Don Kiszot z la Manczy i jego przygody/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor z Cervantesa streścił Zbigniew Kamiński
Tytuł Don Kiszot z la Manczy i jego przygody
Data wydania 1900
Wydawnictwo Wydawnictwo M. Arcta
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
V.
DON KISZOT ZNAJDUJE SOBIE GIERMKA.

Bezwładny Don Kiszot przeleżał kilka godzin obok swego Rosynanta. Szczęściem znajomy chłop z jego wsi przechodził tamtędy i spostrzegł biedaka. Ulitowawszy się, zeszedł do niego z pomocą, podniósł przyłbicę, rękawem obtarł mu twarz zabłoconą i wtedy dopiero go poznał.

PL Don Kiszot z la Manczy (Kamiński) p0009.jpg

— Kto tak pana urządził, panie szlachcicu? — zapytał ze współczuciem.
Ale Don Kiszot, zamiast odpowiedzieć rozsądnie, zaczął mówić wierszami, które sobie przypomniał z rozmaitych książek rycerskich i chłop nie mógł nic wyrozumieć z tych bredni. Jedno było jasnem, oto, że leżący potrzebował śpiesznej pomocy. Uczynny kmieć zdjął z niego zbroję, zrobił z niej pakunek, nie zapomniawszy podnieść wszystkich trzask z włóczni, postawił konia na nogi i pakunek zarzucił mu na plecy. Potem wsadził Don Kiszota na swego osła i prowadząc oburącz zwierzęta, ruszył ku swojej wiosce.
Jeszcze po drodze chciał się czegoś dopytać. Cóż, kiedy Don Kiszot ciągle prawił nie do rzeczy, aż się chłopu w głowie kotłować zaczęło.
Widząc, że rycerz ma pomieszanie klepki, dobry człowiek rzekł nareszcie:
— Nie jestem ci ja żadnym hrabią ani księciem, jak wielmożny pan we mnie wmawia, tylko gospodarzem z tej samej wsi. Ale że religja każe bliźniemu pomagać w nieszczęściu i że panisko znam oddawna, jako poczciwego człowieka, więc też nie mogłem go minąć i leżącego zostawić bez ratunku.
Zanim wjechali do wioski, chłop stanął i poczekał do zmroku, bo sobie miarkował, że to «nijako będzie pokazać ludziom statecznego człowieka w tak opłakanym stanie». Późnym wieczorem dopiero zapukali do mieszkania Don Kiszota.
Trafili na wielkie zamieszanie i desperację. Gospodyni lamentowała, że pan gdzieś uciekł, bo «pewnikiem te nieszczęśliwe książki przewróciły mu w głowie».
— Od dwóch dni go niema w domu! — wołała, skarżąc się przed proboszczem i cyrulikiem, którzy przyszli po wiadomości o swoim dawnym znajomym. — Zabrał też swego konia i zbroję. Co to z tego wyniknie!
— Całe dnie i noce spędzał nad książkami — skarżyła się siostrzenica — kiedy się naczytał, to brał włócznię i kłuł ściany, aż mu pot strugami ociekał z czoła. Krople potu wydawały mu się krwią, którą przelewał, walcząc z wielkoludami. A kiedy już był zupełnie zmęczony i kiedy go kubkiem świeżej wody orzeźwiłam i uspokoiłam, to wyobrażał sobie, że potężny czarownik przyniósł mu napój orzeźwiający. Czemuż ja, nieszczęśliwa, pierwej nie dałam panom znać o tych napadach?!
— Precz z temi zgubnemi książkami! — zawołał proboszcz. Zniszczyć je trzeba, żeby kto inny jeszcze nie stracił od nich rozumu. Dobra książka to lekarstwo, ale zła jest trucizną.
Wtem rozległo się pukanie. Otwarto drzwi i ujrzano nieszczęsnego rycerza; z radością wszyscy zaczęli go witać, ale Don Kiszot powiedział.
— Dajcie mi pokój; wracam poraniony; zanieście mnie do łóżka. Ale to nie moja wina, tylko mojego konia. Upadek w walce z wielkoludami bardzo mnie osłabił.
— Już i wielkoludy się zjawiły? Jutro spalimy ich wszystkich — mruknął proboszcz, mając na myśli książki.
Ułożono Don Kiszota na łóżku. Szczęściem, oprócz siniaków nie miał najmniejszego zadraśnięcia; nigdzie ani śladu krwi. Wnet też zasnął głęboko. Kiedy nazajutrz rano przyszli proboszcz i cyrulik, Don Kiszot jeszcze się ze snu nie ocknął.
Korzystając ze sposobnej chwili, zabrano się do książek. Znaleziono ich więcej niż sto w komórce, wielkich i małych; niektóre były bardzo pięknie oprawne.
Gospodyni ułożyła na podwórzu przed oknem wielki stos drzewa suchego, zapaliła go i książki kolejno wylatywały przez okno na ogień.
Opróżnioną komórkę pokropiła gospodyni wodą święconą, żeby złe duchy odpędzić, potem sprowadziła murarza i kazała zamurować komórkę. Spodziewano się, że skutkiem tego rycerz powróci teraz do zdrowia.
Don Kiszot obudził się i zaczął hałasować w swoim pokoju, wyobrażając sobie, że walczy jeszcze z potworami i olbrzymami. Sprowadzono znów proboszcza, któremu powiodło się uspokoić go ile tyle i namówić do cierpliwego leżenia w łóżku. Tak spędził Don Kiszot kilka dni, podczas których wypoczął, odzyskał siły i żadnem słówkiem nie wskazywał, że chce nowych przygód szukać.
Kiedy się podniósł nareszcie, pierwsze kroki zwrócił do komórki z książkami.
Patrzy, a tu komórka znikła i znaku nawet niema, gdzie były drzwi.
— Gdzie się podziała komórka? Gdzie są książki? — pyta rozdrażniony.
— Zły czarownik zabrał to wszystko — tłómaczyła mu siostrzenica. — Przyleciał na wielkim smoku i wpadł prosto do komórki. Narobił tam wielkiego łoskotu, a kiedyśmy przybiegły strwożone, już wszystko znikło.
— To mój nieprzyjaciel śmiertelny, ten czarownik. Nienawidzi mnie, bo wie, że ja go pokonam. Czekaj, nie ujdziesz mojej dłoni! — krzyknął gniewnie, zaciskając pięści. Zaniechał jednakże dalszego szukania, widząc, że to do niczego nie doprowadzi.
Mimo to nie zmienił swoich zamysłów. Często usiłował przekonać proboszcza, że niema na świecie powołania tak ważnego i potrzebnego, jak błędne rycerstwo, zapewniał, że choć teraz o błędnych rycerzach trochę zapomniano, ale on przywróci temu stanowi dawną świetność.
Nie chcąc mu się sprzeciwiać, proboszcz słuchał jego dowodzeń cierpliwie.
Inny skutek miały rozmowy Don Kiszota z sąsiadem, chłopem dobrym, ale głupowatym, nazwiskiem Sanczo Pansa. Don Kiszot robił mu wspaniałe obietnice, przyrzekał zdobyć dla niego jaką wyspę, albo nawet królestwo. Sanczo tak się dał obałamucić, że oświadczył gotowość porzucenia żony i dzieci i wyprawienia się w świat z Don Kiszotem, jako jego giermek, czyli sługa rycerski.
Don Kiszotowi brakło już tylko pieniędzy i bielizny. W wielkiej tajemnicy sprzedał część swojego gruntu, inny kawałek wydzierżawił; posiadł tym sposobem dosyć znaczną kwotę. Tak zaopatrzony, kazał Sanczowi Pansie przysposobić się do drogi, wziąć z sobą wszystko, czego potrzebować mogli, a więc zapas jadła i napoju i węzełek z odzieniem.

Przez kilka dni utrzymywali to w tajemnicy, aż jednego wczesnego poranku wyjechali obaj cichaczem, nie pożegnawszy nikogo. Przed wyjazdem Don Kiszot sam naprawił swoją zbroję, poturbowaną w przygodzie z kupcami, i kupił sobie nową włócznię.
Dziwnem się wydawało Don Kiszotowi, że giermek jego jechał na ośle. W żadnej powieści rycerskiej nie czytał o takim wierzchowcu. Potrochu jednak zgodził się na osiełka, obiecując sobie, że gdy zwycięży jakiego niegrzecznego rycerza, to mu zabierze konia i odda giermkowi.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Zbigniew Kamiński, Miguel de Cervantes y Saavedra.