Dwa światy/XXIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Dwa światy
Pochodzenie Powieści szlacheckie
Wydawca S. Lewental
Data wydania 1885
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXIX.

Wieczorem miał odjechać Aleksy; dłuższe niż zwykle oddalenie od domu niespokojnym go czyniło o matkę... a coraz ciężéj mu było porzucić Karlin; każda chwila tu przebyta wiązała go z nim ściśléj i nieodwołalniéj. Ta atmosfera smutku i spokoju, ta cisza po wrzawie Żerbów, po życiu nieustannéj pracy i boju, obejmowała go jak pierwszy powiew wiosny po wichrach zimowych. Podwójnie kochał Juliana, Annę czcił jak zjawisko nieziemskie, marzył o tém, jakby się im stać użytecznym, potrzebnym, i mieć prawo nie opuszczać ich, patrzeć na nich z daleka, służyć im przynajmniéj. Duma szlachecka, przywyknienie do pewnéj niezawisłości, stopiło się w nowém uczuciu, jakiego Aleksy doznawał. Na dnie dawnego jego życia w Żerbach były silne i prawdziwe uczucia: kochała go matka, bracia otaczali go miłością; ale pomimo to nikt słodko i czule, łagodnie i serdecznie od dawna nie przemawiał do niego; potrzeba było bronić się i oganiać sąsiadom, walczyć z ludźmi, a z głębi duszy nie było przemówić do kogo, bo niktby go nie zrozumiał. Kontrast tego trybu codziennego żywota w Żerbach czynił mu Karlin oazą i edenem, choć tu na jedno może tylko serce Juliana mógł rachować. Ale, choć się do tego nie przyznawał przed sobą Aleksy... uwielbienie, jakie w nim wzbudziła Anna, przykładało się téż znacznie do sposobu zapatrywania na dom i życie w Karlinie. Staraliśmy się odmalować to uczucie, i wątpię, żebyśmy je potrafili ukazać takiém, jak było w sercu biednego młodzieńca.
Wystawmy go sobie marzącego wśród lat uniwersyteckich o ideale Beatrycy, zachowującego serce całe na jednę wielką życia namiętność, wzniosłą i czystą... potém zmuszonego zagrzebać się na wsi wśród najprozaiczniejszych zatrudnień codziennych małego i kłopotliwego gospodarstwa; a jakkolwiek z całém i wielkiém oddawał mu się poświęceniem, zawsze go ono nużyć musiało, zawsze od niego do czegoś więcéj, innego, cieplejszego wzdychać musiał...
W Karlinie dwa dni pobytu starły, co dlań życie pańskie miało przeciwnego, niezwykłego, przykrego; zobaczył tylko stronę jego swobodną, miłą, uśmiechnioną, wesołą... Anna przykuła go do tych progów, w które wchodził tak nieśmiało i ze wstrętem prawie, dziś mu się już to wszystko inaczéj, lepiéj zdawało.
Jedną z próśb w modlitwie Pańskiéj, na którą najmniéj podobno zwracamy uwagi, jest: nie wwódź nas na pokuszenie, ale Chrystus znał słabość ludzką, i nie darmo ją święte jego usta wyrzekły... unikać pokuszenia mało kto umie, mało kto myśli. Sądzimy się zawsze silnemi przeciw wszystkiemu, gdy tymczasem słabi jesteśmy, tak, że wpływ najmniéj znaczący odbija się w jakimś kątku wrażliwéj duszy...
Dwa dni przebyte w Karlinie już zmieniły biednego Aleksego; ze strachem prawie, ze zgryzotą jakąś myślał o Żerbach, o matce; ciężar, który sam dźwigał, zdawał mu się dziś podwójnym... Z jaką ochotą i zapałem byłby się teraz poświęcił Karlińskim, wspomagał Juliana, ratował jego i nieopatrzną Polę, a cichém wejrzeniem uwielbień poglądał zdaleka na rozpromienioną poświęceniem Annę; jak się tu czuł potrzebnym! Myślał nawet o Emilu i cudów chciał dokazać, poświęcając się upośledzonéj istocie, z któréj iskrę pojęcia dobyć mógł mozolnym trudem!
Ku wieczorowi chciał Aleksy, choć go serce wstrzymywało, pożegnać Karlin i jego mieszkańców; ale z téj złocistéj chmurki, na którą poglądał Emil z takiém zajęciem, nagle powstała burza z ulewą tak wielką i niesłychanie gwałtowną, że o odjeździe ani było można pomyśleć; Julian uradowany uściskał przyjaciela i wprowadził go na herbatę do salonu, ani mu już dając mówić o powrocie do Żerbów.
Gdy weszli, zastali Polę przy fortepianie tak głęboko zadumaną, że ich ani postrzegła; Anny nie było, usiedli w kątku i słuchali... Swobodna gra jéj doskonale malowała stan duszy; nigdy się tak nie grywa dla popisu jak dla siebie samego; chcąc osądzić artystę lub amatora, nie na wieczorze lub koncercie, ale go słyszeć potrzeba, gdy z duszy tworzy i fantazyuje sam sobie. Taką właśnie była gra Poli, która przy fortepianie zapomniała o świecie; marzenie jéj, uczucie, smutek, namiętność malowały się w dziwaczném czémś, wyrywającém się z pod palców prawie mimowolnie... Były tam ułamki wszystkiego, myśli cudze i własne, motywa śpiewne, frazy szalenie rozczochrane, tańce i żałobne marsze, walc obok fugi, romance i chóry kościelne... smętne nokturna i poważne psalmy... a wszystko to zlewało się przecie w jednę wielką i misterną całość.
Julian rozpoznawał z kolei to, co lubił, co mu przypominało dni jaśniejsze życia... i w zapomnieniu jakiemś egzaltowaném, ściskając rękę Aleksego, oddech prawie wstrzymywał, żeby Poli nie przerwać téj wymownéj, muzykalnéj spowiedzi! Gdy wchodzili, grała uwerturę z Euryanty Webera, przeskoczyła z niéj do motywów Oberona, potém zaśpiewała Ständchen i marsz Szopena... a gdy ostatni dźwięk jego umierał pianissimo, ozwała się z poważném Mozartowskiéj mszy Tuba mirum spargens forum... i z niego na pełen prostoty motyw ze Stabat Pergolesego przeszła kilką akordami... Kaprys chromatyczny Bacha, część sonaty-fantazyi Beethovena, mazurek nieśmiertelnego Szopena, Ave Maria Schuberta, jego pożegnanie, marsz Stradelli, kawałek walca Straussa... a! i nie wiem co jeszcze zmieszało się w téj improwizacyi, wśród któréj błyskami myśl własna artystki świeciła gorąco, płomienisto, namiętnie, bolała, jęczała, skarżyła na życie...
Julian słuchając cierpiał z nią razem, wzrok jego zaiskrzał się, ręce drżały, chciał wstać, pobiedz, rzucić się jéj do nóg i przytulić i ukołysać nieszczęśliwą... ona podniosła nagle oko załzawione i pełne wyrazu, postrzegła milczących słuchaczów, krzyknęła i ręce jéj upadając bezwładne na fortepian, dźwiękiem dziwacznym, dysharmonijnym zakończyły szaloną fantazyę...
— Kiedyście się panowie tu wkradli? — zawołała po chwili.
— O! jeszcze w czasie uwertury z Euryanty...
— Albożem ją grała? doprawdy, nic nie pamiętam... to wiem, że jeśli mowy podsłuchiwać się nie godzi, témbardziéj gry czyjéjś, nie przeznaczonéj do słuchania... Kto wié? możem wygrała wszystkie tajemnice duszy mojéj? — westchnęła, spojrzała na Juliana i z tak widocznym wyrzutem jakimś utopiła w nim oczy, taką boleścią zadrżały jéj usta... jakby doprawdy obawiała się być zrozumianą...
— Masz-że pani tajemnice? — zapytał Aleksy.
— A któż ich nie ma? to skarby nasze!
Razem z herbatą weszła Anna, jak zawsze spokojna, prawie wesoła rezygnacyą. Aleksy zbliżył się do niéj powołany jakiémś zapytaniem, a Julian nie mogąc się przemódz, podszedł do Poli, która chodziła po salonie... Te chwile wieczornéj przechadzki były co dzień jedynemi prawie, w których się nieznacznie spotykali z sobą... a choć nigdy prawie nie mówili o sobie, ani o uczuciach własnych, choć Julian unikał starannie wszelkiego wyznania, i wstrzymywał się od osobistości, ileż to rzeczy obojętnych służyło im do lepszego poznania siebie, do przesłania części swéj duszy i oddechu namiętności!
Pola była tak nieostrożną, a raczéj tak chciwą serca, jéj uczucie tak było prawdziwe, głębokie, silne, że się taić nie mogło, nie myślało i wybiegało naprzód, szukając męczeństwa. Karliński musiał czasem nie rozumiéć, i kłamać ustami, choć go oczy zdradzały..
Chodzili tak po salonie, wpół cichą, nawpół głośną wiodąc rozmowę, któréj urywki tylko dolatywały uszu Anny i Aleksego, a Drabicki zdaleka od swego ideału, prawie na klęczkach przed nim zatapiał się cały w swém szczęściu. Miłość jego młoda jeszcze, bojaźliwa, od razu postawiona na stanowisku poszanowania, z którego zejść nie mogła, upajała się jedném niczém, uszczęśliwiała samą przytomnością Anny. Czuł się podniesionym, silniejszym, potężniejszym przy niéj i rozmowa też jego wyjawiała człowieka w niezwykłym stanie duszy zostającego; ale Anna nie mogła się poznać na egzaltacyi przez siebie wzbudzonéj i brała ją za stan powszedni człowieka, którego wyżej coraz ceniła.
— Mój Boże! jak to pozory mylą — mówiła w duszy — ja-m go tak pospolitym sądziła... Julian zawsze ma słuszność... i tyle czasu nie wiedzieliśmy o nim. — A po chwili dodała sama do siebie: — Co za szkoda, że to nie naszego świata człowiek!
I dla niéj, i dla téj świętéj niewiasty nawet, były dwa światy i dwa ludzi rodzaje! był grzech pierworodny, niezmazany, nie dający się zmyć chrztem żadnym, nawet chrztem płomieni gieniuszu... grzech pochodzenia...
Zasiadali do herbaty, a Julian i Pola musieli przerwać rozmowę i niechętnie, powoli zbliżali się we dwoje do stolika, gdy prezes niespodziewanie wszedł do sali. Chociaż wszystko rzuciło się zaraz ku miłemu gościowi, miał jednak czas postrzedz Polę i Juliana odosobnionych, na ich twarzach zmieszanie jakieś i ślady rozbudzonego uczucia, ale po sobie nie dał poznać, że to zobaczył. Anna zwracając oczy na opiekuna, dostrzegła tylko jakby niepokoju jakiegoś, który przywiózł z sobą; same te odwiedziny zwiastowały coś niezwyczajnego, bo prezes nierychło się obiecywał. Wytłómaczył się jednak jakimś interesem i podróżą, i zasiadł do herbaty, udając nieźle humor dobry, który na tę potrzebę gdzieś sobie pożyczył.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.