Dante (Jellenta)/Apoteoza

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Cezary Jellenta
Tytuł Dante
Data wydania 1922
Wydawnictwo Księgarnia F. Hoesicka
Druk P. Laskauera i W. Babickiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ VI.



APOTEOZA.

I.

Raj jest cały apoteozą nietylko opisaną, lecz i odczutą, nietylko powszechną, ale i własną. Nie podobna wątpić, że u schyłku swego życia poeta zaznał przedsmak wstąpienia w owo niebo poetyckie, które się zowie chwałą i nieśmiertelnością. Jeden z czcicieli, Johannes de Virgilio[1], zapraszał go przecie do Bolonii, obiecując uroczystą koronacyę na wieszcza.
Już wtedy więc wawrzyn był przygotowany. Ale poeta nie kwapił się, radę kornego przyjaciela odrzucił, a sam szukał nowych zagadnień, nowych dla umysłu trudności. Czasami zdaje się jakoby miał ambicyę poznania wszystkiego i zostawienia wszędzie, we wszystkich większych miastach północnych Włoch — cząstki swej potężnej duszy. Wędrował więc do Mantuy, na grób Wergiliusza, i tam podobno wdał się w badania nad «Żywiołami ognia i wody». Porwany żądzą przyrodoznawczą, po powrocie do Werony stoczył publiczną w tej materyi dysputę w kaplicy Ś-ej Heleny wobec całego ciała naukowego.
To pragnienie nauki i nauczania, wobec mnogości i rozkwitu szkół wyższych, bardzo łatwo mogło Alighierego zbliżyć do jednej z wszechnic. O tem, że był w Sorbonnie, niepodobna wątpić, wielu zaś jest zdania, że tam nawet wykładał teologię i egzegezę Pisma Świętego [2]. Inni sądzą, że szedł raczej uczyć się niż nauczać. Trudno z tem pogodzić późny bądź co bądź wiek poety. Przytem układ i styl ważniejszych prac naukowych Danta czyni wrażenie, jakgdyby one powstały właśnie z zapisków profesorskich — zwłaszcza rozprawa O mowie lud[3]. Jest przeto więcej niż prawdopodobne, że zajmował katedrę, i to niejednokrotnie, bo i w Paryżu i w Bolonii, a może nawet w Padwie.
Łatwowierni chcieliby widzieć ślady stóp wielkiego wędrowca po całej niemal Europie, a przynajmniej doprowadzić je do Anglii [4].
Nie mamy pewności jak długo korzystał z gościnnego dachu wielkodusznych władzców Werony. Najpewniej aż do roku 1317, choć, być może, z pewnemi przerwami. Zdaje się, że nawykły do ciągłej tułaczki i chciwy świata całego, nie umiał zagrzać miejsca, — cnoty leżenia wygodnego «pod pierzyną i w puchach łoża» nie posiadał. Nie wiemy też napewno kiedy zaproszony został i przybył na dwór raweński ale sam ten okres ostatni w życiu poety ukazuje się w świetle wyraźnem.
Przynajmniej to, co o nim opowiada Boccaccio, brzmi bardzo pewnie i stanowczo.
Guido Polenta, zwany też Guido Novello, pan Rawenny, był bratankiem Bartłomieja da Polenta, którego widzieliśmy wyżej walczącego pod Campaldino, i nieszczęsnej jego siostry, Franczeski. Kronikarze sławią jego szlachetność, dzielność i wykształcenie, oraz lubowanie się w otoczeniu ludzi światłych. Dantemu okazał względy wyjątkowe, gdyż pierwszy wyciągnął doń rękę i z całą subtelną wyrozumiałością dla drażliwostek sławnego męża, zaprosinom swym dał formę jakoby o łaskę się ubiegał. Nie trudno domyśleć się, że poeta znalazł tutaj osłodę wygnania. To pewna, że rozwinął też bogatą działalność jako mistrz poetyki i zyskał wielu uczniów.
Są przypuszczenia, że wstąpił u schyłku żywota do zakonu Ś-go Franciszka; jednak nic poważnego na ich poparcie nie przytoczono, znany zaś sceptycyzm jego wobec sług Kościoła odbiera tym domysłom wszelką nawet logikę. A przytem był snadź po dawnemu mężem politycznym, skoro rycerski łaskawca wyprawił go z misyą poselską do Wenecyi w sporze, który wyniknął w r. 1321. Ta jednak podróż poety przez okolice błotniste podkopała właśnie jego zdrowie, którego starczyło już potem na bardzo krótko.
Los mu oszczędził samotności w tych ciężkich przejściach niemocy; zdaje się bowiem, że nie małą była mu pociechą blizkość dzieci. W Rawennie mieszkali Pietro[5] Jacopo i córka, Beatrice [6]
Tkliwe podanie opiewa, iż ona-to najczulej wspierała go w ostatniej dobie życia, które zgasło w r. 1321, w dzień Podwyższenia Krzyża Świętego t. j. we Wrześniu, a potem bezmierny swój żal koiła w klasztorze...
Tak więc uleciał duch wieszcza nad wieszcze.
Guido da Polenta wyprawił mu pogrzeb okazały, a mary przyozdobił bogato w emblemata poezyi. Najprzedniejsi obywatele zanieśli zwłoki w trumnie kamiennej i złożyli w kaplicy kościoła San Pier Maggiore, należącego do zakonu Braci Młodszych (Frati minori), a potem w mieszkaniu poety Guido wygłosił, wedle ówczesnego zwyczaju, mowę pozgonną, sławiąc wielkie cnoty i geniusz zmarłego.
Nad mogiłą, niby dymy kadzideł, wzbiły się w górę legendy, rzucające na wielką postać światło coraz bardziej cudowne. Otoczyły one jego żywot cały od kolebki, a nawet i przed kolebką. Oto matka poety siedziała raz w cieniu drzewa laurowego i widziała jak dziecię, które nosiła w swem łonie, przemienia się w pasterza, a potem w pawia, symbol chwały. Opowiadano, iż jeden z poległych pod Campaldino zmartwychwstał, aby opisać mu królestwo zaświata, w którem przebywał — i że stąd wzięła się Komedya Boska. Od ust do ust szły dziwy bądź mytyczne bądź anegdotyczne o nadzwyczajnym rozumie poety i uroku wywieranym przez święty poemat [7].
Ale z tem światłem czas jakiś walczyły jeszcze mroki przesądu i nienawiści i nie prędko dano popiołom Danta spocząć naprawdę.
W r. 1329 legat papiezki, Bertrand du Poyet, grasujący po Romanii, kazał spalić Monarchię publicznie, jako dzieło kacerskie, i już miał uczynić to samo z kośćmi jej twórcy, gdy oparli się temu rycerz florencki Pino della Tosa i Ostagio da Polenta i oszczędzili Włochom hańby. Godzi się nadmienić, że jeszcze w wieku bieżącym, za panowania austryackiego, odwiedzanie grobu Danta poczytywane było za czyn buntowniczy.... [8].
Ale światło gloryi nad głową poety już wtedy zwyciężało. Przyszło Odrodzenie i złożyło u stóp mogiły jego najwyższą daninę uwielbienia, jaką znają dzieje poezyi.
Potem fale zachwytu rozeszły się z Włoch dalej, na wszystkie piśmiennictwa ogarnięte zorzą nowej twórczości.
Dante rośnie i głową sięga niebios jako natchniony symbol jasnowidzenia i proroctwa, arcymistrz fantazyi, wcielenie tragicznego czynu. Niemasz w liczbie wielkich poetów nowej doby takiego, któryby nie żywił się wieszczym duchem Boskiej Komedyi.

II.

Więc Dante żyje w chwili obecnej, w szamocącej się poezyi wieku — życiem własnem, niespożytością wytchnionego na świat piękna? A może to prędzej szanowna relikwia, pół-bóg zdobiący orszak Parnasu, lecz lirą przebrzmiałą niezdolny wzruszać prawdziwie a silnie?
W wieku, którego chwałą i godłem — szczerość, nie wolno być obłudnym, nawet względem marmurowych bogów. I o Dantym przeto wyznać można bez najmniejszej ujmy dla religii sztuki, że nie zupełnie i nie łatwo dostroić się doń może smak człowieka spółczesnego. Tu niema owego naturalnego spółdrgania, które wywiązuje się między nami a utworem z ducha nowego poczętym. I przedewszystkiem staje temu na zawadzie niezrozumiałość wielu najważniejszych motywów i obrazów.
Do Danta przystępować trzeba w zbroi erudycyi historycznej, a przynajmniej ze znawstwem dziejów Włoch i Florencyi, Stolicy Apostolskiej i całych Wieków Średnich. Pieśni jego widzimy zawsze w otoczeniu objaśnień, które nieraz zalewają poprostu tekst, obszerniejsze od niego dziesięćkroć. Nieskończone litanie nazwisk i dat przerażają i odpychają: a wiadomo, że żadne dzieło sztuki nie sprawia prawdziwej, żywiołowej rozkoszy, jeśli go nie możemy chłonąć wzruszeniem, brać bezpośredniem uczuciem, jeśli jest niezrozumiałe. Zachwycać się można tylko tem, co wpada w sferę naszego uczucia, nieznane zaś imiona, zagadkowe allegorye zostają zwykle w samej książce, i jesteśmy wobec nich zimni albo zakłopotani.
Z tego względu arcydzieło Danta najlepiej porównać do niektórych starych malowideł włoskich — dajmy na to Benozza Gozzoli. Nie biorę dawniejszych jeszcze, jak Orcagni, bo te grzeszą karykaturą i, choć bardziej współczesne Boskiej Komedyi, w gruncie rzeczy nie zasługują nawet na porównanie z nią. Gozzoli nadaje się tu lepiej: przypomnę ściany domowej kaplicy Medyceuszów, pokryte całkowicie freskami jego niezmordowanego pędzla. I jemu nie zależało na jasności; kaplica jest tak ciemna, że gdyby nie człowiek, który, siedząc w zagłębieniu okna, blachą polerowaną rzuca po kolei mdławe światło na malowidła, nic-byś nie widział i nie zrozumiał. Są to zaś całe tłumy, orszaki, pochody figur, z których każda jest zarazem portretem prawdziwej osobistości. Wskutek tego mają one inne, daleko pełniejsze znaczenie dla dziecka Florencyi niż dla przybysza z obcych krajów, który tylko jednem uchem może słuchać objaśnień przewodnika. Zostaje mu wprawdzie sama tak zwana czysta sztuka, rysunek, koloryt, kompozycya, duch artysty — tak, ale zniknął duch dzieła, temat, wewnętrzna intencya malarza, i to silne uczucie uwielbienia, hołdu lub zgrozy, które było główną sprężyną twórczości. To przecież nie uczty i ceremonie Pawła z Werony, działające na nas bez pomocy klucza samą wystawnością, przepychem i południową siłą typów.
W ogólności ta wielka, niebywała w poezyi tłumność, którą spotykamy w Boskiej Komedyi, da się zrozumieć tylko na tle całej sztuki włoskiej, a przedewszystkiem szkoły florenckiej. Same prawie sceny na skalę olbrzymią: oto jeden z jej zewnętrznych rysów znamiennych. Całe narody i społeczeństwa, całe kościoły i armie na obrazach: oto widok pospolity. Niepojęta po wszystkie czasy łatwość kompozycyi, układu figur, dar urozmaicania, dziwna swada rysunku i kolorytu — słowem, to, co cechuje większość mistrzów Odrodzenia jak Rafael, Michał Anioł, Tintoretto, pozwoliło stwarzać płótna olbrzymie i zaludnione. Było to znamieniem potęgi i nadludzkiej płodności, ale zarazem i przeszkodą do skupienia, do tego wpatrzenia się głębokiego w duszę ludzką, w tajemnicę człowieka, którem zadziwia Lionardo da Vinci. One nadają przewagę znakomitą — zdaniem mojem — Madonnom Rafaela nad jego Stanzami, a niewielkim obrazom Buonarottiego na pułapie kaplicy Sykstyńskiej, jak Stworzenie Adama — zwycięztwo nad Sądem ostatecznym. One sprawiły, że o tyle głębsi nieraz są Hiszpanie Murillo i Velasquez.
Owoż poeta nasz należy do grona owych mocarzów tworzenia, którym nadmiar liczebny figur zaszkodził. Chcąc ogarnąć wszystkie, nie mógł dostatecznie rozwinąć i pogłębić dramatów pojedynczych. Niektóre przepiękne miejsca, jak lot Paola i Franczeski, migają zaledwie przed nami. Bohaterowie i potępieńcy piekieł trzymają się kilkoma wierszami. Czytając, chciałoby się ich przybliżyć i obejrzeć, w ich straszne twarze spojrzeć: a tymczasem ledwieś ich ujrzał — już przed tobą kto inny, inny okrąg, inna pieśń, inne postacie.
Jest w tem jakaś szczodrobliwość w rodzaju Tintoretta i jakieś niesłuszne równouprawnienie artystyczne. Niemasz gatunkowego ciężaru w tych wydarzeniach, które są jednak powołane do odegrania szczególnie tragicznej roli piękna, i proszą się o to, ażeby je wysunąć na czoło. Mistrz zostawił jakoby następcom wyzyskanie takich motywów jak męki Ugolina lub Paola i Franczeski.
Ale nie kusił tak bardzo tłomaczów-poetów z bożej łaski. Przekładali go najczęściej estetycy, lecz nie pieśniarze. Czyż bowiem chce się transponować melodyę, która rozłakamia muzyka, lecz zostawia go głodnym? Przypomnijmy sobie, że Mickiewicz, ażeby otrzymać jednę dłuższą symfoniczną całość, musiał sięgnąć aż do trzech pieśni i że z każdej mógł wziąć zaledwo po kilkadziesiąt, a z XXXII zaledwo kilkanaście wierszy.
Ale za to ten mistrz jest jedynym, co widział i odtworzył piekło, czyściec i niebo — i to wystarcza! Przeniósł w nie świat istot ziemskich, ludzi realnych i zamienił w cienie, w duchy. Jest to byt szczególny, nieprawdopodobny, a jednak prawdziwy; nigdy nie budzi w nas niedowierzania; przemawia do serca i do umysłu językiem najczystszej prawdy, i nieraz ludzie łatwowierni pytali: czy Dante w rzeczy samej nie przeszedł za życia przez Piekło? z osobą jego kojarzono swąd szatański. Mimo że jego kraina potępienia ma pewien zarys i granice — wiadomego stożka, wierzchołkiem tkwiącego w najgłębszych otchłaniach ziemi, na każdym kroku czyni wrażenie czeluści niezmierzonej; jej kontury rozpływają się we mgłach i łunach; jej mieszkańcy przedstawiają się nam w najdziwniejszych grupach i pozach; sceny najbardziej fantastyczne, najdziksze potwory i rodzaje katuszy, niesłychane żywioły — zaznaczone są tylko, ale ręką bajecznie pewną, kolorem potężnym, z poczuciem ruchu i zgiełku, które oszałamia, z odgłosem wrzawy, wycia, jęków i skarg — ogłuszającym, tym odgłosem, który pewnie ongi budził trwogę.

Stamtąd wzdychania, żale i okrzyki
Szumią wśród nocy bez gwiazd i księżyca;
Słucham i łzami nabiegła źrenica.

Okropny hałas, tysiączne okrzyki,
Wybuchy gniewu, szlochania boleści,
I wycie mężów, i lament niewieści.

Zgiełk przeraźliwy tak rozlicznych wrzasków
To wre naprzemian, to się społem zetrze,
Jako tumany afrykańskich piasków,
Kiedy się zerwą i zmącą powietrze.
(Przekład A. Mickiewicza).


Ten sposób tworzenia nie ma w poezyi równego; trzeba go znowu zestawić z malarstwem późniejszem, — nie z dziełami Giotta, sztywnemi jeszcze i jednostajnemi, lecz z Michałem Aniołem lub mistrzami szkoły weneckiej. Rafael wydałby się jeszcze zbyt symetrycznym i spokojnym. Nawet Rubens w swych sądach ostatecznych jest zbyt jednostajny, przez ów koloryt zielono-siny i przez układ, w którym stale powtarza się motyw spadania z góry w dół, i wzlatywania z dołu do góry. Ta swoboda rysowania niezwykłego ruchu i grup, ta intuicyjna znajomość scen i póz niezdarzających się w rzeczywistości, ten puls namiętny, gwałtowny — są wogóle czysto malarskie. Drga w nim ów nerw improwizacyi szybkiej i polotnej i hojnej właściwej tylko Włochom, a zarazem pewna szlachetna i urocza płynność koncepcyi. Prawie że nie pragniemy, ażeby w tych grupach niemożliwego lotu było więcej logiki i usprawiedliwienia. Przy nich realizm wydałby się brutalnym, kiedy nawet okrzyczany za szorstki realizm Caravaggia jest dziwnie szlachetny i poetyczny; proszę wziąć jego «Złożenie do grobu» w Watykanie i porównać z niem wiszące w sąsiedniej sali płótna ostatnich dni — jaka w nich grubość, trzeźwość i biała, codzienna jasność!
Owoż taki byt, nieprawdziwy, a jednak przekonywający, byt cieniów, ale nie wodnisty i nie czczy jak mgła — ma cała Komedya Boska. Jest to forma istnienia jedyna, — jakoby w czwartym wymiarze.

III.

Ludziom nowym potrzeba jednak piękna bardziej intensywnego, i dlatego ukochali oni w dziele Danta to, co daje wzruszenia trwałe i silne; pojedyńczym, a tak niezliczonym, ogniwom Komedyi składać można hołd dosyć zimny, lecz szczery podziw budzić musi olbrzymia skala kompozycyi, wogóle całość utworu, który po wsze czasy przerastać będzie inne ogromem treści, wiedzy, poezyi i wszechludzkich dążeń. Pozostanie na zawsze arcy-wzorem, oślepiającem światłem — cudowne połączenie w jednym człowieku ziemi z niebem. Bo czy może być coś wznioślejszego nad obraz duszy, w której przedziwnie złożyły się, niby warstwy, jedna nad drugą, energia tytana, miłość dla Ludzkości i eteryczna wzniosłość wyznawcy czystej boskiej idei? W planie mystycznej wędrówki znalazła wcielenie cała pełnia i żądza doskonałości i cały przebieg wznoszenia się do najwyższych wyżyn.
Pielgrzym świątobliwy, choć stąpa po ziemi, jej żywemi wspomnieniami oddycha, oddał przecie myśl potężną a rozległą jak świat — dobru i prawdzie wiekuistej. Wybraniec, wpuszczony do krain Zaświata przez tych, «co gdy chcą — mogą» — jak odpowiada stale Wergili krnąbrnym stróżom piekieł — choć ma w sobie ciężar materyalny namiętności i uczuć ziemskich, osiągnął jednak to, że spojrzał w oblicze bóstwa i ujrzał rzeczy, do których opisania sił zabrakło wyobraźni szczytnej, i sfery, kędy «miłość wprawia w ruch słońce i gwiazdy». Uwieńczył dramat ziemi i Ludzkości — wizyą świętych osób i prawd, a tem samem postawił na szczycie wizyę, wizyę raju duchowego ukoronował na królową poezyi, cnót i nauk.
Gdy się zastanowimy na chwilę nad samym pomysłem Komedyi, uczuwamy, że to jednak wynalazek poetycki nadzwyczajny — zużytkować plastykę katolickiej wyobraźni dla idei trzech bytów pośmiertnych, w ten sposób jak to uczynił Dante. Najprostszym w świecie środkiem zapełnił zaświat drgającem życiem, a świat realny przekształcił w poetyczne widma. Takie odkrycie musiało się stać nową dla twórczości erą — i stało się też erą. I jeżeli o tem często zapominamy, to dlatego, że zapominamy również, iż ongi słońce obracało się naokoło ziemi. Do wielkich odkryć przywykamy łatwo i zdaje się nam, że się same zrobiły — Bóg wie jak dawno. A przecież były czasy, kiedy zdumiewano się nietylko zasadniczym pomysłem Komedyi, lecz jego rozgałęzieniem i konsekwencyami, tak, jak się one wyraziły w szczególnym układzie kar i pokut, w świecie zwierząt, tam wprowadzonych. Pisano wczoraj jeszcze studya o różnych pojedynczych zmyśleniach Piekła i Czyśćca, tak jak przyrodnik pisze monografię pewnej rodziny zwierząt lub roślin, albo prawnik rozprawę o rzeczywistym kodeksie karnym.
Zapominamy wreszcie i dlatego, że koncepcya mistrza włoskiego weszła niejako w duchowy skład całej wogóle poezyi. Gdy się znalazł model zaświata, i w dodatku tragicznego, a tuż obok wzór raju, wielcy poeci nie mogli być nań nieczuli. Dante, zapładniając malarstwo w osobach Rafaela, Michała Anioła, Botticellego i wielu innych wielkich i wielu średnich, jak Piotr Cornelius, zapłodnił również literaturę. Dużo mu pewnie zawdzięcza całe epos włoskie, i niemniej — wszechludzkie, w poezyi różnych narodów.
Stworzył on największy gmach poetycki i styl — styl epopei, której bohaterami nie są rycerze, lecz Ludzkość walcząca duchowo, idąca przebojem przez potęgi złe. Prawda, że natchnął więcej protestantów niż katolików, i że tacy jak Milton, Klopstock i niewątpliwie owiany duchem dantejskim Byron, Shelley i Goethe, stoją na pozór na biegunie przeciwległym myśli religijnej; ale świat pozazmysłowy w Raju Utraconym, w Messyadzie, Kainie i Fauście oddycha niewątpliwie atmosferą dantejską. Choć słychać w niej zgrzyty cynizmu szatańskiego, owdzie znów buntu prometejskiego — pierwiastki nienawistne florentczykowi — to jednak wszędzie mamy do czynienia z piekłem lub niebem.
Nawet tam, gdzie swą pieczęć wycisnął styl grecki Eurypidesa i myt o Prometeuszu, albo gdzie drga tchnienie Jezajaszowe melodyi hebrajskich — znać zarazem, jako pokład zwierzchni, surowy i ewangieliczny patronat Danta. Różnice, jakie zachodzą między protoplastą a samym jego rodem, to długie pięć wieków reformacyi i rewolucyi; podobieństwo zaś tkwi w krytyce świata, za pośrednictwem nadświata, w potępieniu złowrogich mocy politycznych i moralnych: tyranii, grzechu, zdrady, okrucieństwa. Jednę i tę samę nazwę ma dla Boskiej Komedyi i Fausta Burckhardt: «wspaniały, zamknięty w sobie obraz świata całego» [9]. «Każdy z tych poetów był zresztą świadomym i żarliwym wyznawcą Danta, a wielu po dzień dzisiejszy pilnie lutni jego nadsłuchuje.
Podobnież idea Beatryczy, jako anioła opiekuńczego i elegijnego przewodnika poety — czarowała i dziś jeszcze czaruje i zachęca do naśladownictwa [10].
Bo Dante zachował w tych afektach całą swą świeżość. Zagaśnie może kiedyś jego aureola epiczna, ale zostanie wdzięk obu opiekuńczych postaci i głęboka miłość, z którą pielgrzym się do nich zwraca. To, co on uczuwa na widok swej nadziemskiej kochanki i przy każdem słowie mistrza łacińskiego — jest cudną słodyczą, kornością, pełną prze-szlachetnego wdzięku, szczerością uwielbienia i podzięki niezrównaną. W ten sposób nikt przed Dantym nie mówił i nie czuł. On, jak drugi Tymon, wynalazł wielostronną lirę, na której można takie akordy wygrywać.
Widzieliśmy przecie, że pierwszy odważył się poczytać mowę wiązaną bogów za mowę — ludu. Taki czyn zuchwały, taki zamach na całą tradycyę wiedzy, poezyi i wszechnic, potwierdzający może samouctwo poety — świadczy sam przez się wymownie, że Dante odczuwał piękno inaczej niż wszyscy poprzednicy i rywale. Oczywiście, tym wrogiem łaciny i konwencyonalności była potęga, szczerość i bogactwo uczuć poety, to wszystko, co się jarzmić nie daje, lecz wyrywa się z siłą żywiołową z serca. Tak samo odczute są jego canzony, sonety i Nowe życie. «Kiedy się je czyta — mówi słynny znawca sztuki włoskiej, Burckhardt — to widać, że poeta własną duszę przed nami otwiera i chwyta najdelikatniejsze odcienie radości i żałoby, aby potem siłą woli ubrać je w najszlachetniejszą formę. I wydaje się wówczas «jakgdyby w Wiekach Średnich wszyscy bez wyjątku poeci samych siebie unikali, a on jeden sam siebie był odszukał i zbadał. Choćby nawet nie był stworzył Boskiej Komedyi, już przez ten opis swej młodości jest granicznym słupem pomiędzy Wiekami Średniemi a nowożytnemi czasy. Umysł jego i dusza czynią olbrzymi krok ku poznaniu życia wewnętrznego».
Bo w tych Wiekach Średnich panowała poezya trubadurów, pełna zimnych, sztucznych zwrotów i czczych słów, konwencyonalna i zużyta — a Dante wprowadził «nowy słodki styl (dolce stil nuovo), uczucia proste i mocne, wyrażenia zwięzłe i jasne oraz silne opisanie sytuacyi». Wszystkie ludy po wszystkie czasy mogą go zrozumieć i odczuć jego myśli.
Jest on też pierwszym wielkim subjektywistą — a nie brak książek, w których nazwany został nawet indywidualistą. Boć zważmy, że choć tak tkliwie pokorny wobec swych boskich towarzyszy, nie przestaje być jednak wybranym między ludźmi. Wyróżnił osobę swoję z pośród całego ziemskiego świata i nadał jej niesłychany przywilej — wstępu za życia do trzech krain wieczności. Mówi też i opowiada «od siebie», podmiotowo, a nawet własne losy i uczucia wplata w rozmowę z cieniami i w ich dzieje — na każdym niemal kroku. Wszystko, co maluje, sam widział i odczuł, wszystko przeprowadził przez ogień własnej duszy.
I, o, dziwo, z tego subjektywizmu w tworzeniu zdaje sobie sprawę jak świadomy estetyk i wynosi jego zalety w różnych urywkach różnych dzieł swych. I chociaż, jako uczeń Ś-go Tomasza z Akwinu, tem samem pozostaje pod wpływem Arystotelesa i idei nowoplatońskich i uważa piękno za odblask Boga i nieba, to jednak sztukę czyni zależną od natchnienia i przejęcia się.
Więc śpiewa wprost — w pieśni Della vera Gentilezza: «Kto chce stworzyć postać, zdoła tylko wtedy, gdy nią być potrafi», a w Biesiadzie rozwija tę myśl jeszcze dobitniej i szczerzej w słowach zdumiewająco dzisiejszych. «Żaden malarz nie potrafiłby stworzyć jakiejkolwiek figury, gdyby wprzód nie czynił się w duchu takim, jaką figura być miała» [11].
Zasadę tę głęboko wziął do serca Giotto, który miał odwagę czerpać z własnych doświadczeń i spostrzeżeń i dzięki temu stworzył nowe malarstwo, jak jego mistrz stworzył nową poezyę i był pierwszym prawodawcą piękna wszechludzkiego.
Mistrz ten, w swej zrywającej wszystkie tamy szczerości — nie tylko poezyę, ale i naukę chciał uczynić żywą i ludzką (w Convito) i uwolnić od bizantynizmu szkolarzów. Wszystko, słowem, co wyrzekł i czego nauczał, było odczute i jako takie musiało mieć władzę porywania. Oto dlaczego służy sam za natchnienie wielu szczerym geniuszom, aż do dnia dzisiejszego.
Niedościgła siła wyobraźni sprawiła w nim, że poetyckie fantazye oddaje z prawdą potężnych hallucynacyj, która się udziela czytelnikowi. I każdy przyznać musi, że na ten sam rodzaj silące się poematy, jak Jerozolima wyzwolona lub Raj utracony są tylko malowaniem, nieraz nawet mało łudzącem, Komedya zaś jest widzeniem — rzeczywistego naocznego świadka i współaktora.
Jakie wymowne świadectwo tkwi w tem, iż na posługi oddał mu swój ołówek najszczerszy może, najbardziej subtelny, najbardziej młodzieńczy geniusz epoki prerafaelicznej — Sandro Botticelli! I w tem, że jego cykl rysunków do Boskiej Komedyi jest naprawdę zbiorem arcydzieł, w których cudownie się sprzęgły lekkość, powiewny wdzięk, iście dantejska pokora w postaci wieszcza i iście dantejska, królewska wspaniałość w obrazach czyśćca i nieba. Jakieś niezrównanie wiosenne życie, tłumna, a przytem przestrzenna oryginalność układu i linii wprost czarująca. Gdy np. z płomieni świec tworzą się długie smugi kręte, okalające całą prawie scenę w sposób dziwnie prosty i uroczy — to czujemy całą niższość naciąganych krzywizn w obrazach dzisiejszych.
I tak samo czerpią z tej skarbnicy romantycy nowocześni jak Ary Scheffer lub niedający się określić żadnem imieniem ogólnem, Böcklin, albo nowy prerafaelita — Dante Gabryel Rossetti.
Chcę głównie zwrócić uwagę na dzieła dwu pierwszych, osnute na tym samym motywie Paola i Franczeski, mającym dla malarza swą główną ponętę w fatalistycznym węźle miłości i żałoby — oraz w wierszach:

Gdy mi to jeden z duchów opowiadał,
Drugi tak szlochał, że litością zdjęty
Traciłem zmysły, jak gdybym umierał,
I padłem jako martwe ciało pada.


Oba godne uwielbienia, — Scheffera bodaj w stopniu wyższym. W jego przedziwnej, płynącej w przestrzeni grupie, o charakterze doskonale mistycznym i tchnieniu prawdziwie zamogilnem — kochanek ma głowę odwróconą przejmującym bólem i wstydem, że płacze, wstydem, że zgrzeszył. Fałdą szaty zakrywa oczy, a Franceska, jaśniejsza i delikatna, objąwszy kochanka za szyję, tuli głowę do jego piersi, senna jakąś śmiertelną żałością. To prawdziwe cienie ludzi, co zasnęli śród smutku i miłości, co mają w sobie straszny jad sumienia, ale są zarazem sądowi ziemskiemu nieprzystępni. U Böcklina więcej siły niż liryzmu: oboje do widza odwróceni twarzami unoszą się jakoby nad przepaściami, a Paolo z tragiczną potęgą w twarzy prawie szorstko budzi z rozpaczy i podtrzymuje Franczeskę, która słania się pod ciężarem płaczu. Ta grupa ma w sobie znów zuchwałą, straszną rozdartość, nieosłodzoną żadną pieszczotą twardość, żadną muzyką elegii niezłagodzoną chyżość ruchu — jest szarpiąco dosadna.
A iluż innych jeszcze artystów szczerych talentem swym uczciło Danta? Zapełniliby z łatwością całą galeryę obrazów, tak jak spis ich zajmuje całe rozdziały [12]. Na tym ołtarzu malarstwo dawniejsze włoskie składało ofiary, których zliczyć niepodobna.

IV.

Ale nam tu chodzi o coś więcej jeszcze, niż o apoteozę Danta: o jego zmartwychwstanie pod czarodziejskiem zaklęciem poezyi romantycznej.
Szczerość to życie, a życie jest wieczne i jako takie przemaga każdą chwilę martwoty. Taką martwotą była doba scholastyki w poglądach na poezyę i fałszywego klasycyzmu w samej poezyi. Trzeba było otrząsnąć się wprzód z tego pyłu, ażeby módz należycie odczuć poemat, którego charakter wiekuisty, na pozór zbratawszy go z oderwaną nauką, z filozofią i religią, wprowadził w błąd całą niemal Ludzkość. Przypomnieć warto, że tylko uśmiech cyniczny miał dla Boskiej Komedyi Wolter (którego straszliwa trzeźwość często bywała płytkością). Wyrzekł on więcej niż dowcipnie: ponieważ Dante ma komentatorów, to wystarcza, aby stał się niezrozumiałym. Dziwniejsza jest, że i Lamartine tak samo prawie myślał. Szczery jednak, a przedewszystkiem indywidualny, zmysł poetycki, ten głos serca literatury, nieznoszący przymusu, przestał zadawalać się światłem, rzucanem na dzieła i osobę wieszcza z dusznych zakamarków uczoności, i nareszcie przemówił świeżym srebrnym dzwonem. Kiedy aż do ostatnich czasów zagadnienie Danta spoczywało i nawet komentarzy nie pisano, nagle zjawiło się ich kilka prawie jednocześnie. A przytem sam nieśmiertelny utwór zaczęto drukować na nowo z takim zapałem, że w krótkim okresie, który mniej więcej odpowiada gasnącemu dziś pokoleniu, ukazało się około dwudziestu pięciu wydań Boskiej Komedyi [13]. Lecz dlaczegoż właśnie temu oto pokoleniu przypadła rola odnowiciela Danta? Bo ono odrodziło poezyę wogóle, bo wydało subtelne plemię romantyków, które umiało i samo tworzyć i znało się na twórczości innych i miało sztukę wwiercania się w dusze zawiłe i niezwykłe. Było to nietylko pokolenie śmiałej fantazyi, gorącego uczucia, głębokiej, wpatrzonej w duszę ludzką liryki — ale i czynu. Romantyzm był rewolucyą poezyi, rewolucya była romantyzmem historyi. Już więc na pograniczu dwu wieków, czerwonem od łun przewrotu, zjawiają się tacy jak Vincenzo Monti, a potem szlachetny wygnaniec Ugo Foscolo, ażeby z imienia duchowego ojca Italii zrobić sztandar rokoszowy. Poeci-szermierze, poeci męczennicy odczuli pod beretem teologa zuchwałą głowę Tyrteusza, pod leniwą suknią mędrca — płomienną pierś marzyciela i wielkiego patryoty. Choć więc idea zjednoczenia i oswobodzenia Włoch zakiełkowałaby i kwitła sama przez się, jednak Dante był dla niej znakomitym argumentem i świetnem hasłem. Zapał narodowy z natury rzeczy pomieszano w jedno płomię duchowe z zapałem florentczyka, którego słowa łatwo możnaby włożyć w usta wiekowi osiemnastemu:

O, niewolnico, Italio biedna,
Gospodo balu, nawo bez sternika
W czas burzy wielkiej, już nie ziem królowo,
Jeno siedzibo wszelkiego nierządu!
(Czyściec VI).


Słusznie też powiedziano o wielkim dramatopisarzu budzącej się Italii, Alfierim, że w nim odżyło ziarno przez Danta posiane. I słuszniej jeszcze, że «prawdziwe odrodzenie Włoch stanie się i stać się może tylko na drodze, wskazanej przez poetę Komedyi Boskiej, na drodze pełnego powagi przeboju, czystego poświęcenia, zaparcia się wszelkiej płochości» [14].
Poprzez dzieje Włoch przewijają się bowiem dwie wstęgi — dwa usposobienia: czysto literackie i nieraz swawolne — to Petrarca, Ariosto, Pulci i im podobni, i surowo ideologiczne, poczęte w Alighierim, ukoronowane potem sztuką Michała Anioła, a zakończone w Leopardim i po części w Carduccim. Świetnie ten ostatni charakteryzuje wielkiego protoplastę jako sędziego-poetę wieków, straszliwego sędziego i świadka bezrządu i upadku. Podobnież określa go Józefin Paladan: «Żaden geniusz nowoczesny nie ukazuje potomności oblicza tak surowego jak Alighieri. Zda się jakoby przeszedł przez życie w postawie świeckiego papieża, dzikiego i natchnionego [15]».
Do niego dzisiaj zwraca się myślą każdy duch namaszczony, mający nad sobą mistyczną gędźbę ideałów. Nieszczęśliwy Giacomo Leopardi tę mistykę głuszył w sobie zgrzytami sarkazmu, ale ona, silniejsza, górowała. Melodye Dantejskie czyste i wzniosłe dźwięczą w jego marmurowych rymach spiżem.
Jakgdyby wiek nasz był duchowym krewniakiem Danta — tak często zwraca się doń po chleb moralny i natchnienie poetyckie.
Nietylko bowiem tragiczny zamiar, czyniący ze świata piekło, budzi w literaturze sumienie dantejskie, domaga się sądu i wyroku, nadziei i proroctwa, lecz i tęsknota idealistyczno-mistyczna wogóle pożycza nieraz od Danta nastrojów jego Nowego Życia i boskości jego Beatryczy. W tym liliowym powiewie marzeń, które nazwano prerafaelizmem, łatwo odróżnić asfodele i nadziemskie, elizejskie kwiaty Czyśćca i Nieba. Przypłynęły one z południa głównie na skrzydłach neoplatonizmu i, rzecz prosta, za sprawą wyższych mocy dziejowych, które wybrały sobie za narzędzie Byronów i Shelleyów, a potem i czysto dantejską rodzinę Rossettich. Jej głowę znamy już ze słynnego dzieła o kabalistycznych tajemnicach Komedyi; syna jednego nazwał Dantem; drugi syn, William, tłómaczył Piekło, córka wydała pracę o planie Komedyi. Wszyscy troje są ludźmi nowymi, najwięcej zaś Dante Gabryel Rossetti, wielki marzyciel, poeta i malarz, zmarły w r. 1882. Jego obraz «Sen Danta» oddycha niewysłowionym czarem marzenia i melancholii, które uzmysławia cudna grupa niewiast, otaczających śpiącą Beatryczę. Jest to malowidło o niezrównanej, wprost muzycznej, melodyjności. Jego sto jeden sonetów miłosnych, pod ogólnym tytułem Dom Życia, uważać można za wyrosłe pod tuberozowem tchnieniem Nowego Życi[16]. Jest to najsubtelniejszy, najpoetyczniejszy wyraz szlachetnego uczucia i głębokiego hołdu dla kobiety.
Nie tu miejsce na całkowity opis tego drugiego, literackiego, żywota Danta. Wyśledzić gałęzie i pędy piśmiennictwa, w które wlewa się jego zapładniający geniusz — to przedmiot całej osobnej księgi. Niechaj wystarcza, że wogólności to mistrzowanie poetom nowym zaznaczyć mamy prawo, witając w niem laur świeży na sławną, smutną głowę.
Tak samo treścią osobnego, a wielce pięknego, rozdziału musiałby być Dante w literaturze polskiej. Byłoby godnem trudu wykazać, jak dla chwały wielkiego sędzi nierządu przygotowany był grunt w narodzie, który wydał Skargę i słyszał jego sędziowskie gromy. Jakoż chwała ta zabłysła w dobie sławnej naszego romantyzmu. Trójca wielkich naszych wieszczów uczuła w sławnym wygnańcu wzniosłą miłość ojczyzny, namaszczone poświęcenie dla idei i chłoszczące szyderstwo. Mickiewicz, jak już wiemy, przekładał z mistrzowską prawdą, uczuciem i bezmierną szerokością urywki Piekła; jego pierwszej, wstępnej tercyny pieśni III nigdy dość często przytaczać nie można:

Przeze mnie droga w miasto utrapienia,
Przeze mnie droga w wiekuiste męki,
Przeze mnie droga w naród zatracenia.


Stanowi ona i w oryginale ogniwo najwspanialsze, w złowrogim rytmie swym — naszemu językowi niedostępnym — jedyne na świecie, a szlachetnością i muzyką brzmienia zdolne przyprawić o nieprzytomny zachwyt:

Per me si va nella città dolente,
Per me si va nel’ eterno dolore,
Per me si va tra la perduta gente.


A Juliusz Słowacki? Słusznie pisze on do autora Irydyona: «... Na spotkanie twojej czarnej Dantejskiej chmury prowadzę lekkie, tęczowe i Aryostyczne obłoki». Bo całe «Poema Piasta Dantyszka, herbu Leliwa o Piekle» cechuje pewna przedziwna lekkość i powiewność. To nie są straszne pożary mąk piekielnych, lecz raczej skaczące błędne ogniki, błyskotliwe race uczucia, wobec których nie zupełnie przekonywającemu wydadzą się słowa:

Mój widok sądem jest, mój płacz przeraża,
Umarli co mię zobaczą, nie zasną:
Bóg może nawet twarz odwróci jasną
Na blask boleści, który ze mnie strzela.


W tem jednak skrzywdził siebie Słowacki, że zawiele oddał Aryostowi; jest bowiem w całej tej fantazyi sam sobą, niezrównanie rodzimy we wszystkiem, co się dzieje dokoła szlachcica z czapką na bakier na głowie, niosącego krwawy zapozew Bogu. Czy gdy Dantyszka niosą aniołowie «nakształt zerwanej stokroci w tęczę złotowłosą», czy go przeprawia w czarnej łodzi «człowiek, co, wożąc mgły, zarabia chleba», — zawsze i wszędzie jest to strzelistość olśniewająca «Beniowskiego», świetne meteory tragedyi, miotającej pioruny, czerepy i węże, rozlewającej się w kałuże krwi, spowitej w straszne kiry, tęskniącej bielą gołębi lub łabędzi.
I dlatego zasadnicza piekła Dantyszkowego tonacya, choć raz po raz czyni wrażenie, jakoby z motywu Ugolinowego wziętą była — ma swoje źródło we własnej jaskrawej fantazyi Słowackiego, do której obraz mąk Ugolina, poprostu, szczególnie przypadał:

Widziałem rzeczy straszne i żałobne,
Widziałem ludzie do wężów podobne
I zrastające się ich ciała z gadem:
Ale ten zdrajca, ośliniony jadem,
Ale ten własne gryzący piszczele,
Ale ten blady w lamentów kościele,
Oplwany cały krwią zdradzoną w oczy;
Ale ten straszny, co psim zębem broczy
Białą pierś żony i bolem się żywi,
A gdy zapłacze, to piekło zadziwi —
Ten jeden z myśli mi trupy wygonił
I zadziwiłem się, żem łzę uronił.


Choć poeta skorzystał z niektórych ważnych epizodów Komedyi Boskiej, gdy np. pokazał swemu Piastowi nawet Papieża w piekle — nadał mu znaczenie nadzwyczaj swojskie i głęboko trafne. I przeto w ogólności rzec można, że Dante odbił się u Słowackiego jako potężny zapładniający bodziec, którego zasługi nie zmniejsza chyba pewien dosyć wyraźny rozdźwięk niedociągnięcia i maniery [17].
Łącznik jeszcze silniejszy i zarazem wysoce oryginalny między Komedyą a literaturą polską stanowi Zygmunt Krasiński. U niego bowiem Dante jest nietylko pochodnią rozświetlającą mroki piekieł rodzimych, nietylko autorem namaszczonym przez Boga, lecz i żywym człowiekiem, który nieśmiertelnie przetrwał do czasów nowych i wmieszał się do spraw dziejowych i spraw polskich. Odgrywa on rolę potrójną: służy Krasińskiemu za natchnienie i użycza jego wiekopomnemu dziełu imienia Nieboskiej Komedyi, oraz poddaje formę do całkiem nowoczesnego obrazu — obrazu piekieł giełdy i targu, w Poemacie niedokończonym (Sen). Następnie staje się sam Wergilim i przewodniczy poecie w wędrówce po owych właśnie okręgach państwa pieniężnego, a także po czarodziejskiej kranie przeszłości od wieszczbiarzów chaldejskich po przez walki idei i wiar aż do trybunów ludu dzisiejszego. Wreszcie miesza się do dramatu osobistego duszy bohatera — na poły Hamleta, nieco Platończyka i nieco bohatera czynu — służąc mu za druha, towarzysza, powiernika i mistrza w zawikłaniach życiowych.
Nie miejsce tu na dokładną charakterystykę tego dziwnego stosunku. Powierzchownemu czytelnikowi może się on wydawać grubo naciągniętym i wlewającym do szczytnej poezyi pewną prozę. Może go razić, że Młodzieniec odzywa się do swego towarzysza: «Uważaj Aligier», a służący Jakób wiedzie z nim pogawędkę i mówi: «Wielmożny Panie». Mogłoby się też wydawać pewnym gwałtem i pewnym przymusem stronniczym, zadanym wielkiemu apostołowi braterstwa, że ukazuje w piekle rękodzielników i wyrobników i rzuca ich w jeden wspólny dół z lichwiarzami. Ale uważne wgłębienie się w oba wielkie utwory Krasińskiego odsłania jego górne stanowisko w sprawie wiekowej walki społecznej, wzniosłość etyczną w bohaterze, i taką skalę rozległą kompozycyi, takie osiowe, centralne uchwycenie dramatu świata nowego, że cień Danta nie miałby prawa skarżyć się ani na zbytnią poufałość, ani na wybór towarzystwa, ludzi i wypadków.
Bo owo otoczenie, które mu dał nasz poeta, jest doniosłe i tragiczne, zwłaszcza w pielgrzymce po historyi, gdzie występują, kto wie czy nie pod wpływem Rossettiego, z całą swą tragiczną grozą Templaryusze, Albigensi, Różokrzyżowcy i Wolno-mularze, gdzie się ukazuje boski Platon i majaczeje w oddali walka tronu świeckiego z duchownym, gdzie kołyszą się nad głowami wszystkie, godne Danta, wielkie pragnienia, bole, krzywdy i tęsknoty do wiekuistego ideału Ludzkości.
Między dwiema postaciami poetów wywiązuje się w końcu jakaś równoległość i niby podobieństwo — ten sam ideał uduchowionej «Planety troistej, lecz jednej», «Niedziela człowieczeństwa» i «Zmartwychwstania ciał — Anielstwo», te same tradycye rzymskie, ten sam indywidualizm, wyższy nad sekty i sztandary, ten sam filozoficzno-dyalektyczny nastrój umysłu.
A jeśli mimo to niekiedy zgrzytnie fałszywą nutą przekonanie o wyższości nad Dantem, a czasami znów buta szlachecka, nieco jasełkowo przedstawiona — to jednak każdy przyzna, że trudno wymyśleć hołd głębszy i wyższy nad ten, którym jest przedstawienie Danta w roli uczestnika i bohatera dramatu wieku dziewiętnastego. Choć dziwnym, ale przecież bajecznie uwielbionym, jest ten Aligier, który walczy z Pankracym, upomina go, iż jest synem Rzeczypospolitej lackiej i recytuje mu imiona królów i hetmanów polskich.
To coś więcej niż owo kadzidło, którego jedynie brakowało, ażeby Danta uczynić świętym — jak mówi słynny jego czciciel i znawca, Ozanam. To jakieś uznanie patronatu nad nieszczęsnemi ludami.
Takiego pomnika nie wystawił nikt wielkiemu florentczykowi. Krasiński w imieniu swoich i całego świata uznał go orędownikiem narodów i zbawienia w przyszłości, rozdawcą wiekuistej Miłości, Rozumu i Woli.
I oto nie wyda się już chyba przesadnem twierdzenie Proroctwa, że na grób w Rawennie cisną się tłumy pielgrzymie: światli królowie, a między nimi Jan Saski — słynny tłómacz i komentator Danta, znany pod pseudonimem Philaletesa, dom Pedro Brazylijski, Wiktor Emanuel oraz przedwcześnie zmarły Fryderyk III, bojownicy wolności, poeci i artyści z całego świata. Księga pamiątkowa uwieczniła wszystkie sławne i drogie imiona. Byron wszedł tam w stroju uroczystym, jak do świątyni, i złożył u stóp grobowca dzieła swoje, a papież Pius IX wpisał obok swego imienia znaczący w tym wypadku i melancholijny urywek z Czyśćca o znikomości sławy: Non e’l mondan rumor altro ch’un fiato di vento (Rozgłos światowy wszak to wiatru tchnienie, co stąd i zowąd dowolnie przychodzi). Lecz tym razem stało się inaczej. Sława trwa i wzrasta. Nawet echo samego cierpienia w dziwnie trwałe wcieliło się symbole.
Jakgdyby sam los chciał zostawić nietkniętą aureolę wygnańczą poety i uczynić go chlubą i własnością całego świata, grób ten do dnia dzisiejszego został za granicami właściwej ojczyzny. Niewdzięczna Florencya, parvi mater amoris, jak opiewa wiersz, przypisywany samemu poecie a umieszczony potem na grobowcu [18], próżno starała się zabrać sławne popioły. Zapóźno było. Całą swą historyę ma ta walka jej z Rawenną, która zręcznie i wytrwale chwały swej broniła. Nie pomogły żadne podstępy, prośby i poselstwa, wyprawiane przez miasto rodzinne Alighierego. A gdy się nareszcie udało zyskać nad Rawenną wpływ, — było to za Leona X Medyceusza — i wysłańcy jego przybyli po prochy poety i trumnę wreszcie otworzono — o, dziwo! — okazała się pustą! Tylko parę liści zeschłego wawrzynu i nikłe okruchy kości świadczyły, że w niej niegdyś istotę ludzką złożono na sen wiekuisty.
Dziś istnieją dowody, że to Franciszkanie, w obawie przed zamachem — trumnę z wnętrza muru wyjęli i zwłoki przenieśli. Znaleziono je dopiero w roku 1865 podczas obchodu jubileuszowego — niemal przypadkiem, w kaplicy sąsiadującej z Mauzeoleum; leżały w skrzyni drewnianej z napisem: OSSA DANTIS A me Fra Antonio Santis hic reposita [19] anno 1677 die VII octobris.
Było to odkrycie świętem nadzwyczajnem i dało pochop do mnóstwa sprawdzeń, pomiarów, mów i prac literackich. Lecz nieubłagana krytyka, i tej szlachetnej radości nie szanując, pośpieszyła pokazać zapaleńcom swą twarz powątpiewającą.
Ale dusza ogółu nie słucha trzeźwych wywodów, zresztą w tym razie słabych bardzo; poetycznej radości wydrzeć sobie nie pozwoli — i dobrze czyni. Więc skarb ojca Santisa przeniesiono uroczyście do tego samego Mauzoleum, które i dawniejszą trumnę wieszcza przytuliło.
Florencyi zaś i tym razem zostawiono tylko zaszczyt powrotu nad Arno z pustemi rękoma. Straszna to nauka.
Snadź z wygnania i sieroctwa wielkim cieniom bliżej było do właściwej swej ojczyzny, do sfer, kędy króluje

Miłość, co słońce porusza i gwiazdy.








Przypisy

  1. Poeta, nazwany tak z powodu swego uwielbienia dla autora Eneidy.
  2. Opierając się w tym względzie na świadectwie biskupa z Fermo, który wyraźnie o zawodzie nauczycielskim Danta mówi.
  3. Głównym zwolennikiem tej opinii jest Scartazzini, który obszernie wywodzi, że Dante mógł jedynie nauczać, nie zaś uczyć się. Wedle Scartazziniego pobyt w Paryżu przypada na czas przed cesarzem niemieckim Henrykiem VII († 1313), Cipolla zaś podaje rok 1316 — 1318 za Filipa Długiego. (Scartazzini Dante-handbuch, rozdziały Student oder Docent; Am Wanderstabe.
  4. Pobytu w Anglii dowodził Gladstone.
  5. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak przecinka po słowie.
  6. Córka Antonia została we Florencyi przy matce, Gemmie Donati, która przeżyła męża o lat kilkanaście. Co do reszty dzieci, to nic pewnego Dantologia nie posiada. Według jednych (L. Bruni) było ich wogóle tylko czworo, według Pelliego siedmioro: Pietro, Jacopo, Gabriello, Aligero, Elioco, Bernardo, Beatrice. Potem miały przybyć Antonia i Imperia. Wiadomości co do Piotra i Jakóba są prawie pewne. Linia Piotra przetrwała aż do naszych dni. Jakób napisał komentarz do Komedyi Boskiej. (I—X Krauz 37—38, 115—116).
  7. Opowieści te uwiecznili głównie Boccaccio, Petrarca, słynny kronikarz Benvenuto da Imola, Poggio, Sacchetti, Giovanni da Prato i wielu innych. Wszystkie streścił Krauz w rozdziale Sagen und Anegdoten (124—136).
  8. Przekonał się o tem na sobie F. Boissard. Patrz dzieło przytoczone, rozdział ostatni.
  9. Kultura Odrodzenia (tom II p. 49).
  10. Burckhardt (II 48 — 49) przytacza pisarzów włoskich dawnych, którzy, za przykładem Danta, wprowadzili allegorycznego towarzysza.
  11. «Nullo dipintore potrebbe porre alcuna figura se intezzionalmente non si facesse prima tale quale la figura essere dee». Ciekawe te dowody i wiele innych jeszcze zebrał prof. Janitschek w rozprawie: Die Kunstlehre Dantes und Giotto’s Kunst... (Lipsk 1892) głównie str. 17 — 23. Nie potrzeba Janitschka i Burckhardta dla zrozumienia i ocenienia estetycznego nowatorstwa Danta, — powołuję ich jeno, ażeby nie być posądzonym o zbyt paradoksalną charakterystykę.
  12. F. X. Krauz w powołanem dziele swem szczególnie uwzględnia stosunek Danta do sztuk plastycznych. Okazuje się, że inspiracyjna zdolność Komedyi jest naprawdę bajeczna.
  13. Witte: Ueber das Missverständniss Dantes.
  14. Wegele (608).
  15. Wstęp do tłómaczenia sonetów D. G. Rossettiego «La maison de vie»
  16. Beatryczą D. G. Rossettiego była jego żona, przedwcześnie zgasła Elżbieta Siddal. Podobno poeta rękopis sonetów włożył do jej trumny, lecz potem uzyskawszy, że go wydobyto, ogłosił drukiem. Peladan w pięknem i ciekawem studyum, stanowiącem wstęp do przekładu Domu Życia, uważa poezyę Rossettiego za ciąg dalszy poetyckiego neoplatonizmu, który się uwieńczył idealną miłością Petrarki (Laura), Michała Anioła (Wiktorya Colonna) i Danta. Uważa też, że wędrówce tego prądu sprzyjało inne dzieło Rossettiego ojca: Il mistero del amor platonico del medio evo (1840).
  17. Któryś z krytyków wypowiedział zdanie, że motyw Ugolina mógł grać pewną rolę i w Ojcu zadżumionych i tonem profesora karcił mnie, że Ojca zadżumionych czynię krewniakiem byronowskiego «Więźnia Czyllonu» (w książce mojej p. t. Wszechpoemat i najnowsze jego dzieje), a nie Ugolina, który właśnie «Więźnia» zrodził. Korzystam ze sposobności, aby ten zarzut odeprzeć. Pokrewieństwa literackie, a zwłaszcza poetyckie, opierają się, nie na wspólności imion bohaterów lub zewnętrznego wątku, lecz na wspólności nastrojów i uczuć. Otóż gra uczuć w Ojcu zadżumionych, a zwłaszcza stopniowanie ich tragiczności, tchnie od początku do końca «Więźniem Czyllonu», zaś z Danta tragedyi zamorzenia w «wieży głodowej» nie zawiera ani jednego bądź psychicznego, bądź estetycznego rysu.
  18. Jura Monarchiae, Superos, Phlegetonta lacusque lustrando cecini voluerunt fata quousque; sed quia pars cessit melioribus hospita castris actoremque suum petiit felicior astris, hic claudor Dantes patriis extorris ab oris quem genuit parvi Florentia mater amoris. Wiersz ten — jeden z wielu ułożonych różnemi czasy i przez różnych poetów na grobowiec Danta — jest według Scartazziniego dziełem ucznia i przyjaciela Danta, Bernarda Canaccio. (Porównaj też E. X. Krauza rozdział: «Dante in Rawenna»).
  19. Kości Danta przezemnie brata Antoniego tutaj złożone i t. d.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cezary Jellenta.