Doktór Pascal/XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Doktór Pascal
Podtytuł Powieść
Data wydania 1894
Wydawnictwo Red. tyg. "Romans i Powieść"
Druk Drukiem A. Pajewskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Docteur Pascal
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron


XIII.

Klotylda dopiero po śniadaniu około pierwszej odebrała depeszę Pascala. Tego dnia właśnie Maksym okropnie jej dokuczał i co chwila dawał uczuwać z całem okrucieństwem wszystkie kaprysy chorego niewieściucha. Ogółem nie przypadła mu do smaku; jego zdaniem, była ona zbyt wielką prostaczką, a zarazem i za poważną, by go rozweselać; to też teraz zamykał się ciągle z młodą Różą, ową słodziutką blondyneczką, która go zabawiała. Od chwili, gdy go choroba przykuła do łóżka, stracił już ową samolubną wstrzemięźliwość i niewiarę do kobiet, które zjadały mężczyzn. To też, gdy siostra chciała mu oznajmić, iż stryj ją przywołuje do siebie, z trudem wielkim zdołała się do niego dostać, ponieważ właśnie Róża w owej chwili usiłowała go zelektryzować. Natychmiast tedy zgodził się na odjazd Klotyldy a o szybki powrót prosił jedynie przez prostą grzeczność.
Klotylda całe popołudnie pakowała rzeczy.
Zgorączkowana, zaskoczona takiem wezwaniem nagłem, ucieszona myślą o powrocie, nie zastanawiała się nad niczem. I dopiero po obiedzie, po pożegnaniu z bratem, po okropnie długiej podróży fiakrem z Lasku Bulońskiego na dworzec Syoński, gdy już znalazła się sama jedna w przedziale damskim, w nocy, deszczowej i chłodnej, poza Paryżem, uspokoiła się i zaczęła zastanawiać i zarazem niepokoić, co też mogła znaczyć owa depesza krótka, a niespodziewana: „Czekam cię; wyjeżdżaj dzisiaj wieczorem!“ Bezwątpienia była to odpowiedź na jej list, w którym doniosła o swej ciąży. Wiedziała przecież równocześnie, że Pascal życzył sobie jej pobytu w Paryżu, ponieważ sądził, iż zapewnia jej tem szczęście. Dziwiła ją przeto teraz owa zmiana nagła. Oczekiwała listu, który zniewalałby ją do pozostania jeszcze kilka tygodni przy Maksymie i ułożenia spraw wszelkich spokojnie, bez pośpiechu. Czyżby więc choroba skłaniała Pascala do zobaczenia się z nią, natychmiast? Troska ta, raz już zawitawszy do jej serca, ustąpić nie chciała, lecz przeciwnie rozpościerała się coraz to silniej i silniej.
Całą noc deszcz, potop istny, chłostał szyby wagonów, pędzących przez płaszczyzny Boulogne. Ustało to dopiero w Maçon. Po za Lyonem zaczęło już świtać Klotylda zabrała ze sobą listy Pascala; z niecierpliwością tedy oczekiwała na świt poranny, by przyjrzeć się dokładniej jego pismu, które zdawało jej się nieco zmienionem. Istotnie dreszcz wstrząsnął jej ciałem, gdy ujrzała pewną chwiejność ręki a zarazem i pewną nielogiczność w sposobie wyrażania się, czego dawniej nie bywało. Musiał być istotnie chorym, bardzo chorym, teraz już była tego pewną. To też reszta podróży wydawała się jej niemożliwie długą, ponieważ w miarę, jak się zbliżała, czuła, że jej obawy wzrastają. Najgorszem było, że przyjechawszy do Marsylii o wpół do pierwszej, musiała czekać na pociąg do Plassans aż do dwadzieścia minut na czwartą. Trzy godziny przeszło wyczekiwania. Zjadła śniadanie w bufecie kolejowym, a jadła gorączkowo, jak gdyby się bała spóźnić na pociąg; potem przechadzała się po ogrodzie, pełnym pyłu, przesiadała się z ławki na ławkę wśród bladych ciepławych zaledwie promieni słońca, wśród natłoku omnibusów i fiakrów. W końcu pojechała znowu dalej, zatrzymując się co kwadrans na wszystkich małych stacyach. Wychylała co chwila głowę z za firanki, wydawało jej się bowiem, iż już wyjechała stąd co najmniej przed laty dwudziestu, a miejscowości musiały się pozmieniać. Wreszcie, gdy pociąg wyszedł z Sainthe-Marthe, Klotylda wychyliwszy głowę przez okno, doznała niezwykle silnego wzruszenia, spostrzegła bowiem bardzo daleko, na krańcu widnokręgu Soulejadę, z dwoma stuletniemi cyprysami na tarasie, które można było dostrzedz w promieniu mil trzech.
Była już piąta i mrok zapadał. Uderzono w dzwon na stacyi i Klotylda wysiadła. Zaraz atoli na wstępie zdjął ją smutek głęboki, Pascal bowiem nie czekał na nią na dworcu. A właśnie od samego Lyonu powtarzała ciągle: „Jeżeli nie zobaczę go zaraz na dworcu, z pewnością jest chory.“ Być może jednak, iż został w sali lub zamawiał powóz przed dworcem. Pośpiesznie wybiegła, znalazła jednak tylko ojca Durieu, woźnicę, którego zwykle doktór najmował. Starzec, małomówny nie śpieszył z odpowiedzią. Stał przy wózku, prosił o kwit na rzeczy i chciał przede wszystkiem odebrać bagaże. Głosem drżącym Klotylda zapytała powtórnie:
— Wszyscy zdrowi, ojcze Durieu?
— Ależ tak, panienko.
I musiała napierać na niego uporczywie, by wreszcie opowiedział, iż to Martyna wczoraj około szóstej poleciła mu przyjechać na kolej po rzeczy. Ani on, ani nikt inny w mieście doktora nie widział już od dwóch miesięcy. Być może istotnie, skoro tutaj go niema, położył się do łóżka, ponieważ między ludźmi obiegała pogłoska, że podupadł na zdrowiu.
— Niech panienka poczeka, aż odbiorę rzeczy. Zmieści się panienka na ławeczce.
— Nie, ojcze, to będzie długo trwało. Pójdę pieszo.
I szybkim krokiem ruszyła naprzód. Serce biło jej tak gwałtownie, że się formalnie dusiła. Słońce zniknęło po za wzgórzami Sainte-Marthe; szron drobny spadać zaczął z szarego, listopadowego nieba, a w chwili gdy Klotylda skręciła na drogę des Fenouilleres, ujrzała przed sobą, ponownie Soulejadę, której powierzchowność, żałobna, opuszczona, smutna, zmroziła ją, złem przeczuciem.
Ale istny cios ugodził Klotyldę w samo serce, gdy poznała Ramonda, który stał w przedsionku i zdawał się na nią czekać. Istotnie czatował na nią, zszedł na dół, chciał bowiem uratować się od jakiej wielkiej straszliwej katastrofy. Zdążała zdyszana, minęła jawory, potem skierowała się ku źródełku, byle tylko skrócić sobie drogę, aż tutaj raptem, zamiast Pascala, którego wciąż jeszcze spodziewała się ujrzeć, spostrzegła Ramonda. Uważała to za niechybną przepowiednią nieszczęścia. Ramond był bardzo blady i bardzo wzruszony, mimo wszelkich wysiłków, by nad sobą zapanować. Milczał, czekając, aż go Klotylda sama zapyta. Ta znowu dusiła się, lecz nie mówiła ani słowa. I w ten sposób weszli do domu; Ramond zaprowadził ją do jadalni, gdzie ponownie stali kilka minut w milczeniu, patrząc sobie z trwogą w oczy.
— Chory jest, nieprawdaż? — wyjąkała wreszcie Klotylda.
Ramond powtórzył poprostu:
— Tak, chory.
— Domyśliłam się, widząc pana tutaj. Ależ musi być bardzo chory, skoro nie wyszedł naprzeciwko mnie?
I wówczas napierać zaczęła:
— Musi być, bardzo chory, nieprawdaż?
Ramond milczał, lecz pobladł jeszcze bardziej. A Klotylda gdy spojrzała na niego, odgadła śmierć po jego rękach, jeszcze drżących, które tylko co pielęgnowały konającego, po jego obliczu zrozpaczonem, po jego oczach zasmuconych, w których pozostało odbicie agonii, po całem pomięszaniu lekarza, walczącego przez dwanaście godzin napróżno z śmiercią.
I wówczas głosem wielkim krzyknęła:
— Ależ on umarł!
I zachwiawszy się, padła w objęcia Ramonda, który również łkając strasznie, uściskał ją po bratersku. Oboje w uścisku wzajemnym płakali.
Potem Ramond posadził ją na fotelu i mógł już opowiadać:
— To ja wczoraj o wpół do jedenastej telegrafowałem do pani. Był taki szczęśliwy, tak pełen nadziei! Marzył o przyszłości, o roku, dwóch latach życia... A tymczasem dzisiaj rano o czwartej napadł go pierwszy atak; wtedy posłał po mnie. Odrazu jednak przeczuł, iż jest z nim źle. Ale spodziewał się, że przeżyje do szóstej, by panią jeszcze ujrzeć... Choroba jednak rozwijała się zbyt szybko. Opowiadał mi o jej postępach aż do ostatniego tchnienia, minuta za minutą, jak profesor, który robi sekcyą w amfiteatrze. Umarł z pani imieniem na ustach, po bohatersku, z zimną krwią.
Klotylda zrazu chciała biedź i jednym skokiem znaleźć się w pokoju, lecz nie znalazła siły, by powstać z krzesła. Słuchała Ramonda, a łzy toczyły się z oczów bez końca; każde zdanie z owego opowiadania o stoickiej śmierci Pascala rozbrzmiewało w jej sercu i ryło tam głęboko. Przypominała sobie szkaradny dzień odjazdu. Och! powinna była wtedy umrzeć.
Rozpacz jej atoli przybrała jeszcze większe rozmiary, gdy Martyna, która weszła przed chwilą, odezwała się głosem surowym:
— Słusznie panienka płacze, gdyż pan tylko z powodu panienki umarł.
Stara służąca stała wyprostowana, na uboczu, w pobliżu drzwi od kuchni, cierpiąca, zrozpaczona, że jej zabrano i zabito pana; to też ani słówkiem pociechy nie chciała powitać teraz owego dziecka, które sama wychowała. Nie obliczając więc nawet doniosłości swej niedyskrecyi; nie zastanawiając się, czy wywoła żal lub radość, sobie samej sprawiała ulgę, mówiąc wszystko, co wiedziała.
— Tak, jeżeli pan umarł, to tylko dlatego, że panienka odjechała.
Klotylda przygnębiona zdoła jeszcze zaprzeczyć.
— Ależ on sam gniewał się na mnie i zmusił mię do tego.
— Ech! panienka chyba była zaślepiona, że nie widziała jasno... W nocy, poprzedzającej wyjazd, znalazłam pana, na wpół uduszonego ze smutku; u przecież nie pozwolił mi uwiadomić o tem panienki.. Po tem doskonale widziałam, co się działo, od chwili wyjazdu panienki. Co noc powtarzało się to samo, że powstrzymywał się wszelkiemi siłami, byle do panienki nie pisać i przywołać ją, napowrót... Ostatecznie, na to umarł, oto szczera prawda.
Jasno się nagle zrobiło w głowie Klotyldy, acz ta jasność uszczęśliwiała ją i dręczyła równocześnie. Mój Boże, a więc to było prawdą, co przez chwilę odgadywała! A przecież ostatecznie uwierzyła wobec gwałtownego uporu Pascala, że nie kłamał i stanąwszy na rozdrożu między nią i pracą, wybrał poprostu pracę jako uczony, u którego miłość dla wiedzy przezwycięża miłość dla kobiety. A przecież kłaniał i poświęcenie doprowadził aż do zapomnienia o sobie samym, aż do zmiażdżenia na pył własnego istnienia. Traf zaś chciał, iż się omylił, bo własnem życiem nie okupił nawet jej szczęścia.
Klotylda zrozpaczona ponownie zaprzeczyła:
— Ależ jak mogłam wiedzieć?!.. Byłam posłuszną; całą miłość moją zmieniłam w posłuszeństwo.
— Ach! — krzyczała jeszcze Martyna — a ja mogłam odgadnąć, ja!
Ramond uspakajał łagodnie. Wziął przyjaciółkę za ręce, wytłómaczył jej, iż smutek mógł przyspieszyć rozwiązanie fatalne, ale bądźcobądź mistrz już był skazany na śmierć od dłuższego czasu. Cierpiał na chorobę serca od dosyć dawna: zbyt wiele pracy, nieco dziedziczności; a wreszcie cała jego miłość ostatnia i oto biedne serce pękło...
— Wejdźmy na górę — rzekła Klotylda. — Chcę go zobaczyć.
Na piętrze do pokoju, gdzie pozamykano okiennice, mrok nie wtargnął. Dwie gromnice jednym płomieniem paliły się na małym stoliczku u stóp łóżka. Oświecały blaskiem żółtym Pascala wyciągniętego, z nogami przysuniętemi do siebie, z rękoma złożonemi na piersiach. Troskliwie przymknięto mu powieki. Twarz robiła wrażenie uśpionej; była jeszcze sinawa, lecz już spokojna, otoczona kędziorami rozrzuconemi siwych włosów i brody siwej. Umarł zaledwie przed półtorej godzinę. Zaczął się spokój nieskończony, wypoczynek wieczny.
Na ten widok, skoro musiała sobie powiedzieć, iż on już jej nie usłyszy i nie zobaczy; że została samą i pocałuje go po raz ostatni, by wreszcie stracić na zawsze, Klotylda doznała tak wielkiej boleści, że rzuciła się na łóżko, z łkaniem głośnem, — a czułem:
— Och! mistrzu, mistrzu, mistrzu...
I wargi swoje złożyła na jego czole, tak mało jeszcze zastygłem, jeszcze ciepławem, iż przez chwilę doznała uczucia, jak gdyby Pascal ożył dzięki jej pieszczocie, oddawna oczekiwanej. Czyż nie uśmiechnął się w swej skamieniałości, szczęśliwy nareszcie i mogący już umrzeć teraz, skoro poczuł ich oboje przy sobie, ją i dziecko, które ona nosi pod sercem? Potem ustępując rzeczywistości straszliwej, załkała na nowo bez pamięci.
Martyna weszła z lampą i postawiła ją z boku na jednym z rogów kominka. I słyszała, jak Ramond mówił do Klotyldy, zaniepokojony jej wstrząsającą rozpaczą, niebezpieczną przy jej stanie brzemiennym.
— Odprowadzę panią, jeżeli brakuje pani odwagi. Niech pani pamięta, że nie jest pani sama, lecz z drobną, drogą istotą, o której on mówił mi z niesłychaną czułością i uniesieniem radosnem.
Służąca, którą już za dnia dziwiły pewne zdania, zasłyszane przypadkiem, nagle zrozumiała wszystko, choć więc miała wyjść z pokoju, teraz zatrzymała się i słuchała dalej.
Ramond głosem stłumionym ciągnął dalej:
— Klucz od szafy jest pod poduszką i kilka razy mi polecał, bym panią o tem uprzedził... Czy pani wie, co robić?..
Klotylda usiłowała sobie przypomnieć.
— Co mam robić? Z papierami, nieprawdaż... Tak, tak, przypominam sobie. Mam zachować dokumenty, a panu oddać inne rękopisy... Niech pan będzie spokojny, zapanuję nad sobą, będę rozsądną. Ale nie opuszczę go, całą noc przy nim przepędzę, lecz spokojnie, och! przyrzekam panu.
Była tak zbolała, objawiała jednak taką chęć czuwania i zostania przy zwłokach, iż młody lekarz poznał, że nic a nic nie zdoła tutaj przeciwdziałać.
— A więc dobrze! odchodzę, zapewne bowiem oczekują na mnie w domu. Wszystkie formalności, deklaracye, pogrzeb już ja biorę na siebie, niech pani się o nic nie troszczy. Jutro, jak to załatwię przyjdę tutaj.
Uściskał ją i wyszedł. A wówczas odeszła za nim z kolei i Martyna, zamykając za nim na dole drzwi na klucz i biegnąc w noc ciemną.
Teraz w pokoju Klotylda została sama i czuła, że naokoło niej, pod nią dom wśród ciszy wielkiej jest zupełnie pusty. Klotylda pozostała sama z zwłokami Pascala. Przysunęła krzesło do łóżka przy wezgłowiu i siadła tam nieruchoma, sama. Gdy wchodziła do pokoju, zdjęła jedynie kapelusz; potem spostrzegłszy, że ma na rękach rękawiczki, ściągnęła je również. Pozostała przecież w swem okryciu, pełnem kurzu, zebranego przez dwadzieścia godzin jazdy w wagonie. Bezwątpienia ojciec Durieu musiał już oddawna złożyć na dole jej kufry. Lecz ani jej się nie chciało, ani siły nie miała się przebierać, poprostu przybitą była do tego krzesła, na które padła. Jedyny tylko żal, jedyny wyrzut targał jej serce. Dlaczego usłuchała go? Dlaczego zgodziła się jechać? Gdyby była została, miała to przekonanie najgłębsze, że Pascal nie byłby umarł. Takby go była chuchała, tak pieściła, tak leczyła! Co wieczór otoczyłaby go swemi ramiony, by uśpić; ogrzewałaby go całą swą młodością; życie przelewałaby w niego swemi pocałunkami. To jej wina, tak, z własnej winy go straciła Och! jakże była głupią, że go nie odgadła; jakże tchórzliwą, że się nie poświęciła; winną i godną kary, że poszła, kiedy sam zdrowy rozum, nawet wbrew głosowi serca, powinien ją był tutaj zatrzymać jako czułą i uległą poddankę, czuwającą nad swoim królem.
Cisza stała się tak wielką, tak niczem niezakłóconą, że Klotylda odwróciła na chwilę oczy od twarzy Pascala, by się obejrzeć po pokoju. Widziała tutaj tylko zarysy niewyraźne: lampa oświecała matowo lustro wielkiej psyche podobne do tafli srebrnej; a dwie gromnice rzucały dwa płowe płomienie. W tej chwili przypomniała sobie jego listy, krótkie i zimne, i zrozumiała, jak się męczył, gdy w ten sposób taił swą miłość.
Co za siły potrzebował, by spełnić swój projekt zapewnienia jej szczęścia świetnego! I upierał się, by samemu zniknąć, chroniąc ją od jego starości i od jego ubóstwa; marzył, że ona będzie bogatą i zdała od niego będzie używała swoich lat dwudziestu sześciu: było to zupełne zapomnienie o sobie samym, zupełne unicestwienie własnej istoty gwoli miłości ku drugiej istocie. To też odczuwała ona dla niego wdzięczność głęboką i słodką, zmięszaną z rodzajem goryczy gniewnej przeciwko przeznaczeniom losu. Potem nagle przypomniała sobie owe lata szczęśliwe, swoją młodość u jego boku tak dobrą, tak wesołą. Jak to on ją zdobył dla siebie po kłótniach, które ich na czas pewien rozdzieliły, a z jakiem uniesieniem radosnem oddała mu się cała niepodzielnie, żeby zupełnie do niego należeć, skoro tego pożądał! Ten pokój, w którym Pascal stygł obecnie, był jeszcze niemal ciepły i drżał od namiętnych ich nocy miłosnych.
Zegar wydzwonił godzinę siódmą, Klotylda zaś za drżała na ów dźwięk tak lekki wśród owego milczenia wielkiego. Czy kto co powiedział? Oprzytomniała i spojrzała na zegar, który im wydzwonił tyle godzin szczęśliwych. Ten zegar stary miał głosik drżący przyjaciółki długoletniej, głosik, który ich bawił wśród ciemności, kiedy nie spali, w objęciach wzajemnych. Każdy sprzęt teraz nasuwał jej wspomnienia. Z głębi srebrzystej, a bladej wielkiego zwierciadła wyglądać się zdawały postaci ich obojga; postępowały one naprzód, nieuchwytne, niemal zatarte, z uśmiechem wesołym, jak za dni rozkosznych gdy ją prowadził tutaj, by obdarzyć jakimś podarunkiem, klejnotem, który ukrywał już od samego ranka w swym szale obdarowywania. Ileż to się razy uśmieli wesoło na szeslongu, gdy ona się wyciągnęła, a on ją żartobliwie drażnił.
Nawet barwa spłowiała czerwonego obicia, która zwolna przybrała kolor jutrzenki, mówiła jej o ich szeptach miłosnych, o ich nieskończonych pieszczotach. Gdy jednak dźwięk siedmiu uderzeń zegarowych przebrzmiał, uderzeń przeciągłych dla jej serca, zwróciła ponownie oczy na Pascala i na nowo zapomniała o sobie.
Gdy tak znieczulona siedziała, w kilka minut później usłyszała jakieś łkania Leciano szybko; Klotylda poznała babkę Felicytę. Nie ruszyła się przecież z miejsca, nie odezwała się, gdyż. z bólu zupełnie zmartwiała. Martyna w myśl zapewne rozkazu dawno już jej danego, pobiegła do starej pani Rougon oznajmić tejże straszną wiadomość. Ta, z początku zdumiona nagłością katastrofy, następnie wzruszona, przybiegła z oznakami hałaśliwego smutku. Łkała nad zwłokami syna i ściskała Klotyldę, która oddała jej pocałunek jak senna. Od owej chwili jednak ta ostatnia mimo przygnębienia, które ją odosobniało od innych, czuła już niestety, że nie jest samą z powodu kręcenia się po pokojach dwu innych kobiet. Zwłaszcza Felicyta, która ciągle płakała, to wchodziła, to wychodziła na palcach, to porządkowała, to szeptała, to rzucała się na krzesło, by zaraz wstać. A koło godziny dziewiątej chciała koniecznie nakłonić wnuczkę, by choć cokolwiek zjadła. Dwa razy już szeptem nakłaniała ją do tego. I znowu teraz wróciła, by półgłosem prawić:
— Ależ; Klotyldo, moja droga, zapewniam cię, że źle robisz... Trzeba zebrać siły, inaczej nie daleko zajdziesz, powiadam ci...
Ale młoda kobieta głową tylko dała znać, iż odmawia.
— No, widzisz, jadłaś śniadanie w Marsylii, w bufecie, nieprawdaż? Od tej chwili nic nie miałaś w ustach. Czyż to rozsądnie? Wcale się nie zgodzę na to, byś i ty zachorowała, ty także... Martyna ma rosół. Do tego przyrządzi kurę... Zejdź na dół i zjedz choć kawałek, jeden kawałeczek, a ja tutaj tymczasem zostanę.
Klotylda znowu tylko gestem odmówiła. Wreszcie mruknęła:
— Błagam cię, babciu pozostaw mię w spokoju... Nie mogłabym, udusiłabym się.
I zamilkła znowu. A przecież nie spała, jeno oczy otworzywszy szeroko, wpatrywała się uporczywie w twarz Pascala. Godzinami całemi ani się nie ruszyła, wyprostowana, nieruchoma, jakby nieprzytomna, ciągle patrząca na zmarłego. O dziesiątej usłyszała jakiś szmer: to Martyna przyniosła drugą lampę. Około jedenastej Felicyta, czuwająca dotychczas w fotelu, objawiła niepokój, wyszła z pokoju, potem wróciła ponownie. Od tej chwili wchodzono i wychodzono; jakaś atmosfera zniecierpliwienia zaczęła otaczać Klotyldę ze strony dwu innych kobiet, a ta wciąż czuwała z oczyma szeroko rozwartemi. Północ wybiła, a pod czaszką Klotyldy ciągle tylko jedna myśl uporczywie się kołatała: dlaczego ona go posłuchała? Gdyby została, ogrzewałaby go całym ogniem swej młodości i żyłby do tej pory! Dopiero koło godziny pierwszej mroczyć się jej zaczęło w głowie, zmora ją dusiła i wpadła w sen głęboki, zmęczona podróżą i rozpaczą.
Kiedy Martyna oznajmiła starej pani Rougon śmierć nieoczekiwaną syna, ta, mimo wzruszenia i boleści, wydała okrzyk gniewu. Jakto! Pascal, nawet umierając, nie chciał jej zobaczyć i kazał przysięgać służącej, iż jej, matki o tem nie uprzedzi! Ależ to ją zraniło do krwi, jak gdyby spory, które trwały między nimi przez życie całe, miały się teraz i po jego śmierci nie skończyć. Potem ubrała się szybko, a kiedy biegła do Soulejady, myśl o strasznych dokumentach, o tych rękopismach, napełniających szafę, przejęła ją gniewem straszliwym. Teraz po śmierci wuja Macquarta i ciotki Didy nie obawiała się tego, co zawsze nazywała hańbą w Tuletes, a i zniknięcie biednego, małego Karolka usunęło jedno z najniemilszych dla rodziny wspomnień. Pozostały więc tylko dokumenty, owe straszne dokumenty, grożące zniszczeniem tej tryumfalnej legendy o Rougonach, którą ona przez całe życie budowała i strzegła na starość, poświęcając energię, spryt, siły. Od wielu lat zatem czyhała na owe dokumenty i nigdy nie zaprzestawała walki, nawet wtedy, gdy sądzono, że już o nich zapomniała. Ach! gdyby mogła je wreszcie zdobyć i zniszczyć! Byłoby to ostatecznem wymazaniem przeszłości, chwałą dla całej rodziny, uwolnieniem tej ostatniej od wszelkich niebezpieczeństw, ostateczną przewagą kłamstwa, przez nią wymyślonego, nad dziejami prawdziwemi! I już w duchu widziała siebie samą, jak przechodzi przez wszystkie trzy dzielnice w Plassans, witana przez wszystkich, niby królowa, z godnością nosząca żałobę po obalonem cesarstwie. Jak tylko więc Martyna powiadomiła ją, że jest tam Klotylda, przyśpieszyła jeszcze kroku, bojąc się, by nie przybyła do Soulejady za późno.
Znalazłszy się atoli w domu, Felicyta nabrała otuchy. Nic znowu nie nagliła; miała noc całą do rozporządzenia. Chciała przecież mieć po swojej stronie Martynę, wiedziała zaś doskonale, że ta kobieta prosta, fanatycznie pobożna, jednemu hasłu nigdy nie zdoła się oprzeć. To też, gdy zeszła na dół, by zobaczyć, jak Martyna przyprawiła kurę, zaczęła udawać, iż smuci ją niezmiernie myśl, że syn jej umarł, nie pogodziwszy się z Kościołem. Wypytywała służącą o szczegóły. Ta znowu rozpaczliwie potrząsała głową: nie! nie było księdza; pan nawet się nie przeżegnał. Ona tylko uklęknąwszy, odmawiała modlitwy za konających, co, rzecz pewna, nie wystarcza do zbawienia duszy. A przecież modliła się z takim zapałem, by pan z łaski Boskiej dostał się do nieba.
Felicyta, wpatrując się w kurę, z miną niby to roztargnioną, zaczęła głosem stłumionym:
— Ach! biedna Martyno! Do nieba nie dostanie się ten nieszczęśliwy, gdyż najbardziej będą mu szkodziły owe papiery, które pozostawił po sobie w szafie. Nie rozumiem, jak jeszcze piorun z nieba nie spadł na te papiery, aby je spalić. Jeżeli dozwoli się na ich wyniesienie stąd, będzie to zaraza istna, hańba i potępienie piekielne na wieki wieków.
Martyna pobladła.
— A więc zdaniem pani zniszczenie papierów — to dobry uczynek, który odkupi duszę pana?
— Boże wielki, ależ tak, tak!.. Gdybyśmy miały te papierzyska szkaradne, natychmiast wrzuciłabym je w ogień. Samemi temi rękopismami w ogniu mogłabyś przyrządzić trzy kury.
Służąca krzątała się dalej koło potrawy, równocześnie przecież się zastanawiała:
— Tylko, że ich nie mamy... Słyszałam jednak rozmowę, którą pani powtórzę... Było to wtedy, jak panna Klotylda weszła do pokoju. Doktór Ramond spytał się jej, czy pamięta o poleceniach, otrzymanych, bezwątpienia, przed wyjazdem; a ona odrzekła, że pamięta, i sama zachowa dokumenta, jemu zaś odda wszystkie inne rękopismy.
Felicyta, drżąca cała, nie zdołała ukryć niepokoju. Widziała, że papiery już się jej wymykają; życzyła sobie bowiem zdobyć nie tylko dokumenta, lecz wszystkie rękopismy co do jednego, całe to dzieło nieznane i tajemnicze, które wzbudziłoby skandal niesłychany według jej mieszczańskich, pełnych zarozumiałości zapatrywań.
— Ależ trzeba działać! — krzyknęła — jeszcze tej nocy trzeba przystąpić do dzieła! Już jutro może być zapóźno.
— Och! wiem doskonale, gdzie się znajduje klucz od szafy — szepnęła Martyna półgłosem — Doktór powiedział panience.
Felicyta natychmiast nadstawiła uszy.
— Klucz, a gdzież jest?
— Pod poduszką, na której pan leży.
Tu mimo ognia, który płonął żywo, jakiś dreszcz zimny wstrząsnął obydwoma staremi kobietami. Umilkły one teraz i tylko słychać było kapanie tłustości, ściekającej z kury w podstawioną ryneczkę.
Pani Rougon zjadła obiad sama jedna możliwie szybko i natychmiast razem z Martyną weszły na górę.
Teraz, jakkolwiek już więcej nie zamieniły ze sobą ani słowa jednego, rozumiały się wybornie; było postanowionem, iż zdobędą papiery, zanim dzień zaświta, i to mniejsza o środki, tudzież sposoby. Najprostszy sposób zasadzał się na wyciągnięciu klucza z pod poduszki. Niema wątpliwości, że Klotylda ostatecznie uśnie: wyglądała na zmęczoną, ulegnie więc owemu zmęczeniu. Cała sztuka zależała na czekaniu. Zaczęły zatem szpiegować, włóczyć się z pokoju do pracowni i z pracowni do pokoju, by upatrywać, czy się już wreszcie nie przymknęły wielkie, a nieruchome oczy młodej kobiety. Wciąż jedna z nich chodziła na zwiady, podczas gdy druga siedziała niecierpliwie w pracowni, oświetlonej lampą. Przeciągnęło się to kwandrans za kwandrausem aż do północy7. Oczy, pełne rozpaczy bezdennej i smutku? nie chciały się przymknąć. Nieco przed północą Felicyta usiadła w fotelu, u stóp łóżka, postanowiwszy tak długo nie ruszyć się z miejsca, aż wnuczka zaśnie. Odtąd nie spuszczała z niej już oka i wściekała się na widok, iż ta zaledwie może powstrzymać się od snu, a przecież nie zasypia, chcąc uporczywie czuwać przy zwłokach. Doszło nawet do tego, że ją samą sen zwolna począł rozmarzać. Zrozpaczona, już nie mogła dłużej tam wysiedzieć. Poszukała tedy na nowo Martyny.
— To bezużyteczne; ona nie zaśnie — rzekła głosem przytłumionym i drżącym. — Trzeba wymyśleć coś innego...
Wnet wpadła na myśl wyłamania szafy. Stare przecież skrzydła dębowe okazały się nienaruszalnemi; stare zawiasy trzymały dzielnie. Czem zresztą wyłamać zamek? pamiętać nadto było trzeba, że to wszystko sprawiłoby hałas niesłychany, który doleciałby bez wątpienia i do pokoju sąsiedniego.
Tymczasem stanęła przed szafą szeroką, obmacywała ją rękoma i wyszukiwała miejsc słabszych.
— Ach! gdybym miała dłuto!..
Martyna, mniej zapalczywa, przerwała jej okrzykiem:
— Och! nie, nie, proszę pani, schwytanoby nas na gorącym uczynku!.. Lepiej jeszcze poczekać, może panienka zaśnie!
Zawróciła do pokoju, stąpając na palcach i przyszła natychmiast z powrotem:
— Ależ tak, ona śpi!.. Oczy ma zamknięte i oddycha bardzo spokojnie.
Wówczas obie ruszyły ją zobaczyć, niemal nie śmiejąc oddychać i niesłychanie troskliwie starając się o to, by ani razu nie skrzypnęła podłoga. Klotylda istotnie usnęła, a sen jej wydał się tak twardym, iż obie stare kobiety nabrały odwagi. Bały się przecież obudzić ją lada muśnięciem, co mogło łatwo nastąpić, gdyż Klotylda siedziała tuż przy samem łóżku. Czuły zarazem, iż był to rodzaj świętokradztwa strasznego wsuwać rękę pod poduszkę zmarłego i poprostu go okradać. Czyż należało zakłócać jego spoczynek; czy nie wskrzesi go takie wstrząśnienie? Obie aż zbladły na myśl podobną.
Felicyta posunęła się już naprzód z ręką, wyciągniętą. Cofnęła się przecież.
— Jestem za mała — wybełkotała. — Sprobój ty teraz, Martyno.
Z kolei zatem służąca zbliżyła się do łóżka. Porwały ją jednak takie dreszcze, że zaraz musiała się cofnąć, inaczej z pewnością by upadła.
— Nie, nie mogę. Zdaje mi się, że pan otworzy oczy.
I obie drżące, pomięszane stały jeszcze przez chwilę w pokoju, wśród ciszy zupełnej, wobec majestatu śmierci, twarz w twarz z Pascalem znieruchomionym na zawsze i Klotyldą unicestwioną pod ciężarem swego wdowieństwa. Być może, iż szlachetność życia, poświęconego pracy, tryskała z tej głowy milczącej, która całym ciężarem strzegła swego dzieła. Ogień gromnic wydawał się bardzo bladym. Dreszcz obawy świętej wstrząsnął nimi i wypędził je z pokoju.
Felicyta, taka dzielna, która dawniej nawet i przed krwią się nie cofała, teraz uciekła, jakby ją kto ścigał.
— Chodź, chodź, Martyno! Znajdziemy co innego, poszukamy dłuta.
W sali odetchnęły. Służąca przypomniała sobie wówczas, iż klucz od biurka musi leżeć na stoliczku nocnym pana, widziała go tam bowiem wczoraj w chwili ataku. Poszły zobaczyć. Matka nie odczuwając żadnych skrupułów, otworzyła ów sprzęt. Znalazła atoli jedynie pięć tysięcy franków, to też zostawiła je w spokoju, ponieważ pieniądze nic a nic jej nie obchodziły. Napróżno szukała Drzewa Archeologicznego, o którem wiedziała, że zazwyczaj tam właśnie leżało. Ach! jakże chętnie od niego zaczęłaby dzieło zniszczenia! Leżało ono tymczasem na biurku doktora w sali, a Felicyta nie mogła go znaleść, ponieważ uniesienie i gorączka kazały jej przetrząsać sprzęty pozamykane, a nie zostawiły na tyle krwi zimnej, by metodycznie przeszukała wszystko naokoło siebie.
Poprzedni zamiar sprowadził ją z powrotem do sali, na nowo stanęła przy szafie, mierząc ją okiem i rzucając pożądliwe spojrzenia. Mimo swego małego wzrostu, mimo lat ośmdziesięciu z górą, uniesiona żądzą czynu, dawała dowody siły niezwykłej.
— Ach! — powtarzała — gdybym tylko miała dłuto!
I na nowo szukała jakiej szczeliny w owym kolosie, szpary, gdzie mogłaby włożyć palce, by szafę rozsadzić. Obmyśli wała plan ataku, marzyła o czynie gwałtownym, potem zaś pragnęła wynaleść jakiś fortel, który otworzyłby im szafę z łatwością.
Nagle wzrok jej się rozjaśnił, znalazła, czego szukała.
— Moja Martyno, wszak prawda, że jedno skrzydło szafy przytrzymuje haczyk?
— Tak, proszę pani, wchodzi w obrączkę, przybitą do półki środkowej... Och! proszę popatrzyć, znajduje się mniej więcej na wysokości tej listewki.
Felicyta gestem wyraziła przekonanie o zwycięstwie.
— Masz zapewne świder, wielki świder?.. Daj mi go zaraz!
Martyna szybkim krokiem zbiegła do kuchni i wnet przyniosła żądane narzędzie.
— W ten sposób, widzisz, nie zrobimy żadnego hałasu — podjęła staruszka, zabierając się do roboty.
Z energią niezwykłą, której niktby nie podejrzywał w owych rękach wyschniętych wiekiem samym, przytknęła świder i zaczęła wiercić w punkcie, wskazanym przez służącą. Ale pierwszy otwór wypadł za nisko, żelazo weszło następnie w półkę. Drugi otwór doprowadził wprost do żelaznego haczyka, co znowu było zbyt dobrze, bo za blisko. Ale Felicyta wierciła ciągle, to na prawo, to na lewo, aż wreszcie, wciąż samym posługując się świdrem, zdołała wysunąć haczyk z kółka. Języczek wysunął się z zamku, a oba skrzydła się otworzyły.
— Nareszcie! — krzyknęła Felicyta, uniesiona radością nadmierną.
Potem niespokojna, stanęła nieruchoma, z uchem nadstawionem w stronę pokoju, w obawie, czy nie zbudziła Klotyldy. Ale cały dom spał, pogrążony w milczeniu i ciemnościach. Z pokoju bił jedynie majestat śmierci i dolatywało tykanie czyste zegara, który tylko co właśnie raz jeden uderzył, bijąc godzinę pierwszą po północy. A szafa była otwarta na oścież, szeroka, ukazując na swych trzech półkach stosy papierów, których było tam pełno. I wówczas Felicyta rzuciła się ku niej, rozpoczynając dzieło zniszczenia, wśród cieni poświęcanych nocy, niedaleko owych zwłok zastygłych.
— Nakoniec! — powtarzała półgłosem — od lat trzydziestu pragnęłam tego i na to czekałam!.. Spieszmy się, spieszmy, Martyno! pomagaj mi!
I już przysunęła wysokie krzesło, stojące zazwyczaj przy pulpicie, i weszła na niego, by zająć nasamprzód papiery z półki górnej, ponieważ przypomniała sobie, że dokumenty tam się właśnie znajdują. Zdziwiła się przecież mocno, ponieważ nie zoczyła tek z grubej tektury błękitnej; były tam jedynie grube rękopismy, dzieła już skończone, a jeszcze przez doktora nie ogłoszone, prace wartości niesłychanej, wszystkie jego poszukiwania, wszystkie odkrycia, cały pomnik jego przyszłej sławy, który zapisał Ramondowi, by ten się nim starannie zajął. Bezwątpienia, na kilka dni przed śmiercią, powodowany myślą, że dokumenta znajdują się w niebezpieczeństwie, nikt zaś na świecie nie ośmieliłby się zniszczyć innych jego dzieł, poukładał owe papiery zupełnie odmiennie, by w błąd wprowadzić tych, którzy chcieliby je wynaleść.
— Ach! tem gorzej! — mruknęła Felicyta — musimy zabrać w takim razie wszystko, jeżeli chcemy dojść do celu... Skoro już dotarłam do tego, zniszczmy wszystko!.. Martyno, masz tutaj, trzymaj!
I oczyściła półkę zabierając jeden rękopism po drugim, by je rzucać w objęcia służącej, która układała je niemal bez szmeru na stole. Wnet wszystko zabrano z półki; Felicyta zeskoczyła z krzesła.
— W ogień! w ogień! Ostatecznie znajdziemy i wszystkie inne; znajdziemy i to, czego szukam... W ogień! w ogień! Nasamprzód te tutaj! Wszystko w ogień! nawet skrawki papieru, nawet notatki nieczytelne, jeżeli chcemy być pewne, żeśmy zło zdusiły stanowczo.
Ona sama, fanatyczka rozgniewana, nienawidząca prawdy, pragnąca zniszczyć świadectwa wiedzy, rozdarła pierwszą kartę rękopismu, zapaliła przy lampie i wrzuciła ów palący się okrawek w wielki komin, w którym nie palono, być może, od lat dwudziestu; następnie zaś podsycała ów ogień, rzucając po kawałku resztę rękopismu. Służąca zdecydowana, wzorem Felicyty, przybiegła jej z pomocą i darła oraz paliła kartkę po kartce jakiś inny manuskrypt.
Od tej chwili ogień już nie ustawał ani na sekundę; wysoki komin zapełnił się ogniem, który co chwila coraz to silniejszemi płynął błyskawicami, ile razy nowe papiery wpadły między zgliszcza dawnych. Co chwila też rosła kupa popiołu, oraz stos listków papieru, spalonych na węgiel. Robota owa jednak przeciągnęła się zbyt długo, rzucano bowiem zbyt dużo naraz papierów, te znowu się nie zapalały, trzeba je było posuwać, przewracać szczypcami i czekać aż się zapalą, by dopiero wtedy rzucać następne. Ale wnet nabrały wprawy i robota szła w szybkiem tempie.
Felicyta w pośpiechu gorączkowym, chcąc wziąć nowy stos papierów, potknęła się o fotel.
— Och! niech się pani strzeże! — szepnęła Martyna. — Gdyby nas złapano!
— A któż taki mógłby to uczynić? Klotylda? Ech! biedna dziewczyna śpi zbyt mocno!... A gdy przyjdzie wówczas, kiedy już wszystko będzie skończonem, kpię sobie z jej gniewów!.. Bądź spokojną! Nie będę się ukrywała, zostawię szafę próżną i otwartą; powiem głośno, że to ja właśnie oczyściłam dom.. Ach! mój Boże, będę sobie kpiła z wszystkiego, gdy nie pozostanie ani jednego wiersza tych piśmideł.
Prawie przez dwie godziny ogień w kominku nie gasnął. Obie kobiety przysunęły się do szafy, opróżniły dwie inne półki tak, iż pozostał sam spód, zarzucony stosem zmięszanych pospołu, a bez ładu notatek. Rozpalone ciepłem tego ognia, spocone i zdyszane, zapadły w jakąś gorączkę zniszczenia. Przykucnęły, poczerniły sobie ręce, rozrzucając resztki źle spalone; gestykulowały gwałtownie, rozrzuciwszy na wszystkie stronę swoje siwe włosy. Był to jakiś rodzaj męczeństwa świętego, całopalenie myśli pisanej na placu publicznym, wobec wszystkich, zniszczenia świata prawdy i nadziei. A wielką jasność rozlewaną dokoła przez lampę, zaciemniały niekiedy cienie obu kręcących się po dyabelsku kobiet.
I gdy Felicyta chciała opróżnić spód szafy, by spalić nawet owe bezładne notatki, nagle wydała stłumiony okrzyk tryumfu:
— Ach! to one:.. W ogień, w ogień!
A więc ostatecznie odkryła dokumenta. Doktór ukrył owe teki błękitne na samym tyle szafy pod nawałem notatek. Wtedy u Felicyty gorączka zniszczenia doszła do szczytu; jakaś wściekłość ją porwała; obu rękoma porywała stosy dokumentów i rzucała w ogień!
Służąca jednak się zaniepokoiła.
— Ależ ostrożnie, proszę pani! Cały dom może się zapalić... Czy pani nie słyszy tego huku?
— Ach! cóż to znaczy w porównaniu z tem, jak to wszystko się doskonale pali! Ach, jak się one wybornie palą, jak się palą!. To tak ładnie wygląda! Jeszcze trzy, jeszcze dwa, jeszcze jeden! I oto wszystkie się palą!
Śmiała się wesoło, zapominając o wszystkiem. Huk, spowodowany ogniem, był straszliwy; jeszcze się tak nigdy w kominku nie paliło. To ją podniecało, podczas gdy służąca, straciwszy poprostu głowę, zaczęła krzyczeć i biegać po pokoju.
Klotylda spała u boku zmarłego Pascala, wśród ciszy zupełnej. Jedynie tylko lekkie uderzenie zegara, bijącego godzinę trzecią, przerwały ową pustkę. Gromnice paliły się płomieniem nieruchomym; ani powiew lekki nie wstrząsnął powietrzem. A przecież mimo snu głębokiego bez żadnych marzeń, posłyszała ów tumult, rosnący szybko niby zmora. Z początku, kiedy otworzyła oczy, nic nie pojmowała. Gdzie była? dlaczego taki ciężar niezmierny przygniatał jej serce? Wreszcie poczucie rzeczywistości wróciło: spostrzegła zwłoki Pascala, posłyszała krzyki Martyny w sali; skoczyła więc tam, przestraszona, chcąc się dowiedzieć, co zaszło.
Już na progu Klotylda aż zanadto jasno pojęła, co się stało, jakiego tutaj dopuszczono się łupiestwa: wielka szafa była na rozcież otwartą i zupełnie pustą; Martynę niemal do szaleństwa przywiodła myśl o pożarze; babka Felicyta promieniała z zadowolenia, wpychając nogą resztki papierów w dogasający ogień. Dym i popiół przepełniał salę gdzie zapanowała skutkiem tego duszność nie do zniesienia.
I wówczas z ust jej wydarł się taki sam okrzyk, jak Pascalowi wtedy, gdy owej nocy burzliwej przyłapał ją właśnie na kradzieży papierów.
— Złodziejki! morderczynie!
Natychmiast skoczyła do kominka i mimo płomieni gwałtownych, mimo spadających kawałków palącego się papieru narażając się na niebezpieczeństwo zapalenia sobie włosów i spalenia rąk, wygarnęła z kominka kartki jeszcze nie spalone, by je odważnie zagasić, przyciskając do własnego ciała. Ale pozostało już bardzo mało, same resztki; nie ocalała ani jedna kartka nieuszkodzona; nawet szczypty nie było prac olbrzymich, tego dzieła wytrwałego, dokonywanego przez życie całe, które ogień zniszczył w przeciągu dwu godzin. I gniew jej wzrósł; oburzenie wzniosło się do zenitu.
— Jesteście złodziejkami, morderczyniami! Dopuściłyście się morderstwa szpetnego! Sprofanowałyście śmierć, zabiłyście myśl, zabiłyście geniusz!
Stara pani Rougon nie ulękła się. Przeciwnie wysunęła się naprzód, bez wyrzutów sumienia, z głową wysoko podniesioną, by bronić wyroku, wydanego przez siebie i wykonanego.
— Czy to do mnie tak się odzywasz? Do swojej babki?.. Postąpiłam tak, jak powinnam była postąpić; zrobiłam to, co ty niegdyś chciałaś zrobić z nami do współki.
— Poprzednio uwiodłyście mię i zgorączkowały! Ale od tego czasu żyłam, kochałam, zrozumiałam.. Następnie zaś było to dziedzictwo święte, oddane mi do obrony, ostatnia myśl umierającego; to, co zostało po wielkim umyśle; to, co powinnam była oddać ogółowi... Tak, jesteś moją babką, lecz równocześnie pamiętaj, iż spaliłaś własnego syna!
— Co, spaliłam Pascala dlatego, że spaliłam jego rękopismy! — krzyknęła Felicyta. — Ech! spaliłabym całe miasto, gdy tem trzeba było ocalić dobro imię naszej rodziny.
Wysuwała się wciąż naprzód, usposobiona do sprzeczki, upojona zwycięstwem; Klotylda zaś, która złożyła na stole zczerniałe ułomki, uratowane przez siebie, teraz zasłoniła je własnem ciałem z obawy, by babka ponownie nie wrzuciła ich w płomienie. Ale Felicyta już niemi gardziła, już nie troszczyła się o ogień w kominku, na szczęście wygasający sam przez się, podczas gdy Martyna łopatką dusiła zgliszcza i ostatnie płomyki palących się popiołów.
— Wiesz przecież o tem doskonale — ciągnęła dalej staruszka, której mała postać zdawała się rosnąć iż posiadam jedną tylko żądzę, jedną tylko ambicyę. szczęście i władzę naszych. Walczyłam, czuwałam przez życie całe; żyłam i żyję tak długo jedynie dlatego, że tłumiłam wszystkie opowieści szpetne i pozostawienia po nas legendy, pełnej chwały... Tak, nie rozpaczałam nigdy, nigdy broni nie porzucałam, byłam gotową do korzystania z okoliczności choćby najmniejszych... I wszystko, czego chciałam, zdołałam dokonać, ponieważ umiałam czekać.
Tutaj gestem wspaniałym wskazała na szafę pustą, na kominek, gdzie dogasały iskierki.
— Teraz wszystko skończone; sława nasza uratowana; te wstrętne papiery nie będą nas mogły w przyszłości oskarżyć; żadne niebezpieczeństwo już mi nie grozi.. Rougonowie tryumfują.
Klotylda, straciwszy głowę ręką dała jej znak, aby się czemprędzej wynosiła z domu. Ale Felicyta już i tak wychodziła dobrowolnie, poszła do kuchni umyć swoje ręce uczernione i uczesać włosy. Służąca chciała iść w jej ślady, gdy nagle obracając się, ujrzała, że młoda pani przywołuje ją do siebie. Powróciła tedy.
— O! co do mnie, proszę panienki, wyjeżdżam pojutrze, jak tylko pana pochowają.
Nastało milczenie.
— Ależ ja ciebie, Martyno, nie wypędzam, boć wiem, iż nie ty jesteś najwinniejszą... Oto trzydzieści lat żyjesz już w tym domu. Pozostań ze mną. pozostań!
Stara służąca potrząsnęła głową siwą i pobladła:
— Nie, służyłam tylko panu i nikomu po panu już nie będę służyła.
— Ależ mnie!
Martyna podniosła oczy i popatrzyła twarz w twarz na tę młodą kobietę ongi ukochaną panienkę, w jej oczach rosnącą:
— Pani, och! nie!
Klotylda zakłopotała się, chciała mówić o dziecku, które nosiła pod sercem, o tem dziecku jej pana; może jemu zgodzi się służyć? Ale Martyna ją odgadła, przypomniawszy sobie rozmowę, którą podsłuchała, i popatrzyła na jej łono, łono kobiety brzemiennej, acz na zewnątrz nic jeszcze tego nie zdradzało. Przez chwilę zdawała się namyślać. Potem otwarcie rzekła:
— Dziecko, nieprawdaż?... Nie!
Skończyła na tem, iż podała rachunek swoich pretensyj jako kobieta praktyczna, znająca wartość pieniędzy.
— Ponieważ zaoszczędziłam nieco grosza, wyniosę się gdziekolwiek, aby spokojnie żyć z dochodów.. Panienkę mogę opuścić teraz, skoro panienka nie jest już biedna. Pan Ramond wytłomaczy pani jutro, jakim sposobem uratowano u notaryusza cztery tysiące franków renty. Oto tymczasem klucz od biurka, gdzie znajdzie pani pięć tysięcy franków, pozostawionych przez pana... Och! wiem doskonale, że pani nie będzie mi robiła żadnych trudności. Pan nie zapłacił mi pensyi od trzech miesięcy; mam na to dowód piśmienny. Prócz tego w ostatnich czasach wydałam na gospodarstwo mniej więcej dwieście franków z własnej kieszeni, a pan nawet nie wiedział, zkąd idą pieniądze. Wszystko to jest zapisane; och! jestem spokojną; panienka nie skrzywdzi mnie nawet na jednego centyma... Pojutrze, skoro pana już tutaj nie będzie, wyjadę.
Teraz ona z kolei poszła do kuchni, a Klotylda, mimo dewocyi zaślepionej Martyny, co ją doprowadziło do zbrodni, zasmuciła się wielce z powodu jej odjazdu. Potem zbierając szczątki papierów, zanim powróciła do sypialni, doznała wielkiej radości, ponieważ nagle odkryła na stole „Drzewo Genealogiczne”, złożone jak najspokojniej, a prześlepione przez obie zgorączkowane kobiety. Ono jedno ocalało w całości; była to więc relikwia święta. Wzięła je i schowała w komodzie w sypialni wraz z innemi ułamkami, tylko w połowie uratowanemi.
Ale, gdy znalazła się sama z powrotem w owym pokoju poważnym, ogarnęło ją. wzruszenie niezmierne. Co za spokój nadziemski, co za cisza nieśmiertelna, tuż obok rabunku niszczycielskiego, który napełnił salę sąsiednią dymem, oraz popiołem. Błogość święta unosiła się wśród cieni, gromnice paliły się płomieniem nieruchomym. I wówczas spostrzegła, że twarz Pascala bardzo już zbladła, otoczona siwemi falami włosów śnieżnych i brody śnieżnej. Spał w świetle, otoczony aureolą, niebiańsko piękny. Schyliła się, pocałowała go raz jeszcze i poczuła swemi wargami chłód tej twarzy marmurowej, z zamkniętemi powiekami, marzącej o wieczności. Boleść jej, że nie zdołała ocalić dzieła, którego miała być strażniczką, przybrała tak wielkie rozmiary, iż padła na oba kolana z łkaniem głośnem. Geniusz został okradziony; zdawało jej się tedy, że cały świat się zawali, skoro zniszczono życie, poświęcone pracy.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: anonimowy.