Dyament

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
IV. Dyament.




Na zapał oczu, a serca ślepotę
W szkodliwą porę więzień wydobyty,
Leżałem długo, gdzie i kruszce złote,
W skalistych matki wnętrznościach ukryty;
Póki bez zbytków, niewinna potrzeba
Miewała dosyć na szukaniu chleba.

Próżniacki Murzyn, znalazszy przypadkiem,
Dał mię swawolnym dzieciom dla zabawy.
Nie byłem w owych krajach cudem rzadkiem.
Dziki wędrownik zbójeckiemi nawy
Przybywszy do nas, losy me odmienił:
Panów mych wyciął, a perły ocenił.

Ledwom zawitał do białego świata,
Pod trzema zamki z wielą innych braci,
Długi męczennik twardego warstata
Nabyłem lepszéj, choć mniejszéj postaci.
Kto na mnie spojrzał, każdy się sposobił;
Jedenby ukradł, drugiby zarobił.

Pan mój w nadmorskim handlujący mieście,
(Gades je nazwał dziejopisca stary),
Przedał Holendrom za dukatów dwieście;
Ale ci drożéj biorąc za towary,
Zdarli Francuza; jak to zawsze bywa:
Jeden drugiego bliźni oszukiwa.

Przemyślny Francuz użył lepszéj rady.
Mało na świecie naga waży cnota.
Kształtnie do złotéj wprawił mię osady.
Trzykroć mą cenę podniosła robota.
Niejeden w kramie o mnie się powadził;
Polak mię kupił, bo wszystkich przesadził.

Nie mógł się jednak długo ze mną bawić.
By się za fraszki kupione opłacił,
Musiał mię z Hagi żydowi zastawić,
Co się szachrajstwem w Paryżu bogacił.
Ciężkim go prawem dłużnicy gonili.
Jam swą niewolą wyrwał go z Bastyli.

Połowny Icyk (boć to nie nowina
Tracić zastawę, kto z terminu zboczył),
Przedał mię z zyskiem w ręce Ormianina.
U tego-m w górę w sześcioro podskoczył.
Byłem tam owdzie drogo taksowany,
Wszedłem do Lwowa nieoszacowany.

Nie tyle razy faworyt we dworze,
Ni się przyjaciel odmienia kupiony,
Nie tyle gładka kokietka w humorze,
Nie tyle kruszec w Prusach przetopiony, —
Wielem na różnych palcach ja połyskał.
Czasem mój dawca stracił, czasem zyskał.

Niémasz na świecie, jak polska korona,
Gdzieby tak wiele dary mocy miały.
Ja-m dawał liznąć prałatom symona,
Ja-m zrywał sejmy, burzył trybunały,
A z jednéj ręki przechodząc na drugą,
Cuda-m wyrabiał przedajną usługą.

Blaskiem mym tknięty, mownie patron szczeka,
Choć sprawa była w prawdę nieobfita.
Ja-m w szersze gorsy panienki przewlekał
I potajemne wydawał sancyta.
Kto mię darował, był pewny wygranéj;
Sam Judasz został kanonizowany.

Błądząc po różnych ludziach, jak po lesie,
Trafiłem — wstyd i mówić naostatek —
Gaszek mię jeden oddał swéj metresie
Na długich potym miłości zadatek.
A ta na starość zostawszy dewotką,
Przecież mą dolę uczyniła słodką.

Ociec Gaudenty, który mądrze radził,
By jéj zbawienie otrzymała dusza,
W złoty mię wieniec misternie osadził
Na skroń świętego Dezyderyusza.
Lecz i tu, widzę, niedługie me byty;
Puszczono goło święte Jezuity.
1776, XIII, 247 — 251.