Do Brata Mateusza Gralowskiego

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Teofil Lenartowicz
Tytuł Do Brata Mateusza Gralowskiego
Pochodzenie Opowiadanie mazowieckiego lirnika
Odbitka z „Braterstwa“
Data wydania 1865
Druk Drukarnia „Ojczyzny“
Miejsce wyd. Bendlikon
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
DO
Brata Mateusza Gralewskiego.


Gdzie wy przyjaciele moi?... jednych mogiła przysypała, drugich Moskale i Niemcy do wiezień wtrącili, komuż tu śpiewać? komu się z nowonarodzoną pieśnią pochwalić? Świat mnie cudzy i ja jemu, a chociaż włos siwy ledwie gdzie niegdzie wyskakuje, chociaż drogi mojéj jeszcze nie przeszedłem, już się samotnym widzę i bez słuchaczów. Pokąd się było młodym, pokąd wiosnowe myśli napełniały głowę, można było nie baczyć na otoczenie, i martwy kamień wtedy miał serce dla człowieka, dziś mi już trudno do kamieni się obracać, dziśby mi waszéj dłoni potrzeba przyjaciele, waszego dobrego słowa, a tu umarłych nie wskrzesić, ba nawet do mogił kochanych dojść nie można, nad któremi ojczyste drzewa poszumiają, albo syberyjskie śniegi w wysokie zgarniają się kopce.
W takich myślach pogrążonego doszedł głos wasz bracie Mateuszu, chłopska rodzina otwiera mi wrota swoje, i do gościnnego zaprasza ogniska, więc mnie ochota ogarnęła całego.
Aleć zkądże wam to bracia gromadzcy taka miłość dla mnie, czyście mojego serca podsłuchali bicie, czy was skrzypka mazowiecka, czy dusza śpiewaka pociągnęła? co bądź nie ociągając się, zbieram kości i może z ostatniemi śpiewami do waszych ubogich chat zachodzę.
Niechże będzie pochwalony Jezus Chrystus, i ten naród nasz poczciwy.
O! bracia moi, nim się z pomiędzy młodych rzeźwiejszy i miłościwszy głos odezwie, ja kończę swoje, a jeśli da Bóg, zobaczę nowego ludu śpiewaka, lirenkę moją ojczystą pokłoniwszy się jako od Boga wybranemu, u nóg położę.
Śpiewacy ludu polskiego, liro kmieca, jeszcześ ty się nie rozbudziła jak potrzeba; ojczyzna będzie kiedy się ty rozbudzisz — kiedy kmieć polski wolności zażąda, i kiedy sam z własnego serca wysokie pieśni wysnuje.
Miły Boże, daj rychło je usłyszéć, choćby nie tylko lirenka moja zamarła, ale i oczy i usta moje na wieki się zamknęły.
W kalecie mojéj tułackiéj różne się znajdują różności, które nosząc ze sobą po cudzych zamorskich krajach, myślę jakby do waszych ognisk wyprawić, o przestarych królach powieści i o dzisiejszych braciach poległych, coście ich własne mi rękami po mogiłach grzebali; wszystkie bo radości i wszystkie biedy tak mi do serca przychodzą łzy wydobywać, jak one ptastwo co się przed chaty wasze zbiega w posuszę, żeby kapkę wody zachwycić; różne pieśni noszę dla was, jedne już ułożone, inne jeszcze pod sercem leżące ale już żywe, już jeno dzień przy pierwszéj radości na świat do lotu gotowe i jeśli Bóg da pożyć, toć się chyba lepiéj zapoznamy, nie dla was to ojcowie starzy ale dla waszych dzieci na długie noce, żeby sobie co przepowiadać mieli i bajki i śpiewki i nabożne i świeckie rzeczy, moc tego...
Wiem ci ja, że nie odrazu można wyrozumieć, czego jeden chce od drugiego, ale to pewno, że jak poczciwa dusza to ją zrozumie, jako dobre prosto za serce bierze, a złe musi się napracować, nakusić nim się go nieszczęsny człowiek chwyci, dla tego ja myślę: że mnie zrozumiecie moi bracia, jako ja o Bogu jeno, o naszéj matce ojczyznie i o dobrych ludziach rozpowiadam, a gdybyście mnie nie zrozumieli, to mi się stanie jak owemu pielgrzymowi, który wędrując do ziemi świętéj po górach, po pustyniach, jednéj nocy zimowéj przyciągnął już na takie miejsce, gdzie święte miasto Zbawiciela naszego o kilka kroków daléj widać było, uradował się przeto i zawołał: „tedy droga do ziemi świętéj,“ i znużony siadł sobie na kamieniu i zasnął, a że to był mróz trzaskający, tak tedy i skostniał i Bogu ducha oddał, a z nim razem zamarzły w powietrzu i jego słowa: „tędy droga do Jerozolimy.“
Otóż kiedy na drugi rok drudzy pielgrzymi przyszli, co téż drogi nie wiedzieli, i bardzo się kłopotali: którędy się do ziemi świętéj obrócić, dał tak Pan Bóg, że wiatr wiosenny powiał i że słowa one zamarzłe pierwszego pielgrzyma odtajały i poczęły wołać: „tędy droga do ziemi świętéj,“ co usłyszawszy pielgrzymi, pochwalili Boga, i poszli i zaszli prosto do grobu Zbawiciela i świętego miasta Jerozolimy.
Otóż jest ta przypowiastka na to: żeby okazać, iż chociażby dzisiaj nikt dobrego słowa zrozumiéć nie chciał, jak przyjdzie wiosna, to jest, kiedy serca będą rostajałe, jako one śniegi w maju, dobre słowo zrozumieją i pójdą prostą drogą, którą im on zmarzły pielgrzym pokazywał.
A teraz na zaczęcie opowiada się o chłopie ze Zwierzyńca Marcinie Borelowskim, a kto poczciwy niech słucha.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Teofil Lenartowicz.