Przejdź do zawartości

Dom pracy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł Dom pracy
Pochodzenie Nieśmiertelniki
Wydawca „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o.o.
Wydanie pośmiertne
Data wyd. 1923
Druk Drukarnia A. Gojawiczyńskiego
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


DOM PRACY.

 Obok cmentarza — tak blisko, że ostatnie grobowce zdają się dotykać muru granicznego, stoi duży dom. Jest on wymurowany z takich samych czerwonych cegieł, jak mur cmentarny. Robi to wrażenie, że ci umarli podzielili się swoim dobytkiem z tymi żyjącymi. I tu i tam wielki spokój. Zieleń drzew otula groby i taka sama zieleń drzew otula ten czerwony dom. I tu i tam na frontonie krzyż. I z grobów, tak, jak z tego czerwonego, samotnego domu, wieje czar wielkiej, cichej rezygnacji.
 To — lwowski Dom pracy, założony już od lat 19., mający na celu tępienie żebractwa ulicznego przez udzielanie przytułku i przyzwyczajanie do pracy moralnie i materjalnie podupadłych jednostek ludności Lwowa.
 Obecnie — w prasie warszawskiej panuje zwyczaj napadania na Galicję. Niedawno zrobił ktoś zarzut, że w Galicji nikt nie myśli o czynach pięknych, dobrych, że serce ogółu w Galicji zupełnie umarło i ofiarność nie istnieje.
 Zdaleka nas sądzą i na podstawie kilku sporadycznych wypadków. Gdyby jednak taki fejletonowy sędzia wszedł razem ze mną w próg domu pracy, wiedziałby może, iż sądził źle i zbyt pośpiesznie.
 Od progu bowiem ogarnęłoby go uczucie, iż pod ten dach, jak pod wielkie, roztoczone skrzydło, chroni się najsmutniejsza nędza, bo nędza ludzi starych, nędza ludzi bezsilnych, których jeszcze grób nie chce, a żyć nie mają z czego.
 Czy jest smutniejsza dola, jak takiej starej kobiety, drżącej od osłabienia, wlokącej się w łachmanach, z twarzą, na której łzy wyryły cały poemat bruzd — lub starca kaleki, nieśmiało skradającego się do jadła, na które już zarobić nie potrafi. Bo — jest starość, która jest apoteozą niejako życia. Te babunie srebrnowłose, otoczone wnuczętami, królujące w swych fotelach, uśmiechnięte w obramowaniu śnieżnych koronek czepków — ci dziadkowie, którzy słuchają z pobłażliwym uśmiechem recytowanych powinszowań i są niejako bożyszczami rodzin — to starość szczęśliwa, dostatnia, niemal wesoła. Ale jest starość tragiczna, pełna nędzy, łez, upokorzeń — starość tych, którzy całe życie nie mieli nic swego, lub mieli to swoje tak źle wydzielone, iż stracili je po drodze życia. I wloką się sami — sami i nędzni! Sami na starość! Nędzni na starość! Z oczu, bielmem zaciągniętych, płyną gorące, krwawe łzy, siwa głowa tuli się do zimnej ściany — i starzec jest... głodny.
 Niema chyba straszniejszej nędzy nad taką nędzę, niema straszniejszej nędzy nad taką starczą nędzę...
 A tam w Domu pracy jest takich siwych, smutnych głów przeszło setka. Odziana w czarny habit matka Elżbieta wita mnie u progu. Ja ten habit już znam... Widziałam go niedawno u kołyski podrzutków. To siostry miłosierdzia pod wezwaniem św. Józefa.
 Tam — niedaleko, wyciągają ręce do nędzy, wchodzącej w życie, tu czuwają nad nędzą, schodzącą do grobu. Zaczynamy zwiedzać Dom od kaplicy. Ubożuchna ona, ale ma wdzięk wiejskiego kościoła. U stóp ołtarza kwitnie śnieżna datura, jak kadzielnica, śląc swą czarowną woń pod biedny sufit kapliczki.
 Idziemy po czystych korytarzach. Na prawo, na lewo sypialnie, w których po kilkanaście łóżek, wyciągniętych pod ścianami, jest zasłanych jednakowymi, ciemnymi kocami. Tylko pod niektórymi kocami widnieje tu i ówdzie jakaś poduszka, obciągnięta staranniejszą poszewką, jakaś kołderka. To cały dobytek osobisty staruszek, żyjących w tych murach. Na ścianach, nad łóżkami tu i ówdzie obrazek święty. Także własność osobista. I jest jakiś czar w tych dziecinnych, prawie nieśmiałych jeszcze chęciach posiadania czegoś „swojego“. Z całego przepracowanego życia pozostał się taki obrazek, taki zapas pościeli...
 Oto i pracownie. Pracujące kobiety powstają teraz z ławek, powstają nierówno, bo niektóre są tak stare, tak już bardzo stare, że patrzy się na nie, jak na numizmat, świeżo z ziemi wyjęty, jak na coś już z poza grobu ku nam idące. Jest tych kobiet przeszło siedmdziesiąt. Wszystkie pracują — jeśli to jeszcze pracą nazwać można. Ręce ich drżące, wyschłe, żółte, jak płaty pergaminu, toną w masie dartych piór, jak w puchu śniegowym. Inne kleją torebki, jeszcze inne szyją, naprawiają. Jakaś wysoka, prawie niewidoma staruszka robi na pamięć koronkę z grubej bawełny. Druty migają w jej bezkrwistych palcach.
 — Nauczyłam się jeszcze dawniej, na świecie — mówi cichym głosem — teraz robię to do komży... nie widzę już.. mateczka taka dobra, wzięła mnie tu, inaczej bym zginęła.
 Tyle jest wdzięczności w jej głosie, tyle smutku bezbrzeżnego w tych bezbarwnych oczach, okolonych siatką zmarszczek, że ci, którzy ten dom wznieśli, a których staraniem te wszystkie nad grobem stojące nędze mają dach i strawę, w intonacji takiego głosu mają swą dostateczną zapłatę.
 Bo nie łudźmy się! Ci, którzy są egoistami, ci, którzy ze swego nic dać nie chcą, ci nauczyli się obecnie piorunować na... filantropję. Dawniej nazywało się to egoizmem, a obecnie egoizm ten jest tylko pokryty płaszczem... rozsądkurozsądku. W modę weszło urągać filantropom, to jest tym, którzy dzielą się tem, co mają, z nędzarzami. „To opóźnia erę sprawiedliwości!“ — wołają ci rozumni, trzymając zwykle rękę na pugilaresie; „niech będzie jak najwięcej nędzy — prędzej przyjdzie do katastrofy, która sprowadzi wymiar sprawiedliwości!“ — O! wielcy społecznicy z pełnymi żołądkami, idźcie do Domu pracy, zobaczcie te kilkadziesiąt kobiet siwych, tragicznych w swej nędzy i bezsilności, przytulonych ofiarnością owej filantropji, nakarmionych i opatrzonych ręką zakonnic i ośmielcie się powiedzieć, że takiej nędzy chcecie mieć jak najwięcej, aby nadszedł wymiar sprawiedliwości! Frazesy, kryjące samolubstwo i dbałość o własne kieszenie — nic więcej!

............................................

 Z pracowni kobiet idziemy do pracowni mężczyzn. Błękitno tam od farbki, którą starzy napełniają woreczki papierowe. Tu i tam siedzą przy stole kaleki. W kąciku warsztacik szewski. Skulony staruszek łata i naprawia obuwie swoich towarzyszy.
 Jakiś wyniosły mężczyzna bez nogi, przykrawa papier na woreczki, które inni lepią. Nagle zadźwięczał dzwon. To obiad. Schodzimy do kuchni. Na ziemi już stoją pełne kotły barszczu — staruszki-kucharki gotują się do rozlewania w cynowe ryneczki doskonale przyrządzonej zupy.
 Niedaleko pralnie, pełne praczek. Tu znów — pieką chleb wyborny, pachnący. Do koszyczków rzuca wysoka, zarumieniona siostra, pocięte na cztery części bochenki. Wszędzie praca, cicha, spokojna — ale prawdziwa praca. Każdy z tych starców i staruszek ma swoją książeczkę i tam zapisuje się, co zarobił. Z tego zarobku wydziela się im w miarę potrzeb na ubranie, na tabaczkę. A praca ta nie jest taka drobna. W ubiegłym roku zarobiono tam sześć tysięcy koron. Lecz utrzymanie domu kosztuje dużo. Przytem grunt, — budynek jest własnością „Domu pracy“. Dobrze więc p. hr. Badeniowa, jako przewodnicząca i pp. Ceypek, jako dyrektor, Drexler, jako skarbnik i p. Kirchner — muszą sobie głowy nałamać, aby jakoś w tym domu koło cmentarza nie brakło chleba.
 Ogół zachowuje się dość obojętnie wobec tej ślicznej i tak szlachetnie pojętej instytucji. Ogół się żali, że jest biedny. Prawda — ale zastanówmy się: Czy nie możnaby pogodzić jakoś jednego z drugiem?
 I oto co przyszło mi do głowy — w ogrodzie, otaczającym ten cichy „Dom pracy“, patrzyłam, jak pochyleni nad grzędami starcy, pracowali w słońcu majowem, bladzi i siwi. Co rano wychodzi z „Domu pracy“ siostra i idzie prosić po domach, po sklepach dla „Domu pracy“. Idzie po piętrach i dzwoni wytrwale, — powtarzając swą pokorną prośbę.
 Ale przed nią już dzwoniły i dobijały się do drzwi rozmaite „dziadówki“, włóczęgi, najczęściej najgorsze „dziady“, pijaki, rozpustniki i złodzieje. Tym — sentymentalizm, źle zrozumiany, każe dawać owe centy, chleb, zupę. — Dlaczego? — Wystarczy zaproponować takiej włóczędze, ażeby poszła do „Domu pracy“ — ucieknie i przeklnie jeszcze najcięższemi chorobami za taką propozycję. Otóż, gdyby, kobiety lwowskie solidarnie związały się słowem, że takim włóczęgom nic nigdy nie dadzą, a następnie, gdyby w każdym domu postawiono małe pudełeczko i taki cent, ile razy zjawi się pod progiem „dziadówka“, w to pudełeczko wrzucano! Potem są rozmaite uroczystości rodzinne. Wówczas mimowoli serce zwraca się ku tym najstarszym z rodziny, których srebrne włosy świecą, jak gwiazda w życiowej walce. I wtedy pomyślcie wszyscy o tym czerwonym domu, o tych staruszkach bladych i dziecięcych, o tych starcach kalekach, takich cichych i spokojnych, o tych wszystkich samotnych, którzy koło cmentarza w ciszy i z rezygnacją śmierci oczekują. Niech ci, którym los dał inną, piękną starość, zajmą się w takiej chwili przypomnieniem, a ta zaimprowizowana skarbonka będzie zawsze pełna centowych ofiar, za które w „Domu pracy“ będą wam bardzo wdzięczni. I gdy do drzwi waszego mieszkania zadzwoni nieśmiało czarno odziana siostra i poprosi dla „Domu pracy“ — oddacie jej to, co dawniej służyło na kupowanie kieliszków wódki łotrom i próżniakom. Czy nie można również w sklepach znieść owych piątkowych rozdawań „centów“ — żebrakom, którzy najgorszy z tych pieniędzy robią użytek? Owe centy, oddane do „Domu pracy“, uwolnią od tej procesji włóczęgów, którzy robią sobie formalną rentę z takich centowych, sklepowych datków. Wszak to będzie tylko zamiana, a jeśli chcecie się przekonać, jaka zamiana, to idźcie tam pod cmentarz, gdzie się kończą groby — i wznosi się czerwony dom — tak zwany „Dom pracy“.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.