Doktór Pascal/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Doktór Pascal
Podtytuł Powieść
Data wydania 1894
Wydawnictwo Red. tyg. "Romans i Powieść"
Druk Drukiem A. Pajewskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Docteur Pascal
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron


IX.

Doktór Pascal nie zaniechał dotychczas swych odwiedzin lekarskich w mieście i we wsiach okolicznych. A niemal zawsze prowadził pod rękę Klotyldę, która wraz z nim wchodziła do izb ludzi biednych.
Lecz owe wszystkie odwiedziny, jak jej sam wyznał szeptem cichym tej nocy pamiętnej, były niemal wyłącznie odwiedzinami, niosącemi ulgę w cierpieniu i pociechę.
Już przed laty ostatecznie doszedł do tego, że wykonywał swoją praktykę lekarską jedynie ze wstrętem, a to z powodu, iż odczuwał doskonale całą bezpodstawność terapeutyki.
Pocieszył go empiryzm.
Od chwili, kiedy medycyna stała się dla niego nie nauką doświadczalną, lecz sztuką, odczuwał niepokój groźny wobec nieskończonego powikłania choroby, tudzież lekarstwa, stosownie do chorego. Środki zaradcze zmieniały się wraz z hypotezami; iluż to ludzi musiały pozabijać metody, dzisiaj już rzucone w kąt między śmiecie!
Węch poprostu lekarza znaczył tutaj wszystko; ten z nich, który zdołał wyleczyć chorego, był poprostu wieszczkiem, szczęśliwie obdarzonym od natury; szedł on po omacku; kierując kuracyą wedle ślepego losu.
Ta okoliczność właśnie tłomaczyła dostatecznie, dlaczego po latach dwunastu praktyki, zwolna, niemal zupełnie zaniedbał swoich klientów, by wprost poświęcić się badaniom ścisłym, badaniom naukowym.
Potem, kiedy olbrzymie studya nad dziedzicznością na chwilę go napełniły nadzieją, że można zapobiegać chorobom i leczyć je z pomocą owych zastrzykiwań podskórnych, ponownie zapalił się do praktyki Trwało to przecież tylko tak długo, jak długo nie obudziła się w nim jeszcze potężniejsza, niż dawniej, wiara w życie, wiara, która poprzednio nakłaniała go do niesienia temu ostatniemu pomocy przez wzmacnianie sił życiowych. Tym razem atoli owa wiara natchnęła go przekonaniem nieugiętem, iż życie wystarcza sobie samemu i jest jedynym twórcą zdrowia, tudzież siły.
I znowu od tej chwili zaczął z spokojnym uśmiechem odwiedzać tylko tych chorych, którzy się go już koniecznie domagali, odczuwając ulgę cudowną nawet wtedy, kiedy robił im zastrzykiwania, choćby tylko czystą wodą.
Klotylda teraz pozwalała sobie niekiedy żartować.
W głębi duszy bowiem pozostała zawsze zwolenniczką zapaloną mistycyzmu; to też niejednokrotnie żartobliwie powtarzała, że doktór robi tylko dlatego cuda, że tkwi w nim odpowiednia, nadziemska moc, jakiś duch święty, z góry zesłany!
Doktór atoli w odpowiedzi na to zwykł był także z kolei żartować i udawadniał, iż skuteczność ich wspólnych wizyt właśnie tylko na jej oddziaływaniu polega. Zaręczał nawet, iż nigdy nikogo nie umie uzdrowić, jeżeli jej przytem niema, boć to właśnie ona przynosi ze sobą owo tchnienie gdzieś z góry, ową siłę nieznaną, a potrzebną. I dlatego właśnie ludzie bogaci, mieszczanie, do których nie ośmielała się wchodzić, kawęczyli w dalszym ciągu, ani na chwilę nie doznając żadnej ulgi.
Taka rozmowa czuła bawiła ich w najwyższym stopniu; za każdym razem wychodzili z domu na nowe niejako odkrycia i cieszyli się coraz to większem u chorych uznaniem.
Ach! jakże ich oburzało owo cierpienie, palące chorych niby żelazo roztopione; jakże chcieli je czemprędzej usunąć; jak wreszcie czuli się szczęśliwymi, skoro udało im zwyciężyć! Stanowiło to dla nich boską, iście nagrodę, gdy widzieli, jak pot zimny znika, jak usta jęczące milczą; jak twarze już obumarłe na nowo nabierają życia.
Tak, stanowczo tych cudów dokazywała ich miłość, którą wystawiali na pokaz całemu światu; dzięki niej to łagodzili oni bóle ludzkości cierpiącej w owym małym zakątku ziemi.
— Śmierć to głupstwo, to rzecz nieunikniona! — powtarzał często Pascal. — Ale dlaczego człowiek ma cierpieć? Przecież to straszne i głupie zarazem!
Pewnego popołudnia doktór wraz z Klotyldą wyszli odwiedzić chorego w małem miasteczku Sainthe-Marthe. Celem zaoszczędzenia czasu, postanowili pojechać koleją. Na dworcu przecież niespodziewanie natknęli się na kogoś...
Oto tak było.
Pociąg, na który czekali, przychodził z Tulettes.
Saint-Marthe zaś była pierwszą stacyą za Plassans w kierunku przeciwnym, w stronie ku Marsylii.
Skoro pociąg przybył na dworzec, Pascal i Klotylda podskoczyli spiesznie ku wagonom i już otwierali drzwiczki, kiedy spostrzegli, że z przedziału, który uważali za pusty, wysiada stara pani Rougon.
Nie przemówiła do nich ani słowa, jeno wyskoczyła lekko i szybko, mimo wiek podeszły, poczem oddaliła, sztywna, wyprostowana, z miną wielce uroczystą.
— Dzisiaj l-go lipca — rzekła Klotylda, kiedy pociąg już ruszył. — Babcia wraca z Tulettes, gdzie pierwszego każdego miesicąa odwiedza ciotkę Didę... Czy widziałeś, jak się na mnie spojrzała?
Pascal w głębi duszy był niezmiernie szczęśliwy z tej rozterki z matką, ponieważ to go uspakajało, gdy przeciwnie poprzednio każde jej odwiedziny wiecznie napełniały go niewytłomaczoną trwogą.
— Ech! — rzekł krótko — skoro ludzie nie zgadzają się ze sobą, to i lepiej, że nie odwiedzają się nawzajem.
Ale Klotyldy nie rozchmurzyła owa uwaga. Przeciwnie, wciąż była zamyśloną Wreszcie odezwała się półgłosem:
— Spostrzegłam, iż się zmieniła. Twarz jej pobladła... I, czy zauważyłeś to? ona, tak zazwyczaj uważająca na siebie, miała tym razem rękawiczkę tylko na jednej ręce, na prawej, rękawiczkę zieloną.. Nie wiem dlaczego, lecz żal szczery ścisnął mi serce.
Wówczas doktór, zasmucony również, machnął jedynie ręką.
Jego matka, jak wszystko zresztą na świecie, musi się ostatecznie starzeć. Jest do tego za zbyt czynną, za nadto jeszcze roznamiętnia się do wszystkiego. Wspomniał też, iż zamierza cały swój majątek zapisać miastu Pląssans pod warunkiem, aby założono za ową sumę schronienie, noszące miano Rougonów.
Tutaj zaczęli się śmiać oboje, poczem doktór zawołał:
— A więc słuchaj! i my pójdziemy jutro do Tulettes celem zobaczenia naszych chorych. Wiesz zresztą, że obiecałem zaprowadzić Karola do wuja Macquarta.
Felicyta, istotnie wracała tego dnia z Tulettes, gdzie się udawała niezmiennie każdego pierwszego w miesiącu, aby zasięgnąć wiadomość o ciotce Didzie.
Od wielu, już wielu lat namiętnie zajmowała się zdrowiem owej waryatki, zdumiona poprostu na widok, iż żyje tak długo, oraz tak uporczywie, wściekła na nią, że ośmiela się uporczywie żyć wbrew wszelkim prawidłom, wbrew przyjętej normie z jakąś nadnaturalną, hojną aż do zbytku długowiecznością.
Ach! co za ulgi i pociechy zarazem dozna owego dnia, kiedy już pogrzebie owego krępującego świadka przeszłości, to widmo oczekiwania i pokuty równocześnie, które samo przez się przywoływało do życia wszystkie hańby całej rodziny!
I kiedy już tyle i innych osobistości zniknęło z powierzchni ziemi, ona, obłąkana, chowająca w głębi źrenic zaledwie iskierkę życia, zdawała się być zapomnianą przez śmierć. Jeszcze dzisiaj znalazła ją siedzącą w fotelu, wyschłą, prostą, nieruchomą. Dozorczyni powtarzała, że teraz już i niema powodu najmniejszego, który mógłby śmierć sprowadzić, kto wie, czy ciotka Dida nie będzie żyła wiecznie.
I tak już liczyła przeszło sto pięć lat.
Wyszedłszy ze schronienia, Felicyta poczuła zmęczenie.
Pomyślała tedy o wuju Macquarcie.
Oto jeszcze jeden, który ją krępował w najwyższym stopniu, a chciał żyć z uporem, mogącym przyprowadzić do rozpaczy! Wprawdzie miał on tylko ośmdziesiąt cztery lata, zaledwie o trzy lata więcej, aniżeli ona, mimo to przeciez wydawał się jej śmiesznie starym, poprostu przekraczającym granice, dokąd żyć było wolno.
A nadto przecież był to człowiek, który żył wśród samach wyuzdań, upijał się, jak bydlę, co wieczór, już od lat przeszło sześćdziesięciu!
Ludzie przezorni, ludzie trzeźwi wstąpili do grobu, a on natomiast kwitł, wyglądał przepysznie, tył nawet, tryskał zdrowiem i odznaczał się wesołością.
Przed laty, kiedy dopiero co tylko osiadł w Tulettes, Felicyta ofiarowywała mu to wina, to likiery, to koszyki flaszek z wódką, w nadziei błogiej, że uda się jej w ten sposób uwolnić rodzinę od hultaja nieznośnego i zgoła niepotrzebnego, od którego należy się spodziewać jedynie nieprzyjemności, tudzież hańby.
Wnet atoli spostrzegła, że ów wszystek alkohol przeciwnie tylko go podtrzymuje w zdrowiu jak najpiękniejszem, pięknym rumieńcem pokrywa mu policzki, a oko zaprawia błyskawicami szyderstwa; to też zaprzestała posyłać mu dary, które zamiast truć g0, tylko dodawały mu tuszy i zdrowia.
W głębi duszy więc chowała do niego za to urazę wściekłą; byłaby go zabiła, gdyby się nie bała.
I za każdym razem widziała, że ów pijanica stoi coraz to silniej na swych nogach krzepkich i coraz jawniej ośmiela się śmiać z niej, ponieważ wiedział dobrze, iż życzy sobie ona jego śmierci. Tryumfował tedy, że nie sprawia jej właśnie swym pogrzebem przyjemności, jej, która ufała, że grzebiąc jego ciało, pogrzebie wraz z niem dawne brudy rodzinne, krew. tudzież błoto, obryzgujące dwa poprzednie podboje miasta Plassans.
— Widzisz, moja Felicyto — powtarzał on często swoim głosem, zjadliwie szyderczym — jestem tutaj koniecznie potrzebny, aby strzedz naszej starej matki; jeżeli zaś z czasem zdecydujemy się umrzeć oboje równocześnie, to zrobimy to tylko przez grzeczność dla rodziny, tak, dla ciebie nawet, aby ci poprostu oszczędzić kłopotu przybiegania do nas co miesiąc, ot, tak z dobrego serca, jak teraz.
Zazwyczaj, ostatniemi czasy, już nie zadawała sobie tak obłudnego trudu, by odwiedzać wuja; wszystko, czego mogła się dowiedzieć, mówiono jej w Schronieniu. Tym razem atoli, skoro jej powiedziano, że dostał on ataku nadzwyczajnego, bezprzykładnego pijaństwa i ani razu jeszcze przez całe dwa tygodnie nie był trzeźwym, a nadto nie ruszył się nogą z domu przez owe dwa tygodnie, ponieważ wódka odebrała mu przytomność, zdjęta ciekawością, postanowiła naocznie sprawdzić stan, w jakim też mógł się znajdować.
I powracając na kolej, nadłożyła nieco drogi, by dojść do domku wuja.
Dzień był wspaniały; piękny, ciepły i iskrzący się od słońca dzień letni.
Po prawej i po lewej stronie drogi, przez którą musiała przechodzić, rozciągały się pola, jakie musiała zakupić dla Macquarta na jego wyraźny rozkaz, pola, złożone z tłustej, urodzajnej ziemi, stanowiącej cenę jego milczenia i jego dobrego zachowania się przez lata poprzednie. Dom stał na samem słońcu, pokryty czerwonemi dachówkami; mury pomalowane dosyć niedbale na kolor żółty; wszystko to śmiało się wesoło i radośnie.
Tuż pod starodawnym murem tarasu, mogła odetchnąć wybornem, świeżem, chłodnem powietrzem, a zarazem popatrzeć na widok cudowny, który się wokoło rozciągał.
Co za przewyborne, podniosłe i wygodne schronienie, co za zakątek szczęścia dla starca, który wśród tej ciszy i pokoju kończyłby życie, długie życie, pełne dobroci, oraz pełne obowiązku!
Daremnie przecież Felicyta starała się zobaczyć wuja; nigdzie nie mogła go ani odkryć, ani usłyszeć.
W około panowało milczenie głuche.
Jedynie pszczoły brzęczały naokoło wielkich malw. Zresztą widniał jeszcze na tarasie tylko mały, żółtawy piesek, zwykle napotykany w Prowancyi; leżał on w cieniu, wyciągnięty wzdłuż na ziemi, z traw ogołoconej.
Znał dobrze nadchodzącego gościa, podniósł tedy głowę, mrucząc, i zdradzając na razie chęć szczekania; potem atoli ułożył się z powrotem i już nie ruszał się z miejsca.
Cała ta pustka przeto, tak dziwnie odbijająca od wesela, rozsiewanego dokoła przez słońce, sprawiła na niej wrażenie nieprzyjemne. Zadrżała nieco i otrząsnęła się, potem zaś zaczęła wołać:
— Macquardt!.. Macquardt!..
Ani szmeru jednego, ani jednego oddźwięku.
I znowu zapanowało milczenie głuche; tylko pszczoły zaczęły brzęczeć jeszcze głośniej wokoło wielkich malw.
Tu już atoli Felicyta poczęła się wstydzić swoich obaw, weszła zatem bardzo odważnie do wnętrza domu.
Po lewej ręce w przedsionku, drzwi od kuchni, gdzie wuj zwykle przebywał, były tym razem zamknięte. Pchnęła je ręką, lecz z początku nic a nic nie mogła zobaczyć, ponieważ poprzednio starannie pozamykał okiennice, aby schronić się przed upałem.
Piewszem wrażeniem, jakie doznała, było gwałtowne ściśnięcie gardła skutkiem silnej woni alkoholu, przepełniającej pokój: zdawało się, że każdy sprzęt oddychał tym zapachem, a dom cały był nim przesycony aż do samego szpiku. Wreszcie, kiedy już oczy jej przyzwyczaiły się do tego mroku, spostrzegła ostatecznie wuja.
Siedział w pobliżu stołu, na którym stała szklanka i już zupełnie pusta butelka silnego absyntu. Wsunięty w głąb krzesła, spał snem kamiennym, spity aż do utraty przytomności.
Taki widok obudził w niej już nie tylko gniew wściekły, ale i nieskończoną pogardę.
— Przyznaj sam, mój Macquardzie, czy to rzeczą rozsądną i uczciwą, by doprowadzać się aż do takiego stanu?... Obudźże się, gdyż to jest wstrętnem w najwyższym stopniu!
Ale sen Macquardta musiał być bardzo twardym, ponieważ nawet nie słychać było, aby oddychał.
Napróżno Felicyta podniosła głos, napróżno też silnie klaskała w dłonie.
— Macąuart! Macąuart! Macąuart!. Ach!. pfe! Jesteś wstrętnym, mój drogi!
Teraz już odwróciwszy się od niego, nie krępowała więcej; ruszała się po kuchni całkowicie swobodnie i dotykała każdego przedmiotu.
Gdy wyszła ze Schronienia i musiała maszerować po drodze, pełnej kurzu, nagle uczuła wielkie pragnienie. Rękawiczki piekły ją, teraz nieznośnie, zdjęła je zatem i położyła na rogu stołu.
Następnie trafem szczęśliwym znalazła dzbanek, wymyła szklankę, poczem napełniwszy ją aż po brzegi, zabierała się do picia, kiedy widowisko nadzwyczajne wzruszyło ją do tego stopnia, że w jednej chwili postawiła szklankę tuż przy rękawiczkach, nie umoczywszy nawet ust spieczonych.
W izbie robiło się coraz jaśniej i jaśniej, ponieważ oświetlały ją wązkie promienie słońca, przedzierające się przez szpary starych, popękanych okiennic.
Obecnie widziała wybornie wuja, zawsze czysto ubranego w bluzę błękitną, na głowie zaś miał odwieczną czapkę futrzaną, którą nosił z roku na rok. Od lat pięciu czy sześciu utył znacznie; był grubym tłuściochem, na którym skóra fałdowała się od nagromadzonego tłuszczu.
Spostrzegła też, że musiał zasnąć, paląc, gdyż fajka, krótka, czarna fajeczka upadła mu na kolana. Wnet atoli aż skamieniała ze zdziwienia, na poły ze strachem pomięszanego: tytoń palący wypadł z fajki, od niego zaś zajął się kort spodni; w spodniach więc zrobiła się dziura — dziura już tak wielka, jak pięciofrankówka, przez nią zaś przeglądało nagie udo, udo czerwone, skąd wydobywał się maleńki, niebieskawy płomyk.
Z początku Felicyta sądziła, że pali się bielizna, kalesony lub też koszula. Ale niebawem wszelka wątpliwość musiała ustać; widziała bowiem dokładnie nagie ciało i wydobywający się stamtąd mały, niebieskawy płomyczek, lekki, pląsający swobodnie, zupełnie tak samo, jak płomień, ślizgający się po powierzchni wazy, pełnej zapalonego spirytusu.
W każdym razie był to jeszcze najwyżej płomień kaganka, maleńki, delikatny, a tak wiotki, że najlżejszy powiew powietrza mógł go zagasić.
Wnet atoli począł się on powiększać, rósł nagle i szybko, podczas gdy skóra zaczęła pękać, a tłuszcz topił się zapamiętale.
Krzyk, mimowolny, wydobył się z zaciśniętego gardła Felicyty:
— Macquart!.. Macquart!..
Wciąż jeszcze nawet jego oddechu nie było słychać. Zdawało się, że stracił zupełnie, a zupełnie wszelką wrażliwość; pijaństwo wprawiło go w stan ospałości chorobliwej, sparaliżowało całkowicie i stanowczo jego system nerwowy; dowodem bowiem najlepszym, iż żył, było, że pierś jego podnosiła się regularnie, a zwolna w równych odstępach czasu.
— Macquart!.. Macquart!..
Teraz już tłuszcz, wypływający po przez otwory popękanej skóry, zasilał ogień, który dzięki temu dochodził do brzucha.
Felicyta wreszcie zrozumiała, że wuj pali się sam przez się na podobieństwo gąbki, nasyconej wódką. Poił się nią już od lat wielu, i to wódką jak najsilniejszą, jak najwięcej zawierającą materyałów palnych. I bezwątpienia zapali się niebawem cały, caluteńki od stóp do głów.
Wówczas odeszła ją chęć budzenia wuja, skoro śpi tak dobrze. Jeszcze tylko minutę jedną, ale jakże ponurą, odważyła się patrzyć na niego, na poły zdziwiona, na poły już zdecydowana na to, co ma uczynić. Ręce jej przecież zaczęły drżeć i to potężnie, jakby ją mróz silny owionął; napróżno zaś usiłowała nad tem drżeniem zapanować. Dusiła się na dobre, chwyciła tedy oboma rękami szklankę wody i wychyliła ją do dna.
Ledwo szklankę zdążyła postawić na stole, w mgnieniu oka wykręciła się na pięcie i pobiegła ku drzwiom. Wtem przypomniała sobie rękawiczki. Powróciła więc raz jeszcze, namacała je już na oślep na stole i ruchem niespokojnym ujęła, jak się zdawało, obie.
Wreszcie wyszła, starannie zamykając drzwi za sobą, z tak słodką minką, jak gdyby bała się komukolwiek przeszkodzić w przyjemnej śpiączce.
Kiedy już z powrotem znalazła się na tarasie, wśród wesołych promieni słońca; kiedy odetchnęła powietrzem czystem i świeżem, na widok niezmiernego, nieskażonego niby łza horyzontu, odetchnęła z uczuciem ulgi prawdziwej.
Okolica dokoła świeciła pustkami; nikt z pewnością wszelką nie widział, gdy wchodziła i wychodziła z powrotem. Był tam tylko tak, jak przedtem, ów psiak żółty, wyciągnięty w całej swej długości, który nie raczył nawet podnieść głowy.
Felicyta przeto szybko ruszyła w drogę, drobnym, żwawym kroczkiem, chwiejąc się w biodrach tak lekko, jak młodziuteńka, zgrabna dziewica.
Oddaliła się już może na sto kroków, kiedy nagle, choć opierała się wszelkiemi siłami, jakiś nieprzeparty, tajemniczy instynkt zmusił ją, by odwróciła się i popatrzyła po raz ostatni jeszcze na ów dom, tak spokojny i tak wesoły, odwrócony teraz do niej bokiem, uroczy wśród zachodu — tego dnia pięknego bez zmazy.
Dopiero w wagonie, kiedy już chciała naciągnąć rękawiczki, spostrzegła, że jednej z nich brakuje. Była przecież przekonaną najmocniej, iż upadła ona na tor kolejowy w chwili, gdy wchodziła do wagonu.
Podchlebiała sobie jednak mimo wszystko, że zachowała zupełnie zimną krew, a jednak, co już stanowiło dowód silnego zmięszania z jej strony, zachowała naciągniętą rękawiczkę na jednej ręce, podczas gdy druga była odsłoniętą, co żadną miarą dziać się nie powinno.
Nazajutrz, Pascal i Klotylda udali się do Tulettes pociągiem, który z Plassans odchodzi o godzinie trzeciej popołudniu.
Matka Karolka, siodlarka, przyprowadziła im na dworzec malca, ponieważ zobowiązali się odwieść go do wuja, u którego miał pozostać przez cały tydzień, albo jeszcze i dłużej. Biedaczka była zmartwioną, ponieważ w domu u niej wybuchły nowe niesnaski; mąż już stanowczo wzbraniał się trzymać w domu na przyszłość owo dziecko cudze, owo książątko, rozleniwiałe i głupie.
A ponieważ ubranie kupowała mu babka Rougon, przeto zawsze był wystrojonym, jak magnat.
I tego dnia miał na sobie ubranie z czarnego, prześlicznego aksamitu, obszyte pętlicami złotemi; słowem, przypominał zupełnie, a zupełnie młodego magnacika wieków średnich, pazia z epoki dawno minionej, udającego się na dwór królewski.
Przez czas podróży, trwającej kwadrans, ponieważ siedzieli sami w przedziale, Klotylda zabawiała się zdejmowaniem mu toczka z głowy, by gładzić i czesać jego wspaniałe, złociste włosy jego prawdziwie królewską czuprynę, której pierścienie kręte spadały mu na ramiona.
Raptem spostrzegła rzecz dziwną.
Miała na palcu pierścionek, i oto ile razy dotknęła nim mimowoli odsłoniętej szyi Karolka, stale ku wielkiemu przerażeniu widziała, że jej pieszczoty pozostawiają po sobie krwawe ślady. Istotnie, ile razy go dotknęła, tyle razy stale występowała na jego skórę rosa złocista kroplami krągłemi: było to rozmiękczenie tkanek, tak szybko postępujące skutkiem zwyrodnienia, że najlżejsze potarcie skóry wywoływało krwotok.
Doktór w jednej chwili niezmiernie się przeraził i wypytywał troskliwie chłopca, czy często idzie mu krew z nosa.
Karolek atoli prawie i odpowiedzieć nie umiał; z początku nawet zaprzeczył stanowczo, potem atoli sobie przypomniał, że temi dniami szło mu z nosa krwi bardzo dużo. I w samej rzeczy zdawało się, jakoby był słabszym, aniżeli zazwyczaj; co więcej, im bardziej w lata zachodził, tem bardziej dziecinniał; inteligencya zaś jego, jakkolwiek nigdy nie rozbudziła się należycie, teraz zmniejszała się widocznie z dniem każdym.
Ten wielki, piętnastoletni chłopiec wyglądał co najwyżej na dziecko dziesięcioletnie, a był bardzo piękny i bardzo podobny do dziewczynki, gdyż cera jego równała się listkom kwiecia, zrodzonego wśród obłoków mgły porannej. Klotylda, bardzo rozczulona, zmartwiona niesłychanie, trzymała go przez czas niejaki na kolanach, musiała przecież posadzić go z powrotem na ławce, ponieważ spostrzegła, że usiłuje on wsunąć rękę za jej stanik, po przez przedziały między guzikami, pchany do tego instynktem rozpusty, żądzy i pieszczoty zarazem, jakby był maleńkim, a sprośnem zwierzęciem.
W Tulettes, Pascal postanowił zaprowadzić nasamprzód dziecko do wuja.
To też skręcili w bok na ścieżkę dosyć uciążliwą.
Już zdaleka śmiał się do nich, jak dnia poprzedniego, ów mały domek, skąpany w złocistych promieniach słońca, pokryty dachówkami różowemi, żółtemi ścianami, murami, pokrytemi pleśnią zielonawą, drzewami, wyciągającemi na różne strony swe gałęzie pokrzywione, przykrywające cały taras dachem kopulastym z liści szerokich.
Spokój rozkoszny panował niepodzielnie w tym zakątku samotnym, w tem schronieniu mędrca, gdzie rozlegało się jedynie brzęczenie pszczół, latających około wielkich malw.
— Ach! — hultaj z tego wuja — mruczał Pascal z uśmiechem — zazdroszczę mu z całego serca.
Dziwił się atoli mocno, że nie mógł go jeszcze dostrzedz, choć starannie mierzył oczyma cały taras.
Karolek obecnie zaczął biedź, porywając za sobą Klotyldę; chciał bowiem zobaczyć króliki. Doktór zaś wchodził coraz wyżej, dziwiąc się, że nie napotyka nikogo, a nikogo!
Okiennice były zamknięte; drzwi natomiast od sieni, szeroko roztwarte, wahały się to w jedną,, to w drugą stronę.
Na tarasie widniał tylko ów psiak żółty, ale już bliżej progu domu, z czteroma łapami sztywno wyciągniętemi, z szerścią najeżoną, skowyczący z cicha, lecz ustawicznie.
Skoro przecież zobaczył nadchodzącego gościa, którego musiał bezwątpienia poznać, umilkł na chwilę i, powlekłszy się nieco dalej, położył na słońcu, wnet jednak zaczął znowu łagodnie skomlić.
Pascala ogarnęła jakaś obawa niewytłomaczona, obawa tak silna, że nie mógł powstrzymać okrzyku, który gwałtownie wydzierał się mu z gardła.
— Macquart!... Macquart!...
Nikt na to wołanie nie odpowiedział; w całym domu panowało milczenie głuche; tylko brama wahała się to w tę, to w ową stronę, a z poza niej wyzierała sień czarna, podobna do paszczy roztwartej.
Pies wył nieustannie.
Pascal zatem zniecierpliwił się i krzyknął jeszcze głośniej:
— Macquart!... Macquart!
Nic nawet nie drgnęło wokoło; pszczoły brzęczały, a jakiś spokój błogi i bezmierna pogoda nieba rzucały odblask złocisty na ten zakątek samotny.
Pascal już nie ociągał się dłużej.
Wuj zapewne śpi bardzo twardo.
Kiedy przecież doktór posunął się na lewo ku drzwiom kuchni, uderzył go niemile odór wstrętny, woń niemożliwa do zniesienia kości i ciała, spalonych na węgiel.
W samej izbie zaledwie można było oddychać.
Jakiś rodzaj mgły gęstej, obłok stały, nie ruszający się z miejsca i pobudzający do nudności, formalnie dusił i oślepiał doktora.
Wązkie promyki światła, przedzierające się poprzez szpary, nie rozjaśniały izby o tyle, by można się w niej dokładnie rozpatrzyć. Mimo to Pascal posunął się ku kominkowi, lecz wnet porzucił wszelkie przypuszczenia o pożarze, choć te napomykały się mu w pierwszej chwili, ponieważ nigdzie, a nigdzie nie było śladów ognia, wszystkie zaś meble wokoło niego zachowały się w całości.
Pascal nic, a nic nie mógł zrozumieć, czuł atoli, że mdleje w tem powietrzu zatrutem, pobiegł tedy ku oknom i ruchem gwałtownym otworzył okiennice.
Do kuchni wpłynął szeroki promień światła.
Wówczas doktór rozejrzał się w otoczeniu, to zaś, co zobaczył, gwałtownem napełniło go zdziwieniem.
Każdy przedmiot stał na swojem miejscu; szklanka i próżna butelka po absyncie widniały na stole; jedynie krzesło, na którem bezwątpienia musiał siedzieć, nosiło ślady pożaru; przednie nogi szczerniały od ognia, a słoma spłonęła przynajmniej w połowie.
Co się stało z wujem?
Gdzież on do licha mógł się podziać?
Przed krzesłem, na posadzce widniała jedynie kałuża tłustości, oraz drobna kupka popiołu, obok której leżała fajka, mała, czarna, fajka, która padając, bynajmniej się nie stłukła.
Był tam cały wuj, w owej garści niewielkiej delikatnego popiołu i tu również się znajdował w tej mgle czarniawej, która teraz strumieniem szerokim wypływała z pokoju przez okno otwarte; był także w pokładzie tłuszczu, który osiadł na wszystkich ścianach kuchni, w pokładzie tej wstrętnej wilgoci tłustej spalonego ciała, wilgoci, pokrywającej wszystko, pełnej łoju i śmierdzącej po roztarciu palcem.
Był to jeden z najpiękniejszych wypadków spalenia się samego przez się, jaki lekarz miał sposobność zaobserwować.
Pascal już czytał o bardzo dziwnych tego rodzaju wypadkach w niejednym pamiętniku; między innemi o pewnej szewcowej, nałogowej pijaczce, która zasnęła na garnku z węglami; znaleziono potem zaledwie jej nogę i rękę. On sam, aż do tej chwili, zapatrywał się na podobne zjawiska bardzo niedowierzająco i ani na chwilę nie przypuszczał, jak starożytni, że ciało, nasycone alkoholem, wydaje gaz nieznany, łatwo i natychmiast się zapalający, a wówczas mogący zwęglić do popiołu zarówno ciało, jak i kości.
Teraz atoli już wcale nie zaprzeczał niczemu, teraz już tylko wszystko sobie wyjaśniał i tłomaczył, zestawiając skrzętnie fakta: ospałość chorobliwa, a raczej sen twardy, wywołany nałogowem pijaństwem; nieczułość stanowcza i zupełna; fajka, która spadła na odzież i zapaliła tę ostatnią; ciało, nasycone trunkiem, które zapaliło się i niejako stopiło wśród owego żaru; sadło wylało się wtedy, częścią na podłogę, częścią zaś spaliło się, podsycając ogień; i wszystko wreszcie, muskuły, organa, kości, które strawiły się wśród płomieni, ogarniających ciało.
Cały wuj był tam, razem ze swojem ubraniem z błękitnego kortu, razem z czapką futrzaną, którą nosił zimą i latem.
Bez wątpienia w chwili, gdy zaczął płonąć, jak sobótka, musiał pochylić się naprzód i upaść z krzesła na ziemię, co wyjaśnia, dlaczego krzesło było zaledwie osmolonem; teraz już nic więcej z niego nie pozostało, ani jednej kości, ani jednego zęba, ani jednego paznokcia, nic więcej, jak tylko owa mała kupka popiołu szarego, którą lada chwila mógł rozwiać wiatr, wpadający szeroką smugą przez drzwi, na oścież otwarte.
Klotylda tymczasem, znudzona, weszła teraz także do kuchni; Karolek zaś pozostał na dworze, ponieważ bardzo zajęło go ustawiczne skomlenie psa.
— Ach! mój Boże! co za woń wstrętna! — zawołała. — Co się tutaj stało?
Dreszcz nią wstrząsnął raz jeden i drugi, kiedy Pascal zaczął jej wyjaśniać prawdopodobny przebieg owej nadzwyczajnej katastrofy.
Już, już wzięła butelkę, by się jej bliżej przyjrzeć; lecz w mgnieniu oka postawiła ją ze wstrętem znowu na stole, poczuwszy, że jest wilgotną i oblaną ciałem wuja. Niczego nie można się było dotknąć; każda rzecz była niejako powleczoną tym łojem żółtawym, który sklejał ręce.
Dreszcz zimny, dreszcz szalonego obrzydzenia zawładnął nią niepodzielnie; płakała, bełkocząc:
— Smutna śmierć! wstrętna śmierć!
Pascal atoli już się otrząsnął z pierwszego wrażenia i niemal uśmiechał.
— Wstrętna, dlaczego?... Miał lat ośmdziesiąt cztery i nie cierpiał nic a nic... Co do mnie, uważam ową śmierć nawet za zbyt wspaniałą dla tego starego bandyty, jakim był nasz wuj. Mój miły Boże, przecież teraz śmiało powiedzieć można, że życie jego wcale, a wcale chwalebnem nie było... Zapewne musisz przypominać sobie jego przeszłość. Miał na sumieniu sprawki istotnie straszne i niegodziwe, co przecież nie przeszkodziło mu później się ustatkować oraz zrobić na starość w otoczeniu wszystkich tych piękności dzielnym, szyderczym sceptykiem, grającym rolę cnotliwca, czem nigdy nie był... I taki jegomość umiera teraz śmiercią królewską, niby prawdziwy książę pijaków, pali się sam przez się, płonie na stosie, uczynionym z własnego ciała!
Zdziwiony, zdjęty podziwem nieustannym, doktór z gestami odpowiedniemi zaczął się rozwodzić nad całą sceną.
— Czy rozumiesz to wszystko?... upić się do tego stopnia, by stracić wszelką wrażliwość; zapalić się samemu przez się niby ognik świętojański, rozlecieć się w dym i w parę, aż do ostatniej kosteczki... Hm? Czy widzisz, jak wuj rozchodzi się w przestrzeń, zrazu rozpraszając się po wszystkich czterech kątach tej izby, mięszając się z powietrzem, igrając z wiatrem i oblewając wszystkie przedmioty, tworzące jego własność? Później wymykać się zaczął pod postacią obłoku mglistego przez to okno od chwili, gdy je otworzyłem. Teraz już leci aż pod niebo i mięsza się z całym wszechświatem... Ależ taką śmierć tylko wspaniałą można nazwać! Czyż to nie piękne: zniknąć tak dalece, że zostanie po człowieku jedynie mała garść popiołu i fajeczka niewielka tuż obok?
Przy tych słowach podniósł fajkę, aby ją zachować, jako — dodał — pamiątkę po wuju. Klotylda przecież, słysząc jego uniesienie liryczne., jego podziw poetycki, mimowoli nie mogła się oprzeć wobec tego pewnemu szyderczemu nastrojowi, który starając się stłumić, ustawicznie powtarzała, że wszystko to i dziwi ją niesłychanie i fizycznie znowu niemal o mdłości przyprawia.
Wtem nagle spostrzegła pod stołem jakąś rzecz, być może, jakieś szczątki po wuju.
— Popatrz no! co to za kawałek!
Pascal się schylił i podniósł to z ziemi, przyczem ku swemu podziwieniu niesłychanemu, przekonał się, że trzymał w ręku rękawiczkę kobiecą, rękawiczkę zieloną.
— Ach! — krzyknęła Klotylda — to rękawiczka babki; przypominasz sobie zapewne, że wczoraj miała tylko jedną, a oto właśnie druga.
Tutaj oboje głęboko spojrzeli sobie w oczy; to samo wyjaśnienie cisnęło się im na usta: Felicyta bezwarunkowo musiała tutaj zajść dnia poprzedzającego; niemal równocześnie zrodziło się w umyśle doktora przekonanie nieprzeparte, pewność raczej, iż jego matka widziała, jak się wuj zapalał, a mimo to nie stłumiła ognia.
Mówiło mu o tem sporo wskazówek, dla niego aż zanadto wyraźnych; stan ostygnięcia zupełnego, jaki już zastał w izbie, a następnie obliczenie, które zrobił, w celu przekonania się, ile też czasu było potrzeba do zupełnego spalenia.
Wnet spostrzegł, iż to samo przypuszczenie zrodziło się w głowie jego towarzyszki tudzież odzwierciedlało wyraźnie w głębi jej wystraszonych oczu. Ponieważ atoli był przekonanym, iż jest zupełnie niemożliwem dowiedzieć się kiedykolwiek całkowitej prawdy, przeto głośno wypowiedział tłomaczenie najprostsze, opierające się na prawdopodobnem przypuszczeniu.
— Bezwątpienia, babka musiała wstąpić do wuja, by się z nim przywitać, wracając ze Schronienia, a wuj niewątpliwie jeszcze nie był pjianym...
— Chodźmy stąd! chodźmy stąd jaknajprędzej! — krzyknęła Klotylda. — Duszę się tutaj i nie mogłabym ani chwili dłużej pozostać...
Pascal nadto chciał natychmiast zawiadomić władzę o zgonie wuja.
Wyszedł tedy za Klotyldą, zamknął dom i włożył klucz do kieszeni.
Znalazłszy się na dworze, usłyszeli na nowo skomlenie psiaka, małego, żółtego psiaka, który nie umilkł ani na chwilę. Ostatecznie skulił się on u nóg Karolka, dziecko zaś, zachwycone tem, kopało go nogą i z rozkoszą słuchało owego skomlenia, z niczego nie zdając sobie sprawy.
Doktór udał się wprost do p. Maurina, notaryusza w Tulettes, który równocześnie piastował godność mera gminy.
Od lat przeszło dwunastu, żył on w towarzystwie córki, także już wdowy, ale bezdzietnej i utrzymywał dobre stosunki sąsiedzkie z starym Macquartem, a nawet niejednokrotnie przechowywał u siebie całemi dniami małego Karolka, gdyż jego córka bardzo a bardzo zajmowała się tem dzieckiem, tak pięknem i tak godnem zarazem pożałowania.
P. Maurin przeraził się i chciał zaraz jechać wraz z doktorem, aby stwierdzić cały wypadek, równocześnie zaś przyrzekł, iż wystawi prawidłowy, według form wymaganych akt zejścia.
Trudność atoli, i to niemałą, przedstawiało dopełnienie ceremonii religijnej i sprawienie pogrzebu kościelnego.
Kiedy ponownie wrócono do kuchni, wiatr, który wpadł przez drzwi otwarte, rozwiał popiół na wszystkie strony. Po usilnych zaś i skrzętnych staraniach, zdołano zebrać go bardzo mało, i to zmięszanego pospołu z trocinami pokoju, tudzież z dawnym kurzem; w tem wszystkiem z pewnością wszelką wuja było bardzo niewiele.
Cóż więc i kogo grzebać?
Będzie zatem daleko lepiej wyrzec się wszelkiej ceremonii.
I tak też zrobiono.
Zresztą, wuj nie był katolikiem praktykującym; rodzina więc poprzestanie na zamówieniu później pewnej ilości mszy za spoczynek jego duszy.
Notaryusz tymczasem natychmiast zapowiedział otwarcie, że leży u niego testament, jeszcze dawniej przez Macquarta złożony.
Bez zwłoki zatem wezwał doktora, by stawił się u niego w dniu pojutrzejszym, celem wysłuchania urzędowego przeczytania testamentu; uważał bowiem za obowiązek powiedzieć mu już teraz, że wuj wybrał go na egzekutora testamentu. Ostatecznie, jako prawdziwie dzielny i zacny człowiek, zobowiązał się zatrzymać u siebie na czas pewien Karolka, pojmując doskonale, iż malec, katowany przez ojczyma, krępował rodzinę podczas wszystkich owych historyj.
Karolek zaś zachwycał się temi zaprosinami i pozostał w Tulettes.
Już bardzo późno, gdyż pociągiem o godzinie siódmej, zdołali Klotylda i Pascal powrócić do Plassans, ten ostatni bowiem poprzednio odwiedził jeszcze dwu chorych, jak sobie postanowił.
Gdy przecież po dwu dniach przybyli razem na godzinę zapowiedzianą do p. Maurina, spotkała ich tam wielce nieprzyjemna niespodzianka. Oto znaleźli się oko w oko z starą panią Rougon, która na dobre rozgościła się u rejenta.
Dowiedziawszy się, rzecz jasna, o śmierci Macquarta, przybiegła natychmiast do Tulettes, wijąc się niby to z boleści i okazując na oko żal wielki.
Testament zresztą odczytano jak najzwyczajniej, poprostu i bez żadnych epizodów. Macquart przeznaczył cały swój majątek, jakim tylko mógł rozporządzać, na wystawienie na jego grobie wspaniałego pomnika, — pomnika marmurowego, z dwoma monumentalnej wielkości aniołami, które miałyby skrzydła zwinięte i oblicze zapłakane.
Ów pomysł dręczył go uporczywie za życia, pomysł, będący odbiciem wspomnienia z czasów jego młodości, wspomnienia o podobnym pomniku, który widział zagranicą, w Niemczech, w latach, kiedy był żołnierzem.
Zobowiązywał zatem w testamencie swego siostrzeńca Pascala, by zechciał zająć się wybudowaniem takiego grobowca, ponieważ on jeden tylko z całej rodziny — tak napisał dosłownie — posiada smak artystyczny.
Podczas czytania testamentu, Klotylda zeszła do ogrodu notaryusza i tam siedziała długo na ławce, którą cieniem gęstym okuwał stary kasztan, Kiedy zeszli tu potem Pascal i Felicyta, wszyscy troje byli wielce przez chwilę zakłopotani, ponieważ już od kilku miesięcy nie zamienili ze sobą ani słowa.
Wreszcie, staruszka zaczęła grać rolę zupełnie, a zupełnie obojętnej, nie robiąc najmniejszego przytyku do nowego stosunku syna i wnuczki. W ten sposób dawała do zrozumienia, że można i spotykać się i nawet udawać zaprzyjaźnionych wzajemnie wobec obcych, a mimo to ani nie tłomaczyć sobie niczego, ani się godzić, kiedy los łączy ich razem na jednem i tem samem miejscu.
Babka Felicyta przecież popełniła jeden błąd nie do wybaczenia.
Oto uporczywie, a nierozsądnie zapewniała o owej wielkiej boleści, spowodowanej śmiercią Macquarta.
Pascal zaś domyślał się aż zanadto jasno jej szalonej radości, jej wesela nieskończonego z powodu, że ten wrzód rodziny, ten wstrętny wuj ostatecznie zdecydował się położyć do grobu. Nic więc dziwnego, że już nie mógł powstrzymać niecierpliwości, nie umiał zapanować nad oburzeniem, które wrzało w jego piersi.
Mimowoli utkwił przez chwilę wzrok na rękawiczkach matki, które tym razem były czarnego koloru.
A właśnie w tej chwili użalała się ona głosem słodkawym:
— I to także, czy było rozsądnie w jego wieku, tak uporczywie hołdować życiu samotnemu? Boć żył sam, niby wilczysko! Gdybyż przynajmniej trzymał sobie służącę.
Wówczas więc doktór przemówił, nawet nie zdając sobie sprawy z własnego czynu; nakłaniał go do tego wprost instynkt nieświadomy; sam się zmięszał, gdy usłyszał własne słowa.
— Ależ, matko, przecież ty tam byłaś? Dlaczego nie stłumiłaś na nim ognia?
Stara pani Rougon zbladła straszliwie. Jak jej syn mógł się o wszystkiem dowiedzieć? Otworzywszy usta, patrzyła na niego osłupiała; równocześnie zaś i Klotylda zbladła tak, jak ona, przekonawszy się teraz naocznie o zbrodni, całkowicie już jawnej.
Owo milczenie, które niby piorun zjawiło się wśród matki, syna i wnuczki, było jak najjawniejszem wyznaniem, owo milczenie, siejące w około dreszcze, milczenie, ktorem niby kamieniem grobowem przywalają te lub owe rodziny swe straszne tragedye domowe.
Obie kobiety nie umiały wybrnąć z kłopotu.
Doktór, już dostatecznie zmartwiony tem, iż wogóle przemówił, on, który zazwyczaj tak troskliwie unikał wszelkich drażniących, a niepotrzebnych wyjaśnień, starał się usilnie jakimkolwiek sposobem złagodzić swój wykrzyknik, kiedy nagle nowa katastrofa uratowała ich od tego straszliwego zakłopotania.
Felicyta, nie chcąc nadużywać łaskawej grzeczności pana Maurina, postanowiła zabrać Karolka do siebie.
Gospodarz atoli zaraz po śniadaniu kazał malca wysłać do schronienia, by ten ostatni przepędził choć godzinę u Cioci Didy. Teraz więc znowu posłał służącę z rozkazem, by go natychmiast przyprowadziła z powrotem.
I w tej właśnie chwili owa służąca, której oczekiwano, wpadła do ogrodu, potem oblana, zadyszana, wzburzona, krzycząc z daleka:
— Mój Boże! mój Boże! niech państwo się pośpieszą.. Pana Karola zalewa krew...
Wszystkich trojga ogarnęło zdumienie niesłychane, żwawym tedy krokiem podążyli do Schronienia.
Tego dnia Ciotka Dida miała jedną z owych dobrych chwil; była bardzo spokojna, bardzo łagodna; siedziała wyprostowana a wsunięta w głąb fotelu, gdzie przepędzała godziny długie, godziny od lat dwudziestu dwóch, uporczywie ciągle spoglądając w próżnię.
Na pierwszy rzut oka wydawało się, że jeszcze bardziej wychudła; wszystkie muszkuły zniknęły, jej ręce, jej nogi były już tylko poprostu kośćmi, pokrytemi skórą pomarszczoną, oraz grubą, jak pargamin; doszło do tego, że jej dozorczyni, silna, tęga blondynka, musiała chorą nosić, dawać jeść, słowem, obracać nią na wszystkie strony, jakby jaką rzeczą, którą się bierze z tego miejsca i przenosi w inne.
Matka rodu, zapomniana, wysoka, cała zmarszczkami pokryta, z wyrazem twarzy wylęknionym, ustawicznie pozostawała nieruchomą; jedynie oczy tylko żyły, owe oczy jasne niby woda źródlana, dziwnie promieniejące wśród tego wąskiego, wyschłego oblicza.
Rankiem atoli dnia tego, niespodziewany potok łez zaczął spływać po jej licach, następnie zaś zaczęła bełkotać wyrazy bez związku żadnego; wszystko to dowodziło, że w pośród jej wyczerpania wiekowego, tudzież odrętwienia nieodwołalnego, spowodowanego obłąkaniem, mózg, wysychający zwolna, jeszcze istniał choć w cząsteczce drobnej; jakieś wspomnienia były tam nagromadzone; jakieś błyski inteligencyi były jeszcze możliwe.
Po niejakim atoli czasie, twarz jej z powrotem stężała i przybrała wyraz obojętny wobec ludzi, tudzież wobec rzeczy; w takim stanie mogła niekiedy zaśmiać się z jakiegoś upadku, z jakiegoś nieszczęścia, najczęściej atoli nic a nic nie widziała, nic a nic nie słyszała, wpatrując się jeno uporczywie w próżnię.
Kiedy przyprowadzono tam Karola, dozorczyni natychmiast usadowiła go przed małym stoliczkiem, twarz w twarz z jego prababką. Miała też już przygotowany dla niego stos obrazków, żołnierzy, kapitanów, królów, ubranych w purpurę i złoto, dała je mu zatem natychmiast razem z własnemi nożyczkami:
— Masz tutaj, baw się, ale bądź spokojny i grzeczny! Przypatrz się tylko, że i babka dzisiaj jest nadzwyczajnie grzeczną. Trzeba ją tedy naśladować.
Dziecko rzuciło okiem na obłąkaną i oboje zaczęli się sobie przyglądać uporczywie.
W tej właśnie chwili ich podobieństwo nadzwyczajne musiało każdego natychmiast uderzyć.
Nadewszystko ich oczy, — oczy spłowiałe i bezrozumne, zdawały się niemal zatapiać, jedne w drugich, zdawały się łączyć, tak były podobne jedne do drugich.
W dalszym ciągu nadto zdumiewały podobieństwem zarówno twarz stuletniej staruszki, rysy zużyte i zmięte, jak i pomimo przedziału trzech pokoleń owo delikatne oblicze dziecka, także już pomarszczone, pomięte, bardzo stare, bardzo wreszcie zwiędłe, z powodu zużycia się całego rodu.
Nie uśmiechnęli się oni oboje do siebie ani razu, lecz patrzyli na siebie z spokojem głębokim, z odcieniem wielkiego niedołęstwa.
— Ach, dobrze! — ciągnęła teraz w następstwie dalszem dozorczyni, która już przyzwyczaiła się rozmawiać głośno z sobą samą, aby się jako tako rozweselić w towarzystwie obłąkanej, — oboje nie mogą się siebie wyprzeć. Z jednego pnia pochodzą, to widoczna! Prawnuczek to wykapana prababka... No, no, pośmiejcie się nieco do siebie, pobawcie się, skoro lubicie przebywać razem we dwoje.
Karola jednak nużyło wszelkie, choćby najkrótsze, natężenie uwagi. Pierwszy tedy pochylił głowę i, jak się zdawało, patrzył wyłącznie na swoje obrazki; Ciotka Dida zaś przeciwnie, odznaczająca się właśnie zadziwiającą mocą wytrwałego patrzenia, bez przerwy i bez ustanku patrzyła na chłopca, ani razu nawet nie opuściwszy powiek.
Przez chwilę dozorczyni krzątała się w owym małym pokoiku, pełnym słońca, wesołym niemal, dzięki jasnemu obiciu, upstrzonemu w błękitne kwiaty. Uporządkowała łóżko, które przewietrzała przed chwilą, potem zaś ułożyła systematycznie bieliznę na półkach szafy.
Zazwyczaj przecież, po upływie pewnego czasu wyzyskiwała obecność malca po to, by nieco odpocząć i zabawić się. I, acz miała poleconem, by nigdy, a nigdy nie opuszczała chorej, mimo to po kilku minutach krzątania, ośmieliła się w tym względzie Karolka zaczepić.
— Posłuchaj no — zaczęła — muszę wyjść na chwilę, gdyby więc ona obudziła się, lub gdyby mię potrzebowała, zadzwonisz na mnie, rozumiesz, nieprawdaż, przywołasz mię... Naturalnie, rozumiesz, jesteś przecież już na tyle dużym chłopcem, iż będziesz umiał mię przywołać.
Karolek podniósłszy teraz głowę, dał znak, że zrozumiał i zawoła dozorczyni.
Potem, skoro ta ostatnia wyszła, on zaś znalazł się samnasam z Ciotką Didą, zaczął zupełnie grzecznie, oraz poważnie wycinać obrazki.
Trwało to zapewne z kwadrans, nie dłużej, wśród ciszy głębokiej, panującej w Schronieniu, gdzie chwilami tylko rozlegały się jakieś szmery przytłumione, jakieś kroki dorywcze, jakiś brzęk kluczy, w pęk związanych, potem znowu, lecz bardzo rzadko, jakiś krzyk głośny, natychmiast zduszany.
Ów dzień gorący, upalny atoli oddziałał na dziecko usypiająco; sen ciężki zdjął je po czasie niejakim; niebawem głowa jego białości liliowej zdawała się uginać pod falą zbyt ciężką jego włosów prawdziwie królewskich: opuścił też ją zwolna między obrazki i zasnął, oparłszy jeden policzek na królach złocisto purpurowych.
Rzęsy długie jego powiek opuszczonych rzucały cień na obrazki; życie tętniało nader słabo w małych, wąskich, błękitnych żyłkach, przebijających się z pod jego skóry delikatnej.
Był on anielsko pięknym, ale i szalone zwyrodnienie rasy już wycisnęło na nim swe śmiertelne piętno, oraz rzuciło cień na słodkie jego oblicze.
A Ciotka Dida patrzyła na niego wzrokiem bezmyślnym, jak zawsze, gdzie nie malowała się ani przyjemność, ani ból, wzrokiem, gdzie przesuwała się niejako szeroka wieczność wszechrzeczy.
Po upływie jednak kilku minut zdawać by się mogło, że płomień jakiegoś zajęcia błysnął w jej oczach spłowiałych.
Zachodziło dziwne zjawisko; kropla czerwona ukazała się tudzież zaczęła przedłużać u samego krańca lewego nozdrza dziecięcia.
Ta kropla spadła, poczem ukazała się znowu inna, znowu przedłużyła i ponownie spadła.
Była to krew, rosa krwista, która perliła się, tym razem już bez żadnego uderzenia, płynęła już z ciała sama przez się, uchodziła skutkiem zużycia marnego całej rasy.
Po czasie pewnym, owe krople zmieniły się w sznureczek krwisty, a wąski, który ściekał zwolna na obrazki złociste. Z biegiem czasu te ostatnie utonęły w małej kałuży, która, rozszerzając się, utorowała sobie drogę ku rogowi stołu; wreszcie, owe krople zaczęły wzrastać, zaczęły się łączyć jedna z drugą; grube, gęste czerwieniły się na posadzce pokoju.
A mimo to wszystko Karolek spał ustawicznie, spokojny, bosko, uśmiechnięty niby aniołek prawdziwy, nie przeczuwając nawet, iż życie z niego ucieka; obłąkana zaś wciąż jeszcze patrzyła na niego, lecz coraz bardziej zajęta, choć nie zdziwiona; przeciwnie, w jej spojrzeniu przebijało się pewne uradowanie, zupełnie taksamo, jak w chwilach, gdy goniła spojrzeniem zaciekawionem nieraz przez długie godziny lat wielkich, brzęczących much.
Sporo jeszcze czasu ubiegło.
Niteczka krwawa rozszerzyła się i zgrubiała; krople następowały prędzej, jedna po drugiej, z lekkiem i monotonnem pluskaniem, dającem się słyszeć za każdem spadnięciem.
Karolek na chwilę otworzył oczy.
Wówczas spostrzegł, iż jest cały oblany krwią.
Nie przestraszył się atoli, był już bowiem przyzwyczajony do tego krwawego wytrysku, który następował za każdem dotknięciem jego ciała.
Czuł się tylko znudzonym i z tego powodu narzekał.
Wreszcie instynkt ostrzegł go o niebezpieczeństwie, skutkiem czego okrutnie się zmięszał, zaczął narzekać coraz krzykliwiej, aż w końcu bełkotał tylko głośno, acz niewyraźnie:
— Mamo, mamo!
Brak sił musiał być u niego już wielkim, zbyt wielkim, ponieważ zdjęła go nieprzezwyciężona odrętwiałość; głowa z powrotem opadła mu na stół.
Oczy jego się zamknęły; zdawało się, że zasypia; i znakiem życia była tylko smętna skarga, łkanie łagodne, coraz bardziej niknące i coraz cichsze.
— Mamo! mamo!
Obrazki były już całkowicie krwią, zalane; czarny aksamit kamizelki, tudzież spodenek, wyszywany złotem, zwalały długie paski krwi, a mały, czerwony sznureczek krwi uporczywie nie przestawał płynąć z lewego nozdrza. Ani na chwilę się nie zatrzymując, przekroczył on krwistą kałużę na stole i rozmazywał się na ziemi, gdzie ostatecznie utworzył bagnisko wstrętne.
Jeden okrzyk gromki, jeden jęk silny przerażenia byłby wyratował dziecko.
Lecz Ciotka Dida nie krzyczała, nie przyzywała nikogo, pozostała nieruchomą, oczy mając stale wlepione w próżnię, oczy matki rodu, patrzące obojętnie na spełnienie się przeznaczenia.
I tak więc siedziała ona tutaj wyschnięta, jakby przywiązana do fotelu, z członkami, oraz językiem, przygniecionemi brzemieniem lat stu, z mózgiem, skostniałym skutkiem obłędu, niezdolna do zdobycia się ani na wolę, ani na czyn.
Zwolna przecież, mimo wszystko, widok tego małego, krwawego strumyka zaczął budzić w niej pewne wrażenie.
Jakiś dreszcz przebiegł po jej twarzy martwej; rumieniec piekący zabarwił jej policzki.
Wreszcie ostatnia skarga ożywiła ją całkowicie.
— Mamo! mamo!
I wówczas u ciotki Didy dała się widzieć straszna, męcząca walka.
Podniosła ręce wychudłe niby u szkieletu do swoich skroni, jakby czuła, że jej czaszka pęka. Usta otworzyła szeroko, na oścież, lecz żaden dźwięk stamtąd się nie wydostał: wzburzenie dziwne, które się w niej przejawiło, musiało na razie sparaliżować jej język.
Usiłowała się podnieść, usiłowała pobiegnąć; nie miała już przecież żadnych muskułów i dlatego pozostała, jakby przywiązaną do krzesła.
Całe jej ciało biedne drżało, skutkiem wysiłku nadludzkiego, na który się zdobywała celem krzyknięcia oraz przywołania pomocy, nie mogła jednak żadną miarą przełamać więzów, nałożonych jej przez starość, tudzież obłąkanie.
Musiała atoli wszystko widzieć i wszystko rozumieć, o tem świadczyła wzburzona twarz i pamięć zupełnie obudzona.
A było to konanie bardzo powolne i bardzo łagodne; patrzeć na nie trzeba było dosyć jeszcze długo.
Karolek, jakby usnął z powrotem, całkowicie teraz milczący, utracił niemal wszystką krew z swych żył, choć z szmerem lekkim wciąż jeszcze płynął mały, czerwony sznureczek.
Białość liliowa jego twarzy spotęgowała się i zmieniła w bladość śmierci.
Wargi zaczęły tracić barwę właściwą i równały się róży bardzo bladej; następnie zaś stały się zupełnie białemi.
Tuż, przed samym zgonem, otworzył on swoje oczy wielkie i utkwił w prababce, która mogła dostrzedz w nich migotanie ostatniego promyka życia.
Cała twarz, niby z wosku, była już martwą, jedne tylko oczy jeszcze żyły. Zachowały dawną przezroczystość i dawny, czysty odblask.
Nagle znieruchomiały i zagasły.
Owa śmierć oczów była już końcem ostatecznym; Karolek umarł bez żadnego wstrząśnienia, wyczerpany niby źródło, z którego cała woda wyciekła.
Życie już nie pulsowało odtąd w owych żyłach, przebijających się z pod skóry delikatnej; na jego twarzy bladej widniał jedynie cień, rzucany przez długie rzęsy u zamarłych powiek.
Ale wciąż jeszcze pozostał bosko pięknym, z głową unurzaną we krwi, z swą czupryną złocistą, a królewską, rozrzuconą dokoła, podobny do jednego z tych małych, bezkrwistych książątek, którzy nie mają sił do dźwigania przeklętego dziedzictwa ich rodu i zasypiają ze starości, tudzież niedołęstwa w piętnastym roku życia.
Dziecko wyzionęło właśnie ducha w chwili, gdy wpadł do pokoju doktór Pascal, za którym spieszyły Felicyta, oraz Klotylda.
Pierwszy z owej trójcy, gdy zobaczył ilość krwi, zalewającej podłogę, krzyknął z boleścią w głosie:
— Ach! mój Boże! tego właśnie się obawiałem. Biedne dziecko, nikogo przy nim nie było; tu już się skończyło wszystko.
Wszyscy troje atoli przestraszyli się i formalnie skamienieli na widok nadzwyczajnego zjawiska, które się im teraz ukazało.
Ciotka Dida, niby urosła, niemal zupełnie zdołała się podnieść; jej oczy zaś, utkwione w małego nieboszczyka, bardzo bladego i bardzo łagodnego, utkwione także w rozlaną krew czerwoną, w kałużę krwi już zwolna krzepnącej, nagle teraz zapaliły się myślą, po długim, dwudziestodwuletnim śnie.
To ostateczne nadwyrężenie władz umysłowych, ta noc w mózgu, niemożliwa do usunięcia, bez wątpienia nie mogły przeszkodzić obudzeniu się jakiegoś dawnego wspomnienia, od wielu lat już tam tkwiącego; przeciwnie, cios nagły, który ją spotkał, ów cios straszliwy musiał owo wspomnienie na powierzchnię wydobyć.
Zapomniana tedy przeszłość na nowo odżyła; chora otrząsnęła się ze swej nicości, i stała wyprostowana, tudzież wyniszczona, niby widmo trwogi, oraz boleści zarazem.
Przez chwilę jedynie dyszała ciężko.
Następnie, wstrząsana dreszczem straszliwym, zdołała wybełkotać tylko jedno słowo:
— Żandarm, żandarm!
I Pascal, i Felicyta, i Klotylda odrazu pojęli, co to ma znaczyć.
Mimowoli spojrzawszy na siebie, zadrżeli.
W tym wykrzykniku tkwiła cała historya namiętna ich starej babki, matki ich wszystkich, która z powodu namiętności gwałtownej w swych latach młodych nabawiła się następnie bardzo długich cierpień w wieku dojrzałym.
Już dwa ciosy moralne onego cza8u?wstrząsnęły nią do głębi straszliwie: pierwszy spadł na nią w całej pełni wrącego gorączką życia, kiedy żandarm wystrzałem z fuzyi zabił, niby psa, jej kochanka, przemytnika Macquarta; drugi, po wielu, wielu latach, kiedy także żandarm jakiś roztrzaskał kulą pistoletową głowę jej wnuczka ukochanego, Sylwestra, rewolucyonistę, ofiarę nienawiści, tudzież krwawych walk rodzinnych.
Zawsze i wszędzie obryzgiwała ją krew.
A teraz dosięgnął jej trzeci cios moralny; obryzgała ją krew po raz trzeci, ta biedna, wynędzniała krew jej rodu, którą widziała wyciekającą tak długo; ta krew teraz leżała na podłodze, podczas gdy dziecię królewskie, blade, z żyłami, oraz sercem próżnem, usnęło na zawsze.
To też biedna chora, widząc niejako całe życie swoje, swoje życie, czerwone od namiętności i męczarni, będącej dostatecznem za wszystko odpokutowaniem, po trzykroć teraz wybełkotała:
— Żandarm, żandarm, żandarm!
I po tych słowach upadła z powrotem na fotel. Wszyscy sądzili, że umarła, niejako spiorunowana wrażeniem.
Wreszcie przecież pojawiła się dozorczyni, tłomacząc się i uniewinniając; pewna zresztą była, że dostanie dymisyą.
Doktór Pascal pomógł jej ułożyć Ciotkę Didę na łóżku, następnie zaś stwierdził, że staruszka jeszcze żyje.
Będzie jeszcze żyła do dnia następnego; umrze wreszcie, licząc sto pięć lat trzy miesiące i siedm dni, na paraliż mózgowy, spowodowany ostatnim ciosem, który teraz spadł na nią niespodziewanie.
Pascal natychmiast zwrócił się do matki.
— Wytrzyma najwyżej jeszcze dobę, jutro umrze z pewnością... Ach! wuj, potem ona i ten biedny zarazem malec. Same tylko ciosy, tylko nieszczęście, tylko żałoba!
Na chwilę przerwał, by potem dodać głosem stłumionym:
— Rodzina zaczyna topnieć; stare drzewa padają, a młode umierają jeszcze na pniu, niewyrośnięte.
Felicycie zdawało się, że syn wygłosił nowy do niej przytyk.
Śmierć tragiczna małego Karolka wzruszyła ją istotnie do głębi. Lecz mimo to, mimo dreszczu, który ją wstrząsał, doznawała w zakątku serca ulgi niezmiernej.
Na przyszły tydzień, kiedy już wszyscy dokoła przestaną płakać, co to za błogie będzie uczucie powiedzieć sobie, że ów cały światek z Tulettes, światek wstrętny zniknął raz na zawsze tak, iż od tej chwili sława rodziny będzie mogła rozbrzmiewać szeroko i migotać się złudną, lśniącą legendą.
Wtedy także przypomniała sobie, że nic a nic nie odpowiedziała u notaryusza na mimowolne oskarżenie jej przez syna; to też z bezczelnością niesłychaną zaczęła mówić o Macquardzie.
Widzisz, mój drogi, do czego to prowadzą nas sługi. To wszystko na nic się nie zdało. Przecież i tutaj była sługa, a jednak nie zapobiegła katastrofie; to też choćby wuj miał i sługę, nic a nic nie pomogłoby mu to w owym wypadku; spaliłby się na popiół zupełnie tak samo, jak się spalił.
Pascal skłonił głową, z właściwą sobie w takich wypadkach obojętnością zgodną.
— Masz słuszność, matko.
Klotylda padła na kolana. Obudziły się w niej dawne gorące wybuchy wiary gorliwej katoliczki, obudziły się w tym pokoju, pełnym krwi, zamieszkałym przez obłąkanie i śmierć.
Z oczów jej trysnęły potoki łez; ręce złączyły się do modlitwy; zaczęła ona modlić się żarliwie za duszę drogich istot, które już zeszły z tego świata.
Mój Boże! oby ich cierpienia się skończyły; oby im przebaczono ich błędy; oby ich wskrzeszono jedynie celem obdarzenia wieczną pogodą, tudzież życiem wiecznem, a błogiem!
Błagała zarazem z usilnością nabożną o odwrócenie piekła, którego bała się dla tych trojga istot, gdyż po życiu nieszczęśliwem wtrąciłoby je ono w otchłań wiecznego cierpienia.
Począwszy od tego dnia smutnego, Pascal i Klotylda kochali się jeszcze silniej, a idąc z odwiedzinami do chorych, przyciskali się mocno jedno do drugiego.
Być może, iż u niego poczucie niemożności zwalczenia choroby przyczyniło się do powiększenia świadomości o potrzebie tej ostatniej. Jedyna mądrość zasadzała się na pozostawieniu swobody rozwojowi przyrody, na usuwaniu żywiołów niebezpiecznych, na podążaniu wśród pracy, tudzież znoju do celu ostatecznego, do zdrowia, oraz siły.
Aleć zawsze krewni, których się traci; krewni, którzy cierpią, a potem umierają, pozostawiają w sercach żyjącej rodziny pewne rozdrażnienie przeciwko chorobie, szczepią tamże potrzebę nieprzepartą zwalczenia, oraz zwyciężania zła.
I nigdy doktór nie odczuwał tak wielkiej radości, jak wtedy, kiedy się mu udało z pomocą zastrzyknięcia złagodzić cierpienie chorego; kiedy widział, że chory, jeszcze niedawno jęczący z bólu, teraz uspakaja się i zasypia.
Klotylda znowu naodwrót uwielbiała doktora, wielce z tego pyszna, zupełnie jak gdyby ich miłość tworzyła rodzaj pociechy, którą nieśli w zanadrzu podczas wędrówki przez ów świat biedny.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: anonimowy.