Drogi donikąd (Lipski, 1998)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Leon Lipschütz
Tytuł Drogi donikąd
Pochodzenie Niespokojni
Wydawca Oficyna Druków Niskonakładowych Bronisław Sałuda
Data wydania 1998
Miejsce wyd. Olsztyn
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Indeks stron


DROGI DONIKĄD

Na zboczu góry, wrzeźbiony w skałę, stał pensjonat. Na parterze, w pokoju nr 8, budził się Emil.
Wyciągał ramiona, mruczał, prychał, wyginał kręgosłup jak łuk, krzyczał przez chwilę wysokim falsetem. Wstał, podszedł do okna i zobaczył niebieską mgłę. Otworzył drzwi, szedł wolno w piżamie wzdłuż korytarza, wykładanego zielonym linoleum. Przed białymi drzwiami stały wyczyszczone buty: przed nr 13 olbrzymie buty Anglika, który uczył się grać u Finsena; przed nr 15, oprócz damskich Krystyny, duże męskie, przesadnie sportowe („Przyjechał narzeczony”). Przed drzwiami właścicielki pensjonatu — osamotnione sandałki Eli.
Z asfaltowego tarasu było widać mgłę, prześwietloną słońcem, błyszczącą, różową, leżącą na górach, które wydawały się dalekie i bliskie. Usiadł na leżaku i zamknął oczy. Po chwili poczuł, jak słońce dotyka jego powiek, delikatnie, językiem ciepłym i miękkim, jak kot. Różowe koła ze światła i krwi toczyły się jak baletnice.
Otworzył oczy. Ktoś stał przy nim. To była Ela, o jasnych włosach i oczach, w piżamie.
— Dziś są moje urodziny.
— Ile lat kończysz?
— Dwanaście.
Milczała chwilę. Odwrócił głowę, bo słońce świeciło mu w oczy.
— Proszę pana, czy ja mogę pana pocałować?
Odpowiedział wolno:
— Możesz.
Podeszła do niego od tyłu, objęła rękami jego podbródek i pocałowała go w policzek uważnie, bez cmokania. I dotknięcie jej było jak słońce, leżące na powiekach. Odsunęła się i stała przy nim. Szeroko otwartymi oczami patrzała prosto w słońce. Była blada.
— Dziś są twoje urodziny, więc zapraszam cię na lody.
To było przyjemnie niekonsekwentne, bo postanowił się stąd wyprowadzić ze względu na małą.
— Tak.
— Powiesz mi podczas śniadania, czy mamusia ci pozwoliła.
— Tak.
Odeszła, cofając się wolno, tyłem, jak teatralny paź.
Podczas śniadania zobaczył, że narzeczony Krystyny jest dziobaty. „Może ma ukryte zalety” — pomyślał. Spotkali się na korytarzu, Krystyna uśmiechnęła się, przedstawiła go narzeczonemu i powiedziała:
— Wiesz, to jest ten inteligentny kawaler, który miał ochotę, opowiadałam ci, pocałować mnie. Prawda, że jest przyjemny?
Dopiero później ocenił, że to było bezczelnie sprytne. Na razie duży pan i mały pan uśmiechali się, a duży pan zrobił pobłażliwą minę.
Po śniadaniu, mniej więcej o dziesiątej, Ela czekała w hallu i oglądała w lustrze swoją nową różową sukienkę. Szli najpierw przez las i plamy światła leżały na ziemi i ona szła przy nim, próbując dorównać mu kroku, poważna, niby dorosła.
— Czy widzisz te krowy tam?
— Tak.
— Jak one wyglądają?
— Jak gwiazdy.
— Hoooo. Jak gwiazdy... — i uśmiechnął się. Wtedy ona uśmiechnęła się też i otworzyło się małe kocie niebo i pokazało rząd równych zębów.
— Ja panu coś powiem. — W jej oczach ukazały się wesołe błyski. — Nim pan przyjechał, ja zawsze wiedziałam, z którego miasta są goście.
— Coo? W jaki sposób wiedziałaś?
— No, wiedziałam po prostu.
— Bez kartki meldunkowej?
— Bez.
— A czy ktoś jeszcze wie o tym?
— Buruburu, ten stary portier.
— I od mojego przyjazdu nie odgadujesz więcej?
— Nie.
Weszli do parku, w którym grała orkiestra, blady zdrojowy park. Spotkał tam Alinkę, córkę znanego logistyka, przyjaciela ojca.
Była duża, wyglądała jak niedźwiadek (zgrabny). Skończyła pierwszy rok chemii.
— Co robi twój papa? — zapytał, bo lubił go.
— Och, och! Nie wiem: mieszka w hotelu „Pod Różą”.
— Przecież ty mieszkasz we „Florydzie”...
— No tak, ale on mieszka tam z jedną panienką.
Wróciła do grupy chłopców i dziewcząt, krzyknęła:
— Twoja towarzyszka ma śliczną sukienkę...
Uśmiechnął się tak, aby to mogło na wszelki wypadek wszystko oznaczać.
Potem już było miasteczko i kawiarnia.
— Co pani zamówi? — zapytał, gdy przyszedł kelner.
Ela patrzyła na niego i nic nie mówiła.
— Co zjesz, mała? — zapytał, a ona płakała.
— Malinowe?
Skinęła głową.
— Czekoladowe?
Skinęła głową.
— Jakie jeszcze?
Wykrztusiła w końcu:
— Poziomkowe.
Kelner przyniósł lody i trzy grube, okrągłe wafle, wetknięte w usta lodów.
— One wyglądają jak cygara — i Ela była znów niby dorosła, poważna.
Ludzie wchodzili i wychodzili i Emil myślał o Krystynie, o zdarzeniu przy śniadaniu. I potem wracali przez las, z góry widać było pociąg, który gwizdał, i ona szła obok niego, nie patrząc na niego, i on schował się za drzewo. Wtedy ona uszła jeszcze kilka kroków, z uśmiechem zawróciła i znalazła go, bez szukania. I on wyszedł przestraszony i ona nie mogła zrozumieć, dlaczego.
Szli dalej i plamy światła leżały na ziemi i ona powiedziała:
— One są jak Bernard.
— Kto to jest Bernard?
— Bernard to jest nakrapiany pies, który zdechł zeszłego roku.
Wrócili na obiad. Na stole zastał dwa listy i dużą kopertę. Od ojca i od Janka.
„Drogi Synu!
Zawiadamiam cię, że równocześnie z niniejszym listem odsyłam ci dwa rentgenogramy. Jako niekompetentny w sprawach chorób płuc, dałem je do obejrzenia docentowi F. wraz z historią choroby, którą mi przysłałeś. Stan chorej — budowa klatki piersiowej wskazuje bowiem, że mamy do czynienia z kobietą — jest na tyle poważny, że leczenie i pobyt w górach będą się musiały przeciągnąć na długo, przypuszczalnie do końca życia. Odmy w prawym płucu doc. F. nie radzi robić z powodu olbrzymich zrostów, metoda zaś elektrycznego przepalania ich nie jest jeszcze wypróbowana. Terakoplastyka — musiałaby być zresztą bardzo obszerna — jest niewskazana nie tylko ze względów kosmetycznych, ale również z powodu wady serca, o której piszesz. Tyle mam do powiedzenia o tej pani.
Teraz pozwolę sobie zaznaczyć, abyś w przyszłości nie zajmował mnie sprawami tego rodzaju z dwóch względów: 1) Czas, który tracę, jest niewspółmierny do wątpliwych korzyści, jakie ci daję. 2) Nie lubię brać udziału w intrydze, jako lekarz.
Chcę Ci poza tym donieść, że za miesiąc wychodzi moja epidemiologia. Przy jej pisaniu, jak i przy korekcie, G. oddał mi poważne usługi. Jak się tego spodziewałem od dłuższego czasu, matka Twoja będzie się musiała poddać resekcji nerki.
Pozdrawiam Cię serdecznie

Twój Ojciec.”
List od Janka:

„Wyobraź sobie, że w tym upale, przy tym śmierdzącym fortepianie, ciężkim i leniwym — pracuję. Mały napad pracy, choroba lenistwa. Mefisto idzie cudownie. Gram pierwszy temat zupełnie po pijacku, zupełnie zataczając się. Z sonatą B-mol[1] męczę się potwornie. Chodzę po całym mieście i wypożyczam do niej płyty. Toccata C-dur poszła niespodziewanie łatwo; całuję codziennie adagio na dobranoc.
Czytam i nudzę się.

PaJanek.

Twój ojciec zaprosił mnie na kolację. Pytałem go o różne głupstwa, np. jak to jest możliwe, żeby się człowiekowi iskry sypały z włosów itd. Przygotowałem Ci niespodziankę.“
Na stole leżały dwa otwarte listy, rentgenogramy w grubej kopercie. Emil patrzył przez okno. Krystyna zostaje tu na całe życie. Stary jest uroczy i komiczny. Jak obojętny jest na pozór list Janka. Nie nazywali nigdy po imieniu tego, co było między nimi. Nie zastępowali tego gwarą. Nie dawali listom nagłówków, aby nie używać pewnych słów. Byli oszczędni w gestach.
Emil wyrwał kartkę papieru z zeszytu, bo miał wstręt do pozorów systematyczności, do kartotek, brulionów. Uważał, że to są formy przymusu. Pisał:
„Jakie to jest komiczne i wielokrotnie dziwne. Znam Gide’a «Fałszerzy» i «Coridona», i «Nourritures Terrestres», wiem prawie wszystko, co można legalną drogą wiedzieć o Wildzie, czytałem «Śmierć w Wenecji», wiem, co o tych sprawach myśli Platon i Owidiusz, znam wreszcie współczesną literaturę psychologiczną, i mimo wszystko to jest tak samo nowe i świeże; mimo mego głodu wiedzenia naprzód, głodu władzy nad przyszłością, aby się nie dać zaskoczyć przez życie, mimo że wiem, że się to niedługo skończy, czuję to jednak tak, jakby to miało być nieskończenie długie.
Czy mogę z J. zrobić wszystko, co zechcę? Przed rokiem mógłbym. Ale teraz, kto wie? Przed rokiem, tu, na wakacjach, kiedy był przylepiony do mnie (po appendicicie). Mieszkaliśmy w chłopskiej chałupie, był jeszcze taki słaby, że trudno mu było samemu chodzić. Gdy oczekiwałem go na stacji, gdy mnie zobaczył, trzeba było widzieć jego oczy. Szkoda.”
Wrzucił kartkę do tekturowej teczki (takie notatki uważał też za rodzaj przyszłego „materiału“), wyjął dużo innych podobnych kartek; to była nowela, którą kończył.
Był mały pięcioletni Jano i jego świat magii. Ręce za szybą i grysik, którym go karmiła służąca Marysia. Poza tym jest Anna, matka. Zbliża się do szafy, gdzie wiszą suknie i płaszcz.
— Mamo, czy odchodzisz?
— Nie. (On wie, że ona kłamie.)
W pokoju obok leży ojciec, umierający na raka. Jego oczy wpadają powoli do wnętrza czaszki. Anna odchodzi do Emila, który ma osiemnaście lat. Anna ma dwadzieścia cztery. Jano zostaje sam. Ojciec jęczy. Jano wchodzi do kuchni. Marysia chrapie i dyszy przez sen. Na wpół obłąkany ze strachu Jano budzi Marysię.
„Jej nogi były czerwone aż do kolan, wyżej białe. Jej duże piersi podnosiły się i opadały, podnosiły się i opadały. Jano krzyknął:
— Marysiu!
Otwarła oczy, zanurzone w śnie. Uderzył ją w ramię. Wyciągał ją z ciężkiego snu, jak z bagna.
— Marysiu!
Sen spełzał powoli z jej oczu.
— Czego chcesz?
— Idź po mamę!
Była ogromna, biała, ciepło buchało od niej.
— Co?
— Idź, przyprowadź mamę.
— Śpij, smarkaczu!
Zobaczył, że zasypia. Wziął nóż kuchenny i podszedł do niej.
— Marysiu!“
Itd.
Ona w końcu wstaje, bierze go na ręce, on czepia się rękami klamek i wrzeszczy.
Emil płynie powoli po własnych zdaniach. Co ma powiedzieć Jano w ostatecznym, błagalnym i rozpaczliwym momencie? Wraca znów z prądem słów, natrafia na ten sam zakręt. Powoli przerzuca swoją przeszłość, swoje rozmowy z dziećmi. Jest przez chwilę naciągnięty jak struna, nim się ją puści, nim wyda dźwięk.
Mały chłopiec prosi go w parku:
— Daj mi zegarek, zobaczysz, ja ci dam też, daj mi...
— Co mi dasz?
Tamten odpowiada na serio i poważnie.
Emil pisze:
„Jano krzyczy:
— Proszę cię, proszę cię! Czekaj, dam ci dom i złoto!”
To była mała błyskawica, mały strach, na krótką część sekundy zatrzymane uderzenie serca. Reszta jest prawie napisana. Ludwik (ojciec Jana) staje przed murem, przed śmiercią. Jano jest zamknięty w pokoju ojca. Rozmowa Jana z ojcem, rozmowa pięcioletniego chłopca z trzydziestoletnim ojcem o śmierci.
„Ojciec:
— Dlaczego ty myślisz, że ja już nie jestem człowiek? Musisz mi pomóc, synku, musisz. Będę się opierał o ciebie i o ścianę i podejdę do okna. Potem ty wyjdziesz....”
Jano pomaga. Czuje, że ręka ojca jest bardzo ciężka. Ludwik staje przy oknie: na dole Anna i Emil trzymają się za ręce i ona uśmiecha się. Jano jest mały, a okno jest wysoko. Ale czuje wielkie napięcie między górą i dołem. Ludwik myśli o Annie i o śmierci. To jest to samo, to już wkrótce będzie to samo. Więc przestaje się wahać i nie rzuca się z okna.
Gdy matka wraca, Jano mówi tylko:
„— Mamo, tak bardzo czekałem na ciebie.
I o tej nocy nie powiedział nic więcej.”
Nareszcie. Jest zadowolony z rozmowy ojca z synem, gdy śmierć odkrywa swoją twarz. Cieszy się z męczącego crescenda, które załamuje się wtedy, gdy Ludwik staje przy oknie, które kończy się szczytem, pianissimo:
— Mamo, tak bardzo czekałem na ciebie.”
Była godzina czwarta po obiedzie. Emil wiedział, że Krystyna schodzi teraz z leżaka i pójdzie do pokoju, że jej narzeczony załatwia coś w mieście. Dlatego poszedł do pokoju nr 15.
Leżała na łóżku w białych, krótkich spodenkach i białym golfie. Na podkurczonym kolanie trzymała książkę. Ponad kostką, na nodze, miała cienki złoty łańcuszek. Była lekko opalona.
Nie poruszając głową, powiedziała: — Siadaj, mały — wskazując na łóżko.
Mały usiadł.
— Zły jestem.
— Zły jesteś? Przecież masz ładne włosy, zwłaszcza gdy je rozrzuca wiatr. Traktuję cię jak dziewczynkę, bo nią trochę jesteś. No... zresztą nie będę prawiła komplementów, bo jesteś dostatecznie zarozumiały. Gdzie są moje roentgeny? Chyba nie chcesz, abym musiała się zgrywać na panią Chauchat?
— Przyniosłem je.
— Dobrze. Teraz powiedz, dlaczego jesteś zły?
— Bo on cię...
— ...ma — dokończyła ona i zaczęła się śmiać. — Kto mię ma? Kto mię w ogóle może mieć?
Chwilę kiwała nogą, tą ze złotym łańcuszkiem.
Z konwencjonalno-fizjologicznego punktu widzenia to on mię miał pewną ilość razy. Powiedz lepiej...
Emil tego już nie słyszał. Krew zaczęła mu napływać do głowy, podobnie jak pewnego razu w szkole, przed wielu laty, podczas historii z zadaniem o albatrosach.
Wtem otworzyły się drzwi. W drzwiach stała Ela. Krystyna powiedziała:
— Wejdź.
Ale ona nie weszła. Miała szeroko otwarte oczy.
Odnajdywała go wszędzie i ciągle, ze zwierzęcą, jasnowidzącą pewnością. Tropiła go jak pies, chodziła za nim jak lunatyczka. Krystyna powtórzyła:
— Wejdź.
Ale ona nie weszła.
Emil, nie patrząc na Elę, bo bał się jej wzroku:
— Chcę cię dzisiaj widzieć.
— Wiesz, że to niemożliwe.
— Bardzo chcę.
— Nie bądź śmieszny. Jest mi przykro, gdy się wygłupiasz.
— Chcę.
— Możesz chcieć.
Wstał i wyszedł z pokoju, omijając Elę szerokim łukiem.

Na czterech fortepianach, w czterech krańcach pensjonatu, ćwiczyli uczniowie Finsena. Książę gruziński o ukośnych oczach grał początek Wallensteinowskiej na przyjemnym Bechsteinie, wśród dymu papierosów; był giętki, wysoki, trzydziestoletni. Z wściekłością wypracowywał i wyrzeźbiał precyzyjnie trzynaście pierwszych taktów, dokładność akcentów, tętniący, ukryty, zduszony rytm.
Emil stał za dużą palmą i oglądał księcia. Wczoraj siedzieli do późna w nocy i rozmawiali o muzyce, o pianistach, o Paryżu. Książę przeszedł nagle z niemieckiego na francuski, otoczył się dymem papierosa, jak niebieską zasłoną, zaczął opowiadać o Niżyńskim, Diagilewie i Lifarze; potem przeszedł szybko z „vous” na „tu”.
— Est-que tu l’as vu, petit?
— Oui, je l’ai vu une fois... ici-même, dans les montagnes.
— Il est beau, n`est-ce pas?
— Il est très beau.
— Il n’aime pas les femmes. Le sais-tu?
— Je le sais: il est rare que des célèbres danseurs aiment les femmes. D’ailleurs, la danse elle-même contient quelque chose de feminin. Il m’est difficile de l’expliquer en français. Rangopal aussi est homosexuel. J’ai lu ses lettres d’amour, des lettres très naïves et très belles, adressées à mon... à un de mes amis.[2]
— Ah!
Książę strzepnął popiół z papierosa. Jego jasnoniebieskie, koloru lodu, skośne i gruzińskie oczy, wysunęły sie z mgły.
— Je veux que tu sois a moi. Tu as le visage d’un faune juvenile, tes mouvements sont doux, ta peau est dorée par le soleil...[3]
Emil uśmiechnął się i powiedział:
— Non.[4]
Oczy księcia zgasły i zaszły gęstym dymem.
— Est-ce que c’est la dame qui s’appelle Christine qui t’a perverti de cette façon?
— Pourquoi employez-vous ce terme de „pervertir“?
— Quelle pitié... Tu me sembles avoir beaucoup lu, et malgré cela tu ne connais pas les choses qui sont en toi, tu ne sais pas ce que tu pourrais ressentir. A ce moment-même tu passes a coté d’un monde immense que tu ignores complétement, tu passes comme un cheval à qui on a bandé les yeux.[5]
Przez chwilę było cicho w pokoju i pasma papierosowej mgły wyginały się wolno nad czarnym fortepianem. Książę wstał, powiedział: — Bonne nuit[6] — i wyszedł.
Emil stał za palmą i oglądał księcia. Potem ubrał się i wyszedł.

Mała, teatralna trochę dolina, wyrzeźbiona przez strumień w wapieniu. Nad wodą bełkocącą stała drewniana kawiarenka, w której jadał truskawki ze śmietaną. Na zboczach rosły niebieskawe jodły. Przy stoliku w kącie siedział siwowłosy profesor logistyki, zagięty jak pytajnik, z młodą dziewczyną. Obok inne dziewczęta śmiały się głośno, trzymały się za ręce, zerkały na wszystkie strony, śmiały się znów, i ich śmiech opadał, jak mały wodospad. Głupie smarkate.
Wrócił do pensjonatu, który nazywał się „Złocień“. Jeszcze było przed kolacją i nudził się, i przykrzyło mu się. Zatelefonował do Alinki, ale nie było jej w domu. Poszedł do łazienki i mył się zbyt długo. Napisał list do Janka, w którym donosił mu, że zamierza pozostać tu jeszcze około dwóch tygodni, i nie wysłał go. Potem chodził po willi, próbował wszystkich czterech fortepianów, szukał Eli, która wyszła do miasteczka. W końcu spotkał pewnego dancing-bubka i dowiedział się od niego, że Krystyna idzie po kolacji do kawiarni.
Podczas kolacji, w sali jadalnej, było cicho, bo jedzono kurczęta; to wymagało skupienia. Krystyna siedziała tyłem do Emila, ubrana w suknię w kwiaty, przez którą przeświecały ramiączka biustonosza.
Siedział przy stoliku ze starszą panią i młodym małżeństwem i mówił wielką ilość głupstw, większą niż zwykle. Pewna liczba mieszkańców pensjonatu uważała go za idiotę — sprawiało mu to przyjemność, gdyż był megalomanem.
Nie czekając na deser, zszedł wolno ze schodów. Ciepły wiatr gwizdał między jodłami, które chwiały się i trzeszczały w ciemności. Stanął pod drzewem, przed oczami miał oświetlony prostokąt: brama. Brunatny księżyc pełzał po zboczu. Cień przeciął oświetlony prostokąt. Krystyna. Podszedł do niej. Zapytała:
— Idziesz też do miasta?
— Czekam na ciebie.
— Na mnie? No, to odprowadź mnie.
Wziął ją pod rękę. Po chwili mruknął wyraźnie, z uporem, jak dziecko:
— Ja chcę...
— Czego chcesz?
— Ciebie chcę.
Zaśmiała się, szli na przełaj przez las, który huczał.
— ...dlatego, że on przyjechał — zawołała przez wiatr.
— Prawdopodobnie.
— Mój mały, wiesz chyba, że jesteś...
— Posłuchaj. Książę też mówi do mnie „mój mały” i ma na mnie ochotę. Ja na ciebie, może ty na księcia?
— Może?
Zbliżali się do miasteczka.
— Jeśli chcesz, poczekaj na mnie w ogrodzie. Wrócę koło dwunastej. Porozmawiamy. Dobrze?
Do jedenastej Kempf z Monachium grał Beethovena i Bacha. Emil siedział w ogrodzie, poprzez otwarte okna słychać było początek Apassionaty, koci, niepokojący, gotowy do skoku. Oświetlone okna, kołyszące się drzewa.

Emil:
„Janek siedzi teraz przy aparacie. Gdybym ja tylko wiedział, że to jest najlepsze wykonanie Apassionaty, byłoby to bardzo trudne do zniesienia. Zwłaszcza że nie mógłbym tego zdania zmienić. Wariaci też nie mogą zmienić. Gdy miałem trzynaście lat, przeżyłem taką noc. To było straszne. Wtedy uważałem, że jestem wszechwiedzący. Wielkie napięcie, pianissimo, przed końcem pierwszej części. Nareszcie zryw. W tym miejscu zawsze chce mi się płakać. To była noc strasznej samotności. Zbocze, pokryte jodłami, szumi jak organy. Zbocze, wryte w niebo. Początek Fantazji C-mol. Chciałbym, aby Krystyna zobaczyła w kawiarni na dnie kieliszka moją twarz. Wierzę częściowo, że to jest możliwe. Przy pomocy magii...? Ojciec zahipnotyzował sowę, która rzucała się w klatce. Potem zbliżył się do stołu i wpatrywał się w kieliszek. — Przecież on jest martwy. Chciałem zobaczyć, czy nie da się go podnieść samym wzrokiem. W tym czasie wyszła jego książka o zmienności gatunków bakterii. Profesor Wincenty twierdzi, że stary jest — obok Nicolle’a — największym znawca tego zagadnienia w Europie. Ile w tym było dziecinnej magii?”

Księżyc wędrował nad jego głową. Kempf skończył grać. Cienie chmur pełzały po górach. Księżyc o zgaszonej do połowy, szarej tarczy, jak wybite oko. Pierwsza. Druga. Koguty piały. Szyby połyskiwały matowo, jak ołowiane. Zielony kot wskoczył cicho na ławkę i wtulił się pod ramię. Nie zauważył, jak przyszła i usiadła obok niego.
— Myślałam, że śpisz.
Była trochę pijana i wesoła. Emil popatrzył na nią ze zdziwieniem. Pomału zaciskało się coś w nim. Chowało się, jak ślimak w skorupę. Jego oczekiwanie nie odnosiło się do Krystyny. Bo oczekiwanie nie odnosi się nigdy do zdarzenia, na które czekamy. Najważniejszą cecha oczekiwania jest to, że zmienia niedostrzegalnie substancję zdarzenia, nadmuchuje je, wyolbrzymia, przesuwa jego środek ciężkości, destyluje — tak, że to, co nadchodzi, nie jest prawie nigdy tym, na co czekamy.
— Chcesz mnie pocałować?
Powiedział: — Nie — i wstał.
Ona krzyknęła za nim:
— W takim razie pocałuj ode mnie księcia.
Poszedł spać. Śnił mu się ociekający wodą, zwęglony księżyc, który wynoszono z domu. Równomierne ruchy znanej mu ręki na poręczy, które były drugim motywem Apassionaty.
Rano wyjechał. Z dworca zatelegrafował do Janka. Przedtem zostawił Eli zabawkę: włochatego, trochę wyłysiałego niedźwiadka, którego wszędzie woził ze sobą.
W tym czasie Ela, z niedźwiadkiem w rękach, zapukała do pokoju Krystyny.
— Proszę.
— Dzień dobry pani.
— Dzień dobry, Ela.
Krystyna, w niebieskim szlafroku, robiła sobie manicure.
— Dlaczego tak dziwnie zachowywałaś się wczoraj? Czy to z powodu...
— Pan Emil wyjechał.
— Wyjechał...?
Krystyna spojrzała na niedźwiadka, którego znała tak dobrze, i wtedy Ela przycisnęła go kurczowo do siebie.
Wieczorem Emil zobaczył już z daleka dwie wieże jego miasta, ułożone w białawej mgle, jak w wacie. Potem wjechał na dudniący most. Nad spokojną rzeką, napęczniałą i dojrzałą, stali nieruchomi rybacy. Nagie dzieci biegały wzdłuż brzegu. Stanęły i machały rękami w stronę pociągu.



Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł W wydaniu z 2015 roku: c-moll
  2. — Czy widziałeś go, malutki?
    — Tak, widziałem go raz... nawet tu, w górach.
    — On jest piękny, nieprawdaż?
    — Jest bardzo piękny.
    — Nie lubi kobiet. Wiesz o tym?
    — Wiem: rzadko sławni tancerze lubią kobiety. No i w samym tańcu jest coś kobiecego. Trudno mi to wyjaśnić po francusku. Rangopul także jest homoseksualistą. Czytałem jego miłosne listy, bardzo naiwne i bardzo ładne, skierowane do mojego... do jednego z moich przyjaciół.
  3. Chcę, żebyś był mój. Masz twarz młodego fauna, łagodne ruchy, skórę złotą od słońca...
  4. Nie.
  5. — Czy to dama o imieniu Krystyna sprowadziła cię na drogę perwersji?
    — Dlaczego używa pan słowa „perwersja”?
    — Jaka szkoda... Zdaje mi się, że jesteś bardzo oczytany, a mimo to nie wiesz, co w tobie tkwi, nie znasz swoich uczuć. Akurat teraz przechodzisz obok ogromnego świata, o którym nie wiesz nic, przechodzisz jak koń z klapkami na oczach.
  6. Dobranoc.


Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.