Dajmon/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Dajmon
Wydawca Michał Glücksberg
Data wydania 1884
Drukarz Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Nad wieczór, wlokąc się powoli, spuścili się nareszcie ku Castellamare, w tej porze roku już dosyć pustego, więc nietrudno było znaleźć w niem pomieszczenie. Druga część wędrówki zbliżyła wszystkich ku sobie, mówiono wiele, a hrabia Marjan przez wzgląd na to, aby się w łaski Adrjana wkupić, wstrzymywał się od ironii, i choć profesor mu nie smakował wcale, starał się i jemu przypodobać.
Adrjan, który chciał się dać lepiej poznać Sieniucie, zawsze go posądzając o to, że wielkości jego nie odgaduje jeszcze, nad obyczaj swój mówił wiele, i dotknął przedmiotu, którego przy obcych unikał zwykle — tłómaczył swój poemat, pomysł jego, budowę i t. p.
Sieniuta słuchał z uwagą wielką, lecz zdania swojego nie objawiał. W końcu przejażdżki, w czasie której kilka razy się zatrzymywali i odpoczywali, poeta mówił tak wiele, tak żywo, tak się unosząc i rozgorączkowując, że mu tchu zabrakło, i przybywszy do Castellamare uczuł się znużonym śmiertelnie. Zaledwie dopadłszy pokoju, musiał się położyć.
Marjan i profesor zaopiekowali się nim. Wszyscy mieli mieszkania obok siebie i jeden salonik wspólny. Hrabia utrzymywał, że znużenie Adrjana głównie pochodziło z głodu, i natychmiast zajął się obiadem.
— Nawet poeci jeść i odżywiać się muszą — odezwał się do profesora: a ja, co jestem prozą chodzącą, umieram z głodu. Więc najprzód postaram się, abyśmy ciała pokrzepili.
Hotel, w którym stanęli, a na którego wybór wpłynął też hrabia, utrzymując, że zna miejscowość, należał do najlepszych, najdroższych i urządzonych specyalniej dla wiele wymagających Anglików. Być bardzo mogło, iż hrabia, którego miss Rosa niezmiernie zajęła, miał tę myśl zdradziecką, że i ona tu zajechać musi. I stało się jak przewidywał.
W chwili, gdy już obiad podawać miano, służący hotelu przyszedł z oznajmieniem, że i inni podróżni razem jeść będą. Zapraszał do wspólnej sali. Adrjan chciał przeciwko temu protestować, ale hrabia potrafił go przekonać, że w podróży towarzystwo obcych jest raczej rozrywką niż ciężarem. Profesor zachował się neutralnie; Adrjan, choć nie bardzo chętnie, zgodził się wyjść do jadalnej sali.
Zastali w niej już Angielkę ze swą milczącą towarzyszką w długich lokach, z nosem czerwonym i miną kwaśną. Twarz miss Rosy za to jaśniała zdrowiem, swobodą, weselem.
Adrjan, któremu coś hrabia szepnął, zaprezentował urzędownie swych towarzyszów, przy czem profesor, mówiący wszystkiemi językami z łatwością, dał poznać, że i po angielsku umie. Miss Rosa zapoznała z nim panią Trellawney, która jej towarzyszyła.
Marjan manewrował tak szczęśliwie, iż mu się miejsce naprzeciw pięknej Angielki dostało, przy której siadł Adrjan, bo mu sama to miejsce wskazała, i prawie wyłącznie się nim zajęła. Początek rozmowy musiał być o Włoszech, o Neapolu i o cudnej piękności tej okolicy.
Adrjan rzucił myśl, iż urok miejsc tych powiększa jeszcze wiekuista groźba zniszczenia, drgająca pod nogami ziemia, rosnące góry, całe ziemi pokłady wylatujące w powietrze, — uśmiech wiekuistej wiosny na cmentarzu.
Miss Rosa znajdowała, że w tem określeniu piękności czuć było poetę. Hrabia Marjan dodał, iż wszystkie poetyczne dusze Włochy i Neapol pociągają ku sobie, przyznawał się do tej słabości, że i on od tego kraju się oderwać nie mógł. Chciał w oczach miss Rosy uczynić się też trochę poetą, sądząc, że w ten sposób łaskawsze jej zyska wejrzenie, lecz piękna Angielka nielitościwie była zimna dla niego, a dziwnie zaprzątnięta Adrjanem, z czego nie robiła najmniejszej tajemnicy.
Poeta, choć mu to pochlebiało widocznie, trzymał się na wodzy, był melancholiczny, zadumany, małomówny, co Angielka przypisywała odjazdowi matki.
Nie zyskawszy nic na tem pierwszem zbliżeniu się do miss Rosy, hrabia był zmuszony wcześniej niż chciał się z nią rozstać, bo Adrjan zaraz po obiedzie wstał i pociągnął ich za sobą.
Profesor, który zabawiał panią Trellawney i potrafił ją nawet uczynić dosyć rozmowną, miał czas zachowaniu się skromnemu swojego ucznia przypatrzyć.
Adrjan, który przed obiadem padał ze znużenia, skutkiem jakiejś reakcyi wewnętrznej, gdy powrócili do mieszkania, stał się ożywiony, skłonny do rozmowy, wesoły, oświadczył wręcz profesorowi, iż spać nie myśli, kazał podać herbatę i nie zważając na dość zły humor Marjana — zaprosił na balkon do gawędki.
Noc była prześliczna, a choć z balkonu za gęstemi drzewy nic widać nie było oprócz gry świateł i cieni w księżycowym blasku, miło tu było wonnem powietrzem południa oddychać.
Hrabia po krótkiem zasępieniu, uznał też za właściwe wrócić do znośniejszego usposobienia; Sieniuta pod wpływem towarzystwa, wieczoru, ożywienia ogólnego, stał się także rozmowniejszy i swobodniejszy. Adrjan, jak zawsze, nocą był najrzeźwiejszy.
Zaczęło się od wspomnień młodości, które Sieniuta z rozrzewnieniem przywodził, twierdząc, że już w dziecku odgadł wcześnie wielkiego poetę.
— Całego mnie jednak jakim dziś jestem, rzekł Adrjan, nie odgadlibyście pewnie, kochany mój mentorze. Wprawdzie jedno wasze słowo, któreście dziś rzucili, zwiastuje mi intuicyę cudowną w was, a jednak...
— Tego się domyślam, odpowiedział Sieniuta, żeście życie złożyli w ofierze poezyi. Byłeś zawsze pochopny do posuwania się na krańce...
— Lecz jak daleko zaszedłem, przerwał Adrjan — nie domyślacie się może. Poświęciłem wszystko! wszystko.
— Więcej niż poezya wymagała! dodał Marjan.
Uśmiechnął się z politowaniem poeta.
— Tak się wam zdaje, bo wam ów proces tworzenia, na który ja choruję, jest obcy, odparł Adrjan. Wy sądzicie, że zdrój poezyi wytryska z człowieka z daru bożego, niczem nie podsycany. Tak ci jest, że zdrój pod różczką tylko bożą wytrysnąć może, ale kto go nie podsyca, w tym wyschnie.
— Święta prawda — odezwał się profesor.
— Wam się zdaje, że poezya geniuszu nie obmyślana, natchniona, tak się dobywa z niego, jak z osób magnetyzmem uśpionych słowa, o których przebudzone nie wiedzą. Są chwile; prawda, takiego bezwiedniego natchnienia — a jednak niema geniuszu ani dzieła nieśmiertelnego bez rozmysłu, bez rozwagi, bez sądu...
Poeta, mówił dalej Adrjan, musi się hodować, podlewać, przesadzać, szukać słońca i rosy, aby mu kwiaty rosły i liście zieleniały...
Sieniuta potakiwał.
— Zwichniętych poetów, połamanych geniuszów, przerosłych talentów, zmarniałych natchnień pełno leży na śmietnisku odpadków życia ludzkiego, mówił dalej Adrjan. Dlatego ja musiałem w sobie pielęgnować ducha i cały mu się poświęcić.
Marjan skłonił się z poszanowaniem, nie mówiąc słowa.
— Wszystko to przyjmujemy, odezwał się po długiem milczeniu, którego nikt nie przerywał, (Adrjan chodził żywo po balkonie jakby zbierając myśli) — widzimy ofiary, szanujemy je — ale powiedzże nam choć pół słowa o ich skutku? o poemacie?
Adrjan drgnął i rzucił się.
— O poemacie? zawołał, — ale go jeszcze nie ma! ale go może nigdy nie będzie! Niewykończonego w świat nie rzucę, gdyby mu jednej brakło pieśni, a mnie życia nie stało, spalę go. Nie chcę po sobie dziecięcia zostawiać kaleką...
Dziecię to nie moje, ale ducha tego wiekuistego ludzkości, co je natchnął. Co w niem będzie mojego własnego — ja prawdziwie nie wiem. Wszystko czem myśl moja żyje, jest spadkiem i pracą wieków i pokoleń. Z przestrachem obliczając się widzę, że ja do tego skarbu, który mi dany jest w ręce, ledwie pyłek dodać mogę. Wyrazy, pojęcia, myśli, formy wszystko odziedziczone, stare; z tych łachmanów złotych tysiąców lat, mnie pozostaje coś skleić — nowego...
— Jest-li nowe pod słońcem??...
Krwawym potem znoić się musi chcący coś — niby stworzyć...
Życia na to mało. Potrzeba wiek podsłuchać, przyszłość podpatrzyć, przeszłość poszanować...
Schyciłeś myśl — ale czemże myśl niewcielona? nicością!...
Forma, barwa, dźwięk — głos, który dasz w usta twego dziecięcia, gdzie je znaleźć?
— A od czegóż natchnienie i genjusz? przerwał Marjan.
— Genjusz i natchnienie, zawołał Adrjan, nie rosną na piaskach ani na błocie: trzeba na nie zasłużyć, a mając je, umieć wstrzymać i zmusić, by rosły.
Profesor nie odzywał się, słuchał bacznie i z rozkoszą.
— Pozwólcie mi chudzinie rzec słowo — przerwał hrabia. Przypuszczam, że teorya doskonała, ale w praktyce lękam się, aby zbytnia troskliwość nie zabiła wychowywanej rośliny. Któż zaręczy, że hygiena duszy taka a nie inna, da te a nie inne skutki?
— Jedno proste bardzo prawidło — odparł Adrjan: — z czystego tylko źródła kryształowe płyną wody. Nie trzeba go mącić żadną namiętnością, trzeba być wielkim człowiekiem, aby być wielkim poetą.
— Wpadamy na bezdroża! zawołał Marjan. Stu poetów ci postawię, których za wzory cnoty i czystości wcale postawić nie można.
— Zgoda na to, ale ściśle wnijdź w ich dzieła i życie, a przekonasz się, odparł Adrjan, że byliby stokroć większymi, gdyby ludzkie słabości sił im nie odjęły, nie zaćmiły wzroku.
— Zlituj się — przerwał hrabia — tym sposobem poezya stałaby się zimną nauką moralną.
— Przepraszam — odezwał się Adrjan — poeta wszystko odczuć musi, umieć odmalować zbrodnię, unieść się namiętnością, przeniknąć do głębi wnętrzności ludzkich, lecz żeby miał tę władzę, ten dar jasnowidzenia, wyżej stanąć nad świat, który cały przenika.
— Zatem anachoretą poecie być potrzeba — zamknął Marjan kłaniając się, bo ile razy argumentów mu brakło, zastępował je ukłonem.
— Cóż profesor na to? zwrócił się do milczącego.
Sieniuta nad filiżanką herbaty siedzący, patrzał i słuchał z pogodą na czole; teorye wygłaszane nie zdawały się go zadziwiać.
— To pewna, rzekł spokojnie, że co nam Adrjan wygłosił tu, z takiem przejęciem i głębokiem przekonaniem, jest rzeczą piękną. Ale poezya to kwiat, który rośnie różnie i rodzi się często, gdzie go nie posiano.
— Na godzinę — odparł Adrjan żywo. Poezya dzika kiełkuje i na moczarach i na pustkowiach i w lasach i na kamieniach, ale poezya wielka...
— Mówimy o hodowli oranżeryjnej, — śmiejąc się dodał hrabia — teraz rozumiem.
Poeta się trochę poruszył jakby podrażniony.
— Przyjmuję to nazwanie, zawołał, niech będzie oranżeryjną, ale niech mi się osypie kwieciem, którego kielichy przejdą wielkością, barwą, wonią te, które wydaje natura!!
— Ja wierzę tylko w poezyę dziką — rzekł Marjan — ale może dla tego, że sztucznej nie znam, któraby tamtej dorównała...
Adrjan począł patrzeć w dal na drzewa, pomiędzy których gałęźmi przeciskały się drzące smugi światła księżycowego.
Sieniuta oczyma wiódł za nim.
Po przestanku, gdy rozprawę można było za skończoną uważać, odwrócił się Adrjan.
— Parę pieśni cudnej urody, kilka obłamków słowiczego dźwięku, jakiś obrazek lśniący wszystkiemi tęczy barwami stworzyć można między rozpaczą jednej miłości a drugiej nadzieją, ale ja poetą urywków być nie chcę...
Pytaliście mnie o poemat mój? Będzie to jedno i jedyne dzieło moje, wleję w nie całą duszę; dlatego całego życia na nie potrzeba.
Sieniuta się zamyślił.
— Wielka myśl, rzekł — niech ci sprzyjają losy, abyś ją mógł wcielić. Boję się pytać nawet jak daleko zaszedłeś.
— Sam nie wiem, odparł Adrjan. Jednego dnia zdaje mi się, żem wszystką przędzę mych myśli wysnuł już z siebie, żem wszystko wyśpiewał, że stoję nad przepaścią nicości — drugiego strzelają z niej promienie, unoszą się światłości słupy, goreją łuny blasku... to, com zrobił wydaje mi się pyłkiem nikczemnym!!
Załamał ręce.
— Tak jest, ciągnął dalej — lękam się samego siebie — są chwile wielkiej trwogi i zwątpienia...
— Dopóki czuję, że w duszy coś jeszcze jest, co się w pieśń wcielić może — nie będę miał spokoju!
— Uczyńże drugich sędziami między sobą a tą pracą Syzyfa — rzekł Marjan.
— To się zupełnie na nic nie przyda — rzekł zimno Adrjan. Dwa są sędziów rodzaje: jedni się unoszą w zachwycie i ślepną, drudzy szukają plam i brodawek, bo natura ich do szpetności ciągnie.
— Zatem któż oceni? spytał hrabia.
— Ludzie — ogół — rzekł Adrjan — a dziś ocenienie obce na nicby mi nie posłużyło — nie poddałbym mu się.
— Masz słuszność, przerwał profesor — być posłusznym krytyce jest to podpisać na siebie testimonium paupertatis. To co się tworzy jest dziełem przymusu, konieczności, złe czy dobre jest — bo jest. Przerabiane i wyginane dla czyichś sądów stałoby się trupem. Poeta sam widzieć i czuć może błędy swojego utworu; nie mam go za poetę jeżeli je potrafi poprawić, to jest sobą być przestać.
Quod scripsi! scripsi! odpowiedzieć musi każdy natchniony...
— Wyjmujecie mi to z ust, zawołał Adrjan, ściskając profesora. Tak! tak jest a nie inaczej Pomyślcież teraz o losie człowieka, który życie złożył w ofierze swojemu dziełu — ideałowi, i nie wie czy ono pójdzie na stos czy pod obłoki?...
Bo są chwile, w których z niego same blaski biją, i są momenta gdy ono czarnem i bezdusznem leży jak plama; dusza odczuwa piękności i niepokoi się błędami, ułomnościami, tony fałszywemi...
Sąd! mówiliście o sądach ludzkich!! Wyroki wypadają dziwnie, przypatrzcie się im bliżej...
Sędzia spał źle w nocy, z rana się powaśnił z żoną, w drodze potrącił o kamień, od wilgoci dostał kataru, wchodzi na sądy, wprowadzają winowajcę, którego los zawisł od niego... Sen, waśń, kamień, wilgoć wpłyną na wyrok niechybnie...
Tak samo dzieło przychodzi przed sąd ludzi w godzinie, gdy oni drgają namiętnościami politycznemi, gdy głowy są zmącone, serca podraźnione, uwaga odwrócona, umysły znużone — wyrok pada namiętny i niesprawiedliwy...
— Przyszłość go niechybnie zmieni, jeżeli dzieło tego warto, odezwał się profesor. Przypomnijcie sobie losy jednego z największych poetów świata, jeżeli nie największego — Shakespeare’a. Współcześni go cenili jako zręcznego przerabiacza popularnych tematów, po zgonie zapomniano o nim zupełnie, trzeba było wieków, aby się na geniuszu poznano... Ale uznanym on został, pomimo wszystkich naleciałości wieku, przylgłych do klejnotu brudów i śmieci, wyszpoceń poprawiaczy i omyłek kopistów...
— To pociesza w istocie — odparł Adrjan, wcale nie czując się przechwalonym zbliżeniem do Shakespeare’a.
— Shakespeare — podchwycił hrabia — to z innych względów woda na moje koło. Poezya jego wcale tak oranżeryjną i obmyślaną nie była, jak wy ją mieć chcecie. Płynęła ona z niego bezwiednie; przerabiał kroniki, wciągał do niej dosłownie całe sceny z Plutarcha, a mimo to przez jego czeluście z tej rudy bezbarwnej wypływało najczystsze złoto.
— Darujcie mi, przerwał profesor — każdego potrzeba mierzyć łokciem jego wieku. Gdzież były naówczas teorye sztuki i pojęcia jasne jej warunków? a to co Shakespeare w Hamlecie i innych dramatach mówi o sztuce, dowodzi, że ją nad wiek swój pojmował zdrowiej i jaśniej.
Marjan ruszył ramionami.
Adrjan zatopiony w sobie chodził ciągle to występując na balkon, to kryjąc się w głębi ciemnego pokoju, który z obawy komarów pozostał bez światła.
— Ale ty mi, kochany Adrjanie — odezwał się profesor zwracając ku niemu — powiesz coś wreszcie o poemacie swoim. Daję ci słowo, że to, czego się dowiem, pozostanie we mnie, z nikim się tem nie podzielę.
— Ja także najuroczystsze zapewnienie na to daję — dorzucił Marjan.
Poeta stał w progu zapatrzony na drzewa i milczał.
— Przyjaciele moi — odezwał się — czyż nie pojmujecie tego, że człowiek ma uczucia, ma świętości, ma łzy i poruszenia, o których nigdy nie mówi nikomu, bo one dla niego są czemś co oczom profanom odsłaniać byłoby grzechem. Nienawidzę tych, co się spowiadają z miłości swych, z naiwnością zwierzęcą, z cynizmem obrzydliwym, wzdrygam się na to — a mój poemat to moja miłość ideału, to moja wielka tajemnica, i wy chcecie, abym dzieje te duszne odsłaniał z zimną obojętnością anatoma?
Profesor spuścił głowę i zamilkł.
— Na to potrzeba, rzekł — usposobienia szczególnego, — o to się w istocie ani prosi, ani tego wymaga. Przychodzi samo albo wcale nie przyjdzie. Więc przepraszam...
Hrabia nie chciał się poddać tak łatwo i rzekł z przekąsem:
— Niegodniśmy! trzeba zasłużyć...
— Nieusposobiony dziś — podszepnął Sieniuta.
Adrjan usłyszał to słowo i poszedł do profesora.
— Dodajże, proszę, i Angielkę... dorzucił Marjan.
— Najchętniej, bo takie wdzięczne zjawisko, jako kwiatek przypięty do sukni godowej, nigdy nic popsuć nie może.
Oba nie widzieliście mnie oddawna, nie możecie więc nawet ocenić zmiany, jaka od wczoraj zaszła we mnie. Po odjeździe matki leżałem chory, bez myśli, stęskniony, wyczerpany; wyście mnie wrócili do życia. Nie pamiętam już kiedy się czułem tak młodym. Od roku chodziłem w czarnych myślach jak w żałobie, wam winienem, żem je zrzucił...
— Noc — dzień był dla mnie nienawykłego ruchu, pracowity, a spać mi się nie chce, położyć się ani myślę i męczę was...
— O! o! zawołał Marjan — co do mnie służę ci nie jednę noc, ale ile zechcesz...
— Ja także, dodał profesor — bo jako stary niedobrze sypiam i mało. Czuwanie mnie nic nie kosztuje — możemy sobie sprawić noc na wzór attyckiej — neapolitańską.
— Jest bo tak śliczna — rzekł Adrjan, iż zaspać ją byłoby chyba grzechem. Wspomnieliście o moim poemacie — nie mogę wam o nim nic powiedzieć wyczerpującego, ale spytam profesora tylko: co sądzi o ogromnej epopei bez bohatera...?
— Bohaterem być może myśl przewodnia jedna — odparł profesor powolnie. Coś przecie całość musi tworzyć z epizodów, jeśli nie postać to idea.
— A jeśli się ona wciela coraz inaczej, coraz bardziej bozko, coraz promieniściej, i począwszy kiełkować na oschłej po potopie ziemi, rośnie każdem skonaniem, które jest razem narodzinami? Jeżeli to samo tchnienie bozkie przejawia się pod nieskończonemi postaciami, które są na pozór sobie obce, choć w głębi jednem tylko?
Sieniuta patrzał, słuchał i milczał długo.
— Chcesz, bym ci powiedział prawdę? odparł z powagą nauczycielską.
— Wymagam jej, inaczej sądziłbym, że mnie chcesz bawić jak dziecko pieszczone. Rąb, stary.
— Poemat, mój Adrjanie — począł profesor — to rzecz plastyczna przedewszystkiem, filozofia w nim powinna być niemal bezwiedna, wynikająca z poetycznej prawdy jego, nieszukana i nienarzucona. Lękam się idei strojonej jak lalka, a martwej jak ona. Idea oderwana od życia — jest czem chcesz, ale nigdy poematem, bo poezya całe życie musi mieć w sobie, a myśl oderwana ma tylko jego widmo...
— Źle się może wytłumaczyłem, odparł Adrjan z widocznem jakiemś nieukontentowaniem. Jestem zmuszony objaśnić, że nie począłem od idei, ale obraz dziejów ludzkości, pojęty jako całość, narzucił mi ją...
— Zdradziłeś więc swą tajemnicę, zawołał Marjan, — poemat snuje się około historyi człowieka przez wieki.
— Z treści tej tajemnicy nie czynię, odparł poeta zimno. Widzę jednak ze smutkiem, iż mój stary jeży się na nią i — w zasadzie potępia.
— Czekaj, nie strzelaj i nie zabijaj — odparł Sieniuta z łagodnym uśmiechem. Ja nie potępiam nic i nie zabijam niczego w świecie. W ogóle nie ufam regułom i pewnikom, a piękno wielbię w jakiejkolwiek ono zjawia mi się postaci.
Nie znam poematu twojego, nie mogę wyrokować o nim z luźnej i suchej treści. Geniusz może z najniewdzięczniejszego zadania zrobić arcydzieło. Biblia powiada, że Bóg człowieka z gliny ulepił, człowiek też z błota może tworzyć cuda i z tchu powietrznego kamienie drogie..
Powtórzę ci jednak — poemat musi mieć krew, ciało i kości, inaczej dziełem sztuki nie będzie, będzie sprawą myśli wycieleśnionej i zbladłej.
— Ależ i ja inaczej nie pojmuję poezyi — przerwał Adrjan dosyć chmurno — i zamilkł.
— Przypomnij sobie Lukrecjusza — dodał Sieniuta; nie żyłby on dziś, gdybyśmy nie szukali w nim materyału do poznania starożytnego świata i jego myśli. Jako poemat pogrzebiony on został dawno, gdy mniej może wzniosły, a bardziej ludzki Wirgili żyje i zachwyca.
— Zachwyca? rozśmiał się hrabia — Wirgiliusz zachwyca?
Profesor odwrócił się ku niemu.
— Po łacinie, dodał — wierz mi pan, trzeba go w tym języku czytać, albo nie tykać wcale. Tak samo z Horacyuszem, z którym się ja nie rozstaję nigdy, boście mnie panowie z nim w ręku spotkali. Horacyusza tłumaczyć jest śmiesznością — poeci się nie przekładają.
— Odeszliśmy od przedmiotu — przerwał Adrjan, — a ja się z tego bardzo cieszę, bośmy mogli z moim kochanym starym się popstrykać.
— Nigdy w świecie! odparł wesoło profesor. Znasz mnie, jestem nie człowiekiem jakiegoś systemu i ciasnej drożyny, ale owieczką co błądzi po górach, lasach, dolinach i zrywa kwiaty i ziółka gdzie napadnie. Dla mnie najróżniejsze piękności są wszystkie piękne. Chociaż Dante kazał się prowadzić do piekieł Wirgiliuszowi, nie ma na świecie dwóch różniejszych od siebie rzeczy nad Komedyę Bozką i Eneidę. Ja się nad obiema unoszę — unoszę się nad Byronem i nad Lukrecyuszem nawet — Horacyusza wielbię — Milton, Kamoens, Shakespeare każdy z kolei zachwyca mnie. Przekonany jestem, że kto ma zmysł dla jednego tylko rodzaju piękna, ten jest nieszczęśliwy — ułomny.
— W takim razie szanowny profesorze — odezwał się Marjan, okrutnie będzie trudno ideę piękna wyciągnąć z tych rozmaitych jej objawów.
— Ja tego nie widzę — rzekł Sieniuta. Niepodobna wymagać od ziemi, aby rodziła same lilie, piękne są i róże, i fiołki, cudowna nawet stokrotka skromna, gdy łebek swój maluśki z trawy wychyla... Nie przyznam nigdy, aby róża ekskludowała inne kwiaty, i Homer wyłączał Miltona...
— A jeśli kto się tak urodził, że tylko jeden rodzaj piękności czuć może?
— Są ludzie co widzą tylko jedną barwę — zamknął profesor.
Rozmowa miała się przeciągnąć dłużej, gdy z sali w której stał fortepian, z początku słaby dźwięk się dał słyszeć.
Umilkli wszyscy; Adrjan dał ręką znak, że chce milczenia; domyślał się, że miss Rossa zapewne grać musi.
Wśród tej cichej nocy wiosennej księżycowej, muzyka była jakby nieodzownym akompaniamentem poezyi, którą ona miała. Wszyscy się jej uradowali. Angielka biegała lekko po fortepianie, snując jakieś preludya własne, fantastycznie, niewieścio, melancholicznie, wpadała na temata, które się jej przypominały i wplatała je do swych myśli. Z gry domyślać się było można nietylko dobrej fortepianistki, ale muzykalnie wykształconego talentu, który był panem siebie, kunsztu i nauki służącej mu za narzędzie. Marjan niewiele mający zmysłu muzykalnego, chociaż nie mógł się oprzeć wrażeniu, jakie gra czyniła na nim, uśmiechał się ironicznie.
Słuchano w skupieniu ducha, a Adrjan postąpił aż na brzeg balkonu, aby się zbliżyć ku oknu, przez które muzyka wychodziła. Niedługo to jednak trwało, miss Rosa coraz ciszej i powolniej przebiegała jakby zadumana klawisze fortepianu, potem wszystko ucichło.
Adrjan chciał uderzyć w ręce i przyklasnąć, wstrzymał się. Hrabia przystąpił do niego z tyłu i szepnął mu do ucha:
— Kobieta! przysięgam, że grała dla nas, a raczej dla ciebie, szczęśliwy człowiecze, aby cię rozmarzyć.
— Złośliwy jesteś — rzekł Adrjan — ja, co ją lepiej znam, nie posądzam o to wcale. Nie ma istoty, któraby mniej nad nią dla ludzi czyniła, ale też ludzie nie powstrzymują jej od postępowania jak się jej podoba. Gdyby wiedziała, że będzie posądzona nawet o zalotność — nicby jej to nie obeszło, ruszyłaby ramionami i siadła do fortepianu, aby fantazyi uczynić zadość.
Było tak późno już, iż się zdawało na dzień zabierać; Adrjan zszedł z balkonu i rzucił się na kanapę.
— A no — odezwał się Marjan — najpiękniejsza noc w świecie skończyć się przecie musi. Zdaje mi się, że czasby było pójść spać.
— Głosuję za tem także nie dla siebie, ale dla Adrjana — dodał powstając profesor.
Poeta się nie przeciwił, podali więc sobie ręce i rozeszli zostawiając go w marzeniach i pół snach wyciągniętego na kanapie.
Na dzień następny nikt jeszcze żadnych nie robił planów. Było już dosyć późno, gdy w salce wspólnej zeszli się Sieniuta z hrabią.
Drzwi pokoju Adrjana stały zamknięte.
— Jak go pan znajdujesz? — zapytał hrabia. — Przyznam się panu, że choć umysłowo znalazłem go nad wszelkie przewidywania wysoko wykształconym i sił pełnym, — widok jego mnie przeraził.
Sieniuta obejrzał się ostrożnie ku drzwiom i wyprowadził na balkon hrabiego.
— Wrażenie, które uczynił na panu, rzekł cicho — zrobił i na mnie. Twarz nosi na sobie piętno cierpienia, oczy mają blask chorobliwy, zdaje się być trawiony gorączką. Pokaszliwa.
— Nie bez przyczyny go lekarze do Włoch wyprawili, dodał hrabia — lecz z tym przeklętym poematem cóż mu pomoże powietrze? On się nim zabija! To monoman!
Profesor westchnął.
— Matka zmuszona była podobno go odjechać — mówił dalej hrabia. Niepodobna go jednak tak samemu zostawić. Ja nie mam nic lepszego do czynienia, myślę przy nim pobyć czas jakiś.
— Ja to samo miałem na myśli — odparł profesor, zniżając głos ciągle i oglądając się bojaźliwie. Jest to tak dobrze jak dziecię moje, nie mam dziś żadnych obowiązków, z przyjemnościąbym mu się poświęcił.
— Pytanie tylko czy nas obu nie odpędzi — rzekł hrabia — bo mu do poematu przeszkadzać będziemy.
— Łzy mi z oczu wyciska, gdy na niego patrzę — kończył Sieniuta.
Chód cichy dał się słyszeć w salce, rozmawiający zamilkli, we drzwiach balkonu ukazał się Adrjan.
W istocie ranna jego fizyognomia, po nocy spędzonej w części bezsennie, po wczorajszem ożywieniu zbytecznem, uderzała bladością i wyniszczeniem przedwczesnem. Cerę miał żółtą, oczy jakby powiększone jakiemś wytężeniem ducha; ręka, którą był wyciągnął ku profesorowi, biała, chuda, zdawała się drzeć z osłabienia.
— Jakże się spało? zapytał Marjan.
— Nie pochwalę się snem nigdy — rzekł głosem cichym i słabym poeta. Nie umiem spać od dawna. Mam zły zwyczaj pracowania w nocy: zwykle więc rozgorączkowany jeszcze myślami do łóżka się kładę — nierychło ucisza się pod czaszką. Najczęściej wirują po niej oddźwięki ostatniej pieśni lub czytania, a nawet gdy usnę, bezładnie plączą się po mózgu, jak szajka rabusiów po pustem domowstwie. Prawda, że z tego chaosu poplątanych najdziwaczniej urywków myśli, czasem tryska coś niespodziewanie pięknego i wielkiego, ale sen dla mnie jest męczeństwem...
I dziś też więcej się dręczyłem niż spałem, i dopiero nadedniem głęboki sen ujął mnie jak kamieniem przywaliwszy.
Czasami gdy mi bezsenność zbytnio dokuczy, parę kropel opium biorę.
— Na Boga, toć zabójcze, a można sobie nałóg uczynić z tego...
Adrjan się uśmiechnął.
— O! nie bójcie się, nie nadużywam tej trucizny, rzekł ruszając ramionami, — chociaż, powiem szczerze, wprawia ona w upojenie tak rozkoszne, tak spotęgowuje natchnienie.
Marjan z kolei oburzył się.
— Cóż znowu? nie potrzebujesz przecie tego kunsztownego środka! zawołał. Poezya opium w każdym razie chorobliwą być musi, fałszywą i niezdrową.
Poeta słuchając tych wyrzutów, którym bronić się nie chciał czy nie mógł, spuścił oczy na ziemię, jakby odwrócić wolał rozmowę, nie podnosząc ostatnich słów.
— Co dziś z sobą robimy? zapytał.
— Przy tobie rozkazy, rzekł profesor, — zastosujemy się do nich. Mnie się zdaje, że najwłaściwiej byłoby po znużeniu wczorajszem spędzić tu cały dzień na dolce far niente...
— Ja za tem jestem także — dodał Marjan — a ty?
— Ja? powróciłbym chętnie do mojego Sorrenta, odparł Adrjan, — rozumie się zabierając was z sobą. Matka mi zostawiła tak obszerne pomieszkanie, że wszyscybyśmy się w niem wygodnie mogli ulokować. Śmiejcie się ze mnie jeśli chcecie, ale w Sorrencie zostawiłem co mam najdroższego — moje papiery. Najstraszniejsze myśli mi po głowie krążą. Nie zwykłem się z niemi nigdy rozstawać.
Marjan śmiać się począł.
— A! wiesz, żeś przedziwny! zawołał. Gdybyś kilka tysięcy franków zostawił w komodzie, podzielałbym twój niepokój; papieru zapisanego nikt w świecie nie ruszy...
Adrjan się namarszczył.
— Za nic ręczyć nie można! rzekł krótko. Ludzie miewają fantazye...
— Tylko nie do papieru! dodał hrabia.
— Cóż się stało z miss Rosą? nie wiecie? spytał Adrjan.
— Jakżebym ja nie wiedział o tem! — odezwał się Marjan. Nim wstaliśmy, już jej nie było. Mówiono mi, że się puściła do Pompei w nadziei, że jej tam rysować pozwolą.
— A profesor byłeś już w Pompei? zagadnął Adrjan.
— Byłem, odpowiedział Sieniuta; ale mogę powiedzieć, żem jej nie widział. Trafiłem w deszcz i na zły humor przewodników.
— Ja także choć widziałem wykopaliska, mam ochotę jeszcze do nich pielgrzymować — rzekł poeta...
— I w paszczę niebezpieczeństwa się rzucić — śmiejąc się przerwał Marjan. Miałżebyś odwagę z wiedzą o tem, że nas Angielka tam poprzedziła, iść w jej ślady? Zważ, iż mogłaby przypuścić, że ją gonisz!
— Jesteśmy we trzech! rzekł Adrjan. Lecz w istocie lepiej jest uniknąć spotkania. Radę przyjmuję.
— Wypieram się jej — to był żart nie rada, pośpiesznie wykrzyknął hrabia. — Co do mnie, jestem tembardziej za Pompeją, iż radbym się zbliżyć do Angielki, która wczoraj ani patrzeć na mnie nie chciała, tak była poetą zajęta.
Adrjan smutnie się uśmiechnął.
— Zjedzmy tu śniadanie — wtrącił — a potem ruszajmy do mnie, to będzie najbezpieczniej. Ponieważ miss Rosy nie ma, na cudownej tarasie u Tramontany, patrząc na morze, wśród gaju laurów, przy zapachu rozkwitłego pomarańcz lasku, jeść obiad będziemy.
Profesor i hrabia milczeli, poglądając po sobie; Sieniuta wreszcie głos zabrał.
— Zrobimy to jutro — rzekł biorąc za ręce ucznia. — Dziś — spocznijmy — choćby dla mnie starego...
— Ty także możesz potrzebować wytchnienia, wyglądasz dziś znużony.
— Jestem taki od wielu lat ciągle — westchnął Adrjan. — Inaczej bo być nie może: noszę w sobie myśl, która jak rozpalone żelazo mnie piecze...
— A dla samego jej urzeczywistnienia — odezwał się Sieniuta — należałoby ją odłożyć trochę na stronę. Nie mówię tego w interesie zdrowia, ale w sprawie poematu. Malarz, który obraz tworzy, gdy się w niego wpatrzy, traci poczucie całości, nuży się, nie jest zdolny go ocenić — potrzeba czasem dać poleżeć dziełu, aby świeżą myślą je objąć. Naówczas nowe wytryskują idee, odkrywają się poglądy niespodziane... Daj sobie wakacye...
— Stracę wątek — odezwał się bojaźliwie poeta.
— Odzyskasz go, czytając na nowo... — rzekł profesor — a że twa własna poezya wyda ci się inaczej, żywszą, barwniejszą, to pewna.
— Podzielam zdanie preopinenta — począł Marjan — zróbmy sobie wakacye wszyscy, gońmy za uroczą miss Rosą, kochaj się kilka dni, zobaczysz, że ci z tem zdrowo będzie.
Adrjan potrząsnął głową.
— Gdybym się miał poddać kiedy temu uczuciu, którego się obawiam, bo wiem, że mnie by pochłonęło całego, nie do miss Rosy z niem bym się zwrócił, ale tam ku północy pobiegłbym tęskny ku wspomnieniom lat dziecinnych...
Miss Rossa!! Wierzcie mi, w najpiękniejszej kobiecie innego świata, niż swój kochać się niepodobna. Cudzoziemka nawet idealna może zachwycić chwilę, ale nie zapełni serca — nie zrozumie obcego człowieka. Potrzebaby dla niej wywlec się ze swego ja — lub ją ochrzcić polską wodą. I tak, któż wie, czy chrzest ten zmyłby pierworodny grzech pochodzenia?
— To już szowinizm niepojęty dla mnie! — dodał hrabia. — Anioły należą do — wszystkich narodów... język oczu jest jeden na całym świecie... Ja nawet wolę cudzoziemkę, bo mi coś nowego przynosi.
— A ja stare kocham tylko! — wtrącił Adrjan.
— Dziwactwo! — szepnął hrabia.
— Całą noc dziś bo śniłem o domu, matce, o wsi naszej i o kimś jeszcze — mówił Adrjan. — Dziwna rzecz że to co się we śnie widzi, ma potem jakiś urok nadzwyczajny.
— Powiadają — dodał żartobliwie Marjan — że między magnetyzującym a magnetyzowaną jasnowidzącą wywiązuje się zawsze ze snu zrodzona miłość. Dwa te fenomena mogą być w związku z sobą.
Zamilkli.
— Zatem, cóż robimy? — spytał profesor. — Ja moje wszystko mienie, pięć książek, surdut i pled zostawiłem w Neapolu... Jeżeli nie powrócę, muszę tam dać znać, aby mnie nie wzięto za zbiega, pochłoniętego przez Wezuwiusz.
— Ja, uważam za stanowczo przyjęte — wakacye, z akompaniamentem miss Rosy lub bez niej, ale wakacye koniecznie.
— W Sorrencie — dokończył Adrjan.
— Dokąd udajemy się jutro — rzekł Sieniuta — dziś spoczynek pod kasztanami...
— Koniecznie? — spytał Adrjan.
— Dwóch przeciw jednemu, większość absolutna za nami — odezwał się hrabia. — Idę i muszę się postarać, aby obiad był godzien tych przyjacielskich agapów...
Dosłyszawszy zakończenia ostatniego wyrazu, Seniuta z lekkim uśmiechem szyderskim spojrzał za odchodzącym.
Dzień zszedł na rozmowach, nad któremi czuwał stary Sieniuta, aby nie tykały zbyt drażniących przedmiotów. Wczorajsze rozprawy nadto silne czyniły wrażenie na Adrjanie, i choć on sam do nich powracał, profesor starał się, w zmowie będąc z hrabią, nie dopuszczać zbyt namiętnych dyskusyi.
Hrabia był wielce użyteczny, bo miał zapas niewyczerpany powieści z całego świata, dowcipów cudzych i fantazyi własnych.
Adrjan po wczorajszem rozgorączkowaniu, widocznie dnia tego był osłabły, zamyślony, nie swój, milczący. Kiedy niekiedy zrywał się i chodził pogrążony w jakichś dumach po pokoju. Profesor posądzał go o odbieganie do poematu. Niekiedy dwa za jedno przychodziło mu powtarzać, tak myślą gdzieś indziej wędrował...
Hrabia smakosz, przywiązujący zbytnią wagę do kunsztownego odżywiania się, starał się mocno, aby obiad wszystkim wymaganiom uczynił zadość. Choć pewnych nałogów kuchni włoskiej nie sposób było uniknąć, w istocie podano wieczorem bardzo wytworne jedzenie i wino doskonałe.
Adrjan jadł niewiele, z roztargnieniem, ale pił chętnie i sztucznie się rozweselił. Żartował jakoś smutnie.
Przy obiedzie nawet wyrwał się z tem, iż żałuje, że za miss Rosą nie pojechali do Pompei. Tymczasem jeszcze do deseru nie doszli, gdy piękna Angielka w podróżnym stroju ukazała się w salonie, z albumem w ręku.
— Wystawcie sobie panowie, co mnie spotkało — zawołała wesoło. — Wybrałam się rysować do Pompei i choć mnie opatrzono wcześnie w pozwolenie ministeryalne, jakiejś tam brakło formalności jeszcze — odprawiona zostałam z niczem. W gospodzie Dyomeda, struto mnie drogiem, a szkaradnem śniadaniem. Ratujcie panowie!
Adrjan, na którego mówiąc patrzała, pierwszy rzucił się na ratunek. Marjan pobiegł prawdopodobnie do kuchni. Profesor zajął się panią Trellawney, która go powitała ze szczególnem odznaczeniem.
Tymczasem miss Rosa przystąpiła do Adrjana.
— Pan dziś bardzo wyglądasz zmęczony — odezwała się żywo — potrzeba więcej dbać o zdrowie, — a trochę o poezyi i książkach zapomnieć.
— Drugi już dzień mieszkam w prozie i nią się karmię — rzekł Adrjan. — Więcej po mnie wymagać nie można.
— Przyjaciele pańscy — dodała Angielka patrząc mu w oczy — powinniby wziąć go w kuratelę. Ja nie mam prawa liczyć się do nich, ale chciałabym gderać. Przypomnij pan sobie matkę i jej troskliwość o niego, dla niej powinieneś coś uczynić, jeśli nie dla siebie.
Dawszy mu tę naukę osłodzoną wejrzeniem pełnem wyrazu, miss Rosa odwróciła się nagle, aby pozbyć kapelusza, albumu, parasolika i malarskich przyborów. Być może, iż zarumienioną trochę twarz ukryć chciała.
Głos jej jakoś przemówił wymownie do Adrjana, iż z niezwykłym sobie grzecznym pośpiechem rzucił się pomagać Angielce... Oczy ich się spotkały znowu, i poeta stał się milczący, niespokojny. Na twarzy przeczytać było można jakby odbłysk walki wewnętrznej, który znikł wprędce, ustępując przed usposobieniem czułem i łagodnem. Puszczał sobie wodze widocznie.
Nigdy może nie był tak nadzwyczaj nadskakującym dla miss Rosy, w której humorze się to odbiło.
Była widocznie uszczęśliwiona, stała się wesoła. W obejściu się uprzejmem bardzo, przyjacielskiem, siostrzanem z Adrjanem, trudno było dostrzedz zalotności, lub należało przypuścić, że sztuką największą była zamaskowana.
Hrabia Marjan przypatrujący się z daleka, nie umiał jeszcze powiedzieć sobie — czy tak naiwną była i dobroduszną, czy tak niesłychanie zepsutą? Ostatnie przypuszczenie chyba w nim tylko zrodzić się mogło, bo młoda, choć śmiała i pewna siebie istota, była świeżym pączkiem różanym, na którym dotknięcia świata niepodobna było dopatrzeć.
Obiad rozpoczął się na nowo, a przy nim i wesoła rozmowa. Nawet pani Trallawney i profesor mięszali się do niej, ale królową była niezmiernie dnia tego rozbudzona, swobodna miss Rosa i Adrjan, który się jej dał pociągnąć gdzie chciała.
Zaczęto mówić o piękności natury, a skończono na sztuce, tak świetnie się przedstawiającej w neapolitańskich muzeach. Angielka była artystką nietylko jak wszystkie córki Albionu, do których wychowania potrosze należy sztuka, ale całą duszą i sercem.
— Sztuka i to co ona daje — mówiła, tłómacząc się ze swojego dla niej zapału — jest to, co świat ma najlepszego. Po wszystkiem następują rozczarowania i zawody, sztuka nas tylko upaja i słodzi życie.
— Jeżeli się ograniczymy kontemplacyą i uwielbieniem dla niej — odezwał się hrabia usiłujący koniecznie wmieszać do rozmowy; — kto tworzy ten walczy, dręczy się i doznaje zawodów...
— A zawody są nauczające — zawołała Angielka — i po nich idzie się dalej, bo państwo sztuki jest nieskończone!... Ja przynajmniej nie rozumiem artystów, którzy się skarżą ciągle, że im sztuka nie opłaca ich znojów... To chyba nie są artyści. Chwila tworzenia jest taką rozkoszą, że dla niej i głód znieść można.
— Ale to mówią artystki takie jak pani — rzekł Marjan, — które nigdy głodu nie doświadczały.
— I nieszczęściem jest, że uprawą sztuk po większej części zajmują się ci, co z nich żyć muszą — dodała Angielka. — One są stworzone dla tych, co kapłaństwo godnie nosić umieją, lub dla tych, których los wyposażył tak, aby o powszednim chlebie myśleć nie potrzebowali. Ale mówiąc o sztuce — dodała żywiej — godziż się ją wiązać z tą poziomą i obcą jej kwestyą chleba!
— Niestety — los je związał! — rzekł Marjan.
— Dla mnie — zakończyła miss Rosa — sztuki albo raczej sztuka, bo ja ją pojmuję jedną tylko, stoi tuż u progu świątyni kościoła. To druga religia moja. Przez sztukę widzi się także objaw bóstwa na ziemi!
Adrjan uderzył w ręce, oczy mu błysnęły.
— A! tak jest! — zawołał z uniesieniem — sztuka jest religią dla powołanych — wybrani tylko ją czuć i rozumieć mogą. Komu zmysłu sztuki braknie, ten mi się zawsze wydaje istotą pośledniejszą i upośledzoną.
— Pani więc musisz być najszczęśliwszą istotą — przerwał Marjan — mogąc się poświęcić sztuce całkowicie.
— I mam się w istocie za bardzo szczęśliwą — odparła miss Rosa — anibym się dziwiła, gdyby mi zazdroszczono.
— Jak to? i nic pani nie braknie? — ciągnął dalej nielitościwy hrabia — serce nie potrzebuje więcej nad tę część piękna?
Miss Rosa się zarumieniła trochę, ale nie zmieszała wcale.
— Jak to pan rozumiesz? — spytała.
— Przecież rodzina, przywiązanie jakieś, węzeł serdeczny, są naturalną potrzebą dla człowieka, a szczególniej dla kobiety??
— A gdybym hrabiemu odpowiedziała, że są artystyczne temperamenta, (nazwijmy je w ten sposób) — odparła miss Rosa — którym sama sztuka starczy?
— W jakimś życia momencie może, ale nie na zawsze! — zawołał Marjan. — Przychodzi chwila, gdy serce zaparte się mści i upomina o swe prawa...
— Nie wiem, pan zapewne lepiej odemnie znasz serce ludzkie — chłodno odrzekła Angielka. Zaliczyłabym to rozbudzenie się serca do klęsk i boleści życia...
To mówiąc miss Rosa zdawała się chcieć sprowadzić z niewłaściwego toru rozmowę, bo się zwróciła do Adrjana i spytała, czy on widzi całą piękność tych krajobrazów włoskich, tych wybrzeży ulubionych Rzymianom, które rysunkiem i barwami ją zachwycały?
— Możesz pani wątpić o tem? — odparł Adrjan. — Ja także po swojemu jestem pejzażystą, i choć nieumiejętnie władam ołówkiem, słowami staram się malować...
— O! i pewnie świetniej niż my farbami naszem! — odparła Angielka.
— Wspomniałaś pani o Rzymianach, którzy się kochali w Bajach, gnieździli z willami około Pauzylippu i w Pompei — odezwał się Marjan. — Jakże to wytłómaczyć, że ci wielbiciele natury, nie malowali jej wcale! W Pompei nie ma krajobrazów!
— Nie malowali — rozśmiała się Angielka — może dlatego, że rozpaczali, aby ta piękność odtworzyć się dała. Krajobraz zresztą nie jest całkiem wykluczony z Pompei, tylko ludzie go zawsze zasłaniają.
Zdaje mi się, że ostatni Rzymianie, którzy tu najwięcej się budowali i używali willegiatury — ludzie popsuci, psuli też naturę, co ich otaczała, i może dlatego bardzo się w niej rozkochać mogli. We fryzowanych i strzyżonych drzewach, w rozkrzyżowanych latoroślach winnych, rozpiętych na kratki powojach, poobcinanych górach, postrojonych trawnikach zakochać się trudno.... Rzymianie się niemi otaczali.
— Niezmiernie mi przykro dorzucić maleńką uwagę — odezwał się hrabia Marjan, który koniecznie chciał rozmowę przeciągnąć — że i my, co tak bardzo naturę kochamy, swojską i dziką, krajobraz jednak w dziełach sztuki stawimy dosyć nizko.
— To prawda — odpowiedziała miss Rosa — ale trzeba też było coś zostawić dla słabszych i mniej udarowanych istot. Kto się wznieść nie może do ludzkiego dramatu, ten się ogranicza strzaskanym dębem lub sielanką młodej gęstwiny... Bóg dla wszystkich głodów i na wszelkie potrzeby duszy pokarm obmyśla...
Tak skromnie bardzo przyznawszy się do podrzędnego stanowiska, Angielka po cichu coś mówić zaczęła do Adrjana, aby nie być zmuszoną dłużej się zajmować natrętnym hrabią.
Marjan umilkł i nie okazując, żeby go odprawa dotknęła, począł się przysługiwać miss Rosie i pani Trellawney, grając rolę gospodarza.
Profesor wygadał się z tem, że nazajutrz do Sorrenta powracać myślą.
— Ja także wyrzekam się Pompei i jej pokus — odezwała się miss Rosa. — Widoki to więcej dla archeologów, niż dla artystów. Kupy popiołu i nizkie gruzowiska na pierwszym planie, na drugim drzewka chude, a w dali szary Wezuwiusz po dniu wyglądający dość smutno i niekształtnie...
— Okolica Sorrenta pewnie piękniejszych dostarczy motywów! — zawołał Adrjan — jest uroczą.
— A droga z Castellamare? możeż być co piękniejszego? — odezwała się miss Rosa.
— Nareszcie gdyby Sorrento wyczerpane zostało — rzekł Marjan — mamy Capri z jego urwiskami i wschodkami, skałami i morzem, co je otacza. My się także do Capri zapewne wybieramy, bo mój przyjaciel Adrjan potrzebuje studjów podobno.
— Jam tam już był — odparł poeta — chociaż się nie zarzekam powtórzenia wycieczki, a nawet pobytu... A profesor? — spytał zwracając się do milczącego Sieniuty.
— Ja? wybierałem się tam czytać Tacyta i Swetoniusza — rzekł z uśmiechem stary — ale miałem wprost popłynąć z Neapolu.
— Wybierzemy się razem — dodał Adrjan — i to z Sorrenta, a ja skorzystam z twego Tacyta...
Angielka milczała jakoś, zajęta desserem oczyma badała poetę, który był rozmarzony, wpatrzony w nią i tak zajęty nad swój zwyczaj, iż w końcu miss Rosa, czując się tem może skompromitowana, poruszyła się i od stołu wstała. Nie zmniejszyło to jednak jej uprzejmości dla Adrjana, bo zapewne obwiniała go tylko o zbytek naiwności — podała mu rękę, uśmiechnęła się, skinęła głową towarzystwu i znikła.
Pani Trellawney pozbierawszy albumy i kapelusiki, poszła za nią, a podróżni nasi wrócili do mieszkania.
Adrjan już w drodze przez korytarze zasępił się.
— Wiesz — rzekł Marjan wchodząc z nim do mieszkania — dziś byłeś bardzo galant dla Angielki... Poprawiasz się?
— Nic a nic! — odezwał się Adrjan. — Prawdziwie osobliwego doświadczam uczucia... Miss Rosa, która nie ma najmniejszego podobieństwa do — innej, pewnej ślicznej istoty, w której się niegdyś kochałem — odświeża mi pamięć tamtej. Jest mi dlatego miłą, że przypomina inną. Czem? to dla mnie rzecz niewytłómaczona, lecz pewna, że siedząc przy niej, mówiąc z nią, myślałem ciągle o tamtej innej, tęskniłem do niej.
— Sumienie cię ruszyło — rozśmiał się hrabia.
— Oprócz tego — dodał poeta — sam nie wiem co mi jest, ale od wyjazdu mojej matki, myślą ciągle uciekam do spokojnego kątka naszego. Chciałbym tam być.
— A poemat? a Wschód? — zapytał hrabia.
— Poemat zwycięży — rzekł Adrjan. — Słabość ludzka odzywa się we mnie.
— Może instynkt zbawienny — dodał Sieniuta; — któż wie, czy duch twój nie potrzebuje wrócić do gniazda?
— Nie — to pokusa wprost — odparł poeta. — Poemat ma nieprzyjaciół, ma wrogów, co by go we mnie zabić chcieli. Czuję ich — bronić się im muszę. Najstraszniejszym z nich to lenistwo i cielesne znużenie... Są chwile, że mi one cudnemi barwy malują szczęście jakieś ciche, półsen spoczynku w drzewach zielonych, z ukochaną u boku!! Lecz poddawszy się pokusie tej, musiałbym zginąć.
— I sprzedać nieśmiertelność za półmisek soczewicy na wsi przy śpiewie słowików! — rzekł hrabia.
— Nieśmiertelność! — rozśmiał się Adrjan — mniejsza o nią, idzie o co innego. O to, aby spełnić posłannictwo swoje i nie sprzeniewierzyć się namaszczeniu doń w kolebce...
Profesor patrzał z zachwyceniem na ucznia; w twarzy przyjaciela widać było ironię, która w duszy jego grała... Tą bronią walczył on przeciwko wrażeniu, jakie na nim czynił poeta, z ciężkością mu się mogąc oprzeć.
Po powrocie do mieszkania wszyscy już byli znużeni i Adrjan pierwszy zażądał się usunąć do swego pokoju dla spoczynku. Profesor, który bardzo to pochwalił, sam jednak wyszedł na balkon, po cichu może powtarzając swojego Horacyusza:

Nox erat, et coelo fulgebat Luna sereno,
Inter minora sidera.

Hrabian Marjan, który nierad się sam z sobą zostawał i zabawiał, pociągnął za nim.
— Panie profesorze — odezwał się po chwili — od niedawna mam przyjemność znać pana dobrodzieja, ale wspólna przyjaźń dla Adrjana zbliża nas do siebie. Mówmy o nim jeszcze. Ja go znajduję w stanie nienormalnym, i lękam się o niego.
Odwrócił się Sieniuta.
— Czego? — zapytał niespokojnie.
— On się tą monomanią poetyczną zabija; na to radzić potrzeba — zawołał hrabia.
— Nienormalny to stan, prawda — rzekł profesor — ale i człowiek niepospolity. Nie można go mierzyć piędzią innych ludzi.
— Ale kto go kocha, musi się starać wydźwignąć go z tego!
— Nie wiem czy to możliwe jest za sprawą cudzą — rzekł Sieniuta spokojnie. — Znałem go dzieckiem, jest to natura nie łatwa z zewnątrz się ująć dająca. Chcąc działać nań, potrzeba się owszem strzedz, aby nie wywołać w nim reakcyi...
Tu profesor zatrzymał się trochę.
— W końcu — dodał — zdaje mi się, że głównie iść powinno o to nie żeby go uzdrowić i wytrzeźwić, lecz by to upojenie w istocie wydało owoce, jakich się on po niem spodziewa...
Potrząsnął głową hrabia.
— Zapatrujesz się pan na to z zupełnie różnego stanowiska niż ja; próżnoby więc rozprawiać... Mnie żal człowieka, panu poety. Masz-że pan jakiekolwiek pojęcie, czem być może ten jego poemat?
Sieniuta ożywił się widocznie.
— Nie znam poematu, ale autora na moich rękach wykołysałem — zawołał. — Spodziewam się po dziele jego, na które wyszafował wszystkie siły młodości, całą świeżość myśli, niepokalane niczem uczucie, fantazyę oskrzydloną ogromnem oczytaniem i pracą — spodziewam się wiele! bardzo wiele...
Jeżeli z tej rośliny pielęgnowanej tak starannie nie wykwitnie arcydzieło...
Profesor dokończył tylko z westchnieniem.
— Kochany pan możesz miłością dla własnego dzieła zaślepiać się nieco — dodał Marjan — a mnie przyznaję się, okrutnieby żal było człowieka, gdyby się tak zmarnował na jedno — marzenie!
— A życie czemże jest? — spytał Sieniuta cicho. — Jeżeli marzenie to czyni go szczęśliwym, mamyż my prawo rozbudzić go z niego?
— Jabym rad był szczerze, aby go ta śliczna miss Rosa wprowadziła w świat rzeczywisty — odezwał się hrabia. — Zdaje mi się, że dziś się trochę zbliżyli.
Profesor potrząsnął głową z niedowierzającym uśmiechem.
— Bądź co bądź sądzę — konkludował hrabia — że niepowinniśmy go opuszczać, i pozostać przy nim jak najdłużej.
— Co do mnie, mam to sobie za obowiązek — odparł profesor — a spełnienie jego nic mnie nawet nie będzie kosztowało, bom sam na świecie i swobodny...
Marjan widząc, że więcej nic ze starego nie wyciągnie, dał mu dobranoc i poszedł do siebie. Drzwi jego pokoju dzieliły go tylko od Adrjana, mógł więc słyszeć, że poeta żywo się przechadzał, że kilka razy papier zaszeleściał i pióro zaskrzypiało.
Szanując tę chwilę natchnienia, Marjan zachował się jak najciszej, położył w łóżko, zadumał, zadrzemał, i gdy nade dniem już coś go przebudziło, zdumiał się słysząc jeszcze chodzącego poetę, szeleszczący papier i skrzypiące pióro.
Całą więc noc spędził na pracy... Hrabia potrząsnął na to głową i kładnąc się do snu na bok drugi, postanowił nazajutrz uroczystą dać burę przyjacielowi.
Dzień już był wielki, gdy się pobudzili i do powrotu przygotowywać zaczęli. Pierwszem staraniem Marjana było dowiedzieć się o Angielkę, z którą razem spodziewał się spędzić część dnia tego w podróży do Sorrenta, ale w hotelu z śmiechem zwiastowano mu, że od dwóch godzin te panie już się puściły w drogę.
Adrjan wstał blady bardzo, zmęczony i kaszlący tak, że gdy wyszedł na śniadanie do saloniku, profesor nawet zmieszał się, widząc go tak zmienionym.
Skarżył się na wielkie osłabienie.
— Niema w tem nic dziwnego — zawołał hrabia — caluteńką noc słyszałem cię chodzącego po pokoju i piszącego coś gorączkowo. Kto tak życiem szafuje, temu go musi zabraknąć.
Poeta uścisnął go milczący.
— A wy to w inny sposób nie szafujecie życiem? — zapytał. — Powiedz mi — noc spędzona w towarzystwie butelek i pań z lekkiego regimentu, nie kosztuje was więcej niż moja?
— Nie — krzyknął hrabia — bo my się męczymy ciałem, które młodość jutro orzeźwi, a ty gdy wycieńczysz się na duchu, straconyś niepowrotnie.
— Nie straconym — odparł Adrjan — jeślim się wcielił w dzieło sztuki, które pozostanie... Wasze wysiłki są bezpłodne, moje dają owoce.
Uśmiechnął się.
— Nie żałuję wcale czuwania mego — dodał z radością, która twarz wybladłą ożywiła na chwilę. — Zdaje mi się, że dawno w mej głowie noszony epizod, któremu formy nie umiałem nadać, nareszcie porodziłem szczęśliwie. Wiersze mi płynęły — jestem z nich kontent.
Sieniuta właśnie się był przybliżył, sądząc, iż czegoś więcej się dowie, gdy poeta urwał nagle, i dosyć wesół poszedł do podanej herbaty, pytając o miss Rosę.
— Ranny ptaszek już odleciał o świcie — rzekł Marjan. — Ja pierwszy spytałem o niego, bo mi szczebiotanie jego było bardzo przyjemne.
— A! tem lepiej — zawołał Adrjan z widoczną radością — będziemy swobodniejsi, a ja zawsze wolę się nie narażać na niebezpieczeństwo, niż potem obraniać gdy nadejdzie.
— Przyznajesz więc, iż niebezpieczeństwo jest — podchwycił hrabia.
— Nie zapieram się tego; choć dla mnie mniejsze ono może niż dla ciebie...
Natychmiast po śniadaniu hrabia począł przynaglać w drogę, dowodząc, iż później dzień będzie skwarny bardzo. Dowiedział się nawet, którą z dwóch dróg wiodących z Castellamare do Sorrento udały się te panie, i namawiał, ażeby się za niemi udali. Adrjan przenikając myśl jego, oparł się temu, i wymógł wybór gościńca nowego... Znowu tedy na tych samych osiołkach, w towarzystwie dawnego przewodnika, puścili się, ale już po nad morzem, po skałach, mając ciągle prawie przed sobą zatokę niebieską i Neapol nad nią rozsiadły.
Nie śpiesząc wcale, nad wieczór dopiero, to jest w sam czas obiadu u pana Tramontany, stanęli przed domem Adrjana, którego gospodyni wyszła wymawiając mu, że o niego była niespokojna.
Poeta obu towarzyszów swych uparcie chciał mieć u siebie. Gotowe dla nich łóżka i pokoje się znalazły.
Zaledwie wypocząwszy chwilę, hrabia na obiad zapraszał, prawie pewien będąc, że się z Angielką, niezmiernie go zajmującą, u Tramontany spotkają. Adrjan obu im iść radził, ale sam czując potrzebę spoczynku, a może samotności, zapowiedział, że w domu będzie obiadował.
Poszli więc z profesorem. Nie omyliła ich nadzieja: miss Rosa siadała właśnie do stołu; gdy hrabia się zjawił. Lekkiem głowy skinieniem odpowiedziała na ukłon jego, i spytała o — towarzysza.
— Przyjaciel mój... trochę się czuł drogą znużony — odparł Marjan.
— Nie chory? — spytała Angielka.
— Ani zdrów, ani słaby — począł hrabia — poeci bywają zwykle w jakiejś półgorączce, dla nas prostych śmiertelników niezrozumiałej. Przez całą noc pono czuwał i pisał coś, naturalnie, że go to wyczerpać musiało.
— Panowie jesteście szczęśliwi, że język jego rozumiecie — rzekła Angielka, — i wszystkiemi temi ślicznemi rzeczami napawać się możecie!
— Właśnie, że doświadczamy męczarni Tantala — odparł Marjan — bo Adrjan nikomu nic nigdy nie czyta, i ani ja, ani profesor, do którego ma największe przywiązanie i zaufanie, dwóch jego wierszy nie znamy!
Miss Rosa zdawała się mocno zdziwioną; zwróciła się do profesora, zagadując go o Adrjana, jakby się o nim chciała czegoś więcej dowiedzieć. Sieniuta, który rad o swym wychowańcu prawił, z nadzwyczajnem przejęciem począł opowiadać dzieje młodości jego genialne usposobienie, poświęcenie dla poezyi i t. p. Malował go z miłością wielką i obraz w żywych barwach przedstawił, idealizując go jeszcze. Marjan z małym wyrazem szyderstwa przysłuchiwał się temu, nie przeczył, dodawał nawet rysów, nie zawsze wybranych szczęśliwie, i obiad zszedł prawie wyłącznie na rozmowie o nieprzytomnym poecie.
Angielka nie ukrywała wielkiej swej sympatyi dla niego. Hrabia jednak z samej tej otwartości wnosił, iż zajęcie się Adrjanem pięknej panny, było tylko fantazyą artystyczną jak inne — a z sercem nie miało związku.
Czy go to zmartwiło, wątpimy bardzo. Zajęty mocno piękną Rosą, mógł sobie pochlebiać może, iż nie mając współzawodnika niebezpiecznego, łatwiej się do niej zbliżyć potrafi. Na nieszczęście Angielka, jakby odgadywała jego myśli (a przeniknąć ich nie było trudno) — zdawała się z wielką usilnością unikać go i pilno starać, aby się próżno nie łudził. Po obiedzie gdy inni najżywszą właśnie rozpoczynali rozmowę, miss Rosa z pośpiechem opuściła salę.
Profesor i Marjan nie mieli już tu po co dłużej przesiadywać, i powrócili do Adrjana.
Znaleźli go rozebranym, przy szczątkach obiadu, mało co poruszonego, zajętym już papierami, z ołówkiem w ręku.
Chcieli się cofnąć zaraz, ale poeta papiery rzuciwszy pod poduszkę, bo je tam najczęściej trzymał, poprosił ich, żeby nie uciekali, bo odczytywał tylko i poprawiał epizod wczorajszy — a gdy wchodzili, właśnie był robotę dokończył.
— Nie mogę pojąć Byrona — rzekł — o którym słyszałem, że w chwili natchnienia tysiącami wierszy rzuca na papier, a potem nielitościwie je kreśli, wybierając z nich tylko najświetniejsze, najszczęśliwsze... Ja nie umiem ani przerobić, ani poprawić. Gdy to, com napisał, zda mi się słabem i ułomnem, rzucam wprost w ogień, czekam drugiej natchnienia chwili i piszę na nowo... Ortopedyczne doświadczenia nad mojemi dziećmi są dla mnie wstrętliwe. Pojmuję co najwięcej, że rozczochrany włos przyczesać można lub zwalanego obmyć buziaka — ale wyciągać i obcinać!
— To znaczy, żeś się improwizatorem urodził — rzekł Marjan.
— Bardzo być może — odparł poeta — a jednak nie potrafiłbym improwizować słowem żywem, chyba w tak nadzwyczajnej chwili życia, jakiej nawet przypuścić nie umiem... Potrzebaby na to było słuchaczów, których serca biłyby z mojem zgodnie; uniesienia, coby po nad ziemię porwało; wypadku jakiegoś, coby upoił aż do zupełnego zapomnienia o sobie; zabicia człowieka, aby ustąpił miejsca poecie.
To mówiąc, zakaszlał się mocno Adrjan, przyłożył chustkę do ust i choć ją nadzwyczaj prędko schował, Marjan dostrzegł z przestrachem, że — pluł krwią.
Widoczne było, że się z tem taił. Profesor i on spojrzeli po sobie, natychmiast rozmowę sprowadzono do mniej rozdrażniających przedmiotów, a Sieniuta począł namawiać do spoczynku.
Adrjan był właśnie usposobiony do mówienia i trochę kwaśno przyjął rady.
Dotrzymywali mu więc jeszcze dwaj towarzysze czas jakiś, niewiele mówić dozwalając, i pożegnali go wymógłszy przyrzeczenie, że się wcześnie spać położy.
Zaledwie wyszli od niego, Marjan pociągnął z sobą profesora do swojego pokoju.
— Radźmy — rzekł gorąco — to już rzecz sumienia: życie jego zagrożone. Widziałeś pan, że krwią pluje! On ma suchotniczą fizyognomię. Na Boga.
Staremu stały łzy w oczach.
— Tak jest — zawołał — chodzi o jego życie. — Ale miał przecie lekarza, matka się radziła o niego, potrzeba spytać gospodyni o nazwisko i udać się do niego.
Signora Costa na zapytanie o lekarza, najprzód mocno się wylękła; potem z wielomowstwem włoskiem i żywą towarzyszącą mu gestykulacyą, poczęła opowiadać, że doktór Salicetti, jeden z najsławniejszych z Neapolu, był przez matkę umówiony, aby Adrjana pilnował, że zwykł przyjeżdżać raz w tydzień i zapewne nazajutrz tu będzie.
Oczekiwano więc na Salicettego. Nazajutrz jednak Adrjan wstał orzeźwiony, z lepszą twarzą, silniejszy, wesoły, i patrząc nań zdawało się, że niebezpieczeństwa być nie może.
Około południa corricolo niepoczesne wiozące pana Salicettego, zatrzymało się przed bramą, a z niego wysiadł nie stary jeszcze, ale siwy przedwcześnie mężczyzna, słusznego wzrostu, który zdawał się śpieszyć bardzo. Wpadł też jak bomba do pokoju Adrjana, i Marjan, który nań czatował, posłyszał zaraz wesoły głos, podniesiony bardzo, potem śmiechy i żywą rozmowę. Z wesołości doktora wnosić należało, że chory nie mógł się mieć tak bardzo źle. Aby się jednak coś o tem dowiedzieć, profesor i Marjan postanowili wyjść za bramę i o kilkanaście kroków od willi oczekiwać na doktora.
Kwadransa nie trwały odwiedziny u pacyenta, doktór Salicetti z tym samym pośpiechem, z jakim wpadł, wybiegł napowrót, siadł do wózka, i jechać miał dalej, gdy go za murkiem czatujący zatrzymali.
Zdziwiony nieco, lecz domyślając się w nich chorych zapewne, siwy doktór wydobył się napowrót ze swego wózka, i z wielką uprzejmością ofiarował się do usług, badając już oczyma tych, których za przyszłych pacyentów uważał.
Zaprezentowali mu się jako przyjaciele Adrjana, a doktor z wesołego usposobienia przeszedł w dosyć posępne.
— Pan konsyliarz darujesz nam — rzekł hrabia Marjan — chcielibyśmy się coś od niego dowiedzieć o prawdziwym stanie zdrowia przyjaciela naszego. On pluje krwią.
Doktor Salicetti dał znak potakujący. Stał chwilę w niepewności i namysłach, ręce rozwarł szeroko i rzekł poważnie a chłodno:
— Przed panami tego taić nie potrzebuję. Stan pacyenta jest — mogę powiedzieć — zdesperowany od dawna... Matce nie miałem potrzeby się z tem odkrywać. Wyprawiono go do Włoch za późno, gdy choroba już była rozwinięta. Powietrze ani my nic na nią poradzić nie mogliśmy. Być może, że klimat przedłuży mu życie; żeby mu je uratował, jest niepodobieństwem... Sam wiek tego pana czyni chorobę niebezpieczną.
Słuchający stali jak wryci pod wrażeniem tego zimno dosyć wygłoszonego wyroku. Sieniuta miał na oczach łzy, załamał ręce.
— Jakże długo się to ciągnąć może? — zapytał Marjan.
Doktor Salicetti brwi podniósł mocno, wydął usta, ruszył ramionami.
— Niepodobna oznaczyć czasu — odparł. Widzieliśmy przykłady w Pizie, na Elbie, niezmiernie, nadzwyczaj długo przeciągnionego życia suchotników, ale w warunkach szczęśliwych, o które tu trudno.
Nie czekając zapytania o wyjaśnienie, doktor Salicetti, już patrząc na zegarek, bo mu bardzo było pilno — dodał:
— Tak, warunki tu są wcale niedobre. Ten pan ani się szanuje, ani myśli o utrzymaniu życia. Zdaje się sam pobudzać do gorączki; która go trawi...
— I powietrze neapolitańskie nie może dla niego być dobre! — przerwał Sieniuta.
— Zapewne — odparł doktor — jest za nadto też stymulujące... ale...
Ręką machnął, i nie kończąc zabrał się do pożegnania.
Sieniuta i Marjan stali długo po odejściu jego, nie mogąc przemówić słowa.
— Należałoby napisać do matki — wtrącił stary po cichu — ale jakże jej zadać cios taki?
— Potrzebaby go ztąd wywieźć — dodał Marjan ale jak się do tego wziąć, aby go nie przestraszać?
Sieniuta namyślał się nieco, i dodał z wyrazem męzkiej determinacyi:
— Zostaw mi to wszystko, hrabio. Opatrzność mnie istotnie tu sprowadziła; spełnię mój obowiązek. Bądź mi tylko pomocą.
— Pod wasze rozkazy się poddaję — zawołał Marjan, którego na chwilę szyderskie usposobienie opuściło.
Szli nazad do willi.
Adrjana zastali znowu nad stosem papierów porozrzucanych. Zobaczywszy wchodzących z rozpromienioną twarzą wstał na przywitanie.
— Gdzieżeście byli? — zawołał. — Byłbym was poznajomił z tym najpoczciwszym z doktorów, który mnie czasem niepotrzebnie odwiedza, bo ja jestem zupełnie zdrów. Doskonały człek, zawsze wesół, a jego dobry humor najlepszym dla chorych lekarstwem.
— Ja go znam — skłamał Marjan. — Właśnie gdy ztąd jechał, spotkaliśmy go... Jakże was znalazł po nużącej podróży do Castellamare?
— A no jak zwykle! — rzekł Adrjan.
— Nam przecie powiedział — przerwał Sieniuta — że potrzebujecie spoczynku, rozrywki i pilnego starania o zdrowie... Ja tu jako dawny nauczyciel myślę, powagę doktora wziąwszy na siebie — rozciągnąć kuratelę.
Adrjan się zarumienił.
— Dajcie mi pokój! — zawołał trochę niespokojnie, patrząc na Sieniutę: — czuję się zdrów, trochę tylko znużony. Ręczę, że któryś z was dopatrzył mój kaszel wczorajszy — trochę krwi!! Ale to nie ma najmniejszego znaczenia. Salicetti przypisuje to naszej narodowej chorobie.
— Jak ono jest to jest — odezwał się Sieniuta — ja narzucam się z moją opieką i domagam posłuszeństwa.
Adrjan potrząsnął głową, uścisnął starego i zawołał:
— Żadnego despotyzmu nie znoszę. Chcieć mi rozkazywać jest to ducha niepodległego do buntu wyzywać.
Zamilkli nieco, Marjan i profesor porozumieli się oczyma... Hrabiemu myśl przyszła trochę dziwna może, troskliwością o przyjaciela usprawiedliwiona: zakręcił się i pod pozorem jakiegoś interesu, wysunął...
Na nudy chroniczne, które były jego chorobą, szczególnym sposobem mu się szczęściło: miał zajęcie niepospolite, wpadł prosto w dramat fantastyczny, mający się tragicznie zakończyć. Na jakiś czas mógł nawet pod wrażeniem jego być zupełnie seryo i wyrzec się szyderstwa.
Wielce ożywiony, pośpiesznym krokiem biegł Marjan do hotelu wprost, w którym mieszkała miss Rosa. Nie potrzebując jej szukać znalazł ją na ślicznej tarassie studyującą affekta morza, światła i cieniów na opalowych falach, pasami turkusowemi, pręgami szmaragdowemi poprzecinanych. Angielka nie spodziewająca się napaści, na widok hrabiego ruszyła się z miejsca, jakby uciekać chciała. Marjan zbliżył się śmiało.
— Widzisz mnie pani pod wrażeniem, które mogę powiedzieć, życie we mnie zatamowało! zawołał. To może wytłómaczy, że jestem natrętny. Spotkało mnie nieszczęście...
Miss Rosa słuchała bardzo zimno, nie mogąc jeszcze ani zrozumieć, ani się domyśleć o co chodziło, i dla czego miała być powiernicą wrażeń hrabiego.
Trochę dumne zdziwienie malowało się na pięknej jej twarzyczce.
— Przed chwilą, mówił hrabia dalej — podpatrzyłem mojego przyjaciela Adrjana, iż — krwią pluje. Przestraszyło mnie to, udałem się do lekarza jego, a ten mi wręcz oświadczył, że przyjaciel mój od dawna jest na śmierć skazany.
Angielka z widocznem wzruszeniem pobladła, ręce jej mimowolnie się ścisnęły.
— Któż to panu mówił? spytała głosem drzącym.
— Dr. Salicetti — ciągnął dalej hrabia. Miarkuje pani, jak straszliwie to mnie i profesora przejęło. Doktór powiada o nim, że sobie [1] skraca pracą, od której go nic oderwać nie może...
— Napiszcie państwo do matki! wykrzyknęła miss Rosa.
— Matkę oszczędzać też należy — odezwał się Marjan — a nim ona przybędzie, my, my z profesorem, żadnej nad nim władzy nie mamy.
Tu wstrzymał się i spojrzał wyraziście na Angielkę, która się zarumieniła mocno.
— Sądzę, że gdzie idzie o życie człowieka, dorzucił Marjan spiesznie, tam światowe względy na bok odłożyć się godzi...
Przyszło mi na myśl czego jestem pewien, że pani masz wielką nad nim władzę. Dla czegóż byś jej nie miała użyć, aby mu przedłużyć życie?
Śmiało to wyrzekłszy, Marjan patrzał na miss Rosę, nie wiedząc jak to przyjmie. Angielka stała zadumana poważnie i smutna, nie okazując, aby się uraziła przypuszczeniem, lub za złe je wzięła.
— Dziwnem to jest co mi hrabia powiadasz, poczęła po namyśle. Nie sądzę, ażeby to tylko żartem niesmacznym i mistyfikacyą być miało.
— O pani! przerwał Marjan.
— Zdaje mi się wszakże, iż hrabia mylisz się w swem przypuszczeniu. Nie zaprzeczam, że pan Adrjan, ze swą poetyczną naturą, był mi zawsze sympatyczny, lecz nigdyśmy z nim bliżej nie byli. Unikał mnie częściej niż zbliżyć się starał; o moim wpływie na niego bardzo powątpiewać muszę.
— Nie śmiałbym rzucać takiego przypuszczenia, dodał Marjan, gdyby to, co z ust Adrjana słyszałem, nie dawało mi pewności, iż się nie mylę. Adrjan mi wyznał sam, że się pani lękał, że od niej uciekał, bojąc się jej władzy nad sobą. Jest tak zajęty biedak swoim poematem, że wszystkiego się boi, co go odrywać może.
Miss Rosa stała zapłoniona znowu, słuchając tego zwierzenia, lecz nie zmieszała się niem wcale. Nad wyraz była poważna i zasmucona, tak iż o sobie się zdawała zapominać... Milczała długo, a hrabia stał, napróżno oczekując odpowiedzi.
— Jest więc tak źle! wyjąknęła po chwili. Cóż robić aby — jeżeli go nie ocalić to choć życie to przedłużyć? Mów pan...
— Jestem pewien, zawołał hrabia, iż rozkazu pani posłucha. Każ mu porzucić zabójczą pracę, zmuś go pani do rozerwania się.
Miss Rosa dziwnie jakoś poruszyła z lekka ramionami, padła na krzesło i zadumała się, zapominać zdając się o hrabi.
— Daj mi pan czas do namysłu, rzekła cicho — potrzebuję rozważyć coś mi pan powiedział. Położenie jest nadto dziwne, by mojego wzruszenia nie tłumaczyło.
Usłyszawszy tę odprawę, hrabia grzecznie się skłonił, ustąpił na bok, przeszedł się po tarasie, spojrzał na morze, i powolnym krokiem zwrócił się ku domowi.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.
  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; najprawdopodobniej brak słowa życie.