Przejdź do zawartości

Derśniaki

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Derśniaki
Pochodzenie Mozajka
Wydawca Teodor Paprocki i S-ka
Data wyd. 1884
Druk Władysław Szulc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
IX.
DERSNIAKI.






Niewiem, czy kto żyw jeszcze starego Pancerzyńskiego pamięta! Przedemną, choć bardzo dawny, zmarły i pognębiony staje on czasem w myśli, jak gdyby drzwi miał otworzyć i ze staroświeckiem — Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus — wnijść do moich pustych jeszcze izb we dworze w Omelnem, aby zasiąść u komina i wieczór pogawędzić.
Mimo wieku (był stary, ale ani on sam lat swoich nie powiadał, ani nikt ich ściśle obrachować nie umiał), pan Liberat Pancerzyński trzymał się prosto, chodził żwawo i dużo, głos miał silny i czysty, a twarz pomarszczona zachowywała ślady męzkiej piękności, której lata nie pożyły. Wyraz jej był śmiały, wyzywający prawie, lecz razem tak spokojny, beznamiętny, ostygły, jak gdyby stary już na życie tylko patrzył, nie mięszając się wcale do niego.
Mieszkał w sąsiedztwie, dzierżawca z małą wioseczką, bezżenny, bezdzietny, ubogi, ale tak z tego co miał rad, że się nigdy w świecie na nic nieskarżył. Humor to był, którego nic zamącić i zachwiać nim nie mogło. Gdy go najnieprzyjemniejsza niespodzianka spotykała, najczęściej śmiał się — i gotów był, jak ów bohater ballady ― zawołać.
— To lubię!
O przeszłości swej nie rad mówił, ale z opowiadań mnogich, bo był gaduła wielki, wnioskować było można, iż nie z jednego pieca chleb jadał. Wszystkich znaczniejszych rodzin stosunki znał doskonale, o osobach wielce czynnych w końcu XVIII w. wspominał jakby się o nie poufale ocierał... ale się z niczem nie chwalił i o sobie unikał szczegółów. Znał doskonale prawo, jak gdyby się niem zajmował, ale i wojskowy chleb nie był mu obcy; na ostatek, jak każdy szlachcic, gospodarzem też był wcale niezgorszym.
W nowości żadne nie wierzył, tradycyi za to rolniczych, przepowiedni, wskazówek, przysłowiów, skarbiec w nim był nieprzebrany.
Laudator temporis acti, miał jednak tyle rozumu i tak jasne rzeczy pojęcie, że na nowy porządek i zmiany jakim świat ulegał — nie narzekał, ani je lekceważył. Widzi, kochany pan, mawiał, to co było za naszych czasów wszystko się kupy trzymało i razem wzięte potrzebne było — starego z nowem zszywać nie można. Zaczął się świat przerabiać, to musi z gruntu. Mnie to już wszystko jedno, bo ja metamorfozy, choćbym był ciekaw, nie dożyję.
Pogoda i wesołość Pancerzyńskiego były mi w mojej owczesnej samotności bardzo pożądane. Przynosił z sobą jakiś spokój, którym umiał natchnąć drugich. Nigdym go nie widział smutnym.
Dobroć jego serca znaną była wszystkim co z nim żyli, z nią jednak łączyła się pewna surowość — szczególniej względem nieporadnych i próżniaków.
W długiej kapocie i butach kozłowych do kolan, podpasany rzemiennym paskiem z klamrą stalową, w czapeczce krakowskiej na głowie lub słomianym kapeluszu, z kijem sękatym, jeśli przychodził pieszo: Pancerzyński po przywitaniu siadał, fajkę swoją zapalał, i rozpoczynał gawędę o starych czasach.
Był jak pozytywek, który tylko trzeba było nastawić na to co miał zagrać, dobywał natychmiast z nieprzebranego wspomnień zapasu — prawdziwe skarby. Jedno się wysnuwało z drugiego, bez końca.
Mówił dobrze, bez przymusu, nie siląc się, nie starając o nadanie żadnej formy wykwintniejszej opowiadaniu — przychodziła mu ona sama. Widać było, gdy raz, jak stepowy koń, poczuł pot, ożywił się, że gawęda jemu samemu czyniła przyjemność.
Nie potrzebuję mówić, iż mnie nią sprawiał większą jeszcze — bo to była żywa tradycya, której żadna zbutwiała nie zastąpi karta.
Jednego wieczora, gdyśmy się dłużej zasiedzieli niż zwykle, a ja namówiłem starego, aby przenocował, bo się deszcz puścił na dworze i noc zrobiła ciemna, — począł mniej więcej w następujący sposób, powieść, którą przypominam sobie.
— Za moich czasów, kochany panie — choć to dopiero były początki tego walenia się starego świata, który dziś w gruzach leży — wiele już rzeczy poczciwych i dobrych znikało.
W młodości mej, pamiętam jeszcze co to była rodzina i ród — i jaki silny związek łączył familię do grobowej deski, a nietylko co my dziś familią nazywamy, ale całe zawołanie, wszystkich herbownych, powinowatych najdalszych.
Dziś gdy ojciec synów powyposaża, a ci się pożenią, wkrótce bracia stają się sobie obcy, odpadają zupełnie, ścielą osobne gniazda, znać się nie chcą. Dobrze jeszcze gdy do starych rodziców się poczuwają, a i to nie zawsze. Dopóki się po nich czegoś spodziewać mogą, kłaniają się, a, uchowaj Boże... starzy podupadną — nie będą się o to rozbijać dzieci, kto ich przytuli, ale obowiązek ten prędzej jeden na drugiego zrzucać zechce.
Dalej o bratankach, o siostrzeńcach już niema co i mówić. Po całych latach nie widują się i widzieć nie starają, nie wiedzą o sobie — żeby zaś pomagać sobie mieli i poczuwać do obowiązku trzymania kupą — mowy o tem niema.
U nas to tak używane powszechnie nazwanie „panem bratem“ wcale nie było czczem słowem. Cała ta rzeczpospolita szlachecka, spokrewniona z sobą, związana, jedną rodziną się czuła. Kłócono się i zabijano — prawda — ale gdzież tego niema?
Mijając to, że niemal każdy szlachcic z szlachcicem przez kogoś, kędyś, jakoś był spokrewniony — dom i ród, klejnot a zawołanie stanowił jedno ciało. Były obowiązki wspólne, była część jedna, której strzeżono, było braterstwo nie w głowie ale w czynie. Każdy ród miał swego patriarchę, wiekiem i powagą stojącego na czele. Ten miał konsensem wszystkich przyznaną sobie władzę, której gdyby się kto oparł, to by go z gniazda precz wyrzucono, i znać nie chciano.
Raz w rok przynajmniej rodzina, z najdalszych nawet krańców kraju zwykła się była zjeżdżać do swej głowy. Zwykle wybierano na to wigilią Godów (Bożego Narodzenia) aby się ze starym lub matroną (bo i niewiasty bywały głowami domów) przełamać opłatkiem, i skupić około wodza.
A choć pora ta u nas często ostra i mroźna, podróże czyniła nie łatwemi, nawet małych dzieci nie pozostawiano w domu, aby się wszyscy z wszystkiemi poznali, zbliżyli i pamiętali, że stanowią jedno ciało.
Nieraz w domu pradziadka lub prababki wnuków i prawnuków liczono dziesiątkami, nieraz tam obok magnatów, którym los poszczęścił, małżeństwo zbogaciło, fortuna wyniosła, przybywały chudopachołki i biedactwo. Nie było różnicy między dziećmi jednej krwi.
Stary, głowa domu, we cztery oczy, gdy było za co, wypalił pater noster każdemu. Trzeba było pomódz któremu, — czyniono to ochotnie i z poczucia obowiązku, wiedząc że, uchowaj Boże, — nieszczęścia, na pomoc też rachować można.
Zbłaźnił się kto, a uparcie trwał przy złem — gdy go raz się zaparto, nie miał już po co powracać. A rzadko się to trafić mogło, bo kogo ród odepchnąć musiał i kto przez ten trybunał był osądzony — tego i świat potępiał.
Nie pozostawało nic, chyba się gdzieś na kresy wynosić, kędy nie znano i nie słyszano o człowieku. W dawniejszych czasach tak dosyć szlachty zbiegało na Zaporoże, na Niż do kozactwa...
Ja się tu dziś na to patrzę — mówił dalej Pancerzyński — że rodzeni bracia o sobie nie wiedzą i z obawy aby jeden od drugiego czegoś nie zażądał — uciekają od siebie.
A zamrze jeden, zostanie wdowa albo sieroty, rychlej obcy pomogą niż swoi.
Otóż to, kochany panie — signum jest, że prawdziwego naszego starodawnego szlachectwa niema, że ono zbutwiało, rozłazi się i przerobi na jakieś zagraniczne baronowstwa, grafstwa, rycerstwa.. — na dyabeł wie co — a nasze Zawołania i one wielkie rody co po trzysta nazwisk pod jednym klejnotem liczyły — już nigdy tem czem były nie będą.
Jeżeli czem się miał on przywilej szlachecki utrzymać, a ona siła utrwalić, to jednością — której już niema.
Dziś do tego powrócić, gdy się drogę zgubiło, — niema pono sposobu.
Jeszcze do magnata jednego herbu, to by się biedny przyszył, gdyby mógł, ale chudopachołka kto przyzna sobie za brata?
W mojej młodości, choć się dużo już było rozluzowało, ślady przynajmniej pozostały tej przeszłości, która się dziś ze szczętem zatarła.
O tem ja — dodał skromnie Pancerzyński — wyrokować niechcę, czy to nasze stare szlachectwo dziś się na co zdało czy nie, ale widzę, że w społeczności dzisiejszej nietylko te jedne węzły, co ją w kupie trzymały — ale wszystkie porwano i każdy sobie rusza swoim dworem, swoim nosem...
Mnie się zdaje, że ludzkość rozbita tak, rozproszona, zdziczeć musi — bo... mądrość odwieczna nie darmo powiedziała — Val soli! Stosuje się to nie tylko do człowieka pojedyńczego, ale i do gromadek co się od swej całości odrywają. Późniejsze czasy skutki okażą.
Byłem jeszcze małem chłopięciem, i chodziłem do szkół, gdym poznał rodzinę, która za wzór tego starego obyczaju trzymania się kupą służyć mogła. Z ojca na syna spadało to u nich od wieków i najściślej było zachowywanem. Matka moja rodziła się z Derśniakównej, i ja z tego powodu, choć bardzo dalekim powinowactwem połączony, miałem jednak prawo liczyć się do rodziny Derśniaków z Rokitnicy. Rodowa ta ich wieś w Lubelskiem leżała, a szła przez długie wieki z ojca na syna, i gdyby któremu miliony za nią dawano, nigdyby w świecie nie pomyślał o sprzedaży.
Groby Derśniaków od niepamiętnych lat znajdowały się pod kościołkiem parafialnym. Fundum dostawało się zawsze najstarszemu z familii, a choćby utrzymanie się przy niem wymagało ofiar, wszyscy chętnie się do tego przyczyniali.
Chociaż gdy mnie nieboszczka matka zawiozła na wigilią do pana Tadeusza Derśniaka Podkomorzego lubelskiego, niemiałem jak lat skończonych dwanaście, alem był ciekawy, a obraz też na który patrzeć mi było dano zbyt był wspaniały i piękny, żeby nie miał utkwić na wieki w mojej pamięci.
Dwór starodawny, lipami odwiecznemi otoczony, z wysokim dachem, na podmurowaniu, drewniany, z licznemi przybudowkami, z kaplicą, skarbczykiem, lamusami, zdala już zapowiadał się bardzo pańsko. Właściwie jednak pańskiego tu nie było nic, tylko owa szlachecka na dobrych podwalinach oparta zamożność, która tem jest siebie pewniejszą, że na żadne popisy nic nie poświęca.
Sześciu synów, cztery córki zamężne z zięciami i dziećmi, kilku synowców gospodarza, tyleż siostrzeńców i siostrzenic, nie licząc takich jak ja z moją matką powinowatych, znalazło się na wigilią u ogromnego stołu... po rozłamaniu opłatków.
Podkomorzy w ogromnem krześle zajmował sam jeden koniec stołu; dalej po starszeństwie i wedle własnego wyboru zasiadała rodzina.
Starzec był, mimo wieku zdrów, silny, szerokich ramion, piersi rozłożystych, z podgoloną głową, z wąsem siwym spuścistym — jakby go ze starego wizerunku wykroił. Nie był nigdy piękny, twarz miał ospą poszpeconą, ale respekt obudzała, gdyś na nią patrzał. Wiem to żem się go okrutnie lękał.
Syn starszy już miał wnuki, można więc obliczyć ile nas siadło do stołu. A że to były prawdziwe agapy rodu, więc, z wyjątkiem niemowląt u piersi, dzieci którym pod brodę serwetę można było zawiązać, musiały się znajdować wszystkie. Wiem że za granicą modą jest nie dorosłych dzieci niepokazywać — u nas one nigdy z towarzystwa wyjmowane nie były, a ich przytomność często wstrzymywała języki od swawolnych wybryków. Poszanowanie jakie okazywano głowie domu miało coś w sobie takiego, jakby to był arcykapłan ogniska. Tak samo czczono staruszkę podkomorzynę, ale ta powagi nie umiała utrzymać.
Ściskała, śmiała się, całowała, z radości popłakiwała, z dziećmi gotowa była skakać i, mimo podeszłego wieku miała w sobie coś dziecinnie naiwnego. W siwych włosach była pomarszczona jej twarzyczka zawsze ozłocona uśmiechem dobroci pełnym. Nadużywano tej babci.
Obyczajów domu tego nie mam potrzeby opisywać. Są o podobnych podania, pozostały wizerunki mniej więcej udatne po książkach — wiecie jak tam chodzono i jadano, ale ducha i woni tej przeszłości nic dziś wyobrażenia dać nie może.
Byłem naówczas po raz pierwszy w życiu na — większym świecie, w tak licznem towarzystwie, wśród osób poważnych, wszystko więc nadzwyczaj mnie obchodziło, zajmowało do najwyższego stopnia.
Ze wstydem się do tego przyznać muszę, żem nietylko podglądał, ale podsłuchiwał i nie dawał się odpędzić.
Nie zważano też tak bardzo na nas niedorosłych i swobodę mieliśmy wielką.
Już przy wieczerzy zasłyszałem, gdy poczęto rozmowę o osobach bliżej lub dalej do rodziny należących, lub z nią spowinowaconych — jak starszy syn podkomorzego Hilary, opowiadać zaczął o jakimś Sebastyanie Derśniaku, który żył na Podlasiu, w zapadłym kącie, miał być bardzo ubogi, a wcale się do Rokitnickich Derśniaków ani chciał zbliżyć — ani do nich przyznawać.
Stary Podkomorzy, który swej całej rodziny wszystkie gałęzie i gałązki, żywe i suche znał doskonale, i od najdawniejszego protoplasty drzewo swe genealogiczne mógł bez pomocy notat i papierów na pamięć wyrecytować — odpowiedział synowi, że ów Sebastyan syn Floryana, wnuk Marcina, prawnuk Mateusza, był niezawodnie prawym Derśniakiem do familii należącym, — chociaż, nie wiedzieć dla czego od niej się zupełnie odłączył i stronił.
Pradziad Mateusz wedle jego powieści, miał znaczne dobra posiadać na Podlasiu, które już za Marcina znacznie uszczuplone zostały różnemi ewentami nieszczęśliwemi.
Floryan zaś, uczciwy ale nieopatrzny, domu nie pilnując, popadłszy w długi, majętności miał tak do reszty zmarnować, że wdowa po nim dla jedynaka syna, którego ledwie za co wychować miała, kilka chat tylko ocalić mogła. Na tych to biednych kilku chatkach żył teraz, już nie młody p. Sebastyan, o którym krążyły wieści że był człowiek sui generis, dziki, nie towarzyski, szorstki, ale prawości wielkiej. Walczyć miał z ubóstwem swem mężnie, — a od ludzi stronić.
Nazajutrz, pierwszego dnia Świąt, po nabożeństwie, po obiedzie, wszyscy mężczyźni zebrali się około Podkomorzego, jakby na rodzaj rady familijnej. Każdy musiał mu sprawę zdawać z tego jak mu się wiodło, jak stał w interesach, co mu dolegało, czy sobie czego przysporzył, czy stracił.
Stary badał bardzo troskliwie, niektórym wprost ostre czynił wyrzuty, tłómaczyli się jak mogli, drudzy stawali w ich obronie i rozprawy niekiedy żywe i gorące się toczyły — ale zawsze z wielkiem dla Podkomorzego poszanowaniem — którego ostatnie słowo było nieodwołalnym wyrokiem.
Jednemu z zięciów naówczas stary dobrze zmył głowę za niedopilnowanie się w gospodarstwie, i, chociaż mu obiecał pomoc — oświadczył że ona będzie ostatnią, jeżeli sam sobie rady dawać się nie nauczy.
W końcu jednak wszystko się uściskami zamknęło i bardzo dobrą myślą. Podkomorzy niemal każdemu coś dał lub przyrzekł, pomógł, poradził, — a nie miał się czem trapić, bo i synom i zięciom (nawet temu co burę dostał) wiodło się wcale pomyślnie.
Zamknął też radę Podkomorzy podziękowaniem panu Bogu za Jego błogosławieństwo nad rodziną — i cieszył się, że ona cała zgodną, spójną i miłującą się była.
Bo to grunt — powtarzał — to grunt. To poczucie nasze kochajmy się — nie co innego też wyraża nad tę wielką prawdę, że bez miłości życia niema, a gdzie ona wystyga, z nim i życie obumiera.
— Więc — dodał — kiedy nam Rokitnickim, Bogu dzięki, nie źle się dzieje, czyżby też nie czas było znaleźć jaki sposób a temu biednemu Sebastyanowi, który jest kość z kości naszych, krew nasza prawa — dopomódz...
— Ale, zawołał pierwszy Hilary, starszy syn Podkomorzego — ja z duszy serca przyłożyłbym się do tego.
— I ja — dodał drugi.
Zięciowie, bratanki, ilu ich tam było, zamruczeli. Wszyscy się złożemy, pomożemy. Niech ojciec i patryarcha nasz rozkazuje...
— Ja nie rozkazuje nic, ale gotowem z mojej kieszeni tysiąc czerwonych złotych dać, — w jakiej bądź formie, pożyczką czy darem, byle tego biedaka Derśniaka dźwignąć. Wy wszyscy, wiem, że pójdziecie za moim przykładem, ale tu rzecz nie w tem żeby dać — tylko jak?
— Ja to wiem, rzekł jeden z bratanków, że do tego p. Sebastyana przystęp trudny. O ile ubogi o tyle hardy...
— No — ale względem swoich, powinien innym być — rzekł stary.
Trzeba sposób jakiś znaleźć, bo — powiem wam — my wszyscy, z łaski Bożej mamy się dobrze — jesteśmy mu krewni — i wstyd nam być powinien, żebyśmy go nie ratowali. Tu o naszą cześć idzie.
Stary gnębiąc się we wspomnieniach swoich, — znalazł potem powód dla którego gałąź ta odszczepiła się od pnia głównego. Mateusz pradziad podobno się za pokrzywdzonego miał przy dziale; zerwał z tego powodu z bratem, a niechęć i resentyment jego przechodził potem na następców, i ten rozbrat spowodował.
Tembardziej teraz, według niego, zbliżyć się, przejednać i podać rękę biedakowi było obowiązkiem.
Podkomorzy jednak przewidywał, że do zdziczałego a biednego szlachcica zbliżyć się może nie być łatwo — a drażliwą jego dumę ubóztwa należało poszanować.
Rada w radę — zdawało się wszystkim że najłatwiej przyjdzie misyę tę podjąć p. Świeżyńskiemu jednemu z zięciów Podkomorzego, raz dla tego, że mieszkał najbliżej owej wiosczyny którą Derśniak trzymał (zwała się ona Sucha Wierzba!) — i że był człowiek na podziw gładki, zręczny, giętki i przebiegły.
Będąc naówczas czasu świąt tyle tylko podsłuchałem, ale później i dobrze później, z opowiadań Świeżyńskiego dopiero się dowiedziałem, jak spełnił co mu rodzina powierzyła.
Ani on, ani inni Derśniakowie Rokitniccy, o owym Sebastyanie więcej nic nie wiedzieli — nad to, że był dziki i nieprzystępny.
Świeżyński tedy musiał począć, do domu ze świąt powróciwszy, naprzód zasięgać jakichś pewniejszych i bliższych wiadomości o Derśniaku... I o te łatwo nie było, bo ubogiego szlachcica mało kto znał, a on nie żył z nikim. Nie było podówczas u nas policyi lepszej nad żydowską. Ci co ze wszystkiemi handel wiedli, kupując, począwszy od skórek owczych, aż do zboża na pniu — musieli w interesie własnym być oświadomieni i z charakterem i z położeniem finansowem tych z któremi nieustannie do czynienia mieli.
W najbliższem więc miasteczku S... zjechawszy tam niby przypadkiem, pan Świeżyński rozpoczął indagacyę.
Pierwsi kupcy a faktorowie, których od niechcenia wypytywał, poruszali ramionami dwuznacznie, spluwali, pomrukiwali z rodzajem wzgardy i niechęci. Nie mieli ochoty mówić o panu Sebastyanie. Nie łatwo w ostatku doprosił się u Moszka Włodawskiego, który tu był wszechmocnym — bardziej szczegółowych objaśnień.
— Co ja mam jaśnie panu wiele mówić? — rzekł Moszko. To jest taki człowiek ten Bestyan, że do niego przystępować trudno. On jest goły, nie ma nic — hołota — a ja wolę do największego pana, do Sapiehy albo do Pocieja jechać jak do niemu?
Strząsnął głową Moszko i pokazał na czoło.
— Myszyginer! kto jemu wie?
— Cóż? zły? — w interesach ciężki? pytał Świeżyński.
Żyd się namarszczył.
— To jest trudno powiedzieć — wytłómaczył Moszko — on słowo jak da, to na niego nie trzeba patrzeć, ani przypominać — nie chybi — ale póki on słowo da?? a ta jego duma!! On chodzi w łapciach, w kożuchu, a do niego trzeba się kłaniać, jakby atłasy na sobie miał!!
Moszko, który, pomimo wstrętu jaki miał do p. Sebastyana — utrzymywał z nim wszakże stosunki — opowiadał, że żonaty był, że czworo dzieci miał, które z wielką troską i od gęby sobie odejmując wychował. Żona, kobieta prosta — ale bardzo troskliwa i poczciwa, tak jak on sam od rana do nocy pracowała — mieszkali w dworku mało co od chaty lepszym, żyli nie inaczej jak włościanie... — ale się nigdy nie skarżyli — i, jak inni, nie starali o wyjście przez protekcyę, przez łaskę pańską z tego położenia.
Z tego wszystkiego mógł Świeżyński wyciągnąć, że mu zadanie jego łatwem nie będzie do rozwiązania.
Jechać wprost do p. Sebastyana od rodziny w delegacyi, było to narazić się na wyproszenie za drzwi, musiał więc zażyć fortelu, bardzo oklepanego.
Zabłąkał się umyślnie pod noc przy samej Suchej Wierzbie — i zajechał do dworku. Moszko nic nie przesadził opisując go jako chatę niemal biedną. Miał wprawdzie ganeczek, tę cechą odróżniającą dom szlachecki od chaty włościańskiej, ale zresztą, rozmiarami i ubóztwem o mało ją przechodził. Podwórko okolone szopami, chlewami, kleciami, małe było i nawet zajechać na nie było trudno.
Gdy Świeżyński stanął przed bramą, a nikt mu jej ani myślał otwierać — rad nie rad pieszo, zlazłszy z bryczki, poszedł do dworku — na ganku stał już silny, nie młody mężczyzna w czujce, podpasanej rzemieniem, w butach juchtowych i czekał na niego.
Powitali się — ale gospodarz, gdyż on to był — zimno go przyjął.
Świeżyński powiedział nazwisko — i prosto z mosta oświadczył, że się zabłąkał, a konie ma zmęczone i przez miłosierdzie o nocleg prosi.
— A toś acindziej dobrze trafił — odparł szorstko stojący w ganku. Obejrzyj że się proszę. Widzę z miny i zakroju żeś acindziej do czego lepszego przywykł, a tu nie znajdziesz u mnie nic... Ledwie tyle byś z głodu nie pomarł... No — i o kąt nie łatwo!
Ruszył ramionami.
— Ale ja się lada czem kontentować będę i ciężarem być nie chcę — rzekł Świeżyński.
— Ja to wiem — ciągnął trochę szydersko pan Derśniak, że gościnność obowiązkiem jest i cnotą — ale z próżnego i sam pan Bóg nie naleje.
Koni — jak Boga kocham — nie ma gdzie postawić... bryczka chyba zostanie na podwórzu, a acindziej sam przespisz się chyba w szopie na sianie.
To mówiąc wprowadził Derśniak, ociągając się do izby pierwszej, w której na kominie ogień się palił. Przed nim, zapewne gościa się nie spodziewając, na prostym stołku siedziała nie młoda kobieta w chuście na głowie, w ubogim przyodziewku, wyglądająca na sługę, z ogromnem motowidłem w ręku. Przy niej stała miska z wodą, a w tej leżały kłębki nici. Dzieweczka mała w koszuli szarej, na stołeczku u nóg matki także coś z talkami miała do czynienia. Dwóch podrosłych chłopaków bawiło się u stołu przy oknie, najmłodsze dziecko w koszulce podpasanej krajką, na ziemi siedziało u nóg matki i piasek kubkiem przesypywało.
Izba uboga, naga, była dosyć czysta — lecz czuć w niej było zaduch i wszystkie wonie powszedniego gospodarstwa, które przez nią się przesuwać lub mieszkać w niej musiało.
W istocie ciasnota była taka, że o pomieszczeniu gościa trudno było pomyśleć. Gospodyni domu też, nawykła do tego, iż mąż nikogo nie zapraszał, nie spodziewała się obcego i na widok jego spłoszona, nie rada porwała się z motowidłem uchodzić do alkierza. Ruch ten jeszcze tchórzliwiej naśladowała dziewczynka, a dziecko zapomniane na podłodze, przestraszone płakać zaczęło. Musiała więc starsza siostra, powrócić, chwycić ją na ręce i tuląc wynieść rozbeczaną.
Chłopcy od stołu w najciemniejszy kąt się zaszyli.
Światło padające od komina dozwoliło Świeżyńskiemu lepiej się przypatrzeć Derśniakowi.
Miał on wybitne rysy familijne, ale zgrubiałe, zmienione wyrazem mozołów i trosk, jakby zbiedzone i znękane, a mimo to dumne.
Świeżyńskiemu tak się jakoś około serca zrobiło, że dłużej dyscymulować nie chciał czy nie umiał.
— Mówiono mi że ta wioska należy do pana Derśniaka... i pan dobrodziej.
— Jestem Sebastyan Derśniak — odparł szorstko gospodarz.
— A ja — jak to się dziwnie składa! dorzucił Świeżyński, mam to szczęście być żonatym z Derśniakówną, córką Podkomorzego.
Namarszczył się mocno słysząc to gospodarz... Zdawało się, że to powinowactwo dla niego nie miało żadnego znaczenia.
— Wszak ci podobno jeden klejnot, jeden ród i nawet pokrewieństwo blizkie, bo mi dawniej wspominał Podkomorzy...
Zaczął głową kręcić i nieufnie jakoś spojrzał na mówiącego p. Sebastyan, a minę uczynił jeszcze dumniejszą niż była.
— Zachciałeś acindziej — odparł — stare dzieje... Gdzie oni — a gdzie ja!! Nie znamy się od dawna i obcyśmy sobie. To ni ziębi ni grzeje.
Ruszył ramionami.
Przyjęcie nie zyskało nic na tem zagajeniu p. Świeżyńskiego, który się spodziewał niem lody przełamać.
Widząc, że się natręta nie pozbędzie, p. Sebastyan wskazał mu stołek, a sam, ponieważ żona ze drzwi alkierza znaki rozpaczliwe mu dawała, poszedł do niej.
Można się było domyśleć, że gospodyni szło o wieczerzę — a Świeżyński posłyszał nawet odpowiedź pół głosem, daną na pytanie.
— Co my, to i on — wiesz że ja dla nikogo się wysadzać nie mam zwyczaju.
Powrócił i poprawił na kominku.
Myślał gość, że go będzie rozpytywał o Derśniaków Rokitnickich, ale ani mruknął. Dopiero po chwili się odezwał.
— Ale jakżeś się tu acindziej mógł zabłąkać? Zkąd dokąd jechałeś, tu żadnego niema gościńca?
Świeżyński wykłamał się dosyć zręcznie.
— Od kiedy tu mieszkam jeszcze mi się to nie trafiło — mruknął Derśniak...
Ani rozruszać go, ani humoru naprawić nie potrafił gość. Zachował się więc do czasu dyskretnie i nie nacierał. W domu chodzenie i stukanie drzwiami, szepty w sieni, dowodziły że, bądź co bądź, przybyły, choć się nie zmagano na jego przyjęcie, dosyć przyczynił kłopotu.
Służąca stara, bosa, w koszuli, przyszła nakryć do stołu. Zasłała obrus szary, postawiła talerze proste, gliniane; a na ostatek wniosła ogromną misę mleka z kluseczkami. Jejmość milcząca, wyszła z alkierza, okrywszy się tylko chustką, a za nią dzieci... Wszystko to ze strachem i ciekawością zdala spoglądało na nieszczęśliwego Świeżyńskiego. Derśniak sam dobył z szafki wódki prostej i przepił do gościa...
Siedli nie mówiąc nic...
Jejmość niekiedy spoglądała ciekawie, ale więcej dziećmi była zajęta. Derśniak milczał.
Parę słów ledwie zamieniono.
Po mleku przyszła kasza, ułożona w kształcie góry, na której wierzchołku krater był napełniony rozpuszczonem masłem...
Do tego chleb razowy, woda ze studni — sól w drewnianem pudełeczku — i wszystko... Dzieci i gospodarstwo oboje zajadali z apetytem ludzi nie popsutych a spracowanych.
Derśniak zdawał się tylko chcieć jak najprędzej pozbyć ciężaru, który spadł na niego. Świeżyński napróżno czynił się gładkim, potrzebnym, usiłując przypochlebić — starania te marnie przepadały.
Po wieczerzy zostali sami.
— Że też pan dobrodziej — ozwał się Świeżyński — nigdy nie byłeś ciekaw poznać i zbliżyć się do rodziny?
— Nie mam czasu — rzeźko odparł p. Sebastyan. Jam często sam pan, sam sługa — w odwiedziny nie jeżdżę, — zresztą co mi po tem? Żyć z sobą nie będziemy.
— Dla tego to mówię, — ciągnął dalej Świeżyński — że gdybyś pan poznał Podkomorzego — i złote jego serce.
— A! a! przerwał gwałtownie Derśniak, ale ja niczyjego złotego ani brylantowego serca nie potrzebuję! Acindziej widzisz mnie ubogim! Myślisz że mi to ubóztwo tak cięży? — Wcale nie! Ja od nikogo nic nie potrzebuję i mam to przekonanie wpojone od dzieciństwa, że żebranina jakby ją tam umalował, zawsze paskudna rzecz... Człowiek od nikogo nic potrzebować nie powinien.
— Święte słowa — odparł Świeżyński, ale to się nie tyczy rodziny. Rodzina stanowi jedną całość, której członkowie mają obowiązek.
Derśniak się rozśmiał...
— Ale gdzie zaś? co? krzyknął. Słyszane to rzeczy... Jednym Bóg dał, drugim odmówił, wola Jego święta. Pracować i dobijać się potrzeba — tak — ale, ręki wyciągać! — nigdy.
Zresztą — tu już się rozgrzał mocno — czy nie acanu dobr. zdaje się ja tak jestem nieszczęśliwy! Hm! albo to ubóztwo niema swych dobrodziejstw i nie opłaca się ucząc wielu cnot, których dostatek oducza? ani ja, ani moja żona nie narzekamy, a że dzieci się w twardej wychowają szkole — tem lepiej, tem lepiej!
Mocno poruszony dokończył tych słów Derśniak, pot otarł z czoła i siadł.
— Daruj mi pan, żem go, źle się wyraziwszy, niepotrzebnie zadrasnął, — rzekł Świerzyński. Pozwól mi się wytłómaczyć. Nie miałem na myśli żadnych przysług ani pomocy — ale tylko stosunek familijny i przyjaźń...
Proszę pana. Podkomorzy ma majątek znaczny, pan tu gospodarujesz na maleńkiem... Czyż byś nie mógł tą samą pracą jemu być pomocnym a sobie też zapewnić większych korzyści?
Aż się strząsnął Derśniak — ale się uśmiechnął szydersko.
— Mój dobrodzieju — odparł dumnie, choćby Derśniak u Derśniaka, byłbym zawsze sługą, a tu ja panem jestem. Rozumie to pan?
— Nie sługą ale — bratem!
— Bratem! śmiejąc się zawtorował p. Sebastyan. Braterstwo przy kieliszkach wielkie — ale wstawszy od stołu... ktoby na brata rachował, Tadeusza by mógł śpiewać...
Krótką chwilę zamilkłszy, Derśniak dodał.
— Jużci powinienbym wam za wasze dobre serce dziękować — ale widzę, że mnie nie znacie. Harda dusza w ubogiem ciele, jak widzicie...
No, tak! tak! Patrząc jak się nasza uboga szlachta błaźni, czepiając po dworach, po panach, dworzanami się zowąc a lokajami będąc, — jak się to rozpróżnowywa, psuje, marnie idzie — nigdym ani dla siebie, ani dla dzieci tych klamek nie szukał, których drudzy się trzymają... Wolę wziąć za lemiesz jak za klamkę.
To powiedziawszy p. Sebastyan, z kołka zdjął czapkę.
— A co, rzekł — czas spać — zaprowadzę do szopki, gdzie już posłano być musi.
W ten sposób gwałtownie urwawszy rozmowę gospodarz, zmusił Świeżyńskiego zaprzestać dalszych usiłowań zbliżenia go do familii.
Nazajutrz rano, chociaż przed odjazdem widzieli się i mówili z sobą, Derśniak nie dopuścił najmniejszej wzmianki o dalszej rodzinie — i ów bardzo zręczny poseł, który się spodziewał, że sobie z biednym szlachcicem łatwo da radę, odjechał z kwitkiem.
Przybywszy zdać sprawę Podkomorzemu do Rokitnicy, — Świeżyński nie miał się z czem chwalić. Stary wysłuchał opowiadania głową potrząsając, ale nie tak zdziwiony jak zięć się spodziewał.
— Ciężko będzie począć z tym upartym człekiem, rzekł — ale i ja też, mospanie, gdy sobie co postanowię, jestem zawzięty.
— Mnie się zdaje — odparł Świeżyński, że przekonać go będzie trudno. Trzeba mu dać pokój.
— Tak! zawołał stary — i uczciwemu, zacnemu, jak się okazuje człowiekowi, który swoją godność szlachecką umie nosić w ubóztwie tak zacnie i pięknie ― dać się z dziećmi zmarnować? To nie może być! Nie!
Nic więcej nie powiedział już Podkomorzy. Stosunki jego były bardzo rozgałęzione ale zaniedbane nieco, z powodu, że na starość mało się już ruszał z domu. Jednakże gdy się ociepliło, nic nikomu nie mówiąc o celu podróży, pojechał do Warszawy.
Po powrocie jego, wypadło Świeżyńskiemu być w Rokitnicy. Zobaczywszy zięcia, stary się odezwał wesoło.
— No — zażyłem go z mańki!
— Kogo? zapytał zdziwiony Świeżyński.
— A — no — tego p. Sebastyana, do którego to acan jeździłeś napróżno i powróciłeś z kwitkiem...
Nadzwyczaj ciekaw był, trochę tem dotknięty, Świeżyński, co stary mógł wymyśleć aby ubogiego Derśniaka skłonić do przyjęcia braterskiej pomocy od familii.
Stary dopiero się później wygadał ze swoim planem. Był on następujący. Tuż obok Suchej Wierzby, jeśli się nie mylę, podskarbi, czy któryś z Sapiehów miał wioskę przylegającą do niej gruntami. Nie czyniła mu ona dochodu i ekonom tylko się z niej bogacił. Podkomorzy naprzód opowiadaniem o Derśniaku swoim umiał Sapiehę zainteresować. Wyspowiadał mu się z tego, że koniecznie chciałby krewnego, choć dalekiego na nogi postawić.
— Pomóż mi pan do tego — rzekł w końcu.
— A to, jak? — zapytał Sapieha.
— Zażądaj pan od niego jako od sąsiada, aby wieś wziął dzierżawą lub administracyą. Ja za nią zapłacę. Może się przy pracy, dorobi czego na niej.
Sapieha po pańsku, przyrzekł łatwo, ale, mając na głowie inne, ważniejsze sprawy — na czas jakiś zapomniał o tem. Podkomorzy musiał pisać przypominając.
Naostatek wzięto się do kuszenia p. Sebastyana. Sapieha sam nie miał do tego ani ochoty, ani zręczności, wydelegował miejscowego proboszcza...
Ksiądz, który poczciwych Derśniaków znał dobrze i bolał nad ich ubóztwem, a był człowiek rozumny i wytrawny, wziął sprawę tę na siebie.
Pojechał do Suchej Wierzby...
— Wiesz acindziej co — rzekł do Sebastyana, trafia ci się zręczność i własnego i dzieci losu. Byłbyś dziwakiem gdybyś z niej nie korzystał. Sapieha, którego na Grabowie okradają szuka administratora albo dzierżawcy. Acanu to jak, pod ręką...
— Ja na dzierżawę pieniędzy nie mam — odparł Derśniak.
— Pożyczę waćpanu, na najmniejszą prowizyę — rzekł proboszcz.
— Za pożyczane pieniądze dzierżawę brać! W Imię Ojca i Syna! a tobym szalonym był — odparł Derśniak. Dosyć jednego gradu abym z torbami poszedł.
— Sapieha odda w administracyę!
— I będzie myślał, że mi łaskę robi, że jest moim dobrodziejem — zawołał p. Sebastyan.
— Mylisz się, bom z ust jego słyszał, że łaskę byś mu zrobił ty, jako znany z uczciwości i gospodarności człowiek, gdybyś Grabów wziął.
Derśniak głową pokręcił.
— Nie chcę — rzekł krótko. Z panami się obchodzić nie umiem, kłaniać nie potrafię. Byłbym sługą jego... Nie nawykłem.
Proboszcz się trochę poruszył.
— Waćpan przez tę dumę grzeszną, i siebie i dzieci i żonę zamęczasz... To jest rzeczywiście — grzech. Sam pan Bóg ci nastręcza sposobność, odpychasz ją przez upór i butę.
I ta admonicya nie wiele na upartego podziałała. Proboszczowi jednak, którego znał dobrze i szanował, bronił się jak mógł — i trochę zmiękł.
— Ja ci dobrze życzę — dokończył ksiądz. Chcesz zostać przy swem ubóztwie — mnie słudze tego Boga co w ubóztwie się narodził i umarł na krzyżu, niegodzi się namawiać o zdobywanie mamony... Ale bez niej dzieciom wychowania nie dasz. Nie jesteś młody, Boże uchowaj śmierci — zostaną sierotami, w nędzy, a tę nie każdy tak nosić umie jak waćpan...
Tym sposobem trafił jakoś do przekonania Derśniaka, który się zadumał i wzdychał. Proboszcz widział już, że się chwiał i skłonnym był do ustąpienia.
— Idzie ci o to abyś z Sapiehą do czynienia nie miał, wiesz co? Ja sam wezmę od niego Grabów w administracyę, a waćpan odemnie... Nie będziesz miał interesu tylko — ze mną.
Derśniakowi to do serca przemówiło, począł ściskać proboszcza. Potniał, wzdychał, zaklinał się że odwagi niema, że nie wie czy wydoła, na ostatek proboszcz go złamał i zgodził się administrować Grabowem, z tem aby Sapieha postawił z góry co chce z wioski mieć. Zarobek zaś z proboszczem chciał dzielić, ksiądz go wyśmiał...
Sprawa już była zadzierzgnięta, — ale nie mało jeszcze kosztowało kłopotu, nim p. Sebastyan, obejrzawszy Grabów, zmizerowany inwentarz, nędzny stan włościan — zdecydował się objąć gospodarstwo. Sumę oznaczoną, wcale nie wysoką, bo z niej dochodu ekonom prawie żadnego nie dawał, cichaczem z góry opłacił Podkomorzy.
Derśniak z nadzwyczajną energią się wziął do gospodarstwa — i odżył niem, bo miał szersze pole do działania, a widok dla siebie wcale piękny... Pan Bóg też poszczęścił, że mimo pól pośladem pozasiewanych i niegodziwie uprawnych, mimo zaperzonych gruntów — tak sprzyjała pogoda zasiewom, iż urodzaj był wcale piękny.
A że pańskie oko konia tuczy — a Derśniak dzień i noc czuwał — w końcu roku okazała się superata tak olbrzymia, iż — p. Sebastyan zawahał się, czy mu się ją godzi zatrzymać całą dla siebie. Dosyć powiedzieć, że dochód wynosił trzy razy tyle, ile go oznaczono...
Z proboszczem zwiódłszy bój o podział, o którym on słyszeć niechciał, pan Sebastyan był w końcu zmuszony zarobek w pocie czoła zdobyty zatrzymać.
Pierwszym owocem pracy było, że obu synów z dozorcą do szkół posłał.
— Majątek czy im zostawię, czy nie — a co się nauczą, to nie zginie — mówił. Nie każdy grosz dzieciom dać może, ale wychowanie po możności, — obowiązek najświętszy.
Na drugi rok i rola była lepiej uprawna i zasiano jak należy — nie chybiło więc na polu.
W trzecim roku zamiast administracyi, ksiądz namówił na dzierżawę. Ośmielony Derśniak, nabrawszy smaku w pracy, zgodził się na nią. Warował sobie tylko zawsze, ażeby z Sapiehą i jego pełnomocnikami do czynienia nie miał.
I jak Podkomorzy powiedział, tak się stało — p. Sebastyan na nogi stanął.
Nie wpłynęło to wiele na zmianę obyczaju domowego. Kochał się już w swojem ubóztwie, i ani sobie, ani dzieciom folgować nie chciał — żonie tylko po troszę długie jej prywacye nagradzać się starał.
— Mówcie sobie co chcecie — powtarzał, ubóztwo jest rzeczą zdrową. Nie mówię o nędzy — bo ta nieszczęściem jest, ale taki stan, w jakim ja niemal całe życie strawiłem, — bo mi chleba i omasty nie brakło, głodu nie było a przysmaków nie łaknęliśmy — człowiekowi na duszę i ciało najpożyteczniejszy. Kapcany tylko w ubóztwie kapcanieją — a człowiek, imienia tego wart — krzepi się niem.
Synowie p. Sebastyana wyprawieni do szkół Bialskich, potem do Lublina, spotkali się tam z dziećmi dwu synów Podkomorzego — i Derśniaki z Derśniakami poznajomili.
Gdy pierwszy raz, przybywszy na święta przywieźli o tem wiadomość do domu, skrzywił się mocno p. Sebastyan.
Nawykł był z ojca, dziada, tamtą gałęź Rokitnickich za nieprzyjazną i zwaśnioną uważać. Dzieci, które o tem nie wiedziały, chwaliły młodych Derśniaczków i cieszyły się ich znajomością.
Nie wypadało im zakazywać wszelkich z niemi stosunków — jednakże Sebastyan ostrzegł, aby się bardzo nie poufalili z bogatszemi, — i nienarazili na awanję jaką.
Tymczasem wnuki Podkomorzego, mające zapewne instrukcyę od rodziców, z wielką uprzejmością się garnęły do powinowatych. Zawiązała się przyjaźń wielka... Matkę to bardzo cieszyło, nieufny a dumny Derśniak nosem kręcił.
Urządzono może umyślnie tak w Rokitnicy, że na cztery dni świąt, zabrano Derśniaków do dziada, podszepnąwszy aby synów p. Sebastyana z sobą przywieźli. Potrzeba było dozorcę przekupić podarkiem — i — choć się wahał a lękał — w końcu zgodził się na tę wycieczkę.
Chłopców w Rokitnicy przyjęto jak w rodzicielskim domu, nakarmiono, ubawiono — i ujęto na zawsze.
Ale gdy się o tej, bez zezwolenia jego, przedsięwziętej podróży, dowiedział dobrze później p. Sebastyan, o włos, że dozorcy sromotnie nie wypędził. Ledwie go przebłagano.
Drżał na samą tę myśl, że bogaci Derśniakowie posądzić go mogli o narzucanie się im — gdy on ― jak mówił — nikogo w świecie nie potrzebował...
— Ja tych paniczów pod moją słomianą strzechę zaprosić nie mogę — wołał, więc i moi do nich jeździć nie powinni...
Tu znowu interwencya proboszcza ledwie go ukołysała.
— Waćpan ludziom za dobre ich serce od siebie płacisz niewdzięcznością — rzekł ksiądz. Gdzież to kto słyszał taką dumę szatańską, z jaką się acindziej popisujesz. To by na świecie nikt z nikim żyć nie mógł, kasy mu nie obliczywszy. Co to ma do tego żeś waćpan uboższy a oni bogatsi. Jutro się dorobić możesz, a tamci stracić... Cóż? w takim razie odepchniesz ich i znać nie zechcesz?
Podkomorzy korzystając z tego, że się ten stosunek, choć daleki zawiązał, napisał bardzo grzeczny list do pana Sebastyana, dziękując mu za to, że mógł synów jego poznać — a zapraszając razem, aby data occasione, gdy czas pozwoli, chciał go odwiedzić. Na pismo trzeba było odpisać.
P. Sebastyan o ile swadę miał łatwą, z piórem obejść się nie umiał, i nie lubił pisaniny.
Proboszcz naturalnie wezwanym był do narady — i wpłynął na to aby odpowiedź kwasu w sobie nie zawierała.
Sęk był w tem, że za grzeczność należało odpłacić pięknem za nadobne, i koniec końcem, kiedyś do Rokitnicy pojechać w odwiedziny.
Ile to zdziczałego Derśniaka kosztowało, jak się tem męczył, zwlekał, odkładał, a nareszcie postanowiwszy jechać, chciał ubogo umyślnie wystąpić a dumnie, aby od siebie odstręczyć... o tem siłaby mówić. Domyśleć się łatwo wszystkich ceregielów, narzekania — i męczarni człowieka, który nigdzie nie bywał, od ludzi odwykł był i najgorsze o nich miał wyobrażenie.
Szczęściem Podkomorzy do tego wszystkiego przygotowanym był i umiał się obejść z p. Sebastyanem... Na pierwszym wstępie ujął go tem, że ze swą zamożnością domową się nie popisując, przyjął go serdecznie, jak brata ale z prosta, po gospodarsku. Nie mogła też krew nie przemówić i uczciwy na uczciwym nie mógł się nie poznać.
Z początku Derśniak gość był jak w gorączce, w niepokoju, ciągle się jeżąc, czy go tu nie spotka upokorzenie jakie, ale powoli w atmosferze tej złagodniał, i ostygnął. Nazajutrz był już prawie innym człowiekiem.
Sam na sam z Podkomorzym począł mu ciężkie swe życie opowiadać i szczególny traf, jakim od kilku lat z niego się podźwignął.
Rozumie się, iż gospodarz nie dał tego poznać po sobie, iż w czemkolwiek bądź się przyczynił do poratowania nieznanego krewniaka, ale to mu dał uczuć tylko, że nie powinien był od rodziny stronić i zapominać o niej...
Sam p. Sebastyan zrozumiał to teraz, iż dumą grzeszył, a widok tego domu, w którym dostatek nie zatarł starej prostoty obyczaju — podziałał na niego. Nie znalazł tu nietylko zbytku, ale nawet popisu z zamożnością, a ludzi nie próżnujących — jak on sam był i po swej myśli.
Miał naprzód zamiar p. Sebastyan, wieczorem jednego dnia przybywszy, nazajutrz do obiadu zabawić i pożegnać Podkomorstwo. Naprzód staruszka sobie wyprosiła, aby choć do jutra rana zabawił, nazajutrz Podkomorzy do wieczora zatrzymał, a przybyły Świeżyński, skłonił do przenocowania.
Sam sobie się nie mógł wydziwić człowiek dziki i szorstki, że go tak uchodzono — wstyd mu było — ale serce zagadało. Rozstali się więc w najlepszej komitywie i Podkomorzy uprosił, aby synom na przyszłe święta pozwolił do Rokitnicy przyjechać...
O ułatwieniu dzierżawy Grabowa tajemnica była zachowana jak najściślejsza... Przedłużył ją Sapieha, bo korzystał na tem, nigdy z tej wsi dochodu wprzódy nie mając ani połowy co teraz.
P. Sebastyan, oszczędny, pilny, zachęcony powodzeniem, odmłodniawszy niemal, puścił się na dzierżawę drugiej wsi w sąsiedztwie. Szło mu dziwnie szczęśliwie — i po kilku leciech zamożnym się już mógł nazwać, a że w ziemię wierzył — oglądał się już za kupnem kawałka.
Naówczas Podkomorzy tysiąc czerwonych złotych zaofiarowawszy Sapiesze od siebie — sub rosa, skłonił go do sprzedania tanio Grabowa, a że pan Sebastyan już z nim był na dobrej stopie, przyjął jego pośrednictwo — i kupno to przyszło do skutku. Musiał tylko sprzedający dać słowo honoru, że nie zdradzi Podkomorzego.
To o czem opowiadam, ciągnęło się lat z dziesiątek, naostatek Podkomorzy w leciech już bardzo podeszłych zmarł w Rokitnicy, more antiquo, do śmierci przygotowany, wszystko zostawiając w porządku, rodzinę zabezpieczywszy tak aby po zgonie jego, najmniejszy spór między nią powstać nie mógł.
Na pogrzeb zaproszony przybył i pan Sebastyan z synami.
Zawiązały się na przyszłość między dwiema gałęziami rodu, ściślejsze stosunki — ale nikt nigdy nie wydał tajemnicy i p. Sebastyan bardzo długo nie miał najmniejszego podejrzenia o tem co był winien zmarłemu.
Dopiero proboszcz chory, na śmiertelnem łożu — czuł się obowiązanym — jeżeli nie wszystko powiedzieć p. Sebastyanowi, to dać mu do zrozumienia jak wiele był winien Podkomorzemu, i jak zacny ten człek, umiał czyniąc dobrodziejstwo — zakryć je przed całym światem.
Derśniak posłyszawszy o tem, zrazu oburzył się i wybuchnął rozpaczliwie, potem ułagodzony, rozpłakał się. Umierający kapłan umiał go przekonać, że pomocy z dobrego serca przez rodzinę udzielonej, wcale się nie powinien był wstydzić, a tem mniej urazy mieć o nią...
Tak, dokończył Pancerzyński — stare to dzieje, które się już dziś niepowtórzą... Niema już u nas rodów, domów, klejnotów, zawołań i takich spójnych, miłujących się gromad, z których dawniej naród składał się cały. Dziś — każdy sobie i o sobie myśli, a brat brata — ze skóry by odarł... gdyby tylko mógł bezpiecznie.
Tu westchnąwszy stary — dodał, jabym coś o tem mógł powiedzieć — bo — bom tego po części na sobie doświadczył, ale późna godzina, a pod noc tak brzydkich historyi opowiadać nie zdrowo...
I — dokończył — lepiej o nich samemu zapomnieć, a w świat ich nie puszczać...

KONIEC.





TREŚĆ TOMU II.



 str.    3
   „   31
   „   59
   „   83
   „ 109






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.