Dawne rządy i rewolucya/Księga druga/Rozdział XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Alexis de Tocqueville
Tytuł Dawne rządy i rewolucya
Księga druga
Wydawca M. Arct
Data wydania 1907
Drukarz M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Władysław Mieczysław Kozłowski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XII.
Nie zważając na postęp cywilizacyi, położenie włościanina we Francyi gorsze było w XVIII w. niż w XIII.

W wieku XVIII włościanin francuski nie mógł już stać się ofiarą drobnych despotów feodalnych: był on tylko ofiarą gwałtu ze strony rządu. Używał wolności cywilnej i posiadał część terytoryum; lecz pozostałe klasy tak się od niego oddaliły i został tak odosobniony, jak może nigdzie w innym kraju. Był to nowy rodzaj ucisku, którego następstwa powinniśmy poznać bliżej.
Na początku XVII w. Henryk IV narzekał na to, że szlachta opuszcza wieś. W połowie XVIII w. ucieczka ta stała się prawie powszechną. Za dowód służą regestra podatku pogłównego. Podatek ten pobierał się w miejscu pobytu, a z ksiąg podatkowych widzimy, że wszystkie opłaty szlachty wyższej i znaczna część opłat szlachty niższej pobierały się w Paryżu.
Na wsi zostawali tylko ci z pośród szlachty, którym brak środków nie pozwalał wyjechać. Stosunek ich do włościan był odrębny: przestali być ich panami, lecz nie nauczyli się jeszcze być ich współobywatelami. Był to rodzaj absenteizmu duchowego, gorszy od właściwego. Szlachcic stawał względem włościan w takim stosunku, jaki cechuje rządcę majątku: widział w nich jedynie swoich urzędników i domagał się od nich wszystkiego, co mu się należało podług prawa. Obciążony długami, żył zwykle skąpo w swoim zamku, marząc tylko o nagromadzeniu pieniędzy, które w ciągu zimy wydawał w mieście. Lud trafnie nazywał ich kaniami.
Opuszczenie wsi przez szlachtę tłumaczono niekiedy wpływem pewnych królów lub ministrów: Richelieu’go i Ludwika XIV. Istotnie w ciągu ostatnich trzech stuleci królowie usiłowali ustawicznie oddzielić szlachtę od ludu, pociągnąć ją do służby rządowej. Działo się to w XVII w., gdy królowie obawiali się jeszcze szlachty. W zapytaniach przesyłanych do intendentów, znajduje się następujące: „Czy szlachta pańskiej prowincyi woli mieszkać u siebie w domu, czy też w mieście?”
Przechował się jeden list intendenta z odpowiedzią na to pytanie: skarży się on, że szlachta jego prowincyi woli mieszkać wśród swoich włościan, niż pełnić obowiązki przy swoim królu. Prowincyą tą była Anjou, późniejsza Wandea, jedyna, w której szlachta orężnie broniła monarchii i umierała za nią; a mogła to uczynić jedynie dlatego, że żyła wśród swoich włościan.
Nie należy wszakże tłumaczyć powszechnego opuszczania wsi przez szlachtę, bezpośrednim wpływem królów: było ono następstwem ustawicznego oddziaływania instytucyi, a najlepszym tego dowodem, że gdy rząd w XVIII w. chciał walczyć z tym objawem, nie mógł go wcale powstrzymać. Po utraceniu praw politycznych nic nie przywiązywało szlachty do wsi.
Toż samo stosuje się do wszystkich zamożnych mieszkańców wsi w krajach zcentralizowanych. Kraje te zwykle pozbawiają wieś zamożniejszych i oświeceńszych obywateli, a rolnictwo w nich bywa niedoskonałe i pełne rutyny. Rozwinięcie tej myśli wyjaśniłoby głębokie znaczenie aforyzmu Monteskiusza: „Produkcyjność ziemi więcej zależy od wolności jej mieszkańców, niż od jej żyzności”.
Widzieliśmy wyżej, że burżuazya opuszczała wieś, szukając przytułku w miastach. Wszystkie świadectwa zgodne są na tym punkcie. Skoro tylko rolnik zgromadził niewielki majątek, wysyła syna do miasta i kupuje dla niego jakiś urząd. Jedynym wychowanym członkiem stałym wsi był ksiądz: byłby on stał się, wbrew Voltaire’owi, zupełnym panem ludu wiejskiego, gdyby nie związek jego z hierarchią polityczną; korzystając z jej przywilejów ściągał na siebie część powszechnej do niej nienawiści. Włościanin więc był zupełnie odosobniony od klas wyższych.
W XVIII st. wieś jest gminą, której wszyscy członkowie są ubodzy, nierozwinięci i nieokrzesani; jej urzędnicy byli, również nieokrzesani i pogardzani; jej poborca nie umie napisać rachunków, od których zależy dobrobyt jego sąsiadów i jego własny; jej syndyk nie umie pisać. Jej senior (pan) nietylko utracił prawo rządzić nią, lecz zaczął uważać za rzecz poniżającą zajęcie się sprawami wiejskiemi. Jeden tylko rząd interesuje się nią, a ponieważ nie ma jeszcze powodów obawiać się jej, zajmuje się nią jedynie ze stanowiska wyciągania korzyści.
Zobaczmy teraz, czem stała się ta klasa przez wszystkich opuszczona, której nikt nie chce uciskać, lecz o której oświatę lub dobrobyt nikt również się nie troszczy.
Najbardziej uciążliwe z obowiązków feodalnych, były wprawdzie zniesione w XVIII st.; lecz zastąpiły je inne, może jeszcze cięższe. Podatek osobowy wzrósł dziesięciokrotnie w ciągu 200 lat i spadał prawie wyłącznie na włościan. Powinniśmy powiedzieć kilka słów o sposobie jego pobierania, aby wykazać, że najbardziej barbarzyńskie prawa mogą powstać i trwać w dobie oświeconej, jeśli najbardziej oświeceni członkowie narodu nie są zainteresowani osobiście w ich usunięciu.
W liście poufnym, pisanym w r. 1772 przez kontrolera generalnego do intendentów, znajduję następujący dosadny obraz podatku osobowego: „Podatek ten, pisze ów minister, rozkłada się samowolnie, opłata jego zaręczona jest przez całą gminę, spada on na osobę, lecz nie na ziemię, i w przeważnej części Francyi ulega ustawicznym wahaniom w zależności od stanu majątkowego opodatkowanych”. W tych trzech zdaniach powiedziane jest wszystko, co charakteryzuje to zło.
Cała suma, którą parafia miała wypłacić, oznaczała się corocznie. Zmieniała się ona ustawicznie, i żaden rolnik nie mógł przewidzieć, ile wypadnie mu płacić w następnym roku. Włościanin, przypadkowo zostający poborcą, rozkładał ciężar podatku wśród swych sąsiadów. „Ponieważ każdy chce uniknąć obowiązku poborcy, powiada zgromadzenie prowincyonalnych stanów w Berry w r. 1779, koniecznem więc jest, aby wszyscy pełnili go kolejno. Wskutek tego pobór poleca się corocznie komu innemu, niezależnie od jego zdolności i uczciwości. Jak zresztą może podołać zadaniu swemu? Postępuje po omacku, któż bowiem może znać dokładnie majątek swego sąsiada i rozmiary jego w stosunku do innego sąsiada? A jednak o wszystkiem decyduje opinia osobista poborcy, który odpowiada majątkiem, a nawet wolnością za opłatę wszystkich podatków”. Turgot pisze o urzędzie poborcy: „Obowiązek ten doprowadza do rozpaczy i prawie zawsze rujnuje tych, na kogo spada, tak iż wszystkie zamożniejsze rodziny parafii ulegają kolejno ruinie”.
A jednak poborca był tyranem nie w mniejszym stopniu, jak męczennikiem. Jeśli sam się rujnował, mógł spowodować także ruinę powszechną: „Sprzyjanie krewnym i przyjaciołom, nienawiść dla wrogów, potrzeba zjednania protektora, obawa wywołania niechęci zamożniejszych pracodawców, wszystko to walczy w jego sercu z uczuciem sprawiedliwości”, mówią wymieniane już stany. Strach czyni go bezlitośnym; w niektórych parafiach chodzi nie inaczej, jak w towarzystwie żołnierzy i woźnych sądowych. „W jednym okręgu Villefranche, powiada zgromadzenie prowincyonalne w Gwiennie, znajduje się 106 posłańców, roznoszących rozkazy o aresztowaniu i inne, a wszyscy są ustawicznie w ruchu”.
Aby uniknąć samowolnego opodatkowania, włościanin francuski oświecony w XVIII w. postępuje tak, jak żyd średniowieczny: udaje ubogiego, jeśli przypadkiem nim nie jest.
Jednocześnie były we Francyi prowincye, w których pobór podatku odbywał się łagodniej i regularniej. Były to nieliczne kraje samorządne (pays d’états). W Languedoc np. podatek osobowy obciąża tylko własność ziemską i nie zależy od bogactwa właściciela, a za podstawę mu służy lustracya gruntu, odbywająca się co 30 lat. Każdy odpowiada osobiście za swoję część podatku i ma prawo odwoływać się, jeśli czuje się pokrzywdzonym.
Zwykłe ubóstwo włościan stało się źródłem zasad, które jak najmniej mogły się przyczynić do jego zniesienia. Richelieu pisał w swoim Testamencie Politycznym: „Gdyby ludy żyły w dostatku, wątpliwem jest, czyby pozostawały w granicach porządku”. W XVIII w., nie idąc tak daleko, sądzono jednak, że ubóstwo jest jedynym bodźcem zmuszającym włościanina do pracy.
Pierwotnym zadaniem podatku osobowego było dostarczenie królowi środków dla kupna żołnierzy, uwalniając szlachtę i wasalów od służby wojskowej, lecz w w. XVIII służba ta została przywrócona pod nazwą milicyi, ciążąc teraz tylko na ludzie. Obowiązek ten był nienawistny dla włościan, którzy niekiedy uciekali od niego do lasów, gdzie ścigano ich siłą zbrojną. Nienawiść ta była wynikiem niepewności, w jakiej pozostawał każdy, czy nie zostanie pociągnięty do milicyi, dowolności sprawdzenia, uciążliwości służby, niemożliwości zastępstwa, braku nadziei na awans, nadewszystko zaś świadomości, że ten wielki ciężar spoczywa tylko na ludzie wiejskim i przytem na najuboższych.
Do końca panowania Ludwika XIV gościńców nie naprawiano prawie wcale, lub naprawiano kosztem rządu. Lecz od r. 1737 na całą Francyę rozszerza się system poprawy gościńców przez robociznę, t. j. obciążający wyłącznie włościan. Każdy postęp w rozwoju handlu zwiększał ten uciążliwy obowiązek. Przytem ujawnia się dążność do zakazywania włościanom stosowania robocizny do najbliższych im dróg wiejskich, aby ją zachować wyłącznie dla większych gościńców, czyli dróg „królewskich”.
Niebawem system robocizny stosuje się do wszystkich robót publicznych: do budowy koszar, przewozu skazanych do więzień, a ubogich do przytułków, przewozu żołnierzy i amunicyi.
Czy mogłyby utrwalać się te formy ucisku, gdyby włościanin miał obok siebie ludzi zamożnych, wykształconych i zdolnych przemawiać za nim? Czytałem list napisany w r. 1774 przez zamożnego obywatela do intendenta, w którym usiłuje skłonić go do przeprowadzenia nowej drogi, założenia targu i zbudowania szkoły, któraby dostarczała królowi bardziej rozwiniętych poddanych. Do myśli tych pobudził go dwuletni areszt w jego zamku, zmuszając do zamieszkania wśród włościan. Lecz lata głodowe uwydatniają najlepiej, jak dalece zerwane były więzy zależności i protekcyi, które łączyły niegdyś obywatela z rolnikiem. W tych wypadkach rząd, czując niemoc swoję, odwołuje się do obywateli, lecz daremnie. Niektórzy z intendentów wydają nakazy, aby zamożni obywatele żywili swoich dzierżawców do najbliższego urodzaju.
Nawet w zwykłej porze wieś przepełniona jest żebrakami. Od czasu do czasu przedsiębiorą przeciwko nim surowe środki. W r. 1767 Choisel postanowił znieść żebractwo we Francyi. Komendy dozorcze otrzymały rozkaz aresztowania wszystkich żebraków, których miano schwytać więcej od 50.000. Zdolnych do pracy wysłano na galary, dla pozostałych zaś otwarto przytułki.
Rząd ów tak nieśmiały i taki miękki w stosunku do klas uprzywiliowanych, był zawsze stanowczym i surowym, gdy szło o włościan. Wśród dokumentów, które miałem w ręku, nie znalazłem ani jednego świadczącego, iżby mieszczanin został aresztowany na rozkaz intendenta. Włościan, przeciwnie, aresztują ustawicznie, bądź za robocizny, bądź za wojskowość lub podatki. Dla jednych istniały sądy niepodległe z długiemi debatami i publicznością; dla drugich — dowódzca wojskowej komendy, wydający postanowienia o procedurze skróconej, a niepodlegające apelacyi.
Wśród tej otchłani odosobnienia i nędzy żył włościanin, obcy otaczającemu go światu i jakby okryty nieprzeniknioną zasłoną. Nie należy ufać wesołości, którą niekiedy ujawnia Francuz wśród klęsk; dowodzi ona jedynie, że, uważając los swój za nieunikniony, stara się rozerwać, aby o nim nie myśleć. Lecz otwórzcie takiemu człowiekowi możność wyjścia z jego nieszczęsnego położenia, które pozornie tak mało odczuwa, a rzuci się do tego wyjścia z taką siłą, że obali was, jeśli staniecie mu na przeszkodzie.
Nie trudno nam zrozumieć to dzisiaj, lecz współcześni tego nie dostrzegali. Ludzie należący do klas wyższych, zwykle z trudnością rozumieją, co się dzieje w duszy ludu. Wychowanie i tryb życia rozdzielają ich dostatecznie. Lecz jeśli rozdział dochodzi do tego stopnia, że prawie nie mają już spraw, interesów i ciężarów wspólnych, zasłona dzieląca ich staje się nieprzejrzaną. Mogą żyć obok siebie przez całą wieczność, nie rozumiejąc się wzajemnie. Godną uwagi jest owa dziwna nietroskliwość, w jakiej żyły wyższe klasy Francyi w chwili, gdy zaczynała się Rewolucya; ciekawem jest słyszeć, jak mądrze rozprawiali z sobą o cnotach ludu, o jego łagodności, przywiązaniu i niewinnych zabawach w wilię 93 roku.
Wypada tu zatrzymać się, aby wykazać, jak po przez wszystkie te drobne fakty snuje się jedno z największych praw rządzących społecznościami ludzkiemi.
Szlachta francuska odsuwa się uporczywie od innych klas, pozbywa się obowiązków swych względem państwa, a zdaje się jej, że będzie w stanie utrzymać swoję dawną wspaniałość; lecz niebawem jakaś niemoc tajemnicza ją ogarnia; ubożeje ona, w miarę jak mnożą się jej przywileje. Przeciwnie, burżuazya, z którą szlachta tak niechętnie się łączyła, bogaci się i oświeca ze szkodą dla szlachty. Szlachta nie chciała mieć współobywateli ani sprzymierzeńców w mieszczanach; znajdzie w nich współzawodników, nieprzyjaciół, a w końcu panów. Obca siła odebrała szlachcie przewodnictwo nad jej wasalami, lecz ponieważ zachowała przywileje pieniężne i honorowe, zdaje się jej, że nic nie utraciła. Istotnie, są jeszcze ludzie, których w aktach rejentalnych nazywają wasalami lub ich poddanymi. Lecz w rzeczywistości jest ona odosobniona; a gdy stanie przed nią groźny nieprzyjaciel, jedynym jej ratunkiem będzie ucieczka.
Los trzeciego stanu, z wielu względów odmienny od losu szlachty, zbliżał się do niego pod jednym względem: burżuazya oddaliła się od ludu, nie w mniejszym stopniu, niż szlachta. Mieszczanin, zamiast walczyć wspólnie z włościanami przeciwko nierówności, usiłował tylko stworzyć nową na swoję korzyść. Lud, z pośród którego wyszedł, stał się mu obcym i prawie nieznanym, a wówczas dopiero, gdy dał mu do rąk oręż, dostrzegł, jakie namiętności rozbudził w nim niechcący; nie będąc w siłach ich stłumić, sam padł ich ofiarą.
Zawsze wywoływać będzie podziw upadek tej wielkiej dynastyi francuskiej, która gotowa była, zdawało się, ogarnąć wpływem swoim Europę, lecz kto uważnie pozna jej dzieje, zrozumie ten upadek. Prawie wszystkie wady, błędy i przesądy, któreśmy powyżej opisali, zawdzięczały powstanie swoje, lub trwałość umiejętności, z jaką większość królów naszych dzieliła ludzi, aby rządzić nimi.
Lecz gdy mieszczanin został odosobniony od szlachcica, a włościanin od obu, gdy wskutek tych samych przyczyn w obrębie każdej z tych klas potworzyły się drobne gromadki również odosobniane, jak i same klasy, okazało się, że całość tworzyła masę jednolitą, której cząsteczki nie były już z sobą związane. Znikły wszystkie organizacye krępujące rząd, lecz znikły i takie, które mogły stać się jego podporą. Tak więc cała wielkość tych monarchów musiała upaść odrazu, skoro tylko wstrząsnęło się społeczeństwo, na którem spoczywała.
Wreszcie lud, który, zdawało się, sam jeden osiągnął korzyść z błędów swoich panów, który uwolnił się z pod ich władzy, nie mógł uniknąć jarzma zapożyczonych od nich wad i fałszywych pojęć. Nieraz stosował on nawyknienia niewolnicze nawet wówczas, gdy korzystał ze swojej wolności, a wykazał tyleż nieumiejętności rządzenia sobą, ile surowości względem swych nauczycieli.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Alexis de Tocqueville i tłumacza: Władysław Mieczysław Kozłowski.