Don Kiszot z la Manczy i jego przygody/XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor z Cervantesa streścił Zbigniew Kamiński
Tytuł Don Kiszot z la Manczy i jego przygody
Data wydania 1900
Wydawnictwo Wydawnictwo M. Arcta
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XII.
WŚRÓD GÓR I SKAŁ.

Sanczo Pansa wkrótce przyjechał do gospody, w której niedawno taka go nieprzyjemność spotkała. Żołądek nakłaniał go, żeby tam wstąpił; reszta ciała wszakże odradzała mu to usilnie, bo dotąd jeszcze przypominało mu się, jak podlatywał w górę i spadał.
Kiedy się jeszcze namyślał, co począć, wyszło z oberży dwóch mężczyzn, którzy go zaraz poznali. Jeden z nich był to proboszcz, a drugi cyrulik, ci sami, którzy niedawno taki surowy sąd wydali na książki Don Kiszota. Zawołali go i spytali o pana. Sanczo z początku nic odpowiadać nie chciał, ale cyrulik umiał mu usta otworzyć.
— Jeśli nie wyznasz, bratku, gdzie twój pan, to się podasz w podejrzenie, żeś go zabił, żeby mu konia ukraść i pójdziesz do więzienia.
— Nie mam czasu tam iść — odparł zastraszony Sanczo — więc już wolę wyznać, że pan Don Kiszot jest na górze, która się nazywa Czarną Górą i udaje tam waryata.
Rozgadawszy się, giermek nie zataił żadnej przygody rycerza; nareszcie zaczął opowiadać o liście do Dulcynei, który ma jej doręczyć.
— Pokaż-no ten list — odezwał się proboszcz — bardzo ciekawy jestem, co w nim napisane.
Sanczo sięgnął do kieszeni, ale naraz zbladł, zaczął sobie włosy wydzierać i tak się bił sam, jakby także zwarjował.
— Zgubiłem list! zgubiłem wszysto! — krzyczał w niebogłosy.
— Czego desperujesz? — zapytał proboszcz. Rycerz napisze drugi list i Dulcynea dostanie go trochę później. Cóż to szkodzi?
— U mnie w głowie trzy osły, a nie jakaś tam Dulcynea!
— U ciebie w głowie cały tuzin osłów — rzecze cyrulik.
— Nie tuzin, tylko trzy osły, które mi Don Kiszot podarował i zapis dał na nie. Co ja teraz zrobię?!
Proboszcz pocieszał Sancza, że za jego wstawieniem te trzy osły go nie miną. Wtedy giermek opowiedział im jeszcze o wyspie, którą Don Kiszot obiecał zdobyć i oddać mu w zarząd.
Słuchając tych wszystkich niedorzeczności, obaj słuchacze naśmieli się setnie i zaprosili go do zajazdu, żeby się z nim naradzić nad sposobami sprowadzenia Don Kiszota. Gdy jednak Sanczo wzbraniał się wejść do oberży, wynieśli nieco ciepłej strawy dla niego i zaraz puścili się w drogę do swej wioski.
Tam cyrulik w sekrecie przed giermkiem namówił siostrzenicę Don Kiszota, żeby się przebrała w aksamitną, trochę wytartą suknię, którą sobie pożyczyła, twarz osłoniła welonem, cyrulik przyprawił sobie piękną czarną brodę i oboje wyprawili się na górę. Proboszcz i Sanczo podążyli za niemi, aby odszukać Don Kiszota i niby przypadkiem spotkali ich w drodze.
Rozmowny Sanczo wnet się dowiedział, że napotkana para usilnie pragnie widzieć się z błędnym rycerzem, gdyż w ważnej sprawie potrzebuje pomocy jego dzielnej szabli.
— To się szczęśliwie składa, bo i my właśnie jedziemy do błędnego rycerza — rzekł Sanczo.
— A jak się nazywa ten rycerz? — zapytała osłonięta panienka.
— Don Kiszot, rycerz o smutnej postaci.
Och, jak to dobrze! to właśnie ten sam. On mi pomoże odzyskać utracone królestwo.
— Aha, więc nareszcie będę gubernatorem! — pomyślał uradowany Sanczo i dodał głośno.
— Dojeżdżamy do Czarnej Góry, na której teraz mój pan mieszka. Oto właśnie leżą połamane gałęzie, które po drodze rzucałem, żeby trafić, gdy będę wracał. Niech się tu państwo zatrzymają, ja uprzedzę rycerza o waszem przybyciu.
Wkrótce całe towarzystwo otoczyło Don Kiszota, wychudzonego bardziej jeszcze niż zwykle, bo przez parę dni żywił się tylko korzonkami i jagodami, był przytem zmęczony bezsennością, gdyż noce spędzał na rozmyślaniu o pięknej Dulcynei, a także na przypominaniu sobie wszystkich szaleństw, o których czytał niegdyś w swoich książkach.
Osłonięta panienka rzuciła się do stóp rycerza i opowiedziała mu następującą historję.
— Nazywam się królewna Mikomikonu. Moje królestwo Mikomikon jest w krajach murzyńskich. Ojciec mój, Tinacrio, bardzo uczony, przewidział, że wkrótce sam umrze i jego żona, moja matka; ja więc sama, bez opieki zostanę na świecie. O mnie, sierotę, starał się okropny wielkolud, Pandafilando, zwany Posępnym. A że ja nie chciałam go za męża, więc wpadł z wielkiem wojskiem i zagarnął moje państwo. To wszystko przewidział ojciec mój, Tinacrio mądry. Ale za pomocą swej nauki znalazł też dla mnie środek ratunku.
— Znajdziesz w Hiszpanji, powiedział mi, walecznego rycerza, Don Kiszota, którego uprosisz, żeby Pandafilanda pokonał. Uda mu się to niezawodnie. Wtedy znowu zasiądziesz na tronie. Gdyby ten rycerz chciał się z tobą żenić, to mu nie odmówisz i on będzie królem Mikomikonu, a ty królową.
Don Kiszot chciał zaraz na początku rozmowy podnieść klęczącą u nóg jego, ale nie pozwoliła na to, oświadczając, że wstanie wtenczas dopiero, kiedy rycerz o smutnej postaci wysłucha jej prośby i przyrzeknie ją spełnić.
— Chętnie walczyć będę przeciw potwornemu Pandafilandowi — rzekł Don Kiszot — ale na małżeństwo z tobą, urocza królewno, zgodzić się nie mogę, bo sercem mojem włada czarująca Dulcynea z Tobozo.
— Ależ rycerzu — odezwał się Sanczo — Dulcynea jest szkaradna w porównaniu z tą panią. Czy się godzi szczęście odpychać własnemi rękoma?
— Niegodziwcze! niewdzięczniku! — krzyknął Don Kiszot. — O gubernatorstwo ci chodzi. Zrobię cię gubernatorem. Ale zrozumiej, iż miłość dla Dulcynei odziała mnie tą zbroją, podtrzymuje moje męstwo i siłę mojego ramienia. Ażebyś poznał tę siłę i na drugi raz lepiej wiedział, jak mówić o Dulcynei, to masz! masz! masz!
I tak dobrze kilka razy zdzielił Sanczę oszczepem, że biedny giermek upadł. Dopiero królewna Mikomikonu wstawiła się, uspokoiła rozsierdzonego Don Kiszota i tak dalej mówiła.
— Przyjechałam do Hiszpanji z mnóstwem dworzan i znacznemi pieniędzmi. Ale na drodze napadli nas rozbójnicy, kilku dworzan mi zabili, innych poranili i porozpędzali, pieniądze, drogie kamienie i inne kosztowności mi zabrali. Później dopiero dowiedziałam się, że to byli kryminaliści, prowadzeni z wyroku sądu do więzienia i w drodze uwolnieni przez jakiegoś rycerza, który był chyba takim samym zbrodniarzem, jak oni, albo warjatem.
— A to mój pan ich uwolnił — zawołał Sanczo.
— Milcz, mówiłem ci! — krzyknął znowu Don Kiszot. — Ci ludzie byli uciskani, a obowiązkiem jest błędnego rycerza bronić uciskanych. Słucham cię dalej, królewno, przepraszając za mojego giermka.
Mniemana królewna Mikomikonu dowiedziała się o przygodzie z kryminalistami od proboczcza[1] i cyrulika, im zaś opowiedział o niej Sanczo Pansa. Będąc wesołą i dowcipną, skorzystała z tej wiadomości, żeby rycerza kłopotu nabawić i ubawiła się, słysząc, jak wytłómaczył swój postępek. Żart swój posunęła jeszcze dalej.
— Może tu zachodzi pomyłka — powiedziała — może pan nie jesteś tym samym, do którego się wybrałam z takiem niebezpieczeństwem. Ojciec mój powiedział, że rycerz, który ma mnie ocalić, łatwy jest do poznania po brodawce, którą ma na prawej łopatce i z której wyrasta pęk szczeciny jakby u dzika.
— To właśnie tylko mój pan — zawołał Sanczo — ma brodawkę na lewej łopatce.
Don Kiszot już chciał się rozdziewać, żeby obecni mogli sprawdzić tę ważną okoliczność, ale królewna Mikomikonu powiedziała.
— Nie zadawaj sobie trudu, szlachetny rycerzu. Wystarcza mi świadectwo tego poczciwego człowieka i tożsamość imienia i stanu. Więc zwyciężysz, nieustraszony rycerzu, wielkoluda Pandafilando? O, dzięki ci stokrotne!
Chciała Don Kiszota pocałować w rękę, ale grzeczny rycerz nie pozwolił na to i sam jej rękę ucałował. Zaraz też wszyscy wyruszyli w drogę. Królewnie, rycerzowi i giermkowi pilno było do krajów murzyńskich, a proboszcz śpieszył z powrotem do domu.
Wypadek zrządził, że osieł, na którego wsiadł cyrulik, zaczął wierzgać i zrzucać swego jeźdźca na ziemię, przy czem odczepiła się fałszywa broda. Cyrulik ukrył twarz, ażeby nie być poznanym i zaczął głośno jęczeć.
— Nieszczęśliwy, utracił dolną szczękę! — zawołał z ubolewaniem Don Kiszot.
Przytomna królewna Mikomikonu żywo poskoczyła, wyjęła z kieszeni jakąś maść niby, szeptała niezrozumiałe zaklęcia i brodę przyczepiła napowrót.
— Mądra córka mądrego ojca — zauważył Sanczo. — Jakże nam się przyda pomoc takiej królewny w naszem błędnem rycerstwie!

Droga do królestwa Mikomikonu prowadziła jakoś koło znajomej nam oberży, a że już się miało ku wieczorowi i Don Kiszot był senny, więc postanowiono tam przenocować.



Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – proboszcza.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Zbigniew Kamiński, Miguel de Cervantes y Saavedra.