Przejdź do zawartości

Dla tych, którzy się nie bawili w tym karnawale

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł Dla tych, którzy się nie bawili w tym karnawale
Pochodzenie W zamyśleniu
Wydawca „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o.o.
Data wyd. 1923
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


DLA TYCH, KTÓRZY SIĘ NIE BAWILI W TYM KARNAWALE.



 Jestem specjalistką od podbijania drobnych, małych serc.
 Takich serc skromnych cichych, z zakątków światowych — koło których przechodzi się nie widząc ich, nie słysząc ich bicia i tego, że pukają o wieko trumny, które przeznaczenie na nich zwaliło.
 A o tem, że te serca ku mnie się garną, mówią mi motyle-listy, które codziennie wirują nade mną i do rąk mi lecą, listy od nieznajomych dziewcząt, kobiet, mężczyzn — listy, często będące plewą obłudy, lecz często krysztalnym odblaskiem wielkiej, niezmożonej piękności serca, które nie zna jeszcze co potępienie życia, będące tylko objawem najskrytszych tajni niedołęstwa potępiającego.
 I o szarej godzinie to zjawienie się u mego progu istot nieśmiałych, strwożonych, wyciągających ku mnie ręce, podnoszących na mnie oczy czasem spłowiałe od łez, czasem oczy tęskniące właśnie do tego, aby mogły już wypłakać łzy szczęścia i rozpaczy.
 — Przychodzę do pani, bo mi źle, bo mi tęskno, bo mi w życiu jakoś po macoszemu, bo gniecie mnie, nędza i daremne oczekiwanie, bo ciężko być niczem, bo...
 O słodkie, biedne serca — czy sądzicie, że jest gdziekolwiek schronienie takie, gdzie nie jest „daremne oczekiwanie“?
 Wszak w grobie nawet trupy „oczekują daremnie“...
 Oczekują — czy tam od świata żyjących, od tych, którzy jeszcze poruszają się swobodnie, których ciepło stóp czują oni, skrępowani blaszanemi powijakami trumny — nie doleci triumfalny głos, że oto przestano ze życia robić wielkie koszary, w których pewna sfera moralistów według swych osobistych potrzeb wydaje dzienne ukazy... Bo oto jest z temi ukazami tak, jak owe „prykazy“ wydawane w wojsku: „Jutro gruby mundur i szynel“... A jutro zaświeciło gorące, rozkoszne słońce. Żołnierz kona w szynelu... Staremu podagrykowi kapitanowi wieczyście zimno, łamie go w kościach. Jutro deszcz będzie... wydał prykaz szyneli. Słońce piecze, grzeje, rozchyla kielichy kwiatów, ludziom pobudza krew... — Kapitanowi zimno... Wydał prykaz szyneli... nawet już słońca nie czuję.
 Tak samo i ci moraliści koszarowi wydali „ukaz“. — Tak i tak. — Według nich. Dostosowali edykty potępiające albo gloryfikujące... odpowiednio do tego, co im dogadza. — I oto dlaczego wszyscy tak oczekują czegoś — oczekujęoczekują chwili wyzwolenia... Ci żywi i martwi nawet, czy im od koszar zamiast pobudki wojskowej nie doleci zgiełk i krzyk swobody, łączącej się w hymn triumfalny odrodzonego, prymitywnego Szczęścia, bijącego skrzydłami w etery przestrzeni.
 Lecz głucho i martwo...
 Wszystko — oczekuje...
 Nawet i ci, którzy napozór już się wyzwolili.

............................................

 Więc się nie skarżcie wy biedne, ciche, szare cienie, które nadchodząca noc ku mnie przygania, że „czekacie“ zbyt długo. — Bo w dzisiejszym życiowym układzie czekamy wszyscy — istoty żywe i martwe — czeka wszechświat cały na wielką chwilę wyswobodzenia i runięcia zgnilizny całych pokładów, które nas Otaczają.
 Napozór niemąniema to nic wspólnego z nędzą waszych drobnych istnień — a przecież każdy okruch waszego znużenia, każdy cierń waszego bólu, każde szarpnięcie się waszego niewytrwania i tragicznej grozy waszej apatji — to jest łopuch trującego zielska, którego początek, nasienie, ziarno tkwi w bagnisku ukazów, pielęgnowanych tak miłośnie przez owych strupieszałych, egoistycznych uzurpatorów.
 Bo życie samo przez się i formy, przez które się przejawia, jego odruchy, jego czyny — jest cudne, bajkowe, tęczowe...
 Nawet takie życie, jak wasze.
 Tylko należy posiąść tajemnicę i tę wyższość, aby patrzeć na nie choćby na chwilę z oddali. Wtedy dopiero można widzieć, co jest godne w niem do wybrania, a co do pozostawienia poza sobą. Trzeba wygimnastykować swe duchowe gesty i nauczyć się myśleć...
 Wtedy łatwiej będzie — czekać.

............................................

 Karnawał był podobno nadzwyczajny... Mówię: podobno. Z opisów zdawaćby się mogło, że dzięki Bogu jesteśmy narodem, który najwięcej, najsuciej umie podskakiwać w kosztownych strojach i cudach szmat i kamieni. Przeglądałam bowiem skwapliwie codziennie francuzkie dzienniki i nigdzie z dumą wyznać mogę, nie znalazłam tysiącznej części cudów, jakie wyczytać było można w galicyjskich dziennikach.
 O miedzę — o granicę — tam, w Warszawie... karnawał spowił się w czerń sukni żałobnej. — Jest to najwspanialsza, najdostojniejsza manifestacja, na jaką kraj tragicznie spętany zdobyć się umiał. I cześć im zato! Cześć tym kobietom i dziewczętom, które wyrzekły się kręcenia w kółko celem sprezentowania niezapracowanych, lecz najczęściej wydartych mężom i ojcom za ciężko zapracowany, a często na lichwiarski procent pożyczony grosz!
 Lecz tu — o miedzę — co za stroje, przepychy, tiule, wstawki, perły, brylanty, rajery, kostjumy, Ah! mes enfants! W głowie się mięsza... Jakiż kraj bogaty!... jakaż swoboda i radość — co za szalona wytrwałość i silna, mądra organizacja pracy tych wszystkich kobiet, „zapracowały“ na te przepychy i stroje, które je otaczają. Z pewnością żaden kraj nie zdoła się tem poszczycić...
 A mówię to dlatego — bo ten karnawał przywiódł do mnie tę liczną rzeszę tych smutnych i niezadowolonych — tych szarych, drobnych cieni, które mówią:
 — Źle nam!...

............................................

 Powiększyła się ich liczba. Zwłaszcza młodych kobiet, dziewcząt. Przychodzą mizerne, blade, z rękami steranemi pracą koło „garnka domowego“. I stają naprzeciw mnie — skurczone, z oczyma przygasłemi, z nogami ukrytemi pod fotel, by nie było znać spękanych, chorych bucików.
 I mówią.
 — Przecież jestem młoda a nie mam nic — tylko pracować muszę. Mama chora, siostra od urodzenia idjotka, bracia pracują i myślą o sobie — sługi niema... bo nie starczy. Ja tylko cały dzień koło nich, a przecież tam na świecie, wiem ludzie się bawią, inne dziewczęta tańczą, — żyją, ja... nie... Nawet w nocy czytać nie mogę. Na naftę niema — potem trzeba pilnować siostry, bo się może udusić, albo podpalić... i tak ciężko...
 A potem znów przyjdzie inny cień — śliczny, rosły, dyszący temperamentem, zmysłowością... Córka urzędnika — taka istota połowiczna — z naturą, której „godność“ ojca nie pozwala zająć się czemś pożytecznem. I w jej dyszącej piersi, w jej rozdętych nozdrzach, w jej iskrzących oczach przebija głód wrażeń, pragnienie łaskotającego upojenia, które idzie za kobietą dobrze uczesaną i wlokącą za sobą dobrze skrojoną barwną szmatę.
 — Nigdzie jeszcze nie tańczyłam w tym roku. Nie ma za co — suknie takie drogie — mamcia mówi, że ledwo na mięso dla tatki starczy...
 Mówi nadąsana, zła — mająca myśli, opasłe pragnieniami, mająca za cel być jedną z tych, które rankiem pobalowym chwytają drżącemi rękami dzienniki, aby zobaczyć, czy „wydrukowano jej tualetę“...
 I znać w niej pogardę, nienawiść do ścieżki, po której iść musi. Od czasu do czasu wali bezsilną pięścią w pancerz przeznaczenia. Nie poto, aby je rozbić, bo zgóry wie, że niema broni odpowiedniej, lecz poto, aby się śmiesznie w jej mniemaniu zemścić zato, że jest ślepą i głuchą na istotną wartość życia. Nie widzi, że każda ścieżka nawet najskromniejszej egzystencji ma po obu swych stronach cudne kwiaty, lecz przemocą chce wedrzeć się na inne ścieżki, przeznaczone dla innych istnień. Chce posiąść szczęście obce, nie wiedząc, że szczęście w szczęściu nie jest posiadanie onego, lecz pragnienie, lub tęsknota po utracie. Posiadanie jest to już czcza forma, jest w niem to, co jest w niektórych ludziach dwoistego, zwodniczego. Ono pławi się w niepokoju i niestety, w samokrytycyzmie.

............................................

 I gdy tak patrzę o zapadającym zmroku na te istoty zgnębione, skurczone, prawie upadające już pod nędzą życia, lub gdy znów śledzę niepoczciwe ogniki, zapalające się w oczach tych, które walczyć i zdobywać pragną — mimowoli żal mi straszny, że nie umieją one przetwarzać rzeczy najdrobniejszych i nie potrafią nadawać im własnej wielkości. Dziewczyna, czuwająca w nocy nad uśpionym domem, śledząca, czy nie powstanie z łoża mściwy duch idjotki, zdolnej w ogniu i dymie szukać ulgi szarpiącej nią tragedji jej spłodzenia — dziewczyna, której piękne, czarne oczy łzą zaćmione w ciemności nauczyły się widzieć, która płonęła dzień cały na stosie ofiarnym wśród nędzy i poniewierki — ta dziewcznadziewczyna powinna zrozumieć, jak wielką, jak piękną istotnie jest ona — w łańcuchu istnień, składających się na istnienie ogólne. Te właśnie drobne, te nie roztańczone egzystencje, stwarzają to życie wewnętrzne, które jest istotnem życiem. Jest ono wytworem najczystszych pierwiastków duchowych. Ból, przez który przechodzi, ofiarność, którą stwarza, nietylko oczyszcza i upiększa ją samą. On także upiększa i oczyszcza tę całą egzystencję i formę życiową, przez jaką ona iść musi. Czuwanie nad chorem dzieckiem nie jest prostym aktem niewolniczego musu. To jest przyjęcie udziału w tajemniczym potężnym dramacie, jaki został złożony w jej słabe ręce. To samo i każde choćby najbardziej upokarzające zajęcie domowe. Daje ono zadowolenie duszy, lecz trzeba to zadowolenie odszukać u źródeł samych konieczności i objąć to przeświadczenie serdeczną miarą uczucia. Najpiękniejszą radością jest właśnie radość duchowa a przecież ona nie powstaje z pobudek zewnętrznych, łaskotliwych i brzęczących. Przeciwnie. Szuka życia bardziej odosobionegoodosobnionego, cichego i skoncentrowanego. Tam wytwarza się jego trwała moc.

............................................

 Ci, „którzy nie tańczyli tego karnawału“, są właściwie społeczeństwem, bo tylko setkom dane było wyładowywać się w takt muzyki a tysiącom i krociom żyć szarem życiem dni zwykłych.
 Jeżeli jednak zechcą obie strony zrobić obrachunek strat i zysków — obrachunek dorobku duchowego — jestem przekonana niezłomnie, iż moje ciche, biedne cienie, zjawiające się przede mną o szarej godzinie, zyskały więcej sto razy i są doskonalsze, piękniejsze, szlachetniejsze, niż te drogie, takie strojne, takie stańczone i takie naprawdę pożałowania godne.
 Jeżeli kto ma zazdrościć — to nie wy blade, ubogie istoty o spracowanych dłoniach, lecz to raczej tamci w swych markizetach, tiulach, libertach, velours’ach, rajerach, kostjumach — wam, którzy nie jesteście „ubodzy duchem“, lecz bogaci, piękni i potężni...
 Zazdrościć wam — i korzyć się przed wami!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.