Dworek przy cmentarzu/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Dworek przy cmentarzu
Podtytuł Z niewydanego rękopisu
Redaktor Franciszek Juliusz Granowski
Wydawca Franciszek Juliusz Granowski
Data wydania 1900
Druk Drukarnia A. T. Jezierskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


V.

Tego wieczoru dziadek wystroił się jak na galę. Włosy zaczesał na skronie, okulary wziął złote (na codzień mosiężnych używał), faworyty wyfiksatuarował hojnie, na szyi miał kołnierzyki stojące, z dziobami, które pod same uszy zachodziły, czarną chustkę mantynową z fontaziem, w który wpiął kosztowną szpilkę z brylantem, podobno dawny klejnot rodzinny; kamizelka biała w złote palmy, oraz granatowy tużurek dopełniały stroju. A tużurek był modny, z klapką, z wąziutkiemi rękawami, otwarty na przodzie o tyle, że pozwalał podziwiać złote palmy kamizelki, oraz łańcuszek od zegarka z mnóstwem breloków. Z tylnej kieszeni tużurka zwieszał się koniec chustki fularowej, czerwonej, w jasne kwiaty.
Nawet tabakierkę na ten wieczór wziął najparadniejszą i najdroższą, jaką miał w swoim zbiorze. Była ona srebrna, rzeźbiona po wierzchu misternie, a wewnątrz wyzłacana grubo. Napełnił ją tabaką francuską, zaprawną różnemi wonnościami.
I mnie również kazał się ubrać paradnie.
— A pamiętaj — mówił — pilnuj się, zachowuj grzecznie, cicho, nie odzywaj się wcale, chyba jeżeli będziesz zapytany. Ubrania nie poplam, wstydu mi nie zrób, bo będzie źle, pamiętaj.
Przyrzekłem, że nie zapomnę przestróg, i ubrałem się co prędzej. Paliła mnie ciekawość, jak wygląda ksiądz, co w Rzymie niedawno był. Wyobrażałem sobie, że ujrzę dygnitarza w fioletach, z krzyżem złotym, w piusce.
We dworku zastaliśmy dużo osób. Panowie wszyscy postrojeni byli mniej więcej tak samo, jak dziadek, jeden tylko burmistrz przybył w mundurze z kołnierzem czerwonym i ze szpadą. Proboszcz, słuszny i okazały mężczyzna, kanonik, wystąpił w rewerendzie atłasowej z łańcuchem na piersiach, z ogromnym pierścieniem na palcu.
Pani rotmistrzowa ubrana była w jedwabie, panna Antonina w sukni kosztownej, jasno-popielatej, panie z miasta, jak na Wielkanoc, a wśród nich zawsze najpiękniejsza i najurodziwsza panna Felicya w niebieskiej sukni, jak w obłoku.
Nawet stara kucharka na ten dzień przywdziała czepiec niepomiernie wysoki, ukrochmalony strasznie i nakładła na siebie tyle spódnic, że ledwie przez drzwi mogła się przecisnąć.
My, zwykli goście, weszliśmy, jak zazwyczaj, przez kuchnię wprost do jadalnego pokoju, ale dla gościa otwarto drzwi paradne.
Przy furtce oczekiwał Kajetan, dość trzeźwy, opięty, wyprostowany jak struna, wyczerniony, w starym mundurze, który ledwie mógł zapiąć, w furażerce na głowie.
Widząc takie przygotowania i taką paradę, drżałem z niecierpliwości, żeby jak najprędzej gościa owego zobaczyć i kilkakrotnie wybiegałem do furtki.
— Cóż, Kajetanie, nie widać? — pytałem dziada.
— Nie, paniczu, jeszcze.
— Przyjedzie on, czy przyjdzie?
— Nie wiem!
— A jak wam się zdaje?
— Ha, najpewniej, jeżeli nie przyjedzie, to przyjdzie!
Filut dziad, widocznie żartował.
Westchnąwszy, wróciłem do pokoju i stanąłem za krzesłem panny Felicyi. Nareszcie ruch się zrobił w pokoju.
— Idzie, idzie — wołano.
Jak kula wybiegłem na ganek... ale żadnego dygnitarza nie dostrzegłem.
Przez furtkę, którą otworzył Kajetan, weszli na dziedziniec trzej kapucyni, w grubych habitach, z brodami.
Dwóch poznałem, byli to: ojciec gwardyan, bardzo serdeczny i łagodny staruszek, drugi ojciec Wenanty, surowy i poważny, którego bałem się, jak ognia, chociaż mi nigdy nic złego nie wyrządził.
Trzeci zakonnik był obcy, widziałem go po raz pierwszy dopiero. Człowiek lat średnich, szczupły, o twarzy bladej, ascetycznej, oczach przenikliwych i bystrych. Broda rzadka, szpakowata miejscami, spadała mu na piersi.
Gdy stanęli na ganku, ten obcy głowę pochylił i łagodnym głosem rzekł:
— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, pokój temu domowi.
Wszyscy zbliżali się do niego z wielkiem uszanowaniem, a ja szepnąłem do panny Felieyi:
— Proszę pani, a gdzież ten z Rzymu?
— Nie widzisz?...
— Ten? ależ pani, przecież to kapucyn.
Chciała mi odpowiedzieć, lecz dziadek skinął na mnie, przybiegłem...
— Ojcze dobrodzieju — rzekł — oto mój wnuki!
Pocałowałem zakonnika w rękę, on pogładził mnie po głowie.
— Niech cię Bóg błogosławi. Ucz się i pracuj!
— Sierota po moim synu — dorzucił dziadek.
— Niema sierot, panie — rzekł łagodnie — bo nad wszystkimi czuwa Bóg Ojciec Przedwieczny.
Dziadek trochę się zmieszał, a zakonnik odezwał się do mnie:
— Słyszałeś, chłopczyku, com powiedział?
— Słyszałem.
— Zawsze o tem pamiętaj, a sił i starań dokładaj, żebyś na łaskę Ojca sierot zasłużył. Strzeż się złego jak ognia, a Bóg cię nie opuści.
Pogłaskał mnie jeszcze raz po głowie i do starszych się zwrócił. Pani rotmistrzowa, ujrzawszy go, koniecznie usiłowała powstać na powitanie, zbliżył się do niej szybkim ruchem i rzekł:
— A dobrodziejko! co znów... niechże się pani nie rusza.
Przywitali się, jak dawni znajomi.
— Jakże — pytał — ze zdrowiem?
— Trzyma mnie Pan Bóg przy życiu — odrzekła — pomimo lat starych i cierpień. Wola Jego, choć nieraz pragnęłabym już odpocząć. Fizyczne moje dolegliwości łagodzi kochany nasz doktór, a moralne modlitwa.
— Tak, pani, wiara daje siłę, wiarę mieć potrzeba...
Aptekarz odchrząknął i tabaki zażył. Może miał ochotę spór wszcząć, ale rozmyślił się, za wielu przeciwników widząc.
Rozmowa dotykała różnych przedmiotów, a dziadek, doktór, z dziesięć razy zatrącali o Rzym, chcąc ją na inne tory sprowadzić, gość jednak mówił mało i każde słowo ważył.
Nie uszło to bacznego oka rotmistrzowej.
— My tu — rzekła — żyjemy spokojnie i cicho, jak na partykularzu, a wszyscy na mnie starą i chorą łaskawi, tworzą jakby jednę rodzinę, jednakowo myślą i czują... Antosiu — dodała, zwracając się do kuzynki — poproś młodzież i dzieci do sali, może zagrasz im co...
Panna Antonina pośpieszyła spełnić żądanie.
Pobiegłem, aby otworzyć stary fortepian, lubiłem bowiem te przyciszone, a zawsze prawie smutne melodye, bo też i panna Antonina zawsze była smutna i nie słyszałem nigdy, żeby się śmiała.
Stanąłem niedaleko fortepianu tak, że przez drzwi nachylone widzieć mogłem pozostałe w drugim pokoju towarzystwo.
Wszyscy przysunęli się bliżej do stołu i słuchali z największą uwagą. Gość opowiadał coś spokojnie, poważnie, bez gestykulacyi.
Nie doleciał mnie jednak ani jeden wyraz, bo mówiący głos zniżył i dźwięki fortepianu przeszkadzały słyszeć, uważałem jednak, że coś bardzo ciekawego mówi.
Malowało się to na twarzach słuchaczów. Dziadek mój okulary na czoło zsunął, doktór głową kiwał, a aptekarz co chwila zacierał ręce, jakby mu się zimno robiło.
Stanąłem za krzesłem panny Felicyi i szepnąłem jej do ucha:
— Ciekawym, o czem tam oni mówią?
— O, ja wiem, żeś ty zawsze ciekawy... co za szkoda, że nie jesteś dziewczyną.
— Pewnie, że szkoda — odrzekłem.
— Tak?
— A tak! żebym był dziewczyną, nie wyśmiewałbym tych, którzy by mnie kochali.
— Proszę! a ponieważ jesteś chłopcem, więc zapewne kochasz i jesteś za to wyśmiewany.
— Jakby pani wiedziała.
— Kogoż to kochasz i kto jest względem ciebie taki okrutny?
— Panią kocham — odrzekłem poważnie.
Panna Felicya podniosła rękę, zapewne z zamiarem dania mi porządnego klapsa, a ja zapytałem:
— Co pani widzi w tem złego? Com ja winien, żem panią pokochał, że zazdroszczę Sewerynkowi jego szczęścia. Czemuż pani nie jest moją siostrą? Ach, jakby to było dobrze! Bo, widzi pani, u nas w domu bardzo smutno. Dziadzio rzadko kiedy w dobrym humorze; odezwać się niema do kogo. Gdyby pani była moją siostrą, toby mnie pani uczyła, a jabym zawsze pani trzymał bawełnę do zwijania, czytywał książki, chodzilibyśmy na spacer. Byłoby mi dobrze na świecie... i gdybym pani powiedział, że panią kocham, toby się pani nie wyśmiewała tak, jak dziś, bo brat powinien siostrę kochać, a siostra brata także.
Widocznie te proste słowa wzruszyły ją, bo przyciągnęła mnie do siebie, pocałowała w czoło i rzekła:
— Dobrze! od tej chwili jestem twoją siostrą, mój sierotko, i wiedz, że cię bardzo kocham.
Nigdy w życiu nie byłem tak szczęśliwy, nie mogłem powstrzymać łez radości.
— Uspokójże się — rzekła — proszę cię! Dziwny z ciebie dzieciak, ty chyba chory jesteś, że najmniejsza rzecz do łez cię pobudza. Wybiegnij przed dom lub do ogrodu, pochodź... Ja o twojem usposobieniu ojcu powiem, niech cię leczy.
— Alboż ja jestem chory?
— Nie wiem, ale zdaje mi się... pomówię z ojcem, a teraz idź, proszę cię, mój braciszku.
Chciałem odejść, lecz zatrzymałem się w progu. Zwróciła moją uwagę wielka cisza, jaka nagle w sąsiednim pokoju zapanowała.
Wszyscy pospuszczali głowy, a gość mówił:
— Przecież chyba się jasno tłómaczę. Pytam o mego dobrego znajomego i przyjaciela, pana Piotra, który niedaleko ztąd ma wioseczkę, zdaje się, Dębiankę. Niepodobna, żebyście go państwo nie znali.
— To jest... — rzekła pani rotmistrzowa — znaliśmy go.
— Jakto! więc pan Piotr nie żyje? — rzekł ksiądz, z odcieniem żalu w głosie. — Modlić się nie przestanę za jego piękną duszę i wam — dodał, zwracając się do zakonników — ojcowie kochani, ją polecam.
— Pan Piotr — odezwał się gwardyan.
— Pan Piotr — przerwał doktór — fizycznie żyje dotychczas i w Dębiance podobno mieszka jak dawniej.
— Ach! więc umarł moralnie — rzekł zakonnik. — Wybaczy pan doktór dobrodziej, ale chociaż mi wiadomo, że człowiek ułomny jest i w błędy wpada, ale ja w śmierć moralną pana Piotra nie wierzę i nie uwierzę, chyba przekonany dowodami.
Znów zrobiła się cisza, dla całego towarzystwa przykra.
Tuż za mną zaszeleściło coś; to panna Felicya pocichutku zbliżyła się do drzwi wpół otwartych, oparta rękę na mojem ramieniu i cofnęła mnie w ten sposób, że jedno skrzydło drzwi zasłaniało nas zupełnie.
Mogliśmy więc niewidzialni być świadkami, a raczej słuchaczami rozmowy. Panna Felicya wstrzymywała oddech, słyszałem wyraźnie uderzenia jej serca.
Przerwała milczenie pani rotmistrzowa.
— Widzi ksiądz dobrodziej — rzekła nieśmiało — zaszła sprzeczka, spór, którego byłam świadkiem.
— O cóż to?
— O zasady — wtrącił doktór — o zasady! Pan Piotr wypowiadał takie herezye, że wszyscy musieli odwrócić się od niego. Dziś nikt go nie zna i nikt nie podaje mu ręki.
— Czy nie mógłbym poznać treści sporu?
— Niech doktór powie! — rzekła pani rotmistrzowa.
— Wybaczy pani, nie mogę... w sporze byłem stroną.
Uproszono mego dziadka, który kontent, że może się popisać wymową, przedstawił całe zajście, nie żałując sentencyj ze starożytnych mędrców i pisarzy.
Gość słuchał relacyi uważnie, nie przerywając ani jednem słowem, dopiero, gdy dziadek skończył, zapytał:
— Więc to jest całe przestępstwo?
— Tak — odrzekł dziadek.
— A więcej nad to ów człowiek nie popełnił nic?
— Alboż mało? — zawołał zaperzony doktór.
— Stanowczo zamało, ażeby człowieka uczciwego, prawego i zacnego pozbawić szacunku i czci, na które całem swojem życiem zarobił, stanowczo zamało, aby obrzucić go błotem i sponiewierać... O! jakże skorzy jesteście do kamieniowania bliźnich, jak porywczy i zapalczywi w sądach! A modlimy się przecież codzień, aby nam Sędzia Najwyższy występki przebaczył i za winy nas nie karał, a powtarzamy wyrazy: „jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”, a ten nawet winowajcą nie jest, ten potępiony niesłusznie i skrzywdzony. Czego żądacie? Marzycie o swobodzie ducha, stawiacie ją na wyżynach waszych ideałów, a zarazem chcecie zamknąć usta, które wypowiadają inne zdanie. Cóż to, ostracyzm pogański wskrzesać chcecie? A przecież jeżeli wy go potępiacie za zdanie, on was za wasze także może potępić z równą niesłusznością. Źle, źle... panowie!.. szafujecie obelżywemi tytułami za hojnie, niesprawiedliwie, bez zasady.
— Słuchaj! słuchaj! — szepnęła do mnie panna Felicya, a gość, opowiedziawszy w krótkich słowach przeszłość pana Piotra, rzekł:
— Naprawcie zło, wynagrodźcie krzywdę, o przebaczenie go proście, bo inaczej grzech ciężki obarczy wasze sumienia.
Nikt odezwać się nie śmiał.
— Ojcze gwardyanie! — zapytał ksiądz — dalekoż ztąd do Dębianki?
— Nie bardzo, mila drogi.
— Każcie też, drogi ojcze, jutro po mszy kwestarskie szkapy zaprządz. Pojedziemy pokrzywdzonego odwiedzić i pocieszyć. Widzę z boleścią, że słowa moje nie trafiają państwu do przekonania, że zatwardziliście serca w gniewie i oburzeniu niesprawiedliwem i niesłusznem. O! czemuż nie mam dość wymowy, abym przekonać was mógł, jak wielką człowiekowi prawemu wyrządzacie krzywdę i zarazem jaki ciężki grzech bierzecie na sumienie!
Broniąc pana Piotra, zakonnik unosił się, na twarz jego ascetyczną i bladą wystąpiły rumieńce, wychudłą rękę wzniósł do góry i wypowiedział wzruszającą mowę o niezgodzie wszystko burzącej, o tej hydrze, przeciwko której ongi piorunował złotousty Skarga, przeciw której powstawali najznakomitsi obywatele i pisarze.
Zdawało się mówcy, że na kazalnicy jest i że ma tłumy przed sobą. Głos jego, cichy z początku i łagodny, brzmiący jakby ojcowską wymówką, nabierał siły i jędrności, wzmagał się, potężniał, groził i gromił.
Wstrzymałem oddech w piersiach, żeby ani jednego wyrazu nie stracić, słuchałem i jednocześnie przejmowała mnie trwoga.
Zdawało mi się, że to który z proroków biblijnych powstał i lud zbłąkany nawraca.
Wszyscy pochylili głowy w milczeniu, wszyscy byli do głębi wzruszeni, a kiedy zakonnik, kończąc przemówienie, wzniósł ręce do góry i zawołał:
— Wytęp, o Panie zastępów! waśni braterskie i natchnij wszystkie serca duchem miłości i zgody! — wszyscy jednogłośnie odezwali się:
— Amen!
Pani rotmistrzowa, ocierając łzami zaszłe oczy, rzekła:
— Ja pierwsza wyciągnę do niego rękę, ja pierwsza go przeproszę, bo chociaż nie obraziłam go słowem, ale myśl miałam dla niego nieprzychylną. Zresztą w moim domu krzywda mu się stała, więc poczuwam się do obowiązku złe naprawić, przeproszę go pierwsza.
— I ja! i ja! — odezwały się liczne głosy.
Doktór milczał.
— Panie doktorze! — odezwała się rotmistrzowa — wszak pojednasz się z nim?
Nie słyszałem, co doktór odpowiedział, gdyż do pokoju wsunął się Kajetan i przy drzwiach stanąwszy, gwardyauowi znaki jakieś dawał.
Gwardyan powstał i wyszedł za wiarusem, a po chwili wrócił zaniepokojony.
— Co się stało, ojcze? — zapytał gość.
Gwardyan szepnął mu kilka słów do ucha, gość zerwał się pośpiesznie, powiedział coś pani rotmistrzowej, skłonił się wszystkim i z obydwoma zakonnikami wyszedł zaraz. Widocznem było, że stał się jakiś wypadek nadzwyczajny, który wszystkich poruszył i zelektryzował.
W całem towarzystwie zrobiło się zamieszanie; dziadek mój, kanonik, doktór Głowacki szeptali coś między sobą, naradzali się, nareszcie doktór rzekł głośno:
— Niema co zwłóczyć! ja jadę natychmiast. Co będzie można, zrobię — i wybiegł, nie żegnając się z nikim.
— Co się stało? — szepnęła do mnie panna Felicya — mój drogi, dowiedz się koniecznie.
— Chyba Kajetana zapytam — odrzekłem i pobiegłem go szukać.
Stał na podwórzu zamyślony, oparty o płot.
— Mój Kajetanie! — rzekłem — co wyście powiedzieli księdzu gwardyanowi?
— Ciekawość! — odburknął szorstko.
— A Kajetan zawsze się złości nie wiadomo czego!
— Nie złoszczę się, ale mi markotno, zmartwienie mam i cała rzecz. Ludzie giną, jak muchy, chociaż i wojny niema.
— Któż zginął, mój Kajetanie kochany? Powiedzcie mi, proszę, a patrzcie, mam nowiutką dziesiątkę, dziadzio mi dał. Miałem sobie wiśni kupić, ale już nie kupię, wolę wam dać. Powiedzcie mi, kto zginął i kiedy?
Dziad się zaraz udobruchał.
— Dziesiątkę wezmę — rzekł — bo właśnie w zmartwieniu się przyda, a paniczowi powiem: zginąć, to on jeszcze nie zginął, ale krucha nadzieja, bo skoro po księdza posłali, to pewnie zginie.
— Po księdza, dla kogo?
— Był młody pan z Dębianki, sam jedną bryczką popędził doktorów szukać, a drugą tu zostawił z człowiekiem, żeby duchem księdza przywiózł, bo stary pan w Dębiance bardzo zasłabł.
Człowiek poleciał na probostwo, powiedzieli mu, że kanonik u nas. Człowiek do nas, ja stałem przy furtce; powiada: tak i tak, a ja mówię, kapucyni tu są, zaraz który pojedzie, no i jak panicz widział, poszedłem do pokoju i szepnąłem parę słów księdzu gwardyanowi i wie panicz, co się stało? Nie gwardyan pojechał, ale ten ksiądz z Rzymu. Nawet do klasztoru nie wchodził, tylko ot! tu do fary wbiegł. Kościół był otwarty, ksiądz Wiatyk wziął i pojechał do Dębianki, co konie mogły wyskoczyć. Teraz już panicz wszystko wie.
— Ach, mój Boże, biedny pan Piotr!
— A juści, że biedny, to biedny. Nawet nie miałem czasu spytać człowieka, czy się przygoda jaka zła stała, czy tak ze starości zachorzał.
Pobiegłem co żywo z raportem do panny Felicyi. Wszyscy byli smutni i powarzeni, rozmowa nie kleiła się. Groźne słowa gościa brzmiały wszystkim w uszach, a wobec wiadomości o blizkiej śmierci pana Piotra, krzywda, jaką mu wyrządzono, tem widoczniejszą się stawała.
— Ja nieraz o tem myślałam — mówiła pani rotmistrzowa — nieraz zastanawiałam się nad tem, czy nie postąpiono z nim za porywczo i za ostro.
— Pani dobrodziejko! — odezwał się mój dziadek — doktór miał też swoje racye.
— A przecież pojechał do niego.
— Fakt, że pojechał, ale nie dowód, że od zdania odstąpił. Lekarz jest, więc dowiedziawszy się o niebezpiecznej chorobie, jedzie. Pan Piotr za śmiało zdanie swoje wygłosił i był z tem zdaniem odosobniony, przeciw wszystkim szedł, przeciw prądowi. Wiadomo pani dobrodziejce, że silne ramiona musi mieć ten, kto pod wodę chce płynąć, tak samo silne racye mieć musi, kto chce ze zdaniem opinii, z przekonaniem całego ogółu walczyć. Powrócimy jeszcze kiedy do tej materyi i obszerniej postaram się zdanie swoje wyłożyć. Dziś, jak sądzę, nie pora na to. Umierający może właśnie w tej chwili przed Boskim sądem staje, więc my, słabi ludzie, z wyrokiem nie spieszmy.
— Ma pan dobrodziej słuszność w tym ostatnim punkcie. Nie sądzić go, ale modlić się za niego należy, aby zdrowie odzyskał, a może sam się obroni.
Wieczór, na który pani rotmistrzowa przygotowywała się, który pannę Antoninę tyle trudu kosztował, nie udał się.
Goście rozeszli się, przygnębieni i smutni.
Ponieważ panna Felicya nie miała z kim wracać, przeto my z dziadkiem odprowadziliśmy ją do domu.
Dziadek z galanteryą starodawną podał jej rękę, a ja dreptałem obok. Gdyśmy już byli przed domem doktora, panna Felicya podziękowała dziadkowi za odprowadzenie, a do mnie rzekła cicho:
— Pamiętajże, przyjdź jutro do Sewerynka, będziesz mi bardzo potrzebny, mój paziu.
— Przyjdę! — odrzekłem — jeżeli dziadzio pozwoli.
— A czyż ci kiedy bronię? — odezwał się staruszek.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.