Don Kiszot z la Manczy i jego przygody/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor z Cervantesa streścił Zbigniew Kamiński
Tytuł Don Kiszot z la Manczy i jego przygody
Data wydania 1900
Wydawnictwo Wydawnictwo M. Arcta
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
IV.
RYCERZ POBITY.

Promienie wschodzącego słońca oświetliły szczęśliwego rycerza i odzwierciedlały się w jego tarczy. Serce jego biło zapałem i pragnieniem wielkich czynów; radość omal że nie wysadzała go z siodła. W dobrą porę przypomniała mu się rada gubernatora i zamierzał wrócić do domu, ażeby się zaopatrzyć w pieniądze i rzeczy potrzebne. Również spostrzegł się, że służący rycerski czyli giermek byłby mu także przydatny. Myślał właśnie nad tem, gdy przypomniał sobie, że zna jednego biednego wieśniaka ze swej wioski, który może być szczególnie odpowiedni na ten urząd.
Jadąc z takiemi myślami, usłyszał jęki z poblizkiej gęstwiny. Zwrócił natychmiast konia i ujrzał chłopca przywiązanego do drzewa i obnażonego po pas, wyrostka może piętnastoletniego, którego tęgi chłop nielitościwie rzemieniem smagał.
Don Kiszot pomyślał, że to właśnie jest najlepsza sposobność bronienia niewinności i zawołał do chłopa.
— Ty nikczemny rycerzu bez czci i wiary! Czy tak się postępuje z ludźmi? Czy to godziwie znęcać się nad bezbronnym? Wsiądź na konia, weź włócznię, a ja ci pokażę, że jesteś nędznym tchórzem!
Chłop, wystraszony widokiem jeźdźca, a zwłaszcza jego włóczni, gotowej krew toczyć, miał się już za zgubionego i odpowiedział najgrzeczniej.
— Panie wojaku, ten chłopiec jest moim parobkiem i słusznie karę odbiera. Pasie moje owce tak niedbale, że mi codzień jedna ginie. Kiedy go karcę, on mówi, że to ze skąpstwa, żeby mu należności nie zapłacić. A kłamie, że...
— Ty kłamiesz! — krzyknął Don Kiszot. — Zaraz mi odwiąż chłopca i natychmiast wypłać mu należność, bo inaczej przebiję cię tą włócznią!
Chłop spełnił rozkaz, opuściwszy głowę, i odwiązał parobka. Teraz Don Kiszot zwrócił się do uwolnionego i zapytał, ile mu gospodarz jest winien.
— Za dziewięć miesięcy, po siedm realów na miesiąc — odrzekł parobek.
Chłop spojrzał oszołomiony, a Don Kiszot, policzywszy w myśli, ile to uczyni, rzekł grzmiącym głosem:
— Wypłać mu natychmiast sześćdziesiąt trzy reale, jeśli ci życie miłe.
— Chociażbym zaraz miał paść trupem, to wypłacić nie mogę natychmiast, bo przecie realów z sobą do lasu nie noszę — odpowiedział chłop, a obracając się do parobka, dodał.
— Chodź, Andrzeju, ze mną do domu, to ci zaraz wypłacę wszystko, co ci się należy.
Ale parobczak nie dowierzał tej obietnicy; bał się, że gdy tylko gospodarz zostanie z nim sam na sam, to jeszcze gorzej się z nim obejdzie; nie ruszał się więc z miejsca. Ufniejszy był Don Kiszot. Wziął obietnicę od chłopa, że wypłata zaraz nastąpi i zadowolony odjechał, zagroziwszy swoją zemstą w razie złamania słowa.
Chłop tylko czekał, żeby się rycerz oddalił. Kiedy już znikł mu z oczów, przywiązał parobczaka znowu do drzewa i tak go wychłostał, że chłopak nie mógł ustać na nogach.
Tymczasem Don Kiszot, rad z siebie, przybył na rozstajne drogi i puścił cugle, aby Rosynant wybierał drogę, którędy iść na przygody. Koń pewny był siebie i ruszył z kopyta, kiedy nagle jeździec go wstrzymał.
Zdala podniósł się tuman kurzawy. Zbliżało się kilku jeźdźców, zamożnie wyglądających, a przy nich drugie tyle służby.
Don Kiszot wziął przed siebie tarczę, złożył się włócznią i czekał na drodze w przewidywaniu przygody. Nadjeżdżający byli to spokojni kupcy. Zdziwieni spoglądali po sobie, nie rozumiejąc, z jakiej przyczyny ktoś im drogę zagradza.
Don Kiszot poprawił się na siodle i przemówił do nich wyzywającym tonem.
— Ktokolwiek jesteście, przyznajcie, że Dulcynea z Tobozo przewyższa wszystkie piękności na świecie, albo dowiodę tego wam i całemu światu.
Gromadka jeźdźców zatrzymała się, z drwiącym uśmiechem patrząc na śmiałego bohatera; jeden zaś z nich, w lot chwytając sposobność do żartu, odpowiedział.
— Szlachetny rycerzu, tej osoby żaden z nas nie zna; pokaż ją nam, a jeśli jest naprawdę tak piękna jak głosisz, to wszyscy chętnie przyznamy.
— Jakaż byłaby wasza zasługa? — odparł Don Kiszot. — Właśnie, że nie wiedzieć, a wierzyć, jest zasługą rycerza. Stańcie do rozmowy ze mną, każdy osobno, jak wymagają przepisy rycerstwa, czy też wszyscy razem, jeżeli jesteście tylko lichą zgrają. Czekam was nieustraszony, ufny w słuszność mojej sprawy. Dulcyneo z Tobozo! rycerz twój walczy za ciebie!
— Z drogi! — zawołał zniecierpliwiony mulnik — albo zaraz tu z ciebie miłość wypędzę!
Don Kiszot spiął konia ostrogą i popędził do niego z takim impetem, że mogłoby źle być z mulnikiem, gdyby nie to, że Rosynant w biegu potknął się i upadł. Biedny rycerz w pradziadowskiej zbroi, wyrzucony z siodła, rozciągnął się w sąsiednim rowie jak długi, włócznia i tarcza wypadły mu z rąk, a choć usiłował powstać, nie mógł tego dokazać.
— Stójcie, tchórze, jeśli wam nie brak odwagi! — wołał z ziemi. — Nie ja, lecz koń mój winien, że leżę!
Nagle mulnik pochwycił włócznię nieboraka, złamał ją na kilka kawałków i zaczął niemi okładać leżącego. Z włóczni zostały tylko drzazgi. Po tej doraźnej karze cała gromada odjechała, pozostawiając Don Kiszota leżącego bezwładnie, złorzeczącego i jęczącego. Jeżeli poprzednio wstać nie mógł, teraz jeszcze ciężej mu było ruszać się.

Leżąc, rozmyślał, co też w jego księgach tak bohatersko opisani rycerze robili w podobnych wypadkach?




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Zbigniew Kamiński, Miguel de Cervantes y Saavedra.