Tam, gdzie złote błyszczą plony,
Dwa kłosy przy sobie rosły:
Jeden wspaniały, wyniosły,
Drugi ku ziemi schylony.
„Trudno mi w znaczeniu sprostać,”
Rzecze pierwszy patrząc dumnie:
„Jakaż to powaga u mnie,
Jakże nędzną twoja postać!
Ja swą głowę, szydząc z losów,
Podnoszę z pańska wyworniewytwornie,
Ty ją pochylasz pokornie,
Skryty wśród tysiąca kłosów.”
„Twa dola zda się bogatą,
Moja skromną i nikczemną,
Dziś chcesz górować nademną,
Lecz słuchaj co powiem na to:
Ci, co jak ty dumą błądzą,
Niech czekają plonów zbioru,
Wtedy ludzie nie z pozoru,
Lecz z wartości ich osądzą.”
Przyszły żniwa, kłos wyniosły
Dał plew tylko garstkę marną,
A te co schylone rosły,
Wydzieliły zdrowe ziarno.