Obarczony starości i chrustu brzemieniem,
Drwal ubogi stękając wlókł się do swej chaty.
Ustał wreszcie od trudu i z gorzkiem westchnieniem,
Ciężar z ramion zrzuciwszy, narzekać zaczyna:
«Kiedyż za swą niedolę doczekam zapłaty?
Kiedyż biedy ostatnia nadejdzie godzina? Jak długo żyję na świecie, Jeszczem nie zaznał nic, okrom zgryzoty:
Zamało chleba, zawiele roboty; To żona chora, to wierzyciel gniecie, To grad, to pożar, lub oboje razem, Gnębią podatki, czynsze, kwaterunek...»
Zapłakał; i znękany swych nieszczęść obrazem, Śmierci wzywa na ratunek.
Śmierć, posłuszna, nadchodzi. «Czego chcesz, człowiecze?
— Ot... zmęczyłem się troszkę, drwal zmięszany rzecze, I chrustu dźwignąć nie mogę...
Pomóż, jeżeli łaska, bo mi pilno w drogę.»