Dukat (Irzykowski, 1922)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Irzykowski
Tytuł Dukat
Podtytuł Studjum wyssane z palca
Pochodzenie Z pod ciemnej gwiazdy
Data wydania 1922
Wydawnictwo Księgarnia Polska
Druk Drukarnia Państwowa
Miejsce wyd. Łódź
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


Dukat
Studjum wyssane z palca

— Sąsiadka pewnie wychodzi, żeby na mnie nakrzyczeć przez to, że drzwi u mnie otwarte i para bucha? Czy ja się będę w tej parze dusiła, pani myśli? Smród, niech cholera porwie. Co pani tak zamyka od siebie? Ta to pani nie zaszkodzi, pani nie taka wielka pani, żeby same perfumy wąchać. Ja tu od dwóch dni się sprowadziłam, a drzwi u pani wciąż zamknięte. Myślę sobie: chorują czy co? Korona by mi z głowy nie spadła, gdybym wyszła.
— To klucz się, proszę pani sąsiadki, zgubił i wychodziliśmy tamtędy.
— U mnie to się nigdy nic nie zgubi. Ja tędy będę mydliny wylewała, proszę pani, niech no pani nie sypie tu tyle odpadków z kartofli. Kartofle to tego roku takie świństwo, że aż strach.
— To pani ciągle pierze?
— No, a jakże, przecie ja nie żadna hrabina, ani prezydentowa, ja praczka prewatna, piorę dla moich gości, niech ich choroba weźmie z temi brudami. Chwała Panu Bogu, że są brudy, to piorę.
— Ale tu podłoga w sionce zaciekła i szyba wybita.
— Pani pewnie powie, że ja szybę wybiłam.
— A kto wybił? Samo się wybiło? Ja tego płacić nie będę.
— To było wybite, a może wybił jaki dziad, a może mój Staszek. Andrus, cały dzień go w domu niema. Hej, Staszek! Widzi pani, takie zmartwienie, ja go dziś nawalę.
— Helenko! Wynieś tam co dziadkowi! Masz tutaj centa — to nasz dziadek.
— Pani będzie tu dziadów ściągała. A moje dziecko, przypatrz się no dokumentnie, czy to cent, nie dukat. Powycieraj go! A najlepiej nie dawaj. Bo ja, proszę pani, raz się pomyliła i dała dziadowi dukat zamiast centa. Naumyślnie takie nowe centy robią, żeby ludzi tumanić, żeby były podobne do dukatów. Ile dni ja prała, żeby na tego dukata zarobić. Chciałam go dać Matce Boskiej Częstochowskiej za moje grzechy, mojego męża łajdaka i Staszka nicponia; hej Staszek! Czekaj, czekaj, ja ci skórę — czego ty psa ciągniesz za ogon — puszczaj go. Weź kota od psa — weź hyclu, bo rzucę garnkiem!
— Ale jakże to było, pani kochana, z tym dukatem — bo ja także miałam wypadek...
— Pewnie, jak pani wciąż ściąga dziadów. O, idzie taki przez podwórze, niby żebrze, modli się, ale patrzy na prawo i lewo, coby porwać. Ja pani powiadam, od tego czasu nie mam serca dla dziadów. Pierwej, to ta dałam mu nawet co wychlać, co się zostało, albo i stare papucie, ale teraz — won!
— To oni pani ukradli dukata?
— Niech pani się nie śpieszy, ja to wszystko pani detalicznie opowiem, niech się pani nie przesłyszy. Ja miałam dukata. Chowałam go na spodzie kufra, ale raz było na stole. I tak jak pani, raz: Staszek, zanieś centa dziadowi! To mi się zawsze przypomina, gdy takiego dziada widzę. Trzeba każdemu na palce patrzyć. Potem czekałam ja na tego dziada — myślę: pokaże się on tutaj, zechce dostać drugiego dukata.
— Bo u mnie, proszę pani, to mój mały połknął raz dukata...
— Ale ja pani mówię, że to dziad wziął. Ja ich znam. To trzeba świat znać. Szturknął go mój mąż...
— Tego samego dziada?
— Przecie pani powiadam, że drugi raz przyszedł, ten, a może inny. Mój mąż potrząsnął nim i wysypały mu się z łachmanów pieniądze, wypadł dukat. I bądźże tu litościwym! Mój mąż buch go pod brodę. Skąd to masz? Buch go raz i drugi raz. Dobrze mu tak! Dlatego, proszę pani, ja teraz już nigdy nie biorę dukatów.
— Ale proszę pani, gdy mój mały połknął, to dawaliśmy mu na przeczyszczenie i sadzaliśmy go na nocniczku...
— Co mi tu pani za bzdury plecie! Ja będę dziada sadzała na nocniku! Dziad przecie przysięgał, że to jego. Więc mąż wziął go na policję. Moja pani, coby to sobie można kupić za dukata! Zarękawek, i kulczyk do reparacji, i gorset, i do szparkasy jeszcze dać. Ja oszczędna jestem.
— I proszę pani, jemu to potem wylazło...
— Ta co pani gada! Przecie mój mąż wziął go na policję i potem pił przez dwa dni za mój krwawy grosz, ale się nie przyznał. Wraca, ja go w pysk. Gdzie dukat? A potem on mnie ze dwa razy. Taki łajdak — ja na niego pracuję, a on mi dukata bierze i przepija. I od tego czasu ja nie mam serca dla dziadów. Bo gdyby sobie taki dziad przynajmniej katarynkę kupił, ale on łajdak zaraz przepije i potem poniewiera człowieka za to, że ciężko pracuje.
— Co pani mówi? I pani się tak daje?
— O, moja pani, ja jego także! Ja jestem pani u siebie w domu! Staszek, weźmiesz ty precz tego kota?
— To mi pani żal, bo nasz dukat się znalazł — niby w nocniku, ale to nic nie szkodziło, chwała Bogu się znalazł.
— Co mi tu pani mówi! Jabym tam gmerała w nocniku! Ja honorowa kobita, moja pani, ja szlachcianka! Ja tu zaraz pani coś pokażę. Widzi pani ten szal! — podoba się pani?
— No, no, to pani sobie kupiła?
— Pani myśli, żem ukradła? Dlaczego ja sobie nie mam kupić! To przecie za tego dukata, o którego się tyle namartwiłam!
— Więc ten dukat się jakoś znalazł? Chwała...
— Ja przecie pani gadam od samego początku. Ten samiuśki, com go dała dziadowi.
— Chwała Bogu, że i panin się znalazł.
— Pewnie, że się znalazł, cóż to ja gorszego?
— A mówiła pani, że dziad go przepił?
— On mi wszystko przepija, ja miała przecie majątek...
— Bo ja odprawiłam nowennę i mój się znalazł w nocniczku dziecka. Ale i panin się znalazł.
— Pani by chciała, żeby się nie znalazł? Co to pani szkodzi?
— Ale jakże to było?
— Staszek, huncfot, go zapodział, wpadł pod kufer, a ja potem znalazłam na spodzie kufra. Potem dostał po tyłku — no, niech ręka boska broni. A pani mi tu wciąż bzdyrze, że mój mały połknął... Jaki mały, co za mały! To się tak łatwo nie gubi, jak się pani zdaje! Ja pani na drugi raz pokażę ten dukat, zobaczy pani, że nie połknął! Połknął na nocniku! Ha, ha! Dobra jest pani sobie!
— A skądże ta chustka?
— Co się pani wtrąca do mojej chustki?... E, proszę pani, przez panią to mi już woda wychłódła na nic! Nie mam czasu! A ten dukat to pani kiedy pokażę.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Irzykowski.