry humor, lubo jego źródeł nie zgadują. Skrócę nawet i streszczę, co mam mówić...
OMEGITT. Oto właśnie ostatnia gwiazda znikła!...
LIA. Zazdrościłam jej naprzód!... Po-wielekroć! — Powielekroć, mówię, potrzebę czułam tak wymazać nazwisko moje z liczby widzów tragedji pańskiej, jak przed chwilą zatarło oddalenie blask tej gwiazdy.
OMEGITT. Pani, ta gwiazda jutro wznijdzie i ktoś zapewne przypadkiem spojrzy na nią z tegoż samego miejsca. Wszelako ten sposób wicia rozmów nazbyt wiele przestrzeni zostawuje pomiędzy dwoma osobami, ażeby jej kto trzeci zająć nie pośpieszył, przy tak upomym tłumie.
LIA. Ten rozmawiania sposób, panie, wielce jest podobny do grzeczności wzajemnych i pozdrowień przed pojedynkiem; dlatego proszę nie uważać za nietrafne, jeśli gestem zastąpię dalsze słowa i pośpieszę mu wręczyć pierścienie jego...
OMEGITT. (usuwając ręce) Pozwolę sobie ostrzec panią, że niewiele jest boleśniejszych utrapień od ciągłego uczucia, iż pozostawiło się za sobą serce, przez
i) zob. obj. na str. 141!
nas zranione, i dlatego, pierścieni nie przyjmując, chcę atoli coś unieść z drogich rąk jej, ażeby towarzyszyła nam pamiątka, ażeby mnie wspomnienie, a pani świadczyło przekonanie.....................
..........................................O-
111.
Też salony, od strony zajezdnego przy-sionku.
MANDOLIN.
Na posadzkę zapustnej sceny,
Gdzie tańcowały pierwej tłumy mask, Patrzyłem sam, jak wśród areny, Podziwiając już pierwszy słońca brzask.
I na jasnej woskiem zwierzchni szyb Kreślone obuwiem lekkiem kręgi,
Jakoby czarodziejskich pisań tryb Mówił do mnie z ziemi, jak z księgi.
Listek kwiatu, upuszczony tam,
Szepnął mi coś papierową wargą...
Wśród salonu pustego sam i sam —
Rosa jemu i świt byłyż skargą?
Otworzyłem okna z drżeniem szkła,
Że aż gmachem moja wstrzęsła siła.
Z kandelabrów spadła jedna łza — — Ale i ta jedna z wosku była!...
KOMISARZ. Na uwadze mieć trzeba pokątnych pieśniarzy i gitarzystów. Azali niedość jest muzyki oficjalnie pensjono-wanej, która szczodrze i stale wydąża maskaradowym potrzebom?...
SŁUŻBOWY. Ludzi czujnych i wiernych wszelka bacznofć przeniosła się do miejsca, kędy zwierzchnie odzienia za numerami odbierają. Tam na teraz jest, jak to mówią: waga kniei!
FINAŁ ORKIESTRY, (razem) Jeszcze kilka tylko, kilka stronic, opłynionych po brzegach bladą zorzą, okapanych od góry konaniem lamp...
Im się zdawa, że my gramy rozczulający finał2) włoskiej opery, lub że po-oślepiane oczy nasze skaczącemi nutami w gorączce wzroku zapominają się dla akordów, słodko płynących...
My cieszymy się raczej, że jeszcze tylko
0 Końca tej sceny brak w rękopisie.
2) finał (lac.) — ustęp końcowy utworu muzycznego.
parę pozostawał nam stronic, dotykanych po brzegach różowemi palcami zorzy, wyświecanych od góry konaniem lamp.
FLET. (solo) Jakże się też nie położę w pudlo moje, białym wykładane aksamitem, jakże się nie wyciągnę już za chwilkę!...
Oto jeszcze raz tylko, tylko raz, wilgotne mię usta dotknąć mają, szepcąc coś...
Oto jeszcze raz tylko, oto raz jeden tylko przebiegną mi po biodrach kościste palce, a potem — potem... jakże nie spocznę! Trumienka moja długa jest — dostatnia jest zewszechmiar trumienka moja i białym wysłana aksamitem...
SKRZYPCE. Flet już swoje skończył i klaszczą mu...
Niechżeby mu klaskano jak najdłużej!... Niechżeby mu klaskano, zagłuszając ma-łouważne smyka poruszenia! Kilka włosów wytargnął smyk z swej białej grzywy, wytargnął kilka włosów, białych, jako śnieg — i odleciały na powietrze!...
ORKIESTRA, (razem) Jeszcze tylko kilka stronic, kilka, które do połowy różowieją zorzą poranną, a od góry okapane są gorejącym woskiem świeczników...
Jeszcze tylko parę tych stronic, zapisanych pląsającemi nutami w sieciach linij, jakoby to były skaczące czarne postacie tworów nieznanych, a ułowionych w drżącą matnię.
PAŹ. (z gitarą)
I.
Nie chcę już smutków, nie!... Już mi za małe,
Choćby, jak świata zepsucie, ogromne! Cóż bo tu nie jest naskróś przebolałe? Cóż nie zajęknie mi w ucho, gdy wspomnę?
II.
Dlatego nie chcę smutków, bo nienowe, Tylko że własnej starości nie pomne — Jakbym nie słyszał wciąż, gdzie wesprę głowę,
Że wszystko jęczy a jęczy, gdy wspomnę!
III.
Pyły zatartych pod nogą pomników,
I miasta na nich, i twierdze niezłomne, Aż pójdą w gruzach czekać budowników... Wszystko tu jęczy a jęczy, gdy wspomnę!
Dlalego lubię kwiat niezapominek,
Bo rwą go zwykle ręce wiarołomne!
I lubię nagły w znużeniu spoczynek,
Bo uprzytomnia śmierć — pierwej, nim wspomnę.
Dlatego lubię kwiat niezapominek,
Bo rwą go tylko ręce wiarołomne!
EMMA. Chciej się usunąć, smętny paziu!... Paziu smętny, daj folgę ręce mojej, którą przyciągam ku Heloizie, albo podaj jej to małe pudełeczko, dwakroć już w ciągu wieczora pożądane...
PAŹ. (usuwając się)
Daj mi wstążkę błękitną! Oddam Ci ją Bez opóźnienia...
Albo daj mi cień twój z giętką Twą szyją! Nie, nie chcę cienia.
Cień zmieni się, gdy ku mnie skiniesz ręką,
Bo on nie kłamie!
Nic od ciebie nie chcę, śliczna panienko, Usuwam ramię...

  • * *

Bywałem ja od Boga nagrodzonym Rzeczą mniej wielką:
Spadłym listkiem, do szyby przyklejonym, Deszczu kropelką. —
(przechodzi)
SOFISTOFF. (w fantastycznem ubraniu Abelarda) Gdyby nic odmienna tłoku natura i nie zagłuszający orkiestrę błędni gitarzyści i piosenkarze, obiecywałbym sobie to na końcu zabawy, po co inni tu gromadzili się przedwcześnie.
DIOGENES. Oto i człowiek!...
(zagasza świailo swej latarni)
— To on, on — nieochybnie! Inaczej nie wdziewałby maski ze wschodem słońca...
EMMA.(półgłosem) Referendarzu uprzejmy, jeszcze jedno tylko i jedno słówko rady poufnej, jeszcze jedna ulotna chmurka do odwiania daleko poza różowość zorzy — —
Mamże odkryć ci, przestrzec ciebie, mamże twemu taktowi nieco zostawić do zwalczenia?
SOFISTOFF. Pani, ostrzeż, jest to uczyń sama przeze mnie; poradź, jest to rozkaż
a taktowi memu pozostaw, jest to: użyj jeszcze trzeciego sługi, skoro już dwóch pierwej wszystkiego dopełniło. W takim razie wybiera się zazwyczaj służących niedołęgów.
EMMA. Taktowi twemu pozostawiam niemałą rzecz — albowiem narodowość twoją, czyli przeszkodę jedną i jedyną, jaką spotkać już możesz względem Heloizy... Referendarzu uprzejmy, czy mnie pojmujesz?...
SOFISTOFF. Pani! Ojczyzna moja nigdy i przenigdy niczem innem nie była, jedno właśnie że taktem! Pozostawiać trudności, jakie nastręczać może narodowość moja, i pozostawić je mojemu taktowi — jest to poruczać serce moje piersiom moim. Nietylko się przerażać takowym datkiem i ciężarami onego, ale nawet zań podziękować sprawiedliwie nie potrafiłbym.
Pani, kiedy inne ludy, zakochane w osobistościach swoich, wyzywały wszelakiego nieprzyjaciela postępu na bój różnobronny i szukały rozmaitej sławy, ojczyzna moja uprawiała wtedy właściwy jej rozum oczekiwania na owoce cywilizacji, nie jej otrzymywane wysileniem. Dlategoto na teraz, dlategoto w wieku obecnym pozytywnym, widzisz pani, że mądrość, ojczyźnie mojej właściwa, a ogólna cywilizacji mądrość znaczą jedno!
Czy pojmuje pani, jak dalece narodowość moja nikomu przeszkodą być nie może?
Od stolicy ojczyzny mojej, założonej na wzór, skądinąd przeniesiony i gdzie indziej zdobyty trudami wieków, aż do formy i nazwy państwa, aż do obuwia i ubioru każdego rycerza, broniącego ojczyzny mojej, wszystko nienarodowe jest i obce! Jest to właśnie że piętnem wysokiego i szerokiego posłannictwa mojej świętej ojczyzny — i jakże, o pani, może być, aby narodowość moja była przeszkodą, przeszkodą, jak mi to pani daje uczuć, przeszkodą do osobistego mojego szczęścia?
EMMA. Pozostawiam cię, o Abelardzie, genjuszowi twojemu i jeżeli zniknę na chwilę, to jak dobroczynna wróżka...
(znika w tłumie)
ARLEKIN, (wtórując sobie mimiką1), jakby gitarę trzymał)
Wlazł kotek na płotek | I mruga;
Piosenka to śliczna, niedługa!
i) mimika (gr.) — wyrażanie uczuć i myśli zapo-S mocą wyrazu twarzy, ruchów i gestów.
PIEROT. (odbierając mu mimiczny instrument)
Wbiegł ptaszek na daszek Kościoła,
A wiatr nim okręca dokoła!
ARLEKIN, (przejmując na nowo mimikę)
«Twój ptaszek Jest z blaszek®,
— Kot rzecze —
«Choć kręci się wkółko, nie przeczę!)) (przechodzą)
IV.
Tychże samych salonów przedsionek zajezdny.
PIERWSZY SŁUŻĄCY. Burnus*) księżnej i watowany kaptur panny Hermene-gildy...
DRUGI. Płaszczyk pana hrabiego... ka reta! Jakób!... Jakób!...
TRZECI. Ponumerowano ciąg powozów: nasz trzydziesty dziewiąty... Nepo-mucyn!... Hola, Nepomucyn!...
Maska SUŁTAN. Skręćmy bokiem co rychlej i zawadźmy jeszcze o szklankę piwa u Małgorzaty...
DIANA, (maska) Coś na zimno przekąsić, coś ze zwierzyny z sałatą przyszła mi chętka...
SEKRETARZ AMRASADY. (do Diany) Popilżebym szampanem i nie pogardziłbym cygaretkiem na dzień dobry!
NOC. (maska) Zawadziłam czarne mroki moje i gwiazdami pstrzone opony gaz moich, zawadziłam o ostrogę żandarma!...
EMMA. Czy widzisz ich, baronie, tam, gdzie kolumn dwie?... Tam ich dwoje, a istnie, że są piękni! — Oto Heloizy czoło pochyla się i tonie w cieniu framugi, oto Abelarda ramię wyskoczyło w smug światła rannego — szepcą coś... Poglądając na nich, przychodzi mi na myśl, że nie-inaczej spozierać musiał Canova na bliskie dokończenia posagi swoje... GLtrCKSCHNELL *)
OMEGITT.............................
że słyszę z jednej i drugiej strony coś jakoby litanję przełamywaną wyciem...
Coś, jakoby niesionej broni w marszu szczęki...
Głowa mi cięży. Spocznę...
(przylega)
i) burnus (arab.) — rodzaj płaszcza z kapturem bez rękawów.
<») przerwa w rękopisie.
.........................................’)
WÓDZ. (odwracając się do falangi i uderzając mieczem w próżnię) Jeszcze raz żelaza poświstem, jeszcze raz płazem la-cedemońskie odepchnijmy powietrze...
Wgarnąć całego nie mogę pod krótki miecz mój, a ty, a ów?...
PIERWSZY Z SZEREGU, (dając cios) Zwichnie mi się rękojeść, albo ten prąd dobieży w przysionek domu rodzinnego.
WÓDZ. I, jeżeli się zatliła gdzie belka, rozdmucha pożar...
PIERWSZY. Bo nie było tam ojców, jedno byli pastuchy stada bawołów...


A ojcowie nasi nie mieli żon...


Kiedy im już zabrakło na hekatombę2) krwi, kiedy wyszczerbiły się falangi pod mcsseńskiemi kosami, wtedy odstawili żołdaków do owdowiałych łożnic w ojczyźnie ich...
I porywała się ta i owa niewiasta, lecąc do bram na spotkanie posła z pola bitwy... Ten wiatru poświst, wyrzucony popchnięciem miecza, ten prąd powietrza niechaj szuka matki Spartanki i wy-gwizdnie w jej siwiźnie słowa przekleństwa.
WSZYSCY. Bo żaden z nas matki nie miał, i nie miał ojca, i żaden z nas nie miał ojczyzny!...
WÓDZ. Bo my nie Spartjaty ani lace-demońskie męże — my Partenjanie!s)
I pójdziemy, gdzie granit odpycha morze, i odepchniemy morze stu wiosłami, i odepchniemy ramieniem zmorę wspomnień, bo zahartowano nas pierwej pieluch, a potrafimy znieść wszystko — prócz lej ojczyzny!...
WSZYSCY. Bo żaden z nas matki nie miał i nie miał ojca i żaden z nas nigdy ojczyzny nie miał.
(przechodzą)
MALCHER. Wypróbowali, panie, szabel, wypróbowali... Ale, co rzekli między sobą, nie rozumiem, jedno myślę, że tędzy lu-
1) przerwa w rękopisie.
2) hekatomba (ar.) — ofiara ze stu wołów, składana bogom w dawnej Grecji; przenośnie; masowa śmierć.
3) Partenjanie (gr.) — dsyeci nieprawego loża, zrodzone w Sparcie podczas wojny messeńskiej; Partenjanie osiedlili się w południowych Włoszech w okolicy Tarentu.
dzie i coś razem podobni do owego etran-żerskiego *) legjonu, który w Algerji widzieliśmy...
OMEGITT. (porywając go za ramię)
Chłopca z końmi wołaj mi wraz!
Uchodźmy!
(Omegitt i Malcher uchodzą w stronę
lewą, gdy od prawej wstępuje Chór ateń-
ski, a następnie we dwa pólkręgi rozłamu je się).
CHÓR PRAWY. W człowieka życiu są chwile próżne, chwile czcze. Ale w żywocie prawdy chwil takowych niema, jedno jest ciąg. Dlatego chór ateński wciąż się wiedzie, jako nieustannie czujny are-opag »).
Kto nie rozmawiał z nim? Kto z nim nie rozmawiał? Ale on sam rozmawia ustawnie z prawdy rytmem.
Zachwycił się on raz o pierwszorzędny ton harmonji, który przewodniczy światom, i najnieprzerwaniej kołuje odtąd, jak planeta.
Czy widziałeś, ażeby się kiedykolwiek uniósł albo zaśmiał — albo żeby przesyt i znudzenie znalazły się na równej drodze jego? Zaiste, takowego męża nigdy nie było... A wszelako: ateński chór takim jest.
LEWY. Dlatego, że w życiu męża są chwile próżne, chwile czcze, lecz w prawdy żywocie chwil takowych nie było nigdy.
EPOD. Błogosławione jest światło i nie bywa złorzeczonym cień; ale, kto zguby poszukuje, temu jedno i drugie dopiero za znalezieniem przedmiotu sprawuje radość.
CIIÓR. Oto, widzę, zbliża się mąż ateń-czyk i poziera dokoła niespokojnie, jakoby, na tym kraju ziemi rzeczypospolitej tam i sam wzdłuż stąpając, w dwie zarazem poglądać przyszedł ojczyzny.
LAON. Onego dnia dawnego, kiedy, wyrostkiem ledwo będąc, rzuciłem się ze skołatanej nawy za tonącym człowiekiem, azali rozważyłem w sobie pierwej, iż ocalę dla siebie ojca i obywatelstwo i ojczyznę? Podobnie i dziś tegoż samego siebie poznaję w sobie albo boską tożsamość nieustannej nad sierotą opieki!
Jako bowiem dnia po wszystkie pamięt-negć podołałem był wydźwignąć z toni
1) etranżer (franc.) — obcy, cudzoziemiec.
2) areopag (ar.) — najwyższy sąd w dawnych Atenach.
C. Norwid. — Dzieła
morskiej sędziwą osobę Kleokarpa, któż wie, azali napróżno wiarę dałem pozorom i wieściom i czyli nie zbyt płocho się porwałem, ażeby ukrywane wycieczki Eginei aż tu dośledzać!
CHÓR. Człowieku, który wyziewem niewolniczej azjackiej przypowieści obejmasz jasną prawdy rdzeń, a który masz gest i postawę i ubiór obywatela ateńskiego, nie opowiadaj, jeno powiedz.
LAON. Metek’) nie jestem, i podobno, że nieco więcej niż izotel — 1), a prosta-tem3) mym człowiek areopagita, któremu uratować życie dały mi bogi. Urodziłem się pono na dalekich brzegach Fenicji, a odrodziłem się na pianach fali morskiej; mężem uczyniła mię galera czarna z czerwonym żaglem, a obywatelem lud ateński na progach przysionku Tezeusza4).
Areopagita Kleokarp jest mi ojcem wedle sprawiedliwości...
Sprawiedliwość od boga bogów idzie. Kleokarpa pierścień na palcu moim nosząc, nie przyozdobiłem się świecidłem zewnątrz ponętnem. Są albowiem burze i nawałnice nietylko owe, które widujemy z dachów w odległości, ale i te, co sa-mychże przysionków kolumnami wstrząsać umieją.
— Oto szlachetnego Kleokarpa dostojna córka od niektórych dni znika z domostwa i powiadają języki niewstrzymane, że chadza według poszeptów Tyrteusza, odkąd tego poetę wielka wyrocznia podała głosowi ludu ateńskiego, a Ateny go stawią na czele zastępów lacedcmoń-skich...
CHÓR PRAWY. Powiadają mędrcowie wschodni, że na krańcach przestrzeni nieustannie wrzące jest ogromne koło wichrów i ciał i duchów.
LEWY. Nieustannie parte i okręcane światów pochodem.
PRAWY. Tak samo i na wybrzeżach świata tego nagromadzają się mroki, przez które niejeden duch przechodził bohaterski.
LEWY. A widnokrąg myśli człowieka zaokrąglony jest milczeniem i melan-cholją.
EPOD. Na kraju tym dwóch ojczyzn,
o obywatelu ateński, wśród ruiny tej, której dwa ościenne ludy nie śmiały pod-
1) metek (gr.) lub metojk, osiedlony w Atenach cudzoziemiec.
2) izotel (gr.), metek, który jako odznaczenie otrzymał prawa cywilne obywateli ateńskich.
a) prostat (gr.), przełożony, opiekun.
4) rozumie się: świątyni Tezeusza.
nieść z upadku i która przeto legia dwakroć głębiej, iż środków i sił miała dwakroć, o obywatelu ateński, tu kogo przychodzisz szukać i jaka cię utrapiła nie-spokojność?...
LAON. Pogodnie jest lśniący hełm Mi-nerwy, a słowa umiejętnego męża nie są porywcze. I tragiczne także umysły chórów, przechadzając się po krańcach sceny żywota, łacniej mogą o burzach mówić i wyrokować o nawałnicy morskiej, kształtne podnosząc z piasku muszle, niżeli ów widziany z dalekości pod walącym się masztem sternik. On się wydawa im tak drobny, jak odłamek koralu, który na morskim brzegu tam i owdzie zarył się w piasek.
CHÓR PRAWY. Jako wspaniała jest demokratyczna ateńskiego ludu swoboda, jako wspaniała! Ale prądy głosu ogólnego zdradliwemi byw’ają i bystremi falami swemi łatwo mogą grochowe ziarnka unosić. Dlatego nieuzasadniona często wieść tem skorzej porywaną jest, im lżejsza.
LEWY. Dlatego w rzeczach treści boskiej do cichego ty raczej areopagu, o nocy, idź! A jako jest niebieski obszar firmamentu w całym majestacie wszystkich gwiazd, tak wypogódź pierwej w piersiach twoich wszelkie uczucie i niech się tak wygwiaździ każda twa myśl i słowo jedno po drugiem!
CHÓR PRAWY. Ku temu to salamiński Solon ’) utwierdzić podążył starożytne areopagu kolumny 2) ażeby tam, gdzie sa-modzierzstwo ludowego głosu nie jest bynajmniej tamowane, miarkowało się w sobie nakształt morza, dośrodkując do głębi i okrywając się z nadwierzcha lekkiemi piany. Areopagu ciche koło, pod gwiazdami zasiadające w nocy, głębią jest, a pluskającemi tęczami zwierzchu są uliczne wrzawy i wieści płoche i szumiąca w słońcu popularność.
LEWY. Przecież daleko łatwiej jest posłyszeć otrzymane ze Sparty wiadomości, jeżeli kto je pierwszą ręką miał, niżeli od środka ziemi, z samych Delf, wygłoszone słowa Apollina umieć odgadnąć, albo umiejętnie odgadnione powtórzyć zdrowo.
EPOD. Przeto, o ateński obywatelu, wiedz, iż dlatego właśnie Chór spotykasz, który tu po słowa prawdy przyszedł, aby
1) Solon (około 655 — 560 przed Chr.), prawodawca ateński; <salainiński>, bo spowodował odzyskanie zdobytej przez Megarę wyspy Salaminy.
2) Solon zreformował areopag, rozszerzając znacznie zakres jego praw.
mu nadlatywały siad i zowąd. Jako kiedy, poszukiwając ziemi środka, Jupiter1) rzucił orłami dwoma od zachodu i wschodu niebios, ażeby się nad okopami Delf spotkały.
LAON. O stugębna wieści, któż cię nauczył okradać bogi z prawd, a ludzi z serca i otuchy, by nienarodzoną jeszcze przyszłość na szwank narażać? Podobna Molochowi Ammonitów2), którego bronzowy posąg w dziecinnych snach moich mię utrapił, przeciągając rozpalone do czerwoności ręce swoje w mrokach północnych nad trzcinowem sieroty łożem. Ale oto spostrzegam w dali męża, którego po chyżości samej łatwo poznać, że lacede-mońskim jest biegaczem: widzę, jako, utykając przed się ostrzem kostura, przerzuca się i toczy po pagórkach, niby roz-igrane koźlę młode... Ten, zapewne z wia-rogodnem wysłany będąc słowem, albo z nakreślonemi ręką pewną znaki, podążą, podąża i już jest wcale bliski.
EPOD. Stało się więc, iż odpowiedzią Chóru jest objęcie w siebie i tego głosu, który zapytywał go przed chwilą i który nieledwie że popędliwie mu zaprzeczał. Podobnych temu prawdy zwycięstw daleko więcej bywa, niżli piasku atomów na wargach morskich.
(Laon przechodzi ku głębi sceny, gdzie pod kolumnami dwoma spotyka się Chór prawy z Chórem lewym i od czasu do czasu wiąże Epod3). Laon, nieco bliżej przodka sceny, przed miejscem, wtaści-wem Epodowi, wstrzymuje się)
(Daim po ostatnim skoku swoim odmienia krok i wchodzi z szczególną starannością)
CHÓR PRAWY. Ten sam, co ledwo chwila temu jak rozigrane gził się koźlę, ten sam zbliża się kroki kapłańskiemu
LEWY. Wedle Likurgowego4) testamentu, z którego tyle im zostało wokoło nich, iż układnie ruszać umieją członkami ciała...
EPOD. Zaprawdę, człowiek odpowiada całym sobą pierwej, niżeli folgę dawa słowom.
CHÓR. Nie ku czemu innemu ateński
1) Jupiter, Jowisz, rzymski odpowiednik Zeusa.
2) Moloch (lub Melech), assyryjski lub fenicki bóg, któremu składano ludzi w ofierze. — Ammonici, szczep semicki, pokrewny Izraelitom i mieszkający od nich na wschód. Ich bóg naczelny, Milkom, nie ma nic wspólnego z Molochem.
8) epod lub epoda (gr.) — śpiew końcowy po strofie i antystrofie chórów greckich.

  • ) Likurg, prawodawca spartański (druga połowa 9 wieku przed Chr.).

chór pogodnie się okręca w rytmie planet.
LAON. Mężu spartański! Jeżeli biegaczem jesteś, wygłoś nakazaną tobie z góry powieść, a jeżeli, co większa, masz tablice, porozumiewalnemi znakami zewnątrz jasne, tedy zapytuję, czyim rękom i oczom i czyjej są przeznaczone umiejętności?
DAIM. Słowem pierwszem od Sparty: «Zwvciężyć albo zginąć!)) A lacedemoń-skiem pytaniem te drugie słowa: «Gdzie wódz?» A trzecią likaońską przypowieścią, iż każdy z żelaznym mieczem swoim stoi, jak wryty.
Okrągłe puklerze, i torby chleba, i po-wózek smarowane koła w oczekiwaniu drżą.
Sto świń dzikich a tucznych mają kapłani, kiedy zechcą, i trzymają ogień w pogotowiu, siedząc a myśląc.
Ale równi wysłali gońce i biegacze, jako ja jestem, i nauczyli ich napamięć | wszystkiej powieści, którą rzekłem, ażeby o wyczekiwanym wodzu dostać języka.
A teraz: trwać mam tu, aż mi kto powie, co napowrót godzi się odnieść, bo zaprawdę że już i lakońskich brakuje słów, tak bardzo wiele powiedziawszy!...
CIIÓR LEWY. Ci ludzie narodowy zatracą język przez wyskok sił...
PRAWY. Jak stracili już jedno pokolenie samowolną banicją *) Partenjanów...
EPOD. Nie powiedziałeś zbyt wiele, mężu spartański, jeżeli daleko więcej wzamian wyglądasz. Naucz przeto uczciwie pytających o tem wszystkiem, cokolwiek w tak przeważnej chwili wiedzieć należy.
DAIM. Niewolnikiem będąc, o obywatele, nauczony jestem zwłaszcza trwać i milczeć.
LAON. Wszelako ateński niewolnik swojemu jedynie panu powolnym bywa, mianując się równym poza domem każdej osobie. Zaś inaczej jest aż dotychczas z powolnością ludu spartańskiego i dlatego ja ci nakazuję, mów, co wiesz.
CHÓR. Ten się sprawił, zaiste, jako rzeczypospolitej obywatel trzeźwy i czujny, używając prawa, które mu dano, ani je w niepożyteczności zatrzymując...
— Riegaczu spartański, tobie nakazujemy, mów, co wiesz.
(chwila milczenia)
i) banicja (nowolac.) — skazanie na wygnanie, wy gnanie z kraju.
LAON. Mów, co równi trzymają między sobą?...
DAIM. ((Zwyciężyć — lub zginąć!))
LAON. A lud?... Co trzyma?
DAIM. ((Zginąć — lub zwyciężyć!))
(chwila milczenia z obu stron, jakoby rozważając powolnie Daima odpowiedź)
 «»
CHÓR. Zaiste, chrobra jest w prostocie swojej lakońskiego języka siła i treść!... Zaiste, chrobra!... ale rozliczniejsze są daleko obyczaje ludów na świecie, i wygłosy, i powiedzenia im właściwe. Dlatego Ateńczyk wszystkie piękna każdego narzecza woli objąć, albowiem świątyni nikt nie stawia z jednej kolumny.
LAON. (do Daima) Jeżeli przeto pomiędzy równych okrzykiem i okrzykiem ludu jest różnica, tedy w całej Lakonii, widzę, iż takiego niema męża, któryby tymczasowo ponieść umiał trudy harmosta!?...1)
DAIM. (z niejakiem oburzeniem) Hiero-plit dzielny trwa.
CHÓR. Obywatel, nazwiskiem Hieroplit, kto jest?...
LAON. Kto jest człowiek nazwiska nieznanego?
DAIM. (nieco poruszony) Od Lakońskiego golfu2) do zatoki Korynckiej cały świat o Ilieroplicie wie, że dzielny jest.
A kto więcej rózgami był okladan, niechaj stanie!
A kto świsnął z ołtarzy więcej bulek i, z kolegami w równi się dzieląc, zjadł, niech mi zaprzeczy.
Azali messeńskie dziewczyny nie szalały, kiedy nad granicą kozy pasł?...
Azali nie płynął aż do Krety, gdzie bywa mądrość?
«Hieroplit!» kto zakrzyknął, kupę powiedział i takowy odpocząć sobie może, jak w święto wół.
CHÓR. Osobo lakońska! Czy nic więcej o pospolitej rzeczy spartańskiej nauczyć nie masz?
DAIM. Górą Hieroplit, górą!
Zginąć, albo zwyciężyć!
CHÓR PRAWY. Zaledwo że z Focy-dy3) powiał wiatr i jeszcze nikt słowa wyraźnego wyroczni nie zna. Cóż się godzi mężowi temu odrzec i jakiej powieści się nauczy zmordowany Lakończyk krótką rozmową?
1) liarmostes, nazwa rządców lub wójtów, namiestników królów lacedemońskich.
2) golf (ivłos.) — zatoka.
3) Focyda — kraik w Grecji środkowej na północ — od zatoki Korynckiej, słynny dziąki świątyni w Delfach z wyrocznią Apollina.
LEWY. Dla wyrozumiewających wyrocznia dawa: myśl, dla gwałtownych
i krzepkich: nagi ukaz, a oczekiwanie dla pierwszych niewyraźnym tylko prologiem bywa.
EPOD. Spartański biegaczu, w dni niewiele naznaczony przez bogów harmost do Lacedemony ’) zdąży. Ateny podejmą imię jego rękoma śwemi z kolan bogów. Ale czyli przez pogodne błonia Arka-dji2), albo czyli po gruzach tych przechodzić będzie, czyli może wioseł pięćdziesiąt poniesie go brzegami Cyklad do Likaońskiej zatoki, tego ani wiedzieć dotąd niepodobna ani wiedzieć się godzi w wigilję wojny...
DAlM. Niewobiikiem będąc, o obywatele, nauczony jestem zwłaszcza trwać i milczeć.
LAON. Synem przygotowanej do walk będąc ojczyzny, umięjętnie czuwaj w roztropności.
II.
Opodal jednej z bram ateńskich — uprzedni dziedziniec letniego domostwa Kleokarpa, po dwóch stronach laurowe chodniki i marmurowe lawy, przed jedną z law krosna i co do tej roboty się należy — czas nadwieczorny.
(Dorillu chwilę pogląda dookoła — Egi-nea wchodzi z głębi sceny)
EGINEA. (wchodząc) O, jakże szybko ubiega czas, Dorillo, gdy użycie jego na-przemiany od nas i nie od nas znów zależy.
DORILLA. Ale kto oczekuje zarazem ojca, pana domu, siostry i przybranego brata, ten zależy we wszystkiem nie od siebie...
EGINEA. (zbliżając się do krosien) Po-glądam na ostatni ścieg mej igły...
DORILLA. Czy ażeby przypomnieć sobie ciąg rozmowy, którą nagle przerwawszy, opuściłaś była progi domowe na tyle czasu!...
EGINEA. Dlatego przypatruję się, o siostro, którą z barw wypija skorzej słońce, jeżeli kto pozostawi krosna cudze na powietrzu odkryłem przez tak długo...
DORILLA. Nie sądź, Eginej, że tę niską wymyśliła przeciwko tobie psotę mało cię
i) Lacedemona lub Lacedemon — Sparta.
8) Arkadja, górska kraina w samym środku Peloponezu.
kochająca siostra, ale ta, która została domu panią w nieobecności trojga osób, sama, rozkazała, ażeby krosna tak pozostały...
Niechby z areopagu wracający ojciec i pan, przechodząc, zobaczył pustą ławę i porozrzucane włókna, a na zapytanie jego, z władzą rzeczone, odpowiedziałby sługa ogrodowy albo która z niewolnic, nie Dorilla!
EGINEA. Któryż areopagita kapłanów nie zna i nie wie, jakie się obchody przygotowują na dni świąt, aibo który, przez Pnyxi) przechodząc, nie spotyka mistrzów chóralnych, ażeby miał nie przywieść sobie na myśl, ile prób rabiają córki ateńskie, zwłaszcza, jeżeli mają być nowe hymny w użyciu?
DORILLA. (półgłosem) Przez poetów pisane nowych...
EGINEA. Zwłaszcza jeżeli być mają nowe hymny i jeżeli córka aeropagity jest koryfą2), odpowiadającą za cały jeden chór.
DORILLA. Zapewne, że o tak świętych pracach zwykło się (jak mówisz) wcześnie rozmyślać, nie zaś w jednej chwili, nagle...
EGINEA. Przypomniałam sobie sen, Do-rillo!...
DORILLA. A! I wytłumaczonoż go pomyślnie?... A!... i musiało być dzisiaj dość ciekawych w wilgotnym przysionku Fo-betora?
PIERWSZA Z NIEWOLNIC, (wbiegając) Ogrodowy sługa postrzegł pana i ojca już pod modrzewiem wielkim, gdzie rozchodzą się miedziane drogi...
DRUGA NIEWOLNICA. Sługa ogrodowy dawno już postrzegł pana i ojca pod wielkim modrzewiem. Łaziennik ma polecenie zgotować kąpiel.
TRZECIA NIEWOLNICA. Pan i ojciec postawił nogę na ziemi swojej. Bliski jest...
DORILLA. Opowiesz mi twój sen. Koniecznie twój sen mi opowiesz...
EGINEA. Opowiem ci, gołąbko moja...
(siada do krosna)
(Kłeokarp wchodzi głębią sceną, poprzedzają go niewolnicy; pogłąda maleńką chwilę na córki swoje i daje im znak ręką, aby na miejscach pozostały, przechodząc, jak człowiek znacznie znużony)
1) Pnyks — miejsce w dawnych Atenach, na któ-rem odbywały się zgromadzenia ludowe.
2) koryfa (gr.) — przewodniczka chóru.
KLEOKARP. (z błogim uśmiechem) Zaiste, że nie egipskiego to przysionek domu, gdzie mężowie w zaściankach nie-wieściemi zajęci są sprawami, a rucha-wość i język kobiet rozlegają się naokoło...
(przechodzi ku stronie, gdzie bieleją kolumny przgsionku)
DORILLA. (na stronie) I oto jeszcze pochwalona!... I pochwalona jeszcze... (do Eginei) Widzę, o siostro, że służyłaś dziś bogom.
EGINEA. (powoli krosna swe zwijając) I że w imieniu twojem zawiesiłam wieniec róż białych, gdzie płoną same.
(pierwsza niewolnica zbliża się z poleceniem do Dorilli)
DORILLA. (wstając z miejsca swego, do Eginei) Dzięki tobie, gołąbko moja! Przygotować ojcu loże pośpieszam.
EGINEA. Ile razy go widzę, gdy po areopagowem wraca czuwaniu, zdaje mi się, że bielmo księżycowe uniósł na świętych włosach swoich i że gwiazdy zaciekły mu w źrenice. Siostro, niech ja ojcu zgotuję łoże!
DORILLA. Dziś służyłaś już bogom.
(uchodzi)
EGINEA. (poglądając za uchodzącą siostrą) Córkom bogów! Jupiterowym córkom1), które zaręczają natchnienia dla poetów.
Pytanie jest, azali więcej i bliżej bogom służy powolne i proste serce nie-wiastki cichej, krzątającej się w obrębie ścian domowych czyli raczej, kto całą swą postacią w naznaczone zgóry wyroki wchodzi i, wchodząc i wejść mając i usiłując wejść i cofnąć się nie mogąc i cofnąć się targając, drży!?...
(z głębi chodników laurowych upada kamyk, obwinięty w różdżkę pełną kwiatu granatowego)
EGINEA. (podnosi kwiat i, podbiegając ku cieniom laurów) Kroku jednego naprzód! Czy nie mówiłam, że najwcześniej
o pierwszej gwiaździe?
TYRTEJ2). (z głębi cieniów) Zdawało
O — t. j. Muzom.
2) Tyrteusz, liryczny poeta grecki, który w czasi< drugiej wojny meseńskiej (685 — 668 przed Chr.) pieśniami bojowemi podniecił zwątpialych Lacedemoń czyków do dalszej, zwycięskiej walki. Zachowane poe maty świadczą o jego doryckiem pochodzeniu, wię< wysłanie go przez Ateńczyków na urągowisko ora; jego ułomność są legendą.
mi się, że wznijdzie, skoro tu wejdę, i że wystąpi na niebiosa, kiedy ją wskażę palcem...
EGINEA. (groźnie) Jeśli jeden krok zrobisz naprzód, to... to nie o pierwszej gwiaździe, ale o siedemdziesiątej siódmej...
TYRTEJ. (znikając w cieniach drzew)
0 całej drodze mlecznej...
PIERWSZA NIEWOLNICA. Domu waszego syn, Laon, brat wasz, niewolnikowi konia oddal i ma się ku wam.
EGINEA. (wskazując krosna) Myślę, że pan i ojciec wieczerzać zechce małą chwilę, niżeli upadną pierwsze mroki...
(niewolnica pierwsza i inne dwie krzątać się poczynają około zestawienia siedzeń
1 przgborów, potrzebnych do wieczerzy)
LAON. (wchodząc) Widzę, że bliźnięcy twojemu kwiat granatu mimowolnie uszczknąłem. Może nawet z tegoż samego krzewu, może z tejże samej gałęzi?... Skąd wzięłaś twój, dostojna siostro?
EGINEA. (zapinając kwiat w warkocze) Służy mi jako wzorzec w drobnej robocie niewieściej i nieledwie że wyrasta tu przed krosnami. A twój, o dostojny bracie, twój niech spocznie w bujnych włosach Dorilli, ażeby obie siostry w rów-nem były ubraniu.
(nie przerywając slow, umyślnie)
Wszelako nie nawykaj opuszczać sióstr, wszelako nie opuszczaj gołąbki naszej Dorilli na tak długo!
DORILLA. (od strony przysionku, gdzie przewodniczy zostawiającym wieczerzę) Laon!
EGINEA. Podaj nieco skroni twoich! On chce, ażebyś upięła we włosy kwiat, który przyniósł...
(Kleokarp od przysionku zbliża się wolnym krokiem ku przygotowanemu wieczernikowi, a spostrzegłszy Laona, daje mu uprzejmy znak swą ręką, poczem na przysłanej lawie się układa. Laon i niewiasty zbliżają się)
LAON. Żeby cię oglądać spoczywającym, o panie i ojcze mój, nie wiem skąd potrafiłbym lub chciałbym zdążyć, ale mi powiedziano na Pnyx (o czem i sam mógłbym był się domyśleć), jak dalece miały być ważnemi areopagowe zagajenia nocy ostatniej (jeżeli takowe innemi były kiedykolwiek). Przeto, ażeby myślom twoim i upodobaniom nie być dalekim, przyjąłem wdzięcznie zawezwanie przełożonych
nad robotami portowemi mężów, którym uprzejma należy się powolność, i ludzi rzemiosła, w którem, powiedzieć mógłbym, iż do bezużytecznych nie liczę się. A jako jest zupełny we wszystkiej okrągłości swojej orzech świeży, kiedy, ciężką odtrąciwszy z siebie zieleń, wytoczy się sam, złoty i dojrzały, tak udatnie skończoną spuszczaliśmy koryncką galerę nową na pełne morze, czego się ani bez li-bacyj1) wstępnych arii bez przygodnej wycieczki czynić nie zwykło.
KLEOKARP. Nie napróżno, nie napróż-no powtarzać zwykłem, o Laonie, że Jo-wiszówna wielka, glaukiemi2) na Ateń-czyków poglądając oczyma, przypomina im błękitne obszary mórz. Niech narody wyrostki ufają raczej w krzemiennej sile ramion, a ich szybkość i zwrotność niechaj od jeleni bierze przykład i stanie się uradowaniem klaszczących widzów lub tych, którzy wydzielają płacę w czas igrzysk! Lecz obywatel dojrzały, lecz umysł wolny, wyręcza elementem dziką silę i on w jej rozhukaniu nie pokłada dobra publicznego... Cóż zaiste, podob-niejszego do rzeczy boskich nad gwiaż-dziarską ową umiejętność, której słodki nasz Tales3) przewodniczy, mąż, którego badaniom zarzucają wszelako płonność!...
EGINEA. We wszystkiem niżsi, ojcze, niżsi od służebnej kucharki mędrca...
DORILLA....Która przynajmniej była mu użyteczną w prostocie swojej...
KLEOKARP. (dalej do Laona) Powie-dziećby można, że, jeżeli nauczony w niebieskich rzeczach człowiek powraca wejrzenia swe ku ziemi, tedy wraz obejmuje nad elementy rząd i o tyle zbywa się siły dzikiej, ile potęgą morza się wyręczył, — elementu, który niewięcej i niepierwej człowiekowi podlega, jedno, jak prędko i o ile umysł jego zapatrzył się w’ niebiosa.
EGINEA. (poglądając wgórę) Jako kwiat na wysokości rośliny swojej, tak mi się wydawać zwykły gwiazdy, iż są kwiatem wysokości świata tego.
Dosyć jeszcze czasu, nim pierwsza wznijdzie!
DORILLA. (poglądając niżej) Oto wchodzącego śpiesznie gościa spostrzegam.
LAON. Poznaję gładkiego syna Chari-klesa!...
i) libacja (łac.) — płynna ofiara, składana bogom przed ucztą.
glauki (gr.) — zielonawy, zielony, jak morze. Takie miały być oczy Ateny («Jowiszówna*)-
3) Tales, filozof grecki, współczesny Solonowi, jeden z csiedmiu mędrców*.
GOŚĆ — (zbliża się krokiem zadyszanym i odzywa gwałtownie naraz do wszystkich osób) Żaden Koreb, żaden Koreb, najza-wolańszy żaden jeździec tyle i w tak krótkim czasie nie przewiał pyłu, ile go dziś rzuciły wokoło miasta tessalskie kopyta konia mojego...
(spostrzegając obecność starca)
Trzeciego areopagity czcigodny dom nawiedzam...
(zajmując wskazane miejsce i ciągnąc rzecz, niekiedy wielkiem zadyszaniem przerywaną)
Odkąd już tajemnicy niema bynajmniej, a wieść stała się prawdą...
(hamując się nu chwilę obecnością areo-pagity)
Ile że żadnej już niema tajemnicy, podążyć jeszcze chcę opodal choćby na chwil niewiele, do rodziny czcigodnego pentakon-tarka’), gdzie czuwanie przeciąga się w noc późną. W różnych miejscach, dopiero się z ust moich i ode mnie pierwszego dowiedziano nieodmiennej a dziwnej prawdy o szczególnem Tyrteja przeznaczeniu...
LAON. (z oznaką lekką wstrętu obraca się do areopagity i pogląda na lica niewiast) Niewiele jeszcze temu dni, pomnę jak dziś, kiedy na rzecz małych bachana-lij — ) napisałem był ów wiersz (dla którego jednogłośnie pogardzono Tyrteja rymem), któż wtedy w całcm mieście byłby się poważył dopuścić, choćby jak coś naj-oddaleniej prawdopodobnego, że ten właśnie, że ten nieledwie wyświslany rymo-twórca w Apollinowym stanie wieńcu na progach wielkiego Tezeusza!
KLEOKARP. (z półuśmiechem) Ta więc tylko już jedna zostanie tajemnica: ile oczekiwać było trzeba na dzień, białym kamykiem naznaczony, ażeby rym wyroczni, nadeszły z Delf, we właściwej jasności dał się odczytać...
(Kleokarp daje znak niewiastom, ażeby się od męskiej rozmowy oddaliły; Eginca i Dorilla ujmują się za ręce i powoli odchodzą w cienie laurów)
GOŚĆ. (jak na początku, mówi bez uwagi na obecnych) Niezbyt jeszcze dawno i tu, opodal, przed domostwem czcigodnego pentakontarka — pomnę jak dziś — któż nie mówił o chromym Tyrteuszu, że jest «kulawy?» Któż go ł «jednookim» nie
1) pentakonarchos (gr.), dowódca 50-u ludzi.
2) bachanalje (tac.), uroczystość na cześć Bachusa.
nazywał mową człowieczą? Dziś, kiedy stu jazdy spartańskiej z koni zsiadło i zatknęło długie swoje włócznie przed świątynią wielkiej Minerwy, kiedy lud ruszył od Pnyx patrzyć na opienione konie, na chlamidy’) czerwone i na milczące postacie mężów bronzowych; dziś, kiedy powoli wchodził Tyrtej na marmurowe stopnie, a chór stał pod rzędem kolumn, sam do kolumn podobny; dziś zauważono, że nie jest bez osobnego wdzięku kolebanie się w chodzie szczęśliwego bogów ulubieńca, że podobną ochwiejność kroku mają męże, nawykli do panowania falom morskim lub nieskorzy do ubiegania się
o rzeczy, które powinne są ich czekać. Dziś, zaprawdę, dopiero spostrzeżono,
0 ile i samo nawet przyćmienie oka lewego znamionuje wzrok rzutny i trafnie do ucelania uzdolniony. Dziś stal się głos bogów głosem ludu...
Niech żyje Ilarmost! Słyszę rżenie konia mojego...
(podnosi się i nielcdwie bez pożegnalnego znaku odchodzi, sam w sobie zadumani])
KLEOKARP. Mniemań ludu niestałość
1 sądzenia jego, do fal podobne morskich, zaledwoby powinny niepokoić tych, którym się przedstawiają elemenla w postaci ich zewnętrznej, nie w zawiadującem niemi prawie. Ale zawiść, miotając sercem człowieka, nie dozwala dostąpić myśli tam, gdzie ostatecznie pierwsza prawda przebywa i każdemu, co dobiegł jej, wydziela sit we dwakroć tyle, ile na dobieganiu zużył.
Zniechęceni niesprawiedliwością współczesnych są podobni do człowieka woźnicy, któryby, zapatrywając się na koło, nieustannie okręcające się tam i napowrót, zwątpił o podobieństwie iścia naprzód; zaś ludzie, zawiścią udręczeni, poglądają jedynie obok siebie i mocni są tylko o tyle postępować, o ile mają współzawodników przed oczyma... Ci i tamci pracować się zdają, ażeby panowanie elementów nad prawdami wstecz bogom i cnocie uzasadnić, a boleść ich wewnętrzna z tego pochodzi, iż, nie wiedząc, że przeciwko sobie samym działać pragną, cierpią, iż działać nie są w możności.
(Kleokarp zwolna się podnosi i, opierając ramię na Laonie, ma się ku przysion-kowi)
l) chlamida (gr.) — płaszcz, zarzucany na prawe ramię.
Czy i ty, o Laonie, poczuwałeś omacną chwilę zawiści za dowiedzeniem się
o szczególnym Tyrteja losie?
LAON. Podpierając ramię twe, o panie, brakuje mi tylko jednej rzeczy, ażeby zupełnie być szczęśliwym, ojcze!..
KLEOKARP. Laonie, synu, mów!
LAON. Ramię Iwoje, ojcze, podpierając, chciałbym być bliższym tobie... krwią.
KLEOKARP. Sióstr masz dwie...
LAON. Sióstr dwie...
KLEOKARP. Czy nie obie zarówno bratem cię zowią?
(zachodzą w przysionek domu. Dorilla występuje pierwsza z cieniu laurów, a drugą stroną niewolnice, którym owa
w zwijaniu wieczerzy przewodniczy)
DORILLA. Siostro Egineo, patrz, jako w czarze, której nie dopił Laon, odbijają się i szklą wczesne gwiazdy!...
EGINEA. (obłędnie) Wypij je siostro moja! Zdaje mi się, że słyszę rżenie koni...
DORILLA. To nadobny syn Chariklesa obiega miaslo, prędszy nad wieść.
EGINEA. (zatrzymując się przed domostwem) Radabym doczekać się dziś śpiewu słowików...
DORILLA. Nie pozwolę ci, jeżeli mi nie opowiesz snu twojego.
EGINEA. Nie opowiem ci snu mojego, jeśli mi wpierw wysłuchać nie dasz, co słowiki o swych snach powiadają.
DORILLA. (wchodząc w przedsionek) Pomiesza ci się w główce twojej i będziesz mi opowiadać potem rzeczy słowicze.
III.
Inna część ogrodów Kleokarpa. Noc.
EGINEA. Zdawało mi się, że upadł kwiat granatu, ale lo, widzę, upadł suchy liść...
Wydawało mi się, że gwiazda przeleciała zniecierpliwiona, ale to tylko świecący przemknął robaczek.
To, co jest na niebiosach, wydaje mi się jaśniejącem w przygodach rzeczy poziomych, gdy poziome odnosi się przed oczyma mojemi na niebiosa. Ziemia i eter od-colnęlyż się ode mnie czyli mię ogarniają wirem nieznanego szału?
Teraz, teraz sobie samej, niestety, ufać przestawam: potrąciłam-że kamyk okrągły stopą niepewną i drżącą?...
(garnąc ręką ku ziemi)
Ale owo i kwiatu pąk wilgotny, owo
i uskrzydlający mię dreszcz, co przenika zupełnie całość istoty, tętniąc silnie, rączo i równo, jakby odpowiadał z wnętrza człowieka akordowi, rozbrzmiewającemu na niebiesiech...
W rytmie cała się czuję, i oto już nie będę więcej omylona. To... on!
TYRTEJ. Zatrzymałaś mi dziś bicie serca dla upadku kamienia na ścieżki twoje, a wydało ci się grubjaństwem wszech-prawo świata. Herkules boski byłżeby w sile docisnąć kwiatem wątłym na odległość tak wielką?... Niewiasto czarująca! Kamyk ten, w kwiecie uwikłany, to tajemnica święta rzeczywistości, to właśnie że jeden z najdroższych twojej płci klejnotów, to świat wasz... i to cię tylko obraziło! Zaiste, potrąciłaś się o świat cały gniewem twoim.
(po chwili)
«Tak jesteście wv wszystkie!* zwvkłem był kiedyś mawiać, bluźnić; dzisiaj mówię: «Tak ty na jedną chwilkę chwili bywasz...))
Tak bywasz — mówię — i ty...
EGINEA. Więc dlatego, o Tyrte, omyliłam siostrę i dałam się sędziwemu ojcu omylić, aby pierwszem spotkania naszego słowem było nieporozumienie i tęsknota, do wyrzutu podobna? Dlaczegóż serce, oczekując, nie oczekuje nigdy według kształtu, w jakim rzeczy po sobie następują i zdarzają się?
TYRTEJ. To jest jeszcze owo ziarno kamyka, objęte purpurą granatowego kwiatu i nadające całości wagę konieczną...
Kwiat skoro na zamierzone upadnie miejsce, odtoczy się wraz kamyk okrągły-
A któryż go przechodzień nazajutrz pozna, lub z twardego czoła jego wyczytać potrafi, co ten kamień spokojny poczynał w nocy?
EGINEA. Idziesz za myślą twoją, Tyrte. Ja tu za sercem przyszłam.
TYRTEJ. (podając jej rękę i ramię) Nie zbłądziłaś.
EGINEA. Oto mi powiedz raczej ty, co poczynałeś w dniu ubiegłym.
TYRTEJ. Dawałem życie, by wziąć żywot, a odbierałem co?...
Poglądałem na oblicza, żółte zazdrością, i musiałem przeto odgadywać wartość całości społeczeństwa, a tę odgadywać musząc, przynaglony byłem widzieć przyszłość, a przyszłość pojmując, wyniszczały mię smutki, i myśliłem, żeby też coś ro-
bić, o coby mię pod wieczór słodki głos zapytał: «Co dziś robiłeś?...))
I urwałem amarantowy pąk granatu, i oplatałem weń kamyk okrągły, i podniosłem ramię moje, patrząc w niebiosa, a zdawało mi się, że wybłyska gwiazda z eteru... I rzuciłem kamykiem w mirtowe przeddomie Eginei, popełniając nieznane dotąd grubjańslwo: samej ciężkości ciał dotkliwych!
To robiłem... i sporo innych rzeczy, ale wszystkie są smętne! Albowiem oblicze wielkie całych Aten, po pierwszy raz się ku mnie obróciwszy, po raz się ostatni obróciło. Żegnać mam? Witać? Nigdy nie dano mi swobody. A jednakowoż wszystko, i co krok, witać, witać muszę... U każdej z bram trzynastu, mogę być pewnym naprzód, że napotkam znajomości trzynaście, które mię dziś poufnym raczą uśmiechem... Przy Ceramice *) wstrzymuje jeździec konia swego i, zeskakując lekko, pochyla się w objęcia moje: «Boski, miły Tyrteju!)) — To Chariklesa syn (który mi urągał mało dni temu)...
W cieniach kolumn Wiktorji stoją zacne matrony i córy ich. Ta i owa rzuca mi różę białą, zapominając, do ila jest trudno kwiaty podejmować, skoro się kulawym przyszło na świat...
(Dni temu niewiele tak dobitnie piętnowały one moją ułomność!...)
Przed prytane *) uderza mię w ramię mąż sędziwy, z wielkim pocztem idący (któregoże na życiu nie widziałem): nic nie rzekłszy, pośpiesza dalej z tajemniczym wyrazem spiskowego.
A około liceum! A przy teatrze! — Przy teatrze?... Dlaczegóż to wszystko nie przy leatrze jedynie?
U ostatniego wschodu świątyni Bachusowej przypada mi do kolan ogromny mąż i, obzierając się jak zbrodzień, szepce: «Do nas, do nas, osobo, przejrzana na niebiosach! Takiego-to my, wielkoludy, wyglądamy...)) To niejaki Carohaj, Scyta z narodu (który mię nazywał ślepym i kulasem, gdy u jego Prostata uczyłem dzieci).
Piękne są Ateny! Święte miasto i umiejące. jak widzisz, dawać siłę wybranym synom swoim, dawać im siłę na wtóry dzień po usłyszeniu głosów bożych, gdy rozbrzmieją stanowczo nad człowiekiem,
1) Ceramika (gr. Kerameikos), dzielnica starożyt-nych Aten.
2) prytaneum lub prytanęjon (gr.) — budowla,
w której zbierało się zgromadzenie 50-u prytanów, t. j. członków wielkiej rady, sprawującej zwierzchnia władzę.
przez żywot jego cały pomiatanym... Gdyby można było dorzucić grochowemi ziar-ny do Olimpu, przewotowałby może lud ateński wyroki i samego Apollina...
(postępują razem; Tyrtej się zatrzymuje i poczyna z westchnieniem)
Czemuż ich pieśni już tak mało pewna Treść i skażonej całości?
Lutnie ich czemu z łomliwego drewna,
A nie ze słoniowej kości?
Ta ich łomliwość czemu jednak rzewna? Spyta mię serce, łzom żyzne:
Wygnana oto wdzięki swe królewna Kryje w poziomą pstrociznę!
1 ów, co boski duch na dziejów karty Bierze, jak orzeł na skrzydła Słońce, poeta czemuż nie pożarty Przez lwy, lecz stloczon od bydła?
Orfeusz czemu mógł piekielne larwy ’) Zebrać na strunę, jak pyły,
1 zatrząść niemi, nie zmieniając barwy Słów, ni poniżając siły?...
Furjom wspaniałej nie zabijał ody Na hekatombę piekielną,
Choć szedł po żonę urodziwą, młody, Śmiertelny szedł po śmiertelną...
Gdy ty, co śladem tak zacnym ozutą Nogę, jak w złotym koturnie,
Na popiół stawisz Erebu 2), jak dłuto, Miękkiej dające kształt urnie —
Choć bóg piekielny nie groźnem już bóstwem
Tobie, przed tobą zjednany:
I ty w purpurze (która jest ubóstwem) — Ty, król, ty czemuś poddany?...
(po chwili z rodzajem obłędu)
Cedr nie ogrody, lecz pustynię rodzą: Próżnia kołyską olbrzyma...
Eginej!... Wielcy poeci przychodzą,
Gdy poetów wielkich nićma...
(ciszej)
Lecz dziejów karta ma niejedna stronę: Jest słowo z brzmienia, jest z ducha,
1 bywa z dachów poetom głoszone,
Co powiedział wieszcz do ucha.
EGINEA. Ścieżki już niema dalej... Pozwoliłam ci kroczyć na wolę niosącego cię zapędu, aż oto uwikłałeś całe czoło w gałęzie lauru.
(odczepiając mu włosy z liścia)
!) larwa (luc.) — poczwara, widmo.
2) Erchos (gr.), u Homera ponura część Hadesu; tyle, co nasze piekło.
Zaiste, że poeci wielcy nazbyt długi po sobie przestanek zostawili...
TYRTEJ. Tak było zawsze, o Eginej.
I to jest właśnie, co ci śpiewam. Posłuchaj jeszcze:
Cedr nie ogrody, lecz pustynie rodzą, Próżnia kołyską olbrzyma;
Wielcy poeci dopiero przychodzą,
Kiedy ich nićma!...
Popsowałaś mi całą piękność rymu i odczepiłaś mi z włosów wszystkie wawrzyny, pomiędzy które mię chore oczy moje i brak ścieżki zaplątał. Oh! nie tego, nie tego wyglądałem i upragniałem od kobiety...
A jednakże tobie powiadam, że nic bez ciebie...
Nic!... Nawet i sam delficki wyrok
o mnie nie ma pełności swojej bez kobiety.
Co mówię ci, wielkie jest. Słuchaj! (przysiadają oboje w wybłęku mirtowym)
Lacedemońskich stu mężów z rzędu celnego (który u nich «równymi» się zowie) widziałem dziś. Mało wyrażam, iż widziałem: bowiem dla mnie i ku mnie, i ku mnie, i rzec mógłbym, że po mnie zbiegli tu. Czyli z nimi mówiłem? Nie wiem, iż słowo Spartanów jest przestankiem mowy człowieczej.
A jakkolwiek przestanek ostatecznym nazwać się godzi całego tonu mowy wysłowieniem, nie przeto jednak opiewać nim nie można rzeczy potocznych dlatego, iż wzajemnie podawanym sobie i zamienianym być nie może.
Tę to jedyną treść pojąwszy w pierw-szem zaraz zetknięciu się z lacedemoń-skimi posły, odgadnąłem nieledwie całość posłannictwa własnego i ozwałem się w sobie głosem ducha ku wyrokom delfi-ckim, podziwiając boską onychże mądrość!...
A ozwawszy się duchem we wnętrzu siebie przechodziłem w modlitwie przed szeregiem stu niemych piersi mężów niemych, uderzając tego i owego po karnien-nem ramieniu i dając się im zrozumiewać niewysłowionym całego postanowienia mego wzięciem i mocą. Lecz, gdzie piersi dotknąłem i ilekroć u okolic serca zatrzymała się ta ręka moja, tylekroć zadzierz-gałem nią o klamrę żelaznego upięcia, pod którem, powiadam ci, Eginej, że człowiecze nie bijało serce!
(ciszej i tłumniej)
Tajemnica to wielka... Przenika mię zimno świętego dreszczu, gdy dobieram słów dość poufnych, ażeby ci ona wypowiedzieć, ale wypowiedzieć nieba mi każą. Słuchaj:
(pochylając się ku jej skroni)
Lud ten cały zżelaźniał... Już likurgo-wego testamentu ostatnie słowo przyszło na świat w pokoleniu, zrobionem przez prawodawcę... Już skończyło się wszystko
i bóg tam nic nie tworzy więcej... I już miejsca dlań niema, jak dla podrzutka albo dla nowonarodzonego niedołęgi, któremu też prawem śmierć zadają, nim wypełznie z kołyski. I oto przesłanek lakoński stał się w lakońskich dziejach, tak, jak w języku ich!...
I posłany jestem ja, nim dla bogów ojca miejsce się znajdzie...
(przerywa za znakiem Eginei)
EGINEA. (spostrzegając przerwę) To nic!... To tylko jedna wielka gwiazda spadła, lecz choć zapatrzyłam się w niebiosa, słucham a słucham. Mów!
TYRTEJ. Wielka jest to tajemnica,
0 Eginej, iż nie mogą być ludy zakochanego Pigmaljona rodzinami. O rzeźbiarzu tym wiesz z powieści świętych, iż rozpłomienił mu się w objęciach jego posąg kamienny i że takowy skoro za żonę pojął, miał z nią potomstwo. Synem łoża tego przecież był Pafus!...>)
Nie przeraź się rzeczy słów moich, ani poglądaj w niebo, dopatrując, czyli nie zadrżą gwiazdy, skoro ci powiem, że Pa-fusów takowych ludem Lacedemona dzisiaj jest.
Pigmaljonem był stary Likurg i, z posągiem umiłowanej idei swojej tajemniczego uścisku dokonawszy, spłodził zastępy synów twardych, których goleń
1 czoło i najzacniejsze serca okolice przeświecają rzniętym marmurem. Gladjato-rów to rzeczpospolita gimnazjalna2), której koniec zapowiedziany był na Delfach, ale oni już ani słów wyroczni, lubo o nich głoszącej, nie byli w stanie pojąć! Zaiste, rzekł Apołlin, iż ((dopóty Sparta trwać będzie, pokąd się Likurgowe prawa nie wy-czerpną...»
Śmiech mnie bierze okropny, okropny śmiech. —
— Zaprawdę, że tak, tak jest — i tak
0 Pafos, syn Pigmaljona, który nazwał swem imieniem miasto Pafos (na Cyprze).
2) gimnazja (ur.), miejsce dla ćwiczeń cielesnych młodzieńców i dojrzałych mężczyzn.
stawa się... Kilkadziesiąt tysięcy zdrowych głazów, żelazem dobrze skwadro-wanych i po jednej architekta myśli zesto-sowanych w przewidziany naprzód ogół, skończenie też swoje mają naprzód; a pomnikiem są póty, dopóki trwa budowniczego ahrys! Pierwej, potem i w przeciągu samegoż budowania... to są kamienie!
O historjo, jeżeli ty byłaś kiedykolwiek?... O historjo, patrz: Czy z tych-to żywiołów powstała ta ateńska republika? Kodrus1) wielki, ostatni król, azali i dziś nie panuje nieobecnością wszechprzytom-ną? On, szukając śmierci od dzid doryj-skich, na które się królewskiemi swojeini wparł piersiami; on, w sukmankę przebrany kmiecą; on, z tą umyślnie łomliwą kosą w ręku upadający, gdy zawołał: ((Koniec królestwu ateńskiemu!)) — czy rozumiesz, Eginej? — on kamieniem stał się węgielnym przeobrażenia ludu, i oto głęboka Aten żałoba rozrzewniła się po nim w republikę.
Nie nauczał on służby warsztatu jak rzemieślnik tępy i surowy, ale gestem jednym jako mistrz tworzył na wieki! Palec jego, wśród zamachów doryjskich
i okrwawionych oręży podniesiony, blady palec jego pisał na niebie, a zatrzeć tego nikt połą płaszcza swojego nie potrafi, iż jest współboskie.
Królowanie takowe, o Eginej, obywatelstwem jest, aby się obywatelstwo wszelakie stało królestwem. Inaczej sędziwy począł sobie Likurg, wódz ćwiczonych od dziecka chłopiąt, marmurowych młodzieńców rzeźbiarz, mąż, który nie w boskiej sile przetwarzania, lecz w wierności swojemu własnemu zarysowi całą siłę stanu założył.
Współboskie poczęcie jest Kodrusa, jako owych, którzy z córami niebios wczasy swoje miewali, ale potomstwo Likurgo-we jest ze wspólposągowego stadła przyszłe na świat i, dopóki kamienie zwyciężać mogą ludzi, póty zwycięży...
Lecz skoro już zwycięży i gdzie zwycięży, nie zostanie tam kamień na kamieniu...
(nagle)
0 Kodros, legendowy, podobno ostatni, król ateński. Gdy Dorom, spieszącym na podbicie Atyki, wyrocznia delficka zapowiedziała zwycięstwo pod warunkiem, że nie zabiją króla ateńskiego, on, przebrany za chłopa, zabił w obozie Dorów jednego z żołnierzy i zginął z ich ręki, ratując w ten sposób ojczyznę.
To tam wszelako, o Eginej, tam iść mając, odkryte mi są ku poznaniu te straszne prawdy.
Jak ogromnej miłości potrzebować będę, jak ogromnej, sama odgadnij!
Dlatego-lo oprzej białe ramię swoje na piersiach moich i zupełną daj folgę tak szlachetnej i całej serce potrzebie. Żadnej z córek ateńskich nie wzywał nikt świętszym uczucia gwałtem. 1 jeżeli nie pojmiesz mnie, i jeżeli ty jeszcze nie pojmiesz, to ani Aten nie będzie, iż nie było w nich jednej kobiety!
EGINEA. Słuchaj, Tyrte! Niech stanie tu przede mną teraz ojciec siwy, poprzedzony służbą z pochodniami i na walne idący posiedzenia; niech oświecą nas w głębokich oczach jego szerokie łuny od stóp do głów, — nas, tak uplatanych ku sobie ramionami; niech zaskoczą nas wszyscy domownicy: a głosem tym samym, bez ochwiania i jednego wydźwięku słów, rzeknę, w tę się pierś moją uderzając, iż cały areopag jest w tej chwili, cały areopag w tej tu niewieściej piersi jest!
I, jeżeli boski duch na Delfach zagrzmiał imieniem twojem, to nie będzie mu kłamać córka ateńska. Bo zaprawdę powiadam lobie, Tyrte, że syn żaden wielkiej rzeczypospolitej zupełniejszą nie był od ciebie miłością ukochany. Lecz nie dzisiaj, nie teraz, nie o schyłku tej nocy podrzucisz mnie na konia swego i pomieszam te sploty moje z rozwianą grzywą. Wiatr nie len, co się zrywa, ochładzać mi będzie skroń i łzę odgarnie...
Tyrte, ty mi pozostawisz w mieście ludzi swoich, i rącze konie, i pozostawisz mi dokoła twoją myśl, i serce twoje, i tę moc, z którą mogłabym dziś czoło w czoło napotkać olimpijską ojca powagę. Moc, co biorę od ciebie, a niezadługo potem przyzywam jej sama, po nazwisku wołać tej mocy nie umiejąc; z mocą tą czekać będę chwili, stanowczemu przedsięwzięciu odpowiedniej, i wypowiem sędziwemu ojcu mojemu, cokolwiek czuję. A jeżeli ojciec nie pojmie mię, toć pojmą bogi; a jeżeli nie pojmie nikt, to pojmą rozkazy nasze, ludzie twoi, i rącze konie pojmą, wydążając po rosie nocnej, że przed nami tętni Zwycięstwo!
Tyrte, zdaje mi się, że wzrostem stałam ci się równą. Pojrzyj! Zdaje mi się, żc
i szerokością ramion moich stałam się na razie równą tobie — tak szeroko oddycham, szeroko tak, i pełno, i tak bezpiecznie...
TYRTEJ. To jest sen, o Eginej, który mnie się przedstawił nocy uprzedniej...
EGINEA. (zawierając mu usta palcem) Iż w objęciu twojem wzrosłam cała i stałam się tobie równą, o Tyrte?
Nie mów dalej, nic dalej nie mów! To jest sen, który mnie się nocy uprzedniej przedstawił.
............................................
TYRTEJ. Śnimy razem! — Czuwajmyż razem! żyjmy, i umierajmy, i odlatujmy razem w wiry niebieskie!
EGINEA. Bóg obwinął nas dwoje połą eterowego płaszcza swego, to i jakże cię opuścić potrafiłaby Cerery koryfea?... Niechaj niewolnice i niech dziewczyny barbarzyńskie zaprzedają miłości swoje za łan zboża, za parę złotych kolców, lub za co-kolwiekbądź z ziemskich drogości. Nie na takim to przemyśle wysnowały się dzieje lej ojczyzny, co podesłała nam pod nogi zwaliska Troi! 1 nie pod tem niebem, w które Helena poglądała, i nie przed tym nareszcie areopagily domem miejsce na kram północnych branek...
TYRTEJ. Miłość taka, o koryfeo, to Grecja cała — to wolność, to prawda i to świętość...
Dlatego, kiedy będę już wjeżdżał w miasto nieznane...
EGINEA. (przerywając) I kiedy lacede-inońskich dziewic chóry słać ci będą przed koniem pomost wawrzynów, Tyrte, pomnij, że będę z tobą...
TYRTEJ. Dlatego, kiedy walczyć mi przyjdzie bojem wewnętrznym i poglądać z twardej powózki na łamiące się fale ramion krwawych wśród zawichrzonego marszem piasku...
EGINEA. Ja z tobą będę...
TYRTEJ. Dlatego, kiedy osamotnieję przegraną bitwą i, tułając się, poslonię twarz moją do kałuży przydrożnej, ażeby się ręką napić wody...
EGINEA. Ja będę z tobą.
IV.
Scena przedstawia platanowy chodnik la-cedemoński; tam i owdzie siedzenia pod, drzewami; w głębi sceny droga wielka ku górom, a od drogi uciekające ścieżki ku parowom; po prawej stronie wdali widać, Dromos1). Ślepy inwalid spartański prze-: chadza się, chłopcy igrają w małą bitwę
i lub za starcem wołają o przypowieści.
i) Dromos for.) — miejsce wyścigów konnych Sparty.
PIERWSZY, (dobiegając starca) Jeszcze jeden niewielki rapsod ’), jeszcze jeden!... Usiądziemy wszyscy u kolan twoich, jak koźlęta — jak koźlęta pod gałęziami dębu, gdy księżyc rośnie...
CIIÓR. Będziemy ci opowiadać i wskazywać każdego żyjącego, który przechodzi, a tylko jeden jeszcze rapsod przy-rzecz!
PIERWSZY. I damy tobie chleb kradziony, jak nikt nigdy lepiej nie ukradł.
CIIÓR. Oto właśnie pędzi zdaleka wicher piasku, a w omieci jego widać la-cedemońskiego biegacza, jak przerzuca się na kosturze swoim.
STARZEC CIEMNY, (przysiadając pod platanem) To Daim, o chłopcy moje, chłopcy bose i lekko pląsające. To Daim, syna mego przyjaciel, biegacz wojenny. On zaiste że mniej zastygłą krwią czerwone rapsody miastu niesie z gór...
(szukając kijem przed się)
Chłopcy! Niechaj się zbliży tu, a wołajcie ku niemu, że jeden z równych jestem, ów, co dwudziestego lata pierwszej wojny stradał oczy od messeńskiego pocisku; ów, co nogą odepchnął jedynego syna swojego, skoro, potu nie widząc, namaeał strumień wilgoci i posądził, że to krew dziecka jego — na karku, ztyłu!
CHŁOPCY. Prawy Spartjata!
STARZEC. Ów, co pierwszy przedłożył wniosek, aby ukaranym bywał rózgami, ktokolwiek rzuca wróblom kruszynę Chleba, ośmielając przez to rozrzutność obywateli i schlebiając próżniactwu ptasząt...
CHŁOPCY. Spartjata prawy!...
STARZEC. Dlatego-to ptaszęta ubolewały zdaleka, skoro szedł, i podawały sobie znaki stada z drzewa na drzewo...
Chłopcy, a co widzicie teraz na drodze wielkiej, której oczyma memi nigdy już w życiu nie obaczę?
PRIMUS. Widzimy, o prawy Lacede-mończyku, jako ku platanom drogą wielką zdąża Daim krokiem porządnym. On odmienił zapęd poskoku swego i w miarę przybliżania się ku nam układa postać skromną, jak na Spartjatę przystoi...
Ale za nim i za nim, gdzie się rozcie-kają ścieżki pokątne od wielkiej drogi, widzimy, o Lacedemończyku prawy i mężu równy, tam i ówdzie odpryskających w bok po ścieżkach, jakoby czynili to zbiegowie albo ranni. Niektórzy z nich
i) rapsod (gr.) — tu: fragment epopei lub też samoistny utwór poetycki, opiewający jakieś doniosłe wydarzenie.
(jeżeli oko nas nie myli) znaki dają konnym, zdała śpieszącym, inni słaniają się w pochodzie i kuleją.
STARZEC. Jeśli lo jest porażka, chłopcy moje, chłopcy bose i lekko pląsające; jeśli lo porażka jest, o karne chłopcy i rózgami ćwiczone pacholęta, chłopcy, rumiane krwią razów i bójek; jeśli to jest porażka, tedy uderzajcie w chór! Zwyciężyć albo zginąć!...
CHOR CHŁOPIĄT. Zginąć albo zwyciężyć!
DAIM. (dobliżając chóru) Zwyciężyć albo zginąć!
(Tyrtej w długim ubiorze kapłańskim, z zarzuconą połą na głową i podpierając się, jak ranny, wchodzi drogą uboczną, a potem siedzenia poszukuje opodal i na stronie)
TYRTEJ. Zginąć... albo — zwyciężyć?...
Pachołki bójek, nie bohaterowie wojen, nic innego oni nad te dwa pytajniki, namiętnością w okrzyk twierdzący zmienione, nie umieją...
«Zginąć? Zwyciężyć?)) — przyrosło im wewnątrz ich gardzieli i stało się już nierozłącznym słowa wszelkiego wydźwiękiem...
(przysiada pod jednem z bocznych drzew)
STARZEC. Kijem ciebie poszukuję, Dai-mie. Zbliż się tu sam i, stanąwszy przed jednym z równych, onym, który dwudziestego lata jeszcze pierwsze j wojny stra-dał był oczy od messeńskiego pocisku, stanąwszy sam, przed równym, który powołuje ciebie, powiedz twą rzecz!
DAIM. Syn twój, Hieroplit, żyw...
STARZEC, (pomiatając łaską w powietrzu) Przeklętym bądź i odnieś razy moje na karku twym, człowieku, do wszelkiego zdrajcy podobien! Nie o jedynego syna swego pyta ciebie prawy Sparlańczyk, nie!
Mów o pospolitej rzeczy w pierwszem słowie i pierwszem zaraz słowa wyzionięciu, o wodzu, a nie o synu czyim powiadaj!
Oto popsowane dolatują mię ze wszech stron obyczaje i Dianie wielkiej dzięki składam, że obywateli tak skarlonych nie oglądam więcej oblicza...
O wodzu!... I, azali widziałeś tego męża, zeznaj mi sam.
DAIM. Męża wodza widziałem w obozie jazdy i pomiędzy ciężkich hoplitów1) szeregami, jako śpiewnym nastrojem zapowiadał przegraną....
i) hoplici (gr.) — ciężko zbrojne wojsko piesze w dawnej Grecji.
Kulawy jest i wydawał mi się jednookim!...
CHÓR CHŁOPCÓW. Barathra! bara-thra-rra-ra! *)
STARZEC. Rarathra jest nieznaną Ateń-czykom. Jakoż zaprawdę, że urodzić się tam mógł i schować tak upośledzony obywatel. Wszelako, o chłopcy zdrowe i piękne, naucza was równy, który mówi, że zapytywać trzeba, czyli wódz przez wojenne rzemiosło swoje nie utracił gdzie oka jednego.
DAlM. Mąż Ateńczyk, wódz, z rzemiosła swojego jest poetą.
STARZEC. O po trzykroć Barathra!... O, zdrado ateńskiego ludu... albo skończenie się wygłosów bożych w przeświętych Delfach!
CHÓR CHŁOPIĄT. Barathra kulawemu! I barathra jednookiemu! I wszelkiemu krasomówcy barathra-rra-ra!..
TYRTEJ. (na stronie) Głos ludu!
STARZEC. Usuńcie się, chłopięta, a ty,
0 biegaczu, przysiądź ze mną: równy pozwala tobie. Przysiądź i, o cokolwiek będę zapytywał, zwierzaj mi w ucho!...
CHÓR. (uchodząc) Barathra!...
CENZOR2), (do pocztu swego) Chłopców tych, bez pedonoma3) właściwego biegających, przechłostać nieco! Wielką też mieć uwagę na miejsce święte! Lace-demońskiej ziemi każda piędź, świętą zaprawdę jest, i boskiemu to winniśmy Li-lcurgowi, ale dwakroć i trzykroć święci się miejsce, którędy senat i królowie
1 równi i po jakkolwiekbądź zamkniętej bitwie spartańskie ma powracać wojsko.
(przechodzą)
CHÓR RÓWNYCH, (wchodząc i poszukując miejsca swego) Cichem, acz spra-wicdliwem, wyrozumiejmy pomiędzy sobą słowem, co wyrokować się godzi, trzymać,
i co wnioskować o niefortunnym dniu bieżącym.
CIIÓR KAPŁAŃSKI. Jupiterowi-Kondu-ktorowi4) dopełniona była już ofiara,
i wyruszył obóz przy donośnym fletni rozgłosie, a ogień święty, jak kometa, gorzał na przodzie... Jakoż zatrzymywać można było, jakoż godziło się zatrzymywać grom w polocie?...
CHÓR POLEMARKÓWr-). Cóż albowien
1) baratron (gr.), przepaść, do której wrzucano skazanych na śmierć złoczyńców.
2) cenzor (lac.), w starożytnym Rzymie urzędnik mający nadzór nad obyczajnością.
3) pedonom (gr.) — dozorca, doglądający chłopców
4) konduktor (lac.) przedsiębiorca, dzierżawca jako przydomek Jowisza nie używany.
8) polemark (gr.) — naczelny wódz.
zwycięża? I co ubroczone krwią powraca?... Pewno nie pieśń ani z świętej wygnane Lacedemony słowa rozwlekłe...
CHÓR KAPŁAŃSKI. Widziałem go, jako zaraz, przybywszy gdy z konia zsiadł, zgotowali mu ludzie w namiocie jego jadło obfite; i widziałem na oczy, że ze złotego roga pił, pośpiewując fragmenta starego hymnu Argonautów...
CIIÓR RÓWNYCH. Takiego-to obywa-tela-wodza ateński lud nasyła Sparcie bohaterskiej w chwili stanowczej!...
CHÓR KAPŁAŃSKI. Dlatego niech senat i niech króle senatu, i same efory ’).
i równi wszyscy, polemarki, i cenzorowie,
i kapłaństwo czują, jak rośnie trawa pod stopami...
TYRTEJ. (zarzucając płaszcz i uchodząc) Glos władzy!
Pozostaje mi dwa głosy jeszcze wysłuchać: Boga i piersi moich.
(słychać [letnie i pochód chórów królewskich )
WOŹNY. Senat się przybliża, i efory,
i sędziwe senatu króle.
POLEMARKI. Zaiste, niewczesnym jest ów, który przybywa, kiedy wyniesionych wgórę włóczni pomost wyrywają z rąk same prądy gwiżdżącego powietrza. Gestu jego, ani rozkazów, choćby takowe dawał słowem pełnem i krótkiem, zgadnąć ani dosłyszeć przez nawałnicę wojenną nie potrafisz. Jakikolwiekby los przynosił i cokolwiek umiałby zwiastować, wszystko straconem bywa dla niewczesnej godziny i dla wypowiedzenia słów nastrojem, do dziewiczej pieśni podobnym.
KAPŁANI. Takiego-to wszelako obywa-tela wodza ateński lud Sparcie nasyła — wodza chwili niewczesnej i który przeto, do swoich się namiotów usunąwszy, nie spostrzegam nawet, aby dzielił niefortunny powrót stroskanych lacedemońskich chórów.
SENAT. Szemraniu tak sprawiedliwie donośnemu Senat się bynajmniej nie sprzeciwia, lecz u niego przed wszyst-kiem sąd ma wagę: jakoż słuszna jest poranić i słuszna jest uważać, że godzina, w której mąż wyroków do Lacedemony przybył, odnosi się do ludu ateńskiego, nie zaś do osoby Tyrtejowej, wysłannikiem będącej.
i) efor (or.) — członek władzy sodowej i administracyjnej w dawnej Sparcie, czuwający nad obyczajami urzędników, a nawet, w pewnej mierze, i królów.
KRÓLE SENATU. Że nie słyszeliśmy nowoprzybyłego męża wyroków, ażeby zapowiadał co obcego, ale owszem, iż głosił uległość władzom w Lacedemonie świętym; że przesławną królów zgasłych pamięć zalecał czcić; tedy i co do osoby jego wyjątek żaden przedwcześnie być nie może usłuszniony.
WOŹNY. Ateński obywatel i, przez nieomylnego Loksiasa, mąż wyroków, Tyrtej wódz...
(Tyrtej wchodzi widomie)
EFOR PIERWSZY. Niewczesność jest to nieobecność, a kogo nieobecność uniewinnia, niech szerokie da pole przystępującemu wziąć koronę, lubo w niefortunnem starciu zdobytą.
(Tyrtej się usuwa z pocztem swoim i zajmuje miejsce ustronne)
EFOR DRUGI. Przystąp sam, o synu Hieroplita, skoro zaś będziesz wieńca tykał ręką stanowczą, niechaj świadczą tobie polemarki i niech tysiączniki ogłaszają; niech grzmią setniki, co widzieli, kiedy się ty wcześnie na swojem miejscu, cały w wielkim zapale, znajdowałeś!
(Hieroplit syn występuje z tłumu i przybliża się do senatorskich krzeseł)
CHÓR. Dość, jeżeli laurowy wieniec otrzymasz, młodzieńcze, którego opowiadać gęsta chrobre dziś nie dostawa sił...
Od najświętszej walki jeżeli odwróciło się oblicze niebios
(Tu wielka przerwa w rękopisie. Pozostał tylko ostatni ustęp zakończenia).
QUIDAM....Poznaje cię w tłumie; podaje ci coś, jak kartę wizytową — pudełeczko małe, noszące na sobie kilka liter, ołówkiem przed chwilą nakreślonych.
OMEGITT. (spostrzega Lię, przyjmuje dar i czyta) «Lia Sofistoff?...» Pani!...
(do referendarza)
«Scito te ipsum...»»)
QUlDAM. (do Umegitta) Nie zatrzymuj się nazbyt! Tłum nas rozerwie...
OMEGITT. Wracając do przedmiotu rozmowy naszej: oto jeszcze jeden więcej wdzięk i urok!... Ta pośpieszność ciągu
i toku, mówię, to niczatrzymywanie się na chwilę pod karą rozerwania i zatracenia poufności albo sensu rozmowy, swobodnie prowadzonej; ten tam i owdzie lekki, konieczny i przepływający w nicość spór
o zmieszanie nieobmyślonego rytmu w pochodzie.
Wszystko to razem błahe i poważne, konieczne i swobodne; popstrzone owięd-łych (i niewiędnących nigdy, bo nieżyłych nigdy!) liśćmi kwiatów, okapane ubocznie skrzepłą łzą białego wosku; wszystko to razem wziąwszy.... Malcher!
MALCHER, (obrzucając płaszczykiem ramię Omegitta) Konie nasze rwą się z numerowanego miejsca powozu. Czekalem-ci z płaszczykiem, wytrzeszczając oczy na prawo i na lewo. Wszędzie albowiem, jak to mówią (z przeproszeniem), dobrze z ludźmi dobrymi, ależ w domu najlepiej.
OMEGITT. «Amen!» Tobie powiadam.
i) «Scito te ipsurm — tytuł dysertacji Abelarda. (P. P.). — «Scito te ipsum* (łac.) — Znaj siebie samego.
MIŁOŚĆ CZYSTA
U KĄPIELI MORSKICH
K O M E D J A
«Powierzylem nocy tajemnicę,
A ona błędnemu wiatrowi,
Wiatr falom zwierzył ją i fal szumowi, Fale ją na piasku zapisały —
— Po piasku tym tańczące dziewice Moje pieśni z ziemią zrównały I»
Z greckiego C. N.
OSOBY:
JULJA
MARTA
FELIKS SKORYBUT ERAZM HRABIA FLEGMIN SŁUŻĄCY
SCENA 1
W głębi brzeg morza — po jednej stronie, bliżej sceny, rodzaj mleczarni z altaną.
JULJA. Zaiste, słusznie wyraża się Erazm,
Którego każde słowo jest rozsądne,
Że ludźmi władnie zbieg okoliczności. Czyliż albowiem chciałabym dni tyle Bez odpowiedzi list jaki zostawić? Zwłaszcza przezacnej list cioci Ireny? Cioci Ireny, którą cenię tyle!...
Lecz wie się łatwo o chwili i miejscu, Kędy i kiedy my piszemy listy,
Nierówno wiedząc, jak i gdzie dochodzą!
Gdyby rok temu przysłała mi ciocia Oryginała, jak jej wychowaniec,
Miałabym czas się zająć poleceniem, Jakkolwiek dziwne jest i prawie błahe. Lecz, na dni kilka przed tym dniem wi-8*1 j i
List odebrawszy, przyjąwszy oddawcę Z najpoufniejszą krewnej serdecznością, Spełniłam wszystko... i oto jam winna,
Nie odpisawszy dotąd na list cioci!
I oto winnam ja dla braku chwili,
Gdy chwil łych coraz mniej przed dniem jutrzejszym,
Tak, iż nie pomnę, jak dawno już z tobą Porozmawiałam!...
MARTA....Stąd i pytań wiele
Nagromadziło się, tak zadawnianych.
Co ciocia życzy? Kto jej wychowaniec? Dlaczego wilją dzień obecny zowiesz?
JULJA. Z pytań tych każde jest natury innej:
Pamięćby trzeba mieć i tę logikę,
Którą ma tylko Erazm, by nie zrobić,
Jak po milczeniu zbyt długiem zdarza się, Gdy, wszystko orzec chcąc, nic się nie powie.
MARTA, (ze znaczeniem) Czy rzeczywiście Erazm tak pamiętny?
JULJA. Nowe pytanie!... Wróćmy już do rzeczy!
Ciocia Irena jest z tych jeszcze matron, Co utrzymują, że królestwo kobiet Jest z tego świata; w ich wpływ i w ich władzę
Wierzy, a z drogim wychowańcem swoim Rady nie może dać sobie. Ten figlarz Pojmuje lepiej własne stanowisko...
Raz po raz czegoś, gdy nabroi sporo, Czoło zasępia, a ciocia nuż cieszyć Gagatka swego!... Że w innej co tydzień Jest zakochanym na śmierć, mniejsza o to... Lecz, gdy z tej błahej słabostki niedawno Skandal na imię mógł upaść, bo Feliks Dla jakiejś gwiazdy teatru chciał sam się Uczyć aktorstwa, ciocia mu stanowczo Wskazała wyjazd do kąpieli morskich — Ufna, iż przykład Erazma codzienny 1 «wdzięki» moje (bo tak pisze ciocia: Wyraźnie «wdzięki») wpływ uczynią dobry Na roztrzepaną wychowańca głowę.
O wdzięki moje! Jakże was publicznie Ocenić rad był pan Feliks Skorybut Lub jakże dotąd o teatrze pomni,
Jeżeli w dni trzy po pierwszej wizycie Pośpiesza z lożą i właśnie na wieczór Dnia, który... to jest, na jutrzejszy wieczór...
(półszepłem i szybko)
Na wieczór moich zaręczyn... — — Wiesz teraz Wszystko...
MARTA. Dosyć wiem, by uścisnąć ciebie.
Lecz z kimże?...
JULJA. Jeśli nie zgadujesz, jeśli
Oddawna nie wiesz, jeżeli mnie pytasz, Ażeby słyszeć tajemnych słów wygłos...
Spomnij, że kiedyś będziesz, jak ja dzisiaj, I że się zemszczę, i że ja odpomnę Rumieńców na twej zadziwionej twarzy, Pytając ciebie wyraźnie i głośno.
Kto ci obrączkę podać ma nazajutrz?
Tymczasem moją ja wspaniałomyślność Pełnię; tymczasem wiedz, iż wieczór jutro My przyjmujemy kółko nasze zwykłe, Które za tobą od dni wielu tęskni. MARTA. Nie umiem w szachy grać, jak ty z Erazmem.
JULJA. Pan Erazm niemniej biegle gra w gry inne.
(po chwili)
Tobie gorąco?... Czy wiesz, iż ten wachlarz Zyskał ci nazwę u gości kąpielnych I że cię po niim mianują zdaleka? MARTA. Grający w szachy zatrudniają palce
I nikt się temu nie dziwi — ja niemniej Bez zatrudnienia nie zostawiam ręki
JULJA. Zda md się, dzwonki słychać i chód osłów.
Godzina, w której piją mleko. Luba, Żegnam cię, twej się pamięci oddając.
MARTA, (poglądając za odchodzącą) Ten dzień jutrzejszy... prawda, że jest ważny.
(oddala się w przeciwną stronę)
SCENA 2
FELIKS, (od morza zwolna postępując) Nie, to byłoby gminne; to byłoby Ciasne, mizerne i ograniczone,
Byłoby (mówmy szczerze) głupie, gdyby Zakładał sobie kto dla uczuć ramy I gdyby, jeden cudny widząc profil,
Na bezwyraźne tło zamienił inne.
Medale mogą kilka mieć profilów,
Które na siebie zachodzą, jak chmury, Poosrebrzane po krańcach księżycem.
To pejzażowi nie szkodzi, to owszem Dodawa życia przyrodzie...
(patetycznie)
Jeżeli
Spomnienie divy weźmiemy jak księżyc (Ze swym na czole złotym dyjademem, Jak ją widziałem raz ostatni...); jeśli Uważym jedną jak gwiazdę, to inne,
Jako obłoków pokłady leciuchne,
Czyliż się przez nią nie mogą przesuwać? Pejzaż azali nie jest księgą prawdy,
Z której się umysł uczy od tak dawna?
(stanowczo)
Nie! Donna Klara pozostawa w cieniu; Tem tragiczniejsza, gdy ta oto wczora Blondyna, Julja, lekką ręką swoją Co nalewała mi herbatę... Istnie!
Coś się w powietrzu srebrzyło, jak obłok. Widzę ją! Cóż stąd? Chmurzyska ogromne Nudnych Erazmów wleką się z północy, Ulewę niesąc w ciężkich wnętrzach swoich.
Robi się zimno — szukasz parasola I myślisz w domu zamknąć serce smętne.
(z westchnieniem)
Tak, odejść, zamknąć się... są to... wyrazy!
(śpiewnie)
Próżno się będziesz przeklinał, i zwodził, I wiarołomił zawzięciu własnemu — Powrócisz do niej, będziesz w progi wchodził *
I drżał, że może nie zastaniesz. Czemu?
Sam sobie będziesz jednem słówkiem szkodził,
Niepowierzonem prócz tobie jednemu, Będziesz się w myśli kłócił z nią i godził I wrócisz, wątpiąc, czy zastaniesz. Czemu?
Szczęśliwi przyjdą, jak nadomiar złemu, Kołem osiędą ją. Chwili nie będzie,
By westchnąć szczerze... Ah, czemu i czemu?
Przyszli szczęśliwi, rozparli się wszędzie, Wszędzie usiedli z czołem rozjaśnionem, Dom napełnili, stali się legjonem!...
Przeczekasz wielu, to choć dwóch zostanie, A jeden w progach ma jeszcze pytanie I, choć, na zegar pojrzawszy, się sroży, Ja nawyknąłem już nie ufać jemu: Wróci, i znowu kapelusz położy,
I rękawiczki zdejmie jeszczę,.. Czemu?
Aż może odejść stokroć lepiej znaczy, Niiźli zostawać po obojętnemu?
Wstaniesz i pójdziesz kamienny z rozpaczy I nie zatrzymasz się, precz idąc. Czemu?
A księżyc będzie, jak od wieków, niemy, Gwiazda się żadna z miejsca nie poruszy, Patrząc na ciebie oczyma szlistemi.
Jakby nie było w niebie żywej duszy, Jakby nie mówił nikt nieśmiertelnemu, Że lutaj, niżej — tak wiele katuszy!
I nikt tam w niebie nie zawołał. Czemu?
(służący wchodzi z listem)
FELIKS (obziera się) Służący Julji... List...
(na stronie)
...list od niej...
(do sługi)
...Słuchaj!
Kio w ręce twoje list ten oddał? SŁUŻĄCY. Panna.
FELIKS, (kładąc mu rękę na ramieniu) Musisz być ze swej służby zadowolon? Gdybyś wszelako szukał kiedy innej, Pamiętaj o mnie — i zdrów bądź...
(rozpieczętowywa list pośpiesznie; czyta)
«Kochany
Panie Feliksie!...
(obraca list w ręku i chowa w kieszeni, serca bliskiej)
(gwałtownie)
((Kochany Panie Feliksie!)) — to dość jest,
To jest z nadmiarem dosyć, to jest wszystko —
Wszystko, cokolwiek marzyłem poniekąd! «Kochany»! Jul ja pisze ręką własną,
Pisze «kochany» i to w wierszu pierwszym,
I to pierwszego wiersza słowem głównem, Mówiąc ((Kochany panie Feliks*. Dość jest: Niebo, i ziemia, i morze, i kamień,
I piasek, i wiatr, i ta laska moja,
I rękawiczka, i ręka, i ramię,
Serce... i wszystko niczem w oczach moich!...
(przyciska łist do serca i uchodzi, me patrząc przed się; potyka się w pośpiechu
o Erazma, który nadchodził)
ERAZM. Dobry dzień. Feliks!
FELIKS. Skądże już wiesz o tem,
Iż dzień najlepszy, jaki mógł być, dziś jest? Ty, który jesteś zimnym, jesteś twardym, Jesteś nieczułym...
(z politowaniem)
...Może wina nie twa! Może nie możesz być innym z przyczyny, Że tobie żadna nie rzekła kobieta: ((KOCHANY ERAZM!»
ERAZM....Nie lituj się nazbyt,
O mój zabawny Feliksie! Dziś wilja Moich zaręczyn...
FELIKS. I dlaczego wilja?
Czemu nie żenisz się jak najprędzej, z kim chcesz?
Żyweby ludzkość jedne więcej serce Zyskała. Bądź zdrów! Ja, szukam ustroni, Wiszaru szukam nad harfą fal morskich, Gdziebym samotnie odczytał rękopism, Który na sercu noszę...
(uchodzi, trzymając rękę na piersi)
ERAZM....Jak flanelę!
SCENA 3
MARTA. Szczęśliwa jestem, że paną spotykam.
ERAZM. Raz pierwszy w życiu nie zadziwia mnie to.
Szczęsnym tak wielce będąc, iż umiałbym, Kogobądź spotkam, upromieniać sobą... MARTA. Kogobądź spotkasz pan?... ERAZM....To wyrażenie
Ku określeniu wszystkości jest słuszne.
MARTA. Więc łudziłam się, że bywam wyjątkiem...
ERAZM. «Wyjątkiem»? Pani, ah, wyjątkiem! Jeśli
O wyjątkowość, o oryginalność Idzie, to w porze, tak niewiele skwarnej, Gdy chłód od morza szeroko zawiewa, Pani zaiste, że wyjątkiem jesteś,
Piękny ten wachlarz zawsze w ręku mając,
Tak, iż kąpielni goście już, słyszałem, Zwą ciebie, pani, wachlarzową palmą!
MARTA, (melancholijnie) Ten piękny wachlarz jest piękną pamiątką Wspaniałomyślnej tak bardzo osoby,
Iż zapomina, gdy komu co dawa,
Lub pamięć grzecznem kryje odniechce-niem...
ERAZM, (przyzierając się) Wachlarz ten? Prawda, przypominam sobie... Lecz któż o takiej mógł rozmyślać fraszce?.
MARTA. Fraszce? — Co nigdy rąk mych nie opuszcza...
ERAZM. Przybrała przeto ważność dla niej nową,
Nie tą już będąc drobnostką, tą rzeczą Błahą, którą jej ofiarował tancerz...
MAKTA. Zwłaszcza, iż tańczy się nfe w każdej chwili.
Atoli słuszność pan ma. To jest fraszka..
(upuszczając wachlarz na ławkę)
To jest zbyteczna rzecz — wachlarz w tej porze,
Która od morza nawiewa chłód. Istnie, Że tu jest chłodno, zimno — i rozsądek, Którego cenę zna pan, jak nikt równie, Zaleca cofnąć się...
ERAZM. Ja odzianym jestem,
Jak zmiany czasu każą, i tu błądzę, Myśląc — ah, pani — myśląc...
MARTA. O czem??...
ERAZM. Myśląc,
Iż dziś jest wilja dnia moich zaręczyn. MARTA. Czy się nie mylę, że grzmot słychać w dali I że uderzył piorun!?
ERAZM. To powózki
Tętnią jadących po bruku, gdzie targi, Godzina, w której słyszy się to codzień...
(poglądając leniwo ku ławce)
Pani zostawia wachlarz swój...
MARTA. Był on mi
Raz już podanym grzeczną pana ręką.
(uchodzi pośpiesznie)
SCENA 4
W mieszkaniu JULJI — ona zatrudniona jest pisaniem; ERAZM wchodzi z pudełeczkiem w ręku.
JULJA. (czule ku Erazmowi) Chwilkę zaczekaj. Kończę list do cioci
(pisząc)
Przynosisz, widzę, pierścionki. Zaczekaj! Kończę — do cioci.
( pisze)
ERAZM, (na stronie) Gdyby czynił człowiek
Wszystko o słusznej godzinie, zaiste Aniby śpieszył się, ni czekał nigdy! Wszakże i k’temu omyśliłem sposób, Notatki moje pełniąc, gdy mam czekać, Tak, iż zaprawdę, ściśle biorąc rzeczy, Ani się śpieszę, ni czekam...
(dobywa karnetu i pisze)
JULJA. (z przyciskiem)...Na teraz
Myślę jednakże, że i oczekiwać I nawet śpieszyć się... nie jest zbytecznem. ERAZM, (zasiadając opodal) Wyjątki zawsze prawa swe miewają:
Alić to najmniej nie wzrusza metody! Metodę skoro my dla ciągu następstw Musimy nieraz zawieszać, cóż z tego? Ona trwa niemniej i obowiązuje.
Ja mogę znosić i przyjmać wyjątek, Jednakże ludzkość następna, jednakże Naprzykład syn mój czyliż nie miałby być Ścisłej metodzie wiernym? Jabym syna Mojego wdrożył wcześnie w to uznanie, W ten sens, któryby wcielił weń porządek Godzin, i zajęć, i punktualności.
JULJA. (gryząc pióro) A jabym czasem przeniosła dla syna Mojego lekki wybuch entuzjazmu! ERAZM, (nagle) Któryby zgubić mógł chłopca!!
JULJA. (patetycznie) Któryby Człowieczość uczuć wlał weń, a nie system.
ERAZM, (słodko) Pogodzić prądów tych w jednej naturze Zda się, iż trudno, albo niepodobna! JULJA. (z lekką ironją) Syn mój jednakże byłby panu bliskim?
ERAZM, (z przekąsem) Mój syn, jalc myślę, obcymby jej nie był.
JULJA. Cóż ta wątpliwość, «jak myślę)), ma znaczyć?...
ERAZM, (wstając i patrząc na zegarek) Ku morzu czas jest iść. Za małą chwilę Do brzegów Anglji zdąża parostatek.
JULJA. Czy pan się «śpieszy»?
ERAZM. Sens Anglików lubię
I kiedy nieraz tu, na kontynencie, Przeczekać jaką należy epokę,
Nic tak nie koi, jak zwiedzanie fabryk. JULJA. (namiętnie) Jakież to zwłaszcza fabryki pan radby Zwiedzał i cenił?
ERAZM, (bezmyślnie) Zaiste, nie złota, Którego dotąd nie umiemy złożyć!
JULJA. Ah, gdyby i to dostało się ludziom,
Byłyby ślubnych pierścieni fabryki! ERAZM, (ceremonialnie) Pani list skończyć winna pewno na czas,
Poczty albowiem, przesyłając tchnienia I serca bicie, wszakże są urzędem,
I są machiną, i fabryką. Żegnam!
JULJA (za odchodzącym) żegnaj, Erazmie! Dowidzenia! Kończę!
(skoro Erazm odszedł, poziera na stół, przy którym pisała była, i naokoło salonu)
Kończę!... Cóż kończę? List, czy własną dolę?
Cóż za szczególne są w życiu zdarzenia! Co to jest, naco to, skąd to powstaje? Czy obraziłam go? Czy on mnie? Czyli Obraziliśmy jakiś żyeia atom,
Nieznanej wagi i treści? Cóż to jest?
(przybliża się do siedzenia, na klórem pudełeczko z pierścieniami)
0 nędzo, nędzo uwidzeń i marzeń! Wszystko gdy ludzie zgotowali, nagle Rozpęka wszystko?... I dlaczegóż? Nie
wiem!
Byłożby prawdą, że w zbliżenia dramie Ludzie gdy ciałem i duchem nierówno Ku sobie idą, nadbiega ta doba,
Która rachunek kroków takich pełni,
I, jako lichwiarz, domaga się liczby? Bylożby prawdą, że kobieta w chwili Zawarcia ślubów oświecaną bywa Błyskawicowym blaskiem wydarzenia, Które jej dawa rozpoznać widnokrąg, Które odsłania jej grę charakterów
1 czeka, aby uznała, co czyni!?
To umysł nieraz badawczy nadmieniał, Lecz prawda gorzką jest, tak gorzką nieraz,
Iż łatwiej siebie stracić, niż rozglądać Pejzaże z góry, z której rzucić chce się..
(poglądając na stół)
O, nieskończony ten list tak zostanie! Wszystko niech rwie się, ani się dopełnia Ani jednoczy, ani ma dojrzenie...
(nornwaiac za szal i kapelusz)
Morze, ty będziesz mą pociechą jedną, Cmentarzem będąc nieustannie żywym. Głębie twe gdyby objęły mię wcześnie, Fal ukochałabym wierne uściski, Przenosząc mdławe blaski konch nad czucia
Ludzi. Uchodźmy!... I nie wróćmy nigdy! (wybiega)
SCENA 5
Brzeg morski. Zdała ma się na nawałnicę. FELIKS z listem w ręku.
FELIKS, (grobowo) Na wierszu pierwszym, na zdradliwym wierszu Czemuż się oko nie wstrzymało moje,
Z okiem zaś życie?...
...Powtórzmy!
(czyta)
«Kochany Panie Feliksie! Loży na ten wieczór, Jakkolwiek miło nam ofiarowanej,
Przyjąć nie możem, to jest bowiem wieczór
Dnia mych zaręczyn))....................
........................Czytajmy już dalej!
«Dnia mych zaręczyn»...Dalej już czytajmy:
«Julja!» — i basta!...
(postępując ku morzu)
Teraz, morze, idź tu, Jak zwierz na piersi moje skacz, szalone, I pianą pluskaj w oczy! Jestem, jestem Łupem twym, morze, wołam ciebie — słuchaj!
(patrząc na fale)
Idzie i wraca! I urąga sercu!...
MARTA, (dokoła pozierając obłędnie) Czemuż wachlarza tego nie podjęłam, Pozostawując na losu igrzysko?
Mnie-ć należało zgnieść go w ręku mojem I zaręczonej ofiarować! Albo Nakreślić na nim słowa dwa ostatnie, Rzucić na piasek... tak, rzucić, niechby go Podjął ktokolwiek, wyrazy odczytał, Jawnemi zrobił. — Niechby głosy rzekły: «Ktoś się w głębokość morza dzisiaj rzuciła...
Słowa te Erazm słysząc albo Julja Mieliby może myśl czułą.-(spostrzegając Feliksa, idącego przeciw falom)
Człowieku!
Czy tam głęboko?
FELIKS, (grobowo) Dla rozpaczy płytko. MARTA, (z ironją) Urąga wszystkość!... FELIKS, (na stronie) Ledwo tykam łydką.
(po chwili do Marty)
Są chwile takie, gdy i otchłań zdradza. MARTA. To nie jest rybak ani człowiek gminu.
Natrętnik jakiś — — —
FELIKS. To nie dziewka z ludu,
Ale warjatka jakaś...
MARTA. Dziśbym rada
Popłynąć łodzią na szerokie morze — Mam lam interes — gdy tu łodzi żadnej... FELIKS, (na stronie) Bądźmy ostrożni!...
(do Marty)
Dziś płynąć nikt nie śmie... MARTA. Pan się jednakże miotasz w fale...
FELIKS. Pani,
Perły ja szukam... Jest to namiejęlność. Namiejętności. o czem pani nie wie. Ślepe są, co zaś jest ślepem, nie wgląda W następstwa. Ludzie rozsądni, jak Erazm,
Który tu idzie, widzę, w mekintoszu, Inaczej rzeczy te pojmują...
MARTA. “ Nieba!...
(wytężając wzrok)
Zaiste, idzie ktoś, lecz w stronę portu, Lub, oglądając, wstrzymuje się, jakby Dostrzegał z tyłu towarzysza... Tak jest, To Erazm!..
(do Feliksa)
Myślę, iż, aby w otchłanie Rzucić się, chwilka starczy, tak ulotna,
Że ci, co idą, znaleźliby się tu Zawsze niewcześnie. Takie zagadnienie Matematyczne przychodzi mnie na myśli FELIKS. Głębokie myśli nieraz wiało morze
Na przechodzących po brzegu, wszelako
Pani zbyt jesteś i wdzięczną i młodą,
By tak zachmurzać czoło...
Tu przeproszę, Jeśli się nazbyt rączo wyraziłem.
(po chwili)
Ten, który idzie, zwie się Erazm, on jest Pełen rozsądku i cenny w tym względzie Dla cudnej Jułjl! On zbliży się właśnie W chwili, gdy, choćbym ja się w morze rzucił,
Zdołałby pani dopowiedzieć morał,
Który zacząłem jej głosić. Takie jesl Matematyczne z mej strony mniemanie.
MARTA, (wpatrując się w Feliksa) Julja zaś cóżby mniemała w tej mierze — -Ona, którą ja tak cenię i kocham,
Iż za nią czućbym zdołała i myśleć??
FELIKS, (z entuzjazmem) Pani!
Dozwól, niech rękę ci podam —
(podają sobie ręce i powoli oddalają się)
JULJA. (za sceną) Erazmie!...
ERAZM, (nadchodząc i poglądając na zegarek) Spóźniła okręt niezwykła nawałność,
Tak, iż naprawdę może czekać przyjdzie, Jeżeli człowiek, w czas swój wszystko pełniąc,
Czekać powinien, lub śpieszyć się musi. Atoli widzę, że nadchodzi Julja,
Zefirów rannych szukająca...
(do Julji)
Pani!
JULJA. Dzień dobry, hrabio!
ERAZM. Pani tu, tak rano..
JULJA. Pan jedziesz?
ERAZM. Na dziś okręt zatrzymano. JULJA. Ja przyszłam w morze rzucić się, codzień Toż samo czyniąc! I na sługę czekam Z bielizną,
poczem piję ośle mleko.
(kurtyna zapada)
KLEOPATRA
TRAGEDJA HISTORYCZNA W TRZECH AKTACH
AKT PIERWSZY
(WZAJEMNOŚĆ).
Jeden z pałaców Kleopatry w okolicach Aleksandrji. Dwoje drzwi wnętrznych po dwóch stronach sceny i jedne wielkie naprzeciwko. Wnętrzne są sfinksami ozdobione.
SCENA PIERWSZA.
EUKAST. Jakgdyby wczora mówił z ba-zylogrammatą *)
Lub z trzymającym wachlarz z lewej strony tronu,
Tak każdy dzisiaj myśli, że czasów zna sekret,
I rad pouczać drugich, a najskorzej — wyższych.
U Rzymian pono k’temu osobne jest bóstwo,
Forum Romanum2) zwane, którego kapłani
Nie golą bród, są sprośni i mający pozór Sapiencji 3).
RYCERZ. Tego niema, to błaha jest powieść —
Fertur4) bez świadomości, lub jej mając pozór...
Rzymianin bogi wielkie zna i jest chędo-gim,
Nie goląc się co trzy dni, jak księdze egipskie;
Lecz pospolitej rzeczy (a która świat dzierży)
Tknięty afektem, zwłaszcza w chwili znamienitej,
1) basilogrammata (gr.) — pisarz królewski.
2) Forum Romanum (tac.) — plac w Rzymie, na którym załatwiano sprawy targowe i prawne oraz odbywano zgromadzenia ludowe.
3) sapientia (łac.) = mądrość.
4) fertur (łac.) — mówią, opowiadają, że...
Jak Nil wzbiera — wylęga populus na forum’),
Mało się trapiąc, czyli pełni ceremonjal.
Rzecz, zaiste, za czasów, jak jest nasz, bynajmniej
Pogardzenia niegodna, iż jesteśmy w wojnie —
Wojna zaś nie jest jako; teorje2) jakkolwiek
Swój ma porządek...
KONDOR. Niemniej są królewskie łowy:
Skoro chędogi mosiądz trąb (bywało) każę
W tętno podjąć i lekkich mam przy koniu ludzi,
Posuwistych, jak nowy z papirusa sandał,
Pantera drży... sokołów świętych całe stada
Latają mi nad głową, «Diih, dih, dih!» wołając...
RYCERZ. Bywa i tak! Lecz w wojnie nie sam jest animusz,
Lubo ten miejsce trzyma wielkie oczywiście...
Atoli jest przedwszystkiem marszów kunk-tatura a),
Grodów kastrametacja*), tudzież dyscyplina B);
Trzy rzeczy, w których bardzo Rzymianin ma górę
I porównania prawie z innymi nie znosi...
EUKAST. Oh?...
KONDOR. Oh!...
EUKAST. Jakgdyby swoich nie
znało się wcale
Egipskich wojowników, których zastęp nieraz
1) populus (łac.) — lud, naród.
2) teorja (gr.) — poselstwo, wysyłane przez greckie miasta do świątyni delfickiej, delijskiej lub na igrzyska.
3) kunktatura (łac.) = umyślne zwlekanie, powolne działanie.
«) kastrametacja (łac.) = odmierzanie miejsca na obóz, zakładanie obozu.
b) dyscyplina (łac.) — nauka, wiedza; tu: karność.
Prowadzi mąż tak duży, jakiemu równego Między Rzymiany niemal Ci po ojcach idą Z Filistynów kretońsko-syrjackich i czynią Postrach halabardami1); za nimi dopiero Oficerowie nasi, każdy z dziadów dziada Dziedzic rycerskiej ziemie, mogący co chwila
Zdać urzędowi sprawę z dóbr... ludzie porządni,
Nie zaś auksiliary...2)
(dotykając ramion Rycerza i Łowczego)
Cofnijmy się nieco, Niźli posłuchań przyjdzie godzina i wola: Być godzi się, lecz nie być z urzędu należy...
(do siebie)
Każdy coś dzisiaj myśli, że zna czasów sekret!...
I każdy jakby mówił z bazylogrammatą Lub z trzymającym wachlarz z lewej strony tronu!...
(Rycerz, Kondor, Eukast cofają się. Kleopatra wchodzi powolnym krokiem)
KLEOPATRA, (sama) Pałac ten nie pałacem już, ale namiotem: Monarchini królową nie jest...
(przechadza się i zatrzymuje przed Sfinksem)
...Sfinks jest sfinksem. On, który się uśmiecha w swoje własne usta
I powstrzymuje wyraz twarzy...
(dotyka palcem głowy Sfinksa)
...lecz we wnętrzu On sam tylko jest szczerym kamieniem, nic więcej!...
(potrąca krótką włócznią w tarczę)
Słudzy nasi, czy jeszcze są sługami — pytam.
(Eukast i Kondor uwidoczniają się po stronach drzwi — środkiem zbliża się Rycerz)
KLEOPATRA. Wiadomości dziś jakie?... Jutro gdzie będziemy?
RYCERZ. Księżno, przed której stopą upadam, i, jeśli Słowem jeno, nie czołem, to wedle wygłoszeń,
1) halabarda (niem.) ~ dzida z osadzoną na końcu siekierą.
2) auksiliary (lac., auxiliarcs milites, cohortes) — wojska pomocnicze, sprzymierzone.
Z wysokości przez usta zaleconych wasze, By zbrojny mąż nie kłonił pancerza na ziemię —
Księżno — gdzie dziś będziemy? Rozkażesz, albowiem Niema już dziś, są tylko momenta dzisiejsze...
KLEOPATRA. Pięćdziesiąt galer moich doszło Pompejusza...
RYCERZ. Pompejusz był.
KLEOPATRA....Co słyszę!...
RYCERZ....Wieść, zda się, niemylna. Iż tułów jego pływa, głowa zaś z pierścieniem
Konsularnym wybiła pokłon temu, który Jest twoim, księżno, mężem, bratem i monarchą...
KLEOPATRA. Te słowa ci przebaczam, żołnierzu!...
(po chwili)
...Brat we mnie Piastunkę miał, sam będąc pacholątkiem drobnem;
Monarchy Kleopatra nie zna — mężem dla niej
Był jeszcze ów brat mały, zajmujący w łożu Miejsce gazeli...
(przerywa)
(do Rycerza)
...Zaraz! Dokończę mówienia. (do Łowczego u drzwi)
Kondor!...
Trzeba popytać o gazelę moją,
By zwierzę na człowieczych nie cierpiało nędzach,
Zaniechane w czas wojny. Królowej Egiptu Zwierzę jest symbol święty...
(do Rycerza)
...Pompejusz, powiadasz, Zeszedł? Gdzie, kiedy, jako?...
RYCERZ....Głoszą hieroglifem,
Umiejętnie pisanym, iż, skoro przypłynął Z Kornelją, żoną swoją, i synem Sekstu-sem,
Słał posły do monarchy, którego rodzica Niegdyś gościł był w Rzymie. Lecz rada narodu
Przemogła u świętego ucha monarszego. Dzielnych wysłano mężów, którzy zręcznie z łodzi Wewiedli Pompejusza na brzeg i, gdy wchadzał,
Cięciem ztyłu zwalili nawznak, poczem, głowę
Odrąbawszy i pierścień zezuwszy z prawicy,
Rzeczy te dwie odnieśli monarsze...
(po chwili)
...Dodają,
Iż lud chciał bohaterów tych w tryumfie ponieść
Do świątyni, lecz wrota zawarło kapłaństwo,
Któremu prefekt rzymski, Gabinius, w czas głodu,
Syłał zboże...
KLEOPATRA....Przez Sfinksa! Tych kilku służalców Oszalało...
(do Rycerza)
...Niech każde słowo wieści każdej Dochodzi ucha mego bez opóźnień. Odejdź!...
(patrząc w ziemię — z westchnieniem) Między sfinksem a mumją naród wychowany!...
Biada monarchom...
(do Eukasta)
...Śniadać chcę — sama... z Szecherą...
(spostrzegając, że Rycerz nie cofnął się)
Nie słyszałeś królowej, iż rzekła ci: «odejdź!...»
Lub czyli prośbę do niej szczególną chcesz zanieść?
RYCERZ, (przyklękając na jedno kolano) Monarchini! Człek, który w bitwach trwał trzydziestu,
I widziano, że zdejmał hełm w niebezpieczeństwie,
By poznanym był zdała... człowiek ten przed chwilą Nie śmiał myśleć, iż powie królowej, co zaczał...
KLEOPATRA. Wstań — mów------------------
RYCERZ, (z wybuchem)...wodzowie gardzą radą mą i planem,
Raz, że im są Rzymianie nieznani, drugi raz,
Że ja, pochodząc z Rzymian, właśnie przeto znam ich —
Że ja me z kasty jestem urodzonych wodzów...
Przez Bachusa! Śród wiernych zastępów królowej
Niedawno jeszcze liczyć można było przecie Do dwudziestu tysięcy tych Rzymian, co ongi
Pod Gabiniusem przyszli dla waszego ojca, | i
Egipskie żony wzięli i, jak cedry, służą. Tak, że, cokolwiek jeszcze w armji trwa, to orlę
Rzymskie... lecz oni z wodzów kasty nie pochodzą...
(po chwili)
Księżno! Twoi wodzowie, we trzy ufni rzeczy,
W liczbę, w twierdzę i spore marszu oddalenie,
Na hieroglifie mają skreślone, gdzie Cezar.
0 monarchini! Dzisiaj, przed słońca za-
ciemką,
Gdy pierwsza błyśnie gwiazda, możesz być zdradzona!
Cezar gdzie? Czyż kto o tem wie, gdzie plamka
Malenieczka na niebie, co, dojrzana ledwo Okiem wielkiem gazeli, juże spadła na nią Dwoma ciężkiemi skrzydły sępa, który zleciał,
Jak oderwany kawał granitu z gór nagich?
Cezar ma ośmset jazdy, pieszych trzy ty-, siące,
1 żadnej twierdzy... prawda... My — we
trzykroć tyleż I niezdobyte mury, gdzie oblec go możem... Ale Cezar oblegał nieraz oblężony!...
Ale Cezar nie sprawia szyków, jak generał Egipski, według stylu, i, bywało, garstką Legjonu przeciął drogi siłom znamienitszym,
Zamieniając je w jedno, równe swemu, skrzydło.
Na które od słabszego potem wpada flanku, Twarz w twarz, na krótkość miecza, z gromem i z błyskotem,
Jakby tam sta tysięcy wiódł za chmurą kurzu,
Piasku, zamętu, koni rżenia — i yictorii...1) (po chwili)
Niech ochłonę...
KLEOPATRA, (na stronie)...ten człowiek, o czemś wielkiem mówiąc. Stawa się wielkim!
(do Rycerza)
Słucham, co dalej masz zwierzyć.
RYCERZ. Dalej, o bezpieczeństwie świętej twej osoby Gdym rzekł coś, wszyscy wodze przyjęli mię śmiechem.
«Jemu, co z kasty nie jest niedotkliwej» — rzekli —
«Wydawa się, że króle są, jak prosty rycerz)).
I nuż podrwiwać, dzwonić na tępo mieczami
O stół, by szkło fenickich kielichów się tłukło...
Ja przemilkłem...
KLEOPATRA....Zaś plan twój... na dziś?...
RYCERZ....Monarchinil
Co między sobą króle poczną, lub co leży Upowite we fałdach na kolanie bogów, Tego się wywiadywać nie jest rzeczą moją. Alić w rycerskiej sprawie i męża rozumem Trzeźwego istnie widzę, że stąd trzeba nieco
Przed nocą dziś się cofnąć, zostawiwszy znaki,
Jakoby dwór królewski na miejscu zostawał,
A odchodziły wojska... taki dając pozór, Lecz czyniąc wodwrót, czyli, wojskiem kryjąc wojsko Przez dwa stosowne ruchy. I dwie przeto rzeczy
Otrzymać, ważne na dziś: czas i bezpieczeństwo.
Czas przeto, iż nie wiemy, po śmierci Pom-peja
(Z którym jednakże flota działała egipska). Jaki sprawa kierunek weźmie... żeglarz żaden
Nie powrócił, bynajmniej — nie wiemy nic zgoła!
KLEOPATRA. Znaczące jest, co rzeczesz.
RYCERZ. Co do bezpieczeństwa,
Ani się o królowej mówi, której ramię Oparte jest o bogów ramiona, ni wcale
0 dobrem wojsku, które zna niebezpie-
czeństwo,
Ani o generałach dobrych, mówię, którzy, Z wodzów kasty od dziadów dziada że pochodzą,
Więc rozumieją dobrze wojenne ćwiczenia
1 rzeczy słuszne czynią...
(po chwili)
...Mówi się pogłównie Gwoli prawdzie, gdy działać nie można natomiast...
KLEOPATRA. Pojmując i przyjąwszy rzecz, królowej łacno Dać wam, rycerzu, sygnet na bieżące trzy dni...
(zdejmuje pierścień, lecz zatrzymuje go w palcach)
Kogobyś zaklął, skłoni się; co każesz, spełni —
Jak długi Nil po brzegach obu... Czy jednakże
Myślisz, że cię zakryje pierścień przed zazdrością?
(uderza w tarczę krótką włócznią)
Eukast! Bandelety Izydy1) i berło,
I ksiąg dwoje hermejskich “) z końca...
(Kleopatra wstępuje powoli na siedzenie; Eukast podaje bandelety dwurożne, które ona na włosy zawiązuje, podejmuje berto i hermejskie księgi; Rycerz przyklęka)
(do Rycerza)
...Przystąp — usłyszt
(otwiera księgę na traf i czyta)
«...Tedy obmyślił kastę wszelkiemu bytowi: Albowiem ptaszek mały jest zarówno piękny Jak krokodyl.
— — — I owszem: spostrzega się codzień, Że, po jedzeniu skoro krokodyl odpocznie, Na piasku śpiąc i paszczę mając niedomkniętą,
Ptaszek drobny mu zęby wykala swym dziobem.
Kasta albowiem wróbli inna jest, a inna Ibisów krzywodziobnych, inna krokodyli, Te zaś pomiędzy sobą rzadko mają zawiść.
Święty jednak krokodyl drugiemu świętemu
Zajrzy, bocian zawiści bratu bocianowi. Tak, zazdrość jest pomiędzy tymi, którzy nie chcą
Nic ze siebie uczynić trudem osobliwym. Lecz naśladować rzeczy, przez drugich poczęte,
I uwłóczyć ich sprawie...
— — — — — — — Tak, z ogrodu kiedy Kradnie owoc ogrodnik leniwy drugiemu Ogrodnikowi, radby swoje własne ślady Nóg swoich zatrzeć nogą swą, jakby nie-
swoją,
I trop swój, jako tego, co okradł, podeptać...
— Stąd i przeto jest kasta; aby jeden czło-
wiek
1) bandelet (franc.) — * ozdobna przepaska na głowę, diadem. — Izyda, najpopularniejsza bogini egipska, odpowiadająca greckiej Demeterze.
2) księgi hermejskie, święte księgi, których autorem miał być Hermes ^Trismegistos (gr. — po trzykroć największy) czyli’ egipski bóg Thoth, personifikacja inteligencji boskiej. Księgi hermejskie były rodzajem encyklopedji w sprawach religji i wiedzy.
Śród zazdrosnych oparł się o zazdrość szeroką Całej kasty...»
(zamyka księgą, tyka Rycerza berłem i porzuca mu łańcuch zloty na szyję)
Rycerzu! Jesteś z kasty wodzów RYCERZ. Wielki jest Hermes, wielka Egiptu królowa!..
KLEOPATRA. Sfinksa dotknij i odejdź1
(Rycerz dotyka Sfinksa i z pokłonem cofa się, Eukast oddaje mu pokłon)
(do Eukasta)
...śniadać mam — z Szechera.
(Kleopatra powolnym krokiem i zamyślona ginie w jednym z przysionków)
SCENA DRUGA.
EUKAST. (podchodzi ku drzwiom głównym i woła) Kondor! Służba!...
KONDOR, (w głębi) Szakal! Her!
(nawoływani wchodzą jeden za drugim, krokiem ceremonjalnym. Kondor, wielki łowczy; Szakal, Her — słudzy stołowi. Następnie widać stół niesiony i mumję z odkryłem wiekiem, prowadzoną na kółkach, by u stołu zajęła miejsce. Przyrządzenie czynią różni słudzy. W scenie tej osoby dialogujące od czasu do czasu biorą udział w zastawianiu stołu)
EUKAST. (zamyślony i sam do siebie)
Egipcie!
Nilu!... Słońce!... Jakże się rzeczy odmieniły!
Królowie po południu śniadają’ Coś wszystko
Toczy się kołem, nawspak zakręconem. Ongi
Byłoż co, jak monarszy czujnego żołądek, Który ze słońcem równo szedł, by słońce wtóre?
KONDOR. Stołonośców zamkowych że pod ręką braknie,
Używam tych od lektyk >) drabów...
EUKAST. Niech przynajmniej
Owi, którzy dotknęli mumji, pozostaną U drzwi. Jakkolwiek baczę, że nierówni wzrostem,
Lecz dziś pono się wszystko równa arcy-łatwo.
(po chwili i jakby sam do siebie)
i) lektyka (lac.) — krzesło przenośne, do odbywa-nia podróży.
Ongi inaczej by Jo!... Dziś w zamężcie idzie Córka rybaka do dom kościelnego sługi, Co, strzegąc obelisków lub kadzenie paląc, Jako żyw nie ułowił i płotki na wędę!... Pisarza syn żeni się z ogrodnika dziewką. Stan pomieszano wszelki bez ceremonjału. Coś za wiele w Egipcie jest inteligencji!... Aż stąd przyjdą wyrodki... I już poczęły się, Już są... Czasy dawnemi kasty, jako schody Do świątyni z granitów, lub z porfirów stopnie,
Twardo miały granice swoje określone — Ksiądz z księżną, pisarz żenił się z córą pisarza...
KONDOR. Mumifikator ’), który wnętrz-noście wydziera,
Żenił się z wnuczką cieśli, robiącego trumnę...
EUKAST. Syn rolnika zostawał rolnikiem. Bywało,
Że tym porządkiem już się rodziły pół-bóstwa.
Sam znałem był matronę rodu książęcego, Poślubioną księdzowi, co powiła dziecię Do czestnego podobne kota; inna dała Córkę, mającą boskie krokodyląt formy — Widoczna łaska niebios...
KONDOR....Przez Tzydę,
Skłócono rytm muzyki, zaś muzykę zmienić To — obyczaje...
EUKAST....Król Aulet słoneczny,
Rodzic księżnej, ostatni wielki Ptolemeusz, Cóż całe życie robił?... Nie grałże, bywało, Dnie i noce na kobzie? Cnotliwy monarcha!...
Pomnę, gdy w dzień ostatni z pachnącego łoża
Palec ku mnie wyciągnął, przykląkłem strwożony,
Ziemię całując — biło mi serce... On rzecze: «Chór kobziarzy i miech mój — podaj!® Wołam chóru I złotą kobzę3) ciągnę choremu królowi. Ale żądać już nie mógł. tylko się zanosił, Że do dziś słyszę, zda się, jak pożądał wybrzmieć Nieśmiertelny dech jego — i nie mógł — i ustał...
KONDOR. Gdyby przez życie całe więcej nic nie wskórał,
Jużby na piramidę zasłużył!.,.
EUKAST. (spostrzegając Szecherę, o kiju wchodzącą)...Oto jest
Ona. jeszcze dawnego stylu Egipcjanka,
1) mumificator (póinolac.) — dosłownie: fabrykant mumij, majster, który balsamuje i chroni od gnicia ciała ludzkie i zwierzęce.
2) kobza (tur.) = ludowy instrument muzyczny, złożony z miecha i kilku piszczałek.
Starożytna Szechera, wiedząca o wszyst-kiem,
Cokolwiek się gdzie stało — milczkiem uśmiechliwa,
Baczna, choć słów nieskąpa... O niej król był mawiał Tę treść, nakamiennego hieroglifu godną: «Sowy są, aby w nocy widziały». Szechero! Dzień wam szczęsny...
SZECHERA. (półgłosem)...U sfinksów zewnętrznych Zostawiłam dwóch młodych chłopców z kasty ludu,
Ku którym dziś królowej łaska zajaśniała. EUKAST. Gdy powołani będą, przejdą przez podziemia —
SZAKAL, (nadchodząc pośpiesznie — do rozmawiających) Słońce u dziewiętnastej kolumny przysionku Zajaśniało, przybliża się sandałem złotym, Lada chwila skłonimy czoła — —
HER....U kolumny
Jedenastej królowa, przystawszy na chwilę,
Sobie samej coś rzekła, łzę otarła jedną Mgłą chusty i przez ramię tę chustę cisnęła Poza cień kroków swoich...
EUKAST. (do całej służby, słosownem półkolem grupującej się)...Córka Ptolomeów wchodzi!
SCENA TRZECIA.
(Kleopatra wchodzi, czytając zwitek papirusu)
KLEOPATRA, (kończąc czytanie) Ludzie! Przypowieść stara egipska się pełni,
Ucząca nas, że zamki monarchów, i grody,
I domostwa, są tylko zajezdnemi wroty,
Groby zaś mieszkaniami istotnemi. Tak jest
Oczywiście i z gmachem tym na oko świetnym!
Kleopatra z wami trwa w Egipcie, i w prawie,
I w sercu: nikt się przeto lękać nie ma przyczyn,
Ani się wieściom, mylnie szerzonym, poddawać.
Wszelako, gdy cień pierwszej kolumny przedsienia
Położy się długością wschodów, wynij-dziemy
Z miejsca tego... na pozór zostawując znaki.
Jakbyśmy, dwór nasz i wy, nie cofnęli kroku.
Czasu więc, gdy cień, ległszy na schodach, dosunie Do progów tych, służebne podepną mi szaty,
Podadzą pas rycerski, też misiurkę ‘) z czepcem,
A biały mój, najlżejszy uklęknie dromader 2),
Ów, o którym raz rzekłam, że jest strusiem piórem,
Poruszonem na wietrze palcami dziecięcia —
A to mówienie ryte jest na obelisku...
(podejmując kielich, zrzuca kroplę ku mumji i napoju dotyka ustami)
(do mumji)
Zeszły lub zeszła!... Ciebie pozdrawiam w braterstwie Nicości.
(przyjmując jedzenie)
...Syryjskich nie chcę śpiewaków — są miękcy.
Nie chcę rozmów hermejskich3) — są ciężkie! Chcę życia,
A mam za towarzysza ciebie —
(do mumji)
— nicość cichą! Któraż z poddanek, licząc osiemnastą wiosnę
I słynną będąc wdzięki swojemi, tak śniada, Jak Kleopatra?... Wzamian oddalone dwory,
Miasta i chaty baśnie wymyślają o niej Dla ucieszenia uszów, przypowieściom skłonnych.
(jedząc, ciągnie mówienie z ironją)
Manek arabski przyszłe długą karawaną Zwierciadło, osadzone rubinem, i zwitek Z logogryfem, ) miłosnym!... Judzki Herod rudy
Nadeszle w skrzynce wonnej liść lekki pa-piru
Z napisem: «Serce niew’ast»! Emirów niemało
Drobnych i aż od Pontu książąt długowłosych
Dwuznacznemi pośpieszą mię afekty raczyć —
») misiurka (arab.) — rodzaj hetmu, czepiec, zto-żony z metalowych kółek.
2) dromader (ar.) *= wielbłąd.
3) hermejskie rozmowy’ (zob. wyżej) — rozprawy naukowe.
4) logogryf (gr.) — rodzaj łamigłówki.
Z kast nawet niskich chłopcy próżne i ochocze
Wespną się ku lekkiemu Kleopatry sercul... (do mumji)
Śmiej się im w parze ze mną — z niewiastą umarłą,
Która istnego męża nie widziała nigdy, Lub w błędzie jest, mniemając, że widzialnym byłby!
(przerywając jedzenie)
Miałażbym serce, które uroiło sobie,
Że kochać można wielką miłością na zawsze!
Lub jestże to tytańskim przeciw niebu szałem
Ideał czuć, co nie był uciosany w kamień?...
Poślubiona dziecięciu, które loża częścią Udarowałam, jakby maleńką gazelę,
Lecz pozbawiona brata, gdy ów mężem stał się,
I nie znająca przeto żadnego z nich obu!... Niemniej ojca, albowiem gościł na wygnaniu
U Pompejusza tego, co idzie tu zginąć; Matki, bo onej pamięć we mgłach gdzieś niknęła;
Siostry, bo stała mi się spółrywalką tronu; Towarzyszek, przeto, iż ptolomejskie imię Kleopatry nie znosi równych sobie dziewic...
Nigdy — nigdzie — nikogo przy sercu... (do mumji)
...prócz ciebie,
Larwo’) niema — do kogo należąca, mniejsza!,..
(podnosząc kielich — do mumji)
Zaprawdę! Sądom, sędziom podziemnym starczące
Posyłam za umarłych zadośćuczynienie — I jasno ci pogląda w czaszkę, o umarła Lub umarły, ta, nigdy co nie była żywą. Moglibyśmy uścisnąć się, jak znani dawno, Jak z tejże bezserdecznej kasty pochodzący,
Choć o tobie podobnież może, jako o mnie, Niestworzone gadają rzeczy powieściarze I ta, która się zowie historją, ta dobra Staruszka... już, co baje, niespełna pamiętna,
Czci godna i osobnych dla wieku jej względów.
») larwa (lac.) — maska, szczególnie straszna; pocz-wara, straszydło.
Szechero, jestem smętna, jak nowowyryty
W granicie grób, na kogoś czekający--------
Pragnę!
(posuwa kielich, który napełniają podczaszowie)
Nie! Tego nie chcę wina — idzie tu przez morze,
Siły nabiera, tracąc natomiast kwiecistość. Jedną poziomkę, właśnie zerwaną z kroplami
Rosy, przenoszę nad ten ociężały nektar. Wody pragnę, co granit ma za dno i niebo Leżące, jak w zwierciadle! Lub, czego chcę, nie wiem...
Szechero, przystąp bliżej, podsuń sobie dywan,
U nogi królewskiego stołu misę postaw, Złotą misę... Zabierzesz ją w podarku do dom,
Skoro md wszystko zgadniesz, o co pytać będę...
Szechero!...
SZECHERA. (usiadając u stóp królowej)
...Na dnie wszelkiej misy prawdę widać.
KLEOPATRA. Zgaduj, jaki królowa dziś spotkała omen! ’)
SZECHERA. (patrząc przed się, powoli) Ona wyszła, ażeby poznaną nie była,
W stroju mieszczańskiej kasty — szła opodal łanów
Faraońskiej pszenicy, lecz cały ją obszar Poznał i każdy z kłosów pięknie się jej skłonił.
KLEOPATRA. Niecały obszar poznał ją...
SZECHERA. ‘...Kłos jeden
Nie mógł jej poznać, rzęsy mając ocienione Skrzydłami dwóch motylów, co igrały na nim...
KLEOPATRA. I nikt więcej?...
SZECHERA....1 jeden młodzieniec — Abdala
Ganimedjon, żniwiarski syn, z Belzero-wego
Pokolenia, szczególniej gładki na obliczu, Który z glinianej bani dawał pić dziewczynie.
KLEOPATRA, (na stronie) Na jego licu blaski widziałam, nieznane Sercu i oczom moim, blaski tajemnicze...
(do Szechery)
Czy więcej nikt królowej nie uznał?...
SZECHERA....I jeden
Mąż dorodny, niosący mały ciężar w chustce,
A który, jakby wielbłąd biały, posuwiście Przeskoczy! cień królowej, leżący na piasku...
On jest syn nurka, Faleg-Mun; stoją obydwa
U podnóża zewnętrznych sfinksów...
KLEOPATRA, (na stronie)...W oczach, w uściech,
W rozegrzanem obliczu i włosie rozwianym,
We wzdętych piersiach — czucia widziałam nieznane...
(do służby)
Eukast! Niechaj ludzie ci staną obydwa Przed królowej obliczem! — Szechero!
Thot ^ tobie Wzrok dał, jakiego rzadko dziś na dworach...
SZECHERA....Dwory
Wysokie są, jak skały, na których zaledwo Cedry trwają — podlejszy i czulszy krzew niknie.
KLEOPATRA, (do służby) Wazę złota, na którem nowo jest odbity Nasz wizerunek, chcę mieć pod ręką...
EUKAST. (w głębi) Mun-Faleg,
Starszy od chłopca, pierwej od Abdali wchodzi.
(Mun-Fałeg staje przed Kleopatrą i ukłonu dopełnia)
KLEOPATRA, (do Szechery) Spytaj, czemu nie uznał królowej...
SZECHERA....Niewszystko
Wieszczemu oku dane jest czytać — dlatego
Masz się sprawić, Mun-Faleg, jeśli o poranku,
Niewielkie uwinięcie gdy niosłeś z pośpiechem,
Królowej zaś cień leżał na piasku, ty rączo, Jak biały wielbłąd, cień ów stopą potrąciwszy,
Nie uznałeś w nim wielkiej królowej Egiptu —
FALEG-MUN. Mądra Szechero, której wiadome są treści,
Mało rzeczone głosem ludzkim, powiem tyle:
Dzisiaj jest dzień, gdy wreszcie wykupiłem skrzynkę,
Zawierającą rękę ojca mego, nurka.
Na wieku skrzynki onej pendzlem jest pisane,
Jak spory rekin chwycił rodzica za ramię

  • ) Thoth, egipski bóg mądrości, personifikacja in-teligencji boskiej (zob. wyżej na str. 358).

I jak się ja rzuciłem z nożem i odjąłem Starca — ja, Faleg-Mun, szczery syn jego... Wszelako, on niewiele potem dłoń utracił I stradał moc rzemiosła swego, jednoręki! I sporo trzeba było czasu, aby spłacić Balsamowanie, które służy w życiu przy-szłem.
Szechero! Cienie, ranną światłością rzucane,
Są długie, u piramid i u stopy królów,
A żywot ludzki bardzo jest krótki, a ręka Ojca mojego jest ta, którą błogosławił, Gdy pojmowałem żonę i chatę spokojną. Zaś dzień, w którym odniosłem ojcu ciało jego,
Weselem upoił mnie, syna..
KLEOPATRA, (na stronie, wpatrując się w twarz mówiącego)...Właśnie — właśnie,
Ten sam uczucia promień nieznanego widzę —
(posuwając garść złota ku nurkowi)
Odejdź! Królowa cieszy się, że ty... masz ojca
I że chatę masz swoją... spokojną...
EUKAST. (przypominając Kleopatrze)
...Kolumna
Dotyka cieniem schodów...
(kiedy Mun-Faleg cofa się, wchodzi Abdala)
EUKAST....Oto jest Abdala
Ganimedjon!...
KLEOPATRA, (do Szechery)...Mów jemu, co zechcesz, Szechero!
SZECIIERA. Ganimedjon, Abdali synu! Dzisiaj rano,
Skoro żniwiarce do ust amforę chyliłeś, Przechodziła osoba królowej... i ty jej Zaniechałeś należną czołobitność oddać. Mów szczerze — jak zdarzyło się wszystko?
GANIMEDJON. Szechero!
Przez Apisa!’) Było tak, iż na Ile różanem Porannych niebios, w kłosach do kolan Melmeja
(Przyszła moja) stanęła, wołając: «Pić daj mi!»
Zaczem, amforę prawem podparłszy ramieniem,
Chyliłem ręką lewą gliniane jej wargi W usta Melmei, która ku mnie nie patrzyła.
A skoro ja patrzyłem na rzęsy jej... (iż ma
i) Apis, po egipsku Hap, święty byk, czczony w Memfis, jako ożywiony obraz Ozirisa.
Czarne rzęsy, choć blade, jak żyto, warkocze)
Być może, iż królowa świata przechodziła...
KLEOPATRA. I tyś królowej świata na-ówczas nie widział?
Ani poznałeś cieniu jej, porzuconego Na twarz Melmei... ani cieniu piersi Królowej, co upadał na Melmei ramię — Cieniu, który się kładzie u jej stopy?
Patrzaj!
Chłopcze, patrzaj... ty jesteś prawdziwie zbrodniarzem!
Melmeja także nie jest na wzorowej drodze,
Gdy ma warkocze blade, a rzęsy z hebanu (Przeciwieństwo, wyraźnie fałsz znamionujące!).
Chłopcze, dlatego tobie nic królowa nie da...
(na stronie)
Cóżby ci ona mogła dać więcej!...
(do chłopca)
...weź tylko
Złoty ten pieniądz — widzisz — z twarzą Kleopatry,
I rękoma go uczep na Melmei piersiach, Tak, ażebyś znal odtąd królowej oblicze...
SZECHERA. Pięknie się skłoń i odejdź...
(Ganimedjon wypełnia ukłon i cofa się)
KLEOPATRA, (wstając od stołu). Poddanych mam, którzy,
Mają ojców, i synów, i oblubienice,
I wnętrza chat spokojne...
(do Eukasta)
Pono cień kolumny Wypędza mię z pałacu ojców?!
(wchodzą służebne Kleopatry)
Pas, hełm, dzidę! Biały mój wielbłąd niechaj uklęknie, jak łabędź!
(służebne krzątają się około stroju Kleopatry)
Teraz ten chłopiec i ów nadobny mężczyzna,
Świecąc kruszyną złota między gwarnym ludem,
Pole dadzą szczególnym przypowieściom
o mnie.
Miasto poda je miastu, zwiększając i barwiąc
I z Kleopatry serca czyniąc Nil miłostek, Wielkim pomiatający kałem...
(do Eukasta)
Pragnę!... Daj mi Perłę jedną winnego grona...
(do służebnej)
Dopnij sandał!
(wstaje, ma się ku drzwiom głównym i, podnosząc rękę z krótką włócznią podróżną)
Błogosławieństwo woli królewskiej nad wami!
WSZYSCY, (i za sceną — w okrzyku) Wielkie jest Ptolomeów imię! I jest wielka Kleopatra, jedyna Egiptu królowa...
SCENA CZWARTA.
EUKAST. A co teraz?
SZAKAL i CHŁOPCY SŁUŻEBNI.
...A teraz — co?!...
EUKAST. Mądra Szechero!
Oto twego wieszczego umu czas...
WSZYSCY....Cóż będzie?
EUKAST. Cóż z tego będzie?
(Szechera milczy)
KONDOR, (zbliżając się do stołu) Zdanie moje jest poziome,
Lecz obowiązujące: primo — skrzepić ciało, Ażeby sie zmocniła dusza...
WIĘKSZOŚĆ GŁOSÓW. Przezacnego Łowczego słowo niechaj pochwalone będzie!
KONDOR. Secundo: było w mowie królowej rzeczone,
Aby zachować «pozór», z czego istny wniosek,
Że tu rzeczywistego pola walki niema. Tak naprzyklad skoro się owy weźmie pasztet,
Który ma formę pawia, i skoro się z wnętrza
Formy onej odejmie treść, a kształt zostawi,
Pozór ptaka nietkniętym może jaśnieć wdziękiem.
(do chłopca służebnego)
Niech popiję dla głosu czystszego...
SZECHERA. (która dotąd upowijała w chusty misę złotą) Co czynię, Śpiesząc, bym dar królowej w moje wniosła progi
I nie dała się zlupić żołdactwu bez wodzów Lub rzymskim zwiadom, — starczy za całą odpowiedź:
Błogosławieństwo z wami!
(wychodzi)
HER. (nadchodząc zpowrotem przez drzwi główne)...Widzieć trzeba było Ptolomejkę, gdy wstawał dromader, a ona Rosła na niebo hełmem i swą krótką dzidą. Lud dalej w drżących grupach — przed nią, za nią jezdni,
Dzwoniący rynsztunkami. Cezarby się uląkł!
Rzymianie pierzchną — spełzną Rzymianie, jak tuman Kurzu, strachem bladego, co za wojskiem upadł!
Domowej wojnie z nimi koniec się położy. Oto co, za próg ledwo wyszedłszy, wciąż słychać,
I co lud, i co mówi postawa widoku.
KONDOR, (u stołu) Dobrych tłumaczu nowin, posil się u stołu.
EUKAST. (do Szakala i służby) Szechery wieszczej wcale słów nie lekceważę. Co droższy sprzęt, uważnie składajcie mi w kosze.
Nie wy, lecz ja dworowi odpowiadam za nie...
(Jedni spożywają resztę potraw, drudzy układaniem sprzętów w kosze i onychże odnoszeniem zajęci są — tak, iż dwie rozmowy są prowadzone)
HER. (u stołu) 1 będzie znowu Egipt, jak przez wieki wszystkie.
KONDOR i INNI. Będzie i będzie — wiwat!
HER. Przejdziemy i morze,
I Tyber... (trzeba wiedzieć, że Rzym jest nad rzeką).
KONDOR. Ależ! Co to za rzeka! Jedenby krokodyl Wypił...
HER. I, lubo z kasty wodzów nie pochodzę,
Przyznam się, że bynajmniej nie byłbym zdziwiony,
Gdybym miał do czynienia sam na sam naprzykład Z wielkim, jako ów wielki Pompejusz... bezgłowy!...
EUKAST. (do swych podwładnych) Dla «pozoru», te, co są jeszcze w rękach, sprzęty
I zastawienia stołu niektóre — a mówię, Iż niektóre — opuścić należy. Zalecam Tudzież usunąć mumję... święty to obyczaj Egipcjan starożytnych, lecz niezawsze wszyscy
Zrozumiewać umieją go... Czas się odmienił.
(służba cofa mumję i krząta się)
HER. (u stołu) Z ludów świata najstarszy, wprost od bogów idąc, Niepodobna, ażeby innych w karby nie wziął...
KONDOR, (u stołu) Myśl mi przyszła, że, jako kasta jest do kasty,
Tak Egipt do Etjopjan, do Poncjan, do Rzymian...
EUKAST. (z ostalniemi koszami i służebnymi chłopcami cofając się) Rłogosławienie z wami!
HER. (u stołu)...Myśl, co po wielekroć W głowę mię uderzała, gdy na wyspie byłem
Dalekiej, gdzie fenicki sprzedał mię podróżnik
Dla dziwnych wdzięków moich o wiośnie żywota...
Tam poznawałem ludy zamorskie i inne, Tam uczyłem się sensu kapłańskiego. Dzisiaj,
Jako przez sen, albo przez mgłę, sobie przypominam...
KONDOR. Skrzep ciało kroplą... i mów!
HER....Tamże jedno pokolenie
Uznało mię za boga... jak przez mgłę...
(zasypia u stołu)
KONDOR....Kolegę
Pozostawić w niejakiem dumaniu jest grzecznie.
Lecz widzę, że Eukast i inni spełnili Główną część obowiązku, uchraniając rzeczy,
Których kosztowność mogła na szwank je narażać.
Nieopieszalej zatem pocznę, gdy niektóre Sam uniosę...
(Kondor pozostawione jeszcze niektóre
drogie naczynia w szaty swoje składa)
...Szakalu pilny, zostawuję-ć Błogosławienia moje...
(uchodzi)
HER. (oparty na stole)...jak przez mgłę, dym, parę...
SZAKAL, (do pozostałych dwóch chłopców służebnych) Łowczy wielki może spostrzec, iż zaniechał Objąć tej złotem gęsto nabijanej czarki,
I owej, mówię, płaskiej ze srebra podbutli, Tudzież fraszek podrzędnych... Bądźcie pilni, chłopcy!
(zabiera przedmioty wzmiankowane i śpiesznie oddala się)
IIER. (u stołu) Wszystko... jak przez papierek... cienki...
CHŁOPIEC PIERWSZY, (zbliżając się do llera)...Czy nie lepiej
Usunąć mu z pod palców kubek...
DRUGI CHŁOPIEC....i podstawkę — OBA.1 CHŁOPCY RAZEM. I dwa błogosławieństwa zostawić. Uchodźmy!
(chłopcy usuwają się cicho i śpiesznie)
SCENA PIĄTA.
(Her, twarzą na stole opróżnionym oparty i snem ujęty. W rozwartych podwojach widać od jednej naprzód, a potem od drugiej strony przebiegających dwóch żołnierzy rzymskich z rękoma na mieczach)
(Dwóch centurjonów rzymskich, od dwóch przeciwnych stron, wchodzi)
PIERWSZY CENTURJON. (obzierając się dokoła) I tu jeszcze nikogo!... DRUGI....Istotnie, że musiał
Przez szpiegów mieć plan gmachu całego.
To twierdza,
Gdzieby się oprzeć mogło kilku ludzi wszystkim Siłom załogi naszej. Takiego ot stosu Złożonych tak granitów się nie lekceważy!...
Musieli go poprostu obeznać pierw z miej-scem...
PIERWSZY. Kiedy, kto — jeśli chwili dotychmiast nie było,
Żeby królewskich posłów mu przedstawić?... Jeśli Posły królewskie — uważ! — włóczę pod mą strażą,
Bo czasu nie miał Cezar zsiąść z konia i mówić...
Bynajmniej! Nikt mu żadnych nie donosił zwiadów:
Obrócił koniem, palcem załogę rozdzielił, Od dwóch stron kazał w gmach ten wnijść.
My, z Fortun jusem,
Jako widzisz — on, z jednym liktorem...1)
wiesz lepiej,
Co i którędy począł...
DRUGI....Jak we własnym domu, Na pierwszy schód przysionka zesunął się z konia,
Ręce obie za biodra zarzucił leniwo. Liktor Toraks szedł przed nim... on, stopień po stopniu,
Między jednakie sfinksów wstępował profile,
Krokiem równym przemierzył krużganek i salę,
i) liktorzy (tac.) = woźni, przydani najwyższym dygnitarzom państwowym rzymskim, noszący przed nimi oznaki ich władzy: rózgi i topór.
I znów krużganek wnętrzny, aż, gdzie wody szelest,
Spadającej do wanny z porfiru, dał wiedzieć,
Że się jest w łaźni. Cezar nie postąpił dalej:
Przyjmuje kąpiel, może Kalligjon mu czyta!...
DRUGI. Tymczasem zbiegów kilku lub marnych włóczęgów W gmachu nieznanym zamach wykonaćby mogło
Na wielkie czoło, które jest fastigium *) Rzymu!
(okrzyki za sceną słyszeć się dają)
OKRZYK. Górą szósty italski legjon!... Konsul górą!...
HER. (przebudzając się u stołu) Przez AmentiL.2) Cóż stało się!...
PIERWSZY CENTURJON....Nareszcie jeden
Mieszkaniec gmachu tego!...
(porywa Hera za ramię)
...Ktoś jest? Chodź tu, spowiedź!
DRUGI CENTURJON. (obzierając dokoła) Czy nie z desek tej mumji wyszedł niespodzianie?...
HER. (pokazując na mumję, w głąb sali usuniętą) Właśnie z nią schadzkę miałem w tein samotnem miejscu, Zdała od natrętnego świata... Moje imię Jest Her, zaś jestem w gruncie to, co Grecy zową Sofoss) — siedm lat milczałem...
PIERWSZY CENTURJON....Za lat siedm abstencji
Uracz gościnnie Rzymian! Z jakiej parlji jesteś?
Z kim trzymasz: z Arsinoe4), z królem, z Kleopatrą,
Z Emiljusza Lepida6) pełnomocą — albo Pompejuszowi może służyłeś?...
HER....Sapiencji!...
DRUGI CENTURJON. Trza go wziąć na tłumacza zwiadom...
HER. Partji korzeń
Powstaje z nietrafnego się wytłumaczenia.
PIERWSZY CENTURJON. (na stronie) Nieźle mówi po grecku...
(do Hera)
1) fastigium (lac.) — szczyt, ściana szczytowa, fronton.
2) Amenti, właściwie: Amentet (egip.) świat pozagrobowy, piekło.
a) sofos (gr.) *= mędrzec.
4) Arsinoe — siostra Kleopatry, władczyni Cypru z ramienia Cezara; pragnęła wydrzeć i Egipt Kleopatrze.
5) Marcus Aemilius Lepidus, kolega Cezara w konsulacie r. 46-go, później jeden z tryumwirów.
...Ten gmach pod znakami Ptolomeów dlaczego niezamieszkan stoi?
HER. Zamieszkanym jest w duchu... znaki są pozorem,
Jak wszystko na tym świecie... Wedle przypowieści Archi-egipskiej gmachów mieszkalnych tu niema,
Lecz są gościnne dworce — grodami zaś grobyl
FORTUNJUS. (wchodzi, wkładając miecz do pochwy) Konsularne insy-gnja *) zatknięto — posłowie Ptolomejscy wnijdą tu i staną. Ten człowiek Kto jest?...
CENTURJON....Bezbronny jeniec...
FORTUNJUS....Wziąć go za kohorty.
(jeden z Centurjonów uprowadza Hera)
(Żołnierze z niewiclkiemi pakunkami wo-jennemi wchodzą. Jeden porzuca na ziemię krzesło podróżne i skórę lwa, drugi mniejsze przedmioty na stół składa. Za nimi wchodzi Kalligjon, trzymając miecz pod pachą i zwój papieru w ręku)
KALLIGJON. (do Fortunjusa) Zdrowia!
FORTUNJUS. Wzamian-----------
KALLIGJON....Godzi się przyznać, że, jeżeli
Pałace podrzędniejsze są tego wytworu, Cóż musi być w Serapjum?!2)
FORTUNJUS. I że rzymski wielki
Pompejusz u swojego znajdzie przyjaciela Miejsce, by oprzeć głowę...
KALLIGJON. Dla mężów, którzy są
Godni nazwania tego, sama nie-Fortuna Jest tylko przeciwmarszem albo odpoczynkiem.
FORTUNJUS. Tak to brzmi!... Niekoniecznie się sprawdza zarówno.
A dowodem: że, gdyby tak wiodły się rzeczy,
Nie byłoby na świecie tragedji...
KALLIGJON. Tragedja!
Zaiste, że jest boską i że jest obrzędną,
Jak była na początku swego na świat przyjścia.
Zawsze ona wyjątkiem, piorunem Olimpu! Wszelako i tragiczność ma swój wątek...
1) insygnja konsularne (lac.), oznaki godności naczelnika rządu, konsula.
2) Serapium (gr. Serapeion), olbrzymi pałac królewski w Aleksandrii, nazwany tak od świątyni Se-rapisa. Serapium leżało zdała od wybrzeża — kanał portowy przeprowadzono obok niego dopiero po Chrystusie.
FORTUNJUS. Kiedyś,
W Tuskulum’) w cichej z bukszpanów alei
Przedyskutować trzeba ten przedmiot... (do Centurjona)
...Nareszcie
Niechże już z podarkami swemi posly owe Znudzą Cezara — ławy niech zajmą u wnij-ścia...
(do Kalligjona)
Rzadko miejsca, polami bitw zajmowanego,
Któreby się dawało zużytecznić składniej: Zaiste, że nieledwo trybunalnie można W takowym się rozłożyć gmachu...
(Centurjon wprowadza posłów, którzy zajmują miejsca u drzwi, a którymi Fortunjus i Kalligjon nie zajmują się. Kalligjon jest u stołu, gdzie zwitki papierów porządkuje. Centurjon, który wprowadził posłów, ustawia krzesło podróżne na skórze lwiej i zawiesza na onegoż wezgłowiu purpurę)
LIKTOR. (od wnętrznych drzwi sali)...Konsul — tędy
Przechadza!...
(Posłowie podnoszą się. Cezar wchodzi w stroju powszednim, przybliża się do krzesła, podejmuje róg płaszcza purpurowego i zarzuca go na jedno ramię, nie kończąc ubrania, ni biorąc miejsca, tak, iż połowa purpury spoczywa na siedzeniu)
KALLIGJON. (w zbliżeniu do Cezara)...Główny z posłów zwie się Achillesem. CEZAR, (na stronie, jakby z półuśmiechem) Się zwie! — — —
(daje znak ręką, iż słucha)
ACHILLES. «...Ptolomej, król i pra-woistny
Następca Auleta egipskiego, władca5), Mocarz i pan, a ludu rzymskiego przyjaciel
I Pospolitej Rzeczy rzymskiej osobliwy Miłośnik: konsulowi, wodzowi, gościowi — Pozdrowienie! —
(po przestanku)
Jakkolwiek bogaty jest Egipt,
1) Tusculum, starożytne miasto w Latium, wpobliżu Rzymu. Tu, w willi Cicerona, powstało w r. 44-ym głośne jego dzieło «Dyskusje tuskulańskiet («Tuscu-lanae disputationes»).
2) Kleopatra była córką Ptolomeusza XIII Auleta, a mężem jej i wspólregentem, danym jej przez Cezara w r. 47, był młodszy jej brat, Ptolomeusz XV.
A serce władcy jego wylane dla braci Władców, jednak wewnętrzne tu i tam niesnaski
Czynią, że godne trudno wymieniać podarki:
Przeto król idącemu w pogoń za przestępcą Pierścień jego i głowę posyła, by winny Oddała pokłon...» — te są wyrazy monarsze —
(Achilles odwija nagle glotuę uciętą
i z pierścieniem składa u stóp Cezara)
KALLIGJON, FORTUNJUS, CENTURJON i LIKTOR. Eheu! Pompejusz Wielki. — Zaprawdę, że on!
CEZAR. Bezecni!... Precz ode mnie! Darów tych i okiem Cezar nie tknie — nie może tknąć Rzymianin!
Kiedyż
Króle i władze wasze, jeśli nie wy sami, Pojmiecie, że Rzym wcale się nie mści — on karze!
Cezar — że się nie bije... że on walczy tylko,
A konsul, gdyby miał się mścić, to chyba zemsty!
Wy, uszedłszy stąd żywi, świadectwem będziecie Słów rzeczonych...
(odwraca oczy i purpurą zakrywa)
...Tak smętny jestem, jak był wielkim Pompejusz!...
ACHILLES i SPÓPOSEŁ. (widząc Cezara milczącym)...Ci, co treści odnoszą i rzeczy,
Jako im są zwierzane, znać mają powinność
Wyrazy, monarszemu przeznaczone uchu...
CEZAR, (nie obracając profilu do posłów) Rzym pogardził, wódz grozi, a zapłakał Cezar!
(nie odwraca jeszcze spojrzenia i usuwa się zwolna we drzwi wewnętrzne, Achilles i spółposeł głównem wnijściem cofają się z królewskiemi dary)
KALLIGJON. I to ten sam Pompejusz, u którego, pomnę Jak dziś, widziałem ojca egipskiego króla, Wygnanego do Rzymu...
FORTUNJUS....i to ten sam, który, Gdy z Mitrydatem walczył, a zdradą mu chciano
Ułatwić tryumf, zdrajcę, poradnika swego, Skazał na śmierć...
KALLIGJON. To ten sam, nasz wielki przeciwnik,
Za którym goniąc, doszliśmy do kresu, odkąd
Jego i Rzymu bronić przychodzi... Tra-gedja
I wojna, ręka w rękę, jak dwie tanecznice Obrzędowe, solennie do przeznaczeń wiodą!...
(Liktor wchodzi od drzwi wewnętrznych)
KALLIGJON. Konsul — co każe?...
LIKTOR. Miejsce lustralną zmyć wodą I zarzucić lwa skórą.
(pełni zlecenie)
Wskazał, że nie przyjmie Sprawy żadnej, prócz ważnych z obozu doniesień,
Głębokiej życząc sobie cichości dokoła.
(ta część sceny mówiona jest półgłosem)
KALLIGJON. (rozwijając jeden z papierów do Liktora) Lamp potrzeba!...
(składa papier; do Fortunjusa)
Cóż powie Rzym za dni niewiele?!
FORTUNJUS. Zwłaszcza, iż smętne wieści dochodzą drogami,
Których żaden wódz dotąd nie potrafił przejąć.
KALLIGJON. Szczególna rzecz, a istna...
FORTUNJUS....Przedostatniej nocy, Gdy nie mieliśmy chłodnych ścian wokoło siebie,
Lecz pustynię i skóry namiotów, sen dziwny
Upadł na mnie. Wydało mi się, że z konsulem
Szliśmy pośród zawiei, trzęsącej gwiazdami,
Nawoływania słysząc w powietrzu. Gdzie niegdzie
Przeginały się palmy włosami na piasek I brakło tchu... A konsul do mnie: «To początek...
I taki bliski końca!...» Zbudziłem się, słysząc
Szczekanie gdzieś szakala i chromy chód hien.
(Liktor ustawia lampy)
FORTUNJUS. (do Liktora) A ty — snu czy nie miałeś?
LIKTOR. Miałem-ci, wyborny
Sen, tak, że mi się zdała noc cała jak chwilka.
(wychodzi)
FORTUNJUS. (do Kalligjona) Tego gdy życzę sobie, radbym tobie niemniej, Lecz wiem, iż czuwać będziesz...
(zarzuca płaszcz i cofa się)
KALLIGJON....Yale! *)
(sam)
Szczególniejsza
Doba! Imperjum zewsząd pod ręką się pełni:
Od Pontu do Iliszpanji, od wysep Bry-tańskich
Do tego stołu: na zdJuż i na szerz — nie-tylko
Sens stanu, lecz i siły są w grze tajemnicze.
Nieraz śmierć robi tyle, co żywot, a życie
Śmierci się równa... Nieraz dnia jednego wątek,
Za lat sto lub na sto lat pracując, zawiera
Pierwociny ogromnych na świecie wydarzeń...
(za Fortun jusem)
Jemu śni się, mnie trzeźwa dawa sny rozwaga.
SCENA SZÓSTA.
(Krokiem przechadzającego się po gmachu wchodzi Cezar. Przemierza całą salę, żadnej na Kalligjona uwagi nie zwracając; natrafia na skórę lwa, w miejscu, gdzie leżała głowa, rozesłaną, i, podnosząc nad nią rękę, wypowiada)
CEZAR. Fortunie... która zowie się i po-mścicielką!...
(ciągnie dalej przechadzkę, przybliża się do stołu i daje Kalligjonowi znak ręką, aby się pisaniem zajął)
CEZAR, (wyciągając się w połowem krześle) Stanęliśmy w poczęciu wtó-rego rozdziału...
KALLIGJON. (czyta) «0 egipskiej potrzebie: paragraf Jedenasty — księga pierwsza))
CEZAR, (dyktując) «Cezar
Z dziesięcioma nawy rodyjskiemi I z azjackim posiłkiem prowadził Trzy tysiące dwieście mężów pieszych I osiemset jazdy. A tak we trzy dni
Szedł na Aleksandrję..................
.................znał naturę
Egipcjan, iż są zepsutymi,
I, jak mało ufać im się godzi,
Zatykając ówdzie rzymskie orły...»
CENTURJON. (od drzwi głównych, zadyszany) Fortunjus! Kallig!... Który z dwóch nadbież-no, proszę,
Rez konsula tej sprawy rozstrzygnąć nie można...
CEZAR, (obracając się twarzą) Konsul jest tu w osobie — co rozstrzygnąć winien?...
CENTURJON. Zupełna osobliwośćl
O wnijściu księżyca Lekka łódź posunęła się do brzegu — straże,
Znak odebrawszy pewny, podały go innym I dopuściły przejścia przez łono obozu. Mąż silny (co bez wyższych zleceń zda się nie być)
Uniósł z łodzi osobę, starannie owitą,
Jak się penatów nosi posążki, lub jako Półbóg nimfę z kibicią, niedotkliwie skłonną,
Albo jak nurek perłę w muszli — i tę postać
Przeniósł aż tu pod zamek, tak szybko, że przebłysk
Złotego jej koturna, wspartego na dłoni Unosiciela, wydał mi się, jak meteor...
Tą osobą jest sama królowa Egiptu,
Zaś dokonanej sprawy szybciej — nie widziałem.
Zda się, że już nadchodzi.
CEZAR, (wstając i robiąc krok ku drzwiom głównym, do Centurjona z półuśmiechem) Nie byłeś pod bro-nią,
Kiedyśmy przechodzili Rubikon...
(głębia drzwi głównych zapełnia się strażami obozowemi; naczelnicy rozstępują się, Kleopatra wchodzi, robi kroków kilka
i, napotkawszy rozesłaną lwa skórę, przyklęka)
KLEOPATRA. Konsulu!
CEZAR....Klęknąć tobie pozwalam, królowo!
Nie z tytułu, bo całej nie objąłem władzy W Egipcie, który posłów nie ma i jest zbrojny.
Ni teraz czas, ni miejsce właśnie trybunałów.
(podnosząc za rękę Kleopatrę)
Lecz — przebacz pani — wyznam przy prawdziwym świadku (wskazuje na Kalligjona, który to stwierdza ukłonem i następnie cofa się) Traf, dla którego widzieć cię skłonioną chwilę
Na miejscu tem, pokrytem grzywą lwa, życzyłem.
KLEOPATRA. By łaź tam pierwej przepaść?...
CEZAR. Miejste to zakląłem Dla Fortuny, która jest pomścicielką razem,
Jak patrycjusz, jak kapłan!... Szczegóły na później...
Przypuśćmy, że tam wielkiej wartości naczynie,
Że cudna grecka waza rozbiła się pierwej I że tę stratę odnieść chciałem do nagrody Trafu trafem...
KLEOPATRA....A ja ci nie przynoszę darów!...
I nic godnego nie mam z sobą. Wszakże — oto
W kolcach mych słynne owe dwie perły na świecie,
Które «nierozłącznemi» nazywają. Wybierz,
Jeżeli zdołasz, jedną i miej ją w agrafie Purpurowego płaszcza, by ktoś dostrzegł kiedyś,
Że Kleopatra, ucho ku twym kłoniąc słowom,
Zapomniała łzy ciężkiej i białej, łzy morza!
CEZAR. Inne wszystkie, o księżno, łzy we fałdach togi Konsularnej, na piersi pochować rad jestem.
KLEOPATRA. Więc moją pierwszą będzie ta, którą wylałam Nad zgonem, o Cezarze, przeciwnika twego. Tak jest!... Wielki Pompejusz mego ojca gościł,
Za jego dni wygnania, w Rzymie. Dla mnie ojciec,
Chociażby nie miał uczuć, ojcem był i królem,
Poprzednikiem korony mojej... Jam uklękła,
Konsulu, by spowiedzieć, że ku osobistej Pompejusza i żony jego straży dałam wprawdzie Pięćdziesiąt galer zbrojnych... Lecz cóż jest pięćdziesiąt Galer przeciwko twojej, Cezarze, Victo-rii?...
CEZAR. Zwłaszcza, że moich było dziesięć ze mną...
KLEOPATRA. Z tobą!
CEZAR, (wzbraniając Kleopatrze dokończyć zaczętego sensu) Racz mówić dalej...
KLEOPATRA....Wojny ja nie podzieliłam
Całą armją i flotą...
CEZAR. — A druga łza twoja,
O królowo i córko króla poprzednika, Którego Pompej gościł na wygnaniu w Rzymie?...
KLEOPATRA. A druga moja Iza?... Pozwól, Cezarze, chwilę,
Żebym mogła przypomnieć sobie. Ah, dziś rano
Mój, czy twój, żołnierz — nie wiem (bo wszyscy żołnierze Poniekąd są twoimi) — człowiek monstrualny,
Zabił gazelkę moją i zjadł...
CEZAR. Eheu!...1)
KLEOPATRA. Ty powiesz,
Że więcej miljon gazel mam w moich pustyniach?
Lecz ta nawykła była poglądać mi w oczy Źrenicami, jak wielkie dwa kamienie drogie,
I drżała nie przestrachem u mych stóp, lecz drżeniem Delikatności członków. — Patrz, Cezarze, zawsze
Taka uważna, jak kwiat, co, się rozwijając,
Wlepione ma spojrzenia w słońce...
(po chwili przestanku)
Że orłom dobrze w górnem szybować powietrzu
Lub spaść, jak grom, na lup swój, to czyliż dlatego
Żołnierz mnie ma gazelkę zabić?... I tę, która
Tak mi wyobrażała egipski lud, jak on Bywa obrazem Rzymu!...
CEZAR. Sfinksów królowo! Ty, która Dziewięcioma języki mówisz, mów po rzymsku Albo helleńskiej mowy użyj...
KLEOPATRA....Ten egipski
Lud dobry jest, gdyby go zostawiono sobie. Co tem łacniej, iż nie chce on panować drugim,
Rad przestawa na swojem, nawykły do Nilu,
Prosty, jak trzcina jego, skłonny i nadbrzeżny.
Z bogów wyszedł przez swoją starożytność wielką
I w bogi wraca znanym mu losów porządkiem.
Co piękniejszego i co pyszniejszego więcej? Cierpliwy jest tak wielce, że, choćbyś go ścinał,
Poszle ci wzamian uśmiech wstrzemięźliwy tyle,
Co uśmiech sfinksa... Zdeptać go możesz kaligą?)
i) Eheu! — rzymski wyraz bolu: oh, biada itd.
2) kaliga (łac.) — rzymskie obuwie żołnierskie.
Rzymską, on się u posad rozpłaszczy, jak piasek,
I^ecz piramidy szczytem dotknie konste-lacyj!’)
CEZAR. Duma jest długim trudem godności — i wcale Nie nabywa się ona żadną chełpliwością: Lud twój nie ma jej, właśnie dlatego ma pychę.
Z dziadów, z kości, z popiołów, lecz nie z odetchnienia Wolnych piersi. To źle jest być więcej, niż pierwszym,
Lub nie myśleć, że pierwszym trzeba być w czemśkolwiek.
(po przestanku)
Nie wy pytacie jedni, co ma Rzym do ludów,
Które się na swych starych zatrzymują prawach...
Cezar odpowie, że nic... i dlatego właśnie Rzym ma zwyczaj przyznawać ludom ich istotę,
Często ją własnych orłów osłaniając pierśmi.
Jest wszelako inaczej, skoro gdzie w pustyni
Osobników się coraz kilka ubezczelni, Wpatrzonych tylko w siebie i, co chcą, robiących,
Nad rzeczy miłość stawiać intrygę i pieniądz.
To jeżeli Rzym króci, jeśli równa prawem. Łagodzi stylem — właśnie, że osłania ludy, I właśnie, że przeciwko prawu ich nie idzie.
(po przestanku)
Ucz mię, proszę królowo, jakiemi drogami Postępować ma godny Rzymu obywatel Tam, gdzie monarcha gościa zabija podstępem...
Ale on nic nie winien! Zrobił to z porady Ministra, który był mu niezbędny, zaś owy Postąpił tak przez poszept żony, która wreszcie
Eunuchowi swojemu przyrzekła to spełnić!...
Ty zaś, szlachetna pani, stąpając po ziemi, Uczynionej tak śliską, powtarzasz mówienie
Nieświadomych: ((Dlaczego Rzym ludy
ogarnia?))
Cezar, czy myślisz, księżno, że konsulem byłby
i) konstelacja (lac.) — grupa gwiazd stałych, określonych pewna figurą.
Ludu, który tak oto nie chciałby być ludem?
Raczej przebyłby może oceanu przestrzeń. Jak Lcander, ramiony własnemi ku wyspie ’),
Zapowiedzianej wieszczów szlachetnem marzeniem.
(po przestanku)
To nie jest łatwo stawać się podobnym bogom!...
Trud to jest właśnie z tego duży, że codzienny.
Łacniej, królowo, stokroć wygodniej zaiste, »
Arcykapłańskie raz w rok wziąwszy ban-delety,
Podjąć nóż i ofiarne bydlę jakie ubić, Pokłony za to mając rzesz olbrzymich ludu.
Tu jednak, pani, widzisz, co posiada Cezar, Jak on szuka miękkiego w świecie przestawania.
Podróżne krzesło, skąd się rozsądzają sprawy,
Skórę lwa i purpurę, czasem miecz, albowiem
Nawet i miecza wniosków niezawsze on słucha.
Wielką sensu powagą i ciała Rzymianin, Jak planeta, wywiera działanie, nie gromem!...
Jemu grom sam upada w przestankach, jakoby
U wytwornego w dykcji2) pisarza heksa-metr!...
Pisałem i ja rymy, wdzięczna Kleopatro, I wiem, jak się dać pojąć... i zapewne żadna Z gazel twych równej mowy pogrzebnej nie miała,
Jak ta, którą skończyłem...
KLEOPATRA. Cezarze, o więcej
Moich łez już nie pytasz, a patrz: takie szybkie
I jedna się za drugą wnet doganiające, Ry po raz pierwszy męża istotnego widzieć!
(zakrywa oczy załamanemi rękoma)
Jakże biedną i biedną była Kleopatra!...
CEZAR. Pani, widzisz po ziemi migocącą. światłość?...
To jutrzenka...
1) Aluzja do starożytnej opowieści poetyckiej
o Leandrze, który przepływał Hellespont, aby widzieć się z ukochaną Ilero.
2) dykcja (łac.) — sposób wysławiania lub wyra-
żania się.
KLEOPATRA. Już?...
CEZAR. Konia mego słyszę rżenie — Legje się budzą... Wprawdzie śpieszyć się jest rzeczą Politowania godną, lecz i czas ma prawa...
KLEOPATRA. Cezarze! Po raz pierwszy słyszę to mniemanie.
CEZAR. Pani, nikt się nie śpieszy ustaw-niej, niż dzieci I ci, co nigdy nigdzie wczas się nie znaleźli.
(podając ramię Kleopatrze)
Chłód ranny niech mi prawo da, bym twe ramiona
Purpurą odział, ramię, bym cię poprowadził
Przez obóz mój, królowo!
KLEOPATRA, (przyjmujące usługiwanie) Na ramieniu człowieka oparłszy się, czuję Źe się oparłam o świat —
CEZAR. — To konsula ramię
Opowiadasz tem słowem, o szlachetna pani,
„Nie Juljusza Cezara...
KLEOPATRA, (opóźniając krok umyślnie) Ta światłość jutrzenna,
Latająca po ziemi, jak błyskotne lale, „Wstrzymuje mię... Czy nigdy wschód mniej pięknym nie był?
Czy to jaki dzień wielki słońca dziś? Czy ty, Cezarze,
Czujesz zarówno palec różowy jutrzenki Na źrenicach?...
CEZAR. W obydwóch perłach twych zausznic
Widzę, jak się zwierciedlą: zorza i świat cały.
KLEOPATRA. Cezarze, takich pereł, wiesz, że jest dwie tylko!
(kurtyna zapada)
AKT DRUGI.
(WESELE KRÓLEWSKIE).
Portyk pałacu Kleopatry w Serapjum, wychodzący na wybrzeże i kanał portowy. Niekiedy łodzie przepływają widome przez arkadę naprzeciw sceny. Z dwóch stron dwa rzędy kolumn. Marmurowe stoły, kwiaty w wazonach. Eukast, a z nim chłopiec, podlewający kwiaty, któremu on daje zlecenia gestem, mieszając się do rozmów.
SCENA PIERWSZA.
EUKAST. Przez Hermesa! Rycerzu, mądry kapłan jeden,
Z kapłanki urodzony, którego ja jeszcze Dziada, kapłana, znałem, powiedział te słowa:
(mówi mu do ucha półgłosem)
«Z Cezarem do Egiptu przyszedł czasu genjusz
I w zodyjaku *) mnogo przyśpieszył)) — skąd idzie,
Że wszystko pod rękami wydąża i bieży. Wazy dwie wczora ja sam — słyszysz, sam ja zbiłem.
Toczyły się tak w palcach... Dwie wrazy!
Ja, stary I w służbie stołu biegły!
RYCERZ. Do jednego króla
Rzymskiego, który zwał się Hostiljus, Fortuna
W nocy wchodziła oknem. Niepodlejszym Cezar!
Straże coś podobnego, bywało, w księżycu Widywają u jego namiotu, gdy czuwa. Jakoż dni temu jeszcze kilka oblegany, Oblegających obiegł w tych uliczkach ciasnych
I pod stróża latarni morskiej, tak obronnej!...
Siedemdziesiąt pięć galer pobił, nic nie mając,
Sam nieledwie noc całą na falach własnemi Rękoma z piany ciało ratując, jak nurek. Natomiast król, doparty do Nilu, na wieki Żółtą się wodą upił...
EUKAST. Uśnie on w balsamach,
Które cały nekropol2) znosi. Sam widziałem:
Pobożność wielka pełni się...
RYCERZ. Ledwo to Cezar
Spełnił, alić nifemalo i dziś weszło wozów, Naładowanych łuki, kołczany i dzidy, Tudzież okrytych pianą rumaków bez siodeł
Z pola walki, co ledwo cztery trwała godzin.
Zaś mąż, który nie widział Partów kawaler j i,
Niech, proszę, milczy o niej...
EUKAST. I jeszcze nakoniec
(A tuszę, że-ć nakoniec!) dziś legjony wyszły
Nilu brzegami w strony oddalonych pustyń...
Co wam lepiej wiadome jest — i czynię błędnie,
Mówiąc o tem.
1) zodjak (nr.) — grupa gwiazd po obu stronach ekliptyki, obejmująca 12 konstelacyj (czyli t. zw. znaków zodjakalnych).
2) nekropol (ar.) = miasto umarłych, cmentarz.
(Eukast i Służebny, pełniąc zajęcia swoje, cofają się stopniowo w głąb arkad; Kalligjon i Aelius Cinna, ramię pod ramię wchodzą)
KALLIGJON. (do Rycerza) Zdrowia wami...
RYCERZ. Powzajemnie!
AELIUS CINNA. Zdrowia!
(ozierając się)
Zdało mi się przed chwilą poić się muzyką,
Teraz wonią kadzideł... Czy to dzień teo-ryj?...
RYCERZ. Zwykle pytanie świeżo przybyłych w te kraje...
EUKAST. (na stronie, z głębi sceny) Nasz cały Egipt jedną teorją jest zawsze! CINNA. (na stronie) Praktyką — Rzym... RYCERZ. Galera królowej Egiptu
Poruszyła się w porcie, skąd masztowe liny,
Przepojone woniami, zabrzmiały w powietrzu
I doniosły tu zapach, gdy trzy ławy wioseł. Urobionych na wzorze narzędzi muzyc-kich,
We falach zwisłe, akord wydały, i owy Kręgami ich dopływa ucha...
CINNA. Te dziwności
W oczach moich bynajmniej nie przenoszą wdzięków Portyku tego. Myślę, iż miejsce jest dobre Do odbierania hołdów, rzeczypospolitej Należnych od narodów, lub ku temu, aby Pompejuszowym cieniom sprawić stypę...
Chciałbym,
Chciałbym, mówię, ażeby zbyt nie tracić czasu
I abym mógł co rychlej odpłynąć z listami, Jedną może uwożąc ciekawość z Egiptu, To jest, że krokodyla radbym mieć żywego Dla wodnych igrzysk...
(Cezar z jednych drzwi arkady wnętrznej, a Kleopatra z drugich przeciw otwartych, spółcześnie wychodząc, spotykają się, za-czem Rycerz się cofa)
CEZAR. Pani!
KLEOPATRA. Cezarze! Widzę, iż mamy przynajmniej Ten sam chwil naszych rozkład...
CEZAR. Gdziekolwiek i kiedy
Spotkałbym cię, czarowna królowo, zarówno
Ryłaby to harmonja jedna więcej w świe-cie.
Na polu bitwy wczora o tobie myślałem —
KLEOPATRA. List twój zowąd u piersi noszę. Czy podobna,
Źe tak niedługo trwała walka?... Racz, konsulu,
Opowiedzieć, opisać, ty, którego stylus’) Równa się zwycięskiego miecza rękojeściI
CEZAR. Czyliż natychmiast z pola działań ta ciekawość Nie była uprzedzoną? Rzecz stała się prosto:
Stanąłem na czas... okiem rzuciłem... i zniosłem!
KLEOPATRA. Piorun, gdyby o sobie rzekł, małoby dodał.
CEZAR. I dlatego jest bóstwa posłem — albo przeto Wczesny, iż służy niebu.
(Kalligjon i Cinna przybliżają się i pełnią ukłony; Cezar i Kleopatra przyjmują je, ale rozmowę ciągną)
Epoka ta w niczem Nie cierpi odwłok. Wszystko, cokolwiek się dzieje,
Pochyłościami zbiega do kresów...
(do obecnych)
Należy
Wielkiego manys) uczcić, listy słać do Rzymu,
Należy...
KLEOPATRA....chwilę spocząć...
CINNA. Zaiste, czas nagli...
(Kalligjon dobywa zwitki z togi swojej. Cinna tabliczki i zbliżają się ku jednemu ze stołów marmurowych; Cezar i Kleopatra tam i sam przechadzają zwolna)
CEZAR, (do Kleopatry) Ah, spocząć?...
(do Kalligjona)
Na pólwazie z alabastru u mnie W sypialni listy moje leżą... W nocy miałem
Ku temu czas...
(Kalligjon wychodzi, Cinna pozostawa u stołu)
CEZAR. Dyktować pozwól mi, królowo, Treść, co obchodzić winna senat, acz niewiele
Dla potocznego sensu może być zachwyt-ną —
(Kleopatra nieco opodal zajmuje miejsce
1) stylus (łac.) = ostrze, np. służące do pisania — sposób pisania, styl. *
2) many (łac.), dusze zmarłych, które starano się zjednać sobie ofiarami. — t Wielki* rozumie się: Pompejusz Wielki.
i zabawia się kwiatami bliskiego wazonu;
Cezar dyktuje)
Imperjum obszar, ciągła zmienność społeczeństwa,
Obywateli rzymskich dalekie zasiania Na długie nieraz lata lub nieprzewidzialne, Wyczekują w ustawie małżeństwa rozszerzeń.
(Kleopatra spogląda znacząco)
Legat, lub pełnomocnik czy właśnie dlatego
Umierać ma w niektórych swoich atrybutach,
Iż, wyrażając prawo, a przeto tembar-dziej
Mocen niem będąc, żenić się nie może w miejscu
Pełnomocnictwa swego i stosownie do praw
Ludu, któremu małżeństw Rzym nie przepisuje?
(po przestanku)
Zdałoby się, że, jako prowincji istota Obyczajowa wolną jest, tak i mąż każdy Lub niewiasta, bez względu na miejscowe śluby,
W mieście Rzym i w obrębach jego pierw zawarte,
Żenićby się i zamąż chodzić mogli znowa Na prowincjach i wedle właściwych im ustaw.
(po przestanku)
Azali legat >), w Gallji lub Germanji z żoną Rzymską i prawowitą będąc, ma od Gallów,
Ma od Germanów branym być za bezżen-nego
Dla Gallji, dla Germanji? Lub odwrotnie, czyli,
Skoro nie towarzyszy mu żona, on samym Śród ludów tych ma zostać poza społeczeństwem,
Jak tymczasowy jakiś przychodzień — co arcy
Rzeczpospolitej szwanku wnosi na powadze?...
CINNA. (przerywając) Przeciw takiemu Julji prawu, o konsulu.
Ja powstałbym —
CEZAR. To będziesz, o Cinno, jedynym Lub jednym z powstających...
KLEOPATRA. Dwadzieścia tysięcy Z armji rzymskiej, co przyszła ojca mego poprzeć,

  • ) legat (łcic.) — poseł; najwyższy pomocnik i zastępca naczelnego wodza lub namiestnika.

Poślubiło egipskich cór tyleż tysięcy.
Lecz, jeżeli królowa, przyjaciółka ludu Rzymskiego, ma w tej mierze swe okazać zdanie,
To ja proszę cię, Cezar, daj mi ten par-gamin.
(Cezar podaje zwitek, który Kleopatra zlekka, ale wybitnie rzuca precz, lecz on upada na jeden z wazonów, opodal stojący a pełny kwiatów)
(do Cezara i Cinny — z uśmiechem)
Gdyby te kwiaty były z Gallji lub z nad Renu,
Pomyślałyby teraz, że śnieg upadł na nie! Ale egipskie słońcu ufają...
(Kalligjon wchodzi i oddaje listy Cezarowi, który wręcza je Cinnie; Kalligjon zatrzymuje się w głębi portyku)
CEZAR, (do Kleopatry) To było Tylko postscriptum...
CINNA. Konsulu!...
Rękę przyjm — i odprawę królowej wziąć pozwól.
KLEOPATRA. Lwa ci dać poleciłam na złotej obroży,
Przyjm i jedź zdrów —
(skubiąc różę)
...Weź także i ten róży listek... Siły obraz i obraz słabości zarazem Niech ci przypomną Egipt!
CEZAR. I śmiertelnych... Vale!
(Cezar odprowadza Cinnę parę kroków, a potem niesłyszalnie coś Kałligjonowi mówi, który wraz cofa się; po wyjściu Cinny, Kleopatra zatrzymuje się nad wazonem kwiatów, gdzie rzuciła pargamin, i mówi)
KLEOPATRA. Cezarze! Między ludźmi, co się rozumieją,
Podobno jest rzecz jedna straszna — cień nieprawdy!
Więcej nic!... Znać to lepiej ode mnie wi-nieneś,
Która, wciąż będąc tylko nieletnich małżonką,
Niezrozumianą byłam pierw, niż obojętną. Za prowincje i pamięć o nich (w piśmie, które
Cisnęłam w oczy kwiatom) nie chciałam ci usty
Niewieściemi dziękować. Tam są kobiet serca,
| Istot, które tę mają przeraźliwą wyższość,
Że się rzucają całe w prąd żywota pierwej, Niż podobieństwem bywa, by znały, co czynią.
Mąż jest poniekąd zawsze mężem stanu, alić
Kobieta, jak ochwiany posąg, w ręce spływa,
Gdy on, jakkolwiek kochał nie zaraz przepada.
Gdzież jest ów. o Cezarze, co, dostrzegłszy promień
światłości serc, wraz za nim poszedł aż do końca —
Ufny, że być nie może na nic taka boska Rzecz, taka boska... Bo miłość boska jest... Cóż myślisz, lubo i sam podobny do bogów. Czy oni zapalają miłość bez światłości?
I rzecz najwyższą, którą czynią, uczynili Niedość poprawnie, arcyułomnie, niecało?
I czy nie jest wyższością to rzucenie sobą, Załedwo się trzymając na piersiach strun liry.
Jak niegdyś poetessa jedna z pierwszych grecka?...’)
Powiedz, JuljuszuL. Ty, coś bez uznań senatu
Przeszedł Rubikon koniem wpław, przed tablicami,
Na których wcześnie śmiałym groziły przekleństwa...
W walkach czy nie to samo jest — i nie to samo
Po zwycięstwie, gdy umysł oddawa się spocząć?
W chwilach wielkich, Cezarze, zawsze się przepada!...
Lecz kobieta nad wszystko jest chwilą!...
CEZAR. Heroizm
Podobno że jedynym prawdziwym spoczynkiem.
Alić on sam to tylko jest dziewictwo woli
I myśli!...
KLEOPATRA....Słyszę ludu okrzyk i stąpanie.
(słychać okrzyk — i przez arkadę, wychodzącą na brzeg, w głębi portyku widać wojsko rzymskie)
CEZAR. Kazałem dziś legjnnom iść w marsz — a gdzie? Czyliż Wiemy, tak częstoliwie kart nie mając w ręku?...
OKRZYK, (uwyraźniony z za sceny) «Górą kapitoliński legjon... Cezar górą!»
1) Mowa o Safonie, sławnej poetce lirycznej greckiej; żyła w drugiej połowie VII-go i pierwszej VI — go wieku przed Chr.
CEZAR. Kazałem iść legjonom od rana. Gdzie? Czyliż Potrafiłbym na piaskach wykreślić nieznanych?
(po przestanku)
Nie wiem, gdzie poruszyłem orłem... Wiem, że leci...
Żadne mu pióro w skrzydłach nie drży...
Pomyśliłbyś,
Że odpoczywa... Wiedzieć? Czyż tak wiele możnaI
Czyż wszędy są poszlaki dróg?... Ani my znamy
Stoków Nilu, ani, gdzie ocean szeroki Waży się wód ciężarem... Nocyj’) nieco drobnych
Zaraz zrobiło ludzi maleńkich hardymi, Zrobiło ich bez onej ducha wspaniałości, Która jest mila bóstwu, iż od niego idzie. Starcy egipscy patrzą w konstelacje niebios,
Ja z Europą w dziejów głębokość poglą-dam.
KLEOPATRA. Cezarze, chodź... Niech sferę rozwinę przed tobą, Odpowiednią i piersi twej i twemu czołu — -----------
(mają się ku odejściu)
Jedną przestąpmy deskę od progu na statek,
Który purpury nasze dwie zamieni w żagle, Ciskając je pod gwiazdy co noc, jak rzecz lekką.
Poglądać tam spokojnie, gdy wiatr niemi igra,
Amarantowych płaszczów miotając fałdami.
Jest to zarazem patrzeć i w niebo,
i w serca...
CEZAR, (podchodzi pod jedną z kolumnad wnętrznych i wola głosem znacznym) Kalligjon... pisma! — To-raks, miecz mój i hełm!...
(do Kleopatry)
Płyńmy!
Pokażę-ć, gdzie się kończą te imperja świata,
I zadziwiona będziesz, że tak blisko...
KLEOPATRA. Płyńmy.
(spółczeinie do zawołania słychać muzykę wioseł okrętu Kleopatry, który nadpływa, a wraz i głębię sceny ze wszech arkad nadbiegający lud zapełnia; Kleopatra i Ce-
zar przechodzą tłum ku okrętowi, okrzyki powtarzane towarzyszą im)
JEDEN OKRZYK. Wielka jest Ptolo-meów córa!
WTÓRY OKRZYK. Górą Cezar!
SCENA DRUGA.
W głębi sceny zostawa i rośnie tłum ciekawych, gdy na przodzie onejże od czasu do czasu wybłąkane z rzeszy dialogują osoby.
FORTUNJUS. Końcem końców dwie tylko legje pozostały!...
Na całe miasto!... Mówiąc ściśle, i latarni Morskiej *) czem osadzić nie było...
CENTURJON. Fortuna
Konsularna pogłównie służy za kohorty. FORTUNJUS. Cinny z listami odpływ (które nic nie mówią
0 stypie Pompejusza, ni spocznieniu ma-
nów)
1 wyruszenie równie przedwczesne Cezara Dwoma są zdarzeniami mało fortunnemi.
CENTURJON. Wieść sieją, iż najskorzej wyszły legjon wcale Ochoczym nie był...
FORTUNJUS. Skądże wieść mogła już dobiec?
CENTURJON. Na skrzydłach fatum! (spostrzegając rycerza, który z głębi tłumu zbliża się)
Oto dawny nasz, co ongi Pod Gabinjusem przybył prostym legjo-nistą,
Rycerz... nowostworzony...
FORTUNJUS. Co brzmi ciekawego? RYCERZ. Uczta ludu po całem mieście, gdzie królowa Przechodziła dziś stopą swoją... A jednakże
I stos na bliskim placu...
FORTUNJUS. Kornelja Pompeaa)
Niezbyt rada na powrót cezarowy czekać...
RYCERZ. Rędzie to więc prawdziwie na sposób egipski:
Spopielenie pozgonne i huczna wesołość!
(od głębi sceny zaczynają się około stołów krzątać)
CENTURJON. Stoły, zda się, już kwitną napitkiem i jadłem...
(Fortunjus, Centurjon i Rycerz cofają się nieco)

  • ) Mowa o słynnej latarni morskiej w Aleksandrji.

2) Kornelja Pompeja, córka Q. Pompejusa Rufusa, żona Juljusza Cezara, później z nim rozwiedziona.
EUKAST. Królowej słowa brzmiały: ((Gdziekolwiek stąpiłam,
Niechaj wesołość będzie! Podskarbi ku temu
Zaliczy®. Poczem jeszcze, głowę obracając Z nad ramienia Cezara, rzekła: «0 Eu-kast!
Zrób mi, proszę, szczęśliwych sporo w Ale-ksandrji,
0 co, gdy wrócę, spytam sama. Czy ro-
zumiesz?))
Wyraz ostatni w uchu nieustannie słyszę...
(spoglądając na ruch w głębi sceny)
Jakoż przyznaj, że lud jest uslugiwan śpieszniej
Od wielu książąt z kasty kapłańskiej...
KONDOR. ((...Rozumiesz?))
Słowo to rzeczywiście ma swoje znaczenie. To tak, jakby powiedział kto: «Weź się do rzeczy
1 nie przebieraj wiele, jedno i na prawo
I na lewo, gdzie kogo zdybiesz, uszczęśliwiaj!...))
Alić znaczenie wtóre tego słowa uczy,
Źe zdrowej kuchni folgę dać trzeba i winu...
SZECHERA. (tam i sam przechodząc, rzuca Eukastowi półgłosem)
Melmeja chór żniwiarek nowopoślubio-nych,
Ganimedjon zaś chłopców chcą prowadzić...
EUKAST. Myślę,
Że nie byłoby także przeciw zbudowaniu Mumifikatę’) piękną sprawić wszystkim trupom
Szczęśliwych, to tej nocy zasnęli...
KONDOR, (chcąc w głąb sceny odejść)
Maksymą,
Maksymą jest: z każdego stołu uszczknąć nieco,
By istnie poznać kuchnię, to jest «sine qua non» s),
Jak powiada sekretarz cezarski...
EUKAST. (zatrzymując Kondora i Sze-cherę) Zasiądźmy!
Pojrzmy na lud, ucieszmy serca, o Sze-chero
Mądra... i ty, Kondorze wstrzemięźliwy! Poczem,
We trzy głowy, zebrawszy sens, uradźmy wszystko.
Nietylko tu albowiem szerzy się wesołość,
1) mumifikatg (łac.) sprawić = zamienić w mumje.
2) (conditio), sine qua non (łac.) — warunek, bez którego nie można czegoś uczynić, bezwzględnie konieczny.
Ani u świętych progów jednego z pałaców,
Lecz, jak piorunu iskra, po mieście już przeszła!...
KARPON. (przeciska się przez ttum
i podchodzi do przodu sceny) Wytwornie rzekł wielebny Eukast! To przeszło
Jako piorun po całej Aleksandrji... Właśnie Oczyma was szukałem... Dozwólcie, niech spocznę...
(zasiada obok obradujących)
Riegnąc i biegnąc ciągle, ostrzyłem ciekawość.
Tłum coraz większy — alić coraz to mniej ludzi
Spotykałem świadomych, jak wy, Euka-ście!
Wy, łowczy dworu, lub wy, Szechero głęboka...
Głoszą jedni, że młody król ma wkrótce śluby
Zawierać z monarchinią, i skwapliwie patrzą
Ku tarasom, gdzie niańki swemi wachlarzami Rawia infanta...
EUKAST, KONDOR, SZECIIERA etc.
— Króla Auleta testament Niech pochwalonym będzie: po synu drugi syn,
Po jednym bracie-mężu ordynkiem następny
Mąż-brat dla Kleopatry łona jest przepisali...
Jako na wieczystego aloesu liściach, Któremi się umarłych serca upowija,
Ry przeniesienia w inny twór oczekiwały: Wiwat... oto wieść...
KARPON....Inni gadają, że Cezar
Kleopatrę uwozi do Rzymu... Wstyd słuchać!
Inni, że taka wola królowej, by miasto Sprawiło bachanalję na cześć cudu, który Stał się w owym pałacu, skąd do Aleksandrji
Na wielbłądzie zjechała białym... że lam dziwy
0 jednej nocy dziać się miały — tak, że
legje
1 Cezar nie wiedzieli, co począć z prze-
strachu...
Wyznać muszę, iż temu gwoli przyczynił się
Niepomału urzędnik dworu, człowiek łebski
I dobry patrjota, co był jeńcem rzymskim Na polu bitwy...
ELJKAST. Dworski?!...
KARPON. Niejaki Her...
EUKAST, KONDOR, SZECHERA.
Proszętl!
KARPON. Ten skwapił dwóch poetów
i ma ich przy sobie:
Greka, który mu pisze «IIerejdę» ) i głosi Żywot rycerza tudzież glorję czynów jego —
I wtórego, co, staroegipskiem narzeczem Stawiać dzieje wielkiego Ptolomeów państwa,
Rawi niemałe tłumy na przechadzce walnej.
KONDOR. Przez krokodyla, zawsze miał on coś w zanadrzu,
Ten nasz Her...
EUKAST. Już mniemałem, że na wieki przepadł,
Stawszy się dotąd może szczęśliwym chrabąszczem Lub żórawiem... 2)
KONDOR, (kwapiąc się ku odejściu) Mniemanie moje, Eukaście, Po rozważeniu sporem jest treści następnej:
Skrzepić ciało, zaś rzeczy, jak są, pozostawić,
«In statu quo» 3), co z rzymska wyrażam, albowiem
Skoro lud, uprzedzając zlecenia monarsze, Pełni je, więc jakoby z natchnienia to czyni
I «prorokuje» — jest to wyrażenie judzkie, A niemniej akuratnie rzecz określające. Nadto — po grecku — dodam (o jędrne zaklęcie:
Przez Rachusa!
SZECHERA. (zagadkowo i poważnie) Dopóki płynie woda żywa Z piersi źródeł, niema co przesłaniać jej chustką
Ku wycedzeniu czystszych kropel... i, jakkolwiek
Źrzałą myśl kto wypowie i językiem jakim, Nienaganionym będzie mówcą.
EUKAST. Przez Hermesa!...
Nikł mi lepiej nie wraził w czoło całej pięści!
Olo prawdziwa jeszcze Sybillał) egipska! Zapomniano już równych... dla kogóż?? Dla owych
1) Hereida — powieść o Herze; jak «Eneida» «*= powieść o Eneaszu.
2) — naturalnie mocą metempsychozy, w którą wierzyli Egipcjanie.
3) in statu quo (7ac, )*“ w tym stanie, w jakim jest lub są.
«) Sybilla (ar.) — prorokini, mówiąca tajemniczo
i niejasno.
Nieogładzonych Greków, brodatych i bladych,
Którzy się filosofos zwą!... Lecz wątpię, żali
Dorośli, aby sowy, w szczeblowaniu bytów Cokolwiek wiedzą, wziąwszy nie zinąd, jak od nas.
KONDOR. Tandem1) jest uradzone, Eukast, Szeeliero,
Karpon i my, w myśl słowa królowej Fgiptu,
By, szczęśliwymi stając się, nakłaniać innych
Ku tejże treści, czyli uzupełniać misję.
Z placu jednego w drugi wzierajmy z pilnością
I od jednego uczty stołu do następnych Oko miejmy... aż chwila otrąbienia przyjdzie,
Rzecz, do której jeżeli przywiązuję wagę, To, iż trębacze mnie są, nie komu, podlegli I że zleciłem mosiądz trąb chędogo trzymać.
(słychać pobrząk harfy i nucenie)
WOŁANIA TŁUMU, (w głębi sceny)...Górą harfa Egiptu!...
KARPON. Chór jeden!.. Niebawem Z drugim nadejdzie i ller w zupełnym pancerzu,
Jaki, odkąd był jeńcem, dla pamiątki przywdział...
HARFIARZ. (u przodu sceny — śpiew)
I.
Niech sobie obce ludy mają mnogość Sycących potem skibę pracowników, Przestawa Egipt na jednym i starym, Który po dziś dzień służy, jak sługiwał, — Na ogrodniku swym przestawa Egipt:
Na świętym Nilu.
CENTURJON. (przy jednym z bocznych stołów) Co więcej, że samemu służy Egiptowi!...
GŁOSY TŁUMNE. Wiwat harfa Egiptu! — przez Hermesa, wiwat!...
HARFIARZ.
(śpiew)
II.
Niechaj zwycięzcy porywają ludom Panny, z białego idące marmuru
Do widzów, którzy są Pygmaljonami... <)
I niech przynoszą je do swoich stolic; Stalsze ma Egipt pomniki dziewicze.
Ma piramidy!
FORTUNJUS. (przechodząc okol o stołu, do Centurjonów) Kibić których pomaga do westalskichs) zalet!... TŁUMNE GŁOSY. Górą patriotyczny nasz wieszcz!... Uciszcie się!... HARFIARZ.
(śpiew)
III.
Niebo dal Egipt oku zdziwionemu.
I ziemię odkrył, i umysłów płytkość U tych, co zinąd naukę czerpali... Wreszcie, ażeby dobytek wszechskarbów Na pokolenia utrwalić balsamem,
Pismo wynalazł!...
RYCERZ, fu stołu Centurjonów) Zaś tem hermetyczniejsze3) że on sam je czyta!...
TŁUMNE GŁOSY. Skończył śpiewak, gdyż pieśni końca nie byłoby.
Za cel majacej cuda Egiptu, więc świata!... U STOŁU CENTURJONÓW. Górą legje, od wysep Rrytańskich do Nilu!
Niech żyje boski Julius!
IIER. (ku przodowi sceny) Wieszcz, co prawdę głosił Ludowi, dla bogactwa treści słusznie przy-milkł,
Lecz nie sam on ze źródła popija świętego —
(do Greka)
Psymacha uczniu, weź go dytyrambem4) swoim,
Z Homerem równo stawiać...
LIRNIK. Uciąć z tego wolę
Jeden więcej Ilerejdy zarys...
(poczyna głosu próbować)
Hera śpiewam!...
— — — Nie Muza, ni treść są przeciwne, Lecz zaziębienie gardła...
Hera śpiewam, który,
1) Pygmaljon, król Cypru, zapala! namiętną miłością ku wykutemu przez siebie posagowi niewieściemu, a gdy ubłagana Afrodyta ożywiła statuę, ożenił się z nią.
2) westalka, dziewicza kapłanka bogini ogniska domowego, Vesty.
3) zob. wyżej objaśn. do I sceny I aktu.
«) dytyramb (ar.) — rodzaj pieśni religijnej, śpiewanej z towarzyszeniem muzyki.
Długą niewolę cierpiąc, ćwiczył się w sa-piencji...
Ani podołam więcej, tak mi gardło skrzypi...
HER. Nie śpiewaj llera, uczniu Psyma-cha!... Daj pokój!
Raczej skrzep wycieńczone długim znojem członki!
Dość czuwałeś...
KONDOR i INNI. (rzucają się ku llerowi) Zaiste — nasz Her!! Herze, salve! >).
HER. (półgłosem) Nie noścież mię w tryumfie! Bądźmy incognito, Przysiądźmy na ustroni...
GŁOSY W GŁĘBI. Góra chór pasterski!... STAMTĄD I ZOWĄD OKRZYKI. Pasterski chór, nad wszystkie chóry dawny, wiwat!
Idą kobzy, opodal żniwiarkowie młodzi I panny ze sierpami, rzuconemi w ramię, Jak zaniedbane jakie księżyce na nowiu... MŁODZIEŃCY W TŁUMIE. Sierpy, czemu wy, plącząc się w jedwab warkoczy,
Stępiłyście swe ostrza?...
OGÓŁ GŁOSÓW. Słuchajmy śpiewania!
(jak w całej lej scenie usuwają się jedni w głąb, drudzy zaś naprzód występują, tak zbliża się i chór wieśniaków)
CHÓR MŁODZIEŃCÓW.
(śpiew)
Zato, że chłopcom pokradłyście serca,
Nic nie umiejąc poczciwszego zrobić — Zato, że chłopców poczarowałyście, Rzucając na nich z zasadzek jabłkami,
A do rozpuku po sieniach się śmiejąc — Niebawem wszystkie, jednym długim chórem,
Pójdziecie wdzięcznie Dianę przeprosić...-)
Pójdziecie, kosze wyplatane niosąc, Śpiewać i świeże ofiarować placki...
CHÓR DZIEWIC.
(śpiew)
Któż temu winien, że chłopcy widzieli Wieńce u okien chat... i kto ich prosił, Żeby zbierali jabłka latające,
Które z ogrodów ciska wiatr, jak zechce?...
My poniesiemy objaty Dianie,
Skoro pójdziemy zamąż — i nie pierwej!
O salve (tac.) — — witaj!
2) Diana, staroitalska bogini spraw kobiecych; mię. dzy innemi zsyła pomoc i ulgę w ciężkich porodach.
EPOD.
Kogut na straży, w hełmie koralowym, Da znak, że trzeba wstawać nowożeńcom Do pracy, wespół podzielanej odtąd,
Do pracy tylko, i do pracy zawsze...
CIIÓR DZIEWIC.
Koguta niema w żadnej u nas chacie, Tylko gołębie i tylko turkawki.
EPOD.
Kogut, na jednej czuwający stopie. Zapowie, że się odmieniły wczasy I niekoniecznie zawsze bywa radość...
CHÓR DZIEWIC.
Pogoda wraca po ulewnym deszczu...
CHÓRY RAZEM.
Gołębie wzlecą i pary turkawek,
W tęczy obetrą mokre pióra swoje...
HER. W życia wiośnie, gdy byłem na dalekiej wyspie (Gdzie mnie dla wdzięków moich sprzedał Fenicjanin)
Między Cyklady, znałem jednego poetę, Który ówdzie wygnanym był i kreślił jamby
Pasterskie arcyudatne — wszelako J Zawsze do wojennego rytmu czułem po-chop...
KONDOR. Zupełnie, jak ja!...
EUKAST. Eheu! Teorje zniknęły
Klasyczne, owe szczeroegipskie, naprzy-kład:
«0 krokodylu, łzami zalanym z miłości,
W dwudziestu siedmiu strofach, z chorały i gesty».
Któżby to dziś potrafił?...
(u siołu Cenłurjonów)
PIERWSZY CENTUR JONÓW....Hej,
bracie centurjo!
Cóż tak za żniwiarkami poglądasz przez palce,
Jakbyś w oku domacał źdźbła lub rosy zimnej?
DRUGI CENTURJON. Spłynęła mi w garść kropla, podobna do owej, Klórą na wiatr zrzuciłem nad brzegami Tybru,
U progów jednej chaty, skoro weteranom Rozdawano lemiesze i grunta...
PIERWSZY CENTURJON. Zaiste,
Coś dziwnego ma w sobie brzęk sierpów... ma w sobie
Coś, czego ani tarczy nie przygłuszysz drżeniem,
Ani kubka i kości, kolego, mehercule!’) (słychać trąbę i)
OBWOŁYWANIE. Koniec uczcie! Na placu tym, placu królewskim Trąbienie wtóre...
GŁOSY W TŁUMIE. Nikt z nas nie słyszał pierwszego Dzięki śpiewaniom i graniu...
OBWOŁYWANIE. Za trzeciem trąbieniem
Cisza stanie się, jako w powszedniem mieszkaniu
Prawowiernych Egipcjan, alias*) w grobie...
(znaczna liczba składających tłum rozchodzi się różnemi arkadami3) portyku “) w głębi sceny)
FORTUNJUS. Głoszą,
Że na przedmieściach był już dosłyszany okrzyk
Legjonów... Kupcy, zsiadłszy z wielbłądów u bramy,
Rozpowiadali, że ich na puszczy doleciał Powiew balsamu, z graniem pomieszany dziwnem,
Z czego królowej okręt «Talam»5) zgaduje się.
Aleksandrji to przymiot lub wada, że wszystko
Uprzedza się mówieniem skorem albo wieszczem.
(coraz znakomitsza część tłumu ustępuje — od jednej strony arkad blask, podobny do łuny, daje się na chwilę widzieć, a przy kolumnie kobieta w długiej, całożałobnej szacie)
CENTURJON. (nagle powstając) Alić tego nie podał głos do wiadomości,
Że się dopala — widzę — stos Pompeju-szowy.
DRUGI CENTURJON. Przez Herkulesa’
FORTUNJUS. Patrzcie! U kolumny ówdzie
Ostatni odbłysk wzięła jeszcze na oblicze, Jeszcze zwróciła głowę... To KorneljaL. Ona!
1) mehercule — zaklęcie rzymskie: na Herkulesa.
2) alias (tac.) “ inaczej, innemi słowami.
3) arkada (tac.) — sklepienie lukowe, wspierające się na filarach.
4) portyk (liw.) — rodzaj przedsienia lub ganku
(przed drzwiami wchodowemi) ze sklepieniem oparłem na slupach.
6) talam (nr. thalamos) — ceremonja ślubna; tu nazwa okrętu.
PIERWSZY CENTURJON. Wraca, przechodzi tędy...
(Centurjonowie podnoszą się, Kornel ja przechodzi)
FORTUNJUS i CENTURJONOWIE (wygłaszają) Salvet...
KORNELJA. (podnosząc ku nim rękę)...Przez was biorę Uszanowanie rzymskich wojsk dla cieniów męża.
Choćby jeden się skłonił orzeł, to wystarczy
Temu, co był prawdziwie Wielkim...
FORTUNJUS. Pani, niech żałoba
Nie będzie ci nad siły!
KORNELJA. Pompea spomoże,
Gdyby Kornelji przyszło omdleć!...
(Kornelja przechodzi bardzo powolnie poza scenę)
KARPON. (w reszcie tłumu rozchodzącego się) Wonnościami
Powiał około przedmieść wiatr i już są ludzie,
Co widzieli tych, którzy dosłyszeli okrzyk (Jest wieść, jakoby w legjach był bunt...)
FORTUNJUS. Kto ją pierwszy
Usłyszał, niech zaniesie jawnie przed trybunał.
KONDOR. Ostatnim byłby!... Otóż i trzecie trąbienie —
(słychać głos trąb, przodek sceny zajęty przez dwie małe grupy — jedna, centurjo-nów i Rzymian, pogłądających wrycie za znikającą w głębi Kornelja; druga grupa złożona z dworskich egipskich. Dno sceny zupełnie opróżnia się. Poszept tych dwóch grup stanowi dwa chóry tragiczne)
FORTUNJUS i GRUPA RZYMIAN. Ten lud szuka piersiami woni, którą «Talam»
Liny purpurowemi rozbrzmiewa w powietrzu.
A ówdzie wdowa, męża wielkiego żegnając,
Szuka przedłużyć arom *) smolnego łuczywa...
EUKAST i GRUPA EGIPSKA. Wcale zwątpienia niema o weselnych godach
I, że wrychle królowa będzie poślubioną: Infant-brat cały jest pstry od złota i cacek, A dworskie damy naprzód próbują, jak tańczyć.
i) aromat (gr.), korzenie, zioła, zapach.
GRUPA RZYMSKA. Wielki mąż pozostawia po sobie śród ludzi Jakoby cień, leżący na wszystkich ich myślach,
Który budzi się, wzmaga, blednieje lub wstawa
Z następstwami wypadków, idących za śmiercią.
Same zdarzenia, mając pieczę o pamięci Opłakanego, wznoszą swoje ręce nikle Do pochylonej wdowy!...
GRUPA EGIPSKA. Testament Auleta, Nakazujący córce iść za swego brata,
Po raz drugi tem święciej będzie wypełnionym.
Jak mumja jedna ciągła, nasi monarchowie
Zachowują tenże sam porządek od wieków!
GRUPA RZYMIAN, śmierć jest silna i strzały Diany są szparkie,
Lecz pospolitej rzeczy miłość uprzytomnia Mężów wielkich i dobrze sprawie zasłużonych,
Poszukiwać ich radząc w ustawach i w życiu,
Nie zaś w mumifikacji cedrowym balsamie!...
GRUPA EGIPSKA. Zdałoby się, że ludu śpiew wracającego —
Zdałoby się, że słychać już muzykę wioseł Zepsowaną odbrzmieniem wojennego marszu...
GRUPA RZYMIAN. Coś, jakoby grom kroku wracających legij Lub orłów tętno, żeńską spsowane muzyką,
Zda się utrapiać uszy...
WOŁANIE Z POZA SCENY. Talam! Talam! Talam!
JEDEN Z GRUPY EGIPSKIEJ, (podbiegając w głąb sceny) Zaprawdę purpurowa plama wzdętych żagli,
Jak zachód słońca w morzu, falą ku nam płynie,
Już liny można widzieć — a jużci je zliczyć,
Już ciskają kotwicę — — Słyszycie głos tłumu?
Już są! Królowa wiedzie Cezara.
JEDEN Z GRUPY RZYMSKIEJ. Już Cezar
Wiedzie królowę.
WOŁANIE Z GŁĘRI SCENY. Górą ka-pitolińskie orły! Egiptu królowa I Cezar górą!
EUKAST. W szranki dwa po stronach obu
Przystać radzi zarówno okoliczność sama, Jako i ceremonjał...
(też same grupy dwie rozwijają się w dwa równoległe szranki)
WSZYSCY....I wrychle do portów Domostw przybić, jak statek do stolicy portu.
SCENA TRZECIA.
W głębi okazuje się pierś okrętu. Cezar i Kleopatra, popod ręce, w poufnem zbliżeniu, wchodzą między szrankami, które lekkim pozdrawiają gestem — osoby przybyłe zajmują przodek sceny, grupy, rozwinięte w szranki, cofają się zupełnie.
KLEOPATRA. Raz, jakkolwiek na two-jem oparta ramieniu,
Poczułam chwilę trwogi, uśmierzoną wrychle —
Kiedy legjony dalej nie chciały iść...
CEZAR. Oto
Krańce imperjum świata!
KLEOPATRA....Aleksander
Nie doszedł dalej, jedno ówdzie, kędy, Falang1) bunt...
CEZAR. I dlatego, wyskoczywszy z łodzi. Przypomniałem ci, pani, że dotrzymał słowa
Juljusz, że tobie jego nie zbrakło ramienia Aż, gdzie stanęły orły na stertach, jak wryte,
Aż, gdzie się świata promień zatumanil w piaski,
Aż, gdzie na teraz koniec okręgowi dziejów...
Mówiłaś «Pójdż!» — poszedłem. Nie je-steśmyż ludźmi?
Aleksandrowi dobrze było sobie tuszyć,
Że Ammońskiego2) synem on ze krwi...
Młodzieńczyk!
Kleopatro, człowiekiem być to także zacność,
To w diademie przejść się pod jarzmem, to więcej
Niźli dość... O, tak, pani! Królowo-ko-bieto!...
Ryć człowiekiem w obliczu ciebie, jest zarazem
Kłonić się i brać wieniec.
(podając jej obiedwie dłonie)
0 falanga (ar.), zwarta gromada wojska, ustawiona w szyku bojowym.
2) Ammon, egipskie i libijskie bóstwo urodzajności, później także światła.
Obejmij raz jeszcze Ręce Juljusza! Księżno, niezadługo konsul. Spełniwszy dzieło swoje, wróci na Kapitol, Wzywany dwakroć, ludu głosem i senatu. KLEOPATRA. Podaj chustkę... kobiecie... Cezarze!
(wstaje i ma się ku odejściu)
Królowa
Egiptu wyjdzie nieco na ganek — lud czuwa,
Ry orzeczono ślub jej z młodszym bratem, królem,
I aby pełnomocnik pospolitej-rzeczy Rzymskiej wygłosił króla zeszłego testament.
(Eukast wchodzi z próżną półwazą złotą w ręku)
EUKAST. Ananasy poniosłem monarsze i rzekłem,
Że monarchini w czoło go całuje... KLEOPATRA, (mając się ku odejściu, do Eukasta) Ile
Uszczęśliwiono ludzi pod moją niebytność? Chcę lo podane pismem widzieć i mieć w ręku.
Królowi trzeba ponieść wielbłąda z papieru...
(odchodzi)
CEZAR, (wstaje i za Kleopatrą wota) Kleopatro, nie za mnie ślub ten! KLEOPATRA. Za Rzym...
CEZAR. Ani
Za Rzym! On byłby od narodu twego Z tobą razem przeklęty, gdyby nie dyna-stja!...
Sługą byłabyś Rzymu, nie zaś pośredniczką Ludów...
Za poprzednika króla niedołężność, Za swojej własnej siostry intrygi, za brata I męża nicość...
— Za lud, wychowany Między sfinksem a mumją!
KLEOPATRA. Konsulu! Królowa
Czasu nie ma przedłużać mów tych...
(idzie dalej)
Dowidzenia!
(po przestanku)
Raz jeszcze dowidzenia — dziś, na owem miejscu,
Które sam poświęciłeś Fortunie-mścicielce. Tam!... i o tejże porze... JuljuszL.
CEZAR, (pchylając czoło) Milczę.
KLEOPATRA, (powracając parę kroków i zatrzymując się) Tyle jeszcze: że miłość zupełna jest zawsze Szczęsną... dlatego, że jest!
(zakrywa oczy i pośpiesza kroku; odwracając czoło poza się)
Cezar, dowidzenia!... Pisz!... Ty, co wynalazłeś listową rozmowę Lub nadałeś jej życie...
(zatrzymując się u progu arkady)
W wazach twej komnaty Pozostawiono wschodni szarłatny anemon >)
Jak purpural... Odwiedzić go niekiedy pójdę...
Może coś słońce liśćmi napisze, nim zwiędną...
(znika w arkadzie)
CEZAR, (sam — z niejaką obłędnością)...Słońce tli się pod ciężkiem sklepieniem piramid,
Co ukamienowały niebo... Czasem tylko Gniewny kometa ciemność odpycha ze wzgardą...
(Kalligjon, trzymając w ręku pisma i hełm, a na ramieniu mając zarzucony płaszcz, wchodzi i wygłasza)
KALLIGJON. Kapłańskiej kasty główne posły z testamentem Auleta!...
CEZAR, (zimno) I senat i lud zna od wieków
Ten testament — tekst cały — wszelaki papirus,
Pism tak wiele trumiennej treści! Mumji odór
Balsamuje mi głowę po ramiona... Jakby W przestworze tym nie można było skrzydeł rozwiać,
Coś zlepia pierze orłom i nagle je czyni Mumifikatą, świętszą od ptaka, lecz niższą...
(do Kałłigjona)
Kapłańskiej kasty męże arcypelnomocni. Jeżeli chcą wmjść, mówić, czuć i znać, niech wnijdą.
(Kalligjon gestem ręki daje wnijść kapłanom)
PIERWSZY Z KAPŁANÓW. Potężnemu odwieczni — pokłon.
CEZAR. Wzamian, wzamian!
PIERWSZY Z KAPŁANÓW. Od tysiąca lat w świętych grobach Stróżę mając Nad całością królewskich ciał, a z których żadne Nadłamanego nie ma palca — tak piękne są! —
Przechowując zarazem i zbór odpowiedni
Alabastrów, śród których spoczęły wnętrz-noście
(Jakkolwiek te doczesne są, jeśli monarcha Doczesnym się w jakowej cząstce okazywał),
Silni zasługą swoją, umocnieni kastą, Urzędem zawołani i mający w rękach Auleta, zeszłego monarchy, testament — Przychodzimy, by akt ten w dzień królowej ślubu
Nie pozostał za ręką rzymskiego konsula. CEZAR, (biorąc papirus) Dotknąłem — i powracam.
(pierwszy z kapłanów poczyna ceremonialnie zwijać papirus)
DRUGI KAPŁAN. Miejsce, znamienicie Przestronne, dla królowej cielesnego kształtu
I dla monarchy, męża jej, na wiele naprzód
Pilnie pookadzane co dnia, miejsce w rzędzie
Następliwe — hodować umiemy...
(kiedy kapłani spowinięciem papirusa zajęci są, wchodzi bez oznajmienia Rycerz)
CEZAR. A co brzmi
Z godnych słyszenia rzeczy?
RYCERZ. Ludność dwóch prowincyj, Peluzji i Kanopy, rozkazem królowej Zmieniono w poczet stałych biegaczów z listami,
Wici przytem o nocy zapalane będą —
To zaś obrotem galer na morzu się znosi Aż pod Cyklady!...
CEZAR. Czuwać zewszechmiar jest słuszna.
Dobrze pozdrawiam!...
(kiedy Kalligjon podaje hełm i obrzuca Cezara płaszczem podróżnym, ten mówi)
Zamek, w którym po raz pierwszy Spocząłem i gdzie blade czoło Pompejusza Zastąpiło mi drogę, zwiedzę dziś o nocy...
(wychodząc)
Legje nad ranem w drodze spotkają Cezara.
(Kapłanowie i Rycerz głębokim pokłonem towarzyszą wychodzącym do progów portyku)
SCENA CZWARTA.
PIERWSZY KAPŁAN. I oto, jako było na początku, tak jest!... Zewszechmiar spokój — król i królowa ciż sami.
Rzeczy egipskiej tylko mądrość to potrafia, Precept tylko hermejskich sprawuje to siła.
Mąż, zaiste, że wielki opuścił te progi, Acz drobne sprawy raczej nad miar go zwiększają!
RYCERZ. ((Przybył — pojrzał — dopełnił...)) ’)
PIERWSZY KAPŁAN. Rzeczy jednej zbywa,
O rycerzu, nad wszystkie ważnej i dla której,
Tu, tam, teraz co chwila trapieni jesteśmy —
DRUGI KAPŁAN. Konjunkcji2) cial niebieskich!...
PIERWSZY KAPŁAN. Ongi nie bywało Królewskiego małżeństwa bez gwiazd połączenia.
DRUGI KAPŁAN. Niejaki przebłysk, wielce wątpliwy, zdaleka Dawa się podejrzewać, atoli...
(Psymach i Olymp wchodzą, nie przerywając dialogu)
PIERWSZY KAPŁAN. Atoli Zwać tego nie godzi się przebłyskiem, co ledwo
Jaki Archiprezbita lub jaka Szechera Długim postem w głębinie niebios domacali. Prawdziwy syzyg3), istnie horoskopu godny,
Cale innego blasku jest, niż to widzenie. (do Psymacha i Olympa obracając się)
Atoli w świeckiej (jeśli się tak godzi mniemać)
Wiedzy ćwiczeni męże rozeznają przecież Syzyg zodyjakowy od widzeń światłości.
PSYMACH. Ile różnem jest oka niebieskiego wnętrze Od wnętrza niebios!...
OLYMP. Młodość człowieka od wiosny!... (Kleopatra we wielkim stroju weselnym — z jednej strony Eukast, z drugiej Eroe — wchodzą)
KLEOPATRA. Jeszcze i tu spotykam wiernych i szczęśliwych.
KAPŁANI. Wszędzie i zawsze — —
(Kleopatra, nie wybierając miejsca, siada)
1) Jest to przekład słynnych słów sprawozdania Cezara: «Veni, vidi, vici>.
2) konjunkcja (łac.) — «połqczenia» czyli takie położenie dwu planet, które sprawia, że znajdują się na jednej płaszczyźnie, prostopadłej do ekliptyki (w ten sposób np. konjunkcja słońca i księżyca daje nów).
3) syzyg (gr.) — konjunkcja (ob. u w. poprz.) lub opozycja, tj. znajdowanie się po stronie słońca, odwróconej od ziemi (opozycja księżyca stanowi «peł-nię»).
KLEOPATRA. Jestem zmęczona... Zaprawdę.
Iż miałam czem!...
(do Eroe)
...Co możesz, z tej szaty weselnej Odbierz! Niechaj odetchnę...
(odrzuca łam i sam przez ręce Eroe i na ziemię niektóre zwierzchnie odzienia; spostrzegając Rycerza)
...Aah! Rycerz!... Ty bierzesz Straż tej nocy w Serapjum po ludowej uczcie?
Arcy to jest rozsądnie...
(do obecnych)
On jest gwiazdą wojska! On jest ten, który pierwszy królowę ostrzegał,
Jak niebezpiecznym Cezar... wojownikiem byłby
W danej chwili... On w zamku jednym w okolicy
Królowę prowadzącą wojsko, zbawił... Tak jest...
RYCERZ. Monarchini!...
PIERWSZY i DRUGI KAPŁAN, (przyglądając się osobie Rycerza) Jak zrodzon w kaście wojowników!
W dostojnej wodzów kaście jakby na świat przyszedł.
KLEOPATRA, (mniej głośno i z westchnieniem) On pierwszy mi Cezara zwiastował przybycie!...
(do Rycerza)
Rycerzu! By podzielić w czemś twe trudy na dziś,
Kleopatra ci hasło znajdzie. Weź wyrazy: «Zorza i perly»... choćby zausznic mych perły!
(do Eroe)
Szaty słów dworskie ciążą niekiedy zarówno,
Jak te, których już nieco odjęłaś, Eroe! Jeśli zdołasz co jeszcze zwlec, odrzucaj wszystko!...
(do Olympa, wyciągając się w krześle i odrzucając z włosów bandełety)
Medyku! Doświadczenie pouczyło gminne Liśćmi ochładzać skronie — i stąd wieńce poszły,
W czas uczt przyjęte do dziś... Jaki, mniemasz, z liści Błogo uśmierza ciężkość głowy nadużytej?
OLYMP. Wawrzyn, lubo ma nieco trucizny. Niekiedy Bluszcz, albowiem chłód trzyma. Czasem liście wonne Tymu1). Poniekąd wschodni czerwony anemon...
KLEOPATRA, (z dziwnem poruszeniem) Anemon?... Do purpury podobny!... Anemon!!...
OLYMP. Wszelako spokój ducha, tudzież kontemplacja2)
Firmamentu niejedną leczyły gorączkę.
PIERWSZY KAPŁAN. Eter 3) boski, na szczycie niebios przestający...
DRUGI KAPŁAN....którego rzadki człowiek zakosztował...
KLEOPATRA. Może
Zarzucę na się jaką opończę podrzędną I, w pierwszą lepszą łódkę stąpiwszy, popłynę
Poglądać w gwiazdy... Nie wiem, jak poradzę sobie.
Tyle znużona jestem!...
(po chwili)
Mądry Psymachu! Ty, który Bibljotekę dla mnie zbierasz w Aleksandr]’
I uczniami masz co dnia zapełniony portyk. Mów! Chcę o filozofji coś słyszeć. Mów, czemu
Z błogosławionych torów wielkich szkół wyszliście?
Ongi mędrcowie siłę znamienitą mieli Przeistoczenia uczuć w nieznane potęgi, Jak boski czynił Platon, że przemilczę starszych...
Dziś wszelako... Chciej, proszę, powiedzieć mi: czyli
Gdyby naprzyklad oto Eroe niechcący Tknięta była piorunnym miłości pociskiem. Czyli też z was kto wzorem starożytnych mistrzów
Wziąć umiałby tę piękną głowę, jak am-lorę
I odmienić w niej całość zawartą w treść inną?
(wyciągając się w krześle i domykając, oczu)
Jak królowa, o dobro poddanek staranna. Pytam — — słucham...
») tymus (ar.) — tymianek, macierzanka.
2) kontemplacja (tac.) = pełne czci wpatrywanie się lub rozmyślanie; — firmament (tac.) == sklepie-nic niebieskie.
3) eter (ar.) — u starożytnych najwyższa, ognista warstwa powietrza, pierwiastek i źródło życiodajnego ciepła.
PSYMACII....Przykładem mistrza szkoły starej,
Poprosiłbym o jeden dzień namysłu
KLEOPATRA. Tylko
0 jeden dzień! No, proszę... Dlaczegóż nie
o wiek?
(przeciąga się w krześle z oczyma za-mkniętemi)
EUKAST. (do obecnych półgłosem) Królowa, jeśli wolno tak rzec, jest znu żona.
RYCERZ, (półgłosem) Hasło, mnie dane. wkrótce obejmę...
OLYMP. (półgłosem) Pozory
Snu nieraz rzeczywiste przynoszą owoce...
EROE. Królowa mówić głośno pozwala, gdy marzy.
(Kłeopalra porusza nieco ramieniem — kapłani, mając się do stanowczego odejścia, przybliżają jej papirus na złotej pół-misie; Kleopatra spostrzega ten ich gest i ponosi rękę ku przedmwtowi)
PIERWSZY KAPŁAN. Konsul dotknął.
KLEOPATRA, (porywając się) Juljusz!... Cezar?... To dotknął... Co to jest?
DRUGI KAPŁAN. Testament.
KLEOPATRA, (powstając z krzesła)...Zbyt bolesne spomnienia... Eukast! Niechaj z konfitur zrobią podobieństwo kształtne
Papiru tego i niech monarsze poniosą! Mąż mój rączkami dwoma dotknie się tej rzeczy.
(wychodząc)
Królowa was pozdrawia!...
(Eroe i medyk Olymp, a Eukast uprzednio, towarzyszą królowej)
PIERWSZY KAPŁAN. Jak piękna jest miłość
Koronna! Godna tego Ptolomeów rodu,
Z którego po dziś każdy stoi w mumji swojej
1 złamanego nie ma palca!
DRUGI KAPŁAN. Dobrze okadzone Framugi’). tudzież skrzynie z drzewa pachnącego,
Niepróżno tak zaletne stadło oczekują!
(do Rycerza)
Rycerzowi słynnemu skłonienie.
RYCERZ. Wzajemne!
(Kapłani wychodzą)

  • ) framuga (szwedzkie*!), wgłębienie w ścianie, wnęka, nisza.

SCENA PIĄTA.
Noc widocznie zapada — w głębi nieco światłości.
PSYMACH. Dziewięcioma języki mówiąca osoba,
Greckich świadoma rzeczy, a celna w egipskich,
Nauczona więc mądre zagadki stosować, Bardziej słowy olśniła mię teraz, niż berłem.
Często wracam myślący z królewskich posłuchów,
Napotykając wielkie tych sfinksów oblicza, Które się wylęgają tam i sam na słońcu.
«Miłość odmienić w nowe potęgi i wyż-sze...»
Żali to się jednemu z mędrców zalecało?... Cóż powiedziałbyś, walny rycerzu? Czy, względów
Chloe nie mogąc dobyć, szedłbyś do portyku,
By cię nauczał znosić to pitagorejczyk?’) Albo czyli z kaplany szedłbvś egipskimi Po eter wszechkojący w zodyjaku otchłań?
RYCERZ. Nieraz, na dzidzie brodę oparłszy o nocy,
Na pustyni placówkę gdy odprawowałem, Szedłem okiem, gdzie świeci konstelacja Panny
I w dalekie Lwa gwiazdy lubiłem pozierać. Lwy tymczasem dokoła zbiegały pustynię, Więc spokoju ku takiej treści rozeznaniu W głowie mojej nie stało — słów dziś braknie w uściech.
Tuszę, iż rzeczą dobrą przeciw melan-cholji
Jest gra rozsądna w kości, lekkie wino, tudzież
Wiedza uzasadniona, iż Chloe są mnogie.
PSYMACH. Mnogie są Chloe ani jedyna jest Wenus!
Epos ma ciąg apostrof i różność rapsodów 2):
Nadewszystko zwątpienie, pochodzące z onej
Troistości — zwątpienie to filozoficzne, Któremu też i panny bywają skwapliwe. Skwapliwi są zarazem rodowi ich krewni, I rzeczypospolitej interes, i pieniądz. Takiej sprawie i silnie tak ustatecznionej
1) pitagorejczycy, sekta filozoficzna, religijna i po-
lityczna, stworzona w VI w. przed Chr. przez Pitagorasa..
2) epos (gr.) — poemat bohaterski; apostrofa
(gr.) = nagły zwrot w cii|gu opowiadania do osoby jakiejś lub rzeczy; rapsod (gr.) — tu; ustęp, urywek.
Gdyby zaprzeczył mędrzec, zaprzeczyłby słońcu!...
Gdyby z nią walczyć zechciał, byłby odrzuconym
Poza rzeczywistego rozumu całokształt, Zaś ostatnia z mnogiego szeregu tych Chloe
Cisnęłaby mu w oczy swój zużyty koturn! *)
Zarówno więc i grzeczność dla niewiast pełnimy,
Do ich starań usilnej dokładając ręki, Jako i filozofji oddajemy hołdy,
I pospolitej rzeczy kształcimy harmonję, Obejmując zwątpieniem treść, rzeczoną wyżej.
RYCERZ. Straży zastęp zbliża się.
(wychodzi naprzeciw wart, Psymach ma się za nim)
PSYMACH. Niech «Perły i zorza»
Ubezpieczą mnie równie, jak w zadaniu ciasnem
Filozoficznie hasła logiki użyłem...
(straże zatrzymują się przed Rycerzem)
Lecz cóż widzę! Jednego z mych uczniów prowadzą!
RYCERZ. Kto i czemu pojmany jest?...
STRAŻY NACZELNIK, (zaczyna opowiadać) Libacyj zbytek...
POJMANY, (nietrzeżwo — przerywa dialog) Zawiedzionego serca... ofiara! Dla płochej Ilarinoe, co hołdy wzgardziła i rymy (Acz gęsto jej śpiewałem...). Mało czuli ludzie
Nie są skłonni, by pojąć udręczenie wnętrzne,
Zaledwo się przygasić zdolne oceanem!
I trapią mnie dla jednej rozbitej amfory... Hasła chcą?... Tylko mistrze nasi hasła wiedzą!
PSYMACH. (do Rycerza) Zezwól mi go!
POJMANY, (spostrzegając mistrza) Psy-machu wstrzemięźliwy!
PSYMACH. (ujmuje pod rękę pojmanego i mówi do Rycerza) Pozwól! Podejmę silną tezą ten umysł, zdrowemi Treściami wesprę, do dom powiodę lub wzniosę,
I filozofa godnym powrócę ćwiczeniom. (Psymach uprowadza pod ramię ucznia swojego — Setnik z Rycerzem pozostawa na przodku sceny, gdy pod podrzędniejszym Naczelnikiem straż odchodzi)
0 koturn (gr.) = buty o bardzo grubej podeszwie, rodzaj szczudeł.
C. Norwid. — Dzieła
RYCERZ. Tylko straż nocna prawdę zna!... I tylko owi,
Co bruki pomiatają, między zorzą bladą A znikającej nocy cieniem, widzą życie!
SETNIK, (mieszając w ręce kości) Spokój powszechny kostkę pozwoliłby rzucić.
(ciska kości)
Dziesięć!
RYCERZ. I dziesięć!
SETNIK. Jeden —
RYCERZ. I jeden! Szczególna — — Sąż fata ’) symetryczne?... Symetrja przypadków
Znakomitem byłaby dla mędrca pytaniem.
SETNIK. Aż zakręca mi w głowie sama myśl tej tezy!
RYCERZ. Jeden Cezar zdołałby traktować ów przedmiot.
SETNIK. Jako?
RYCERZ. «Alea jacta est!»2)
SETNIK. Wybornie!
RYCERZ, (ostrzegając znakiem milczenia) Słyszę...
Stąpanie lekkie, drobne, jako liści szelest...
SETNIK, (wpatrując się) Kobieta!... I z kibici jej toku — mehercle! — Sama się postać jawi nazewnątrz opony. Jedna z tych, co, uchronić się nie mogąc wdzięków,
Kiedy je kryją, kłamią!...
(Kleopatra w długiej oponie przechodzi w głębi sceny)
RYCERZ. Poznałeś. — Królowa!...
SETNIK. Widocznie łódź jej czeka...
RYCERZ, (postępując ceremonjalnie kilka kroków ku królowej) Obowiązek każe
Wyrazić znak czujności----------
KLEOPATRA, (przechodząc) Hasło me w kolczykach...
(znika w głębi głównego wyjścia)
RYCERZ, (powracając do Setnika) Tak to jest!... Strażnik tylko zna istotę życia!
W tę stronę mędrzec z uczniem pijanym się kwapi,
Gdy monarchini w ową samotna o nocy Idzie poglądać w gwiazdy, modlić się i dumać...
SETNIK. Izydy jest kapłanką z rodu.
RYCERZ. I z umysłu.
(rzucają kości)
ł) fatum (lac.) = przeznaczenie, los, nieszczęście; — symetryczny (gr.) = złożony z odpowiadających sobie części, harmonijny.
2) alea jacta est (lac.) — kości rzucono (wyrażenie to oznacza stanowczy, odważny krok).
SETNIK. Dziesięć! Co też się w Rzymie dzieje?
RYCERZ. Mężów oto Dwóch, którzy oczekują trzeciego z powrotem.
SETNIK, (rachując) Moje czterdzieści! Jeden z dwóch Antonjusz Marek,
A trzeci, co z powrotem, Cezar... Drugi?... Nie wiem.
RYCERZ. No!... Lepid...
SETNIK. Przy tamtych dwóch postać znikająca.
Przecie go tu w Egipcie zbliska widzieliśmy.
RYCERZ. Przezorny człowiek, arcy w kunktaturze bystry.
SETNIK. Ah, pozwolisz, rycerzu — nie tego legjonom Szukać!... Antonjusz rusza się... i rusza płacę...
Ciska kości...
RYCERZ. I gęsto przegrywa.
SETNIK. Niekiedy!
(po przestanku, igrając kośćmi)
— — Grunt jest, że Rzym ma ludzi w le-gjach od wyprawy Wielkiego Pompejusza, ludzi, co widzieli, Gdzie świat się kończy i gdzie pierwej rzymska stopa Nie tykała twardnącej częstym szronem ziemi
Stron, co są aż pomiędzy Kolchidą północną
A wschodnim brzegiem Frygji; gdzie Ili-perboreje’)
Mieszkają, mając głowy okryte kapturem Ze skóry zwierząt. Tam są i stepy i morza, Smętne bory, brak słońca; tam znudzone ptactwo
Wielkiemi bandy chodzi, leniwe do lotu... Stamtąd jest piana soli, z morza wychodząca,
A jeden lud wojenny zbiega te pustynie, Kryty łuską, z końskiego struganą kopyta...
RYCERZ. Podobną Cezar powiózł z ostatniej potyczki Z Party.
SETNIK. To rzecz jest inna.
RYCERZ. Jakże? Sam widziałem — Łuska w łusce przezrocza, jak paznokieć...
SETNIK. Party
Są Party. Lecz jest plemię na Hiperborei *) Kawalerskie, odmienne, z wąsami u wargi
1) hiperboreje (ar.) — bajeczni mieszkańcy dalekiej północy.
2) hiperboreja — kraina, zamieszkała przez biper-borejów (ob. uwagę poprz.).
Pokrętnemi, jak węża gdy ptak w dziobie niesie...
A które wypoczynek ma w obrzydliwości, Ziemią się nie zaprząta, czci bogów zna mało,
Klnie i hasa na koniach chudawych, lecz skorych,
Klacze doi... okrutnie lęka się czarownic...
RYCERZ, (porywając się i dając znaki uciszenia) Słyszę pęd biegnącego — wcale wołań straży!
Cóżby to znaczyć mogło?...
SETNIK. Tak jest---------bieg wyraźny...
(Wtóry Kapłan, wbiegając od głębi sceny, woła)
WTÓRY KAPŁAN. Rycerze!
SETNIK. Ktoś bez hasła?!
WTÓRY KAPŁAN. Dane było przy mnie I to fortunnym trafem stało się — inaczej Nie przeszedłbym przez wszystkie straże...
RYCERZ. Ah, zaiste,
To wy...
WTÓRY KAPŁAN. Niechno odetchnę chwilkę...
RYCERZ. Coś ważnego?
SETNIK. Coś gwałtownego...
RYCERZ. Pot mu ocieka po brodzie.
WTÓRY KAPŁAN, (zaczynając mówienie) Od wielu nocy...
RYCERZ. Nie kwap się mówić!
WTÓRY KAPŁAN. Od wielu
Nocy Szechera mądra z kapłany na wieży Zodyjakowej światła śledziła niebieskie, Czekając mniemanego syzygu, — aliści Dziś, gdy sama czuwała z szczególnem kwapieniem,
Mając źrenice w jeden nieba punkt utkwione.
A postami osłabłe członki, usłyszałem Krzyk jej, jakoby pękłej struny, lub naczynia,
Gwałtownie strzaskanego... Był to jej krzyk... Ślepej!
RYCERZ i SETNIK. Ah!...
WTÓRY KAPŁAN,...Która, śledząc światło, zyskała ciemnoście,
I, horoskopem drugich zajęta, stradała Gwiazdy własne!...
Wielka jest przypadków iron ja! Za ociemniałej krzykiem podążyłem. Ona, Słowy wypowiadając to nieszczęście, zewsząd
Budziła echa wieży, a słowa te były Pomieszane z proroctwv ciemnemi. Może być,
Że nieszczęśliwej naraz ze wzrokiem i umysł
Stradał jaśnię. Zaś pewną jest rzeczą, iż wcale
Bez pozwolenia archiprezbytów szły głosy Prorokujące z wieży i że to skandal jest Szczególniejszy.
Uchwycić ją za ramię chciałem Na skręcie wyższych drabin, lecz, jak szybki pająk,
Okraczający znaną mu nić, raz zaledwo Śród księżyca sylwetkę wyszczerzyła czarną
I zniknęła, dopadłszy stopniowań kamiennych.
Brzmienia zostały za nią, wygłaszane echem
Sklepień i gadające o królestwa losie,
O bohaterów cieniach...
Wszystko rzeczy, które Bez przyzwolenia arcykapłaństwa stały się...
RYCERZ. Bez tegoż wzrok stradała!
WTÓRY KAPŁAN. 1 to jest zaiste, Niepowrotnym skandalem!... Was, rycerze, pytam,
Żali tędy lub — co mi właśnie przyszło na myśl —
Żali do Nekropolis nie pobiegła?... Ówdzie Z groby rozmawiać?...
RYCERZ. Z niewiast tu nikt oprócz jednej Koryfei *) Izydy, nie przechodził — ta zaś, Zaręczyć wam możemy, że jest arcypięk-na!...
WTÓRY KAPŁAN. Nie ona!...
(po głębokim namyśle)
Nekropolis jest jedynem miejscem. Kędy nieszczęsną ponieść mógł szał; tam się kwapię.
(Kapłan szybko uchodzi)
RYCERZ. Z dwojga onych kto umysł ma trzeźwiejszy, wątpię...
SETNIK, Zda się, iż grę na nowo zagaić nie pora.
RYCERZ. Praesagia2) nie są arcypo-godne...
SETNIK. Zaprawdę,
Wszelka noc zawsze musi mieć coś szczególnego.
RYCERZ, (nagle) Towarzyszu, przychodzi mi na myśl rzecz bardziej Ważna, niźli ucieczka Szechery do grobów.
Straż nazewnątrz obejmiesz ty... przed moją czatą,
]) koryfej (1. koryfeusz; nr.) — przewodnik chóru; koryfeja — żeńska forma tej nazwy, zresztą nieużywana.
2) praesagium (lac.) — znak, wróżba, przepowiednia.
Ażeby się gdzieś nazbyt blisko nie spotkali Prorokini i kapłan... Cóż albowiem żołnierz,
Pełniący służby swoje, umiałby podołać W tak wysokiej niesnasce?...
SETNIK. Ergo: słucham — idę...
(obraca kroki na sposób wojenny i odchodzi)
SCENA SZÓSTA.
RYCERZ. Rzekł dobrze, iż noc każda coś ma szczególnego,
I niech mi kto potrafi ją na dzień przerobić
Tak zupełnie, potocznie, równo lak, jak dnie są.
My, co czaty od tylu nocy sprawujemy Po różnych roku porach i w miejscach niejednych.
Znamy tę osobliwość, przynależną cieniom. Dużo uczonych, nie chcę już powiedzieć: mędrców,
Słowa jednego nocnej nie znając zagadki. Wstają codzień i chodzą, jako małoletni,
O których pierwej myślil ktoś i ktoś się nimi
Zajmował, kiedy oni ani dbali o to!
Sam, niejedną twarz bladą rano napotkawszy,
Gdy powracałem z czatów, sam umiałbym nieraz
Takiej po wiedzieć twarzy dwa lub cztery słowa,
Którychby ona nigdy nie myśliła słyszeć Od nikogo, prócz siebie.
To szczególna rzecz jest... Każde miejsce inakszą ma nocy symfonję! Tu zaczyna się ona huczną wesołością, Spadającą oklasków i śmiechów kaskadą Na bruk miejski, przez lżejsze akordy. Następnie
Tony te milkną — ptaków nocnych słychać poświst,
Szczekanie psa nad brzegiem kanału, plusk w wodzie,
Wykrzyk daleki jakiejś wątpliwej natury, Uciszenie głębokie —
— potem szelest drobny Niewieściego trzewika lub flet, który zaczął.
Lecz nie dokonał pieśni... potem jakby ducha
Niedotkliwego smętek w powietrzu i spadek
Jednego listka na bruk — potem wielka Nocna cisza...
— Aż nagle gromada wielbłądów
Szłapie z rżącemi osły, koła tętnią — wreszcie
Przeklinania woźniców i modły poranne!
(po umyślnym przestanku)
Nowy ton, nieznajomy, dobiega mych uszu:
Coś, jakby odrzucona harfy struna długa Wiła się jeszcze w piasku, sycząc i brzmiąc razem...
(wytężając wzrok ku głębiom sceny, które mrok okrywa)
To... Szechera!...
SZECHERA. (idąc omackiem)...Od jednej kolumny do drugiej,
Jak pomiędzy dobrymi ludźmi, ślepa idzie!...
(głośno)
Straż lub służbę w portyku kio trzyma?...
RYCERZ. Ten samy,
Który cię czcił widzącą, teraz ufa dla was, Lecz i boleje!...
SZECHERA. Synu!... Świat zmierzchem się kończy...
Kończy się świat ciemnością...
(kiedy Szechera to wymawia, blade zorzy promienie zaczynają świtać śród kolumnady portyku od głębi sceny) (Szechera, ciągnąc proroctwo)
 — — która z wewnątrz bucha...
Syzyg, jakiego kapłan szuka z wieży liczbą,
Nie nadejdzie i gwiazd dwóch nie złączą się astry,
I poślubienia w niebie nie ujrzą...
Ta ziemia
Egipska pod epokę, która już, już blisko, Stanie się tylko jedną rzeką, tylko Nilem, Tylko korytem, nie już krajem i mocarstwem...
(w głębi portyku przesuwa gondola — Kleopatra wchodzi w oponie długiej, jak wychodziła była w scenie piątej. Zorza od głębi sceny nieco rozjaśnia portyk. Kró-dowa, słysząc prorokowanie, zbliża się — Rycerz, ręką na oczy pokazując, uprzedza Kleopatrę o nieszczęściu Szechery; — Królowa wstrzymuje się, niema i uważna. Przód sceny jest jeszcze mrokiem znacznym okryty)
SZECHERA. (ciągnąc proroctwo) Kapła-nowie z pod klucza gwiazdę wypuścili,
Która idzie. Daleko jeszcze jest, daleko — Egipt przejdzie, i wielkie morze przejdzie, i nad Rzymem
Stanie, z rozczochranemi włosami, czerwona!...
Nad wzgórzem, jednem z siedmiu, które jest spaniałe,
A Kapitol nazwisko jego (w mowie ludzkiej...),
Tam kometa zatrzyma się dla namyślenia, Czyli roztrącić, albo nie roztrącić, państwa, Królestwa i świątynie...
I płomienną głową Kiwać będzie o nocy nad miastem... Tam wielki
Mąż, którego wy wszyscy znacie...
(przerywa prorokowanie i, obracając wyłącznie do Rycerza, mówi)
Mów, rycerzu, Czy tu nikogo niema oprócz ciebie?...
(Królowa daje znak Rycerzowi, aby skłamał)
RYCERZ. Niema...
SZECIIERA. (ciągnąc proroctwo) Tam mąż wielki, co trzymał świat w prawicy czystej,
Nie dla siebie potężny, przez męstwa dojrzałość
Panujący koniecznie, cały mąż, jak filar — Od zawieruchy krótkich puginałów wzięty Zdradą — dwadzieścia i trzy pchnięć, a wszystkie w piersi,
Zgarnie rękoma, jakby purpurę zarzucał Pluskiem krwi, jak fałdami płaszcza...
I polegnie!...
I Rzym polegnie odtąd!... I świat nieco!...
Imię
Męża...
(zmieniając głos i osobiście do Rycerza, z rękoma omacnie podanemi)
...Synu mój, odrzecz mi rycerskiem słowem!...
Czy tu królowej niema?...
RYCERZ, (pogląda na Kleopatrę milcząc)
KLEOPATRA, (daje Rycerzowi znak ręką, aby skłamał)
RYCERZ, (do Szechery) Raz powiedziałem...
SZECIIERA. Rycerskie słowo?...
RYCERZ.
(pogląda ku Królowej, która mu niecierpliwy znak porzuca gestem, aby skłamał; Rycerz dobywa nagle miecza z pochew, lamie go oburącz, składa u stóp Królowej i woła)
...Słowo rycerskie!!
SZECHERA....Mój synu,
Wielkiego męża imię jest: Cezar! KLEOPATRA, (zataczając się w omdleniu) Jeżeli
Tak — się on — zwie, to Rzym się odtąd zwie przekleństwem!
(mrok, który trwał u przodu sceny, przecięty jest nagle ogonem komety, uwyraźniającym się pośród kolumn portyku)
(kurtyna zapada)
AKT TRZECI.
(SAMOTNOŚĆ I ZGON).
OLIMP >). Jest inna dawać wieściom ucho, a inna jest,
Co się należy, pełnić. Lekarz, gdy ma pieczę
0 cierpiącym, zawzywa domowniki jego
1 poufnie przez sprawy Hygiei zaklina, Przez Apolla-Medyka co najwięcej. Przeto, Nie pomijam, iż głoszą w mieście o królowej,
Jakoby dla komety, co nad światem stała, Zamilkła i nie mawia wcale, tak, iż ciszę W Nekropolis o całą jedną otchłań głębszą Poczuwa się... Rzecz wszakże, wulgarnie rzeczoną,
Wykładamy niezawsze, jako brzmi w mówieniu,
Godziwem więc jest spytać.
EUKAST. Owszem, monarchowie
Egipscy od tysięcy lat żali nie mają Dietetyki2), prawem skreślonej osobnem? Kilkadziesiąt dynastyj czy inaczej żyło? Bynajmniej! I, jeżeli dzisiaj król egipski Zechciałby z nilowego bekasa mieć danie, Mieć one może, ale osobnym edyktem,
Co więc nie zmienia rzeczy. A tak jest ze wszystkiem,
Czy to z rozkładem godzin, czyli nawet, nawet —
Z ceremonjałem!...
(po chwili)
...Bezmowność atoli Monarchini jest wieścią kłamną lub wysnutą
Ze solenności3) berła...
O Cezara zgonie Kiedy wiadomość przyszła z Rzymu, ce-remonjał
1) Jest to fragment sceny, która, wedle ostatniego planu poety, miała prawdopodobnie rozpoczynać akt następny.
2) dietetyka (gr.) — nauka, podająca przepisy, jak należy żyć.
3) solenność (lac.) = uroczystość, świętość.
Zalecać mógł ten, owy w dworskiej rzeczy ustrój.
Co niechaj głosi albo orzeka mąż biegły, Jak wy, lub niechaj mówi o tem jaki kapłan,
Starannie ogolony i w bieliżnie czystej Od stóp do głów, lecz niechaj na rynkach stolicy
Ten, owy milczeć umie. palec w usta kładąc,
Przez Ozyrysa’) imię i moc!...
OLIMP. — O wielebny
Eukaście, przez słodkie imię Pytagora2), Rzadkim jest, arcyrzadkkn człek, co mówi z człekiem Tak, iż słychać mówienie, treść powiadające.
Jedni albowiem, mówiąc z kimś, naprzy-kład z księciem
0 ostrodze książęcej, będą blask jej głosić, Jak słońca tarcz, a przeto oni nic nie
mówią
1 tylko z kimś gadają, sami nic nie mó-
wiąc.
Przeciwnie, drudzy, niebądź z kim gdy mówią, zawsze Ze sobą są jedynie w gwarze, nic nie biorąc
Do nich idącej treści, ni prawdy, a przeto I ci milczą. I oto milczenie jest wielkie,
I oto, mówię, cisza jest na świecie, którą Mędrzec, słysząc, niezawsze chce zdradzać lub może.
EUKAST. (półgłosem) Olimpie biegły! Jeśli tak jest, a zaprawdę,
Że jest tak, to królowa od Cezara zgonu Nie rzekła nic i wcale nie mawia... Sam będziesz
Słyszał z ust jej... I oto wielkie jest milczenie.
Które słysząc, Eukast zdradzić nie potrafi...
OLIMP. Słowo ostatnie jednak, to ostatnie słowo,
Które rzekła, czy wiernie umiałbyś powtórzyć?
Pyta was o to medyk nadwornej królowej,
Ceremonjalu najmniej nie łamiąc — i owszem...
EUKAST. To było tak... Było to, gdy posłańcy tajni Od cezarowej wdowy, Kalpurnji, przywieźli
1) Ozyrys, brat i m;)ż Izydy, w mitologii egipskiej początkowo wcielenie słońca, później bóg podziemia.
2) Pytagoras, mędrzec grecki, żyl w VI w. przed Chrystusem.
Skarby wielkie (i mogę rzec, iż przyzwoicie
Zapakowane w skrzyniach z włoskiego orzechu).
Te karawaną mułów i wielbłądów weszły
Pod sklep głębokiej bramy; królowej znać dano
Przez Eroe, która jest wielką kaneforą >).
I przez udatność słów jej---------a było to
wieczór...
Listy królowa, wziąwszy, odemknęła palcem
Obojętnym... a potem wzrok jej się zapalił
Jakby gwiazd dwie iść miało z sobą na wyścigi,
I, opuszczając papier, w dwie klasnęła dłonie,
I te dwa rzekła słowa: «Haracz Rzymub). Więcej
Nic, tylko te ot słowa: «Haracz Rzvmu» —
OLIMP. Tylko ’-------
EUKAST. Lecz to, jakkolwiek słów dwa, tak rzeczone było,
Że się porwały straże w krużgankach — -i więcej
Sta halabard upadło na marmur z tętentem,
A echo grom nosiło po salach... Myśliłem,
Że z bazaltowych sfinksów na łapy wstał który
I zawył... Obróciłem się z uszanowaniem
I widziałem błysk tylko sandału złotego
W obłoku szat... Królowa tak odeszła szybko...
Odtąd, cokolwiek mówi, głos ów brzmi sfinksowy —
Sala w stylu architektury grobowej.
Podobne do doryckich dwie kolumny w ostatniej głębi sceny, a po dwóch stronach bliżej dwa przeciwległe wejścia. Na przodzie sceny tron i ławy — przestrzeń między kolumnami i tron okryte zasłonami ciemnej barwy. Niewielkie okna w sali przysłonięte również. Kleopatra, na jednym ze stopni własnego tronu, które są jak siedzenia niższe urobione, niedbale rzucona i wyciągnięta, opiera stopy o skórę lwa.
SCENA PIERWSZA.
KLEOPATRA. Odkąd w komety tego poglądałam grzywę,
0 kanefora (nr.) — kobieta, nosząca w czasie uroczystych obchodów świątecznych kosze z przedmio-tami, służącemi do kultu.
Zrobiło mi się w duszy jasno, jak w Amenti,
Jak w pieczarach piekielnych... Dobrze widzę wszystko,
Szczegół wszelki — słomki źdźbło, każdą okoliczność Czytam... wytwornie czytam i coraz to głębiej
Naskróś tej samej smętnej księgi i, jak wirem
Treści, bywam imana i ciągnięta na dno...
(po przestanku)
Dopóki ręce moje, oczy me, spomnienia Mogły jeszcze się wspierać na Juljusza piersi.
Nie myśliłam o Rzymie, którego istotę Sion ii mi wielki człowiek osobą lub słowem,
Niekiedy gestem, nawet niekiedy skinieniem.
Tak, gdy przeciwko tobie usiądzie kto w oknie,
Wychodzącem na miasta widok, on ci łokciem
Lub płaszcza rąbkiem miljon mieszkańców zasłania,
Palcem twierdze warowne, świątynie ramieniem...
Lecz dziś dwadzieścia i trzy pchnięć miecza odparło Tę szlachetną osobę z przed mych smętnych oczu
I, gdybym przez dwadzieścia trzy patrzyła szczelin,
Jużbym widziała tysiąc dwadzieścia trzy przekleństw!
(po przestanku)
0, tak! Rzym ma wielkiego coś, czułam
to nieraz,
Gdy na «Talamie», wsparta o ramię Cezara,
Słuchałam pieśni wioseł i czaru słów jego; Widzę dotąd, nietylko słyszę, co mi mówił...
To jednak «wielkie» Rzymu jest juź wielką zbrodnią
1, jeśli Egipt niemniej kończy, to dwa
światy
Ku końcowi słońcami dwoma schyliły się...
I dwa się serca w światach dwóch niknących zeszły — —
Juljusz i Kleopatra trwali jeszcze z sobą, Jak dwoje bytów żywych, lecz z kobietą Cezar.
Już był jak posąg, z cieniem rzuconym na piasku.
Rzymu wielkość zaciera społeczność... Mężczyźni
Zwolna, zwolna do tego dojdą, iż z kobietą Nic prócz słabości własnych nie potrafią dzielić.
Kobiety mężom wzamian tylko dać potrafią
Jeden więcej tryumfu publicznego przy-klask.
Wielki jest Rzym... lecz wielkość ta nie znosi człeka!...
Ojca i króla wzięło mi to miasto z serca I z Egiptu, by oddać płaskim niewolnikiem.
Dziewicze piersi moje podwakroć rękoma Brał Rzym i dawał chłopcom-braciom do zabawy,
Jak krągłe do rzucania cacka!... Wreszcie i sam
Przed żywego człowieka wielkiem sercem stanął,
Może zadrżał, zgiął czoło... tak, jak byk je zgina,
By tem raźniej na ostrze rogów wziąć wnętrzności...
Cezarze! Ja nie pójdę za wojskiem z szar-pjami,
Żeby otulać rany twoich weteranów.,
W kilkaset galer zbrojnych wolałabym prosto
Iść na Kapitol... piersi twe oglądać, krwawe Dwadzieścia i trzy razy, o każde z cięć spytać...
(do Eroe)
Eroe, przysłoń okna!
Na niebo nie mogę Poglądać, odkąd w oczy komecie spojrzałam,
I — niestety, — nie dziwię się Szecherze ciemnej...
(po chwili — przypominając)
A co dzieje się z wieszczką straszliwą i dobrą?
EROE. Na dumaniu i lasce wsparta, mało pomni
O ślepocie; powiada tylko, że od chwili, Gdy utraciła oczy, nie ma już dwóch wzroków,
Lecz jeden wzrok, jak wszyscy...
KLEOPATRA. Te słowa są cięższe Od ślepoty, daleko cięższe...
(znowu po chwili)
...Spazm dziś cierpię. Eroe, podsuń skórę lwa pod trzewik! To jest
Taż sama skóra, z zamku?...
EROE. Dałam za nią
Liktorowi Cezara sześć równych i uśmiech.
KLEOPATRA, (wyciągając palec). Rękę moją pocałuj tym uśmiechem twoim...
(patrząc ku stopom swoim)
Na tej grzywie uklękłam raz w życiu----------
(do Eroe)
Co mówi
Gość, w pałacu królewskim pierwszą noc przebywszy?
EROE. Wiem, co poufny mówi Marka Antonjusza,
Deljus, rzymski kawaler, lecz, co on sam, nie wiem.
Pierwszy wszelako słowa wtórego wygłasza,
Iż po walnym królowej wjeździe do Efezu Nie mniemali, by mogło być co spanial-szego —
że królowa widocznie nigdy ku nikomu Nie podjęła tak świetnych starań i że wszyscy Są pod wpływem jej czaru...
KLEOPATRA, (zanosząc się od śmiechu) Cha-cha-cha-cha-cha-cha! Naturalnie, że, aby podjąć Antonjusza, Wszystek mych dziadów przepych kazałam poruszyć...
Czegóż on więcej szuka lub co umie życzyć?...
(Suknię, jak twoja, taką miałam u Cezara I dwie te w kolcach perły...)
Eheul Cóż więcej?...
EROE. Zadziwieni są wielce wyborem mieszkania,
Twierdząc, że to królowej przesądy egipskie
Doradziły opuścić główny dworski pałac. Gościom — życie, lecz sobie że królowa pani
Pozostawiła groby (mówią), choć nad żywot,
Daleki od niej, oni przenieśliby cieniel
KLEOPATRA. Jest to gładkie... Lecz Marek Antonjusz, gdy zechce,
Ile i gdzie mnie widzieć, jak najsnadniej może...
Konno z nim jeżdżę, wędy zarzucam, śmieję się
Jak szalona!... Wyglądam, myślę, że niezgorzej...
Cóż chcieć jeszcze?... Ja wcale kocham Antonjusza...
Czyliż co więcej można?..
Najściślej tę miłość, Której on chce i którą może pojąć, ja mam, Najistotniej, na jego rozkazy — nie zdradzam!
Wiem, czego mnie i jemu potrzeba — mnie zajęć,
Mnie roztargnień, i jeszcze nadto mnie potrzeba
Samotności zupełnej... a bądźże samotną, Będąc samą!...
I jeszcze trzeba mi niekiedy Gwaru, wiru, wielkiego zamętu i szału Zbytku... wesołych ludzi, jak Marek, i, jak on,
Uszczęśliwionych...
I więcej!... Mnie trzeba Dobrego wodza... Wojsko Egiptu jest żadne —
Prócz zaciężnych z legjonów Rzymu...
...w marszu słabe,
Bez umiejętnej służby — Ja mam plany... Kielich mi daj!
(dotyka ustami kielicha)
— — Spazm cierpię!... (spoglądając w ziemię)
— — To taż sama skóra
Z zamku?
EROE. Taż sama skóra lwa...
KLEOPATRA....Niczem tak gładko Nie ociera się stopy, jak tą grzywą złotą.
(po przestanku)
Marek Antonjusz może istotnie rachować Na miłość moją---------Nie on, lecz sam Bru-
tus nawet Byłby mi może...
(zakrywa oczy we Izach obfitych)
...Brutus byłby miłym: On chociaż cień Cezara widział pod Fi-lippi!... ^
(do Eroe)
Czego te łzy wylewasz?...
EROE....Te łzy są królowej...
Zapłakałam niechcący...
KLEOPATRA. Jesteś wielkie dziecko... Wielkie a bzdurne dziecko... Słuchaj!
W tych dniach oto Trzeba, żebyś mi była zakochaną — słyszysz?...
Rozumiesz?... Mnie to może być arcypo-trzebne.
Kochaj się sobie, w kim chcesz, tylko go-rejąco!...
Ku temu, iż mnie samej zbywa na pomysłach
I nie umiem bez końca znajdować fortelów,

  • ) Legenda starożytna, uwieczniona przez Szekspira w «Juljuszu Cezarze* (akt V, scena V).

I nie umiem rozrywek nastręczać ponętnych
Antonjuszowi... Serca kochające, owszem, Umieją tworzyć, wiedzą, iż to albo owo Zakochanemu sprawić może niespodziankę, Uszczęśliwić go nad miar!... Służebna mi któraś
Poszepnęła, by nurek, pod falą ukryty, Wtykał ryby solone Markowi na wędkę — Koncept, który się udał i który potomność Kleopatrze przysądzi, nie pannie służącej. Historja jest niewdzięczną dla pomysłów szczytnych...
EROE. Kogokolwiek królowa każe, wraz ukocham.
KLEOPATRA. To właśnie, co się na nic nie przyda nikomu!
Miłość taka zaledwo poradzić ci zdolna, Ażebyś, nic lepszego nie umiejąc czynić, Została matką bliźniąt!..
...Daj kielich —
EROE. (podając kielich — i, kiedy Kleopatra dotyka go ustami) Wszelako Zasłona wielka w głębi tej sali pochodzi Prosto z myśli królowej?...
KLEOPATRA, (powstaje, robi parę kroków ku zasłonie, wrycie na nią spoziera i powraca) Zasłona! Zasłona! — Zasłona — — — Wymyśliłam zasłonę! — To wszystko,
Cokolwiek jeszcze własną stworzyć umiem siłą...
(Kondor wchodzi)
KONDOR. Królowo! Bezprzykładne starania i zachód Łożony, aby planom jej stało się zadość, Czynią w ceremonjale dywersję (że z rzymska
Tak się wyrażę). Psymach biegły i Eukast Pobożny, i rozliczni mężowie są arcy Zatrudnieni około tego arcydzieła,
Które królowej palec nakreślił w abry-sie 0-
Błogo jest, iż nie od dziś wszczęli Ptolo-meje
Monumentami ziemię zapoznawać z niebem,
Czy ku Zodyjakowi iglicami mierząc,
Czy o przestronnych grobu lochach mając pieczę.
Jednakowoż, skoro tak zaprząta się ogół 1 spółdziałania mężów zdolniejszych, natomiast
Stary i wierny Kondor pełni wszystkie służby,
l) abrys (nicm.) — kontury, zarys, szkic.
Sam wygłaszając nazwy poddanych lub gości
(po przestanku)
Deljus, kawaler rzymski, i rycerz złotego Łańcucha, oczekują, który wnijść ma pierwej?...
KLEOPATRA. Po rycerzu Deljusa chcę widzieć, zaś owy Znać to winien, albowiem rycerz z powinnością
Poddanego przychodzi do królowej swojej.
KONDOR. Na obelisku słowa te, nie na języku
Kondora, powinniby śmiertelnicy czytać.
(Kondor usuwa się i daje wnijście Rycerzowi)
KLEOPATRA. Cokolwiek masz, rycerzu, powiedzieć lub donieść,
Niech ci to będzie łatwem. Słucham.
RYCERZ. Znam, królowo,
Jak drogie są i trudem zajęte godziny Świętej czynności waszej: dlatego, jeżeli, Skrócając treść, okażę ją mało oględnie, Niech to majestatowi w niczem nie ubliży. Wieści i doniesienia mniejszej były wagi, Dopókąd się prowincji całej nie zmieniło Na biegaczy z listami, a ogniste wici Noc w noc dopókąd słowem nie brzmiały. Atoli
Dziś otrzymać wiadomość z Cyklad, ergo z Rzymu,
Łacniej, niźli lakową rozwikłać i sprawdzić,
I łacniej, niż powstrzymać od rozgłosu złego.
Wojsk przytem kilkadziesiąt tysięcy italskich,
Królowej służąc, ma swe rodzinne stosunki, Obozy zaś przez całe pustynie ku morzu Stoją i starczy słowo w Serapjum powiedzieć,
By, jeżeli jest ostre, utkwiło w Italji.
(po przestanku)
Wojna miałażby rzeczą być dotyla pewną, Iż lada kto roznosi o niej głos i zdanie? Nie pytam o to, będąc żołnierzem, nic więcej...
Spowiem tylko, że nawet w czas wojny wydanej
Lub w czas odebranego najścia są niejakie
Ostrożności, koniecznie niedostępne wszystkim.
KLEOPATRA. Miałżeby wódz tak słynny uspokajać mało?
(po przestanku)
Mnie dość. że ja znam Marka Antonju-sza — alić Pomnę i tę przytomnić lubię okoliczność, Iż o Cezarze pierwszy ty mi wiedzę dałeś. Ku temuż życzę dzisiaj znać, co powiedziałbyś
O tryumwirze?...
RYCERZ. — — — Tryumwir, królowo,.lest jednym z trzech... Sam Marek Antonjusz, zaiste,
Jeśli za życia dawał diadem monarszy Cezarowi i temuż po zgonie holokaust1). Znać musi, czemu równać go z Boskim nie można...
KLEOPATRA, (wyciągając palec ręki) Ucałuj rękę moją na znak przebaczenia,
Iż tak o Antonjuszu mówisz...
RYCERZ. Sprawiedliwość
Rubaszną bywa... Marek Antonjusz ma wszelki
Wodza dużego talent, lecz Fortuny nie-dość...
A jak do Ilostiljusa, twierdzą starożytni, Że Fortuna wchodziła oknem o księżycu, Tak zaiste wódz, trzeba, by Victorię dzierżył...
KLEÓPATRA. (powstrzymując się) Ciągle mów!... Ale śmiech mnie bierze. — Jakże można,
Ażeby wódz przerywać sobie sny dozwalał?...
Mów — mów!
RYCERZ. Tryumwir — śliczny plan miał pod Modeną,
Lecz się musiał do Gallji cofnąć, a z Partami
Lubo najznamieniciej walczył, cóż stało się?...
KLEOPATRA. Pod Filippi?...
RYCERZ. Przez wielkie bogi, pierwszy jestem
Nie uznawać się godnym, bym tryumwi-rowi
Kaligę zapiął!... Alić sam Antonjusz, skoro Kasjusza zbił, zawołał: ((Wreszcie zwyciężyłem!))
Tamto zaś i to zamiast uwłóczyć wodzowi Przyznawa mu sąd rzadki... Owszem, to, co mówię,
Kwapi się nie ku czemu innemu krom tego,
Iż obiegają mało hamowane wieści, Jakoby wódz dla zbytku swego animuszu Narażać zwykł chorągiew... I, że tylko umysł
Królowej, tylko mądra królowej oględność,
Umie to rzecz stosownie łagodzić, to naglić.
Tak dalece, że, gdyby do wojny przyjść miało
Bez córy Ptolomeów wyraźnego słowa, Legje nowozaciężne italskie poszłyby Z Antonjuszem, lecz reszta wojsk... nieco wątpliwie...
KLEOPATRA. Wojna — czy jest, czy będzie jutro albo wcale?...
Trzy pytania w zupełnej równi jednakowe.
Stan, zaiste, osobny — stan ciemny dla ludu,
Szczególny dla monarchów, dla kapłaństwa dziwny.
Nie Egipt sam, lecz świata imperjum tak stoi...
Nie sami monarchowie, ni ludy, lecz czasy, Lecz bogowie u wrót się janusowych zeszli >),
I cokolwiekbądź zechcą, stanie się, stanie się!...
Że tryumwir, że jeden dziś z dwóch panów Rzymu,
Że królowej Egiptu przyjaciel, Antonjusz Marek, przywództwo wszelkie obejma w Egipcie,
To sta tysięcy Rzymian egipskich niech wielbią!
Jak oni hastyJ) swoje królowej oddali, Tak on swój miecz poświęcił i przykładny afekt.
(Kleopatra nieco zatrzymuje się)
RYCERZ. Niechaj żyje Antonjusz Marek!...
KLEOPATRA. Ze zbliżenia
Drogi pomiędzy Rzymem a Serapjum jeśli Stugębna wieść się chełpi to porówni może
I Victoria swój sandał nieśmiertelny za-zuć,
Ku tymże szlakom kroki wielkie obracając...
Rycerzu, mało więcej powiem: miej się dobrze!
(Rycerz wypełnia ukłon)
Królowa wie, co począł Antonjusz z poselstwem,
Lecz to poselstwo ona odnosząc do niego, Nie inaczej, jak gościa przyjąć ma i raczy. Miej się, rycerzu, dobrze...
(Rycerz cofa się)

  • ) Janus, italski bóg wszelkiego początku. Przy rozpoczynaniu jakiejś wojny otwierano drzwi jego świą-tyni — zamknięte oznaczały pokój.

2) hasta (łac.) *= dzida.
KONDOR. Deljus! Gość królowej! — (gdy Deljus wchodzi, Kleopatra uprzedza go wyciągnięciem ręki i wskazuje niższy stopień tronu, jakby krzesło dla gościa)
KLEOPATRA. Obywatelu miasta Rzymu! Deljus miły!
Czeka cię Kleopatra, zbliż się i posłuchaj: Będę ci mówić, co mnie powiedzieć przychodzisz
Od uprzejmego Marka — a naprzód «Dzień dobry»,
Życzenie, które często mimo przeświadczenia,
Iż dzień nie jest najbielszym znaczony kamykiem,
Powtarzamy wszelako i będą powtarzać Może lat trzy tysiące. Owszem, rzekną jeszcze,
Że ((Dobry dzień» to prosta rzecz i że ówczesna!...
Z naiwnością podobną owej ty przychodzisz,
0 Deljus, i pouczyć chcesz mnie, że An-
tonjusz
Gniewny jest, nie umiawszy przyjąć posłów Rzymu.
Zażalenie, doprawdy, interesujące...
(Deljus czyni gest, iż chce coś odrzec, Kleopatra nie zważając mówi)
Eroe!...
(do Deljusa)
Zażalenie wcale niepomierne... (do Eroe, która zbliżyła się, i, wskazując na Deljusa)
Kawaler rzymski zechce usłyszeć od ciebie, Jakie dziś stroje weźmie na turniej królowa,
1 powiezie tę od niej Markowi wiadomość...
(do Deljusa)
Krzesło złote Antonjusz przy mnie zajmie. Powiedz,
Że ramiona mieć będę owiane mgłą gazy...
EROE. Gazy, którą Izydy pas gdzie niegdzie spina...
KLEOPATRA, (do Deljusa) Powiesz mu, że za posłów stanowczo nie biorę Tych, co między Oktawją a nim pośredniczą.
Domowe są to sprawy lub gadki poufne... Grzecznie uczynię, panów tych prosząc na turniej,
Którzy wrócą i mówić będą o Egipcie... Mówić, mawiać z Oktawją... o...
(do Eroe)
...Jak dziś ubieram
Stopę?...
EROE....Królowa weźmie złoty i podłużny
Koturn egipski, z wierzchu odkryty zupełnie,
Lecz długie szaty zwierzchniej strzępy nań upadną,
A z tych każdy jest sznurkiem drobniuch-nych perełek,
Jak krople, wiatrem z fali nagarnięte morskiej,
Tak, iż się palce w pianie pereł ciągle kapia...
KLEOPATRA, (do Eroe) Dość jest — odejdź i czekaj.
(do Del jusa z dziwnym uśmiechem)
...Jak na Kapitolu Nogę kiedy postawię, pomyślą, że Wenus (Babka Cezara...) z piany wyszła i stanęła Nad Rzymem, o Juljusza pytając...
(wyciągając palec do Del jusa)
...Idź zdrowo.
Idź! Co ci na myśl przyjdzie, to Markowi powiedz...
DELJUS. (z głębokim ukłonem) Będzie to zawsze więcej nad to, o królowo, Co pozwoliłaś, żebym ci był wypowiedział, Łask i słów jej potokiem zewsząd uprzedzony.
KLEOPATRA. Dodaj, że każde z uczuć Marka dla mnie czytam Na odległość pół mili i przez głowy tłumu, Jak kiedy kto, z wielbłąda na obelisk *) patrząc,
Rozwiązuje udatnie ryte hieroglify.
Jeśli więc nieco czekać dziś smętno mu będzie,
Niech tam, ówdzie, w przysionkach między kolumnami,
To zwolna, to gwałtowniej chodząc, myśli o mnie.
(mając się ku odejściu)
Grobów pałac szeroki jest jak miasto---------
(daje znak uprzejmy pożegnania, Deljus cofa się; Kleopatra woła)


— Kondor!

(do Kondora)
Eukast, Psymach, Olimp i mój rycerz wiedzą,
Każdy wedle służb swoich, co i jak wypełnić.
Posłuchanie skończyłam.
(po chwili)
ł) obelisk (gr.), rodzaj pomnika egipskiego: ostro zakończony, czworościenny slup granitowy, zwykle pokryty napisami i płaskorzeźbami.
...Czy kto jest na ziemi, Co mniejby mówił z ludźmi, więcej był samotnym?
Głębszą dokoła ciszę poczuwając, czy kto Dumał spokojniej?...
Powiedz mi, Eroe, czemu Nie weselisz się? Trzeba mieć serca naiwność,
Dzieckiem być... umiejętnie... Człowiek jest niemowlę Niewysłowionych rzeczy.
...’Weź z przed kadzielnicy Piasku nieco i usiądź na ziemi i baw się... Ot tak — tak — —
Usyp siedem na ziemi mogiłek, Siedm — — tak!
(surowo)
A teraz ustąp! Królowa się cofa Z sali posłuchań swoich.
(Kleopatra przechodzi po usypanych piasku garstkach)
Te siedem szczypt ziemi To sdedm Rzymu pagórków porównanych!
Rzekłam!
(Kleopatra, a za nią Eroe, uchodzą)
(SCENA DRUGA) )
PSYMACH. Dany zwysoka abrys zleceniem królowej,
Która zna rzeczy greckie, jak mało kto teraz,
Dopełnionym jest, mniemam, nad życzeń gorącość.
Amfiteatrum, w głębi spore, jak hipodrom 2)
I otwarte, a przeto ludowi dostępne, Zgadłby kto, że od strony tej zasłona kryje, Godząc przeto attyckie stylu powinności Z wulgarnemi na zewnątrz potrzeby turniejów.
OLIMP. Mądrości wszelkiej klucze, słuszna jest, by Egipt,
By Aleksandrja bardziej dzierżyła, niźli Rzym.
Ammona syn, młodzieniec wieków, Aleksander,
Gdy, rozsypawszy makę z żołnierskich furgonów
Na miejscu tem, wykreślił palcem plan stolicy,
Zaiste, znał konieczny tych okolic genjusz.
1) Nie oznaczona tak w rękopisie.
2) hipodrom (nr.) — miejsce, gdzie odbywały się wyścigi na wozach, arena wyścigowa, cyrk.
KONDOR. Powietrze zdrowe, ryb i mięsiwa dostatek...
Ziół wszelakich i gadzin mnogość...
PSYMACH. Umysł
Właściwy miejscowości... ten rzeczą jest główną.
OLIMP. Aleksandryjczyk, łącząc zdolności Greczyna Z naturą wschodnią, stawa się w każdem rzemiośle Pracownikiem wytwornym...
PSYMACH. W tej mierze nie znam nic Godziwszego, jak Wendo-Skita‘): naród jeden
Daleki, a z którego niewolnika miałem W Atenach, gdy słuchałem jeszcze geo-metrji.
Przepadał za mną człowiek ten i potrzebował
Zawsze przepadać za kimś. Zwał się Na-śladomir.
Szewc kupił go, to on wraz i koturn ci uszył —
Krawiec — to on ci krawczył... Wystarczało krzyknąć I zagrozić... Sam tylko nie zdołał nic z siebie —
I niewolnikiem przeto zostawał. Niekiedy, Cudze łapiąc pojęcia, jak rodzime brał je, I wstydził się twórczości własnej i czerwienił,
Arcywygodnym sługą będąc. Naostatek Raz, gdy dwóch spoznał panów, równie mu ponętnych,
Wybrać nie mógł... To jedno, zawsze co mu brakło,
Iż wybierać nie umiał.. Więc na dwoje przepękł Z umartwienia...
(z westchnieniem)
Równego gdybym tu miał draba, Gdybym miał tu takiego, czegóżbym nie dopiął!
KANDOR. Żałować czego nie masz,
o Psymachu biegły,
Amfiteatrum dziwne skoro zbudowałeś, Anii sobie wyrzucaj cokolwiekbądź, mistrzu!...
OLIMP. Machiny równej dawno nie widziało miasto.
PSYMACH. Sędziów niedość, opartej dobrze kompetencji2)
1) Wendowie — rzymska (i grecka) nazwa Słowian, przejęta od Germanów (Niemcy używają jej do dziś dla oznaczenia Łużyczan); Scytowie — koczowniczy lud, zamieszkujący stepy środkowej Azji
i południowo-wschodniej Europy.
2) kompetencja (łac.) = odpowiedniość wiedzy albo władzy.
Niedość. Więc się odnoszą do znanych już precept,
Nie śmieją iść: a jako na okręcie bywa, Że niestawiący krzepko siopy jest od dołu Porwany wirem ruchu aż do zakrztuszenia I, co niierad był uznać, musi potem zrzucać,
Tak są późne ich zdania. Dziś klaskać umieją
Lub bezcześcić! A to jest z tej właśnie przyczyny,
Iż gwoli innym sądom trza nie mieć zawiści,
Lecz oświeconą miłość żywić.
KONDOR. Temu zasię
Najwygodniejszą strażą jest kasta.
PSYMACH. “ ’ W Egipcie!
OLIMP. Ludzie nietylko źli są, iż złość ich porywa:
Są źli ludzie, jak zły jest albo dobry marmur,
Źli, bo gatunku złego... Liścia dotąd jeszcze
Ni zaradczego płynu w tym względzie nie znamy.
PSYMACH. Szczęśliwi, co się mogą odnieść do potomnych,
Alić nam u spółczesnych trza uznanie zyskać.
Amfiteatr ma za cel przyjęcie w Egipcie Całego świata posłów, którzy wrócą do dom I po wszech ziemi kresach głośna z nimi fama *):
Egipt albowiem nigdy nie stał, jak dziś...
KONDOR, (przerywając). Otóż,
Co i ja mówię. Alić są utrzymujący Przeciwnie, i, że wojen czekamy ze wszech stron.
OLIMP. Kleopatra jest panią świata!...
PSYMACH. (rozwijając pargamin planu swojego) Godziwsza jest
Monument pojąć, niźli dawać czas powiastkom.
Kiedyś i znać nie będą zwalczonych trudności,
Które spotykał sztukmistrz...
(śledząc plan)
...Szło o to, by naraz, Jak narodzone dziecię, można było odjąć Amfiteatr od gmachu nekropolijnego,
Tu grobowe drzwi, ówdzie odkrywając fronton —
Rzecz, której ja dokażę na skinienie ręki.
OLIMP, (radząc się planu) Plan to jasno wyraża. Kto pojrzy, odgadnie.
PSYMACII. Bogdajby!...
(ręka i ramię pracownika wynurzone z pod zasłony)
PRACOWNIK. Mistrzu, jeszcze twojej tu osoby Zbywa —
PSYMACII. (idąc za głosem, cofa się ze sceny) Kiedyż będę mógł zniknąć w dziele mojem!
KONDOR, (do Ołimpa) Mędrzec taki gdy nasze potwierdza mniemania, Uspokojonym czuję się o kraju dobro. OLIMP. Wieści o wojnach mogą nie być bezzasadne,
Monarchini albowiem, co chce, zdołać może,
Będąc panią na wszechświat nieograniczoną.
Króle wszystkie swych posłów szła a szlą...
Cóż z tego,
Choćby i wojna była?... Wojna zawsze gdzieś jest.
HER. (przez jedno z wewnętrznych wnijść wbiegając) Luby Kondor! Kolego, szczęsny Her cię wzywa... Pójdź! Czy nie widzisz blasków na jego obliczu?
KONDOR. Świecącego coś baczę na policzkach obu!
HER. Żaden Orfeusz, kiedy swą lubą odnalazł,
Nie był olśniony tyle jej czarem, iłem ja. Marzyłem zawsze spotkać gdzieś wielkiego męża!
Czułem zawsze, że półbóg istnieje... Wciąż śniłem
Bohatera po mojej myśli... I nareszcie Stało się... Niech uściskam cię, Kondorze, ciebie,
Medyku, niechaj całą ucałuję ludzkość!
— Dziś pól dnia jak cień chodzę za wielkim człowiekiem.
Rozumiecie już wszystko!
KONDOR. Rozumiemy mało.
OLIMP. Arcyniewiele —
HER. Wszystkie nekropolitańskie
Międzysionki, chodniki, arkady przeszedłem,
Niewidzialny, daleki, patrzący na niego... Jak cień...
(kiedy to Her niepowstrzymanem słowem opowiada, wchodzi Marek Antonjusz krokiem przechadzającego się. Strój ma rzymski, wykwintny, i różę w ręku. Antonjusz nie chce przerywać rozmowy. Ołimp i Kondor, którzy go w głębi sceny dostrzegli, dają znaki Herowi, ii nie są sami,
ale ten opowiadanie z zapałem nieprzerwanym dalej prowadzi)
...i tak znikliwy, jak cień...
Raz albowiem
Zatrzymał się i uszczknął różę, i piorunem Obrócił się, wzdychając jak lew, a oczyma Na pawilon królowej iskrząc...
Już mniemałem, Że zoczył mnie! Lecz byłem szybszym i zwinniejszym Od spłoszonego ptaszka. „Wielki mąż nie dostrzegł,
Iż się napawam, patrząc nań, od blisko pół dnia...
Rp«57lp wiprip!
KONDOR, (do Olimpa) Zbyt albo nie-dość rzecz wyluszcza...
HER. (w uniesieniu) Mamże wyrzec, że mężem tym, że tym półbogiem Marek Antonjusz... wy zaś, że jesteście z drzewa,
Z cegły, niewypalonej słońcem... Czy wy wiecie,
Iż człowiek ten gdyby mi wskazał końcem palca
Sto legjonów, godzących w pierś mą, i powiedział:
((Zwalcz je!» — przez Herkulesa, zbiłbym sto legjonów Albo ległbym i ziemię przeszyłbym na-wylot.
(po chwili spoczynku)
Rzekłem! I dość...
MAREK ANTONJUSZ. (przybliżając się niezmienionym krokiem, kładzie rękę na ramieniu Hera) Czy możesz być liktorem?...
HER. Wszystkiem!
Dopókąd waszą czuję nad sobą prawicę.
MAREK ANTONJUSZ. Zapał nie jest naganną rzeczą.
(do Olimpa)
Byłbym zdania, Ażeby ludzie moi, których mam u boku, Do suchego pioruna byli podobnymi, Żebym, mówię, gdy gestem zagaję w powietrzu
Iskrę ciosu, mógł naraz gromami uderzyć. Pallas moja jest taka!... Kunktatur nie lubię!...
(igrając różą i obracając rozmowę do Hera)
Czy bawisz się trzeźwością?...
(nie czekając odpowiedzi llera)
U mnie człowiek dzielny Może i podpić; tchórze niech pijają wodę...
(do Olimpa)
«Podpić» a «podpić» — spora wyrażeń różnica!
Melancholja gorszą jest od podochocenia.
OLIMP. Ona jest niewolnictwem ducha...
ANTONJUSZ. U mnie — ludzie
Przyboczni niech mi będą wszyscy rozkochani,
Jak kto może! To mędrzec i wódz był ten Bachus!
Nie obelisków zeschłych stróż ani zakry-stjan...
(Eroe, niosąc wonności w złotych naczyniach, przechodzi szerokość sceny)
ANTONJUSZ. (rzucając przed Eroę różę) Piękna Eroe, nie kłoń się... ciężar masz w ręku...
Róża zaś pierw, niż mogłaś jej dotknąć, uwiędła.
Liktor mój ją podniesie...
(Her rzuca się ku róży, Antonjusz mówi dalej)
Ja chciałem marsz wstrzymać I dopiero wojenne rozwinąć działanie. (zbliża się do Eroe)
A naprzód, o Eroe, twój pośpiech jest zbytni
Lub udany. Wonności są-ż potrzebne kwiatom?
Słyszał kto, żeby róże zakwitłe podlewać Płynem aromatycznym? Medyku Olimpie, Daj świadectwo, czy błędnych tu rzeczy nauczam?
(rozmawiając, zbliża się ku siedzeniom) Powtóre... proszę usiąść ze mną na tych stopniach.
(trywjalnie)
Jeszcze powtóre: gdyby królowa spytała
O przyczynę spóźnienia...
KONDOR, (przyjąć chcąc od Eroe złote naczynia) Byłoby to winą
Kondora, który zaśpiał wyręczyć Eroe...
EROE. Ah, mnie wyręczyć?...
MAREK ANTONJUSZ. (ciągnąc kroto-chwilę)...Trzeba powiedzieć królowej,
Że jeden z gości, ten sam, który obiecywał Nie podzierać poczętych prac, aż w ich rozkwicie,
Wszystkie zasłony zewsząd poodsłaniał, wszystkie
Welony z lic posągów. Niech tak panna powie
I nieinaczej, nadto dodając, że taką Niedyskrecją rażona, o Eroe, chciałaś Śmiałka powstrzymać... ale, że czyn tak usilny
I heroiczny stał się spóźnienia powodem. EROE. Spamiętać nie potrafię tylu słów wątpliwych...
( odchodzi)
MAREK ANTONJUSZ. ller, uprzedź nas do zamku...
HER. (biorąc krok przed Antoniuszem) Tryumwir Antoni, Gość Egiptu, przechodzą!...
KONDOR i OLIMP, (wypełniając wielkie ukłony) Gość i pan!...
ANTONJUSZ. (familjarnie) Towarzysz!... KONDOR, (patrząc za odeszłymi) No, i ten Her coś zawsze miał w zanadrzu — oto Rachowałem był nieco na pomoc choć jego
0 tej porze, gdy w służbie nikt na miej-
scu nie jest
1 gdy chyżo czas lecąc już prawie nas
zbliża
Do prologu turniejów...
OLIMP, (spostrzegając Eukasta) Ten cię nie zawiedzie,
Co więcej, iż z posiłkiem przybywa stosownym.
(Eukast z pocztem służby, niosącej różne przybory, wchodzi w wielkim stroju)
EUKAST. Chłopcy! Ceremonjału pre-cepta jest jedna,
Jeden jest kanon, który za króla Auleta Znany był, a i dzisiaj sekretem nie bywa: Uczta winna być z pompą taż samą stawiona
I odstawiona!... Niema na dworze różnicy: Czyli ty złotą cofasz półmisę i czyli Próżny dzban bierzesz, albo napełniony stawisz,
Wszystko jest jedno...
(zbliżając się do tronu i odejmując oponę z patetycznością gestu)
Z tronu i złotego krzesła Zasłonę skoro zdejmam, jakże to mam czynić?
Jużci z taż samą gracją (że się tu wyrażę Po grecku) ‘), jakbym tronu rękoma dotykał.
(chłopcy czynią przybory, naśladując ruchy Eukasta)
Oto jest wszystko... Nie znam nic prostszego w świecie.

  • ) gracja «wdzięk (i t. d.)» — jest wyrazem łacińskim, nie greckim.

KONDOR, (wskazując Eukasta) Chłopcy, weźcież ćwiczenie skłonnie i uprzejmie
Z nauk męża, co lala swe k’lemu poświęcił. Kondor od siebie radę tylko jedną doda: Czerpajcie światło!... Tego wam życzę gorąco:
Światło czerpajcie!
(wychodzi)
OLIMP. Krótkim będę z mojej strony. Przez Ilygieęl), miewajcie md się dobrze!
( wychodzi)
EUKAST. (poglądając na chłopców, do-kończających przybory) W czasach Błogosławionych, chłopcy, czuły rodzic, kiedy
Na dworu próg posyłał syny urodziwe, Dawał im po sto kijów na trzcinianej macie,
By pamiętali węchem Egipt, a sam przy-tem
Nie szczędził zacnych precept. Z tego są dziś ludzie,
Którzy czynią ozdobę kwitnącego kraju. Czerpajcież światło i wy, jak to orzekł Kondor,
Idźcie za głębokiego Olimpa wskazówką
I, co zleca pobożny Eukast, pełnijcie Na cześć Izydy i dla ojczyzny splendoru!2)
CHŁOPCY, (chórem). Vivat!...
(Chłopcy3), którzy podczas poprzednich alokucyj Eukasta, Kondora i Olimpa zastawiali dwa małe i podłużne stoły u niższych siedzeń tronu, zaczynają szykować się (?).
EUKAST. (patetycznie) Wtórą precep-tą (?) jest: Iż, skoro (nieczyt.) Miejsca swoje zajęły, służba (nieczyt.) (słychać znak, dany jednym oklaskiem rąk)
PSYMACH. (w dworskim ubiorze) (wychodzi z rozsuwającej się wpośrodku zasłony, a z nim i Rycerz w świetnej zbroi; przez odsłoniętą część widać wnętrze amfiteatru; Psymach, odwrócony nawpół do tego widoku, zaciera ręce) Zniknąć we wykonaniu dzieła — oto sztuka!
Kapitalniejszej nie znam precepty i myślę, Że znać innej nie może uważny pracownik. Powiadają, że dzieła mają nas uwieczniać: Nie to wszelako czyni je drogiemi. One, Gdyby nasz przewlekały żywot z nędzą jego,
1) Hygeia (nr.), bogini zdrowia.
2) splendor (tac.) = blask, chwata.
3) Odti]d zachował się tekst tej sceny tylko w zatartej, ołówkowej notatce.
Ze zazdrościami ludzi, z odbytych walk trudem,
Zaiste, że cenniejsze byłyby, im wiotsze! EUKAST. Lud już nazewnątrz gwarnie przed frontonem stoi.
PSYMACH. Alić nie samą tylko zajęty budowlą.
Karawany przybyłe posłów i ich stroje Bawią rzeszę. Prawdziwych wyglądam ja znawców
Śród tych, co stąd raz (?) pojrzą, ale znają abrys.
Tym, bez których nic niema, uznanie i pokłon.
Błogosławienie.
Znamy, iż gmach nekropolu Wyjrzał amfiteatrem, lecz tak, jako mędrzec,
Zawierający usta, może on bez szwanku Zawrzeć napowrót przestrzeń między kolumnami
I (nieczyt.) powrócić sfinksom... Rzecz (?)
chwalebna,
A doskonalsza w jednem (?) (nieczyt.) oka! KAPŁAN, DRUGI KAPŁAN, LEKTOR i CHÓR.
(pierwszy z chóru niesie trójnożną kadzielnicę, drugi kadzenie w naczyniu) (wtóry znak jednym odgłosem trąby) HEROLD, (w głębi sceny)
(kiedy to domawia Herold w głębi sceny, Eukast...)
SCENA TRZECIA.
Zasłona w głębi rozsuwa się zupełnie i okazuje jakoby wnętrze amfiteatru, a jednocześnie przez uszykowane rzędy dworskie u jednego z wnętrznych wnijść wchodzą Kleopatra i Antonjusz, ona uprzedzona jest giermkiem, niosącym włócznię krótką, małą tarczę, misiurkę z koroną i ciżmy wojenne, a on swym liktorem, — hełm z diademem na przyłbicy i miecz. Scena zupełnie rozświeca się — w głębi słychać echa okrzyków i granie. Niejaki poczet książąt ludu i dam postępuje za monarchinią — przy Antonjuszu Deljus w rzymskiem świetnem ubraniu.
Ku Kleopatrze ponoszą trójnożną kadzielnicę i podają półmisę z kadzeniem.
PIERWSZY KAPŁAN. Wszelkie poczęcia nie są jedynie z rąk ludzkich. Rzuć kadzenie początku, by za nas dym odszedł
I wzbił się nad nas...
KLEOPATRA, (rzucając mirrę) Ani dopełnienia rzeczy Nie są z nas samych!...
(do gości)
Rada, chcę radosnych widzieć! (do Antonjusza)
Czy dym kadzideł znosisz?
ANTONJUSZ. Z twych rąk...
KLEOPATRA, (na stronie do Antonjusza, tajemniczo)...Uważałeś?...
ANTONJUSZ. Uważałem.
KLEOPATRA, (na stronie do Antonjusza) Dlatego nie obejmę tronu,
Ani ty. Usiądź przy mnie, aż posłowie twoi...
ANTONJUSZ. Moi??..
KLEOPATRA. Aż ci posłowie wnijda.
ANTONJUSZ. Tak niech będzie,
Jak wszechwładna chce, mimo, iż...
KLEOPATRA, (przerywając) Tybyś się może
Postarał, by nie mogli wcale...
ANTONJUSZ. (przerywając i kończąc)
— wcale chodzić!...
DELJUS. (do Kleopatry) Plan królowej uwielbił 1’symach wykonaniem.
MAREK ANTONJUSZ. Bibljoteki mojej dwakroć sto tysięcy Woluminów dziś składam pod stopy jej mości.
KLEOPATRA. Na obłokach miałażbym stawić stopę?
ANTONJUSZ. Owszem!
Zefiry po obłokach pląsają.
KLEOPATRA, (głośno i do wszystkich)
Antonjusz
Apoteozę dla mnie marzy — gdy ja żyć chcę,
Gdy ja kobietą jestem najmniej idealną W Egipcie!... Rzymskich to jest dam zapewne szkoła!
ANTONJUSZ. (z pogardą) Ah, zapewne wilczycy akademja!...
KLEOPATRA. Deljus!
We dwoje brońmy Rzymu!... Marek w każ-dem słowie Godzi na święte miasto i społeczność jego.
DELJUS. (z lekkim uśmiechem) Dotychczas Rzymu bogi broniły, królowo! Ty znać możesz, co czynisz — — Ja nie jestem tytan...
ANTONJUSZ. A jeśli znudził bogów kąt siedmiopagórki? *)
KLEOPATRA. Podobno i bogowie niekiedy nudzą się,

  • ) tj. Rzym, położony na siedmiu pagórkach.

0 czem Homer w początku jednego z rap-
sodów
Swojej Ilias wytwornie śpiewa, jakby kreślił Kolosalne ziewania...
DELJUS. (z ukłonem) W tak strasznym wypadku
Zostawiłbym Rzym w rękach Fatum —
i mój pierścień Kawalerski — —
KLEOPATRA, (do Antonjusza) Posłowie wnijść winniby teraz.
ANTONJUSZ. Usłyszeć ostatniego z kawalerów rzymskich!
DELJUS. (z lekkiem westchnieniem) Ostatniego...
PSYMACH. Zwiedzają oni właśnie twierdzę
Aleksandrji — na mocy planów z ekspedycji
Boskiego...
KLEOPATRA, (głośno i do wszystkich) Jeśli czynią to Cezara ślady,
Że Kleopatra dotąd nie widzi ich, jeśli Tylko dlatego nie są u tronu królowej, To przebaczam!... Wielkiego męża cień na ziemi
Bardziej żywym jest nieraz od rumianych twarzy!
ANTONJUSZ. (dotykając czary ze stołu bliskiego) Słowa te bogom Manom poświęcam!... Libację Uczynić im, królowo, pozwól czarą, która Tak pełna jest, że, jakby fenickie zwierciadło,
Odbija twarz rumianą, koralowe usta
1 wzroku blask...
(popija z czary, potem mówi)
Niech bladość oceniają cienie! Niech wielbią martwość, która jest monumentalną
(A dla której załączam mój ukłon głęboki), Lecz sam przenoszę gminny rumieniec żyjących!
(popija dalej i mówi)
Brutusa biłem właśnie i zato, że blady,
Źe dostawał się gwałtem do cieniów, że tak go
Wujaszek Katon popchnął w martwienia
i posty,
Aż znudzili mnie obaj!... Te konspira tory Bez krwi, a szukający krwi!... Sobie gdy skłamią,
Kłamią bogom!... Ja kłamstwem brzydzę się — ja piję Wszystkich zdrowia i sam też rad zdrowie oceniam.
OLIMP. W ciele niechorem duch nie-ehory!...
KLEOPATRA. Wszakże Kasjusz,
Owszem, zbliżał się chętnie do żyjących stylu?
ANTONJUSZ. Handlował jarzynami ja-kiemiś i czosnkiem Ziemi egipskiej z godną Merkura zręcznością.
Ależ to blade rzeczy i jedzenia postne, Którychby ledwo dotknął Katon...
PIERWSZY Z KAPŁANÓW. I Pytagor...
ANTONJUSZ. (krotochwilnie) Bah, któż wie, co Pytagor jadał W piekle... i czem popijał — i czy limo-nadą?
(serjo)
Dla tak elementarnych i praktyk, i ćwiczeń,
Które się stoickiemi zwą, dla tych skądinąd Szanownych prób jeżeli kto sobie popsowa Organ jeden, naprzykład żołądek, pytanie, Czyli uczynił słusznie?...
(w tej chwili wchodzą posłowie rzymscy
i są mało uważani)
KLEOPATRA, (donośnie) A jeżeli naród Zgładza wielkiego męża dla tychże prób, jeśli
Kasjusz i Brutus (arcypowściągliwi lu-dziel)
Dla tychże doktryn senat krwią obleli... Deljus,
ObywateluI... Gzyli śród niebieskich zaklęć Niema i tego, co zwą «Fortuną-mścicielką»
DELJUS. (na stronie i do siebie samego) Najświętsza z zemst jest jeszcze osobistym czynem!...
EUKAST. (po chwili rozmowy z posłami — donośnie) Goście Egiptu! Rzymscy podróżni — posłowie!..
KLEOPATRA, (do Antonjusza) Słyszysz, jak się nazwali?
ANTONJUSZ. (do Kleopatry i nie uważając na obwołanie Eukasta) Słyszmy ciąg rozmowy!
KLEOPATRA. Marku! Ty mnie rozumiesz czasem.
ANTONJUSZ. Czasem?
KLEOPATRA. Czasem
Rozumiesz — ale zawsze masz dla mnie uczucie!
ANTONJUSZ. Nie zawsze rozumiejąc?
KLEOPATRA. Tak.
ANTONJUSZ. O resztę mniejsza!... Mojej bibljoteki dwakroć sto tysięcy Woluminów pod stopy twoje podesławszy, Cóż rozumieć mam nadto?...
C. Norwid. — Dzieła
PSYMACH. Przymiotem jest bogówr Nie skorzej rozumować, niż działać i woleć..
ANTONJUSZ. Centaury i frygijskie karły, (ile wiemy)
Mieli sękate czoła i nabrzmiałe mózgiem; Apollin nie tą jedną panuje skorupą,
Lecz zupełną całością proporcyj...
KLEOPATRA, (w monologu) Te słowa Rozmowę przypomniały mi z Juljuszem!...
ANTONJUSZ. Pani!
Jego cień nieustannie widzisz...
KLEOPATRA, (z melancholią) Jakbym była
Połową piersi w limbach *) — i dlatego lubię
Półmroczne chwile ranku, godziny her-mejskie Światłocieniu!...
EUKAST. (donośnie) «Egiptu gościet Rzymscy podróżni — »
KLEOPATRA, (przerywając) Cezara Rodacy!... — —
(do posłów)
Gość w Egipcie nie czekał nigdy na przyjęcie,
Czy to w trzcinianej chacie, czy w progach monarchy Egipskiego — lecz, jeśli dostojni podróżni W kraju tym napotkali wraz królowę świata,
Objęci są już pierwej szerokością serca Dworu onej i miejsca niech gotowe zajmą.
PLANKUS. (z przyciskiem) Pani! Królową świata przez swe jesteś wdzięki. Tym ażeby bezbrzeżną pozostawić sferę, Jako podróżni, jako cuda zwiedzający, Zatrzymali się nieco posłowie imperjum...
DOLABELLA. I wdzięczni ci są, że cię widzą...
KLEOPATRA, (zimno — do Eroe)
Ten komplement Zawdzięcz, Eroe piękna, rzymskim kawalerom.
(Eroe przedstawuje posłom nalewkę
i czary)
DOLABELLA. (do Eroe) Togi nie pozwalają nam być dość składnymi W wykwintnem obcowaniu. Przywdzieliśmy one,
By nieinaczej odzian nawiedzał Rzymianin Poła walk, gdzie Cezara weteranów popiół Pierw, nim posłowie Rzymu, dotJknął tego.
piasku Zhołdowanej prowincji...
EROE. (wyczytując z oczu królowej, co ma mówić) Widzimy tu nieraz Poważny ten strój...
PLANKUS. (poglądając w stronę Marka Antonjusza) Który wszakże od sposobu,
W jaki noszonym bywa, zyskuje swą cenę.
(Królowa daje znak Eukastowi gestem ręki — granie trąb się odzywa i cały dwór staje u miejsc przeznaczonych)
MAREK ANTONJUSZ. (zrzucając purpurową togę na rękę Hera — do Królowej) Cięży mi to niezgrabne odzienie, ilekroć Izydzie mam podawać ramię.
KLEOPATRA, (odrzucając welon z ramion) Antonjuszu!
Niewiastą jest Izyda: nawet mgła welonu Zawadza jej, gdy dla niej ty rzuciłeś togę. Więc, żywe ramię kłoniąc na twój pancerz w łuski,
Chce ona śnić, że wyszła z fali na delfinie...
GŁOSY OGÓŁU. Niech żyje Ptolomeów córa — pani świata!
KLEOPATRA, (zajmując tron) Krzesło złote przy tronie zajmij, tryumwi-rze...
ANTONJUSZ. (siadając na wzniesieniu) Dla zewnętrznych miejsc turniej podrzędny już dawno Wszczął się...
KLEOPATRA, (do Eukasta) Sztukmistrz niech pierwej zda sprawę — i rycerz!
Uznać chcę i nagrodzić.
PSYMACH. Królowej był pomysł,
Ażeby nic nie zmieniać w tym gmachu jej dziadów,
Którego wielkie głazy poległy na sobie, Jako olbrzymy śpiące, — ażeby z poważnej Budowy wybiegł w miasto cyrk, tak, aby naraz
Nietylko obustronnie pogodziła sztuka Z wulgarnemi potrzeby turniejów na zewnątrz
Smak attycki tych siedzeń, lecz i cały, mówię,
Gmach, skoro zechce, zwierał się, jak niegdyś, w siebie.
To stało się. Rzym jeszcze nic równego nie ma...
KLEOPATRA, (przerywając, do Antonjusza głośno) Rzym nic równego nie ma...
PSYMACH. A tego następstwem Jest, iż wszelaki może gmach nekropo-lijny,
Nie tracąc nic, raz życie obejmać publiczne,
Drugi raz w niedobytą twierdzę się zamieniać...
ANTONJUSZ. Z czego więc tysiąc nowych twierdz...
KLEOPATRA. Nierównie więcej!...
DOLABELLA. Niezbyt szczupły zakres...
PLANKUS. (z wpóluśmiechem) Lub wymowny.
KLEOPATRA, (do Psymacha) Czarę, której ustami dziś dotknę, przyjm w darze!
(Psymach wstępuje na wzniesienie tronu
i pełni ukłon)
ANTONJUSZ. (podejmując sztukmistrza)
I uściśnienie ręki...
(na miejscu Psymacha stawa Rycerz przed tronem, skoro pierwszy cofnął się)
RYCERZ. Myślą monarchini
Było, ażeby w porze, gdy hołd jej świat niesie,
Niejakie poruszenie wojsk dało się uczuć, Zakres biorąc na trzy dni marszu w okolicy.
DOLABELLA. (do Plankusa) To aż, gdzie stoi flota galer — —
RYCERZ, (ciągnąc mowę) Z tego względu:
Sto tysięcy zaciężnej italskiej piechoty (Pochodzenia rzymskiego)
PLANKUS. (na stronie) Włóczęgów!
RYCERZ, (ciągnąc mowę) — i jazdy Dwadzieścia dwa tysiące uczyniło łańcuch Od królowej złotego podnóża w kraj świata.
Dalej, gdzie Neptun ziemię ukrócił, stanęło Na kotwiach pięćset galer, a z których jest dwieście
Zbrojnych równo, jak jeden mąż...
ANTONJUSZ. (oparty o poręcz tronu) Tak, że, gdybyś pani Trąciła stopą, złotym wstrząsnęła koturnem,
To te ciężarne gromem chmury wojowników,
Jedna o drugą parte, jak z szczytów Olimpu,
Uderzyłyby gromem...
KLEOPATRA, (do Rycerza) Ja tobie, rycerzu,
Nic w nagrodę nie daję — jest to, co najwięcej
Zwyczaj ma dawa<^ swoim wiernym Kleopatra.
Królowa świata na to jest, by był ktoś możny
Niedania nic w nagrodę znakomitych usług.
Inaczej bowiem wszystkie razem szczeble nagród
Nie zbiegałyby w ona, która jest największa,
A jest największą, bowiem wolną od zazdrości!
Tu rękopis się urywa. Z dalszych scen, których, jak świadczą niewyraźne notatki na świstkach, mial być cały szereg, przechowała się na trzech luźnych kartach tylko następująca. Miała ona prawdopodobnie zamykać tragedję.
MAREK ANTONJUSZ. Tak zrządziłem, jakkolwiek zrządzeń sam igrzysko!... Zrządziłem tak, iż, stać się cobykolwiek miało
Z purpurową królowej galerą, lub z siły, Wieńczącemi jej namiot — tu odnieść s!ę winno,
Choćby pozostał jeden mąż z złamanem wiosłem!...
Zrządziłem tak... a kiedyś rzekną dla przegranej
0 Antonjuszu, iż był nieobacznym wo-
dzem,
Ustatecznionych zewsząd nie mającym planów...
Her, kielich staw tu — dobądż amfory fe-nickiej
Z napisem nieczytelnym... pieczęć odmieć mieczem!
(bierze miecz Hera, wygina i próbuje) Miecz ten poświstu nie ma, jak należy — mój weź!
Ujęcie, widzę, dagi ’) trafne masz...
Czy Homer
Nie jest ci obcym?...
HER. Mówi Homer w miejscu jednem, Iż nagiej widok broni dawa ręce rzutność...
MAREK ANTONJUSZ. A co nependys5) znaczy?
HER....«Nependys» jest, panie
1 wodzu mój, filtr3), który tessalskie nie-
wiasty
Arcystare przy nowiach księżycowych robią,
Nawołując Hekaty... 4) Filtry, że różne są...
1) daga (włos.) — sztylet.
2) nependys (właściwie: nepenthes, ar.), dosłownie: usuwający smutek; przydomek cudownego ziela egipskiego, które, dodane do wina, podniecało i nastrajało radośnie.
3) filtr (póinolac.) — napój, szczeg. czarodziejski (miłosny lub zatruty).
4) Hekate — grecka bogini księżyca i czarów.
MAREK ANTONJUSZ. Kielich napełń
i sobie staw — mów — lej ostrożnie!
HER. Że osobliwe filtry są, ergo: nepen-thes
Sprawuje bohaterski sens i zacne dawa Ciepło wnętrznościom...
MAREK ANTONJUSZ. Wychyl z Markiem Antonjuszem,
Tryumwirem pobitym, mężem smętnym, który
Cezarowi boskiemu radził był marsz na Rzym
I wielkość dał mu... potem koronę mu dawał,
A pod Farsalą prawem zwycięstwa był skrzydłem.
On zgon Cezara sławą Cezara zgotował, Lecz przyjacielem umiał być wiernym po zgonie Przyjaciela — —
(...pamiętaj, Her... wychyl!)
...gdy miasto
Harangą ’) swoją wzruszył dyktatorobój-cze!
Pod Filippi aż krusząc dwadzieścia trzy miecze
I Augustowi dając znów sławę...
...on wielkość
I jej tragedję dawał tam i sam... nie mierzył
Punickim2) łokciem świetnej purpury, jak handlarz
Sydoński!...3) On czy wielkim, powiedz... albo, jeśli
Umysł ku temu czujesz, powiedz, co jest wielkość!
HER. Nieco popiwszy filtru, czuję umysł możny
Ku wszelakiej imprezie czy słowem, czy siłą...
Szczególna rzecz, wyzwałbym istnie że Herkula
Prawą ręką, gdy lewą wziąłbym volu-mina4)
Mędrców i na dysputę powołał kapłany... Wielkość, myślę, że tak jest, jakby kto, od góry
Za piramidy wziąwszy, raz po raz trzy razy
Rzucił je na Rzym kształtem wypróżnionych amfor...
Jak przez mgłę, jak przez cienki papirus, oglądam
1) haranga (franc.) — długa, uroczysta mowa, przemówienie do zgromadzenia lub tłumu.
2) punicki (łac.) — kartagiński, tu: kupiecki.
3) Sydon — miasto fenickie, słynne z wyrobu purpury.
4) volumina (łac.) — tomy.
Trzaskanie się bazylik... Zaś Antonjusz Marek,
Wódz i pan mój, ażali tegoż nie próbował?
Ergo: jakkolwiek dziwny jest fortuny
obrót,
Wielkim zostaje zamach i wielkim tryum-wir,
I nie sam on... sa ludzie przy nim...
MAREK ANTONJUSZ. Herze, słuchaj!
Dawałem wolność, wielkość, sławę, jak pa-trycjusz,
Szczodrą ręką... i tobie klejnot dam — dam tobie
Kawalerstwo, iż kresu mojego dobiegam...
Trzeba atoli k’temu praktyki i ćwiczeń...
(zdejmuje pancerz, jak rzecz ciężącą, a ten układa Her opodal)
Pono nie więcej, jak dwa w amforze kielichy?
Nalewaj i bądź myśli dobrej!
(pisząc)
Liberalnie
Wystosowanym listem weźmiesz kawalerstwo.
(używa pierścienia)
Skończyłem! — Patrycjalny mając wzrok, znam czasy!...
Ludzie tacy, jak Juljus, Pompej albo Marek
Na nic już są...
...Gdy biłem Żydów za lat młodych *),
Raz zasłoniłem z konia judzkiego proroka,
Którego wlókł za brodę centurjon; ten prorok
Odkrył mi był, że czasy są, nietylko czas jest!
Herius Nependius! Miecza, jak kawaler, dobądź!
Próbuj, ażali w łuszczkę — tam, u lewej piersi,
Pomiędzy nity — wrazisz bez chybienia ostrze,
W łuszczkę tę, zwierciadlącą cały blask... Dopiero,
Bez chybienia, po dwakroć skoro tego dopniesz,
List ci dam i potrącę w ramię...
...Zaś po dwakroć,
By nie przypadek miotał ciosem, lecz prawica.
i) Mowa o zdobyciu Jerozolimy i zholdowaniu państwa żydowskiego przez Pompejusza w r. 63 przed Chr.
(Her dobywa miecza i ulrafia)
Znamienicie!! Czy wtóry raz podołasz niemniej,
Gdy znak dam?...
HER....Razy dziesięć utralię, szablicy Nie powracając w pochew...
MAREK ANTONJUSZ....Pij, Herze Ne-pendzie!
Gdy dam znak, miej się ostro...
...Ludzie, jak ty, wezmą Przyszłość imperjum... Oko moje patry-cjalne
W chwilach ważnych i w sferach publicznych bystre jest.
Juljus, Pompejus, Brutus niepoziomy, Kato,
I my, którzyśmy chcieli świata epopei, Przeszliśmy i byliśmy!... Czas nowy chce nowych,
Chce praktycznych rycerzy...
HER. Słyszę jakby tętent...
Jakby podjazdu trąbkę...
MAREK ANTONJUSZ. Słyszysz, co jest twego,
Słyszysz czas nowy, ku nam idący —
...Daj pancerz...
Rzuć dookoła okiem! Trza porządku zewsząd.
Kielichy niech czekają i list liberalny!...
Nowy czas jest praktycznym — tak, że, mniemam, gdyby Z bogów który z Olimpu między ludzi zeszedł
I w filozofa płaszczu, boso, uczyć chciał ich, Sprzedaliby go może gdzie na posługacza Lub zasiekli...
...Ostroga niedosyć upięta... Poprawi — Z purpury plamkę tę odmieć uważnie!...
Daj mi kielich!
Sam miecza dobądź i raz wtóry Szczęścia popróbuj!... Uderz! Ugódż!
HER. Co ja słyszę!
MAREK ANTONJUSZ Słyszysz czas odchodzący, przeszły------------a zrąbię cię,
Jak psa, rycerzu nowy, gdy cofniesz się.
Dalej!!
HER. (wychyla gwałtownie swój kielich
i rzuca się ze szpadą) W obronie własnej...
(przebija Antonjusza)
ANTONJUSZ. (konając, potrąca ramię Hera)...Zdrów... bądź, rzymski... kawalerze!...

Utwory dramatyczne (prozą)[edytuj]

CHWILA MYŚLI. (FANTAZJA)
Izdebka na poddaszu. Szyby pozamarzane przepuszczają bladawc światło — na kominku kilka głowien się iskrzy, a obok stół z księgami i papiery podarte tworzą dziwaczny nieład. W głębi drzwi szklane wychodzą na korytarz. — Wieczór. — — Cicho dokoła.
MŁODZIENIEC, (przechadza się po izbie) Cóż mię tak pali, cóż tak piersi wzdyma,
Że tylko milczeć, tylko płakać muszę? Zimna to mowa z całej siły trzyma Przypadkiem na świat zabłąkaną duszę. Bogdaj to było z młodem sercem zgodnie Po kwiatach życia lekką stąpać nogą I nie rozpaczać — bo to niewygodnie, Ludzie się nudzą, lica zbladnąć mogą! (znowu się przechadza, potem staje i patrzy na papiery)
A pióra? Pióra — dobre, kiedy w skrzydle Zadrżą i plastwo w polot wyprowadzą, Lecz, kiedy w mózgu, jak badawcze rydle, Zaczną przewracać, na nic się nie zdadzą. Błogosławieni, którym gardła dźwięki Mogą wystarczyć, którym dosyć ręki, Ażeby pisać — mnie zaś ciżba głosek Na pogrzeb myśli, zamiast na jej chrzciny Ciągnie, dlatego, że tam lichy kłosek Zbolałych uczuć nie da dziesięciny! (znowu przechadza się, potem staje i patrzy w okno)
I któż cię prosi, żebyś pisał? Wszakże Jest tyle robót: oto rąbią Stróże I zamiatają — możesz rąbać także; Drzewa jest dosyć, znaczne też podwórze. (nagle)
Tylko więc nałóg, rozciepliwszy członki, Wmawia w próżniactwo jakąś wielkość ducha?...
STRÓŻ, (wchodzi zapalić świecę) Dzień dobry panu, cóż to? (Młodzieniec nie słucha)
Czyś pan nie chory? Żyły, jak postronki, Drgają na czole...
MŁODZIENIEC, (kryjąc pomieszanie) To nic, to tak sobie. Właśnie paliłem... dym... coś podobnego... Rozgrzałem głowę — a powiadam tobie, Że to z tych pieców rośnie wiele złego. STRÓŻ, (szukając ognia) Rywa-ć czasami i zagorzelizna,
Ależ tu przecie nie tak napalono:
Mróz nie uważa, pan to, czy chudzizna — Dzwonię zębami z trojgiem dzieci, z żoną, Aż ślina krzepnie — ściany i żelaza Riało iskrzącym obrosły kożuchem;
Dzieci się tulą, jakby je zaraza Związała w snopek i do grobu niosła. MŁODZIENIEC. Oni się z ciałem, ja się męczę z duchem.
STRÓŻ, (zapala świecę, mówiąc dalej) Powiadam panu, że to stąd urosła Kłótnia pomiędzy mną a moją żoną —
Ja się chcę rozgrzać; jużci doświadczono, Że wódka w miarę nigdy nie zaszkodzi; Piję więc miarą, a ta mię nachodzi...
Czy oszalała, czy dopiero myśli? (spostrzegłszy zamyślonego)
Dobranoc panu. (zakrywa ręką światło, chwiejące się od wiatru, i wychodzi)
MŁODZIENIEC, (po chwili) Takie to widziadła
Ułomność ludzka przed oczyma krćśli. Pieniądz króluje — bogdajby przepadła Jego wszechmocność! A jednakże trzeba, Rozćwiertowawszy godne człeka życie, Sprzedać je nawpól.
DZIECI, (płacząc za sceną) Mamo, mamo, chleba!
MŁODZIENIEC, (słucha, a potem patrzy dokoła, szukając po kieszeniach)
A ja nic nie maml (nagle)
Trzeba nieodbicie Sprzedać się nawpół, bo tak ni dla siebie, Ni też dla ludzi, Bóg wie, poco żyję.
Mróz mi dokucza, kiedy myślą w niebie Zaczynam mieszkać — kiedy ręce myję Od spraw ziemiańskich, patrzę, aż tu smoła Kipi na dłoniach — niby że topielec Mokremi płetwy obwiał mię dokoła I zatumanił. Serce, jak wisielec Zeschły, jednakie czucia ma na twarzy, Czy nad niem gołąb, czy też kruk się waży. (przechadza się, potem staje i porywa za pióro)
Wiem już, co zrobięl Wszak to nie nowina Dopóty pisać, aż brzęknie pod piórem Sprzedany wyraz — aż zabrzękną chórem Wszystkie stronice — i głowa, jak mina, Ciężarna złotem, wesprze się na ręce. (znowu przechadza się, wreszcie staje) 0 biedny człeku! Tak-że spadłeś znowu? Zapał twój chory, siły niemowlęce Łatwo przyciągnąć magnesem obłowu, Samą nadzieją kupić bez przeszkody Ciało i duszę — a tak jeszcze młody 1 rzeźwy jesteś!... Wiedz, że na twe czoło Wieniec cierniami wlezie, jak na róże Liszka, co, zjadłe zataczając koło,
Nie tworzy z siebie wieńca, lecz obróże. (po chwili)
Pisać więc, pisać i frymarczyć mową, Myśli, jak bydło, przedać całem stadem. A potem, zimne rozdrobiwszy słowo,
Na młode czucia takim sypać gradem?
I tym, co łakną karmi, jak pisklęta, Rzucać zabawki, bryłki posrebrzane,
Jasne a nikłe?... Chwila to przeklęta,
Co takie myśli, błotem pokalane,
Kładzie na oczy, by zapomnieć nieba Dla worka groszy.
DZIECI, (z płaczem za sceną) Mamo, mamo, chleba!
MŁODZIENIEC, (porywa się w rozpaczy) Bezsilna litość wreszcie mnie dobije!
Bo niedość zgromić ciała przeciwników, Potrzeba jeszcze, póki serce żyje,
Sprzedać je światu za kilka srebrników!
A potem?... Śmiać się — (idzie ku drzwiom szklanym i patrzy chwilę, potem woła)
Chodźno tu, chłopczyku!
DZIECIĘ, (wchodząc) Czy mnie pan woła?
MŁODZIENIEC. Ciebie — ależ przecie Bądź mi grzeczniejsze, moje lube dziecię. (chcąc go zabawić)
Ja, gdym był taki, zawszem śmiał się, skakał,
Jeździłem także czasem na koniku... (kryjąc własne łzy)
Wstydź się! — Czyś widział, żeby kto z nas płakał?
Trzeba się bawić — to nic nie pomoże, Trzeba się bawić.
DZIECIĘ. Kiedy mróz na dworze. MŁODZIENIEC. To nic — to jednak płakać nie należy,
Bo się Pan Jezus będzie za to gniewał. DZIECIĘ. A, proszę pana, mama nam mówiła,
Że i Pan Jezus także płakał siła.
STRÓŻ, (z korytarza) Hej, chłopcze! DZIECIĘ. Lecę. (wybiega)
MŁODZIENIEC. Sądząc po odzieży I po nędzocie, któżby się spodziewał Takiej jałmużny? (w zamyśleniu)
«Mama nam mówiła, Że i Pan Jezus także płakał siła!» (po chwiłi)
My nic nie wiemy, my przez całe życie Chcemy coś wiedzieć, ale nic nie wiemy. Rośniem, zaprawdę — cóż. gdy i powicie Rośnie, a nigdy go nie prześcigniemy, świat, to powicie, my zaś wieczne dzieci, Rawim się cieniem i przed cieniem drżemy; Trwoga ta skrzydłem błyskawicy wzięci,
I znów nam dobrze, i znów nic nie wiemy. Krzyż tylko jeden, wyciągnąwszy dłonie, Starców po dawnej znajomości wita, Młódź błogosławi, a, rozdarte skronie Z chmur wychylając, w oczach dzieci czyta,
Czy im te wstęgi, co tak bujnie płyną, Zdadzą się na co i czy nie zaginą?
O, nie zaginą! Ro, dopóki skrycie,
Cicho a dzielnie myślą, nie zaś krzykiem, Boleść zakwita — i ciernistym smykiem Gra nam po sercach, póty nasze życie! (Ml.)
SŁODYCZ.
TRAGEDJA W SCENIE JEDNEJ.
DO CZYTELNIKA.
Po niedlugiem zastanowieniu czytelnik łaskawy przekona się, iż paru tym kartom dlatego tylko nazwiska tragedji-bv odmówił, że... tylko parę kart! Powodu tej natury nie usłuchał autor.
Osoby: Kajus \eletrius, arcykapłan Jowisza i senator. Pamfiłius, gramatyk, klient Yeletriusa. Klucznik więzienia Vesty.
Śiuięty Paweł, apostoł.
Rzecz dzieje się w willi \eletriusa pod Rzymem za panowania Nerona Imperatora.
Łaźnia w ogrodzie Veletriusa. W głębi korytarz, za którym zieloność drzew, po lewej stronie porfirowa’) wanna, w którą (2 pod stóp statuy wyżej umieszczonej) spada woda, po prawej stronie sofa, na której Veletrius, u nóg jego siedzenie niższe.
KAJUS VELETRIUS. Julja Murcja co rzekła, gdy chleb jej spuszczono?...
KLUCZNIK. Wzniosła oczy i chwilę była zamyśloną...
A potem rzekła: «Dzięki!» i chleba kruszynę
Podała myszy, która tam ma swą szczelinę...
K. VELETRIUS. Po siedmiu dniach, bez jadła przebytych, zapewne Można mi było słowo przynieść więcej rzewne...
Ustąp!...
KLUCZNIK. Uchodzę...
K. VELETRIUS....W świętem westalek więzieniu
Ni mysz być nie powinna, ni szczelin w ka mieniu...
Idź precz!... Pamfiłius, albo inny klijent który
Niech mi Arystofana czytać przyjdzie chóry,
W szacie krótkiej, by akcję dołączał do rzeczy... (Klucznik wychodzi)
Który jest Róg, co Murcję w swojej trzyma pieczy?... (po chwili) 1) porfir (gr.) — gatunek skały wulkanicznej.
Mógłbym o chrześcijaństwa posądzić wyznanie
I zabić... Cóż stąd?... Moje nad nią panowanie
Czy się rozszerzy — albo, w kwiat gdy zmieni duszę (Jeśli mam Platonowi wierzyć), kwiat czyż wzruszę?
PAMFILIUS. (z wazą w ręku) Przynoszę «żabv», «Osy», «Ptaki»...
K. VELETRIUS. ’...i «Niewiasty» ’)
Postaw to! Usiądź!
PAMFILIUS. (siadając u stóp Yeletriusu)...Słusznie, że do jednej kasty
Z płazami i owady ginecej 2) się liczy...
Pomysł jest gorzki, śmiały, ale malowniczy... (po chwili, śledząc spojrzenie Veletriusa)
Szkoda — zaiste, szkoda, że kapłaństwa godność
I scnatorstwa pewną usuwa łagodność...
To jest, pewną wesołość...
K. VELETRIUS....Jako?
PAMFILIUS....Mówię: kto wie,
Mielibyśmy równego Arystofanowi!... (po chwili, zamieniając gest i akcent)
Czy dosyć widzów objął amfiteatr nowy?...
K. VELETRIUS. Zapewne, że to nie jest drugi Flawjusowy,
Lecz pierwszy jako wybór widzów...
PAMFILIUS. (głośno, lecz na stronie)...ścisłość mowy
Lakońska!...
K. VELETRIUS....O, Pamfilius, powiedz mi a szczerze...
PAMFILIUS. (przerywając) Przez Mi-nerwę...
K. VELETRIUS. Skąd... siła... ta... się... dziwna bierze
U chrześcian?... Osaczone widziałem żołnierze
Z legjonów starych, sławnych gladjatorów znałem...
Wszystko to nie to...
PAMFILIUS. (przybierając gest i akcent poważny)...Cnota u nas jest zapałem,
Iskrą boską... U chrześcian ciemnych jest to niby
Płyn... eter... płyn, przejrzysty jak lodowe szyby. 0 Rqkopisma zwijane przechowywano w wazach; Zabu, Osu, Ptaki i Zgromadzenie kobiet należą do rzędu dziel Arystofanesa. (P. P.). 2) ginecej, gineceum (gr.) — komnaty dla kobiet; przenośnie (jak tu) kobiety, mieszkające w gineceum.
Principium *) wody, zda się, zamiast ognia kładą,
Stąd ta oziębłość, która staje się aż zdradą, I stąd ta pewna... słodycz!... Bo nie wiem nazwiska
Rzeczy, której istoty nie poznałem zbli-
K. VELETRIUS. Zaprawdę-by w przedmiocie mówić bezimiennym, Przypuśćmy to nazwisko... na czas dysertacji...
PAMFILIUS. (podejmując) Jabym na-przykład nazwał wodnisto-płomien-nym Systemat mój...
K. VELETRIUS....A toby nie było bez racji,
Przeto, iż sam się własnem niszczy zaprzeczeniem...
PAMFILIUS. (na stronie, ale głośno) Sokrates!..
K. VELETRIUS. Tem czy owem nazwana imieniem,
Rzecz tąż samą zostanie... Nie mówię: cywilnie,
Lecz mówię: naturalnie... Możemy zwać mylnie...
PAMFILIUS. (pochylając czoło) Platonowi, cóż powiem!... (po chwili)
Za Tybrem raz, pomnę, Przechodząc, widzę — wazy dwie stoją ogromne
Przed małym sklepem rzeczy treści roz-maitéj.
A wazy były piękne, jedna bazaltowa *),
W której balsamu nieco i czerep rozbity, W drugiej pisma; ta mniejsza i alabastrowa,
Sfinksa pokryta maską... (po chwili, uważając, ażali Yeletrius słucha treści)...Owoż w rękopismach onych Znalazłem życiorysy chrześcian potraconych...
I o Chrystusie onę Odysseję płaską...
Jest coś, co oni zowią słodyczą i łaska...
K. VELETRIUS. Coś jest... (zarzuca kraj szaty na oczy i zasypia) (Pamfilius powoli się podnosi i na palcach wychodzi)
K. VELETRIUS. (marząc, w półśnie) Coś jest... tę mając siłę, z którą lwa on głaszcze, 0 principium (tac.) — pierwiastek, materja pierwiastkowa. 2) bazalt (tac.) — skala wulkaniczna ciemnej barwy.
Głodnego lwa, a lew się ociera,
Jak kot, o goleń jego i zatrzaska paszczę...
Tę silę, z której owy śpiewając umiera...
Albo i Murcja... siłę tę mając................. ... Starcze! Ty w płaszczu czerwonym,
Bosy, co w fałdach szaty, gdzie my mamy cienie,
Masz blask i z mieczem stoisz świeżo wyostrzonym...
Ty mówisz, że dać możesz mi to zanie-lenie...
Słucham...
ŚW. PAWEŁ, (w widzeniu Veletriusa)...To zanielenie, które nie przesilą
Katownie, dać ci mogę i będziesz niem leczył.
Lecz nacóż chcesz tej łaski?...
K. VELETRIUS. (rychło i nieprzytomnie) Żebym ją... zniweczył!...
ŚW. PAWEŁ, (dotykając ramienia Ve-letriusowego końcem miecza) Julja Murcja umarła... (Św. Paweł znika, Klucznik wchodzi)
K. VELETRIUS. (porywając się ku Klucznikowi) Umarła?!...
KLUCZNIK....Przed chwilą.
AUTO-DA-FĆ 1).
KOMEDJA W JEDNYM AKCIE I JEDNEJ SCENIE.
«Ten ołów oszukańcem jest, bo się udał przed człowiekiem za Boga, który sam tylko cierpienie kończy na wieki i serce uspokaja* i t. d.
Anhclli — karla 43, ustęp 4.
OSOBY:
PROTAZY, poeta.
GERWAZY, poufny Protazego.
CHÓRY POGRZEROWE osoby zmarłej. CZYTELNICY.
DWA KOMINKI, — i t. d.
Scena ma miejsce w mieszkaniu Protazego.
AKT I. SCENA I.
Teatr wystawia mieszkanie autora. — Protazy pali na kominku. — Gerwazy zawiązuje paki książek nowych.
PROTAZY, (od zrobionego ognia usuwając się) Patrz, co to się z książkami na tym świecie robi!
Redaktor mi co miesiąc zapałki przysćła, 0 autodafć (port.), «akt wiary»; palenie żywcem na stosie kacerzy (lub pism kacerskich).
Myśląc, iż zbiór tych kartek mój księgozbiór zdobi —
I, że to jest oprawne, więc zowie się «Dziela!»
Lecz grzeczność każe... czekaj... oto mój tom nowy... (wstaje, bierze książkę i pisze na zwierzchniej karcie)
«Od autora®. Wyślij, proszę, przez człowieka,
Albo tu obok oddaj na urząd pocztowy!
Niechże przynajmniej wzamian za grzeczność nie czeka! (Gerwazy wychodzi — Protazy na stronie)
Dziwny świat! Każdy pisarz dziś gotówby żonie
Pióro kłaść w usta; mówiąc nawet z przyjacielem,
Myśli: «To nowa kartka!!» i pisze na stronie —
I człowiek atramentu środkiem, a nie celem!...
A celem? To jak kuli, co iskrami zionie...
GERWAZY, (wracając) Wysłałem...
PROTAZY. Właśnie palę egzemplarz ostatni.
GERWAZY. Trzeba było dołączyć z książką uścisk bratni...
PROTAZY. Tak dalece fałszywym być nie mam przyczyny.
GERWAZY. Czyny są myśli nieme, myśli — mówne czyny...
PROTAZY. Jużci, musiałem posłać — byłoby niegrzecznie... (słychać pukanie do drzwi. — Gerwazy ntwieru i, odebrawszy Ust, oddaje takowy Protazemu)
PROTAZY, (przeczytawszy) List wła-śnie-że od niego! — Jak to niebezpiecznie Śpieszyć się!... Coś mu przyszło do głowy i prosi,
Aby, gdy się co wzamian mojego ogłosi,
Nie przysyłać mu próżno... Szczupłe ma mieszkanie
I właśnie się na zimę bliżej mnie przenosi...
Siądźże i napisz, proszę, natychmiast: (dyktuje list) ((Posłanie
’Nowego tomu zaszło przed otwarciem listu;
Proszę o zwrot na koszt mój». I koniec — do trzystu!...
A niech posłaniec zaraz odpowiedź przynosi.
GERWAZY, (wychodząc z listem) Ot6ż to tak zawdzięcza się wzajem i znosił PROTAZY, (sam) Radbym, aby list przyszedł nie później od tomu —
Lecz gdzież Gerwazy? (przechadza się i od czasu do czasu zatrzymuje)
Mówią, iż druk, nakształt gromu Pędząc, zażega, światło roznosi. Druk... może...
Ale czytelnik, książkę przyniósłszy do domu,
Kładzie się z nią w fotelu, kładzie się na łoże,
Stosownym nożem kartek przecina niewiele, śledząc, do ila autor też same ma cele.
I jeśli myśli własne znalazł, to szczęśliwy:
I tylko własnych szuka mniemań... skąd wynika,
Że to jest także pisarz, lecz pisarz leniwy I wyręczony... Słowem, niema czytelnika! (przechadza się, wraca i staje przed kominem)
Inny zato swych nie zna celów, ni kierunku,
I tylko czyta, usta schylając ku kartom, Jak gdy z pełnego dzbana próbuje kto trunku,
Łzom, jak śmiechowi, rad jest — a jako łzom, żartom.
Temu, że nie ma celów, bezdeń się otwiera, Temu wciąż lej, bo pragnie — pragnąc, nie przebiera,
Aż straci smak... (po chwili)
Oba dwa... umarli!... Ratunku!
Gerwazy gdzież jest?... (słychać pukanie do drzwi, Gerwazy wchodzi, jest zmęczony — szuka krzesła i siada)
GERWAZY. Chciałem uprzedzić posłanie,
Chciałem, by grzeczność twoja niewczesną nie była,
Chciałem i sam poszedłem, lecz nadspodziewanie
Pogrzeb mi drogę przeciął. Ludu było siła!
Szli a szli... księży różnych zakony sędziwe,
Gromnic las — potem ciało na marach nieżywe,
Powozów dalej czarnych szereg nieskończony.
Ja stałem, we framugę po bożku wci-śniony, (Bo szczęściem był tam niegdyś Apollin z marmuru),
A oni szli — aż przeszli. Nie bywszy zgnieciony (Dzięki Apollinowi), wystąpiłem z muru
I bardzo śpiesznie dążę — przebiegam cel drogi —
Wracam — nie pytam stróża — i wstępuję w progi... (Gerwazy odpoczywa)
PROTAZY, (dopowiadając Gerwazemu)
I nie zastajesz, bowiem przeniósł się!!...
GERWAZY. Nie — wcale —
Wcale się nie przenosi!... Zastałem go, owszćm,
I każe ci się kłaniać... ma się doskonale...
Myślę, że nigdy nie był weselszym i zdrowszym;
Tylko — — wybiegłem, zda się, w feralnej ‘) godzinie,
Jakoż, nim list przyniosłem, tom doszedł bezpieczniej...
A widzę, że ma zwyczaj palić sam w kominie!
PROTAZY, (z westchnieniem, patrząc w komin) Jeśli nie równie mądrzy, to równieśmy grzeczni. (koniec aktu I-szego i sceny I-szej i ostatniej)
KRYTYKA.
POEMA DRAMATYCZNE W TRZECH OBRAZACH.
I.
REDAKTOR. Dziennik założyliśmy. Któż będzie krytykiem?
SEKRETARZ. Czego?...
REDAKTOR. Literatury, życia, sztuk — trzy działy,
Porządkiem liter, które czernią nad stolikiem;
Tu fakta, tam uczoność, ówdzie ideały.
SEKRETARZ. Z literatury przeto.
KRYTYK, (czyta) ((Narodowa powieść,
Kreśląca obyczaje; tej treść jest następna:
Autor, przez Wacława, stara się nam dowieść.
Iż miłość zbytnia prawie może być występna.
Wacław, syn kasztelana, kocha Dolorozę,
Tej ojciec jest w niezgodzie z Wacława rodzicem,
Stąd córki wybór budzi w nim boleść i zgrozę.
Przyrzeka zatem córkę, lecz, z kłamanem licem
Błogosławieństwo dając, gotuje jej trumnę,
Zwłaszcza, iż rody oba zarówno są dumne.
Tu następuje jeszcze epizod wojenny;
Wacław z swej przyszłej ojcem gromią najezdnika,
Pierwszy przez pole bitwy przepływa, jak senny, 0 Dolorozie swojej marząc. (Polityka 1 cnota męska bardzo zły stąd przykład mają,
Lecz jeszcze to wybaczę). Po bitwie wracają.
Wracają w noc pochmurną, ale cóż zastają?!
Trupa panny — więc Wacław do konia i znika,
Gdy Dolorozy ojciec ciche łzy ociera,
Modli się i, kościejąc na grobie, umiera.
— To opuszczenie domu po jednym wypadku
Daje się nam domyśleć, iż Wacław zbyt mało
Wywiązać się był zdolnym po takim zadatku,
Że więcej się lam siebie, niż cnotę kochało.
Bohater niedość silny, panna romansowa,
Wyrzekłszy się go, żyłaby, byłaby zdrowa —
Starzec nie byłby umarł z rozpaczy, ni drugi
Ku uduszeniu dziewki wyprawiałby sługi.
Gdyby więc autor powieść tą nastroił drogą,
Byłaby wziętszą; czytać tę nie wszyscy mogą».
KTOŚ. Tu, wybacz, jedno tylko zachodzi pytanie:
Czy byłaby to powieść?
KRYTYK. Jakto? A więc cnota
Wystarczyć na interes nie byłaby w stanie?
KTOŚ. (pokazując książkę) A zatem by-łażby to powieść ta, patrzajże, o, ta?
Czy raczej inna — powieść pomysłu krytyka?
KRYTYK. Skąd więc i dokąd moja saę-gać ma robota?
II.
SEKRETARZ. Teraz niech nam zda sprawę obyczajów *krytyk.
KRYTYK, (czyta) «Przed okiem prawdy żaden fakt drobny nie znika, 1 żaden nie jest drobny; ten czynimy przytyk
Do wielu nowin z tego właśnie karnawału, Który był arcyświetny. Tańce są zabawą, A tańczy się i prędko, i tańczy pomału, Co, zda się, iż zależy od wieku i osób,
Bo jest sposób tańczenia i tańczenia sposób...
Tu... kropek kilka kładę... Któż jest, pytam dalej,
One Domino Złote, czerwono podszyte, Pragnące bardzo, w bufet, jak statua, wryte,
Co, wciąż brzękając szklanką, wykrzykało: «Nalej!»
Czy gdzie z dalekiej przyszło a świętej podróży? (Ale pielgrzymom z damy obcować nie służy).
Damy, osobnym druku kształtem... potem jeszcze
Kropeczek kilka w sposób wzmiankowany mieszczę.
Oto jest mój artykuł...))
KTOŚ. Tu zachodzi mała
Kwestja — czy wzmiankowana powyżej zakała
Nie zrodzi w tenże sposób odezwy w dzienniku,
A ta przytyku znowu i ten znów przytyku, W sposób, iż forma, z jaką jawności się służy,
Zaciemnić może, albo, zamiast skrócić, zdłuży
I zrobi skandal z rzeczy błahej, a z kropeczek
Plamy, a z atramentu kropli — parę beczek.
KRYTYK. Sposób jest na to wskazać tylko na pręgićrzu,
Nie umieszczając odezw...
KTOŚ. Czy nie lepiej może.
Zamiast koszule chorych rozwieszać na krzyżu,
Piękne czyny wyjaśniać i natchnienia boże,
By się nie czuła samą praca, mądrość, cnota?
KRYTYK. Skąd więc i dokąd moja sięgać ma robota?
III.
SEKRETARZ. Teraz — niech krytyk sztuki swoje nam odczyta >
KRYTYK, (czyta) ((Odkąd, potrzeby czasu zgadłszy, czujni Stróże,
Daliśmy pochop sztukom przez nasze zachody
W świadectwie i wytrwaniu, patrzą już narody
Na pierwociny szkoły nowej w min ja turze. Niechże nam wolno będzie po takim zadatku
Rozebrać kwiatek każdy, a kwiatek po kwiatku.
Tu, że pominę wiele, zwracamy też oko Na pejzaż. Cóż jest pejzaż? Widokiem natury.
Niechże zachwyca albo niech uderza zgóry. Jak znowu, z drugiej strony, obraz niech głęboko
Porusza szczytną myślą. Różne bo są cele I różne środki; inna malować w kościele, A. inna przedmiot jaki treści nieświęco-néj —
Pierwszy niech z życia czerpie, drugi z wyższej strony.
Jakoż naprzykład rzeczy z apostolskich czasów,
Które się w Syrji dzieją albo w starym Rzymie,
Mogą brać wzory z tych to codziennych zapasów
Mówcy jakiego albo z niewiasty, co drzć-mie
W nieniieckiem mieście jakiem na progu gospody?
Jakże nieczujną pannę sztukmistrz weźmie miody
I parabolę zniemczy biblijną!?... Tej wzory Są raczej na pustkowiu libańskiem lub niżej,
Gdzie palmy drżą dotychczas łagodne z pokory,
Albo na skale, kędy trzech szukano krzyży#.
Oto jest mój artykuł...
KTOŚ. Tu kwestja zachodzi,
Ażali celem sztuki jest zakrywać słowo, Czy raczej je objaśniać? Prawda bowiem rodzi
Dzień w dzień, i coraz kartę przewracamy nową,
I coraz lepiej, baczniej; w tém codziennem życiu
Widzimy przecież pracę dziewiętnastu wieków,
Widzimy w bliźnim każdym, acz źle lub w ukryciu,
I krzyż, i gąbkę z octem, i nadgłowia ćwieków,
I grób, i promień chwały — inaczej zaś cnota
Miałażby ciał swych nie brać chociażby z kaleków?
KRYTYK. Skąd więc i dokąd moja sięgać ma robota?
NOC TYSIĄCZNA DRUGA
KOMEDJA W JEDNYM AKCIE
M. T.
N AJ BLIŻSZEJ NIERODZONEJ poświęcam...E MAESTRA Ml FU L’ANIMA Ml A ’).
OSOBY:
ROGER2) z Czarnolesia. DOKTÓR jej.
DAMA podróżująca. LUCIO, oberżysta.
Rzecz się dzieje w Castel-Fermo pod Weroną.
Oberża w C astel-F er mo.
Pokój na górze.
LUCIO. Przez świętego Antoniego Padewskiego, mości hrabio, dziesiątego dziś weturyna 8) przyjmujemy. Są pokoje po lewej stronie obszerniejsze, ale (posuwając się ku oknu) żaden nie ma skarbu równego... Co za widok!... Może pan malujesz?... Może artysta?... Pewny pan Cala-me, pejzażysta, mieszkał u nas... tu... w tym pokoju dni czternaście... Wszyscy coroczni podróżnicy, świadomi rzeczy, zawsze się, bywało, pytają o ten pokój... (słychać grzmoly. Okno jest zamknięte, dolne szyby papierem zalepione)
Żeby burza tylko przeminęła. — Przez Bachusa! Przez Najświętszą Dziewicę! Przez świętego Antoniego Padewskiego! Żonę z dzwonkiem loretańskim posadzićby na dachu... (słychać glos kobiecy za sceną)
Lucio! Lucio!...
LUCIO, (przestawiając krzesła i porządkując leniwo) Znowu?... Natychmiast... natychmiast!... (głos za sceną)
Lucio!...
LUCIO. Lecę!... (wybiega)
ROGER. Szczególniejszy naród!... Choćbym sobie nie dał był słowa zerwać już ze światem idealnym i w praktyczne wejść życie, wystarczyłoby zastanowić się nad postacią moralną tego ludu arcyklasycz >) (wlos.) — a mistrzynią była mi dusza moja. 2) Można zmienić imię Roger na inne stosownie brzmiące. (P. P.). a) weturyn(o) (włos.) — woźnica. nego... Mozajkowa posadzka... lampa, dotąd etruski kształt mająca... pajęczyny, chwiejące się po kątach, które jeszcze Longobardów pamiętają... ta zapona na łóżko z adamaszku purpurowego, co zakupił ją może właściciel austerji ‘) po werońskim szlachcicu jakim na sprzedaży publicznej, po jakim Skaligerze... A nieporządek... a lenistwo!... ...A propos lenistwa — niemniej A propos praktyczności... Panie Rogerze!... Oto siedzisz... słuchasz burzy, co huczy nad wieżami Werony, i poetyzujesz... O, człowieku...
Biada mi, biada! Nędzny jestem, słowa sobie lichego dotrzymać nie potrafię. Teraz, opuszczając ziemię te ułudną, cichą, laurami przetykaną... cmentarz ten ludów i olbrzymów... tu, na progu Italji, kiedy przerzucić się zamyślam przez szczyt Ałp — tam, napowrót... należałoby, dawszy sobie słowo... (powoli i solennie)...że się będzie praktycznym już człowiekiem... Należałoby, mówię, uderzyć się w piersi i pojrzeć raz jeszcze, raz ostatni, na tę całą przestrzeń idealną... (po chwili)
Piękna, piękna kraina marzeń, błędów — błędów, marzeń, rozciągnionych przede mną, jak doliny i wzgórza i jeziora, zorzę odbijające...
Otóż ja tobie, tobie, przeszłości idealna, tobie, piękna kraino, powiadam: Koniec tobie... i) austerja (wl.) — gospoda, zajazd. (z uśmiechem)
Hannibal tak — kiedy na szczycie Alp, przyłbicę odsłoniwszy, poglądał na Italję i mówił w sobie: «Grób ci niosę...» Hannibal tak... ...Nie taki... Hannibal nie był dzieckiem...
Imion wielkich nie godzi się wzywać nadaremno... (przechadza się po pokoju)
LUCIO, (wchodząc) Za pozwoleniem, za pozwoleniem. Przez Bachusa! Pewna dama, Angielka, żyozy sobie widzieć kończącą się burzę i wschód księżyca z okna tego... (z uśmiechem)...Naród obłąkanych!... Deszcz jeszcze zaciętszy niźli pierwej... Przepraszam, ale my lubimy niczego nie odmawiać cudzoziemcom...
ROGER. Powiedz onej damie, że już zasnąłem jak zarżnięty, że dwa pistolety nabite mam przy łóżku, że jutro będzie mogła oglądać zachód słońca, skoro wyjadę do Werony... Dziwne figury, lunatyki i marzyciele... Jak wygląda ta twoja dama?
LUCIO. Najpiękniejsza z kobiet, jakie widziałem kiedykolwiek — nieco blada, majestatyczna. Przejeżdżała tędy dwie wiosny temu z tym samym kawalerem... mężem... Najdoskonalsza osoba — bahl Mieszkała nawet w tym samym pokoju, ale wtedy było to właśnie, kiedy wszystko na nowo zaprowadziliśmy w naszem gospodarstwie, a tłum był wielki w auste-rji — wszystkie izby zajęte były tak, jak teraz...
ROGER. Powiesz przeto damie onej, że śpię...
LUCIO. Odgadłem naprzód i wątpliwie odpowiedziałem. Nigdybym nie śmiał wchodzić o tak późnej godzinie, wszelako — my niczego nie odmawiamy cudzoziemcom podróżnym... Zwłaszcza damie, którą ugościliśmy u siebie, najpiękniejszej osobie...
ROGER. Jutro — chcę być o piątej obudzonym.
LUCIO. Najszczęśliwszej nocy...
ROGER. Dobrej nocy — (przechadzając się)...Otóż to dobrze, to coś praktycznego choć raz w życiu. Śpię — to śpię. Noc jest na to, ażeby spać — i koniec... (siadając przy stole i przeglądając album)
Ileżbo nocy nieprzespanych... napróżno-kiedy ona... Czemuż nie wymawiam jej nazwiska? Czy nie chcę, ażeby pył mieszkania upadł na to imię wymówione, jak na kwiat świeżo rozwinięty, biały, czysty, z myśli bożej przeprowadzony w życie roślinne po raz pierwszy...
Kiedy więc Ona, otoczona galanterją zewnętrzną, formalizmem świetnym, miękkim, powtarzanym, rozrzucała perły wdzięków — komu, komu?... Znudzonym!... Ja wtedy białe, białe noce moje zaludniałem temi upiorami pasujących się myśli, które wyniszczają sił zarody, wy-przędają blask oczu w pasma łez, serce biorą jak książkę świeżą, w której jeszcze karty nierozcięte, i wczytują się coraz, coraz głębiej... rozrywają potem... karty... serca... i... (zakrywa oczy)
Nędzny jestem... (przewraca album)
Kwiat, zerwany w czasie przejażdżki do Amalfi — widzę jeszcze lekką Jej rękę, pochyloną z konia ku skale... te kwiaty tam czepiają się po obu stronach drogi na ścianach wąwozu... — przez ręce przewodnika, który szedł przy Jej koniu, otrzymałem kwiat ten... Różowy był wtedy... w nieskalanej czystości atłasu swego...
Dziś — zżółkł, oblata z liści, które koroną jego były, i staje się podobnym do pająka, co wysnuł już z piersi przędzę całą... Wszystko się zatrzymuje, osycha i ginie, a nie wraca... (po chwili)
Otóż, otóż ów list w odpowiedzi na ostateczne zapytanie, którego już nosić tajemnicą dłużej w piersiach nie mogłem...
Zaprawdę drugiej takiej... nie, podobnej nawet odpowiedzi nie dano nigdy człowiekowi... Nadobny list, piękny list, śliczny list...
Chciałem był go spalić... ale gotówby się roztopić, jak odłam lodu, i zamienić w garść kału...
Chciałem go był podrzeć... ale mi ręce pokłuł...
I dochował się dotąd... Takie rzeczy mają to do siebie, że się długo trzymają i niełatwo je zgubisz lub zarzucisz. (przeziera lisi)
«Castel-Fermo...»
Tak, przypominam sobie... List ten stąd był pisany...
«Castel-Fermo... elc...»
«Odebrałam właśnie piękny list twój, kochany...®
Piękny list mój! To jest lak, jakgdyby kto, nędzarza gdzie spolkawszy oniemiałego bólem, mówił: ((Piękny jest elekt tej bladości oblicza i tych oczu przygasłych Piękny objekt dla sztukj...»
A potem, przybliżywszy się do onego objektu, poklepał go zlekka po ramieniu... i poszedł dalej, gwiżdżąc... (czyla dalej) ((Odebrałam właśnie piękny list twój, kochany R... Proszę Cię, ażebyś, będąc w Neapolu, odwiedził księżnę OLimpję... Książki moje są u niej, mniejsza o inne — idzie mi tylko najszczególniej o trzeci tom Richtera. Całość dzieła traci tym sposobem, skoro jednego tomu braknie ze środka...®
ROGER, (przerywając czytanie)...Eh, nde! To nic nie znaczy. A jeżeli serca braknie?... (powraca, czyta dalej) ((...braknie ze środka... Czy klacz moją koleją żelazną, czy morzem wyprawić?...
O tem wszystkiem racz pomyśleć, proszę. Kilka rysunków, które mi przywieziono w dzień wyjazdu, i błogosławieństwo papieskie z różańcami na kominku w salonie mniejszym zapomniałam. Wszyscy tu Cię najczulej wspominamy, osobliwie przy herbacie. A propos — połowę listu Twego tak gdzieś zarzuciłam zaraz po przeczytaniu, że tylko drugą połowę mam przed oczyma, ale pamiętam, że piszesz coś o sercu twojem i o miłości. Tak tu ciasno w tym pokoju i taki nieład przed-wyjezdny, ale zato widok przecudowny. Pieczętuję jak najprędzej, bo właśnie wyjeżdżamy... Mille tendresses, mille ami-tids...J) etc. PS. Proszę pamiętać o zdro-w, u swojem. — Bądź zdrów...» I znowu dalej w końcu kartki:
«Co do miłości, jaką masz dla mnie od lat tylu, mogę Ci odpowiedzieć...#...i tu dołączono połowę drugą mego listu — (po chwili)
Jeżeli ironja przypadku to zrządziła, to zaprawdę, że dosyć lekkomyślności, z jaką zajmowano się tą sprawą serca, ażeby zrozumieć przyszłość i wartość następstw tego związku...
Jeżeli zaś wydawało się Jej, że tym spo ł) (Iranc.) — tysiąc czułości, tysiąc pozdrowień. sobem najłatwiej będzie odpowiedzieć, to zaprawdę można było trudniejszy a sumienniejszy sposób wybrać... Zasłużyłem na to jako człowiek, jak każdy człowiek... (wstaje z krzesła, przechadza się powoli. Burza ucicha. Roger posuwa się ku oknu i otwiera je) (Improwizacja półśpiewem czytanym)
Nad Capułetich i Montechich ’) domem Spłukane deszczem, poruszone gromem, Łagodne oko błękitu
Patrzy na gruzy nieprzyjaznych grodów, Na rozwalone bramy do ogrodów —
I gwiazdę zrzuca ze szczytu...
Cyprysy mówią, że to dla.Tuljetty,
Że dla Romea łza ta z nad planety Spada i w groby przecieka...
A ludzie mówią i mówią uczenie,
Że to nie łzy są, ale że kamienie,
I że nikt na nie nie czeka...
ROGER, (zamyka okno, zegar miejski bije godzinę pierwszą) Brawo!... Pięknie sobie słowa dotrzymuję... Panie Rogerze, gdzież twoje praktyczne odrodzenie?... Dosyć tego, dosyć jest...
O godzinie pierwszej należałoby już przygotować potrzebne rzeczy na jutro... (spostrzega, że okno niedomknięte)...zamknąć dobrze okno i drzwi... i zasnąć przyzwoicie... (zamykając okno)...klasyczne okna i drzwi nigdy nie zamykają się porządnie!... (zostawia okno niedomknięte i przybliża lampę, ażeby zobaczyć bliżej klamlcę i zawiasy)
O, deus ex machina!... O, Szekspirze wielki... Rozumiem, bo widzę zarazem, i pojmuję, i rozświeca mi się całość akcji dramatu serca mego...
Te szyby, te szyby... (przybliża lampę)...zbite jak serce moje, może kamieniem figlarnego chłopca zbite--------zalepił Lucio pierwszą połową listu mego i — drugą połową listu Jej... Tu mieszkała. To, co wspomina o widoku pięknym, o tym widoku mówi — ze zwykłą sobie lekkomyślnością zapomniała te listy, jak błogosła i) Dwa rody włoskie, nienawidzące si<j śmiertelnie, znane z tragedji Szekspira <Romeo i Julja*. wieństwo papieskie, jak błogosławieństwo papieskie na kominku w salonie mniejszym, jak różańce, jak różańce łez moich — jak klacz swoją wierzchową w Neapolu — jak Jean Paula tom trzeci... ((Kobieto, puchu marny!...» (wraca do slotu, na którym jest album, i wyjmuje kartkę listu, potem przybliża się z lampą ku oknu)
Niech się złolo ze złotem łączy — czytajmy razem całość listu:
«Castel-Fermo etc.
Odebrałam właśnie piękny list twój, kochany R. — Proszę Cię, ażebyś, będąc w Neapolu, odwiedził księżnę Olimpję... Książki moje są u niej, mniejsza o inne — idzie mi tylko najszczególniej o trzeci tom Richtera. Całość dzieła traci tym sposobem, skoro jednego tomu braknie ze środka. Czy klacz moją koleją żelazną czy morzem wyprawić? O tem wszystkiem racz pomyśleć, proszę. Kilka rysunków, które mi przyniesiono w dzień wyjazdu, i błogosławieństwo papieskie z różańcami na kominku w salonie mniejszym zapomniałam. Wszyscy cię tu najczulej wspominamy, osobliwie przy herbacie. A propos — połowę listu twego tak gdzieś zarzuciłam... (ha!), że tylko drugą połowę mam przed oczyma (a ja oto obiedwie połowy listu po dwóch latach nareszcie mam przed sobą... Dalej!), ale pamiętam że piszesz mi coś o sercu twojem i o miłości... (oto na drugiej szybie zbitej, co piszę o sercu i miłości... Dalej!...)...że piszesz coś o sercu twojem i miłości. Tak tu ciasno w tym pokoju... (prawda... Dalej!) i taki nieład przedwyjezdny, ale zato widok przecudowny. Pieczętuję jak najprędzej, bo właśnie wyjeżdżamy... Mille tendresses, mille amitids... etc. — PS. proszę pamiętać o zdrowiu swojem. Bądź zdrów... Co do miłości, jaką masz dla mnie od lat tylu, mogę ci odpowiedzieć: (rzuca kartkę i czyta dalej na szybie)...odpowiedzieć, co ktoś z moich dawnych znajomych mi napisał w albumie, że wy, młodzi ludzie dziewiętnastego wieku, zaczynacie od bogactwa serca — kochacie mocno, prawdziwie i czysto na po czątku dni swoich, a potem stopniowo, stopniowo ociera się ten brylant, wysycha to źródło i kończycie na wykwintności form, które zastępują czułość wrodzoną serc waszych...
My, kobiety dziewiętnastego wieku, przeciwnie — my lekceważym ten związek zaraz na początku, w kwiecie życia, potem, potem powoli, powoli — po wielu rozczarowaniach, po wielu grobach, które nam się przed stopami naszemi na drodze życia zamykają... — dochodzimy nareszcie do uszanowania tej iskry świętej... Wasz punkt wyjścia jest naszym kresem drogi...
Jakże więc spotkać się na świecie?
I dlatego ścigamy się tylko, gonimy się, osizukujemy się... Dowidzenia, dowidzenia.
Klaudja».
ROGER....Prawda!... Lubo jednej epoki prawda...
Prawda jednak ma moc balsamu... Tak jest, prawda... (po chwili)
Cóż to za noc?... To noc... Z «tysiąc nocy i jedna» to jest noc tysiączna i druga, której autor zapomniał tak dołączyć do dzieła swojego, jak Klaudja drugiej połowy listu swojego zapomniała... Szczególniejsza kobieta!... Lekkomyślność, do której przywiązana jest kula refleksji głębokiej, jak te kule u kajdan więźniów... Smutno — smutno — smutno. Ten tylko, który miarę czasu ma w prawicy swojej, pomóc może... Ten dramat serc stał się dramatem czasu... (powtarza słowa listu) ((gonimy się, ścigamy się tylko. Dowidzenia)) — (zegar miejski bije godzinę drugą)
LUCIO, (pukając do drzwi) Za pozwoleniem...
ROGER. Otwórz.
LUCIO. Zdaje się, że pan hrabia okna przymknąć nie możesz. Usłyszałem hrzęk szyb i stąpanie, spostrzegłem światło, pozwoliłem sobie zapukać... Zapomniałem albowiem wziąć paszport pański, który należałoby, ażeby przed piątą był w porządku.
ROGER, (przechodzi się powoli po pokoju — potem uderza Lucia po ramieniu i mówi mu z przyciskiem) Dama, o której mi mówiłeś, że jest Angielką, nie jest Angielką... że chce oglądać widok z okna — ona nie chce. Nieprawda wszystko...
Kto jest ta dama? Jak mówiła tobie? Mów!
LUCIO. My, Italiani, per Bacco, my mówimy: «Angielka», to jest, jest cudzoziemka — to jest, że jest z za Alp, z kraju, gdzie zimno...
Skoro tylko przybyła, przywitała mię, mówiąc: «Caro Lucio»’), a potem mówiła do kawalera, co jest z nią, czy do męża — długo, długo, a potem do mnie: «Caro mio, chcę widzieć Weronę z tamtego okna, kiedy burza ustanie». A ja na to. «Benissimols), a ona weszła do pokojów swoich i poniesiono tam herbatę — i jeszcze tam rozmowę słychać...
ROGER. To jest noc tysiączna i druga... Rozumiesz! —
LUCIO. Jutro mamy dzień Wniebowstąpienia Najświętszej Panny Marji.
ROGER, (na stronie) Ona! Dobrze —
LUCIO, (biorąc ze stołu papier) Paszport pana hrabiego.
ROGER. Ta dama jest piękna...
LUCIO. Si...»)
ROGER. Ma coś na twarzy, tak jak Madonny wasze...
LUCIO....Wzbudza nabożeństwo... Si, signore...
ROGER. Włosy ma jasne... to jest złotawe, oczy czarne....
LUCIO. Si, signore conte...4) si...
ROGER. Mieszkała tu kiedyś w tym pokoju...
LUCIO....Branissimo!... Si...
ROGER. Mąż jej jest brzydki... wiele starszy... Kiedy tu była pierwej, nie była wtedy z mężem, była wdową...
LUCIO. Si... si... si, bravivssimo...
ROGER. Lucio!
LUCIO. Signore...
ROGER. Widzisz te pistolety? Zobacz, czy sa nabite...
LUCIO. Nabite...
ROGER. Zobacz, dotknij...
LUCIO. My Italiani na pierwszy rzut oka zgadujemy, znamy się na rzeczy... Per Bacco, nabite szkaradnie... Kto inny potrzebowałby wziąć w rękę, spróbować, a potem — u nas jest święta rzecz każda położona na swojem miejscu...
ROGER....Va bene s)-----------Lucio!
LUCIO. Signore...
ROGER. Widzisz tę garść piastrów na stole?...
LUCIO....Benissimo... (zbliża się do stołu)
ROGER. Te piastry są dla ciebie. Zgarnij w kieszeń!
LUCIO. Rozkaz pana hrabiego świętą rzeczą... (zgarnia) 1) (wlos.) — Drogi Lucio. 2) (wlos ) — doskonale. 3) (wlos.) — tak. i) (wlos.) — tak, panie hrabio. 5) (wlos.) — to dobrze.
ROGER. A teraz?...
LUCIO. Si, Signore... Va bene...
ROGER. Jutro rano rzeczy moje zniesione będą nadół, paszport przygotowany — to okno zamknięte, zamknięte dobrze —
LUCIO. Zamknięte dobrze — si...
ROGER. Pójdziesz do tej damy i powiesz jej: ((Podróżny, który zajmował pokój ten, wyjechał)). Patrz, tam, gdzie pistolety leżą, widzisz, tam jest szafa zbo-ku... W tej szafie ja będę. O tem milcz —
LUCIO. Jak grób... si...
ROGER. Otóż pamiętaj, powiesz damie te słowa: (Lucio notuje slou/a)
Podróżny, który mieszkał w pokoju na górze, już wyjechał, żegna panią, zostawia miejsce wolne — wszelako, jeśli pani widzieć zechce z okna okolicę, okno jest zamknięte i sama tylko pani własną ręką otworzyć je może.
LUCIO. Słowo w słowo — jak aue Maria...
ROGER....Buona notte...’) Lucio...
LUCIO....Felicissima notte2), Signor Conte...
ROGER. Niech się stanie zadość biegowi rzeczy. Niechaj sama odegra ostatnią scenę, niech zobaczy własnemi oczyma dzieło lekkomyślności swojej. Skompletujmy list... (bierze pierwszą połowę listu i utwierdza lakiem za jeden róg przy tamtej, którą jest szyba zaklejona)
Zobaczy, pozna, przypomni. Mężowi będzie przymuszona wytłumaczyć całość rzeczy... Mała, chwilowa przykrość, która poprawi Ją na długo...
Ja ~ nie wyjdę z ukrycia, nie zobaczę Jej więcej... (po chwili)
Ja — wyjdę... spokojnie, zimno, bez przesady poproszę, aby przedstawiono mię mężowi, opowiem czegoby brakło do całości... opowiem z uśmiechem... i będę Jej szczęśliwej drogi życzył.
Zamienimy to w cichą, głęboką dramę lub w dorywczą komedję... Zresztą... alea jacla est...8) (wchodzi w zasłonę łoża)
») (wlos.) — dobranoc. * s) (wlos.) — najlepszej nocy! 3) (lac.) — kości rzucone (zwrot, używany na ozna czenie stanowczego kroku, śmiałego postanowienia).
Oberża w Caste l-F er mo. (Salon. Mrok ranny, świece zapalone)
DOKTÓR. Odkąd mam przyjemność towarzyszenia pani w jej podróży, pamiętniki i studja moje lekarskie zyskały bardzo wiele...
DAMA. Czy nie spisujesz czasem, doktorze, malenieezkich plotek na moje konto?...
DOKTÓR. Pani, zacząłem monolog poważny —
DAMA. Proszę kończyć...
DOKTÓR....Studja moje lekarskie zamieniają się zwolna w psychologiczne obserwacje, a noc dzisiejsza dodaje mi jeszcze nieco spostrzeżeń meteorologicznych... Panie — a mówię tu: niewiasty dziewiętnastego wieku — jesteście szcze-gólniejszemi fenomenami w rodzaju swoim... Oto np. burza — elektryczność atmosfery poruszona, i już, jako struny elektrycznego telegrafu, drżycie, wibrujecie harmonjami imaginacji...
DAMA....Robicie dzieciństwa, pleciecie nie wiedzieć co. Nazywaj, doktorze, po imieniu rzeczy, jak są. Scientyficzny język obcy dla mnie, mówmy poprostu...
Wiesz, doktorze, ile szanuję głębokość nauk ścisłych, wszelako, ile razy zaleci mnie ten zasilny dla mnie zapach, tyle razy przypominam sobie kilka wierszy, które jakiś poeta gdzieś zanucił — nigdy bowiem przypomnieć sobie nie mogę, gdzie to wyczytałem i do którego z poetów należy te słów kilka — mowa jest w nich o gwiazdach spadających...
DOKTÓR. O aerolitach...
DAMA. To — to, coś podobnego... (nuci)
Cyprysy mówią, że to dla Juljelty,
Że dla Romea łza ta z nad planety Spada — i w groby przecieka:
A ludzie mówią, i mówią uczenie,
Że to nie łzy są, ale że kamienie...
I że nikt na nie nie czeka...
DOKTÓR. W tem nie mogę przyjść w pomoc pani. Wątpliwość ta przechodzi moją sztukę.
DAMA. Doskonale! Przypominasz sobie, doktorze, że doktór w «Makbecie» słowo w słowo mówi to, co właśnie powiedziałeś... Doskonale!... Wybornie!
DOKTÓR. Zadziwienie moje przechodzi zadziwienie tego, któremu zwrócił ktoś uwagę, że się wyraża prozą... *)
DAMA. Mówmy więc prozą... Jakież tedy spostrzeżenia lekarskie?...
DOKTÓR, że trzeba sumiennego przejęcia się swoją sztuką i przyjaźni najbez-stronniejszej, ażeby wam towarzyszyć w podróży, służyć radą...
DAMA. Głęboko czuję le trudności i dlatego serdecznie podzielam przyjaźń twoją, doktorze. (podaje mu rękę. Chwila milczenia)
DAMA. Tak, zapewne — jesteś poniekąd spowiednikiem moim, o ile zdrowie od moralnego usposobienia zawisło... Znasz, co przeżyłam... a przeżyłam to, co wszystkie, nieco więcej mające serca, nieco więcej skore do rozwinięcia władz umysłu. Rozłączenie z mężem moim, które nareszcie i sankcję apostolską zyskało, powraca mię... lecz czemu, komu?... Czuję się istotą niedopełnioną... Mężczyznom ufam mniej, niż kiedykolwiek. Któryż mężczyzna przeżył tyle zamkniętych, niewidzialnych, głębokich dramatów serca?... Trzeba na to było kochać indywidualność piękną, pełną powabów wyższych, szlachetną, może dumną — zapewne próżną i głębokomyślną przez refleksję po nie-wczasie, a nieskończenie lekką przez uczucie na czasie. Gorzka to i drogo opłacona jest nauka... Któryż mężczyzna po długim pobycie w idealnie pojmowanym świecie czuje tę sumienną a serdeczną zarazem potrzebę zespolecznienia się z prostą prawdą życia?... Kogóż tak pożegnano, jako mnie pożegnano, mówiąc zarazem o koniach swoich wyścigowych, o sercu rnojem i o psach myśliwskich?...
I — który przy tem wszystkiem dochował jeszcze iskrę życia, potrzebę życia?...
Zaprawdę, nie chcę rozwodzić się już dalej... Lękam się popaść w samochwalstwo... Tobie jednemu, doktorze, to powiadam... ty pojmujesz, czujesz, a, choćbyś nie czuł, to rozumiesz... Doktór i spowiednik są dwoma biegunami indywidualności naszych...
DOKTÓR. Pani, tyle tylko odpowiedzieć ci potrafię, że, gdybym takiego spotkał męża dla pani, powróciłbym do rodziny mojej, która mię z utęsknieniem oczekuje...
DAMA. Doktorze, do granicy kraju mojego obiecałeś mi towarzyszyć. i) Aluzja do bohatera komedji Moljera «Mieszcza-nin szlachcicem*.
DOKTÓR. Radbym do rogatek szczęścia pani, lubo zdaje mi się, że nie jest najzupełniej poetyczne wyrażenie... sens jednakże głęboko poetyczny...
DAMA. Obiecaliśmy sobie prozą mówić...
LUCIO, (za sceną) Za pozwoleniem...
DOKTÓR. Otwórz...
LUCIO. Za godzinę, za godzinę najpiękniejszy nasz widok z pokoju, który my il Museo nazywamy, będzie można oglądać...
DAMA. Caro Lucio, ja sobie życzyłam księżyc widzieć...
LUCIO. W tej chwili niepodobna... słońce właśnie że wschodzi... Pani hrabina nie może sobie wyobrazić, jaką bitwę przyszło mi stoczyć pierwej... Na wspaniałomyślną osobę, to zasłużyłem przynajmniej parę skudów.
DAMA. Co to jest, co to znaczy?
LUCIO. Skoro tylko usłyszałem życzenie pani hrabiny, jednym skokiem wpadłem do Museo (do pokoju naszego, który my il Museo nazywamy). Anglik, który go zajął — szlachetny młodzieniec, hrabia — spał... «Kto tam?» pyta. «Kto wchodzi?® woła, trzymając dwa nabite pistolety, takie długie... Ja, tak, jak prawy Lombard-czyk jestem, nie cofnąłem się... Lucio jestem — mówię — i przyszedłem tutaj z poleceniem od pani hrabiny, ażebyś pan odstąpił na czas miejsca...
DAMA. Lucio, czy podobna?
LUCIO. Lucio napróżno nigdy poleceń nie przyjmuje...
DAMA. Ależ...
LUCIO. Anglik każe mi się tłumaczyć, dlaczego. Ja nic, tylko go proszę, aby ustąpił na czas, a on wciąż z pistoletami, a ja wciąż swoje — tak do godziny drugiej w nocy...
Nareszcie, nareszcie — pyta mię, kto jest ta dama, co chce oglądać pejzaż. Więc ja jemu powiadam, że najpiękniejsza hrabina, jaką kiedykolwiek widziały ściany domu tego... Tak — on położył pistolety i zasnął...
O, to było do uśmiania się. Teraz, za godzinę wyjeżdża do Werony. To jest miody pan — troszkę to, co my nazywamy pazzo...*) Chodzi w nocy do późna i pisze...
Otóż proszę pani hrabiny, kazał mi on powiedzieć te słowa: ((Zbudziłeś mię w nocy, Lucio, zniepo-koiłeś mię. Zato zamykam okno, a jeżeli twoja pani chce oglądać ten piękny wi * ) (ivhis.) — szaleniec, półgłówek. dok, powiedz jej, że wyjeżdżam, że żegnam ją, że jej wolne miejsce zostawuję... wszelako pod warunkiem, że wlasnemi rączkami otworzy sobie okno — —
DAMA. Mistyfikacja’) szczególniejsza...
DOKTÓR. Oryginał...
DAMA. Proszę przyjąć na siebie niepokój gościa twego. Czy wiesz jego nazwisko?...
LUCIO. Oto paszport, który właśnie z policji odebrałem.
DOKTÓR, (przyjmuje paszport i rozkłada) To nie jest angielski paszport... (czyta)...Roger z Czarnolesia.
DAMA. Nigdy tego nazwiska nie słyszałam...
DOKTÓR, (oddaje paszport. Lucio wychodzi) Ha, ja pani powiem, kto lo jest... Czy przypominasz sobie pani salon pani Klaudji w Neapolu?...
DAMA....Ten miody człowiek, co to...
DOKTÓR. Jeden z tych warjatów, albo raczej zbolałych, których ludzie dobrzy starają się leczyć pośmiewiskiem, jeśli potrącaniem niepodobna, a o których rozsądni mówią: ((Dziecię czasu!®, a których kochają ci, co scrjo już cierpieli na świe-cie... Mówię to, bo w tych słowach zapisałem go w moim pamiętniku...
DAMA. Nie znam — z powieści tylko mi nieobcy.
DOKTÓR. Mrok ustępuje, można zgasić już świece... (zdmuchuje świece)
DAMA. Słowa twoje, doktorze zabrzmiały tak poważnie, jakbyś o losach ludzkich wyrokował...
DOKTÓR. Czy doprawdy?... Przyzwyczajenie, nabyte z konsultacji... Ileżbo razy życic ludzkie przychodzi nam uważać jak fenomen czysto materjalny, nieledwie mechaniczny...
DAMA. Pierwsze chwile poranku mają coś wyłącznie...
DOKTÓR....wyłącznie...
DAMA. Pomóż mi wyrazić się doktorze...
DOKTÓR. Pierwotnego, odrzeźwiają-cego...
DAMA. (wstaje, przechadza się i, przybliżywszy się do stołu, przerzuca książki, tam leżące. Potem czyta) i) mistyfikacja (nowolac.) — wprowadzenie w błąd, wywiedzenie w pole, (często dla ośmieszenia lub wyśmiania).
— Co ranek, skoro ustępują cienie,
A słonko wybłyska złote,
Przypomnij światła stworzenie,
Oddal tęsknotę...
LUCIO, (wchodząc) Museo jest otwarte, okno zamknięte...
Pokój na górze, tak, jak na początku komedji.
LUCIO, (dając znak Rogerowi) Wchodzą, wchodzą! (Lucio wychodzi, Roger zamyka się)
DOKTÓR. To więc — ów sławny pokój.
DAMA. Zaczarowany! (przybliża się do okna, podnosi rękę i zaczyna czytać, potem oddaje doktorowi; Chwila milczenia — czytają, przeczytali; poglądają na siebie — cisza)
DOKTÓR....Podpisano — «Klaudja»!!:
ROGER, (otwierając gwałtownie i wyskakując z szafy) Arcydzieło lekkomyślności!...
DOKTÓR. Mości panie...
DAMA....Co to jest?
ROGER. Tak jest, arcydzieło lekkomyślności!... Dajmy na to, że mojej w tym kroku... (po chwili)
Czytaliście — zapomnijcie!
DAMA. Pan się omyliłeś...
ROGER. Sądziłem, że każda kobieta, którą spotykam gdziekolwiekbądź, jest... autorką tego listu, którego połowa, na rozbitej szybie przyklejona, nie doszła mię w odpowiedzi na oświadczenia moje, a połowa druga, którą w lej chwili na ziemię pani upuściłaś, doszła mię...
Jeżeli pani, jeżeli pan — nie rozumiecie podstępu, jakim pomścić się chciałem — to jest pomścić chciałem serce ludzkie, to ja wam wytłumaczyć nie potrafię... Kiedyś, ktoś — bo jest taki ktoś, dla którego nic za wielkiego i nic za małego niema — ten ktoś wytłumaczy i objaśni, co na teraz przechodzi siły moje...
DOKTÓR. Imię pańskie nie jest mi obce. (obracając się do pacjentki swojej)
Przedstawiam pani pana Rogera z Czar-nolesia...
DAMA. Monolog pański nie pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się słyszeć... w ustach kobiet.
DOKTÓR. Dziś w nocy...
ROGER, (podając rękę damie nieznajomej) Mężczyźni — jeśli milczą, lo dlatego, że milczą... (otwierając okno)...Oto jest ów widok! — Właśnie tęcza wybłysła, której jeden koniec opiera się na ruinach domu Capuletich, drugi na dom Montechich spływa. Połączenie w otchłani czasów...
DAMA. Są akordy życia, które jedynie kiedyś zlać się mogą w harmonję...
DOKTÓR. Czego wszakże nigdy opóźniać się nie godzi...
ROGER. A skąd pani wiadomo?...
DAMA. Z tęczy — —
ROGER. I są bole, dlatego niewymowne, że się nigdy wypowiedzieć ich nie miało... szczęścia...
DAMA. Czasem — potrzeby...
ROGER. Muszą zatem być drugie, wprost przeciwne — to jest, kiedy się jest wzajemnie przenikanym...
DOKTÓR. Najlogiczniej... (na stronie, zacierając ręce)
Wracam do rodziny... wracam...
DAMA. Powiem panu rzecz bardzo oryginalną — że takie bole wprost przeciwne tamtym, niezrozumianym...
ROGER. Takie... wzajemnego pojęcia się, pani mówisz...
DAMA. (kończąc)...nie są bole...
ROGER....nie są bole... (chwila milczenia)
DOKTÓR. W takich razach doktór niepotrzebny... (nieznajoma i Roger podają ręce Doktorowi) (Zasłona spada)
ZWOLON
MONOLOGJA
BR A TU
KSAWEREMU przypisuję
DO CZYTELNIKA.
Ani myśl tej fantazji, ani pojedyncze charaktery, i nazwy ich, i dzieła nie mają na celu nic takiego, coby mogło dotyczyć osobistości czyjejkolwiek.
Zastrzec to jednak za powinność dlatego sobie uważamy, ażeby tem prawdzi-wiej wedle myśli pisarza zrozumiane być mogło pismo jego. Partji żadnej na celu nie mógł mieć nie mający zaszczytu policzenia się w żadnej.
Dwa wiersze: «Zemsta, zemsta na wroga etc.» lubo tu użyte w charakterze, jakiego wielki pisarz w swojem nie dal im dziele, nie powinny służyć jako dowód, iż nadużywamy cudzysłowu. Trudno było, a może niepodobna, silniejszej ekspresji bolu i oddziałania bólem znaleźć, i dlatego są wzięte. Resztę dobrej woli czytelnika i pobłażaniu zalecamy.
C. K. N. t...e poi chiamarle O Tragedie o Comedie...
E se Ic s’useranno ducenfanni
Le non saranno cose nuove a ąuclli
Che ąuesto tempo chiameranno antico —?I» *)
Cecchi 2). t29. Sept. (1659 — 60) au thćAtre du Roi, oii nous avons vu le songe d’une nuit d’ćté — que je n’avais pas encore vu et que je ne reverrai plus, car c’est la pićce la plus insipide, la plus ridiculc que j’aie jumais vue de ma ule*. (Journal et correspondance de Samuel Pepys se-crćtaire de l’amirauté sous Charles et Jacąues II) 3).
WSTĘP.
Różnoglosego dotąd monologu Na żadnej jeszcze scenie nie widziano,
A przeto staję z objaśnieniem w progu I przepowiadam rzeczy, jak się staną.
I głoszę wszystkim o tej awen turze,
Na dialogu zmienionej ruchomość, 1) a potem nazwać je albo tragedjami albo komediami. A jeżeli będą w użyciu przez dwieście lat, nie będą niczem nowem dla tych, którzy ów czas będą nazywać starożytnym. 2) Giommaria Cecchi (1518 — 1587), komediopisarz wioski. 8)... w teatrze królewskim, gdzie widzieliśmy sen nocy letniej, którego jeszcze nie widziałem i już nie będę oglądał, bo to sztuka najniedorzeczniejsza, najśmieszniejsza jaką kiedykolwiek oglądałem w życiu. (Dziennik i korespondencja Samuela Pepysa, sekretarza admiralicji za Karola II i Jakóba II).
Gdzie huczeć będą, jak przelotne burze, Lud, urzędnicy, dwór i Król Jegomość.
A wszystko słowem prędkiem, bo pisano Przy łunach, które tu i owdzie błysły,
W Itałji trochę (gdzie jest Ercolano), Trochę na łodzi, gdzie znów łzy się wcisły Bardzo słonego morza... resztę w domu, Co do Charona *) podobniejszy promu. Jest to więc dramat wcale emigrancki, Któryby scenę splamił koturnową Z marmurów białych, w pierścień elegancki Zaokrągloną, wewnątrz gradusową,
Jak to się jeszcze dziś w Tusculum widzi, 1) Charon, w mitologji greckiej przewoźnik dusz zmarłych do Hadesu.
Gdzie teraz zwiędły szumiąc liść wawrzynu
Jaszczurkom grywa, gdy bokiem zeń szydzi Komicznej maski twarz... poezja gminu! Będzie to jednak, ile da się, schludnie, Lubo moralny sens niedosyć świeci I romans — (ten-bo znów rozwiały grudnie!).
Ależ wystrzałów za to huk — dla dzieci.
Ktoby zaś płakać lubił, pewna chwila Ku temu w sposób da się szczególniejszy, A komu nakształt złotego motyla Pierzchliwy uśmiech byłby powabniejszy, Nie będziem mieli nic przeciwko temu, Bo czemuż nie ma się roześmiać, czemu?
I owszem — wszelki niechaj uczuć promień,
Elementarnych zbywszy się poskromień, Niehamowane spełnia prawo funkcji. Nawet i zdjęci chłodem doświadczenia (Którymby mogły robić źle natchnienia) Znajdą też żywioł swój: część interpunkcji.
Jakoż nie dramat serc i głosów wielu, Pozaplatanych gałęźmi żywota,
Przez które świeci jasny błękit celu,
Ni monologu jest to czarna grota,
Gdzie myśl, jak Kain brnie lub Iskarjota — Lecz raczej (ucha niech to nie skalćczy!) Tłum pustek, ciszy wrzawa samotniczéj...
Ogród na wałach. (Król i Zabór przechadzają się wzdłuż okopu)
KRÓL. Wszechwladztwu memu którzy są na drodze,
Jak kruche zlepki pod mem berłem zginą. Część miasta wyższą zburzysz, żywej nodze
Ujść nie dasz, dziatwę wymordujesz srodze,
I nazwę z ulic zmażesz... — Ugolino Przezywam odtąd krwi i zwalisk pole, Bo tam zwaliska i krew będzie sama I nic nie będzie nad to... (Po chwili, pokazując ręką w głąb widoku)
Trzy topole Ocalisz. W okien wchodząc diorama >), Jakoby sprzętem stały się zamkowym. Zostaną!... (kiedy król się oddala, na wieży w trąbkę uderzają)
ZABÓR, (spogląda w stronę wieży; potem, za królem postępując)
Goniec.
KRÓL. (wchodząc) Jeśli z spiskiem nowym,
To, jak się wyżej rzekło...
GONIEC. O, hetmanie
Boskiego, mężu wielki...
ZABÓR. Do powieści! i) diorama (grec.) — właściwie duży obraz, malowany na przeźroczystej tkaninie z obu stron, wyglądający efektownie przy sztucznem oświetleniu, dzięki grze świateł i barw; tu tyle co panorama (rozległy widok).
GONIEC. Królewskie roty pierzchły niespodzianie
Przed ludem, który wodzów ma trzydzieści.
Z najodleglejszych przedmieść, grodów, wiosek,
Jak tylko okiem sięgnąć można z wieży, Plebs *) bieży — każdy, że tak powiem, klosek
W chorągiew przewńał i dzidą się jeży,
A każde ziarno, rzecby można, w kłosie W uzbrojonego męża zmieniło się... ZABÓR. Podobne wieści mogąż brudzić usta
Królowi wierne? Bunt podnosisz słowy... (słychać bicie zegaru; miecznik wstrzymuje się, i potem)
Aleć przebaczam. Żyj! Godzina szósta... (Do liczby sześciu pociąg mam takowy, Iż trzaby karku z pełniejszym czerepem, Bym o tak rannej dobie bił oszczepem). (jedną stroną Zabór zstępuje w głąb tarasu, drugą Strażny nadbiega; Goniec zostaje)
GONIEC, (widząc Stratnego) Skąd?
Czego? Poco?
STRAŻNY. O, jeden z zamkowych
Pogoni, bardzo nad innymi wzniesion... Straszliwa wróżba...
GONIEC. Z rzeczy co ludowych?
STRAŻNY. Królewski nagle się obalił jesion,
Ów stary, cieniu rzucający strugą, Któremu z dworska dano imię: «Tytan». i) plebs (lac.) — lud, tłum, motloch.
GONIEC. Precz mi! A jeśli z taką wie ścią drugą Powrócisz kiedy i, znów, ani pytań, Przez naciągnięte zdradziecko uwagi Będziesz mi starał się dołożyć wagi Do rzeczy, z siebie nie będącej niczem, To cię zasmagać każę, prochu, biczem.. (Goniec oddala się, Strażny zostaje pomieszany, aliści Pacholę ogrodowe z dzbanem cwałem się przybliża)
PACHOLĘ. Ogrodów wielkich wielki słoneczniku!...
STRAŻNY. Co jest?
PACHOLĘ. Rurami z przedmieść podziemnemi Do wodotrysków słodkie idą wody... STRAŻNY (nagląc) Dalej!...
PACHOLĘ. Ach, panie! Szedłem owdzie z dzbany,
Ry najjaśniejsze zrosić tulipany...
Brrum.
STRAŻNY. (gniewnie) Gadaj!... PACHOLĘ. Czarne muszą tam jagody Na górach tłoczyć: wszystkie w sadzie ścieki,
Fontanny wszystkie krwią rzygnęły rudą. STRAŻNY. Milcz, podły malcze, ja-ć tu zaraz ćwieki Założę w język i, jak czaplę chudą,
Na ogrodowym rozepnę parkanie,
Żebyś mi rannych nie truł chwil, tyranie. (Strażny oddala się zwolna w głąb ogrodu; Pacholę, truchlejąc, pozostaje; chwila milczenia)
PACHOLĘ, (zwracając się ku dzbanom) Przeklęte dzbany, sprawięż ja wam łaźnię! (Stawia dzbany; potem, oddalając się, ku jednemu)
A tobie naprzód, prochu, nędzo, blaźnie — (do drugiego, potrącając go nogą)
I tobie również, opieszalcze gruby,
Co się odymasz za mną z urąganiem!
Tak cię za ucho porwę, i tak w kluby Raz wezmę, że się nie wywiniesz łganiem — (porywa jeden dzban za ucho, drugi pędzi przed sobą)
Co wam do rzeczy się dziejących wgórze? Czy krew, czy woda, jedno tulipanom. Jakie mi mędrki!! Przecież i ja służę,
A milczę. Co to rozumować dzbanom? (oddala się, pozostawiając za sobą grunt skopany. Drugą stroną powoli wchodzi
Zwolon w szacie, naksztalt pielgrzymiego płaszcza zarzuconej; tymczasem z głębi wraca Slrażny, spogląda na ścieżkę, a potem przystępuje nagle do Zwolona)
STRAŻNY. Cóż to jest? Koła kreślisz, czarowniku,
I nieporządek na pańskim trawniku? Mów.
ZWOLON. (z wielkim spokojem) Jest to pieczęć, panie urzędniku. STRAŻNY. Jaka?
ZWOLON. Królewska pieczęć. STRAŹNY. Być nie może.
ZWOLON. Na sprzętach taką kładzie się ogrodnych.
STRAŻNY. (uważając wycisk dzbanów na piasku) Ha, wiem, rozumiem... ZWOLON. (solennie) Tak, jak słowo boże,
Przez chóry chórom płynie aż do godnych,
I lam rozognia, niżej rozpłomienia,
I niżej cieszy się,
A jeszcze niżej rozzielenia;
Tak i inna moc, kamień, tak się głupi śpieszy Po zagonach zniszczenia,
Ale nie rozzielenia...
Podrzeżniać wszakże prawdzie winien Krzywych spadów chórem, chórem rynien. (po chwili, w niebo spoglądając)
Znów się na deszcz zabiera...
Dowidzenia. (oddala się)
STRAŻNY. (po pewnem namyśleniu) Ten człowiek dziwny wpływ wywiera.
Rynek na przedmieściu.
W głębi kościół gotycki — opuszczony. Na placu tłumy ludu, potrząsającego wszelką bronią, podzielonego na oddziały różnobarwnemi sztandarami. Przy każdym sztandarze wódz i mówca. Gwar, szczęk, zamęt. Kobiety i dziatwa kończą obraz. Szołom w stroju powstańca tu i owdzie przebiega, każąc głośno)
SZOŁOM. (do niewiast) Która z was syna, bitego knutami,
Ramiona sine widziała, niech powie!... WDOWA. Oh, ja... I odtąd krew stu promieniami Poprzeciekała drogi me, * a mrowie Na lada rzeczy martwej uderzenie Przechodzi łono i wstrząsa odzienie.
SZOŁOM. (ku młodzi podbiegając) Kto jest, co matki twarz oglądał bladą, Kiedy go w nocy porwano z pościeli? CHÓR MŁODZIEŃCÓW. Oh, ja — ja także — i ja — całe stado Nas, jako orłów, którym las wycięli,
Jest tu, i szumi sztandaru piórami, Dziobami zgrzyta, zemsty szuka okiem. SZOŁOM. (stając pośrodku) A teraz — któż z was, szczególnemi snami Podniecan, albo w czas okryty mrokiem, Kiedy się miasto rozbudzi, kto, mówię, Aniołów zemsty groźne słyszał wycia? Albo mu wieniec złożyli na głowie,
Albo mu starzec na rozdrożu życia Poszepnął: «Godzin zbliża się mistrzyni, Czujże, bo w imię ludzkie ona czyni!...» BOLEJ. Ja jestem, zemstą przekarmiony głuchą,
Któremu dajmon *) sny nasyła dziwne, Tak, że beze krwi nudno mi i sucho,
Tak, że gałązki trapią mię oliwne,
I każdy wywczas staje się torturą,
A każdy uśmiech żywem urąganiem I Skąd niema gromu okrytego chmurą, Żebym go wczesnem nie uczcił witaniem, Ani zarazy, która ciągnie górą,
Żebym nie przeczuł jej z uradowaniem, Ani się pożar tak znienacka wśliźnie, Żebym go w wiatru nie czuł spaleniźnie. Boleści różnych będąc powiernikiem,
Gdy z ludźmi nawet ludzkie gadam rzeczy, To nieraz w duchu się odezwę krzykiem, Że owdzie chłopca wiejski pies skaleczy, Albo się gmachu zawalą sklepienia...
I teraz nawet...
SZOŁOM. (na ramionach Boleją ręce kładąc) Mężu przeznaczenia! ZWOLON.(wtłumie) Nieszczęścia synu!... SZOŁOM. (do kupiącego się ludu) Któż z was pomścić lepiéj Potrafi jeśli nie on człowiek wolny? Zaprawdę przyszłość ramię jego krzepi, Zaprawdę niedość wyrzec o nim: «Zdolny», Gdyż siłom, zdolność przechodzącym, sprostał.
Zakryte widzi — bywa, gdzie nie postał... ZWOLON. O bracia, wybór ten niedosyć tuszy
O czasów pełni...
JEDNI. Precz z teoretykiem!
DRUDZY. Precz z tym pedantem! INNI. Co mózg tylko suszy.
SZOŁOM. Co wichrzy, zgodzić się nie umie z nikim. i) dajmon (grec.) — zwykle: demon; duch (zazwyczaj zly), istota nadprzyrodzona.
C. Norwid. — Dzieła
ZWOLON. O bracia!... Wszystkim jeślić wolno szczerze Dla publicznego wyrzec co obtowu,
To niechże w wolność słów i ja uwierzę! Pozwólcie...
WSZYSCY. Dosyć, dość. A cóż tam znowu?
SIERŻANT. Mów! Niech już mówi! Gadaj, a niedługo!
ZWOLON. (Boleją pokazując) Ten młody człowiek, zemstą przekarmiony, Wolności mężem nie jest — sądu sługą,
I wy, i tamci — — A zaś rozwiniony Proporzec, wiecież, co u prawdy znaczy? SZOŁOM. Precz! Zdrada! Ducha chce osłabić w rzeszy.
ZWOLON. Obywatele. — Lecz czegóż? Rozpaczy
Albo ojczyzny? Nie wiem. Każdy śpieszy Na śmierć: żywota któryż szukać zdolny? Za wolność każdy umrzeć chce z ochotą, Jakgdyby cmentarz tylko zwał się wolny, A lada koniec jakby był istotą Nieskończoności... Zemsty, mówię, żądza Gdy o ojczyzny losach rozporządza, Ojczyzna z zemstą w związek wchodzą taki,
Że, kiedy jednej stanie się, to drugiśj Może nie stanie już...
SZOŁOM. Widziałżeś znaki Niebieskie?
JEDNI. Uchodź!...
DRUDZY. Dość! (szykują się i, potrząsając bronią, mają się do marszu)
ROLEJ. Wstęp już za długi,
Rzecz sama dłuższą być od wstępu może, A zakończenie tak, jak prolog. Przeto Żegnamy...
NIEKTÓRZY. Cha, cha!...
ZWOLON. (smutno) Pobłogosław Boże! SIERŻANT. Czy się nie raczysz bić, panie poeto? (słychać piszczałki, krzyki, rżenia; lud się kupi, w oddziały porządkuje, usposabia do marszu, rusza)
CHÓR. Zemsta, zemsta na wroga,
Z Rogiem, a choćby mimo Rogal...
ECHO. Zemsta, zemsta!
SIERŻANT, (do Zwołona) Hej, druhu, Dobrym jesteś człowiekiem,
Wróć! Siedziałeś w łańcuchu Pod zakrwawionym ćwiekiem,
I znów, jeśli nas zgniotą,
Siedzieć będziesz, jak pierwéj.
Wróć!
CHOR PIERWSZY. Na mury z ochotą Wpaść, i za mury, a bez przerwy Siec...
CHÓR DRUGI. Siec bez przerwy, ciąć zębami,
W chude wilków stado się przemienić! CHÓR TRZECI. Jak delfiny pluskać w krwi tarczami,
Czerwonemi piany grzbiet zrumienić... (wdali)
Hurra, hurra na wroga,
Z Bogiem, a choćby mimo Boga! (pojedyńcze wystrzały; krzyki i chóry giną wdali)
Inna część placu przed kościołem. (Po jednej stronie widać rynek i wychodzące zeń ulice, po drugiej cmentarz i okopy)
ZWOLON. (sam)...Dwa mnie gnały Płomienie —
Jeden biały,
A drugi w sine, w krwawe cienie.
Ten, co jest w krwawe cienie, znika,
Ten, co biały, z wnętrza się odmyka;
I, jak narcyzu gwiazda cicha,
I, jak listu obsłona,
Kiedy pieczęć stopiona,
I, jak biała postać, kiedy wzdycha Załamawszy ramiona,
I, jak błyskawica rozpłyniiona —
Tak się rozjaśnia płomień ów i kielich kwiatu.
A ta osłona rozwinięta,
Ten biały kształt, tęsknotą wykradziony światu,
Co wyrzucił rączęta
Nad rumieńcem skronie zapalone...
A ta myśl, czyli postać — nie wiem — jedność bytu,
A to razem skończone, razem nieskończone,
Z ziemi k’nie4>u idące i z niebios błękitu Na równiny zielone...
To kolebka, to truna! Nie, pokąd milczą, w słupie szumiącego drzewa,
Lecz, gdy owa odpłacze, a pierwsza od śpiewa Całostruna!...
Żyłem z niej i w nią żyłem. Widzieć teraz wolę
Tak doskonale całą i pełną istoty
Na narodowym orle, w blasku wielkim, jak pacholę Drugiego świata... z szumem prowadzącą roty,
I narodowej pieśni wiodącą psałtérze, Jakoby chórów cugi1), których rytm: w aniole,
W orle, w lirze...
I narodowej sławie — od Lecha do Lecha —
Przewodniczącą dłońmi, w skrzydła przepadłem!,
Co z powietrza garną dziejów echa,
Co przeplatać mogą wieńce ziemi!...
Żyłem z niej i w nią żyłem, widzieć teraz wolę,
Bo mam wolę,
Tyloma łzy, bolami, tylu niewolami Zwoloną, że nie pytam już, czy kto ją da mi...
Tylko pytam, kto splami,
A splami każdą trafu grą,
Każdą mową — bez słowa, Każdym fałszem, siną piekieł skrą...
CIIÓR. (u> oddaleniu, z szczękiem broni)...myślą, pieśnią ludową Zemsta — zemsta — zemsta!...
ZWOLON. A narodową pieśnią cóż? Aniołowie! Co jest pieśń narodu?
Czy na korze drzew ją pisał nóż?
Czy na piersiach kieł głodu?
Aniołowie! Którąż lo krynicą Napawano? Gdzie ta pieśń i czyja?...
CHÓR WIELU GŁOSÓW.
PIERWSZY GŁOS. Boga Rodzico, Dziewico —
DRUGI. Bogiem sławiona Maryja —
TRZECI. U Twego Syna, hospodyna, Matko zwolona, Maryja —
RAZEM. Ziści nam, spuści nam,
Kyrie Elejson,
Twego Syna Chrzciciela zbożny czas...
PIERWSZY GŁOS. Usłysz głosy, napeł nij myśli człowiecze,
Słysz modlitwę, jenże Cię prosimy...
RAZEM. U Twego Syna, hospodyna, Matko zwolona, Maryja,
Ziści nam, spuści nam Twego Syna Chrzciciela zbożny czas — Kyrie Elejson.
ZWOLON. (ręce podnosząc, głosem wielkim) Tworzy się, tworzy,
Aż otworzy. l) cug (niem.) — przewiew, zaprząg — tu: szereg, wielka liczba.
Pieczęć i grobu dach.
Zemsty nie będzie,
Ale wszędzie
Cień zmartwychwstałej — i strach 1
Tym, co, jak piana
Wywścieklana
Bluźnią i burzą, — traf.
A zamyślonym,
Zaserdecznionym,
Niebieskich moce praw.
I tym, co bluźnią Kluczem a kuźnią,
Gdy zmartwychwstania dzień, Błogosławienie I zapomnienie I zmartwychwstałej cień.
Tworzy się, tworzy,
Toć otworzy!
Wiernymbo wierny On;
Nie na klucz morze Zamknął i zorze Żywot i żywotzgon...
Dolne zamku pokoje. (Zabór i Stylec)
ZABÓR. Nakoniec deputację z przedmieść wyprawili...
STYLEC. «Ci co zostali®, pisać — czy: «ci, co dożyli?®
ZABÓR. «Ci, co zostali». (po chwili)
Lepiej: «co dożyli», bowiem
Jeżeli tylko, «co zostali)), powiem,
To jeszcze król jegomość prawdy stąd nie zgadnie,
Która jest, iż ruchawkę rzezano przykładnie.
A przeto — «co dożyli...»
STYLEC. Przeto, co dożyli,
Nakoniec deputację z przedmieść wyprawili.
ZABÓR. Przy tej więc list niniejszy kłaść mam za powinność,
Mówiący, gdzie i w jaki sposób zaszła czynność,
Jak wierny Panu rycerz... Panu — «P» ogromne...
STYLEC. (pisząc) Ogromne P...
ZABÓR. Jak rycerz — rycerz więc, nie pomnę,
Gdzie mi się podział — rycerz, rycerz, wierny Panu,
Jak...
STYLEC. (pisząc) Wierny Panu rycerz —
ZABÓR. Patrjota stanu —
P małe.
STYLEC. Małe.
ZABÓR....Umiał pod tą naszą wodzą Nikczemną wielkich rzeczy dokazywać... (słychać uderzenie dzwonu; Zabór wstrzymuje się)
STYLEC. Wchodzą...
ZABÓR. Dwa — cztery — osiem. Z dzwonu wnoszę, iż osoby Szlachetne, czy ministry, więc lepiej byłoby,
Ażebyś to jegomość skończył piórem wla-snćm,
Odczytał i przepisał, potem znów na czysto Przepisał... (ma się ku drzwiom)
ZABÓR, (wracając od drzwi) W określaniu zwycięstw nie być ciasnym, Dać wolny bieg fantazji! Pisarz jest artystą,
Powinien umieć rzeczom kolor nadać żwawy.
Pisarza myśl jest wolną. On, jak trąba sławy,
Grzmi, huczy... Taką acpan trąbą stań się, prosim
I my, i sztuka — (sztuki, ile można, wznosi m,
I wolność myśli także) — dawne bohatery, Naprzykład Kserkses, Sylla, znali estetykę. Chowali istrjonów *)> skąd potem Iłomery, Kornele i Rasyny: pierwszy retorykę, Klasykę wznosi drugi: każdy przy swem biurze
Pracuje po swej części, w osobnym mundurze.
Rozumiesz acpan... Gdzie on?
STYLEC. (na boku, z pularesem)...Sztuka stenografji Czasowi kradnie myśli upuszczanych złoto.
Spisałem je, gdyż rzadko na skarb się natrafi.
ZABÓR, (kładąc mu rękę na ramieniu) Pilności tej nie ganim, acpana ochotą Cieszym się. Jest to dowód może nazbyt drobny,
Nie przeto, w stanie służby, znajdzie wiersz osobny. (wychodzi) i) his trio, słowo etruskie, oznaczało u Rzymian aktorów; dziś w znaczeniu pogardliwem: komedjant.
Rynek na przedmieściu.
W głębi kościół gotycki — podwoje na-roścież otworzone; wnoszą rannych, wynoszą trupy, których wiele wkoło wchodów kościoła i na placu spoczywa. Po prawej stronie stos spalenizn i popioły rozwiane, po lewej ulica ku zamkowi. Różni ludzie przechodzą pojedyńczo.
SZOŁOM. (w stroju podróżnym) Człowieku wielki, cóż to nam zdobyli? Krew, wstyd i kieszeń bolesną ruinę. Błagałem próżno, próżnośmy przeczyli... Próżno krzyczałem: «Bracia! Jakąż minę To nierozsądne ma walczenie młodzi,
Co, (że tak powiem) szkodząc, jużci szkodzi!» (po chwili, za Zwolonem idąc, który milczy, i, zaglądając mu wciąż w oczy)
Odwagi więcej było w zaprzeczeniu,
Niż w nierozsądnem zemsty poduszczeniu. Przecz umiejętność prawiej władnąć może, Niż szable, — wielka dla dziatwy pokusa, A które cóż są? Stal. Więc czemuż noże Kuchenne, sztandar zrobiwszy z obrusa, Pod tryumfalny łuk nie idą z chwałą,
Że się im siekać szczęśliwie udało?... (chwila milczenia, Szołom krok w krok pośpiesza za Zwolonem, zazierając mu pod kapelusz)
Nieprawdaż, panie? Ducha, ducha, panie, Nie studjowali i są, jak poganie.
Pan to rozumiesz? Ducha! biada, biada,
A wszystko potem na kark mędrca spada. (z wyrazem smutku, zatrzymując Zwolona znakiem ręki)
Cierpmy — tymczasem żegnam w duchu druha.
ZWOLON. A jakże godność?
SZOŁOM. (uchylając się zręcznie) Szołom, sługa ducha... (Szołom przepada w jednej z ulic, Sierżant na szczudle się przybliża)
SIERŻANT. Człowieku podły, tyś nam zniszczył siły,
Kiedy się masy w orszak zgromadziły,
I na słów kilka, zaostrzonych chytrze, Wciągnąłeś całą elektryczność rzeszy,
I padła. Ciesz się! Jak się ona cieszy,
Tak samo ciesz się! Czy twój laur wytrze Tę krew? A mądrość twa czy taka duża, Jak one trupów błoto u przedmurza? (różni ludzie gromadzą się wkoło nich)
Jać nie prawiłem, ale patrzno wasze, Gdzie mi się wroga oparły pałasze. (Zwolon ku czołu wznosi rękę dla odkrycia głowy, Sierżant porywa się ku niemu)
SIERŻANT. Co?! Jeszcze ramię będziesz mi zamierzał?
ZWOLON. Z uszanowaniem dla cierpienia...
WSZYSCY. Cha, cha!...
Znamy się! Dobrze acan w puchu leżał, Kiedy się mury rwały...
SZOŁOM. (w tłumie) Tego gacha Trzeba nauczyć raz —
SIERŻANT. Latarni niemal...
KOBIETA. Ale kamienie są... Razem czterema 1... (Zwolon uchodzi, za nim tłum)
TŁUM. (goniąc) Och, a! Filozof skoczył... Bah, w kolano!
Przyśpiesza kroku... (Giną w bocznej ulicy) (Kobieta w żałobie przechodzi przez płac, chłopiec przy niej)
CHŁOPIEC. Mamo, powiedz, proszę, Żeby na pana tego nie rzucano,
I, jak mię łajesz, gdy łabędzie płoszę Na stawie rano,
Tak wołaj, mamo, by nie rozbijano! MATKA. Co starszym wolno, to chłopczykom zasię...
CHŁOPIEC, (rękę podnosząc) Jak będę duży — poczekajcie! Stanę Tam, ponad wami, wgórze na tarasie,
I obeliski pozwalam ciosane Na głowy...
MATKA. Kwiatów zbierz tymczasem wianek Dla siostryl DZIECIĘ, (za pędzącym tłumem ciągle patrząc) Mamo, nie!
MATKA. To mi szatanek!...
W głębi zamku dziedziniec.
Na bałkonie szerokim pod baldakinem król, królowa, dwór, urzędnicy rozmaici. Niżej, na placu, tłumy ludu wokoło wodotrysków, w wieńce sztuczne ubranych; muzyka, wrzawa i wiwaty — niekiedy milczenie krótkie, głuche.
KRÓL. (zwysoka) Skarcona jest nieprawość, prawi nagrodzeni,
I potok łaski pańskiej wylał się szeroko. Ten z obojętnych rolę opłucze kamieni.
Cieszym się — to powinno wzruszyć was głęboko,
A, serca ku ochoczej zagrzewając wrzawie, Stary nasz tron otoczyć pląsy radosnćmi, Który, acz dosyć mocen w sobie jest i w prawie,
Nic przeto jednak gardzić nie chce poddanymi,
Lecz, owszem, bardzo czule patrzeć na to lubi,
Co w łańcuch się foremny współuczuciem ślubi.
RZESZA. Niech żyje króli...
KTOŚ Z TŁUMU. I mówca wielki I...
PROFESOR....Wielki mówca:
Co powie, to jakgdyby wyjęto z grobowca. Styl prawie lapidarny 0, słowo marmurowe.
Szczęśliwy naród!
SZTUKMISTRZ. Słodko jest położyć głowę
W tak pięknie nadpisane zwierzchu sarkofagi.
HAROLD. Jak byłem w Rzymie, pomnę, widziałem szparagi,
Zieleniejące w grobie wielkiego Scy-pjona2).
OBYWATEL. Rad wierzę — słodkie kli-ma, gleba doprawiona... (słychać trąby, potem balkon i rzesza się ucisza — Królowa wstaje z miejsca swego)
WOŹNI. Teraz królowa jejmość głos zabiera z tronu!
KRÓLOWA. Królowi sprawiedliwość, nam czułość udziałem.
Niech przeto ogłoszonem będzie w państwie całem,
Iż słodki nasz małżonek, pan i stróż zakonu,
Dozwolił się ubłagać w sprawie buntowników.
RZESZA. Wiwat! Słuchamy.
KRÓLOWA. Miejskich nazwisko pomników
Miało być «Ugoldmo»3) na pamiątkę kary, Jaką Opatrzność zsyła za złamanie wiary. Lecz odtąd ten plac bitwy zdobimy w pokorze
Imieniem naszem; odtąd przeto «Elwi-ryno»,
A nie już «Ugolino» mówi się na dworze...
RZESZA. Wiwat królowa! 1) lapidarny (lac.), ryty w kamieniu, stqd: zwięzły, dosadny. 2) Publius Cornelius Scipio Africanus Maior (235 — 183 przed Chr.), pogromca Kartaginy. 3) Ugolino, bohater tragicznej opowieści (śmierć głodowa ojca i dzieci) w «Pieklc» Dantego.
JEDNI. Jakto?...
DRUDZY. Wiwat!
SZOŁOM. Czy być może?
Doprawdy Elwiryno? Więc nie Ugolino!...
HAROLD. Jak byłem w Tebach, pomnę, siedząc pod ruiną,
Widziałem płaczącego rzewnie krokodyla, Który — (jak Wężyk pisze)1) — rzadko się rozkwila. (słychać trąby, poczem balkon i rzesza się ucisza)
WOŹNI. Teraz ministrów prezes mówi z balustrady.
PREZES. Zważywszy (czego liczne w dziejach są przykłady),
Że niema nic nad szczęście współobywa-telów,
I że krom obowiązku, w myśl przybocznej rady
Przeze mnie objętego, innych nie znam celów...
RZESZA. Wiwat!...
PREZES. Zważywszy...
RZESZA. Wiwat!...
PREZES. Iż przedmieścia (zwane Od dziś dzień Elwiryno), z handlu bardzo znane...
ŻYDZI. Wiwat!...
PREZES. Zważywszy, mówię, bezinteresownie,
Potrzeby, będzie wolno sprawiać się stosownie (Tamecznie zamieszkałym) do woli kró-lewskiéj,
I będzie wolno jeszcze: primo, suszyć deski Na placach, miejsca błotne przesypywać piaskiem,
Cieszyć się (co największa) gazu wynalazkiem,
Et caetera; zważywszy, iż dzieląca rzeka Stolicę i przedmieścia dowóz rzeczy zwleka,
Przyzwala się od strony królewskiego portu
Na wsparcie mostów-’); zresztą ciężary paszportu
Znoszą się i dość będzie mieć podróżną kartę. 1) S. p. Władysław Wężyk — z oryginalności pióra (a więcej z przymiotów osobistych) między młodzieżą polską znany — umieścił był w Bibljotece Warszawskiej wyjątek ze wschodnich swych podróży, gdzie romans Krokodyla i lamenty jego opowiada, podobnie jak o delfinie Plinius junior w listach. (P. P 2) Jedno z dobrodziejstw, w imię Trójcy Przenajświętszej, kongresem wiedeńskim akordowanych naj-łaskawiej Krakowa mieszkańcom, tak zapowiedziane znajdujemy:
«l’ar unc suitę de cette concession S. M. I. et Ii. apostolique a rćsolu de permettre ćgalcment i la
RZESZA. Wiwat!
KTOŚ Z PRZYTOMNYCH. A cóż on?
RZESZA. Wiwat!
HAROLD. Gdy zwiedzałem Spartę,
Zdarzyło mi się w ręce popaść rozbójników.
Z tych jeden zdarł mi odzież, łecz pośród drobnostek
Znalazłszy mały objekt, kruczek do guzików
Zapięcia, ten mi oddał. Miałem stąd. prognostyk,
Że przecież się zahaczać gdzie potrafię w biedzie.
I stało się, bo wkrótce słyszę: goniec jedzie,
A był to straży goniec, wyprawiony przodem,
Która tam ze zbójeckim harcuje narodem.
Więc — wrzawa:, napad; zdała, siedząc obnażony,
Patrzyłem, jak gladjator, w widza przemieniony, 1 koniec końców, sakwy odzyskawszy przecie,
Ubrałem się, a kruczek służył tuałecie.
Stąd zaraz sens moralny.
ÓRYWATEL..Takto sens moralny?
HAROLD. Że kruczek do guzików sprzęt niepryncypalny,
Może się jednak głównym stać i najważniejszym.
OBYWATEL. I...
HAROLD. Wreszcie, że należy też być uważniejszym.
Noc w podziemiach. (Spiskowi się w głębolciem milczeniu zgromadzają, zajmując miejsca pokolei. Światło jest niepewne; urna wielka pośrodku, przy niej siedzi prezes towarzystwa.
PREZES. Dość już zemsty, rozpaczy, Miłość tylko niech działa.
Wszystko będzie inaczéj,
Rzecz odmienia się cała. (szmer zadowolenia) ville librę de Cracovie d’appuyer ses ponts & la rive droite de la Vistule — et d’y attacher ses ba-teaux» *) — Sztuka stawiania mostów (które na jednym brzegu ostaćby się nie mogły) wpłynęła dzielnie na zupełne dotrzymanie onej obietnicy. Akt niniejszy umocowany został podpisami książąt Metter-nicha i Hardenberga, niemniej hrabi Razumoffskiego w swojej części. Kładą się te szczegóły, ażeby nie posądzano nas o wymysł komiczności zbyt płochej. (P. P.).

  • ) W myśl tej koncesji Jego Ces.-król. Mość apostolska postanowił pozwolić również wolnemu miastu Krakowowi oprzeć swe mosty o prawy brzeg Wisły i przywiązywać tam swe łodzie.

Tamta spisku osnowa Treści miała niewiele,
Teraz będzie rzecz nowa,
Nowe siły i cele.
CIIÓR. Jakże tedy to będzie?
PREZES. Naprzód kochać się... WSZYSCY. Wiwatl...
EDGAR. Więc już przecie w tym wzglę dzie
Dość jest ognial...
PREZES. A prywat Też zapomnieć i przysiąc,
Że się kochać będziemy,
Że ci dawni, to nie my.
CHÓR. Więc kochajmy się! Wiwat! Więc zapomńmy już prywat! (członkowie nawzajem rzucają się w objęcia, cichość wraca)
KALASANTY. Bracia! Wnoszę, ażeby Każdy serce w pierścieniu Nosił...
KTOŚ TAM. Lepiej byłoby Bez tych oznak.
KALASANTY....W imieniu Ziem, skąd posłem się zowię,
Choćby upadł ten wniosek,
Nieomylnie go wznowię.
Serca, serca, panowie!
EDGAR. Niech na sercu trzy głosek Zlotem będzie wyrytych:
T. A., wreszcie K. — przy tych Głowa trupia i kości.
KTOŚ TAM. Pocóż one smutności? SIERŻANT. Że brat gorszy się smutkiem, To mię wcale nie dziwi.
W zeszłym boju, acz krótkim,
Gdzież bo byli szczęśliwi?
RÓŻNI. Wiwat! Tęgo mu zaciął...
KTOŚ TAM. Kto tu z moich przyjaciół, Niech mi w pomoc nadbieży!...
SIERŻANT. Kto tu z starych żołnierzy, Niech się za mną ozowie — (zaczyna się zgiełk, szamotanie; glosy pojedyncze przepadają)
RÓŻNI. Hura!...
PREZES. Przebóg, panowie,
Straż posłyszy na wieży...
SIERŻANT. A niechby ją!... Tu, panie, Nie o fraszki spotkanie,
Tu o honor i blizny.
Wiwat miłość ojczyzny... (tu się zamęt ucisza, tam znów wzmaga — nieład ciągły)
SZOŁOM. (do Maski, która mu schyla się na ramię) Królu, chwila a straże Wraz uderzą, gdy każę...
MASKA. Cyt! Nie wątpim, lecz rączym Poznać rzeczy te zbliska:
Co chcą, gonią się za czćm I w czćm środek ogniska.
SZOŁOM. Wszystkie pany i króle I najwięksi z cesarzów Szli tak samo pod kule,
Wiernych tylko pisarzów Albo mając przy sobie.
Świętej miłych osobie.
Wszakże sprosną nie zowię Ostrożności potrzebnéj I dlatego mam w rowie Drabów oddział służebny.
Ile bowiem wam, panie,
Bohaterstwo wrodzonem,
Tyle siebie zaprzanie Nam i służba za tronem.
MASKA. Milcz! Pochwalam. (zamieszanie się nieco uspokaja, niektórzy na miejsca powracają)
PREZES....Pięć gałek Jest za sercem w pierścieniu.
Dziesięć przeciw —
OŹÓG....Ten śmiałek Przyrwał sprawę w korzeniu!
KALASANTY. Partję sklecił naprędce, Trza pomyśleć o wędce... (zaczynają się szepty, zgromadzenie na grupy się rozpada)
SZOŁOM. I zaprawdę, że warto,
Gdyż serdecznych przeparto.
KALASANTY. Ach, nie wiecie bo, druhy, Gdzie tych rzeczy osnowa.
Głowa, głowa, brak skruchy Filozofja ta nowa I to serca wyprucie,
Skąd jest wszystko — uczucie!
Więc na dobrąby sprawę Głowę trzeba obalić,
Wyprowadzić na ławę,
Przewotować i spalić.
Spalić, mówię, jak czyni Z mumja Arab w pustyni »)
WSZYSCY. Wiwat!
KTOŚ TAM....Przebóg, panowie, Głów nie łamcie, jak głowie Skręcić głowę, lecz owszćm Sądem rządźcie się zdrowszym!
Jeśli bowiem sąd miniem (A ten w głowie się sklepi),
To, jak głupi, poginiem,
To się zgubim, jak ślepi.
JEDNI. Z głowy wszystko, nie z piersi. >) Arabowie dzisiejsi wśród chłodnych nocy na pustyni używają mumij w braku drzewa, zapalając ogniska. (P. P.).
DRUDZY. Wszystko z piersi, nie z głowy. OżóG. Prostsi bądźcie i szczersi,
A niech, mówię, sąd zdrowy I gminnego ton ducha Coś wypowie na radzie,
Wiele bowiem jest z brzucha!
WSZYSCY. U, hal...
OŻÓG. W lada przykładzie
Znaleźć mógłbym świadectwo. KALASANTY. Materjalizm!...
OżóG. Szlachectwo!...
EDGAR. Wzniosłych rozbój podrzutów. SIERŻANT. Tak, lecz żołnierz bez butów...
PREZES. To finansów jest rzeczą,
Temu bracia nie przeczą.
OŻÓG. Więc finanse, wakanse i awanse, jak dawniéj —
A gdzież postępl...
PREZES. Panowie!
Wszyscy, którzy są sławni W dziejach, wszyscy wodzowie Szyk cenili przed wszystkiem.
Wzywam przeto, ażeby Ze spiskowym tu świstkiem Każdy stanął... (członkowie się zaczynają porządkować, każdy znak swój dobywa. Szołom z Maską uchodzą)
PREZES. Dobrzeby
Skończyć radę tak schludnie,
Jak zaczęła się cudnie... (Prezes wkłada kapełusz)
Górne zamku pokoje.
Północ. Krół, za nim Szołom, obwinięci płaszczami, wchodzą.
KRÓL. Królowo!
KRÓLOWA. Panie!
KRÓL. (na ramiona Szołoma płaszcz zrzucając) Kwiatów wam z przechadzki
Ni sielankowej nie wnoszę rozmowy.
W jaskini spisku byłem świętokradzkiéjt KRÓLOWA. Przebóg! O panie!...
KRÓL. I cały, i zdrowy*
I dziwnie wesół, dziwnie wracam rady. KRÓLOWA. Cóż to jest, panie?...
KRÓL. (z przesadą klasyczną) Widziałem szkarady —
Nie, gorzej: płaską widziałem pustotę I takie głupstwa takiego pokłady, że aż mi słodziej deptać tę hołotę,
Że aż mi jaśniej stawa się przed okiem. A, rozpatrzywszy wszystkie dzieła nasze
Przeciwko ludu, głoszę się prorokiem. Gdzie płaszcz i wieniec złoty? Podać czaszęl
SZOŁOM. (podejmując purpurę i insy-gnja z marmurowego stołu) O panie! Rzeczy te się gęsto spiszą I harmonjami rymów dokołyszą,
I wielka epos z tych wyrośnie czynów, Jak rzeka, przez las płynąca wawrzynów. A późny człowiek bardzo się zadziwi,
Że taki wielki pan i tak szczęśliwi Poddani kiedyś byli — ci nieżywi!
KRÓL. (obwijając się purpurą, teatralnie) Łez tych nie ronić, siąść i skreślić czysto
Myśl, co mi w oczach gore promienisto: (Szołom pochyla się na stół ku pisaniu)
Poddani moi! Złe, co was uwiodło
I na okropne zaniosło bezdroża,
Czyni, iż miłość bierzemy za godło... Wspaniałomyślna będzie to obroża Na podłe niecnych karki buntowników. Skąd znaczę państwa odtąd hieroglifem: W pierścieniu złotym serca dwa z krwawników
Na jednej z dawnym tarczy wężogryfem1) A każdy z wiernych uczci godło nowe Jako królewskie, jako narodowe. Scripsi...*) Niech trębacz jutro tym ukazem
Przy huku kotłów, przy wrzawie rycerzy Rozbudzi miasto...
SZOŁOM. (uchylając czoła) I rozrzewni razem.
KRÓL. Dość jest. Szołomie, wróć! (Szołom uchodzi. Król w purpurze i wieńcu na chwilę zostaje nieruchomy, Królowa stoi w głębi sceny i uważnie nań patrzy)
KRÓL. (podnosząc się z miejsca, do Królowej) Na szczycie wieży
Wśród noctiluce3) blasku, o Elwiro, Niechbym przeklinał losy w lwem objęciu!...
KRÓLOWA. Pacholę dawno tam prze-stawa z lirą,
I róże, wonność gotujące księciu... (Król i Królowa mają się ku drzwiom w głębi sceny)
KRÓL. Elwiro, dziecię to czy zawsze blade?
KRÓLOWA. O, znikające i na wyśpie-wieniu...

  • ) 8ryf (or.-lac.), bajeczne stworzenie: lew z gło-wą, dzióbem i skrzydłami orła.

2) scripsi (tac.) — napisałem, a) noctiluca (lac.) — tświccąca podczas nocy», księżyc (po łac. rodzaju żeńskiego).
KRÓL. (z nie jakiem wzruszeniem) Bę-dzież mi gorzko!
KRÓLOWA. Lekarz złożył radę
Z najuczeńszymi, radę o cierpieniu...
KRÓL. I cóż? Że stracę, mówili, słowika...
KRÓLOWA. Tak, panie...
KRÓL. (posępnie) Nowa trumna się odmyka.
Już pozwoliłem, by matkę widywał.
Po jednym z bitnych wdowa generałów —
KRÓLOWA. Pozwól jednakże, że i ten zarywał
Na chorobliwych pełnego zapałów.
KRÓL. Tak — ależ bitwy wielkie mi wygrywał.
KRÓLOWA. I równą łatwość w armji miał władaniu,
Jak to pacholę w lutni zażywaniu. (W drzwiach środkowych znikają)
Na wieży zamkowej.
Po prawej stronie poręcz schodów, zsię-pujących do zamku, po lewej stół, siedzenia, kobiercami okryte; naczyń wiele bogatych. Cały taras kwiaty otaczają — w głębi widok na miasto, oświecone pełnią księżycową.
PACHOLĘ, (pól na ziemi, pół na stopniach kolumny (jako we śnie) wsparte, niekiedy ręką trąca lirę poruszoną opodal)
Śpiew:
Schnie i blednie, z oczu znika,
W trumnie się położy,
I nie będzie tu słowika,
Chyba gniew go wstrzyma boży Lutni urzędnika!...
Doktorowie tam uczeni Z królową mówili,
Kupią wkrótce i kamieni Na monument krotochwili Pod koniec jesieni!
Ale anioł lepiej mówi: ((Dobrze ci z chorobą,
Tu być ptaszkiem trzeba lwowi.
Tu z mgły trzeba być osobą,
Aż świat się odnowi! ((Dzieckiem, dzieckiem baw — a potem Zewlecz tę dziecinę, 1 już zaklnij calogrzmotem,
CaJożywot zbierz w godzinę,
Zapiorunuj groteml»
PACHOLĘ, (podnosi się i, wyciągając ręce) O aniele niewidzialny,
Jak ci to na imię?... (powracając głowę do kolumny) Judyt — Judyt!... (Król i Królowa, do połowy widzialni, o poręcz schodów wsparci.
KRÓLOWA. Idealny
Głos, zwłaszcza przy rymie.
KRÓL. Balladę czy też nowy śpiewa pa-negiryk?
KRÓLOWA. Tworzy sam — na przed-grobiu...
KRÓL. (z Królową na wierzch tarasu występując) Szczególniejszy liryk. (zbliżywszy się do dziecka)
Smutno jest nań poglądać...
KRÓLOWA. Panie, racz być przede (Jak umiesz) dla cierpiących słodkim... KRÓL. (ze stołu czaszę podejmując)...Biedne dziecię.
Wnętrze domu miejskiego.
Chwila przed wschodem słońca. Lampa na stole dogorywa, niżej kołyska, wpół zakryta, u stóp jej Porcja. Wacław wchodzi.
WACŁAW, (na krzesło się rzucając) Porcjo! Kochałem wszystko, we wszystko wierzyłem,
We sny i w jaw, i w siłę mas, i w siły własne,
A dziś... zaklinam ciebie, powiedz mi: marzyłem.
Z jaskini spisku wracam. Takie wszystko ciasne,
Szpitalne, niedostałe, tak zapalnie nudne
I suchotniczo wściekłe (może nawet brudne...),
Żebym już pragnął z ciała w przepaść jaką ciemną Wylecieć, Porcjo — tylko, byś ty była ze mną...
PORCJA. Codzienne to wybuchy. Przeklinając, tworzysz
I trwasz...
WACŁAW, (zakrywając twarz rękoma) W cudownem kłamstwie!
PORCJA. O, jak ty mnie trwożysz, Wacławie!...
WACŁAW. A więc mówmy, o czem chcesz!...
O niczem,
Bylebym cię z weselszem oglądał obliczem... (długa chwila milczenia)
WACŁAW, (wstaje, przechadza się i wraca na toż samo miejsce i znów siada) To nocy odpływanie, ta światłość zaranna Przy lampie, co, czuwaniem wycieńczona, mdleje,
Bawią mnie — radbym dumał, chwiał się, jak dziewanna,
Gdy złotym kwiatów deszczem po nizinach sieje,
I drobne kochał rzeczy, życie kochał drobne,
Zakryte, nieprzystępne, lecz w tobie osobne, I chciałbym... mimo czasów nieprawe owoce,
By dniami dnie zostały, a nocami noce, Muzyka nie zgrzytaniem, łkaniem i szaleństwem,
A nie malarstwem rzeźba, słodycz nie męczeństwem,
Tragedja nie porwanych ogryzków mo-zajką,
Prawda prawdą, i bajka raczyła być bajką.
Ale to wszystko... (ku żonie rękę wyciągając)
Porcjo, czy jesteśmy sami? (błędnie wkoło spojrzawszy)
Ha, jedno jest, jak pragnę —
PORCJA. Cóż?
WACŁAW. Że łzy — są łzami. (coraz bystrzej przeziera światło w oknie głównem, lampa znika; drzwi się z łoskotem otwierają, wbiega dziecię)
CHŁOPIEC. Wacławie!...
WACŁAW. Co się stało?
PORCJA. Matka gdzie?
CHŁOPIEC, (pochylając się ze znużenia)
Nie mogę... W kościele — lam z nią byłem...
PORCJA i WACŁAW, (zbliżając się do dziecka) Ryła tedy z tobą,
Lecz teraz?...
WACŁAW. Cóż się stało? Mów...
DZIECIĘ, (nieprzytomnie) Całą podłogę Kościoła zasypano kwiatami białemi...
WACŁAW. To nic, konwulsje lekkie — ma je z urodzenia.
DZIECIĘ. Szedł biskup, potem księży chór, kwiaty na ziemi Szeptały: «Chwala!» — Kwiatów język się nie zmienia,
Jak język polski, w sercu zawsze jednakowy...
Sam przyznasz — tylko odrzuć myślą cudzysłowy:
Fiołek mówił: «Chwała», i lilja biała mówiła: «Chwała!»
Gdzie matka, gdzie? Przed chwilą z książką tam klęczała.
Zakonnik nowy przybył, były obłóczyny — I to dlatego kościół w kwiatach, w blasku, w woni.
A wiesz, kto ten zakonnik, i za jakie winy, I jak się zowie? Zwolon, ten pan, co to oni Rzucali nań — (ręką pokazując na Wacława)
Ty mówisz w sercu, że on głupi.
Gdzie matka, a... ja nie wiem gdzie... Lud s.ię tak kupi... (po przestanku)
Rozmurowano ścianę z cegieł za kościołem, On wszedł i, jak umarły, stał z żółtawem czołem
Wśród tylu cegieł żółtych, i wapna, i żwiru... (znów po chwili)
Powiedzą: «Umarł» — tak jest, językiem z papićru.
Tak ci powiedzą, ale nie językiem kwiatów, Co taki jest, jak polski — zwiany z aromatów,
Co nie ma sklepień, aby echem mu odrzekły,
Bo czcze są i sklepienia... (z uśmiechem)
Nieraz mi rozciekły Nad wyrzuconym oka promieniem, i czułem,
Że, jako namiot włócznią, parłem je lub prułem,
A błękit mi strugami lał się przez sklepienia, Albowiem czcze są... (podnosząc się, jakby był przytomny)...Śpiewy, kwiaty i kadzenia, Tam matki mojej czoło, nad książkę schylone,
A tam pomiędzy cegły wpada dym czerwone,
I z dymu tego ręka ku mnie się wyciąga,
Jakoby kłos, żółtawa, drżąca tak promiennie,
I te mi słowa pisze: «Wy!», a mówi (dziwno,
Że ręka mówi; wszakże przyjmij!o ode mnie,
Bom dziecko) — owoż ręka polszczyzną przedziwną To mówi: «Weż nazwisko, które jest ze świata,
I już mi niepotrzebne, i już precz odlata, Weź, ale i «Was» dodaj, wszystkich)) — i zniknęła. (z dziwnym uśmiechem)
Jak oni to cegłami prędko zasuwają,
I wapnem jak to oni prędko zarzucają!... (po przestanku)
Z początku plama była na murze wilgotna, Jak trumny cień, a potem schnąć zaczęła z boków,
I tak się, jak osoba zwężała suchotna,
I jako runo szarych na niebie obłoków,
I jak przelotny ptaka cień na ścianie bialéj, I jako plama w oku patrzącego drżąca,
Co nie jest na przedmiocie, ale latająca... (budząc się)
Gdzie matka, tego nie wiem. Zbiegłem kościół cały
I nic nie chciałem mówić, nic nie powiedziałem,
Bo cóż powiedzieć mogłem?... (wchodzi Matka; ucisza kroku i, wyciągając rękę)
MATKA. Zostawcie go!
CHŁOPIEC. Spałem.
MATKA. Pogrzebu widok, przytem tłum i dym i świece,
Które sprawują duszność.
PORCJA. Perfumy kobiece.
MATKA. Cóż tobie? Źle?... Aniołku! WACŁAW. (podnosząc chłopca) On tylko żartował.
DZIECIĘ, (do obecnych) Przepraszam państwa...
WSZYSCY. Czemu?
CHŁOPIEC. Pewniem tu chorował.
WACŁAW. E, gdzież tam!
CHŁOPIEC. Ależ proszę!...
MATKA. Cóż?
CHŁOPIEC. Nieprawdaż, mamo,
Mówiłaś raz, że Cezar chorował tak samo? WACŁAW. Zabawny chłopiec.
PORCJA, (podając czarkę do ust) Wody napij się, aniele,
A tylko pij pomału...
WACŁAW. Chłopcze, pij niewiele!
Na placu głównym.
Wokoło ulice, drzewami ocienione; w głębi widok na zamek i celniejsze budowle. Wiele ludu, świątecznie ubranego, przechadza się lub siedzi na zielonych ławkach pod drzewami.
HAROLD. Wszystko dziwnie się plecie W tego państwa tu świecie,
A, kto rzeczby spisowal I połączyć chciał, pewno Ciągby gorzej popsował.
Tak bo oschle i rzewno,
Tak wrzaskliwie i głucho,
Tak wątpliwie i pewno,
Tak nie wiedzieć jak... słowem,
Że nie z dziejów te dzieje Z ich monarchą treflowym.
Ile razy kur pieje,
Tyle razy się chwytam,
Czy nie znikłem w podróży,
I o hotel mój pytam,
I o chłopca, co służy. (zajmując miejsce na jednej z ław pod drzewem)
Chciałem zacząć tu dramę,
Lecz spleen ) przerwał mi nagle.
A więc romans? Gdzież! Same Bez krwi twarze, jak żagle,
Po fal błądzą otchłani,
Aż mi parno w tej bani... (do swego Cicerone)*)
CICERONE. Król łaskawie wynalazł Herb dla miasta i państwa.
HAROLD. A, winszuję, winszuję... (Artystyczność tyraństwa).
CICERONE. Przytém...
HAROLD. Jeszcze coś przytém?
CICERONE. Człowiek ma być zabitym Knutem; pono spiskowy,
Lecz to sądem ministrów.
HAROLD. A, ministrów!
KTOŚ TAM. Graf Bystroff
Dosyć bywa surowy...
HAROLD. A, surowy! Cóż począć? HAROLD, (widząc, iż obcy spogląda ze smutkiem naokoło) Czy pan nie chce tu spocząć? —
KTOŚ TAM. Chciałbym, ale gdzie daléjl... ORCY. (oddalając się z westchnieniem) Ta się ziemia zawali! 0 spleen (anq.) — chorobliwy rozstrój nerwowy, objawiający się zobojętnieniem dla wszystkiego, chorobliwe przygnębienie. 2) cicerone (włos.) — przewodnik, oprowadzający i objaśniający. (bębny dają się słyszeć, potem straż nadciąga i egzekucyjne korowody; środkiem obżałowany postępuje)
HAROLD. Jeszcze bębna też brakło! JEDNI. Biedny Wacław.
DRUDZY. To lice
Jakże nagle wyblakło...
HAROLD, (szukając, jakby wynijść) Tam zamknięto ulice Bagnetowym szeregiem,
Tu lud. Trzeba być szpiegiem,
Żeby cało się ostać... (do Cicerone)
Czyż tu będą go chłostać?
CICERONE. Trzysta knutów, a potem W minach *) z taczką i młotem.
HAROLD, (zatrzymując przechodnia) Proszę wskazać mi drogę,
Wyjść stąd chciałbym koniecznie — OBCY. Przejść pan musisz załogę. CICERONE. Nie wiem, czy to bezpiecznie.
HAROLD. Jakto?
OBCY. Wnosić stąd mogą,
Że swą lubisz iść drogą.
HAROLD. Mam ten zwyczaj, niestety. OBCY. I że jeszcze coś przytém — (przeciskając się w tłumie, do Harolda)
Przecudowne kobiety!...
HAROLD, (ciągnąc rozmowę dalej) Cóż?...
OBCY. Że panu niemiło,
Iż knut bywa użytym —
HAROLD. O tem mi się nie śniło. OBCY. A — lo proszę też ze mną,
Będę zaraz mu służył.
HAROLD. Bardzo mi to przyjemno. OBCY. Mnie, któregoś pan użył. HAROLD. O nie, panie, mnie raczej. (giną w tłumie)
DZIECKO, (w tłumie) Jeszcze katów nie widać.
KOBIETA. Cóż ta zwłoka dziś znaczy? URZĘDNIK. Pewno raczą co przydać Do wyroku ministrów.
OBYWATEL. Może zaspał Graf By-stroff.
PIEBWSZA DAMA. A pfe, lampa noc całą I dzień cały, bywało,
W jego świeci balkonie...
DRUGA DAMA. O, biedaczek... URZĘDNIK. Na chwilę
Wesprze czasem też skronie I zamruży powieki...
ROŻNE KOBIETY. Ah!...
KTOŚ TAM. Bogdajby na wieki.
OBYWATEL. Cóż bo chcecie, prac tyle!... (słychać bębny, tłumy się nieporządnie rozłamują; ruch w głębi placu, potem krzyki.
RZESZA. Oto już w bęben biją, wkrótce przyjdą katy...
WIELE GŁOSÓW ZMIESZANYCH.
Z drogi! Precz z drogi!!...
JEDNI. Cóż to?
DRUDZY. Strzał!
INNI. Wystrzał z armaty! (wrzawa się zwiększa, a w głębi placu dym, zamieszanie, strzały ciągłe)
RZESZA. Cóż to za zamęt? W gardle przeciwnej ulicy Trębacze na spienionych koniach, i łucznicy,
A przodem na królewskim rumaku pacholę I wiele ludu, w krzywe zwianego półkole...
PACHOLE, (z konia rękę wznosząc) Dość jest — królewski zamek pali się...
JEDNI. Łzy nasze!!...
DRUDZY. Krew nasza!
MATRONY. (w tłumie) Dzieci naszych jęki na Sybirze!
I tych, co we wnętrznościach płaczą już..
STARZEC. Przepaszę
Biodra, pójdę klęczkami na żwirze Do Jeruzalem...
GŁOSY ZMIESZANE. Wody!
RZESZA. Siarki!...
STARZEC. Niebo pada!
PORCJA, (w tłumie) Wacławie! WACŁAW. Gdzież są nasi?!
KTOŚ TAM. Poszła już gromada.
INNI. A wojsko gdzie królewskie? KTOŚ TAM. Jedni wbok się miotą, A drugich śladem broni porzuconej snopy. Co iskrzą się ciepława pożaru ozłota...
GŁOSY ZMIESZANE, (w głębi sceny) Hurra!...
JEDNI. Wystrzały ciągłe —
DRUDZY, (za sceną) Zdobyto okopy! (scena wypróżnia się)
GŁOSY, (za sceną) Hurra... (Po niedługim przestanku cały plac jest pusty, Harold tylko, oglądając się wkoto, powstaje, a dalej starzec, prawie ślepy, rękami po drzewach drogi szuka — mrok coraz to gęściejszy)
STARZEC, (do Harolda się zbliżając) Co słyszę? Zda się, okopy zdobyto?... HAROLD. Nic nie wiem, nie rozumiem... W wulkanu koryto Jak stary Plinjusz wszedłem z tabliczkami w ręku.
STARZEC, (poznając cudzoziemca)
A, pan nie z naszych?
HAROLD, To jest — jak pan chcesz nibyto. (Harold podaje Starcowi ramię i mają się ze sceny)
STARZEC. Wam, młodym, dobrze czasem posłuchać i jęku,
I pobić się, pohulać. Niech Bóg błogosławi Wacpana, a wnuk kiedyś niech tak nie zostawi —
Choć dobrze zrobił — tylko czy trafię do chaty?...
HAROLD, (z atencją)1) Służę mu. STARZEC. Żeby nie te po dachach granaty,
To z moim wzrokiem, nie wiem, jakbym się obrócił. (zdaleka coraz większy dym nadpływa, gdzieniegdzie czerepy granatów padają)
Póki się zamek palił, widniej było nieco. Gmach duży, król nieboszczyk miljony w to rzucił... (przechodzą)
RZESZA, (przez scenę przebiegając) Hurra!!...
HAROLD. A teraz zboczmy!
STARZEC. Z głowniami znów lecą... 0 atcncja (lac.) «* uszanowanie.
WANDA
RZECZ
OBRAZACH SZEŚCIU1) tTak kościół trzyma, że, gdy Pan umierał, Na PÓŁNOC, głowę skłoniwszy, pozierał.
Na Oliwnej Górze dziwnej
Kończąc mękę, skłaniał rękę Ku PÓŁNOCNYM LUDZIOM...*
STARA PIEŚŃ*) (Przepisana z książki w klasztorze na Górze Świętokrzyskiej, w puszczy.)
OSOBY:
WANDA
GRODNY
PANNA
PACH OŁ-TRĘB ACZ CHÓR WIEŚNIAKÓW CHÓR ZNACHORÓW CHÓR WÓJTÓW CHOR PIASTÓW CHÓR SIEWCÓW CHÓR OWCZARZY CHÓR ŁOWCÓW
I.
Przed grodem.
PIERWSZY Z CHÓRU. Przychodzimy spytać się o zdrowie Prawielmożnej pani naszej słodkiej. Grodny niechaj wyjdzie i odpowie Czekającym w progu, jak stokrotki,
Kiedy słońce skryje się w dąhrowie. CHÓR. Czekającym u progu i przed bramą
Niech odpowie jasno i toż samo. i~) Rzecz ta była już lat temu kilka napisana i podaną do druku — rękopism zaginął, mimo, iż podobało się komuś w dziennikach głosić o tem; ktoby go znalazł, niech odrzuci przypiski, objaśnienia i wstęp prozą, a rzecz samą uważa jako studjum przedwstępne, więcej jeszcze ogólne i liryczne. Podobnież z zaginionym rękopisem «Krakus» uczynić można, jeżeliby się znalazł.
Źe dwa razy ściśle to samo tworzyć byłoby to potworzyć rękopism niniejszy jest zupełnie oryginalny, lubo w myśli ogólnej jednoznaczny z poprzednim. (P. P). s’) Jest to nieco zmieniona zwrotka z wiersza We-spazjana Kochowskiego (1633 — 1700) p. t. «Góra Łysa>.
SKALD
ŻYD
BOJAN
CZUDY — LECHY — WIESZCZE — STARCY — DZIEWKI — DZIATWA RYTYGER ROTNY WEISWORT CHÓR RUNNIKÓW WOJSKA RYTYGEROWE — POCZET STRAŻY PRZYBOCZNEJ
PIERWSZY Z CHÓRU. Chcemy wiedzieć dla jakiej przyczyny Nie siaduje nasza prawielmożna,
Jako niegdyś, w czas szarej godziny (Kiedy dusza każda więcej zbożna),
Czemu nie siaduje na przedwnijściu, Błogosławiąc wracającym z pola Po murawach, jak krople po liściu. CHÓR. Czemu nie siaduje na przed-wnijściu,
Chcemy wiedzieć. Ta jest nasza wola. PIERWSZY Z CHÓRU. Ludzie dobrzy, owo pachoł grodzki W bramie wtórej stawa z rogiem turzym, Podtrębując zapiew wojewodzki, Przemawiając słowo głosem dużym. (Pachołek, trąbiąc przestankami, przybliża się)
PACHOŁ. Nowość głoszę i to, co się święci,
A ty słuchaj, mężu, białogłowo,
Sercem słuchaj, mysłem zamyśl w słowo I na kiju zaznacz dla pamięci! Prawielmożnej trzeba rzeczy takdej,
Takiej rzeczy trzeba jej koniecznie (A ku temu pieśń jest, zioło, znaki),
By rozpłakać mogła się serdecznie.
To wypłacze one swe milczenie,
Ona serca niewymowną bliznę,
Oną niemoc, one zniemowlenie,
To wypłacze oną swą niemczyznę.
Kto więc słowo ku płakaniu umie,
Albo zioło gorzkie a zbawienne,
Albo jaką dziwną rzecz rozumie,
Albo o tem miał poczucie senne — Niechaj zbiega a niech zbiega skoro, Niech przynosi, a przynosi sporo! (uderza w trąbkę)
Jeśli Kmiet jest, srebrny pług dostanie, Jeśli Czud jest, miedzią kute sanie,
Jeśli Bój jest, to szczyt ma w nagrodę,
A Lech dobre słowo i pogodę.
CHÓR. Jeśli kmiet jest, srebrny pług dostanie,
Jeśli człek jest, boskie zmiłowanie. (Chór odchodzi w jedną stronę, pomrukując pieśń, a Pachołek w drugą, potrę-bując)
II.
Środkowa izba zamku.
PANNA. «Ciszy, ciszy, moja złota!... Ciszy!...*
Te słów kilka pani wciąż powtarza; Spytać o co, nie słyszy.
Dawniej kobzy dudarza,
Co siadywał w bramie, słuchiwała,
Dziś i o tem ni słowa,
Dziś o niczem, wszystko zapomniała,
A wie wszystko, i jak saę co dzieje,
I nic się przed nią nie uchowa,
I nic jej nie rozśmieje.
GRODNY. Co rozpłacze, może to znajdziemy,
Że odejdzie on zawianiec niemy.
PANNA. Żeby można konia ze skrzydłami,
Co to o nim grecki dziadek śpiewał, Albo jabłoń złotą z owocami,
Albo żeby z nieba kto nazrywał Róż błękitnych, albo królewica,
Coby jasne miał, jak ona, lica.
GRODNY. Królewica! A z ościennych panów
Może tego, cośmy to spotkali, Rudowłosych władykę Germainów,
Co szczyt noszą drzewny, pas ze stali,
Co nocami głazy toczą z granic,
Święte miedzy prawo mając za nic.
PANNA. Albo... albo... żeby bajki takiej, Co to wszystkie bajki w sobie mieści I powieści, aż się wypowicści —
Albo... żeby sama dała znaki,
Co w tej ulży boleści...
GRODNY. Rozrzewnienia! Wczora rzekła do mnie: ((Rozrzewnienia, bo po mnie...» (GRODNY i PANNA rozchodzą się, WANDA wchodzi i, czyli sama jest, ogląda się)
WANDA. Łado, Łado’), po twym ja przykładzie Taka ładna, że lud cały w ładzie, że odbijam słońce, jak jezioro,
Kędy wodę czystą ludzie biorą.
I niczego, zda się, myśl nie łaknie,
I niic nie brak, tak, aż... czegoś braknie! (kładąc rękę na sercu)
Ha! Kolczyka, widzę, brak kolczyka U srebrnego stanika,
Co odprysnął właśnie, gdy westchnęłam... (zsuwając rękę)
I ty drugi, odpryśnij, jak gwiazdeczka,
I ty, taśmico, zwiń się, ]>rzełam,
Niech wyfrunę, oj! jak gołąbeczka...
III.
Roczowisko germańskie.
ROTNY. Runniki wszystkie, a z młotami ostremi,
Co na głazach sinych ryć umieją I siadują na ziemi Sami, rzadko się śmieją,
A te zwłaszcza, co strzałami wróżą I na dumie cichej posiwieli;
Zwołać szeptem, niech oczy za mrużą, Niech, jak widma, staną wkoło, bieli — Wkoło darni, ocienionej jodłą,
Niechaj staną, gdzie lwia leży skóra I dymiące odpoczywa siodło. (RYTYGER wchodzi z pocztem swoim)
Hurra!
RYTYGER. (skinąwszy ręką) Spocząć! ROTNY. Spocząć! Hurra!... (wojska ustępują w ciemność lasu. Kiedy rytygerowe wojska dokoła rozstępują się, Iłytyger siada na skórze rozesłanej; zaczyna się ściemniać. Runniki chórem długim wysuwają się po murawie i otaczają Rytygera, przy którym służba jego stoi) 0 Łada, słowiańska bogini miłości, zgody i wiosny.
RYTYGER. (podnosząc dzban) Tym miodem zdrowie piję weiswortowe! WEISWORT. Niech się obróci w powodzenie wasze!
RYTYGIER. Chcę wiedzieć: wojnę wygram i królowę,
Albo nie wygram?
WEISWORT. Rzucaj, królu, czaszę Na las, daleko tak, jak możesz rzucić! (Rytyger podnosi się i ciska w ciemność drzew; orły spłoszone wzlatują)
CHOR RUNNIKÓW. Tak, a nie tak — nie nasza rzecz.
Ludzie radzi się smucić.
Wieszczba jak miecz, póki nie błysnął miecz, (po chwili)
Póki nie błysnął miecz, wieszczba jak miecz.
WEISWORT. Rozkocha się królowa tak, jak nie bywało Zdawiendawna.
Cztery orły wzleciało,
Będzie sławna.
Rozkocha się i białe skąpie ciało.
CHÓR. I rozkochała się lak, jak nie bywało.
RYTYGER. Stokroć wdzięczny, o, wielce wam rady!
CHÓR. Wieszczba jak miecz — to, słowo gdy wyciśnie,
Próżna pochwa zostawa, wieszcz blady... WEISWORT. Co poczęte było bezumyśl-nie,
Kończ umyślnie! (Runniki pochylają czoła i cofają się, Rytyger wychyla miód)
RYTYGER. O, wielce wam rady! (Chór Runników odsuwa się, szepcąc; służba rozpina namiot, w którym i światło wraz rozbłyska)
RYTYGER. (sam; wgłębi namiot i służba) Łyskaniem pierwej mdławem uprzedzony, Jak piorunowa rozłożę się krćsa,
Królowę wezmę i lud rozpierzchniony.
Do wieszczby fortel dołączę, jak lisa.
Bogi są dobre, czasem niedołężne,
Kiody im ludzkie nie posłuży ramię, Świecą i wiszą, jak tarcze mosiężne W pięćset czterdziestej zawieszone bramie. (po chwili)
A ona? Weiswort mówi: «Skąpie ciało...» (po chwili)
O, każe tratwy fenickich żeglarzy (Co jeżdżą bursztyn łowić), każę złupić,
Wonności zabrać wszystkie, każę kupić Konch ’)> szkła od wszystkich sydońskich 2) farbiarzy,
W dalekim Rzymie wainnę z alabastru Zamówię, taki nimfeon3) urobię Dla niej, jak ledwo grób stawiałbym sobie, I będę miłość pił, jak miód ten z plastru. (po chwili, klaszcząc w dłoń)
Hej, ojce, co tam siedzicie w Walhali *), Gdy przyjdzie stanąć mnie pomiędzy wami, Spowiniętemu w jasną taśmę stali, Powiecie: «Syn jest nasz», powiecie sami! (po chwili)
Wando! O, moja ty Rytygerowa!
Jako cię kochać będzie wojsko całe,
I złotowłosa każda białogłowa,
Co z nami dzdeli trud a przędzie chwałę, Każda z gwiżdżących w tarczy brzeg ustami,
Każda toporzec rzucająca dziewka,
I każdy starzec, co pomaga snami,
Wid, duch, i lasów szum, i małe drzewka! (odsuwa się w głąb, ku namiotowi)
Ty skoro uścisk dasz, wyprawę zrobię Przeciw ogromnej Fenrysa wilczycy6), Mur Alp skrząeemi młotami przeżlobię, Rzym spalę, woły zegnam z okolicy,
Po dwieście rogów kładąc na ołtarze Codzień, weselić się pastuchom każę. (wchodząc w namiot)
Hej, ojce, co tam siedzicie w Walhali, Gdy przyjdzie stanąć mnie pomiędzy wami,
Spowiniętemu w jasną taśmę stali, Powiecie: «Syn jest nasz», powiecie sami! (noc zapada)
IV.
Środkowa izba zamku.
WANDA, (przechodząc zwolna przez środkową komnatę grodu)
Tego ja nie wiem, co się dzieje ze mną, Ani dlaczego jestem nieszczęśliwą; Kocham, wszelako mogę być i zmienną, 1) Koncha (ar.) — muszla. 2) sydoński, pochodzący z sławnego w starożytno ści miasta fenickiego, Sydonu. s) nimfeon (ar.), siedziba nimfy, świątynia dla nimfy.
«) Walhalla (nicin.), w mitologji skandynawskiej wspaniale miejsce pobytu bohaterów, którzy polegli w bitwach. 6) Wilk Fenris lub Fenrir, w mitologji skandynawskiej demon morza.
I niekonieczniem Rytygera chciwą,
I niekoniecznie roi potrzeba kogo,
Która tysiące mam życzliwe sobie — Tylko mi smutno, tylko mi ubogo,
Że nic nade mnie nie stoi w osobie,
Że jakbym była na tej góry szczycie Sama, jak chmurki płatek na błękicie.
O! Żeby źle mi zrobił człowiek który, Albo Bóg żeby zgrzebną wdział mi szatę, Nowemi ptaszkę swoją odział pióry I dał mi jaką gdzie na puszczy chatę,
Z gołębi parą na dachu zielonym,
Z kamiennym progiem i oknem plecionćm. (przechodzi)
GRODNY. Z załamanemi tam poszła rękoma.
PANNA. Stąpa, a jakby była nieruchoma.
GRODNY. Trzeba na oku mieć, jak dziecię chore.
PANNA. Które wołanie godzin jest? GRODNY. Już wtóre. (Panna odchodzi w głąb korytarza za Wandą. Skald1) wchodzi i sława u drzwi głównych)
GRODNY. Ktoś jest i za czem?
SKALD. My Skald się zowiemy.
GRODNY. A śpiewasz jaką pieśń? SKALD. Nie jestem niemy.
Bywa, że śpiewam naprzód pieśń do ciszy,
By usłyszano, skoro śpiewać zacznę — Potem malowną, żeby, kto już słyszy, Oglądał także — potem rzeczy znaczne Dla ducha, potem z serca głębokości Wywlekam drżący, czysty ton — ten wiodę Dalej i szerzej, aż echo zazdrości,
A potem wraz go rozkroplam, jak wodę, W tęcz snop, a potem w grzmot uderzam suchy,
Jakby się bitwa gdzieś toczyła zdała I potykały się w powietrzu duchy, Pułkami grubych chmur na siebie wbite, Gdzieniegdzie gwiazdy promieniem przeszyte.
GRODNY. Zaprawdę, śpiewasz pieśń, która uboży,
Przeto, iż rzadki słuchać ci podoła. SKALD. My, Skaldy, jemy chleb on dziwny boży,
Chleb, co opada z dosytnego stoła,
A który skrzydła zgarniają przeźrocze Bieluchnych duszyc.
GRODNY. Czy mają warkocze
Duszyce owe? i) Skald, nazwa poety i pieśniarza skandynawskiego.
SKALD. Długie, jako sznury,
Któremi charty karcą.
GRODNY. I tejże natury?
SKALD. Bywa.
GRODNY. (dotykając Skalda po ramieniu) Niżej izba jest przestrona,
Wokoło dwieście jasnych stoi włóczni,
A w środku ogień modrzewiowy. Spocznij!...
SKALD. Gościnność niechaj będzie pochwalona! (wychodzi — wchodzi Żyd) GRODNY. Ktoś jest i za czem?
ŻYD. Z dalekiego Wschodu
Jam jest, z za morza, na cztery miesiące Femicką nawą1), potem na rok cały Przez ziemię. Jestem z wielkiego narodu, Doktór, a leczę na febry trzęsące,
Także na bole suche i zastrzały, Zaniemówienie, często na ślepotę. GRODNY. (pokazując gościowi lawę wdali) Spocznij!...
ŻYD. Mam także i pierścienie złote Z talizmanami2) wielce skutecznemi,
Które lyryjczyk3) ryje, mam i maście, Wonne, że szczypta na osób dwanaście. GRODNY. Osoba, zda się, mądra... (do żyda) Poniżéj
Spotkacie kilku u wnijścia żołnićrzy,
Ci wam czekalną otworzą komnatę.
ŻYD. Niech będzie szczęsne miejsce i bogate! (wychodzi — wchodzi powoli Starzec, na kiju oparty)
GRODNY. Ktoś jest i za czem?
BOJAN. Rojanem się zowię,
A jestem z matki śpiewak.
GRODNY. A pieśń jaką
Śpiewacie?
ROJAN. Co, jak oczy w głowie,
Patrzy, a siebie nie zna — oto taką. GRODNY. A czy się królom śpiewało już kiedy?
BOJAN. Do kości, panie, do kości! Obręcze
Miedziane miałem na nogach... a biedy! GRODNY. A czy umiecie pieśnią wywiać tęczę?
BOJAN. I łabędziowe stado wrócić w locie.
GRODNY. A jak to w waszej robicie prostocie? 1) nawa (łac.) — okręt. 2) talizman (arab.), nadnaturalny środek ochronny przeciw nieszczęściom. * 8) tyryjczyk, mieszkaniec fenickiego miasta Tyru, które w starożytności słynęło jako siedziba sztuk i umiejętności.
BOJAN. Z serca.
GRODNY. Niewieście umiesz także zwrotki?
BOJAN. Bywało, rzucę słowo, to, jak kolki,
Głowę na głowę zakładają.
GRODNY. Czemu
Przy tem jesteście biedni?
BOJAN, (obracając się do laski swojej)
Powiedz jemu, Bo ja pomówić radbym o czem innem. GRODNY. Wieszczowi, jak wy, każdy dom gościnnym.
BOJAN. Tak jest.
GRODNY. I każdy chętnie was poważa. BOJAN. Tak jest, szczególnie przed bitwy poczęciem,
Gdy nastrajamy rapsod... *) też się zdarza Przy uczcie... bawią się, jak ze szczenięciem. (po chwili)
Oj, za Dunajem, za szumnym, bywało,
Że cesarzowi śpiewałem rzymskiemu,
Co stał, ot, blisko tak, z garsteczką małą Konnych...
GRODNY. (wskazując lawę)
A, proszę, co śpiewałeś jemu? BOJAN. Sławę.
GRODNY. A konie ich jakie?
BOJAN. Cesarski
Płowy, w czerwonej do kolan purpurze. GRODNY. A orszak?
BOJAN. Pachoł jeden dziarski
Z laską, na której jest tablica wgórze, Rozeskrzydlona w orła — reszta młodzież Twarda, jakobyś wyrył aść w marmurze. Półzbroje jasne noszą i półodzież. GRODNY. Właśnie? No... miodem pokrzepcie się, starcze,
Bo niżej, w izbie dużej, są tam różni Czudowie, świata całego podróżni,
I ci, co, pieśni nucąc, czyszczą tarcze. BOJAN. Zdrowiał (wychodzi) (Grodny uderza w szczyt miedziany, jeden z zawieszonych po dwóch stronach głównego wnijścia — wchodzi Pogoń i staje w drzwiach)
GRODNY. Wszelaki człowiek, gość, ma być uczczony I niechaj braku nie będzie w usłudze! Niewiasty z jednej, męże z drugiej strony, Przodwszystkiem starcy; wszakże ludzie cudze,
I zaklinacze, niemieckie runniki,
I baby, które leczą, mieć na oku.
O rapsod (ar.) — tu: pełen siły i ognia utwór muzyczny, hymn bojowy.
Rozliczne sprawy są, różne praktyki... Rozumiesz...
POGOŃ. Baczę.
GRODNY. A unikać tłoku!
V.
W krużganku zamkowym.
Wanda wchodzi, Rylyger, w ubraniu Skalda, postępuje za królową.
WANDA. Powiadam tobie, nie ścigaj mię, panie!
RYTYGER. Wando!
WANDA. Co miałam rzec, rzekłam. RYTYGER. Kobieto!
Zawołam imię moje, niech się stanie! Niech mię porąbią Lechy!
WANDA. Nie zabito
Nikogo w ogrodzie tym nigdy.
RYTYGER. Zaiste,
Jeżeli każdy toż opłaca myto I jako mary wychodzi przejrzyste... WANDA. Książę! Powiadam tobie cala mocą
Boleści, które dla ciebie zakryte,
Źe słońce gaśnie, błonia się wilgocą, Ciemności na świat lecą niespożyte... Mnie nie czas... Lud mię postawił na szczycie,
Jako najbielszy śnieg, i jestem oto Odlatująca w słońce cale życie,
Ani się cieszyć mogę tą białotą... Wszechsamstwem mojem stałam się... sierotą!
RYTYGER. Więc cóż? To lud twój chce, ażebyś, w bieli Stojąca, płaczem rozciekała wiecznym,
By błonia niżej zielone widzieli —
A ty, w błękicie sama podsłonecznym... WANDA. Książę! Łzy mojej nie widziałeś...
RYTYGER. (wyciągając rękę ku piersiom Wandy)...Oto Po srebrnej blasze na piersiach się gonią Dwie, jak listeczki białe pod jabłonią.
WANDA (wyciągając rękę ku oknu)
A owo dziesięć nad tą konwią złotą, Którą polewać lubię kwiat wieczorem. RYTYGER. (oczy zasłaniając) A owo jedna jeszcze, lecz człowiecza!! WANDA. Ustąp!
RYTYGER. Kobietą jesteś... i bez miecza...
Jam Skald, poczekam w bramie, gdzie za dworem...
WANDA, (zatrzymując Rytygera)
Tyś król, a Wanda ja... klękam... Na bogi,
Uchodź... i uchodź szczęsny!... Gdybyś z laty,
Germański orle, poznał ten ból srogi,
Co jest z miłości bezmiernie bogatej,
Tak ścieśniającym wszystko naokoło,
Że człowiek nie śmie nastąpić na zioło, To wtedy wspomnij o mnie, lodowatej! (uderza w szczyt miedziany; G rodny wchodzi)
WANDA. Ten Skald niech srebrny weźmie pas na drogę! (uchodzi) (chwila milczenia)
GRODNY. Co tak spoglądasz, wieszczu, na podłogę?
SKALD. Pieśń mam, a nuty doszukać nie mogę. (po chwili)
Ale wynajdę ją gdzieś w mieczów wrzawie
I, jak dziewicę na ręku skrzydlatą Bohaterowie noszą, tak podniosę.
Zgiełk będzie, lament będzie w onej sprawie,
Chorągwi głuchy łomot, jak za kratą Orły, gdy jagnię zoczą białowłose.
GRODNY. Dziwna rzecz Skaldy! Szumne to, a bose...
VI.
Pole pod Krakowem.
Na przodzie sceny namiot Wandy, dalej Chóry ściągają, każdy, kolo namiotu przechodząc, śpiewa; w głębi Wisła.
BABY. Pod białemi brzozami dziwne zebrałyśmy zioła W czyste płachty i w kosze, z łozy uwite zielonej;
Sypkie próchna odłamy z miejsca, gdzie stała stodoła,
Stu podołać mogąca kmietom, gdy plon w niej złożony —
Złote z mrowisk kadzidło i latające nasiona —
Wody różne we dzbanach, czystych, jak cegła czerwona.
DZIATWA. Dzieci, wnuki, my także, co dźwignąć mogły rączyny,
Co po ziemi potoczyć drżące zdążyły ramiona,
Za matkami, babkami, na święte niesiem daniny.
RAZEM. Niech się pokój uczyni, Wandy niech błyśnie korona,
Niech zabłyśnie słoneczkiem na góry, lasy, doliny! (przechodzą)
ZNACHORÓW CIIÓR. Słowa, słowa, a ciche, te, co przy duchu spoczęły I od ojca na syna w ostatniej schodzą godzinie,
Te niesdemy, i laski pokarbowane *), i skrzynie
Jaworowe, co znakiem się osobliwym zamknęły.
WÓJTY. Łado, niech będzie dobrze po świata krainie!
RAZEM. Niech się pokój uczyni, Wandy niech słowo zasłynie!: (przechodzą)
PIASTY. Miodu plastry białego w lipowych niesieni donicach,
I motyle, co w nocy brzęczą po kwietnej pasiece,
Dziś zaklęciem osiadłe na podniesionych gromnicach.
Niech wzlatują co wieczór, kiedy zajaśnią te świece!
SIEWCY. Pierwo-ziarna perłowe, z wieńców dożynnych kruszone.
OWCZARZE. I lekarstwa niesiemy dziwne.
ŁOWCY. I dziwne stworzenia, Zabłąkane niekiedy z dalekich światów w tę stronę,
Wiedźmy, ptaki i rzeczy, na które niema imienia.
CZUDY. Z ziem odległych, z za morza lazurowego, wiezione W szklanych, miednych naczyniach, w przędzionych torbach z amjantu2), Rzeczy droższe niesiemy od wszechbry-lantów brylantu.
RUNNIKI. Słowa ciche i uśmiech, a długie miecze i młoty My niesiemy, jak w chmurze przesuwające się grzmoty, (ciszej)
Na głos trąbki germańskiej dalej urnami 3) z ramienia,
Dalej wieńcem około cezarowego strzemienia! (głośniej)
Słowa dziwne niesiemy, pełne rdzennego nasienia! (przechodzą) (Chóry przechodzą około namiotu i pół-kręgami stają wdali, tak, iż namiot Wandy na przodzie sceny stoi, a w głębi, gdzie nie domykają się półkręgi chórów, widać płynącą Wisłę i brzeg spadzisty)
DZIEWKI. Teraz wy, wieszczowie, siwe głowy, 0 karbować (niem.) — robić karby, nacięcia, znaki. 2) amjant (nr.) «= rodzaj asbestu o długich, cienkich i giętkich włóknach. 3) urna (łac.) = naczynie w kształcie wazonu.
Stańcie pośrodku. — Co ma być,
Ogłoście możnemi słowy!
LECHÓW CHÓR (podnosząc tarcze) A niechaj żyje, co ma żyć!
A niechaj zadrży, co ma drżćć! (Wieszcze wysuwają się chórem i stają przed namiotem, Przedni Starzec w głąb namiotu wchodzi; chwiła milczenia)
PRZEDNI STARZEC, (wychodząc) Sen się stał dziwny do prawielmożnej pani...
RZESZA. A-a!
STARZEC. Wszyscy, z czem kto jest, tu zebrani,
Złożyć mają w kopiec swoje rzeczy,
I rzeczono jest, że to uleczy.
CHÓRY, (rozsuwając się ku środkowi sceny) I rzeczono jest, że to uleczy. (w głębi sceny rośnie mogiła, przy śpiewach i w porządku takim, jak się scena ta rozpoczyna, tylko, że śpiewy są przy-cichłe i odległe)
TRĘBACZE, (od obu stron namiotu) Łada, Łada...
LECIIY. Ona!
CHÓRY. Wanda góra!
STARZEC PRZEDNI. Jako pawia białego pióro Na wietrze
Stąpa cicho, strzelista...
DZIEWKI. A koronę ma w prawej ręce swojej...
WIESZCZE. A jest, jako powietrze, Czysta.
CHÓRY. Owo przeszła... owo pod kopcem stoi...
WANDA. Dobrzy ludziel Widziałam cień ogromny Boga,
Przechodzący po polach, jak szeroka droga.
A to był tylko ręki jednej deń; ta ręka Jakby przebitą była, bo słońce padało Przez wnętrze dłoni nawskróś, jak przez wypaść sęka.
Ja stałam i patrzyłam w to rozdarte ciało, Jak ptak z ciemności w jasną pogląda szczelinę,
I dano mi jest wiedzieć to... (bierze gromnicę zapaloną z raje Piasta i wchodzi na stos, potem ciszej kończy) że dla was zginę.
RZESZA. Co jest?... Co rzecze?...
WANDA. Każdy rozrzewnił się szczerze I przyniósł, na co stać mu, to jest dość na wieki
Żywota dla was. Dziwni będą z was żołnierze
I Prowe *) bóg szczególnej użyczy opieki...
A co jest ze mnie, dam wam.
STARZEC. Corel
CHORY. Dymów skrzydła białe Zebrały się, skręciły... rozchodzą w dwie strony...
STARZEC. Błękit widzę... Ratunku! Wody!
RZESZA. Wisłę cala Na stos wylać!
STARZEC. Widziałem tylko błysk korony.
TRĘBACZ, (od stosu lecąc) Nie Wisłę na stos — w Wisłę przelało się ciało.
RZESZA. Co jest?
LECHY. Niemce! (Rytygier na koniu w poczcie zrzucających płaszcze swoje Runników, zdała wojska, w kurzawie ledwo widne)
RYTYGER. Porąbię w wióry i rozmiotę!
LECH. (z konia podając się włócznią) Zaczekaj! W ranę świeżą patrzący, w czerwoną
Ranę... Sępie!... Jeślić trza korony,
To pójdziesz wpław, psie rudy, pójdziesz za koroną...
RYTYGER. Królowa gdzie jest?
RUNNIKI. Nie jest...
RYTYGER. (obracając się do pocztu) Chłopy! W inne strony! Na świat, na Rzym, gdzie szaleć jeszcze czas i luźno,
A miłość nie jest jednem bezsiilnem... «zapóźno!» * ) Prowe, bóstwo słowiańskie, potęgo i sferą dzia-łania równe Perunowi.
KRAKUS, KSIĄŻĘ NIEZNANY
TRAGEDJA
DO KRYTYKÓW.
Krytycy dzisiejsi są zarazem bardzo niepospolitą i bardzo małą rzeczą; niepospolitą, jako trybunowie, poręczyciele i wyręczyciele publiczności, a mianowicie tej, która zarówno ma szlachetną potrzebę bycia nieobcą sprawie literatury, jak nie lubi sama się znajomością warunków literatury zajmować. Są to więc jakoby re-zonujący lektorowie i klienci, zamieniający czytelników na słuchaczy i wyręczający jeszcze słuchaczy onych w pracy ocenienia tego, co im czytane było. Z tego to względu, który krytyków okazuje, iż są łączłiwym organem publiczności, z tego, mówię, względu są oni wielce niepospolitą rzeczą. Z drugiego zaś względu, to jest, gdyby żądało się od nich stanowczego utwierdzeń krytyki objaśnienia, pokazaliby się ciż sami, jak bardzo są maleńcy i niepewni własnej ich sprawy. I tak np. to, co podają oni za definicję tragedji starożytnej, jest tylko poprostu znajomością warunków rozkładu tragedji, ale bynajmniej odpowiedzią na pytanie zarówno szanowne jak nieakademickie, czyli na pytanie «co to jest tragedja?» Co do mnie, mniemam, iż tragedja jest to uwidomienie fatalności historycznej albo socjalnej, narodowi albo wiekowi jakowemu wyłącznie właściwej, a przeto, zważając ją tak, to jest jako pomocniczą w postępie moralności i prawdy pracę, nie dziwi mię bynajmniej, iż tragedja mieć mogła i musiała powagę nieledwie obrządkową. Krytycy dzisiejsi, wyzuwszy się z tej prosto-tłiwej potoczności, że nie powiem chrze-ścijańskości, która dozwala człowiekowi na bezpośrednie zapytania odpowiadać, szwankują bardzo w onej pierwszej wiel kiej ich zalecie stręczenia i pośredniczenia pomiędzy utworami literatury a czytelnictwem; możnaby albowiem myśleć, iż zachowują sobie oni pełnomocnictwo dorywczego a ustawicznego przeglądar-stwa i cenzorstwa kosztem właśnie czytelników, którym nigdy zasady i prawdy główne sztuki zbliżane nie są, zawsze tylko utwory pojedyncze i reputacje osób, które takowym dały byt. Jak dalece autorom łatwo jest być wzniesronym ponad praktyki owe, to bardzo stanowczą, przez niedługie chwile cierpliwości, zyskać można na to odpowiedź: z powodu, iż najdalej w przeciągu dwóch lat zazwyczaj krytyki takowe tegoż samego pióra temże samem piórem przez nieustanne sprzeczności same znoszą się i czas tylko stracony lub imiona tylko, kosztem onegoż zyskane, pozostają. Praca ta stręczeń, bo właściwie krytyką zwać ją trudno, podobna jest do zachodów człowieka, któryby w tem się tylko omylił, iż bierze część za całość, to jest, iż np. gimnastykę radzi, aby za całą medycynę uważano, co wszelako nie w każdej warstwie społeczeństwa mogłoby być uznane. Do uwag tych, okazujących, jakie pojęcie tragedji za właściwe przyjmuję, dołączyć jeszcze powinienem, że bezpośredniego morału nie uważam jako obowiązujący dramaturga i konieczny warunek i że rozbratnienie rodzeństwa, w niniejszej tragedji przedstawione, jest tylko nieuniknionym sa-mejże legendy wynikiem, nie zaś główną pisarza myślą, który zd pierwotną niniejszego misterjum nazwę chciał położyć: Krakus, czyli wyścigi.
C. N.
OSOBY:
STARZEC, pustelnik LILJAN, uczeń jego KRAKUS, książę na RAKUZ, brat jego
SZOŁOM, pisarz koronny czyli runnik KIEMPE, wódz skandynawski Krakowie GRODNY, sługa zamkowy
PŁATNERZ CHORY grodnych i kmietów
OSOBY FANTASTYCZNE:
ŹRÓDŁO
ZORZA
PRÓG
Wnętrze pustelni w okolicach Karpat.
STARZEC. Dzień mię odpycha a noc mię woła.
Czuję, że długo tu nie zabawię;
Zostawię tobie świecę, gęśl, zioła,
Świecę, gęśl, zioła tobie zostawię.
Ostatnie słowo, gdy przyjdzie chwila, Tchnę ci na czoło twe, jak motyla.
Człek bierze z ciągu rzeczy zadatek,
Acz siłę brania przynosi z sobą.
Początek nie nasz, ani ostatek:
Ostatnie słowo z ostatnią dobą!
Ostatnie słowo, mój Lilijanie,
Choćby mi głosu już nie starczyło,
Pokażę tobie palcem na ścianie,
I nie zrozumiesz, lecz powiesz: «Było».
I nieme pomnieć będziesz kazanie, Chodząc jak senny, z palcem na czole, Aż w myśli tobie wyraźnie stanie Jakoby duchem, i dasz mu wolę,
Sam przyobleczesz pewności ciałem, 1 rzekniesz głośno to, co rzec chciałem!
Byli tu nieraz, byli tu przecie Ci, co mądrości szukają w świecie.
Na jesionowym tym jadłem stole Z mężem, co dla niej znosił i bole.
Het, z za wielkiego przybyłym morza, Gdzie chmur na niebie niema bynajmniej, A w gwiazdach ręka pisuje boża.
Gór tam jest sporo, a ziół jest najmniej.
Był tu i z Azjej mędrzec koronny, Człowiek słodyczy wielkiej i ładu,
I rycerz, co się urodził konny,
Pokryty łuską, jak piersi gadu.
Królowa jedna w progi tej chaty,
Jak zachodzące słońce czerwono,
Rękoma ciężkie niosąc szkarłaty, Wchodziła z swoją złotą koroną,
A chłopiec, za nią idąc, służebny Niósł jeszcze drugi płaszcz, niepotrzebny! LILJAN. Ojcze, dwóch mężów właśnie w tej chwili Słyszę^ jakoście słuchać uczyli.
Z bioder się mieczów dwa im kołysze. STARZEC. Synu, uczyłem cię słyszeć ciszę.
Synu, kto ciszę słyszał aż do dna,
Temu i trumna bywa wygodna.
Ale jest nocna cisza i dzienna,
Jest dno mająca i jest bezdenna,
A o tej drugiej rzecz zbyt zawiła;
Co nie dopowiem, powie mogiła.
LILJAN. Ojcze, po suchym listku olszyny Niechby się pająk przetoczył siny, Słuchem,
Duchem
Szlaki jego zwietrzę.
I rzeczy przyszłych bladawe świty,
Nim na odlegle wpłyną zenity,
Mgnieniem,
Tchnieniem
Wchłonę, jak powietrze.
STARZEC. Synu, zmysł młody i ochroniony,
Użyty dobrze zaraz z powicia,
Droższy jest, niźli wszystkie miljony;
A jednak któżby znał to za życia,
Gdyby mu inny, w czemś umorzony, Takowej wiedzy skąpił odkrycia?
A przeto zmarli, a przeto zeszli Nie są to jacyś, co ich nie było,
Niema, ni może kiedyś być, jeśli I własną przez nich rozrządzasz siłą. Rzecz ta wszelako zbyt jest zawiła.
Co nie dopowiem, powie mogiła.
LILJAN. Mistrzu, na oko mężów już obu Widzę, bez twego patrząc sposobu:
Jeden się z drugim wadzi po drodze.
Są królewice, bracia i wodze.
Ani za łosiem gnali w te lasy,
Po żebrach koni krwawiąc obcasy,
Ani zbłąkali się i chcą cienia,
Ani im woda ujmie pragnienia. STARZEC. Zgadobliwością zabiec im drogę,
Ni poznać, czemu idą, nie mogę. Starcowi nieraz niższych sił zbywa; Dzień mię odbiega, a noc mię wzywa, Odbiega dzień mię, a noc mię woła, Czuję, że długo już nie zabawię, Zostawię tobie świecę, gęśl, zioła,
Świecę, gęśl, zioła tobie zostawię. LILJAN. Przyszli i stoją.
STARZEC. Wołaj rycerzy!
LILJAN. Chodźcie, mężowie! Staruszek leży.
RAKUZ. (wchodząc) Na pocisk procy przed domu progiem Nieco się wstrzymać jest rzecz godziwa; Do grodu zwykłem słać chłopca z rogiem, Co, trąbiąc, imię moje nazywa.
Trąbienia sztukę zna jako mowę,
Tak, że się straże dziwią grodowe,
Panny z lipowych patrzają alej,
A ja mu kiwam: «Trąb waszeć dalej!)) Tego brat Krakus, jakby sosenkę,
Z rozkutym koniem zostawił w boru. Dobrze, że, ojcze, nie macie dworu, Przyszłoby wjazd nasz otrąbić w rękę. Książę brat, Krakus, gwoźdźmi złotemi, Gdzie konia ruszy, sieje po ziemi,
A ja mam zwyczaj, że koń pierw legnie, Nim się co na nim złamie lub zegnie. KRAKUS. Wstydzisz mię, bracie! RAKUZ. Spra wiam się raczej,
Jak gdy kto naprzód wyśle tłumaczy. Cóżbo osoba może sędziwa Mniemać, gdy z jednym koniem i sługą Dwóch wchodzi książąt?
STARZEC, (przerywając) Nieraz to bywa,
Będzie, bywało i potrwa długo. (do Krakusa)
Książę Krakusie, słowy swojemi Rzeknijcie za się niebu i ziemi! KRAKUS. Synowie króla jesteśmy z grodu,
Gdzie pierwej cudna władnęła pani, Przez którą Niemce są odegnani.
Lecz czar się przeniósł w serce narodu I pod czterema zamku węglami Smok czarną jamę wykopał kłami.
Z tym ojciec boje ustawne zwodzi,
Jak z nawałnicą leżący w łodzi.
I nieraz w okna, gdzie starzec drzćmie, Po głazach skrzele wplusną olbrzymie, Jakoby bluszczu zielona struga.
Skosisz ją, drzwiami podpłynie druga. Tak co noc! Pokąd jeden z oszczepem,
A drugi z kutym stoi pół-cepem
Przy drzwiach, u okien ciosowej ramy,
Sto jasnych włóczni na czole bramy,
Sto drugie pokąd w odwodzie mamy, Dopóty żywot pędzimy taki,
Jak w Strzelca domu zalęgłe ptaki.
Już w każdej z komnat drzwi, okna, progi, Posoką gadu spluskane, czernią,
A jeszcze żyje on rdzeuio-wrogi ł człony jego wciąż się bezmiernią,
I końca niema temu gadowi,
Aż ramię w bezwład opadać musi,
Aż z wiórów trupa zgnilizna dusi,
A niema końca temu smokowi!
STARZEC. Któż z was był rajcą, by szukać rady?
RAKUZ. Ja pierwszy byłem!
KRAKUS. A jam opieszał.
RAKUZ. Naglić musiałem, żeby pośpieszał.
STARZEC. Nie będzie gadem, kto zetrze gady,
Gadem nie będzie, kto gady zetrze. Sprawa ta stała się już daleko,
Za siódmą górą, za siódmą rzeką,
A tu nawiewa zowąd powietrze,
A tu się tylko ostatki wleką.
Dziewicy nogą w ziemi dalekiej Smokowi głowę starto pierwotną;
To zaś jest tylko odrośl kaleki,
Jeśli już gnije, skoro go potną,
Jeśli, gdy mieczem odwalisz sporo,
Nowe się gady z niego nie biorą.
Ryli tu tacy, byli tu przecie Ci, co mądrości szukają w świecie.
Na jesionowym tym jadłem stole Z mężem, co dla niej znosił i bole,
Het, z za wielkiego przybyłym morza. Ten, sprawę Węża napamięć umiał I zinał, co ręka czyni z nim boża. Słuchałem długo, ażem się zdumiałI Długo słuchałem tego pielgrzyma,
Co jabłoń owdzie posadził złotą,
Gdzie łucznik konia waszego trzyma.
Tę, mówię, jabłoń posadził oto, Błogosławieństwa znak kładąc na niej,
A odtąd co rok owoce niesie,
Wonność po całym rozlewa lesie,
Ptastwo ją mija, robak nie rani.
Nie będzie, gadem, kto niszczy gady, Gadem nie będzie, kto gady niszczy.
Smok pierwszy runął i zionął jady,
I to się jeszcze pryszczy a pryszczy.
Książęta, jedźcie za siódmą skałę,
Gdzie śniegi leżą na Tatrach białe!
Za siódmą skałą najdzie się struga,
Co między głazy promieniem mruga,
A potem w rzeki urasta żyłę.
Wodę z niej hełmem kto pił miedzianym, Bywał mu z wodą i sposób zlanym: Zdobywał fortel, zyskiwał siłę Przeciwko smokom odwylęganym.
Lubo jest rzadki, co fortel z siłą W doraźną umiał zamienić wolę;
Zawsze się jedno z drugiem wadziło. Mówiłbym dłużej, lecz cierpię bole,
Dzień mię odbiega, a noc mię woła.. Lilijan niech wam będzie gościnnym! Zostawię po mnie świecę, gęśl, zioła, Świecę, gęśl, zioła zostawię innym. (głosem cichszym)
Książęta, jedźcie za siódmą skałę,
Gdzie śniegi leżą na Tatrach białe. RAKUZ. Strugi jak pytać? I pytać kogo? STARZEC. Cel drogi bywa z skończoną droga,
Grotem się włócznia zazwyczaj kończy, Wrębem się kończą brzegi opończy! Człek nie wie, mówiąc o tem i owem,
Że słów granice są jeszcze słowem. LILJAN. Książęta, jedźcie za siódmą skałę,
Za siódmą skałę, gdzie śniegi białe! (książęta wychodzą)
LILJAN. (do pustelnika) Mężowie wyszli, wadząc się z sobą.
STARZEC. Gdzie zwada braci zdwoi rodzonych,
Nie kwap się trzecią stawać osobą.
Osobą trzecią braci zwaśnionych Milczenie naprzód bywa, a potem Służalec, człowiek, kupiony złotem,
By, zaprzestawszy swego istnienia,
Dla powaśnionych był zejściem gniewu. Ten, gdyby zbywał, będą kląć drzewu, Lub z przydrożnego szydzić kamienia,
Aż gniew, który jest właśnieże owem Zapowietrzeniem po-jaszczurowem, Wyrozpoznawa się i wypienia! (po chwili)
Zmierzyłem ja ich tą siódmą skałą! Dni sicdm niech błądzą zdała od domu, By, co jest marą, snem się wydało!
A Bóg da resztę, jak będzie komu.
II.
Głęboka puszcza — noc.
RAKUZ. Trębacza w lcsie z rozkowa-nym koniem Zostawić przyszło. Dobrze! Za nim w ślady Łucznika. Dobrze! A teraz mój gniady Dla mnie. (siadając na koń)
Nie dzielę się już podogoniem. Braterstwa lękam się równie, jak zdrady. KRAKUS. Zdrady? O, bracie! Gdzież zdrada być może?
Tak wiele razy dzieliliśmy łoże,
Jedną okryci burką noce całe,
Po łowach w dęby tuląc się spróchniałe... A dziś, przypadku małego zrządzeniem, Może nam chwilę przyjdzie czekać jedną. Zostań! Za pier wszem puszczę cię trąbieniem.
Mroki się szerzą, ale drzewa rzedną. Rakuzie, podziel się oto siedzeniem,
Lub zstąp i bogom razem zrób obiaty! 0 Koń, odpocząwszy, łacniej dwóch uniesie. Przymknę do siodła, do kraju twej szaty, Jako jesienny liść i mało szerzej Zabiorę miejsca, niż ile płaszcz leży. RAKUZ. Naród mię czeka, ojciec stary czeka;
Obiaty bogom spraw i ruszaj pieszo!
Brat się tu wcale brata nie wyrzeka, Losy się tylko więcej od nas spieszą. Złość smoka może wywrzeć się tia masy. Poświęć się, bracie, i bądź zdrów! Niech bogi
Odmienią losy, niech odmienią czasy! (zawraca koniem)
KRAKUS. Bracie! Co czynisz? Krew! RAKUZ. To nic, ostrogi.
KRAKUS. Ostrogą usta i serce mi skrwawił!
A teraz jestem, jak zdeptane zioło.
Bez chleba kromki w puszczy mię zostawił!
Zdeptane zioło, z wstydem wznoszę czoło: Ciemno a ciemno wkoło i nikczemno, Gdziekolwiek spojrzeć, ciemno naokoło... Rozbrat, którego, nie wiem, co pojedna, I węzeł, który, nie wiem, co rozłamie. Żeby choć jedno serce było ze mną! i) obiata — ofiara, składana bogoin.
Żeby choć ręka jedna,
Żeby choć jedno ramię Było ze mną! (postępując dalej)
Do świtu teraz hukać się nie ważę,
Ni pacholęcia wołać po imieniu.
Niksy1) chcą ciszy, Niksów nie obrażę, By, na wstrzymanym usiadłszy promieniu, Jak pająk, pieśnią z proslej zbity drogi, Groziły milczkiem. Nie obrażę bogi, Korowodami szłapiące, jak straże W szerokich wieńcach paproci zębatej; Do świtu wołać chłopca się nie ważę. (wstrzymując się)
Jeleni łańcuch płynie rosochaty W pod-księżycowej mgle, jak tratwa duża; Kozioł na grzbiecie srebrne liże łaty, Księżyc się w bluszcze osłupione wmruża. Cichości magją słyszę prawie drzewa, Jako lepkiemi budzą się pączkami,
I widzę, słysząc, jak gdy Bojan2) śpiewa, W świat cię odległy przenosząc słowami, Które nic z miejsca nie ruszają wcale.
A jednak jesteś raz w lesie, raz w polu, Na ławie siedzisz, myśląc, że na skale, Rannym nie bywasz, ale syczysz z bolu, I są to wszystko tylko słowa pieśni,
I dzieje się to gdzieś, skoro się nie śni. (potyka się o głaz, a potem)
Głaz jednak, którym osłupiłem nogę,
Za one pieśni słowa wziąć nie mogę!
Czy ten głaz wiedział, żem książę zbłąkany,
Niezwykły tykać kamienia, jeżeli Wytworniej nie jest zgruba ociosany? (po chwili)
Głaz zadrżał! Jako gdy proca uceli,
Za rzutem kamień podrywając smagły. (po chwili)
Głaz wstał i idzie... zniknął za modrzewiem!...
Pierwszy raz w życiu przebiegły mię jagły,
Pierwszy raz zląkłem się, choć, czego, nie wiem. (po chwili) 1) Niksy, u południowych Słowian duchy podrzędne, polne i leśne. (P. P.).
«Niksy» jest to starogermańska, ogólna nazwa duchów wodnych; u południowych Słowian jest zapewne stąd zapożyczona. 2) Bojan (ukr.) — legendowy pocta-śpiewak, wymieniony w «Wyprawie Igora na Połowców*.
Głaz, widzę, idzie w blasku księżycowym... Idzie, legł na mchu... widzę, jak na dłoni... KamieńI Choć może progiem był ciosowym,
Lub służył we drzwiach do wiązania koni, Deptan i wiązań przez ludzkie zwyczaje, Wylęga teraz, gdy ja błądzić muszę! PROG. Najniższy sługa! Książę mię poznaje?
Najniższy sługa, próg, zyskałem duszę Po rozwaleniu zamku i, gdzie mogę, Zabiegam teraz podróżnikom drogę. Milczałem wieki, gdy deptano po mnie, Gdy w kości na mnie grywano nieskromnie;
Milczałem wieki — raz przecie, gdy noże Zbójców na biodrach mych ostrzono, pomnę,
Że zazgrzytałem przeraźliwie: «Boże!»
I odtąd wszystko mi już nieprzytomne.
A teraz progiem jestem grzędy drugiej, Pałacu, który, gdziebym nie legł, stawa; Ten niewidzialny jest tyle, co długi. Niech książę stąpa! Milczę na usługi,
Jak niegdyś w zamku hrabiego Mścislawa. KRAKUS. Wierzyć, nie wierzyć? Oto zapytanie!
Książę brat Rakuz stąpiłby już dawno, Lub kopnął nogą i całe zadanie Obrócił z śmieciłem w przypowieść zabawną.
Dlatego pięrwszy fortelu dostanie,
Dlatego smoka zwali ręką sławną,
Nim ja, tułactwem i smutkiem zwątpiały, Do wtórej ledwo dowlekę się skały. Jeszcze krew z wargi wysysam przeciętej, A już mi nie chce się jemu złorzeczyć; Niech będzie zbawcą i na króla wzięty, Kiedy tak umie wspaniale kaleczyć.
Może wart byłem, że jestem wyjęty Z pomiędzy mężów, ulubieńszych sławie, Przyłożyć ręki nie mogąc do dzieła,
Kiedy mi wszystko niedola objęła.
To zrobię jedno, że... że błogosławię!
Lecz śmiech mię bierze i łzy mi się garną, Myśląc, że ręki jedynie skinieniem Dokładam na wiatr... Byłżebym już cieniem
Marnym, któremu rzeczywistość marną? Czyliż, do progu przyszedłszy jakoby, Gdizie dotkliwego wątku już nie staje, Wyjrzałem w zaświat, poznały mię groby? PRÓG. Najniższy sługa! Książę mię poznaje!
KRAKUS. Że niewidzialne zamki są. to pewna.
Rycerz mi jeden sam się o tem zwierzył, Iż go zaklęta gościła królewna.
Czarów się nie bał, ale długo nie żył.
Tarczę widziałem sam, na własne oczy, Przed którą pani ta szukać lubiła Czystości lica i ładu warkoczy,
A tarcza odtąd twarzą jej patrzyła!
Nie jestem, widzisz, lada młodzik, który Rycerskie zwierzchu tylko zna rzemiosło, I ramię moje sięgało do góry,
I czoło’ moje wyżej dachów rosło.
Wiem, że są boje wszelakiej natury.
Ani mię dziwi gościnność kamienia,
Lecz jestem smętny, i jestem ten, który Dla siebie nie chce już nic, prócz spocz-nienia. (pochyla się i kładzie opodal progu)
A przeto wolę na tym mchu jałowym Przyleć, niż świetne przyjąć zaproszenia. PRÓG. Książę się kładziesz w ogrodzie zamkowym,
W grocie bezwidnej z drogiego kamienia, Gdzie źródło w konchy spada alabaster, Stół z niewinnemi ofiarami czeka,
Mleko, owoce i miodowy plaster Podaje cisza, przyjaciółka człeka,
Nie kłaniająca natrętnemi słowy. (zasuwają się ściany niewidome)
Spocząłeś, książę, w grocie szmaragdowej! 111.
U pierwszej bramy zamku.
Rakuz na spienionym koniu, Grodny na czele czeladzi.
GRODNY i CZELADŹ Z straszliwą wieścią czekamy na drodze.
RAKUZ. (oddając konia) Niechaj wiem! GRODNY. Książę nas opuścił włady ’) RAKUZ. Kółko mi o tem szeptało w ostrodze.
Płaczki niech wyją, niech szlochają dziady!
Stos wielki cieśle niech od rana stawią, Chorągwie niech się zbiorą i gromady! (po chwili)
A smok?
GRODNY. Drabowie z tym się czasem bawią.
RAKUZ. A Krakus książę, brat nasz? GRODNY. Ani słychu
O księciu, panie młodym.
RAKUZ. (na stronie) Daj go lichu! Nie temu z bestją harcować żakowi, i) włady, przymiotnik starosloweński, iznaczijcy: wielmożny i heroiczny. (P. P.).
Ani po starcu dziedziczyć korony. Przyniosłem fortel, co w wodzie się łowi, Smoka jak zażyć, wiem, i z której strony, Tylko mi trzeba śpieszyć się, bo kto wić... Tylko mi trzeba, jak grom przed wystrzałem,
Knować sam na sam cichą rzecz. (słychać szamotanie się i ryk smoka)
Zadrżałem!? (Szotom1) wchodzi)
RAKUZ. (poznając go) Szotom! (przyzywa go bliżej skinieniem)
Jak stary zeszedł? Niech usłyszę... SZOŁOM. Panie! Że, będąc koronnym runnikiem =),
Posiadam sztukę, przez którą rad piszę, Cokolwiek zechcę, tym oto stylikiem3) Na buku. tudzież, że się tego z nikiem Dzielić nie godzi, iż jest rzeczą stanu — Przeto, tak dla tych, co stoją za tronem, Jako i dla tych, co ścielą się panu, Spisałem słowa piórem nieuczonem.
Te zaś brzmią: (dobywa tabliczek)
RAKUZ. Czytaj I
SZOŁOM. (czyta) Szóstego dnia, rano, Krak, książę Włady, chwilę zgadł bezwtorą I kazał, aby z wieży obwołano,
Że umrze. Lechów zebrało się sporo U łoża, które jest z czarnego dębu.
Tam książę, głowę poruszając bladą,
Tak prawił: «Gród ten z pod smoczego zębu
Wybawi jeden z dwóch, którzy tu jadą; Który zaś, nie wiem, lecz jeden z Księżyców...))
I dodał: «Wielu nie będzie dziedziców!)) I przemilkł; poczem, gdy bardzo szlochano,
Jakoby młodzian porwał się z pościeli, Głosem wołając wielkim: «Niech powstaną Dziadowie z grobów, by jasno widzieli, Że się nie lękam śmierci!» i padł. Lechy na to:
«Chrobryś był!» Trupa osłonili szatą I wyszli. 1) «Szolom» pochodzi od słowa ludowego «szolo-mić». (P. P.).
Szolomić, oszałamiać — odurzać, obalamucać wmawianiem czegoś. 2) Runy, najstarsze znaki pisarskie germańskich ludów. Stąd «runnik» * — pisarz. a) stylik, mały «slylus» rzymski, t. j. rylec do pisania na pokrytej woskiem tabliczce.
RAKUZ. Tablic tych nie dotkniesz wię-cej,
Na wieki legną w żalnicy książęcej. Mimo, iż starzec wróżył niedość jasno, Imiennie głosić nie raczył dziedzica... SZOŁOM. Człowiek, o panie, gdy siły już gasną,
Jest tak, jak kiedy dopala się świćca. Dlatego poznać dobrego runnika Po tem, czy słowa mniej pewne przenika. Ja zaś z mej strony to na marginesie Włączyłem: «Z słów tych Rakuz rozumie się»,
Co jednak w tekście nie jest rzeczą główną,
Gdyż obu książąt czekano zarówno. RAKUZ. W rzeczach tych każdy runnik doskonały Sam wie najlepiej, co i jak się godzi. Mnie to nie tyczy, cudzej nie chcę chwały, Głównie o prawdę idzie.
SZOŁOM. O nią chodzi.
RAKUZ. A prawda cóż jest?
SZOŁOM. Cóż prawda jest?
RAKUZ. Słowem.
Cokolwiek streścisz aść, przyjąć gotowem. (przechadza się i, poglądając ku podwor-cowi zamku)
Ludzie ci, owdzie u zamkowej brony Stojący kupą, jak cygańska rzesza,
Co są?
SZOŁOM. Z dalekiej są, o panie, strony, Gdzie rola siejby nie zna ni lemiesza; Bagna, zamierzchłe kępy ich mieszkaniem,
Skąd się Kiempowie zwą. Ci więc się bawią
Dzików obławą, smoków polowaniem. Jeśli zaś wierzyć kto chce gminnej wieści, Mają i księcia w tej bosej gromadzie. Bitni są, piją, co się tylko zmieści,
I jak dębowe leżą potem kadzie.
Wszakże za dobre wdzięczni i łaskawi; Historja zwie ich wszystkich: Skandynawi. Wczoraj, od ludu słyszawszy o smoku, Zboczyli nieco dla bliższych języków,
A jeden z onych, mimo bestji ryków, Mniema, że potwór jest w patrzących oku.
Wycie zaś larwy sprawują piekielne, Rade, iż w kłamstwo to wierzą bezczelnel RAKUZ. Gadek tych ważyć nie jest ludzką rzeczą. (słychać szamotanie się i wycie)
Kły musząć być gdzieś, jeżeli kaleczą,
A skoro kły są... a jeśli w tej chwili Słyszym, że draby w progach się bronili... (po chwili)
Lecz za dni mało będę ja sam na sam Walczy! i wobec narodu pohasam. (po chwili)
Słuchaj! Niech konia trzymają chędogo! Słuchaj! Bo, trzeci wschód nim się zapali, Lud mój ze wszech stron wyruszyć ma drogą,
By widział, smoczy łeb jako się zwali.
Ja rzekłem i — dość; wiem, co wiem, jak czynię. (po chwili)
Tymczasem Kiempów onych książę zaco Nie jest jak w własnej ugoszczon krainie? Pytać nie trzeba, czy podróżni płacą.
Z rycerzy błędnych tylko ludzie prości Szydzą, lecz gród mój znan jest z gościnności.
SZOŁOM. Słowa te, słowa te same, te same
Grodnemu wczoraj wyniosłem za bramę, Mówiąc; A któż wie? Książę Krakus tnoże, Zbłąkan gdzieś, cudze zalega rogoże,
Lub deszcz z zamkowych ocieka nań rynien...
RAKUZ. (przerywając mówienie Szo-loma) Ludziom tym, rzekłem, wieczerza i łoże! (Szołom wychodzi)
A książę Krakus? On sam sobie winien!
IV.
Wnętrze groty szmaragdowej.
W głębi zdrój, przodem stół zastawiony, przy nim usłane siedzenie nalcształt łoża.
KRAKUS, (we śnie) Śni mi się... śni mi... że mi się śniło Bolesne jakieś z bratem rozstanie,
Które się z ziarnka piasku mogiłą Stało, jak ściana, dzieląc mieszkanie.
A ja mam cichą z szmaragdu grotę,
I zastawiony stół owocami,
I jestem z kimsiś, co kocha cnotę;
Muzykę słychać, jesteśmy sami,
Nic mi nie braknie, nie braknie wcale, Tylko, że pragnę, (porusza się) a nie mam czary! (wstaje)
Więc idę śpiący i pełen wiary,
Gdzie słychać źródła, szemrzące w skale. (biorąc wodę ze źródła)
Bronzowcm hełmu czerpnąwszy gardłem, Piję, a ciągle śnię, że umarłem. (pije z hełmu)
ŹRÓDŁO. W miedziany kask Księżyca blask Nie tak upada niedbale,
Jak wód mych nić
Perłowa lśnić
Schodzi pomiędzy korale.
KRAKUS, (wieczerzając) A ciągle śni się, że mi się śniło,
Jakby mię ziemia przyjęła w gości,
Twór każdy witał, wszystko mówiło, Jakbym się bawił źródłem mądrości.
ŹRÓDŁO. Naklonem chmur Z za siedmiu gór Rosnę, lub w niebie się rodzę.
Rób-że, jak chcesz!
Czy tam mnie bierz,
Czy tu, gdzie samo przychodzę!
KRAKUS. Ciągle śni mi się, jak rzecz prawdziwa,
Śni mi się ciągle, że nikt nie baczy,
Iż w dziennym jawie senne przędziwa Wsnute są, niby na krosnach tkaczy. Lecz nić ich ciągnie się i nie zrywa,
Nad światło szybka i migotliwa. Spostrzeże ją człek, a nie zobaczy!
ŹRÓDŁO. Nie jestem nic,
Ni rąk, ni lic,
Wydźwięk mam tylko perłowy; Rzemiosło moje:
Ochładzać znoje.
Cóż chcesz od wody źródłowej?
KRAKUS, (kończąc wieczerzać) Szczęśliwy człowiek, w śnie czy na jawie, Niczego nie chce, nawet i chcenia.
Brat, żeby wiedział, jak ja się bawię, Gościnność jaka jest u kamienia,
Jak wiele serca, braterstwa ile Próg mi okazał, kopnięty nogą;
Nie rozdarłby mi twarzy ostrogą. (podnosi toast hełmem)
Zdrowie twe, Progu, leżący w pyle! (wychyla napój i wyciąga się do snu)
ŹRÓDŁO. Dochodzić — trud,
A dojść — jest cud,
Mniejsza, czy konno, czy pieszo;
Bo jedni z was Mijają czas,
Drudzy mu ledwo wyśpieszą!
KRAKUS, (we śnie) Coś, coś, jakoby z pustelni słowa...
Jakobym spoczął już niedaleko,
Woda gdzieś jakby biła źródłowa Za siódmą skałą, za siódmą rzeką... Spocząłem w drodze, przez próg przechodzę;
Gdzie próg? Gród? Rakuz? Kółko w ostrodze? (po chwili)
Ojciec mój... ojciec! Co oni wleką?...
To smoka tułów... Ojcze! To smoka!...
Czy słyszysz?... Cisza wkoło głęboka.
ŹRÓDŁO. Rycerzu, wiedz,
Żeś przyszedł lec,
Gdzie ludzie progów nie krćślą,
Lecz ludziom Bóg Zakłada próg,
Nie wszystko pełniąc, jak myślą.
KRAKUS. Snu jeszcze zetrzeć nie mogę z oka...
ŹRÓDŁO. Więcej już nieśń,
Lecz pomń, że pieśń Nietylko z rany wyleczą.
Spróbuj to sam U smoka jam!
Rymem, ach, będzie cios miecza. (przepadają ściany niewidzialnej groty i zamku. Krakus na mchu w lesie śpiący zostaje, jak pierwej, zorza poranna świtać zaczyna)
ZORZA. Wstawaj, książę! Czas w drogę. KRAKUS, (porywając się) O! Wiem — wiele wiem — mogę!
V.
Komnata książęca na Wawelu.
Lampa u sklepienia mimo światła dziennego pali się.
RAKUZ. (sam) Dnie, noce jedną stały mi się dobą,
Nim chwila przyjdzie, chwila pojedynku. (przechadza się, staje)
Miałżeby człowiek wyścigać się sobą, Potem się gonić, będąc pierw na rynku, Ciało za sobą wlec, czuwaniem zwiędłe, I osobistość spajać gdzieś rozprzędłę? Szczęśliwy, kto jest tam, gdzie jest. Ja wcale
Nie byłem owdzie! «Dziś» mi cięży chmurą...
Dnie, mroki, zorze palę się a palę,
Jako ta lampa, nie wiem już, noc którą, I zawsze kędyś mam mój dzień słoneczny, I wszelki bliski jest mi niebezpieczny. SZOŁOM. (wchodząc) Panie nasz! Płatnerz, od świtu wysłany Do kamiennego królów mogilnika,
By miecz pociągnąć o grobowców ściany, Wrócił: stal prysła... (składa odłamy miecza)
Z urzędu runnika Winienem zaraz wieszczbę sląd wyśledzić, Że o złym mieczu traf zdążył uprzedzić,
Przyczem jest wniosek, że inny miecz, wtóry,
Nie już ów pierwszy, znosić ma potwory. Jakby więc, mówię, duch z grobowców wołał:
Syn to potrafi, co ojciec nie zdołał! Niepróżno bowiem runnik jest runnikiem, Skoro zna sztukę pisania stylikiem. RAKU Z. (zdejmując łańcuch z szyi i miecz ze ściany) Łańcuch ten złoty wam; miecz płatnerzowi.
SZOŁOM. Panie nasz! Lud się wkoło miasta mrowi,
Na drogach wszystkich koczują gromady; Dawno tak wielkiej rzeszy nie widziano. Jakkolwiek liczne są w dziejach przykłady,
Iż śmiech opieszał, łzy zaś skorzej lano, Żałując książąt, których brak.
RAKUZ. (kładąc rękę na piersiach)
Co braknie?
Kogóż tu braknie?
SZOŁOM. Stos, mówię, żałobny
I ciało Kraka widzieć każdy łaknie,
Lech i oszczepnik, kmiotek nawet drobny. Rycerzy sporo z krainy odległej Widziano w tłumie. Niejacy w kapturach, Smętni, jak grodu zwalonego cegły,
Stoją, na ciężkich oparci koszturach. Inni przysięgli zostać tak, jak legną,
Póki się stosu wieńce nie zażegną,
A inni lica nie odsłonić wcale.
Kobiet dostatek w poczestnej odzieży Chórami ciągnie, pośpiewując żale. RAKUZ. Niechże się kupią; co raz wołać z wieży,
Że, niźli zorze wtóre się zapali,
Rakuz sam na sam smoka głowę zwali. (po chwili)
Kiempów1) wódz czem się bawi? Niech nas widzi!
SZOŁOM. Wczoraj, o panie, chciał wnijść, lecz się wstydzi,
Obuwie mając ze skór ryby morskiej;
U Skandynawów to obyczaj dworski.
Zaś ludzie jego do jamy smokowej Rzucali nieco zatrutego jadła,
Skąd wraz olbrzymie wylatały sowy; Rzesza patrzących, cofając się, bladła. Wycia niekiedy słychać było z głębi,
Gdy z wież, za każdym onych wyć przestankiem,
Struchlałych wiele padało gołębi.
Chłopcy je dotąd zbierają pod gankiem. 0 «Kiempe» jest to nazwisko skandynawskich błędnych rycerzy. (P. P.).
RAKUZ. (z obłędem) Miecz czy na-ostrzon?
SZOŁOM. Właśnie, że go biorę.
RAKUZ. Stos czy zapalon?
SZOŁOM. Chcę pytać o porę.
RAKUZ. Pora! Ach, pora!... Zawsze, zawsze pora...
Cóż jest dziś?... (przechadza się i nagle z pomieszaniem)
Jutro, cóż wszak jutro?... Wczora?... Cóż chciałem mówić? Miecz niech mi wytoczą,
Konia mi trzymać, jak przed bitwą,
A dalej... dalej, co się stanie... zoczą! (po chwili)
Skoro zapalą stos, wyjdę, acz więcej Nad popiół ważę żywych sto tysięcy!
SZOŁOM. Słowo królewskie jest, jak bystra rzeka. (wychodzi)
GRODNY. (w progu) Kiempów wódz w progach Rakuzowych czeka.
RAKUZ. Gość w dom, to Róg w dom.
WÓDZ. (zbliżywszy się) Ugoszczony w grodzie,
Kłaniam ci, jestem zaś pierwszym w narodzie,
Któremu morskie wybrzeża z bursztynu Bóg dał, jak krawędź kolebki dziecięciu. Adynoj wola Żyd, my zaś Odynu ’) Zowiemy tego, co Bogiem jest księciu. Dziadowie moi od Fenicjan wzięli Mądrość pływania po morskiej topieli; Bo nie znam więcej nic milszego Rogu, Jak, w gwiazdy patrząc, uwijać w pi-rogu 2)
Po niezgłębionych toniach bożej woli. (podsuwając ławę)
To rzekłszy, siadam, by odpocząć gwoli.
RAKUZ. Siadaj mośćl Inne jest królestwo nasze,
Wcale-że inne, gospodarcze, lasze.
Acz, co jest morze, wiem i z której strony,
Runnika mając, ten zaś jest ćwiczony. Gwiazdy jak nazwać, wie o każdej porze, Ku czemu w czas swój i sypia na dworze. Łańcuch mu złoty dałem, wiedząc o tem, Źe wczoraj pomni, dziś zna, zgadnie potem. 0 Hebrajskie «Adonaj» (dosłownie: «mój pan»), zwrot w modlitwach do Boga. — Odyn, skandynawski bóg burzy, śmierci, a później także nieba. 2) pirog, zwykle: piroga (niem.), wąskie czółno, sporządzone z pnia drzewa.
WÓDZ. Mądrych się ludzi bynajmniej nie wstydzę;
Wiem, naco orły, naco ostrowidze *) RAKUZ. (posuwając czarę) Pij mość! Ja piję. (po chwili)
Rzecz twoją o smoku,
Który mię trapi, mów. Byłżeby w oku? WÓDZ. Długa jest powieść o smoczej naturze.
Ten bywa w oczach, a inny w posturze2), A inny jeszcze w obu jest zarazem.
Na jednych przeto użyj trąby grzmotów, Drugie tnij mieczem, inne miecza płazem, A inne śmiechem zbądź lekko!
RAKUZ. Ten gotów
Być z onych, które są i są obrazem. WÓDZ. Chłopy me w jamę na wici lipowej
Rzucili jagnię, truciznami dziane.
Jęk naprzód, potem wylęgały sowy I dziwolągi szły porozskrzydlane Z czeluść podziemnych — a potem, a potem,
Jako gdy burza zaniesie się grzmotem,
Ale nie może całym strzelić gromem, Myślałem, że się loch zapadnie z domem. RAKUZ. Dość jest! Za mało będę ja sam na sam
Walczył i wobec narodu pohasam.
Mość zaś ze swoim pocztem niech zaczeka!
Doświadczonego miło gościć człeka. WÓDZ. Rzekę już siódmą od rodzinnych progów Przeszedłem, błądząc przez cztery księżyce;
Draśnięty pierwej od miedzianych rogów Dziwa, którego, wciąż śnię, że uchwycę. Tego już moi dwakroć siecią brali, Oszczepem nieraz dotarli w pogoni — Uchodził zawsze! A oni wracali,
A ja im miodu i — znowu do broni.
I spocząć nie dam, przez młot odynowy, Dopóki rogów nie wyłamię z głowy,
Bo, rękę w morzu unurzawszy słonćm, Przysiągłem żonie nie wrócić shańbionym. (Pije)
Żony mość nie masz? (pije) Poznaj nasze panny, Które są włosem trząsające złotym Po piaskach morskich, jak żółte dziewanny, 1) ostrowidz — ryś. 2) postura (ivłos.) = postawa.
Ciche i wielkie. (pije) Dużo mówić o tem! (pije)
W księżyca kiedyś patrząc sierp, jak w próżnę Arfę, co złote wyśpiewała struny, Dokończyć przyjdzie to życie podróżne, Smętne, jak popiół, i ciche, jak runy. (łuny wielkie wbiegają przez okna na ścianę komnaty)
RAKUZ. (zasłaniając twarz ręką) Stos ojca mego. (do Wodza) Idź mość zdrów!
WÓDZ. (wychodząc) Niech będzie
Zwycięstwo z wami!
RAKUZ. (nieporuszony na lawie) Pomnijcież nas!
WÓDZ. (w progu) Wszędzie. (wychodzi — Rakuz, podparły ręką, nieporuszony zostaje przy stole)
GRODNY. (w progu) Giermki po stajniach koniom obwołali,
Że jeździec umarł i że stos się pali. (wychodzi — Rakuz, jak pierw, nieporuszony i ręką podparty, zostaje)
VI.
Dolna część zamku.
Od przodu komnata, lukiem kryta, w głębi zaś korytarz przypodworcowy. Przez korytarz Chóry pogrzebane ciągną, za każdym z chórów idą różne poczty osób, niekiedy chorągwie.
PIERWSZY CHÓR. Przechodź już, wielka osobo,
W powietrze inne ze ziemi.
Gdzie losy nie są nad tobą,
A ty nad niemi.
WTÓRY. Weź chleby, topór, pieniądze, Konie twe, zbroje i sfory,
Nim wtóre weźmiesz już rządze ‘),
Sam będąc wtóry.
RAZEM. Lecz czemu, powiedz, ach, czemu
Ty, coś stal ponad tym krajem, Przechodzisz dziś do podziemu,
A my zostajem?
PIERWSZY. Przechodź już, wielka osobo,
W powietrze inne ze ziemi, i) rządze “ rządy.
Gdzie losy nie są nad tobą,
A ty nad niemi.
RAZEM. Lecz czemu, powiedz, ach, czemu! (Chóry przechodzą, Rakuz, który za niemi postępował, zbacza na przód komnaty i zatacza się w krzesło wielkie)
RAKUZ. Czemu i czemu?! Sto dębów widziałem,
Nad przepaściami schylonych przy drodze,
A każdy skrzypiał. «Czemuż ja spróchniałem?*
SZOŁOM. (bawiąc rękę łańcuchem złotym) Panie mój! Przebacz, iiż nie-proszon wchodzę;
Lecz umiem sztukę pisania stylikiem, Skąd radbym w smutku stać się poradnikiem,
Słowy mądremi odegnać tęsknotę.
RAKUZ. (nieporuszony) Ustąp! Za pocztem idź, jakbyśmy sami Szli, ja i książę, brat nasz, tarcze złote Obiedwie, z dwoma za pocztem włóczniami. (Rakuz, nieporuszony, daje znak ręką, Szołom uchodzi, Rakuz pogrąża się w dumaniu i wyciąga w krześlej
RAKUZ. (sam) Czuwałem nazbyt! Nie mam słońca powiek,
Ni ramion skały nie mam granitowej... Oprzeć się szukam gdzieś, bo jestem człowiek. (po chwili)
Człowiek i człowiek, od stopy do głowy! (po chwili)
O, przecież co noc podziemia się trzęsą, Chwieją się ściany, w broń ubrane, drżące,
Jakby wołały o krew i o mięso.
Chude, zgłodniałe i kłami dzwoniące. (po chwili)
A przecież jeszcze i zawistnych chmura... (ciszej)
I ten... (ciszej)
Dość, widzę, błąkał się po lesie Blady, jak szkielet, w framudze kaptura. Wątpię, czy oszczep na smoka uniesie... Czuwałem nazbyt. Człowiek i natura Niech wezmą ze mnie, co się im należy!
GRODNY. (w progach) Raz wtóry turniej otrębują z wieży.
RAKUZ. Snu, snu!...
PŁATNERZ, (wchodzi na palcach z mieczem) Raz trzeci trąba gdy zawoła,
Miecz ten... (spostrzega śpiącego, zawiesza miecz i uchodzi)
RAKUZ. (w marzeniu) Snu tylko, i snu, i nic zgoła Więcej!... Człek jestem, jak wy wszyscy... podły. (po chwili)
Przytomność samą cóż uwcześnić zdoła, Jeśli nie spokój, sumienność i modły? (z śmiechem)
Wszystkich trzech razem nie znam osobiście. (po chwili)
Słowa mi z ust mych padają nieznane, Lecz, skoro padną, słyszę je, jak liście Słyszeć powinny drzewa obnażane,
Czół własnych wieńce mając pod nogami. (we śnie)
Idź precz! Zawracam koniem i uchodzę. Idź, bo przekreślę ci twarz ostrogami! Słońce już wschodzi, ze słońcem ja wschodzę
Na wielkim, pianę toczącym rumaku. Tam lud, i ówdzie lud, i krzyk dokoła... Przede mną tułów bestji na półhaku Wleką drabowie, cala rzesza woła: «Rakuz niech żywię! Włady Tur niech żywię!»
Lechy do kolan skaczą mi... Ich czoła, Ręce ich widzę u strzemion, na grzywie... Ziemia drży... Sława w cztery trąbi strony...
Sława! (porywając się we śnie)
Oh! Krakus gdzież?... (po chwili)
Rardzo wzgardzony, Uchodzi, krwawą plamę ma na licu. (z obłędem, we śnie)
Podobnych braci dwóch widzę w księżycu ‘). (w progach pokazuje się Krakus, na obliczu kapturem okryty, spostrzega śpiącego i zbliża się na palcach) i) Lud utrzymuje, że cienie na księżycu są obrazem Kaina, zabijającego Abla. Stąd widzenie tego obrazu jest świadectwem planów bratobójczych Ra-kuza.
KRAKUS, (stając u krzesła) Spoczął. Niech bogi ulgę mu przyniosą, Która jest dobrą panną złotowłosą. Szlachetny Rakuz. Oh! Ileś ty, widzę, Żałobą z ojcem współkonal sędziwym! (cofa się na palcach)
Twarzy odsłonić, poznać się dać wstydzę, Niewczesny dwakroć: umarłym i żywym! (wstrzymuje się, pogląda na śpiącego)
Któryż-bo z zacnych trudów twych dzieliłem!
Czem cię wyręczyć pośpieszyłem? — Bracie!
Czem jestem teraz i czem kiedy byłem... Przed ojca stratą i po ojca stracie? (z progów, gdzie zatrzymuje się na chwilę)
Śpijże ty, książę! Pod praojców godły Chmura z twojego niech ustąpi czoła! Jaw, czyn i samą przytomność cóż zdoła Uwcześnić trzeźwiej, nad spokój lub modły? (uchodzi)
VIII.
Rynek miasta.
Tam i ówdzie pospólstwo w gromadach, na przodzie kilku Kmietów i mieszczan.
PIERWSZY. Ja mówię «Jeden» on zaś «Dwóch» a owy Krzyczy: ((Żadnego książęcia nie było!»
WTÓRY. Zgadujże teraz! Po rozum do głowy! (SZOŁOM przechodzi mimo)
PIERWSZY. Osoba idzie w łańcuchu, aż miło.
Dworska, lecz któż się spytać jej odważy?
SZOŁOM. (przystępując do rozprawiających) Uszanowanie u gminu na twarzy
Świeci, jak łańcuch — złoty, nawet lepiej.
MIESZCZEK. Któż pomyśliłby, że sam nas zaczepi?
SZOŁOM. Sprzeczka jest o co?
PIERWSZY. On, że książąt obu
Widział, powiada, on zaś, że jednego,
A on, że wcale — i niema sposobu Zgadnąć.
SZOŁOM. Sprzeczacie się nie wiedzieć czego.
Rozstrzygnąć można tę rzecz, i niezwłocznie. (rozstawia pytających w półkole, potem, zbliżając się do nich)
Wiele tarcz było złotych?
WSZYSCY. Dwie, przytem dwie dzidy!!
SZOŁOM. (patetycznie) Gdzie tarcz jest złotych dwie, tudzież dwie włócznie, Tam dwóch jest książąt. Lub, gdzie włóczni parę
I tyleż tarcz jest, tam, że dwóch, daj wiarę! (uchodzi krokiem mierzonym)
PIERWSZY. To tak, jak palców pięć i pięć, dwa razy,
U dwóch rąk czyni dziesięć, bez urazy. (oddalają się, gwarząc) (KRAKUS przechodzi mimo, za nim SZOŁOM)
SZOŁOM. Jeśli nie błądzę, to dobra wiadomość.
KRAKUS, (nie poruszając kaptura) Dobrze jest błądzić, ile można najmniej.
SZOŁOM. Jeśli nie błądzę, to książę jegomość...
KRAKUS. Żebym choć złoty łańcuch miał przynajmniej!
SZOŁOM. Jeśli nie książę, to stara znajomość
Z głosu, i z wzrostu, i z gestu...
KRAKUS. Zaiste,
Starszej człek nie ma tu, gdzie wszystko zwodzi,
Co więcej, jeśli trafem w świat przychodzi.
SZOŁOM. (na stronie) Ktoś, co opiewa prawdy wiekuiste,
Albo Szołomów ród zna od korzenia. (po chwili)
Gdybyś, rycerzu, z pod tego kaptura Włos jeden odkrył...
KRAKUS. Jestem z pod kamienia,
Z pod mchów, z narodu, który skryła góra.
Tam czaszek nagość popiół grzeje szary, Włosów nie trefi nikt w kosy;
Księżyc prześwieca przez szpary,
Przez krople rosy;
Tam, jeśli jesteś rycerzem, wiesz, za co, Kryjąc się, jedni darzą drugich blaskiem; Oklaski ciszą się płacą,
Cisza oklaskiem.
SZOŁOM. Naród to wielki być musi — i bardzo.
KRAKUS. Granice jego granicami gardzą. (przechodzi w tłum)
W głębi brama, kryła lukiem.
Tłum się w nią ciśnie i czepia po wysokościach murów; na przodzie sceny gromady zatrzymane gwarzą.
PIERWSZY, (w bramie) To nie on!
Czemu palcem wytykacie?
WTÓRY. Byłżeby książę w tak szczególnej szacie,
Kapturem zwierzchu na obliczu kryty? INNY. Harfę ma złotą, lecz stoi, jak wryty.
WIELU. Trzeci raz turniej otrąbują właśnie. (słychać trąby i wołania z wieży)
WTÓRY. To on, jeśli już trąbiono raz trzeci.
PIERWSZY. Harfę wstrząs!, jako kiedy słońce gaśnie,
Złocistsze bardziej, niż gdy za dnia świeci. INNY. Śpiewa i przed się idzie w loch smokowy,
Wyprostowanej nie ruszywszy głowy, Posągom z głazu podobny wyrżniętym; Fałd żaden na nim zmieszanym, ni krętym,
Osoba dziwna...
WIELU. Kto bliższy, śpiew słyszy. WIELU. Ja słyszę.
MIESZCZEK. Rycerz śpiewa, bądź cież ciszej! (tłumy się powoli uciszają) ŚPIEW.
Chodź! Stań! Przez wiarę wiar Klnę cię, pożerco dusz!
Czar twój skończony już.
Czar mój jest żaden czar.
Bóg wie, za ile win,
Twarz w twarz, począłem rzecz.
Broń ma — len jeden miecz,
Pieśń ma — ten jeden czyn.
Pieśń ma to nie pieśń już.
PIERWSZY. Przystąpił! Harfę podnosi i ciska W pieczary ciemność!
INNY. Latawców mrowiska
Z dymu słupami wylatują wgórę...
WIELU. Widzieć nie można, taka ciemność pada!
INNY. Tam, owdzie ptastwo błądzi w niej bezpióre,
Jak nietoperzy i sów całe stada...
MIESZCZEK. Ktokolwiek pierwszy zoczy co, niech gada!
GŁOS W BRAMIE. Co widzisz? Widać co?
GŁOS PIERWSZY. Widać, jak chmurę, I jak grzbiet nagle zbudzonej mogiły, Wydzierający się z ziemi rozpaczme!
I widać jakby moc, zmienioną w bryły, Co się wyciąga ze snu, nim iść zacznie Po przyczajonych karkach stu tysięcy. (po chwili)
I widać znowu ciemność i nic więcej Nie widać, tylko jakby błysk niebieski.
GŁOS W DALI. Miecz księcia górą! Górą miecz królewski!
PIERWSZY. A teraz widać wał, że jest ochwiany,
Zataczający się wał, jak pijany,
A zamek nad nim stoi, a wal owy Nie jest już wałem — to cielsko jest smoka!...
Legł!
WTÓRY. Oszczepnicy skoczyli do głowy...
Rąbanie słychać... Słyszycie rąbanie?
KMIEĆ. Jak gdy kto w puszczy wycinanej stanie,
Gęsto rąbanie słychać... jeszcze... jeszcze...
MIESZCZEK. Jako gdy w kuźni żelazo czerwone Młotami biją, obracając kleszcze!
WIELU. I jeszcze słychać, jeszcze! Nieskończone...
GŁOS W RRAMIE. Książę niech żyje! Mąż, co zabił smoka,
Jak rzekł, niech żyje!
PIERWSZY. Straciłem go z oka.
GŁOSY RÓŻNE. Na tarczach podnieść wgórę!... Zbawcę wgórę!... (okrzyki podnoszą się, i uciszają, i znów podnoszą. Od przodu sceny, przez tłum ku bramie Rakuz przedziera się pieszo; przy nim Szolom i poczet dworski, za pieszymi prowadzą konie, wszystko w rynsztunku świetnym)
GRODNI. (tłum rękoma rozgarniając) W lewo i w prawo ustąp! Książę kroczy!
SZOŁOM. (glos podnosząc) Książę potykać się wyruszył!
WIELU OD BRAMY. W porę!!
GRODNY. (do tłumu) Ustąpi (tłumy zaciskają się pod bramę. Rakuz z pocztem swoim zatrzymuje się)
PIERWSZY W BRAMIE. Kapturny zbawca zakrył oczy.
INNY. Nieporuszony w kapturze zostawał
WTÓRY. Jestże kim z bogów?... Albo żywa Sława?...
GRODNY. (w tłumie) W lewo i w prawo ustąp!
SZOŁOM. Panie włady!
W bryłę się jedną skupiły gromady, Ruszyć nie sposób.
RAKUZ. (targając włosy) Ha! Snu godzin parę
Dogonić koniem po karkach tej rzeszy — Nie sposób! Kiedyś któż temu da wiarę? GŁOSY WDALI. Górą! Na tarczy górą!
Zbawca leszy!
GŁOS W BRAMIE. Trębaczy poczet szeregami dwoma,
Daje mu drogę ku nam.
SZOŁOM. O, nieruchoma
Rzeszo, na księżyc patrząca blada wy! Słońce jest ztyłu. Rakuz, książę, czeka! PIERWSZY W RRAMIE. Mąż się kapturem zasłonił od sławy,
Widzę go. Tłum się poruszył, jak rzeka, Kiedy rozpuści i idzie z hałasem.
INNY. Już i ja widzieć mogę, jak na dłoni.
RAKUZ. (skacząc na konia swego) Kto żyw, niech za mną rusza! (do pocztu)
Wy do koni, A ktoby strzemion tykał, bić obcasem! (z bramy pokazują się trębacze)
TŁUM. Górą nieznany zbawca! GRODNY. Rakuz górą! (trębacze i wiełki tłum dwoma zastępami zbłiżają się na przód sceny, środkiem Krakus w nieporuszonym kapturze postępuje)
SZOŁOM. (słaniając się w tłumie) Książę ma słowo z konia do narodu. DWORSCY i GRODNY. Cisza niech będzie! Starsi niech się zbiorą,
Niech się na kijach oprą starsi z grodu! Kołem niech Lechy staną! (koło wiełkie okrąża Rakuza, na koniu stojącego. Przed nim Krakus w kapturze zapuszczonym, jak pierwej. Cisza)
NIEKTÓRE GŁOSY. Górą! Górą! GRODNY. Kto górą?!
RAKUZ. (z konia) Męże! Ten, co w tym kapturze Stoi, przez wielką pogardę dla tłumu,
Iż sławy nie chce, bogom i naturze Bluźni! Przemawiam doń i do rozumu Przemawiam: Odkryj czoło, zapaleńcze!
Ludowi pokłon daj, który cię sławi!
On głosi, słucha Bóg, ale ja wieńczę! (do Szołoma na stronie)
Mów dalej, Szołom! Gniew mi tchnienia dławi.
SZOŁOM. (na stronie) Mów, książę, dalej! Już słuchają!
RAKUZ. (płynnie) Nieco Przemilkłem. Czemuż?... (wskazując Krakusa)
Ah! By posąg owy, Poczuwszy wreszcie wnętrzności człowiecze,
Nad tłum zakrytej nie wynosił głowy! Lecz... (rzucając się z koniem naprzód) koniec słowom! — Niech rozpoczną miecze! (do Szołoma)
Turniej obwołać, że zaczął się! (trębacze uderzają w rogi, Krakus zasłania się mieczem)
GŁOSY WIELU. Pada!
Mąż cichy!
TŁUMY. Zbawca, gdzie?!
RAKUZ. (z konia) Zbawca? Kto włada!
KRAKUS, (odrzucając kaptur, w skonaniu) Skończyłem! Konam...
RAKUZ, SZOŁOM, GRODNY. (rzucając się na ciało i zakrywając je tarczami) Jak upadł, niech leży!
RAKUZ. Turniej że skończył się, otrąbić z wieży!
SZOŁOM. (usuwając tłumy) Wola umarłych, jakaby nie była,
Święta jest... Wola umarłych jest święta! Jak kaptur ongi, tak odtąd mogiła Skryje ten zacny proch, co zerwał pęta! Kończę; glos szczery nie bywa rozwlekły. (ąromady z dwuznacznem milczeniem cofają się)
RAKUZ. (z konia do cofających się)
O czyny wielkie tyś się, ludu, kusił, Rzucam więc tobie ten miecz, krwią ociekły. (wyciska miecz z ręki daleko) Złamał on męża, który smoki dusił.
Któż z nas rycerskiej godniejszym jest chwały?
W turnieju pierwszy kto? — Co żyw zostanie! (aromadu z dwuznacznem milczeniem cofają się)
Mów, albo nie mów, ludu osłupiały!
STARZEC, (z tłumu) Raczę coś, jakby smoka zmartwychwstanie.
INNY. Obydwa godni są rycerskiej chwały. (Rakuz przejeżdża zwolna ku bramie, choć gdzie niegdzie gromady zatrzymują. Poczet książęcy wpośród nich przechodzi) GRODNY. (do Szoloma) Gromad się jedność to kupi, to sprzęga. SZOŁOM. (do ludu) Męże! Ja jestem run-nik doskonały,
Pisarz koronny, który, jako księga, Ramiona ku wam i serce otworzę, Mówiąc: Rzeczone słowo było boże, Bożem rzekł — mówię — słowem książę włady. 1 łiczne tegoż w dziejach są przykłady,
Ja sam stylikiem rzeczy takich wiele Skreśliłem. Teraz do dom, przyjaciele! (poczet zachodzi w bramę) GRODNY. W prawo i w lewo ustąp! Poczet przodem!
SZOŁOM. Ludu! Idź do dom!
SETNI, (obwołując lam i owdzie) Kniaź uraczy miodem,
Ktoby się w grodzie jawił przed zachodem.
STARZEC, (z tłumu) O trupie zbawcy myślcie też, Lechowie,
By, jak ocięty karcz, nie próchniał w rowie.
SETNI. W prawo i w lewo ustąp! Run-nik przodem! (RUNNIK i SETNI zachodzą w bramę)
X.
Rozłogi w okolicach bramy miejskie j.
Noc. Gdzie niegdzie pokotem śpiące gromady. Kakuz i Szołom kapturami okryci i grabarskiemi uzbrojeni łopatami Szotom z latarką.
RAKUZ. Mądrości słowo, którem osłu-piłem
Trzystaset ludu, dziś mię wzamian boli; Nie bacz, że dziwnie ci to wyraziłem. Lepszego nie znam wyrażenia gwoli.
Boli mię słowo. Mówiąc, mówię o tem,
Źe, jakbym napiął łuk i cisnął strzałę I zawróciła mi się w piersi grotem,
A jabym czuł ją i czuł, uleciała,
I, łuk trzymając luźny, drżący jeszcze, Szukał rannego, sam śmierci czuł dreszcze!
Pisania sztukę znając doskonałą,
Powiedz mi, naucz, azali być może,
By kogo słowo rzeczone bolało?
Tkwiło i pruło, jak zbójeckie noże, Słowo, o którem sam rzekłeś, że boże? SZOŁOM. Pisania sztuka zwie się i kabałą,
Pisania sztuka ma swe tajemnice, Runnikom samym dostępne. (Rakuz upuszcza łopatę)
Ostrożnie! RAKUZ. Zbudził się który?
SZOŁOM. (wskazując latarką) Owdzie zbieraj! Świecę.
RAKUZ. (podejmując rydel) Jako gdy pola kto sierpami ożnie,
Pijani, widzę, spoczęli pokotem.
SZOŁOM. Śnią się im wiadra miodu i wiwaty.
Nie rozbudziłbyś tej czeredy grzmotem,
A cóż dopiero upadkiem łopaty.
Radzę ją wszakże nieco zgrabniej trzymać, W ramię rzuciwszy prawe, jak motykarz. RAKUZ. Na życiu łopat nie myśliłem imać.
Nie jestżem Rakuz, książę? Kogo tykasz? SZOŁOM. Trzeba się, książę, umieć znaleźć wszędzie.
Trzeba mieć rozum taki, jak narzędzie.
RAKUZ. (popychając ramię rurinika) Szołom! Idź naprzód, nie ucz nas! (słychać krok warty)
SZOŁOM. (skoczywszy do Rakuza, groźnie) Milczenie!
Łopata na dół! Kto idzie?
GŁOS MIJAJĄCEJ STRAŻY. Sumienie! SZOŁOM. (do księcia) Hasło, tej nocy dane przez setnika.
RAKUZ. (osłupiały) Przeszli? Czy przeszli już?
SZOŁOM. (kłepiąc ramię Rakuza) Wgórę motyka!
RAKUZ. (oglądając się dokoła) Osobo mądra! Azali z prędkości Nie minęliśmy miejsca, gdzie trup leży? SZOŁOM. (wznosząc latarkę) Tarcz zdaje mi się blask, albo odzieży Bieliznę widzę.
RAKUZ. Mylisz się, to kości, Rwane ze smoka bioder, ptastwo ciska Lub psy roznoszą. Patrz! Za onem padłem Postacie jakieś i jakieś ogniska;
Ludzie czy widma?
SZOŁOM. Znikli.
RAKUZ. Wiem, że zbladłem.
Wokoło oczów czuję to, na licu.
SZOŁOM. Żebra smokowe, czy widzisz, jak wielce Czernieją? Sterczą w “księżycu,
Podobne żebrom nawy skołatanej;
Patrz tam... jak belka po belce.
Lis pełza, owdzie kruków karawany,
To się poderwą, to siędą.
RAKUZ. (rozglądając się dokoła) Dłu-goż to potrwa, długoż widzieć będą, Że owdzie zwycięstwo było? (po chwili)
Owdzie? Wszak owdzie padł?
SZOŁOM. Niema i śladu
Tarcz nawet. (przebiegają łuny kagańców, wyświeca się na chwilę lumulus’) Krakusa)
RAKUZ. Wdali coś się zaświeciło! SZOŁOM. (porywając za ramię Rakuza) Ludzie, tłum, ogień, stos i śpiew grobowy... Kaptura, książę, nie podejmuj z głowy, Łopaty nabok! — Przysiądźmy w parowie!
RAKUZ. (przysiadając z Szolomem pod wyniesieniem wału) Straszliwa nocy!
SZOŁOM. Ciągną tu szeregiem... RAKUZ. Drżę... a któż jestem?
SZOŁOM. Jesteś, książę, szpiegiem Tajemnic, w życiu ukrytych i w mowie! Ale, i owszem, musisz drżeć?
RAKUZ. (groźnie) Runniku!
Nie jestżem Rakuz?
SZOŁOM. Trupów ogrodniku!
Byłżebyś sobą, będąc za się branym? RAKUZ. Słuszna osobo! Czyń, jak ci przystoi,
Bylebym męża, co w pamięci stoi, Bylebym zbawcę, zwanego nieznanym,
Do ziemi środka wparł rydlem kowanym. (łuny wielkie oświecają lumulus Krakusa, ogniami obłożony. Chóry zbliżają się) i) tumulus (łac.) = pagórek, kopiec, mogiła.
STARZEC. Ktoby zapragnął czyn wymazać krwawy,
Niech wstecznie kołem istności zawróci. CHÓR. Niechaj zawróci, a gościniec sławy
Poczciwej znowu i manowce chuci Przed zapastnikiem staną do wyboru!
Nie starczy może już złego potworu,
Lecz starczy mężów potwornych, niestety! STARZEC. Skończył i skonał. O panie nasz, gdzie ty?
CHÓR. Gdzie ty, o panie? Świadom-szych gromada,
Duchy pogodne i wietrzyk ochoczy. Pancerz mogilny w ofierze ci składa, Przyłbicą darni ocienia ci oczy.
STARZEC i CHÓR. (rzucając amfory)1) Miodem i mlekiem lśniące dzbany ciska. CHÓR. Gałęż modrzewiu, i wieńce chmielowe,
I mirry2) bursztyn kładzie w te ogniska,
I łzy, i cichą a poczciwą mowę. (łuny poruszonego ognia szeroko oświecają dolinę, na której kopiec Krakusa. Chóry, podnosząc ostatnie garście piasku, stoją z ramionami w ruchu)
SZOLOM i RAKUZ. (zakrywając się w parowie i przylegając do ziemi) Ciało spalone, kurhan usypany! STARZEC i CHÓRY, (ciskając piasek i odchodząc) Z popiołów cała i z kruszyn oręży,
Ziemia krakowska niechże ci nie cięży, Sławny nieznany! 1) amfora (nr.), rodzaj dwuusznego dzbana. 2) mirra, stężałe krople wonnej żywicy, używane jako kadzidło, u nas wybierane zwykle z gniazd mrówczych.
OBJAŚNIEN
Znana powieść o smoku, którego zabił Krak czy Krakus, nieustannie w dziejach prawdziwa, albowiem potykania się takowego z potworem ślady idą przez wieki, rozmaitemi też sposoby w myśl ludu określana bywa. Jak sobie przeto poradziłem z tak porwaną całością rzeczy, czytelnik sam osądził, dodam wszakże j słów kilka ku wyjaśnieniu treści i składowych pierwiastków.
KRAK i KRAKUS, nie myślę, aby byli jednym człowiekiem; pierwszy zda mi się być drugiego ojcem, tak, jak zdrobniałe Leszki idą po starym Lechu, w czem Kochanowski słusznie wyraża się:
«Jakoby więc (mówi on) od wielkiego jakiegoś Lecha mniejszy Leszkowie zczasem się pokazali i przodka swego imię jakoby wskrzesili®.
IA AUTORA.
«KRAKÓW», nazwisko miasta, jest przymiotniko-wem z czwartego przypadku na pytanie kogo — czyj — gród Krakowy, czyli Kraków.
«RAKUZ», brat Krakusowy, w nazwaniu swem ma pierwiastek filologiczny, przechowany u południowych Słowian.
«KIEMPE», jest to nazwisko skandynawskich biednych rycerzy, z którychto jeden do’ Olausa króla mówi:
«Wiedz, że w bogi kamienne i drewniane nie wierzę, a z djablów naigrawam się. Zbiegłem ziemie dalekie; potworów i olbrzymów niemały trupem położyłem. — Wierzę bardzo w trzeźwość umysłu czystego i w moc ramion*.
ZA KULISAMI
FANTAZJA
PROLOG.
I. (Podróżnik i Quidam’), w kapeluszach, z laskami w ręku — Malcher na środku izby domyka ttomoki)
PODRÓŻNIK. «Chodź!» — powiadasz?... A gdzie?... Ażeby ominąć pakowanie tło-moków, dość jest raczej, przechadzając się i tu, na miejscu, wykreślić sobie stosowną elipsoidę8). Gdzież bowiem iść, od konieczności gdzież zboczyć?... Zly humor Malchera ogranicza się, i promień jego nie jest od posadzki tej promienia ani dłuższym, ani rozleglejszym.
QUIDAM. Powiadam ci: «Chodź!...» — i idźmy! I idziemy... (wychodzą)
II.
QUIDAM. I oto widzisz, że są miejsca przeznaczone ku temu, aby właśnie że nie były żadnym celem: z tak wielkiego natłoku ludzi, w którym rozpieramy się łokciami, nikt tu nie przyszedł!...
PODRÓŻNIK. Czyliż ci wszyscy także dziś o północy wyjeżdżają i zbłądzili w to miejsce, aby pozostawić ich służebnym wolność przeklinania niedopinających się tłomoków, wolność miotania się, wolność, luźność?... Jestże to jeden więcej wynalazek, właśdwy stolicom, iż uchronić się można od wnętrza własnego pomieszkania!...
Inaczej, zaiste, opuszczałem progi wiej 1) quidam (lac.) *=» ktoś. 2) elipsoida (orec.) — utwór geometryczny: przestrzeń, objęta przez obrót połowy elipsy około osi krótszej, np. kształt Ziemi. skie w dziedzicznych Omegach moich: burza była naonczas, tak pomiatająca liśćmi, jak tu widzę okręcający się tłum przychodniów.
QUIDAM. Dopiero-ż Malcher twój złorzeczyć musiał!...
PODRÓŻNIK. Ty, co kolumny i posągi umiejętnem oglądałeś okiem, powiedz: czy w bezposągowym kraju jakim przeniosłeś kiedykolwiek spojrzenie toż samo na żywe postacie ludzi?... Czy uważałeś, jak dalece starożytnym narodem jest ojczyzna nasza? Weź naprzykład nowożytny typ służącego Anglika lub Francuza, weź i Niemca, weź tych doskonałych służących, których całe osobistości żywe zdają się być odlewane w umyślnej i wytwornie odmierzonej formie... Czy widziałeś to w Polsce? Polacy, możnaby powiedzieć, iż się nie rodzą na służących: to są zawsze giermki, i towarzysze, i luzaki, i podrzędnego stopnia bracia rycerze, którzy, jeszcze przez feodalne niższe praktyki kawalerskie nie przeszedłszy, podają ci laskę i kapelusz, jak podawało się ongi strzemię i miecz. Dlatego to w chwilach wielkich wielcy są, w potocznych służbach codziennych zaniedbani, często-gęsto poufni gawędziarze, nie pogardzający łzą rozrzewnienia i kieliszkiem.
QUIDAM. Tem właściwiej należało nam zboczyć tu na chwilę, gdzie, i owszem, wszystko współczesne jest... wszystko i nic.
PODRÓŻNIK. Jakto współczesne, co współczesne?... — Te różnofarbne marmury afrykańskie drobnych lombardz-kich kolumn? Marmury, których się już ani kopie więcej?
QUIDAM. To ogipsowana cegła i pomalowana z wierzchu.
PODRÓŻNIK. Te czworogranne nagłowia kolumn, ryte bogobojnem dłutem majstrów z dwunastego stulecia?
QUIDAM. To odlewane hurtem z cynku, a potem okryte złoceniami za pośrednictwem galwanizmu1). Gmach taki, jak go widzisz, stawia się dziś w przeciągu ośmiu miesięcy.
I nazywa się to kawiarnią śpiewającą. Ale owóż zasłonę podejmują. Szmer magiczny obejma zgromadzonych, iż za chwilę nasłynniejsza ze śpiewaczek ma się ukazać. Oto i ona... Grzmot oklasków... Czy słyszysz, co ci mówię?
To nie onal... Zmieniono, widzę, program... Publiczność się kłębi oburzeniem, jak lewjatan 2), gdy zmylił się w podrzucie za zdobyczą. Nie opieraj się zbyt ufnie o tę balustradę marmurową, — to powleczone blachą drewno.
PODRÓŻNIK. Coś zanosi się, widzę, na wysadzenie sceny ramionami, śpiewaczka jeśli nie wyjdzie?...
QUIDAM. Bądź spokojny! Czy uważasz głowę i pól ramienia, wychylające się z za kulis po stronie prawej?...
PODRÓŻNIK. Widzę kogoś, spozierającego bacznie na zegarek, jako, kiedy wprawny fotograf odmierza czas działalności słońca.
QUIDAM. To jest przedsiębiorca aplau 1) galwanizmu, tj. elektryczności; mowa o t. zw. galwanoplastyce. 2) lewjatan (hchr.), w Starym Testamencie (Psalm 104) nazwa jakiegoś potwora morskiego. zu’) i poręczyciel wartości śpiewaczki, skoro oburzenie publiczności dojdzie do obmyślonego naprzód kresu... Ale już, już dochodzi!... Słyszę coś podobnego do trzasku łamiącej się poręczy pod naciskiem — teraz, teraz! Otóż i ona! Poręczyciel schował swój zegarek. Możemy już bezpiecznie opuścić zgromadzenie i ochłodzić czoła na powietrzu...
PODRÓŻNIK. Jakto? A śpiew?...
QUIDAM. Cokolwiekbądź i jakkolwiek-bądź teraz zaśpiewa, przyjęte będzie wytrzymywanym pierw umyślnie oklaskiem. Wybuch zaś ten nietylko że ocenić, ale i usłyszeć pieśni nie dozwoli — to nazywa się: sztuka w swym rodzaju zupełnie nowa...
Umknij nieco ramienia. Lękam się, ażeby mi nie połamali albumu, w którym życzę sobie mieć coś pióra twojego przed rozstaniem.
PODRÓŻNIK. Pokazałeś mi architekturę, publiczność, smak, styl i sławę. Wychodźmy! Teraz czas jest, ażebym w albumie twoim zapisał się.
W PAMIĘTNIKU.
I.
Nietylko, pierw się najadłszy mandragor, Błądziły w limbach szalone kobiety, Nietylko Dante i trzeźwy Pythagor, — Byłem i ja tam... pamiętam, niestety! itd. (Ciąg dalszy zob. na str. 128 i n. Nr. 183). i) aplauz (tac.) — oklask(i), poklask; tu mowa o najętych oklaskach, zwanych zwykle (z franc.) «klaka>.
ZA KULISAM I1).
FANTAZJA.
«Czy znasz weneckie zapusty?* Malczewski.
OSOBY:
OMEGITT, na Omegach pan.
LIA, narzeczona jego.
EMMA, powiernica.
SOFISTOFF, referendarz stanu. MALCHER, służący Omegitta.
Komisarze policji — służbowi — agenci — konspiratorowie — maski — etc... GLGCKSCHNELL, poręczyciel spółki teatralnej.
POLAK, urzędnik zagraniczny.
FIFFERAQUE, sław
Maska DIOGENES — Maska FEUILLETON. POETA GMINNY.
KRYTYK.
MANDOLIN — CIIÓR FIOŁKÓW — ORKIESTRA — FLET — SKRZYPCE.
PAŹ — ARLEKIN 5) — PIEROT”) — Maska SUŁTAN.
DIANA — NOC.
SEKRETARZ AMBASADY.
QUIDAM. ny autor spółczesny.
Scena przedstawujc międzysionek teatru i maskaradowej sali; w środku kilka kolumn, pod któremi stoją służący, z głębi słychać orkiestrę. Gdzie sała się z mię-dzysionkiem łączy, widać kilka siedzeń, wykwintnie krytych, i z pomiędzy kolumn przezierający róg bufetu.
KOMISARZ. Trzeba mieć na uwadze służącego, który właśnie z bywalcem we-szedł w rozmowę.
SŁUŻBOWY. Służący po lewej stronie bywalca jest agentem 15-go stopnia 27-go okręgu.
KOMISARZ. Po lewej stronie od nas patrząc, ale po stronie lewej zowąd... tego, mówię, któremu się wlecze po ziemi szal ponsowy, iż nie umie go trzymać.
SŁUŻBOWY. Biorę i z tego notę pierwszą... Przyzwoity służący nie zaniedbywałby do tyła rzeczy mu powierzonej. (przechodzą)
MALCHER. Wszędzie, jak to mówią, dobrze z dobrymi ludźmi, ależ w domu najlepiej!... Vivatl...

  • ) Z przedmowy do tego utworu pozostało tylko nic nie znaczące zakończenie z datą: «dan 1869-0 u siebie — X».

2) arlekin (włos.) — błazen, pajac. 3) pierrot (franc.) — komiczna figura (z franc. pantomimy) w obszernem białem ubraniu i białym, szpiczastym kapeluszu.
SŁUŻĄCY Z LEWEJ STRONY. — kto ma dom...
Z PRAWEJ. — a kto domu swojego nie ma, ten ma wszystkie.
MALCHER. Mieliśmy-ci ich sporo po całych, z przeproszeniem, Niemcach, we Francji i u Włochów, w Algerji, za jednem morzem, i za drugiem, które jest większe, — i tam, gdzie namioty jeno, a domostw niema ani miast, tylko ludzie tędy owędy po nieuprawianym piasku, jak cyganie się włóczą! — Podobno, że ca-luchny świat objechaliśmy wkólko, ale kto to mógł widzieć, jadąc a jadąc? Je-dziesz prosto, to jedziesz — a potem i w głowie się przewraca od szwargotań tylu języków ludzkich. Aż na razie, jakże cię nie porwie tęskność do swoich, jakże ci się w oczach nie zamąci!...
SŁUŻĄCY, (z szalem) Mówią, że też służącym zawsze skorzej tęskno do ojczyzny...
SŁUŻĄCY, (agent 15-go stopnia) Panowie znajdą wszędzie swoich: ten owych, co się bawią; ten znowu tych, co pieniądze robią; inny ludzi, co książki piszą; taki nareszcie i tych, co o polityce tylko zawsze i zawsze rozmawiają... Czas, ot, leci! (dwa domina’) przechodzą ku bufetowi) i) domino (włos.) — płaszcz maskaradowy z kapturem — osoba, w taki płaszcz odziana.
PIERWSZE DOMINO. Czy uważałeś przy tym człowieku szpiega z 27-go okręgu?...
DRUGIE DOMINO. Nie dbaj o to!... Ten z drugiej strony — ten, któremu się wlecze szal czerwony, to przysięgły nasz agent konspiracji. (przechodzą)
GLUCKSCHNELL. Zaczynam się już tylko z tego cieszyć, że przecież miano dość rozsądku, aby osobnego z tej sztuki nie robić widowiska!... Ślicznie byłaby wyszła spółka! Podpiera mię to jedno, że przy dość obiecującej maskaradzie może jako lako dramat dotrzyma, a potem się to zatrze, jak ruszą do raźnych komedyjek, przeplatanych gdzie niegdzie baletem >) i kupletem ’) —
POLAK, (urzędnik zagraniczny) Niestety! Polacy nie mają inteligencji do rzeczywistych praktycznych afer 3).
GLUCKSĆHNELL. Szukam tu którego autora.. Kupię mu ponczu i niech gada, słusznie bowiem mówi filozof starożytny, że prawda jest na dnie kieliszka 4). ( przechodzą)
PIERWSZE DOMINO. Anonim») się końcem końców zawsze wydaje, częstokroć przed zamknięciem widowiska. Co zaś do przedmiotu i tła sztuki, myślę, że można było daleko więcej z nich wycią-gnąć.
DRUGIE DOMINO. Życzyłbym sobie pełniej, pełniej tendencyjnego elementu. Można było naprzykład lekkie zboczenie zrobić od potyczki wtórej i wyłożyć w kilku monologach choćby główne prawidła partyzantki“), choćby pojęcia pierwsze doraźnej kastrametacji...7) Okoliczności, tak fortunnych dla autora, pomijać na sucho nie godzi się.
PIERWSZE DOMINO. Służący, szpieg 27-go okręgu, niesie lody.
DRUGIE DOMINO. Weźmy lodów z rąk szpiega! To mu więcej nada pewności siebie, a nic przecie nie zdradza człowieka doskonalej. 1) balet (wlos.) — utwór sceniczny, w którym główna rolę gra taniec i mimika. 2) kuplet (franc.) — piosenka treści wesołej a aktualnej z powtarzającym się refrenem. 3) afera (franc.) — sprawa, interes. 4) Prawdopodobnie ma tu Norwid na myśli łaciński aforyzm: «In vino veritas» (dosłownie: «prawd£ w winie®). 0) anonim (lir.) — nie podpisany list lub bezimienny autor. e) partyzantka (franc.) — wojna podjazdowa. 7) kastrametacja (późnolac.) — odmierzać miejsci na obóz.
PIERWSZE DOMINO. Mógłby nas kto zobaczyć z partji, która sobie poprzysięgła nie kupować nigdy niczego od podejrzanych ludzi. (przechodzą) (Lia, w fantastycznym stroju Heloizy1).
Emma, w dominie).
LIA. Na bok nieco się uchrońmy; chcę odpocząć. Gdyby się te arkady rozstąpiły od góry i powietrze całego nieba tu wzio-nęło, nie byłoby mi nazbyt dla westchnienia.
Czego chcą ode mnie, czego się na mnie sprzysięgli?... — Jedno mię zaledwo nie omyła, (z goryczy uśmiechem).
Jedno!... Oto, że, gdybyś przejrzała na-wskróś całą chmurę tych masek i gdyby ci się tak stały czytelnemi wszelkie wiązadła intryg, jak ozierać się dają włókna indyjskiej gazy, przeciwko słońcu pełnemu rozwiniętej, zobaczyłabyś... mnie tylko jedną i jedną, zobaczyłabyś nas tylko i nic wokoło!...
Dlaczegóż ten tłum? Dlaczegóż wcale inaczej jest, niżli jest?...
EMMA. Mila moja, z całej przecież intrygi twojej dwie tylko rzeczy mi wiadome: niespokojność, która lekkiej gorączki łuną opromienia ci czoło, i ciążące mi w kieszeni pudełeczko, z którem czemu się noszę? That is the question 2).
LIA. (pochylając się ku zwierciadlanej ścianie) Tegoby też zaiste tylko zbywało, żeby mi się wyczerwieniły na obliczu drukowane litery, zwłaszcza, że już podobno zaczynam być chodzącym afiszem nie najszczęśliwszego zapewne z dramatów!
EMMA. Jeszcze mię to wszystko mc nie objaśnia; powiem nawet, że nie przypuściłabym nikogo do współudziału, tak niewiele mu wiedzy zostawując.
LIA. Daruj, o, daruj, luba Emmo, ale cóż ja dla ciebie kiedykolwiek mogłabym mieć tajnego?... Czyli należało rozwlek-lemi opowiadaniami tu uprzedzać, co było powinno już dotychczas przed oczyma twojemi i nielcdwie w rękach twoich się rozwiązać!... Uczucie, podobne zarazem do sprawiedliwego wstydu i do obrażonej miłości własnej, zmusiło mię przemilczeć, nie utaić, iż tak zwane moje z hrabią na Omegach zaręczyny, albo raczej, że postanowienie i słowo moje pod tym względem 1) Heloiza, ukochana a potem żona słynnego scholastyka i teologa paryskiego, Abelarda (1079 — 1142); oboje skończyli smutne życie w klasztorach. 2) that is the ąuestion (ann.) — oto jest pytanie. Cytat z «Hamleta» Szekspira. żadnej a żadnej jeszcze pewności nie przybrały...
EMMA. Czy podobna?...
LIA. Pudełeczko, które ci słusznie cięży, zawiera w sobie dwa pierścienie, nie zamienione dotychczas przez nikogo...
EMMA. Człowiek tak przyzwoity!.. A potem — w wieku waszym! Nie jesteście oboje dziećmi, jesteście ludzie... Tak przyzwoity człowiek miałżeby dopuścić się pło-chości i bez istotnego powodu zdanie swoje odmieniać w chwili właśnie stanowczej, a tyle oczekiwanej z upragnieniem?
LIA. Droga moja. Upadł mi do stóp moich, prosząc o odwlokę do dziś tylko, do jutrzejszego świtu, do chwili, gdy ostatnia zniknie gwiazda nocy obecnej...
Powtarzam ci prawie słowa jego...
Czyż należna kobiecie godność nie nakazywała mi umieć przyjąć lak mało spodziewanej prośby? Owszem, nie spojrzałam mu w oczy i pierścieni nie raczyłam dotknąć; skinęłam ręką... Potem — potem, gdy już go ujrzałam bliskim progu, przyszło mi nagle na myśl, że naznaczona pora jest maskaradowym dniem dzisiejszym... Dorzuciłam w tym względzie kilka słów za odchodzącym... Ani się na chwilę nie zachwiał. Wcale...
EMMA. Jest w tem coś szczególnego...
LIA. Powiadają, że w zawiązywaniu stanowczych węzłów opatrzność nastręczać zwykła zdarzenia dziwne i oświecające jakoby błyskawicami od stóp do głów całe postacie charakterów. Ależ, przyznaj mi, proszę, czy nie miałam pierwej na względzie tego wszystkiego, co rozsądek i co nakazuje przyzwoitość? Wiek, urodzenie, stanowisko, znajomość świata i majątek prawie stosowny; odpowiadający humor i wzrost... Zaiste, że wyboru mojego nie zrobiłam, jak pierwsza lepsza panieneczka, ani zaniedbałam czegokolwiek, mogącego poręczyć domowe szczęście.
Dlatego mi tem więcej uprzykrzać może postępowanie zarazem tajemnicze i do uniezasadnionego wahania się podobne... Kogo witasz?...
EMMA. Referendarz Sofistoff... Chciał się zbliżyć, ale go domino jakieś zatrzymało. — —
LIA. Czy jesteś pewna, że mnie nie poznał?...
EMMA. Byłaś właśnie do ściany obróconą, jakkolwiek do zwierciadlanej ściany!... Przeszedł... przeszedł... Mówmy!...
LIA. Domyślasz się więc, iż, czego nie należało przed wszystkiem zaniechać, to właśnie że znajdowania się tu, i to jeszcze prawie z wyrazem tej swobody, którą możnaby zdała o obojętność podejrzewać. —
EMMA. (naqle) Przewybornie. Nie wiem dlaczego nawet unikać swoich dawnych wielbicieli... Byłabym oto zaraz i Sofistoffa zatrzymała, którego na długość wachlarza miałyśmy obok.
LIA. Nie przerywaj mi w chwili, w której najdrażliwszą rzecz mam ci powiedzieć...
Kogo witasz?
EMMA. Baron Gliickschnell przeszedł z wielce sławnym francuskim autorem An-nibalem de Fiffraque. Czy uważasz, jak Fiffraąue nosi szkiełko??
Otóż, wracając do najdrażliwszej rzeczy...
LIA. Przerywasz mi co chwilaI
EMMA. Słucham.
LIA. Skoro przeto uznałam za konieczne nie uchylać się wcale od zabawy, jakkolwiek bardzo dla mnie ironicznej, nie przybyłam umyślnie ku końcowi widowiska i maskarady, owszem, zaraz na poczęciu się drugiego aktu tej dziwnej dramy... Nagle spostrzegam, że coś się szczególniejszego zagaiło, i krąży, i obiega w gronie naszej poufnej publiczności. —
Żarlowniś jakiś — tylko słuchaj! — nie-poczesny żartowniś jakiś rzucił pogłoskę, jakoby bezimiennym autorem był właśnie że nie kto inny, tylko Omegitt! Krew mi do głowy uderzyła. Podobno, że w dwóch miejscach świstano sztukę — nie wieml Lecz, jak kiedy w noc ciemną wielka ogarnie kogo błyskawica, wyjaśniając na chwilę najdrobniejsze atomy piasku wokoło stopy jego, tak stanęły mi nagle w oczach tajemnicze odwłoki i hislorja pierścieni, któremi kieszeń twoją uciążyłam, nie umiejąc się daru tego dotknąć ręką swobodną. Od pierwszej chwili zaraz uwierzyłam była pogłosce, potem nie uwierzyłam i sobie samej, lecz poczęłam zatracać pojęcia różnic pomiędzy uczuciem miłości dla kobiety a próżnością, pomiędzy poważaniem a ironją... I oto nic już więcej nie wiem oprócz, że, jak wszyscy zdają się twierdzić, dramat, ten, który jest na scenie, musi być o bardzo i bardzo wiele niższym od niewczesnej ko-medji, w jaką, kto wie, czyli mię nie wplątano!
EMMA. Lio miła, prosty rozsądek nakazuje tłumaczyć sobie to wszystko całkiem odwrotnie, czyli, że, jeżeli mu w głowie zaświtało próbować szansy autorskiej, tedy właśnie, że byłby nie odwlekał ustalenia zamiarów, które, jakkolwiek niezależne, często pełzną na niczem dla ludzi okrytych głośną śmiesznością...
GLOCKSCHNELL. Do wyrzucenia sobie mieć nie będę, jeżeli paniom przerwę, wkrótce bowiem dzwonek nas powoła, ażebyśmy cieszyli się ustępem trzecim widowiska, czy dramy, czy tragedji, o której zdanie pani słyszeć uważałbym sobie za wyjątkowe szczęście...
LIA. (do Emmy) — «Wyjątkowe szczęście® — To już zaczyna być przysłowiem wszystkich mówiących ze mną!... (do Barona)
Właściwiej byłoby mnie zapewne, ażebym uciekła się do zdania członka teatralnej spółki i do kogoś, co przed chwilą ze słynnym francuskim autorem niewątpliwie ważną toczył rozmowę.
GLGCKSCHNELL. Ah, pani! Jeżeli miałbym słynnego de Fiffraąue zdanie powtarzać? Ci panowie naturalnie, że nie mogą być oczarowani utworem, mniej niż wątpliwie przyjętym... Zapewne pani zna sztukę nową genjalnego, a wyżej wzmiankowanego autora, «Saturnina, czyli djable oko?» Zrobiło to furorę! Ośmnasta edycja wyczerpnięta. Co większa, iż współcześnie tłumaczone jest arcydzieło na wszelki język i świat prawie cały już obiegło... Wyborny chłopiec! —
Wczora pchnięto mu dwa telegramy, dając wiedzieć o dwóch dekoracjach, jednocześnie na tejże samej spotkać się mających piersi: o gwiaździe Izabelli arcy-katolickiej i o gwiaździe sultańskiej Mahometa...
Maska ASTROLOG, (przechodząc mimo) Ku podobnej konjunkcji *) ciał niebieskich zaiste, że trzeba piersi, szerokich jak firmament!
GLUCKSCHNELL, (ciągnąc rzecz swoją) Szkodzi mu to cokolwiek, że może jest nazbyt liberalnym... Młodość, młodość!... Ale otóż Fiffraque i Sofistoff, i rodak nasz, dygnitarz zagraniczny — (słychać dzwonek, orkiestrę, gwar i przeciągłe świstanie)
EMMA. Podaj, referendarzu, rękę naszej Juljecie...
LIA. Gzy nie zatrzymamy się, aż skończą... świstać?
SOFISTOFF. (podając je] ramię) Moglibyśmy całkiem sztuki nie widzieć. i) konjunkcja (lac.) — połączenie, ti. takie położenie czy stanowisko planet, w którem znajdują się na jednej płaszczyźnie, prostopadłej do ekliptyki. (tłum ogarnia powyższe osoby; Emma i Gluckschncll zdążają)
EMMA. Względność sądu pańskiego, ile że na zapytanie Lii wyrażonego, nie oświeciła mię statecznie o wartości utworu i pisarza...
GLOCKSCHNELL. Interes, interes, interes dramy lub tragedji — oto, co mam do zarzucenia kapitalnie!... Interesujące dzieło, pani, nietylko daje się uczuwać w samym obrębie sceny albo sali widowisk. Przez czas uczestnictwa mego w spółce powielekroć zdarzało mi się zauważyć, jak dalece wystarcza nieraz okiem strzelić naokoło bufetów, aby unieść sąd zdrowy i samą naturę rzeczy trafnie odgadnąć. Rzeczywista i silna tragedja daje bodźca trawieniu: więcej jedzą, zwłaszcza pod koniec sztuki, co zarazem dałoby się i higjenicznie wytłumaczyć...
Szczególniejsza wszelako (co niemniej uważałem), iż podczas baletów długich daleko więcej zwykle piją. Vaudeville *) dobry i tęgo grany nie przechodzi normalnej linji, zaś utwory, jak szanownego skądinąd hrabi na Omegach...
EMMA. Przycichnijmy cokolwiek — —
GLOCKSCHNELL. Dla osoby, wielką zbliżonej poufnością, nie ukryłbym wreszcie i tego, że tyloletnie podróże i tak dalekie zatarły w nim to tętno dzielne, swojskie, które z jednej strony daje osobną siłę językowi pisarza, z drugiej nieustannie myśl onegoż w bieżące potrzeby społeczeństwa wtajemnicza, to jest w to, mówię, co się podoba... każdemu. — EMMA. Dopiero teraz istotnie wszystko zrozumiałam i niesłychanie baronowi jestem obowiązaną.
II.
Inna część maskaradowej sali. Wielkie okna, dająces) na krużganek, skąd zasiane gwiazdami niebo widać; w głębi snują się domina i maski w niewielkiej liczbie; czasem mniej wyraźnie, a czasem wybitnie słychać orkiestrę.
OMEGITT. I, jako myśliłem, stało się: oni wyobrażają sobie, że pisać dramat było ostateczną myślą moją. Sędzię formalni zewszechmiar, którzy rozdzielają społeczność na zastępy umysłów pieszych * ) vaudeville (franc.), po polsku wodewil — lekki utwór sceniczny, przeplatany śpiewami. 2) «dawać na...» galicyzm (franc. donner sur...) dawać widok na..., wychodzić na. i konnych. Im zdawa się, że jedni na rozgrzywionych jeżdżą piórach, podobni do gońców fantastycznych, drudzy zaś uprawiają prozę życia i są podpierającymi się handlarskim łokciem kalekami!...
Czyli na to obiegłem okrągłość globu i radowałem się uczuciem człowieka-męża, który zupełnie obejma kibić ziemi, ażeby ponad ową dwójcę elementarną nic nie dociec? —
Azali napróżno patrzyłem w gwiazdy, których nie widzieliście nigdy, i rachowałem wieczory wtenczas właśnie, kiedy rozbudzaliście się ze snu?...
Azali czas i miejsce i wszelakie historji ciało stradałem był napróżno z oczu moich??
Azali owego niema istnienia, istnienia, które, wszędy się rozlegając, nie opuszcza pewnego osobnego miejsca i powiada jednostce śmiertelnej «Jesteś» i powiada, że jesteś, albowiem ogarnąłeś zarazem wszędy i tu!?...
O, wielce nietrzeźwi albo marni! Azali już pomiędzy natłokiem rubasznych mio-tań zatłumiony jesl oddech, wołający do niebios i nawskróś niebios?
Męża czv tu już niema, ani niewiasty żadnej, tylko jest wypadkowy obyczaj i techniczna równowaga zmysłów?...
Jeszcze chwila, a rozpoczną niektóre gwiazdy znikać. Jeszcze niewiele chwil, a bladawe łuny zaranku przenikać poczną grubą ciemność — któraż jest godzina, i dzień, i rok, i miesiąc, i wiek, i epoka która?... I gdzie?
Malcher, o Malcher, ty chodząca klepsydro moja, dopókąd widzę długie wąsy twoje i wzrok rzewny pod ciężkiemi brwiami twojemi, dopókąd pętlice cza-mary twej oglądam, tyle i opamiętywam się w otchłani!...
CHÓR FIOŁKÓW, (masek) Kwoli smętnemu zawiejmy podróżnikowi, my, na-półgrobowe, ciche kwiatki! Niech przypomni sobie, gdzie oddychał oddechem braci i sióstr naszych, fiołków! (do Omegitla)
Podróżniku smętny! Patrz i tchnij... Oto szarych i fioletowych kwiatów wieniec, naokoło ciebie krążąc, naokoło, czaro-dziejskiem zagraża tobie opętaniem...
OMEGITT. Maski wonne i smętne, jak godzi się odzywać do was?
CIIÓR FIOŁKÓW. Pierwszy z nas jest fiołek, a druga jest fiołka, a zaś trzeci z nas jest fiołeczek.
I drugi z nas także jest fiołek, ale pierwsza powiada koniecznie, że jest fiołka... Jak sobie chcesz...
Dlatego że, kiedy gdzie indziej rumiane tańczyły dziewczęta przez wiosnę swoich lat, my wtedy włóczyłyśmy za sobą grobowy kir i krepę, która nam opajęczyla wszelki nasz gest.
I żadna z nas lub żaden, jak sobie chcesz! I żaden i żadna z nas caioserdecz-nego nie zna uśmiechu...
Ja fiołek jestem, a ona powiada, że jest fiolką, i my jesteśmy dużo fiołków i pytamy się ciebie, czy widziałeś wiele grobowych wiosen.
OMEGITT. Widziałem fiołki, wystrzygane z fioletowego atłasu, osadzone na drutach, o smętne maski moje.
PIERWSZY FIOŁEK. A co powiedzieli ci o nas? Szczerze mów.
DRUGI. Czy na cmentarzach germańskich i francuskich, na zwaliskach Rzymu i złomach Grecji, czy na południu lub północy?... Mów!
FIOŁKA. Czy zakochałeś się w Paryżu, widząc siostrzyczkę moją, opętaną w ciężkie warkocze?
WSZYSTKIE FIOŁKI. Cha, cha! Acha!... Intryga!...
PIERWSZY FIOŁEK. On w Paryżu nie był, nie był w Paryżu!
DRUGI. Co to jest Francja i Paryż? Szczerze mów!
OMEGITT. Francja jest narodem wielkich przeznaczeń, a Paryż jest tylko stolicą europejskiej cywilizacji...
PIERWSZY FIOŁEK. Kiedy on taki mądry, niechaj ci powie, co ta cywilizacja jest?
DRUGI. Kiedy jesteś taki mądry, to powiedz, co?
OMEGITT. Cywilizacja europejska jest bękarcia...
WSZYSTKIE FIOŁKI, (zakrywając sobie uszy atlasowemi kapturami) Ach!! Grubjanie szkaradny! I dlaczego?
OMEGITT. Dlatego, że wszystkie inteligencje praktyczne są niechrześcijańskie, a wszystkie chrześcijańskie są niepraktyczne...! (usuwa się)
POLAK, (urzędnik zagraniczny) Szukam marki paltotu mego, a znajduję częstochowski medaljon święty na podłodze.
DOMINO. Trzeba go. oddać służbowemu policjantowi.
Maska ASTROLOG. O, Niedźwiedzico
Wielka1), gdzie podziejesz się za wnij —: ściem słońca! i (do Omegitta)
Patrz, jak cedzą się jedne gwiazdy, drugie zaledwo tleją lub podopalane drżą...
OMEGITT. (za Astrologiem) Czekaj!... (oglądając się)
Znikł w fali masek, które odrzuciły się nagle długim gwaru pólkręgiem, pozosta-wując na próżni mnie samego, jako kiedy morze odstępuje od zarytych w piasku resztek okrętu... (od strony międzysionku słychać orkiestrę i mocny świst, tudzież hałas nagle wchodzącego tłumu) (Omegitt cofa się we framugę wielkiego okna)
GLOCKSCIINELL. (ocierając czoło) Przyznam się, że fiasko, jakiego na ży-1 ciu nie pamiętam!...
EMMA. Szkoda, że wyznano publicznie nazwisko...
GLtrCKSCIINELL. Utrze się to jeszcze powoli, jak ruszą do sztuczek, z sensem pisanych. Czego mi wszelako największy żal, to rozczarowania urodziwej naszej Heloizy, której szukam.
EMMA. Umówione jest, że tu ją winnam spotkać, przechadzając się tam i napo-wrót. (przechodzą)
Maska DIOGENES2). Nie odpychajcie mię, niewdzięczne! Czyliż się nie przy-milam, ile umiem, ażebyście wskazały mi człowieka, który nie zachwiał się powiedzieć tego, co wam fiolkom wybrzmiało grubjaństwem?
KILKA FIOŁKÓW. Czy to uszy nasze są lak bezsilne? Tyle razy dźwigamy przecież zausznice z ogromnych pereł rosy. i rosy niesłychanie czystej, a wszystko cokolwiek jest czystego, dwakroć cięży!..
DIOGENES. O, jakże być musi lekks krynolina3) szyta z bibuły dziennikar 1) Wielka Niedźwiedzica lub Wielki Wóz, nazw grupy gwiazd na niebie pólnocnem. 2) Diogenes z Sinope, cyniczny filozof grecki, zrr w r. 323 przed Chr., słynny z dowcipu. Np. w bial dzień chodził z zapaloną latarnią po Atenach i twiei dził, że «szuka człowieka*. 3) krynolina (franc.), sztywna suknia, mocno odstc jąca od ciała. skiej, którą zamiatając niepomału, zbliża się owa maseczka... (do Maski)
«Sit tibi crinolina levis!» ’)
Maska FEUILLETON 2). A jednakże każda nowinka mię uciąża, każda nowinka!... Począwszy od dramatu nowego «Tyrtej» (wyświstanego właśnie obok), aż do widoku Diogenesa z fiołkami w czułej har-monji!
OMEGITT. (pół do maski, a pół do siebie) Nowego nic pod słońcem niema, niema nic!... Wszelako skąd pochodzi, że nowego nic niema?!
FEUILLETON. Oto, zaiste nowość!... oto nowość!...
OMEGITT. Nic nowego niema z przyczyny tej, iż wszystko, cokolwiek wiemy do dziś, uznawane było albo poczuciem, albo analog ją3), albo wyrozumieniem, albo silami doświadczenia, albo i samym nawet dziwnym przeczucia zmysłem. 1 nie było nigdy lak zwierciadlanie płaskiego oka, któreby, na jesienną patrząc jabłoń, mającą rzadki lub jedyny owoc na szczycie swoim, widziało jedynie i wyłącznie tylko owo jabłko i jeszcze owegoto jabłka tylko tę stronę, która najwygodniej bywa przeciw oku postawioną. Owszem, patrząc na przedmiot, nie widzimy bynajmniej powierzchni jednej, ale przez tajemnicze a mistrzowskie poczucie ogółu widzimy prawie że współcześnie wszystkie inne przedmiotu bryłowatości i przecięcia. Im zaś przedmiot widzenia zupełniej jest rozumny w swej całości, tem zupełniej i prędzej obejmujemy go jednym oka rzutem zewszechmiar. Podobnie jest, i zwłaszcza, z Prawdą!
Ona, przedewszystkiem będąc całą, od najpierwszej chwili, w której dała się postrzec, udzieliła się ludziom niejako w zupełności. I, jeśli nie oczywistemu rozumieniu ich twarz w twarz, to, że tak powiem, pośledniejszym a mnogim tegoż, ich rozumienia władzom i środkom.
Dlategoto nowemi odkryciami nazy-. wamy co chwila rzeczy wcale nieobce t i które jakoby nam były poniekąd gdzieś — zażyłe albo zbliżone, i które człowieka umysł niewątpliwie że pierw jakoś kiedyś dopuszczał... 3 1) (Inc.) Niech ci będzie krynolina lekki)! Pa, rodja zdania, jakie umieszczano na nagrobkach w Rzy-y mie: Sit tibi terra levis! (Niech ci ziemia będzie 2) = (fr.) odcinek literacki w dzienniku. 3) analogia (nr.) “ zgodność albo podobieństwo stosunków.
Z tej to wielkiej przyczyny nowego nic pod słońcem niema...
DIOGENES. Myślilem, że to człowiek, a to latarnia!
FEUILLETON. Myśliłem, że to nowinka, a to prawda! (do Fiffraque’a)
Gdybym twe wiedział zdanie, o francuski autorze słynny, zrobiłbym z tego jeszcze dzisiaj po wieczerzy i po winie spory artykuł...
FIFFRAQUE. Jednego nawet słowa pojąć nie mogłem!... My, gdy obcych języków nie raczymy się uczyć, to wyśmiewany tylko barbarzyńskie onych wybrzmienia — i to nam starczy.
WSZYSTKIE FIOŁKI. Cha — cha — cha — acha!
FIFFRAQUE. (do Fiołków) Ale my zato sobie samym i o sobie samych (jak słyszycie) mówić umiemy tak ścisłe prawdy — a to jest moc, nad lingwistyczne ćwiczenia wyższa i szybsza! (przechodzi)
FIOŁKI. On zaś mówi o jabłku i o drzewie.
OMEGITT. (z melancholią) Dziecię, widząc upadek jabłka, wyciąga ku owocowi swe rączęta, jakoby pierś matki pragnęło objąć, ale Newtonowi tenże traf co innego zwiastuje *) i gdzieindziej jego myśl odnosi. Chemik podejmą jabłko i na obitej o ziemię stronie jego wyczytuje zarodek przetwarzania materji, co filozof aż do ognistych otchłani słońca wraz odsyła, gdy ogrodnik mimo przechodzący widział zapewne owoc spadły i skłonione ku niemu ręce ludzi.
DIOGENES. A wyświstany «Tyrtej», gdyby po tysiącach lat znalazł się tu, cóż oglądałby lub zagaił na maskaradzie żywota?
OMEGITT. Mówiłby zapewne prawdę, wierząc w moc jej, czego, zaiste, że nie postrzegam, aby ktokolwiek czynił.
DOMINO-SZPIEG. Zaś moc prawdy skąd idzie?
OMEGITT. Pochodzi z jej całości, a przeto stąd, że prawda jest ideą, powodującą nieustannie równe sobie świadectwo...
DOMINO-SZPIEG. Miałożby i to być świadectwem, że ja nic nie rozumiem? i) Widok spadającego z drzewa jabłka mial skłonić wielkiego uczonego angielskiego Izaaka Newtona (1643 — 1727) do rozmyślań, których wynikiem było odkrycie siły ciężkości.
DOMINO-KONSPIRATOR. Ryłoby zaiste że świadectwem wielkiem, gdybym ja pierwej coś odgadnął...
CHÓR FIOŁKÓW. Na cmentarzach — na cmentarzach — na cmentarzach! O świcie — o południu — i o wieczorze i o nocy i o przedświcie!...
POETA GMINNY. Hej-hop, dalej hej-hop! Amarantowe czapki wgórę — wgórę dzwoniących kółek sznury i zadzierzgnięte poły za pas! Hej-hop — hej-hop!...
Pawie piórka z niebieskiemi w środku sercami, wysadzone na wierzch czoła u krasnych czapek — hej-hop, hej-hop!...
POLAK, (urzędnik zagraniczny) Równego nic nie znam baletowi narodowemu w Polsce i odpatrzeć się go nie mogę, ilekroć na przyjęcie panujących lub dyplomacji bywa tańczony.
DIOGENES. A wyświstany «Tyrtej», gdyby po lat tysiącach znalazł się tu, na tej żywota maskaradzie, cóż przeniósłby nad wszystko?...
OMEGITT. Odpowiedzi żądaj od krytyka, który musi być ową postacią, przyobleczoną w szatę, z drukowanych papierów uklejoną. Oto, biegnąc, wyprzedza się szelestem... Wiele masek na prawo i na lewo i naprzód pędzi przed nim, jakby się uchraniały od pogoni i razów.
CHÓR BIEGNĄCYCH. Nie pytajcie, mehercule *), nie pytajcie, na mocy czego tak a tak sądzi ów krytyk?... Pozostawicie mu albowiem dwie straszne bronie w ręku: nie dać czasu, ażebyś zapytanie owo wypowiedział... albo tak dalece zgwałcić ciebie polemicznemi wyskoki, żebyś przebrał miarę oburzenia i dyskusję zmienił w potyczkę. Pozostawcie go przeto, niech sam coś stworzy, niech pocznie coś sam na sam, w wielkim pokoju myśli własnej!
KRYTYK, (maska) Tam i owdzie, gdy w zwierciadlane pojrzałem ściany, zobaczyłem się nagle od stóp do głów. Tam i owdzie dlaczegóż rozlewają się mury w jeziora szkła i świateł...?! Tam i owdzie spostrzegłem nareszcie całą tajemnicę natchnienia mego. Eheu2), nie byłbym w możności nic utworzyć, gdybym się pierwej nie rozdrażnił, i gdybym się nie zawziął na coś i nie ugniewał!... Dlatego, to właśnie, na co sarkam, cały stanowi skarb mój i całe upewnienie i pokój.
OMEGITT. Dzieci wtenczas mają potrzebę bicia i psowania. Siła kocha się w sobie, skoro ze ślepego żywiołu w akt 1) mehercule (lac.) — na Herkulesa! 2) eheu (łac.) — achl (okrzyk bólu i żalu). przechodzi — jest to właśnie najniepo-dobniejszą rzeczą do krytyki...
FIOŁKI. Ten wynarodowiony podróżnik, gdzie tknie, przewraca! Azali nie uplatałyśmy się w wieńce dla owego mędrca, i dla tamtego poety, i dla tego wszystkiego, co tu świeci, niosąc wonne kadzidła z rosą łez?...
GLOCKSCIINELL. Kilka jeszcze kroków za krytykiem pozwól mi, pani, zrobić! Może uroni parę słów z tego, co 0 widowisku dzisiejszem mamy czytać 1 sądzić.
EMMA. Nie uważałeś, baronie, na gest i postawę Heloizy naszej? Przeszła tędy przed chwilą, ale nie miałam odwagi jej zatrzymać. Patrz za owym pielgrzymem, co ubrany jest w perłowe muszle! Oto widzę jeszcze, oto widzisz: jej białe ramię... Patrz, jak to ramię drga od przytłumionego wewnątrz oburzenia! Nigdy nie widziałam oczu takich i wstrząsnęłam się, pozierając w nie, jak w głąb, która magnetycznie na dno pociąga.
GLOGKSCHNELL. Widzę, że się przybliża do wielkiego okna, do krużganku, jak osoba, spragniona otwartego powietrza. Tamże przez tłum przepływa posuwiście i niefortunny autor...
EMMA. Oto widzisz okażnie profil jej na tle nieba, które ani rumienieje od jutrzenki, ani już od księżyca bierze srebro... Oto jeszcze ostatnia gwiazdka nad jej warkoczem plącze się.
Gdyby nie te gitary i mandoliny!... Gdyby się można było zbliżyć słuchem. MANDOLIN >)
I.
A czy też ona wić —
Nie z jawu, to choć z snów —
Jaki to bywa koniec lwi Szczerze jej śpiewanych słów?
II.
A czy choć aby wie,
Najnieustanniej nowa,
Że tu się kona wprzód, nim zwie,
A ona zawsze zdrowa!
III.
A czy przynajmniej wie Wołająca wciąż «daléj!»
W czyich to łkaniach stopy dwie Umywa, jako w fali?... 1) imię męskie utworzone od słowa «mandblina> (wlos.), tj. instrumentu muzycznego o kilku strunach, podobnego do gitary.
A czy chociażby wie W swej omylnej pogoni,
Że tu się nieraz z grobów rwie Kwiat makowy do skroni... (Emma, Gluckschnell i kilka innych masek uchylają się pod filary wielkiego okna; Lia wsparta o krawędź krużganku, Omegitt od strony salonu przez tłum masek zbliża się).
OMEGITT. Jako Leander *), przez szkło fal Ilellespontu spostrzegając zapalony ogień na wieży, wydłużał ramiona swoje, aby do brzegu na czas zdążyć, tak, przez gazy i wiewne osłony masek, dopatrywałem ciebie, pani, i ostatniej gwiazdy nad czołem twem...
LIA. (niechętnie) Leander (jeżeli nie mylę się) utonął w Hellesponcie...
OMEGITT. Poczem kapłanka Hero rzuciła się w morze, nie będąc dość syreną, i obojga koniec był tragiczny. Lecz... nie uważałem w pierwszej chwili, że należało mniej poufnie i mniej swobodnie zacząć rozmowę...
LIA. Zaiste, podziwiam dobry humor, lubo jego źródeł nie zgadują. Skrócę nawet i streszczę, co mam mówić...
OMEGITT. Oto właśnie ostatnia gwiazda znikła!...
LIA. Zazdrościłam jej naprzód!... Po-wielekroć! — Powielekroć, mówię, potrzebę czułam tak wymazać nazwisko moje z liczby widzów tragedji pańskiej, jak przed chwilą zatarło oddalenie blask tej gwiazdy.
OMEGITT. Pani, ta gwiazda jutro wznijdzie i ktoś zapewne przypadkiem spojrzy na nią z tegoż samego miejsca. Wszelako ten sposób wicia rozmów nazbyt wiele przestrzeni zostawuje pomiędzy dwoma osobami, ażeby jej kto trzeci zająć nie pośpieszył, przy tak upomym tłumie.
LIA. Ten rozmawiania sposób, panie, wielce jest podobny do grzeczności wzajemnych i pozdrowień przed pojedynkiem; dlatego proszę nie uważać za nietrafne, jeśli gestem zastąpię dalsze słowa i pośpieszę mu wręczyć pierścienie jego...
OMEGITT. (usuwając ręce) Pozwolę sobie ostrzec panią, że niewiele jest boleśniejszych utrapień od ciągłego uczucia, iż pozostawiło się za sobą serce, przez i) zob. obj. na str. 141! nas zranione, i dlatego, pierścieni nie przyjmując, chcę atoli coś unieść z drogich rąk jej, ażeby towarzyszyła nam pamiątka, ażeby mnie wspomnienie, a pani świadczyło przekonanie..................... ..........................................O 111.
Też salony, od strony zajezdnego przy-sionku.
MANDOLIN.
Na posadzkę zapustnej sceny,
Gdzie tańcowały pierwej tłumy mask, Patrzyłem sam, jak wśród areny, Podziwiając już pierwszy słońca brzask.
I na jasnej woskiem zwierzchni szyb Kreślone obuwiem lekkiem kręgi,
Jakoby czarodziejskich pisań tryb Mówił do mnie z ziemi, jak z księgi.
Listek kwiatu, upuszczony tam,
Szepnął mi coś papierową wargą...
Wśród salonu pustego sam i sam —
Rosa jemu i świt byłyż skargą?
Otworzyłem okna z drżeniem szkła,
Że aż gmachem moja wstrzęsła siła.
Z kandelabrów spadła jedna łza — — Ale i ta jedna z wosku była!...
KOMISARZ. Na uwadze mieć trzeba pokątnych pieśniarzy i gitarzystów. Azali niedość jest muzyki oficjalnie pensjono-wanej, która szczodrze i stale wydąża maskaradowym potrzebom?...
SŁUŻBOWY. Ludzi czujnych i wiernych wszelka bacznofć przeniosła się do miejsca, kędy zwierzchnie odzienia za numerami odbierają. Tam na teraz jest, jak to mówią: waga kniei!
FINAŁ ORKIESTRY, (razem) Jeszcze kilka tylko, kilka stronic, opłynionych po brzegach bladą zorzą, okapanych od góry konaniem lamp...
Im się zdawa, że my gramy rozczulający finał2) włoskiej opery, lub że po-oślepiane oczy nasze skaczącemi nutami w gorączce wzroku zapominają się dla akordów, słodko płynących...
My cieszymy się raczej, że jeszcze tylko 0 Końca tej sceny brak w rękopisie. 2) finał (lac.) — ustęp końcowy utworu muzycznego. parę pozostawał nam stronic, dotykanych po brzegach różowemi palcami zorzy, wyświecanych od góry konaniem lamp.
FLET. (solo) Jakże się też nie położę w pudlo moje, białym wykładane aksamitem, jakże się nie wyciągnę już za chwilkę!...
Oto jeszcze raz tylko, tylko raz, wilgotne mię usta dotknąć mają, szepcąc coś...
Oto jeszcze raz tylko, oto raz jeden tylko przebiegną mi po biodrach kościste palce, a potem — potem... jakże nie spocznę! Trumienka moja długa jest — dostatnia jest zewszechmiar trumienka moja i białym wysłana aksamitem...
SKRZYPCE. Flet już swoje skończył i klaszczą mu...
Nie