Doktór Pascal/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Doktór Pascal
Podtytuł Powieść
Data wydania 1894
Wydawnictwo Red. tyg. "Romans i Powieść"
Druk Drukiem A. Pajewskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Docteur Pascal
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron


XI.

Gdy przecież noc nadeszła, zjawiła się też z powrotem bezsenność, troskami spowodowana.
Ani Pascal, ani Klotylda nie opowiadali sobie wzajemnie swego zmartwienia; i tak więc wśród ciemności, które jakimś smutkiem dziwnym napełniły pokój, leżeli jedno obok drugiego, nie śpiąc zupełnie, nie chcąc nawet spać, ponieważ woleli myśleć oboje o położeniu, coraz to cięższem i cięższem.
Każde z nich atoli zapomniawszy o własnym smutku, drżało z obawy, wyłącznie o przyszłość drugiego. Trzeba będzie uciec się do długów, ale i owe długi płacić, ponieważ Martyna brała na kredyt chleb, wino, nieco mięsa, acz robiła to z upokorzeniem niesłychanem, zmuszona pomagać sobie wykrętami kłamliwemi i postępować przy tem wszystkiem z roztropnością niesłychaną, ponieważ i tak już wszyscy wiedzieli o ruinie majątkowej doktora.
Doktór zresztą już niejednokrotnie myślał o zaciągnięciu długu na hypotekę Soulejady; trzeba było jednak zastanowić się dobrze nad tym krokiem, ponieważ było to ostateczne źródło ratunku.
Nie posiadał on nic więcej prócz tej posiadłości, ocenionej na dwadzieścia tysięcy franków, za którą atoli na wypadek sprzedaży nie daliby więcej, niż piętnaście tysięcy; a potem, — potem już rozpocząłby się okres biedy jak najczarniejszej, tułaczka po bruku ulicznym, na którym nawet kamień, służący za poduszkę pod głowę, nie należałby do biednych włóczęgów.
Zresztą i Klotylda prosiła, by poczekał, i nie wdawał się w żadne interesa takie, którychby już nie można było powetować. Ostatecznie bowiem położenie jeszcze nie było rozpaczliwem bez ratunku.
Trzy, czy cztery dni znowu minęły.
Nastał już wrzesień, a wraz z nim, na nieszczęście, odmieniła się na gorsze i pogoda: nastąpiły burze straszne, które spustoszyły całą okolicę; część muru, otaczającego Soulejadę, runęła; nie można jej było naprawić; wśród gruzów tedy i rumowisk widniał wyłom obrzydliwy.
A nadto piekarz zaczynał być niegrzecznym.
Następnie pewnego poranku stara służąca przynosząc rosół, z płaczem głośnym oznajmiła, że rzeźnik wybiera teraz dla niej jak napośledniejsze kawałki.
Jeszcze kilka dni zaledwie, a kredyt ze wszystkiem wygaśnie. Należało stanowczo temu zaradzić i wynaleść źródło opędzania drobnych, codziennych wydatków.
Pewnego poniedziałku, gdy zaczynał się na nowo tydzień dalszych udręczeń, Klotylda przez ranek cały krzątała się gorączkowo. Widocznem było, że owładnęła nią jakaś walka wewnętrzna.
Ostateczne postanowienie powzięła dopiero po śniadaniu, przy którem Pascal w jej oczach odmówił kawałka mięsa, które zostało dzięki temu na wieczór. Z miną więc zdecydowaną, bardzo już spokojna wyszła niebawem z Martyną, włożywszy poprzednio w koszyk tej ostatniej małe zawiniątko, gałganki rozmaite, jak oświadczyła, które chciała podarować.
Wróciła po dwóch godzinach, a wróciła niezwykle blada. Tylko jej oczy, zawsze czyste i zawsze szczere, błyszczały z radości.
Natychmiast podeszła do doktora, spojrzała mu prosto w oczy i przyznała się:
— Muszę cię, mistrzu, prosić o przebaczenie, ponieważ byłam wobec ciebie nieposłuszną i sprawię ci bezwątpienia bardzo wiele smutku.
Doktór w pierwszej chwili nie pojął, ale się zaniepokoił.
— Cóżeś zrobiła?
Zwolna, ani na chwilę nie odwracając oczu, wyjęła z kieszeni kopertę i wyciągnęła stamtąd paczkę banknotów.
Wówczas Pascal nagle przejrzał i z piersi jego wydobył się okrzyk:
— Och! mój Boże! klejnoty! wszystkie podarunki!
I zaraz potem on, zazwyczaj tak dobry, zazwyczaj tak łagodny, uniósł się gniewem straszliwym, na poły pomięszanym z boleścią, oraz rozpaczą. Złapawszy ją za obie ręce, niemal bić chciał i zmiażdżyć palce, w których trzymała owe banknoty nieszczęsne.
— Mój Boże! cóż ty zrobiłaś, nieszczęśliwa!... Sprzedałaś naprawdę całe moje serce! gdyż w owych klejnotach mieściło się całe nasze serce, a ty nie zważając na nic, poszłaś je sprzedać wraz z owemi klejnotami, sprzedać za pieniądze! To przecież były klejnoty, które ja ci dałem; to były wspomnienia naszych chwil jak najbardziej uroczych; to była twoja własność, ale tylko twoja wyłącznie, i ty chcesz, abym ja je odbierał z powrotem i na dobitek jeszcze z nich korzystał? Czyż to możliwe? Czy ty zastanowiłaś się, jaki smutek straszliwy, okropny obudzisz w moich piersiach?
Klotylda głosem łagodnym odpowiedziała:
— A ty znowu, mistrzu, pomyśl, czyż mogłabym pozostawić nas spokojnie w owem położeniu smutnem, w jakie popadliśmy, w położeniu takiem, iż nam brakuje kawałka chleba, podczas gdy ja miałam i pierścionki i naszyjniki i zausznice, które drzemały sobie w głębi szuflady? Ależ cała istota moja oburzała się na coś podobnego; uważałabym się za okrutnie chciwą, za egoistkę, gdybym jeszcze dzień jeden potrzymała u siebie te świecidła... Och! tak, i mnie również przykro mi było się z niemi rozstawać; och! tak, wyznaję, że było tak niesłychanie mi przykro, iż odwagę do zrobienia tego, co zrobiłam, znalazłam jedynie w myśli, jako właśnie tak powinna postąpić kobieta, która zawsze jest ci posłuszną i zawsze cię uwielbia.
A w chwilę potem, gdy Pascal jeszcze nie puścił jej rąk, łzy ukazały się w oczach kochanki, aż wreszcie sama głosem słodkim, z uśmiechem smutnym dorzuciła:
— Nie ściskaj tak silnie, gdy to mię bardzo boli.
A wtedy znowu Pascal zapłakał, wzruszony niesłychanie i rozczulony głęboko.
— Jestem bydlęciem nieokrzesanem, aby się w ten sposób gniewać... Postąpiłaś dobrze, nie mogłaś nawet inaczej postąpić. Ale przebacz; żal mi było okropny widzieć cię obdartą i ogołoconą w podobny sposób. Podaj mi ręce, twoje biedne ręce, abym je uzdrowił.
Z niesłychaną delikatnością ujął teraz jej ręce i okrywając pocałunkami, twierdził, że są nieoszacowane i nadzwyczajnie pociągające, choć pozbawione pierścionków i ogołocone z wszelkich ozdób.
Teraz, już z uczuciem ulgi, a nawet uradowana, Klotylda zaczęła opowiadać całą wycieczkę swoją, pełną przygód.
Oto nasamprzód zwierzyła się Martynie i obie poszły do kupcowej, do tej samej, która ongi miała na sprzedaż ów stanik ze starych koronek alensońskich. Wreszcie, po dokładnem zbadaniu i nieskończenie długich, a uporczywych przetargach, ta kobieta dała za wszystkie klejnoty sześć tysięcy franków.
Tutaj, doktór ponownie, a mimowolnie zrobił gest, rozpaczy pełen: sześć tysięcy franków! jakto, skoro te klejnoty kosztowały go więcej, niż trzy razy tyle, co najmniej dwadzieścia tysięcy franków.
— Posłuchaj mię — zawyrokował — biorę te pieniądze, ponieważ dajesz mi z dobrego serca. Ale musisz się zgodzić na to, że są one wyłącznie twoją własnością. I przysięgam ci, że teraz na mnie kolej być jeszcze skąpszym, aniżeli Martyna; wydawać będę jedynie po kilka susów, niezbędnych na nasze utrzymanie; znajdziesz tedy w biurku resztę owej sumy, przypuszczając nawet, że już nigdy nic nie zarobię i nie będę mógł, dołożywszy pieniądze wydane, zwrócić ci całej sumy.
Tu usiadł, a wziąwszy ją na kolana, darzył uściskiem, jeszcze drżącym od wzruszenia. Potem zniżając głos, szepnął do ucha:
— Czy sprzedałaś wszystko, stanowczo wszystko?
Klotylda nie mówiąc ani słowa, rozpięła nieco stanik i końcem palcy, ruchem nader wdzięcznym zaczęła szukać czegoś na swej szyi. A przytem śmiała się, cała rumieńcem oblana.
Wreszcie wyciągnęła zgrabny, wąski łańcuszek, na którym błyszczało siedm pereł, niby siedm gwiazd mlecznych, doktorowi zaś zdawało się, że ukazuje mu ona nieco ze swej nagości najskrytszej; że cała woń żywa, a zachwycająca jej ciała ogniskuje się w owym jedynym klejnocie, całującym jej skórę, a ukrytym w głębokiej przed wszystkimi tajemnicy.
W mgnieniu oka przecież Klotylda włożyła go z powrotem i ukryła tak szczelnie, jak poprzednio.
Tu doktór zarumienił się na jej podobieństwo, gdyż doznał wielkiej, bardzo wielkiej radości. To też ściskał ją teraz tem zapamiętałej.
— Ach! jaka ty jesteś niepospolita i jak ja cię kocham!
Wieczorem atoli wspomnienie o klejnotach sprzedanych pojawiło się ponownie i niepomiernie zaciężyło mu na sercu. Z bólem okrutnym patrzył na pieniądze, złożone w głębi biurka.
A dokuczało mu w sposób taki uczucie zbliżającego się ubóstwa, uczucie niemożności odegnania tego ubóstwa.
Jeszcze zaś większym frasunkiem, obawą poprostu napełniała go myśl o jego wieku podeszłym, o jego sześćdziesięciu latach, które go obezwładniały i nie pozwalały zapewnić życia młodej kobiecie. Owa myśl — to było przebudzenie, oraz powrót ku rzeczywistości, strach wzbudzającej, wśród snów złudnych o wiecznej miłości.
Nagle zaczął się uginać, a nawet wprost upadać pod naciskiem nędzy; nagle poczuł, iż jest bardzo starym: to wszystko go zmroziło; to wszystko napełniało go pewnego rodzaju wyrzutami, gniewem nawet rozpaczliwym przeciwko sobie samemu, jak gdyby odtąd dopuszczał się jakiegoś grzechu w swem życiu.
Potem jeszcze jeden nastąpił zwrot; Pascal pozyskał pełną, lecz straszną świadomość swego położenia.
Oto dnia pewnego, gdy był sam, otrzymał list ze stemplem poczty miejskiej w Plassans; przypatrując się atoli kopercie, w żaden sposób nie zdołał rozpoznać charakteru pisma.
Na dobitek pod owym listem nie było podpisu.
Przeczytawszy kilka wierszy, Paskal machnął ręką z gniewu i chciał już podrzeć owo piśmidło marne, lecz potem namyślił się i acz drżał z gniewu, usiadł, by przeczytać list do końca.
Zresztą z pozoru styl był zupełnie przyzwoity, ani na krok jeden nie zbaczający od wyrażeń ogólnie przyjętych w dobrem towarzystwie.
Zdania długie, ciągnące się jedne za drugiemi, acz umiarkowane i oszczędzające Pascala, usiłowały go równocześnie przekonać, iż postępuje jak najgorzej.
Dyplomatycznie, lecz i dosyć wyraźnie zarazem powiadamiano go, przytaczając tysiące i jeden morałów banalnych, iż skandal trwał już w Soulejadzie zbyt długo.
Jeżeli namiętności, a nawet miłość może, do pewnego stopnia, objaśniać błędy, tudzież upadek bliźnich, to człowiek w jego wieku, tudzież w jego położeniu staje się godnym pogardy, tak, stanowczo godnym pogardy, jeżeli w dalszym ciągu będzie się upierał pogarszać nieszczęście, jakie z jego winy spadło na wyzyskiwaną przez niego krewniaczkę.
Nikt poprostu nie przeczuwał, do jakiego stopnia Pascal wywiera wpływ na swoją synowicę; zresztą ludzie teraz już rozumieją, że dzięki temu wpływowi ta synowica poświęciła dla niego dobre imię; ale czyż to nie na niego kolej zrozumieć, iż tak młoda kobieta nie może kochać starca, dla którego w głębi serca odczuwa jedynie litość, oraz wdzięczność.
Pora więc już nagląca uwolnić dziewczynę od tych starczych miłostek, skutkiem których została ona skalaną, odepchniętą przez społeczeństwo, ponieważ nie jest ani matką, ani żoną.
A nadto skoro Pascal nie posiada możności zapisania jej nawet choćby skromnego majątku, to należy się spodziewać, iż postąpi jak człowiek uczciwy to jest znajdzie w sobie siłę do rozłączenia się z kochanką, by zapewnić jej szczęście, póki jeszcze istnieje odpowiednia do tego sposobność.
Wreszcie na końcu listu widniało zapewnienie, że złe prowadzenie się zawsze ostatecznie bywa karanem.
Pascal zaraz po przeczytaniu kilku pierwszych zdań odgadł, iż ów list bezimienny wyszedł z pod pióra jego matki. To jest, właściwie stara pani Rougon podyktowała go komuś; ale sposób wyrażania się tak zgadzał się z jej zwykłą metodą przemawiania, że Pascalowi przy czytaniu brzmiał poprostu jej głos w uszach.
Podczas czytania przecież zaszła w nim zmiana stanowcza. Zaczynał czytać, uniesiony i drżący od gniewu; gdy skończył, pobladł, a zęby dzwoniły mu od strachu; miotał nim dreszcz, który od niejakiego czasu napadał go co chwila.
List miał słuszność, wyjaśniał mu bowiem dokładnie wszystkie jego zgryzoty, a nawet ukazywał mu na źródło owych zgryzot. Tem źródłem była jego starość, jego ubóstwo i uporczywe zatrzymywanie Klotyldy w Soulejadzie.
Podniósł się, stanął przed lustrem i przypatrywał się sobie samemu czas dłuższy, z oczyma, zaćmionemi nieco przez łzy napływające, zrozpaczony z powodu swych zmarszczek i swej brody siwej.
Aż wreszcie wstrząsnął nim dreszcz lodowaty.
Ów dreszcz lodowaty pojawił się na myśl, iż rozstanie się jest już teraz koniecznem, fatalnem, wprost nieodwołalnem. Odpychał wprawdzie owo przypuszczenie i nie mógł sobie wyobrazić, jak on się z czasem zgodzi na coś podobnego; lecz owa myśl uporczywie wracała sama przez się, napadała go poprostu co chwila; co sekunda pierś jego niemal nie pękała skutkiem walki między miłością jego i między rozumem, aż do tego strasznego wieczora, kiedy ostatecznie ustąpił, wśród łez i krwi, która napływała mu do głowy.
Jeszcze chwilami drżał; jeszcze chwilami samolubstwo marne brało górę w jego sercu, lecz nareszcie odwaga szlachetna zjawiła się na stałe i dyktowała, jak powinien postąpić.
Skończyło się przeto wszystko już nieodwołalnie; sama miłość bowiem kazała mu się lękać o Klotyldę, tak młodą, tak piękną; widział tedy jasno, że cięży na nim obowiązek wyratowania jej, z niedoli obecnej.
A więc, podrażniony słowami, zwrotami listu, usiłował dręczyć się z początku i przekonać siebie samego, że Klotylda wcale go nie kochała, lecz czuła dla niego wyłącznie litość, oraz wdzięczność.
Ten wygląd — mniemał — powinien ułatwić mu zerwanie. Jeżeli bowiem przekona się, że się tylko poświęciła dla niego, to zadawalniałby wyłącznie wstrętne swoje samolubstwo, gdyby ją i nadal zatrzymał u swojego boku.
Pomimo iż doświadczał ją usilnie, pomimo że poddawał ją próbom najrozmaitszym, zawsze Klotylda okazywała się nad wyraz czułą i z zachwytem istnym leciała w jego objęcia... Taki wynik mięszał go i kłopotał, gdyż czynił ją stokrotnie droższą oraz wyższą ponad wszelkie wątpliwości.
Poszedł nawet tak daleko, że zmusił siebie samego do zbadania potrzeby ich rozłąki; roztrząsnął powody tej ostatniej.
Zycie, które prowadzili we dwoje od wielu miesięcy, to życie bez żadnych więzów i bez żadnych obowiązków, bez pracy jakiegokolwiek rodzaju, było złem.
On sam uważał, że dla niego schronieniem najlepszem jest grób, w którym zasnąłby pod ziemią na wieki. Ale dla Klotyldy to zagrzebanie się w zakątku wraz z nim, mogło przynieść następstwa jak najfatalniejsze, ponieważ, rozpieszczona i rozpróżniaczona, zwolna traciła wolę i siłę odporną. Podnosząc ją do godności ideału, skaził na prawdę wśród okrzyków szyderczych zwolenników skandalu. Potem, nagle przedstawił sobie, że już nie żyje i zostawił ją osamotnioną, poprostu na bruku ulicznym, bez niczego, wzgardzoną i umierającą z głodu. Nikt nie przyjąłby jej pod swój dach; daremnie przebiegałaby ulice, nie mając ani męża ani dzieci. Nie! nie! to byłoby z jego strony zbrodnią, gdyby on chcąc sobie samemu zapewnić jeszcze kilka dni szczęścia, jej wzamian za to w dziedzictwie zostawiał jedynie hańbę i nędzę.
Pewnego poranku Klotylda wyszła sama, chcąc odwiedzić kogoś w sąsiedztwie, wróciła atoli zmięszana, blada cała i drżąca ze wzruszenia.
A kiedy już znalazła się na górze, rzuciła się w objęcia Pascala, wybuchając płaczem rzewnym. Bełkotała słowa bez związku.
— Och! mój Boże!.. och! mój Boże!.. te kobiety...
On, przestraszony, chciał wyciągnąć od niej odpowiedź.
— No, no, zobaczymy, co ci się stało? Odpowiedz mi zaraz!
Wtedy strumień krwi purpurą okrył jej lica. Uścisnąwszy go, ukryła twarz na jego ramieniu:
— To te kobiety... Mijając je w cieniu, zamykałam właśnie parasolkę i jak na nieszczęście przez nieuwagę przewróciłam jedno z dzieci... A wtedy wszystkie co do jednej napadły na mnie i zaczęły wykrzykiwać jakieś wyrazy! och! jakie wyrazy, że nie będę nigdy a nigdy miała dzieci! że dzieci nie miewają istoty mojego rodzaju!... I jeszcze jakieś inne słowa, mój Boże! jeszcze słowa, których nie umiem nawet powtórzyć, ponieważ ich nie zrozumiałam, zgoła nie zrozumiałam!
Tu załkała głośno.
Pascal zaś aż zsiniał z gniewu i bólu zarazem, nie umiał jej atoli ani słowem jednem pocieszyć, jeno całował ją bez pamięci, płacząc wraz z nią. Równocześnie zaś odtwarzał sobie ową scenę w wyobraźni: widział ją prześladowaną i obsypywaną rubasznemi przezwiskami... Potem on z kolei wyjąkał:
— To moja wina, cierpisz przezemnie. Posłuchaj, pójdziemy stąd daleko, bardzo daleko, w takie strony, gdzie nas nikt nie zna; gdzie wszyscy będą cię pozdrawiali z szacunkiem; gdzie będziemy szczęśliwi.
Klotylda przecież na widok łez Pascala, zdobyła się na wysiłek, uspokoiła się pozornie, podniosła głowę i powstrzymała swój płacz.
— Ach! marna jestem, iż sprawiłam ci mistrzu, taką boleść! A przecież przyrzekłam sobie samej, że nie powiem ani słóweczka za powrotem do domu! Ale potem, gdy już raz znalazłam się u nas, porwała mię taka rozpacz, iż wszystko a wszystko musiałam wypaplać... Ale widzisz, że to już wszystko skończone, nie smuć się... Kocham cię.
Uśmiechnęła się i teraz z słodyczą niewymowną ujęła go w swe objęcia i zaczęła całować, niby jakiegoś zrozpaczonego, którego cierpienia pragniemy uśpić potokiem pocałunków.
— Kocham cię, a kocham cię tak gorąco, że to mi wystarczy za wszystko i to mię całkowicie pociesza. Mam tylko ciebie jednego na świecie i nikt inny, prócz ciebie, nic a nic mnie nie obchodzi! Jesteś tak dobrym dla mnie i czynisz mię niewymownie szczęśliwą.
Ale Pascal wciąż płakał i Klotylda więc ponownie zaczęła płakać; na czas dłuższy tedy zapanował wśród nich smutek nieskończony, żałoba tęskna, podczas której mięszały się nawzajem ich pocałunki, oraz ich łzy serdeczne. Pascal, zostawszy sam, orzekł, iż postępuje w ohydny sposób. Nie miał prawa, nie mógł nawet powiększać już dalej nieszczęścia tego dziecięcia biednego, które uwielbiał.
A wieczorem tego samego dnia los przyniósł mu sam rozwiązanie całej sprawy, rozwiązanie, którego szukał z obawą, by go nie znaleść.
Po obiedzie Martyna z miną wielce tajemniczą uprowadziła go na bok.
— Widziałam się z panią Felicytą, która poleciła mi oddać panu ten oto list; mam również poleconem oświadczyć panu, że byłaby go ona przyniosła osobiście, lecz wzgląd na jej dobre imię nie pozwala tutaj nikomu szanującemu się przychodzić.. Prosi pana o odesłanie jej z powrotem tego listu pana Maksyma, równocześnie zaś o zawiadomienie, jaką będzie odpowiedź panienki.
Był to istotnie list Maksyma.
Felicyta, uszczęśliwiona, że go otrzymała, postanowiła ukuć z niego oręż, który wydałby jej na łaskę i niełaskę syna, dotychczas jakoś nie dającego zgnieść się biedzie. Napróżno oczekiwała, że bądź Pascal, bądź Klotylda przyjdą prosić ją o pomoc i zasiłek; ponieważ zawiodła się pod tym względem, zmieniła jeszcze raz plan cały i postanowiła według dawnego planu rozdzielić dwojga kochanków; a tym razem właśnie nadarzyła się jej sposobność jak rzadko.
List Maksyma wzywał do pośpiechu; zwracał się on z prośbami gorącemi do babki, by raczyła poprzeć jego błagania wobec siostry.
Paraliż chwytał go z każdym dniem silniej; obecnie mógł chodzić, jedynie wsparty na ramieniu służącego.
Nadewszystko atoli żałował krwawo błędu, którego się dopuścił, stosunku, jaki zawiązał z piękną brunetką. Ta wprost usadowiła się pod jego dachem od chwili, gdy nie umiał nad sobą zapanować i zaczął na pieszczoty z ową dziewczyną tracić resztki i tak nadszarpanego zdrowia; co najgorsza zaś, teraz dowiedział się z pewnością wszelką, jako ową zjadaczkę mężczyzn przysłał mu podstępnie w podarunku jego własny ojciec.
Tak jest, przysłał mu ją Saccard z niesłychaną uprzejmością, poprostu dlatego, by zagarnąć po nim w spadku cały majątek.
Ostatecznie przeto Maksym wyrzucił brunetkę za drzwi i niemal zabarykadował się w swym pałacu, nawet ojca nie puszczając poza próg, drżąc zaś ze strachu, by pewnego pięknego poranku stary urwis nie wlazł do niego przez okno.
Z drugiej strony atoli samotność, na którą teraz był skazany, przestraszała go niepomiernie; to też rozpaczliwym głosem przyzywał siostrę, widząc w niej osłonę która broniłaby go przed ohydnemi zasadzkami ojcowskiemi, a zarazem łagodną, tudzież dobrą kobietę, która będzie go troskliwie pielęgnowała w dolegliwościach, nie ustających ani na chwilę.
Ostatecznie list dawał wyraźnie do zrozumienia, że Klotylda nie pożałuje swego przyjazdu, jeżeli tylko będzie się dobrze z bratem obchodziła; w końcu Maksym przypomniał siostrze obietnicę, którą mu ongi dała w Plassans, gdy tam przyjechał, że zamieszka u niego, skoro zajdzie istotna tego z czasem potrzeba.
Pascal uczuł, że krew ścina się mu w żyłach.
Dokładnie przeczytał całe cztery stronnice.
Oto istotnie nadarzał się sposób rozłąki, możliwy do przyjęcia dla niego, szczęśliwy wielce dla Klotyldy, tak dogodny i tak naturalny, że należało natychmiast na niego przystać, a przecież, mimo wysiłków i mimo wszelkie rozumowanie, Pascal poczuł, iż brakuje mu mocy ducha, wielce tutaj potrzebnej, brakuje mu nawet odwagi. Musiał usiąść na chwile ponieważ nogi się pod nim zatrzęsły.
Ale wreszcie postanowił się zdobyć na bohaterstwo, ochłonął ze wzruszenia i przyzwał do siebie Klotyldę.
— Masz oto tutaj list i przeczytaj go uważnie. Przysłała go nam babka.
Klotylda istotnie z uwagą natężoną przeczytała cały list aż do końca, podczas czytania przecież nie rzekła ani słowa, nie zdradziła się ani jednym gestem. Potem odezwała się z prostotą:
— No, cóż? Nieprawdaż, przygotujesz odpowiedź?.. Odmawiam!
Pascal musiał zdobyć się na wysiłek niesłychany, by nie wydać zdradliwego okrzyku radości. Teraz, jak gdyby już nie ten sam człowiek, on znów z kolei przemówił, usiłując przekonać ją argumentami, pełnemi rozsądnej praktyczności:
— Odmawiasz, ależ to czyste niepodobieństwo... Trzeba się zastanowić, poczekajmy do jutra i jutro dopiero prześlemy odpowiedź; i pomówimy jeszcze o niej; co, nie chcesz?
Klotylda przecież zdziwiła się, a nawet roznamiętniła.
— Mamy się rozstać, i dlaczego? Doprawdy, tybyś się na to zgodzi!?... Co za szaleństwo! Kochamy się i mielibyśmy się rozstawać, a ja miałabym odjeżdżać w takie strony, gdzie mnie nikt nie kocha!... A to ładnie! Czyś ty o tem wszystkiem pomyślał? Ależ to byłaby głupota!
Pascal nie pragnął rozwijać dalej owej sprawy w taki sposób; przeciwnie zaczął mówić o poczynionych obietnicach, o obowiązku wreszcie.
— Przypomnij sobie tylko, moja droga, jak byłaś wzruszoną, kiedy cię objaśniłem, iż Maksymowi nieodwołalnie niemal grozi paraliż. I oto dzisiaj powaliła go choroba; leży bezsilny, sam, bez nikogo, z rozpaczą przyzywa cię na pomoc... Nie możesz się od niego odwrócić w takiem położeniu. Poprostu masz tam do spełnienia święty obowiązek.
— Obowiązek! — krzyknęła. — A czyż ciężą na mnie jakiekolwiek obowiązki wobec brata, który się nigdy o mnie nie zatroszczył. Mój jedyny obowiązek jest tam, gdzie jest moje serce.
— Lecz przyrzekłaś mu. Nawet ja przyrzekłem za ciebie, ponieważ oświadczyłem, iż jesteś rozsądną... Nie możesz doprowadzać do tego, bym uchodził za kłamcę.
— W tym wypadku właśnie ty jeden nie jesteś rozsądnym. Byłoby to szaleństwem rozłączać się, skoro i jedno i drugie poprostu umarłoby z tęsknoty..
I tu urwała, zamiast słów dodając gest wymowny, którym gwałtownie przecięła dalszy ciąg rozpraw w owym przedmiocie.
— Zresztą, po co o tem wszystkiem gadać.. Cała sprawa przedstawia się niezwykle jasno, niema tutaj ani jednego słowa do stracenia. Poprostu, chcesz widocznie wypchać mię z domu?
Pascal krzyknął boleśnie.
— Ciebie ja miałbym wypychać z domu, och! mój Boże!...
— A więc, skoro mnie nie wyrzucasz, zostaję.
Teraz przyszła kolej śmiechu na Klotyldę; pobiegła do pulpitu, złapała szybko ołówek czerwony i w poprzek listu brata napisała tylko jeden wyraz: „Odmawiam;“ w następnie przyzwała Martynę i zmusiła ją poprostu, by ta odniosła ów list bez koperty natychmiast, ale to natychmiast.
Teraz śmiał się i Pascal, przejęty uczuciem tak błogiego szczęścia, że już jej pozwolił działać tak, jak chciała.
Radość, iż miała zostać u jego boku, poprostu odbierała mu rozum.
Lecz za to w nocy, gdy Klotylda zasnęła, Pascala zaczęły dręczyć wyrzuty jak najdotkliwsze.
Jeszcze raz bowiem ugiął się wobec samolubnej potrzeby własnego szczęścia, ustąpił tej rozkoszy, jakiej doznawał każdego wieczora, gdy Klotylda przyciskała się do jego piersi, tak będąc gibką i tak słodką w swej długiej koszuli, że nasycała go wonią świeżą, swej młodości rzeźkiej.
Po prostu doznawał dreszczy konania i pot śmiertelny rosił mu czoło na myśl, iż ona mogłaby odjechać, on zaś zostałby sam jeden. Prócz niej bowiem, nigdy nikogo nie kochał tak gorąco; cała jego istota nią jedną tylko żyła, tem połączeniem tak rzadkiej kobiety i tak rzadkiej miłości.
Tak, rozłąka byłaby dla niego zabójczą, niepodobieństwem było teraz żyć bez niej, bez wszystkich jej pieszczot, bez tego czegoś, co rozkoszą przepełniało powietrze, którem oddychała, bez jej srebrnego śmiechu, dowcipów wybornych, bez jej prawości dzielnej, słowem, bez całej jej istoty, zarówno fizycznej, jak i moralnej, która teraz stała się dla niego tak potrzebną do życia, jak światło dzienne.
A przecież ona powinna go opuścić; on zaś musi znaleść odwagę umrzeć.
Nie budząc jej, trzymając ją uśpioną słodko na sercu, z piersią, podnoszącą się zlekka równym i czystym oddechem dziecka, przeklinał siebie samego za świeży brak odwagi, ponieważ całe położenie obecne ze straszną wyrazistością stanęło przed jego oczyma.
Skończyło się już wszystko: tam, w Paryżu czekał na nią byt otoczony szacunkiem, i majątek pokaźny; to też nie miał prawa posuwać swego samolubstwa starczego aż do tego stopnia, żeby ją i nadal zatrzymać u swojego boku, wśród biedy, oraz plotek skandalicznych. I mimo, że omdlewał poprostu, czując ją tak godną uwielbień, gdy spoczywa w jego objęciach, tak pełną ufności, taką poddanką wierną, która oddała się swemu królowi staremu, przysiągł, iż będzie silny i już nie przyjmie ofiary tego dziecka, które mu oddaje ku szkodzie własnej szczęście, oraz życie.
Od tej chwili rozpoczęła się prawdziwa walka wzajemnych ustępstw.
Kilka dni minęło, podczas których doktór chciał jej dać uczuć całą niesłuszność jej „Odmawiam,“ wypisanego na liście Maksyma, całą niesłuszność też listu, który napisała potem do babki, celem obszernego wytłomaczenia, dlaczego odmawia.
Mimo to wszystko Klotylda Soulejady opuścić nie chciała.
A jakkolwiek doktór zrobił się niezwykle skąpym, chcąc zaoszczędzić, o ile możności, jak najwięcej pieniędzy z sumy, otrzymanej za klejnoty, mimo to Klotylda jeszcze pragnęła go wzbogacić, sama najpiękniejszemi uśmiechami krasząc swój suchy kawałek chleba. Pewnego dnia przyłapał ją nawet w chwili, gdy dawała Martynie wskazówki co do jeszcze możliwych oszczędności.
Dziesięć razy na dzień spoglądała na niego bacznie, rzucając się mu na piersi i okrywając go pocałunkami, aby zobaczyć w nim ową straszną myśl o rozłączeniu, którą czytała bez przerwy w jego oczach.
Potem przybył jej jeszcze jeden argument.
Pewnego wieczoru po obiedzie, Pascal dostał chorobliwego bicia serca tak, iż zemdlał i upadł.
To go samego wielce zdziwiło, ponieważ do tej pory nigdy nie cierpiał na serce, osądził więc, iż wracają poprostu owe dawne dolegliwości nerwowe. Od chwili, gdy doznał owych pamiętnych, wielkich uciech, nie czuł się już tak krzepkim, jak poprzednio: dziwna rzecz bowiem, iż doznawał wrażenia, jak gdyby się złamała w nim jakaś delikatna, a głęboko ukryta sprężynka.
Klotylda przecież natychmiast się zaniepokoiła i przelękła. No, teraz zapewne nie ośmieli się on jej namawiać do wyjazdu. Skoro się kogo kocha, a ten ktoś jest chory, to się w takim razie przy nim zostaje, by go troskliwie pielęgnować.
W ten sposób ów bój niezwykły nie ustawał ani na chwilę.
Był to istny pojedynek czułości, zapomnienia o sobie samym, a pamięci ustawicznej o szczęściu drugiej osoby. On atoli, jakkolwiek wzruszenie, że ją oglądał tak dobrą, oraz tak kochającą, osłabiało hart jego woli, widział z dniem każdym lepiej potrzebę jej odjazdu.
Ostatecznie powiedział sobie samemu, że chce nieodwołalnie, by Klotylda opuściła Soulejadę. Mięszał się jednak, stawał się chwiejnym i drżał, gdy trzeba było zdecydować się na środek, jakim możnaby było nakłonić ją do tego kroku.
Widział już wyraźnie scenę, pełną łez i rozpaczy: cóż powinien jej powiedzieć? cóż powinien zrobić? co to się stanie, gdy oboje po raz ostatni będą się musieli uścisnąć, po raz ostatni, ponieważ w przyszłości już się nie zobaczą.
A tu dzień biegł za dniem, podczas gdy on nie umiał znaleść żadnego środka, nic nie rozpoczynał, jeno ustawicznie pomawiał siebie samego o podłość każdego wieczora, kiedy po zgaszeniu świecy Klotylda obejmowała go swemi ramionami świeżemi, szczęśliwa i tryumfująca, że umiała tak nad nim zapanować.
Często nawet żartowała, mając na ustach i w głosie lekko złośliwy uśmieszek.
— Mistrzu, ty jesteś zbyt dobrym, zostawisz więc mię przy swym boku.
To go przecież rozgniewało, uniósł się tedy gniewem, zachmurzony niepomiernie.
— Nie, nie! nie mów mi nic o mej dobroci!... Gdybym był istotnie dobry, już dawno byłabyś w Paryżu, w bycie wygodnym, poważna, mająca zapewnione życie piękne i spokojne, zamiast teraz zatrzymywać cię tutaj, obrzucaną błotem, biedną, bez żadnych na przyszłość widoków, zmuszoną nadto być towarzyszką, godną pożałowania, takiego starego, jak ja, waryata... Nie, nie, jestem stanowczo podłym, oraz nieuczciwym człowiekiem!
Klotylda z żywością, u niej niezwykłą, nakazała mu milczenie.
W rzeczywistości bowiem serce jego krwawiło się teraz z powodu owej dobroci niesłychanej, jaka była mu wrodzoną, dobroci, którą z życia czerpiąc, darzył nią wszystkie istoty, tudzież rzeczy wszelkie, ustawicznie się troszcząc o szczęście wszystkich.
Być dobrym, czyż to nie znaczyło chcieć ją uczynić szczęśliwą, choćby kosztem własnym, choćby kosztem własnego szczęścia? Tak, jego obowiązkiem teraz było zdobyć się na dobroć podobną i Pascal czuł wybornie, że ją będzie miał, prawdziwie bohaterską i stanowczą. Lecz podobnie, jak nędzarze, którzy zdecydowali się dopuścić samobójstwa, oczekiwał na sposobność, na chwilę dogodną i na środek, by chęć w czyn zamienić.
Pewnego poranka Pascal wstał o godzinie siódmej rano. Klotylda wchodząc do sali, zdziwiła się niepomiernie. Zobaczyła go bowiem siedzącego przy jego biurku, acz już od wielu, wielu tygodni nie dotknął książki ani pióra nie umoczył w atramencie.
— Patrzcie! pracujesz?
Pascal nie podniósł głowy, jeno odpowiedział z miną wielce zajętą
— Tak, siedzę nad Drzewem Genealogicznem, ponieważ oddawna go już nie uzupełniałem odpowiednio do wypadków.
Klotylda przez kilka minut stała za nim i przyglądała się temu, co pisał.
Uzupełniał notatki, odnoszące się do Ciotki Didy, wuja Macquarta i małego Karolka, pozapisywał datę ich śmierci, oraz szczegóły tejże śmierci. Potem, kiedy doktór wciąż się jeszcze nie ruszał i udawał poprostu, że nie wie, iż Klotylda stoi tuż za nim, czekając na pocałunki i na śmiechy tak, jak innych poranków, podeszła aż do okna, następnie zaś nie mając żadnego zajęcia, z powrotem zbliżyła się do Pascala.
— A więc pracuje się naprawdę, poważnie?
— Bez wątpienia, sama bowiem przyznasz, iż powinienem był zaznaczyć te zgony już przeszło od miesiąca. A nadto mam cały stos papierów, które na mnie oczekują.
Tu znowu popatrzyła na niego bystro, jak zawsze z pewnym rodzajem zapytania, którem starała się niejako zbadać jego oczy.
— Dobrze! pracujmy... Jeżeli miałbyś do zrobienia jakie wyciągi albo notatki do przepisania, to daj mi je z łaski swojej...
I od tego więc dnia doktór udawał, iż się pogrążył cały w pracy.
Była to zresztą jedna z jego teoryj, że zupełny, próżniaczy odpoczynek nie posiada żadnej wartości tak, iż nie powinno się go nikomu zalecać, nawet zmęczonym chorobą, czy życiem.
Człowiek bowiem żyje wyłącznie dzięki otoczeniu zewnętrznemu, wśród którego się obraca; wrażenia zaś, które stamtąd odbiera, przeradzają się u niego w ruchy, myśli oraz czyny; w taki więc sposób, gdyby ktoś się oddał całkowitemu odpoczynkowi i gdyby przyjmował ustawicznie wrażenia, a nie oddawał ich na zewnątrz niejako po przetrawieniu, tudzież przekształceniu, powstałoby pewne przeładowanie, choroba poprostu i nieunikniona strata równowagi.
On sam na sobie doświadczał, iż praca była najlepszym regulatorem jego sposobu życia. Gdy nawet rankiem czuł się niezdrowym, zabierał się do roboty i wkrótce doznawał pewnego polepszenia.
Nigdy zaś nie bywał zdrowszym, jak wtedy, gdy codziennie, nieodwołalnie spełniał swoje zadanie, metodycznie z góry wytknięte: tyle stronnic każdego poranka. o tejżesamej godzinie; porównywał zaś ów podział i obowiązek, systematycznie spełniany, do balansu, który utrzymywał go w równowadze, wśród wszelkich trosk codziennych, słabostek, oraz kroków fałszywych.
A także zaczął się oskarżać o próżniactwo, o gnuśność, której się już dopuszczał od tygodni; to próżniactwo właśnie, tudzież ta gnuśność musiały wywołać owe bicia serca, które chwilami go dusiły.
Jeżeli więc pragnąłby przyjść do zdrowia, powinien — najmocniej jest o tem przekonany — z powrotem zabrać się do swych wielkich prac naukowych.
Godzinami całemi teraz Pascal rozwijał owe teorye wobec Klotyldy i tłomaczył je, tudzież objaśniał z jakimś zapałem gorączkowym, oraz przesadnym. Zdawało się, że schwyciła go ponownie w swe objęcia owa miłość wiedzy, która aż do chwili namiętnej miłości ku Klotyldzie, poprostu zabierała na własność wyłączną całe jego życie.
Powtarzał jej teraz ustawicznie, że nie może zostawić niedokończonem swego wielkiego dzieła, musi zaś nad niem niesłychanie wiele pracować, jeżeli pragnie pozostawić po sobie pomnikową pamiątką! Nadto z powrotem wracała do jego piersi obawa o dokumenta; na nowo otwierał teraz po dwadzieścia razy przez dzień wielką szafę, znosił je z górnej półki, nie przestawał dodawać do nich nowych kawałków.
Zresztą jego ideja o dziedziczności zaczynała się obecnie znowu przekształcać, pragnął więc jeszcze raz wszystko przeczytać, wszystko zgłębić, oraz pogłębić, wyciągnąć z dziejów przyrodniczych oraz społecznych swojej rodziny szeroką syntezę, odzwierciedlenie niejako, w zarysach ogólnych, całej ludzkości.
Potem, ubocznie, zaczął też i wspominać o swoim sposobie leczenia z pomocą zastrzykiwań, chciał go więc ulepszyć: majaczyło mu bowiem przed oczyma jeszcze nie zupełnie określone widmo nowej terapeutyki, teorya bardzo śmiała i nader obszerna, powstała w nim właśnie pod wpływem przekonania, oraz doświadczenia osobistego o wybornych następstwach dynamicznych pracy.
Teraz za każdym razem, ilekroć usiadł do stołu, narzekał głośno:
— Ach, lat mi nie starczy już na zrobienie tego, co sobie wytknąłem; życie jest za krótkie.
Możnaby mniemać, iż nie miał prawa stracić ani jednej godziny.
Wreszcie pewnego poranku nagle podniósł głowę i rzekł do towarzyszki, która tuż przy jego boku przepisywała jakiś rękopism.
— Klotyldo, posłuchaj uważnie! Gdybym umarł...
Ta zdziwiona, zaprzeczyła głośno.
— Ech! to także myśl!
— Gdybym umarł, posłuchaj uważnie.. Zamkniesz natychmiast wszystkie drzwi. Dokumenta weźmiesz dla siebie, dla siebie samej, pamiętaj. A potem, skoro już zbierzesz i uporządkujesz inne moje rękopisma, oddasz je Ramondowi... Zrozumiałaś mię? taką jest moja ostatnia wola...
Klotylda przecież przerwała mu dalszy ciąg wyjaśnień i oświadczyła, że nic nie chce o tem słyszeć.
— Nie! nie! gadasz same tylko głupstwa!
— Klotyldo, przysięgnij mi, że zachowasz dokumenta, inne zaś papiery oddasz Ramondowi.
Wreszcie Klotylda, spoważniawszy, ze łzami w oczach, przysięgła.
A on ją schwycił y objęcia, sam również niezmiernie wzruszony, i okrywał pieszczotami, jak gdyby nagle serce dawną zaczęło tętnić czułością.
Po tem jednak uspokoił się i zaczął mówić o swych obawach. Od chwili, kiedy zmusił się do ponownego pod jęcia pracy, te obawy, zdawało się, zjawiły się także z powrotem, poprostu odbywał wartę przy szafie, utrzymywał nawet, iż i Martyna kręci się około niej.
Czyż ten lub ów nie zdołałby nadużyć, oraz wyzyskać ślepej pobożności tej dziewczyny i popchnąć ją do złego czynu, wmawiając w nią, iż w ten sposób zbawi swego mistrza? A przecież tyle już ucierpiał z powodu owych podejrzeń!
To też na myśl o grożącej mu niebawem samotności, uginał się ze strachu przed podejściem możliwem, ze strachu przed temi torturami istnemi, jakich doznaje uczony, zagrożony w tem, co ma najdroższego, prześladowany przez najbliższych, w swojem własnem domostwie a dotykany wtem, co ma najdroższego, zmuszony bronić własnego ciała, dzieła własnego mózgu.
Pewnego wieczora, gdy znowu zaczął mówić z Klotyldą o tym przedmiocie, mimowoli się mu wymknęło:
— Rozumiesz mię, kiedy ciebie tutaj już nie będzie...
Klotylda pobladła niby chusta, a widząc, iż umilkł, zawołała, drżąc na ciele całem:
— Och! mistrzu, mistrzu! a więc ty wciąż o tem jeszcze myślisz, o tej okropności. Tak, czytam w twoich oczach, iż coś ukrywasz przedemną i masz jakąś myśl, która nie do mnie należy. A przecież, jeżeli jabym odjechała, a ty byś umarł, któż pozostałby tutaj do obrony twojego dzieła.
Pascal sądząc, iż Klotylda zwolna się przyzwyczaja do tej myśli o odjeździe, znalazł siłę, by odpowiedzieć z wesołością pozorną:
— Czyż sądzisz, że zdołałbym umrzeć, nie zobaczywszy się z tobą poprzednio raz jeszcze?... Cóż u dyabła, napisałbym po ciebie. A ty musiałabyś przyjechać, aby mi zamknąć oczy.
Teraz Klotylda, upadłszy na krzesło, załkała boleśnie:
— Mój Boże, czyż to możliwe? a więc pragniesz, abyśmy już jutro nie byli razem, my, którzy nie rozłączaliśmy się ani na minutę jedną i żyliśmy poprostu w objęciach wzajemnych! A przecież, gdyby się zjawiło dziecię...
— Ach! ty mię potępiasz! — przerwał gwałtownie. Istotnie, gdyby dziecię się zjawiło, nigdy stąd nie powinnabyś odjeżdżać... Czyż nie widzisz atoli, że jestem już stary i dlatego pogardzam sobą samym. Żyjąc ze mną zestarzałabyś się szybko, doznając jedynie tej wielkiej boleści, że nie byłabyś ni żoną naprawdę, ni matką. Brakowałoby czegoś twojej kobiecości. Idź więc sobie, skoro przestałem już być mężczyzną!
Napróżno usiłowała go uspokoić.
— Nie, nie, wiem doskonale, co myślisz; powiedzieliśmy to sobie przecież ze dwadzieścia razy: jeżeli ostatecznie nie pojawi się dziecię, miłość jest wówczas wstrętnym i nieużytecznym brudem... Pewnego wieczora przecież odrzuciłaś ową powieść, którą czytałaś, ponieważ para bohaterów, zdumiona, że spłodziła dziecię, choć jednak musiała wiedzieć, że może je spłodzić, nie wiedziała następnie, w jaki sposób się tego dziecka pozbyć... Ach! ja tymczasem tak na to dziecko czekałem, na to dziecko, które kochałbym szalenie, gdyż to byłoby twoje dziecko!
Od tego dnia Pascal udawał, że cały zatapia się jeszcze usilniej w pracy.
Teraz siadywał już przy biurku po cztery i pięć godzin, całe poranki, całe popołudnia, nie podnosząc nawet głowy. Podwoił swoją gorliwość, zabraniając, aby mu przeszkadzano i zwracano się do niego choćby ze słowem jednem.
I tylko niekiedy, skoro Klotylda wychodziła, stąpając na palcach, celem dania na dole jakiegokolwiek polecenia lub odbycia krótkiej przechadzki, wówczas Pascal upewniwszy się przelotnem, ukradkowem spojrzeniem, iż jej już niema w pokoju, opuszczał głowę za kraniec biurka z miną niesłychanie przygnębioną.
Po tym nadzwyczajnym wysiłku, do którego się zmuszał, kiedy czuł, że Klotylda znajduje się u jego boku, następowało stale takie właśnie omdlenie i wyczerpanie bolesne. Och! gdyby bowiem nie panował nad sobą, schwyciłby Klotyldę z wszelką pewnością w swoje objęcia i trzymałby ją tuż przy swoich piersiach godzinami całemi, obsypując pocałunkami namięrnemi.
Ach! praca! Jakże gorąco do niej wzdychał, uważając ją za jedyne lekarstwo, mogące stłumić i zniweczyć najsilniejsze porywy jego serca.
Najczęściej atoli nie mógł pracować, musiał atoli grać rolę uważnego robotnika, utkwiwszy oczy w stronnicę, te swoje smutne oczy, które co chwila świeciły łzami tajonemi, podczas gdy myśl zagmatwana, rozerwana, naprawdę zwracała się stale ku jednemu i temu samemu obrazowi.
Czyż więc nawet praca miałaby go zawieść, praca, którą uważał za władcę wszechwładnego, za jedynego stwórcę i kierownika świata całego? Czyż tedy trzeba już było rzucić narzędzia pracy i wyrzec się wszelkiej działalności, ograniczając się jedynie do życia samego, tudzież miłowania pięknych dziewcząt, które się nawijają? A może naprawdę winną tutaj była jego starość, zgrzybiałość nawet, która nie pozwalała mu napisać ani jednej stronnicy zupełnie tak samo, jak zrobiła go już niezdolnym do spłodzenia dziecięcia?
Obawa niemocy nawiedzała go teraz stale.
I tak oparłszy się jednym policzkiem o kraniec stołu, leżał bez siły, przygnieciony uczuciem własnej nędzy; wówczas marzył, iż ma dopiero lat trzydzieści i na łonie Klotyldy co noc czerpie werwę życiową na dzień następny.
Łzy w takiej chwili spadały mu na jego brodę siwą; skoro tylko przecież posłyszał, że Klotylda powraca na górę, natychmiast z żywością się prostował i ujmował pióro w rękę, byle tylko Klotylda zastała go z powrotem takim, jakim go opuściła, z miną zamyśloną, niby to dumającego nad rozwiązaniem zagadnień poważnych, kiedy naprawdę pod jego czaszką panowały jedynie próżnia i smutek.
Był to już środek września; dwa tygodnie, zdaje się, nigdy nie mogące dobiedz końca, przeszły wśród takiej gorączki wzajemnej, nie doprowadzając atoli do żadnego rozwiazania...
Nagle, pewnego poranku Klotylda ku swemu zdziwieniu niesłychanemu spostrzegła, że wchodzi babka Felicyta.
Dnia poprzedzającego Pascal spotkał ją, na ulicy de la Banne, a będąc już zniecierpliwionym i chcąc jaknajprędzej dopełnić ofiary, nie czując nadto w sobie siły do stanowczego zerwania, zwierzył się matce ze wszystkiego, acz czuł wstręt instynktowny do podobnego kroku, oraz poprosił ją,, by dnia następnego przyszła do Soulejady.
Tylko co właśnie babka odebrała świeży list Maksyma, który był już nie tylko zasmucony, lecz wprost rozpaczał i błagał pomocy.
Nasamprzód Felicyta zaczęła usprawiedliwiać swoje odwiedziny.
— Tak, to ja, moja pieszczotko, ja sama we własnej osobie, rozumiesz więc doskonale, że tylko bardzo ważne przyczyny mogły mię skłonić, bym was odwidziła. Naprawdę przecież, ty zupełnie zwarjowałaś, nie mogę zatem pozwolić ci, abyś rujnowała całą, swoją przyszłość, muszę przeto jeszcze raz wyjaśnić ci, jak rzeczy stoją.
I tu, nie dawszy Klotyldzie przyjść do słowa, głosem załzawionym natychmiast przeczytała jej list Maksyma.
Był on poprostu przygwożdżony do fotelu; paraliż, jak doktorzy twierdzili, postępował szybkim bardzo krokiem, sprawiając mu nadto niesłychane boleści To też błagał siostrę o danie jeszcze raz odpowiedzi stanowczej, nie tracąc bynajmniej nadziei, że ona się zjawi, drżąc zaś na myśl, iż musiałby — a musi koniecznie — szukać jakiejś innej dozorczyni, która pielęgnowałaby go w jego dolegliwościach. A przecież nic innego nie pozostałoby mu do zrobienia, gdyby go opuszczono i zaniedbano w owem położeniu nad wyraz smutnem.
Następnie skończywszy już list, dała babka wyraźnie do zrozumienia, że byłoby to błędem nie do darowania, by wypuścić z rąk taki milionowy majątek Maksyma, którym niewątpliwie zawładnęliby obcy.
Nadewszystko przecież mówiła o obowiązku, o pomocy, którą się winno nieść bratu; zresztą i ona również powoływała się na to, że Klotylda uroczyście przyrzekła Maksymowi przyjechać, skoro będzie tego istotnie potrzebował.
— Kochanko, zastanów się! przypomnij sobie tylko! Powiedziałaś mu — pamiętasz — wyraźnie, że przyjedziesz, jeżeli zajdzie prawdziwa tego potrzeba. Powiedziałaś to tak dobitnie, tak uroczyście nawet, iż jeszcze dzisiaj brzmią mi twoje słowa w uszach... Wszak mam słuszność, mój synu?
Pascal od chwili zjawienia się matki pobladł, głowę opuścił na piersi, milczał i pozwalał jej działać swobodnie. To też teraz zaledwie dostrzegalnem kiwnięciem głowy potwierdził jej słowa.
Następnie Felicyta głośno zaczęła wyłuszczać powody, zmuszające Klotyldę do rozstania się z Pascalem, te same powody, które już Pascal poprzednio Klotyldzie wyliczył: straszny skandal, który wprost uniemożliwi im pojawianie się między ludźmi, nędza grożąca im ustawicznie, a zbyt ciężka do dźwigania we dwoje, niemożliwość prowadzenia takiej egzystencji haniebnej nadal, skutkiem której Pascal, już starzejący się, straci resztki zdrowia, podczas gdy ona, jeszcze tak młoda, skompromituje się na życie całe.
Co za przyszłość mogła ich czekać, teraz, gdy nędza schwyciła ich w swe szpony? Upór podobny jest poprostu niedorzeczny i okrutny.
Klotylda wyprostowawszy się i przymknąwszy oczy, przez cały czas milczała, nie wdając się zupełnie w żadne rozprawy. Kiedy jednak prababka drażniła ją i niepokoiła, odezwała się wreszcie:
— Jeszcze raz powtarzam, iż nie mam żadnego obowiązku wobec brata, żadnego, ale to żadnego. Mój obowiązek jest pozostać tutaj. Maksym może robić z swoim majątkiem, co się mu żywnie podoba, ja tych pieniędzy nie pragnę. Skoro już bardzo a bardzo zubożejemy, mistrz odprawi Martynę, a mnie zatrzyma jako służącę w jej miejsce...
Urwała, kończąc zdanie gestem znamiennym.
Och! tak, poświęcić się raz na zawsze swojemu panu i władcy, poświęcić mu całe swoje życie, żebrać dla niego po drogach publicznych, prowadząc go pod rękę! Następnie zaś, za powrotem do domu, tak, jak ongi wieczorem, kiedy pukali do tylu drzwi, niemiłosiernie zamkniętych, nieść mu w podarunku swą młodość królewską i rozgrzewać go wśród uścisków swemi ramionami czystemi.
Stara pani Rougon, oburzona, potrzęsła głową.
— Czy nie lepiej było odrazu tak zrobić, abyś została jego żoną, zamiast teraz ofiarowywać się mu na służącę... W ogóle powiedzcie mi, dlaczego się nie pobraliście?.. Przecież byłoby to i daleko lepiej i daleko przyzwoiciej.
Przypomniała mu, że onego czasu przyszła tutaj, żądając owego małżeństwa, by stłumić w zarodku skandal, który przybierał rozmiary coraz szersze; Klotylda tymczasem miała wówczas minę zdziwioną i oświadczyła, że ani ona, ani doktór o tem nie pomyślał; skoro przecież raz tego zajdzie potrzeba, owszem pobiorą się, gdyż nic przeciwko temu nie mają, lecz to wszystko można jeszcze odłożyć na później, ponieważ nic a nic ich nie nagli.
— Pobrać się. Ależ ja chcę tego koniecznie! — krzyknęła Klotylda.
— Masz zupełną słuszność, babko...
I zwracając się do Pascala, dodała:
— Sto razy powtarzałeś mi, że zrobisz wszystko, czego tylko będę chciała... A więc słuchaj; ożeń się ze mną! Zostanę twoją żoną i nie pojadę do Paryża. Żona nie opuszcza męża.
Pascal odpowiedział odmownie, lecz tylko gestem, bał się bowiem, by głos go nie zdradził, głos, w którym zadrżałaby nuta wdzięczności za ową ofiarę wiecznych więzów, do końca życia przykuwających ją do niego. Tymczasem gest, acz chwiejny, daleko lepiej już wyrażał odmowę. Na co się przyda owo małżeństwo in extremis, skoro już dawne szczęście bezpowrotnie wali się w gruzy?
— Bezwątpienia — podjęła Felicyta — uczucia twoje są bardzo wzniosłe. Bardzo zręcznie układasz projekty w swojej główce milutkiej. Małżeństwo przecież nie da wam żadnego dochodu; pozostając zaś tutaj, kosztujesz Pascala, porządnie drogo i jesteś dla niego wcale niemałym ciężarem.
Owo zdanie ostatnie wywarło na Klotyldę niezmierne wrażenie.
Obróciła się gwałtownie ku Pascalowi, z licem, krwią zalanem, z oczyma, pełnemi łez...
— Mistrzu! mistrzu! czyż to prawda, co przed chwilą powiedziała babka? Czy to prawda, że żałujesz mi tego kawałka chleba, który tutaj zjadam?
Pascal pobladł jeszcze bardziej i nie oddychał niemal, a cała jego postać wyrażała przygnębienie niezmierne. Mimo to głosem stłumionym, jak gdyby mówił do siebie samego, szepnął:
— Mam przed sobą tyle pracy! chciałbym jeszcze powiększyć moje dokumenta, przejrzeć rękopismy moje i notatki, dokończyć słowem zadania, które sobie w życiu wytknąłem!... Gdybym został sam, zdołałbym, być może, tego wszystkiego dokończyć. Sprzedałbym Soulejadę, och! i miałbym szczupły kęs chleba, gdyż wiele bym za nią nie dostał. Sprowadziłbym się, razem ze wszystkiemi papierami, do małej izdebki. I tam usilnie pracowałbym od rana do nocy, a pracą starałbym się odgonić widmo nieszczęścia.
Mówiąc to przecież Pascal unikał wzroku Klotyldy.
W zburzeniu jednak, jakie owładnęło tą ostatnią, już jej nie wystarczało to mruczenie bolesne Pascala. Z każdą sekundą wzruszenie jej rosło i wzbierało, ponieważ czuła, że nadeszła chwila stanowczej, nieodwołalnej przeprawy.
— Popatrz, mistrzu, na mnie, popatrz mi prosto w oczy!.. I zaklinam cię, mój najdroższy, okaż się istotnie dzielnym, wybieraj zatem pomiędzy twojem dziełem i mną, ponieważ, jak się zdaje, twierdzisz, że wysyłasz mię z domu w tym celu, byś swobodniej mógł pracować!
I dla Pascala nadeszła również chwila bohaterskiego kłamstwa.
Podniósł przeto głowę i popatrzył jej dzielnie prosto w oczy, potem zaś z uśmiechem skazanego na śmierć, lecz i pragnącego śmierci, odezwał się swoim dawnym głosem gdzie drgały wszystkie odcienia iście boskiej dobroci:
— Jak się zapalasz i unosisz! Czyż nie możesz pójść za głosem obowiązku spokojnie, jak wszyscy... Mimo istotnie dużej pracy przed sobą, muszę tedy zamknąć się w pustelni; a ty, najdroższa, powinnaś pojechać do brata. Pojedź tedy; wszystko już skończone.
Po tych słowach zapanowało milczenie straszliwe przez kilka sekund.
Klotylda wciąż jeszcze uporczywie spoglądała Pascalowi w oczy, ufając, iż ten zmięknie.
Czy mówił on prawdę szczerą? czy też poświęcał się jedynie dlatego, by jej zapewnić szczęście?
Przez chwilę istotnie doznała wrażenia niezwykle dziwnego, jakgdyby dreszcz, który wstrząsnął jego ciałem, owionął teraz i ją także.
— I czy wysyłasz mię na zawsze; czy nie pozwolisz mi w przyszłości powrócić do siebie?
Pascal nie ugiął się, — uśmiechem mdłym jeno odpowiadając, iż nie wyjeżdża się, by zaraz powracać; wszystko się przeto teraz pogmatwało; Klotylda nawet nie umiała sobie zdać ze wszystkiego sprawy dokładnej; mogła więc i naprawdę przypuszczać, iż Pascal przekładał ponad nią pracę, zwyczajnie jako człowiek nauki, który woli wiedzę, niżeli kobietę.
Teraz zatem na nią przyszła kolej, by zblednąć straszliwie.
Chwilę jeszcze wyczekiwała wśród straszliwego milczenia, poczem łagodnie, zwykłym swoim tonem, czułości, oraz pokory pełnym, odezwała się:
— A więc dobrze, mistrzu, odjadę, kiedy tylko zechcesz i powrócę dopiero wtedy, skoro ty tego wyraźnie zażądasz.
Wszystko więc nagle przerwało się między nimi.
Tego, co się stało, już odwołać nie było można.
Natychmiast więc Felicyta, zdziwiona, że wszystko poszło tak prędko, zażądała, by oznaczono dzień odjazdu. W duchu zaś winszowała sobie samej swej śmiałości i sobie tylko przypisywała zwycięstwo, sobie i swemu kierownictwu całej rozprawy.
Był to właśnie piątek; zgodzono się tedy, że Klotylda odjedzie w niedzielę. Nawet już i telegram wysłano o tem do Maksyma.
Już od trzech dni po okolicy całej hulał mistral. Pod wieczór wiać zaczął ze zdwojoną gorliwością; a Martyna, wierząc baśni ludowej, oznajmiła, że będzie wiał jeszcze przez trzy dni.
Wiatry, przebiegające pod koniec września przez dolinę Viorne’y, stale są straszliwe. To też z troskliwością niesłychaną przeszła przez wszystkie pokoje, by się przekonać naocznie, czy okiennice są, porządnie pozamykane.
Mistral wiejąc, rzucał się zawsze na Soulejadę z ukosa, ponad dachami Plassans, po grzbiecie wyżyny niewielkiej, na której stał dom. I był to szał istny, istna pełna wściekłości trąba, która chłostała dom cały, wstrząsając go od piwnic aż do strychu, bezustannie, i podczas dni i podczas nocy.
Dachówki spadały; okucia okien wiatr wyrywał z łatwością; równocześnie zaś wdzierał się poprzez szyby do wnętrza domu, kwiląc niby jakaś skarga stłumiona, a drzwi za każdym razem, ilekroć zapomniano ich zamknąć, zatrzaskiwały się same z hukiem, nieustępującym wystrzałowi armaty. Śmiało rzecby można, że trzeba było wytrzymać formalne oblężenie wśród hałasu piekielnego i obaw.
A więc nazajutrz w owym domu ponurym, napastowanym przez wiatr olbrzymi, Pascal chciał się zająć pospołu z Klotyldą przygotowaniami do odjazdu. Stara pani Rougon miała powrócić dopiero w niedzielę, w chwili już samego rozstania.
Gdy Martynę powiadomiono o mającym nastąpić odjeździe, widocznem było, iż na razie owa wieść ją wzruszyła; nie odezwała się przecież ani słowa, jeno w oczach jej zamigotał płomień przelotny; kiedy zaś wysłano ją z pokoju, twierdząc, iż się obejdzie bez niej przy pakowaniu, powróciła do kuchni i tam podjęła dawniejsze zajęcia z miną taką, jak gdyby zgoła nic nie wiedziała o katastrofie, która burzyła ze szczętem ich pożycie we troje.
Za najmniejszym atoli wezwaniem Pascala, przybiegała tak prędko, tak ochoczo, tak lekko, z twarzą tak rozjaśnioną, tak opromienioną wyrazem gorliwości, z jaką mu pragnęła usłużyć, że zdawaćby się mogło, iż z powrotem stała się młodą dziewczyną.
On zaś ani na chwilę nie opuszczał Klotyldy, pomagając jej i usiłując się równocześnie przezwyciężyć; przy tem wszystkiem pamiętał, by zabrała ona ze sobą wszystko, czego tylko mogłaby potrzebować. Na środku pokoju, pełnego nieporządku, stały otwarte dwa wielkie kufry; wszędzie leżały paczki oraz suknie porozkładane; po dwadzieścia razy przetrząsano rozmaite szafy i szuflady.
Ta praca jednak, ta myśl staranna, by o niczem nie zapomnieć, przynosiła im niejako znieczulenie chwilowe owej boleści straszliwej, którą i jedno i drugie odczuwało aż do szpiku kości. Poprostu oboje na chwilę chcieli się odużyć: doktór ową starannością, z jaką czuwał, by ani cząstka miejsca w kufrach nie poszła na marne, do pudełka po kapeluszach chował gałganki najrozmaitsze, między koszule i chustki wsuwał wszelkie skrzyneczki i pudełka; ona zaś tymczasem, zdejmując z haków suknie, składała je na łóżku, chcąc je włożyć na ostatku, do najwyższej przegródki.
Potem, kiedy się już nieco zmęczyli, podnieśli się i stanęli naprzeciwko siebie oko w oko, początkowo się uśmiechając, następnie zaś powstrzymując się od płaczu gwałtownego, na wspomnienie nieszczęścia nieuniknione go, które miało na nich spaść i zgruchotać nieodwołalnie. Panowali przecież nad sobą, acz serce krwią kapało.
Mój Boże: a więc to prawda, że nie będą już nadal mieszkali wspólnie pod jednym dachem!
I posłyszeli wówczas gwizd wiatru, straszliwego wiatru, który groził rozerwaniem całego domu.
Ileż to razy, w owym ostatnim dniu, podchodzili razem do okna, przyciągani przez burzę, życząc sobie w duchu, by zniszczyła ona świat cały. A podczas tych podrygów mistrala, słońce nie przestawało świecić, a niebo ustawicznie było błękitnem; ów błękit nieba atoli wpadał już w siność, przybrudzoną kurzem i pyłem i słońce złociste pobladło niby od dreszczu gorączkowego.
I spoglądali na białe, olbrzymie tumany piasku, które zdała zrywały się na drogach; na drzewa, uginające się pod naporem wiatru, z rozrzuconemi gałęziami, wyglądające tak, jak gdyby uciekały w jednym i tymsamym kierunku, jednym i tymsamym galopem; na całą okolicę wyschniętą, wyczerpaną poprostu i zatrutą tą gwałtownością nieustającego ani na chwilę wiatru, który wciąż szalał bez końca, hucząc niby uderzenie piorunu.
Gałęzie się łamały, znikały gdzieś w dali; dachy wzlatywały w górę, a potem znikały tak szybko bez śladu nawet, iż ich nie można było odnaleść.
Dlaczego mistral nie zabrał ich obojga razem, nie przerzucił o setki mil, w kraje nieznane, gdzie byliby szczęśliwi?
Kufry już zapakowano; wówczas doktór chciał odemknąć jedną okiennicę, którą wiatr oderwał z haczyka i przymknął; przez na wpół atoli otwarte okno powstał tak szalony przeciąg, iż Klotylda musiała Pascalowi przybiedz z pomocą. Musieli wytężyć wszystkie siły, za nim zdołali okiennicę przyprowadzić do porządku.
W pokoju leżały porozrzucane już niepotrzebne gałganki; Pascal zaś z Klotyldą zbierali kawałki maleńkie lusterka ręcznego, które potłukło się, spadłszy z krzesła.
Czyżby to była przepowiednia blizkiej śmierci, jak twierdzą kumoszki przedmiejskie?
Wieczorem, po smutnym obiedzie, spożytym w jadalni, wyklejonej jasnem obiciem, w wielkie, kwieciste bukiety, Pascal zaczął namawiać, by się położono wcześnie spać. Klotylda miała odjechać nazajutrz rano o godzinie kwadrans na jedenastą; Pascal bał się nadto, czy nie zaszkodzi jej podróż dwudziestogodzinna koleją, żelazną.
Potem w chwili udania się na spoczynek, Pascal uściskał Klotyldę, lecz uporczywie chciał tej nocy spać sam, w swojej dawnej sypialni.
Jego życzeniem stanowczem było — powtarzał aby Klotylda wypoczęła.
Gdyby zostali razem, ani jedno ani drugie nie zamknęłoby powiek, byłaby to noc iście żałobna, noc nieskończenie smutna. Napróżno Klotylda błagała go tęsknem spojrzeniem swych wielkich, łzawych oczu, napróżno wyciągała ku niemu swe boskie ramiona: Pascal zdobył się na siłę niezwykłą, by odejść, składając na jej oczach dwa serdeczne, tkliwe pocałunki, jak gdyby Klotylda była dziecięciem małem. Potem poprawił jeszcze otulając ją kołdrą i prosił, aby była rozsądną i zasnęła spokojnie.
Czyż nie rozstali się już ze sobą naprawdę?
Wstyd jeno i wyrzuty przepełniłyby jego serce, gdyby ją był posiadł raz jeszcze, choć już nie należała do niego...
Cóż to jednak za powrót okropny do tego pokoju zimnego, opustoszałego, gdzie czekało na niego chłodne, dawne, kawalerskie łóżko! Zdawało się mu teraz, iż to już starość chwyta go w swe objęcia, tak, starość zapada nieodwołalnie nad jego głowę, niby wieko trumny ołowianej.
Nasamprzód obwiniał wiatr, iż to on jest przyczyną, jego bezsenności. Dom obumarły napełnił się łkaniami, jakiemiś jękami błagającemi, wśród których odzywały się i krzyki gniewu, a do wszystkiego przyłączał się płacz ustawiczny.
Dwa razy wstał z łóżka i szedł podsłuchiwać pod drzwiami Klotyldy, lecz nic nie usłyszał.
Potem zszedł na dół, by zamknąć drzwi które ustawicznie się odmykały i przymykały, wydając za każdym razem głuche uderzenie, jak gdyby nieszczęście pukało w ściany domu. Poprzez pokoje ciemne przelatywały westchnienia; Pascal, zziębnięty, drżący, położył się z powrotem, ale wciąż dręczyły go przywidzenia bolesne.
Wreszcie zdobył się na świadomość, iż to nie mistral rozszalały sprawia mu tyle cierpień, wre w jego piersiach i odgania sen z powiek. Sprawcą tego wszystkiego jest tęsknota za Klotyldą, pewność, iż ona śpi wraz z nim jeszcze pod jednym dachem, ale już nie może do niego należeć.
I wówczas porwało go pragnienie straszne posiadania jej raz jeszcze, straszna rozpacz, od której aż się wił na łóżku.
Mój Boże! więc już nie miał jej posiadać ani razu, skoro przecież jednem słowem mógł przywołać ją ponownie, posiąść jeszcze i posiąść na zawsze.
Przecież ten, kto mu chciał zabrać owo ciało młode, właściwie wyrywał kawałkami jego własne ciało. Skoro się ma lat trzydzieści, łatwo można znaleść sobie inną kobietę. Cóż to przecież za męczarnia wyrzekać się, będąc owładniętym tak wielką, jak jego, namiętnością, ostatnim wybuchem dogasającej męskości, tego świeżego, jedynego ciała, które mu podarowano iście po królewsku na własność nieodwołalną, jako rzecz raczej, ku dowolnemu rozporządzaniu!
Dziesięć przeto bezmała razy już, już miał wyskakiwać z łóżka i biedź do niej, posiąść z całym zapałem i zatrzymać przy sobie na zawsze. To mocowanie się straszliwe trwało aż do dnia białego, wśród straszliwego poświstu i ataków wiatru, który roztrząsał starym domem, aż do posad samych.
O godzinie szóstej rano Martynie przywidziało się, że ją pan wzywa do siebie. Łaziła już wówczas na dole, szybko przeto wbiegła po schodach. Do pokoju weszła z miną ożywioną i podnieconą, jaką miała od przedwczoraj; nagle atoli skamieniała poprostu, zdjęta niepokojem i bólem, ujrzała bowiem Pascala, do połowy tylko rozebranego, leżącego w poprzek łóżka, zmęczonego i gryzącego poprostu poduszkę celem stłumienia łkań, które się mu gwałtem wyrywały z piersi.
Chciał się podnieść i natychmiast ubrać; nowy jednak atak niemocy powalił go na łóżko, a do tego przyłączył się zawrót głowy i chorobliwe bicie serca.
Przed chwilą właśnie przyszedł do przytomności po krótkiem zemdleniu i zaczął na nowo użalać się głośno nad swemi męczarniami.
— Nie, nie, nie mogę, cierpię zbyt wiele... Wolę raczej umrzeć, tak, umrzeć teraz..
Poznał jednak Martynę i już nie siląc się na udawanie, straciwszy resztki panowania nad sobą, szarpany boleścią bezbrzeżną, wyznał jej wszystko:
— Ach, moja Martyno biedna! cierpię strasznie, serce mi pęka... A to ona zabiera ze sobą moje serce, ona unosi całą duszę moją. I nie potrafię żyć teraz bez niej.. Powinienem był umrzeć tej nocy, chciałem umrzeć przed jej odjazdem, aby nie doznać tego strasznego wstrząśnienia na widok, iż mię ona opuszcza... Och! mój Boże! ona odjeżdża, i nie będę jej już miał nadal przy sobie, zostanę sam jeden, sam, sam...
Służąca, która była tak wesołą, gdy wchodziła na górę, zbladła teraz niby wosk, a na twarzy ukazał się wyraz wielkiej boleści.
Stała więc niema przez chwilę, patrząc na Pascala, jak ściągał kołdry drżącemi rękoma, dyszał chrapliwie z rozpaczy i usiłował usta zakneblować sobie poprostu pościelą.
Wreszcie po olbrzymim wysiłku Martyna widocznie zdobyła się na jakieś postanowienie nagle.
— Ależ, proszę pana, to niema żadnego sensu smucić się w podobny sposób... To śmieszne... Skoro rzeczy się mają w ten sposób, a pan żadną miarą nie może się obejść bez panienki, pójdę do niej i powiem w jakim stanie pana znalazłam...
Te słowa nagle zelektryzowały go; zerwał się z łóżka, drżąc jeszcze i chwiejąc się, tak, iż oparł się o poręcz krzesła.
— Zakazuję ci, Martyno, jak najsurowiej!
— Takżebym jeszcze miała tego słuchać! Znajduję pana na pół martwym i zalewającym się łzami krwawemi!... Nie, nie, leży na mnie poprostu święty obowiązek wyszukania panienki i powiedzenia jej nietylko całej prawdy, lecz również zmuszenia, by koniecznie i nadal została z nami.
Ale doktór schwycił ją za ramię i owładnięty gniewem, nie puszczał z pokoju.
— Nakazuję ci, abyś milczała jak grób i była spokojną, w przeciwnym bowiem wypadku wyjedziesz razem z nią. Czy mię zrozumiałaś? Byłem chory z powodu tego wiatru. To nikogo nie powinno obchodzić!
Potem atoli napadło go rozczulenie, gdyż zazwyczaj był dobrym i tkliwym, uśmiechnął się zatem ostatecznie do starej służącej:
— Ach! biedna Martyno! Gniewasz się na mnie zapewne! No, no, daruj! Pozwól mi postępować tak, jak powinienem, dla szczęścia nas wszystkich. I ani słówka nikomu, gdyż sprawiłabyś mi i smutku wiele i kłopotu.
Teraz Martyna z kolei miała oczy łez pełne.
Wielki czas już atoli był potemu, by się pogodzili i porozumieli oboje, ponieważ niemal natychmiast weszła Klotylda, która wstała wcześnie i spiesznie chciała zobaczyć się z Pascalem. Do ostatniej bowiem chwili spodziewała się bezwątpienia, że mistrz zatrzyma ją u swego boku.
I ona również miała powieki zaczerwienione, tudzież opuchłe z bezsenności. Wszedłszy, natychmiast rzuciła na niego spojrzenie, pełne lękliwych zapytań i nie odwracała od tej chwili ani na moment od niego oczu.
Pascal przecież wyglądał jeszcze tak źle, że się o niego zaniepokoiła.
— Nie, nic mi nie jest, zapewniam cię. Byłbym spał wybornie, gdyby nie ten mistral... Nieprawdaż, Martyno, wszak już ci o tem mówiłem.
Służąca skinieniem głowy przyznała mu racyą.
To też Klotylda ze swej strony poddała się żelaznej konieczności i nie wyspowiadała się przed nim z męczarń, oraz walk, które także przebyła tej nocy, podczas gdy on niemal konał w jej pobliżu. Obie kobiety, nawykłe do posłuszeństwa, robiły teraz wszystko, by okazać mu pomoc i posłuch w tej chwili zapomnienia o sobie samym.
— Poczekaj — rzekł Pascal, otwierając biurko — mam tutaj coś dla ciebie... Patrz! oto siedmset franków w tej kopercie.
I jakkolwiek Klotylda z protestem głośnym wzbraniała się przyjąć owych pieniędzy i nie chciała o niczem słuchać, Pascal zdał jej rachunek szczegółowy.
Z sześciu tysięcy franków otrzymanych za klejnoty, wydano do tej chwili zaledwie dwieście, Pascal zaś zatrzymał dla siebie sto, by opędzić wydatki do końca miesiąca, rzecz prosta, rządząc się ścisłą oszczędnością, skąpstwem niemal brudnem, jakie od tej pory za stałą przyjął zasadę. Następnie, sprzeda bez wątpienia Soulejadę, będzie pracował i postara się o położenie tamy kłopotom pieniężnym.
Pięciu tysięcy franków atoli, które pozostały jeszcze, za nic w świecie odtąd nie ruszy, ponieważ należą one święcie do Klotyldy, tak, są jej własnością i każdej chwili znajdzie je ona w tej oto szufladzie.
— Mistrzu, mistrzu, tyle mi cierpień zadajesz teraz...
Pascal przerwał jej.
— Tak chcę, a nie inaczej, i to ty właśnie krwawisz mi serce... Patrz, już jest wpół do ósmej, trzeba więc, bym obwiązał sznurami twe tłumoki, skoro są już zamknięte.
Kiedy Klotylda i Martyna pozostały same, twarz w twarz, patrzyły na siebie przez chwilę w milczeniu głuchem.
Od chwili, gdy się położenie zmieniło, odczuwały instynktownie, że istnieje między niemi antagonizm skryty, mający źródło w świetnym tryumfie młodej pani i zazdrości tajonej starej służącej, uwielbiającej swego pana. Dzisiaj zdawało się napozór, iż zwyciężała właśnie ta ostatnia.
W owej godzinie rozstania jednak ich wzruszenie wspólne zbliżyło je ku sobie nawzajem.
— Martyno, pamiętaj, abyś go nie karmiła, jak jakiego biedaka. Przyrzeknij mi, że będzie miał codziennie mięso i wino.
— Niech się panienka nie boi!
— I wiesz o tem doskonale, że te pięć tysięcy franków, które tu oto leżą, są jego świętą własnością. Sądzę więc, że i sama nie będziesz się cichaczem głodziła i jemu nie pozwolisz umrzeć z wycieńczenia. Chcę, byś mu dogadzała.
— Powtarzam, panience, że dołożę wszelkich starań. aby panu niczego nie brakowało.
Nastało milczenie ponowne. Obie kobiety wciąż na siebie spoglądały.
— A jeszcze pamiętaj i o tem, aby się zbytnio nie zapracowywał. Odjeżdżam bardzo niespokojnie, gdyż zdrowie mistrza szwankuje od niejakiego czasu. Będziesz go pielęgnowała; nieprawdaż?
— Tak jest, niech panienka będzie spokojna!
— Zresztą ufam ci zupełnie. Teraz już będzie miał tylko ciebie jedną; pociesza mię atoli ta okoliczność, iż ty go kochasz. Tak jest, kochaj go z całych sił, kochaj go za nas obie.
— Tak, panienko, ile tylko będę mogła.
Łzy zaświeciły w ich oczach, a Klotylda dodała jeszcze:
— Czy chcesz mię, Martyno uściskać?
— Och: tak, panienko, bardzo chętnie.
I rzuciły się sobie w objęcia i ściskały się jeszcze, gdy Pascal wszedł z powrotem do pokoju.
Udał, że ich nie spostrzega, by bez wątpienia nie rozczulać siebie samego. Potem głosem donośnym mówić zaczął o ostatnich przygotowaniach do odjazdu, jak człowiek spieszący się, który za żadną cenę nie chciałby się spóźnić na pociąg. Powiązał już tłumoki, a ojciec Durieu zawiózł je swemi końmi na dworzec kolei, gdzie na nich zaczeka.
Tymczasem była zaledwie godzina ósma; pozostało jeszcze przeszło dwie godziny swobodnego czasu. Były to dwie godziny, pełne bólów strasznych, tęsknoty dziwnej, próżni niczem niewypełnionej, bolesnego dreptania, goryczy, która po stokroć razy zatruła owo zerwanie.
Śniadanie zajęło zaledwie kwandrans.
Potem oboje to wstawali, to znowu siadali, a oczy nie schodziły z zegara. Minuty przeciągały się dla nich w wieczność całą, były rodzajem powolnego konania w tym domu, pustym teraz, niby grobowiec.
— Ach! co za wiatr! — odezwała się Klotylda po jednym z podrygów mistrala, który uderzył z hukiem w drzwi i okna.
Pascal, zbliżywszy się do okna, patrzył, jak drzewa uchylają się pod naciskiem burzy.
— Dzisiejszego ranka wzrósł jeszcze. Teraz muszę porządnie bać się o dach, ponieważ i tak już dachówki wszystkie pozrywane.
I już naprawdę nie byli sami we dwoje. Słyszeli tylko ów wiatr wściekły, który obalając i porywając wszystko, zabierał także i po cząstce ich życia.
Wreszcie o wpół do dziewiątej Pascal ozwał się krótko:
— Już czas, Klotyldo!
Ta wstała z krzesła, na którem spoczęła.
Chwilami zapominała już, że ma jechać. Nagle, teraz owa rzeczywistość okropna stanęła przed jej oczyma. Po raz ostatni spojrzała na niego, czy też nie wyciągnie ku niej ramion, aby ją zatrzymać.
Wszystko się skończyło.
To też twarz jej przybrała wyraz zmartwiałości pewnej, jak gdyby ją w owej chwili piorun poraził.
Z początku zamienili z sobą kilka słów banalnych.
— Napiszesz do mnie? Nieprawdaż?
— Bezwarunkowo, a ty pisz do mnie możliwie, jak najczęściej, co się też z tobą dzieje.
— Nadewszystko, gdybyś zachorował, przywołaj mię natychmiast.
— Przyrzekam ci, lecz niema obawy, jestem zupełnie zdrów.
Aż wreszcie już w chwili, gdy miała opuścić ów dom, tak dla niej drogi, ogarnęła go raz jeszcze wzrokiem niepewnym. Następnie zaś przytuliła się do piersi Pascala i patrzyła na niego, łkając, podczas kiedy on objął ją uściskiem serdecznym.
— Chcę cię tutaj raz jeszcze pożegnać, chcę ci podziękować.. To ty, mistrzu, zrobiłeś mię tem, czem teraz jestem... Powtarzałeś bowiem sam dosyć często, że wypleniłeś ze mnie nałogi dziedziczne. Czemże bowiem stałabym się, gdybym dojrzewała tam, w owem otoczeniu, w którem się chował Maksym?... A tak, jeżeli jestem choć cokolwiek warta, to zawdzięczam jedynie tobie, tak tobie, który przesadziłeś mnie w inny grunt, bo do tego domu pełnego prawdy i dobroci, gdzie wzrastałam na godną twojej dla mnie czułości.. Dzisiaj skoro już mię obarczyłeś i obsypałeś dobrodziejstwami, odsyłasz z powrotem. Niech się tedy stanie wola twoja, ponieważ jesteś mistrzom moim, a ja zawsze będę ci posłuszną. Kocham cię mimo wszystko i zawsze będę kochała.
Pascal przycisnął ją do serca i odrzekł:
— Pragnę jedynie twojego dobra i chcę właśnie zabezpieczyć ci je stale.
I zamieniając ostatni pocałunek, — pocałunek, który im obojgu zakrwawił serce, Klotylda westchnęła i zaraz potem szepnęła głosem stłumionym:
— Ach! gdyby się było zjawiło dzieciątko!
Na to Pascal sam łkając gwałtownie, jeszcze ciszej, tak, iż zaledwie zdołała go dosłyszeć, bełkotać zaczął słowa niemal bez związku:
— Tak, tak, nie ziściło się to marzenie — marzenie jedynie prawdziwe i dobre, marzenie, którego nie zdołałem urzeczywistnić... Przebacz mi i staraj się być szczęśliwą.
Stara pani Rougon czekała już na nich na dworcu, bardzo wesoła i nader ruchliwa, mimo swoich ośmdziesięciu lat. Tryumfowała teraz, sądziła bowiem, iż trzyma silnie już na uwięzi swego syna, Pascala.
A kiedy spostrzegła, że i on sam i Klotylda są tak przygnębieni, że nie wiedzą niemal, jak się ruszać, — zajęła się wszystkiem, kupiła bilet, wyprawiła rzeczy, a wreszcie umieściła wnuczkę w osobnym przedziale dla dam. Potem zaś prawiła jej długo o Maksymie, dawała wskazówki i wymagała, by Klotylda przysyłała porządne sprawozdania.
Ale pociąg wciąż jeszcze nie ruszał, tak, iż biedni kochankowie przez całe pięć minut strasznych, patrzyli na siebie oko w oko, nie zamieniwszy ze sobą ani słowa jednego.
Wreszcie, wszystko na dworcu zawrzało; nastąpiły uściski, odezwał się głuchy łoskot kół i zabielały chustki, któremi powiewano.
Nagle, Pascal spostrzegł, iż został sam na platformie, podczas gdy pociąg już był tam, daleko i zmalał do rozmiarów nitki cienkiej.
Wtedy ani chwili nie chciał słuchać, co matka do niego mówiła i zawróciwszy się, pobiegł, — pobiegł szalenie szybko, jak młodzieniec, dostał się na stok, wdrapywał się po stopniach, ułożonych z kamieni wysuszonych, i w trzy minuty znalazł się w Soulejadzie.
A mistral wciąż szalał z mocą tak niesłychaną, że zginał niby słomki cyprysy stuletnie. Na tle nieba bezbarwnego słońce wyglądało tak, jak gdyby je znużył ów wiatr, który od sześciu dni uderzał w nie z mocą niewymowną.
Pascal zaś, kropla w kroplę podobny do owych drzew z rozwianemi gałęźmi, w ubraniu, fruwającem niby proporzec, na wiatr puszczony, z brodą i włosami, miotanemi przez wiatr, biczowanemi przez burzę, stał nieruchomy na wyżynie z oddechem przyśpieszonym, obie ręce przyciskając do serca, by powstrzymać zbyt gwałtowne jego bicia, widział, jak pociąg ucieka w dal, poprzez płaszczyznę pustą, ów pociąg, całkiem już maleńki, który mistral mógł lada chwila zmieść, niby garść liści zeschłych.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: anonimowy.