Duma o hetmanie/Epilog

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Żeromski
Tytuł Duma o hetmanie
Rozdział Epilog
Pochodzenie Pisma Stefana Żeromskiego
Wydawca J. Mortkowicz
Data wydania 1938
Druk Drukarnia Naukowa T-wa Wydawniczego
Miejsce wyd. Warszawa; Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
EPILOG


Stał tabor bezsilny w czwartem miejscu wytchnienia.
Nie chciał, gdyż nie mógł iść.
Lecz, mało wiele mieszkając, rzuci się ciżba do niesprawy.
Natychmiast, w temże miejscu, ledwie wytchnąwszy, chcieli panowie odzyskać wszystko dobro, ze skarbników przez ciury skradzione.
Tu na tymże placu chcieli karać drapieżność rabusiów.
Atoli większość rycerzy uszła już była z obozu albo od ciosów nieprzyjaciela poległa.
I stało się, że ciurów więcej już było, aniżeli rycerstwa.
Z głodu, pragnienia i z zemsty oddawna narosłej zaczęli znowu ciurowie żakować, rznąć skóry wozów i wywłóczyć dobytek, pętlą imać na arkan z zasadzki walczących na szańcu rycerzy, konie chwytać, objuczać je mienia ostatkiem i w noc czarną uchodzić.
Czując nad sobą sąd za Dniestrem i śmierć prędką, poczęła tłuszcza wrzeć szaleństwem i bezrozumnie pędzić w rozsypkę.
A skoro hetman polny sprawił tabor i sił ostatek wytężył, żeby dalej uchodzić, swar szalony panów z ciurami nie dał rządu dokonać.
Rycerze w kupę się zbili w przednim kącie taboru, — ciurowie w poślednim.
Uszedł spodkolasia i chyłkiem z obozu zdrajca do wroga i sprzedał za pieniądz wieść o tem, co się dzieje w taborze, Kantymirowi.
Więc, jako skrzydła obłoków gradowych, poczną się rozciągać, rozwłóczyć, wytężać nieprzyjaciela zagony.
Czekał wróg nieomylnie, że ludzie w obozie jedni drugich czekanami wyrąbią, strykami wyduszą, jedni drugich szablami z ramienia rozsieką, jedni drugich porzną znienacka nożami, jedni drugich włócznią przebiją.
Aż o godzinie sobie wiadomej zacznie wróg bić ze strzelby, z janczarek, z samopałów w tył taboru, w spieszony lisowski ostatek i w polnego hetmana wytrwałą ochotnika chorągiew.
Im bardziej się wzmagała natarczywość napaści, tem okrutniej bestwiła się wewnętrzna wrzawa walki w tłuszczy oszalałej.
Ten i ów z rycerzy, spracowany niespaniem, chodem, bitwą i dziełem, ogarnięty paniczną rozpaczą i pozbawiony rozumu, wypadał w noc z rzędu wozów, gnał ku Dniestru, między staborzone, czyhające na zdobycz tłumy wołochów.
Najwyższy wszczął się tumult.
Huk strzelby i samopałów.
Tętent koni, ze stepu na obóz przypadających.
Ocknął się kanclerz ze snu twardego.
Siadł na posłaniu i rozważał — sen-li to jeszcze?
Usłyszał za namiotem krzyk, żeby zmniejszyć tabor wozów i małą kupą uchodzić.
Poznał Marcina Kazanowskiego głos.
Usłyszał inny krzyk, żeby wszystko porzucić i komunikiem, co siły w koniach, gnać do rzeki.
Usłyszał trzeci krzyk, żeby wozy zostawić, zsiąść z koni, konie sprządz, czyli zbatożyć, i poza końmi, jakoby za taborem, ostrzeliwując się iść do kraju na los.
I posłyszał hetman w krzykach tych, zrozumiał trzeźwo, że to już złamane jest wszystko i że nadchodzi śmierć.
Zdrętwiało jego serce, wzniosło się od modlitwy i wzmogło.
Wstał z łoża, — szablę przypasał.
Wdział kołpak.
Wyszedł.
A był już obóz rozerwany.
Tatarzyn łańcuchy wozów tam i sam rozrąbał, w tabor się włamał i w wyrwach siekł się w pałasze z obroną.
Ze wszech stron tworzyły się dziury w zaszczycie.
Ci, co jeszcze kolas bronili, padali od miecza, inni w stryki wołochów.
Najśmielszych rąbało ostrze na śmierć, upadłych tratowały kopyta pędzących bachmatów.
Kantymir uderzył teraz tysiącami i zbierał rozbitych wojskiem, jak ptaki siecią.
Znalazł się kanclerz z hetmanem polnym w przedzie taboru.
A koni przy nich jeszcze trzysta.
Bokami końskiemi się zwarli i tamę postawili nawale tatarskiej.
Przeciw nim wszystka siła Kantymira.
Powtórnie ozwie się rada: — wszyscy z koni!
Konie batować!
I posłuchali wszyscy, jako rozkazu.
Kanclerz, zsiadłszy ze swego, ręką mu kark przez chwilę gładził...
A wraz rozparł się w nogach starych, szabli dobył, przebił nią bok i serce konia drogiego z mocą dawną, — na znak, że nie będzie uchodził.
Padł wierny koń.
Na przednich wsparł się nogach i zarżał ostatni raz waletę panu.
Lecz już nie spojrzał pan.
Już go nie słyszał.
Szedł w swoją daleką drogę.
A szedł w gronie coraz mniej licznem na kilkoro strzelenia z łuku.
Syn przy nim i towarzysze wybrani, — dusze polskie.
Kto jeszcze konia mógł dopaść, w noc uchodził.
Aż zostało towarzystwa dziesięciu mężów: Kazanowski Marcin, Bałłaban, Żółkiewski Łukasz, Potocki wojewodzic, Ferensbach, Silnicki i Strzyżowski rotmistrze, Maliński, Kurzawski i Złotopolski Abraham.
Syn hetmański jedenasty, hetman polny dwunasty, kanclerz trzynasty.
Tak we trzynastu, niedobrej liczbie, w odważną puszczą się drogę.
Prosili go towarzysze, żeby na koń siadł i uchodził.
Konia pojmanego z taboru syn mu przywiódł.
W milczeniu odtrącił strzemię, — przydając, — że miło mu będzie razem z takimi umierać.
Spojrzał po hufcu i nie dostrzegł nikogo z tych, co odeń odebrali przysięgę, że z obozu nie ujdzie.
Gorzkim się śmiechem zachłysnął.
Z nocy na idących runęła wielka wojsk fala.
Zawyją w szaleństwie radości tatarzy.
Ujrzy hetman przed sobą, daleko, w blasku kagańców, — w łykach syna jedynego, jak go na uździenicy konie wleką po ziemi.
Więc pocznie się z zastępy wrogów siec sam, — na śmierć, — za imię polskie.
Ciosy w boju padają na głowę, na piersi i na ręce.
Jeden i drugi napastnik od jego szabli na placu pozostał.
Odrąbał dziki z Azjej barbarzyńca w ramieniu rękę z szablą wrośniętą w dłoń.
Odsiekł ją, jakoby gałęź od pnia.
Padło walczące ramię, co sławy polskiej nie puściło z dłoni.
A ściął inny wysoką głowę.
Zleciała, jako dla wilków przynęta, żeby się nad nią zabawili, załoga bezpieczeństwa Rzeczypospolitej z granic jej wyniesiona, — iżby dalej spać mógł naród, — ostatni dar dla ojczyzny, i harde skwitowanie panom Potockim ze zniewag odbioru.
Porwał ją trzeci żołdak, wbił na spisę ku wiecznemu postrachu i czci polskich pokoleń.
Krew poplątanemi strugami drzewce wysokie oplotła.
Zasnęły oczy zniechęcone.
Przed namiotem głowę wroga Iskiender basza wystawi.
Padyszachowi w darze ją pośle.
U bramy drewnianej seraju, którą sułtan do meczetu chadza, na włóczni zawiśnie przez lata.
Aż jej ptacy, gnieżdżący się w wieżach Aji Sofii, o której marzył wydarciu, źrenice wydziobią.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Żeromski.