Dusze w niewoli/XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Dusze w niewoli
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa
tom VIII
Szkice i obrazki
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XIV. PRZESILENIE.

Następny ranek przyniósł zdrowsze nieco myśli Jerzemu. Zemsta nad Lachowiczem, którą wczoraj widział wśród potoków krwi i ognia, przybrała teraz spokojniejsze i bardziej określone formy. I dziś pragnął zabić przeciwnika, lecz tylko moralnie; zostawiał mu życie, lecz chciał go pozbawić sławy znakomitego artysty, która według jego opinji, wspierała się na bladze i braku konkurencji.
Ileż to razy mówili przyjaciele Jerzego, że jedynym niebezpiecznem dla Lachowicza współzawodnikiem mógł być tylko Sielski. Na nieszczęście, Sielski przestał malować, cofnął się z placu, na którym obecnie wróg jego laury zbiera. Ale dziś skończyły się już triumfy, współzawodnik wystąpi, a rzekoma sława Lachowicza rozproszy się jak mgła!
Ułożywszy taki plan zemsty, Jerzy zgóry już cieszył się powodzeniem. Już widział tłumy podziwiające jego obrazy i czytał recenzje, potępiające Lachowicza, któremu gotów był nawet wspaniałomyślnie przebaczyć wszystko, upokorzywszy go pierwej.
W ciągu paru dni, wydobył z paki swój „Ostatni dzień skazanego,“ dał mu świetne ramy złocone i odwiózł na wystawę, z gorączkowym niepokojem oczekując skutków. Na tem polu jednak spotkał go straszny zawód. Przed obrazem jego nie zatrzymywały się tłumy, a krytyka przyjęła go bardzo chłodno. Mówiono, że pan Sielski ma wprawę, lecz że nie odznacza się pomysłowością. Ktoś przypomniał sobie, że jeszcze przed kilkoma laty radził panu S., ażeby porzucił pendzel i wziął się do innego fachu. Na dobitek któryś z krytyków porównał pracę Sielskiego z odpowiednim obrazem Lachowicza i przepowiedział, że pan S. może zrobić zczasem wielkie postępy.
Znajomi wreszcie, którzy niedawno tak natarczywie zapytywali Jerzego: dlaczego zarzucił malarstwo — dziś milczeli, albo prawili mu strasznie wypłowiałe komplimenty.
Słowem, rozczarowanie było zupełne, i Sielski zrozumiał, że gust publiczności w ciągu kilkunastu miesięcy uległ ogromnej zmianie. Lecz kto temu winien?
— Naturalnie, że Lachowicz! — odpowiadał z nienawiścią Jerzy. — On zmusił mnie do bezczynności, on spaczył mój talent...
W rzeczywistości jednak przyczyna zawodu Jerzego była inna, ta mianowicie, że obraz jego malał wobec dzieł Lachowicza, którego drzemiący dotąd genjusz, pod wpływem powodzenia i rozgłosu, zbudził się i wzbił ponad współczesnych.
Uznanie własnej bezsilności w tej walce jeszcze bardziej rozjątrzyło Jerzego. Słuchając wyłącznie podszeptów nienawiści, w przeciwniku swoim widział samo złe, w sobie tylko dobre. On był szlachetny, on był skrzywdzony, Lachowicz zaś podły i krzywdziciel.
Nie mogąc ani na chwilę przypuścić, że przeciwnik mógł być człowiekiem genjalnym, wierzył raczej w to, że sam cofnął się w sztuce. Ta nieszczęsna umowa złamała mu skrzydła, zabiła w nim ducha!...
Niekiedy sumienie przypominało mu, że sam przecie narzucił Lachowiczowi cyrograf, że się sam związał. Ale on odpychał te myśli. Natomiast bardzo chętnie zastanawiał się: jakiemi też, naturalnie niegodziwemi, środkami, potrafił Lachowicz otumanić krytykę i publiczność?
Jerzy szybko zapadał w chorobę moralną. Gdyby mu wówczas podsunięto dwa przypuszczenia: jedno, że Lachowicz jest człowiekiem ogromnego talentu, drugie — że za sprawą dyabła dorobił się rozgłosu, Sielski przychyliłby się do drugiego. Całe dnie przepędzał na marzeniach o zemście, i pewnem jest, że gotów był nie cofnąć się przed żadnym środkiem, któryby mu posłużył do znękania przeciwnika.
W czasie tej strasznej walki podrażnionej miłości własnej z urojeniami, Sielski postarzał się i wynędzniał. Ukazywał się między ludźmi rzadko, niemniej jednak dostrzeżono w nim zmiany fizyczne i moralne i poczęto szeptać. Jedni twierdzili, że Jerzy chory jest na suchoty, drudzy — że się martwi ucieczką Leontyny, inni wreszcie (a ci najbliżsi byli prawdy) — posądzali go wprost o zazdrość.
Lachowicz potrochu wiedział o wszystkiem, lecz nie zwracał na to uwagi. Ucieczka Leontyny nie dziwiła go, pojawienie się obrazu Sielskiego nie rozgniewało. Zbyt wiele miał własnych kłopotów. Trapiła go naprzód miłość dla kobiety, która była w tak bliskich stosunkach z jego wrogiem; trapił go wreszcie, w sposób nierównie dokuczliwszy, chory starzec, który coraz więcej pił, coraz szybciej zbliżał się do zupełnego obłąkania i coraz więcej, mimo najtroskliwszej opieki, wymykał się do miasta, skąd niekiedy policja go sprowadzała.
Zdesperowany Ludwik począł na serjo rozmyślać o wysłaniu starca zagranicę do zakładu dla obłąkanych. Gdyby był sam, skandale chorego, a nawet nieporozumienia z sądem mniejby go obchodziły; ale miał dorastającą siostrę, na której niewinną głowę świadome czy bezświadome wybryki starca spadłyby całym ciężarem!
Z drugiej jednak strony, czy godziło się oddawać do szpitala warjatów człowieka, który jeszcze warjatem nie był? Sprawa podobna łatwo mogła się rozgłosić, a wówczas powiedzianoby, że wstydząc się ubogiego ojca, który niegdyś siedział w więzieniu, wyrodny syn chce go żywcem zagrzebać w szpitalnej celi.
Lachowicz wahał się, drżał na myśl o katastrofie, lecz zapobiec jej nie mógł. Niekiedy pragnął, aby to, co się ma stać, stało się prędzej, trudno było jednak przyspieszyć naturalny bieg wypadków.
Nareszcie katastrofa, którą niejasno przeczuwał i której się obawiał — nadeszła. Piorun padł z tej strony, która była najmniej prawdopodobną lecz i najniebezpieczniejszą zarazem.
Jakoś w kilka tygodni po loterji fantowej, pewnego dnia nad wieczorem, odebrał Lachowicz przez posłańca następującą kartkę:

Pilno!

P. Ludwik Lachowicz raczy przyjść do mieszkania niżej podpisanego w interesie własnym, niecierpiącym zwłoki.
J. Sielski.

Adres mieszkania znajdował się u dołu kartki; cały list pisany był ręką drżącą — widocznie pod wpływem silnego wzruszenia.
Lachowicz zmieszał się. Nie obchodził go brutalny ton pisma, lecz sam fakt jego istnienia. Co znaczy ten interes własny, niecierpiący zwłoki, który zmusił Jerzego do odnowienia z nim stosunków?...
W tej chwili przyszła Lachowiczowi na myśl Jadwiga. Może ona pragnie go zobaczyć?... Ale w jakim celu?... Naturalnie w tym, aby mu rzucić w oczy list, który jej podłożył.
W następnej chwili miejsce Jadwigi zajęło wspomnienie obrazu, na którym ośmielił się zrobić jej portret, a który teraz znajdował się w rękach Sielskiego...
Zkolei coraz to dziwniejsze przypuszczenia snuły mu się po głowie; żadne wprawdzie nie utrzymało się, lecz wszystkie dręczyły go i napełniały obawą. Wkońcu pomyślał, że najlepiej zrobi, gdy nie pójdzie do Jerzego, lecz wyszle mu kartkę w podobny sposób zredagowaną; lecz znowu po chwili projekt ten oburzył go:
— Alboż jestem zbrodniarzem, a Sielski moim sędzią, żebym się bał stanąć przed nim? — pomyślał.
Ostatnia ta uwaga obudziła w nim energją. Czuł, że w stosunkach ze swym przeciwnikiem, prócz listu napisanego do Jadwigi, nie ma sobie nic więcej do wyrzucenia. Sielski mógł się obrazić, któż mu jednak broni wyzwać go na pojedynek?...
Prawie w tym samym czasie literat Roman odebrał bardzo grzeczny list, w którym Sielski obiecywał mu dać świetny materjał do powieści, jeżeli natychmiast do jego domu przyjść zechce. Powieściopisarz bez namysłu schwycił kapelusz i laskę i pocwałował do mieszkania Jerzego.
Mieszkanie to znajdowało się na parterze, przy jednej z mniej uczęszczanych ulic, i składało się z saloniku, paru pokoi, tudzież przedpokoju i ciemnej komórki.
— Witam pana! — wykrzyknął zadyszany literat, wpadając do Sielskiego. — Biegłem jak chart, ażeby się ani o chwilę nie spóźnić.
Jerzy przywitał go, poczęstował papierosem i posadziwszy w dużym fotelu, rzekł:
— Czy będziesz pan mógł poświęcić mi godzinkę czasu?
— Trzy godziny!... całą dobę! — upewnił go Roman.
Sielski przeszedł się po pokoju, a znakomity literat zauważył, że gospodarz jego jest ogromnie wzburzony. Okoliczność ta źle oddziałała na humor powieściopisarza.
— Przypominasz pan sobie — mówił Sielski — naszą rozmowę o powodach mojej bezczynności?
— O, pamiętam! pamiętam!...
— Obiecałem panu wówczas, że może będę mógł kiedyś dać objaśnienia...
— To bardzo ciekawe!... — wtrącił Roman, kręcąc się w fotelu.
— Przedewszystkiem tedy, przyznaję panu, że jego domysły co do przyczyn mojej bezczynności były poniekąd słuszne...
— A co! czy nie mówiłem?... — wykrzyknął ucieszony literat.
— Przyznaję, że do intrygi, której padłem ofiarą, należała dama w błękitnej masce, Lachowicz i... pewien starzec, jak obecnie.
— Dramat! — szepnął pan Roman, poprawiając się na fotelu, który w tej chwili był dziwnie twardy i niewygodny.
— Przyznaję wreszcie, że w dniu ostatniej maskarady zeszłego roku, dama w błękitnej masce była u mnie, o czem zresztą dziś już wie całe miasto.
— Panie! — krzyknął literat — przysięgam na honor, że ja o pani Leontynie nikomu nie powiedziałem... Co więcej, dopiero od paru tygodni wiem od jej męża, że ona i błękitna maska były jedną osobą!... Ja jestem bardzo dyskretny, panie Jerzy!
— Wierzę panu, wierzę! — odparł Sielski z uśmiechem. — Dodam jednak, że to, co pan dziś usłyszysz i zobaczysz, możesz całemu światu ogłosić... Będę panu nawet wdzięczny...
— I zobaczę? — spytał przerażony literat. — Panie Sielski! uwolnij mnie pan od tej nieprzyjemności... Nie lubię dramatów!
— No, nie obawiaj się pan, niema czego! — uspakajał go Sielski.
Ton ten ubódł literata.
— Ja się nie obawiam, panie Sielski — rzekł z powagą — tylko... nie lubię awantur!
— Dla takiego materjału — przerwał Jerzy — warto być świadkiem awantury. To, co pan zobaczysz, możesz opisać w powieści, w komedji, a nawet w wiadomościach bieżących... Wyświadczysz mi pan nawet przysługę, zrobiwszy z tego dziennikarski użytek.
Roman pierwszy raz w życiu zakipiał.
— Zostaję, panie! — wykrzyknął — ażeby pana przekonać, że się awantur nie lękam. Ale, panie... jeżeli panu o rozgłos chodzi, to racz się udać do kogo innego, bo ja, panie, daję słowo honoru, panie, nic nikomu o tym co zobaczę, nie wspomnę!... Ja, panie, nie jestem plotkarzem, tylko... literatem, i umiem, panie, cenić swoje stanowisko!
I powiedziawszy to, Roman z wielkim impetem rzucił się na fotel. Potem podniósł oczy na sufit i począł gwizdać przez zęby.
W tej chwili wszedł Lachowicz.
Obaj przeciwnicy, stanąwszy na środku pokoju, zmierzyli się wzrokiem — bladzi, milczący... Wreszcie Sielski zmienionym głosem rzekł:
— Proszę siąść!
Po takiem przywitaniu na twarz Lachowicza wystąpiły czerwone plamy. Nie rzekł jednak ani słówka i usiadł.
Jerzy tymczasem wyszedł do drugiego pokoju, zabawił tam parę minut, wypił szklankę wody i wrócił z jakimś papierem w ręku, który podał literatowi, mówiąc:
— Racz pan odczytać.
Pan Roman był zielonawy; ponieważ jednak należał do ludzi, którzy wlazłszy w awanturę, umieją utrzymać się na wysokości stanowiska, rzekł zatem:
— Domyślam się, że papier ten obchodzić musi pana Lachowicza, i uważam za właściwe spytać: czy pan Lachowicz zgadza się na to, ażebym ja przeczytał?
— Bardzo proszę! — odparł zagadnięty.
Roman czytał:
„Ażeby nie robić niebezpiecznej konkurencji malarzowi Ludwikowi Lachowiczowi, obowiązuję się nikomu nie okazywać znakomitego obrazu p. t. „Ostatni dzień skazanego.“ W zamian za to tenże Lachowicz obowiązuje się nie zdradzić przed nikim wiadomej mu tajemnicy, dotyczącej honoru kobiety.“
Następowały nazwiska i data.
— Czy to jest własnoręczne pismo pańskie? — zapyl.il pan Roman Ludwika.
— Tak! — odparł Lachowicz.
Literat złożył papier, nie wiedząc, co mu w tej chwili robić wypada: śmiać się, czy płakać?
— Teraz rozumiesz pan, panie Romanie, dlaczego przez półtora roku nie malowałem? — spytał Sielski.
— Niebardzo...
— Domyślasz się pan powodów mego chorobliwego usposobienia, moich dziwactw, mego... mego upadku!... — wyjąkał.
— Sądziłbym, że akt podobny należałoby ze stanowiska humorystycznego... — wtrącił nieśmiało Roman.
Wzrok Sielskiego był prawie obłąkany, twarz mu pałała; cały drżał jak w febrze.
— A teraz powiedz pan — ciągnął dalej — czy taki, jak ja niewolnik, ma prawo do zemsty, skoro pękną krępujące go więzy?...
Roman popatrzył na niego zdziwiony, lecz nie odpowiedział nic.
— Ach, milczysz pan!... — wykrzyknął Sielski — chciałbyś mi może prawić o szlachetnem przebaczeniu uraz, o wspaniałomyślności?... Nic z tego!... Przez półtora roku, które dla niego było pasmem triumfów, a dla mnie zgryzot, żyłem tylko nadzieją zemsty! Dziś mam ją w rękach i nie opuszczę sposobności...
O uspokojeniu upojonego nienawiścią szaleńca myśleć nawet nie było można. Roman czuł to.
— A teraz ty mnie posłuchaj, panie Lachowicz! — rzekł znowu Jerzy. — Mieszkam, jak widzisz, na dole... Wychodzę niekiedy na spacer i okna nie zamykam... Zły to zwyczaj, tym razem jednak błogosławię go...
Przerwał zadyszany, kilka razy odetchnął głęboko i mówił dalej:
— Dziś, kiedy powróciłem do domu, zastałem w drugim pokoju jakiegoś poczciwego pijaka, który mi, zapomocą mego własnego noża, biurko wyłamywał...
— Mój ojciec!... — krzyknął Lachowicz, zrywając się na równe nogi.
Roman skamieniał.
— Tak!... twój ojciec!... — ciągnął niemiłosierny triumfator. — Twój ojciec!... sam mi to powiedział...
— Gdzie on jest?...
— Śpi obecnie w komórce, z której niema wyjścia, i czeka na lokal w więzieniu! Najwyżej za pół godziny przyjdzie policja...
Lachowicz padł na krzesło, a Roman szepnął:
— Panie Jerzy!... żart za daleko posunięty... Nie godzi się...
— Nie godzi się aresztować złodzieja? — zawołał Sielski, wybuchając śmiechem. — A godziło się brać w niewolę duszę ludzką?... Godziło się zgangrenować ją tak, żeby jedyną dla niej rozrywką była myśl o zemście?.. Godziło się upodlić człowieka?...
Lachowicz ochłonął i odezwał się już prawie spokojnym głosem:
— Słuchaj, Jerzy!... Zrobisz, jak zechcesz, ale pierwej zastanów się nad tem, co ci powiem. Zgóry ostrzegam, że nie myślę cię prosić o litość; pragnę tylko objaśnić kilka faktów...
— Słucham! słucham!... Mamy czas... — odparł szyderczo Sielski.
— Człowiek ten, mój ojciec — mówił Lachowicz — był raz w więzieniu, potem żebrał, wreszcie rozpił się i dziś jest prawie obłąkany. W życiu mojem odegrał on smutną rolę, ponieważ codzień gotów był zrobić to, co dziś zrobił. Kiedym był ubogi, on pochłaniał cały mój zarobek, on był przyczyną, żem musiał znosić od ludzi tysiące upokorzeń, między któremi do najmniejszych należały długi, zaciągane u ciebie...
Robiłem, co mogłem, aby jego od więzienia, a nazwisko od powtórnej hańby uwolnić. Czy jednak myślisz, że dbałem tylko o siebie?.. Nie! Mam młodą siostrę, którą sam prawie wychowałem, a która nie winna temu, że jej ojciec jest szaleńcem!... O nią mi chodziło, dla niej cierpiałem i przez pamięć o jej przyszłości przebaczałem nawet tym, którzy, jak ty... policzkowali mnie moralnie!...
Pokazałeś panu Romanowi tę zabawną umowę, między nami zawartą, którą pisałem własnoręcznie. Ale czyś powiedział mu o tem, żeś mnie zmusił do napisania jej?... Mówisz, żem przez półtora roku trzymał w niewoli duszę twoją, żem w tobie talent zabił? A czy moja dusza nie jest od kilku lat w niewoli i czy ty sam nie jesteś jednem z ogniw tych kajdan, które ją opasały?
Ale mniejsza o to! Mój ojciec okradł cię, oskarż go więc... Ja się z pewnością mścić nie będę, ponieważ muszę siostrę uratować od hańby...
Niezamknięte drzwi przedpokoju otworzyły się. W sieni słychać było stąpania, kilku ludzi i brzęk pałasza; na progu sali ukazał się jakiś mężczyzna w cywilnem ubraniu.
Roman wpił ręce w fotel, a Lachowicz blady, lecz spokojny, wystąpił na środek pokoju i chciał coś powiedzieć. W tej chwili jednak Sielski usunął go nabok i rzekł do przybyłego:
— Przebacz pan, żem go niepotrzebnie fatygował. Przez roztargnienie zostawiłem w kąpieli zegarek i posądziłem mego służącego. Ale zegarek się znalazł...
— A my jesteśmy już niepotrzebni! — dokończył nieznajomy z dwuznacznym uśmiechem. — Na drugi raz jednak polecam się pamięci pańskiej...
Nieznajomy wyszedł. Stąpania i brzęk pałasza rozległy się znowu i stopniowo ucichły na ulicy...
— Panowie! — odezwał się po chwili głęboko wzruszony Roman — myślę, że obaj jesteście uczciwymi ludźmi i że powinniście sobie podać ręce!
Ale przeciwnicy nie odpowiedzieli nic na to wezwanie. Sielski, milcząc, wziął świecę, wyjął z kieszeni klucz, i wszyscy trzej poszli do komórki.
Teraz dopiero w panu Romanie człowiek począł ustępować miejsca literatowi, i znakomity powieściopisarz zadał sobie pytanie w duchu: czy nie nadszedł już czas do wydobycia kataloga i zapisania w nim kilku spostrzeżeń?...
Tymczasem Sielski otworzył drzwi komórki i podniósł świecę dogóry. Blask jej padł na starca, który w najodleglejszym kącie siedział na podłodze skurczony tak, że głową dotykał prawie kolan.
Literackie instynkty Romana znowu pierzchły. Gdy starzec podniósł głowę, Roman poznał w nim owego żebraka, któremu przed półtora rokiem dał na wódkę i którego Lachowicz prawie gwałtem porwał z ulicy. Literat uczuł w sercu wielką litość na widok tej tak nędznej i strasznie zmienionej postaci ludzkiej.
Istotnie, ojciec Lachowicza był tylko cieniem samego siebie. Sina prawie twarz jego zapadła się, włosy przerzedziły się jeszcze bardziej, oczy były jakieś smętne i obłąkane...
Przez kilka chwil w komórce panowało grobowe milczenie. Młody Lachowicz był zgnębiony, a Sielski począł doświadczać wyrzutów sumienia. Zaprawdę! nie godziło się do zemsty używać podobnego narzędzia...
Ochłonąwszy nieco, Ludwik zbliżył się do ojca i rzekł:
— Chodźmy!...
Starzec chciał się podnieść, lecz znowu upadł na ziemię. Gdy syn pomógł mu wstać, przeszedł zwolna komórkę, trzęsąc się i nie patrząc na nikogo. Ludwik podał mu rękę, i tak wyszli obaj na ulicę.
Sielski zamknął komórkę, zgasił świecę i zamyślony przeszedł się parę razy po pokoju. Widocznie toczył ze sobą jakąś walkę...
Po chwili wybiegł z mieszkania bez czapki i dopędziwszy obu Lachowiczów, szepnął do Ludwika:
— Przebaczysz mi kiedy?...
Przeciwnicy uścisnęli się pierwszy raz w życiu serdecznie.
Gdy Sielski wrócił do mieszkania, zastał literata nad katalogiem.
— Panie! — zawołał Roman. — Ależ ten stary jest skończonym warjatem i gotów jutra nie doczekać...
— Tak... on jest bardzo wynędzniały — odparł Sielski.
W kilka tygodni potem ojciec Lachowicza umarł, a w parę dni później Ludwik rzekł do siostry:
— Zosiu! ojciec już nie żyje...
Zosia rozpłakała się i upadła bratu na szyję, mówiąc:
— Tyś moim ojcem i matką!...
Oboje byli na pogrzebie, po którym Ludwik opowiedział siostrze historją ostatnich lat, nie wspominając jednak o stosunkach z Sielskim i katastrofie, która poprzedziła śmierć starca. Nie chciał on kalać opisem występków dziewiczej duszy, ani obciążać hańbą pamięci ojca w oczach córki.
Dla uzupełnienia obrazu, jako ciekawą ilustracją charakteru narwanego, lecz uczciwego literata, przytoczymy list napisany przez niego do Lachowicza:

Szanowny Panie!
Uważam za właściwe donieść Panu, że przy wiadomej Mu rozmowie w mieszkaniu S. nie byłem, nic nie słyszałem i nic nie pamiętam. Sądzę zatem, że zarówno mnie jak i Jerzemu zrobisz pan prawdziwą przysługę, wygładzając (o ile to jest możliwem) z pamięci swej smutne fakta, po których najmniejszy ślad nawet zostaćby nie powinien.
Szczery przyjaciel
Roman.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.