Dramat (Lemański, 1922)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Lemański
Tytuł Dramat
Pochodzenie Prawo mężczyzny
Wydawca F. Gadomski
Data wydania 1922
Druk T. Jankowski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

Pewnego razu żona moja, chcąc mi zrobić przyjemność, a raczej, ściśle mówiąc — przyjemność mojemu żołądkowi, kupiła na targu kurę.
Kiedy służąca rozwiązała jej nogi i puściła ją wolno, aby jej dać zakosztować swobody raz jeszcze przed śmiercią, pokazało się, że jest to w kurzym rodzaju okaz, jakiego nigdy przedtem nie widziałem. Calutka niepokalanie biała, ze złotemi gdzieniegdzie rzuconemi plamami, o ile plama złota może plamić. Powiedzmy więc: białość nakrapiana złotem. Coś cudownego.
Kura, po odzyskaniu wolności, o której nie mogła przypuszczać, że jest chwilową, zaczęła sobie chodzić i rozglądać się po mieszkaniu jak gdyby była u siebie. Wydawała przytem jakieś skrzekorzenie i kwokanie, jak gdyby sobie czyniąc o wszystkiem głośne uwagi. W liczbie przedmiotów, na których spoczęło jej uważne, złote, bo miała i oczy złote — oko, byłem i ja. I odrazuśmy się sobie podobali.
C‘etait predestine. C‘etait comme une foudre, jak się mówi w romansach francuskich. Wziąłem ją na ręce, gładziłem ją po jej piórkach białych, złotem nakrapianych, spoglądałam z miłością w jej oczy złote i wówczas powziąłem szalenie odważną myśl: ocalić tę kurę od śmierci.
— Żono moja — powiadam — ty tej kury nie każesz zabijać.
— A to co za fantazje? Bądź łaskaw mi powiedzieć, dlaczego ta kura nie ma być zabita?
— Bo ja o to proszę.
— A obiad? Cóż będzie z obiadem?
— Prawda. Co będzie z obiadem? Może ziemia przestanie się obracać, może słońce się poruszy, może dozna dreszczu cały kosmos, jeżeli my skromni lokatorzy warszawscy, nie najwspanialszego domu, płacący umiarkowane komorne, nie zjemy pewnego dnia na obiad kury! Zosiu moja najdroższa, błagam cię na pamięć matki, zlituj się nad tą kurą.
— No, ale dlaczego ci tak na tem zależy? Cóż za sentymentalizm dziwny, to nawet wstyd na mężczyznę. I Marysi wstyd.
— Wstydzę się, tak, i przed tobą, i przed Marysią, ale niech ta prośba moja będzie uwzględniona.
I postawiłem na swojem. Sam się dziwię, skąd się wzięło we mnie tyle energji. Ale widać c‘etait predestine, jak w romansach.
Marysia otrzymała polecenie coś „zakręcić“, czyli „wytrzasnąć“ jakiś odpowiedni ekwiwalent na pociechę żołądkowi, a ja ze swoją ofiarą, ocaloną ze szponów ludzkiej żarłoczności, poszedłem do swego gabinetu z triumfem.
Kura, jak gdyby czuła, że tu chodziło o je] szyję, trzymała się mnie, jak opiłek magnesu i skierowanemi we mnie swemi złotemi oczkami, zdawało się, myśli moje chce czytać.
A myśli te były szczęśliwe, radosne. Ocalić kogoś od śmierci, to przecież nielada rzecz!
Nie codzień się każdemu to trafia. Życie!... Darować komuś ten najdrogocenniejszy z darów! Stworzyć komuś to szczęście, zapewnić komuś używanie światła i innych darów ziemskich!... Bóg chyba nie doznał większej przyjemności po stworzeniu świata, niż ja, gdym uratował tę kurę od niewzruszonej, niezłomnej konieczności jedzenia obiadu, w którym na pieczyste ma być właśnie ta kura. Wprawdzie sumienie, chcąc zmniejszyć moją pychę, szeptało mi, że nie wielki to czyn, ocalić od śmierci kurę, która nam się ogromnie podobała. Czy — zapytywał mię głos sumienia — mógłbyś narażać się wobec majestatu żony, połączonego z władztwem Marysi, dla kur jakichkolwiek? Czy ocaliłbyś od brytwanny kurę zwyczajną, przeciętną, pospolitą, nijaką? Czułem, że w głębi duszy mojej odpowiadało coś: nie! Czułem, że nie doszedłem jeszcze do tych wyżyn abnegacji, na których un pouletau provenca‘l, albo przedziwna polska „kura w rosole“ już nie jest niezwalczoną pokusą. Hela’s! jeszcze nie jesteśmy wyzwoleni od tych ponęt życiowych, od czaru tej potęgi, która na nas wywiera wpływ magią swoich złotych oczów w rosole. Tak, nie utracił jeszcze w naszych oczach uroku swego ten obraz ludzkiego szczęścia, wymarzonego przez króla Henryka IV-go z rodziny Burbonów, — szczęścia, polegającego na tem, aby każdy z nas był wstanie „mettre, chaque dimanche la poule au pot!“.
Ale mówmy o kurze. Ach, prawda, zdaje się, że właśnie mówiąc o królu Henryku IV-tym, mówimy o kurze.
Otóż kura moja tak się do mnie przywiązała, że passez moile mot — zaczęła ze mną sypiać. Gdym już się w łóżku ułożył na dobre, kura wskakiwała mi na piersi i przytulała się do mnie z lewego boku — tuż do serca. Za najmniejszem mojem poruszeniem, otwierała oczy, nastawiała dziób i nastraszała pióra, jakby chcąc mnie bronić przed jakiemś niebezpieczeństwem. Nawet, o zgrozo, przeciw mojej własnej żonie wpadała w nastrój wojowniczy. Nie dawała jej się brać do rąk i dziobała ją nieustraszenie. Ten sam stosunek jej był do Marysi, niedoszłego jej kata. Niedoszłego raz, ale... Nie uprzedzajmy zresztą wypadków.
Nie upłynął może tydzień moich miodowych miesięcy z kurą, gdy na naszem niebie (t.j. mojem i jej, kury, niebie) zaczęły pojawiać się czarne, złowrogie chmury.
Razu pewnego zastałem moją Marysię nad tem, jak, sprzątając po kurze, prowadziła taki półgłosem monolog: „Ta kura, — to pies, jak świnia, paskudzi, a ty, służąca, sprzątaj i sprzątaj. Skaranie boskie! Że też pan to chyba ma niespełna rozumu z tem kurzyskiem. Ale już niedługo tego, już ja tam z panią o tem pomówię“.
I pomówiła, niech jej Bóg przebaczy!
Żonie mojej ani się śniło dotychczas o jakiejkolwiek względem mnie zazdrości. Kochała mnie, i to uczucie nie zostawiało miejsca już na żadne inne. Kto kocha, nie zazdrości; kto zazdrości, nie kocha; to jasne. Moja żona kochała mię.
Ale która żona zgodziłaby się, na wzór tej kury, złotem nakrapianej, spać na męża sercu przez całą noc i tak czujnie, żeby najmniejsze jego poruszenie odczuwać? Dla większości żon, a może i dla wszystkich, taka czujność serdeczna wydawałaby się niewolą, ciemięstwem, zamachem na prawo człowieczeństwa, do którego i żona ma prawo! Nawet kochanek nie może tego wymagać, aby żona była jego szyldwachem, a cóż dopiero mąż!
Jednemu słowem, widok tego przywiązania kury do mego serca zaczął wywoływać w mojej żonie pewną gorycz i pewną niechęć, tak do kury, jak i do mnie. Od tego się zwykłe zaczyna. Jeżeli widzimy, że ktoś dla osoby nam drogiej jest zbyt uprzejmy, uprzejmiejszy od nas, to i ten ktoś i ta osoba jakoś zaczynają nas kłuć w oczy. Jakto — mówimy sobie — więc mojemu kochanemu, czy mojej kochanej, nie dosyć jest mojego przywiązania i mojej czułości? Jakto? on ma miejsce jeszcze na czułość inną? A ja już swojej czułości zwiększyć nie mogę, bom mu oddała (lub jej oddałem) wszystko już. Albo tak, albo tak!
I zaczyna się... kończenie. Zaczęło się.
Żona moja nie przepuściła najmniejszej okazji aby mi dogryźć tą kurą. A to dywan splamiony, a to, a owo, a to w kuchni nieporządek, gdzie przecież trzeba czystości dla artykułów jadalnych. A już o tem nie mówiąc, że to wogóle dziwactwo i i niepotrzebne manjactwo tak traktować kurę, jak jakieś stworzenie, którego się nie je, np. kota, psa...
— Ależ, moja Zosieńko najdroższa, przecież i w kurze można się doszukać duszy, jak sama zresztą widzisz.
— Ja wiem, że ty się doszukasz duszy nawet w duszy do żelazka od prasowania. Ale dlaczego ja mam na tem cierpieć?
Tu, oczywiście, płacz. Scena pocieszenia, osuszanie pocałunkami łez. Przeprosiny, uśmiech przez łzy. Pocałunki. Wznowienie przysiąg ślubnych... Ą potem znów ta kura. O, Boże!
Nakoniec żona pewnego dnia z jakąś rozpaczliwą determinacją rzecze mi:
— Albo ja, albo ona.
Na takie dictum acerbum zamknąłem się w swym gabinecie (z kurą) i zacząłem rozmyślać: żona, czy kura?
Weźmy, że daję pierszeństwo żonie. Co zatem? Ustąpić zonie, będzie słabością, ustępstwem dla świętego spokoju, mazgajstwem. Dziś kury; a jutro zażąda odemnie przyjaciela, książek, idej swoich się wyrzec, myśli swoich. Bo to przecież wszystko ją ode mnie oddala, a ona wszakże ma i na to swoje człowiecze prawo, którego wyrzekać się nie chce. Jak więc postąpić? W drugim wypadku, jeżeli się zdecyduję na korzyć kury, to stanie się rzecz niesłychana już nietylko w mojej kamienicy, w moim ucząstku, w mojem mieście, w mojej ojczyźnie, ale nawet rzecz niepraktykowana w całym świecie: dla kury wyzbyć się żony! Kura i żona! Czyż można nawet porównywać. A jednak ten zbrodniarz to zrobił: dla niemego stworzenia wyrzekł się żony — mówionoby o mnie. Palcamiby mnie wytykano, w pismach, broniących sakramentu małżeństwa, pisanoby o mnie uwłaczające paszkwile. Kobiety ogłosiłyby na mnie interdykt, odmawiając, jak banicie, przytułku i ognia swego niewieściego.
Gdym tak rozmyślał po całych godzinach, gdy pot kroplisty występował mi na czoło i nie wiedziałem, co począć, wmieszało się w te rzeczy samo fatum — to greckie, nieubłagane, z niezłomności znane fatum, — fatum, które kazało mojej żonie aby ta kazała Marysi, aby...
Nie wiem, czy mam więcej mówić? — czy mam wymieniać to straszne słowo, którego się domyślacie, a które ma u nas w języku polskim (i w słowiańskich narzeczach wogóle) taki dziwny, ponury walor? Zabić, bić, czyż nie jest u nas tak fatalicznie skojarzone z byciem, z bytem? Czyż nie może u nas nikt (i nic) być, kto (i co) nie umie bić? Dlaczego żona moja, ażeby móc być, musiała moją kurę, moją kochaną kurę, za-bić. Ona, albo kura? Przez Bóg żywy, dla czegóż doprowadzać do tego dylematu? Czyż nie lepiej, aby nasze niewiasty, w postaci żon naszych i naszych Maryś, zamiast chcieć naszą męską zdolność widzenia duszy nawet w kurze, nawet w żelazku od prasowania, zabijać, iżby zamiast tego powiększyły nieco swoją miłość i kochały nas nietylko ciałem, ale i właśnie tą duszą?
Wprawdzie ten ideał życia, w którem miłość kobieca weszłaby w fazę pewnego uduchowienia, nie byłby ideałem marzonym przez Henryka IV; bo cóżbyśmy wówczas zrobili z jego pragnieniem, aby każdy obywatel mógł takim być, by „mettre chaque dimanche une poule au pot“ (by kurę do garnka mógł bić).
Tak, nawet ten dobry francuski król, Henryk IV, nawet ten poczciwy Burbon, gdyby wstał z grobu i gdybyśmy go zapytali: czemu marzył o zabijaniu tylu kur, odpowiedziałby nam:
Mais, voyez, vous, lhomtne: tu es la, pour tuer.
A cóż się stało z kurą? — spytacie.
Zjedliśmy ją.
Żona jadła ją ze śmiechem, Marysia ogryzała potem jej kości z kanibaliczną uciechą.

A ja płakałem. Jadłem i płakałem. A płacząc, przypominałem sobie Henryka IV-go. Lhomme tu es la, pour tuer! Kto się waha bić, ten nie może być!