Dwie kartki z życia nauczyciela

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Orkan
Tytuł Dwie kartki z życia nauczyciela
Pochodzenie Nowele
Redaktor Stanisław Pigoń
Wydawca Wojciech Meisels
Data wydania 1933
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo)
Indeks stron
DWIE KARTKI Z ŻYCIA
NAUCZYCIELA

Smutnie i ponuro przedstawia się górska okolica w czasie zmiennego powietrza marcowego... Deszcz i śnieg, na przemian zsyłają nieba na ziemię skał, kęp i wiecznej nędzy...
Z nędznych chat, daleko od siebie porozrzucanych, wyłażą nędzniejsi jeszcze ludzie, osłabieni jałowym życiem jak muchy wiosenne i tęskne oczy zwracają ku słońcu... Liczą dni i przyrost światła słonecznego — wyczekując wiosny, która dla nich wszystkie mieści nadzieje... Złudzeni jaśniejszym przebłyskiem słońca, wnet popadają w pierwotną odrętwiałość, gdy ciepłe słonko zakryje się białą chmurą śnieżną i mokre płatki śniegu lecą jak manna, która ziębi, nie karmi...
Lichą dróżyną wiejską wloką się fury — jedna za drugą... Zgłodniałe koniska dobywają ostatnich sił, ciągną jedle i buki po kamienistej drodze, pędzone przekleństwy i jeszcze wyrazistszymi razami batów. Czasem litośny właściciel ramieniem koniowi pomoże — i rzecby można, że to drugie bydlę, któremu nędza kazała mieć jeden cel z tamtym: dowlec drzewo do fabryki, by za krwawo zarobiony grosz żywności kupić i popchnąć jakoś biedę...
Przy kamienistej drodze dom stoi drewniany, mało różniący się od innych chałup wiejskich; napis tylko nade drzwiami wskazuje, że to szkoła, mieszkanie „pana prefesora“ i świątynia wiedzy dla nędznie okrytej dziatwy...
Właśnie dzwonek przebrzmiał po rannej nauce. Wysypała się dziatwa na drogę... Małe biedactwo, skulone od zimna, spieszy każde w inną stronę na obiad... Obiad!... nigdzie chyba nie ma większej ironii, jak w tym znaczeniu użyte słowo. Na cały ich obiad składają się: ziemniaki od rana przygrzane i parę łyżek owsianego żuru...
W pokoju „pana prefesora“, który służy za sypialnię, kancelarię i bawialny pokój, jeżeli kiedy jest takim — dwóch ludzi się znajduje: pan nauczyciel, który co dopiero z izby szkolnej wyszedł, i młody pan Władysław R., który z wizytą zawitał w nędzne progi nauczycielstwa. Żona nauczyciela Z** w kuchni przyrządzaniem obiadu zajęta.
— Jak ci się tu, Michale, powodzi?... — zapytał nauczyciela pan Władysław.
— Jak zawsze... — brzmi odpowiedź tonem przygnębienia. — Wlecze się życie z dnia na dzień wśród utrapień rozmaitych...
— Jakich naprzykład?... — pytał dalej troskliwie gość.
— At, nie warto i gadać!... — machnął ręką pan Michał.
I nastała chwila milczenia, w czasie której oczy nauczyciela posunęły się przez okno po smutnym polu marcowym, a wyraz ich był taki sam jak posępnego powietrza: przygnębiony i apatyczny. Pan Władysław z bólem czytał w obliczu nauczyciela całą jego ponurą epopeję życia.
Milczenie przerwał krzyk dziecka w kuchni, które się niewyraźnym głosem czegoś domagało, czy od mamy, czy też od starszego brata.
Pan Michał drgnął, odwrócił oczy od okna i spojrzał na przyjaciela...
— Tak — począł z rozgoryczeniem — jesteś w szkole, to chlipaj kurz w ciasnej izbie, unoszący się spod stóp kilkudziesięciu dzieci; przyjdziesz do domu odetchnąć, to dzieci „chleba!!“ wołają — żona mówi, że brak jej tego lub owego — a tu licha pensja i na pół miesiąca nie wystarczy!... — Ludzie na wsi zowią mię: „panem profesorem...“ Co za ironja!... Ucz teraz tyle dzieci w ciasnej izbie, męcz się z niemi jak wół — to co zato zyskasz? Niechęć ze strony chłopów. Bo, proszę ciebie, — dzieci chodzą nieregularnie, w domu książki nie wezmą w rękę, a ojciec dalejże na „pana profesora“, że nic nie uczy!... Zrobisz zaś wykaz nieuczęszczających, ojciec zapłaci karę, — to znów klnie, wymyśla, że go zdzierasz!... I tak zawsze. Przyjdzie inspektor, — to dziwi się małemu postępowi, mnie dyscyplinarkę wytacza... I za co?... Za to, że z prawdziwym poświęceniem pracuję, chcę, by dzieci, dorósłszy, nie były takimi ciemnymi jak ich ojcowie... I to jest moje życie. Nie o takiem ja marzył, wstępując w ten stan najnędzniejszy. Mnie on wtedy zdawał się apostolskim. Myślałem, że wszedłszy między ten lud nasz kochany, z zapałem spełnię nasz obowiązek patrjotyczny — oświecania go książką i słowem, przykładem i zachętą... Zczasem poznałem marność tych ideałów. Spotykając wszędzie niechęć i nieufność ze strony chłopów, ostrą krytykę zgóry, trapiony przy tym nędzą i ciągłem staraniem się o chleb codzienny, zwłaszcza gdy Pan Bóg i rodziny mi przysporzył, wówczas rzekłem sobie: „Nic nie warto robić!...“ Machinalnie spełniam już teraz obowiązki — życie zabiło we mnie zapał, z jakim wszedłem do tego zawodu, i dziś jestem maszyną rozstrojoną, w której tylko odnajdziesz same dźwięki: zwątpienia, goryczy, prawie że rozpaczy! Takie jest moje życie...
Przestał — i łzy stanęły mu w oczach; podparł głową i w bezmyślną pogrążył się zadumę...
Pan Władysław słuchał uważnie dawno niewidzianego przyjaciela; współczuł z nim serdecznie... Teraz wstał — podszedł ku niemu i, ująwszy rękę przyjaciela, uścisnął ją ciepło, przyjacielsko... To była cała jego odpowiedź na skargę dawnego kolegi.
Drzwi od kuchni otwarły się i weszła młoda żona, niosąc obiad: talerz kapusty i dwa talerze ziemniaków ze słoniną...
— Proszę pana!... — rzekła, zwracając się do gościa; poczem wyszła do kuchni.
Pan Michał uśmiechnął się gorzko, westchnął i, prosząc przyjaciela, dodał:
— Niewykwintny obiad, jak widzisz...
— O! — podjął Władysław — wyśmienite! To mój przysmak...
I zasiedli, zmiatając w milczeniu gorące ziemniaki... W czasie obiadu urywaną wiedli rozmowę o małoznaczących stosunkach miejscowych.
— Wiesz co, Michale — podjął pan Władysław, gdy skończyli obiad — podobno sejm polepszył wam płace...
— Tak — odrzekł ironicznie pan Michał — przyznali nam procent, prawie jak jałmużnę na odczepne, zapowiadając z góry, że to nam powinno wystarczyć na dłuższy szereg lat, żeśmy już od wszelkich żądań powinni nadal odstąpić. Czy to nie ironja!... Panowie w sejmie drwinki z nas stroili, mówiąc, że się mamy dobrze — a jeden nawet na tyle był bezczelny, że stawił, jako przykład, tłustego nauczyciela w swojej wsi!... Więc cóż mamy robić?... Petycje chyba słać do Wiednia na ręce posła wrogiej nam narodowości?...
— A ja ci powiem, Michale, coś lepszego...
— No?...
— Złączcie się razem i solidarnością silni — wy, bracia jednego zawodu, stworzywszy swój własny organ, który by był wyrazem waszego położenia, rozwińcie swój program, który by odpowiadał chęciom waszym, rozwińcie go społeczeństwu przed oczy!... Dalej — zjednoczeni kształćcie się samopomocą!... Inteligencja wy, szczepiciele oświaty, wybujajcie ponad jednostki innych zawodów!... A wtedy — wy, silni, możecie stanąć śmiało i rzec społeczeństwu: „My, odłam inteligentny z pośród was, — żądamy stosownego wynagrodzenia za naszą pracę!...“ Sejm, jeśli jest reprezentacją narodu, musi ustąpić waszym żądaniom.
— Bardzo to ładnie — przerwał pan Michał — w teorji rzeczywiście cudnie się przedstawia!... Wszak mamy swój organ...
— Który nędzę stuoką kreśli i jest głosem krzyczącej mewy, głosem, w którym drgają tylko struny rozgoryczenia!...
— Bo inaczej być nie może!...
— Może. Jeśliby ten organ występował imieniem tych jednostek, które, same inteligentne, pełne nauki, a przy tym pełne ideałów i poświęceń, rzuciły się na ten gorzki zawód — to zgoda; ale zważ, że to jednostki dość nawet rzadkie. Większość — powodowana czy to słabością ducha, czy też prostym filisterstwem — żyje z dnia na dzień bez samokształcenia. Co miała wiedzy — traci ją zczasem i niczym się nie różni od przeciętnego robotnika... Ta większość kieliszkiem tylko uprzyjemnia swój żywot.
— Bo musi!.... — przerwał z goryczą pan Michał — pcha ją do tego nędza...
— Dobrze, pozwól!... a gdzie siła ducha?...
— U tych ludzi jej nie szukaj. Jeśli była w nich, to ją troski i ciągłe szamotanie z losem złamią...
— A gdzie te jednostki? ta lepsza część z was? Ci powinni ich pociągnąć za sobą i zmusić moralnie, w imieniu polepszenia bytu, do nauki!... Lud, starając się o polepszenie bytu — oświeca się. Lud was wyprzedza — was, odłam mający prawo zwać się „inteligentnym!...“ Podnieście wśród siebie poziom inteligencji; a zobaczycie, czy milczeniem pominą wasze głosy!... Przyznaj, że u was lenistwo górą. Mówicie, że polepszenie bytu wypędzi lenistwo i zachęci do pracy... Ha! może. A z drugiej strony może je powiększyć. Natomiast wy, skupiając się, pracując nad sobą, zmusicie ich moralnie do poparcia was!...
— To tylko teorja...
— Wiedz, że każda teorja staje się praktyką, gdy wchodzi w życie...
— Więc jak ją myślisz w życie wprowadzać?...
— Jak rzekłem. Łącznością, solidarnością można tylko działać. Potrzeba najpierw ludzi, którzyby zainicjowali tę myśl: wszak ona i tak w każdym z was rozumniejszych tkwi... Brak tylko energji! Potrzeba wieców — gdziebyście się zbliżyli, poznali myśli i dążenia każdego... Potrzeba wam pisma, które by energicznie popierając wasze żądania dało prócz tego wyraz waszej inteligencji w świetnych artykułach, pisanych przez was samych... Dalej — potrzeba konkursów zawodowych, o nagrodach pieniężnych, by zachęciły biednych a zdolnych — do pracy... Dalej...
— Dobrze, dobrze — przerwał pan Michał — na to potrzeba najpierw pieniędzy, a ten środek chyba nam — przyznasz — najdalszy.
— Po części nie tak daleki, jak się zdaje... Jest was siła — z małych ofiar tysięcznych powstają miliony!... Potrzeba wam tylko ludzi. O, to najważniejsze... Sądzę, że ludzi tych u was nie brak; tylko są oni ukryci; zdolni, inteligentni, a zniechęceni, jak i większość... Tych rozruszają wiece, zgromadzenia, pogadanki — wreszcie owa siła, którą muszą zobaczyć, gdy się złączycie!...
— Optymizm, nic więcej — mówił sucho pan Michał. — Czy nam pozwolą się zgromadzać?... urządzać wiece?... Mamy my czas na pogadanki?... Toć powiedzą, że nam konferencje powinny wystarczyć — i basta...
— Ja sądzę, — ciągnął dalej pan Władysław — że czas się znajdzie. Jest dużo świąt. A wiece i zgromadzenia gwarantuje konstytucja...
— U nas?... Ha! ha!... — roześmiał się gorzko pan Michał — chyba nie wiesz, drogi, jak my jesteśmy zależni — wprost teroryzowani. U nas, gdzie istnieje ten sławny tajny donos, — ty sądzisz, że się każdy zechce narażać tam... u góry?... W takim razie pozwól, że ci powiem, iż patrzysz z boku, położenia naszego nie znasz dokładnie; masz wprawdzie idealne zamiary i chęci, które niestety zawsze chęciami zostaną... Ty myślisz, że i w samym naszym zawodzie nie znajdą się ludzie, którzy nam zechcą w takim razie szkodzić?... Wszak sam powiedziałeś, że większość nas to ludzie bez wyższej inteligencji... Czy oni zrozumią doniosłość łączenia się, samokształcenia i tak dalej?... Już to tak zostanie...
I pan Michał zwiesił głowę z jakąś nieokreśloną apatją, a Władysław, milcząc, patrzył się długo w jego zawiędłą twarz, oko bez życia — i pomyślał:
— Jeśli wszyscy tacy — to szkoda i mówić!... Żal mi ich... Ot, co stosunki nasze robią z ludzi... To maszyny!...
Dzwonek odezwał się na strychu... Dzieci poczęły napływać do izby szkolnej... Niezadługo i pan Władysław R** żegnał się z przyjacielem, z żoną jego, i ubrawszy się, wyszedł przed sień; za nim postępował jeszcze, wyprowadzając gościnnie, nauczyciel...
— Odwiedzisz mnie jeszcze?... — spytał.
— Jeśli dłużej zabawię, owszem...
— No, do widzenia!... Trzeba iść do klasy. Dzieci wrzeszczą. Lada dzień spodziewam się inspektora... Do widzenia!....
Ucałowali się — rozstali... Gwar dzieci nagle ustał za wejściem „pana prefesora“, jak za jakim zaklęciem czarodziejskiem. Pan Władysław wsiadł do sanek, ukłonił się jeszcze do okna nauczycielowi — i słychać tylko było monotonny głośny pacierz dziatwy, to drobne dzwonki mknących po gładkiej gołoledzi sanek...

W powiatowym miasteczku L** ruch panował wielki... Jarmark — więc mnóstwo ludzi ściągnęło z okolicy i z dalsza. Krzyki, nawoływania przekupniów, kłótnie handlujących żydów, beczenie ciągniętych na rzeź cieląt, ryki głodnego bydła, śpiewy hałaśliwe ubłoconych pijaków, wszystko to zlewa się w jeden hałas jarmarczny, niesłyszany w innych zbiegowiskach, li tylko na jarmarkach mający miejsce...
Dodać potrzeba, że jarmark odbywa się w czasie przejściowym z zimy do wiosny, błoto więc, mieszane tysiącami stóp, przelewa się jak rzeka brudnej lawy... Gdzieniegdzie można napotkać sterczący z błota but lub „kierpiec“, zwyczajne obuwie ludu podkarpackiego. Pijany nie dba, kierpiec zostawił w błocie i idzie dalej boso, choć to przecie jeszcze zimowy czas...
Prócz kotłującego różnobarwnego tłumu, toczących się w ciżbie wózków, obłoconych długobrodych hałatników, najwięcej gromadzi się „luda“ przy straganach, jatkach, miejscu dla bydła i przy czerwonej „prepinacyi...“ Tam już największy hałas. Przyjętem jest u ludu, że każdy prawie zbliższa ciągnie na jarmark, czy ma co sprzedać, kupić, czy też nie ma... Przynajmniej pogwarzy ze znajomymi, poskarży się na biedę, dowie się, czy bydło tanie, a co najważniejsza, upije się „przy okazji...“
Tacy, przejrzawszy jarmark, siedzą w „prepinacyi“ do późnej nocy, gdzie biorą czynny udział przy każdym „litkupie“ znajomych sprzedawców... Dobrzy do gwary, do „kompanji“, póki im te litkupy języków nie poplączą i nie zwalą pod ławy karczemne...
Ot, i teraz pełno ludzi w propinacji. Ciżba, zaduch, kotłowanie i hałas nieopisany... Każda izba nabita, w sieni nawet i przed sienią stoją ludzie.
Tu jakaś kobieta ciągnie chłopa za „chazukę“ i wymyśla wrzaskliwie; tam paru czerwonych parobczaków namawia nieśmiałe dziewczęta, by choć na niedługo, „na końdecek“, wstąpiły do izby szynkownej.
Gwar w najrozmaitszych tonach miesza się z krzykliwym śpiewem pijanych...
Ot, właśnie jakiś niemłody gazda, porządnie „zakropiony“, kołysze się „na letkich kerpiołkach“, a szarpie z kobietą, która się stara wyprowadzić go „do chałupy...“
— Tam dzieciska głodne... Trzeba wziąć soli. Tu nicego nie wysiedzis!... — mówi kobieta uparcie...
— Eh, djabli ze solom!... — odpowiada jej. — Teroz sie nie uciesę — kiez sie uciesę?... — i obejmuje ją wpół, śpiewając chrapliwie:

Ani jo zagrody, ani jo piniędzy!...
Syćko djabli wzięni — jesce umrę w nędzy...

— To nie pij!... — krzyczy mu kobieta w uszy... — nie daj zydowi!...
A gazda ciągnie ją do izby, kończąc:

Ktoz mie tak usrocy — ktoz mie tak ugości?
Jak nima piniędzy — do zyda noprości!...

I jeszcze z za drzwi, z hałasu się wydobywa:

Pił mój dziadek jesce — i ociec mój pijoł...
Wtoryzby sie synek z tatusiem wymijoł!...

A w sieni parobcy, ciągnąc dziewczęta, nucą im już ciszej:

Na samym wiersycku — bucek przy lescynie...
Powiedz-ze dziewcyno, cy mie kochos, cy nie?...

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·
Mieszanina to poezji, spadłej w jarmarczne błoto, i najrzeczywistszej prozy, która dopiero w kontrastach wpada w oczy.

Z małej izdebki, którą „pon prepinator“ specjalnie dla inteligentników przeznaczył, wysypała się do sieni cała owa inteligencja, mieszając się z różnobarwnym tłumem...
Więc było tam paru diurnistów z urzędu podatkowego i ze sądu, dwóch najważniejszych w miasteczku instytucyj, oprócz nich paru nauczycieli z okolicy.
Pierwszego każdego miesiąca, w dniu odbioru pensji, można ich tu spotkać. To jeden dzień w miesiącu, w którym wszyscy ci „pensyjni“ czują się weseli, zadowoleni, jakby co najmniej każdy z nich dzierżył w kieszeni dyplom na szefa ministerstwa.
Jeden z nauczycieli, ów apatyczny przedtem pan Michał, potknął się o nierówny bruk szerokiej sieni i z przekleństwem potoczył się ku przeciwległej ścianie...
— Ho! ho! Michał już urznięty!... — zawołali chórem towarzysze kieliszka. A pan Michał, chwiejąc się, nucił dosłyszaną śpiewkę:

Powiedz-ze dziewcyno, cy mie kochos, cy nie?...

Jeden z kolegów wziął go pod rękę, wyszli przed próg.
— Gdzie idziemy?...
— Do mnie... na krótkiego!... — zaproponował jeden z „podatkowców“.
— Niech będzie!... — ozwał się pan Michał głosem przerywanym częstą czkawką... — Pół pensji diabli wzięli, niech wezmą i resztę!... — i ruszyli razem przez rzekę błota.
Ludzie znajomi spotykają „pana prefesora“, zdejmują zdaleka kapelusze, kobiety całują go po rękach, a „dziwują się, ze pon prefesor tak nie umieją chodzić po błocie...“
Bo rzeczywiście pan Michał chwiał się, słaniał na wszystkie strony; gdyby nie pomoc towarzyszy, dałby za wygraną i popłynął z falą błota na skrzydłach... alkoholu...
— Głupi ten Władek!... Czy my nie ma-my ide...ałów!... — mówił głośno pan Michał do podtrzymujących go towarzyszów. — Łączmy się!... Łączm... — i czkawka nie pozwoliła mu dokończyć.
Jakiś stary emeryt-tetryk, któremu jeszcze z życia obserwacja pozostała i rękaw pytań nierozwikłanych, obchodząc zdaleka błoto, o ile się dało, dojrzawszy ludzi, którzy idą prostą drogą przeciw wzburzonym falom... błota, — zapytał siebie po raz setny:
— Czy pijaństwo wyradza nędzę, czy nędza pijaństwo?...
I po raz setny nie rozwikłał pytania...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Orkan.