Doktór Faust

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jens Peter Jacobsen
Tytuł Doktór Faust
Pochodzenie Pamiętnik Adama w raju
Data wydania 1925
Wydawnictwo L. Wolnicki
Druk L. Wolnicki
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz J. M.
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
J. P. JACOBSEN[1]
Doktór Faust[2]


Wąwozem przez las jechał rycerz.
Po obu zboczach stały wyniośle wielkie nagie drzewa i pięły się ku górze, dopóki najwyższe ich szczyty nie dosięgły słońca, ale w dole było ciemno i wielka skąpość światła.
Wiatr wiosenny ciężko, podmuchami, szedł przez wąwóz.
Rycerz również ciężko posuwał się naprzód, a wlókł za sobą wielką kosę, której błyszcząca klinga krajała czarną ziemię.
Koń, który go niósł, był blado żółty, on zaś siedział starczo pochylony w siodle, w spływających fałdach szerokiej, czarnej szaty, z jedną chudą białą ręką na lejcach, z drugą chudą białą ręką naokół drzewca kosy.
Wzrost jego był ponad miarę ludzką, a w oczach jego nie było białka, tylko sama czarność, — która widzi.
A gdzie stąpnął koń jego, tam powietrze napełniało się wilgotnym ostrym oparem, idącym od mokrego, uschniętego listowia, które butwiało, od ziemi, która gniła, od pni drzewnych, które rozsypywały się w próchno, i od mchów, rozpadających się w pył, A z wysokich drzew obrywały się stare suche gałęzie i, spadając, robiły hałas, po którym nastawata cisza tak wielka, iż zdawało się, że uderzenie kopyt końskich jest jedynym dźwiękiem na świecie.
I uderzenie jeszcze jednych kopyt, gdzieś daleko, poza nim.
Zatrzymał się, nasłuchując; poczem kiwnął głową, jakgdyby coś zrozumiał i pojechał dalej.
Po dłuższej chwili, drugi rycerz ukazał się oczom na kasztanowatym koniu.
I on również był większy ponad miarę ludzką, wyglądał jednak jak chłopak dwudziestoletni, z jasnym puszkiem, okalającym gładkie policzki i pełne, uśmiechnięte usta.
Ubranie jego było w połowie ze zgrzebnego płótna, w połowie z królewskiej purpury; lecz jego wysmukłe członki wynurzały się w olśniewającej swej nagości i z pod zgrzebnego płótna i z pod królewskiej purpury — pogańsko nagie. Albowiem był to Amor, tak on właśnie ten młodzieniec w lokach, piętrzących się nad jego czołem jak złote wióry; na plecach mu wisiał kołczan ze strzałami, a mocny łuk swój przymocował b$ do grzywy końskiej.
I gdzie stąpnął koń jego, tam paprocie podnosiły z nad butwiejącego dna brunatne skrętki i rozwijały je, zgniłe listowie ożywiało się żółtemi i białemi pędami, a tysiące kiełków otrząsało się z uśpienia; wczesne kwiatuszki zaczynały niebieszczyć się w cieniu liści zimowych, pączki na drzewach jaśnieć, nabrzmiewając nad jego głową, chmary wędrownego ptactwa nadciągać, jako czarne znaki na szaroniebieskiem niebie.
Amor zrównał się ze starym z kosą. Kiwnęli do siebie głowami i pojechali razem przez wąwóz, nie rzekłszy ani jednego słowa, a gdy droga wyprowadziła ich z lasu i zabrała ze sobą przez pole na przełaj, ku Drodze Szlacheckiej, i gdy ujrzeli przed sobą wielki gród z brunatnymi dachami, z szaremi, dumnie wyniesionemi wieżycami i złotem połyskującemi wieżyczkami, — znów kiwnęli do siebie, tym razem z uśmiechem.
I pojechali dalej Drogą Szachecką, wijącą się przed nimi szaro i szeroko, gubiącą się jednak coraz bardziej w oddali, póki jak cienka jasna nić nie wpadła wreszcie w czarne oko jednej z czerwonych bram miasta.
Jechali wciąż dalej.
Od wewnątrz, tuż przy bramie, znajdował się wielki, pusty sad z powykręcanemi jabłoniami, a w nim dom, spiętrzony dachami, tworzącymi długie, strome zbocza z mchem porośniętych cegieł, z wielką ilością czarnych kominów, które podparte były między sobą żelaznemi sztabami i silnie naciągniętymi łańcuchami.
Tu się zatrzymali.
Na wschód wychodziło okno, tak wielkie jak brama i jak nieskończona tafla malutkich w ołów oprawnych, szklanych sęczków. Było szeroko rozwarte i przyczepione do muru, a w wielkim jak oddrzwia otworze stal doktór Faust i wyglądał ku drodze, tam, gdzie, jak wiedział, był las i wąwóz.
A Śmierć i Amor podjechali pod okno, niewidzialni, nie rzucający żadnego cienia.
I zatrzymali się tu oto, więksi ponad miarę ludzką, a wiatr powiewał czarnym płaszczem Śmierci i purpurą Amora, a wielkie ich konie wyciągnęły szyje do środka okna i zwiesiły ciężkie łby jakgdyby w półśnie, nachylając je nad książkami i pergaminami i gryząc wędzidło, tak że piana z ich pysków leciała płatami na czarne linje i jaskrawe inicjały manuskryptu.
Jedna myśl po drugiej coraz to silniej nawiedzała doktora Fausta, gdy tak stał, oparty dłoniami o szeroką ramę okienną, z ręką ozdobioną pierścieniami przed pyskiem każdego konia, Światło wydobywało na jaw przejrzystą bladość czoła i twarzy i liczyło każdy włosek w jego ciemnej, kręcącej się brodzie.
Słyszalnie brzmiała każda myśl jego o tych dwóch niewidocznych na dworze:
— Mam teraz czterdzieści lat — pomyślał — dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści lat mogę jeszcze żyć, potem wszystko będzie skończone. I znów jest wiosna i znów o jeden rok mniej pozostało mi do życia...



Przypisy

  1. Największy prozaik Danji — niedościgniony twórca, władca słowa. „Doktór Faust“ — jest ostatnią jego pracą.
  2. Śmierć przybywa po 40 letniego Fausta; ale Amor prosi za niego i Śmierć darowuje mu jeszcze nowe 40 lat życia. Po upływie tego czasu Śmierć i Amor znów przyjeżdżają na koniach, by go zabrać. Znajdują starca, któremu te lata na nic się nie przydały. Siły jego były zużyte już 40 lat temu, cała druga część jego żywota była — życiem umarłem... (Notatka Edwarda Brandesa).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jens Peter Jacobsen i tłumacza: anonimowy.