Dajmon/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Dajmon
Wydawca Michał Glücksberg
Data wydania 1884
Drukarz Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Parę tygodni upłynęło od opisanego spotkania hrabiego z miss Rosą. Adrjan, chociaż kaszlał i pluł czasem krwią, tając się z tem przed przyjaciółmi, nie zdawał się wcale gorzej. Owszem, miewał chwile, w których młodość powracała, a choroba zdawała się ustępować. Sieniuta i hrabia nie odstępowali go, i gdyby nawet chcieli opuścić, nie byłby pozwolił na to, tak mu z nimi dobrze było. Lecz profesor napróżno usiłował wymódz na nim, aby przez czas jakiś wypoczywał zupełnie i o poezyi zapomniał.
— Mój drogi, odpowiadał mu Adrjan: gdybym nawet dla twej spokojności chciał to uczynić — nie mogę. Poezya ta i tworzenie stało się dla mnie nałogiem. Napróżno się z niego usiłuję otrząsnąć, myśli mnie nadchodzą, dręczą, nie dając pokoju nawet we śnie. Tworzenie to, choćbyś je nazwał chorobliwem, jest potrzebą już, stało się koniecznością. Mózg mój powraca do niego mimo mej woli. Wśród rozmowy, w spoczynku, między przyjaciółmi, gdy się na pozór zajmuję czem innem — napadają mnie widziadła, dręczą upiory moje...
Po rozmowie z miss Rosą hrabia unikał już jej wznowienia, przekonywając się, że Angielka też starała się od tego uchronić. Nie otrzymał ani odpowiedzi, ani zapewnienia żadnego. Jednakże z taktem nadzwyczajnym i zręcznością niewieścią miss Rosa widocznie usiłowała się zbliżyć do Adrjana, tak jednak, aby odmiany w jej postępowaniu nie dostrzegł.
Poeta jeszcze się w początkach opierał urokowi jej, lecz po kilku dniach zdawało się, że naleganie profesora i wpływ miss Rosy podziałały nań wreszcie.
Adrjan począł nietylko nie unikać Angielki, ale nieznacznie jej szukać... Przed przyjaciółmi tłumaczył to, przyznać się nie chcąc, potrzebą studyowania niewieściego charakteru i duszy. Mówił, że miss Rosa jest dla niego zagadką, której rozwiązać nie umie.
Patrzący z dala dostrzegali jednak wyraźnie, iż Adrjan ulegał jej urokowi — i — ona, w początkach bardzo ostrożna, nieco chłodna, zapominać się zdawała. Taka miłość ujęta w formy towarzystwa, do którego oboje należeli, nie groziła wybuchem żadnym, ale mogła się stać cichym dramatem.
Adrjan był rozmarzony, sam się nie przyznając do tego przed sobą; miss Rosa w tej tragicznej miłości bez nadziei, dla człowieka na śmierć skazanego — może napawała się poezyą, której była namiętną kapłanką. Broniła się widocznie uczuciu ogarniającemu ją, coraz bezsilniej. Chwilami poddawała mu się z rezygnacyą — zapominała...
Adrjan teraz codziennie chodził do Tramontany, codzień po obiedzie do mroku przesiadywał na tarasie, zagadywał się sam na sam z miss Rosą i gdy go napędzano do domu, wracał cały rozogniony, tak, że co lekarstwem być miało, groziło już prawie niebezpieczeństwem.
Profesor namyśliwszy się, uznał za swój obowiązek napisać do matki. Uczynił to w sposób jak najoględniejszy, nadał pismu ton prawie wesoły, aby nie zdradzić niepokoju, — donosił jednak, że zdrowie Adrjana, zdaniem lekarzy nawet, potrzebuje wielkiej czujności i starania, a nadewszystko oka matki, bo obcych poeta nie słucha. Dał do zrozumienia, iż przybycie jest konieczne. Pewien był, że pani Klara zrozumie tę plątaninę listu jego, i domyśli się, co jej do czynienia pozostało. Oczekiwano więc matki.
Tymczasem stan Adrjana wcale się nie polepszał; nie dręczył się wprawdzie poematem, bo go od niego odrywano, ale miłość, z którą walczył, wprawiała go w równą twórczej gorączkę.
Bronił się jej, chciał uciekać — i codzień odkładając ostateczne zerwanie, brnął coraz więcej — kochał się szalenie, wyrzucał to sobie, w sumieniu czuł zgryzotę, że mając uledz namiętności, nie powrócił raczej do Leni, a przywiązał się do istoty obcej, do — zagadki.
Miss Rosa zawsze jeszcze była dla niego tą zagadką, bo mu się okazywała tak różną w dniach i godzinach rozmaitych, że z uszczęśliwienia ciągle wpadał w rozpacze. Wieczorem czasami ożywiali się oboje, rozchodzili upojeni, nazajutrz Angielka była pomieszana, ostygła, jak gdyby zapomniała o dniu wczorajszym. W ogóle jednak stosunek ten stał się nawet dla obcych widocznym, a pani Trellawney, która miała zaufanie swej towarzyszki, odważyła się wreszcie uczynić jej pewne uwagi.
Znajdowała niewłaściwem, aby piękna, młoda, bogata, utalentowana miss Rosa poświęcała się człowiekowi na śmierć skazanemu, co już dla nikogo tajemnicą nie było. Romans ten nad grobem przerażał ją, oburzał, przywodził do rozpaczy. Znając miss Rosę, przewidywała wieczną żałobę... Ona lepiej niż inni mogła zbadać młodą swą przyjaciółkę i odgadnąć, że serce jej, długo obojętne, zagrożone było.
Jak daleko zaszedł Adrjan w swym stosunku z Angielką, nawet bystry postrzegacz i wielki znawca ludzi hrabia Marjan, (który utrzymywał, że jego domysły prawie zawsze się sprawdzają dlatego, że rachował na złe strony charakterów ludzkich) — nie umiał wywnioskować. Pytać poety było próżno. Tak samo jak się nie popisywał z poematem, nie zwierzał się też z uczuciami. Widziano go w coraz większem uniesieniu nad miss Rosą, jej rozumem, poczuciem artystycznem, charakterem, nieskończonemi przymioty — ale z tych pochwał nic nie można było wyciągnąć. Czasem ubolewał, że nie była Polką, to znów, że on się nie urodził swobodnym i pospolitym człowiekiem, mogącym sięgnąć po szczęście bez zgryzoty sumienia.
Poemat był nieco zapomniany. Profesor czuwał, nie dając Adrjanowi ani mówić o nim, ani się brać do niego. Nie było jednak dnia, by się nie zdradziła jakaś chętka namiętna powrócenia do dawnych zwyczajów, marzenia i pracy. Dobierano umyślnie takie do rozmów przedmioty, aby nie miały z poezyą i sztuką związku, a gdy poeta wpadał na nie, odrywano go gwałtem od rozpraw. Hrabia Marjan był niewyczerpany w opowiadaniu anegdot, cytowaniu dowcipów, chwytaniu i upięknianiu plotek.
Obaj z professorem tęsknie oczekiwali przybycia matki, czując, że środki, jakiemi osłaniali chorego, wkrótce się wyczerpać miały. Sieniuta zaczynał się obawiać miłości dla miss Rosy, która z rozrywki i dystrakcyi, groziła przemianą na dramat tragiczny.
Jednego wieczoru, jak zwykle, Adrjan przy krześle Angielki usiadłszy przy obiedzie, do bardzo późnej godziny nadzwyczaj żywą i namiętną prowadził z nią rozmowę. Sieniuta z hr. Marjanem chodzili z dala, nie przeszkadzając mu i odgadując z poruszeń i fizyognomji stosunek tych dwóch istot, tak dziwnym losem zbliżonych do siebie. Dnia tego poeta był natarczywszym i zuchwalszym niż zwykle, kilka razy chwytał za rękę miss Rosę, przytrzymywał ją — zbliżał się do niej, głos podnosił, roznamiętniony był wielce. Angielka zdawała się go uspakajać, łagodzić i cierpieć z nim sama. Parękroć ręką machinalnie ucisnęła serce. W chwili gdy spór jakiś doszedł był do najżywszego wyrazu — miss Rosa wstała nagle, kilka słów rzuciła mu, ścisnęła rękę jego i krokiem śpieszniejszym niż zwykle, weszła do domu. Adrjan pozostał w miejscu jak wkuty, potem przeszedł się razy kilka i opodal zadumany siadł w krześle. W tej chwili z okna mieszkania miss Rosy, które wychodziło na tarasę, dał się słyszeć głos fortepianu. Wszyscy wiedzieli kto grał — Mendelssohnowska pieśń jakaś zabrzmiała takim wyrazem smutku, taką boleścią serca, że nawet Marjan uczuł się nią przejęty. Adrjan podniósł głowę, słuchał, a gdy ostatnie dźwięki przebrzmiały, jak upojony zwrócił się zapomniawszy o swych towarzyszach ku domowi. Profesor i hrabia napędzili go już w lasku pomarańczowym, przez który przechodzić musiał. Wlókł się zwolna zatopiony w sobie, zadumany i na pół nieprzytomny. Usłyszawszy za sobą ich rozmowę, nie zatrzymał się jak zwykle.
Marjan żartobliwie go zagadnął i nie otrzymał odpowiedzi. Zaledwie pół słowem zbywając ich, doszedł aż do willi. W bramie przyznał się profesorowi, że się czuje niedobrze.
Głos miał jakby stłumiony i ochrypły; ocierał z potu czoło, a choć starał się uśmiechać, wyraz jakiejś trwogi okrywał twarz bladą.
Wchodzili na wschody (bo od drogi kilka ich wiodło na parter), gdy nagle zatrzymawszy się kaszlnął Adrjan, oparł się o mur, i chustkę przyłożywszy do ust, odjął ją całą krwawą.
— To darmo, zawołał z wysiłkiem — nie ma się co łudzić — jestem chory, jestem bardzo chory. Walczyłem z tą chorobą, usiłując ją zwyciężyć siłą młodości i woli — choroba wzięła górę...
Sieniuta coś przemówił do niego, chwytając pod rękę i wprowadzając do pokoju, Adrjan nie słuchał.
— Dziś to już drugi raz — rzekł — jestem osłabiony, w piersiach mi brak powietrza, oddychać nie mogę...
Podano jakiś napój chłodzący przepisany przez doktora, zakrzątnęli się około niego wszyscy, posadzono go na kanapie. Był na pół omdlały... Długo dosyć panowało milczenie, gdy nagle rzucił się, powstał i zawołał jakby sam do siebie:
— Wszystkiemu winna ta nierozsądna... ta miłość bez celu, świętokradzka i płocha...
Bawić się z sercem! — zabawa taka musi się kończyć karą straszną...
Padł znowu na kanapę.
— Zszedłem z drogi mi wyznaczonej — dodał — owoc życia całego zmarnować się może... Nie! nie! trzeba wyjść z tego błędnego koła, które do niczego nie prowadzi, powrócić do pracy!...
Mam umrzeć, niechże ślad zostawię po sobie, że w tej piersi i w tej głowie coś było, coś żyło... coś złożył Bóg — a jam wypiastował...
— Kochany Adrjanie — przerwał mu profesor, — nie pora o tem myśleć i mówić. Nie sądzę, ażeby ci zagrażało niebezpieczeństwo, ale potrzebujesz spokoju. Porzućże te marzenia.
— To nie są marzenia — zawołał gwałtownie Adrjan — to nie marzenia, to najstraszniejsza rzeczywistość. Czuję nadchodzącą śmierć a poemat mój nieskończony. Potrzeba rzucić wszystko dla niego.
— Potrzeba najprzód mieć na to siły — przerwał Marjan. W tym stanie rozgorączkowania nie jesteś do niczego zdolny!
— Jestem zdolny wydać jeszcze przerażający krzyk rozpaczy, zawołał poeta — który najlepiej zakończy poemat dziejów ludzkości, bo jej losy zamkną się w nim całe... Życie nasze i jej — to droga do przepaści ciemnej. Na brzegu jej pieśń zwątpienia — to będzie koniec życia i pieśni.
Z gorączkowym niepokojem rzucił się Adrjan szukając klucza, który ciągle nosił przy sobie, aby otworzyć tekę i dobyć z niej dawno już nietknięte karty. Napróżno profesor chwytał go za ręce, błagając, a Marjan wysilał się na argumenta. Adrjan nie odpowiadając na nie, rozrzucił papiery i chustkę trzymając przy ustach, cały się w nich zatopił. Niekiedy porywał się za piersi i głowę, ale cierpienie nie mogło go oderwać od czytania. Przebiegał oczyma luźne zrzynki pozapisywane gęsto piórem i ołówkiem, składał je z sobą — rzucał, zamyślał się. Widok tego chorego i w gorączce człowieka wysilającego się na skupienie myśli, na trud zabijający — był tak straszny, iż Sieniuta musiał odejść do okna, aby się nim nie truć. Oddalić się całkiem nie mógł, a dłużej znieść nie miał siły.
Marjan zimniejszy, siedział o kilka kroków i czekał na sposobność, aby Adrjana oderwać od pracy, odwrócić myśl jego od niej. Kilka razy próbował doń przemówić — napróżno. Poeta podnosił głowę, patrzał chwilę i nie odpowiadając zatapiał się znów w czytaniu.
Hrabia posłał był po doktora, lecz przy największym pospiechu, prędzej niż z rana spodziewać się go nie było można.
Tymczasem noc letnia ubiegała, było już z północy, gdy Adrjan jakby mu się wyczerpały siły, pochylił się na kanapę i nie składając papierów, z zamkniętemi oczyma wpadł w sen czy ekstazę. Profesor korzystając z tego, zwolna lampę wziął ze stołu i odniósł ją do przysłonionego kąta. Na palcach wyszli z Marjanem do drugiego pokoju, i nie mówiąc nic do siebie, siedli przy drzwiach na czatach. Z salki, w której Adrjan leżał, nic długo słychać nie było, potem oddech cięższy już uśpionego dochodził ich tylko...
Hrabia wysunął się spocząć, a stary profesor postanowił pozostać tu do rana. Reszta nocy spłynęła spokojnie; kilka razy tylko westchnienia ciężkie doszły uszu jego. Podchodził na palcach chcąc się przekonać czy nie może w czem pomódz i posłużyć, ale Adrjan otwierał tylko oczy na krótko, i natychmiast znużone powieki opadały na nie.
Dniało już, gdy Adrjan się poruszył, usiłował wstać, aby przejść do łóżka, ale o własnej sile już nie mógł, i Sieniuta wziąwszy go pod rękę, milczącego poprowadził, sam rozebrał i położył, tak jak niegdyś swawolne dziecię układał do snu przymusowego.
Łzy ciągle mu się w oczach kręciły, myśląc o tym kwiecie tak wcześnie usychającym na łodydze... Mieszkanie Sieniuty przytykało do sypialnego pokoju, otwarłszy więc drzwi jego, stary poszedł usiąść w krześle nierozebrany, aby być na zawołanie.
Dzień był jasny, gdy wchodzący po cichu dr. Salicetti i hrabia, obudzili go. Lekarz frasobliwie zacierał swe długie włosy siwe. Musieli wyjść na rozmowę do innego pokoju, aby choremu snu nie przerywać. Opowiedziano symptomata, doktór milczał zakłopotany.
— Nie mogę ja na to nic — rzekł po chwili. Nie zastosowano się do przepisów... Hrabia mi opowiada o jakimś romansie, który musiał stan pogorszyć. Krew wzburzona.. Kto się sam zabija, temu żaden doktór nie pomoże...
Wtem gospodyni nastraszona przybiegła, targając za suknię doktora i wołając, że chory go wzywa do siebie.
Wchodząc zastali Adrjana, siedzącego na łóżku, a że nie miał nic na sobie oprócz koszuli, mogli się dopiero przekonać o przerażającem jego wychudzeniu. Twarz była woskowo blada, a rozrzucone i już przerzadłe włosy, dodawały jej wyrazu strasznego. Widocznie jednak chciał być spokojnym, i przybrał postawę poważną.
— Źle ze mną jest, kochany doktorze, zawołał głosem przerywanym. Widzę, że mi chcesz odpowiedzieć, iż winienem temu sam — ale ja to wiem. Nie idzie o to kto winien, lecz żebym mógł życie przedłużyć — bądź co bądź — nie jestem gotów...
Chcę widzieć matkę, mam robotę do skończenia, pracę życia całego, którą w piec wrzucę, jeżeli skończona nie będzie.
Doktór nawykły nigdy nie przyznawać się przed chorymi do grożącego im niebezpieczeństwa, zmusił się do uśmiechu i ręką rzucił.
— E! e! co znowu — odezwał się wesoło. Nic nie grozi, ale potrzeba się szanować i — te imaginacye porzucić.
Wziął go za rękę, której puls był niezmiernie przyspieszony.
— Nie ma nic, kochany panie! dodał. Coś chłodzącego i spoczynek! spoczynek!
— Ja bo nie jestem dziecko! odparł poeta niecierpliwie. Czuję w sobie, że ze mnie uchodzi życie. Nie wmówisz mi zdrowia. Daj tylko środki przedłużenia tej resztki, jaka mi pozostała. Ta krew, ta krew, która wychodzi ze mnie, zatamuj ją!
Mówił tak gorączkowo, że Salicetti zmieszany, na razie odpowiedzi znaleźć nie mógł.
— To nic nie jest! powtórzył jąkając się — powiadam panu, niczem krwi burzyć nie trzeba — w domu siedzieć, spoczywać i nie pisać, nie pisać.
Adrjan ruszył ramionami, nie odpowiadając.
— Przepiszę coś — rzekł ruszając się Salicetti, ale przedewszystkiem spoczynek zalecam. Nie wychodzić z domu...
Poeta położył się na poduszce, i podparłszy się ręką, jakiś czas został nieruchomy, zadumany.
Salicetti pisał receptę. — Adrjan spoglądał na swych przyjaciół, zwrócił się do profesora i szepnął:
— Zostawcie mnie z doktorem na chwilę — proszę.
Usłuchano go, i gdy Salicetti z receptą w ręku wstał od stolika, znalazł go uśmiechniętym smutnie, wabiącym ku sobie.
— Konsyljarzu — odezwał się po cichu — najprzód daj mi rękę, niech ją ścisnę. Byłeś mi życzliwy, znasz trochę mnie, że dzieckiem nie jestem. Chcę prawdy.
To mówiąc Adrjan, jakby dla poparcia prośby, przygotowany już rulonik wcisnął w rękę Salicettemu, który przyjęciu się nie odpierał.
— Nie przyznam się nikomu, żeś mi to powiedział — ciągnął dalej — bądź szczery... Krwi mi uszło dużo, trwa to dłużej niż wiesz, bom się nie przyznawał. Jak myślisz? weź puls, egzaminuj, długo to jeszcze pociągnąć może?
To mówiąc, spojrzał bystro w oczy doktorowi, i jakby w nich wyczytał chętkę łudzenia wymysłem, dodał z wielką siłą:
— Chcę prawdy. Nie idzie tu o mnie, lecz o sprawę, która nawet cenę życia ludzkiego przeważa. Prawdy potrzebuję.
Salicetti zdawał się walczyć z sobą i namyślać.
— Doktór nie jest i nie może być prorokiem. Każdy z nas sto razy doświadczył tego, iż go rachuby zawiodły. Żądasz pan odemnie rzeczy niemożliwej. Zabić się możesz, postępując nieopatrznie — każdej godziny — ale możesz żyć i...
— Doktorze — kropisz mnie święconą wodą, którą oblewasz wszystkich... to się na nic nie zdało. Idzie mi więcej niż o życie. Poemat mój nieskończony! bodajbym się miał zabić, muszę go dośpiewać — -tak! Żadna siła mnie nie powstrzyma. Gdybyś mi nawet powiedział, że żyć będę, bylebym się go wyrzekł — nie przyjmę życia. Uznasz mnie za szalonego! jak chcesz! — Tak jest!
Zadumanego doktora cisnął gwałtownie za rękę, której nie puszczał.
— Chcę prawdy! Mów.
— Słowo uczciwego człowieka wam daję, odparł Salicetti, iż terminu żadnego oznaczyć nie mogę. Lecz na to wam przysięgam, że pracą życie skrócicie.
Chwilę panowało milczenie. Adrjan się zamyślił i mówił jakby sam do siebie:
— Pieśń jedna nieskończona, i jednej całej mi brak jeszcze. Mam ją w głowie, czuję ją, lata koło mnie i brzęczy jak mucha uprzykrzona, której złapać nie sposób. Jeden dzień, dwa prawdziwego natchnienia, wyśpiewam ją. Potem potrzeba przejrzeć wszystko i uporządkować — potem...
Gdybym miał dwa, gdyby choć jeden miesiąc czasu, i gdybyś tu był tak dobroczynnym, tak wielkim, tak łaskawym, abyś mi coś dał, coby siły wzmogło, a natchnienia nie zabiło we mnie... Są przecie leki takie, są środki. Potem — niech będzie co chce!!
Salicetti zimno odparł:
— Masz pan gorączkę!
To mówiąc wstał nachmurzony.
— Bierzcie co przepisałem, więcej nie mogę nic. Spoczynek jest pierwszym warunkiem...
Widząc, że więcej na nim nie wymoże, poeta namarszczył się, zamilkł. Skłonili się sobie z daleka.
Doktór przystąpił raz jeszcze do niego.
— Zlituj się pan sam nad sobą, dodał, i nad matką swoją. Najzdrowszy człowiek może się stać samobójcą, gdy życiem szafuje...
Profesor posłyszawszy z za drzwi chód w pokoju, wyjrzał uchylając je — i wszedł.
— Proszę posłać do apteki, dodał doktór — jutro rano ja będę sam. Zobaczymy skutek lekarstwa. Z domu wychodzić nie wolno.
Tak się skończyła konsultacya, po której Adrjan zaczął się natychmiast ubierać z pośpiechem, chociaż ruch żywszy trochę coraz mu oddech odbierał. Profesor domagał i o ile mógł wstrzymywał. Hrabia tymczasem odprowadzał doktora do jego karyolki.
— Co mamy robić? spytał.
Salicetti ramionami poruszył.
— Wątpię, czy on panom da co z sobą uczynić, rzekł — uspakajajcie go. Jest źle, jest bardzo źle — a może być najgorzej, jedna godzina dobije...
Rękoma wskazał, że nie może nic, siadł do wózka i odjechał.
Położenie było prawdziwie rozpaczliwe. Sieniuta już ani na krok nie odstępował wychowańca, lecz pomimo jego próśb i błagań, Adrjan napiwszy się herbaty, natychmiast siadł do papierów i na nic nie zważając, pisać zaczął.
Hrabia, który mu się napróżno kilka razy nastręczał, nie wydobył z niego ani słowa. Kwaśny wyszedł, zrozpaczywszy, do Tramontany na śniadanie. Miss Rosa siedziała już u stołu blada i zamyślona. Postrzegłszy go samego, drgnęła.
— Gdzie pańscy towarzysze? zapytała niespokojnie.
— Adrjan jest — mocno chory — odparł hrabia; doktór zakazał mu się ruszać z domu. Całą noc przy nim spędziliśmy bezsennie.
Spojrzał na słuchającą, której twarz marmurowa bladość okryła. Miss Rosa długo przemówić nie mogła.
Hrabia siadł przy niej, nie umiejąc i nie chcąc ukryć uczucia, jakiego doznawał. Był przygnębiony. Angielka odwróciła się na chwilę od niego, chcąc zataić wrażenie, jakie na niej wiadomość ta uczyniła. Rękami bezmyślnie targała leżącą przed sobą serwetkę. Marjan nie ruszał się z miejsca.
— Wczorajszy wieczór — dodał po cichu — musiał mu zaszkodzić. Powrócił do domu wzburzony, krew mu się kilka razy rzucała...
Gdy miss Rosa z wolna zwróciła twarz bladą ku niemu, Marjan postrzegł na jej oczach łzy, z któremi się taić nie chciała.
Była to jedyna odpowiedź jej Marjanowi. Po chwili spojrzała na panią Trellawney, wstała z siedzenia, i skinieniem głowy pożegnawszy hrabiego, znikła z terasy.
Przez cały ranek Adrjan ani wspomniał o Angielce, ani się zapytał o nią. Zatopiony w papierach, rozrzucał je, wyszukiwał urywków, które przypominał sobie, czytał, i nie zważając prawie na profesora, na kilka jego wezwań odpowiedziawszy ruszeniem ramion, ciągnął dalej robotę.
Patrzeć na niego było straszno. Twarz płonęła gorączkowym rumieńcem, oczy paliły się, ręce się trzęsły, pierś podnosiła prędko z wysiłkiem wielkim, który kaszel przerywał. Naówczas chwytał napój na stole stojący, pił go chciwie i ledwie zatamowawszy wybuch, powracał do roboty.
Około południa kazał przynieść śniadanie, więcej z myślą tą, że ono może dać siłę, niż z uczucia jego potrzeby.
Gdy je zastawiono, wstał od stolika i wziął profesora pod rękę.
— Wierz mi — rzekł z przejęciem — odczytuję teraz com napisał... wierz mi, są to piękne, są to wspaniałe, są natchnione pieśni!
Nie myśl, żeby miłość własna mówiła przezemnie — nie. Ja to pisałem, wyśpiewałem tak dawno, iż mogę sądzić o tem jak o dziele obcego człowieka!! Są piękności wielkie, którym się ja sam dziwię, że wyszły ze mnie.
Ale czemże jest pojedyńczy człowiek? zlewkiem ducha wieków, owocem prac i cierpień lat tysiąców... Wyobrażam sobie pierś ludzką jak krater wulkanu, przez który bucha całe płomię gorejące we wnętrzu ziemi. Myśmy tylko wulkanami myśli i ducha ludzkości. W każdym poecie jest cały człowiek zbiorowy...
Lecz poemat dokończyć potrzeba nieodzownie — choćby wysiłkiem ostatnim — zabójczym...
Ta pieśń musi z wierzchołka teraźniejszości patrzeć w niepoścignioną dal wieków. Tu potrzeba być prorokiem i dzieckiem naszego czasu razem...
A ta chwila natchnienia!! Kto mi ją da?... Ostatnią krwi kroplę dałbym za nią..
Sieniuta napróżno ten wylew słów wzburzonych starał się powstrzymać.
— Czasu na przepisywanie nie starczy... — rzekł Adrjan — ja ci to powtórzę. Wszystko poprawione... Kartki policzbuję... Pismo moje przeczytasz, bo myśl odgadniesz. Nic wyrzucać nie można — nic. Na świecie i w wielkiej epopei potrzebne są chwasty, suche gałęzie i wydmy, i kamienie... W naturze nic nie ma zbytniego...
Gdy po śniadaniu Marjan powrócił, odgadł zaraz poeta zkąd przychodzi, i namarszczył się zobaczywszy go.
— Wracasz od Tramontany — zawołał — potrzeba było powiedzieć jej, że jestem chory. Chcę zerwać tę chorobliwą... fantazyę. To nie była miłość, nie, choć przybierała wszystkie jej pozory; to było dziwactwo próżniaka, to było pragnienie wysuszonego brakiem napoju wędrowca... Ta miłość by mnie dobiła... Miss Rossa nigdy poety zrozumieć nie mogła...
Marjan milczał.
— Jakże ją znalazłeś? — spytał.
— Taką jak zawsze, jak była wczoraj.
— I jaką będzie na wieki wieków — dodał Adrjan. Inteligencyą rozumie, pojmuje wszystko, nie sercem...
— Na co ją tak uroczo piękną Bóg stworzył? — dodał. — Piękność też zagadką jest jak ona — jest to pismo, które każdy niby czytać potrafi — a nikt go nie rozumie. Są piękności stworzone na zamęczenie ludzi, bo stoją jak etykiety na butelkach wina, pod których złoconym papierkiem, kwas i męty.
— Nie powiesz przecie tego o miss Rosie? — spytał Marjan.
Adrjan rzucił się niecierpliwie...
— Nie rozumiesz więc, że potrzebuję zrazić się do niej, oszkalować ją, zbrzydzić — bo...
Nie dokończywszy, wyszedł do saloniku.
Przed wieczorem pani Trellawney przyszła pod wrota wywołać profesora i spytać go o zdrowie poety. Była jak zwykle w bardzo złym humorze, w gorszym może niż kiedykolwiek. Sieniuta wybiegł do niej do wrót.
— Słyszeliśmy, że ten pan chory? — zapytała.
— Bardzo — rzekł krótko profesor.
— To nieszczęście — szepnęła Angielka. — Chciałabym wywieźć ztąd Rosę, na której ten biedny na śmierć skazany człowiek robi wielkie wrażenie... Upiera mi się zostać. To niema sensu.
Spojrzała na profesora.
— Nie prawdaż? — dodała — to nie prowadzi do niczego! Myśmy powinny jechać. Radzę jej Palermo, kraj bardzo malowniczy.
Sieniucie równie myśli brakło jak głosu; głową potrząsał cały zajęty swą niedolą.
Z niczem więc pani Trellawney odejść musiała.
Dziwnem jakiemś jasnowidzeniem choroby, Adrjan, gdy profesor powrócił, odgadł, że musiał widzieć lub słyszeć coś tyczącego się miss Rosy.
— Przysyłała się pytać o mnie? nieprawdaż? — odezwał się — powinieneś był powiedzieć, żem chory. Ale potrzeba było uczynić — grzecznie, łagodnie, tak jakoś.
— Nie myśl o tem, a bądź pewien — odezwał się Sieniuta — że ja nie popełnię nic niewłaściwego...
I nie było więcej o tem rozmowy do wieczoru. Przy herbacie Adrjan parę razy przypomniał Angielkę. Widocznie tęskno mu było, ale spojrzenie na rozrzucone papiery przypominało to, co nazywał obowiązkiem.
Następnego dnia Sieniuta odebrał list od matki, z którego widać było całą trwogę, jaka ją ogarnęła po przeczytaniu pisma starego profesora. Zapowiadała swój wyjazd natychmiast, prosząc, aby do niego Adrjana przygotowano. Do niego także był list czułości pełen, w którym Klara opisywała swą tęsknotę, niepokój, i pobożnie kłamiąc, malowała mu stan interesów tak szczęśliwym, że wcale już jej obecności nie wymagały. Oznajmowała razem, iż nie może znieść oddalenia, i dogadzając sercu, przybieży wkrótce do niego. Serce macierzyńskie list ten tak napisać umiało, że z niego bojaźni, co je przejmowała, wyczytać nie było można.
Adrjan ucieszył się wiadomością o przybyciu matki — list sprawił mu radość żywą; i miał ten dobry skutek, że go na godzin parę oderwał od poematu.
Obawiał się tylko, aby niespodziane jakie trudności nie zmieniły planów matki.
Życie i następnych dni płynęło jednostajnie. Z rana przybywał doktor, przepisujący różne środki, rzadko potem przyjmowane przez pacyenta, który się upierał przy swoich jakichś lekach i dyecie, jaką sobie wymyślał. Następowało grzebanie się w papierach dawnych, bo natchnienie oczekiwane do ostatniej pieśni nie przychodziło. Codzień hrabia szedł na śniadanie do Tramontany, niosąc tam jakąś wiadomość o Adrjanie, a starając się na swój rachunek przybliżyć do miss Rosy. Wcale mu się w tem nie wiodło.
Oprócz uroku, jaki dla niego miała cudzoziemka wiedział przez Sieniutę, z którym pani Trellawney była w bardzo przyjaznym stosunku, iż miss Rosa, jedynaczka, jest dziedziczką pięknego majątku i zamku w Yorkshire, i że dochód jej wynosi najmniej trzy tysiące funtów. Hrabia był trochę już fantazyami swemi nadrujnowany, funty więc były dla niego równie pożądane jak piękność. Na nieszczęście zabójczym chłodem odpychała go Angielka, ilekroć poufalszym i czulszym się być odważył.
Zdrowie Adrjana wcale się nie polepszało. Wprawdzie krew nie zjawiała się tak często, ani tak obficie, lecz gorączki niepodobna było ugasić i siły nikły w oczach. Z trudnością mógł się przechadzać po pokoju, i najczęściej leżał na pół kanapie z teczką na kolanach, bo i siedzenie go męczyło.
Do zwiększenia boleści Sieniuty, który chodził pogrążony w niemem jakiemś osłupieniu, przyczyniło się i to, że Adrjan gdy byli raz sami, przeczytał mu jeden ustęp swojego poematu, w chwili gdy był jego pięknością przejęty.
Profesor widzący zawsze, we wszystkiem strony piękne, został zachwycony, gdyż ustęp w istocie był formą i myślą wielkiego wdzięku i siły... Rzucił się ze łzami ściskać ucznia, całując go w głowę i po rękach, uniesiony tak, iż o niebezpieczeństwie popisów głośnych zapomniał.
Lody były złamane. Adrjan opowiedział mu szczegółowo treść poezyi swej, i począł ją odczytywać z zapałem wielkim. Dwie ich dusze rozumiały się doskonale, i Sieniuta teraz sam nie śmiał już wstrzymywać ucznia od zamierzonego dokończenia.
Potrzeba było uroczyście danego słowa, iż ani przed Marjanem, ani przed nikim w świecie nie wyjawi swojego szczęścia — aby stary mógł się powstrzymać od ogłoszenia go i ciągłego mówienia o tem, co myśl jego zaprzątało nieustannie.
Tem zaufaniem zjednał sobie tak Adrjan stróża swojego, iż ten nie śmiał mu się już w niczem sprzeciwiać, i stawszy się wielbicielem został razem i sługą najpowolniejszym.
Jednego wieczoru posłaniec pośpieszny z Neapolu, przyniósł niespodzianie list od matki, która już się tam znajdowała. Nie chciała jednak spaść niespodzianie, aby jej przybycie zbyt żywego nie uczyniło wrażenia. Doktor Salicetti, z którym się tam widziała, zalecił także ostrożność.
Kartka była do Adrjana:
„Mój drogi! — pisała — nareszcie się przywlokłam do ciebie. Serce mi sił dodawało do dosyć pośpiesznej podróży, którą się czuję tak zmęczoną, że kilka godzin tu spocząć muszę. Poczciwa siostra Drwęcka nie chciała puścić mnie samej; musiałam przyjąć towarzystwo drogiej Leni, której doktorowie także przejażdżkę na południe życzyli. Pielęgnowała mnie w drodze i t. d.“
Adrjanowi wypadł list z rąk, gdy wzmiankę o Leni przeczytał.
Z twarzy trudno było wyrozumieć, czy go ta wiadomość ucieszyła, czy przelękła. Czuł się względem niej winowajcą. Zwilżyły mu się powieki i drżącym głosem rzekł do Sieniuty:
— Pan Bóg mi zsyła tę pociechę, że ją jeszcze zobaczę... Żal mi jej, bo tu znajdzie smutek tylko... O! anielskiej dobroci istota...
Nazajutrz spodziewając się już matki, od rana Adrjan zajął się sobą. Chciał się ubrać, odświeżyć, złudzić przybywające pozorem jakiegoś zdrowia. Było to niepodobieństwem. Ubranie uwydatniło tylko straszne wyniszczenie, bladość trupią i skutki choroby, która go dobijała. Usiłował się wprawić do chodzenia po pokoju, lecz i to przychodziło z trudnością i parę razy przesunąwszy się przez salkę, musiał siadać i spoczywać.
W miarę jak się zbliżała godzina prawdopodobna przybycia, Adrjan coraz się stawał niespokojniejszym. Zaglądał do okien, wybiegał do drzwi i siadał zaraz na pół omdlały z małego wysilenia. Marjana zostawiwszy przy nim, Sieniuta uznał za potrzebne wyjść naprzeciw matki, aby ją przygotować do smutnego widoku syna, i zakląć, by nieokazywała po sobie wrażenia, jakie na niej uczyni.
Opodal nieco od willi profesor stał już z godzinę na tych czatach smutnych, gdy powóz się przybliżył. Chustką dając znaki, Sieniuta ledwie go zdołał zatrzymać.
Poznawszy go pani Klara, krzyknęła trochę przelękniona.
— Chciałem ja panią moją przywitać pierwszy — odezwał się stary głosem drżącym. — Adrjanowi jest trochę lepiej, ale niezmiernie osłabiony, podrażniony...
Nie trzeba, o ile możności, żadnych scen rozczulających wywoływać... Niech mu pani tego nie okaże, iż — może — wyda się jej trochę mizernym. Teraz to przejdzie, tacy goście życie i zdrowie z sobą niosą.
Matka słuchała drżąca, zrozumiała już wszystko. Wysiadłszy z powozu, poszła z Lenią pieszo za profesorem. Sieniuta, który znał dzieckiem panienkę, aniby jej był poznał, nie wiedząc kogo ma przed sobą. Lenia wydała mu się nad swój wiek starszą i wątłą. Zmuszała się do uśmiechów, łzy mając w oczach i głosie. Na kilka zapytań ledwie słówko odpowiedzieć potrafiła.
Adrjan, który turkotu powozu nie usłyszawszy — bo ten się zatrzymał — nie wyszedł do ganku, dopiero po szeleście sukni i chodzie cichym poznał matkę i rzucił się ku niej. W niemym uścisku zostali chwilę, a gdy Klara podniosła oczy na twarz syna, ledwie się od wykrzyku wstrzymać mogła... Lenia stała zmuszona się oprzeć o ścianę, aby nie upaść ze wzruszenia na widok biednego chłopca, który napróżno uśmiech starał się wywołać na usta. Była to chwila ciężka do przeżycia dla wszystkich, oblana tajonemi łzami, lecz zawsze chwila radości błogiej, uspakajającej. Byli z sobą jeszcze — po za tem w mroku ginęła przyszłość. Radość a może siła woli dała Adrjanowi dnia tego więcej nieco wytrwałości, życia, niż ich miał zwykle. Poruszał się łatwiej, nie czuł zmęczenia, nie kaszlał prawie, policzki tylko paliły mu się nie rumieńcem młodości, ale pożarem ognia wewnętrznego, który go trawił.
Wieczór krótki zeszedł na pytaniach o kraj, znajomych, nawet o stworzenia niegdyś ulubione w domu. Lenia, która w początkach przemówić prawie nie mogła, odzyskała nieco mocy nad sobą i choć się jej serce krajało, musiała udawać swobodną, wesołą prawie.
Dopiero gdy obie z matką odeszły do swojego pokoju, z płaczem rzuciły się sobie w objęcia. Obie jednak nie przypuszczały strasznej myśli, by Adrjana życiu mogło co zagrażać; widziały tylko cierpienie, na które bądź co bądź należało szukać ratunku. Doświadczeńsza matka miała chwilowe przeczucia — ale te z przerażeniem odpychała.
Obwiniać syna nie potrafiłaby była — winiła doktora, miała żal wielki do Salicettego, który dopuścił do takiego pogorszenia, winiła nieszczęśliwe Sorrento i czyste jego zdrowe powietrze, iż śmierć w piersi wlewało. Chciała gdzieindziej szukać ratunku, rady, powietrza — spoczynku. Lenia umiała tylko wzdychać i popłakiwać — nie wiedziała co robić, jej zdawało się, że najskuteczniejszemby było powrócić do domu, na wieś i tam Adrjana pielęgnować. Nie mogła przypuścić, by gdzie na świecie zdrowiej było niż tam między balsamicznemi sosnowemi borami.
Jeszcze Klara nie mogąc się uspokoić biegała do pokoju łamiąc ręce, gdy stary Sieniuta, przewidujący, że tu będzie potrzebny, zapukał do drzwi. Mimo wewnętrznego smutku, poczciwą swą twarz przybrał w wyraz jakiś uspokojony. Matka niezmiernie rada pośpieszyła ku niemu, i nie dając mu mówić prawie, poczęła sama wylewać się z tem wszystkiem, co na myśli miała.
— Mój drogi, stary przyjacielu — ja muszę ztąd wywieźć Adrjana! Jemu to powietrze tutejsze jest zabójcze... Salicetti nieuk, w Rzymie, we Florencyi są doktorowie sławni. Potrzeba śpieszyć, z nim jest źle! My musimy uciekać!!
Mówiła to szybko, nie dając się odzywać Sieniucie, który stał z głową spuszczoną. W ostatku, odpowiedzi od niego żądając — wstrzymała się — chwyciła go za rękę.
— Co ty na to? mów!
— Mnie się tylko zdaje, że choćby podróż Adrjanowi mogła z innych względów być — pożądaną — w tym stanie osłabienia, w jakim on dziś jest — jechać, wieźć go — prawie niepodobna.
— Więc doktorów tu sprowadzić? choćby z najdalszych stron — Salicetti, ten nieszczęsny Salicetti, jak wszyscy włoscy doktorowie, nic nie umie! On jest winien.
— Nie wiem — odparł Sieniuta — ja zastałem pana Adrjana daleko lepiej, ale się nie szanował — pracował nadto.. przysparzał sobie gorączki.
— On do tego był przywykły — przerwała matka — nie obwiniaj go proszę... powietrze tutejsze...
Profesor zamilkł — Klara chodziła poruszona i niespokojna.
— Moglibyśmy go w Neapolu na okręt wsadzić i wieźć do Porto Ferrajo... Wszyscy słabi na piersi tam szukają ulgi, cuda robi powietrze, mówiono mi o tem po drodze.
Nie sprzeciwiał się Sieniuta, dodał tylko:
— Byleby pan Adrjan na to przystał.
— Ja go tak będę prosiła! — składając ręce odezwała się matka.
Tymczasem gdy się to działo w mieszkaniu jej, Adrjan wzruszony przybyciem drogich gości, uspokoić się nie mógł długo. Zdawało się, że radość doznana powinna go była całego objąć i więcej żadnej nie dopuścić myśli do głowy, troski do serca. Po chwili jednak, spojrzawszy na teczkę, która skarb jego zawierała, z podwójną chciwością pracy, rzucił się do niej.
Powracający od Klary profesor już zastał go nad nią. Teraz nie śmiał protestować, poemat zajmował go równie jak autora, i mówił sobie, że grzechemby było, skazanemu i tak na śmierć, nie dać go dokończyć, pozbawić ostatniej w życiu pociechy.
Oderwał się jednak sam poeta od tych kart, zapytując Sieniuty, jak znalazł po latach długich niewidzenia matkę i Lenię.
Profesor odparł jakimś ogólnikiem tylko.
— Co się to zrobiło z tego ślicznego, niebieskiego dziewczęcia, tak wesołego, które pamiętasz głośno wykrzykujące i swawolące w ogrodzie naszym! Jak prędko zmienił się pączek ten w kwiatek, a sam on jak dziś poważnie, jak smutno, jak inaczéj wygląda!...
Serce mi się ściska, gdy na nią patrzę: ma wyraz bolejący, mimo rezygnacyi... Zdaje się być nieszczęśliwą.
— Mówiła mi pani, że nie jest bardzo zdrowa — rzekł Sieniuta. — Powietrze Włoch, nowe widoki, rozrywka, uleczą ją.
Adrjan potrząsnął głową i siadł podparty na rękach, nad papierami. Sieniuta w tych godzinach pracy nie przerywał mu, siadał zwykle na uboczu, patrzał na ukochanego ucznia, i czekał w gotowości do rozmowy, do słuchania, gdyby Adrjan chciał go wezwać do tego. Często bardzo teraz w istocie przerywał sobie poeta, i albo ustęp jaki czytał, badając jakie na starym uczyni wrażenie, lub rzucał pytanie, chcąc rozwiązania wątpliwości jakiejś.
Tego dnia wszakże roztargniony był, nie mógł zebrać myśli, i rychło zamknął tekę, mówiąc, że potrzebuje spoczynku, że chce spać, śnić i marzyć.
Gdy się to działo, ostatnich dni zwłaszcza, hrabia Marjan, który się coraz bardziej czuł tu niepotrzebnym, rozmyślał, coby miał począć? Trzymała go trochę miss Rossa, trochę rozwiązanie tej tragedyi, na której akt ostatni trafił, w ostatku i pewne uczucie dla Adrjana. Nudziła go już jednostajność i przeciąganie się choroby; zrażało to, że bardzo małą i nieznaczącą grał rolę; lecz postanowił dotrwać jeszcze. Nie przyznawał się do tego może sam przed sobą, lecz być świadkiem ostatnich godzin wielkiego poety, zebrać materyał nieoceniony do jego biografii — miało dla niego także pewną ponętę. Radby był pochwycić ten poemat niewydany, stać się jego wydawcą i komentatorem. Byłoby go to w pewny sposób postawiło na świecie i przerwało nudy, na które bolał.
Nazajutrz więc przez matkę starając się zbliżyć do Adrjana, hrabia poszedł z rana do niej, aby pomówić o synu. Okazał tyle i tak gorącego współczucia dla przyjaciela, tak się oświadczał z zupełną gotowością na wszelkie dla niego usługi, iż tem sobie panią Klarę pozyskał.
Z wielką oględnością rzucił myśl, przypuszczenie iż towarzystwo poczciwego, zacnego, nieoszacowanego profesora może niekoniecznie było najlepszem, najwłaściwszem dla chorego. Znajdował, że stary Sieniuta zbyt go zamęczał rozmowami o literaturze i sztuce, że lepiej byłoby zabawiać go, rozrywać czemś lżejszem...
On sam, powtarzał, gotów był do wszystkiego cokolwiek Adrjanowi miłem być mogło, nawet do Porto Ferrajo jechać z nim ofiarował, choć miejsce to było najstraszniejszą pustką i wygnaniem. Matka dnia tego wybrała się na obiad do Tramontany.
Marjan jej towarzyszył. Profesor z Adrjanem jedli w domu.
Gdy pani Klara z Lenią ukazały się tam, miss Rosa zobaczywszy ją, pobiegła żywo na powitanie. Oczyma ciekawemi zmierzyła towarzyszkę matki i jakby się w niej domyślała rywalki, zarumieniła się mocno. Można było posądzić, iż wiedziała cóś z przeszłości Adrjana.
Przywitanie z matką było bardzo serdeczne. Gdy ta przedstawiła jej swą siostrzenicę, miss Rosa przemógłszy się, bo w początku stała dosyć zimna i niepewna siebie — przyszła wyciągając do niej ręce i głosem przejętym odezwała się:
— Będziemi dobremi przyjaciółkami, nieprawdaż? Pani tu nie masz nikogo znajomego bliżej. Pani Klara będzie zajęta, ja jestem wolna, próżniaczka i ofiaruję się jej za cicerona, za co zechcesz — nadewszystko proszę o trochę serca i życzliwości.
Pomimo tak czułego przemówienia, Lenia czy jakiemś przeczuciem, czy przez bojaźliwość wrodzoną i brak znajomości świata, znalazła się dosyć zimną, i z milczącej kontemplacyi wyprowadzić się nie dała.
Dla hrabiego, który wiele się domyślał i odgadywał — widok to był nader zajmujący. Mniej jednak niż kiedy mógł się przybliżyć do miss Rosy, i nie widząc czem się zająć, począł wyciągać na rozmowę pannę Lenię. Ta bojaźliwa, rumieniąca się, naiwna wieśniaczka, dosyć go interesowała. Była piękna i coś w niej upatrywał zagadkowego. W rozmowę ją wciągnąć nie było łatwo, bo odpowiadała pół słowami, jak najkrócej i widocznie tylko z musu. Hrabia za przedmiot sobie obrał kraj nieznajomy pięknej panience, pewien będąc, że wielki urok dla niej mieć musi. I ta struna nie dźwięczała. Lenia patrzała nie widząc, słuchała nie rozumiejąc, tonęła w jakichś myślach.
Po obiedzie prawie natrętnie Angielka naparła się, aby jej Lenię powierzono. Chciała ją zaprowadzić do domu Tassa, pokazać Capri w wieczornym mroku, morze oświecone słońcem zachodu, wszystkie nieporównane piękności miejsca, nad którem ulatuje duch nieśmiertelnego poety. Chociaż Lenia się opierała, miss Rosa tak się stała napastliwą, iż ją zabrała z sobą.
Obie, bez pani Trellawney nawet wyszły razem nad brzeg morza...
— Widzę — odezwała się śmiało Angielka — żeście nadto z sobą przywieźli smutku i tu go zastali, aby się nawet najcudniejszemi widokami rozrywać. Chorego macie na myśli? nieprawdaż? A! wierzcie mi, że troskę i smutek dzielę z wami, choć waszego poetę znam od niedawna. Widywałam go częściej nim zachorował, zajmował mnie mocno, bo kogożby jego poetyczny duch nie owionął i nie upoił?...
Dla was on jest czemś więcej niż dla mnie: towarzyszem młodości, bratem...
Spojrzała w oczy zarumienionej Leni, i łzy w nich spostrzegłszy, dodała stłumionym nieco głosem:
— Więcej niż bratem!...
Tak — ciągnęła dalej. Pan Adrjan w godzinach, któreśmy tu spędzali na tarasie, nie mając z kim, mawiał ze mną o wszystkiem i o wszystkich, a choć imię wasze nie wyszło z ust jego, z tego, co o latach swych dziecięcych rozpowiadał, domyślam się, że wy wielkie miejsce zajęliście w sercu jego. O was mówił często...
Wyda się to wam dziwnem może, iż się z tego spowiadał przedemną! Lecz pan Adrjan nie jest pospolitym człowiekiem — a ja byłam bardzo sympatycznym słuchaczem...
Lenia drżała, oczyma mierząc mówiącą, której bladość i poruszenie więcej może niż sympatyę zdradzały, lecz zarazem i heroiczne zaparcie się siebie.
— A! prawdziwie — poczęła zmieszana Lenia — ja bardzo wątpię, ażebym w jego wspomnieniach miała miejsce tak wielkie. Prawda, dziećmi wychowywaliśmy się razem, kochaliśmy się jak rodzeństwo, ale tak wysoko sięgający duch nie mógł pozostać na nizinach, po których płynęło życie moje...
— I on to wyrzucał sobie — dodała miss Rosa z uśmiechem smutnym — że wam wiernym nie pozostał. Ale waszą jedyną rywalką była poezya — nie można mu mieć za złe...
— A! ale jakimże sposobem, pani mógł ten biedny Adrjan czynić takie zwierzenia? Więc?...
Lenia nie dokończyła, a miss Rosa, przybierając ton prawie męzki, przerwała:
— My Angielki nawykłyśmy do swobodnych bardzo rozmów z mężczyznami. Kuzyn wasz potrzebował widać wynurzyć się z myślami i jednego wieczoru... a! pamiętny to wieczór dla mnie... długo się spowiadał przedemną.
— Mogłabym wam pozazdrościć tego szczęścia — odparła Lenia z westchnieniem — przedemną nie zwierzał się nigdy...
— To dowodzi, że więcej miał dla was uczucia — dodała Angielka smutnie. — Dobrze się stało, żeście tu z jego matką przyjechali; on do was prędkoby przybyć nie mógł, a tęsknił...
— A! nie do mnie! — westchnęła Lenia. — W ostatnich latach tak go pochłonęła praca, iż zdawał się lękać, aby go od niej co na pół chwili nie oderwało. Tu więc z wami był innym.
— Krótko bardzo — odezwała się Angielka poważnie. — Zdaje mi się, że go przyjaciele usiłowali oderwać trochę od rozgorączkowującego pisania. — Byliśmy wszyscy w spisku... Niestety! starania nasze nie zapobiegły wybuchowi choroby...
Wspomnienie o słabości, jak iskrą elektryczną poruszyło Lenię, dotąd małomówną i wstrzymującą się ze słowy.
— A! pani moja! — odezwała się, chwytając za ręce Angielkę — powiedz mi, ja nie wiem! boję się strasznie — choroba ta jestli niebezpieczną?
Wpatrzyła się ze śmiałością, jakiej dotychczas nie okazywała, w miss Rossę, która oczy spuścić musiała. Wiedziała ona, że Adrjan był bez nadziei, że dogorywał — ale miałaż biedne dziewczę zabić, mówiąc mu prawdę całą? Nie znała jej dosyć nawet, by obrachować czy ten cios nie byłby zabójczym. Po chwili więc dodała ostrożnie:
— Nie umiem wam odpowiedzieć na to. W każdym razie ciężka jest i potrzebuje starania wielkiego... Mając matkę i was, na tem mu nie zbędzie.
— Zmienił się strasznie! — dodało dziewczę — a! ja to widzę więcej od cioci, bo ona go nie tak dawno opuściła. Znikła mu młodość z twarzy, osłabł... a! pani! ja bez łez patrzeć na niego nie mogę...
Miss Rosa ścisnęła jej rękę, nie mówiąc nic długo...
— Miejmy nadzieję — odezwała się po namyśle — młodość ma siły wielkie. Poeci, których życie w nerwach jest całe, umieją równie szybko osłabnąć, i do sił powrócić sprawą ducha... Ciało u nich jest jego sługą i poddanym.
Mówiąc tak, szły pięknemi brzegami po skałach, których wysokość, przepaściste ściany w morzu tonące niekiedy przerażały Lenię... Słońce zachodziło w całym blasku rażącym, jakiego nie widują dzieci północy. Wszystkie barwy tego krajobrazu wydawały się jakby snem oczom nienawykłym do nich. Szafir ciemny wieczornego morza, niebiosa czarne i już gwiazdami posiane na północy, łuna krwawo-złota z zachodu, zieloność drzew pomarańczowych i bluszczów, tryskały silne i kontrastów pełne... Lenia patrzała niemal przestraszona, a miss Rosa, mimo bólu, który jej serce uciskał, mimowoli się zachwycała tą paletą bożą, jakiej malarz żaden nie doścignie. Mogła pomyśleć, że ona, ona w największem nieszczęściu i niedoli mieć będzie pociechę z widoku natury, gdy biedne dziewczę, które szło za nią strwożone i smutne języka niebios i ziemi nie rozumiało, nic oprócz mowy własnego serca.
Tem większą dla niej litość poczuła, a widząc ją tak pogrążoną w sobie i obojętną na to, czem ją rozerwać pragnęła — odezwała się stając:
— Widzę, że was jeszcze piękne Włochy nie zajmują wcale; nie zdajecie się ich widzieć. Chcecie, bym was odprowadziła do domu?
Uśmiechnęła się Lenia.
— Chodźmy — rzekła cicho. — Ja — ja jestem sobie biedną wieśniaczką, której myśl nigdy za płot mojego ogrodu nie wybiegała. Mnie ten świat nowy prawie przeraża; boję się o mój kochany, jedyny, aby mi go nie zaćmił.
Szły tak ku willi, do której hrabia dawno już był panią Klarę odprowadził. Adrjan czekał na nich, a nie zobaczywszy Leni, zapytał zaraz o nią. Powiedziano mu, że się nią miss Rosa zaopiekowała. Zadumał się głęboko poeta i nie rzekł ani słowa.
Gdy dwie panny doszły do wrót, Angielka stanęła u nich, nie chcąc iść dalej, żegnała Lenię. Tęskno spojrzała na okna willi, i milcząca zawróciła się wolnym krokiem do hotelu.
Skutkiem nie wiem jakiego wrażenia, może przez wpływ, jaki na nią Angielka wywarła, Lenia wracała śmielsza, z twarzą weselszą, i Adrjana powitała wejrzeniem siostry — przemówiła do niego, zbliżyła się odważniej do chorego...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.