Dawne polowanie do Kazimierza Jabłonowskiego

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Fredro
Tytuł Dawne polowanie
Podtytuł do Kazimierza Jabłonowskiego
Pochodzenie Dzieła Aleksandra Fredry tom XII
Data wydania 1880
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Dawne polowanie
do
KAZIMIERZA JABŁONOWSKIEGO.[1]



Niech piżmem zaprawiony szambelan za drzwiami
Cieszy się zmienną łaską, karmi nadziejami,
Przykuty do szkatuły liczygrosz bogaty
Z procentu lichwiarskiego niech waży dukaty,
Niech się stroją modnisie, kłócą nowiniarze,
Niech krytyk zezem patrząc zawsze na wspak maże,
Niech naśladowców w Polsce zagorzała rzesza
Małpując obce głupstwa gniewa i rozśmiesza,
My Kazimierzu na złe zapomniawszy losy
Wyglądajmy ponówki, lub jesiennéj rosy.
Nim do nas zawitały fryzowane głowy,
Ochoczo młodzież polska spieszyła na łowy;
Tamto się nauczała jak dosiadać konia,
Którego na arkanie przywiedziono z błonia,
Tam się wprawiała celno ze sztućca uderzyć,
Trwożném okiem przed sobą przepaści nie mierzyć,
Tam znosić niewygody, do pracy się wciągać
Nie bać się deszczów, mrozów i z trudów urągać;

Taka do broni, konia, do niewczasów wprawna
Pogromem nieprzyjaciół była kiedyś sławna.
My, lubo nas dalekie karpackie niedźwiedzie,
Lubo z groźnym odyńcem sporu się nie wiedzie,[1]
Nie dla zyskania chwały, ani téż dla wprawy,
Polujmy, w polowaniu szukając zabawy.
Kiedy więc piękny ranek, wiatr milczy w drzewinach,
Wzgórki już czyste, mgła jeszcze w dolinach,
Daléj w pole, daléj w bory!
Bierzcie smycze, bierzcie sfory!
Na koń, na koń dzielna młodzi,
Czas nam drogi, czas uchodzi;
Lecz nim w strzemię włożym nogę
Niechaj flaszka biegnie w koło,
Zakropimy się na drogę
By żyć zdrowo i wesoło.
Rusza całe myśliwstwo: Jacek naprzód jedzie,
Harap w ręku, psów gończych sfór dwanaście wiedzie:
Błocisz, pogrom zajęcy, Piskla prima donna,
Stary Tryumf z Fagotem, Dunaj bez ogona
Głośna, Szarga z Pogoniem, Strojna, co poprawia
Zagraj i śpiewak, Cymbał, co jak cymbał zławia,
Szuwar, Drużba i Skrzypek.... lecz któż je spamięta!
W psiarni nazwisk i maści różnica, odmiana
Ale w kniei za zwierzem różnica nie znana;
Wszystkie gonią zawzięcie, zwierz się ich nie zbędzie
Musi zginąć od strzelby albo skostnieć w pędzie.

Za Jackiem szczwacze z chartami na smyczy,
Każdy z nich takie koło konia liczy
Dekreta, Śliczną, Lotkę i Hultaja
W ręku Olexy jeden rzemień spaja;
Togracz, Urwisz, Kaczaj, Śmiałka,
Są działem Michałka;
Stefanek trzyma Chybkę i Ryzuna;
Jedną, Pliszkę i Pioruna
Mały Iwaś bierze,
Z tyłu Fabian na ogierze.[2]
Strzelba na plecach z daleka połyska,
Krzemień z pod krzesiw żartkie iskry ciska,
Z fajek dym bije, jakby chmura płowa
A podróż skraca wesoła rozmowa.
Otóż i knieja,
W niéj nadzieja!
Stańmy trochę tam pod lasem
Kładźmy w strzelby nabój świeży,
Niech jak piorun w cel uderzy;
Jeden prędko niech tymczasem
Porozstawia naszych szczwaczy,
Drugi potém wprzód pobieży
Stanowiska nam wyznaczy.
Od jeziora niech psy zmyka,
Liszka zwykle w trzcinach bywa,
Ale trąbki niech nie tyka,
Cicho podejść zawsze snadnie,
Bo się liszka przenikliwa
Przed hałasem nie wykradnie.

Już na rozciągłéj przestrzeni
W rząd myśliwi rozstawieni,
Każdy podsypkę obziera,
Skałkę ostrzy i obciera,
Suche liście z pod nóg tłoczy
I patyki na bok kładzie
I gąszcz łamie na zawadzie,
By mógł strzelić tam gdzie zoczy.
Nie spi i liszka — nastawia ucha,
Wstrząsa się i słucha.
Coś nie żarty a czas drogi
Daléj w nogi!
Ale ze sfór psy przejęły
Dwakroć wrzasły i szczeknęły;
Węch ich wiedzie, wiedzie wprawa,
Hałas, tartas, łoskot, wrzawa,
Sztuk, huk, trzask, wrzask... grzmi las cały,
Już i strzelby zaryczały.
Padła wkrótce młodzież cała,
Co i śniegu nie poznała
To na jamach, to przed psami
To w ucieczce przed chartami;
Tak za kaczki, gęsi, kury
Podstradała swoje skóry;
Ale stary łapikura
Kum lisiura
Jeszcze w kniei;
Wié co się święci
Djable się kręci
Ale nie traci nadziei.
Był na jamach, te utkane,
Wrócił do trawy, te zdeptane

I po tropach Cymbał zławia
A więc długo nie zabawia
Puszcza się ku drodze;
Lecz na drodze zbóje siedzą,
Strzelby w ręku patrzą srodze,
Co tu robić? Diabli wiedzą!
Wzdłuż stanowisk gąszczem, trawą
Rusza pod wiatr, wietrzy żwawo
I nareszcie... wytknie... zoczy...
I w bok skoczy.
Drzymał strzelec, lis nie czekał,
Śrót na dębie karb nasiekał
Tu tu tu! Na tu na!
Krzyczy strzelec, Na tu na!
I po liściach slabizuje
Czy nie znajdzie szczypty kłaków,
Albo farby choć kropelki;
Ale poznał z wszystkich znaków,
Że jest pudła dowód wszelki;
A więc znowu nawołuje.....
Nie krzycz! Nie krzycz! Bo psy gonią,
W kilku miejscach razem gonią....
Przyszła koléj na zające
I zającom teraz dzwonią;
W łozach, nad rzeką, na łące
Na wyścigi strzelby grają....
Ale i psy bankiet mają,
Bo na oko nieraz wzięły,
Potém nagle gdzieś ucięły,
Potém warknął jeden drugi,
Potém w rowie legł jak długi,

Morda, piersi sfarbowane
A boki wypchane.
Już i z południa — odpocząć wypada
Ale zaledwie ściąga się gromada,
Ten i ów oprze strzelbę w dębczakach na boku,
Torbę na piersi przesunie
I jak kłoda na wznak runie.
Ten trąbką wody zaczerpnie z potoka
Tamten po torbie flaszki, ów przekąski szuka,
Ten zaś fajką wydmuchnie, sięga do kapczuka,
Ledwie ten i ów zagada;
Cicho!.... Zagraj lisa goni....
Głosu daje gęsto, żywo;
Jakby siekała chrapliwo
Piskla piszczy, Fagot do niéj
Łączy swój bas jak z pod ziemi
I nasz Jacek tuż za niemi.
Czapka w torbie, harap w dłoni
Jak nie krzyknie: „Haszcze ha!
Daléj po nim! Ha, ha, ha!“
Psy się kupią, rzną jak w garnku
Aż las chodzi. — A na karku,
A na karku bez ustanku;
O, mój lisie, mój kochanku
Na nie dobre się zakrawa,
Coś kuśnierzem trąci sprawa,
Ale... myśl szczęśliwa
Nagle mu przybywa
Wymknąć się w pole
Czyste jamy tam w padole!
Ależ ledwie z miedzy czwartéj
Obces w oczy pędzą charty.

O! dla Boga,
Co za trwoga!
A daléjże zmykaj kumie,
Bo żartować chart nie umié...
Kum téż zmyka aż się kurzy,
Skacze, kręci, kitą durzy,
Ale charty smyki stare
Lisich figlów znają miarę,
Idą sznurkiem stopa w stopę,
Już po polu, łące, błocie
Dają obrot po obrocie,
Coraz bliżéj, bliżéj, bliżéj,
Aż na grzbiecie włos się jerzy...
I szust przez rów — a lis w rów...
Bywaj zdrów!
Nim chart skręcił, już tymczasem
Lis pod lasem.
Ledwie w krzaku nowa wojna,
Tam poprawia pierwsza Strojna
A na przełaj Szarga wpada,
Szuwar przejął i odebrał,
Goni płacząc, jakby żebrał,
Przy nim Pogoń się zajada,
Dunaj także, acz głos kradnie
Nie ustąpi, aż zwierz padnie.
Grają razem jak organy
A lis lata opętany...
Tu nie dobrze, tu nie ładnie,
Tu szczekuny, tam rusznice,
Trzeba jednak przez granicę,
Gdzie w rząd srogi
Stoją wrogi....

Ginie kto czeka!
Wymuliskiem lis ucieka,
Ale Fabian, stary wyga
Z pod krzewiny okiem ściga,
Wziął go na cel.... dobrze trzyma...
Błysnął, huknął... już go niema!
Odgłos „Upadł! Trup! A zasię!“
Nagła cisza po hałasie
I pojezdny powtórzony
Ściąga strzelców z każdéj strony,
Każdy niesie swój łup krwawy,
Swe zające do odprawy.
A gdy ów się chwali,
Tamten się żali
Ten zły na psy, ten na siebie.....
Kazimierzu, ja do ciebie!
Teraz na koń jednym skokiem,
Zwierzyna w trokach
Strzelby w wytokach.
Powracajmy wolnym krokiem
I uderzmy w głośne rogi,
Niech po górach, niech po lesie
Wieść powrotu odgłos niesie
Aż w domowe nasze progi;
Tam nas czeka stół nakryty,
Nie wykwintny lecz obfity,
Na kominie sucha kłoda
Zziębłym nieco ciepła doda.
Rozweseli stare wino,
Tak nam dobrze chwile miną,
A gdy legniem na pościeli
Łowy jeszcze grają dziwnie,

Każdy strzela, a co strzeli
To na miejscu!... ani ziewnie!
Każdy wiedzie polowanie,
Każdy siebie tylko słyszy
A niejeden łże Mospanie,
Ale ciszéj, coraz ciszéj,
Aż nareszcie ogień zgaśnie
I ostatni strzelec zaśnie.

r. 182*


Przypisy

  1. 1,0 1,1 Kazimierz Jabłonowski jeden z ostatnich wielkich myśliwych w kraju wtenczas jeszcze nie zaczął polować na grubego zwierza.
  2. Ówczesne myślistwo Kazimierza Jabłonowskiego w Dubanowicach. Fabian ośmdziesięcioletni strzelec, jak strzelił zawsze się wywrócił. Wlókł się za myślistwem na kulawym ogierze.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Fredro.