Dekabryści/Część pierwsza/Rozdział IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Dmitrij Mereżkowski
Tytuł Dekabryści
Podtytuł powieść
Data wydania 1922
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Druk Drukarnia „Czasu“
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Barbara Beaupré
Tytuł orygin. 14 декабря
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część pierwsza
Pobierz jako: Pobierz Cała część pierwsza jako ePub Pobierz Cała część pierwsza jako PDF Pobierz Cała część pierwsza jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ IX.

Jadąc do Petersburga, Golicyn miał zamiar zatrzymać się w hotelu Deniła na Mojce, obok policyjnego mostu. Do własnego mieszkania w domu Bajera przy Praczesnym moście zajeżdżać nie chciał, bo najpierw mieszkanie to stało puste i nieumeblowane prawie przez całe lata, następnie wiedział od Rylejewa, że policya go śledzi. Skoro jednak przyjechał pocztowym dyliżansem, z towarzyszkami podróży panią Pałyczewą i jej córką i zdał je niejako z ręki do ręki babce Natalii Rżewskiej, staruszka ani słyszeć nie chciała, by miał jechać od niej do hotelu i zatrzymała go przemocą.
Zmiłuj się ojczulku! Czy to słyszana rzecz, żeby gość z porządnego domu odjeżdżał do traktyerni. Dom pusty, czy wam tu mało miejsca. Wy zresztą dla nas nie obcy człowiek.
Od pierwszych słów Natalia Kiryłówna udowodniła mu dalekie pokrewieństwo. Golicyn przyjął zaprosiny tem chętniej, że mniemał, że w domu jej będzie mu bezpieczniej, a zresztą nie chciał rozstawać się z Marynką.
Dom Rżewskiej stał na Fontance przy Alarczyńskim moście; miejscowość cicha, dokoła pustka, gdzieś dopiero na krańcach widnokręgu rysowały się niskie sylwetki małych domków. Zdarzało się, że w nocy z tej pustki dochodziły wołania i krzyki: »Ludzie na pomoc, grabią nas, patrol! Patrol!« Ludzie wyskakiwali wtedy z łóżek, wysuwali głowy przez okienka i odpowiadali: »Idziemy! Idziemy!« Lecz wcale nie szli, tylko powracali do ciepłej pościeli, chowając głowy pod kołdry.
Otoczony starym ogrodem, niegdyś pociętym w regularna aleje i kwatery, lecz dawno już zarosłym i zapuszczonym, dom ten podobny był do wszystkich podmiejskich rezydencyj, należących do Ekateryńskich wielmożów. W obszernych sieniach z kolumnami, wyłożonych marmurem, drzemały stare sługi, wiążąc siatkowe robótki lub odmawiając półgłosem psałterz. W obszernych salach obicia na ścianach wyblakłe już były i wypełzłe, kryształowe wisiorki na pająkach i żyrandolach zmętniałe, ciemne, jak zadymione topazy, dzwoniły, gdy kto szedł przez pokój. Ogromne holenderskie piece z błękitnych kafli były mocno rozgrzane, we wszystkich pokojach pachło żywicą i wszędzie panowała głucha cisza.
Pokój babuni był narożny, obicia w rzucane wiązanki kwiatów, i jak w sklepie starożytności znajdował się tu cały skład, szyfonjerek, etażerek, oszklone serwantki z porcelanowemi figurkami, krągłe stoliki z bronzową kratką, brzuchate komody z chińską inkrustacyą; wszystko wogóle przypominało wiek już ubiegły. Na oknach nizkie ekrany z malinowemi szybkami, które rzucały na wszystkie przedmioty i twarze różowy odblask, jakby wieczystego zachodu. U jednego z okien klatka i podstawka z żerdzią dla domowej papugi białej z żółtym czubkiem, zwanej Potapem Potapiczem.
Babunia była drobna, sucha, z twarzą woskowo-bladą jak u nieboszczyka; rzekłbyś, przeleżała dobę w trumnie, potem wstała i znowu żyje. Zawsze strojna w jedwabnej popielatej sukni, w białej kresie dokoła szyi, w białym tiulowym czepcu z szeroką riuszą, pod którym przypięte były fałszywe pukle en grappes de raisin. Na plecy zarzucona luźna kacawejka, gdyż babunia wiecznie ziębła. Na pół godziny przed wyjściem staruszki z sypialni, jedna z rezydentek, Niemka spasiona jak kupiecka klacz, siadywała na fotelu, aby wygrzać miejsce. W krześle siedziała babunia prosto, mimo niezliczonych poduszeczek, które |ją otaczały, jedwabnych, wełnianych, wyszywanych. Przy sobie na stole miała zawsze puszeczkę z pudrem i pudrowała się często, ocierając się chusteczką lub skórką z pęcherza. U nóg jej na okrągłym stołeczku, leżała zawsze zwinięta w kłębek suczka bolońska, okropnie zła — Fidelka.
— Powiedz, czemu ty tak trzęsiesz tacą — mówiła babunia do dziewki służebnej Martuszki, gdy ta przynosiła jej z rana herbatę.
— A bo Fidelka bardzo mnie po nogach kąsa.
— Czyż dlatego masz tacą trząść? — dziwiła się Natalia Kiryłówna.
Była bardzo delikatnego zdrowia i przy najlżejszej słabości kładła się do łóżka i przystawiała do skroni kompresy, moczone w occie. Nie lubiła słuchać o nieboszczykach. Stara rezydentka Zacharowa, posłyszawszy o czyjejś śmierci, przychodziła do sypialni powiedzieć o tem pani na ucho.
— Cicho bądź! Nie mów nikomu, że ja wiem, tyś mi nic nie powiedziała, pamiętaj! — nakazywała jej srogo babunia.
Jednakże w mezaninie, tuż prawie nad sypialnią, umarła jedna z rezydentek, których mnóstwo było w domu.
— Umarła — zwiastowała Zacharowa swej pani, wskazując palcem na sufit.
— Cicho bądź!
Wynieśli nieboszczkę ukradkiem i pochowali ją, a babunia nie wspomniała o niej wcale, jakby jej nigdy na świecie nie było. Dużo widziała i przeżyła i dlatego bała się wszystkiego, wzdychała też często nad tem, jak łatwo zmienia się fortuna.
— Całe nasze życie to gra hazardowna — mawiała.
Po dwóch lekkich atakach apopleksji często wpadała w półświadomość; siadywała wówczas całemi godzinami nieruchoma, śledząc tylko w milczeniu ruchy papugi, kołyszącej się na kółku, krzyczącej przeraźliwym skrzetem: Potap, Potapicz! Potapow! Po takich momentach ożywiała się i opowiadała chętnie o swej młodości, gdy była frejliną na dworze Katarzyny. Oznajmiała z tajemniczym szeptem jako najświeższą nowość, że książę Platon Zobow çe charmant vaurien umiał oczarować jej cesarską mość swem zachwycającem obejściem; wspominała też chętnie o łaskawej uprzejmości cesarzowej matuszki.
— Bywało, zauważy, że komuś słońce dokucza, to idzie, bywało do okna i własnemi rękami storę zapuszcza. Ale za to nie miała pobłażania dla swywoli. Gdy raz jenerałowa Korzyn pustowała nad miarę na maskaradzie, kazała zabrać ją z sali sekretarzowi do tajnych poleceń Szeszkowskiemu i ukarać lekko cieleśnie, poczem przewieziono ją z wszelkimi honorami z powrotem na bal.
Lubiła także babunia opowiadać o panu Fontenelle, którego poznała osobiście w czasie bytności swej w Paryżu, przed rewolucyą.
— Skończony to był filozof, nigdy głosu nie podnosił, nie gniewał się, nie płakał ani się nie śmiał. »Panie Fontenelle«, pytam go, »pan się nigdy nie śmieje«. »Nie«, odpowiada, »nigdy nie robię cha! cha! cha!« Żadnych uczuć nie doznawał, w nikim się nie kochał, a tylko niektórzy ludzie podobali mu się. »Panie Fontenelle«, pytam go, »czy pan mnie szanuje«. Je vous trouve fort aimable madame. »A gdyby panu powiedzieli, że ja kogo zabiłam; uwierzyłby pan«? »Poczekałbym łaskawa pani, aż się wyjaśni«. Powiedział tak, ale sam się uśmiechał. Krzepki był staruszek, przeżył więcej, jak sto lat. Mądrala! Takich dziś nie znajdziesz...
Ludzie nowego wieku ze swemi „kusemi“ myślami i „kusymi“ frakami nie podobali się babuni.
— Wszyscy wy, kiedy patrzę na was, tacy jesteście obskubani, jakbyście prosto z łaźni wyszli. Nie mogła przywyknąć do modnych, długich pantalonów, które zastąpiły dawne, krótkie do pończoch i płytkich trzewików.
— Od sankiulotów poszła ta moda, Boże odpuść, bezwstydników bez spodni.
Szemrała na tą modę i wspominała, jak raz na balu w Moskwie gospodarz domu zbliżył się do takiego modnego fircyka, który ukazał się pierwszy raz w długich spodniach. »Ja ciebie, powiada, zaprosiłem na bal do tańcowania, a nie do wspinania się po maszcie, a ty przebrałeś się za majtka«.
— Od 1812 roku Moskwa zdegenerowana — wzdychała Natalia Kiryłówna, słuchając opowiadania Niny Lwownej o nowinkach moskiewskich. Gdyby nasi dawni ludzie z grobu wstali, by spojrzeć na miasto, toby tylko westchnęli, widząc, do czego doszło. Całkiem zmarniała Moskwa, ani sosyety, ani wyższego towarzystwa. Takie teraz czasy, że co godzina zda się gorzej, wolałyby i oczy nie widzieć i uszy nie słuchać.
Jedynym gościem Natalii Kiryłównej był stary Fryndin, Foma Fomicz, dymisyonowany brygadyer z czasów Suworowa. Małego wzrostu, przyjemnej twarzy z blado-niebieskiemi oczyma, jak wyblakłe niezabudki, z dziecięcym wyrazem w oczach i dziecięcym uśmiechem; mówiący cicho miłym, spokojnym tonem. Fryndin kochał się kiedyś prawdopodobnie w babuni i wiernym jej pozostał do końca życia. Zawsze niezmiernie ugrzeczniony, pozwalał tylko sobie na małe żarciki przy grze w »muszkę«, mówiąc naprzykład, że wychodzi siedem z kierów, kiedy było siedem z pików.
— Przestań Batiuszka! Cóż to za jakieś figle! — gromiła go staruszka.
— I czemu nie pofiglować matuszko. Natalio Kiryłówna, życie i tak krótkie — uśmiechał się stary swoim cichym uśmieszkiem.
Gdy babce chciało się drzemać, czytał jej głośno sentymentalną książkę p. t.: »Płody melancholii dla czułych serc«, a gdy nudziła się, opowiadał jej anegdoty.
— Wiecie matuszka! w »Północnej pszczole« piszą, że Chińczycy wyuczyli małpy, by obrywały liście z drzew herbacianych, a to dlatego, że lepiej od ludzi wspinają się po gałęziach.
— Kłamstwo! — przeczyła babunia — przestanę pić herbatę, bo nie chcę jej z małpich łap.
— Myją im łapki, w trzech wodach myją matuszka — uspokajał ją Fryndin.
A czasem zaczynał filozofować.
— Nie ma w ludzkiem życiu pomyślności, po którychby nie nastąpiły utrapienia i to w większej mierze, ale serce ciche zawsze dla radości otwarte; tak i ja raduję się. Żadnych już w świecie pragnień nie mam, a nie żyję chyba na świecie szczęśliwszy odemnie człowiek — powtarzał, zażywając szczyptę tabaki ze złotej tabakierki z wizerunkiem Pawła I, gdzie był napis: »Po Bogu on dla mnie jedyny, nim tylko żyję«. A taki spokój był w jego jasnym uśmiechu, że można było wierzyć, że prawdę mówi.
Lubił porównywać przeszłe i obecne czasy.
— Przodkowie nasi żyli z mniejszem oświeceniem, ale z większem niż my zadowolnieniem. Rozkoszy takich nie zażywali jak my, ale też i lęku i niespokojności nie znali. Dziwna rzecz, że ludzie nie chcą wstępować w ślady przodków swoich, a co jeszcze obaczą wnuki i prawnuki nasze, o tem i pomyśleć straszno.
Golicyn powrócił do starego domu po gorących rozprawach spiskowców, gdzie mówiono o buncie, krwi, przewrocie i płomiennej pożodze powstania. Dom ten, gdy wchodził do niego, wydał mu się królestwem sennych wizyi, które zniknąć teraz muszą. Senne obrazy pierzchną i nie chciał Golicyn żałować ich, a przecie żal mu było. Wszakże domy takie rozburzyć trzeba było, zniszczyć by nie został i kamień na kamieniu, dlatego przecie i on szedł do powstania, a jednak miał uczucie, że przesuwają się oto przed nim po raz ostatni i zaglądają mu w oczy z cichą żałością cienie własnej przeszłości.
Gdy wszedł do bawialni, babunia siedziała jak zwykle na niskim fotelu przy stoliku, gdzie przy dwóch woskowych świecach rozkładała nigdy nie kończący się pasyanse. Stary Fryndin czytał jej przeszłoroczne gazety, Nina Lwowna wiązała coś na drutach, a Marynka wyszywała białym haftem. W pokoju mocno było napalone i nakadzone żywicą, tak, że aż Golicyn trochę się zadyszał, przyszedłszy ze świeżego powietrza. Fidelka zaszczekała i chciała go ugryźć w nogę. Papuga, drzemiąca w klatce, zaszeleściła piórami, otwierając leniwie jedno oko i mruknęła sennie: »Potap Potapica Potapow«.
Wszystko to ciche było senne, spokojne, niezmienne zda się jak wieczność.
— I gdzie to przepadłeś? zwróciła się babunia do Golicyna z przyjaznem gderaniem. — Czemu to w miejscu nie posiedzisz, a tylko latasz po ludziach od rana do nocy.
— Byłem u wuja księcia Aleksandra Mikołajewicza — skłamał Golicyn, chcąc uniknąć zbytecznych pytań. — Pokłoń mu od was zaniosłem, a i on kazał was pozdrowić.
— Nie mówisz ty prawdy — odparła staruszka. — Aleksander Mikołajewicz dawno już o mnie zapomniał.
— Ale owszem babuniu, pamięta was wybornie, pozdrowić was kazał i rączki ucałować — skłamał znów Golicyn, a Fidelka zaszczekała głucho.
Przez chwilę wszyscy umilkli i w pokoju zrobiło się jeszcze ciszej, senniej, spokojniej.
— Marie! poco psujesz oczy, nie można haftować przy świecach — rzekła do córki Nina Lwowna.
Marynka wyszyła jeszcze kilka ściegów, przewlekła igłę dla umocnienia haftu, odgryzła nitkę i odłożyła robotę.
— Chodź no do mnie wnuczko! — wezwała ją babunia. — Jakaś nie wesoła dziś jesteś i liczko blade, ale chociaż pobladłaś, bardzo dziś na awantaż wyglądasz — mówiła staruszka gładząc ją po twarzy.
Potem rzekła zwracając się do Niny Lwownej.
— Bardzo wyładniała Maryńka i poszukać by jej trzeba przystojnego kawalera, nie takiego starego grzyba jak wasz Awkwitonow. Porzuć ty raz matko te wasze Czeremuszki i przenieś się całkiem do mnie. Pożałuj przecie starej, będzie ci tu dobrze, zobaczysz, i kawalera stosownego znajdziemy dla Marynki.
Nina Lwowna nic nie odrzekła, tylko głowę pochyliła i zadzwoniła głośniej drutami.
— A kiedyż spełnicie wasze przyrzeczenie Maryo Pawłowna — rzekł do Marynki Golicyn.
Widział on, że dziewczynie nie miłą jest gadanina babki, i chciał pomódz jej przerywając wątek.
— Cóż ja przyrzekłam księciu?
— Pokazać suweniry babuni.
— Ach tak! z największą przyjemnością, jeśli babunia pozwoli.
— Samabym ci pokazała batiuszka, ale cóż! Nogi już nie służą, wstawać się nie chce. Pokaż mu Marynko i owszem.
Staruszka lubiła bardzo pokazywać gościom swoje suweniry i pyszniła się nimi jak dziecko.
Marya Pawłówna podeszła z Golicynem do oszklonej serwantki, otworzyła ją i zaczęła pokazywać staroświeckie cacka. Tabakierki, bombonierki, medaliony, kameje, skrzyneczki do muszek i pudru, figurki z saskiej porcelany i takież filiżaneczki.
— A to co? — spytał Golicyn, pokazując na mały przedmiot, wyrobiony z kości słoniowej i złota.
— Samołówka na pchły — odparła Marynka. — Widzi pan tu jest rureczka z dziurkowanem dnem, z jednej strony spodem zamknięta. Do środka wkręciło się listewkę, nasmarowaną miodem, pchły wpadały przez dziurkę i lepiły się do ścian. Babunia opowiada, że modne damy nosiły takie samołówki na szyi zawieszone na jedwabnych wstążeczkach.
— Mieli też co wymyślać — zaśmiał się Golicyn.
Marynka spojrzała na niego z cichym wyrzutem, a on zrozumiał wtedy, że nie wolno mu śmiać się z tych biednych pamiątek starego wieku, które jej są miłe i drogie. Ona sama zresztą podobna jest do nich, a przedziwny urok, który ją owiewa, miał w sobie tchnienie przeszłości. Z przeszłości śmiać się nie wolno. Śmiać się możemy z własnych dzieł, a wnuki nasze i tak śmiać się z nas będą, każdy wiek ma swoją śmiesznostkę na kształt owej pchlej samołówki.
— Marynko, chciałbym pomówić z wami na osobności — szepnął jej ukradkiem.
— Niech pan idzie do błękitnego pokoju — odszepnęła równie tajemniczo Marynka.
Poczem zamknęła serwantkę i zwróciła się do babuni, a Golicyn wysunął się cicho z bawialni. Babunia kończyła właśnie pasyansa, którego wynik budził powszechną ciekawość, gdyż był on rodzajem kabały.
— Dama karowa! przy kierach dama karowa! — unosił się Fryndin.
— Siedźcież cicho! batiuszka, i czego się tak bez miary szastacie — gromiła go babunia.
— List i droga! List i droga! — wołał Fryndin, nie dając się uśmierzyć i zaglądając w karty przez ramię staruszki.
— Wcale nie list i droga, a śmierć i mariaż — sprostowała Nina Lwowna, także bardzo wzruszona.
— Spełnienie życzeń i niezmienne powodzenie — objaśniła z tryumfem babunia, wykładając ostatnią kartę.
— Bądźcie tak dobry, Foma Fomicz, i pomóżcie mi zaciągnąć krosna — rzekła wtedy Marynka.
— Co ci się zachciewa zaczynać przed nocą — zdziwiła się Nina Lwowna.
— Bo chcę jutro zaraz od rana zasiąść do roboty, zwłaszcza, że dnie teraz takie krótkie — odrzekła Marynka, rumieniąc się po uszy, bo nie umiała kłamać. — Pozwól mateczko, pozwól gołąbko miła — prosiła, obejmując matkę, by ukryć na jej piersiach spłonioną twarzyczkę.
— No, to dobrze, idź więc, idź!
Minąwszy kilka pokoi ciemnych, lub też słabo tylko oświetlonych płomykiem nocnej lampki, Marynka i Foma Fomicz weszli do błękitnego pokoju.
Czekał już ich tam Golicyn, siedzący obok krosien, na których rozpoczęty był haft, wyobrażający białą papugę na zielonem tle, prawdopodobnie portret Potapa Potapicza.
— Wy, książę, tutaj? — udała zdziwioną Marynka, czerwieniąc się powtórnie. — Przepraszam was, Foma Fomicz, żem was niepotrzebnie trudziła, skoro książę tu jest, to on mi pomoże. Zapomniałam na wieki, że mi wczoraj obiecał.
— Nie troszczcie się o mnie, Maryo Pawłowno. Zostawię was tu z księciem, a sam pójdę zdrzemnąć się gdzieś w fotelu. Sen mam lekki, więc gdyby ktoś wołał panią, to usłyszę i zaraz dam znać. Tout à vos ordres mademoiselle.
Rzekłszy to, staruszek wyszedł, szurgnąwszy szarmancko nogami. Zrozumiał on wybornie, o co chodzi. Marynkę kochał, jak rodzoną córkę, Akwitonowa nie cierpiał, Golicyna zaś uważał za takiego konkurenta, że i marzyć nie można o lepszym.
Skoro Foma Fomicz wyszedł, Marynka siadła przy krosnach i zaczęła niby oglądać haft, Golicyn siadł obok niej i oboje milczeli.
— No i cóż, książę. Co mi macie powiedzieć? Ja słucham — odezwała się wreszcie Marynka, uśmiechając się do niego.
Odpowiedział jej takiemże spojrzeniem i uczuli znów tak samo, jak w czasie swej podróży w dyliżansie z Petersburga do Moskwy, że milczenie takie zbliża ich nieskończenie i jednoczy, jak gdyby spotykali się po długiej rozłące i poznawali się wzajemnie na nowo, z radosnem zdumieniem.
— Pamiętacie, Marynka, com słyszał od was w czasie naszej podróży, że może nie macie wcale narzeczonego. Jakże to jest, macie go? czy nie? — spytał Golicyn.
— Dlaczego chcecie wiedzieć o tem? — spytała z kolei Marynka, pochylając się znów nad haftem i szturgając paluszkiem czubaty łebek Potapa Potapicza.
— Marynka! miła! Wy przecie wiecie dlaczego.
Wziął jej rękę, której mu nie cofnęła, a tylko schyliła niżej jeszcze głowę tak, że twarz zasłonięta była prawie całkiem wiszącymi po bokach lokami. Wiedziała, że los jej waży się w tej chwili i starała się ukryć wzruszenie, lecz nie mogła tego dokazać, bo serce tłukło się w niej tak mocno, że chyba i on musiał słyszeć.
— Co wam? Co wam jest Marynko? Czemu nie chcesz mówić ze mną, jak dawniej? Czemu jesteś taka...
— Jaka? Nic! ja przecie nic. — Czyż można zresztą zawsze swywolić, jak dziecko. Ja już nie dziecko, a życie to nie żart.
— Życie? Cicho.
Przypomniały się Golicynowi słowa ojca Marynki:

Korząc się sercem wierzyć trzeba,
I w cierpliwości czekać końca.

— No cóż! jeśli nie chcesz mówić ze mną, to nie mów, a tylko wierz Marynko, wierz bez względu na to, co się zdarzyć może, że masz we mnie przyjaciela. Czy będziesz wierzyć temu Marynko?
— Oczywiście, że tak — chciała odpowiedzieć po dawnemu, ale nie mogła i uśmiechnęła się całkiem inaczej jakimś bladym uśmiechem.
— Wierzę, tak — prawie — skończyła wreszcie.
— Czyż można wierzyć prawie? — odrzekł Golicyn z goryczą, puszczając jej rękę. — Cóż robić? nie zasłużyłem widocznie na nic lepszego.
Znowu zamilkli, czując, że mówią oboje nie to, co trzeba. Słowa rozdzieliły ich, jakby po krótkiem spotkaniu znów przyszła rozłąka i to na wieki.
— I to już wszystko książę, coście mi chcieli powiedzieć?
— Nie! nie wszystko, zostało jeszcze najważniejsze. Chodzi o to, abyście wiedzieli Marynko, że z Akwitonowem możecie postąpić, jak sama zechcecie. Wyście już wolna Marynko. Dług, który mieliście na Czeremuszkach, zapłacony i nikt już pani Czeremuszek nie odbierze. Teraz dopiero może pani mieć swobodny wybór.
Radość błysnęła nagle w jej oczach, lecz równie szybko zgasła.
— Co wy mówicie, książę? Dług zapłacony? I któż to zrobił?
— Wszystko jedno kto.
— Jakto wszystko jedno? Los mój się rozstrzyga, a ja nie wiem kto?
— Ach! Boże mój. Nie w tem rzecz. Ale jeśli już pani chce koniecznie wiedzieć, to...
Tu Golicyn zaplątał się i zmienił jak dzieciak, mocno czerwieniąc się.
— Chcecie wiedzieć? To Foma Fomicz zapłacił, ot kto.
— Foma Fomicz? Skądże on wziął pieniądze? Biedniejszy jest przecie od nas.
— Może od babuni?
— Od babuni? Przecież mama dziś jeszcze cały ranek prosiła, żeby babunia zapłaciła choć część długu, a ona stanowczo odmówiła. Dlaczego wy nie mówicie prawdy, książę? Co macie na myśli?
Badała go oczyma, mówiąc to, a wreszcie wstała nie odrywając od niego wzroku.
— Waleryanie Michajłowiczu — rzekła — proszę mi zaraz powiedzieć, kto zapłacił? a jeśli mi pan zaraz nie powie, to Bóg wie, co sobie pomyślę.
Nie odrzekł nic, ale ona zrozumiała i pobladła.
— Więc to pan! A! dzięki wam książę, pan jest bardzo dobry. Pożałowaliście książę ubogiej dziewczyny i obdarowaliście ją; a tylko nie przyszło wam na myśl, że może my, choć biedne, nie zechcemy przyjąć takiego podarku... jałmużny? Gdybyście mieli choć trochę nie już przyjaźni, lecz szacunku dla mnie i dla mamy, nie zrobilibyście tego książę. Choć zresztą, to ja sama winna jestem, żem pozwoliła... głupia... głupia... dziewczyna.
Zakryła twarz rękami, opadła na krzesło i zaczęła płakać. Szczupłe jej ramiona wstrząsały się od szlochu; z pod rozsuniętej muślinowej Fichu, wychylała się szczupła pół dziecinna szyja, pół dziecinne piersi falowały pod stanikiem, podnosząc się i opadając.
— Co ja narobiłem, głupi? — zawołał Golicyn, chwytając się za głowę.
Nie wiedział sam, co dla niego w tej chwili ważniejsze, wyzwolenie Rosyi, powstanie, rewolucya, czy ta płacząca dziewczyna.
Marynka wstała i szła ku drzwiom, nie odejmując rąk od twarzy. Golicyn rzucił się za nią chcąc ją zatrzymać.
— Marynko! Miryo Pawłówno! poczekajcie! nie uciekajcie tak, dajcie powiedzieć, posłuchajcie na Boga.
— Puśćcie mnie książę! puśćcie!
Ale on nie puszczał i przytrzymał mocno jej rękę.
— Niechże pani pozwoli, niech pani pozwoli powiedzieć. Nie mogę przecie tak Marynko! Odejdzie pani zaraz i może się już nigdy nie zobaczymy.
Zatrzymała się, słuchając.
— Tylko minutkę... ja tylko chcę — ...Niech pani siądzie proszę, niech pani usiądzie.
Ciągnął ją za rękę, prowadząc do krzesła. Uległa, poszła za nim i siadła na dawnem miejscu.
— Głupiec! ze mnie, głupiec! Wszyscy rozumni ludzie, to najgorsze durnie, to chyba o mnie powiedziano — powiedział strapiony — gdybym był wiedział, że to tak wypadnie. Nie! czyż pani mnie uważa za ostatniego nikczemnika. Pani sama mówiła wczoraj, że najlepiej po prostu. Ja też chciałem. Pani nie wie Marynko, w jakiem ja jestem położeniu... Pamięta pani bajkę. »Wędrowiec i wielbłąd«, wielbłąd oszalał, wędrowiec wpadł do studni, a tam krzak malin... Chociaż nie, to nie to — ja wciąż mówię nie to, co trzeba, poprostu, rozum tracę Marynko! Nie mogę przecież pozwolić, żeby się pani gubiła, bo ten Awkwitonow, to dla pani zguba, gorzej niż zguba. Mówiłaś sama przed chwilą, że prawie wierzysz, iż jestem wam przyjaznym. Jak to strasznie, jak boleśnie, że w życiu naszem wszystko jest zawsze prawie, a nigdy całkiem... I znowu nie to. Poczekaj! co tu ja chciałem... Gdyby przyjaciel wasz, prawie, że przyjaciel, szedł na śmierć, na pojedynek naprzykład, z którego może nie wróci, i chciał przedtem zrobić dla pani coś dobrego, gdyby zapłacił ten przeklęty dług za Czeremuszki, żeby cię ocalić od zguby. Czyżby pani nie przyjęła? czy odmówiłaby pani takiemu, idącemu na śmierć przyjacielowi?
Ona przestała płakać i odkryła twarz, a nie rozumiejąc jeszcze słów, wsłuchiwała się w głos jego, wpatrywała w rysy, takie w tej chwili miłe, proste, dziecięce niemal, a takie przytem smutne, że znów, jak wtedy przy pierwszem zbliżeniu, ścisnęło się jej serce przeczuciem, że temu człowiekowi grozi jakaś bieda, że trzeba mu jakoś pomódz, ostrzedz, uratować.
— Ja wiedziałam, ja wiedziałam — zawołała klasnąwszy w dłonie. — Mów pan! Mów pan natychmiast! Co to jest? Co to znaczy? Co za pojedynek? Jaka śmierć?
— Nie pytajcie Marynko! Nie mogę powiedzieć.
— Kobieta?
— Jaka kobieta?
— Znowu pan zapomniał o narzeczonej?
— Nie mam żadnej narzeczonej, wszak mówiłem.
— Pan mówił, że nie, ale może mimo to pan ją ma.
— Dlaczego mi pani nie wierzy Marynko? czy pani nie widzi, że ja mówię prawdę.
— Więc co? Proszę mówić! Dlaczego pan mnie tak męczy, co pan za mną wyrabia?
— Nie mogę powiedzieć, powtórzył Golicyn.
Od Fomy Fomicza Marynka słyszała, że czasy są niespokojne, że książę Konstanty zrzekł się tronu i wojska będą przysięgać, a jeżeli nie zechcą, to może będzie bunt.
Może to to, pomyślała z wróżebnym lękiem.
— Ja przed chwilą powiedziałam nieprawdę, że wierzę panu prawie tylko, bo ja wierzę całkiem i bez względu na to co się zdarzyć może, będę zawsze wierzyć. A tylko straszno mi bardzo, straszno, wiedzieć a nie wiedzieć. I co ze mną będzie? Waleryanie Michajłowiczu, miły mój, a czyż nie możnaby, żeby tego złego wcale nie było.
— Nie, Marynko! nie można.
— A kiedyż to będzie?
— Nie wiem! Rychło już, może jutro.
— Jutro? To znaczy odejdzie pan i może się wcale nie zobaczymy.
Pobladła i pochyliwszy się ku niemu, położyła mu ręce na ramiona, on ukląkł przed nią i objął ją w pół.
— Serdeczna ty! Najdroższa! Jedyna!
W tej chwili wspomniał Zofię; czy nie zdrada to niebieskiej kochanki dla ziemskiej? Nie! Nie było w tem zdrady, kochał w obu, niebieskiej i ziemskiej, jedno jedyne.
— Więc odejdziesz i nigdy już, nigdy, nigdy nie zobaczymy się — powtarzała Marynka, płacząc; nie były to już jednak, niedawne gorzkie łzy, a przeciwnie, słodkie, kojące łzy miłości.
— A jeśli zobaczymy się, czy nie porzucisz mnie?
Pochyliła się ku niemu niżej jeszcze, tak nisko, że twarz jej miał tuż przy swojej i czuł na twarzy jej oddech.
Patrzyli na siebie, milcząc, i znów przypominali się niby i poznawali wzajemnie, jakby poprzez sen jakiś bezpamiętnie dawny, a wielokrotnie prześniony. Uśmiechy ich zbliżały się wciąż do siebie, aż wreszcie zlały się w pocałunku.
— Rodzona ty moja! Rodzona! Rodzona! — powtarzał, jakby w tem jednem słowie mieściło się wszystko, co czuł. — Przeżegnaj mnie, Marynko, bo ja, widzisz, idę także i za siebie i za ciebie także....
— Dlaczego za mnie?
— Potem się dowiesz.
— Nie możesz teraz powiedzieć?
— Nie mogę. Przeżegnaj mnie.
— No! Chrystus z tobą! Chroń go, wspieraj, ratuj! Matko przeczysta! — błogosławiła go temiż słowami, co niegdyś Zofia i pocałowała go z macierzyńską już tkliwością.
— Tak, Matka! Matka przeczysta — myślał — rodzinna ziemia matka! Matka i oblubienica razem. Na mękę krzyżową, na śmierć; za nią, za Rosyę, Matko przeczysta...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Dmitrij Mereżkowski i tłumacza: Barbara Beaupré.