Drobiazg (Czechow, 1926)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anton Czechow
Tytuł Drobiazg
Pochodzenie Partja winta
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wydania 1926
Druk Sp. Akc. Zakł. Graf. „Drukarnia Polska“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Mieczysław Birnbaum
Tytuł orygin. Мелюзга
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Drobiazg.

„Jaśnie Wielmożny Panie nasz, ojcze i dobroczyńco!“ — tworzył na brudno powinszowanie urzędniczyna Niewyrazimow.
„Niniejszem życzę przepędzić zarówno dzisiejszy Wielki Dzień, jak i wszystkie dni przyszłe w dobrem zdrowiu, szczęściu i wszelakim dostatku. Jak również rodzinie życz...“
Gasnąca już lampa kopciła i śmierdziała naftą. Po stole, obok piszącej ręki Niewyrazimowa, trwożnie biegał zabłąkany karaluch. W trzecim pokoju od „dyżurki“ szwajcar Paramon już poraz trzeci czyścił świąteczne buty z taką energją, że plucie i pucowanie szczotką słychać było w całem biurze.
— Coby temu łajdakowi jeszcze napisać? — zamyślił się Niewyrazimow, podnosząc oczy na zakopcony sufit.
Na suficie zauważył ciemne koło — cień od ciemnika. Trochę niżej — zakurzony gzyms, a jeszcze niżej — ściany ongi malowane na brudno-niebieski kolor. I pokój dyżurny wydał mu się taką pustynią, że żal mu się zrobiło nie tylko siebie samego, ale nawet karalucha...
— Ja jakoś skończę dyżur i wyjdę stąd, a on tu przedyżuruje cały swój robaczywy żywot“ — pomyślał, przeciągając się.
— Nuda!... A może oczyścić sobie buty, czy co u licha?
Przeciągnąwszy się raz jeszcze, Niewyrazimow leniwie powlókł się do pokoiku portjera. Paramon nie czyścił już obuwia... W jednem ręku trzymając szczotkę, a drugą żegnając się, stał przy otwartem okienku i słuchał...
— Dzwonią — szepnął Niewyrazimowowi, patrząc na niego nieruchomemi, szeroko rozwartemi oczami.
— Już...
Niewyrazimow nastawił ucho przy oknie i nasłuchiwał. Wraz ze świeżem wiosennem powietrzem przedostawał się przez lufcik dźwięk dzwonów wielkanocnych.
Jęk dzwonów mieszał się z turkotem kół, a z chaosu tych dźwięków wyróżniał się jedynie wesoły tenorowy dzwon pobliskiej cerkwi i czyjś głośny piskliwy śmiech.
— A luda ile! — westchnął Niewyrazimow, spojrzawszy w dół na ulicę, gdzie obok zapalonych lampek snuły się ludzkie cienie. — Wszyscy spieszą na jutrznię... Nasi z pewnością o tej porze już sobie podpili i wałęsają się po mieście. Ileż tam śmiechu, rozmów! Ja jeden jestem taki nieszczęśliwy, że muszę w takim dniu sterczeć tutaj. I rok rocznie tak samo.
— A kto się panu każe tem zajmować? Przecież pan nie jest dzisiaj dyżurnym, a Zastupow wynajął pana na swoje miejsce. Jak tylko ludzie wybierają się na zabawę, pan się najmuje... Chciwość!
— Gdzież tam do djabła chciwość?! Jest też się na co połakomić: wszystkiego dwa ruble żywego grosza i na dodatek krawat. Nędza, a nie chciwość...
— A wiesz, dobrzeby teraz było pójść na jutrznię, a potem święcone... Popić, zakąsić i gruchnąć się spać. Siedzi sobie człek przy stole; tu kołacze świąteczne, tam znów samowar syczy, a obok coś na rozgrzewkę... Wychylasz kielonek i chwytasz się za podbródek. Odradzasz się... czujesz się człowiekiem. Eeech! Przepadłe życie! O, patrz, jakiś tam rozpiera się w powozie, a ty siedź i snuj myśli...
— Co się komu należy, Iwanie Daniłyczu. Bóg da — i pan się dosłuży, powozem pan będzie jeździć.
— Ja? No nie bracie, kpij sobie z tego. Nie sięgnę wyżej tytularnego, żebym pękł... Nie mam wykształcenia.
— Nasz generał też bez żadnego wykształcenia, a jednak...
— Tak, ale generał, zanim się do tego dochrapał, to ukradł przedtem sto tysięcy. I prezentuje się, bracie, inaczej. Nie to, co ja. Z moim wyglądem wysoko nie zajdziesz. I nazwisko do chrzanu: Niewyrazimow! Jednem słowem, bracie drogi, sytuacja bez wyjścia. Chcesz — żyj, nie chcesz — powieś się...
Niewyrazimow odsunął się od okienka i z rozpaczy zaczął się przechadzać po pokojach. Dzwony jęczały coraz głośniej... Żeby je usłyszeć, nie trzeba już było podchodzić do okna. I im wyraźniej było słychać dzwony, im głośniejszy był turkot pojazdów, tem ciemniejsze wydawały się brudne ściany i zakurzone gzymsy, tem mocniej kopciła lampa.
— A możeby tak zwiać z dyżuru? — pomyślał Niewyrazimow.
Ale ucieczka nie mogła dać nic dobrego... Po wyjściu z urzędu i po nawałęsaniu się po mieście, Niewyrazimow poszedłby do swego mieszkania, a w mieszkaniu jego było jeszcze brudniej i gorzej niż w „dyżurce“... Przypuśćmy, że dzień ten spędziłby przyjemnie, z komfortem, lecz co byłoby dalej? Te same brudne ściany, te same płatne zastępstwa dyżurów i listy z powinszowaniami...
Niewyrazimow zatrzymał się na środku dyżurnego pokoju i zamyślił się.
Potrzeba nowego, lepszego życia nieznośnym bólem wżarła mu się w serce. Namiętnie zapragnął znaleźć się nagle na ulicy, zlać się z żywym tłumem, wziąć udział w uroczystem święcie, dzięki któremu dzwoniły wszystkie te dzwony i turkotały pojazdy. Zapragnął tego, co przeżywał kiedyś w dzieciństwie: kółko rodzinne, uroczyste wyrazy twarzy, biały obrus, widno, ciepło... Przypomniał sobie powozik, w którym dopiero co widział jakąś panią, palto, w którem paradował egzekutor, złoty łańcuszek, upiększający brzuch sekretarza. Przypomniał sobie ciepłe łóżko, order Stanisława, nowe buty, mundur galowy bez wytartych łokci... Uprzytomnił to sobie dlatego, że tego wszystkiego było mu brak...
— Coś ukraść? — pomyślał. — Ukraść, dajmy na to, można, to nietrudno, ale schować — to sztuka! Mówią, że z łupem uciekają do Ameryki, licho ją jednak wie, gdzie ją szukać, tę Amerykę! Żeby ukraść, też przecież trzeba mieć wykształcenie!
Dzwony zamilkły. Słychać było tylko daleki turkot kół i kaszel Paramona, a smutek i gniew Niewyrazimowa potęgowały się i stawały się nie do zniesienia. Zegar wybił w biurze pół do pierwszej.
— A możeby tak donos napisać?... Proszkin zadenuncjował i poszedł w górę.
Niewyrazimow usiadł przy swoim stole i zamyślił się.
Lampa, w której nafta już się zupełnie wypaliła, kopciła coraz bardziej i groziła zgaśnięciem. Zabłąkany karaluch wciąż jeszcze łaził po stole i nie mógł znaleźć przytułku...
— Zadenuncjować możnaby, ale jak tu taką denuncjację sklecić? To musi być ze wszystkimi ekwiwokami, podejściami, jak u Proszkina. Nie dorosłem do tego! Taki jeszcze donos skomponuję, że się na mnie samym skrupi. Bęcwał jestem, niech mnie wszyscy djabli!...
I Niewyrazimow, łamiąc sobie głowę nad sposobami wybrnięcia z sytuacji, wlepił wzrok w wykoncypowany przez się bruljon listu. List ten, pisany był do człowieka, którego on nienawidził z całej duszy i równocześnie bał go się, u którego od dziesięciu lat wywalczał awans z szesnastorublowej pensji na osiemnastorublową...
— A-a... łazisz tu, djable! — z wściekłością palnął ręką karalucha, który miał nieszczęśliwy pomysł pokazania mu się na oczy. — Ohyda!
Karaluch wywrócił się na grzbiet i rozpaczliwie przebierał nóżkami... Niewyrazimow chwycił go za jedną nóżkę i wrzucił w szkło lampy. W szkle coś błysnęło i zaskwierczało.
I Niewyrazimowowi ulżyło.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Anton Czechow i tłumacza: Mieczysław Birnbaum.