Do panów moralistów

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
DO PANÓW MORALISTOW.




Panowie moraliści, którym całe życie
Tak światowa bezbożność straszliwie dokucza,
Że już, aż w uszach bębni, tak na nią krzyczycie,
Choć żaden z was nie robi tego, co naucza,
Kiedy już nam przykładów nie dajecie z siebie,
Tak iżbyśmy prostując niecne życie nasze,
W waszej kiedyś kompanii mogli zasiąść w niebie,
Gdzie już może mniej głośne będą krzyki wasze,

Dajcie nam choć w teoryi pełne światła rady,
Jak mamy żyć na ziemi, — wam to łatwo przecie:
Objawcie wasze myśli, i wasze zasady,
Powiedźcie raz nareszcie czego od nas chcecie.
Ale mówcie wyraźnie, nie ogólnikami,
Które bardzo szanuję, choć rzadko rozumiem,
Bo te tak łatwo mówić, że nawet czasami,
Jak jestem w wenie głupstwa, sam je mówić umiem.

Lecz pytam was panowie, szczerze i uczciwie,
Jak nędzarz, który wzywa możnego pomocy,
Co mam robić codziennie, aby żyć cnotliwie,
Od w pół do szóstéj z rana, do samej północy;
Bo przypuszczam, że śpiącym w zatrudnień natłoku,
Raczycie dawać pokój — bardzo naturalnie,
Człek bowiem czy śpi na wznak, czy na którym boku,
Byle nie nadto chrapał, zawsze śpi moralnie.

Na to mi odpowiecie znowu ogólnikiem,
Że nie jestem pobożnym, nie dość pracowitym,
Nie dosyć miłosiernym, zanadto grzesznikiem;
Słowem człekiem okropnym, łotrem całkowitym.
I znowu zawrzeszczycie: — «wnijdź w siebie samego.
«Miej w sercu Pana Boga, zrzecz się uciech świata,
«Kochaj Boga nad wszystko, jak siebie bliźniego,
«Martw ciało, wzmacniaj ducha, daj na mszę dukata.»

A żaden nie odpowie na to, o co proszę:
Co mam robić od rana, aż do późnej nocy?
Z tego zatem panowie najlogiczniej wnoszę,
Że się muszę obywać bez waszej pomocy,
A szukać tych przykładów, których nie możecie
Dać sami, lub nie macie najmniejszej ochoty,
W życiu ludzi, w chrześciańskim zasłużonych świecie
Przez pobożność i inne zasługi i cnoty.

W skutek tego zostaję wreszcie przekonanym,
Że najchwalebniej jest być wiary męczennikiem,
A kto nie ma ochoty być poćwiertowanym,
Ten powinien przynajmniej zostać pustelnikiem.
Ponieważ do pierwszego braknie mi odwagi,
I że czekać okazyi trzeba lata długie,
Ażeby się odznaczyć czynem takiej wagi.
Żeby aż wisieć za to, obieram więc drugie.

Cnotliwemu na puszczy niepotrzebne kufry,
Czamodany, walizy, suknie i pościele,
Ubieram się więc lekko, jak święty Onufry;
I za całą ozdobę łeb nurzam w popiele,
— «Co robisz — mówi żona — widząc mię w tym stanie,
«Dokąd idziesz z tą pałką? ach! musiał zwarjować,
«Hej! jest tam kto? Walenty, Bartłomieju, Janie!
— «Daj mi pokój Marylko, idę pokutować.

«Rozdaj pomiędzy biednych wszyściutko co mamy,
«I pozwól się zamęczyć, albo chodź na puszczę,
«Dzieci zaś Panu Bogu w opiekę oddamy,
«Chodź....» — «Czy ty zwarjowałeś? dalipan nie puszczę.
«Hej! Bartłomieju, Janie!« — Jak panie nie skoczą,
Jak się nie rzucą na mnie Bartłomiej z Walentym,
Do łóżka, krew puścili, łeb mi w lodzie moczą..
Dostańże tu ochoty zostać u nas świętym.

A coby było ze mną, gdyby mi do końca
Gnostycznej walki z ciałem dotrwały zamiary.
W wilgotnym gdzieś ostępie, do zachodu słońca
Jużby w większej połowie zjadły mię komary.
Litwa nie Azya mniejsza, na sośnie i brzozie,
Nie rosną ani figi, ani też banany,
A i świętemu trzeba coś więcej jak kozie,
Co od biedy gryść może liść z drzew osypany.

Po pierwszej zaraz nocy w ten sposób spędzonéj,
Dostałbym już tyfusu, i albo w tym stanie
Zostałbym przez niedźwiedzie lub wilki zjedzony,
Albo też chłopek jaki słysząc me stękanie,
Przebrawszy się przez błoto, znalazłby świętego
W najopłakańszym stanie nędzy i niesromu,
I wziąwszy litościwie na wóz pół żywego,
Odwiózłby po dwudniowej pokucie do domu.

Sami zatem widzicie, że się żadną miarą,
Nie mogę wyrzec świata i powabów jego.
Martwić ciało jest piękną zapewne ofiarą,
Ależ bo nasze ciało kiepskie i bez tego.
Wzmacniać ducha rozumiem, lecz wzmacniać rozsądkiem,
Nauką, doświadczeniem i ścisłem pojęciem
Własnego stanowiska, nie zaś tym porządkiem,
W który dzisiaj chcąc wierzyć, trzeba być dziecięciem.

Bliźniego kochać mogę, nie tyle jak siebie,
Bo to jest niemożnością nazbyt oczywistą;
Ale kocham, naprzykład, tyle kocham ciebie,
Ile wasan mnie kochasz, panie moralisto!
To jest, gdyby jednemu przyszło skoczyć z dachu,
Zawsze wolałbym lepiej, żebyś wasan skoczył;
Bo wiem, że gdybym tonął, pewnobyś sam w strachu
Dla moich pięknych oczu nosa nie zamoczył.

I miłosiernym moi panowie być mogę,
Tyle tylko o ile zbytek mam pieniędzy,
Bo inaczej bliźniego może zapomogę,
Ale sam najniezgrabniej umrę potem z nędzy;
Słowem jeśli człek tylko ma ile mu trzeba,
A na jałmużny nie ma, musi stanąć na tem,
Że, aby miłosierdziem dokupić się nieba,
Nie dość jest pięknych chęci — trzeba być bogatym.

A tu właśnie jak na złość, sami powiadacie,
Że ubóstwo jest jedną z wielkich cnót chrześciańskich!
Lecz ubogi nie może, sami to przyznacie,
Miłosierdziem dostąpić trudnych wrót niebiańskich.
Bogaczowi, wiadomo, niepodobna także
Pójść do nieba, a zatem proszę bardzo ciebie,
Kochany moralisto, powiedz mi jednakże,
Wśród tych wszystkich zawikłań — kto też będzie w niebie?

Nie wznoś pobożnie ramion, moralisto drogi,
Słysząc moje bluźnierstwa; dosyć was na świecie,
A nie słyszałem dotąd, żeby który nogi
Poderwał dla bliźniego; — to zaś, co pleciecie
O ludzkich powinnościach, zróbcie w setnej części
Sami u siebie w domu, z żonami i z dziatwą,
A nie wątpię na chwilę, że Bóg wam poszczęści,
Lecz zobaczycie sami, że to nie tak łatwo.

Jeśli mi pokażecie własnemi przykłady,
Że człek pozbyć się może wszelkich swych słabości,
Jak zobaczę wyraźne i skuteczne ślady,
Tak waszych pięknych chęci, jak doskonałości,

Wtedy powiem: «przepraszam — mniemałem zbyt śmiało,
«Że człek jest tylko trochę ukształceńsze zwierze
«Nie, — człek jest istotą mądrą, doskonałą,
«Co z nieba cnót natchnienie i zapas sił bierze.«

I to jeszcze potrzeba, żebym ja był świadkiem
Tych zwycięstw waszej duszy nad zwierzęcem ciałem;
Żeby z wami nie było tak samo przypadkiem,
Jak z wielu, których w życiu mojem spotykałem,
Co najdumniejsi byli z swej wstrzemięźliwości,
Do której ich przymuszał żołądek już słaby,
A mianowali cnotą wstręt swój do miłości,
Nie widząc naokoło.... tylko brzydkie baby.

Dopóki zaś was widzę tak samo ułomnych,
Tak samo chorowitych, i tak stękających,
Tak samo chciwych, głupich, złych i nieprzytomnych,
A tylko dużo więcej głupstw nam gadających,
Dopóty w wyższość waszą, a głównie w człowieka
Możność doskonałości, pewnie nie uwierzę —
I jakakolwiek przyszłość w wieczności nas czeka,
Tak siebie, jak wasana, uważam za zwierzę.

Bo przeznaczeniem człeka jest myśleć i sądzić,
Czcić Boga i naturę, pracą umysł zdobić,
Z prostej rozsądku drogi starać się nie zbłądzić,
A przytem wszystkiem jednak, codzień głupstwo zrobić.
Bądźmyż wyrozumiali, mój panie, inaczéj
Zamiast człekiem kierować, tylko się go nudzi;
Co jedno z drugiem wziąwszy, najtreściwiej znaczy,
Że panowie jesteście najnudniejsi z ludzi.

A świat gdyby was słuchał musiałby bezsprzecznie,
Zejść na samych fakirów, mnichów i kwestarzy,

Tymczasem jak wiadomo, trzeba mu koniecznie
Prócz tego ogrodników, rolników, piekarzy,
Kowalów, ekonomów, malarzy, snycerzy,
Ministrów, aptekarzów, stróżów, kancelistów,
Szewców, krawców, doktorów, kupców i żołnierzy,
Słowem wszystkiego trochę, — oprócz moralistów.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Artur Bartels.