Dwie (Gomulicki, 1868)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wiktor Gomulicki
Tytuł Dwie
Pochodzenie Kolorowe obrazki
Wydawca Redakcya Przeglądu Tygodniowego
Data wydania 1868
Druk J. Jaworski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
DWIE.
(OBRAZEK POWIEŚCIOWY).


W jodłowym borku, pod strażą granicznego kopca i opiekuńczym znakiem Męki Pańskiej, krzyżują się dwie białe drogi. Krzaki tarniny i dzikich malin plączą dokoła gałązki okryte kwieciem; na gałązkach, o zmroku, słowiki dzwonią urocze nokturny. Żółte i czerwone motyle krążą nad kwiatami, złocąc w słońcu drobne skrzydełka, z głębi lasu zalatuje mocny zapach żywiczny. Duch ciszy i spokoju gości w tej ustroni, w tym zbawczym dla zmęczonych burzami świata porcie.
Słuchajmy. Po lesie, srebrnych tonów kaskadą, płynie wesoła piosnka; rozsypuje się niby perłami w powietrzu i kona gdzieś daleko, daleko, w ledwie słyszanem pianissimo.
Patrzmy. Na białej drodze zjawia się wiejska dziewczyna z dzbankiem jagód w ręku i lekkim krokiem z piosenką na świeższych od maliny ustach, dąży ku krzyżowi.
Stanęła — i nagle urwała śpiewanie; na czole jéj przemknęła chmurka zadumy; dzbanek postawiła na ziemi i rękami, na znak widać umówiony, po trzykroć klasnęła. Z głębi ciemnych jodeł odpowiedziano podobnem hasłem i po chwili, gałązki leszczynowe rozstąpiły się, a z po za nich wyjrzała pomarszczona twarz starej cyganki. Niespokojnem okiem rozejrzała się w około, potem przystąpiła do dziewczęcia.
— O mój ptaszku złoty! — śpiewnym zawiodła głosem, — sfrunęłaś przecie do cyganichy, niech ci za to Najświętsza Mateczka da dużo szczęścia...
Dziewczę smutno się uśmiechnęło.
— Za dobre słowo Bóg wam zapłać Semeno, ale mnie się zaś widzi, że dla Marysi nie ma szczęścia tu, na ziemi... — i pochyliła główkę na piersi.
— Et, co znowu gadasz — odrzekła stara, — alboż tobie kiedy bieda dokuczała; lub źli ludzie krzywdę wyrządzali? kaprysisz moje dziecko, nic więcej; podnieś no oto lepiej ładne oczki i pokaż rękę, to ci co ciekawego o twoim przyszłym wywróżę.
Marysia wzdragała się przez chwilę, wreszcie spłonąwszy jak leśny goździk, wysunęła rękę.
— A masz talizman? — spytała cyganka.
Dziewczę wydostawszy zza gorsetu srebrną dwuzłotówkę, położyło ją na ręku.
Semena zabrała pieniądz, przeżegnała go i poczęła wpatrywać się pilnie w gzygzakowate linje krzyżujące się na dłoni dziewczęcia.
Marysi serduszko uderzało mocno, niby młotkiem. Drugą ręką podniosła brzeżek czerwonego fartuszka i tarła nim łzą wilgotne oczki.
Po chwili cyganka powoli i z powagą zaczęła mówić:
— Mateczka Święta widno cię wzięła pod swą opiekę, bo na rączce tyle szczęścia, co ziarnek w makowej główce; same kwiaty, same róże przed tobą, a sidełka mocno nawiązujesz, bo się w nie złapał śliczny złotopióry sokół....
Dziewczę aż podskoczyło z radości.
— Złapał się w nie złotopióry sokół, — ciągnęła dalej — ale trzeba mu bardzo dogadzać: trzeba mu dawać kryształową wodę i srebrne ziarna zboża, a na szyję różową nawiązać wstążeczkę, żeby się na wolność nie wyrwał...
— Semeno droga, powiedzcie, kto to taki?....
Cyganka pokręciła głową tajemniczo.
— Kto taki?... chciałoby się wiedzieć? hm... może nikt a może... Jonek...
— Jonek?!... krzyknęła Marysia i poskoczyła w las, jak spłoszona sarenka, śmiejąc się szalenie i klaskając rękami z radości.
Za chwilę znów tysiącem wibracji falowała w powietrzu wesoła piosenka, a ciemne jodły do wtóru jej szumiały.
Semena stała na kopcu, starożytnej Sybilli podobna i patrząc przymglonemi oczyma za Marysią, drżącą ręką kreśliła krzyżyki, szepcząc tajemnicze zaklęcie, czy też jasne, a tak potężne słowa modlitwy.


∗                              ∗

Słuchajmy. Łamią się gałęzie leszczynowe, zdaleka dobiega głuchy łoskot kół powozowych, parskanie koni i głośne trzaskanie z bicza.
Patrzmy. Na białej drodze wzbija się obłok kurzawy, a rozwiany podmuchem wiatru pokazuje, niby za odchyleniem zasłony elegancki powóz, zaprzężony parą ślicznych gniadoszów. W powozie siedzi troje osób: dwie kobiety i naprzeciw nich, obrócony tyłem do koni młody mężczyzna. Starsza z kobiet ma lat czterdzieści parę, młodszej zaledwie siedmnasta zakwita wiosna. Pierwsza, może nieco zbyt pretensjonalnie ubrana, nosi jeszcze na twarzy ślady niezwykłej, chylącej się jednak ku zachodowi piękności, i prowadzi głośną, francuską konwersację ze swojem vis-à-vis. Druga, w całej pełni dziewiczego wdzięku o bladej twarzy i jasnych blond włosach, rozgląda się dużemi, niebieskiemi oczyma po lesie i zasłaniając wzgardliwie jakoś ułożone usteczka wiązką leśnych kwiatków, od czasu do czasu lekko ziewa.
Młodzieniec „petit-crevé très chic“ ubrany elegancko ze słodziuchnym żurnalowym uśmiechem na bladych ustach i szkiełkiem w przygasłem nieco oku, trzyma na ręku szal jednej z kobiet, a na kolanach małego king-charles’a naszczekującego ustawicznie. Co chwila szczerzy białe ząbki i czystym, paryzkim akcentem odpowiada na pytania starszej kobiety.
Kiedy powóz nadjechał na rozstajne drogi, jasne słonko, niby naumyślnie wychyliło się z za chmurki i obsypało złotem cały obraz, wraz z ożywiającą go postacią starej cyganki.
Kobiety poczęły się przypatrywać z widocznem zadowoleniem temu idyllicznemu obrazkowi, wreszcie starsza westchnąwszy, ozwała się:
Ah, mon Dieu! — jak tu ładnie...
Przypomniało jej to zapewne jakie stereotypowe malowanie, zdobiące ściany złoconego buduaru.
Młodsza niecierpliwie przygryzła różowych ustek i milczała.
Młodzieniec przetarł szkiełko, umieścił je ostrożnie w oku, westchnął i wycedził z amfazą:
Ah! c’est une peinture de Ruisdaël!-que c’est joli! que c’est charmant! que c’est...
Zbrakło mu słów na opisanie wielkiej admiracji, więc zamilkł.
Mais regardez lá cher monsieur et dites-moi, que voyez vous? spytała starsza, pokazując małą rączką, obciśniętą w paljową rękawiczkę, Semenę stojącą na kopcu.
Vraiment chère comtesse, c’est une fée... odpowiedział uśmiechnąwszy się żurnalowy elegant, zadowolony widocznie ze swego porównania.
Tymczasem jasnowłosa dziewica prosiła towarzyszki:
— Mamo, niech ona tu przyjdzie...
Odpowiedziano potwierdzającem skinieniem głowy. Usłużny elegant kazał przystanąć woźnicy i kiwnął ręką na cygankę.
Za chwilę Semena stała przy drzwiczkach powozu.
Une bohémienne! c’est bon — szepnęła hrabina.
— Jak się nazywacie, dobra kobieto — spytała życzliwym głosem hrabianka.
— Semena mnie zowią jasna panienko — zawiodła cyganka.
— Semena — drôle de nom, zauważył młodzieniec a po chwili dodał.
— A umiesz wróżyć?
— Bóg dał mi tę łaskę, jasny panoczku, może pokażecie ładną rączkę, to wam co ciekawego powiem.
Dowcipniś wysunął rękę nie zdejmując rękawiczki i śmiejąc się rzekł.
— No spiesz się, słucham.
Blada piękność drwiąco nań spojrzała.
— Jasny pan żartuje z biednej cyganki, — ozwała się uszczypliwym jakoś głosem Semena, — ale jak Bóg pozwoli, to cyganka i bez wszystkiego przyszłość odgadnie — i wpatrując się w gładką skórkę paryzkiej rękawiczki, rzekła powoli.
— Było nic, jest nic — będzie... nic.
Dziwnie przymuszonym uśmiechem skrzywił się na to panicz, hrabina przygryzła malowanych ustek, a chmurna dotąd piękność szczerze i wesoło się zaśmiała.
Zapanowała chwila milczenia, przerwało ją „nic.”
— Dowcipna jesteś moja stara, a że ja lubię dowcipnych, więc masz.
I cisnął jej garść drobnych, srebrnych pieniędzy.
— Bóg zapłać, ja pieniędzy za wróżenie nie biorę, — rzekła Semena zwracając mu je, potem dodała:
— A jasny gołąbek nie chce dać starej cygance śnieżnej dłoni?
Hrabianka spojrzała na matkę, a wyczytawszy w jej oczach przyzwolenie, podała wróżce drobniutką, liljowej białości rączkę.
Stara popatrzyła przez chwilę na rękę, potem na oczy hrabianki, potem objęła wzrokiem całe towarzystwo powozowe i kiwając smutnie głową, rzekła dziwnie uroczystym głosem:
— Oj, łzawe dni twoje, biała gołąbko, łzawe, bo zaczaił się na ciebie brzydki ptak nocny, a choć barwnem puszy się pierzem, czarną ma jednak duszę i białe piórka gołąbki oddechem swym chce splamić. Strzeż się go, jasny ptaszku, bo jak się ułoży, to będzie słodki, przyjemny, ujmujący, a potem pierś zakrwawi, serdeczną krew z niego wyssie i porzuci, lecąc na bory i lasy...
J’en ai assez — odezwała się z niechęcią hrabina i wziąwszy dłoń córki z rąk cyganki, rzekła gniewnie do tej ostatniej:
— Dziecinna jesteś moja kobieto ze swemi postrachami, idź w drogę, a bądź nadal ostrożniejsza, bo...
I pogroziła kształtnym paluszkiem.
Powóz ruszył z miejsca.
W chwilę potem na rozstajnych drogach było cicho, jakby makiem zasiał. Słonko, niby świecznik teatralny po skończonem przedstawieniu, schowało jasną głowę za drzewa, pogrążając okolicę w przejrzystym półcieniu, a duch błogiej ciszy spłoszony na chwilę, znowu białemi skrzydły powiał do koła uroczysty spokój i milczenie.


∗                              ∗

Minęło lato, zwarzyła je chłodna jesień; minęła i jesień, a widmo w białej płachcie, o sinej twarzy i skostniałych palcach, lodowem berłem władzy nad światem potrząsło.
Brylantowe gwiazdki śniegu skrzyły się na ciemnozielonych, niby aksamitnych gałązkach jodeł; kruki i wrony, ta „służba pogrzebowa“ obumarłej ziemi, żałośnie krakały; zresztą, w jodłowym borku cicho było, jak i dawniej, kiedy w gęstwinie rozkochane śpiewały słowiki.
Z trzaskiem i hukiem, hałaśliwie, niby scena z włoskiego karnawału, przemknął pod krzyżem, powracający z kościoła orszak weselny. Na przodzie sunęło kilka karet w czwórkę, białym lejcem kierowaną. W pierwszej siedziała blada hrabianka z wyświeżonym obok „żurnalowym elegantem.“ — Chmurna była jak dawniej, bezmyślnym wzrokiem błądziła po lesie, a kiedy ujrzała znajomy wzgórek i krzyż na nim, ścięła sine usteczka, a modre jej oczęta perłowémi zaszły łzami. Towarzysz jéj miał minę człowieka na śmierć znudzonego; milczał i wąchał niekiedy bukiecik z białych kamelji, które, choć to zima, frak mu zdobiły.
Śnieg zaskrzypiał pod saniami, obładowanemi postrojonem biesiadników gronem, ptastwo zimowe spłoszone z wrzaskiem pozrywało się z gałęzi i głębiej w las pierzchnęło. Zrobiło się na chwilę gwarno, krzykliwie, ale nie trwało to dłużej nad mgnienie błyskawicy.
Nie ucichł jeszcze całkiem gwar oddalających się weselników, gdy znowu wiatr przyniósł ochoczy głos skrzypków i na rozstajne drogi, nadjechało kilka prostych sań, wiozących „chłopskie wesele.” Konie z pękami kolorowych wstążek przy łbach, raźno parskały; na pierwszych saniach siedzieli państwo młodzi. Ona, to znajoma nam z pod krzyża Marysia, a on?... jużcić nie kto inny, tylko Jonek... złotopióry z wróżby sokół. Na wysłanych słomą saniach, szczerzej jakoś się śmiano, niż w karecianych pudłach. Ale i ten obrazek przemknął szybko, zostawiając zabłąkane między drzewami, pojedyńcze nuty skocznego obertasa...


∗                              ∗

Tegoż dnia wieczorem, w pałacu hrabiostwa X., w wiosce graniczącej z jodłowym borkiem, okna rzęsistem jaśniały światłem. Na szybach przesuwały się liczne sylwetki postrojonych gości. Wewnątrz były światła, kwiaty, muzyka, były tańce i gwar balowy, był szampan i wiwaty, ale nie było tego, co jest duszą, zabawy, nie było: szczerej, serdecznej wesołości. Szczególniej mroziła szał balowy smutna postać panny młodej, która wśród postrojonego tłumu wyglądała, jak na biesiadach faraonów mumje protoplastów gospodarza ustawione przy stole, z wypisanem na niemych ustach: momento mori...
Szczęście jest jak kamień słoneczny z nieba upadły; nie doleci on nigdy do ziemi w całości, ale się zawsze na drobne rozbije kawałki, i dopiero te okruchy filozoficznego „kamienia szczęścia“ los różnie i częstokroć dziwnie między ludzi rozrzuca.
Nie było pełnego szczęścia na błyszczącem weselu u hrabiego, zbywało mu bowiem na tem, co się nazywa naturalną, niesztuczną wesołością, a co właśnie posiadał tenże sam uroczysty i radosny razem obchód u rodziców Marysi. Na tym ostatnim brakowało znowu balowych akcesorjów: kryształowe świeczniki zastępował ogień strzelający na kominie; w niedostatku szampana, wódką prostą i miodem spełniano zdrowie nowożeńców, były to braki bezwątpienia dotkliwe dla ludzi konwenasowych, prostacze jednak grono, ani na chwilę o nich nie pomyślało. Bawiono się tu wybornie, a świadczyły o tem rozpromienione twarze biesiadników. Marysia po ochoczej muzyce żydków z miasteczka, raźno uwijała się w tańcu, wiewając białemi wstążkami, co stroiły jej ładną główkę.
Jednocześnie tedy związano stułą liljowe rączki bladej hrabianki i silne dłonie rumianej mołodycy; — jednocześnie błogosławiono im na nową drogę życia, i namaszczono krzyżem ludzkich życzeń, ale... ścieszki, któremi później pobiegły, nie poszły w jedną, stronę, jeno rozminęły się, jak rozstajne drogi pod krzyżem....
W rok potem, pod słomianą strzechę nowy, a upragniony gość zawitał, Marysi, teraźniejszej „pani Janowej“ urodził się synek. Uciechy było co niemiara, widocznie błogosławieństwo Boże napełniło ściany niskiej chałupki. A w tym samym czasie, kiedy młoda matka oblewała nowonarodzone dziecię łzami radości — innemi łzami w złoconym pałacu płakała blada i mizerna hrabianka. Bawiła ona już od miesiąca u rodziców, bo mąż jej na szaloną rozpustę stracił całe mienie, a chcąc się pozbyć nienawistnej, bo stojącej mu przed oczyma, niby skarga milcząca żony, rozpoczął z nią sprawę rozwodową.
Złamana boleścią młoda kobieta, siedziała w fotelu oparta bezsilnie o poręcz; oczy zakryła chusteczką i co chwila wybuchała spazmatycznem łkaniem.
Matka stała przy niej z flakonem orzeźwiających perfum i koiła cierpienia pękającego z bólu serca, francuzkiemi, z Jana Jakóba czerpanemi frazesami. Widząc jednak, że środki jej niewielki skutek odnoszą, wyszła mrucząc: Capricieuse efant!...
Po jej odejściu, płacząca odjęła chustkę i podniosła duże, łzami zwilgocone oczy, na obraz ukrzyżowanego Zbawcy świata. Wpatrywała się długo w siną mękami przedśmiertnych konwulsji twarz Jego i powoli z czoła jej znikał wyraz wewnętrznej burzy, a zastępowała go cicha rezygnacja. Złożyła błagalnie ręce i ustami poruszyła, szepcząc słowa modlitwy. Potem przystąpiła do okna, powiodła smutnym wzrokiem po okolicy, a zatrzymawszy go na siniejącym w dali borku jodłowym wyszepnęła:
— Semeno, wróżba twoja spełniona!...







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wiktor Gomulicki.