Do sprawiedliwości

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania


Powitanie Franciszka Ksaw. Branickiego... Do sprawiedliwości • Wybór poezyj • Liryków księga czwarta • Adam Naruszewicz Dyament
Powitanie Franciszka Ksaw. Branickiego... Do sprawiedliwości
Wybór poezyj
Liryków księga czwarta
Adam Naruszewicz
Dyament

III. Do sprawiedliwości.
(Z okazyi mowy J. K. Mci, mianéj 2 sierpnia 1773 za królobójcami).




Zemsty cudzéj, a własnéj męczeńców ślepoty,
Piętno niestartéj wiekiem narodu sromoty,
Stawi-ć Astreo, Polska jeszcze nie omyta
Ze krwi monarchy swego, a ze łzami pyta:

Zasado publicznego szczęścia, związku zgody,
Co w jedno różne sprzęgasz miłością narody,
Utrzymujesz każdego w swych klubach, a swojem
Mierząc prawem, za lubym dajesz żyć pokojem;

Czyś dotąd, jak cię ludzie zrazili wyrodni,
Opuściwszy zelżone ściekiem tylu zbrodni
Lądy nasze i morza, przebywała z bogi,
Gardząc, czysta dziewojo, skażonemi progi?

Czyś gdzie, kłótliwe tylko swéj oddawszy Lachy
Zawiści i niezgodzie, inne darzyć gmachy
Wolała, lepszéj za nas cóżkolwiek Europy,
Niż w téj swarni nikczemnéj boskie stawić stopy?

Zniknęłaś nam od tylu lat, o święta pani!
Bez ciebie, jak bez światła w posępnéj otchłani,
Błądziliśmy w krajowych spraw wiecznym zamęcie,
Gdzie na zgubny hak niosły wyuzdane chęcie.

Bez ciebie cóż zostało w karbie należytym?
Mocniejszy, jak chciał, mącił ludem pospolitym,
Interes prawa pisał, gwałt kazał, gniew sądził;
Nikt nie słuchał, a każdy głową swoją rządził.

Dało nam niebo króla wybranego z wiela.
Cóż stąd? Za swego błąd go wziął nieprzyjaciela.
Oczernił, zhydził, zranił; milczeliśmy na to.
Krew jego nie zemszczona już to drugie lato.

Stoi świat w głębokości myśli zadumany:
Cóż to za kraj, co tak swe lekce waży pany?
Co głosem powszechności sprawioną robotę
Zatłumia, stawiać na szańc jednego niecnotę?

Gdzie w nierządzie wieczystym, uciskach i trwodze,
W wzgardzie tronu ostatniéj, w określonych srodze
Granicach nikt nie winien, kraj tylko utracać
Musi, a król powszechny zawrót krwią opłacać?

Otrzyj tę plamę, pani, a nieprzedarowny
Miecz z gwichtem równoważnym w świątyni sądownéj
Wziąwszy w dłoń sprawiedliwą, wywiń obelżywy
Czyn z powabnéj i wiary i swobód pokrywy.

Już oto wiernych panu senatorów grono
I zacnego rycerstwa, co mu powierzono
Obronę niewinności, czeka na twe zdanie.
Oddaj cnocie dank winny, a złości karanie.

Już nowych Demostenów, pomiędzy Sarmaty
Jakich nie było słychać w téj izbie przed laty,
Stokroć się głos poważny obił o te ściany,
Którym złość z niewinnością drżała naprzemiany.

Mów — lecz nowa tu, widzę, scena się zaczyna;
Dzielniejszego od prawdy ma obrońcę wina;
Pierwszy przykład z pierwiastków i pono przed zgonem
Świata: król swych zabójców sam został patronem.

Gdzie duma krwią najemną bujne niwy zmacza
I z mordów ludzkich sławę nikczemną wytłacza,
Budując okazalsze na stosach ciał trony,
Postrach światu, dzikości cechą naznaczony.

Polsce to tylko takie los zostawił dziwy:
Miéć królów obrońcami urazy właściwéj,
Szukać zemsty dobrocią, a umysłem szczyrem
Woléć litości, niż być mocy bohatyrem.

Chlubny wiek starożytne słusznie wielbi sprawy.
Darował Marcellowi błąd Cezar łaskawy,
August Cynny przestępstwo karaniem nie gonił,
Lecz Stanisław nie karząc, winnych jeszcze bronił.

Niechętny krwie przelewu, a nuż sędziów wzruszy?
Gdy trudno złamać rozum, szuka słabszéj w duszy
Części, rzucając w serca zamek mniéj warowny
Postrzał z dobroci kuty, a łzami hartowny.

Taki ów, greckim niegdyś sławny Orfej piórem,
W ukrytéj stubie płaszczem mgły wiecznéj ponurem,
Rzewnił roki surowe wdzięcznéj lutni pieniem
Za swojéj Eurydyki niepowrotnym cieniem,

Że choć ją wyrok zasłał za Styg nieprzebyty,
Dał się zmiękczyć sam Minos płaczem nieużyty
I kazał prom fatalny zawijać do lądu,
Mażąc pierwszy raz dekret żelaznego sądu.

Więc i z lichéj zazdrości uschłe, żółtéj cery,
Wsparte łokciem po łowach stękały Megery,
Przyznając lubym musem, że z ludzi śmiertelnych
Nikt nie mógł na zmiękczenie słów użyć tak dzielnych.

Cóż za dziw, iż tak mocna tam płynie wymowa,
Gdzie pochopne z czystego serca idą słowa.
Próżno się dowcip sadzi, próżno pióro kryśli;
Najlepszy mówca, kto tak mówi, jako myśli.

Już sama sprawiedliwość, słodkie czując żale,
Pełną łez ku litości nachylała szalę;
Traciła wagę zbrodnia, a co bystro godził
Na karki winowajcze, rdzą bułat zachodził.

Cnota chciała być winną i swojego prawa
Dla dobroci ustąpić mówcy Stanisława,
Zostawując potomkom przykład niesłychany,
Iż jeden czyn być może dobry i naganny.

Wygrałeś, zacny królu, jeśli twe morderce
Ma sądzić twą dobrocią wymierzone serce.
Godni są, z chętnéj im to przyznaję ochoty,
Stokroć umrzéć dla siebie, a żyć dla twéj cnoty.

Wstrząsłeś w czułych wnętrznościach sprzeczne chęci społem.
Błędny umysł nie wiedział, jakim ruszyć kołem.
Już go żałość z miłością, już pęd ciskał iny;
Wszystkie martwy na chwilę dziw stępił sprężyny.

Jeśli kiedy występek mniéj był postrzeżony,
Tyś mu, królu, łaskawéj pociągnął zasłony.
Mniejszym się nam być zdawał; tyle łez wybiegło,
Że go za niemi mokre mniéj oko postrzegło.

I jużby on nad nami tryumfował pewnie,
Lecz niebo często bije, choć deszcz leje rzewnie.
Słyszałem (wybacz, panie!), jako Temis na twe
Narzekała tak serce do litości łatwe:

„Wytrącasz mi z rąk, królu, gwałtem twéj dobroci
Miecz z ręku; więc niech się kraj do końca sromoci,
Że w nim tylu występców złość nieukarana
Ma za fraszkę i Boga i prawo i pana.

Bronisz niecnych morderców. Któż był twym patronem,
Gdy zazdrość stokroć piórem w żółci omoczonem
Szarpała twą niewinność, przyprawując zwolna,
Co ci nakoniec wściekłość zrobiła swawolna?

I prywatny człek prawa doznaje obrony.
W saméj Polsce niekarna złość znieważa trony.
Kara jéj cała, że swą winę kłamstwem zdejmie,
A resztę amnestya pokryje na sejmie.

Leksze przestępstwa mściwym wygładzam żelazem,
A srogie mam szkarady gnuśnym puszczać płazem?
Czyż wielkość zbrodni czyni cnotę? a kto kary
Wziąć nie może, winien mu skwarzyć świat ofiary?

Nie jestem ja tak na garść krwi téj upragniona.
Czyż ta krzywda zupełnie będzie nadgrodzona
Podłéj juchy upustem? Niech żyją, jeśli ta
Stąd cię szczerzéj kochać ma rzeczpospolita.

Żarliwy o jéj dobro, wiem zapewne o tem,
Byś je własnym po stokroć opłacił żywotem,
Lecz pokaż mi, przebiegszy tronu poprzedniki,
By o kim wszystkie dobrze mówiły języki.

Dałeś dowód litości od wieków niepomnéj.
Dziwi się nasz, a wiek ją poświęci potomny,
Kładąc obywatelską na twą skroń koronę,
Za krwi ziomków, jeśli ich zwać mogę, obronę.

Łaskawym jesteś królem i królów modelem.
Dałeś przykład, co pierwszym być winno ich celem.
Dziełoś twoje wykonał; dopuść, niech przed światem
Pokaże, jak cię kocha rycerstwo z senatem.

Póki żyjesz, odniesiesz tę chlubę w nadgrodzie,
Żeś cierpiał, chcąc być dobrym królem w twym narodzie;
A gdy twe oczy martwe zasypią popioły,
Żeś dobrocią swe karać chciał nieprzyjacioły.“
1773, VIII, 99 — 111.