Dobry mały djabełek/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Sophie de Ségur
Tytuł Dobry mały djabełek
Podtytuł powieść dla dzieci
Data wydania 1936
Wydawnictwo „Ciekawa Lektura“
Druk „Record“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Un bon petit diable
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
V
ZADZIWIAJĄCA POKORA. DASZKI.

Karol zadowolony ze swego nowego pomysłu, wyszedł; ciotka nie odważyła się go zawrócić w obecności sędziego. Chłopak poszedł do kuchni i powiadomił Betty o słowach sędziego, jak również o powstaniu swej nowej idei.
Betty.
Nie, Karolku, nie dzisiaj jeszcze; zaczekamy. Dopóki daszki będą cię bronić przed razami twej ciotki, razy te nie będą zostawiały żadnych śladów, doktór zaś, po którego się pośle, po oględzinach lekarskich nie znajdzie na twem ciele żadnych uszkodzeń. Podadzą ciebie za kłamcę i skończy się na tem, że ciocia twoja zatryumfuje. Zaczekamy jeszcze. Gdy zaś daszki się wystrzępią, to znajdę coś takiego, coby cię uchroniło przed bólem na wypadek bicia.
Karol przyznał rację rozumowaniom Bełty, nie zrezygnował jednak z przyjemnej nadziei, że rozgniewa swą ciotkę bez żadnej szkody dla siebie.
„Poczekam tylko do jutra, — pomyślał, — gdy moje spodnie będą naprawione“.
Z przyzwyczajenia podążył do Julji, która spotkała go jak zawsze z uprzejmym i słodkim uśmiechem.
Julja.
Cóż, Karolu, co słychać nowego?
Karol.
Wszystko bardzo dobre. Zaledwie przyszedłem do domu, ciotka wytłukła mnie tak wściekle, że zbiła mnie właściwie na kwaśne jabłko; Betty położyła mi na zbolałe miejsca plaster łojowy ze świecy.
Julja (zdumiona).
I to uważasz za dobre? Biedny Karolu! Napewno jej się sprzeciwiałeś i nawymyślałeś?
Karol.
Nic nie mówiłem, nawet się nie poruszyłem; uderzyła mnie dwa razy rozgą. Widząc, że się jej nie sprzeciwiam, dałem ci przecie na to słowo, poczęła tłuc mnie jak opętana.
Julja (ze łzami w oczach).
Biedny mój Karolu! Jest to jednak okropne! Jestem strasznie zmartwiona! Gniewałaś się naturalnie na mnie za tę moją radę?
Karol.
Gniewać się na ciebie? O nigdy! Wiedziałem że wzięłaś odemnie przyrzeczenie, że będę pokorny — właśnie tylko dla mego dobra. Na nią strasznie się jednak gniewałem, okropnie! W swoim pokoju szlochałem, krzyczałem, tarzałem się po podłodze, ale później nieco się uspokoiłem; byłem jednak zadowolony, że usłuchałem ciebie.
Julia (pieszczotliwie).
Kochany Karolu! Jaki potrafiłbyś być dobry, gdybyś tylko chciał.
Karol.
I dopnę tego, dopnę! Daj mi tylko czas! Powinnaś mi pozwolić na to, abym mógł poprawić swoją ciotkę.
Julja.
Jakże ją to poprawisz? Wydaje mi się to niemożliwem!
Karol.
Nie, nie! Pozwól mi tylko wykonać mój plan a zobaczysz!
Julia.
Co chcesz uczynić Karolu? Jakieś głupstwo napewno!
Karol.
Wcale nie! Otóż zobaczysz, mówię ci, że zobaczysz!
Karol nie chciał powiedzieć Julji, jakich środków użyje do poprawienia ciotki; obiecał tylko, że będzie z nią grzeczny i posłuszny. Julja powinna była zadowolnić się tą obietnicą. Karol pozostał jeszcze u niej przez kilka minut i odszedł zaledwie wróciła z pracy Marjanna, siostra Julji.
Marjanna liczyła dwadzieścia pięć lat; zastępowała ona swej niewidomej siostrze matkę, która zmarła pięć lat temu w tym samym domu, w którym razem obecnie siostry mieszkały. Miały otrzymać duży dość spadek. Mogłyby więc nie cierpieć biedy, ale rodzice pozostawili długi; wymagało to szeregu lat pracy i ofiar, aby je spłacić, gdyż nic nie chciały z majątku sprzedawać. Gdy matka umarła, Julja liczyła zaledwie dziesięć lat; Marjanna postanowiła niezłomnie zarabiać na utrzymanie swej niewidomej siostry i na siebie, aą do czasu, gdy będą spłacone wszystkie długi. Pracowała więc bądź u ludzi, bądź też biorąc pracę do domu. Julia również mimo to, że była niewidoma, pracowała zarobkowo dla ich małej gospodarki. Szybko robiła na drutach i zawsze sumiennie wykonywała obstalunki; każdy chciał mieć jakąś rzecz, zrobioną własnoręcznie przez niewidomą Julję: ktoś spódniczkę zrobioną na drutach lub szydełkiem, inny — kaftanik lub szalik, ktoś znowu pończochy. Wszyscy mieszkańcy tej katolickiej mieściny kochały Julję: jej dobroć, słodycz i pokora wobec opatrzności, zawsze łagodne usposobienie oraz nadzwyczajna pobożność — miały wielki wpływ nie tylko na dzieci, ale również i na ich rodziców. Jedna tylko pani Makmisz nie ulegała jej wpływom; prawie nigdy nie widywała Julji gdy zaś nawet do niej wstąpiła, to nawymyślała jej bezczelnie. Ani razu nie przyszło do głowy pani Makmisz dopomóc w czemkolwiek swoim siostrzenicom, chociaż z łatwością mogła to uczynić: miała cztery tysiące złotych oszczędności, które stale powiększała, gdyż oszczędzała do przesady na utrzymaniu swojem, Karola i Betty. Pozatem zobaczymy, że miała inne źródło dochodów, o którem nikt nie wiedział — tak przynajmniej sądziła. Od trzech lat Karol był już pod jej opieką. Betty zaś wstąpiła do tego domu niedawno; szybko przywiązała się do Karola, który odrazu począł zdradzać szczerą wdzięczność dla niej za wstawiennictwo i opiekę; dawno, dawno pożegnałaby Betty panią Makmisz, gdyby nie gorące, z całego serca przywiązanie do Karola.
Wróćmy jednak do Karola, który pozostawił Julję z jej siostrą Marjanną i pobiegł do domu, aby zdążyć się zjawić, gdy ciotka go zawoła.
— Dziś nie powinienem jej gniewać, — tak myślał. Po przyjściu na czas do domu napisał z panią Makmisz listy, które jednak nie podobały się jej, gdyż uważała, że są na pisane źle i nieczytelnie.
Karol.
Jeżeli ciocia chce, to mogę je przepisać.
Pani Makmisz (ostro).
Nie, nie chcę. Aby popsuć znowu niepotrzebnie papier i potem jeszcze raz napisać tak samo brudno i źle!
Nidy na niczem nie oszczędzasz! Można pomyśleć że masz kapitał w banku. Zapominasz o tym że karmię cię z łaski, że bez mej pomocy byłbyś żebrakiem; zamiast wywdzięczać się za me dobrodziejstwa oszczędnością, opychasz się jak wilk i pochłaniasz płyny jak beczka bezdenna; drzesz swe ubrania i wogóle jesteś dla mnie wprost skaraniem Boskiem.
Karol z trudem się powstrzymywał, aby nie gadać głupstw i nie doprowadzić jej do wściekłości. — „O, gdybym tylko miał daszki!“ pomyślał. Nie odpowiadając nic, nawet nie poruszając się, musiał połknąć zniewagę.
Pani Makmisz w dalszym ciągu podziwiała pokorę Karola. „Zobaczę co to będzie, — pomyślała, — czy nie szykuje jakiegoś nowego złego czynu... ma taki wygląd... To mi się nie podoba... jakgdyby powstrzymywał wściekłość... Kto mu jednak tak kazał czynić? Oby nie Julja tylko! Ta mała święta — nietknięta zabiera się do udzielania rad, o mało że nie prawi kazania... Nie lubię jej, stale mnie denerwuje jej twarz, która jest wiecznie spokojna, słodka i uśmiechnięta. Chce nas upewnić, że jest szczęśliwa bez względu na swą ślepotę, że niczego sobie nie życzy i niczego nie pragnie. Dla Julji robi się wszystko! Pielęgnuje się ją jak księżniczkę... Głupia hultajka! A co do tego Karola, to takie mu sprawię pranie — dobrze, że teraz już się nie broni“.
Nie zauważyła, że ostatnie wyrazy, poczynając od: „Nie lubię jej i t. d.“ wymówiła głośno; podniosła głowę i ujrzała Karola, który zdziwiony stał bez ruchu i oburzony patrzył na nią; zawołała więc „Czego jeszcze chcesz“, Czego wytrzeszczasz na mnie swe głupie oczy? Idź precz do kuchni, pomagaj tam Betty. A powiedz jej, niech poda kolację jaknajwcześniej. Chcę jeść!“
Karol nie dał się dwa razy prosić i cicho wyślizgnął się do kuchni: opowiedział Betty, jakie wyrazy wymówiła przed chwilą jego ciotka i nie podejrzewała, że czyni to głośno.
Trzeba powiadomić o tem Julję. Powinieneś oburzyć się i wystąpić przeciwko temu otwarcie, rzekła Betty.
Karol.
Nie, Betty, obiecałem Julji być grzecznym i posłusznym w ciągu całego tygodnia. Nie mogę złamać tej obietnicy; mając swe zbawcze daszki, nie ominę okazji i pozłoszczę ciotkę, przestając jednocześnie udawać bardzo uprzejmego.
Betty.
Jutro będę miała te daszki, mój biedny Karolku: licz na mnie; obronię cię przed pobiciem o ile będę w stanie to uczynić.
Karol.
Wiem o tem, moja dobra Betty; zawsze mnie broniłaś. byłaś dla mnie wiernym przyjacielem i za to kocham cię z całego serca tak samo jak Julję; kocha ona mnie również, zawsze dodaje mi otuchy i udziela rad... Jednak muszę przyznać, że nie zawsze jej słuchałem.
Betty.
Przecie rady jej są łatwe do wykonania! Trzeba tylko zawsze ustępować i być posłusznym.
Karol.
Mi się zdaje, że naogół Julja ma rację; ale brak mi słodyczy i cierpliwości Julji. Gdy moja ciotunia mnie drażni lub znieważa, nie posiadam się z gniewem: czuję, że we mnie wszytsko wre. Gdybym w tym czasie się nie powstrzymywał to sądzę, że okazałbym się od niej silniejszy, a więc nie wyszłaby żywa z pod moich pięści.
Betty.
Jednak trzeba opowiedzieć Julji o tem, jakiego o niej zdania jest ciotunia.
Karol.
A poco? Gdybym opowiedział Julji wszystko, com słyszał, to tylko zmartwiłoby to niewidomą i żadnej nie dałoby korzyści; wie, że ciotunia jej nie lubi, a więc to wystarczy.
Wkrótce potem Betty podała kolację. Pani Makmisz zeszła do jadalni i dobrze się posiliła; Karolowi zaś dała mało, ale w tym wypadku nie chciało mu się nawet jeść, ponieważ Betty postarała się nakarmić go przed kolacją. Jadł nie śpiesząc się. Po raz drugi nie prosił o nic: ciotunia wprost nie wierzyła ani własnym oczom ani też uszom. Karol — skromny i pokorny, powściągliwy i zadowolony z okruszyn — był dla pani Makmisz jakimś nowym, nieznanym człowiekiem, bardzo dla niej zresztą wygodnym.
Po kolacji pani Makmisz zmęczona po wszystkich przejściach w tym dniu, puściła Karola. Powiedziała przytem, że pójdzie spać. Karol, który zniósł również niemało bólu tak fizycznego, jak i moralnego, nie był też od tego, aby nie spocząć na swem posłaniu. Składało się ono ze słomianego worka, starego, podartego prześcieradła, starej wełnianej wynoszonej kołdry i poduszki wypchanej słomą; ale jakież to złe posłanie w szczęśliwym wieku Karola mogłaby przeszkodzić szybkiemu pogrążeniu się we śnie. Zaledwie dotknął głową poduszki zasnął tak mocno, jak tylko potrafią spać dzieci.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Sophie de Ségur i tłumacza: anonimowy.