Dwa światy/XXII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Dwa światy
Pochodzenie Powieści szlacheckie
Wydawca S. Lewental
Data wydania 1885
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXII.

Nazajutrz Aleksy z Julianem wybrali się zrana do Szury, do pana Atanazego Karlińskiego, którego dotąd znamy zaledwie z dawanego mu przezwiska dziwaka i z przysłanego w dzień imienin Anusi różańca z cierniową koroną. Mieszkał on prawie od młodości w majątku, o mil kilka od Karlina za rzekami, w ogromnych lasach położonym. W kraju naszym, który się stosunkowo niedawno jeszcze z puszcz nieprzebytych wyrąbał, są takie gdzieniegdzie pozostawiane trafem lub umyślnie obszary odwieczne, nieużyteczne wprawdzie, ale piękne, wśród których niemal amerykańską podziwiamy roślinność. Najwspanialszą w tym rodzaju jest bezsprzecznie puszcza białowieska, po niéj kobryńska, którą zdobią przestrzenie wielkie, jodłami na moczarach zarosłe; wreszcie lasy Polesia owruckiego, pińskiego i Polesiów wołyńskich. W takim to zapadłym kącie, przy wsi Szura zwanéj, obrał sobie mieszkanie pan Atanazy Karliński. Od wieków w posiadłości téj nikt z właścicieli nie mieszkał; należała dawniéj do Lubomirskich, a Tymoteusz Karliński wziął ją po żonie; że jednak któryś ze Śreniawitów, czy dla łowów, czy dla jakiéjś fantazyi przebywał tu czasami, świadczył stary wielki dwór drewniany, ogrody i sady, zrujnowana kaplica, pusty skarbczyk i zabudowania, których resztki znalazł tu pan Atanazy, objąwszy klucz z działu nań przypadający. Chociaż miał folwark z domem porządnym i w nie tak ustronném miejscu położonym, Karliński obrał sobie Szurę za rezydencyę; kąt ten dziki, cichy i spokojny, do charakteru jego i usposobienia przypadł nad wszystkie. Kazał naprawić trochę dwór, by go uczynić mieszkalnym, ogrodzić opuszczony ogród, wyrestaurować kaplicę i osiadł tu na życie całe, nie wychodząc prawie za obręb ogrodu i lasów swoich.
Pana Atanazego nazywano dziwakiem i nie bez powodu, nie żył bowiem jak inni ludzie: z młodu na krótko wychylił się był z domu, wolą rodziców wysłany w podróż po Europie, późniéj służył wojskowo, jeszcze stosując się do rozkazu ojca, ale zostawszy panem swój woli, porzucił świat i zagrzebał się dobrowolnie w osamotnieniu. Nikt dobrze nie znał wypadków jego życia i przyczyn, które wpłynęły na ukształcenie charakteru, jaki się skutkiem tajemniczych uczuć, zawodów i cierpień wyrobił. Zawczasu wyrzekłszy się tego, co pospolicie zowią losem, towarzystwem, światem, pan Atanazy z kilką książkami, z kilką towarzyszami zamknął się w swojéj Szurze i czas pędził na modlitwie, rozmowie i rozmyślaniu. Ani interesami, ani gospodarstwem się nie zajmował. Zgóry poglądał na drobne zabiegi ludzkie i śmiał się z nich szydersko; myśl jego cała była w wieczności, w żywocie przyszłym, w zagadnieniach tyczących się nadziemskiego świata. Dla ludzi wyrozumiały i łagodny, charakteru wzniosłego, zdawał się żyć tylko czekając śmierci i nic już nie spodziewając się od ziemi. Jak dziecię potrzebował opieki, dawał władać sobą i za nic nie byłby się oderwał od tego trybu, jaki przepisał sobie i do którego silnym przyrósł nałogiem.
Kochał rodzinę, jak kochał świat cały, ale w rzeczach ziemskich nie roztkliwiał się nad nią, nie biegł dla niéj z pomocą, życie i jego wypadki ważąc sobie lekce, jako rzeczy przemijające. Najulubieńszym jego czytaniem była biblia i mistycy; choć ortodoksus, pozwalał sobie w tym względzie tak dalece, że i protestanckich objawień, widzeń, rzutów oka w świat przyszły nie odsuwał; dla niego nawet w błędzie wielką wymówką była wiara głęboka i zajęcie się światem ducha: wszystko przebaczał, krom obojętności na sprawy duszy i materyalizmu. Pobłażający dla tych, co o rzeczy sądzili inaczéj, nieubłagany był tylko dla zobojętniałych, w szyderstwo obracających wszelkie najważniejsze zagadnienia pozaświatowe. Stosunków z ludźmi nie miał, nie szukał, unikał ich nawet, przekładając księgę i dumanie nad praktykę życia; to zaprzątnienie religijne zabiło w nim nawet wszelką chęć do pracy, odjęło ochotę do czynu i uczyniło go ascetą, pustelnikiem, istotą oderwaną od towarzystwa. Szura była prawdziwą Tebaidą, w któréj ledwie kilku ludzi umiejących się pogodzić z Atanazym Karlińskim, dotrzymywało mu towarzystwa. Przywykł był do nich, ale ochłodłe serce nie tak ich wszakże potrzebowało, by się na żal po stracie lub jakąkolwiek dla nich zdobyło ofiarę; pojęcie życia miał tak silnie swoje własne, wiarę tak mocną, że na grobie zapłakać nie mógł, i szeptał tylko:
— Do widzenia.
Człowiek ten zahartował się w rozmyślaniach do tego stopnia, że się słabości ludzkiéj pozbył prawie zupełnie i łzę rzadko postrzedz było można w oczach jego.
Obok tego kierunku mistyczno-religijnego, głębokiéj wiary i żywéj pobożności, Atanazy Karliński jednę tylko miał wspólną, z wielu innemi słabość — gdyż inaczéj nazwać tego nie umiem: wierzył w arystokracyę, w jéj odrębną misyę na ziemi i płakał nad jéj upadkiem. Umarli przodkowie w czci u niego zostawali na równi ze świętemi prawie, a krew, co w żyłach jego płynęła, uważał za drogą spuściznę. Tłómaczył się z tego, gdy mu kapelan domowy, ksiądz Mirejko, Żmudzin, którego zaraz poznamy, oponował — przywodząc Pismo: że Bóg zawsze wybierał pewne rody do przeznaczeń wyższych i kierownictwa ludźmi; że im szczególne swe zsyłał dary; że ich namaszczał zdolnościami i dawał im jaśniejsze poznanie potrzeb czasowych, ster rządów w ręce, ster myśli i ducha... Z tego wywodził pan Atanazy prawność i potrzebę arystokracyi w ogólności, jéj konieczną egzystencyę w każdém uorganizowaném towarzystwie, dając jéj niejako, stosownie do swych pojęć, pochodzenie religijne. Ale to go nie zaślepiało w uznaniu upadku jéj za naszych czasów; Karliński tłómaczył go tém właśnie, że arystokracya zaparła się posłannictwa swego, uwierzyła w ciało, darów bożych użyła dla siebie i na swe przyjemnostki, a Bóg ją ukarał poniżeniem, skarleniem, utratą znaczenia i wpływu. Dowodził, że szlachectwo było także rodzajem kapłaństwa; mienie i znaczenie, imię i przywiązane do niego przywileje, były jakby fidei-komisem od Boga danym, nie na zysk własny tych, w czyje ręce powierzone zostały, ale na dobro ogólne. Jak skoro niewierni przechowywacze skarbów obrócili je na samolubne zaspokojenie swoich potrzeb, odstąpił od nich duch boży, zeszło z głów ich błogosławieństwo, i ci, co byli chlubą, stali się ludu pośmiewiskiem. Całe życie Karlińskiego budowało się niejako na tych zasadach, głębokiéj wierze w nieśmiertelność i poszanowaniu siebie, jako potomka pokoleń, które Opatrzność namaściła do wielkich czynów; odbywał on niejako pokutę za grzechy dziadów, siedząc na ustroniu i opłakując upadek rodziny nietylko własnéj, ale wszystkich jéj podobnych, gnijących bezużytecznie w samolubstwie, rozpuście, i zabywających, że przeznaczeniem tych, co drugim przodkują, jest poświęcać się za nich.
Nie dla rozkoszy, nie dla zbytków, nie dla czwanienia się bogactwy, mówił, Bóg wyniósł panów nad innych; ale dał im mienie, imię, władzę, siłę, by ich użyli na dobro, by przodkowali w świętem dziele zbawienia, niosąc za nie życie, bogactwa, krew na ofiarę; jak skoro grosz dany na kupno dobra dusznego na wielką ucztę przyszłości niewierny sługa zmarnotrawił, wydając go dla własnéj fantazyi, kara zasłużona spotkać go musiała...
Julian, przeczuwając, jak dziwnie stryj jego wydać się musi Aleksemu, przygotowywał go niejako do piérwszego spotkania, opowiadając mu o nim to właśnie, cośmy tu powtórzyli, i nie postrzegli się oba, jak przebywszy po najgorszych drogach długie lasów pasmo, wychylili się nareszcie z nich i wjechali w aleję staremi lipami sadzoną, za któréj zielonym szpalerem jeszcze domu spostrzedz nie było można. Z obu stron ulicy rozciągały się pola nie wielkie, poprzerzynane łączkami, zaroślami, łozą, rowami, błotami, a smutny, ale poważny krajobraz przedstawia! dokoła opasaną lasami ciemnemi przestrzeń płaską, na któréj tle wioski dwie szare i kilka omszonych krzyżów się rysowały. Wielka uroczysta cisza pustyni, przerywana tylko świergotem ptastwa i dalekiemi trzód glosami, rozciągała się nad Szurą; w alei już pierwsze żółte liście nadchodzącéj jesieni leżały pod pniami lip starych, droga mało uczęszczana, piaszczysta, ledwie kilką kolejami przerżniętą była. Julian i Aleksy spojrzeli po sobie i oba wysiedli z powozu, pieszo chcąc się zbliżyć do dworu, bo czas był prześliczny do przechadzki. I szli tak zadumani, aż póki się im nareszcie dziedziniec, dwór i otaczające go olchy, klony, sadzawki, zielone topole i czarne świerki nie ukazały. Smutne to było miejsce, coś miało cmentarnego, ale czułeś spokój, jaki tu panować musiał. Przebywszy główny kanał, po starym, długim moście, przybyli ujrzeli naprzód w prawo drewnianą, dawną strukturą wzniesioną prostą kaplicę, któréj czarny krzyż żelazny najwyżéj się podnosił; niczém ona nie była powierzchownie ozdobioną, tylko dwa świerki rosły u wnijścia, a u pni ich wielka, ciężka stała ława dębowa, do któréj przez opuszczony trawnik dziedzińca wiodła wydeptana ścieżka. Wprost był dwór obszerny ale widocznie opuszczony, bo i dach się podpsuł na nim i w wielu oknach łataniny niekształtne zdradzały obojętną rękę, co je porobiła, nie zważając, jak one będą wyglądać. Kilka kominów piętrzyło się nad wysokim dachem, ale od wielu lat nie pobielane, czarno wyglądały od dymów; poza dworem masy drzew wskazywały obszerny, zarosły ogród, starym jeszcze sposobem zasadzony w szpalery i kwatery.
Naprawo były stajnie, nieotynkowane i dosyć niepozorne; wlewo oficyna długa i mało co świeżéj od dworu samego wyglądająca z pozoru. W dziedzińcu pustka, jak wymiótł, ni psa, ni człowieka, ni oznaki życia, tylko przy jedném z okien przyczepiona duża klatka ze szczygłami i kanarkami szczebiotaniem ich się odzywała. Julian i Aleksy napróżno oglądając się, szukali, ktoby ich powitał, wszystko było jak w jednym z owych zaklętych zamków w bajce zamarłe; przeszli dziedziniec, zbliżyli się do zamku, dostali się do sieni i nikt nie wyszedł naprzeciw nich, choć powóz toczący się za niemi zaturkotał na moście i tętent koni rozlegający się w dziedzińcu, powinien był rozbudzić uśpionych lub pochowanych po kątach mieszkańców.
Przebywszy sień pustą zupełnie, po któréj znać było, że nikt w niéj nic od lat stu może nie zmienił — ze smutnie gdakającym zegarem, z kilką wielkiemi obrazami z historyi świętéj i olejno malowanemi skrzyniami, służącemi za składy pościeli i łóżka dla domowników — Julian z Aleksym weszli do wielkiéj sali (któréj drugie drzwi wychodziły w ogrodową aleję), nieco ciemniéj i ponuréj, ale uderzającéj powagą, jaką jéj nadawały całe ściany zawieszone nieprzerwanym rzędem portretów familijnych. Był to zbiór jedyny w swoim rodzaju, nie ciekawy pod względem artystycznym, bo mała tylko ilość miała zalety pędzla, i ta bliższych już nam sięgała czasów, ale zebranych szczęśliwie pod względem charakteru, jakim się odznaczały te cienie pradziadów. Niech sobie mówią, co chcą ci, co szukają ducha, zapominają, że nam go nie dano oglądać inaczéj, tylko w powłoce cielesnéj; pewna to, że twarze ludzkie odbijają na sobie nietylko charakter indywidualny, ale piętno epoki całéj. Strój nawet dopełniający fizyognomii, jakkolwiek zdaje się zależeć od fantazyi i przypadku, jest znamieniem czasu. Sami o tém nie wiedząc, przystajemy do odzieży, która nam jest nietylko materyalnie stosowną, ale wyraża w pewien sposób to, z czego się przed światem wyspowiadać musimy. Spójrzcie na szereg obrazów z nieznanéj epoki jakiéj, zastanówcie się nad niemi, pomyślcie, rozbudźcie w sobie uczucie, a postrzeżecie, że z jednego wejrzenia ogólną cechę czasu odgadnąć potraficie.
I w tym długim rzędzie przodków domu Karlińskich prawda ta jasno biła w oczy; malarze, co ich rysy powtórzyli na płótnach, nie myśleli wcale o nadaniu im umyślnego charakteru, często wyraził się on mimo nich, wybił na wierzch przez nieudolność i zwyciężył niedołężnego artystę. Po zasępionych czołach, po nawpół otartych z kurzawy i potu rysach, poznać było można łatwo mężów, na których ramionach wielki spoczywał ciężar, widać było, że nie spoczywali w wygodach i próżnowaniu; twarze ich nie mówiły wcale o wytwornej cywilizacyi, o formie błyszczącéj, ale o gruntownych zasługach i cnocie. Godła nawet portretów, nie próżne zabawki dumy, buławy, szablice. pastorały, laski, były to znaki brzemion, insygnia poświęcenia. W ręku niewiast spotykałeś księgi, różańce, kwiaty, dzieci... wszystko, co niewiasta dźwigać może i powinna...
Starsze portrety malowały ludzi nawpół dzikich, bo zrosłych w boju więcéj niż radzie, w miarę zbliżania się ku naszym czasom twarze weselsze, wytworniejsze ubiory, czoła jaśniejsze, raźniéj uśmiechnięte usta, na ostatku zmienione stroje, rysy przerodzone, puder i peruki opowiadały całe dzieje rodziny i poniekąd kraju! Od niedźwiedzich delij i żelaznych pancerzy do koronek i brylantów — co za przestrzeń ogromna!
Przybyli mieli czas dobrze się rozpatrzyć w ciekawym tym zbiorze, który w zadumę wprawiał Juliana, porównywającego się mimowoli do tych, których żył imieniem, zasługą i majątkiem, sam nic nie zrobiwszy jeszcze; nikt bowiem nie wychodził na ich spotkanie, i ani chód ich żywy, ani głośna rozmowa, nie potrafiły sprowadzić żadnego sługi tego zaklętego dworu. Spojrzeli przez otwarte drzwi w ciemny ogród — i tam nikogo!
— Pójdziemy do księdza Mirejki — rzekł Julian — znam go trochę, bo czasami do nas ze mszą świętą przyjeżdża; on przynajmniéj u siebie być musi, przypominam sobie, że stoi w rogu oficyny...
Wyszli więc z sali i dworu, i przez dziedziniec, na którym jeszcze żywéj duszy nie było, skierowali się w róg oficyny, a zbliżając się ku niéj, zasłyszeli razem ze świergotaniem ptastwa w klatce, od strony ogrodu dochodzący ich śpiew, silną nucony piersią.
Julian poznał głos księdza Mirejki, kapucyna, a wstąpiwszy już na róg oficyny rozeznali nawet, że wesoło nucił godzinki do Niepokalanego Poczęcia. Z korytarzyka śpiew ten wskazał im drzwiczki, przez które wejść mieli, i Julian zapukał, ale go nie rychło posłyszano.
— No! a kto tam z takiemi ceremoniami! a proszę! a proszę...
Drzwi się otwarły i goście weszli do izdebki białéj, malutkiéj, patrzącéj na ogród okienkiem, w któréj nie wiele więcéj było niż w celi kapucyńskiej. Łóżeczko pokryte prostém sukném, przy niém stolik z brewiarzem i pudełkiem od opłatków, chustka w kraty i tabakierka; stolik drugi, a na nim okulary i kalendarz z rubrycelą; na ścianie Chrystusa w ramach dębowych, u drzwi butel wody i butelka od piwa... W pośrodku, bliżej okna, siedział ksiądz Mirejko i na klockach, przyrządziwszy sobie krosienka z dwóch krzeseł, wiązał pasek zakonny... Był to mnich wesołéj twarzy, blondyn szpakowaciejący, z bródką rzadką i krótką, z bystremi oczyma szaremi, silny, zdrów i tak stworzony do tego habitu, jakby się w nim urodził. Cały w pocie, bo dzień był gorący, a na śpiew piersi nie żałował, twarz miał rozpromienioną, a po wargach żarcik niewinny i rubaszny zdawał się błąkać. Dość było spojrzeć, by go pokochać i w serce jego, ewangielicznéj miłości pełne, uwierzyć.
— Ho! ho! — zawołał, rzucając klocki, które stukając opadły — to gość nielada... i kiedyż to pan dobrodziéj przyjechałeś? skąd? jak?...
Julian przedstawił mu Aleksego.
— Witam, witam! — rzekł ściskając obu — siadajcie, jeśli jest na czém siąść, bo ja tu na gości nie rachuję... jak mi Bóg miły, nie ma na czém spocząć.. Ale skądże?
— Wprost z domu, i tylko co... ale u panów w tym klasztorze — rzekł Julian — żywéj duszy; gdybyś jegomość dobrodziéj nie śpiewał Godzinek, a szczygły nie świergotały... głosu-by żywego nie było.
— A pana chorążyca nie znaleźliście?
— Ani słychu, żywej duszy, powiadam panu dobrodziejowi... pierwszego księdza Mirejkę mamy przyjemność oglądać...
— Widać porozchodziło się to wszystko — rzekł zakłopotany klockami swemi kapelan, podając krzesła — pan chorążyc pod kaplicą lub zaczytał się może... ale żeby też choć pani Gończarewska nie wyjrzała oknem w dziedziniec i nie pchnęła kogo przeciw gości.. musiała usnąć nieboga... Cha! cha! — rozśmiał się ksiądz Mirejko — u nas tak zawsze; przyjedzie obcy, dobrze nabłądzić się musi, nim kogo wyszuka... Klasztor, mości dobrodzieju, klasztor, ale też żyjemy tu opodal od świata i trosk jego, jak u pana Boga za piecem!....
— Jakże się ma stryj?
— Jak ryba, mości dobrodzieju! a czegożby miał chorować? żadnym zbytkiem nie zgrzeszy, chyba ferworem w nabożeństwie, a to zdrowia nie ujmie... życie regularne, jak w zegarku, nie brak niczego, troski nie dochodzą do Szury, i zdrowiśmy wszyscy, Bogu dziękować.
Tych słów domawiał ksiądz Mirejko i zacierał ręce podnosząc je do góry, jakby się cieszył z bytu swego i Bogu zań dziękował, gdy drzwi się otworzyły i pani Gończarewska, ochmistrzyni, wpadła do izdebki. Była to już dobrze niemłoda kobieta, chuda, żółta, bardzo skromnie ubrana, z ogromnym pękiem kluczów u pasa, w rękawiczkach duńskich z poobcinanemi palcami; w białym czepcu świeżutkiemi szlarkami obficie oszytym, po którego kroju znać było, że się w Szurze o modę nie troszczono wcale. Mina jéj, wielce poważna i surowa, okazywała niewiastę pragnącą sobie nadać pozór dobrze wychowanéj osoby, pańskiego niemal obejścia; mimo stroju ubogiego, miała ochotę odgrywać rolę gospodyni domu. Bez wielkich oznak czułości, ale niezmiernie grzecznie przywitała Juliana, wstrzymując się od rozczulenia, które jéj oczy zwilżało mimowoli. Tak jednak była przywykła trzymać na wodzy swe uczucia dla przyzwoitości i powagi, że zdaleka dygnęła ceremonialnie Julkowi, który się żywo do niéj posunął... Pani Gończarewska, de domo Wilczkowska, miała szczęście być wychowaną na dworze księżnéj marszałkowéj i czuła się odtąd obowiązaną, dowodzić swoją osobą, jaki to był dom wielki, z którego wyszła... Najlepsze serce pokrywała w niéj lodowata i surowa powłoka, ale takie miała pojęcie świata i jego wymagań, że nigdy po sobie nie okazała, co czuła, przedewszystkiém usiłując być kobietą jak najlepiéj wychowaną.
Ksiądz Mirejko, który wcale nie rozmyślał o formach, bo spokój duszy był dla niego celem jedynym, nie zważając na krygi pani Gończarewskiej, wstał z łóżka, na którém przysiadł, i wykrzyknął:
— Horrendum! pani Gończarewska u mnie! a godzi się to nachodzić celę bezbronnego kapucyna!
Surowym rzutem oka skarciła go ochmistrzyni...
— Jak mi Bóg miły — odparł ksiądz Mirejko — poskarżę się chorążycowi... a to ślicznie! Kompromitujesz mnie pani w oczach przybyłych, o których zapewne nie wiedziałaś...
— Ale porzuć-że, księże kapelanie, te grubiańskie żarty swoje — parsknęła nie żartem już do gniewu się zabierając pani Gończarewska. — Proszę panów do pokojów... może czém służyć im będę mogła?....
— Dosyć głodni jesteśmy! — rzekł Julian — z tém się nie taję...
— Proszę do sali, a ja zaraz z obiadkiem i z kawą nadejdę...
— Dobrze wiedzieć o kawie, to się człowiek także do niéj przypyta! — odchrząkując znacząco rzekł ksiądz Mirejko i dając ad intende, żeby i dla niego nie zapomniano o garnuszku śmietanki.
Ukłonem sięgającym czasów księżnéj marszałkowéj pożegnała szybko ochmistrzyni swych gości, i pogroziwszy kapelanowi, wyszła... Na progu krzyknęła... i wkrótce potém ze śmiechem na ustach wszedł do izdebki jakiś jegomość wielce oryginalnéj postaci. Chłop był duży, z wąsem zawiesistym i bokobrodami ciemno-orzechowemi, z oczyma czarnemi i błyszczącemi, rysów twarzy niepospolitych, i choć nie pięknych ale znaczących; wysokie czoło, nos orli, usta, których żaden przymus nigdy nie wykrzywił, dawały mu jednę z tych fizyognomij, jakie się częściéj w obrazach, niż w życiu spotykają. Coś w niéj było silnego, samorzutnego, niezależnego, rozumnego i natchnionego razem. Ale dla lawaterzysty wyglądał raczéj na organizacyę poety, niż człowieka czynu, na dowódcę więcéj, niż na żołnierza... Pomimo ubogiéj odzieży — przybrany był bowiem w lichą kapotę szaraczkową, niewidzianym krojem uszytą, spodnie miał w buty i chustki mu na szyi całkiem brakowało — zdradzał się postawą i podniesieniem głowy, jako człowiek przywykły nie podlegać rozkazom i żyć po własnéj woli. Białe jego ręce i płeć nieogorzała dowodziły zresztą, że nie potrzebował pracować i wiódł rodzaj życia zamkniętego. Z powierzchownością opuszczoną naumyślnie, zaniedbaną, minę miał pańską wcale, a zamieszkanie może w tym kącie odludnym, w którym do nikogo nie potrzebował się zastosowywać i przypodobywać nikomu, nadało mu coś dziko swobodnego w ruchach i wyrazie twarzy, żywo malującéj każde poruszenie wewnętrzne.
Kapucyn i Julian spojrzeli na wchodzącego razem, pierwszy zawołał:.
— Otóż powoli wszyscy się jakoś poznajdujemy!
Julian podał rękę jak znajomemu przybyłemu, który siadł na wąskiém łóżeczku księdza Mirejki.
Aleksy i nieznajomy zmierzyli się oczyma, a kapucyn zastępując roztargnionego Juliana zapoznał ich z sobą.
— Poznajcie się panowie... Pan Justyn Poddubiniec i pan Aleksy Drabicki... przyjaciel naszego pana Juliana.
Justyn nie silił się na grzeczności, wyciągnął rękę, ścisnął dłoń podaną i wlepiając oczy w Aleksego siadł znowu na łóżeczku...
— A coś to wasze panią Gończarewską przestraszył? — zapytał kapelan — dzień dla niéj feralny, ja-m ją rozirytował żartami, a jegomość pewnie po swojemu nie patrząc przed się szedłeś, i musiałes może uderzyć...
— No! proszę... jak to jegomość ludzi znasz i z charakteru zgadujesz, do czego kto zdolny... właśnie trąciliśmy się głowami w drzwiach... i dobrego sobie nabiłem guza...
Kapucyn plasnął w dłonie.
— Porządnąż dostałeś burę!
— Ale ba! gdyby nie wychowanie, możebym i klapsa oberwał — rozśmiał się pan Justyn.
— Otóż to gadu! gadu! a psy w krupach! — przerwał ks. Mirejko — gotowi podać kawę, i kawa ostygnie... Chodźmy do dworu... prócz tego tu na tyle gości ciasno... Nie wiesz waść, panie Justynie, gdzie chorążyc?...
— Nie zgadnę, wziął kij i słomiany kapelusz, książkę pod pachę i w las sobie poszedł...
— To nie wróci aż zmierzchnie! — machnąwszy ręką rzekł kapucyn — tandem kawa się bez niego, a on bez kawy obejdzie...
To mówiąc wyszli razem, i gdy ks. Mirejko na klucz mocno stancyę zaryglował, obawiając się zapewne o swój pasek i klocki, skierowali się ku dworowi powoli... Jeszcze tu żadnego ruchu nie było, tylko od mieszkania pani Gończarewskiéj dawały się słyszeć desperackie jéj wykrzykniki przez drzwi otwarte.
— O! ja nieszczęśliwa! nikogo! byłam pewna! żywéj duszy! tak zawsze! kiedy potrzeba, jak wymiótł! Z temi ludźmi wyżyć niepodobna, wstyd zrobią, najlepiéj urządzonemu domowi... pomyślą, że żyć nie umiemy! Żadnego! żadnego! ni komu podać, ni komu nakryć! Chryste ukrzyżowany, co ja znoszę! co ja znoszę! to do ran tylko twoich ofiarować można!
Wielki frasunek pani Gończarewskiéj rozśmieszył kapucyna, który ramionami ruszył tylko... poszli do sali i zasiedli w niéj oczekując obiecanej kawy, a że tymczasem musieli się rozmową zabawiać... i wszyscy czuli jéj potrzebę, jak na złość im jakoś nie szła.
Goście z kapucynem przebąkiwali to o tém to o owém, pan Justyn zaś rozparłszy się i głowę na ręku złożywszy, zadumał milczący. Ksiądz Mirejko kilka razy przechodząc koło niego, ramionami ruszył, nareszcie stanął i zawołał:
— Budzę waćpana...
— W jakim kolorze? — zapytał Justyn.
— W niebieskim, bo asińdziéj o niebieskich marzysz migdałach...
— Delikatna wymówka, a jegomość dobrodziéj chciałbyś, żebym się jak dym po ziemi włóczył?
— Ej, panie Justynie, nie każdy po niebie lata, kto sobie skrzydła przyprawi! Co waszeć wymyślisz, ustawicznie medytując?
— A cóż mam robić lepszego?
— Z waćpanem niema co gadać — odwrócił się ksiądz Mirejko — otbyś gości zabawił!
Justyn się rozśmiał — i gdyby nie wejście pani Gończarewskiéj, byłby może w dysputę głębszą zaszedł z kapelanem, ale w samę porę zjawiła się na progu ubrana w chustkę bagdadzką, wyraźnie dla gości włożoną, i czepek, innego mniejszego nieco kalibru, ale wytworniejszéj roboty, pani ochmistrzyni, a za nią taca, którą niósł wynaleziony gdzieś rozespany sługus wcale nie po pańsku przyodziany, z serwetą pod pachą i pośpiechem świadczącym, że mu się bura dostać musiała.
Pani Gończarewska, przeszedłszy krokiem drobnym pokój, usiadła twarzą uśmiechnioną do gości i zacierając ręce, poczęła rozmowę od zapytań o Karlin i jego mieszkańców.
— A kawa stygnie! — przestrzegł ksiądz Mirejko — a panowie głodni; kiedy już ten napój Bóg dał na stół, i sucharki z cynamonem widzę, nie próbujże asani dobrodziejka cierpliwości naszéj!
Pani Gończarewska poczęła nalewać, wszyscy się zbliżyli do stolika, gdy w sali od ogrodu poważny i powolny krok dał się słyszéć, zmierzający ku drzwiom pokoju, w którym towarzystwo zasiadło; oczy wszystkich zwróciły się w tę stronę... a na progu ukazał się słuszny, chudy mężczyzna, w kapeluszu słomianym na głowie, z kijem sękatym w ręku i wielką księgą pod pachą... Był to Atanazy Karliński.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.