Dante (Jellenta)/Wygnaniec

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Cezary Jellenta
Tytuł Dante
Data wydania 1922
Wydawnictwo Księgarnia F. Hoesicka
Druk P. Laskauera i W. Babickiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ III.



WYGNANIEC.

I.

Dzisiejszy badacz dusz ludzkich, patrząc na tę trawiącą i pożerającą siłę uczucia, które wielki poeta włożył w miłość dla Beatryczy, zawyrokowałby odrazu, że nie urodził się on pod szczęśliwą gwiazdą. Verlaine nazwałby go najtęższą odroślą plemienia saturnijczyków, którego żywiołem jest nerwowość, zgryźliwość i nieszczęście. Śmierć ubóstwianego dziewczęcia była dopiero zwiastunem klęsk dalszych.
Ale klęski spadają tylko na ludzi żywych, czynnych w odmęcie świata, na tych, co mają wielkie namiętności, żądze i pragnienia i co swe odrębne od powszednich upodobania i ideały wyrzucają na zewnątrz, nie więżąc ich potulnie we własnem łonie. Jakoż i Dante żył życiem bogatem i czynnem. Od pierwszego wystąpienia w świecie zdradza naturę niespokojną, żądną szerokiego pola działania, — niema w nim ani śladu mnicha, ślęczącego nad księgami w zapomnieniu o rozkoszach i walkach ziemi. Albo może życie ówczesnych Włoch, a Florencyi w szczególności, miało tę własność porywania wszystkich w swój niebezpieczny wir, może to borykająca się dusza wieku trzynastego rozwichrzała, czyniła wszystkich, nawet najspokojniejszych, awanturnikami lub szermierzami? Toć wtedy nawet słudzy Boży, biskupi i prałaci, dosiadali konia i wiedli na bój swoje owieczki, a każdy obywatel do dziesięciu różnych stronnictw, szamocących się z innemi dziesięciu partyami, należał.
Z licznych dramatów dziejowych, których widownią był ów wiek potężnienia indywidualizmu, — jeden wielki[1] dwa małe odbiły się na losach i dziełach Danta i wpłynęły głównie na ukształtowanie jego twórczości. To też zamiast szeroko uwzględniać historyę, co uważają za niezbędny wstęp do wszelkich prac nad wielkim florentczykiem i jako nieodzowny warunek do zrozumienia jego dzieł — zaznaczymy tu owe trzy wielkiej wagi momenta dziejowe.
Pierwszy — to wiekowa walka Stolicy Apostolskiej z potężną wizyą czy tradycyą Państwa Rzymskiego, którą nowym blaskiem otoczył Karol Wielki. Godzi się pamiętać, że Zachód czysto świecki w dzisiejszem znaczeniu słowa nie istniał wtedy. Choć wielki monarcha Franków, a po nim silni władcy niemieccy, rościli prawo do wpływu na obiór papieża, lecz papież ze swej strony, wsparty na narodzie rzymskim, chciał zachować prawo zatwierdzania i koronowania cesarzów. Oczywiście, nie był to spór obcych narodów z ludami włoskiemi o wzajemne prawa i obowiązki, ile raczej spółzawodnictwo dwóch wielkich tronów: świeckiego i duchownego, aczkolwiek nieraz przybierał on we Włoszech cechy walki o niezależność od władzy obcej, narzucającej się zzewnątrz. W ten sposób wiekopomne zwycięztwo Grzegorza VII Hildebranda było wprawdzie upokorzeniem władzy świeckiej w osobie Henryka IV, kiedy-to przez trzy dni cesarz stał boso na śniegu w Canossie, ale zarazem płynęło z głębokiej wiary, że władza monarchy jest nieprawowitą i niższą. Ponury reformator Kościoła może odwrócił rozwój Ludzkości wstecz, gdy głosił, że jak księżyc bierze swe światło od słońca, tak cesarz jest tylko odblaskiem mdłym papieża; ale na dane przezeń hasło zbudziła się samowiedza państwowa i narodowa w wielu księstewkach włoskich. Za jego-to spraną powstały niezależne gminy Medyolanu, Genui, Pizy, Lukki i wielu innych miast; dokonano niemal rewolucyi przeciw zwierzchniczym uroszczeniom cesarzów.
Ale następcy wielkiego mnicha, który potęgą woli i ducha zdołał od warsztatu ciesielskiego ojca wspiąć się na najwyższe dostojeństwo — byli już tylko słabymi lub samolubnymi wodzami w wojnie o inwestyturę. Nie ulękli się ich monarchowie niemieccy, ani Fryderyk Rudobrody ani zwłaszcza wielki Hohenstaufen, Fryderyk II. Przy nim wybucha z świeżą siłą pożar, stłumiony na czas jakiś przez harmonię wspólnych wypraw krzyżowych. Imperator rzymsko-niemiecki, umocniwszy się i rozsadowiwszy głównie w Sycylii — w Palermo miał swój dwór — i w południowych Włoszech, działa, rządzi i podkupuje papieży z bezwzględną żywiołową energią. Nadaje on państwu świeckiemu hart i organizacyę, która wywołuje okrzyki zachwytu u takich znawców jak Burckhardt. Rozpościera dokoła taki urok władzy i oświaty, tak czaruje dworzan potęgą indywidualności, że przywabia do siebie najlepsze umysły i talenta artystyczne. Do jego idei państwowej może najwięcej pasuje uwaga Micheleta, że bez walki żywiołowej dwóch owych potęg — nastałaby cisza i zmartwiałość Wschodu. Bo z zuchwałą sprężystością rządów cesarz łączył wysokie wykształcenie, literackie i filozoficzne, wstręt do bigoteryi, dzielność osobistą bez granic. W stosunku do ustroju feudalnego był despotą i gwałcicielem swobód, tyranem i inkwizytorem, lecz przy nim też zakwitła sycylijska szkoła poezyi włoskiej i wszechnica w Neapolu.
Klątwa, pod którą umarł, podobno z ręki własnego krewniaka, Fryderyk II, ścigała i jego następców, między którymi dziwnie poetyczną pamięć po sobie zostawił najmłodszy syn, Manfred, król lutnista, dusza wspaniała, tkliwa i marzycielska. Wówczas tedy papież Klemens IV przywołał dla ostatecznego zwalczenia domu Szwabskiego — Karola Andegaweńskiego. Lecz ani on, ani syn jego, nie mogli się uporać z buntowniczym duchem południowców, którzy już utopili byli w krwawej łaźni, zwanej «Nieszporami sycylijskiemi», potęgę berła francuzkiego i pomścili okrucieństwa Karola nad synem Fryderyka, Konradem, dokonane. Nowe powikłania sprowadziła dynastya hiszpańska i nowe krwi rozlewy, zbrodnie i wojny. Stolica Apostolska głosiła kompletną wojnę świętą przeciw ostatnim «żmijom» rodu Hohenstaufów, jako przytem zaprzyjaźnionym z Saracecenami[2]. To brała ona górę, to gięła się; ale ostatecznie nie odzyskała dawnej świetności, zwłaszcza, że panowanie Dom Pedra Aragońskiego, ożenionego z córką Manfreda, Konstancyą, ożywiło sympatye i nadzieje partyi cesarskiej. Późniejsi papieże rządami swemi i brakiem wybitnych charakterów i wyższych zasad dali swym przeciwnikom nową broń do ręki, przyczynili się jeszcze do podniesienia chwały zmarłych cesarzów i utrwalenia na zawsze samej idei imperyalizmu. Choć bowiem późniejsi pretendenci do korony rzymskiej, jak Rudolf Habsburski lub Albrecht Austryacki, ideę tę swem niedostatecznem i nie dość wyłącznem poświęceniem się Włochom przyćmili — widział w niej jeszcze Dante prawdziwą gwiazdę przewodnią Włoch. O ile wrogo patrzył na intruza, Karola Walezyusza, którego sprowadziły do Toskanii samolubne rachuby i intrygi Bonifacego VIII, o tyle znów wszystkie nadzieje swe i marzenia wszechludzkie opierał na Henryku VII.
Na tę-to chwilę walki dwóch udzielności przypada życie Danta. Wszystkie wymienione tu osobistości, a oprócz nich setki innych, słowem, wszystkich, co się złożyli na taki stan rzeczy i historyę tworzyli, możemy odnaleść w obrazach Danta, ze współczesnych zaś wielu wprost ważną rolę w jego osobistych kolejach odgrywało. Gdy wszedł w życie, cała Toskania podzielona była na dwa wielkie obozy: stronników najwyższej władzy papieża, czyli Gwelfów (Wölfe) i zwolenników idei, że władza cesarska idzie wprost od Boga — czyli Gibelinów (Weiblinge). Zobaczymy dalej w jakim stosunku do zapaśników był wielki poeta, ale zawczasu pamiętać się godzi, że dla ogółu lub też większości jego rodaków wojna owa była wprawdzie starciem wysokich podstawowych zasad, lecz zarazem i karmią rozkiełznanej samowoli i budzącego się indywidualizmu gmin i prowincyi.
Miary zawichrzenia dopełniały w całych Włoszech, a szczególniej w Toskanii, dwa inne momenty. Oto łeb podniosła nowa hydra: walka Białych z Czarnymi. Jak wszelkie inne, nie wyłączając welficko-gibelińskiej, i ona wzięła swój początek z błahego sporu dwu rodzin i z czasem dopiero stała się antagonizmem stronnictw i zasad politycznych. Waśń o spadek, wynikła między potomkami notaryusza Cancellierego z Pistoi, rozdzieliła ich do tego stopnia, że za niewinne zadraśnienie jednego z nich w zabawie młodzieńczej — odpłacono winowajcy ucięciem ręki w chwili, gdy przybył przeprosić kuzyna za mimowolną krzywdę. Ofiara okrucieństwa należała do odłamu Cancellierich Czarnych, oprawcy — do Białych (po matce, Biance). Na czele pierwszych stanął straszny Corso Donati, drugich wziął pod swój sztandar Vieri Cerchi. Dzięki takiemu układowi sił cała Florencya, która chciała wpływem swym stłumić pożar w Pistoi i wezwała walczące partye do siebie, sama stanęła w płomieniach, albowiem domy Donatich i Cerchich z dawien dawna żywiły ku sobie zaciekłą nienawiść, — tamten zazdrosny o bogactwa, popularność i urodę Vierego, ten zaś o polor i wykwint arystokratyczny Corsa, który posiadał wszelkie talenty rycerskie i towarzyskie w wysokim stopniu i niesłychaną dumę, ze zjadliwym dowcipem połączoną. Nadto przeciwnicy byli szwagrami; Donati był niegdyś żonaty z siostrą owego Cerchiego i według wszelkiego prawdopodobieństwa pozbył się jej za pomocą trucizny. To miało być właściwym początkiem walki, której przebieg obfitował w sceny najzupełniej nadające się do piekieł, nawet nie-Dantejskich, a w której bronią Donatich bywała najczęściej trucizna. Zresztą i sztylet nie próżnował i omal nie zginął odeń poeta Guido Calvacanti, dla którego Dante miał cześć głęboką i któremu przypisał swe Nowe życie.
Wreszcie trzeci fakt dziejowy: ustrój Florencyi. Sławne miasto nie tylko że było już wówczas, t. j. na długo przed Odrodzeniem, pięknym grodem ogrodów i kolebką wielkich artystów i mędrców, ale było i gminą wybitnie mądrą i postępową. Zdobyło ono sobie jeszcze w r. 1250 ustrój bardzo zbliżony do zupełnego samorządu, aczkolwiek oparty na podstawie wojskowej. Już wtedy, t. j. jeszcze za życia Fryderyka Staufena, gwelfowie nie mogli znieść niemieckiej gwardyi przybocznej Fryderyka Antiochijskiego, wielkorządcy Florencyi, i wypędziły ją, stawiąc na jej miejsce militaryzm własny. Zaraz potem śmierć wielkiego monarchy sycylijskiego poparła znakomicie sprawę narodowców i ludu, który, celem ukrócenia niszczących wojen domowych, wprowadził w r. 1252 urządzenia ściśle demokratyczne i przedstawicielstwo stanów miejskich tak wybitne, że wykluczało ono formalnie patrycyuszów od udziału w sterowaniu rzecząpospolitą. Co prawda, dali oni sobie prędko radę z ograniczeniami, zwłaszcza, że te nie były zgoła radykalne i wystarczało zapisać się do jednego z wyższych i mocniejszych kunsztów (zgromadzeń zawodowych), ażeby utracone przywileje odzyskać, a w każdym razie stanąć na równi z mieszczaństwem. Były to bowiem w rzeczy samej rządy wyższego t. j. zamożnego, inteligentnego mieszczaństwa. Florencya i w tem dawała dowody wielkiego rozumu stanu, że zostawiała otwartą furtkę stanowi rycerskiemu. Nie szło jej bowiem o rozdmuchywanie nienawiści klasowych, lecz jedynie o utrwalenie słusznych swych praw i względnego pokoju. Zobaczymy w dalszym ciągu, że umiała ona bronić swej wolności i praw mieszczańskich wobec ciągle ponawianych zamachów i że te prawa zdołała nawet znakomicie umocnić. Szczytowy zaś, najbardziej krańcowy okres tej rosnącej wciąż demokratyzacyi ma dla nas szczególne znaczenie, albowiem odegrał rolę bezpośrednią w losach Alighierego.
Tymczasem jednak nie zawadzi wyjaśnić sobie, jaki był stosunek wzajemny owych trzech przeciwieństw, dzielących Florencyę. Nie ulega kwestyi, że w jednem sumieniu łączyły się nieraz najrozmaitsze sympatye i kierunki, ale przeważnie Czarni szli ręka w rękę z arystokracją: Biali mieli za sobą lud, śród którego zażywał miru trybuna — Vieri Cerchi. Jedni zaś i drudzy należeli do gwelfów, co już samo przez się charakteryzuje odosobnione i niekorzystne stanowisko gibelinów. W ogólności przyjąć można, że Florencya była starodawnem, uznanem siedliskiem gwelfów.
Patrząc na mozolny, ale niezachwiany, rozwój duszy tego dziwnego miasta z odległości sześciu wieków, na wzrost jej samowiedzy narodowej i społecznej, — chciałoby się zastosować doń prawidło dziejów nowoczesnych i powiedzieć, że prąd narodowy szedł równolegle z ludowo-demokratycznym, zaś żywioł arystokratyczny bratał się z kosmopolitycznym, gdyby nie fakt odrębny, a wielce dla Włoch znamienny, że tam właśnie potężniejsze rody, jako zagrożone przez żarłocznego orła cesarskiego, z pobudek czysto samolubnych sprzymierzać się musiały z ludem. Ich indywidualność i tendencya dośrodkowa idei cesarskiej były, rzecz prosta, zasadniczo wrogie. Przeto t. z. popolani czyli stronnictwo ludowe łączyło się nieraz z arystokracyą celem zwalczenia wspólnego wroga — gibelinów. Ogólne więc tło polityczne Florencyi, jej duch właściwy, z dawien dawna były narodowe, chociażby za cenę przymierza z wrogami ludowładztwa. Tkwiła w tem, oczywiście, socyalna sprzeczność i nienaturalność, lecz tę zobojętniano za pomocą pewnego rodzaju syntezy w postaci owej zasady państwowej, która dawała wprawdzie przewagę zamożnemu mieszczaństwu, lecz wszystkim niemieszczanom, gotowym stanąć pod jego godłem, budowała złoty most.
Owe wojny domowe i zamieszki wyłaniają z siebie jednę organiczną cechę Toskanii. Jej zdrowy żywotny instynkt pragnął przebić się przez gęstwinę samolubstw, które jej jędrne, do bujnego i twórczego życia powołane ciało usiłowały rozedrzeć. Jest to ciągła walka popędu samozachowawczego z czyhającymi zewsząd napastnikami i chorobami politycznemi. Szło to niełatwo, i zanim Florencya mogła stać się kolebką nowoczesnej sztuki i wydać najwspanialsze dusze artystów, musiała przebyć straszne konwulsye, popełnić niesłychane krzywdy i zbrodnie. Walka gwelfów i gibelinów, zakończona ostatecznie zwycięstwem sprawy narodowej, kosztowała wiele błędów łatwowierności wobec obłudnego Rzymu, wiele zdrad, spisków, zemst, krwawych bitew.
Zaciekłość i mściwość nie pozwalały nigdy zwyciężonemu godzić się z losem. Miasta i gminy dziś welfickie jutro stawały się znowu gibelińskiemi. Palono się i wypędzano wzajemnie. I taką-to drogą został wygnańcem największy człowiek owych czasów — Dante.
Owe wojny domowe i zamieszki wewnętrzne nietylko że dotykały raz po raz osoby wielkiego poety od jego lat najmłodszych, nie tylko że wypełniały główną część jego życia i dostarczały tragedyi epikowi zgrozy, a filozofowi — wątków do ponurych rozmyślań, lecz ukształtowały zarazem jego umysł polityczny, uwarunkowały polityczny podkład jego ducha i wogóle dają nam odpowiedź na pytanie, skąd do geniuszu poety i artysty — geniusz polityka, lub, jeśli kto woli, publicysty pierwszej wielkości i jarzącego światła. Jasnem się bowiem staje, że Florencya była znakomitą szkołą nauki państwowej. Była to istna kuźnia praw, w której robiono nazbyt może płoche doświadczenia, wywołując szydercze słowa Danta:

Co w Październiku
Sprzędziesz, — nie starczy do pół Listopada!
Ileż-to razy, wspomnij, w krótkim czasie,
Zmieniłaś prawa, monetę, urzędy,
Zwyczaje nawet, — odnawiałaś członki!...
Gdy widzisz jasno i dobrze pamiętasz,
Uznasz, że jesteś jak niewiasta chora,
Co, nie znajdując spoczynku w pierzynie,
By ulżyć męce, przewraca się ciągle!
(Czyściec, p. VI).


Lecz zdumiewa ona bądź co bądź już wówczas wielkim rozumem stanu, pomysłowością ustawodawczą i bystrością w zawiadywaniu sprawami zarówno wewnętrznemi jak i zewnętrznemi. Stary i, powszechnem zdaniem, niepodejrzany kronikarz owych czasów Villani, na którym oprzeć się musi każdy badacz owej opoki i samego Danta, jest wymownym dowodem, że jego ojczyzna prowadziła doskonałą statystykę, miała wyrobione wychowanie publiczne, szpitalnictwo, finansowość, dokładne dane o stosunkach ekonomicznych świata. [3]

II.

Powiedzieliśmy, że bardzo wcześnie Dante oddał się na usługi rodzinnemu grodowi. Pierwszy wydatny jego występ odbył się na tle prawdziwego chaosu stosunków. Między Florencyą a miastem Arezzo toczyła się krwawa wojna, do której powód dał fakt, że gwelfowie, wypędzeni z Arezzo przez arystokratów (zarówno własnej swej partyi jak i gibelińskiej), znaleźli schronienie we Florencyi. Losy walki w ten sposób wybuchłej ważyły się długo i zwycięstwo przechylało się raczej na stronę aretyńczyków. Dopiero gdy przeciwnicy dostali dzielnego wodza z ramienia Karola Andegaweńskiego, który w ten sposób wywdzięczył się za gościnę i wysokie honory, wówczas wydano rozstrzygającą bitwę pod Campaldino (w czerwcu 1289), w której gibelińskie Arezzo poniosło sromotną klęskę. W tej oto słynnej potrzebie walczył jako prosty żołnierz młody Alighieri. Wypływa to ze sposobu, w jaki ją opisuje i w jaki rozmawia z hrabią Buonconte de Montefeltro, szlachetnym rycerzem, który w niej zginął i zaginął tak, że nawet jego «mogiła nieznaną została» (C. 5).
Razem z Alighierim walczył i druh jego, Guido Calvacanti, i Bernardino da Polenta, brat nieszczęsnej Franczeski z Rimini, i wiele innych, znanych, sławnych osobistości.
Nie braknie wywodów podających w wątpliwość udział Danta w owej krwawej rozprawie. Po prostu, samo skojarzenie ostróg rycerskich z laurami mędrca, które wydaje się zwykle dziwnem; obudzić musiało te wątpliwości. Lubimy przecie zapominać, że i Sokrates walczył jako piechur grecki. Jednak życiorysy gruntowne i bezstronne [4] mają dla owych niedowierzań coś w rodzaju lekkiej pogardy: tak dalece są one bezzasadne i na tak błahych pozorach oparte. Słynny Leonardo Bruni, kronikarz i sekretarz rzeczypospolitej Florenckiej, nie tylko że najwyraźniej udział poety w bitwie pod Campaldino opiewa, ale i chwali jego waleczność, a co więcej, ostro przygania autorowi «Dekamerona,» że o fakcie tym zachował milczenie. Nadto przekazał on urywek listu samego poety, w którym tenże najwyraźniej opowiada jak walczył z innymi i dodaje, że «broń nie była mu pierwszyzną» — «non fanciullo nell’armi
Co więcej, Alighieri walczył w szeregach jazdy i po raz drugi w tymże samym roku. Było to w rozprawie z pozostałą warownią idei cesarskiej — Pizą, ową Pizą splamioną strasznym mordem, którego się dopuścił arcybiskup Ruggieri. On-to w okresie kiedy stronnictwa szamotały się w obrębie samego miasta, zwyciężony przez gwelfa, hrabiego Ugolina (della Gherardesca), schwytał go w sidła i zamorzył głodem wraz z synami i wnukami, co wyśpiewał Dante w najbardziej wstrząsającym epizodzie Piekła. Owóż w bitwie z Pizańczykami, zakończonej zdobyciem ich zamku obronnego Caprony, Dante brał «udział osobisty» — jak mówi dziejopis Benvenuto Rambaldi, — który nazywa go «młodzieńcem mającym lat dwadzieścia pięć» i jak napomyka sam poeta, gdy ucieczkę dyabłów porównywa do pośpiechu Pizańczyków («Tak wylęknionych widziałem żołnierzy» XXI), po poddaniu się uchodzących z twierdzy.
Tak świetnie odniesione zwycięztwa napełniły Florencyę dumą. Stała ona teraz rzeczywiście na czele związku welfickiego miast, zyskała częściowy spokój; wzrosła w dobrobyt i wspaniałość. Tryumfy obchodzono szumnie i bogato: arcybiskup Florencyi wyprawiał radosną stypę na mogile wrogiego biskupa z Arezzo, poległego pod Campaldino. Już-to wogóle nadchodziły czasy powszechnych zabaw, malowniczych pochodów i swobodnych obyczajów. Hasło do nich dała znana rodzina de Rossich, która z okazyi jakiegoś święta zgromadziła do tysiąca wesołej młodzi, ubranej w białe szaty pod wodzą specyalnego mistrza w miłości (signore del amore). Pohulanki, muzyka, wesele trwały dwa miesiące i stały się dla innych miast Toskanii przykładem i zachętą, a co główna, pociągały w szeregi rycerzy potomków zwyczajnych mieszczan. Wszystko to razem wzięte, chociaż stanowiło oczywisty rozwój artystycznego ducha Florencyi, zachwiewało jednak równowagę stworzoną przez ustawy demokratyczne. Wzmagała się buta możnych, zwłaszcza po Campaldino, gdzie wsławił się i niewątpliwie do zwycięztwa przyczynił Corso Donati, florencki Catilina i wichrzyciel, ale człek odważnej ręki i nieokiełznany. Zaczynały uczuwać tę przewagę arystokracyi cechy drobniejsze, mieszczaństwo uboższe, które też nie myślało bynajmniej tracić tak mozolnie wczoraj jeszcze nabytych praw i rzuciło panom rękawicę. Kierownictwo sprawy objął Giano della Bella, człowiek rzymskiej cnoty obywatelskiej; bo, choć sam ze starej szlachty pochodził, nie chciał patrzyć obojętnie na nadużycia i szlachetną swą energią reformę szczęśliwie przeprowadził w r. 1293. Wyrazem jej były tak zwane „Ordinamenti della giustiza“, mocą których szlachcie jeszcze bardziej utrudniono wpływ na rządy publiczne, aczkolwiek i tym jeszcze razem wiadomej furtki nie zamknięto zupełnie i każdy szlachcic, za cenę porzucenia zawodu rycerskiego i przystąpienia do którego z kunsztów, mógł, po wypróbowaniu jego mieszczańskiej prawomyślności, zostać starszym kunsztu i tem samem — członkiem rządu, czyli tak zwanym pryorystą. System ten, wogólności trwający od poprzedniej reformy, ukształtował się ostatecznie w taki sposób, że rządziło sześciu pryorów, którzy ze swej strony wybierali najwyższego sędzię do spraw cywilnych i karnych — podestę. Ten, choć był na żołdzie gminy, posiadał władzę iście królewską. Pryorowie sprawowali swój urząd nie dłużej nad dwa miesiące, co zapobiegało utrwalaniu się wpływu jednostki, i sami wybierali swych następców. Po dwóch latach każdy z nich jednak mógł być wybrany ponownie.
Owóż jednym z takich pryorów (możnaby właściwie tłómaczyć: przeorów) został w roku 1300 Dante Alighieri. I jemu pochodzenie ze starożytnego rodu stawało, oczywiście, formalnie na przeszkodzie do tej godności; uczynił jednak jak inni: zapisał się do zgromadzenia — lekarzów aptekarzów[5]. Jest to jeden z najwydatniejszych faktów jego życia, tłómaczący wiele i więcej jeszcze wiązany przez bezkrytycznych biografów z mnóstwem niesprawdzonych zdarzeń i następstw.
Jak widzimy zatem, Dante rósł razem z Florencyą. Choć nie jest wiadomem napewno co czynił w okresie bezpośrednio poprzedzającym pryorat, że tak wysoko stanął; są jednak dane, iż wiele pracował nad sobą i uzupełniał znakomitą swą wiedzę. Widocznie, zdolności jego miały już wówczas rozgłos, skoro wyróżnił go szczególnie i przyjaźnią swą obdarzył król węgierski Karol Młot, w czasie swego pobytu we Florencyi. I samo miasto go wyróżniało i raz powierzyło mu nadzór nad regulacyą jakiejś ulicy, z czego nawet wysnuwają, że posiadał on i specyalne wykształcenie techniczne. Prawdopodobnie też przystąpienie do mieszczan stało się dla ogółu zapowiedzią jego ambicyi politycznych i zawodu państwowego. Słowem, wysoką godność pryorysty pozyskał zasługą i chlubnem imieniem.
W dodatku był to rok ciężkich zawikłań między partyami Czarnych i Białych. Ci drudzy mieli przewagę moralną, jako lepsi patryoci niż awanturnicy, czego znów tamci o sobie powiedzieć nie mogli, i oni też pewnie na wybór Danta wpłynęli, znając w nim człowieka silnych obywatelskich uczuć.
Hydra niezgody społecznej zaczęła z dawną siłą podnosić łeb. Naturalne sprzeczności, głuszone sztucznie gwoli sprawie wrzekomo narodowej, odezwały się piorunowym głosem. Czarnym opadła z twarzy maska patryotyczna, a Biali zrozumieli jaśniej, że rzeczypospolitej opierać na butnej szlachcie niepodobna. Wzajemna nienawiść wybuchła 1 maja 1300 r. z okazyi zabawy publicznej przed kościołem Ś-tej Trójcy; polała się krew; jednemu z Cerchich obcięto nos — i burza rozsrożyła się na dobre.
Lecz tu dramat miejscowy staje się ogólnie włoskim. Do rozwydrzenia stronnictw dopomógł znakomicie Rzym. Bonifacy VIII, najbardziej po Hildebrancie samodzierżczy z papieżów, ale daleki od jego wysokiego idealizmu, pragnął oddawna zyskać serce Florencyi, najpotężniejszej i najbardziej welficko usposobionej. Rozpoczęły się jawne umizgi i ukryte knowania, wobec których partye przyjęły postawę odpowiednią ich godności obywatelskiej. Biali zwąchali pismo nosem i mimo całe swoje przywiązanie do tronu papieskiego zlękli się zbyt natarczywego przyjaciela. Czarni zaś odrazu ajentami jego zostali, a głównie Corso Donati. On-to dopomógł do obalenia Giana della Bella, w imieniu Stolicy Apostolskiej, patrzącej krzywem okiem na rozwój politycznej samopomocy wielkiego grodu nad Arno. Na niego-to licząc najwięcej, Rzym przedsięwziął krok najważniejszy: wysłał do signoryi legata, kardynała Aquaspartę, celem zaofiarowania swego pośrednictwa w waśni stronnictw.
Lecz tu jest punkt szczytowy dramatu: Biali odrzucili dary danajskie, ukryte w zmianach prawodawczych, które doradzał rozjemca, i stało się, że anioł pokoju — wyrażenie Bonifacego VIII — odjechał, rzuciwszy klątwę na niewdzięczną Florencyę. Jednym zaś z sześciu pryorów, którzy w owej chwili rządzili i złożyli się na tę, bądź co bądź zuchwałą, odmowę był — Dante Alighieri.

III.

Jakto — Dante, potomek rodziny welfickiej i sam gwelf? Tak jest, w jego przekonaniach dawno już zaszła zmiana, «zdradził» własny obóz. Skoro tylko przeniknął, że ku ojczyźnie jego wyciąga się zaborcza dłoń, skoro pojął całe niebezpieczeństwo domowych wichrzeń i obcego wstawiennictwa i rządów teokratycznych — został gibelinem. Zresztą Czarni oddawna już uważali go za straconego dla swych celów: bo też wogóle wszystkich białych welfów piętnowali mianem gibelinów za to, że odrzucili usługi Rzymu. Nie jest, zdaniem historyków [6], dowiedzione, czy poeta wpływem swym osobistym i jakąś szczególną presyą na umysły reszty członków Signorii rezultat ten osiągnął; ale dosyć znać potężną jego indywidualność, głębokie oddanie się dobru rzeczypospolitej, olbrzymią przewagę umysłową, może zresztą i wielką ambicyę oddziaływania na losy kraju, ażeby się przechylić ku domysłowi, że głównym przeciwnikiem i Czarnych i papieża — był Dante. Że jego indywidualność polityczna górowała nad innemi, widać to z wrażenia, jakie urząd jego sprawiał na innych — a między innymi na Boccacciu, który, choć niekrytyczny i nieścisły, stanowi przecież odbicie głosu powszechnego. Zapewnia on, że nie było ani jednego poselstwa do wysłuchania lub do wyprawienia, ani jednej reformy ustawodawczej, słowem — ani jednego roztrząsania, ażeby Dante nie zaważył w nich swojem zdaniem [7]. Niepodobna wątpić, że i inni, a przedewszystkiem Czarni, tego samego wrażenia doznawali. Wyzwał on więc na rękę straszne moce i — czujemy to tutaj wyraźnie — podpisał na siebie samego wyrok, którego wykonanie miało być już tylko kwestyą czasu.
Czy, czyniąc to, zdawał sobie sprawę z właściwego stosunku sił swych do siły przeciwników i z następstw swego kroku — godzi się powątpiewać, zważywszy na ton żalu, przebijający w jednym z listów: wszystkie nieszczęścia, wszystkie utrapienia moje wzięły początek w owem fatalnem sprawowaniu pryoratu [8].
Na razie jednak mogło się zdawać, że los jest w dalszym ciągu łaskawy dla poety, wytrąca broń z ręki jego wrogów i obsypuje go nowemi zaszczytami. Corso Donati został skazany na wygnanie i ogłoszony zdrajcą ojczyzny za to, że rozpoczął z Rzymem tajemne układy celem sprowadzenia z Francyi Karola Walezyusza (Bez ziemi) na odsiecz partyi papiezkiej. Tym samym wyrokiem dotknięty został, gwoli pozorom ścisłej bezstronności, i jeden z przywódzców Białych, Guido Calvacanti, Danta ukochany druh, który, nabawiwszy się ciężkiej malaryi w niezdrowem Sarzano, wkrótce zmarł. Ale ten akt sprawiedliwości nie spłoszył widma obcego najeźdźcy. Bonifacy VIII nie dawał za wygraną, a zausznika mając znowu w Corso Donatim, który na dwór papiezki z wygnania się był przeniósł, tem energiczniej wziął się do wykonania swych dawnych planów. Liczył przytem, że z pomocą Karola Walezyusza odzyska dla króla Neapolu straconą (na rzecz domu Aragońskiego) Sycylię. W powodzeniu tego planu zawczasu tkwiła groźba strasznych klęsk dla Florencyi, ile że Karol był znanym okrutnikiem i wiarołomcą; sławne miasto jednak nie uczuło w sobie tym razem ostrzegającego głosu sumienia, nie domyśliło się istotnych celów przybycia księcia francuzkiego, i dopiero gdy stanął on z wojskiem na ziemi toskańskiej, uderzono na alarm. Wtedy-to zrodził się dziwaczny projekt wysłania poselstwa do Rzymu, jako wyraz niezupełnie wytłómaczonej nadziei, że papież, ni z tego ni z owego, swych zdawna wypiastowanych rachub się wyrzecze.
Do tego poselstwa należał — oczywiście, wówczas już nie będący pryorem — Alighieri.
Niepotrzeba chyba dodawać, że misya jego spełzła na niczem. Dziwnem jest tylko, że istniały co do niej jakieś złudzenia, choć przypuszczać należy, że Florencya miała swoją po temu zasadę, przez historyę przemilczaną, a przeto dla nas dziś niezrozumiałą. I bardzo jest możliwe, że to my jedynie mamy prawo wołać ustami nowoczesnego dziejopisa: «Dwa wszechświatowe przeciwieństwa, najbardziej ostre, stanęły nawprost siebie: z jednej strony dosadni przedstawiciele teokratycznego, z drugiej świeckiego, własnowolnego państwa; tu zacięty rzecznik systemu schodzącego ze świata — tam obrońca zwycięzko pnącej się w górę idei, do której należała przyszłość. Cóż dziwnego, że się wzajem odepchnęli?» [9]
Nie jest pewnem, czy Dante wyrzekł przed objęciem misyi dumne owe, przypisywane mu przez Boccaccia, słowa: «Gdy ja pójdę, kto zostanie? gdy ja zostanę, kto pójdzie?», ale to pewna, że w nich tkwiłaby wielka i złowróżbna prawda. Florencya opustoszała przez tę jednę nieobecność wielkiego patryoty, stała się na nowo łupem zbrodni, intryg i gwałtów. Bo gdy poetę zatrzymywano w Rzymie, Czarni i Corso Donati otworzyli Karolowi bramy Florencyi; wkroczył uroczyście w dzień Wszystkich Świętych, 1301 roku.
Ponieważ Karol złożył przed Signoryą przysięgę, że zagarnia władzę jedynie dla dobra i spokoju rzeczypospolitej, przeto niebawem rozpoczęły się mordy i okrucieństwa. Czarni pośpieszyli załatwić rachunki z nieprzyjaciółmi. Zburzono i spalono mienie i domy pryorów, za których urzędowania został wygnany Corso Donati. Ten iście szatańską zemstę wywarł na Białych i nawet nie oglądając się na Karola, na własną rękę na czele innych plądrował i palił i kazał miastu odwołać formalnie wyrok, którym był niedawno dotknięty. Były to dni powszechnego pożaru, rabunku i gwałtu, wymuszanych okupów złotem i kajdan. Uwieńczyła je zaś proskrypcya nieobecnego jeszcze — Danta, którego dom już zresztą w gruzach i popiele leżał, oraz towarzyszów z doby pryoratu.
Pamiętny ten wyrok nosi datę 17 stycznia 1302 r. i stanowi stek niedorzecznie podłych oskarżeń i motywów z których głównym jest wrzekoma potępiająca opinia powszechna «fama publica referente». Nie brak śród nich zarzutów przekupstwa i oszustwa i wszelkich innych zbrodni, potrzebnych do ozdobienia i wzmocnienia głównego przestępstwa, którem było nieposłuszeństwo papieżowi i niechęć dla Karola Walezyusza («Et quod commiserint vel committi fecerint fraudem vel barattariam in pecunia vel rebus Cummunis Florentiae, vel quod darent, sive expenderent contra Summum Pontificem et dominum Karolum pro resistentia sui adventus»). Cały cynizm tego wyroku wyziera z samego rodzaju kary; oto skazywano Danta — jak również jego współwinowajców — na dwuletnie wygnanie i utratę raz na zawsze prawa do jakichkolwiek urzędów, a przedewszystkiem na grzywny w summie 3,000 lirów, aczkolwiek przedtem już postarano się o doszczętne zburzenie jego dobytku; żądano, aby osobiście stawił się w ciągu trzech dni, wiedząc doskonale, że jest w podróży i że zapadłego wyroku nawet przeczuwać nie może.
Łatwo pojąć, że tego aktu przemocy, aczkolwiek nie równał się napozór ostatecznemu wygnaniu, było całkiem dosyć, aby między Dantem a Florencyą wznieść cierniowy żywopłot nie do przebycia. Bramy rodzinnego miasta byłyby dlań na zawsze zamknięte i zgoła nie trzeba było do tego wyroku powtórnego, którym w niespełna dwa miesiące później karę zaostrzono. Opiewał on, że wobec niestawienia się i niezapłacenia grzywien, Dantemu wzbrania się powrotu do Florencyi pod grozą śmierci przez spalenie na stosietalis perveniens igne comburatur sic quod moriatur»). Tak się rozpoczęła kaźń wygnania. Wyechał[10] dostojnikiem, a wrócić nie mógł nawet żebrakiem. Został na obczyźnie samotny bez rodziny i ogniska domowego, bez środków do życia, lecz za to z całą swą straszną wrażliwością na chłosty losu, z całą miłością dla Florencyi, urastającą w bezbrzeżną tęsknotę, z dumą, którą raz po raz szarpała boleśnie łaska pańska druhów i protektorów.
Nie pierwszym i nie ostatnim był z poetów, rzuconym przez ślepe żywioły na mieliznę — ale właściwości usposobienia i charakteru, ale nerwowy jego ustrój ze zwykłego dosyć dramatu czyniły tragedyę. I jeśli dzieje duszy twórczej przechowały to cierpienie jako katuszę, a ten bardzo powszedni rodzaj odwetu jako zbrodnię, to całkiem słuszną rządząc się intuicyą. Albowiem w danych warunkach było to męczeństwo, tortura wzorowa, której nazwą i wspomnieniem nie jeden wielki duch określał dotąd własne swoje bóle, mówiąc: «Jak Dant przez piekło przeszedłem za życia». Zresztą dla wieszcza florenckiego był to raczej czyściec, bez którego, kto wie, czy miałaby Boska Komedya tę poezyę goryczy, tę wiecznie czujną żałość opuszczenia i ciągłe łaknienie opiekuńczych skrzydeł jakiegoś anioła stróża, którem każdy wiersz tchnie niemal żywiołowo.
Trwał zaś ten okres aż do roku 1310, kiedy-to na nowo rozbłysła zorza imperyalizmu w osobie Henryka VII i świat patrzył na jego przygotowania do wielkiej wyprawy na Rzym, znanej w dziejach pod nazwą Römerzug’u. Z tej zorzy pada i na życie i na duszę poety różowe światło nadziei; wchodzi on wówczas w nową erę, w istną «vita nuova» rozumu, jak ongi wstępował w nowe życie serca.
Ta pamiętna data jest jakoby kopcem granicznym między dwoma gościńcami wygnańczego żywota. Ułatwia ona żywo chronologię doli i niedoli Danta. I tem bardziej, że jest nie tylko kartą jaśniejszą, ale zarazem wyraźniej zapisaną. Wszystko bowiem, co ją poprzedza i wypełnia owe lat osiem, poczynając od poselstwa rzymskiego, nosi na sobie znamię istnego chaosu wypadków. Jest ich wielkie mnóstwo, ale nie zawsze są zrozumiałe, wyjaśnione i sprawdzone. Daremnie-by kto chciał nanizać je porządnie na jednę nić: wymykają się. Są też przedmiotem roztrząsań i sporów — przeważnie jałowych.
Nie odrazu zgodził się na to, aby mu gorycz była żywiołem, sieroctwo — chlebem powszednim. Z początku, jeszcze całkiem młody i gwałtowny, nie chciał nosić brzemienia, które mu na barki zwaliła Florencya, i miotał się rozpaczliwie. Zapewne też wraz z towarzyszami niedoli, Białymi, wzajem podsycali w sobie gniew i żądzę odpłacenia krzywdy. Są na to wyraźne dane, że pospołu z nimi próbował orężnie wedrzeć się w mury Florencyi. Było tych prób kilka, lecz należą one raczej do historyi Toskanii, trudno bowiem wyrzec cóś pewnego o roli, którą w nich odegrał Dante. Pewnem zdaje się, że działał łącznie z Białymi, którzy zebrali się najpierw w Sienie, potem w Gorgonzy, wreszcie w Arezzo, nawiązując układy z gibelinami. Mieli już za sobą przyjaźń Pizy, Forli, Bolonii, a pragnęli nadto zjednać sobie przychylność Werony i rządzącego w niej Bartłomieja della Scala i w tym celu wysłali doń Alighierego. Poselstwo to odegrało w jego wygnaniu ważną rolę, powiększyło bowiem niewielki zastęp możnych przyjaciół. Należeli do nich dotąd przywódca zamierzonego napadu na Florencyę, Alessandro da Romena, w którego radzie wojennej zasiadał i Alighieri, oraz Scarpetta degli Ordelaffi, wikaryusz papiezki w Forli, który go uczynił swym przybocznym sekretarzem. Jakiego przyjęcia doznał poeta na dworze Scali, świadczą wyrazy wdzięczności dla «wielkiego Lombarda», w przepowiedni wygnania w XVII pieśni Raju: «Będzie on dla cię tak łaskawie względnym, że między wami czyn uprzedzi prośbę, kiedy u innych idzie tylko za nią». «Z nim, czytamy dalej, ujrzysz tego, co przy urodzeniu nacechowany był tej gwiazdy mocą, tak, że zasłyną kiedyś czyny jego». Mowa tu prawdopodobnie o bracie Bartłomieja, wówczas dopiero dziewięcioletniem książątku, którego imię późniejsze, Can Grande della Scala, tak sławne i światłe było i któremu poeta zawdzięczał potem nową serdeczną gościnność i w hołdzie przypisał «ozdobioną tytułem Raj» część Komedyi w słynnym liście: «Magnifico atque victorioso Domino etc.»
Nim Dante wrócił z Werony, stronnictwo jego zdążyło już doznać porażki. Bo choć wróciło do Florencyi, ale po to, aby tam śród znęcań się Czarnych położyć głowy.
Nie lepiej się powiodła następna próba, choć dokonana w warunkach o wiele pomyślniejszych. Nie pomogło ani to, że Karol Walezyusz poszedł «uspakajać» ogniem i mieczem Sycylię i nie ciężył już krwawą zmorą nad Arno, ani że klucze Ś-go Piotra dzierżył papież Benedykt XI, nie tak przedsiębiorczy i zgoła nie zaciekły względem gibelinów. Wprost sprzyjał on wygnańcom, pragnął szczerze pokoju i zgody. Lecz i pod tą potężną tarczą przedsięwzięta wyprawa (r. 1304) na Florencyę smutno się zakończyła. Alessandro da Romena nagle zaniemógł, a potem przyszło mnóstwo błędów i wprost pomyłek taktycznych. Sprzymierzone wojsko, już po szczęśliwem wkroczeniu do Florencyi z okrzykami «Pace! Pace!» i w wieńcach oliwnych na głowach, zostało wyparte i rozproszone w takiej panice, że nawet odsieczy, idącej z Pistoi, nie zrozumiało. Wedle powszechnego mniemania w klęsce tej był i Dante, wielu zaś z towarzyszów przypłaciło imprezę głową.
I później jeszcze (r. 1307) ponawiano próby — daremne.
A oto jak poeta maluje stan swój wewnętrzny na wygnaniu:
«Odkąd obywatelom najpiękniejszej i najsławniejszej córy Rzymu, Florencyi, podobało się odtrącić mię od szlachetnego łona, które mię zrodziło i na którem wychowywałem się aż do szczytu życia mego i na którem z całem sercem i ku jej chwale pragnąłbym dać odpocznienie znękanej duszy [11] i dokonać reszty moich dni — od tego czasu przewędrowałem tułaczem i żebrakiem prawie wszystkie kraje, po których rozbrzmiewa ta mowa, i wbrew woli własnej wystawiałem na pokaz zadane mi przez los rany, które niesprawiedliwość często przypisywała winie pokonanego. Zaprawdę, byłem jako nawa bez żagli i bez steru, zapędzany do różnych przystani, zatok i brzegów przez suchy wiatr, którym tchnie ubóstwo cierpień pełne, i wydałem się nikłym oczom wielu ludzi, którzy, może wieścią w błąd wprowadzeni, wytworzyli sobie o mnie całkiem odmienne wyobrażenie i w obliczu których nietylko osoba moja malała, ale i każde z dzieł mych, zarówno ukończonych jak będących dopiero na ukończeniu, spadało w cenie» (Convito. I. 3)[12].






Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak spójnika i po wyrazie.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Saracenami.
  3. Porównaj w tym względzie Burckhardt: Kultura Odrodzenia — I.
  4. W tym względzie Scartazzini i F. X. Wegele, autor znakomitej pracy p. t. Dante Alighieri, Leben und Werke, — są jednego zdania. (Wegele str. 89 wyd. III Jena 1879; Scartazzini, rozdział: «Kriegsdienste.») Całem oparciem dla opinii przeciwnej jest okoliczność, że o zawodzie żołnierskim Danta nie mówi Villiani, ani Boccaccio.
  5. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak spójnika i przed wyrazem.
  6. Porównaj Wegelego i Scartazziniego, który zresztą mimo pozory samodzielności na tamtym się opiera.
  7. «Niuna legazione si ascoltava, o niuna si rispondeva, ne niuna legge si riformava... breva mente niuna deliberazione... se egli non dava la sua sentenza» (według wydania, znajdującego się w bibliotece Jagiellońskiej).
  8. Wegele (143).
  9. Wegele (155).
  10. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Wyjechał.
  11. Właściwie: złożyć «riposare animo stanco».
  12. Nie podobna ominąć tu ważnego waryantu dziejów skazania i poselstwa. Owoż Scartazzini nie wierzy, ażeby mogła była choćby tylko powstać myśl użycia Danta do poselstwa wobec jego jawnie wrogiej postawy względem kuryi.
    Sc. dowodzi, że pomysł taki byłby nietylko niepraktyczny i nieprawdopodobny, ale wprost niedorzeczny. Za ważne poczytuje to, że ani słówkiem nie wspomina o poselstwie rzymskiem Białych Villani, który opowiada wyczerpująco inne wypadki r. 1301. Nadto z zestawienia dat wynika, że w roku owym papieża Bonifacego VIII zgoła w Rzymie nie było. Również faktem jest prawie ustalonym, że Dante wraz z innymi skazanymi uciekł z Florencyi, a ponieważ, ażeby módz uciec, należało wprzód być we Florencyi, przeto oczywista, że Dante podczas skazania go był w mieście rodzinnem, a więc nie na wyprawie poselskiej.
    Nie zdaje się jednak, żeby pogląd ten był popularny w dantologii i we Włoszech, skoro poezya włoska przyspasabia się teraz właśnie do obchodu sześćsetnej rocznicy poselstwa rzymskiego.
    Piszący zaś te słowa, mimo całą cześć dla Scartazziniego jako specyalnego i wyjątkowego znawcy przedmiotu — nie zawsze czuje się przezeń przekonanym. Częściej właśnie odwrotnie; jakaś oschła i cierpka, rzec można zasadnicza, opozycya wobec danych przekazanych przez przeszłość, odbiera Scartazziniemu dar przekonywania. A przytem często bardzo uderza on brakiem intuicyi poetyckiej, bez której rozważać żywota poety niepodobna. Tak np. mniema, że wszystkie owe punkty oskarżenia, jak kupczenie urzędami, nieprawne zyski i t. p., które weszły do wyroku jako jego motywa — mogły być uzasadnione, albowiem zachodzi pewne prawdopodobieństwo, że poeta wiódł życie nad stan i przeto musiał szukać pomocy w źródłach dochodu nieuczciwych. Zgoła jednak niczem poważnem nie usprawiedliwia Scartazzini tego niesmaku, jakim jest niewątpliwie zestawienie dwu pojęć: «Dante» i «frymarczący urzędami». Cała racya tkwi tu w zasadzie: «Dlaczegóż nie? wszystko jest możebne!». Jest to drętwy sceptycyzm bibliografa, który, ponieważ zna książki wszelakiej materyi, przeto sądzi, że nawet w duszy poety mogą się wszystkie te materye zmieścić, i tak mechanicznie kładzie uczucia w duszy ludzkiej jak foliały na półkach, a zapomina, że od wieków zwyczajem było stawiać nienawistnych partyi rządzącej pod pręgierz, a okrucieństwo stronnicze usprawiedliwiać bajkami o wszelkich możliwych zbrodniach i niebezpieczeństwie dla moralności publicznej.
    Dla tych i tym podobnych względów czytelnik nie znajdzie w książce niniejszej zbytniego pochopu do owej radosnej czci, którą otaczają Scartazziniego niektórzy z nowszych, a zwłaszcza niemieckich, badaczów Danta, ani do powolności nadmiernej dla owego sceptycyzmu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cezary Jellenta.