Dante (Jellenta)/Trylogia duszy twórczej

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Cezary Jellenta
Tytuł Dante
Data wydania 1922
Wydawnictwo Księgarnia F. Hoesicka
Druk P. Laskauera i W. Babickiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ IV.



TRYLOGIA DUSZY TWÓRCZEJ.

I.

Owe miłości, czyny i cierpienia były ziarnem, ale zarazem i wykwitem, niemniej ciekawej roboty wewnętrznej, przemiany i rozwoju uczuć i myśli. Przerwijmy więc dzieje człowieka, ażeby poznać dzieje duszy twórczej.
Nie odrazu literatura stanęła na tych wyżynach, że miała ogarnąć dzieje psychiczne Danta. Jest to właściwie zasługa ostatnich czasów. Dawniej nie tak bardzo rozumiano nawet, że poetę trzeba brać w całości, a nie pojedyńczemi cząstkami, że każdy utwór staje się zrozumialszym, gdy go nanizać na perłowy sznur całkowitego rozwoju twórczej duszy. Odkąd ta bardziej psychologiczna i ludzka ciekawość rugować zaczęła scholastyczne ślęczenie nad pojedyńczemi ogniwami, i Dante ukazał się w odmiennem nieco świetle, bardziej górnem, pełnem i rozumnem. Zamiast węszyć wszelakie ukryte treści i zamiary w każdym wierszu i słowie Komedyi i z nich wyprowadzać tępe i zawsze zawodne indukcye co do jej ogólnego znaczenia i celu, wzięto ją za obraz i wyraz pewnego wielkiego okresu w duchowym przebiegu poety. Wdzięczność za to należy się przedewszystkiem słynnemu badaczowi Wittemu, który umie doskonale łączyć zmudną[1] pracę nad ustaleniem tekstów i szczegółami życia poety z wysnuwaniem poglądów ogólnych. Jest to znakomity i nadzwyczaj sumienny erudyt, sympatyczny i głęboko czujący pisarz, pobożny niemal i skromny, ale największy jego znawca. Wybiła też na nim swą szlachetną pieczęć literatura typu wszechludzkiego, rzec można, Faustowskiego. Jego zapatrywanie się na Danta, jeśli nie całkiem przekonywa, to bądź co bądź podbija swoim rdzeniem, który tak się przedstawia.
Trzy utwory Danta, zawierające — dodajmy od siebie — spowiedź lub bogate w wyznania, a mianowicie: Nowe Życie, Biesiada i Komedya — odtwarzają w całości drogę, którą przebył jego ideał poetycki i myślicielski. W dziele pierwszem staje przed nami młodzieniec, pełny wiary naiwnej, szczerej, niezamąconej żadnem wątpieniem, spragnionej cudu, rozkochanej w Bogu do tego stopnia, że nawet swą miłość do Beatryczy i jej postać uważa za objawienie się niebios. Gdy mu śmierć wydarła ukochaną, rozpoczął się okres dojrzalszy i głębsza praca duchowa. Poeta, jak sam wyznaje, dał się usidlić wdziękom Filozofii, puścił cugle spekulacyi, jął roztrząsać najtrudniejsze zagadnienia bytu i duszy, rozpatrywać sprawy życia państwowego i moralne. Na ów czas przypada też jego udział w wirach i walkach politycznych oraz odpowiadająca mu działalność teoretyczna, t. j. naukowa; czyli, że filozofia, choć go oderwała od nędz i zawodów osobistych i od cierpień serdecznych, pchnęła go zato w odmęt zapasów myślowych i życiowych, niemniej gorzkich. W wędrówce tej nie zaznał ukojenia: owszem, wyniosł[2] z niej dużo goryczy i nowe rozbicie ducha. Ale zdobył też doświadczenie, że sama orgia myśli badawczej nie może być zbawieniem. Ta tułaczka ducha, to bolesne błądzenie po bezdrożach zostawiły swój ślad w Biesiadzie.
Przejściem do trzeciego, najwyższego okresu będzie powrót dawnej słodkiej wiary i miłości, powrót zarówno do Boga jak do Beatryczy. Ważna chwila przyśpieszyła ten przełom: wielkie święto jubileuszowe z powodu upływu 1300 lat od chwili, kiedy Chrystus zbawił świat męczeństwem krzyża. W duszy wieszcza zbudziło się na nowo dawne namaszczenie, powrócił dawny, podniosły, niebios sięgający nastrój; skołatany burzami mędrzec ujrzał, jako rozbłysk ponowny wielkiego światła i przeto na szczycie wiedzy i dociekań postawił, naukę świętą — Teologię, i pod wodzę wielkich ideałów religijnych poddał sprawy ducha. Uosobieniem tej nowej idei przewodniej, idei świętej nauki, czystości, zbożnego ukorzenia się przed majestatem Boga i świata, i dobroci jego — stał się pierwszy spotkany na ziemi anioł Beatryx [3]. A historya tego wewnętrznego przewrotu miała się stać wiekopomną przez Komedyę, w której została wyśpiewana.
W tym świetle arcytwór Danta zatraca swą zagadkową mroczność — rozwidniają się jego pojedyńcze części, ich związek, przyczyna i cel. Tragiczna podróż przez piekło, czyściec, niebo — to niby dzieje kajania się, skruchy, pokuty i wybawienia; to historya wielkiego bólu, który powoli a stopniowo, za łaską niebios, własnego uszlachetnienia i za sprawą boskiej orędowniczki, przedzierzgnął się w żal, nadzieję, a wreszcie w szczęśliwość nadziemską i zachwyt przed obliczem Bóstwa.
Jestże więc Komedya rodzajem eposu podmiotowego, spowiedzi osobistej, jeno ujętej w formę olbrzymio-epiczną i zewnętrznemi wypadkami rozbrzmiałą?
Zanim się nam to wyjaśni i ażeby się wyjaśniło lepiej, wypada poruszyć niezmiernie ważny a ciekawy spór, który się wywiązał z powodu owej, dopatrzonej przez niemieckiego krytyka, Trylogii, «ein französischer Kritiker, Julian Klaczko».
Jeśli wierzyć autorowi Wieczorów Florenckich, pogląd Wittego wynurza się w tysiącach form u badaczów Danta z «tamtej, t. j. wschodniej, strony Renu» i stał się niewzruszalną podwaliną, którą tylko nieśmiało próbuje ten lub ów podważyć. Witte poddaje wprawdzie tę chwałę w wątpliwość, ale sądzę, i widać to zresztą z ogólnego kierunku dzisiejszych studyów nad Dantym [4], że czyni to raczej przez skromność. To pewna, że jego interpretacya to — znowu historya z jajem Kolumbowem: wyjaśnia ona w sposób prosty i logiczny, jednoczy co było rozstrzelone, zbliża poetę do wielkich poetów, czyniąc go bratem i zarazem, ze względu na wczesność, jakoby protoplastą duchów, co po szamotaniach serca i umysłu zawinęły do przystani.
Zdawałoby się, że ten rodowód Komedyi posiada tyle powabu, tak znakomicie potwierdza ogólną modłę rozwoju wielkich artystów, iż stanie się bezwzględnie obowiązującym i jakoś niezwykle potrzebnym. Możnaby nawet zapędzić się tak daleko, że przyznałoby mu się wyższość nawet w wypadku, gdyby temu i owemu faktowi przeczył. Ale właśnie opór mu stawi wspomniany Julian Klaczko, i to już od roku 1854 [5], kiedy po raz pierwszy krytykował pomysły Wittego. W «Causeries» znajdujemy zarzuty dawniejsze jeno jaśniej wyrażone. Są one na pozór trafne i subtelne.
Oto niema zasady uważać Danta za rodzaj Manfreda lub Fausta, pojednanego z Bogiem. Takie rozumienie byłoby stosowaniem nowych typów i uczuć do wieku odległego i nieznającego negacyi. Gdyby Dante przeszedł był koleje zaprzańca i bezbożnika, musiałby się swą przeszłością gorszyć i trapić i niewątpliwie umieściłby grzech wątpienia w najstraszniejszych kręgach piekła. On, tak boleśnie i głęboko odbrzmiewający własnemi wyrzutami sumienia przy każdej okazyi, nie powstrzymałby się od wybuchu żalu i chłosty samego siebie. Co więcej, kara na zatraceńców, na tych, «co wiecznie przeczą», ich widok i zgroza musiałyby stanowić punkt szczytowy mystycznej pielgrzymki: a tymczasem poeta przechodzi obok sekciarzy i heretyków dosyć obojętnie, oczywiście, daleki od nich, i wogóle nie każe się dręczyć żadnemu wielkiemu sceptykowi, nie wysuwa na czoło zła żadnego wielkiego wroga Bóstwa, żadnego demona, ni Prometeusza. Słowem, nie tyle tem, co mówi, ile tem, czego nie powiedział, Dante dowodzi, że nie miał na sobie plamy odszczepieństwa. Niema przeto — zdaniem Klaczki — powodu dopatrywać się w jego życiu zboczeń od prostego gościńca niezachwianej wiary.
Odpowiedź Wittego dana Klaczce w pracy p. t. Trylogia Dant[6], spokojna i życzliwa, nie jest obroną dosyć mocną i skuteczną. Niektóre wszakże jej punkta zasługują na uwagę i mimowoli okazują pewną powierzchność «francuskiego krytyka». Nieprawdą jest jakoby Wieki Średnie, znając różne wątpliwości, nie znały «wielkiego wątpienia (le grand doute): owszem, od czasu wypraw krzyżowych szeroko się rozpowszechniły, zarówno na Zachodzie jak i na Wschodzie, zuchwała niewiara, wyszydzanie świętości i materyalizm bez wszelkich osłonek. Najwymowniej o tem świadczą wyroki soborów i synodów XIII-go wieku, potępiające cały odłam scholastyków niewiernych. Wreszcie sam Dante wyznaje w Biesiadzie, że wątpił, czy «z Boga bierze się początek żywiołów».
Powtóre, Witte nigdy nie czynił Danta Manfredem, ani Prometeuszem, i nie stawia go w sprzeczności z Bogiem: widzi w nim jedynie zwrot od utrapień filozofii do słodyczy wiary. Filozofia zaś była wówczas w poszanowaniu powszechnem, była niezbędnem tłem teologii, zajęciem wyższych umysłów, i w ogólności nie kłóciła się z religią — raczej ją uzasadnić pragnęła. To, co Danta pchnęło w objęcia Beatryczy, jako geniusza nauki świętej, było, nie skruchą grzesznika, lecz wolnym wyborem myśliciela, który Boga chwalił zawsze, ale teraz przekonał się o jałowości mędrkowania i chwali go bardziej wyłącznie i miłośnie [7].
Jeden zwłaszcza argument Klaczki uważam za całkiem słaby, za rodzaj lapsus calami. Twierdzi on, że Dante — gdyby był kiedykolwiek bogobórcą — musiałby koniecznie umieścić w piekle Prometeusza i wogóle duchy prometejskie. Inaczej cała ta klassyczność, której bohaterów i bogów między innemi opiewa, pozbawioną byłaby swego serca, swego rdzenia. Ale o tem widocznie krytyk zapomniał, że Prometeusz był obrońcą ludzi, męczennikiem idei, ofiarą nizkich instynktów Olimpu, wrogiem boskiego samolubstwa i złości; że jego rola w świecie pogańskim była, rzec można, najbardziej chrześcijańską. Takiegoż więc ducha miał poeta ideałów chrześcijańskich rzucić na dno piekła, poeta, który naczelną zasadę świata widzi w miłości i tak przedziwnie odczuł nie-pogańską słodycz w Wergilim, iż go mistrzem i przewodnikiem swym uczynił! Czyż w męce Prometeusza i w rzewnej litości Oceanid nie tkwi najwyższa poezya braterstwa, odkupienia i obrony słabych i uciemiężonych?
Nie wiele lepszym jest następny wywód Klaczki, oparty na chronologii. Biesiada stworzoną była najpewniej około r. 1308 — 9, widzenie zaś mystyczne, będące przedmiotom Komedyi, wiąże się z rokiem 1300. Czyż jest więc możliwe, ażeby poeta już po napiętnowaniu ognistemi zgłoskami niebezpieczeństwa filozofii miał napisać dzieło sławiące ją jako prawdziwą szczęśliwość duszy, Władzcy niebios małżonkę, siostrę i córę najdroższą? Chybaby przeto wielki, surowy i prawy geniusz Danta dopuścił się grzechu kłamstwa i w spowiedziach swych odwrócił porządek tworzenia?... Tu znowu autor Wieczorów popełnia aż dwa błędy. Popierwsze, bezkrytycznie i bezzasadnie przyjmuje, że plan i większa część poematu były już gotowe w chwili, gdy się ukazała Biesiada; wbrew temu zaś wszystkie poważniejsze prace ustaliły, że poprzedziła ona przynajmniej o jakie lat 5—6 Komedyę. Powtóre, grzeszy w tym domyśle jeszcze i nadmierną prozą, skoro nie pozwala poecie, rozmyślnie otaczającemu się tajemniczym półmrokiem, oznaczać swego dzieła datą wcześniejszą. Jest to bardzo ciężkie uchybienie. Nic bowiem naturalniejszego i piękniejszego nad to, że poeta, chociaż przystąpił do swego arcydzieła dopiero około roku 1314—15, i wcześniej nawet przystąpić nie mógł — jak widać z pewnych wyraźnych zawartych w niem wskazówek — cofnął epokę świętej pielgrzymki rozmyślnie aż do wielkiego roku jubileuszowego. Wybieg ten uważałbym nietylko za nieczyniący ujmy surowości poety, lecz za przysparzający chluby artyście, za znamię wielkiego kompozytora, który do wielkich pomysłów umie dostrajać i wybierać wielkie chwile, mało się troszcząc o codzienną «prawdę» kronikarzów i molów książkowych.
Zresztą, dzięki temu pomysłowi pielgrzym po krainie wieczności może współczesne sobie wypadki opiewać jako nadejść dopiero mające, może więc sławić wieszczby i proroctwa, między innemi dowiedzieć się o przyszłych swoich tragicznych losach wygnańca; dzięki temu w Komedyi wzrastają mgły i uroki cudowności i fantazyi i jasnowidzenia; dzięki temu wierzy się, że ona jest wizyą.
Takie wywody — jak Klaczki — nie byłyby, rzecz prosta, zdolne podkopać hypotezy niemieckiego uczonego. Z tem wszystkiem jednak ukryty w nich duch, zdolność wrażliwego wczytywania się w samą poezyę weszły tutaj w grę, i własną swą naturą, swym tonem szczerym i pełnym przekonania, zachwiały tezę przeciwnika. Trzeba bowiem przyznać naszemu rodakowi, że chociaż nie jeden kęs pieczeni stańczykowskiej radby upiec przy tym kominkowym ogniu, wrodzona mu szerokość poglądów przebiła zachcianki jak skorupę. Dopomógł mu w tem dzielny przewodnik, Wegele. Znakomity profesor würzburski, rozumiejąc w świetnem zjawisku, jakiem był Dante, przedewszystkiem ogólnie doniosły a znamienny fakt dziejowy, już rzez[8] to samo mało jest skłonny do krajania tego faktu na części i okresy. Dopomógł też Scartazzini, który wybitnych przemian w stosunku poety do religii nie dostrzegł, ale zato wyśmienicie dowiódł, że zawsze i wszędzie, t. j. we wszystkich utworach Danta, filozofia jego trzyma się zdala od stromej pochyłości przeczenia. Wreszcie pewna artystyczna nieufność do szczegółów i nadmiernej uczoności pozwoliły autorowi Wieczorów florenckich odczuć poetę o wiele żywiej i naturalniej od większości poprzedników, aczkolwiek zawsze jeszcze jednostronnie i tendencyjnie. Mówię: naturalniej, bo za najprostszą drogę do duszy poety, nawet poety wielkiego, uważam wczuwanie się w niego, w jego życie, pisma, uczucia i słowa; wszelkie zaś szukanie wyjaśnień w konstrukcyach, bodaj najdowcipniejszych, pozostanie zawsze stawianiem domu na piasku, a przy tem z istoty swej sprzeciwia się istocie duszy poetyckiej, która nawet w najbardziej uporządkowanych ustrojach — zawsze flat ubi vult.

II.

Dlaczego mamy w poecie szukać kapłana z lirą w ręku, kiedy zawsze szukać należy poety? Dlaczego mamy widzieć nowy psałterz Dawidowy, chwalący wielkość i potęgę Bóstwa, w dziele, które ogarnia wprawdzie wszechświat, ale przedewszystkiem ziemię, jej chwałę i jej zbrodnie? Wierzę, że we krwi Boskiej komedyi płynie świątobliwość przyrodzona, zasadniczy dla spraw religii pietyzm, ale nie wierzę, ażeby w intencyi leżało wznoszenie świątyni nawróconego Konstantyna. Komedya jest poematem namaszczonym, ale nie świętym, pomimo że twórca tak go w Raju nazywa. Wyobraża ona okres wewnętrznej dojrzałości wieszcza, harmonii jego władz twórczych, tego wszechstronnego rozrostu i samowiedzy potęgi własnej, które w życiu każdego geniusza wydają kwiat najpiękniejszy — arcydzieło główne. Zanim się zjawi Jerozolima Wyzwolona, Roland Szalony, Raj Utracony, Hamlet, Faust, Don Juan lub Prometeusz rozkuty, Dziady lub Król Duch — muszą je poprzedzić chwiejność i zygzaki, rzuty natchnienia mniej śmiałe i pewne i na krótszą nutę: więc tak samo i najwyższy wzlot geniuszu Danta poprzedzały skrajności i pozbawiona miary passya i upodobania. Żył wprzód uczuciem i brał wszystko sercem, zarówno miłość doczesną jak ideał religijny. Wówczas stan ducha jego, tak i jak go widzimy odbitym w Nowem Życiu, nosi wszelkie znamiona silnej młodzieńczej egzaltacyi, tego uniesienia pięknego dla nieba i ziemi, które choć z czasem mija, zapładnia jednak całą przyszłość, całe lato człowieka, niby burza majowa z gromami i błyskawicami. Potem rozkoszował się pracą myśli spekulacyjnej, do której w stuleciu Ś-go Tomasza z Akwinu wzdychać musiał każdy poważny umysł jak do naturalnej dojrzalszych lat oblubienicy. Wreszcie nastała doba, kiedy egzaltacya uczucia połączyła się z wybujałym lotem rozumu w harmonię twórczą. Równowadze tej niewątpliwie pomagała i przyświecała gwiazda wiary, być może nawet, że ona-to głównie wywiodła wędrowca z odmętów, po których olbrzymie zataczał biegi; ale umysł został do ostatnich kart Komedyi nazbyt gwałtownym, niepohamowanym w pojedyńczych uczuciach, zanadto jeszcze rozkochanym w scholastyce, dowodzeniu i obalaniu tez, ażeby go można było nazwać nawróconym. W całem dziele widać wyraźne połączenie obu pierwiastków: uczucia miłosno-religijnego z filozofią i nauką; nie brak tu żadnej z warstw składających się na formacyę prawdziwego myśliciela.
Natomiast przybyły dwa pierwiastki wielkiego znaczenia: ziemsko-epiczny i mystyczno-fantastyczny.
Pamiętajmy, że jeśli poetę kształtuje niepohamowane uczucie lub rozkiełznany rozum, to jeszcze więcej nań działają i prawdziwym bodźcem, sprężyną wybuchu twórczego stają się tragiczne przejścia i walka ze światem. Wdzieliśmy, że Dante pędził w sam wir bojów politycznych i że wyniósł zeń ustawicznie krwawiące rany. Na cóż więc szukać mpulsu[9] do odrodzonej, świeżej twórczości w jakiemś nawróceniu, kiedy go mamy tak blizko, w żądłach realnego a kipiącego życia, w ostrym podniecającym jadzie spraw ludzkich? Z chwilą gdy władze umysłu, uczucie i zdolność rozumowania należycie okrzepły i skojarzyły się, grunt był przygotowany pod siew. Geniusz nasiąknął dostatecznie wszechżałością i wszechpragnieniem, nauczył się komponować na olbrzymią, dotąd niebywałą, skalę i ujął w jednę całość wszystkie ukochane i nienawistne mu osoby i wydarzenia. Prawda, że w pieśniach o nich brzmi muzyka najczęściej seraficzna, harmonia cudowna wniebowzięcia, albo też głos archanioła, zbawiającego się w łunach synajskich z płomiennym mieczem w dłoni i wezwaniem grzeszników na sąd ostateczny, a więc w obu wypadkach nadziemska; prawda, że nawet nauki moralne i prawdy astronomiczne śpiewane tam są głosem natchnionym, z wyżyn psalmisty lub proroka: ale to jest jedynie zasadnicza, wrodzona tonacya «dantejskiej» wielkości — i zarazem znamienny a uszlachetniony przez Danta styl epoki, lecz nie rozmyślna i na czoło wyniesiona pobożność. Postacie z doby gotyckiej mają już z natury rzeczy oczy w niebo wzniesione, są zawsze korne, wychudzone ascetyzmem, nawet kiedy należą do rycerstwa i wogóle klassy świeckiej. Dante jest właśnie najpoetyczniejszym wyrazem tego pięknego ducha, on jego motywy zebrał, zharmonizował i zamienił w przewzorową symfonię. W sposób podobny Rafael stał się później wyrazem najpełniejszym tej melodyi ducha, kolorytu i kształtu, która torowała sobie drogę od pierwszej chwili zetknięcia się tkliwej poezyi chrześcijańskiej z odrodzonem uwielbieniem pięknego ciała.

W zawsze górnym nastroju Komedyi trzeba wreszcie widzieć wpływ niepośledni Wergiliusza, który nie tylko przewodnikiem był Dantemu po piekle, ale i w poezyi. Uczeń też zaraz na wstępie swego arcydzieła dzięki za to składa swemu «mistrzowi i pierwowzorowi», od którego wziął piękny, dający mu chwałę styl.

Tu se’ lo mio maestro e il mio autore:
Tu se’ solo colui, da cui io tolsi
Lo bello stile, che m’a fatto onore.


A zatem Dante chciał stworzyć epopeję osobisto-powszechną, dzieje własne, jak i ogólno-ludzkie pragnął wyśpiewać mniej więcej historycznie, w kornej postawie człowieka, który widzi dokoła siebie bezmiary politycznych wypadków i nieskończoność wydarzeń moralnego świata, i rozumie jak są ważne i wiekopomne.
Inaczej, nie wybrałby sobie na mistrza w krainie wizyi chrześcijańskich — poganina. Wprawdzie szlachetnym i wielkim jest śpiewak «Eneidy» i zdaje się przeczuwać światło nowej wiary — ale zawsze to bałwochwalca: a przecież Dante nawet najlepszych synów Grecyi i Rzymu umieszcza w piekle dla tego tylko, że nie dostąpili daru łaski — mędrcom i bohaterom każe męczyć się; wprawdzie katusza ich łagodniejsza niż zwyczajnych grzeszników, ale zawsze katusza. Miałżeby więc Wergili, choć nawet pierwszy między nimi, stać się nagle godnym przewodnika po wieczności, zamkniętej dla wszystkich — nawet chrześcijan? On jeden przecie odmyka podwoje strasznych okręgów piekła, przed nim milkną Cerbery, Gorgony i Hegiasze, potworne straże nieprzekroczonych tajników. A dlaczego? Bo jest — poetą, a więc jako poeta posiada władzę w państwie wizyi i fantazyi, bo trzyma berło w królestwie poetów i urojenia i przeto opiekuje się poetą, lecz nie nawróconym kacerzem. Tymczasem szkolarze uczynili go wbrew najprostszej logice i własnemu wyznaniu Wergiliusza:

Tratto t’ho qui con ingegno e con arte.
(Wiodłem cię tutaj rozumem i sztuką)!
(Czyściec XXVIII).


jakiemś uosobieniem specyalnej «mądrości», która daje klucze do tajemnic chrześcijańskich, czyli, mówiąc inaczej, do tajemnic teologii katolickiej [10]. Wergili — mądrością wykładającą poglądowo cuda chrześcijańskie! — czy może istnieć większa niedorzeczność? Uczynił zaś niby to na podstawie tej roli, którą w poemacie odgrywa wieszcz łaciński. Tak, ale ta rola ma urok poezyi i jest cudownym efektem i pomysłem póty, póki Komedyę poczytywać chcemy za świadome siebie epos, a zamienia się w śmieszność i absurd, gdy ją nazwiemy poważnym, rozmyślnym hymnem na cześć wiary. Wergili poganin, w szacie wodza na wyprawie epicznej, jest piękny; jako doktor Kościoła — niemożliwy, i takiej niemożliwości nie popełniłby ten florentczyk, zdumiewający — niewiadomo czem więcej: smakiem czy logiką?
Wreszcie samej religii poety możnaby nie jedno zarzucić. Weźmy chociażby to, że wedle objaśnienia Beatryczy dusze stają się wprawdzie widnemi pobożnemu pielgrzymowi, lecz właściwie bytują obok Boga w sposób bezprzestrzenny. A więc, nazywając rzeczy językiem dzisiejszym, byłoby to istnienie ściśle platoniczne, idealne, i nie licowałoby ze sposobem myślenia nawróconego niedowiarka. Żarliwiec nie pisałby się pewnie na słowa:

Boć niema miejsca innego to niebo
Prócz myśli Boskiej (R. XXVII).

albo:

W wieczności swojej bez miejsca i czasu
Wedle swej woli Miłość wiekuista
W nowych miłościach objawiła siebie. (R. XXIX).


Nie jest tedy Boska Komedya ani poematem religijnym lub religijno-moralnym, ani dziełem opiewającem powrót na łono wiary. Nie jest też psalmem pokutnym, w którymby skrucha osobista piewcy symbolizowała zarazem drogę zbawienia dla bezbożnego świata, jak to głosi cała osobna szkoła, idąca śladem Dionisiego [11]. Nawet część ostatnia, Raj, którą cechuje najwidoczniej pewien odrębny jakoby przedmogilny nastrój, pewna niewątpliwa duchowność i przewaga tonów ascetycznych, lecz także i pewna podeszła gniewliwość, i w którym poeta dwa razy nazywa swe dzieło «poematem świętym», roi się cały od strzelistych rac satyry, od wycieczek nic wspólnego z religią niemających. Tam też znajduje się rodowód poety i dużo motywów znaczenia całkiem osobistego. Jeżeli nawet w tej części, napisanej, jak to wyczuwasz odrazu i jak ustalono faktami — o kilka lat później od poprzednich, myślą przewodnią było wyśpiewanie hymnu wiary i nadwątlenie powagi filozofii, to zamiar ten krzyżują bezustannie potężne namiętności osobiste i ogólno-ludzkie. Gibellin i wygnaniec porywają i unoszą męża świątobliwego. Trawiący smutek i rozległe utopie — nie dają modłom wybić się na wierzch i zapanować.
Jakikolwiek będzie tej pielgrzymki cudownej stosunek do dawniejszego sposobu myślenia poety — czy stanowi ona nowe stadyum czy nie, — to pewna, że przemiana może polegać jedynie na uświadomieniu i wyszlachetnieniu geniuszu, ale nigdy na oddaniu go sprawom cnoty i wiary. Tym sposobem, co prawda, niewiele ocaleje z pomysłu Wittego — oczywiście, poza niespożytą zasługą wprowadzenia pierwiastku rozwoju do badań nad Dantem. Albowiem na miejsce ewolucyi myśli religijno-filozoficznej należałoby raczej postawić rozwój ducha kształtującego; trylogię idei oderwanej zastąpić chyba trylogią: uczucie, myśl, poezya — entuzyazm, filozofia, wizya epiczna.
Lecz ja sądzę, że zostałoby jeszcze mniej, gdybyśmy rozważyli, że niejeden stan ducha, niejedna passya młodzieńcza nawiedziła poetę nawet w wieku całkiem dojrzałym. Prawdopodobnie powtórzyło się u niego Nowe Życie, gdy, mając już lat czterdzieści pięć, pokochał mało nam znaną Gentukkę (Czyściec XXII). Zapewne też i nie jedna egzaltacja, choćby to był ów dziwny zapał dla Henryka VII, rozsadzała mu pierś. U wielkich poetów nawet na starość odzywa się dziecko i młodzian.
Jednak myli się Krauz, gdy upewnia, że za sprawą Bartoliego, Barbiego i Klaczki — któremu choć tak ważną rolę w tej sprawie przypisuje, poświęca aż dwa wyrazy — z trylogii nie zostało ani śladu. Owszem, pozostał bardzo głęboki — w pracach i poglądach Scartazziniego.
I dla niego jest niewątpliwem, że poeta przed rokiem 35-m swego życia błądził po manowcach życia, grzeszył ciałem i duszą, cierpiał ciałem i duszą, stracił spokój i myśl przewodnią, — słowem, uczuł się rozbitkiem, zaczął tęsknić za bezpieczną przystanią, za tym spokojem i szczęśliwością, których mu ani nauka, ani filozofia, ani nadzieje pokładane we wspaniałomyślnej Florencyi nie dawały.
Lecz w dalszych wywodach komentator ten zaczyna być sztucznym. Jakaż droga — zapytuje — z tej matni namiętności i czczych wysiłków rozumu wyprowadzić mogła na światło Boże?
Na to odpowiedzią ma być cała Komedya. Nieszczęśliwy rozbitek musi wprzód zstąpić w głąb, poznać samego siebie, poznać grzech i jego smutne następstwa. Wtedy dopiero może marzyć o oczyszczeniu się i o szczęśliwości, wprzód doczesnej, a potem niebiańskiej. Odpowiedzią wreszcie ma być także słynny, pisany do Can’a Grande della Scala, list poety, w którym wyraźnie mówi o allegoryi swego Piekła.
Tą allegoryą lubią się zasłaniać jak tarczą, zapominając, że choćby nawet w poczuciu własnem poeta naprawdę był tylko allegorystą, to jednakże miano, jakie twórca swemu dziełu nadaje — istotnego znaczenia nie ma. W ten bowiem sposób możnaby powyciągać wprost śmieszne wnioski ztąd, że Dante dzieło swe nazwał Komedyą, co również usprawiedliwia szeroko i zgoła nie zbyt rozumnie w tym samym liście. Wolałbym się przeto zgodzić na zdanie de Sanctis’a, że należy rozróżniać zamiar i wykonanie: Mondo dantesco intentioso i Mondo effetivo [12]. Co innego intencya, a co innego jej spełnienie.
Wypada według Scartazziniego, że cały labirynt piekła Dantejskiego, cała gigantyczna jego fantazya, cała wstrząsająca i wzruszająca jego poezya, baśniowa pomysłowość w wynajdywaniu kar, miałyby za cel jedynie allegoryczne poznanie grzechu i jego skutków. Pielgrzymka po krainie wiecznego bólu byłaby wędrówką po obszarze własnego i ogólno-ludzkiego upodlenia, rozpamiętywaniem różnorodnych zbrodni w tym celu, ażeby z nich, jak z etyczno-logicznej przesłanki, wyprowadzić wniosek o tem, jaka jest właściwa droga zbawienia duszy i osiągnięcia szczęśliwości. Dlatego-to nic w Piekle i Czyśćcu nie dzieje się dla dogodzenia fantazyi, ale wszystko wypływa z danego grzechu z całą przyrodniczą koniecznością. Stan cielesny i duchowy każdego potępieńca przedstawiony jest tak, jak go sobie wyobrażał Dante w swych najpoważniejszych rozmyślaniach religijnych. Jeżeli zaś względy poetycko-artystyczne zmieniły tu i owdzie obraz i uczyniły go różnym nieco od teologicznych pojęć autora, dotyczy to jedynie planu miejsca, rozkładu przestrzeniowego królestwa wieczności.
Nie szukać zatem w Komedyi (wedle tego samego poglądu) dowolności, chęci dogodzenia fantazyi, poetyckiej improwizacyi: wszystko jest tam uwarunkowane koniecznością logiczną. Postacie i fakta — to jakoby żywe argumenta tezy. «Niebo i Piekło to właściwie jeno poezya wiary w nieśmiertelność».
Zgodnie z tem należy pojmować i różnice między Piekłem a Czyśćcem pod względem rodzajów i stopni pokuty. Ponieważ tam są karane rzeczywiste zbrodnie, zbrodnie, niczem nie złagodzone za życia, ani skruchą ani spowiedzią, przeto katusza jest wieczna. Tu zaś mamy do czynienia raczej z pozostałą i niewyrwaną jeszcze z korzeniem skłonnością do złego — przeto pokuta jest oczyszczaniem się w ogniu i kontemplacyą wzorów cnoty: pyszni ćwiczą się w pokorze, leniwi w pilności i pracy i t. d.
Dlatego-to wreszcie tak pustym jest Raj ziemski, w którym jedyną postacią bardziej wyrazistą, indywidualną, ale w każdym razie zagadkową, jest właściwie tylko orędowniczka Matylda. Któż bowiem zamieszkiwać może raj ziemski, którego przecież na mapie nie znaleść, bo i on należy do wizyi? Żywi ludzie? — żadną miarą. Dusze umarłych? — również nie, boć z chwilą gdy zostały oczyszczone, przeniosły się do raju niebieskiego.
Dlatego-to wreszcie w raju niebiańskim nie widzimy obrazów szczęśliwości wyszukanej, bo jakże ją przedstawić? W formie rozkoszy ciała? — toby urągało wszelkim wyższym wyobrażeniom o błogim bycie zbawionych. Ich byt polega na ciągłym blasku i promieniowaniu, na świetlanych wirach i migotaniach po bezmiarze, ich szczęśliwość — na wiedzy, mądrości, kontemplacyi wiekuistych prawd, świątobliwej pracy umysłu, którego ostatnim celem jest święta tajemnica Boga w Trójcy Jedynego. Ta szczęśliwość, pełna urozmaicenia i ciągłego wznoszenia się wzwyż, przeciwstawia się jednostajności mąk i cierpień Piekła i Czyśćca. Dodajmy nawiasem, że właśnie Raj Danta jest (przynajmniej dla czytelnika) nieco monotonny. Każdy niezaślepiony — wspomnę tu także Sismondiego — dopatrzy się tam wyczerpania natchnienia. Wyziera ono już choćby z tych samych efektów pieczy matczynej i tęsknoty dziecięcej, gdy, np..[13] swą bezporadność w rzeczach tajemnic rajskich i pragnienie światła upodabnia niemowlęciu, które szuka piersi, lub ptaszynie, która wygląda powrotu matki do gniazda (Nigdy tak nagle nie rzuca się twarzą dziecię ku mleku, kiedy się obudzi później daleko, aniżeli zwykło i t. d. Raj XXX. — Jako nad gniazdem bocian koła toczy, kiedy już dziatwę nahodował swoją, nakarmiona ku niemu spoziera, XIX. — Jako ptaszyna w lubej dlań gęstwinie, siedząc u gniazda miłej dziatwy swojej, XXIII).
Ale na tem nie kończy się owa zasada przyrodniczej konieczności. Scartazzini wierzy, że nic zgoła pod żadnym względem wypadkowego niemasz w arcydziele Danta: że we wszystkiem kierował się on naczelną zasadą swej allegoryi, nawet w wyborze liczby osób, dramatów, które opiewa: jeno my nie możemy znaleść klucza do tego ukrytego systemu.
Jak widzimy, jest to teorya ścisłej naukowości, bo nie dosyć powiedzieć: dedukcyjności — Komedyi. Dante w tem świetle staje się poetyzującym filozofem w rodzaju Platona i niewiele różnym od Ś-go Tomasza z Akwinu. A jednak Summa totius teologiae nie została nawet u podnóżka tronu poezyi, a Komedya zasiadła na nim! Pół tysiąca lat z górą wzrusza nas ona i inspiruje, nie stygnąc i nie blednąc: i ta niesłychana żywotność miałaby być udziałem illustrowanej etyki trylogii? Scartazzini jakgdyby wprost uciekał od prawdy; bo z jednej strony przyznaje, że «las ciemny» to rozdroże światowe, a z drugiej twierdzi, że wyznanie XXX p. Czyśćca oznacza skruchę z powodu trzymania się niewłaściwej «szkoły» filozoficznej. Zrywa więc wyrazistą i naturalną nić, łączącą wstęp pielgrzymki z jej właściwym epilogiem.
Oczywiście zatem, autor Dantologii jest ciaśniejszy od Wittego. Tamten przynajmniej daje swobodę poecie; ten zaś narzuca mu we wszystkiem karby rozumu. A czegoż to świadectwem? — że wielki poeta, łącząc w sobie w niesłychanym stopniu syntezę naukową z syntezą poetycką, wprowadził w błąd tych, co nie chcą wiedzieć, że wielki geniusz poetycki jest z natury rzeczy geniuszem syntezy.

III.

Lecz niesłuszną byłaby nazwa eposu — choć epos to przedziwnie i bezgranicznie odrębne od całego rodzaju twórczości, tem mianem przezywanego — gdybyśmy w Komedyi upatrywali zamiary czysto publicystyczne: a tak czyni bardzo wielu. Mają oni niewątpliwie więcej racyi od grupy poprzedniej, ale znowu popełniają ten sam grzech: przeoczają istotę geniuszu kształtującego twórczość poety, a widzą działacza; zadają kłam harmonii układu, bez której przecie Komedya nie zyskałaby nigdy praw «boskości». Czyżby klękał tak przed popiołami Danta najpotężniejszy geniusz plastyczny — Michał Anioł, gdyby czuł w nim jeno politycznego satyryka lub karciciela, czyżby w sonetach śpiewał chwałę męża stanu?
Prawda — możnaby na to odeprzeć, że i w Sądzie Ostatecznym tkwi ukryta tendencya, a głowa Kościoła, ujrzawszy go po raz pierwszy, zapadła w ponure zamyślenie i uczuła wymierzony przez mistrza pocisk groźby. Pięknie też przypomina Michelet, że Michał Anioł był z rodu dziedzicznych sędziów. Ależ pamiętajmy, że duszą sztuki ówczesnej, a przedewszystkiem florenckiej, było zawsze piękno boże i majestat wielkich uczuć i myśli, że to była jej natura, jej przyrodzone jestestwo, lecz nie świadome dążenie i cel, jak dziś, w wieku przylepianej tendencyi.
Chrystus sądzący posiada piękno formy prawdziwe, samoistne; proszę mu się przyjrzeć dokładnie w samej kaplicy Sykstyńskiej: a okaże się podobnym nieco do Apollina Belwederskiego w Watykanie, podobnym przez cudnie szlachetny, harmonijny wdzięk uduchowionego aż do boskości Greka. Również i Mojżesz, jeśli go porównać z figurami innego dłuta, które się nad nim wznoszą — u Ś-go Piotra w Okowach — uderza przedziwną płynnością linii i wyrazem rąk i nóg, brody i płaszcza, znacznie więcej, niż surowością gromiącego spojrzenia. Albowiem oba są dziełami sztuki plastycznej, a jeżeli przytem są i tematami ideowemi, to mimowoli, z samej natury rzeczy.
Bo mistrze włoscy to byli już tacy dziwni ludzie, że się w nich wzniosłość myśli łączyła z oszałamiającą szlachetnością formy — i przeto niema zasady przypisywać im tendencyi. Dopiero po nich rozpadła się jedność złożonej i tak zestrojonej natury; zjawił się wdzięk ciała i subtelność zmysłowa bez wielkości duszy — u Francuzów, albo patos wyszrubowany bez piękności — u Niemców, albo wreszcie realistyczna dosadność zarobiona świętością — u Flamandów.
I Dante, choć żył o całe stulecie wcześniej od owej złotej epoki, już cały jej skład duchowy, całą jej powszechność i wielostronność, posiadał. «Potrzeba więcej niż całego wieku, aby życie wewnętrzne, duchowe uwydatniło się w rzeźbiarstwie i malarstwie w równym stopniu, jak się ono ukazuje u Danta» — mówi Burckhardt. Choć za młodu oddychał powietrzem wesołej nauki, gaia scienza trubadurów, opiewającej czułość kobiety i chwałę rycerską, jednak, zachęcony szczęśliwą próbą Guido Guinicellego, przeduchowił i uszlachetnił tę poezyę do najwyższego stopnia, wprowadził do niej historyę, politykę, religię i filozofię. Ślad atoli szkoły został, i dlatego-to właściwie bohaterką Boskiej Komedyi jest kobieta, w dwojakiej, co prawda, postaci, ziemskiej i wniebowziętej, ale zawsze kobieta, rozsyłająca naokół promienie wdzięku i miłości.
Tu się zaczęło «das Ewigweibliche». Jak się zdarza, że jednem dzielnem pchnięciem wiosła odbijamy łódź odrazu na sam środek rzeki, tak i Dante jednym potężnym rozmachem skrzydeł geniuszu zostawił za sobą całą przeszłość, całe Wieki Średnie i króluje nad Odrodzeniem jako jego — Wergiliusz.
Jego myśl karmiła się wielkiemi ideałami, a ideały muszą być zawsze w znacznej swej części — ideałami moralnemi i politycznemi. W jego poemacie dźwięczą struny Jezajaszowe; ale on cały nie występuje jako Jezajasz, jak go określa zkądinąd bardzo pięknie, Klaczko. Jego epopeja przeto jest z konieczności i upomnieniem psującego się świata i napiętnowaniem moralnego rozkładu Kościoła, aktem zemsty za osobiste krzywdy i za krzywdy wyrządzone Italii, — klątwą na tyranów i wrogów imperium rzymskiego. I głosi też błogosławieństwo dla wielkich prawodawców i bohaterów i uczonych, chwałę cnotliwych i niewinnie męczonych, wielbi dostojeństwo nauki i filozofii, ośmiesza w sposób tragikomiczny małość i pospolitość. Sposób zaś, w jaki stawia pod pręgierz niektóre grzechy, wprost znamionuje w nim miłośnika czynu bohaterskiego, całkiem epicznego, lecz zgoła nie kaznodzieję i nie moralistę.
Ktoż, np., jest dlań przeciwstawieniem grzechu lenistwa, a więc wzorem pośpiechu? Cezar, śpieszący do Galii. Kto przykładem gnuśności? Całe ludy, jak Izrael na puszczy, jak spóźnieni towarzysze Eneasza. Kto obrazem upokorzonej pychy? Tytani zwalczeni przez Zeusa, sturamienny Briareus, ginący od jego gromu. Skąpstwo uosabia Midas. Najgorsi zaś są ludzie bezbarwni, bez charakteru, bez indywidualności. Dla moralisty prawdziwie chrześcijańskiego mieliby oni zasługę cichych pokornych owieczek, lecz Danta przejmują najwyższem oburzeniem i wstrętem, skoro powiada: «Ni wierni Bogu, ani też buntowni, ani ich przyjąć chce piekło głębokie».
A wszędzie, w każdym obrazie cnoty lub zbrodni, ogarnia cały świat, t. j. nie tylko Włochów i Rzymian, ale pierwotnych Chrześcijan, Żydów i Greków. Opiewa wszystkie strumienie, z których się złożyła wielka rzeka idei katolickiej. W jego Piekle znoszą wiekuiste katusze zbrodniarze, zabójcy, wyuzdańcy, złodzieje, oszuści, tyrani, zdrajcy wszytkich czasów. W Czyśćcu, którego siedem okręgów przedstawia coraz-to łagodniejsze i mniej wyraziste formy złego i pokuty — a mianowicie siedem grzechów głównych — a którego przedsionek zaludniają ci, co dla różnych win muszą czekać dopiero na wstęp do właściwego czyśćca — spotykamy na każdym kroku cały świat w najbardziej paradoksalnych, niespodzianych zestawieniach: Kain (zazdrość) obok Orestesa; wisielec Haman (gniew) obok Szczepana, który modli się za swych oprawców; trubadurowie obok królów żydowskich; Cyrus obok miniaturzysty Oderisiego z Agubbio.
Nie są to fakta illustrujące ściśle zasadę etyczną, lecz są fakta doniosłe grozą dziejową, tragizmem szerokie, sławne, lub przynajmniej słynne, czyny bezprzykładnego poświęcenia i wzruszającej miłości; wspaniałość ducha, piękno heroizmu wojennego: oto z czego się składa cała materyalna osnowa dzieła.
Powiedzmy więcej: nie brak i w samem rdzeniu opowieści — heroizmu, czynu, walki i zaciekawiającego wątka, tych najważniejszych i najozdobniejszych czynników epopei. Toć Dante-pielgrzym jest w swej pielgrzymce prawdziwym bohaterem. Wraz ze swym przeszlachetnym wodzem i za jego sprawą zwalcza przeszkody, straszliwe potwory i wrota, męczy się widokiem niedoli, zalewa łzami współczucia, nie jest nigdy pewny zwycięztwa i dalszej drogi, zapada w mystyczne sny i łamiące trwogi. Grozi mu nietylko Meduza, że go obróci w kamień, lecz i wszystkie zgraje szatanów i potępieńców, poruszonych jak dzikie bestye w swych piekielnych legowiskach. «To wściekłe zamykają mu przed nosem bramy piekieł, to oszukują go kłamstwami, to przypadają, by go rozszarpać, to usiłują zbić go z tropu w labiryncie piekieł. Czytelnik jest więc wzruszony ustawicznem niebezpieczeństwem» [14].
Jakie wreszcie cudowne, a całkiem powieściowe, wątki i węzły wtrącane są raz po raz! Kiedy Stacyusz śpiewa swe uwielbienie dla Wergiliusza, «bez którego nie ważyłby i jednej drachmy», a nie wie, że właśnie przed nim stoi, że mistrzem i wodzem Danta jest właśnie Wergili, — Mantuańczyk oczami daje znać towarzyszowi, by nie zdradzał tajemnicy, lecz ten nie zdołał powstrzymać uśmiechu, następuje wyjaśnienie i przedziwnie wzruszająca wymiana czułości między obu wielkimi latyńczykami. Są to istne nowelle, tyleż zajmujące co opowieści Odysseja, gdy był w gościnie u Alkinoosa.
A już najwięcej o artystycznem założeniu Komedyi świadczy nowa mytologia, którą w niej poeta stworzył, czyli ta siła plastyczna, która w niej stale góruje i zastanawia: i to jest ów drugi z pierwiastków, które podałem wyżej.
Dante wymyślił obrazy męki, grupy i sceny, duchowo-cielesne stany, w których śmiało współzawodniczy z fantazyą Greków, choć przecie ta pracowała nad swemi mytami całe wieki. Nadał im wszystkim charakter żywej wiekuistości, przedłużył je w nieskończoność i spotęgował ich grozę do rozmiarów tragedyi jakiegoś Tantala, Syzyfa, Prometeusza, Marsyasza, Danaid, furyi i tym podobnych postaci.
Oto w Piekle gniewni za karę, nie krzyczą, lecz bełkocą bagnem, «co zająkliwie pluska im w gardzieli»; tyrani, krwi żądni, pławią się wiekuiście w «nurtach wrzącej juchy», zanurzeni w niej aż po brwi; samobójcy przemienieni są w żylaste sęki, gałęzie i zatrute jeżyny, co gdy je nadłamać, ociekają krwią żywą, płaczą i jęczą i cały bór zapełniają strasznym pogwarem bólu; wyuzdańcy i rozpustnicy rzuceni w straszny kanał brudu tak wielki, jakby wszystkich ścieków i nieczystości był połączeniem. Świętokupcy, t. j. kupczący rzeczami świętemi, albo simoniacy, tkwią głowami i kadłubami w skałach:

Z każdego dołu wyzierały sine
Dziwnej postury piszczele grzesznika
Utkwione w jamie po samą pęcinę.
Od płomiennego lizane języka,
Wywężały się te ciała kawalce,
Że mogły zerwać rzemienie i łyka.

Czarnoksiężnicy mają głowy wykręcone tak, że woda, co ciecze z ócz, żłobem pleców spływa po zadzie. Złodzieje kradną sobie wzajem swoje postacie. Przedziwna swą grozą i wymyślnością jest kara za nienawiść, bo najzaciętsi nieprzyjaciele byli z sobą «tak spięci, że łbów plątali kędziory»; mróz, co ich otaczał, wyżerał uszy, zostawiając dziury, i nawet płakać nie mogli, bo

Z ócz tryskające dwa strumienie ciepłe,
Na twarz się tocząc, stygły i w powłoce
Lodu na klamry wyrastały skrzepłe.

A wreszcie — korona wszystkiego (p. XXXIII) — Ugolin, co Ruggieremu «darł czaszkę i ssał mózg w skielecie i z chciwej paszczęki włosami wroga skrzep ocierał krwawy».

A cóż mówić o samej postaci Lucyfera, o tem jak, runąwszy z nieba na glob ziemski, zarył się weń aż do środka i siłą wstrząśnienia wyparł na drugiej półkuli ocean z łożyska? Jeśli tamte grupy noszą ślady rozmyślnie czy bezwiednie półkomicznych cudaczności Wieków Średnich, tu mamy w rzeczy samej myt nowy — tragiczny, ogromny, a jednak zniewalający swą prostotą.
Ta nadzwyczajna twórcza fantazya tłómaczy też po części, dlaczego Komedya stała się w dziejach literatury pomnikiem, który, choć ludzki, postawiono obok nadludzkich, bo zrodzonych przez całe cywilizacye, jak Stary Testament i epopeje Homera. Niewiele zaś zmniejsza chwałę Danta ta okoliczność, że nie wszystko wyszło odrazu z jego głowy, lecz, że znalazł już grunt przygotowany przez olbrzymią fantazyę Wieków Średnich, poezyę sybilińską i apokaliptyczną. Był to przecie bezbrzeżny chaos, chaos nietylko w legendach i widzeniach, lecz nawet w tych malowidłach ściennych, miniaturach, zdobiących rękopisy cennych i świetnych dzieł, «co się w Paryżu zwie luminowaniem» (Czyś. p. XI) i rzeźbach kamiennych, których podobno osobliwie pełne były kościoły francuzkie za czasów, kiedy Dante tworzył i kiedy przebywał we Francyi. Uczeni francuzcy rozwodzą się szeroko nad wpływem zapładniającym całej tej sztuki i twierdzą, że wyczerpała ona wszelkie rodzaje męki piekielnej: jeden z nich, Didron, naliczył podobno nawet do pięćdziesięciu illustracyi Komedyi Boskiej jeszcze przed przyjściem jej na świat [15]. Czyż jednak — wolno zapytać: kto o nich pamiętał; — czy była to istotnie twórczość mogąca rościć prawo do hołdu wszechludzkiego? Czy traci co Szekspir na tem, że korzystał z kronik Saxo-Grammaticusa, albo Goethe, że zużytkował w Fauście legendę o alchemiku? Przecie i świat został stworzony z chaosu, z nieukształtowanych zarodzi bytu.

IV.

Historya życia wewnętrznego Danta, wyobrażona w pięknym tryptyku przez badaczów niemieckich, uczy, jak widzieliśmy, głównie, że Komedya jest wyrazem przełomu w psychice poety. Na to twierdzenie zgodzić się można bez zastrzeżenia, ile że już samo poczęcie arcydzieła znamionuje punkt zwrotny w życiu każdego «twórcy». Można więc było nawet bez pomocy komentatorów domyślić się, że poeta, zstępując tam, gdzie żegnać trzeba wszelką nadzieję — wstąpił w nowy i najważniejszy okres duchowego istnienia. Mocą zrozumienia siebie i świata uczuł oto potrzebę wypowiedzenia się w całości, wyzewnętrznienia uczuć swych i myśli w trwalszym od bronzu pomniku.
Atoli w tej brzemienności twórczej jeden, zdaje się, głęboki popęd drgał najpotężniej: potrzeba pewnej poetyckiej ekspiacyi grzechów młodości i tryumfu nad gnębicielami. Dante chciał skąpać ducha w krynicy natchnienia, w świetle sławy i w pracy myślowej. To bynajmniej nie znaczy, że chciał poddać go karom i katuszom, by dostąpić potem wiekuistej szczęśliwości, — jak usiłują dowieść — lecz że, poprostu, chciał żyć eterem twórczości, dźwignąć sobie i narodowi swemu przybytek chwały.
Takie pojmowanie nie ma w sobie nic z czczego domysłu. Odrzucam fakta postronne, poddaję się naturalnej grze uczuć Komedyi, i oto co znajduję. Ta jej część najważniejsza, która stanowi osobną i niezależną prawie całość — która opiewa tylko zbrodnie i występki i składa się z Piekła i Czyśćca — ujęta jest w szczególne ramy. Ma ona w swym wstępie i w zakończeniu coś, co szczególnie porywa duszę i drga nadzwyczajną szczerością. W każdym innym utworze, któryby nie dźwigał na sobie całych Alp objaśnień i domysłów, dwa takie pokrewne i stanowiące jego oprawę momenta miałyby dla szczerego i wrażliwego czytelnika znaczenie wskazówki niezawodnej, jasnej i wymowniejszej nad wszelkie najuczeńsze wywody.
Cóż one opiewają? Pierwszy brzmi:

W połowie drogi naszego żywota
W pośród ciemnego znalazłem się lasu,
Albowiem z prostej zbłąkałem się ścieżki.
O, jakże ciężko teraz wypowiedzieć
Jak ten las dziki, gęsty i ponury!
Wspomnienie samo wznawia strach okropny,
Że śmierć zaledwie okropniejszą będzie.


A potem idzie opis potworów: pantery, lwa i wilka, które mu zastąpiły drogę, wiodącą z doliny grzechu, i wreszcie spotkanie wielkiego Mantuańczyka, Wergiliusza. Dziwnie wzruszającą jest rozmowa dwu wieszczów, z których jeden błaga o pomoc i ratunek, a drugi, «widząc łzy jego», obiecuje wyzwolić go z sideł złego i poprowadzić przez państwa wieczności.
Wszyscy widzą w tym dzikim lesie jakieś puszcze filozoficznych zwątpień i przeczuć, w owych zaś bestyach — symbole zwierzęcych w człowieku pokus albo też stronnictw, które rozdzielały i rozdzierały Florencyę. Lecz czyż nie prościej i słuszniej byłoby zapytać epilogu tej wędrówki z Wergiliuszem, kresu właściwej pielgrzymki, i posłuchać co tam powiedziano o jej początku? A kres ten posiada wymowę iście cudowną. Jest to owo słynne z piękności pożegnanie się z Wergilim i napomnienie z ust Beatryczy, która wreszcie przebacza zbłąkanemu. Lecz cóż mu ona przebaczać może w tem ważnem miejscu, u celu pielgrzymki po krainie bólu? Cóż, jeżeli nie ów dziki ciemny bór? A czem był ten bór, to widać jak przez kryształ przez karcące słowa niebianki i wyznanie samego Danta, w którego żyłach «na widok jej każda kropla zadrżała» z obawy, skruchy i «wstydu ciężkiego»:

Lód, który ściął się wkoło serca mego,
Tchnieniem i wodą stał się, i z mej piersi
Z bólem się wylał przez usta i oczy.


A Beatrycze, tłómacząc swą surowość, mówi, iż chce, «by ją zrozumiał ten, który tam płacze, a boleść jego równą była winie». Albowiem był obdarzony od Boga i gwiazd wielkiemi przymiotami, lecz rola tem gorszą i dziwną się staje, im więcej zawiera w sobie dzielnej ziemnej treści, gdy ziarno złe i brak uprawy:

Czas jakiś licem wspierałam go mojem
I, młodociane ukazując oczy,
Wiodłam go z sobą torem prawej drogi;
Lecz skoro tylko stanęłam na progu
Drugiego wieku i zmieniłam życie,
On mnie odbieżał i oddał się innym.


Wreszcie «goniąc za szczęścia złudnemi obrazy» upadł tak nizko, że nie pozostało innego środka, jak tylko

Stan zatraconych pokazać mu ludów;
Dlategom progi zmarłych nawiedziła

I z płaczem niosła prośby me ku temu,
Który go na te wprowadził wyżyny.
Złamanym byłby wielki wyrok Boga,
Gdyby kto Letę przebył i skosztował
Wód jej, jeżeli nie złożył opłaty
Żalem, co hojne łzy wylewać każe.


Dlaczego — tak gromi go Beatrycze dalej (p. XXVI) — opuszczał na dół pióra i nowych ran czekał z oczu dziewczyny; czemu, choć przecie porósł już w pierze, jest jak nowotny ptaszek, nieostrożny i niemądry; czemu wabnych syren słuchał? Surowość boskiej kochanki i siła idealnej piękności, bijąca z całej jej postaci, sprawiły, iż

Pokrywa żalu piekła mię tak srodze,
Że ze wszech rzeczy, ta, która najwięcej
Miłość ku sobie pociągnęła moją
Najwięcej mi się nienawistną stała,
A serce taką ubodła zgryzotą,
Żem padł zemdlony.. co się ze mną stało,
Wie ta najlepiej, która to sprawiła.


I, zaiste, wielką musiała być ta boleść, skoro aż nimfy wstawić się za nim musiały:

Zwróć, Beatrycze, zwróć twe oczy święte
(Brzmiała ich piosnka) na wiernego sługę.
Co tyle drogi odbył, by cię widzieć!
Racz, z łaski swojej, łaskę nam okazać,
Odsłoń dla niego usta, aby poznał
Drugą twą piękność, którą przed nim kryjesz. [16]


Trzeba chyba umyślnie zamykać oczy, żeby nie widzieć, iż ten najszczerszy, najsilniejszy, najbardziej łzawy w całej komedyi wylew uczuć stanowi, popierwsze, rozwiązanie węzła, zadzierzgniętego tajemniczą spowiedzią o «selva selvaggia» i, powtóre, odkupienie uciech światowych, pogoni za złudną marą szczęścia, utraty siły moralnej, obniżenia godności i polotu ducha. Byłoby płytkiem i jednostronnem widzieć ten upadek tylko w pewnej rozwiązłości i zmysłowem wyuzdaniu. Przeciwnie, należy go pojmować znacznie szerzej, i pamiętać, że głębokie poczucie etycznego idealizmu, które tkwiło zawsze na dnie duszy Danta, mogło się czuć sponiewieranem i przez zwyczajny materyalizm życiowy. Sama już obraza czci dla potężnej a wolnej woli, samo rozmiękczenie charakteru i nadmierna skłonność do rozkoszy i szczęścia indywidualnego — wystarczały do tego, żeby się zrodziła potrzeba oczyszczenia, wewnętrznej rehabilitacyi, tęsknota za lotem silnym, górnym i świetlistym.

To też z chwilą gdy odnalazł siebie, może już wziąć za wodza wolę własną, albowiem jest ona wolna i zdrowa i prawa — takiemi słowy Wergili żegna u wrót raju i wieńczy poetę na znak, że jest sam sobie panem [17].
Wieńczy go nietylko mitrą, znamieniem wielkości religijnej, lecz i koroną — znakiem chwały ziemskiej. Bo piewca «dna całego świata» i «wiecznego bólu» samą szczytnością swego przedsięwzięcia i podniosłością celu swego zdobył sławę. Ona-to była dlań bodźcem w strasznej pracy, podtrzymywała go w żałosnej wędrówce po nieskończonych kaźniach, była ekspiacyą, której się duch jego domagał.
Nikt nie weźmie chyba tego momentu psychicznego żądzy sławy za jedno z żądzą pokuty kościelnej. Co innego — śpiewać tragedyę człowieka dla chwały swojej i ludzkiej, a co innego przedstawiać w niej spowiedź przed konfesyonałem Boga. Czyż zresztą sam poeta nie przyznaje się jeszcze w innem miejscu do swego pragnienia sławy, zarówno w rozmowie ze Stacyuszem, który mówi: «Bodajś z pożytkiem dokonał wielkiej swej pracy», jak w stu innych miejscach, gdzie opiewa wciąż sławę i sławę, jak wreszcie — i najwymowniej, w pieśni XXIV Piekła? Zmęczonemu i wycieńczonemu mozolną drogą rzecze Wergili:

Przystaje teraz pozbyć się lenistwa,
Bo, siedząc w pierzu i kołdrą nakryty
Nikt jeszcze nigdy nie doszedł do sławy;
A ten kto bez niej trawi życie swoje,
Taki na ziemi ślad po sobie rzuci
Jak dym w powietrzu lub na wodzie piana.
Wstań więc i niemoc zwalcz potęgą ducha,
Który zwyciężyć winien w każdej walce.


Potrzebaż lepszego dowodu? Jakoż okazuje się, że Włosi, zapewne lepiej i żywiej odczuwający wielkiego swego rodaka, najchętniej widzą w Komedyi hołd spłacony sławie. Świadczy o tem pogląd Marchettiego, jeden z najbardziej lubionych i rozpowszechnionych. Jest to zarazem pogląd szlachetny i szczery — i ciepłem swem właśnie dorównywa temperaturze uczuciowej samej wizyi. Według niego Komedya to ucieczka od klęsk, osłoda cierpień i droga do odzyskania szczęścia. Ciemny las — to wygnanie, potwory, zastępujące mu drogę, — to gwelfowie, papież i Karol Walezyusz [18], szczeblowanie do Raju — to szczeblowanie do sławy, którą tak opromienić zamierzył imię swoje, ażby upokorzyło dumną i okrutną Florencyę, aż-by zawstydzona zgotowała tryumf i wrota swoje na ściężaj wielkiemu swemu synowi otwarła [19].
W takiej wykładni — sam Marchetti słusznie ją zowie szlachetną i najzgodniejszą z prawdą, — nic nam nie przesłania wielkiego poety. Brzmi ona współdźwięcznie z owem upomnieniem Wergilego, że bez sławy życie jest dymem w powietrzu, pianą na wodzie. Boć wiemy, że poeta, choćby najwyżej wspiął się po stopniach nadziemskiego ołtarza myśli, choćby wyzbył się wszystkich brzemion ziemi, jednemu zostanie wiernym niewolnikiem — pragnieniu sławy. A z takiego pragnienia rodzi się, nie chęć zbudowania świata morałami, lecz żądza podbicia go i zespolenia się z nim w locie nad gwiazdy.
Cokolwiekby kto na to odparł, w głowie pomieścić się nie może, aby Dante nie miał i tej choćby intencyi, tworząc swe wielkie dzieło, — ażeby nie żywił złudzeń lub nawet pewności, że przejedna swą ojczyznę i rozpali w niej dla siebie żar uwielbienia. Widzieliśmy przecie, jak ją kocha, tę najpiękniejszą córę Romy, i jak za nią tęskni. Czyżby mogła nie zrozumieć go, nie przebaczyć, nie rozpłakać się, nie przyjąć w otwarte ramiona, gdy wzdychał i marzył:

Jeśli się zdarzy, że Poemat święty,
Co doń swą rękę przykładały społu
Niebo i ziemia, który przez lat wiele
Niszczył me ciało, przezwycięży kiedy
Srogość okrutną, co mi drzwi zamyka
Pięknej owczarni, gdziem spał jak baranek,
Wróg wilków, którzy wojną ją pustoszą, —
Z innym już wtedy i głosem i włosem,
Wrócę, Poeta, i nad mą chrzcielnicą
Laurowy wieniec włożę na me skronie.
(Raj. p. XXV).


Niestety — nie darmo w jednym z cyklów swych canzon o niewzruszonej jak głaz wyraz «kamień» powtarza z rozmysłu po kilkanaście razy, prawie jak symbolista naszych czasów, który dla tem pewniejszej suggestyi wciąż w ten sam klawisz uderza — tak, że aż do tych pieśni przylgnęło miano «skalistych» albo «kamiennych» — pietrose. Nie darmo w sonecie jednym skarży się na okrutną, co jasnym wzrokiem swym zapala ogień morderczy, a tak jest dumna, że spokojnie pozwala ginąć tym, co się jej oddali, i odwraca oczy, gdy u stóp jej konają. Florencya miała dlań rzeczywiście serc[20] z kamienia.






Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – żmudną.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – wyniósł.
  3. Witte: «Ueber das Missverständniss Dantes» i «Ueber Dante» (Dante Forschungen t. I).
  4. Por. wydanie włoskie Komedyi Boskiej Eugeniusza Camerini (Milano 1891). Introduzione.
  5. W Revue contemporaine.
  6. Dante-Forschungen. Tom I.
  7. Przypisując Wittemu to, czego on nie myślał i nie wyrzekł, estetyk krakowsko-paryzki dowiódł, że posiada nietylko wysoki talent pisarski i znakomite poczucie piękna, lecz i niebywały dar zwyciężania urojonych współzawodników. W obecnym sporze chciał on zebrać łatwe laury i w tym celu dosyć ryzykownie przeinaczył cudzą, rozumną, oględną i pożyteczną tezę, która ma prawie urok odkrycia.
  8. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – przez.
  9. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – impulsu.
  10. Biagioli u Wittego — (tom I str. 54).
  11. Witte w dziele przytoczonem (Tom I str. 63).
  12. F. X. Krauz (p. 412).
  13. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – np.:.
  14. Są to słowa słynnego znawcy literatury średniowiecznej, Simonde’a de Simondi, wypowiedziane w dziele La littérature du midi de l’Europe (wydanie 1819 r., rozdział o Dantym).
  15. Porównaj wstęp do włoskiego wydania Komedyi, napisany przez Eugeniusza Camerini (Milano 1891). Porównaj też Krauza, który szczególnie szeroko uwzględnia i rozpatruje wpływ sztuki na Danta.
  16. Przekład ten — Stanisławskiego — jest zupełnie dosłowny.
    Volgi, Beatrice, volgi gli occhi santi,
    Erà la lor canzone, al tuo fedele
    Che, per verderti, ha mossi passi tanti.
    Per grazia fa noi grazia che disvele
    A lui la bocca tua, si che discerna
    La seconda bellezza che tu cele.
  17. To jest jedyny, zdaniem mojem, jako tako wierny obraz pobudki, która zrodziła Komedyę. Pewny jestem, że trafiłby on do przekonania każdemu szczeremu czytelnikowi Komedyi, a także trafia najświeższemu i gruntownemu znawcy Danta, jakim jest Krauz, którego obszerne dzieło dopiero w roku 1898 wyszło. I on wprawdzie nie mógł się powstrzymać od pewnego schematu dziejów duchowych poety (złożonego, już nie z trzech, lecz z czterech, okresów); ale blizkim jest tego, aby widzieć punkt ciężkości w gwałtownym zwrocie od ziemskiego pobrukania skrzydeł, w którem przeważającą rolę grał wybujały erotyzm. Słusznie też zwraca uwagę na pieśń o słodkiej syrenie, która została tam zohydzoną, tak prawie, jak się dziś zohydza «dla miłości» w muzeach osobliwości (Czyściec XIX). Inny znów świeży schemat: 1) młodość — subjektywizm i zwalczenie zmysłowości, 2) działalność polityczna, 3) Marzenie o przyszłości i wieczności — zbudował Isidoro del Lungo w dziele Dante nel suo poema (1893). Podajemy za Krauzem.
  18. Oczywiście, na ten punkt interpretacyi Marchettiego wobec wyrażonej już opinii o znaczeniu ciemnego lasu — nie zgadzam się.
  19. O Marchettim porównaj też Krauza, a zwłaszcza Wittego w dziele przytoczonem. (Tom I str. 55).
  20. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – serce.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cezary Jellenta.