Dusze w odlocie/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Marian Gawalewicz
Tytuł Dusze w odlocie
Podtytuł Z pamiętników młodego lekarza
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1897
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Emil Lindeman
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Dusze w odlocie p.316.jpg


. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Co tu gadać, że ciało jest wytrzymałe, że materya jest niespożyta, niezniszczalna, wieczna, bo się tylko zmienia i przeistacza, i odradza ciągle w tych przemianach!... Prawda, ja to wiem przecie z chemii i z fizyki, i z doświadczeń w laboratoryach, i byłbym strasznym obskurantem, gdybym temu przeczył, a jednak nigdy mi ciało, materya, tak nie zaimponowały sobą, jak duch.
Ona ma siłę, on ma moc; ona jest niewolnicą własnych sił, posłuszną despotycznym ich prawom, on jest panem, bo ma własną wolę i swoje własne widzimisię.
Chce, to robi cuda z materyą, wsiada jej na kark i zmusza, aby mu była posłuszną; ona go pęta, ujarzmia, mocuje się z nim, aby go wziąć koniecznie pod siebie i rządzić nim, a on w jej jarzmie jeszcze umie zapanować nad sobą i tryumfuje.
Duch, duch, to mistrz, to mocarz, to cudotwórca!...
Jestem pod takiem wrażeniem tej siły duchowej w człowieku, którego moja nauka, mój kodeks materyalny i fizyczny, i medyczny, i doświadczalny skazały na śmierć, na bezwładność, na zniedołężnienie zupełne, na los zwietrzałej bryły, rozsypującej się z każdą chwilą, a który mnie w podziw i w zdumienie wprowadził.
Gdyby mi kto opowiadał, że widział człowieka umierającego, który się wybierał na bal, wdział frak na siebie, biały krawat, lakierki i rękawiczki, tobym mu w oczy śmiechem parsknął, albo pomyślał, że blaguje i chce sobie zadrwić ze mnie.
A jednak ja widziałem dziś Gierdę we fraku.
On, biedaczysko, któremu trudno było samemu sięgać po szklankę z mlekiem, wyfraczył się i rzucił w taką galę, jakby szedł na audyencyę do jakiego monarchy, przedstawić się u dworu.
Trzeba sobie to wszystko po kolei zanotować dla pamięci, szczegół po szczególe.
Wczoraj wieczorem byłem u niego na krótko, bo mnie coś tknęło, że z nim gorzej; rano był niespokojny jakiś i markotny.
Zasypiał prawie co kilka minut, a potem nagle rozrywał powieki i spoglądał wokoło, i pytał:
— Która godzina?... która godzina?...
Zupełnie, jakby się spieszył na kolej i obawiał się spóźnić na pociąg.
W południe było mu niby lepiej znowu; rozmawiał ze mną przytomnie i pytał o córkę Lewońskiego.
— To już z niej nic nie będzie stanowczo? — zagadnął mnie — niema dla niej żadnej nadziei?
— Niestety, chyba nie — odpowiedziałem — resztkami płuc tylko oddycha.
— Suchoty... tak, tak, to zmora co dusi... aż zadusi.
Wyjął jej fotografię z pod poduszki i przyłożył sobie prawie do oczu; od dwóch dni ciągle to robił, jak gdyby się tej Mini napatrzeć nie mógł.
— Wiesz pan — powiedział do mnie — to byłaby moja córka, gdyby... Lewońskiego nie woleli...
Westchnął bardzo smutnie i głową skinął z rezygnacyą, jakby mówił:
— Cóż robić!... stało się.
Na stoliku stały jeszcze kwiatki, które mu przysłała; nawet nie bardzo powiędły.
Kazał je sobie bliżej postawić przy łóżku, powąchał i przypatrywał im się czas jakiś z widoczną czułością.
— Dobra dusza, dobra dusza! — szeptał.

Marian Gawalewicz - Dusze w odlocie p136.jpg

Powiedziałem mu, że się o niego dopytywała bardzo troskliwie.
— Cóż mówiła?
— Dowiadywała się, czy pan dobrodziej czuje jakie polepszenie.
— Obchodzi ją to?
— I bardzo; żałowała, że nie wolno jej się z pokoju ruszać, bo byłaby przyszła odwiedzić pana dobrodzieja z ojcem.
— Poczciwa!...
— Ubolewała nad tem szczególniej, że pan tak sam musi po całych dniach i nocach zostawać i nie ma nikogo przy sobie.
Zwiesił głowę i powtarzał, jakby do siebie:
— Oj sam... sam... sam... Całe życie sam!...
Potem zdawało mi się, że łzę połknął, powieki mocniej zacisnął i po chwili zwrócił się do mnie:
— Będziesz tam dzisiaj?
— Będę zapewne.
— To ją pozdrów ode mnie i powiedz, żem nie taki całkiem samotny, bo... mam... myśli dobrych ludzi przy sobie... i wspomnienia dawne, dawne... z dalekich lat... pozdrów ją!... pamiętaj.
Przyrzekłem, że to uczynię i oświadczyłem mu, iż i ona prosiła, aby go pozdrowić.
Tych dwoje skazańców z nad krawędzi grobów swoich zwracało się ku sobie z uśmiechem i posyłało wzajem pozdrowienia, choć się nigdy w życiu na oczy nie widziało...
— A cóż tam z twoim skrzypkiem? — odezwał się, gdym go badał i serce osłuchiwał.
Przypomniał sobie małego Szlarkiewicza w takiej chwili i więcej go może to zajmowało, niż stan jego własnego serca.
Musiałem mu wszystko opowiedzieć o Józiku i jego biednej matce; słuchał z uwagą i poczciwym, miękkim głosem, jakiego w nim nie przypuszczałem przy tej fizyognomii ponurej i zdziczałej, wtrącał od czasu do czasu:
— Biedacy!... biedacy!...
Czkawka go zaczęła męczyć.
Znam tę czkawkę u ciężko chorych i wiem, co z niej wnioskować. To tak, jakby śmierć pukała z ostrzeżeniem, że już »czas się pakować«, jak mówi Gierda.
On to musiał sam zmiarkować po mojej minie, bo kiedy odchodziłem, wziął mnie za rękę i patrząc mi w oczy, bardzo poważnie, lecz spokojnie zapytał:
— Finis, co?... finis?... powiedz prawdę.
Ani rusz nie mogłem słowa wydobyć z siebie: tak mi coś gardło zakneblowało i usta zamknęło, jakbym czuł czyjąś dłoń na nich.
To milczenie moje było dla niego najwymowniejszą chyba odpowiedzią; zrozumiał. Zlekka mi rękę uścisnął, zupełnie, jakby mnie chciał z kłopotu wyprowadzić i szepnął:
— To nic... to dobrze.
Twarz mu się nawet ożywiła i rozjaśniła prawie.
Odzyskałem równowagę i rezon wtedy, kiedy go już nie było potrzeba; ja zawsze tak z tą moją głupią naturą. Doktor powinien zachowywać zimną krew i przytomność umysłu w najcięższych chwilach, ale nie, jak baba, tracić głowę, kiedy stoi przy chorym, choćby umierającym.

Trzeba się trzymać i odzwyczaić od tej babskiej wrażliwości.
Marian Gawalewicz - Dusze w odlocie p141.jpg

Wieczorem zastałem go modlącym się; trzymał na kolanach książkę okropnie starą i wytłuszczoną.
Banasiowa mi potem opowiedziała, że zażądał od niej, aby mu się koniecznie postarała o jaką książkę do modlenia, więc ją pożyczyła od szewca, który obok mieszkał.
Z tej pożyczonej książki czytał przygotowanie do spowiedzi.
Okulary miał na nosie, a lichtarz sam sobie przytrzymywał. Banasiowa drzemała w alkierzyku, z różańcem w ręku.
— Nie przeszkadzaj mi — mruknął i dał do zrozumienia, abym go pozostawił dziś w spokoju.
Zbudziłem babę i dawszy kilka poleceń, wyszedłem, nie rozmawiając z chorym, który »wybierał się w drogę« już na seryo i ostatecznie.
Robił rachunki z własnem sumieniem.
Rano wszelako jak najwcześniej pobiegłem najpierw do Gierdy.
Wchodzę, a on siedzi bez swojego szlafroka, w czystej bieliźnie, umyty, uczesany, bez czapeczki na głowie, i wdziewa na siebie czarne spodnie od frakowego garnituru.
— A pan dobrodziej co robi?! — zawołałem we drzwiach.
— Ubieram się, jak widzisz — powiada do mnie i z wielkim wysiłkiem stara się wcisnąć swoje grube, jak kłody opuchnięte nogi w zaciasne ubranie.
Pot mu kroplisty pokrywał całe czoło.
Stękał zadyszany, jakby najcięższą jaką pracę wykonywał, a mozolił się jednak, aby na swojem postawić. Odpoczywać musiał co kilka chwil, jęcząc tylko:
— Ach Boże, Boże!... nie dam rady... nie dam rady...
— Gdzie Banasiowa? — spytałem.
— Wróci... zaraz wróci.. poszła po księdza.
Zrozumiałem teraz, co ta toaleta znaczyć miała. Gierda stroił się tak na przyjęcie u siebie Pana Boga; chciał uczcić tak wielkiego gościa i do stołu Jego przystąpić przygotowany nietylko duchowo, lecz i z zachowaniem tych światowych form, które jako człowiek starej daty szanował...
— Mój drogi — mówił urywanym, nierównym głosem — pomóż... pomóż... Muszę się śpieszyć... już czas!...
Każde poruszenie fizyczny ból mu sprawiało; zaciskał zęby, ale się nie poskarżył.
Twarz tylko zmieniała barwę i kurczowe drgania po niej przechodziły. Ręce mu drżały, głowa się trzęsła, w piersi grało, jak w zepsutej harmonijce.
Nie pozwoliłem mu się męczyć dłużej samemu: ubierałem go dalej, jak kamerdyner, w tę kamizelkę starego kroju, której żadną miarą zapiąć się nie dało.
— Rozetnij z tyłu... rozetnij... będzie luźniej — doradzał tak przytomnie i tak obojętnie, jakby to była rzecz najnaturalniejsza w świecie — niema... czego... szanować do... trumny.
Zleżały, pomięty, stęchlizną trącący frak, którego Bóg wie ile lat nie miał na sobie, za ciasny w ramionach i pod pachami, z wielką biedą wciągnąłem jakoś, ostrożnie i delikatnie, aby biedaka nie urazić.
Biały krawat, właściwie pożółkły i pomięty, zawiązałem mu pod szyję.
Pokój był zamieciony, łóżko posłane, w powietrzu czuć było kadzidło; na stoliku, nakrytym białą serwetą, stał krucyfiks między dwiema świecami i kwiatki Mini Lewońskiej, niby na zaimprowizowanym ołtarzyku domowym.
Chory poruszał ustami i siedział w fotelu wyczerpany, nogi miał sztywnie wyciągnięte, ręce bezwładnie zwieszone, oczy wyczekująco wpatrzone w drzwi, przez które miał wejść ksiądz z Panem Bogiem.
Wyglądał, jak potworny manekin w tym starym fraku; lalka nie człowiek, niekształtny, nieruchomy, opuchły i chorobą zmieniony, ale była w nim jakaś groza śmierci powstrzymywanej gwałtem siłą woli, mocą ducha i wiary, oraz wzniosła powaga bohaterskich zapasów z ciałem, w którem dusza trzymała się, jak w zburzonej fortecy, i nie chciała ustąpić wpierw, dopóki nie spełni ostatnich swych obowiązków na ziemi.
— Nie odejdziesz... zaczekasz?... — szeptał do mnie, gdym mu poprawiał poduszkę pod plecami i obwisłe ręce układał na kolanach, aby mu nie ciążyły i nie cierpły w takiej niewygodnej pozycyi. — Zostań... jeszcze... mam ci coś powiedzieć...
Przyrzekłem mu, że się zatrzymam, jak długo zechce.
Zrobił znak, abym przysunął stolik i świece zapalił. Spełniłem, czego żądał.
Minuty upływały, Banasiowa nie wracała.
— Gdzież ten ksiądz?...
Niecierpliwił się, bo mu pilno było pojednać się z Panem Bogiem.
— Przyjdzie, przyjdzie — uspakajałem go, prosząc, aby się zbytnio nie poddawał i nie przejmował, bo potrzebować będzie jeszcze dużo sił do tego aktu, który go czeka.
— Mam, mam — mówił — nie omdleję... nie bój się.
Złożył ręce na piersiach i widziałem, że się skupia w sobie i modlić zaczyna.
Nagle w podwórzu dał się słyszeć dźwięk dzwonka... drgnęliśmy obaj.
Ksiądz nadchodził.
Gierda ocknął się, odetchnął ciężko, ale szybko i głęboko, i z wyrazem twarzy, którego do końca życia nie zapomnę, zrobił taki ruch, jak gdyby całym wysiłkiem chciał powstać na nogi... podbiegłem do niego, aby go podtrzymać... Oparł się na mojem ramieniu i te biedne jego zgrubiałe, jak wałki, nieforemne kolana drżeć zaczęły, zginać się przemocą i próbowały koniecznie uklęknąć na ziemi.
Chciał w pokutniczej postawie grzesznika przyjąć odwiedziny Wybawiciela swego, ale ból straszny musiał go od tego powstrzymać, bo zwrócił na mnie wzrok cierpiący i beznadziejny, jęknął rozpaczliwie, a jakby się skarżył i usprawiedliwiał zarazem, głosem łzawym, biednym, żałosnym i skruszonym powiedział do mnie:
— Nie mogę!...
Podsunąłem mu podnóżek pod kolana i podtrzymywałem w tej pozycyi na poły klęczącej.
Zniżył głowę aż na piersi i ukorzony przed Majestatem, który się zbliżał ku niemu, powtarzał:
— Panie, bądź miłościw duszy mojej!...

Dzwonek już dźwięczał w przedpokoju, za chwilę wszedł spowiednik z wiatykiem.
Marian Gawalewicz - Dusze w odlocie p151.jpg
Chory spoważniał dziwnie i uspokoił się nagle.

Posadziliśmy go z Banasiową na fotelu, bo sam ksiądz zażądał tego, pomimo opozycyi Gierdy, i wyszliśmy, zamykając drzwi za sobą.
Został sam na sam z księdzem i spowiadał się.
Około pół godziny trwała ta spowiedź ostatnia i modlitwy skruszonego grzesznika.
Przez ten czas chodziłem po ulicy i czekałem.
Nareszcie ksiądz wyszedł, Banasiowa przybiegła do mnie z wiadomością, że pan prosi.
Zastałem go bladego z oczyma wilgotnemi, ale z twarzą wypogodzoną, spokojną, jakby mu ostatni ciężar spadł z serca.
— Jakże się pan dobrodziej czuje? — spytałem.
— Jak po rozmowie z Bogiem — odrzekł.
— Możeby teraz rozebrać się?... Te suknie pana uciskają; niewygodnie tak.
Zrobił ruch głową.
— Nie trzeba... już nie długo — odpowiedział wyraźnie, z rezygnacyą — skończy się wkrótce.
Zbadałem puls; słaby był, ale spodziewałem się większego wyczerpania.
Dzisiaj chyba śmierć go jeszcze zostawi; noc przeżyje. Dałem mu krople na wzmocnienie; czkawka go znowu męczyć zaczęła. Nie chciał w żaden sposób rozebrać się i przenieść na łóżko.
— Nie męczcie mnie — odpowiadał na wszystkie perswazye — tak mi dobrze.
Został tedy tak w tym fraku i białym krawacie na swoim fotelu, drzemiąc i wypoczywając, jak gdyby czekał tylko na trumnę, w którąby się mógł sam ułożyć.
Tegoby jeszcze brakowało!... chociaż zdaje mi się, że ta jego rezygnacya i oswojenie się ze śmiercią zdobyłyby się i na taki oryginalny koniec.
Nie wyobrażałem sobie, aby człowiek w podobnym stanie mógł tyle równowagi duchowej zachować i tak sobie nic nie robić ze śmierci, będąc o niej uprzedzony.
Banasiowę zostawiłem przy nim, aby czuwała; noc będzie zapewne ciężka, bo chyba konanie się rozpocznie wkrótce.
Tak mi żal starego!... przyzwyczaiłem się prawie do niego przez tych parę tygodni i będzie mi smutno, jak po dobrym znajomym.
Może dlatego, że to mój pierwszy pacyent i do tego osobliwy człowiek.
Muszę prze...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Marian Gawalewicz.