Dwie wizyty w Niemczech
| <<< Dane tekstu | |
| Autor | |
| Tytuł | Dwie wizyty w Niemczech |
| Pochodzenie | Wrażenia z Anglji |
| Wydawca | Towarzystwo Wydawnicze „Rój“ |
| Data wyd. | 1926 |
| Druk | Sp. Akc. Zakł. Graf. „Drukarnia Polska“ |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Uchodzimy za najlepszych kolejarzy w Europie. Podobno nasze pociągi nie spóźniają się, ale tym razem się spóźniły i całą godzinę przetrzymano nas w polu pod Poznaniem. Wielkopolska zawsze idzie śladem Europy. Pociągi w Belgji, Francji, Anglji, a nawet w Niemczech, spóźniają się od czasu wojny, czy więc możemy być od nich gorsi?!
Pośpieszny, którym jechałem, był prawie pusty, szczególniej wagon bezpośredniej komunikacji z Ostendą, mało zawierał pasażerów. W Warszawie wsiadł jakiś pan z miną dyrektora teatru, wyjął „Głos Prawdy“ i zagłębił się w nim, co widząc drugi pan, z miną dyrektora departamentu, odwrócił się doń ostentacyjnie plecami. Obaj wysiedli w Łodzi. Na ich miejsce wsiadł jakiś stary żyd, chałaciarz: pewnie wiózł pieniądze, gdyż miał jedynie wypchaną teczkę, którą położył sobie pod głowę i bardzo się troszczył, czy aby przedział jest zamknięty. Ja widocznie wzbudziłem w nim zaufanie, gdyż pozwolił przytłumić światło i nawet wkrótce sam zachrapał. W Poznaniu wysiadł. Odtąd jechałem sam, nietylko w przedziale, ale w całym wagonie. Jedynie w trzeciej klasie majaczyła jakaś para.
Obudzono mię W Zbąszyniu. Rewizja była uprzejma i względna, ale bądź co bądź, jak się okazało, najsurowsza na całej mej drodze... I słusznie: tam niema co przemycać, a paszport dyplomatyczny, jaki mię zagranicą chronił, tyle razy w Polsce był nadużywany!
Ciekawy byłem bardzo Niemiec. Nie widziałem ich od 1916 roku, kiedy to spędziłem kilka dni w Berlinie, jadąc do Lozanny na Kongres Narodowości uciskanych przez Rosję; kiedy to po raz pierwszy przed Europą i światem całym postawiliśmy wraz z p. Łempickim Niepodległość Polski jako program Polaków.
Pamiętam jakie przerażenie wywołało to wśród Niemców, Francuzów, Anglików... Natomiast rozmaite narody z Kaukazu, Krymu, Środkowej Azji, Turkiestanu, nawet z Mongolji, w baranich czapach i długich bekieszach, padały nam w objęcia i również zaczęły żądać dla siebie niepodległości... Irlandczycy, którzy nie wiem z jakiego powodu znaleźli się również na tym kongresie, wyrażali nam swój entuzjazm i mocno wymyślali Anglji.
Powstał zamęt... Niemcy, którzy liczyli na zupełnie co innego, rozgniewali się i grozili, że nie pozwolą nam wrócić do Polski, jeżeli nie dodamy „niepodległa Polska w połączeniu z państwem niemieckiem“, nie zgodziliśmy się na żadne, choćby najniewinniejsze dodatki do niepodległości i miałem z tego powodu przykrą przeprawę z niemieckim dyplomatycznym agentem, przydzielonym jeszcze w Warszawie do nas. Odtąd zaczęły się prześladowania mnie przez Niemców, z początku ukryte, a następnie jawne.
W powrotnej drodze, przy rewizji rozbierano mnie do naga, a jednak zdołałem przewieźć sprawozdania ze zjazdu i mowę Łempickiego, napisane drobniutko na cieniutkiej bibułce.
Przypominam sobie to wszystko, jadąc przez Niemcy i przyglądając się ośnieżonym zlekka polom z okien polskiego wagonu, wybudowanego już w niepodległej Polsce przez firmę „Lilpop, Rau i Loewenstein“ (wagon wcale nie gorszy od zagranicznych). Jakaż szalona zmiana na polach w porównaniu z wojennemi czasy!... Pola, podówczas zachwaszczone i źle zaorane, niewprawnemi rękami kobiet — znowu przedziwnie, miłośnie uprawne... Znów widzę wszędzie gromady mężczyzn, tęgich, zdrowych, dobrze odżywionych i bardzo pewnych siebie, jakich wówczas w środkowych Niemczech nie spotykało się wcale, chyba w mundurach, w wojskowych pociągach, przebiegających kraj ze wschodu na zachód lub odwrotnie. Zniknęły gromady obdartych, bosych kobiet, dzieci, starców, jakie wówczas często spotykałem na drogach i pomniejszych stacjach... Wszędzie dobrobyt dawny i dawny, rubaszny, z byle czego, śmiech...
Zapomniały Niemcy o dniach cierpienia i porażki... Miasta oświetlone, ożywione, ruch wszędzie wielki, pociągi pełne... Ale głównie uderzyło mię budownictwo. Nie mówię o Berlinie, gdzie, jak wiadomo, w czasie złośliwej dewaluacji marki, powstały całe dzielnice nowych domów, ale nie mijałem miasta i miasteczka, gdzieby nie bielały rzędy świeżutkich budowli... Brzydkie, szaro-czerwone (dużo śród nich cemento-betonowych), ale liczne i, jak mi mówiono, wygodne, współcześnie urządzone i zaopatrzone, tanie, sprzedawane przez koncesjonowane spółki budowlane ludziom niezamożnym, inteligencji pracującej oraz robotnikom. Niemcy roją się od takich domów, a ulice miast pewnie na skutek tego, roją się od gromad tęgich, rumianych, wesołych dzieciaków...
Praca skrzętna, zabiegliwa wszędzie wre, zamożność rzuca się w oczy... Ale wraz z nią wróciła dawna buta i tępota... Zniknęły uduchowione twarze cierpiących w czasie wojny i zaraz po wojnie Niemców... A kiedy znalazłem się w Westfalji, gdy pociąg nasz przebiegał mimo łyskających krwawą łuną wulkanów Kruppa, kiedym ujrzał ten nieustanny wysiłek jedną myślą opętanych miljonów i przypomniał sobie niedawną mowę Westarpa — ogarnęła mię groza. Czyż niezbędnie konieczny jest dla uczłowieczenia Niemców drugi Grunwald? I czyż ten Grunwald, jak za czasów Jagiełły, znowu spadnie na barki naszej Ojczyzny?!...
Los zdarzył, że 14-go bieżącego miesiąca, a więc w niedzielę wyborczą, znalazłem się w Berlinie. Rozumie się, że byłem niezmiernie ciekawy przebiegu głosowania. Zapowiadano gwałtowne starcia między socjalistami i hitlerowcami.
— „Może nawet będą... barykady!“ — mówiono tajemniczo w sobotę.
Późnym wieczorem zwabiły nas do okien dźwięki trąb i straszliwe wrzaski: Hitler!... Hitler!... Hoch!... Środkiem ulicy w wielkim ciężarowym automobilu przejeżdżała gromada ludzi, machając pochodniami i białemi sztandarami z czarną swastyką... Na przedzie orkiestra dęła usilnie w wielkie, mosiężne trąby i waliła w bębny... Przechodnie na trotuarach zatrzymywali się na chwilę, patrzyli w stronę samochodu, poczem spokojnie szli dalej. Za samochodem biegły tłumy chłopaków i chwytały rozrzucane ulotki.
Nazajutrz wstałem wcześnie i zaraz otworzyłem okno. W nocy spadł deszcz, bruk był wilgotny, a nad dachami ciężkich, ciemnych domów płynęły szare chmury. Powietrze wypełnione były zgniłym zapachem i przytłumionym gwarem wielkiego miasta. Daremnie nadstawiałem uszu: nie usłyszałem, ani nie zobaczyłem nic szczególnego.
— To pewnie tutaj tylko, bo tu dzielnica zamożna... spokojna... Zupełnie co innego będzie w Moabicie, gdzie mieszkają robotnicy, albo na przedmieściu Stieglitz, gdzie panują hitlerowcy!... — tłomaczono nam.
Pojechaliśmy więc otwartym samochodem do Moabitu.
W miarę oddalania się od środka miasta, zaczęły pojawiać się coraz liczniejsze oznaki odbywających się wyborów. Tu i owdzie zamajaczyły flagi i ogłoszenia, na chodnikach i jezdniach zabielały ćwiartki porzuconych ulotek.
— Mało ich w tym roku. Dawniej ulice bielały od nich, jak od śniegu... Obecnie — kryzys!... Oszczędności!... Dlatego pewnie i plakatów mało... — objaśnił nasz przewodnik.
Nareszcie jest coś: w jednej z bocznych ulic bije czerwona łuna od flag, emblematów, napisów, wstęg... Widok dość malowniczy... Miejscami szerokie płachty czerwonej tkaniny przeciągnięte z jednej strony ulicy na drugą... Na nich bolszewickie gwiazdy, sierpy, młoty i napisy K. P. D.
— Acha, to tu! — Komuniści!... Liczba 4, to numer ich listy! Widzi pan portret Lenina, a obok polecenie: „Wählt Sowjetdeutschland!“ Głosuj na sowieckie Niemcy! Przecież to jawne wezwanie do przewrotu!... Czy nie bezczelność!?
Takich wezwań, portretów Lenina, sierpów, młotów, gwiazd, wychwalań Rosji Sowieckiej wszędzie pełno...
Przed redakcją „Rothe Fahne“ parę tysięcy ludzi słucha w skupieniu gwałtownych przemówień roznoszonych po obszernym placu z okien pierwszego piętra przez wielkie głośniki... Mowa, mocnem echem odbija się od ciężkich murów wielkiego teatru ludowego „Volks Bühne“.
„Tu panują komuniści! Socjal-Demokraci nie śmią tu zaglądać!“
Istotnie socjal-demokratycznych plakatów prawie nie widać. Natrafimy jednak trochę dalej na ulicę, gdzie afisze i chorągwie komunistyczne mieszają się z socjal-demokratycznemi, a nawet w jednej z ulic widzimy prawie wyłącznie czerwień znaczoną literami S. D. P. oraz numerem jeden. Dekoracje jednak są o wiele mniej sute, niż u komunistów:
— Nic dziwnego: ci dostają na wybory pieniądze z Rosji, a socjal-demokraci nie dostają znikąd i mają na karku trzy miljony bezrobotnych!...
— Którym komuniści obiecują natychmiastowy chleb i pracę za oddane na siebie kartki i głosy! — dodał jeden z panów.
— Jak w Rosji, gdzie do tej pory głodują, dostając odwrotnie chleb za kartkami...
— Nie wierzą!... Nikomu nie wierzą, prócz tym, co dają im dobrowolnie pieniądze!... Uważają to za dowód ideowości i braterskiej bezinteresowności bolszewików!
Dostrzegamy w górze samolot, z którego sypią się na miasto obłoczki, przez nikogo zresztą nieczytanych, ulotek.
— Czy to też komuniści? — pytam.
— Nie, to socjal-demokraci!
W Moabicie miało się wrażenie, że te tylko dwie partje walczą ze sobą. Innych nie było widać. Wśród kilku spotykanych samochodów agitacyjnych, pełnych młodych ludzi i dziewcząt z chorągwiami, zaledwie jeden miał barwy centrowe biało-żółto-czerwone. Nawet hitlerowców było mało: na jednym wozie jechali triumfalnie, ryczeli i wygrażali pięściami na wszystkie strony, a drugi stał otoczony przez policję, na wpół opróżniony z manifestantów, których przesadzano gwałtownie do automobilów policyjnych. Widziałem też sporo aresztowanych komunistów, chociaż wogóle porządek nie był nigdzie poważnie naruszony. Ogromna ilość rozrzuconej po całym mieście policji, wszystko trzymała w żelaznych karbach. Za każdym wozem agitacyjnym podążał wóz policyjny z ukrytemi w siedzeniach karabinami maszynowemi. Przed każdym lokalem wyborczym posterunek policyjny nie pozwalał nikomu agitować, zatrzymywać się na dłużej, nawet rozdawać ulotek. Ponieważ takich punktów wyborczych było bardzo dużo, nigdzie nie tworzyły się ogonki z głosujących i łatwo było utrzymać porządek. Jedyna oznaka, po której poznać można było punkty wyborcze, były grupki ludzi z transparentami numerów list wyborczych na piersiach i plecach.
Stali spokojnie obok siebie i nawet przyjacielsko rozmawiali ze sobą.
Na ostatku udaliśmy się do dzielnicy Stieglitz, gdzie mieli panować hitlerowcy, ale spokój tam znaleźliśmy zupełny. Hitlerowców było mniej niż w Moabicie, a chorągwi i transparentów wcale nie było. W jednem miejscu tylko spokojnie wisiały obok siebie biała hitlerowska chorągiew z czarną swastyką i biało-żółto-czerwona — centrowa, pod niemi na trotuarze leżała garsteczka ulotek.
Na ulicach żadnego ożywienia, zwykły leniwy, świąteczny ruch i przyciszona świątecznie uliczna gędźba... Widocznie hitlerowcy tak tu byli pewni zwycięstwa, że uważali za wskazane oszczędzić sobie trudu i wydatków... Ale kiedyśmy już wracali, ulica jakby nagle zadrgała od nieoczekiwanych dźwięków: środkiem jezdni pędziło na motocyklu dwóch ludzi z czerwonym sztandarem socjal-demokracji, a w dali za nimi toczył się rozśpiewany i ukwiecony takiemiż chorągwiami automobil pełen robotników... Zatrzymaliśmy nasz automobil w oczekiwaniu, co będzie. Na chodnikach przechodnie również zatrzymali się, kierując oczy na prowokujące w tej dzielnicy zjawisko, lecz rychło ruszyli spokojnie dalej, gdyż tuż za samochodem śmiałych manifestantów podążał inny wóz pełen błękitnych, policyjnych mundurów...
A jednak, a jednak opowiadali mi wiarogodni świadkowie o olbrzymiem zniszczeniu, jakie dokonane zostało na ulicach Berlina w czasie rewolucji 1918 roku i sam widziałem na wielu gmachach niezatarte jeszcze ślady kul od staczanych tu bojów...
Krótką jest jednak pamięć ludzka: w tym samym dniu, kiedy tak spokojnie i groteskowo zabawiał się Berlin swemi wyborami, padło w Niemczech 14 miljonów głosów za partjami dążącemi do nowej wojny i nowych rewolucyj... A jeszcze znamienniejszą rzeczą jest okoliczność, że znaczna ilość z tych głosów była oddana przez niemieckie kobiety... Już zapomniały one o łzach wylanych na mogiłach poległych i nad kołyskami kalekich, niedonoszonych z głodu dzieci...