Dola (Mirandola)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Franciszek Mirandola
Tytuł Dola
Pochodzenie Tropy
Wydawca Czasopismo „Maski“
Data wydania 1919
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron


DOLA.

Wysoko, bardzo wysoko gdzieś, przewracał się po powietrzu, kąpał się w blaskach słońca, nurkował w światłości.
Poddawał ciepłu to plecy, to puszczał promienie po piersiach, to po bokach, ku stopom.
Jakże piecze! Jak zatapia! Jak mocni!
Chciałoby się jedną ręką chwycić, kędyś w tej jaśni utajoną gwiazdę, drugą ręką drugą i tak wydźwignąć się na wyże niezmierne, jak gimnastyk wywija się na drążek.
Albo znów, jak orzeł, skrzydła po ciele położyć i spaść w dół... piorunem spaść... ale dobiegając ziemi, skręcić w bok, minąć ten drobiazg i wpaść, w pokryte jej cieniem otchłanie międzygwiezdne.
Szeroko, tu jest gdzie latać, nie zawadzi o nic, chyba tam niżej chmurę przetnie i znowu wynurzy się człek z oparu, jak księżyc.
Przegiął się grzbietem do słońca i spojrzał w dół.
Zobaczył chmurę, a na niej DOLĘ zadumaną.
Płynęła ku zachodowi, by zastąpić od tamtej strony promieniowi słońca i przed zbytnim żarem zasłonić łan pszenicy.
Miała ciemną, siwą szatę. Siedziała ponura z łokciami na kolanach, głową w dłoni złożoną. Z czoła jej czarne spadały włosy. Palce rąk włożyła w zęby.
Cicha, spokojna, na ciągle zmiennej chmurze twardym obrysowana konturem, trwała, nieprzemijająca pośród rozpływań i skupiań, zatracań kształtów i tworzenia bezustannego — dziwne sprawiała wrażenie. Zdawała się w swej realności, na tle złudy, lotną mgłą, pośród twardych skał rzeczywistości. Obcą się tu wydawała, paradoksalną na własnym terenie, nie na miejscu, tu, skąd rządzić światem nawykła.
Roześmiał się na myśl, ile ma ta Dola dziś do roboty i nagle, w poczuciu swego królewskiego nadmiaru czasu, rozpostarł skrzydła, zamknął oczy i całą siłą rzucił się prosto przed siebie.
Leciał bez pamięci i kierunku. Wichr mu gwizdał zrazu wielki koło uszu, ale potem i on ustał. Nie szarpał go teraz pęd za włosy, zrobiło się cicho, dreszcz nim tylko wstrząsnął zimny i czuł, że skrzydeł nie ma na czem oprzeć.
Mniejsza! Nie odmykał oczu, myślał tylko:
To jest chwila upojenia. Ach tak, to jest upojenie, to sen o wolności...
Ach, jakże się to robi... trzebaby zapamiętać... Mocne skupienie, wnętrzna wola, a rozmach członków sam się wyzwala, w ruch. Ledwo, sobie to uświadomisz, już wichry przeganiasz, wichry lecące w służbie.
To inny lot, po służbie... to przymus...
Rozkosz, to bezkierunkowość.
Im zbaczać z drogi nie wolno, chyba że się roztrzaskają o przeszkodę.
Latać... bez przynagleń, co późnią, bez brzemienia spełniań... to znaczy: latać... być wichrem-włóczęgą pośród wichrów żołnierzy, godzinami nie widzieć ziemi, nie czuć jej pod nogami nawet w wielkiej, ogromnej dali... być wysoko... wysoko, gdzie już nie ma nic do roboty nawet najprawowierniejszy promień słońca... to jest latać...
Strasznie jakoś zimno!
Czuł pod zamkniętemi powiekami, że tonie w ciemni, pod bijącemi skrzydłami brakło powietrza...
Otworzył oczy.
Tkwił w czerni niezmiernej. Niby jarzące się knoty świec pogaszonych, błyszczały czerwono gwiazdy w oddali przeraźnej.
Przewrócił się na wznak, zdrętwiały niemal, a jednocześnie rozkoszą zamrozu objęty w tej bezdennej bezgłosej ciszy.
Chciał nabrać tchu w piersi, a wetchnął pustkę jeno. Krzyknął... nie zaszemrało nawet...
Był gdzieś na krańcach atmosfery, gdzie życie ustające, już form żadnych niema.
I nagle, z czarnej tej pustaci wyjrzała ona, DOLA.
— Czego chcesz? — spytał szeptem — Czegóż się we mnie wpatrujesz, ty czarnowłosa — na nicości pilnująca nicości...?
Znowu mu była onej chwili tak wyraźna, tak materyalna, wśród bezmateryalności otoczenia, że się zdumiał.
Zbliżała się, szła na niego... szła... szła..., jak idą czasem różne rzeczy, gdy się w nie mocno, mocno wpatrywać... Wyłoniła się, jakby ot z tamtej mgławicy błyszczącej, i pędziła, pędziła... Widać było coraz to lepiej owal twarzy na dłoniach opartej, i oczy... Parły go, spychały w dół ku ziemi jak obce, wrogie ciała niebieskie.
Szła przed nią fala wielkiej energii, wiał prąd niewidzialny, zmiatający wszystko z drogi.
— Precz! Precz!
Próbował walczyć, wbił się skrzydłami w rzadkie powietrze, i stanął jej wbrew.
Chwila... i cofnął się, uśliznął, przegrał i pchnięty potężnie, spadł.
Uczuł znów pod skrzydłami ciepłe, gęste, powietrze kręgów przyziemnych.


∗             ∗

— I mówią — prawił stary, że tylko wielka determinacya z nóg ją powalić zdoła... Choć znowu... pamiętam... ha... moiściewy, któż ta odgadnie co lepiej... Jemu, nieborakowi, nie na najlepsze wyszło...
Obciosywał siekierą kawałek drzewa na orczyk i słuchał starych.
Ale, nie wiedział, o co im idzie. Myślał. Myślał, że wszystko, co się rusza na świecie, rusza się za pomału.
Prędzej! Prędzej! Jak wówczas!... Ach!
Sama wola... czuł, samo jeno: „CHCĘ“ ...samo to, miało moc pochłaniania przestrzeni, zbliżania rzeczy odległych usuwania blizkich zjaw.
CHCĘ... i gwizdał koło uszu wiatr...
CHCĘ... i ziemia stawała się małą połyskliwą kulką... Gdzieś, pod nogami znikały niebiosy i czerwieniały gwiazdy najzłotsze.
Mrok zapadł. W stał spostrzegłszy teraz dopiero, że nic nie widzi i że cała robota na nic.
Hej! Na świat! Na świat!
Nagle otworzył drzwi i okroczyć chciał próg. Ale zdążył się jeszcze rozpędzić, dać sobie rozmach. Dlatego nie przewalił się przez coś, co siedziało w drzwiach, szare, w pierwszem spojrzeniu nie do poznania.
Skoczył i zdziwiony obejrzał się zaraz, nie bez trwogi.
Siedziało ich dwoje. Stary wskazywał nań palcem i opowiadał coś kobiecie... kobiecie o czarnych włosach, siedzącej z głową w dłoniach z palcami w ustach... Tak... tak, to znowu ona... — pomyślał — DOLA... a on?...
Strach mu zjeżył włosy na głowie, uciekać począł i stanął dopiero, zmiarkowawszy, że go od nich sto kroków bodaj dzieli.
Obejrzał się w sam czas, by widzieć, że wstają i idą w jego stronę.
Kroczą powoli, a przestrzeni tak szybko ubywa... zauważył, zdrętwiały...
Wokół pusto, nic tylko krzaki. Naraz wydało się, że za każdym skryty stwór jakiś, co go będzie łapał, przytrzymywał...
Kroczą powoli, a coraz są bliżej, coraz bliżej... już jeno sięgnąć ręką... Świecą... by wilcze oczy DOLI... a on?
Starzec; włosy długie, płowe na twarz narzucił... twarzy nie miał żądnej. Wydało się, że szedł tyłem...
I w tem zamaskowaniu taki straszny był, że czuło się, iż życie się urwie, jak nić pajęcza skoro tylko ...on ...zechce...
Szedł. Szli. Prosto na niego.
Serce mu bić przestało... Już nie myślał nic... tylko coś w duszy, jakby obce, wrogie, a dobroczynne zarazem, bo skracające mękę czekanie, wołało ku zbliżającym się: Prędzej! Prędzej!
Ale nie umarł, bo oto oni ulitowali się w ostatniej chwili, skinęli sobie na pożegnanie i naraz rozeszli się w prawo i lewo, skręcając znagła w pola objęte mrokiem.
Dawno ich nie było, nim się odetchnąć ważył.

Szedł z wysiłkiem prąd był wartki.
Minęły czasy górnych jazd, szczęśliwej bezkierunkowości. O nogi biły fale, każdy krok, to zmaganie się bolesne, walka o nieświadome.
Pustać. Roztoką płynie potok, a zadanie... jakiś niewyraźny nakaz:
„Tę oto łódź, bez wioseł, dla kogoś ...pocoś hen... aż do lodowca, skąd płynę, doprowadź!“
Dorosły jestem, czuł tak. To się zwie: Pełnia sił!
Łzy do ócz napłynęły.
Ktoś inny, prędko, w sekundzie z wartkim płynie prądem... może prześpi nawet chwilę podróży... A ty, rób!
Na płaczu cudzym, na łzach płynąć w Jutro? Poco?
Rzeką szedł, co rwała z gór nienazwanych.
Rzeką szedł i cierpiał, biorąc na siebie cały przeciwny prąd i całą świadomość, że to daremne, że kiedyś zostanie spostrzeżone i ustanie, tak a rzecz, zgoła niepotrzebna.
Rzeką szedł w górę i czuł cały żal, że go teraz niema wysoko, wysoko na niebie.
Dorosły jestem, czuł tak. To się zwie: Pełnią sił!
I ledwo tak pomyślał, osłabł rozkosznie i nie mógł walczyć z prądem przeciwnym i nie mógł podnieść nogi.

Zdziwiony był i osłabły, prąd go znosił.
O jakże prędko! Dwa dni temu mijałem ten zakręt... idąc w górę rzeki...
Niosła go woda, tonął i dziwnie mu było:
— Zwyciężam! — myślał... Ginę! — myślał jednocześnie.

Podniósł oczy.
Brzegiem rzeki, pod prąd szła kobieta.
Szła obojętna cicha, szata za nią siwa wiała i włosy czarne płynęły w przeciwnym wietrze.
Głowę na piersi zwiesiła, złożyła ją w obu dłoniach.
Szła pewnie, równo, po płaskim brzegu nie oglądając się wcale.
Gdy ją ujrzał tonący, nabrał sił.
Wbił nogi w grunt, rękami czepił się umykających wodorostów i ruszył naprzód... naprzód... naprzód... z zaciśniętemi zębami... łkaniem, przyczajonem w piersi... naprzód... naprzód... naprzód...


∗             ∗

Był gzyms kamienny stary, ścieżka skalna, niewiadomemi rękami ułożona, dla stóp nieznanych.
Stał, w ręku dzierżąc koniec łańcucha długiego i ciężkiego.
Dorobek — mówili — wieków...
I podać go trzeba tam, naprzeciwko, o kroków sto... włożyć w dłoń, co się wyciągnie...
A jeśli nie? A jeśli tam niema, nikogo?
Domki widział, w dole nizkie jakby, rozpłaszczone... przez kominby zajrzał niemal prosto w garnek...
Pod nogą się głazy chwieją. Powypierały je z oprawy zielska przerozmaite, poruszyły stopy czyjeś...
Ostrożnie... Ostrożnie!
Z dołu, z pod nóg dolata głos dzwonu.
Świat do snu kołyszą te dzwony. Jakże nisko... Jak nizko zlatać muszą z nieba anioły z wiatykiem, do mrących tam w dole...
Na niczem nie możesz oprzeć dłoni. Skała odbiegła daleko, za dziesiątym krokiem... łańcuch ciężki... Spocznę!
Ale w spoczynku jeszcze trudniej... Nie. Ten gzyms, ten kawał drogi trzeba wziąć rozmachem...
Przeklęty kamień... Ślizki gzyms łuku, którego filary niezmierne, wkopane gdzieś na dnie przepaści...
Ach, jakże daleko... Mówili: Nie dalej, jak od jednej myśli, do drugiej... tak mówili...
W drogę! W drogę!
Świat na dole, teraz czerwony. Słońce zachodzi właśnie... ogląda się... Na mnie patrzy... Czuje żal, że nie zobaczy, jak się to skończy... Widowisko niecodzienne...
Hej staruchu! A co się tam stało z ostatnim... z ostat...
Jezus Marya! Nie! Nie sposób... Spocznę!
Drżą nogi. Mówili... wytęż moc chcenia... nie spoglądaj na prawo, nie spoglądaj w lewo... Niema cieniów... nie daj się łudzić cieniom, co zastępują drogę... Ach... jest... jest cień... Wychylił się z za skały... Nie, to ręka się wychyla... ręka... Masz! Bierz!...
Idzie ktoś śmiało po ślizkich głazach z wyciągniętą dłonią.
— Pokaż stygmat!... — wołam.
Idzie, nie słucha...
— Pokaż znak!
Wyciąga dłoń... Niema znaku... A... to ona!
Czego chcesz? Nie dam!... Nie... nie! Precz! Z drogi!
Z poza pleców DOLI wychylił się człek z włosami płowemi na twarzy. Śledził tok walki... krótkotrwałej.
Człowiek z łańcuchem pchnął DOLĘ w pierś. Zachwiała się.
— Precz — krzyknął i wymierzył cios drugi, między oczy.
Wtedy ów przyczajony podniósł rękę do twarzy powoluteńku, drugą podtrzymując padającą od uderzenia DOLĘ.
I wpatrzony w wysłańca, rozchylił na czole włosy.
Ciężki łańcuch uderzył o kamienie i stoczył się w bezdeń przepaści wraz z zmartwiałem ciałem pielgrzyma, wysłanego pracownika JUTRA..., którego poraził ZAMRÓZ-STRACH.


∗             ∗

Otworzył oczy. W szafirowej jakby mgle ujrzał śmigłe filary mostu. Leżał na wznak na łące kwietnej, bezsilny, jakby po ciężkiej chorobie.
Nie bolało go nic. Tylko przy każdym ruchu, przy każdym niemal oddechu, szeptało mu coś: I na cóż! I na cóż!
Wszystko już skończone, załatwione, wyczerpana treść życia... ot wspomnienie jedno, drugie i koniec.
Dawne czasy... Loty dalekie na wszystkie strony, bezobowiązkowe nadzorowanie wszechświata.. Porażenie Strachem...
Od jakichże drobnych rzeczy, pomyślał, zależy Jutro... Od jakichże nikłych ocznych złud...
Nie chciało mu się myśleć. Wodził oczy, a wokoło, po łące, na każdym kwiatku napotkanym dając wypoczywać oczom.
Podniósł wzrok.
Był łuk potężny, od skały do skały, górą gzymsem obrzeżony. Jakieś wpółzatarte na nim widniały rzeźby, końskie nogi wzniesione do skoku, ostrza dzid w rękach wojowników.
Zamykał widać jar głęboki, był jakby bramą doń... tak bramą był.
Potężne skrzydła bramy, zawarte, świeciły ponuro pociemniałemi okuciami spiżu.
Dźwigały się poważnie ku górze.
Wiódł oczyma po wstępującej linii potężnych gwoździ.
Nagle zerwał się. Siadł, przerażone oczy wbijając w półkolistą przestrzeń nad skrzydłami bramy.
Tkwiła tam twarz olbrzymia, ciemna, o wielkich, połyskujących oczach.
Dola złożyła głowę na splecionych rękach, palce włożyła w usta i wpatrywała się cicha, niema w siedzącego.
Teraz dopiero zobaczył, że ona to sama była skrzydliskami bramy, do jaru wiodącej... Suknia jej ciemna opadała w szerokich, płaskich fałdach, suknia siwa, usiana gwiazdami z poczerniałego złota.


I nagle śmigło mu przez głowę, by stoczyć z nią bój.
Pamiętał, że się zachwiała pod jego ciosem wówczas... czuł moc teraz... czuł w sobie nakaz...
Zerwał się i rzucił na zapatrzoną.
Wymierzył cios potężny w jej kolano... i padł na ziemię. Pięść jego nie trafiła na ciało.
Wstał.
U stóp jego leżała siwa suknia Doli... Na trawie zaś, poczwarne jakieś błyszczały kwiaty, czy oczy...
Wpatrzył się w nie...
Rozpływały się wyraźnie zachodziły mgłą, wsiąkały w ziemię...
Gdy tak stał zapatrzony, uczuł nagle, że go ramię czyjeś obejmuje.
Podniósł oczy i ujrzał pochyloną nad sobą twarz anioła ciszy wieczornej.
Anioł podparł silnem ramieniem chwiejącego się z wysiłku walki i przerażenia i rzekł cichym, śpiewnym głosem:
Oto nadszedł czas odpocznienia... chodź pracowniku wierny pożywać wieczerzę po dniu znojnym. Otwarte są ogrody pańskie dla spracowanych na polu jego“.
Uczuł, że na oczy mgła mu spada jakaś przejrzysta, a przez tę mgłę ujrzał, w zamkniętej łukiem przestrzeni długie, nieskończenie długie aleje cyprysowe, ginące gdzieś w pomroce dali.
— Chodź! — powtórzył anioł i poszli.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Franciszek Mirandola.