Dante (Kraszewski)/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Dante
Podtytuł Studja nad Komedją Bozką
Data wydania 1869
Wydawnictwo Towarzystwo Przyjaciół Nauk
Druk N. Kamieński i Spółka
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
I.

Żadnemu może z wielkich poetów, przedstawicieli przeszłości, słuszniéj się nie należy jak Dantemu to nadużyte określenie — że sobą całą uosabia epokę; — żaden w istocie, prócz Homera, nie wcielił tak swego wieku, jego charakteru, jenijuszu i wiedzy, jak wielki wieszcz florencki — l'altissimo poeta.
Żaden też z chrześciańskich poetów nowéj ery nie jest nadeń bardziéj chrześciańskim, wybitniéj synem tego świata, który na gruzach pokruszonéj starożytności się wznosi. — Postać to tak wielka, takim obleczona majestatem jenijuszu, cierpienia, potęgi ducha i serca potęgi, że nad nią aż do naszych czasów w dziejach umysłu ludzkiego nie znajdujemy ani większéj, ani powszechną zgodą wieków jednogłośniéj uznanéj.

II.

Podróżny, który z równin naszych i zielonych pagórków ciszą obwianych po raz pierwszy dostaje się do tych krajów których grzbiet połamały kataklyzmy i spiętrzyły w massy olbrzymie wiekuistemi pokryte śniegami — gdy ujrzy na ciemnym szafirze nieba te białością swą olśniewające szczyty, nie dowierza swym oczom, zdają mu się widmami i chmurami. Takim snem poetycznym zjawia się Mont-blanc w srebrnym swym płaszczu, a kto chce dostać się do jego wierzchołka, często drogę życiem przypłaca.
Wrażenie Alp tych czynią olbrzymy, które po nad tłumy wzniosły się jenijuszem nieśmiertelnym, im także by je zbadać, życie potrzeba poświęcić. Każda szczelina, każdy strumień, każda skała, składa się na ten świat dziwny, wielki, straszny i wdzięczny, niepodobien niczemu, w sobie cały. W literaturze wieków Dante jest jedną z tych gór niedostępnych.


III.

Dante jest to samoistnie budząca się poezya chrześciańska, która się zjawia od razu w całym blasku — nieprześcignionym do dziś dnia.
Osobliwym a nieszczęśliwym trafem w literaturze narodu wzrosłego serdecznem poślubieniem całéj chrześciańskiéj idei, na téj ziemi, która broniła ewangelii nie tylko mieczem, ale całym swym żywotem, — w Polsce długo jest głucho o Dancie. Aż do ostatnich niemal czasów imie jego jest nam obce, wielka pieśń nieprzyswojona i nieznana. W epoce w któréj nas łączą najściślejsze z Włochami stosunki, gdy młodzież nasza kształci się w Padwie, poeci przekładają poemata i uczą się na ich wzorach — ledwie jedną pobieżną znajdujemy wzmiankę dowodzącą, że imie nieśmiertelnego wieszcza — do nas dobiegło. — Jest to faktem tem trudniejszym do wytłumaczenia, że nigdzie może Bozka Komedja lepiéj pojętą i ocenioną by być nie mogła, jak u nas. Tymczasem aż do XIX wieku Dante pozostaje nam prawie zupełnie nieznanym, i gdy inne narody jak wspólną własność chrześciaństwa przyswajają sobie to arcydzieło, usiłując wniknąć w jego ducha, badają piękności i rozsłaniają tajemnice, gdy gdzieindziéj całe księgozbiory stanowi już literatura Dantejska — my ledwie się jeszcze uczemy imienia wieszcza.
Do dziś dnia mamy zaledwie jeden zupełny, nie bez wielkich zalet, przekład Juljana Korsaka, kilka prób niedokończonych, a całkiem zbywa nam prawie na studjach własnych nad tą epopeją, któréj badanie starczy na zapełnienie życia człowieka.

IV.

Tak wielostronnie pięknem i wielkiem jest to dzieło, tak w sobie wiele zamyka, że zbliżenie się doń, nie rozczarowanie, ale coraz większy zapał obudza. Lekceważyć Dantego ten tylko może, kto go nie zna, lub zaznał z dalekiego o nim rozgłosu.
Blizko sześćset lat dzieli nas od téj epoki w któréj, w boleściach wygnania, w ucisku ojczyzny wielki poeta wyśpiewał Komedją Bożą. — Zaraz po zgonie tułacza rozpoczęto ze czcią religijną wpatrywać się w nią i badać spuściznę nieśmiertelną, którą po sobie zostawił — literatura więc Dantejska urosła ogromnie, a przedmiot zdaje się na oko wyczerpanym. W istocie jednak tak nie jest. Jak wszystko prawdziwie piękne i nacechowane piętnem jenijuszu, Komedja Dantego dostarcza do dziś dnia nowych myśli i coraz jaśniejszych promieni.
Z obawą przystępujemy do tego przedmiotu, którego rozmiar i ważność czujemy; skłania do tego nadzwyczajna piękność i wielkość dzieła z jednéj, małe jego u nas rozpowszechnienie z drugiéj strony.
Nie potrafiemy wyczerpnąć całego zadania, ale się nam może uda wskazać drogi, zachęcić do poznania największéj z epopei nowszych czasów.


V.

Dante, powiedzieliśmy, przedstawia nam sobą całą epokę, to też bez bliższego poznania czasów, w których żył, cierpiał i wieszczył, poznać go i ocenić nie podobna.
Cała ta mglista przestrzeń kilku wieków, w których nowa społeczność kształci się, urabia, przetrawia na swą korzyść resztki starożytnej wiedzy i cywilizacyi — dotąd w ogóle mało jest znana, a była nie słusznie wzgardzoną.
Długo imieniem wieków barbarzyńskiej ciemnoty nazywano te czasy, osłaniające kolebkę nowéj ery. Nawykliśmy uśmiechać się z jéj nauki, z form suchych, z naiwnych ale pełnych żywotności utworów — które zjawiają się rzadko wpośród ciężkich walk wszelkiego rodzaju, jakie narody odbywać muszą, zdobywając posady przyszłości.
W istocie nie jest przynęcającem badanie tych początków rodzącego się światła, od X. do XIII. wieku, ale przedmiot to jako studjum historyczne niezmiernéj wagi.
W łonie tego pozornego zamętu, acz jeszcze nie wyraźnie ukształtowane zjawiają się zarodki tego wszystkiego, co ma w XV. i XVI. tak bujnie rozkwitać. Wieki te są pradziadami cywilizacyi odrodzenia, a pod ubogą i szorstką ich suknią, biją rycerskie serca, nieustannego trudu niepokojem.
Zajmującem też nad wyraz wszelki jest dochodzenie dróg jakiemi szła ludzkość do zawiązania węzła między światami dwoma, do pojednania tradycij pogańskich z nauką chrześcijańską. Cała praca duchowa, po większéj części niewidzialna, odbywająca się wśród tych ciemności od X do XIII wieku, ma właśnie za główne zadanie, z resztek tradycij starożytnych, zdobyć spuściznę dla chrześcijańskiego świata.
Ale w jakże trudnych okolicznościach odbywa się ta mozolna praca około posad przyszłości!
Począwszy od X wieku, widziemy wszędzie, jakby pozostałość po przeszłym zamęcie — boje, rozterki, walki bez samowiedzy celu, ale z których niezłomne prawo postępu wyradza niespodzianie co ma mu posługiwać i ludzkość pchnąć na nowe tory. Nie raz pycha i żądza panowania małego bohatera oczyszcza drogę wielkiéj prawdzie; — przy dogorywającym blasku starego cesarstwa, które jednoczyło ludy — wybija się tu i owdzie chętka samoistności, odosobnienia, ambicija jednostek, która nie wie iż jest narzędziem przyszłéj swobody. To nawet co się nam wydaje błędem lub trafem, prowadzi wedle niezbłaganego prawa rozwoju ludzkości... do opatrznego skutku i końca, zawsze ku lepszemu, ku wyżynom. Ale drogi przez które się idzie ku nim, są ciężkie.
W tym osławionym Xym wieku, który nam po sobie zostawił tylko ślady pracy umysłowéj Arabów, na chwilę zdających się chcieć przejąć spuściznę Grecij i Rzymu, — dzieła Konstantego Porfyrogenety, który z miłości dla nauki i sztuki, rządy państwa zaniedbywał, — wreście kroniki, jak Flodoardową i Luitpranda, — w tym dziesiątym wieku już nie jest ani tak ciemno, ani tak dziko, — jak się niegdyś dziejopisom zdawało.
Nauka, miłość światła, tradycije cywilizacij, chronią, się wprawdzie w ciaśniejsze koła — przechowywane są przez niewielu, ale Znicz ten święty nie gaśnie. Zostaje zawsze iskra na ołtarzu, z któréj dłoń wieku i jenijuszu ogień rozpalić potrafi.
Wiek ten dziesiąty, do wspólnej pracy ludów cywilizowanych, razem z chrześcijany powołuje Słowian, Czechy, Polskę i Ruś. Północ skandynawska rozświeca się także. Potrzeby nawracania zmuszają do nauki języków dotąd wzgardzonych i są pierwszą do kształcenia ich pobudką.

VI.

Z łona puszcz Germanij, wychodzi na pole czynu naród niemiecki, do długich walk powołany — pierwsze jego pieśni tchną walką o podbój świata.
Ważą się losy, wśród upadku greckiego państwa, zamierającego powoli jakby snem przedgrobowym — wśród zwycięztw Turków i Arabów, wpośród bezsilnych starań o odbudowanie cesarstwa rzymskiego w Europie — przyszłość wyrabia się tajemnicza, niepochwycona. Jedenasty wiek, epoka wojen krzyżowych — pracuje także dla przyszłości, gromadzi jéj nasiona; nie pozostają one bez wpływu nawet na piśmiennictwo późniejsze. Tymczasem oświeceńsze umysły, zaprzątają zawsze jeszcze kwestje religijno-filozoficzne. W téj epoce, religij od filozofij oddzielić jeszcze nie można. Teologija jest polem na którem umysł ludzki porusza się aby nie odrętwiał. W uczuciu religijnem, którem wieki te są przejęte całe życie ich się jednoczy — ono im główną nadaje cechę. Wiara dźwiga narody, do największych ofiar podbudza, roznamiętnia do czynów bohaterskich, wyradza walki płodne, ale nie daje też wygasać ideom wielkim, zasadom nieśmiertelnym, które z chropawéj łupiny rozwić się i bujno rozrosnąć mają. Te na pozór drobnostkowe spory realistów z nominalistami, które się nam dziś zdala, gdy zgasła myśl co je ożywiała, martwemi i czczemi wydają, — są jakby gymnastyką myśli, krzepiącą ją, nie dającą jéj otrętwieć. Z drugiéj strony wiek to, w którym języki młode, poczuwają swe prawa do życia. To co nie dawno jeszcze barbarzyńskiem uznawane, miało tylko prawo umierać i być pochłoniętém a wzgardzoném — wypowiada się już żyjącém i do życia zdolném. Fenomen to znaczący, który zwiastuje narodzenie się nowéj idei. W świecie pogańskim cesarstwo, Rzym, jego język i obyczaj pochłaniał wszystko; teraz ideą chrześcijańską równouprawnione do życia, poczuwają się w sobie narody i o wyswobodzenie, o samoistność domagają. Reforma społeczna, którą od jednostki poczęło chrześcijaństwo, dosięga idei państwowéj.
Język łaciński pozostaje zawsze wielkim mistrzem i wzorem — ale jego dzieci i wychowańce upominają się o wydzielenie spuścizny, i odbierają ją same.
Praca około cywilizacij, która była przywilejem jednéj mowy Rzymu i Cezarow — praca duchowa poczyna się dzielić. Toż samo zwiastuje iż cywilizacyjnych swych celów ludzkość innemi chce poszukiwać drogami, aby łatwiéj do nich doszła.
Zjawienie się języków nowych, jest pierwszem wykluciem się idei narodowości.

VII.

W dwunastym wieku już to życie umysłowe, które jest celem i końcem ludzkości na ziemi, coraz rozwija się silniéj, coraz żywszem bije tętnem. Ma ono wszystkie cechy młodzieństwa swego; rzuca się z zuchwalstwem i potęgą młodości na zadania najniedostępniejsze, na kwestije pozaświatowe; skrzydłami Ikara, nim poznało ziemię — chce niebios dosięgnąć. Najzawilsze teologiczne badania zajmują umysły i roznamiętniają tłumy, — religija jest zawsze jeszcze głównym placem szermierki umysłu ludzkiego.
Imiona Abellard’a, Piotra Lombardo, Arnolda z Brescij, św. Bernarda; zjawienie się sekt Albigensów i Waldensów, zwiastunów wczesnych protestantyzmu, poświadczają o tém.
Żywot wiekuisty z żywotem ziemskim tworzą jeszcze jednę, spójną całość i wiara panuje tym wiekom.
Obok pisarzy teologicznych, mnoży się też liczba kronikarzy i historyków — poezija w języku ludu wszędzie próbuje sił swoich, aby nic do tego chóru nie brakło, obok rozpraw najwznioślejszéj treści, dotyczących istoty Boga i natury człowieka, — ożywa się już ironija, śmieje szyderstwo, budzi satyra zjadliwa i bezlitośna wołająca o reformy obyczaju zgodne z nauką wiary.
Rozbudzenie do pracy ducha już w tym wieku jest uderzającém, zapowiada ono postępy dalsze, których nic powstrzymać nie może. — Wiedza i nauka powoli przekraczają mury klasztorów i w różnych postaciach przenikają w społeczeństwo chciwie ich spragnione.
Odrodzenie to wszędzie zarówno w Europie czuć się daje, na północy w Skandynawij, we Francij trubadurów, w Anglij, w Niemczech, na dworze Komnenów, u Arabów studijujących Galena i komentujących Arystotelesa, w literaturze rabbinicznéj, która ma swego Benjamina z Tudeli.
Obok tych młodzieńczych entuzjazmów, niezbłagane szyderstwo, to może najciekawszy duchowy fenomen tego wieku. Literatura urzędowa poważna, stanowi tylko połowę tego życia dwutwarzego epoki. Daleko mniéj znana dziś, a więcéj rozpowszechniona naówczas, krążyła w odpisach po klasztorach i dworach satyra protestująca w imie idei chrześcijańskiej przeciwko obyczajom pogańskim. Ze zbiorów Grimma i Schmellera, Wright’a i Dumeril’a można ją cokolwiek poznać. Sztuka która jeszcze ani pojęła ani doścignęła ideału, już pod wrażeniem tych usposobień wieku skłania się ku przedwczesnéj karykaturze. Portyki świątyń i karty psałterzów okrywają się szyderstwy z téj społeczności, która, spierając się o niepościgłe prawdy wiekuiste, do życia ich zastosować nie chce.
To poczucie fałszu i nielogiczności rozbudza się naprzód w massach, objawia bezkształtnie, przechodzi niemal wzgardzone — ale trwa i rośnie pokątnie aż je w XVI wieku silniejsze umysły, śmielsze dłonie, pochwycą jako oręż do walki.

VIII.

Wiek XIII. w którego drugiéj połowie urodził się Dante, jest dalszém a coraz bujniejszem rozwinięciem pracy w poprzednim rozpoczętéj. Naprzeciw zepsutemu społeczeństwu, którego obyczajów wiara oczyścić nie mogła — protestuje zawsze taż satyra nielitościwie przez usta żaczków i młodzieży, — ale silniéj jeszcze nad nich, życiem ubóstwa, pokory, wyrzeczenia się samego siebie, wyczłowieczeniem, posunięciem do krańców ostatecznych spełnienia przepisów ewangelij — protestują św. Franciszek z Asyżu i Dominik.
Pierwszy szczególniéj jest jakby odnowicielem prawdy, bo wcieleniem żywota wedle nauki ewangelij, posuniętego prawie za kres mocy ludzkiéj. Naprzeciw zbytkom i rozpuście stawi się dobrowolne ubóstwo, szczęśliwa nędza, zwycięztwo ducha nad pokonanem ciałem.
Mnożą się szkoły, księgi i jenijusze, nauka wyrasta z jakichś niedostrzeżonych odrobin, które od wielkiego kataklyzmu rozproszone leżały. Tłumy uczniów, chciwych wiedzy, zalegają przedsienia uniwersytetów, których liczba się pomnaża.
Miłość nauki staje się niemal gorączką; młodzież uboga spędza noce na słomie u drzwi sal, aby słuchać wykładu mistrza; płynie tysiącami do tych źródeł światła, a zadania, które dziś nikogo nie roznamiętniają, rzekłbym nawet nie obchodzą, zadania natury istnienia, żywota pozaświatowego, losu i przeznaczeń człowieka, przyrody i władz ludzkich, zadania najsuchsze, najoderwańsze, budzą zapał aż do extazy posunięty, polemikę aż do nienawiści rozpalającą.
Jest to zaprawdę cechą wieku, który dla przyszłości pracuje.
Wiek też to św. Tomasza z Akwinu, Alberta Wielkiego, Duns Skota, naostatek za mało dotąd znanego Rogera Bakona, któremu dopiero nowe badania przywróciły sławę należną.
Sam on jeden ze św. Tomaszem, już by z wieku tego stygmat barbarzyństwa zetrzeć był zdolnym.
Obok zdumiewającéj nauki i metody Tomasza, uniwersalność Bakona w trzech jego wielkich ułamkowo nam znanych dziełach zawarta, jest na ten wiek prawie nie wytłumaczoną.
W głównem Opus majus, Bakon już zakłada podstawy przyszłości, domagając się swobody dla umysłu a jako metodę zalecając doświadczenie.
Wspominamy tu o nim szczególniéj dla tego, że Tomasz z Akwinu w kwestijach teologicznych a Bakon w naukowych, wyświecają nam i tłumaczą niezmierną uczoność naszego poety, zdającego się wiek swój prześcigać a w istocie będącego tylko idealném jego dziecięciem.

IX.

Wśród tego rozświtu nowéj ery, gdy Włochy rozbite i rozerwane w walkach gwelfów i gibellinów pożerają się same, a mimo strumienie wylanéj krwi mają jeszcze dosyć siły by tworzyć nową sztukę i nowe pieśni — przychodzi na świat jenijusz, który tę epokę ma w sobie najpełniéj wyrazić. Historija człowieka jest tu tak niezbędnym komentarzem dzieła, że mówić o Bozkiéj Komedij nie dając poznać jéj twórcy, byłoby niemożliwém.
Poemat ten to wiek XIII cały i Dante cały.
Nie jest to już owa pieśń Homera i Wirgiljusza, z po za któréj nie widać ich twórcy, pieśń bez cechy własnéj śpiewaka, która zarówno dziełem jednego i dziesięciu być może — a w istocie jest utworem narodu nie jednostki. Tu, głównym bohaterem człowiek, wieszcz poczuwający się do godności swéj mimo chrześcijańskiéj pokory, nie wahający się na barki swe włożyć brzemienia całego epopei nieba i ziemi.
Od poematów starożytnych do tego pierwszego chrześcijańskiego — olbrzymia przestrzeń — niezmierna obojga różnica.
W tamtych występował zbiorowy człowiek, zbiorowy jenijusz wieku w którym jednostka tonęła poświęcona całości; w którym narody były jednolitemi bryłami — tu, staje człowiek pojedyńczy, odkupiona przez Chrystusa jednostka swobodna, poczuwająca się do odrębnego życia.
Jest to poemat nowej ery, któréj godłem — wyswobodzenie umysłu, przekonań, czynów, poddanych nie woli człowieka ale prawu Bożemu.

X.

W najpiękniejszéj z dolin cudownéj Italij, u kwiecistych brzegów Arno, gdzie na wzgórzu wznoszą się gruzy staréj Fesuli, a poniżéj roztaczają mury i wieże miasta kwiatów i pieśni, urodził się wieszcz wieku. Kwiaty i pieśni Florencyi wyrosły długo krwią podlewane.
Zburzona okrutnie przez Juljusza Cezara, Fesula zmienia się w bogatą i świetną Florencyą. Oparła się ona Gotom, ale bicz boży Atylla obrócił ją w popiół i gruzy.
Podniosła się znowu i zakwitła, uszedłszy napadu Longobardów, ale w łonie jéj, z bogactw i sił zbytku wyrosły nienawiści braterskie. Rozdział ludności, któréj różne klassy, imieniem i mniemanem pochodzeniem rozdwajać się i panować sobie chciały — niemal u kolebki już widoczny, charakteryzuje dzieje grodu. Zbytek ten żywotności, ilekroć na zewnątrz wylać się nie może, we własném łonie rodzi walki zabójcze.
Pod rozmaitemi nazwami, ostatecznie jako gwelfy i gibelliny, Florentczycy w nieustannym boju i bezładzie, szukają napróżno podpory u obcych, u papieżów i cesarstwa, by jedno z tych stronnictw z pomocą bodaj obcą zwyciężyć mogło. Na nieszczęście zwycięztwo sprzyja na przemiany, chwilowo jednym i drugim, nikt stanowczo góry wziąć nie może, a każdy rok tej walki rzuca w nią nasiona nowe nienawiści, pobudki zemsty, długi krwi nieopłacone. W pośrodku tego miasta wież i zamczysk obronnych, na którego ulicach ciągłe staczano boje, którego każdy kamień był chlubną lub sromotną pamiątką, — lud, patrycyusze, podróżni, legaci papiezcy, cudzoziemskie książęta, musieli przejeżdżać zbrojno i czuwać od zasadzek. Kościelne progi zaledwie mogły powstrzymać zaciętych zapaśników.
Wszystko w tych waśniach gorączkowych brało udział aż do niewiast i dzieci, aż do mnichów i wyrobnika. Dzwony kościelne biją zarówno zwołując na modlitwę i na trwogę. Rzadki dzień wytchnienia. Dziś górą jedni a zwyciężeni idą wygnańcami tułać się po miastach i wsiach sąsiednich; drudzy jutro zwycięzcy na odwet palą pałace i niszczą domostwa, rabują skarbce i ścinają wczorajszych tryumfatorów. W początku XIII wieku (1215) sceną godną Shakespearowskiego dramatu poczyna się ta wojna braterska.
Piękny panicz Buondelmonti ma zaślubić młodą patrycjuszkę Amidei. Rodziny się zgodziły, ogłoszono małżeństwo przyszłe.
Jednego dnia urodziwy młodzian przejeżdża konno pod oknami pałacu Donatich. Na balkonie stoi matka i córka zakwefiona. Buondelmonti podniósł głowę.
— Hej! hej! messer Buondelmonti zawołała nań z balkonu niewiasta, jakążeś to sobie wybrał żonę? Taki rycerz jak wy, mogłby się sobie o piękniejszą postarać.
Patrz! jam dla ciebie moją córkę chowała!
To mówiąc matka odsłania zarumienione dziewczę — cud piękności.
Buondelmonti oczarowany, rozmiłowany, łamie dane słowo i postanawia poślubić córkę Signory Donati.
Rodzina Amidei, przeważne mająca wpływy — oburzona naradza się nad ukaraniem zdrajcy.
Mosca Lamberti przerywa długie narady — Cosa fatta capo ha! woła w uniesieniu. Działać należy nie radzić.
I gdy w poranek dnia wielkiéjnocy, cały w bieli i we złocie, na białym koniu, piękny Buondelmonti z Oltra-Arno przez most przejeżdża, tłum zwolenników Amideich napada go zbrojny, z mieczami, ściąga z konia i zabija.
Ten mord gwałtowniéj jeszcze rozdziera miasto na dwa obozy. Domy zmieniają się w twierdze, drogi obstawiają zasadzkami. Na chwilę zwyciężają gibellini, potem znów wracają gwelfy.
Lud obiera sobie wodza a gmina korzystając z zatargów miedzy możnemi, przychodzi do władzy. Część gibellinów trzymająca z Manfredem, synem Fryderyka II., wyżeniona z Florencij, szuka przytułku w Siennie. Walka rozciąga się po za mury miasta na grody przyległe. Ale krótko trwa tryumf gwelfów, którzy straszną ponoszą klęskę pod Montaperti. Florencija przechodzi znowu w ręce gibellinów i gwelfy wygnane zyskują sprzymierzeńca w Karolu Andegaweńskim.
Z różnem szczęściem toczy się ta zajadła walka, aż do upadku Manfreda.

XI.

Wśród tych bojów, we cztery miesiące po Manfreda śmierci, w Maju roku 1265, przychodzi na świat nasz poeta.
Był on potomkiem staréj a możnéj rodziny florenckiéj Elizeów, wiodącéj się od rzymskich przybyszów. Imie Alighierich w początku XII wieku przybrał naddziad jego, ożeniony z dziedziczką tego nazwiska.
Narodzenie wieszcza, wedle legendy, zapowiada się we śnie jego matce, która śni o dziecinie karmiącéj się liśćmi laurowemi.
Syn możnych rodziców, pierwsze nauki pobierał Dante we Florencij, któréj szkół nie brakło, urządzonych jak one wówczas były wszędzie, i w siedmiu działach zamykających co pospolitemu człowiekowi znać i wiedzieć było potrzeba. Studja te, jak wiadomo, rozpoczynały się grammatyką a kończyły na astronomij i muzyce.
Wiemy z samego Dantego, iż jednym z jego mistrzów był Brunetto Latini, człek lekki, płochy, zepsuty, pełen wad, ale umysłu niepospolitego; więcéj może Francuz niż Włoch charakterem. Dante mieści go, niestety — w piekle, mimo wielkiego serca, miłości i wdzięczności, jakie czuł dla niego. W jego usta kładzie przepowiednie swéj przyszłości — jemu przyznaje wszczepienie wiary w nieśmiertelność dzieł wielkich.
Prawie u progu tego życia poety — które już samo jest poematem — spotykamy i tego drugiego mistrza, co po Brunettim nauczyć go miał cierpieć, wierzyć, żyć światłem, duchem, niebem. Tym nauczycielem była miłość a tłumaczem jego — nadziemska istota, Beatryx.


XII.

Mówiąc o tém uczuciu, które w całém życiu Dantego i w jego poemacie tak przeważne zajmuje miejsce, a główną ich jest dźwignią — musiemy się zastanowić, czém była miłość w tamtych wiekach i co tém imieniem zwano.
Jesteśmy od téj epoki i wyobrażeń jéj w istocie daleko daléj, niżeli się nam zdaje, a miłości téj, uczucia zrodzonego z pojęć czysto chrześcijańskich, które podnosiło człowieka i uświęcało go, prawie pojąć też dziś nie umiemy. W świecie starożytnym to co nosiło miłości imie, ograniczało się namiętnością cielesną, było szałem, fantaziją, pragnieniem nasycenia — i daje się określić mniéj więcéj świetną i wyszukaną rozpustą zmysłową. Miłość ta w młodości przybierająca barwy świeże i poetyczne — na starość stawała się ohydną i zwierzęcą.
W świecie tym i niewiasta też cale inne zajmowała miejsce, była ona sługą, powiernicą, przyjaciółką, kochanką, gospodynią — ale nie stała się jeszcze człowiekiem równym mężowi; namiętności z ideału strącały ją do roli upodlonéj bachantki.
Niewiasta swobodna, dopełniająca człowieka, mająca swém ukazaniem się na scenie zmienić społeczność całą, stworzyć świat nowy — rodzi się dopiero z chrześcijaństwem. Prototypem jéj jest ideał — dziewica matka Boga. Od czci tego ideału niewiasty poczyna się uświęcenie, podniesienie, wyswobodzenie kobiety, która nawet matką na czole powinna nosić dziewictwo cnoty, promień niewinności.
Z kobietą nową zmienia się miłość dla niéj — z namiętności staje się uczuciem, czcią, niemal ubóstwieniem piękna ciała i ducha zarazem, czystości i świętości.
Nic lepiéj odmalować nie potrafi miłości téj idealnéj, platonicznéj, podnoszącéj się aż do mistycznych dusz ślubów, nad historją Dantego i Beatrysy, skreśloną przez niego samego w Vita Nuova. Tą epoką nowego rozpoczętego żywota jest dlań pierwsze na Beatrysę wejrzenie.
Dante był naówczas dziesięcioletnim chłopakiem, Beatryx ośmioletnią dzieweczką. Ujrzał ją na uroczystości wiosennéj, wśród wesołego grona, skromnie różowo ubraną. Widok jéj raził go jak piorunem »duch mój przerażony, pisze — drżał wszystkiemi tętny, jakby czuł nadchodzącego i zwiastującego się bóstwa potęgę. Ecce Deus fortior me, qui veniens dominabitur mihi Oto Bóg silniejszy nademnie, który przychodzi by mną zawładnął.«
Cała ta księga, która nosi tytuł: Żywot Nowy (Vita nuova) poświęcona jest dziejom uczucia najczystszego, kryjącego się z sobą, nieśmiejącego wypowiedzieć, noszonego w duszy jak skarb najdroższy i stanowiącego w istocie drugie jakby życie odrębne, wcale niespojone z rzeczywistością. Wypadki téj miłości są tak proste, tak raczéj nieznaczące iż wielkie tylko i przepotężne uczucie mogło je podnieść do znaczenia jakiego nabierają w téj księdze.
Dla ludzi co nie są w stanie podnieść się do pojęcia téj miłości — historija to prawie dziecinna. Drugi raz spotyka Dante Beatryx już osiemnastoletnim młodzieńcem, całą w śnieżnéj bieli, idącą ulicą wpośrodku dwóch drugich niewiast. Beatryx pozdrawia go tak mile, iż Dante, do którego po raz pierwszy przemówiła w życiu, zachwycony, upojony jéj pięknością — ucieka, szuka samotności aby się tym obrazem napawał.
W tém odosobnieniu ma widzenia i ekstazy, miłość jego wylewa się w ślicznych i wdzięcznych sonetach, téj formie włoskim ulubionéj poetom, łączącéj w sobie powagę poematu ze wdziękiem piosenki.
Sonet zaprzyjaźnia go z drugim młodzieńcem, poetą Guido Cavalcanti.
Dziwne to zaprawdę, trwożliwe uczucie Dantego, przez całe niemal życie Beatrysy jak najstaranniéj się ukrywa. Poeta widocznie rozkochany udaje, iż przedmiotem jego miłości jest inna niewiasta, ażeby drogiéj swéj tajemnicy nikomu nawet domyśleć się nie dać. — Ma w tém rozkosz jakąś by uwielbienie swe dla niéj zakryć przed oczyma wszystkich, a nawet przed tą, która jest celem miłości. —
Ażeby zrozumieć, co on nazywa miłością, przytoczyć trzeba co Dante odpowiada przyjacielowi, który go pyta — co miłość?
»Miłość a serce szlachetne — to jedno. Ona bez niego wszak istnieć nie może. — Jako rozumna dusza bez rozumu.« —
W innym sonecie powiada, że gdy na nią patrzał, nie miał w świecie nieprzyjaciela, kochał wszystkich, przebaczał całemu światu — i o cokolwiekby go był wówczas kto spytał, nie umiałby nic innego odpowiedzieć, nad ten jeden wyraz — Miłość.
W Convito (I. 2) obawiając się, aby o uczucie ziemskie z fałszywego wykładu swych poezyi pomówionym nie był, powiada jeszcze wyraźniéj:
— »Lękam się, aby mnie nie posądzono o namiętność wielką, która w pieśniach mych zdaje się panować nademną — ale ohyda ta ustaje, gdy zważycie słowa moje — pokazują one, że nie namiętność mną powodowała — ale cnota.«
Miłość więc dla Dantego, to było uszlachetnienie, to było, że użyję wyrazu naszego poety — wyanielenie człowieka.

XIII.

Beatryx zajmuje w istocie rolę przewodniczki cnoty w życiu poety i jego poemacie — prowadzi go do niebios. W zjawisku tém nie ma nic ziemskiego, jest to objaw Boży — wiodący do Boga. Bez niéj nie byłoby poematu... Ona jest widzeniem niebios i aniołów; króluje pieśni, która na cześć jéj jest wyśpiewaną.
Napróżnoby w Beatrysie chciano upatrywać uosobienie jakieś — postać zmyśloną, — tysiączne świadectwa dowodzą rzeczywistości tego idealnego zjawiska.
Stosunek tych dwojga istot jest dziwny, jak uczucie które je łączy. Dante prawie jéj unika, nie śmie przybliżyć się do niéj... czci obraz jéj w samotności, zapisuje ilekroć ją spotyka; przeczuwa myśli, naostatek przewiduje zgon jéj.
Zamążpójście Beatrysy nie zmienia tego uczucia ani je osłabia, śmierć go nie niszczy. (Nawiasowo dodać należy, iż historycznie zamążpójście to dowiedzionem nie jest).
Czytając Vita novella, zdawałoby się z tego zaprzątnienia miłością, iż życie Dantego w téj epoce upływać całe musiało na bezczynnem rozmyślaniu i ekzaltacyi.
Tak przecież nie jest — życie nowe idzie w parze z trudem powszedniego żywota i nie przeszkadza do spełnienia jego obowiązków.
Wszystko to dla nas jest jeśli nie mało pojętnem, to do wytłumaczenia trudnem... nie zwykliśmy dziś do podziału człowieka na pospolitego i nadziemskiego. Uczucia nasze są gwałtowniejsze a mniéj trwałe, pochłaniają człowieka, palą się ogniem słomianym. — Tu miłość czysta, nie ziemska, cicha, mająca w sobie coś anielskiego, trwa jak skarb w łonie pogrzebiony — do zgonu.
Historja żywéj Beatrysy cała jest w sonetach i objaśnieniach do nich w Vita nuova — pogrobowa w wielkim poemacie. Związek tych dwóch utworów, z których pierwszy mało jest znanym — dla zrozumienia obojga konieczny.
To co Leonardo Aretino zebrał o młodości Dantego, — same wzmianki w Bozkiéj Komedji, dowodzą że się nie usuwał od życia czynnego, że obracał się w kole młodych rówienników, dzielił ich zabawy, i spełniał obowiązki jakie nań obywatelstwo wkładało.
W bitwie pod Campaldino znajdujemy go uzbrojonym, walczącym w pierwszych szeregach, narażonym na największe niebezpieczeństwa. O bitwie téj sam Dante pisze w jednym z doszłych do nas listów swoich — dodając iż brał w niéj udział.
W r. 1290 umarła ubóstwiana Beatryx, żal po jéj zgonie głęboki, mający całemu towarzyszyć życiu, nie wstrzymał go od stawienia się do nowéj walki pod Caprona. Może być, iż szukał pociechy, zapomnienia w gwałtownych wzruszeniach i niebezpieczeństwie na jakie się wystawiał.
Wkrótce potem rodzina, lękając się zapewne aby miłość i smutek nazbyt od życia nie oderwały, skłoniła go do zaślubienia Gemmy Donati. Ale małżeństwo to, o którem milczy poeta, które przyjął jako obowiązek a dźwigał jak ciężar, nie mogło być szczęśliwem, choć zdaje się dosyć długo trwałem. — W końcu węzeł ten musiał stargać, nie mogąc go rozerwać i pozostał samotnym.


XIV.

Życie publiczne osładzało mu gorycze domowego; oceniony przez swych współobywateli jako prawy i zdolny, używanym był do licznych poselstw, na dwory rzymski, neapolitański, do różnych miast włoskich, do Karóla Martella i t. p.
Rozmiary téj pracy nie dozwalają nam wchodzić w bliższe szczegóły tych posług spełnionych szczęśliwie i prawie zawsze pomyślnym uwieńczonych skutkiem.
Długie lata spokoju, dostatki nagromadzone przez Florentczyków, szczęście które im służyło, uzuchwaliło i zepsuło nowe pokolenie. Ze zbytku sił niezużytych zrodziły się znowu w rzeczypospolitéj rozterki, podziały, waśnie i boje.
Możni i lud stanęli przeciwko sobie jako nieprzyjaciele — stare wspomnienia podnieciły pożar wojny domowéj.
Lud powstał przeciwko patrycjuszom, którzy szczęśliwemu wypadkowi może zawdzięczali iż po ucieczce Giano della Bella nie padli zgnieceni przez tłumy. Skutkiem nowych waśni, gwelfowie podzielili się na czarnych i białych.
Rodzi się tu naturalnie pytanie, do jakiego stronnictwa należał Dante, znajdując się wpośród społeczeństwa roznamiętnionego, w którem pozostać obojętnym zdaje się niepodobieństwem.
Z pism Dantego i z jego życia wnoszono, iż był początkowo z gwelfami, późniéj z gibellinami. W istocie ma się inaczéj. Dante w tym wieku namiętności i wyłączności politycznych okazał się wyższym nad swój wiek i spółczesnych. Nie był on ani gwelfem ani gibellinem, czarnym ani białym, był wiernem dziecięciem Florencyi, kochającym kraj, pragnącym dlań zgody i spokoju.
Nie jest to prosty domysł wyciągniony z pojęcia o charakterze wieszcza, ale rzecz udowodniona współczesnemi świadectwy.
W obu obozach szanował on ludzi przekonań szczerych, chęci poczciwych; w obu nienawidził tych co dla swéj ambicyi poświęcali ojczyznę i mącili wodę dla własnéj korzyści. Żaden ze współczesnych i najbliższych Dantego komentatorów i biografów nie śmie go przedstawić jako zaślepionego i oddanego jednemu stronnictwu. Takie poślubienie interesów partyi nie przystało ludziom serca i zasad — jest to niewola, któréj poddać się mogą, tylko ci, co swéj godności nie czują, ani sobą władną. We wszystkich epokach ludzi stałych przekonań widziemy niezależnemi i odosobnionemi, niewiążącemi się ze stronnictwy, niedającemi uwięzić formułą chwilową. Takim się nam okazuje Dante.
Jeden z późniejszych jego biografów, Balbo, dziwi się a wytłumaczyć sobie nie umie, jak mógł na przemiany żyć z gwelfami i z gibellinami w zgodzie, przyjaźnić się z jednemi i drugiemi. Upatruje on w tem niemal chwiejność jakąś w zasadach. Tak być nie mogło i nie było. Dante kochał swą Italią, kochał ojczysty gród miłością, która w poemacie tryska strumieniem gorącym, wprost z żółcią przepełnionego serca. Mówiąc o nich, znajduje wyrazy tak namaszczone, tak przejmujące jak Jeremiaszowe treny, podnosi się do wyżyn, na które tylko miłość wznieść może. Ale dla tego że kocha ojczyznę, zbawienia jéj szuka nie w ludziach i stronnictwach, ale w zasadach i ideach.

XV.

Stan ówczesnych Włoch, wspomnienia dawnéj wielkości Rzymu, nareście idee wieku, kazały zbawienia szukać w silnéj władzy monarchicznéj, któraby była stróżem porządku powszechnego, nie ścieśniając swobód pojedyńczych gmin i grodów.
Włochy rozbite, poszarpane, o które dobijali się przybysze obcy, w których władza papieżów za słaba była by utrzymać pokój (choć go zawsze mogła zakłócić) — w idei Dantego wyrażonéj w traktacie o Monarchij i w listach — potrzebowały silnéj dłoni coby je zjednoczyć mogła.
Już naówczas zjednoczenie to było pragnieniem i ideałem.
Odbudowanie cesarstwa rzymskiego wedle ówczesnych pojęć i stanu, jedno tylko mogło to zjednoczenie i uspokojenie zapewnić. Pragnąc jedności Włoch Dante, był gorliwym zwolennikiem wskrzeszenia cesarstwa, za szkodliwy i zgubny uważając podział władzy pomiędzy cesarzem a papieżem, który rozstrój i nieład utrwalał.
Nie ofiarą swobód zdobytych przez pojedyńcze gminy, chciał on spokój okupić, ale pojmował że porządek da się pogodzić z niemi, byleby wódz naczelny stał silnie na straży prawa.
To posłannictwo Boże przyznawał on cezarom, mającym uspokoić Włochy, pohamowaniem swawoli chwilowo przeważających a burzliwych stronnictw.
Wedle idei swojego wieku był on za zjednoczeniem Włoch i za prawem przeciwko sile zwierzęcéj a chciał władzę zlać w namaszczone ręce, któreby obok miecza poświęconego, szalę sprawiedliwości trzymały.
W ostatniem rozpadnięciu się Florentczyków na czarnych i białych gwelfów, Dante pozostał po stronie umiarkowanych i chociaż zdaje się że Donati (Czarni) byli rodziną jego żony, trzymał ze stronnictwem Cerchich, które mniéj się okazało gwałtowném.
Nadszedł rok 1300, pamiętny wielkim jubileuszem, którego wspomnienie odbija się niejednokrotnie w Bozkiéj Komedij. Papież Bonifacy VIII wezwał cały świat chrześcijański na tę uroczystość do Rzymu, obdarzając pielgrzymów wielkiemi odpusty.
Niezliczone też tłumy pospieszyły z całéj Europy, a raczéj z całego świata chrześcijańskiego na ten obchód pamiętny; — obraz, który to niewidziane zbiegowisko narodów przedstawiało, musiał w istocie być wspaniałym. Braterstwo ludów nie mogło się w owe czasy inaczéj jak w téj formie religijnéj wyrazić, ale też to ono przedstawiało się czynem, faktem, który obfite przyniósł owoce. U progów bazyliki św. Piotra znikały różnice pochodzenia, rozbrajali się nieprzyjaciele, ocierali się o siebie ludzie i narody, które nigdzie indziéj spotkać się z sobą nie mogły. Wszyscy się tu czuli dziećmi jednego kościoła i jednego wielkiego chrześcijańskiego społeczeństwa. Niema wątpliwości że w czasie tego obchodu Dante znajdował się w Rzymie i uczuł tę całą potęgę duchową stolicy apostolskiéj, którą chciał widzieć w zgodzie i jedności działającą z cesarstwem, dla uspokojenia Italij i świata, dla wspólnéj pracy około przyszłości ludów. Powróciwszy z tego jubileuszu, który myśl jego podniósł nad drobne sprawy chwilowe, Dante zmuszonym był przyjąć dostojeństwo ciężkie Priora rzeczypospolitéj. Urzędników tych było sześciu, ale umysł i zdolności stawiły poetę na ich czele. Wypadek zaszły za prioratu Dantego, gwałtowna waśń czarnych z białemi — wykazuje z jaką bezstronnością spełniał swe obowiązki. Za jego poradą najgwałtowniejszych przewódzców, odznaczających się zajadłością i okrucieństwem, z obu stronnictw, wygnano. Spokój został chwilowo przywróconym.
Oparł się także Dante wnijściu i zajęciu Florencyi przez Karola Walezijusza, którego Bonifacy VIII popierał, bo jarzma obcego znieść nie chciał. Ten jego postępek wyjaśnia że w cesarstwie nie widział on panowania obcych, ale instytucją obejmującą świat w widokach ładu i pokoju, jakby Bożéj straży.

XVI.

Jakkolwiek gorzkie i straszliwe są te wyrazy Bozkiéj Komedij, któremi Dante współczesnych sobie braci Florentczyków smaga i chłoszcze, nie są one może jeszcze dostatecznemi do odmalowania stanu w jaki popadł gród nieszczęśliwy, rzucony na łup najdzikszym namiętnościom. Kilka obrazów da nam téj epoki wyobrażenie.
W Pistoi zbogacony świeżo prawnik Cancellieri zostawił licznéj rodzinie mienie ogromne. Synowie jego i wnuki rozdzielili się na dwa nieprzyjazne obozy, Cancellierich czarnych i białych. Jednego razu syn Cancellierego czarnego bawiąc się z białym krewniakiem ranił go przypadkiem. Ojciec winowajcy dowiedziawszy się o tém, kazał mu pójść przeprosić stryja i brata, za mimowolną nieostrożność. Posłane dziecko poszło, ale stary Cancellieri, uciął mu rękę i kaleką odprawił. Idź, rzekł, zanieś ją ojcu, to moja odpowiedź.
W sporze Donatich z Cerchimi, czterech Cerchich struli stronnicy Donatich. Okrucieństwa popełniano niesłychane, mnożyły się nienawiści nieprzejednane niczem.
Wśród tych zamieszek przybywał Karol Walezijusz, Florencija zadrżała pod groźbą obcego panowania, które Rzym popierał. Wysłano Dantego w poselstwie do papieża aby zażegnać niebezpieczeństwo.
Podanie mieści w chwili téj gdy go rzeczpospolita wyprawiać miała z poselstwem, sławne wyrzeczenie Dantego, w którem upatrywano wyraz dumy niezmiernéj.
Zmuszony do wyjazdu miał się odezwać:
Se io vo chi resta? Se io resto chi va?
Jeźli ja pojadę, któż zostanie? jeźli zostanę, kto pojedzie?
Ale miał słuszność, w istocie zbywało na ludziach, on był jedynym człowiekiem bez nienawiści w sercu, bez celów samolubnych, nie dającym się ująć ni nastraszyć i zdolnym zbawić ojczyznę.
Jednakże posłuszny pojechał, ale po to ażeby został wstrzymanym w Rzymie, gdyż Bonifacy VIII pojmował, jaką będzie przeszkodą dla Walezijusza.
Tymczasem rozwijały się wypadki, — bractwa i cechy mieszczan z wyjątkiem jednego, znużone walkami, zgodziły się na przyjęcie Karola, który przyrzekał iż nie naruszy swobód grodu i wnijdzie jako pacyfikator.
Czarni, stronnictwo odznaczające się gwałtownością, popierało Walezijusza, stało ono po za nim i pozornie pragnąc pokoju, wrzało zemstą.
Smutne były dni tryumfu tego, którym płomień pożarów przyświecał — otwarto więzienia, wypuszczono złoczyńców, grabież i gwałty zakrwawiły Florenciją. Zemsta była nieubłaganą, czarni znęcali się z zajadłością barbarzyńską nad stronnictwem Cerchich.
Padł ich ofiarą poeta, zapozwany, nieosądzony i wskazany na spalenie żywcem, jeźliby został pochwyconym. Był w Rzymie gdy mu zadano wymyślone winy, bronić się nie mógł i pozostał wygnańcem, tułaczem do końca życia.

XVII.

Z tym dniem rozpoczął on swoją wędrówkę tęskną, łzawą, męczeńską ale pełną owoców, które tylko wielka boleść rodzić umie.
Ubolewać można nad tém życiem złamanem wielkiego człowieka, ale byłżeby on podniósł się do téj wysokości ducha, do téj uczucia potęgi, gdyby nie cierpienia?
W życiu człowieka wszystko wielkie rodzi się w bólach — szczęście czyni bojaźliwym i bezsilnym, boleść zolbrzymia i spotężnia ludzi i ludy. Drobne istoty giną zgniecione jéj brzemieniem, ale to co ma zaród żywota — wyrasta.
Dante na wygnaniu dopiero staje się onym wielkim wieszczem chrześcijańskim, przed którym ta ojczyzna co go uczyniła tułaczem, przez wieki ma klęczeć w szatach pokutnych.
Narody, które starają się sobie usłać łoże wygodne a złociste, zabierają się do spoczynku — przeczuwają mogiłę, ścielą grób. Ludy i ludzie umiejący cierpieć doznają błogosławieństw boleści.
Tak, ona jest ową dźwignią, która rodzi wielkie czyny i podnosi ludzi do wielkości — błogosławieni co cierpią a cierpieć umieją.
Dante jako człowiek narzeka na tułactwo swoje, ale w wielu poezijach czuć, że cierpienie jako opatrznościowo zesłane, jako potrzebne i godne siebie uważa.
W jednéj z prześlicznych swych pieśni, malującéj przyjście trzech symbolicznych postaci do jego zbolałego serca (Tre donne intorno al cuor mi son venute) tak się odzywa:

„Słysząc ich bozkie wyrazy
Wygnanie moje za cześć mam dla siebie
A jeśli sądy przeznaczeń i siła
Chcą by się białe kwiaty szarą barwą okryły —
Upaść z zacnemi ludźmi jest pochwały godném.“

Co więcéj, poeta pojmował tak nie tylko losy i przeznaczenia ludzi, ale całych narodów, bo w księdze de Vulgari Eloquio, powiada:
»Wchodzą w widoki Opatrzności nawet nieszczęścia narodów — i przystało aby jeden z nich, cierpiał za wszystkie.
(Entrano nelle vie della providenza anche le infelicita delle nazioni, e convien talora che soffra una per tutte).«
Ciemną jest historja Dantowego tułactwa, chociaż gdziekolwiek stopą dotknął ziemi, piętno po niéj zostało i przetrwało do dziś dnia. Część jednak tylko tych długich wędrówek da się ściśléj oznaczyć.
W początkach, jak każdy tułacz, Dante nie przypuszczał, ażeby powrót do ojczyzny miał mu być na wieki wzbronionym. Wraz z innemi skazanemi na wygnanie pisał on listy błagające przebaczenia, domagające się raczéj usprawiedliwienia i powrotu, przyrzekając wstrzymać się od wszelkich kroków nieprzyjacielskich względem niechętnych, od wszelkich knowań przeciw zwycięzkiemu stronnictwu.
Ale starania te spełzły na próżno. Florencija zamiast spodziewanego pokoju wrzała wojną i walką, nienawiści były nienasycone, rozżarte, nieprzebłagane.
Dante usunął się od współuczestnictwa w spiskach i dalszych politycznych robotach stronnictwa, do którego zaliczano go, w które wpadł mimowoli. Wedle jego słów własnych sam on tworzył całe stronnictwo swoje.
W XVII pieśni Raju, znajduje się znany powszechnie, cudny ów ustęp o goryczach wygnania, włożony w usta przodka jego Cacciaguidy. Tętni on wiekuiście w uszach i sercach wszystkich tułaczów, nieśmiertelną prawdą wyrażonych w nim uczuć.
(Raj XVII):

I rzucisz wszystko coć najdroższem było —
Z łuku wygnania to najpierwsza strzała.
Doświadczysz jako gorzki chléb tułaczy.
Chléb obcych — jako ciężko na te wschody

Wchodzić a schodzić do obcego domu —
A co największem brzemieniem obarczy,
To towarzystwo złośliwe a głupie:
Z którém współ, razem padniesz w te niziny.
Ono niewdzięcznie, szalenie, bezbożnie,
Przeciwko tobie stanie; ale rychło
Nie twoje czoło wstydem się zrumieni;
Ich to srom spotka że poszli z bydlęty...
Dla ciebie chluba urośnie żeś umiał
Sam sobie własnem stronnictwem być całem.

Małych czy wielkich, głośnych czy nie znanych historja wygnańców zawsze jedna, są to rośliny wyrwane z łona ziemi co je zrodziła, z razu sokami z niéj zaczerpniętemi wegetują, potém schną stłuczone nogami przechodniów. Mylę się, złe zielsko urośnie wszędzie i bujać będzie, a szlachetniejsze zaginie.
I nasz wieszcz żył tak zrazu nadzieją powrotu, tułając się od domu do domu. Mówią, że przebywał czas jakiś u Guidona Salvatico lub u Guidona Dovadolo, posiadacza téj włości, którą opisał w XVI pieśni piekła.
W początkach r. 1305 miał się udać do Romanij.
W tych wędrówkach już mu towarzyszyła nieśmiertelna pieśń jego, którą tęsknotę za krajem opędzał, a która nią cała przesiąkła.
Jakiś czas znajdował się z synem w Bolonij, która naówczas była ogniskiem życia umysłowego Włoch całych. Tu miał się znajdować jeszcze w r. 1306.
Zawiązał on stosunki z rodziną Malaspinów, w celu przejednania i zgody. Mieszkał potém w Padwie.

XVIII.

Przez cały ten czas trwał on w nadziei, że krajowi użytecznym być potrafi, uśmierzając nienawiści, przygotowując zgodę, krzątając się około tych, którzy na los ojczyzny jego wpłynąć mogli — ale te usiłowania wygnańca były nadaremne.
Szukając pociechy w pracy, w tych latach napisał Convito amoroso, usiłując w niem objaśnić swe Canzony filozoficzne — rzecz niedoprowadzoną do końca. Potem znakomitą na swój czas rozprawę de Vulgari eloquio, wedle wszelkiego podobieństwa ułożoną w czasie pobytu w Padwie, gdzie materyały do niéj najłatwiéj mógł mieć pod ręką.
W tym czasie mieści się prawdopodobnie także podróż jego do Paryża i Oxfordu, którą Benvenuto da Imola w niewłaściwéj dacie podaje. Środki do téj podróży, które dla ubóztwa (uskarza się na nie w Convito wyraźnie) byłyby niemożliwe — dostarczyć musieli przyjaciele, może Malaspinowie.
Bliżsi epoki Dantego bijografowie wyraźnie mówią, że celem tych podróży do Bononii, Padwy, Paryża i Oxfordu — było wykształcenie się w teologii i zamiar osiągnienia stopnia Doktora. Ale dla dopełnienia niezbędnych formalności, zabrakło mu — pieniędzy. Złożył tylko examena, lecz musiał powrócić z niczem.
Dotychczasowi komentatorowie i życiopisarze naszego poety dziwnym trafem nie zwrócili uwagi na wpływ, który na jego naukowe wykształcenie mógł mieć pobyt w Oxfordzie, pod koniec życia lub zaraz po śmierci Rogera Bakona.
Powodem zapewne tego przemilczenia jest, że pisma Bakona i żywot jego mało były badane do ostatnich czasów; a prześladowanie człowieka i pism za życia, rozciągnęło się na długie po zgonie lata.
Zdaniem naszem, ta niezmierna nauka, która wzbudza podziwienie i zdaje się w Dancie nad wiek swój potężną — najprawdopodobniéj mogła być zaczerpniętą z najgłębszego dzieła naukowego, jakie wiek ten wydał, z Opus Majus Bakona.
Bliższe rozpatrzenie się w téj pracy i porównanie jéj z wiadomościami, które zdradza poeta w Bozkiéj Komedij — uderza tem, iż najmniéj popularne prawdy z nauki o świetle, o życiu roślin, astronomii i t. p. właśnie się w dziełach Bakona znajdują.
Nie możemy na nieszczęście rozszerzać się nad tym przedmiotem, tem ciekawszym, iż jakimś wypadkiem dotąd wcale badanym nie był, a jest polem świeżem dla studijów; powiemy tylko słów kilka o życiu i pismach Bakona.
Po ciężkiem prześladowaniu, którego doznał... w r. 1292 widziemy go już siedemdziesiąt ośmio-letnim starcem, złamanym więzieniem, torturą, głodem... ale jeszcze życia pełnym. Jest to rok jego rehabilitacyi za jeneralstwa Rajmunda Gaufredi. Prawdopodobnie Bakon dożył do końca XIII wieku (chociaż rok jego śmierci podają 1294) — a gdy Dante znajdować się mógł w Oxfordzie, w kilka lat po jego śmierci — zastał tam żywe jeszcze po nim wspomnienia i rękopisma uczonego mnicha.
Dziwnem być może, iż o nim w poemacie swym nie wspomina, chociaż się to tem tłumaczy, iż imie Bakona u współczesnych tak złéj używało sławy, że niemal ze wszystkich odpisów jego rękopismów ścierano je umyślnie.
Pomiędzy Dantem a Bakonem nie zachodzi żadne podobieństwo ducha. Bakon był nieprzyjacielem jawnym Alberta W., nawet Ś. Tomasza i całéj perypatetyczno-scholastycznéj filozofii i teologii; był śmiałym nowatorem, człowiekiem realizmu ziemskiego, dążącym w nauce do użytecznego, praktycznego jéj zastósowania. Dante żył po za światem, w ojczyźnie ducha, w rzeczywistościach ideału, jak się wyraża Ozanam. Są to więc krańcowo sobie przeciwne usposobienia, natury i poglądy.
Ale pomimo to, nauki faktów, fenomenów przyrodzonych, wiadomości takich, jak o igle magnesowéj, o ciążeniu ciał, o świetle, o astronomii i t. p., nigdzie obficiéj, nigdzie łatwiéj nie mógł zaczerpnąć Dante jak w rękopismach Bakona, naówczas już tem słynniejszych, im surowiéj zakazywanych. Dowodzi tego liczba ich odpisów po biblijotekach Anglii i Francyi, wynalezionych przez p. E. Charles, ostatniego bijografa Bakona. Stosunek Dantego do zakonu Ś. Franciszka, do którego Bakon należał, zbliżenie się czyni jeszcze prawdopodobniejszem.
Powtarzamy, analogij w zapatrywaniu się na świat i naukę, w metodzie i systemie filozofij, nie ma najmniejszéj między niemi; ale w narzekaniach na zepsucie wszystkich klass społeczeństwa, na demoralizacyą, skażenie obyczajów, na sobkowstwo, spotyka się często z dziwną i zupełną zgodą.
Dante powtarza Bakona prawie z tąż samą gwałtownością, gniewem, oburzeniem... oba wzywają pomsty niebios na tych, co posłannictwa swojego na ziemi nie spełniają.
Łączy ich jeszcze obu czysta, wielka miłość nauki i nadzwyczajna na swój czas wiedza... Po za temi granicami można Bakona i Dantego uważać za dwa krańcowe i przeciwne bieguny epoki. Nie przeszkadza to wcale by chciwy światła poeta z pism Bakona czerpać go nie mógł.

XIX.

Gdy Henryk VII. ciągnął po śmierci Albrecht’a na zdobycie Włoch i wskrzeszenie cesarstwa, Dante listem pełnym uczucia i wymowy, wzywał Italiją do poddania się posłannictwu Cezara, które jak pojmował, najlepiéj następny ustęp tłumaczy. W Cezarze widział on zjednoczenie Włoch, ojczyznę swą wielką, jednolitą i potężną.
»Szaleni, woła do Włochów, opuszczacie cesarstwo, usiłując stworzyć państwo nowe i obok społeczności rzymskiéj, chcecie stawić odrębną florencką.«
Ale głos wygnańca doradzający Henrykowi VII aby wprost zdążał do Florencyi — rada Florentczykom dana, usłuchanemi nie były.
Owszem osądzono poetę jakoby pragnął dla tego tylko zajęcia ojczyzny swej, by do niéj mógł powrócić. Mierzono go miarą pospolitych ludzi. Przebaczył on i fałszywy sąd ziomkom i cesarzowi że go nie usłuchał.
W czasie téj wyprawy Henryka VII, aż do jego zgonu, pracował Dante nad przygotowaniem mu zwycięztwa, był czynnym.
Z Porciano od hrabiego Guidi udał się do Forli w Romanij, zkąd korrespondował z Can Grande della Scala, książęciem Werony. Z Romanij, podobno na rozkaz króla Roberta został wygnanym, jakoby wyjęty z ułaskawienia, którem innych jego współziomków obdarzono.
Na samych tu niemal domysłach lub wskazówkach czerpanych z samego poematu, opierają się wieści o życiu wygnańca. Legendy podobne do téj, którą w wieży w Porciano opowiadają, posługiwały także do związania powieści o jego wędrówkach.
Jedni utrzymują, że przez jakiś czas przebywał w Genui, drudzy przytaczają dowody iż w oblężeniu Florencij (Marzec 1313 r.) znajdował się w wojskach cesarskich, co nie zdaje się prawdopodobném.
Niedaleko od Genui, na drodze ze Specij do Pizy, około znikłego dziś miasteczka Luni, w oddzielnym kraiku, który się niegdyś zwał Lunigiana, a do dziś dnia odrębność pewną w obyczajach ludu zachował, mieszczą jedno o Dancie wspomnienie, które Cesare Balbo przywodzi w jego żywocie.
Czasu wędrówek wygnania, błądząc po nieznanych kraju zakątkach, Dante wszedł raz wieczór do otwartego jeszcze, ale już pustego przy klasztorze kościołka. Tu posępny, zadumany, począł chodzić od ołtarza do ołtarza, od obrazu do obrazu, rozmawiając duszą z tym, w którego przybytku się znajdował.
Wtém braciszek widząc nieznajomego błąkającego się po kościele, zdającego się szukać czegoś, zbliżył się i zapytał go.
— Czego tu szukacie?
— Pokoju! (La pace) odpowiedział poeta.
Ale o takim pokoju jakiego on szukał na ziemi, marzyć się nie godzi, pokój to nie tego świata.
Pobyt w Weronie u Can Grande i przyjaźń możnego pana dla ubogiego poety, nie ulegają wątpliwości.
Charakterystycznem jest, iż Dante wygnaniec, tułacz, już naówczas stał tak wysoko u współczesnych, iż w każdym ważniejszym wypadku głos podnosił. Tak do Henryka VII, do Florentczyków, na ostatek do kardynałów zebranych dla obioru papieża po śmierci Klemensa V, odzywa się z powagą męża, którego zdanie na szali zaważyć musi. Chwalono powszechnie te odezwy wielkiego człowieka — ale go nie słuchano.
Rosła sława Dantego na téj pustyni wygnania, poemat jego już w części był znany, oceniano głęboką jego naukę i duszę szlachetną. Miał on przyjaciół nawet w téj Florencij ukochanéj zarazem i znienawidzonéj, którzy się dlań o dozwolenie powrotu starali.
W r. 1317, jak się zdaje, duchowny jakiś doniósł mu, iż rzeczpospolita nareście zezwalała na powrót jego, ale pod pewnemi warunkami. Warunki te były ażeby odarty ze wszystkiego, bo mu jego mienie na skarb zabrano, zapłacił karę pieniężną wynoszącą osiem tysięcy lirów i — w dzień uroczysty, w stroju pokutnika, w koszuli, ze świecą w ręku jak winowajca upokorzony, przeszedł ulice miasta!!
Odpowiedź Dantego na list przyjaciela doszła do nas, — z goryczą się w niéj odzywa:
»Czyżem zasłużył, bym w oczach wszystkich niewinny, po piętnastu wygnania latach, po trudzie i pracy nad nauką — tak do ojczyzny powracał?
Nie tą ja drogą mój ojcze, powrócić mogę do kraju, a jeśli znajdziecie inną, która by sławie i czci Dantego nie czyniła krzywdy, — o! pójdę nią i nie powolnemi kroki!«
Kończy zaś smutnie:
»Czyż wszędzie pod bożem niebem nie mogę badać prawd odwiecznych, ażebym miał osławiony, zesromocony, znowu się wciskać pomiędzy lud florencki.... O! nie zabraknie mi chleba!«
Dłuższy czas bawił Dante na dworze Scaligerów w Weronie, gdzie urząd sędziego sprawował. Był to dwor świetny, wesoły, pełen przepychu, taki jakiego wojownik po trudach boju dla wytchnienia potrzebował.
Już naówczas, jak się okazuje z powieści zachowanéj o kobietach, które sobie Dantego pokazywały jako człowieka, który z piekła powrócił — pierwsza część poematu musiała być znaną powszechnie.
Pobyt na tym dworze Can Grande, którego gościnność była wystawną, a otoczenie świetne, a towarzystwo do zbytku lekkomyślne i wesołe — nie bardzo musiał do smaku przypadać osmutniałemu wygnańcowi. Boccacijusz opowiada o gościnie u Can Grande w Weronie ze szczegółami charakterystycznemi. Każdy z przybywających gości, miał tam właściwy stanowi swemu i położeniu wyznaczony pokój osobny, usługę i stół. Nade drzwiami tych mieszkań były allegoryczne obrazy i zdania, które się do stanu, obyczaju lub usposobienia umysłu gościa stosowały.
Zwycięzcy rycerze patrzyli na malowane tryumfy, wygnańcy na godła nadziei, poeci na gaje Muz, kupcy na atrybuty Merkurego, a duchowni na raj i niebiosa. Ściany izb były także przyozdobione obrazami, przedstawiającemi najulubieńsze idee wieku — nietrwałość życia, niestałość losu itp.
Obok tego przepychu sztuki, pełno było wszelkiego rodzaju rozrywek, jakich zwykli szukać ludzie wojną i sprawami państwa zajęci; śpiewaków, kuglarzy, nawet błaznów, wesołków mających smutne myśli rozpędzać.
Z kilku tych rysów i z powieści o Dancie, domyślać się łatwo jak wyglądał dwór ten XIV wieku, wesół, lekki, namiętny, szukający roztargnienia po bitwach i znojach zarówno w poezij i błazeństwach, w kuglarstwach i w sztuce; przyjmujący równie gościnnie tego Dantego smętnego, który na Scaligerze tak wielkie dla Włoch pokładał nadzieje, i pierwszego lepszego śmieszka.
Odpowiedź poety temu, co się go pytał o przyczynę powodzenia błazna, prześcigającego poetę i druga, którą tu przywiedziemy, — tłumaczą nam uczucia wygnańca wśród tego gwarliwego tłumu płochych rycerzy.
Raz u wieczerzy, znać wedle obyczaju strojenia śmieszków z poety, Can Grande (pies wielki) kazał chłopcu wleść pod stół i kupę kości zrzucić Dantemu pod nogi. Było wówczas obyczajem jedząc, ogryzki rzucać na ziemię.
Po biesiadzie Can ukazując te kości, począł wyśmiewać poetę z jego obżarstwa i pytać go o przyczynę takiego mnóstwa kości.
— Gdybym był psem (Can) kości by przy mnie tyle nie było.
Ostra ta odpowiedź, równie gorzką jak pierwsza być musiała dla dumnego Scaligera, ale ją sam bolesnym żartem wywołał.
To też uciekał potem poeta od gwaru Werony, szukając samotności w klasztorze Kamedułów w Fonte Avellana, gdzie dotąd celę, którą zajmował, pokazują.
Przemieszkiwał też czas dłuższy u Bosone di Rafaelli w Agubbio (dziś Gubbio), w Colmarello, i w Udine u Paganów della Torre. Wszędzie są dotąd po nim żywe pamiątki, które się przez pół tysiąca lat uchowały.
Powrócił potém do Werony.
Poemat cały już skończony naówczas, imie jego coraz czynił głośniejszem, choć nie wszystkim znany był w całości. (W r. 1320 Raj nie był jeszcze rozpowszechniony).

XX.

Po znacznéj klęsce, którą poniósł Can Grande, Dante nie chcąc mu być ciężarem, usunął się do Rawenny, dokąd go Guido da Polenta wielekroć wzywał. Syn jego miał tam miejsce sędziego, mógł przy nim spocząć i odetchnąć. Niestety, o powrocie do ojczyzny mowy już nie było.
W 1321 pomiędzy Guidonem da Polenta a rzeczpospolitą Wenecką powstał spór. Dantego użyto do przejednania, ale zaledwie przybywszy do Wenecij, znalazłszy rozdraźnionych, którzy go słuchać nie chcieli — powracać musiał nazad lądem, w porze jesiennéj, nizinami pełnemi wyziewów niezdrowych do Rawenny, zgryziony niepowodzeniem poselstwa swego. W drodze téj dostał gorączki i powrócił do swoich aby na rękach synów i córki Beatrysy skonać dnia 14 Września 1321.
Podanie powiada, iż kazał się jako braciszek zakonu św. Franciszka w sukni mniszéj pogrzebać ubogo, chociaż Rawenna chlubiąc się z posiadania zwłok jego, z wielką wspaniałością pochowała poetę.
Otóż krótki, niedostateczny rys życia jego, którym pragnęliśmy poprzedzić zastanowienie się nad nieśmiertelną epopeją. Wiele szczegółów nie weszło w te szczupłe ramy.
Już w chwili zgonu, tułacz miał tę pociechę, że choć nie cały, poemat jego powszechnie był znanym. Podanie mówi, że dopiero po zgonie, trzynaście ostatnich pieśni syn miał wynaleść, we śnie otrzymawszy o nich objawienie.
Sława wielka otaczała jego łoże, wieńcząc skroń zoraną troskami wygnania, ubóstwa, upokorzenia dworactwa i zależności. Czuł on, że nie cały umrze, bo ten wiek nawet po nad który tak się wzniósł wysoko, instynktowo przeczuwał potęgę téj pieśni, którą następne karmić się i badać miały bez końca.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.