Dante (Jellenta)/Heretyk i rewolucyonista

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Cezary Jellenta
Tytuł Dante
Data wydania 1922
Wydawnictwo Księgarnia F. Hoesicka
Druk P. Laskauera i W. Babickiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ V.



HERETYK I REWOLUCYONISTA.

I.

«Dante — psalmistą pokutującym, skruszonym teologiem»
«Dante — kacerzem, rewolucyonistą».

Chyba niepodobna wymyśleć bardziej zabawnego zestawienia. Lecz to, na co-by się nie zdobył żaden wybryk wesołej fantazyi, to uczyniła rzeczywistość i to jest pomysłem całkiem poważnym. Nietylko bowiem posądzają Danta o spiskowanie zapomocą poezyi przeciw państwu, ale o coś więcej — przeciw religii, słowem, o kacerstwo!
Jakim sposobem zdrowa myśl krytyczna dojść mogła do podobnych urojeń, nad tem za długo byłoby się tutaj rozwodzić. Niechaj wystarczy jeden fakt, który sporo światła rzuca. Oto po okresie komentowania ze stanowiska wiary nadszedł czas, kiedy Boska Komedya stała się dla ludzi poematem nawskroś politycznym. Możnaby dodać, że czas to szczególnego rozrostu zagadnień państwowych w Europie, czas politycznego o wszystkiem myślenia. Gdy krytyka raz na tę drogę weszła i wdała się w odcyfrowywanie utajonych jakoby założeń w pismach Alighierego, nie spoczęła póty, aż się znalazła u krańców, jak to zresztą bywa zawsze. I oto rezultatem tego przeczulenia politycznego są nader poważne i bądźcobądź w wielką erudycyę zbrojne dzieła Dante-Gabryela Rossettiego starszego, oraz Francuza Arroux’a, już nie mówiąc o innych, drobniejszych.
Ale nie jest on bynajmniej wyłącznym tworem nowych czasów. Przeciwnie, wiąże się z tradycyą i ma pewnie pierwsze swe źródło w pierwszej klątwie, która ścigała postać, a następnie i cień, wielkiego poety. Raz wyklęty, mógł już być obarczany mnóstwem innych win. Ścigany niełaską Kuryi i jej sprzymierzeńców, i całkiem zasadnie — boć był jej jawnym wrogiem — dlaczegożby nie miał być przeklętym wogóle jako wróg «istniejącego porządku rzeczy», zarówno kościelnego jak i świeckiego? Zobaczmyż ile w tych wszystkich oskarżeniach prawdy i o ile dalszem swem życiem i postępowaniem dawał do nich powód.
Całkiem świadomie mówimy «życiem» i nie dodajemy «teoryami», albowiem, jak można było już wyczuć, ten nadzwyczajny ustrój był sobie zawsze wierny, tak głęboko szczery i rdzenny, że w nim wszystko było życiem. Dzieła swe pisał własną krwią i żółcią, własnym zapałem i bólem. Napozór chłodna i powolna scholastyka jego wywodów jest tylko niezbędną dla epoki daniną formy, lecz kryje się pod nią zawsze gorąco najwewnętrzniejszych chęci. Nie były to wogóle czasy tworzenia rzeczy zewnętrznych, peryferycznych, niezwiązanych z duchowym rdzeniem istoty, jak za dni naszych; nie pisano wtedy dla potrzeby chwili, przygodnego poklasku, na obstalunek, choćby wbrew uczuciu i przekonaniu. A jeśli kto, to Dante w szczególności był naturą intensywną, mógłby śmiało każdy swój utwór, najbardziej nawet prozaiczny, nazwać vita.
Stosuje się to w wysokim stopniu do tej sfery jego ducha, którą najpełniej i najsystematyczniej wypowiedział w Monarchia. Czyż nie jest, pytam, uderzającem to, że niektórzy widzą w niej wyraz naukowy tego samego, co wyśpiewał poetycznie w Komedyi, mianowicie «zwiastowanie królestwa Bożego na ziemi»[1], że więc te same uczucia przybrał w dwojaką formę? Czyż nie jest równie znamiennem, że choć daty narodzin pism Danta są mniej więcej ustalone, co do Monarchii zdania do tego stopnia się różnią, iż jedni uważają ją za bardzo wczesną pracę, pisaną jeszcze we Florencyi, i nawet przed rokiem 1300, inni zaś za całkiem późną, mianowicie równoczesną z t. z. Römerzugiem Henryka VII[2]? O czemże to świadczy? Że można przesuwać dowolnie datę teoryi Danta bez uchybienia jego indywidualności, że już za młodu, przed rozbratem ostatecznym z ojczyzną, żywił on te same przekonania, co później, gdy wszedł w okres zupełnej dojrzałości.
Lecz skoro źródło poglądów politycznych Danta było w samem jego jestestwie, tedy nic dziwnego, że przybrać one musiały jeszcze inny, plastyczniejszy, kształt — kształt czynu. Dante szukał wcielenia żywego swoich ideałów, i znalazł je właśnie w osobie Henryka VII. Na niego zwracał pełne nadziei oczy, może nawet naprawdę dla niego napisał Monarchię, do niego skierował cały szereg ulotnych pism, niby listów apostolskich, w których Jezajaszowemi słowy wzywa Toskanię do powitania w nowym cesarzu zbawcy, «drugiego Mojżesza, wybawiającego naród od plag egipskich», gromi proroczo opornych i toruje drogę swemu Augustowi i Cezarowi w jednej osobie.
Każdy wielki poeta idei — poeta, nie pessymista, wierzy, że ją urzeczywistni blizka wojna, przewrót, panowanie nowego władzcy. Poezya, nie będąc sama czynem, roi zawsze czyn niedaleki i ma weń wzrok utkwiony jak w gwiazdę przedświtu; nieraz go nawet przyśpiesza. Dla Danta czynem tym miał być nowy podbój Rzymu przez nowego imperatora. O tem samem marzył i książę Luksemburski, Henryk VII, a wobec tego godzi się przypuszczać, że po niebie południowem unosiła się jakaś wizya odrodzenia jako wyraz tęsknoty i potrzeby. Henryk bowiem — to nie tyle ambitny zdobywca, ile istotnie romantyczny paladyn. Pełny młodzieńczej ufności i zgoła nieuzbrojony w oręż podstępu, bez którego niemasz wielkiego powodzenia wojennego, popełniał błędy, grzeszył zbytnią wiarą w ludzi i przeceniał własne siły. Tak, np., nie rozumiał, że papież Klemens V zgoła co innego ma na myśli niż popieranie idei nowego cesarstwa — mianowicie nową wyprawę krzyżową. Nie rozumiał też, że dla wskrzeszenia imperium potrzeba olbrzymich środków pieniężnych i pokaźnej armii, a nie watahy, złożonej przeważnie z krewnych i osobistych przyjaciół.
Jeżeli pomimo to chwilami odnosił zwycięztwa i zniewalał sobie tak potężne gminy jak Piza, która ofiarowała mu na cele wyprawy wiele złota i więcej jeszcze sympatyi, jak Genua, Kremona, i takich świetnych rycerzów jak Can Grande, — to znak, że idea gibelińska, choć tłumiona, wiecznie żywotną była. Dowód to również, iż Henryk wywierał i osobą swą pewien urok, że go opromieniała pewna aureola idealizmu. Jakoż nie był to właściwie germanin, z tych «żarłocznych niemców», o których mówi w Komedyi Dante z całą znajomością natury teutońskiej. Był to z wychowania i duszy raczej francuz, obdarzony zaletami serca i polotem.
Łatwo pojąć jak do tego imienia przylgnął Alighieri. Powszechna jest wiara, że zbliżył się do niego, jeno nie wiadomo dokładnie gdzie to było — najpewniej w jednem z miast na drodze ze Szwajcaryi do Włoch. W swej niecierpliwej egzaltacyi witał go pobożnie, aż do zapomnienia, że bluźni, i wołał: «Oto baranek Boży, który dźwiga grzechy całego świata». Później znów, śledząc jego pochód, ostrzegał przed intrygami kuryi, króla Neapolu i, po dawnemu nienawistnej, Florencyi. W pismach ulotnych (1311), pisanych stylem starobiblijnym, niesłychanie obrazowym, pełnym grozy i zuchwałego wyzwania, żąda dlań hołdu od książąt włoskich i wskazuje palcem na Arno jako na zatrutą rzekę, a na Florencyę, jako na gnijącą bestyę, na bezbożną, kazirodczą Myrrhę.
«Porzuć namysły, o, wzniosła odrośli Jezajasza — woła — zaczerpnij ufności z oczów Pana Twego, Boga Zebaoth, i powal tego Goliata procą swej mądrości i kamieniem swej siły, albowiem przy jego upadku noc i cień strachu okryją obóz Filistynów — Filistyni pierzchną, a Izrael wolnym będzie».
A co na to Goliat — Florencya? Słowa klątwy były zbyt gromkie, ażeby mogły być niesłyszane, a zasłyszane — ujść bezkarnie. Gdy bowiem w tymże roku ogłoszono amnestyę, Dante był z niej rozmyślnie wyłączony[3].
Lecz piękna owa Henryada miała się prędko skończyć. Jeszcze tylko parę epizodów świetności było jej przeznaczone. Roku następnego śmiały, lecz mało przebiegły, luksemburczyk dotarł do Rzymu, ale każdą piędź ziemi musiał zdobywać krwią. Wbrew najgorętszemu swemu pragnieniu został koronowany, nie w kościele Ś-go Piotra, lecz w Laterańskim, i tylko przez legata papiezkiego. Wtedy jednak przejrzał: postanowił iść na ostre z kuryą i królestwo Neapolu wziąć jako swoje lenno. Zarazem też całą siłą zwrócił się przeciw Goliatowi — Florencyi, wszakże rady jej nie dał i tylko się z wojskiem wyczerpał. Z zapałem jednak niestygnącym wojnę prowadził, zawarł rozumne przymierza i byłby może wrogów swych ostatecznie pokonał, lecz w tej ważnej chwili (w połowie lata 1313 r.) strawiła go na śmierć gorączka, której się był nabawił jeszcze pod murami Florencyi. «Świat nadziei zeszedł z nim do grobu» — mówi dziejopis.
Jakim to ciosem strasznym było dla Alighierego — zbyteczna chyba rozwodzić się.
Ale choć zniknął człowiek, nie znikła idea poety. Choć zamarła miłość dla męża opatrznościowego, nie zamarła wiara w Opatrzność.
Taki realny wypadek jak śmierć czyjaś nie może złamać wielkiego apostoła i rozproszyć jego wizyi. Czyn fizyczny się nie udał, ale został i przetrwał czyn moralny — Monarchia.
Dante przecież od początku do końca lekceważy rzeczywistość. Zarówno jego cel, ideał, jak i środki doń prowadzące są nie z tego świata. Realny jest w nim tylko ból na widok bezrządu i prywaty; ale cały sposób czynnego nań reagowania znamionował skrajnego idealistę, humanistę, w którym przedziwnie połączył się czysty idealizm Chrystusa z pierwiastkiem hierarchii, właściwym Hebrajczykom, i szlachetnem pragnieniem szczęścia ludzkiego, tak jak ono promienieje z duszy greckiej, a nadewszystko z Arystotelesa.
Walczy więc Dante nietylko siłą swego marzycielskiego pragnienia, nietylko orężem rozumu, ale i cytatami poetów; walczy pod hasłem bardzo wyraźnem: «Jedność i powszechność».
Jeżeli w Komedyi wydały najwspanialszy swój kwiat siły twórcze poety, to w Monarchii przyniosły swój najpyszniejszy owoc siły syntetyczne. W formy dowodzenia suche, jakgdyby geometryczne — istny to bowiem Spinoza przed Spinozą — w formy sztywne i zimne przelewa gorące pożądania poety-apostoła. Powiada np. «Ród ludzki czuje się najszczęśliwszym wtedy, gdy się najwięcej podobnym staje Bogu. To jednak tylko wówczas osiągnąć się daje, gdy panuje możliwa jedność. Albowiem prawdziwy jest ten stosunek jednostki do całości, o którym powiedziano: Słuchaj, Izraelu, pan Bóg twój jest Bogiem jedynym!» Albo też przy końcu tej samej pierwszej księgi: «Grzeszyć to nic innego jak porzucać jedność i przechodzić do wielości, co też potwierdza i psalmista, mówiąc: Przez płody zboża, wina i oliwy zwielokrotnili się».
Żądza jakiegoś wszystko ogarniającego całokształtu życia podyktowała mu taki oto plan:
Jedynie człowiek w rzędzie wszystkich istot zajmuje środek między sferą doczesną a nieskończonością, jakoby między dwiema półkulami ziemi. Ponieważ zaś wszystko, co zajmuje miejsce pośrednie, musi mieć w sobie naturę obu krańców, a wszelka natura zmierza do pewnego ostatecznego celu, przeto i człowiek dążyć musi do ostatecznych celów doczesności zarówno jak nieśmiertelności. Będą niemi: szczęśliwość w tem życiu i szczęśliwość wiekuista. Do pierwszej prowadzi rozum, filozofia, do drugiej Duch Święty.
Słowem, człowiek potrzebuje dwojakiego steru: cesarza rzymskiego, któryby się opierał na wskazówkach filozofii, i zwierzchniego kapłana, któryby głosił prawdy wiekuiste Chrystusa i kiełznał namiętności ludzkie (Monarchia, konkluzye). Obie zaś te władze pochodzą bezpośrednio od Boga: a zatem majestat cesarski jest tak dalece Boskiego pochodzenia, że między nim a Bogiem niemasz żadnego pośrednika, i nawet książęta, zwani wyborcami czyli kurfirsztami, są właściwie jeno «heroldami albo zwiastunami» mądrości boskiej.
W jednym, jedynym tylko punkcie Ś-ty Piotr ma przewagę nad Cezarem. Ponieważ «szczęśliwość ziemska jest poniekąd poddana szczęśliwości niebieskiej», przeto ojcu świętemu należy się jakoby od pierworodnego syna pewnego rodzaju szacunek. Te słowa i myśli kryły może w istocie, jak przypuszczają, dytyramb na cześć Henryka VII — jeżeli tylko prawdą jest to, że druga część dzieła wyszła już po koronacyi rzymskiego cesarza[4]. Ale niemasz w nich najmniejszego śladu dworactwa lub cienia pochlebstwa dla osobistości nowego pomazańca. Poeta przemawia wciąż tonem górnym mędrca i na chwilę nie schodzi z wyżyn idealisty i proroka. On jakby pouczał cesarza o jego obowiązkach i o wzniosłych pobudkach, dla których dano mu do rąk berło: oto, ażeby był sługą celów Ludzkości, a tylko w stosunku do środków panem, bo, nie państwo istnieje gwoli prawom, ale prawa gwoli państwu; ażeby ziścił na ziemi ideał szczęśliwości doczesnej: Pokój, Wolność i Sprawiedliwość. Żąda odeń wielkiej dla wszystkich miłości i przypisuje mu ją zawczasu. Możnaby dla zwięzłości powiedzieć, że w tym wzorze panowania poeta chce urzeczywistnić, choć może inaczej je określa, wszystkie te wielkie i szlachetne cele, które najlepsi humaniści nowszych czasów wiązali z wyrazem i pojęciem Ludzkości.
Albowiem dla Danta istniała tylko Ludzkość, a nie narody, tylko ziemia cała, a nie pojedyńcze kraje. Jest to wprost zdumiewające, jak stale i z jakim naciskiem rozpościera poeta wielkie zadania imperium rzymskiego na wszystkie ludy. Podstawił on pod Rzym pojęcie całkiem niehistoryczne, całkiem dowolne, własne. Przypisał mu rolę opatrznościową rządzenia całym Rodem Ludzkim. Byli i inni, co chcieli podbić całą ziemię, jak Aleksander Macedoński, — ale zginęli przed czasem, bo nie byli powołani przez Boga; Rzym zaś nadzwyczajnemi cudami męstwa i zwycięztw nad Kartaginą, mnóstwem niespodzianych heroizmów, ratujących go od niechybnej zagłady, stanowi widome świadectwo nadzwyczajnej missyi. Wreszcie sam Zbawiciel wybrał sobie czasy imperium rzymskiego za widownię swego męczeństwa i odkupienia grzechu pierworodnego.
Niesłychana jest, doprawdy, pomysłowość, z jaką Dante wywodzi tę wielką ideę z państwa, które w rzeczywistości nic mystycznego ani utopijnego w cele swe nie kładło, które było wzorem i politycznego rozumu i praktyczności. Patrzy on na całą przeszłość Romy przez pryzmat swych własnych marzeń o jutrze świata i tej gloryi na poły chrześcijańskiej, którą otoczył swoje bóstwo ziemskie — Wergiliusza. W tem wszystkiem poeta był całkiem oryginalny i miał zupełne prawo szczycić się i obiecywać sobie «palmę chwały» we wstępie do Monarchii, że jest pierwszym, który porusza zagadnienie wszechświatowych rządów. Od Tomasza z Akwinu i pisarzów średniowiecznych wziął tylko ideę dwu szczęśliwości, ale cały gmach uniwersalnego państwa zbudował własną myślą. Jego to osobistą zasługą — idea braterstwa ludów. Za surmą Ducha Świętego, głoszącą «słodkie napomnienia Boga» — wołał: «Patrz jak to pięknie i mile, gdy bracia zgodnie obok siebie żyją!» Ale biadał, że Ludzkość, zaślepiona żądzą i namiętnościami, stoczyła się ku brzegom otchłani i stała się jak potwór wielogłowy. Glob ziemski zapomniał swych wzniosłych celów ducha, których dopiąć można tylko w takiem urządzeniu, jak to, które Bóg nadał ciałom niebieskim, albo którem Mojżesz dźwigał z niewoli i przez puszczę prowadził ludy Izraela, albo — dodajmy jeszcze od siebie, trafiając w ulubioną myśl poety — Arystoteles rządzi w filozofii. Bo Dante — rzecz osobliwa — myślał światami, na których tronie sadzał najwyższe wcielenia powagi i jedności: Boga, Mojżesza, Arystotelesa. Powszechność, wszechświatowość to jego natura, jego cecha żywiołowa, o której powiada sam w innym znów utworze: «Ja, dla którego (a właściwie: «My») ojczyzną świat — jak dla ryb ocean». A mówi to tonem lekkiej pogardy dla tych, co swą ziemię i mowę rodzinną uważają za coś lepszego i piękniejszego. Bo chociaż tak bardzo miłuje Florencyę i za tę miłość wygnańcem został i pragnąłby nad wszystko na świecie mieszkać nad Arno i «wertować pisma poetów i pisarzów opisujących świat» (znowu świat!), to jednak wierzy, iż mogą istnieć kraje piękniejsze nad Toskanię, a język słodszy i dżwięczniejszy niż mowa latyńczyków (De vulgari eloqu. VI).
Dlatego-to nazywają go kosmopolitą [5]. Ale to jeno patryotyzm włoski, rozszerzony na wszystkie ziemie i ludy, to odnowiona i uszlachetniona przez idealizm duma rzymska Wergiliusza — uszlachetniona, bo pełna czci dla narodowych odrębności, zwyczajów i sympatyi. Z przedziwnem jasnowidztwem uznaje Dante zależność kultury od naturalnego ukształtowania kraju. To, co pisał w tej materyi i objaśniał przykładami w 1-ej księdze Monarchii, mogłoby również figurować w dziele takiego Buckle’a. Jego kosmopolityzm jest ideą i uczuciem nawskroś chrześcijańskiem, więcej: chrystusowo-poetyckiem. Jest to wielki subjektywny wszechpoemat, prozą scholastyczną napisany. Treścią jego: powszechna rzeczpospolita, federacya wszystkich ludów, w której przezydent nazywałby się imperatorem rzymskim [6].
Tak więc Alighieri chciał świat z gruntu przetworzyć. To nie był mąż stanu, lecz prorok, apostoł; ale, że swe apostolstwo ubrał w formę traktatu politycznego i że przyszłość chciał zbudować natychmiast na dobrych chęciach żyjącego monarchy, więc był zarazem rewolucyonistą, rewolucyonistą jednak nowatorem, nie burzycielem. Swą wiarą w zbawienność państwa odsłania nam w sobie typ jaknajbardziej przeciw-anarchiczny. «Nie być obywatelem» — to było w jego oczach największem nieszczęściem. Jeśli miotał pioruny gniewu na Florencyę i Kuryę rzymską, nie były to kamienie rzucane z barykad w bojowej zapamiętałości sekciarza, lecz groty wymierzone przeciw bezrządowi właśnie i zamachom na święte posłannictwo cesarza rzymskiego. Groty te były niekiedy maczane w truciźnie uraz osobistych, ale godziły w to, co runąć powinno było.

II.

Ale tego wysokiego stanowiska nie zdołali uszanować pisarze włoscy rewolucyjni. Szukając sprzymierzeńca w jakimś wielkim rodaku, trafili na Danta i zrobili go właśnie — sekciarzem. Wyzyskano jednostronnie obelgi rzucane przezeń na papieży w rozmaitych pieśniach Komedyi, wyzyskano to, że ich poddawał katuszom w swem Piekle za chciwość, którą piętnował słowy:

Z złota i srebra zrobiliście Boga:
Czemżeście różni dziś od bałwochwalców,
Jeżeli nie tem, że oni jednemu —
Wy stu bałwanom pokłon oddajecie?
(Piekło XIX).


Za obłudę księży, którą nielitościwie wyśmiewał:

Chrystus Pan nie rzekł pierwszym Apostołom:
Idźcie i światu ogłaszajcie brednie.
................

Dziś idą kazać zbrojni dowcipami
I błazeństwami, i byle się dobrze
Ludzie uśmieli, — kaptur się nadyma
I nikt od niego nie wymaga więcej.
Lecz gdyby wiedział lud jaki to ptaszek
W najgłębszym kątku kaptura się gnieździ,
Poznałby, jakim zaufał odpustom.
Przez nie to głupstwo tak na ziemi wzrosło,
Że bez żadnego świadectwa dowodu
Tłum się do wszelkiej obietnicy garnie.
Tem-to się tuczy ów wieprz Antoniego,
I wielu innych gorszych niźli wieprze,
Płacąc fałszywą bez stępla monetą. (Raj XXIX).


Lecz gdy te przekleństwa zrodziły się z bólu głęboko etycznego chrześcijanina i katolika, niewcześni czciciele wywodzili je z fanatyzmu jakiegoś nowoczesnego radykalisty. Zamierzając wywyższyć, zniżyli wielkiego geniusza o kilka szczebli, wpletli w życie jego rozdział, może sensacyjny, ale nieprawdziwy i śmieszny.
I któż to taki? — pyta czytelnik — Legion. Na czele legionu stawiany bywa profesor Gabryel Rossetti, ojciec znakomitego poety i malarza prerafaelity, — co prawda, tylko ze względną słusznością, bo go uprzedził niemniej szlachetny poeta, męczennik idei włoskiej — Ugo Foscolo. Rossetti, uczony wielbiciel piękna Platońskiego, każe być Alighieremu członkiem tajemnego stowarzyszenia antipapieskiego w rodzaju wolnomularzy (masonów) albo wolnowęglarzy (carbonarów) i wszystkie niejasne i zagadkowe miejsca i nazwy w Boskiej Komedyi tłómaczy jako umówiony język tajemnych bractw.
Namiętny i głębokomyślny neapolitańczyk przypisał zatem wielkiemu arcy-wzorowi jakąś pokątną agitacyę, kiedy ten otwarcie i z podniesionem czołem wyzywał na bój i pozywał przed sąd swój wszystkie potęgi złego. Wielkie jest prawdopodobieństwo, że to właśnie Rossettiego Commento [7] wpadł do rąk Słowackiemu podczas jego pobytu w Neapolu i natchnął go rymami, które niewtajemniczonemu mogą się wydawać żartem, opiewają jednak poważną prawdę:

Wolę piekło Danta:
Właśnie je czytam podług nowych kluczy,
Które przyczyną może będą schizmu,
Mówiąc, że Dant chciał republikanizmu
I w poemacie używał języka
Sekretnych związków. A gdy tajemnicze
Kładł majuskule, to podług krytyka
Na końcu rymu położone B. I. C. E. [8]
Wcale znaczyło co innego w pieśni,
Niż Beatrice.(Podróż na Wschód).


Odnosi się to, oczywiście, do siódmej pieśni Raju, gdzie czytamy:

Ma quella reverenza que s’indonna
Di tutto me pur per B per I. C. E.


Przychodzi na myśl, że Boska Komedya padła ofiarą pierwszych niewprawnych jeszcze kroków symbolizmu dzisiejszego, który się głównie w prerafaelizmie począł. Pochop zaś do nadużyć i racyę formalną wzięto stąd, że zawiera ona w rzeczy samej wiele symbolicznych obrazów, grup, godeł. Pamiętajmy, że sama allegorya pierwszej pieśni o lesie, trzech bestyach i t. d. jest nieustającym tematem roztrząsań najpoważniejszych, które w każdej księdze o Dantym tworzą niezbędny rozdział. Wiele przyczyniły się też różne inicyały symboliczne, jak np. owo P (peccatum — grzech), które anioł zmazuje Dantemu z czoła muśnięciem skrzydła, gdy wędrują przez Czyściec, na znak stopniowego wyzbywania się grzechów. Wogóle przyjąć można, że wszystkie pozostałości sztuki naiwnej, starochrześcijańskiej, co-to tak lubowała się we wstęgach z napisami, wychodzących z ust świętych na obrazach — oraz całą ową «świętą geometryę» trójek i dziewiątek wzięto za symbole kacerskie. Jest to wprawdzie genialne, że Rossetti w całej poezyi średniowiecznej dopatrywał się ukrytych intencyi politycznych, bo to świadczy, iż był prawie niezdolny do wiary w zupełną bezmyślność i nieustanną erotyczność (co zresztą na jedno wychodzi) wszelakich minstrelów; ale ta głębia staje się groźnym zamętem, gdy ją jako metodę stosować chce do kryształowo czystych, zawsze klassycznych form muzy łacińskiej i takich jej przedstawicieli jak Petrarca i Boccaccio. A co do Danta?
Nie podzielam zgoła zdumienia nawet tak bajecznie gruntownych Dantologów jak Witte, i nie piszę się na ich jowialne przeciw Rossettiemu wycieczki [9]. Oni, poprostu, nie odczuwają i nie rozumieją tych błękitnych smug mystycyzmu, które śród posępnych chmur wiją się w nieskończoność — w sztuce Wieków Średnich.
Natomiast Rossetti pojął Danta jak wygnaniec wygnańca, — był sam wydalony z granic Włoch i mieszkał w Londynie, dokąd zaniósł tchnienie powłóczystej symboliki włoskiej, jak zapaleniec — zapaleńca, idealista platoniczny — idealistę, i otoczył go całego protuberancyą zagadek, tajemnicy, dwuznaczności, mystycznych promieni. Jest to miłosne i może nieco egzaltowane — Rossetti wychował dzieci swoje w szczególnej, religijnej niemal, czci dla Alighierego — rozsnucie ledwie pochwytnego jedwabnego wątka. Wątkiem tym — skrytość, tajemniczość Komedyi i Życia nowego, wątkiem tym ów jedyny w swoim rodzaju półmrok, otaczający po wszystkie czasy dzieła, życie i postać wielkiego poety. Rozumienie Rossettiego jest naprawdę bratnie, poetyckie i w niektórych swych wyrazach trafne i proste, np., że Monarchia to droga do szczęśliwości ziemskiej, a Komedya — to droga do szczęśliwości wiekuistej, że Ś-ta Łucya, występująca w Boskiej, to światło łaski, wyjście z ciemnego lasu — rozbrat z Gwelfami i t. d.
Gorzej się dziać zaczyna, gdy Rossetti usiłuje odnaleźć klucz tajemny i odtworzyć cały system, głównie przy pomocy dzieła Danta De vulgari eloqu., które ma być niejako samym tym słownikiem i jego gramatyką, sporządzoną na prośbę cesarza. Wtedy zapanowywa dowolność i naciąganie, wtedy władza cesarska nazywa się Madonną, a dla Danta osobiście — Beatrice, cesarz sam — salute (zbawienie), każde imię własne, biblijne czy historyczne, ukrywa w sobie imię wybitnej postaci żyjącej, np. Papieża, Filipa Pięknego i t. p. Zwłaszcza grunt staje się śliskim, gdy autor puszcza w ruch anagramy, t. j. przestawienia liter w wyrazach i całych zdaniach, dające również wyrazy i zdania. Tę metodę naśladując, inny znów komentator, Giuseppe Picci, w słynnym i istotnie nieco zagadkowym wierszu Piekła

Pape Satan, Pape Satan aleppe
znalazł:Pesa, pesa tanta pena pel Papa.


Wówczas wogóle ze wszystkiego można zrobić wszystko i — jak słusznie dowcipkują — samego Rossettiego.
Pomysł zrobienia Danta masonem tak się podobał erudycie francuzkiemu E. Arroux, że mu poświęcił całe życie. W szeregu dzieł niezmiernie uczonych próbował on wykazać to, co zawarł w wymownych nader tytułach: Dante heretykiem, rewolucyonistą i socyalistą, albo inne znów dzieło: Klucz do Komedyi antykatolickiej Dantego Alighieri, pastora kościoła Albigensów i t. d. Tu zostały już niemiłosiernie wyzyskane wszystkie szczegóły symboliczne, wszystkie napomknienia i półtony mystyczne. Jest to prawdziwy szał rozmotywania i odcyfrowywania. Arroux odkrywa u Danta w liczbach i barwach znaki umówione, w efektach malarskich widzi alluzye do obrządków zgromadzenia, ustroju hierarchicznego, odkrywa talizmany takie np.

* THASV *
* *



Co ma oznaczać: Teutonicus, Henricus, Augustus, Septimus, Vivat.
Rozumie się, iż krytyka przytomna nie omieszkała sumiennie odeprzeć ryzykownych hypotez. Zajęła się ad hoc zbadaniem dziejów sekt Albigensów, Waldensów i wszystkich tajemnych zakonów średniowiecznych i wykazała, że one zgoła nie znały tych złożonych kluczy i ceremoniałów, których świadomość przypisują Alighieremu [10].
Ma też dużo roboty z protestantami. Ci znów gwałtem dopatrują się w nim przedświtowego zwiastuna Reformacyi i nawet wyraźną jej przepowiednię w słowie VELTRO (Chart), które ma być jeno anagramem LVTERO (!!). Dzisiaj trzeba całe traktaty pisać, ażeby dowieść, że Dante był katolikiem wiernym, że jego rokosz przeciw Kuryi wypływa właśnie z głębokiej prawowierności. Oto jak wołają najlepsi jego znawcy:
«Ja przynajmniej, mimo całą jego samodzielność w rzeczach polityki, nie byłbym w stanie wyobrazić go sobie poza katolicyzmem i, gdyby Kościół zechciał go kiedyś urzędownie od siebie odtrącić, — wyrzuciłby jednę z najszlachetniejszych i najszacowniejszych pereł ze swej korony (Wegele)».
Albo: «Całe to poema Florentczyka, gdy się je czyta z dobrą wiarą i bez pogoni za systemem, świadczy o myślicielu, lecz o myślicielu wrogim wszelkim schizmom i herezyom, uległemu wszystkim naukom katolicyzmu (Silvio Pellico)».
Czyż nie widać stąd, że to był człowiek niezdolny do ciasnoty w jakiejkolwiek formie?
Tak, trzeba się wyrzec sensacyjnego rozdziału biografii i powiedzieć: Dante nie był sekciarzem w żadnym sensie, nie był stworzony do jarzma partyi. Był jeno w niebywałym stopniu niepodległy i szeroki; stąd wydawać się mogło, że uda się imię jego w tę lub inną doktrynę wciągnąć. Odkąd zerwał z partyą Gibelinów po niepomyślnych próbach powrotu do ojczyzny, był — i to całkiem świadomie — sam sobie partyą. Z niewysłowioną goryczą mówiąc o swej drużynie niegodnej i głupiej, która najsrożej z wszystkich nieszczęść wygnania barki przygniata, kończy o sobie:

Więc chlubą ci będzie,
Żeś był sam przez się stronnictwem dla siebie.
(Raj XVII).


«Był to geniusz nieszczędzący nic i nikogo — trafnie mówi Ferius Boissard — ani ludzi ani rzeczy. Gwelf wobec uroszczeń Gibelinów, Gibelin wobec błędów Gwelfów. Biały wobec ambicyi arystokratycznej Czarnych, Czarny wobec wybryków demokratyzmu Białych — stworzył dzieło, pełne napaści na wszystkich» [11].
Ale owe awanturnicze wyprawy Arroux’ów nie zostały bez pożytku. Uwydatniły one reformatorski, pałający i buntowniczy charakter poety.
Nic też dziwnego, że mogło się wydawać niektórym, iż był również prorokiem nauki demokratyczno-socyalnej i «że w planach swych nie różnił się niczem od przewrotnych i opłakanych utopij naszej epoki [12]». Jego protest przeciw prawu dziedziczenia, które uważał za «niezgodne z rozumem», jego wycieczki przeciw przywilejom krwi i gorąca obrona arystokracyi zasługi i ducha, powtarzane wielokrotnie w Komedyi, a zwłaszcza w Biesiadzie (IV) — zarzut uczyniony Rzymowi, iż wprowadził wy na miejsce ty — wydają się Arroux’owi jawnym socyalizmem i niemal komunizmem. Jest ten autor jednak zbyt płytki, ażeby dojrzeć zwiastowanie równości, sprawiedliwości ludów i państw, choć się ono najbardziej widomym świtem różowi nad całą Monarchią.
Ten rozpęd odnowicielski i apostolski Danta nie przedostał się, niestety, do krytyki naszej. Jedyne nowoczesne i pełniejsze dzieło — przekład Wieczorów Florenckich — wypaczyło w sposób bardzo elegancki prawdę i niejako przesłoniło ten nieskończony widnokrąg, jaki się wytacza z utworów Alighierego. Jul. Klaczko ocenił wprawdzie zuchwałą niepodległość jego i poświęcił jej nader piękne i umiejętne słowa; lecz wytknął zarazem coś, co ją miało jakoby uczynić jałową. Dopatrzył się on w losach idei Dantejskiej jakiejś tragedyi rozbicia i skomponował z właściwym sobie talentem i wymową — la tragédie de Dante. Ma ona polegać na tem, że swój kosmopolityzm rzymsko-niemiecki poeta sam paraliżował wybitnem poczuciem narodowem, które go natchnęło przecież do stworzenia nowego języka i nowej poezyi włoskiej, i że torować chciał drogę panowaniu obcemu — w dobie budzącego się potężnie nacyonalizmu; że rewolucyjny z ustroju, był pragnieniami Epimeteuszem, «utopistą przeszłości»; że chciał glob ziemski poddać pod jednę władzę, wtedy właśnie, gdy narody zaczęły dosadnie rysować swe udzielne kontury; że wreszcie swe wizye apostolskie wcielał w obumarłe, przebrzmiałe niepowrotnie formy wszechpaństwa rzymskiego [13].
Ale czytelnik mógł przekonać się z tego, co powiedziano wyżej, że tu zaszło jakieś fatalne nieporozumienie.
Nieprawdą jest, że «Dante własnemi dłońmi burzył system, który ogłaszał jako jedynie prawdziwy»; nieprawdą jest, że dzisiaj «wszystko, aż do nieśmiertelności jego arcydzieła, świadczy jaką mrzonką (vanité) był jego ideał»; nieprawdą jest, że «błąd Danta winien być dla nas lekcyą pokory» [14] — bo cała jego niepohamowana dusza wrosła w organizm świata i ożywia go na równi z duszami innych wielkich idealistów i wszechludzi. W duchu-to i kierunku jego ideałów Ludzkość się rozwija. Idee pokoju, wolności i sprawiedliwości świecą coraz żywszem światłem i przebijają się poprzez formy przypadkowe wybujałych egoizmów narodowych.
Tylko pomysły drobne bywają urzeczywistniane natychmiast, a wszelka idea odnowicielska musi wprzód opłacić swą wielkość krzyżem lub wygnaniem, nim trafi do serc i doczeka się apoteozy. Tak było i z Alighieri’m — i zobaczymy dalej, że go apoteoza, jedna z najwspanialszych, nie minęła. Sprawdziło się na nim co do joty jego własne «Proroctwo», przypisane mu sposobem wzniosłej fabuły poetycznej przez Byrona:

Do nieba wzbijał się nadludzkiem męstwem,
Był nowym Prometejem nowym ludziom,
Szafarzem bogom wydartego skarbu.


Gdzież tu owa dręcząca fatalność chimery?
Była nią dola wybrańca, tem jeno bardziej gorzka, że to był wybraniec z wybranych. Jeżeli coś tragicznego wyziera z profilu Danta, to smutek duszy bezwzględnie samotnej i lekka pogarda człowieka, który patrzy na głupie i grube ręce, zakopujące na długo skarb ludziom niezbędny.
Tragedyą była owa bezbrzeżna żałosna gorycz, zasadniczy rys jego duszy. O niej słusznie mówi Macaulay, że pochodziła z wewnątrz i że wszystko w nim, wszelką pociechę i radość, przetwarzała w siebie, że była jak owa niebezpieczna gorycz ziemi sardyńskiej, o której mówią, że nawet w miodzie jeszcze się odzywa.
Tragedyą było w życiu tego człowieka, że, pragnąc zbliżyć się do ojczyzny, oddalał się od niej, aż wreszcie na zawsze Toskanię opuścił (1316); tragedyą było wogóle, że genialna matka — Florencya, genialny syn — Dante, zamiast się uwielbiać, w końcu znienawidzili się. Ale, jak swój nieśmiertelny poemat nazwał Komedyą dlatego, że się dobrze kończy, tak i w życiu swem niedaleki był zorzy sławy i względnego spokoju, do których miano tragedyi nie bardzo pasuje, wbrew powszechnej legendzie o Dantym.
Dla pięknego kłamstwa nie wolno poświęcać jeszcze piękniejszej prawdy. Boć wspaniałą jest ta głęboka, niesłabnąca wiara w swoję ideę i ta stałość dla idei gibelińskiej unosząca się jak niezmęczony orzeł ponad szczytami Alp i Apeninów — pięknym widokiem owa cześć, jaką mu okazywali po śmierci Henryka tacy jak Uguccione della Faggiuola, wielokrotny pogromca welfów, i Can Grande della Scala, na którego dworze w Weronie Dante żył dosyć szczęśliwie, jeśli nie liczyć drobnych, zdaje się, niesnasek z kuglarzami, których tam nie brakło. Wspaniałem wreszcie nad wszelką miarę jest to nadzwyczajne spotężnienie i zmężnienie charakteru, które pozwalało wygnańcowi zrzucić z siebie do reszty strzępy dawnego egotyzmu i drażliwości osobistej. «Bez cienia względu na korzyść własną — mówi wielki poeta dzisiejszych Włoch, Jozue Carducci — wzniosły ten żebrak błądził z zamyśleniem i wzgardą po ziemiach Italskich, szukając, nie chleba i nie spoczynku, lecz dobra powszechnego. A czy znajdował prawdę filozoficzną, czy zwrot mowy ludowej, czy wiarę Chrystusową, czy majestat Imperium — strasznym był w swoim gniewie na tych, co śmieli przeczyć» [15].
Już go wtedy nie bolały tak bardzo wściekłe miotania się Florencyi. Kiedy protektor jego i przyjaciel Uguccione d. Faggiuola zadał Florentczykom klęskę pod Montecatini, potwierdzili oni znowu słynny wyrok, z tą zmianą, że go rozciągnęli i na synów poety i że tym razem winowajcom groziło, nie spalenie na stosie, lecz ścięcie. Ale Dante już tych wybuchów nienawiści tak bardzo do serca nie brał. Co więcej, potrafił zapanować nad wznowioną tęsknotą wtedy, gdy Florencya (r. 1316), wyleczywszy się z ran, pod wpływem przyjaciół Alighierego jęła go kusić amnestyą. Nie przyjął, bo była obwarowana upokorzeniem: pokutą w kościele Ś-go Jana i znacznemi grzywnami. Zanadto czuł się niewinnym i wielkim — by miał o przebaczenie prosić.
I oto jaką widzimy przemianę. Dawniej jękliwie skarżył się na wygnanie i nędzę, na «słony chleb cudzy» i «jak ciężka — wołał — droga po cudzych schodach wstępować i schodzić» (Raj p. XVII). Potem probował wzruszyć ojczyznę boskim poematem i laurami utorować sobie drogę do jej serca i pytał rzewnie w liście: O, popule meus, quid feci tibi? — a teraz oto odpowiada pewnemu życzliwemu mnichowi na radę, ażeby wrócił do ojczyzny — wielkiemi, zaiste, słowy:
«... Zdala niechaj będzie od męża, co jest pobratymcem filozofii, bezmyślna nikczemność poziomego serca. Jaż-bym miał na równi z wiarołomcami, niby niewolnik w kajdanach, zmuszać się do pokuty? Zdala niechaj będzie od męża, co wszędzie sprawiedliwość głosił, a krzywdę cierpiał — ażeby miał sprawcom swej krzywdy płacić własnemi pieniędzmi, jakgdyby dobrodziejom swoim! To nie jest droga, wielebny ojcze, którą-bym wrócił do ojczyzny. Jeżeli jednak wy lub kto inny macie jaką drogę, która-by nie czyniła ujmy sławie Danta i jego godności — nie będę się ociągał. Lecz jeśli taką drogą wrócić do Florencyi nie można — nie wrócę do Florencyi nigdy. I dla czegożbym miał czynić inaczej? Azaliż nie obaczę i wszędzie indziej blasku słońca i gwiazd, azaliż pod każdem innem niebem nie będę mógł dociekać prawd najsłodszych?» [16].







Przypisy

  1. Wegele, passim, szczególnie 554.
  2. Za pierwszą hypotezą jest Witte, za drugą Wegele. Wyczerpujący spór ten znaleść można u obu autorów, u Wegelego nadto w osobnym dodatku do rozdziału Dantes Politik (371).
  3. Wegele (340).
  4. Wegele (320).
  5. Wegele, a za nim Klaczko.
  6. Carducci zupełnie słusznie nazywa projektowany przez Danta związek ludów Una cristiana republica (L’opera di Dante 29).
  7. Divina Commedia con commento analitico (Londra 1826). Sullo spirito antipapale che produsse etc. (1832).
  8. Co znaczy:
    Ale szacunek, który mię całego
    Opanowuje dla B i dla I C E.
    Wedle Arroux’a: E oznacza Enrico, a J, C — Jezus Chrystus.
    Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku – przypis ten odnosi się do następnego akapitu.
  9. Witte IRosetti's Dante Erklärung.
  10. Porównaj: Rozprawę powyższą Wittego, a także Feriusa Boissarda: Dante révolutionnaire et socialiste, mais non hérétique. Paryż 1858, wydanie 2-ie.
  11. F. Boissard str. 77.
  12. Ibidem 77—78.
  13. Ciekawy i znamienny jest rodowód tego efektu z «Tragedyą Danta», którym J. Klaczko kończy swą książkę, niby uroczystym epilogiem i zarazem ostateczną formułą geniuszu poety. Owoż, popierwsze, charakterystyka Danta jako kosmopolity jest dziełem Wegelego, co zresztą autor Wieczorów Florenckich przyznaje, ale tenże Wegele jest także ojcem pomysłu o tragiczności w losach idei Danta, czego z wielką — mniemam, ujmą dla prawdy i ścisłości — Klaczko nie zaznaczył. Godzi się wszakże objaśnić, że znakomity dziejopis niemiecki rozumie doskonale i uznaje całkowicie, iż ta idea imperium rzymskiego, którą wyszkicował Dante, nie ma w sobie nic prawdy, nie jest zgoła historyczną, jest mystyczną i właśnie jako taka i jako własna fikcya — dodam od siebie — podatną do wszelkich utopii (W. 356—7). Może więc być mowa jedynie o tragiczności tkwiącej w spełznieniu planu odbudowania światowładczej i wedle Danta opatrznościowej Romy. Lecz Roma — to tylko forma idei dantejskiej. Duch jej przetrwał niespożycie.
    Sam Wegele znakomicie osłabia i nawet do zera sprowadza w innych miejscach swego cennego dzieła to, co wyrzekł był o sprzeczności owej. Powiada bowiem trafnie, że Dante wolał okupić jedność Włoch (dodajmy — i ludów) małem ustępstwem dla obcego monarchy niż oddać je, jak przeciwnicy na poćwiertowanie przez własnych witeziów.
    Lecz nawet ten obezwładniony gdzieindziej motyw Wegelego można uważać prawie za lapsus calami, a więc za cóś niegodnego bynajmniej naśladownictwa. Całkiem też słusznie wykrzyknie Witte z powodu dzieła Wegelego i zarzutu, że Dante popełnił błąd «Jeżeli to było niedorzecznością (szukanie w światłem, przez Boga zesłanem, cesarstwie ratunku na tyranię dynastów i plebsu) — no, to, zaiste, jedną z najszlachetniejszych — niedorzecznością, którą z nim dzielili najlepsi i najrozumniejsi jego współcześnicy i najgorętsi patryoci (Witte tom I 77). Jakoż sam Wegele woła: «Ale dokąd wiódł drogowskaz przyszłości, to dostrzegł Dante swym orlim wzrokiem, i ta myśl stanowi właściwe, plenne ziarno wszystkich jego scholastycznych i mystycznych wywodów. «Pokój, Wolność i Sprawiedliwość» — toć to są ostatecznie najwyższe wymagania, które państwo i po dzień dzisiejszy sobie stawia».
    Autor Wieczorów zaś umiłował sobie «stylowe» traktowanie Danta, jako wielkiego zjawiska «gotyckiego»; «tragedya» bezowocności pomogła więc zamknąć je (żeby snadź nie zepsuć stylu) w granicach epoki gotyckiej. Sądzę, że wielki utopista przyszłości — nie przeszłości — wolałby prędzej, aby pisma jego potraktowano ogniem, niż tym archaicznym złotym pyłem mumii.
  14. Causeries florentines (256—7).
  15. Giosue Carducci: L’opera di Dante (p. 31. Bologna MDCCCLXXXVIII).
  16. Scartazzini, którego nadzwyczajnej erudycyi w rzeczach Dantego lekceważyć nie można, podaje w wątpliwość zarówno obietnicę ułaskawienia przez rząd Florencyi, która przecież niedawno przedtem jeszcze wyrok zaostrzyła, jak i odpowiedź poety, daną życzliwemu księdzu — a to na zasadzie, iż nie wspomina o nich kronikarz Villani, oraz, że odmowa poety byłaby w niezgodzie z żalami, których nie brak w dalszych pieśniach Komedyi, stworzonych mniej więcej w tymże czasie. — Nie zdaje mi się, ażeby wywód ten był dostatecznie przekonywającym i mógł naprawdę obalić opowieść Boccaccia. Godzi się owszem mniemać, że wprost niepodobieństwem było, ażeby Florencya przy zmiennych swych rządach i wobec rosnącej sławy poety — nie uczuła się ani razu skłonną do przebaczenia. A to, że w Komedyi są skargi i wylewy tęsknoty nie usuwa bynajmniej nakazu dumy i wytrwania w rzeczywistości. Tam — sen, wizya, poezya, w której wszelkie uczucia tęsknoty z rozmysłu jakoby zebrane zostały w jeden wieniec i w której bohater jest uosobieniem pokory; tu — jawa, w której baczyć należało, ażeby godności swej nie przynieść ujmy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cezary Jellenta.