Dobry mały djabełek/XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Sophie de Ségur
Tytuł Dobry mały djabełek
Podtytuł powieść dla dzieci
Data wydania 1936
Wydawnictwo „Ciekawa Lektura“
Druk „Record“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Un bon petit diable
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XIV
KAROL STAWIA SWOJE WARUNKI. JEST WOLNY.

Reszta dnia minęła bez nieszczęśliwych wypadków nowych figielków czarnego człowieka i czarownic.
Na drugi dzień, gdy Karol powinien był przyznać się do swej winy, Old-Nik uprzedził dzieci, że jeżeli winowajcy nie będą wydani przed godziną dwunastą, to zastosuje kary. Podczas lekcji, o godzinie dziewiątej rano, Karol poprosił o pozwolenie na opuszczenie klasy. Bokser, zgadując jego zamiary, zezwolił. Wychowankowie jednak, znający Karola lepiej niż Bokser, mocno się tem przejęli, drżąc o losy nieszczęśliwego i czując jednocześnie wdzięczność dla niego za jego szlachetny zamiar — przyjąć winę na siebie, aby uwolnić od kar swych kolegów.
Karol podążył do gabinetu Old-Nika.
— Panie Old-Nik, — rzekł wchodząc.
Old-Nik.
Co jest? — Czego chcesz odemnie?
Karol.
Nikt z uczniów nie chce wymienić winnych; pomyślałem więc sobie, że to nie jest dobre, oraz że pan w charakterze gospodarza domu powinien wiedzieć imiona tych, którzy zakłócają tu porządek, dlatego postanowiłem opowiedzieć panu wszystko, ale tytko pod pewnym warunkiem.
Old-Nik.
Jakto? śmiesz proponować mi warunki?
Karol.
Owszem, szanowny panie, jeden tylko warunek, proszę pana, bez zachowania którego nic a nic nie powiem.
Old-Nik.
Potrafię zmusić cię do mówienia, mały niegodziwcze!
Karol.
O, Panie Old-Nik! Jeżeli nie zechcę, nikt mnie nie zmusi do mówienia; prędzej pan mnie zabije, niż wydrze mi chociażby jeden wyraz.
Old-Nik spojrzał zdziwiony na Karola. Spokojny i zdecydowany wygląd chłopca dawał do zrozumienia, że z takim charakterem okrucieństwo na nic się nie przyda. Zastanowił się więc przez jedną chwilę.
Old-Nik.
A jakiż to jest warunek?
Karol.
Chcę, panie Old-Nik, aby poprzysiągł pan na czarownice i honor pańskiego domu, że nie zastosuje pan względem winowajców żadnej kary cielesnej albo też wogóle jakiejkolwiek kary, chyba, że tylko natychmiastowe zwolnienie z pańskiego zakładu. To ostatnie omówienie niezbędne jest dla niebezpieczeństwa pańskiego domu, gdyż winowajcy przypuszczają, że uda się dokonać nowych zamachów, skutki których mogą być bardzo bolesne i smutne.
Old-Nik był zakłopotany; zrzec się ukarania za takie przewinienia — to znaczy: złamać surowy rygor swego zakładu i zachwiać podstawami posłuszeństwa osiągniętego z takim mozołem. Nie znać podżegaczy do ostatnich zdrożności i trzymać przy sobie tych rzezimieszków — to znaczy: doprowadzić wszystko do ogólnej klęski, do swego pohańbienia; w ten sposób wkrótce uczniowie stracą wszelki strach, wszelki szacunek względem wychowawców, jak również względem niego samego i będą okropnie się mścili. Wówczas straci zysk z utrzymania dzieci, których nie będzie w stanie dłużej zatrzymać. Wobec tego wszystkiego Old-Nik postanowił przychylić się do prośby Karola, czując jednak opanujący go wstręt do tego ustępstwa.
— Wykonam to, czego odemnie żądasz, — rzekł wreszcie.
Karol.
Proszę zobowiązać się do tego na piśmie!
— Natręcie! — zawołał Old-Nik, straszliwie oburzony.
Karol.
Nie chcę być bezczelnym, ale dbam o swoich kolegów. Przecie pan rozumie, proszę pana, że w porównaniu z losami ich moja sytuacja jest jeszcze dobra; dlatego powinienem wszystkich pod tym względem uspokoić i powiadomić, jaki los oczekuje winowajców po zakomunikowaniu panu ich imion.
Old-Nik.
Dobrze. Daj mi arkusz papieru.
Karol.
Proszę nie zapomnieć, panie Old-Nik, że powinien pan napisać, co następuje: „przysięgam na czarownice i honor mego domu.“
Old-Nik (podrażniony)
Wiem, jużeś mi o tem powiedział. Następnie napisał:
„Przysięgam na czarownice i honor swego domu, że nie zastosuję innej kary względem winnych uczniów poza tem, na jakie wskaże Karol Maklang, t. j. gdyby nie dało się, naprzykład przebaczyć winowajcy, to zwolnię go natychmiast, zaledwie się przyzna do swego występku.
Niżej podpisany potwierdza własnoręczność wyżej napisanego dnia dziewiątego sierpnia, w Fery-Gal, o godzinie pół do dziesiątej rano. Pankracy — Babolin — Zefir — Rustikus Old-Nik“.
— Cóż chyba ci to wystarczy. Teraz więc wymień przestępców.
Karol.
Wymienię za pięć minut; tymczasem jednak zaniosę ten papier do jego prawego właściciela, poczem natychmiast powrócę.
Old-Nik chciał temu się sprzeciwić. Po namyśle jednak postanowił, że Karol nie ma żadnej podstawy ku temu, aby miał nie kończyć denuncjacji winowajców. Pozatem Karol tak szybko odszedł, że wprost niepodobna go było zatrzymać. Był punktualny i po upływie dokładnie pięciu minut powrócił, gdy oddał papier Betty i wytłumaczył jej, że jest to jego obrona na wypadek okrutnego i złego traktowania, jakie zagrażało winowajcom.
— Oddaję ci Betty ten papier ze strachu, aby starszy Old-Nik, wydarłszy mi z rąk nie zniszczył tego.
— No, — rzekł zdenerwowany Old-Nik, — czy powiesz mi wreszcie?
Karol.
Tak, panie Old-Nik, gotów jestem... We wszystkich zajściach jakie miały miejsce w ciągu tych dni, jestem sam jeden winowajcą.
— Ty! ty! — zawołał Old-Nik, zeskakując ze swego krzesła i patrząc na Karola z najwyższem zdziwieniem. — Ty!
Karol.
Owszem, panie Old-Nik, ja sam jeden.
Old-Nik.
To niemożliwe, kłamiesz.
Karol.

Owszem, mówię szczerą prawdę. Sam jeden wymyśliłem to wszystko i wszystko samodzielnie wykonałem.
Old-Nik.
Ale w jaki to sposób?
Karol.
Zaraz to panu wytłumaczę, zaczynając od dzwonka.
Old-Nik.
Od dzwonka? Więc to ty przeszkadzałeś dzwonić? Ależ to jest niemożliwe, ciebie ujrzanoby, posłyszano; a wreszcie jak mogłeś przeszkadzać dzwonić?
Karol się uśmiechnął i rozpoczął swe objaśnienia. Śmiałość pomysłu i jego wykonanie, oraz prostota stosowanych środków tak zadziwiły starego Old-Nika, że nie uważając na całe swe oburzenie, ani razu nie przerwał Karolowi w jego opowiadaniu; tylko rozdęte nozdrza i zaczerwieniona twarz świadczyły, że gniew Old-Nika wzrastał stopniowo coraz to więcej, że wściekłość ogarniała całą jego istotę.
Gdy Karol skończył swe opowiadanie, Old-Nik z wściekłością odezwał się doń:
Rozbójniku! Niegodziwcze! O gdybyś nie wymusił już na mnie zobowiązania na piśmie, własnoręcznie poszarpałbym cię na kawałki. Powstrzymam się jednak, gdyż dałem to zobowiązanie na piśmie. Co zaś do twego wyjazdu wraz z twoją Betty, to sądzę, że im prędzej, tem lepiej. Jesteś bardzo niebezpieczny dla mego domu i zbyt sprytny na pomysły; pozatem masz siłę woli i odwagę! Tembardziej, że za twoje utrzymanie nie zapłacono mi zgóry i ja tracę na tem, zamiast czerpać z tego zyski. Masz więc przepustkę, przechoro! A ta druga dla twej przebiegłej Betty! Wyjeżdżajcie i nigdy mi nie powracajcie.
— Amen, — potwierdził Karol, oddając ukłon; wyszedł i pobiegł zawiadomić Betty, która się z tego niemniej od niego ucieszyła; porzuciła wszystkie rondle, zdjęła fartuch, poszła do śpiżarni i w ciągu dziesięciu minut zebrała swoje i Karola rzeczy; następnie oboje podążyli do drzwi przy których stał głuchy dzwonnik. Nie wdział ich, gdy stał odwrócony do nich plecami, tembardziej nie mógł nic usłyszeć, ponieważ był zupełnie głuchy.
Zbliżywszy się do niego, Karol uderzył go po ramieniu.
Dzwonnik.
Jak śmiecie mnie dotykać, zły człowieku. Oto poczekajcie, dziś odczujecie, jak potrafię was dotknąć! O godzinie dwunastej pierwsza kara! Jesteście oczywiście numerem pierwszym, najlepszym; zanim ręka się nie zmęczy, biję mocniej i zdążę zadać więcej razów na minutę. Dziś przecie będę smagać, licząc na minuty. Wielka, surowa kara! Pan Bokser, który robił rozkład kar, wyznaczył wam pięć minut. Postaram się je dobrze wykorzystać.
Karol.
Ależ, Betty, szczęśliwie wyszedłem z przeprawy! Pokaż no nasze przepustki temu złemu człowiekowi.
Betty ukazała je oczom zdumionego dzwonnika, któremu nie pozostało nic więcej, jak otworzyć drzwi. Zanim jednak zdążył je zatrzasnąć, Karol drwiąco mu się ukłonił, pokazał rogi i długi ogon zapomocą nogi, następnie zaś odwrócił się do niego plecami.
Nadaremnie czekali uczniowie na powrót Karola, losy którego bardzo ich niepokoiły. Gdy nie zjawił się jednak nawet na obiad byli pewni, że Old-Nik zamknął go do podziemnej kozy; podczas pauzy zaś zaczęli snuć rozmaite przypuszczenia; jedno było okropniejsze od drugiego i dotyczyło tych tortur, jakim według ich zdania, podawano ich kolegę. Po lekcjach Bokser dowiedział się od Old-Nika o wszystkiem, co zaszło, i wygłosił na tę intencję gorące przemówienie do wychowanków, które wywarło na nich mocne wrażenie.
— Dziś wśród was, rzezimieszki, zwolniło się jedno miejsce! Ten, które je zajmował, był haniebnie wypędzony przez naszego ojca, naszego sędziego, naszego przełożonego, to jest przez pana Old-Nika. (Bokser zdejmuje swoją jarmułkę i znowu ją wkłada). Ten niegodziwiec miał odwagę, przyznać się przed swym szanownym nauczycielem, że winowajcą wszystkich zbrodni i występków w ciągu ostatnich dni był on sam, Karol Maklang. Obecność w waszem środowisku takiego zepsutego człowieka, Mefistofelesa (t. j. diabła), nie mogła być więcej tolerowana; oto dlaczego był wypędzony razem ze swą sojuszniczką Betty. Teraz wreszcie weszliśmy na właściwe tory. Porządek jest przywrócony i pamiętajcie, że pożyteczna kara chłosty będzie stosowana z większą surowością, niż kiedykolwiek poprzednio w wypadkach najmniejszego nieposłuszeństwa i niedbalstwa. Jesteście uprzedzeni; teraz już od was zależy — zasłużyć na te srogie kary albo też ich uniknąć.
Bokser usiadł, nieszczęśliwi wychowankowie drżąc i namyślając się nad tem, jak mają pomścić kolegę i samym uwolnić się od okropnych kar, zabrali się do pracy.
Pozostawmy tymczasem uczniów dalszemu ich nieszczęsnemu losowi, sami zaś udajmy się za Karolem, który nie zapomni jednak o swych nieszczęsnych kolegach i wkrótce przyczyni się do przerwania ich mąk. Sędzia dopomoże im porzucić dom w Fery-Gal. Przedewszystkiem jednak Karol dbał w tym wypadku o samego siebie. Nie wpadając do Marjanny i Julji, udał się bezpośrednio do sędziego pokoju. Postanowił prosić sędziego o wstawiennictwo, jak również o to, aby mu znowu nie wyznaczono na opiekunkę ciotuni Makmisz, przekazując natomiast jego wychowanie Marjannie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Sophie de Ségur i tłumacza: anonimowy.