Dwa światy/LVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Dwa światy
Pochodzenie Powieści szlacheckie
Wydawca S. Lewental
Data wydania 1885
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


LVI.

Nazajutrz wzięto się do wielkiéj owéj narady, do której Julian, obojętny zupełnie, tylko dla formy był wezwany; prezes tu grał pierwszą rolę. Aleksy przedstawił mu rachunki, plany, bilanse, i wskazał, jakie środki obmyślił na uspokojenie głównych wierzycieli. Prezes szukał tylko pozoru i zatrzymał się zaraz przy likwidacyi długu żydowskiego, oddawna ciężącego na Karlinie; był to interes zawikłany, wreszcie skończył się ugodą i pozostawało tylko zapłacić spadkobiercom starozakonnego; ale Aleksy, który zawierał układ, postąpił sobie szlachetnie i wszystko, co było podpisane przez chorążyca, przyjął za stanowczą należność.
Prezes przeglądając papiery uśmiechnął się.
— Na tych żydach — rzekł — więcéj, zdaje mi się, utargować było można.
— Być może — odparł Aleksy — ale chodziło o podpis pana chorążyca, a żydzi i tak kilkunastoletnie tracą procenta.
— Żydzi nigdy na nas nie tracą — zawołał Karliński.
— Tu, panie prezesie, straty ich są widoczne...
— Aż do zbytku pan jesteś skrupulatny i sumienny! — zawołał Karliński.
— Zwłaszcza w cudzych interesach — rzekł Drabicki.
— Ale z cudzéj kieszeni! — szepnął prezes.
Aleksy zaczerwienił się i zadrżał; prezes na wszystko przygotowany zachował krew zimną; spodziewał się burzy.
— Gotów jestem dołożyć i ze swojéj, gdzie mi przekonanie każę — zawołał popędliwie Drabicki.
— Niech się pan tak żywo nie oburza — rzekł prezes — w interesach powinno się traktować chłodno i z namysłem...
— Starałem się o to — zawołał Aleksy — zresztą, jeśli to, com uczynił, zdaje się państwu niedogodném, wszakżeśmy wiecznym ślubem nie związani...
Julian, znacznie ostygły dla Aleksego, który miał dlań i tę wadę, że jego zachceniom i popędowi do rozrzutności nie dogadzał, milczał; spojrzał na niego naprożno Drabicki, a widząc obojętnym, z ukłonem złożył przed prezesem papiery i wyszedł.
Dopiéro jak ze snu ocknął się Julian.
— Co to się stało, kochany stryju?
— Nic, zdaje mi się, że pan Drabicki, który najlżejszéj uwagi od nikogo nie znosi, obraził się tą, którą mu w najdelikatniejszy sposób uczyniłem; sądzi zapewne, że go przepraszać i zapraszać będziemy, ale się mocno omylił.
— Jakto! miałby się z nami rozstać? — zapytał Julian niespokojny.
— Tak mi się zdaje — wyszedł cały zaperzony. — Proszę cię tylko żadnej słabości, nie idź do niego, nie posyłaj, tym sposobem grzecznie się uwolnim od niego; wina spadnie na mnie i po wszystkiém.
— Ale ja dobrze nie słyszałem; o cóż to poszło?
— Dzieciństwo; powiedziałem mu w żarcie, że nadto szafuje z cudzéj kieszeni; coś mi odburknął hardo, położył papiery i wyszedł.
Powróciwszy do swego pokoju, Aleksy bez zastanowienia, cały zburzony, natychmiast pakować się kazał służącemu i konie zaprzęgać; podziękował za obiad, na który go proszono, ułożył resztę papierów i dotknięty tém, że Julian słowa nie powiedział w jego obronie, nie przyszedł nawet po przyjacielsku się z nim rozmówić, postanowił opuścić dom ten nazawsze. Może i miłość jego, która dochodziła do tego stopnia szału, że widok Anny i Alberta był dla niego nieznośną męczarnią, przyczyniła się do tego. W pierwszéj chwili wyjechać z Karlina, zdawało mu się niezmiernie łatweém, ale gdy zebrał pamiątki i poczuł gorycz w sercu, przekonał się, że go to wiele kosztować będzie. Nigdzie człowiek dłużéj bezkarnie przebyć nie może, przyrasta do miejsca i ludzi; tu jeden widok obojętnéj, chłodnéj ale codzień uśmiechającéj mu się przyjaźnie Anny, osładzał wszystko; jedna z nią wieczorna rozmowa starczyła za wątek na tygodnie marzeń niewyczerpanych. Wszystko potrzeba było stracić zarazem! Biednemu Aleksemu pomieszało się w głowie, zdrętwiał na miejscu, jak siedział, i resztę dnia przebył nie wiedząc, co się z nim działo; pakunki były gotowe, on nie wyjeżdżał, oderwać się nie mógł od tego miejsca...
Nikt ani zajrzał do niego; nie postrzeżono niebytności u obiadu, która się często trafiała; stryj Juliana wstrzymywał, reszta towarzystwa o niczém nie wiedziała, niczego się domyślać nie mogła. Pozostał więc osamotniony, opuszczony, a w takiéj chwili boleśnie go to zraniło... Czuł potrzebę zerwania stosunków, które nic prócz przykrych wspomnień przynieść mu nie mogły, i siły na to brakło; myśli plątały się po głowie, dziwaczne, bezładne a smutne; cały dzień upłynął w takiém gorączkowém osłupieniu. Ile razy zerwał się z miejsca, Anna przychodziła mu na myśl; zdawało mu się, że czuwać nad nią był obowiązany, że niebezpieczeństwo, w jakiém zostawała, zmuszało go pozostać, ale po chwili rozmysłu opadły ręce. Czémże tu był? mógłże choć słowo wyrzec?
Tak walcząc z sobą, dosiedział Aleksy do wieczora; chciał się podnieść z siedzenia i jechać, ale nagle poczuł w głowie szum jakiś, w ustach gorycz i spaleniznę, w całym sobie jakąś gorączkę dreszczem i żarem przechodzącą po nim gwałtownie; oczy mu się zasłoniły, wzrok przyćmił i zwlókłszy się z siedzenia upadł na łóżko, na którém już nic prócz trochy słomy nie było... a ledwie się położył, zupełnie stracił przytomność; choroba opanowała go nagle i gwałtownie...
Czuł, że żył, ale ani sobą władnąć, ani zawołać, ani podnieść się nie mógł; mary jakieś przesuwały mu się przed oczyma duszy, to szydersko się uśmiechające, to pogrzebowe i żałobne...
Oprócz wielkiego ciężaru na głowie, który był połączony z głuchą boleścią, stan Aleksego nie miał w sobie nic przykrego; był dlań nowym i w pewien sposób miłym. Mózg rozdrażniony z wielką siłą przedstawiał mu spotęgowane i skupione obrazy, które zwykle pamięć pojedynczo i słabo malowała. W tym gorączkowym dramacie ruch był potężny i życie podbudzone, szybko przesuwały się postacie jedne po drugich, zachowując swoje znamiona i charaktery; a jednak dziwnie jakoś podniesione do niezwykłej im działalności. Wszyscy, których znał, kochał lub nienawidził w życiu, wrócili wżyciu chorobliwém: Anna, Julian, Emil, matka, stary Junosza, sąsiedzi z Żerbow, pan Atanazy, Justyn i Pola, a obok nich pełno nieznajomych figur wydobytych z komórek zamkniętych wspomnień, i żywo powstających z mogiły...
Cały ten świat zdawał się być przeciwko niemu; wszyscy przechodząc miotali nań wyrzutami gorzkiemi, każdy zdawał się osobiście dotknięty, każdy miał jakąś winę i rzucał nią nań jak kamieniem, a Aleksy związany, niemy, bezsilny, próżno starał się coś odpowiedzieć, niemoc związała mu usta... pęta opasywały ręce i nogi, kamień zwalił się na głowę i piersi.
W tym chaosie na jakiemś tle chmurném, wijącém się bez przestanku, w gwarze, który co chwila się zwiększał, Aleksy postrzegał coraz nowe zjawiska... ale obłok jakiś przyćmiewał je powoli, ludzie zmienili się w poczwarne jakieś dymów kłęby i znikli... czarna cisza grobowa nastąpiła po szalonym zamęcie.
Po niéj latały tylko iskry i płomienie, to znowu rozlewała się jasność nieznośna, a po niéj jeszcze ciemniejsza noc spadała na oczy...
Aleksy nie czuł już i nie wiedział, co się z nim działo...
Słudzy odeszli, nie było przy nim nikogo, pozostał więc rozmarzony gorączką na łóżku do nocy; bo po rozejściu z salonu dopiéro prezes namyślił się razem z Julianem odwiedzić Aleksego.
Znaleźli go bez światła na łóżku nieposłaném, dyszącego straszliwą gorączką, z oczyma osłupiałemi, ze spalonemi ustami, ze wszelkiemi oznakami niebezpiecznéj choroby... Spytany, nie dał im odpowiedzi, nie poznał ich nawet... Prezes zląkł się niezmiernie, Julian uczuł wyrzut sumienia, natychmiast posłano po Grebera i Karliński sam zająć się chciał pilnowaniem chorego; ale stryj przewidujący, że choroba tego rodzaju może być zaraźliwą, nie pozwolił, odciągnął go i posłał po Bornowskiego, który tak dalece był do wszystkiego, że i przy słabych czasem lekarza zastępował. Nie powiedziano téż nic Annie, nie dano znać do Żerbów, aby matki nie przestraszać; Julian ze spuszczoną głową poszedł ze stryjem do pokoju.
— Nie przypisuję wcale wzruszeniu rannemu téj choroby — odezwał się niespokojny prezes po chwili — nie powiedziałem mu nic ostrego!...
— Jednakże źle się stało, żem choć ja wcześniej do niego nie poszedł — odezwał się Julian — mam na sumieniu to wszystko... Wyrwaliśmy go z bytu spokojnego, z którym się obył i w którymby mógł być szczęśliwym, wezwaliśmy w imię przyjaźni do pomocy w interesach, poświęcił się nam całą duszą, wyratował brata, zapomiał o sobie, i za to wszystko w końcu odpłacamy mu gorzéj niż obojętnością, bo niewdzięcznością prawie...
Był to ostatni odbłysk szlachetniejszego uczucia w Julianie, które prezes zniszczył kilku słowy zimnemi.
— Słuchaj — rzekł — wszystko zależy od sposobu, w jaki się rzecz przedstawia... daliśmy mu dobre miejsce, na którém więcéj zarabiał niż na lichéj dzierżawie, wprowadziliśmy go w nasze towarzystwo, robił, co mógł, ale nie zrobił nic osobliwego. Emil prędzéj czy późniéj byłby dojrzał i bez niego... Przecież nie wyrzuciliśmy go na ulicę? Nie zapominaj, kto my... a kto on... reszta mu się dopłaci!...
— A... stryju!
— Dajże mi pokój ze swoją filantropią i ideałami! Nic mu się nie stanie, duma obrażona, duma nieznośna zrobiła mu chorobę i gorączkę, puszczą mu krew, dadzą kalomelu i licho go nie weźmie, nie widzę powodu rozpaczania... Dobranoc!
To mówiąc prezes wyszedł, udając daleko gorszego i zimniejszego, niż był w istocie, gdyż w głębi uczuł boleśnie chorobę Aleksego, któréj się uważał pierwszą przyczyną. Zamiast pójść spać, cicho skierował się do mieszkania chorego i wywołał Bornowskiego.
— A co?
— I cóż, jwpanie, majaczy! gorączka! straszna gorączka! postawiłem mu synapizma... głowa jak w ogniu! od rzeczy plecie...
Prezes wiedziony niepokojem wszedł do środka i stanął we drzwiach drugiéj izdebki.
Tuż za nim wsunął się niespokojny Julian.
Aleksy leżał z oczyma otwartemi, kiedyniekiedy niewyraźnemi, szybko z ust lecącemi wyrazy przerywając ciszę, która go otaczała. Zrazu nikt ich chwycić i znaczenia domyśleć się nie mógł, ale po chwili prezes zbladł i zatrząsł się jakby z gniewu, chory pokilkakroć wymówił imię Anny.
— Cóżem winien — mówił — musiałem cię kochać? wszakżem nie zdradził cię nigdy, słowem, wzrokiem, ruchem, niczém! Nikt tego nie wie! Nikt! Ja i Bóg! O Anno! gdybyś wiedziała, jak ciężko mi będzie porzucić was, ciebie i nigdy a nigdy nie widziéć cię więcéj, nie słyszéć i myśléć, że po mnie jak po śniegu zimowym nawet wspomnienia nie zostaną... Wszakżeś to ty była Beatrycą Danta? Laurą Petrarki, natchnieniem wszystkich poetów, marzeniem artystów? Cóżem winiem, żem upadł przed obrazem, przed którym klęczeli wszyscy?... Bóg mi dał trochę tego ognia, przy którego jasności widać serca i dusze... Widzę je całe... i ciebie... tyś anioł, Anno!
Prezes odpędził Boraowskiego, sługi, zobaczył Juliana i biorąc go pod rękę wyszedł z nim do pierwszego pokoju rozgniewany, nieprzytomny prawie, trzęsący się z rozjątrzenia.
— Słyszałeś — rzekł — słyszałeś! kocha Annę! śmiał na nią spojrzeć, śmiał ją widziéć, śnić o niéj, marzyć, to zuchwalec, to niegodziwiec, to szaleniec! Ludzie posłyszą jéj imię, jéj imię w jego ustach! Nie! ja go zamknę i nie wpuszczę tu ani Grebera, ani ich... nikogo, niech tak skona! niech umiera! Wolę mieć grzech na sumieniu, niż żeby cień cienia padł na Annę!...
— Ojcze! stryju! to gorączka! — rzekł Julian.
— Tak! gorączka co myśl tajemną wyrzuciła, jak burza z morza wyrzuca męty i brudy leżące gdzieś na dnie!... Napróżnobyś starał się go uniewinnić... to zuchwalec! to szaleniec! — powtarzał prezes w ostatnim stopniu niecierpliwości. — Idź stąd i zostaw mnie!
Julian zadrżał, widząc pierwszy raz stryja w stanie takiego gniewu, w którym sobą nie władał.
— Gdyby i tak było — rzekł zimno — że pokochał Annę, ani dziwno, ani to grzech z jego strony, wszakże tak dobrze ukrywał, że nikt się dotąd tego nie domyślił. Zresztą, część téj winy nie spadaż na nas, na ciebie, stryju, na mnie, cośmy go prawie gwałtem do Karlina ściągnęli... Cóż winien biedny chłopiec?
— Nie mów mi tego... nie mów! — zawołał Karliński — Anna! śmiéć na Annę podnieść oczy istocie tak niskiéj i ledwie z prochu dźwigniętéj!
— Ręczę ci, stryju, że nie robiąc z tego dramatu niepotrzebnego, nikt się ani domyśli, ani zrozumie, co on mówi; po naszych twarzach mogliby wyczytać chyba, że się coś dzieje niezwykłego i strasznego... Chodźmy stąd i zostawmy ich, jak byli, udawajmy, że nic nie wiemy... Jużciż ani go opuścić, ani zamknąć niepodobna; byłoby to jedno, co go zabić... Chodźmy!
Prezes zamyślił się i zmiarkował, że inaczéj być nie może i choć wzruszony, przybrawszy obojętną postawę, wyszedł powoli, polecając chorego Bornowskiemu, którego mijając, rzekł tylko do Juliana tak, żeby był słyszanym:
— To ta głupia miłość dla Anny Polkowskiéj z Zameczka wszystkiemu temu przyczyną... dowiedział się pewnie, że idzie za mąż za Marszyńskiego.
I w ten sposób odwróciwszy, jak mu się zdawało, podejrzenie, ustąpił do swojego mieszkania, ale niepokój oka mu zmrużyć nie dał.
Anna dopóźna nie wiedziała o niczém; dopiéro któraś ze sług przyszła do niéj z nowiną, gdy się już spać kładła i przeraziła ją opisem od Bornowskiego przejętym, straszliwéj gorączki Drabickiego, ubarwionéj jeszcze rozlicznemi dodatkami, które już po dworze biegały, że zrana pokłócili się z prezesem, że miał wyjeżdżać, że cały dzień był zamknięty u siebie, a w nocy znaleziono go bezprzytomnym na łóżku... Anna mocno to uczuła i natychmiast pobiegła sama do Juliana, żeby się lepiéj dowiedziéć; zdawało się jéj przesadzoném to opowiadanie, a jednak domyślała się, że w niém coś prawdy być musiało.
Julian chodził zasmucony i zamyślony po pokoju, gdy weszła Anna; przeczuł, czego się dowiedziéć chciała i badająco spojrzał na nią.
— Julku, prawda to? — zawołała — że Aleksy śmiertelnie chory? co mu się stało?
— Chory, chory istotnie... nie wiem, prezes zrana trochę się ostro z nim przemówił, miał wyjeżdżać z Karlina; musiał uczuć zbyt mocno... posłaliśmy po Grebera...
Widać było chmurkę na czole Anny.
— Mój Boże! — rzekła — jak to ciężko na tym świecie wszystkim się pogodzić z sobą... domyślałam się, że prezes go nie lubi, ale za co?... dlaczego chce go się pozbyć?... znajdziemyż drugiego, coby był zarazem, jak on, pomocnikiem, doradcą i przyjacielem? kto go zastąpi przy biednym Emilu?
— A jednak rozstać się musim — rzekł Julian ciszéj, zbliżając się do niéj — prezes lepiéj widział od nas wszystkich...
I szepnął kilka słów na ucho Annie; ona cofnęła się żywo, zarumieniła i zdziwiona oczy zwróciła na brata; na twarzy widać było obrażoną dumę, niepokój jakiś, gniew prawie... Pomimo świętości swojéj, uczuła na tém, co brat jéj powiedział i potrzęsła głową.
— To być nie może — rzekła — roi się wam...
— Słyszeliśmy oba... niema najmniejszéj wątpliwości; prezes jest w największym gniewie, nigdym go takim nie widział!
— Biedny człowiek! — zawołała Anna — ale mógłże do tego stopnia się obłąkać?...
— Nie pojmuję — odpowiedział Julian — wszystko to drażni mnie, męczy, trapi i zdaje mi się, że jak on, zachoruję... Wróć do siebie, Anno; widzisz, że nawet zbytku troskliwości okazywać mu nie możesz; ludzie i on sam fałszywieby to sobie wytłómaczyli. Będzie, co będzie.
Anna odeszła zmieszana; słowo, które jéj pocichu szepnął Julian, bojąc się, by go ściany nie usłyszały, dziwne na niéj zrobiło wrażenie; zamiast wdzięczności i politowania, uczuła w sercu żal i pierwszy raz obudzoną dumę; gniewała się na nieszczęśliwego, dla którego przed chwilą czuła ten rodzaj chłodnéj i protekcyonalnéj przyjaźni, jaką obdarzamy wierne sługi i ludzi od nas niższych; czuła się obrażoną i upokorzoną, łzy prawie miała na oczach... Miłość ta wydawała jéj się śmieszną; zdawało się, że część śmieszności spłynie na nią, a przywykła była uważać ją za największe nieszczęście; gniew na chwilę przytłumił w sercu jéj wrodzoną litość.
W nocy nadjechał Greber wezwany i sam poszedł do Aleksego, koło którego znalazł tylko uśpionego i trochę podpiłego Bornowskiego, zapewniającego słowem honoru, że nie było pięciu minut, jak się troszeczkę zdrzemnął. Jedno spojrzenie na chorego przekonało lekarza o niebezpiecznym jego stanie; gorączka tyfoidalna z zapaleniem mózgu szaloném rozwinęła się w sposób najgwałtowniejszy; niewiele zrobić było można, wszystkiego wyglądać od sił natury, mających kwestyę życia lub śmierci rozstrzygnąć. Dla Grebera biedny ten człowiek opuszczony przez przyjaciół, leżący sam jeden pod opieką napiłego oficyalisty, nie bardzo téż był zajmującym pacyentem: podyktował chłodno, co robić należało, ziewnął, kazał sobie przygotować pokój i posłanie i poszedł spać z tą zimną krwią, jaką daje oswojenie się z chorobami i groźbą śmierci...
Bornowski pozostał wykonawcą rozkazów, a po wyjściu Grebera, naprzód dla nabrania siły zajrzał do butelki, a dopiéro potém do chorego; nie zdało mu się, żeby go warto męczyć przededniem i złożywszy na naturę i młodość staranie o Aleksego, sam tylko westchnął nad ciężkim obowiązkiem swoim, zapalił fajeczkę i zdrzemnął się w najlepsze.
Aleksy leżał bezprzytomny...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.