Czterech jeźdźców Apokalipsy/Część pierwsza/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Vicente Blasco Ibáñez
Tytuł Czterech jeźdźców Apokalipsy
Data wydania 1924
Wydawnictwo Księgarnia Biblioteki Dzieł Wyborowych
Drukarz drukarnia „Rola“ Jana Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Helena Janina Pajzderska
Tytuł orygin. Los cuatro jinetes del Apocalipsis
Źródło Skany na commons
Inne Cała część pierwsza
Pobierz jako: Pobierz Cała część pierwsza jako ePub Pobierz Cała część pierwsza jako PDF Pobierz Cała część pierwsza jako MOBI
Indeks stron

III

RODZINA DESNOYERS'ÓW

„Sukcesja Madariagi“, jak mawiali w urzędowym języku prawnicy, którym chodziło o przedłużenie tej sprawy, dla powiększenia honorarjów, rozpadła się na dwie części, rozdzielone morzem. Desnoyers'owie osiedlili się w Buenos Ayres; Hartrottowie przenieśli się do Berlina, sprzedawszy wszystkie swoje posiadłości; Karl bowiem chciał włożyć osiągnięte w skutek tego kapitały w przedsiębiorstwa przemysłowe i dobra ziemskie w jego ojczyźnie.
Desnoyers nie chciał również pozostać na wsi. Przez dwadzieścia lat stał na czele olbrzymiej eksploatacji rolnej i hodowlanej, mając pod swemi rozkazami setki ludzi. Teraz widnokrąg jego władzy zacieśnił się znacznie przez rozdrobienie majątku Madariagi wskutek podziału z Heleną i licznemi legatariuszami. Porywał go gniew, gdy widział osiedlających się tuż w sąsiedztwie różnych cudzoziemców, prawie wszystko Niemców, którzy pokupowali ziemie od Karla. A przytem zaczynał się starzeć, majątek jego żony przedstawiał jakieś dwadzieścia miljonów pesów i jego ambitny szwagier, przenosząc się do Europy, okazał jednakże więcej zdrowego rozumu niż on.
Desnoyers wydzierżawił część swoich gruntów; powierzył zarząd onych kilku uprzywilejowanym przez testament, którzy się mieli za należących poniekąd do rodziny, widząc w Desnoyers'ie dawnego pana i zamieszkał w Buenos Ayres.
W ten sposób, mógł czuwać nad synem, który wciąż prowadził rozwichrzone życie, nie czyniąc żadnych postępów w swych przygotowawczych inżynierskich studjach. A przytem Cziczi dorastała i jej bujne kształty nadawały jej wygląd starszy nad lata, nie wypadało trzymać ją na wsi, ażeby stała się panną z zaścianka jak jej matka. Donja Luiza uprzykrzyła sobie również życie wśród pól i bydła. Triumfy siostry nie dawały jej spokoju. Była niezdolną do zazdrości, ale przez macierzyńską ambicję pragnęła, aby jej dzieci nie pozostały w tyle, lecz wyszły na widownię błyszcząc na niej jak dzieci tamtej.
W ciągu roku nadeszły do domu, w którym Desnoyers zamieszkał wraz z rodziną w stolicy zdumiewające wiadomości z Niemczech. „Ciocia z Berlina“ jak nazywali Helenę siostrzeniec i siostrzenica, nadsyłała obszerne listy z opisami balów, obiadów, uroczystości rozmaitych, wszystko upstrzone gęsto arystokratycznemi i wojskowemi godnościami: „nasz brat pułkownik“, „nasz kuzyn baron“, „nasz stryj Radca Tajny“, „nasz drugi stryj Radca Rzeczywiście Tajny“. Wszystkiekie dziwactwa spółczesnej drabiny w Niemczech, gdzie szafuje się wciąż nowymi tytułami, by zaspokoić żądzę zaszczytów w narodzie podzielonym na kasty były wyliczane z rozkoszą przez dawną „romantyczkę“. Wspomniała też o sekretarzu swego małżonka, który to sekretarz był nie byle kim, wysłużył bowiem jako pisarz w biurach rządowych tytuł Rechnungsrath'a (Radcy Rachunkowego) i z dumą wymieniała Oberpedell'a na emeryturze, którego miała w domu dodając objaśnienie że to znaczyło „Wyższy Odźwierny“.
Wiadomości tyczące się jej synów były niemniej olśniewające. Starszy był mędrcem rodziny. Poświęcał się filologji i naukom historycznym ale odwiedziny jego w domu rodzicielskim bywały coraz rzadsze z powodu ciągłych wykładów. Wkrótce zostanie doktorem i nie skończywszy jeszcze trzydziestu lat będzie Herr Professor. Matka ubolewała, że nie wstąpił do wojska, uważając jego zawód uczonego jako coś ujemnego dla wyższych przeznaczeń rodziny. Profesorat, nauki i literatura to było dobre dla żydów, niemogących z powodu swego pochodzenia dosłużyć się jakiegoś stopnia w wojsku. Pocieszała się jednak myślą, że znakomity profesor mógł z czasem zdobyć stanowisko w społeczeństwie prawie dorównywające randze pułkownika.
Jej inni czterej synowie będą oficerami. Ojciec przygotowywał grunt, żeby mogli wstąpić do Gwardji lub innego arystokratycznego pułku, bez obawy, żeby towarzysze broni mogli sprzeciwić się przez głosowanie ich przyjęciu. Dwie córki wyjdą niewątpliwie zamąż, gdy przyjdzie pora po temu za huzarów, noszących przy nazwisku szlachecki przedimek, wyniosłych i szykownych paniczów, o których mówiła z zachwytem córka Misia Patrony.
Siedziba Hartrottów była godna tych nowych stosunków. Służba ich pałacu w Berlinie występowała na wielkich przyjęciach w krótkich spodenkach i białych perukach. Karl kupił jakieś stare zamczysko o spiczastych wieżach, widmach w podziemiach i licznych legendach mordów, napadów i gwałtów, które w sposób zajmujący ożywiały jego dzieje. Architekt ozdobiony mnóstwem cudzoziemskich orderów, a który ponadto nosił tytuł Radcy Budowlanego miał sobie polecone zmodernizować ten średniowieczy budynek w taki sposób jednak, aby nie stracił nic ze swego ponurego i przerażającego wyglądu: „Romantyczka“ opisywała już naprzód przyjęcia w mrocznym salonie przy rozlewnem świetle lamp elektrycznych, naśladujących pochodnie, trzask ognia na oherbowanym kominku, na którym palić się będą sztuczne kłody drzewa, z gazowemi płomykami wewnątrz; cały ten przepych współczesnego zbytku, połączonego z pamiątkami epoki wszechświatowej arystokracji, najlepszej według niej, jaką zna Historja. A cóż dopiero polowania! Te przyszłe polowania na przestrzeniach piasczystych z sosnowymi laskami, nie dającemi się oczywiście porównać z przebogatą ojczystą ziemią, ale które dostąpiły zaszczytu, że deptali po nich margrabiowie Branderburgji, założyciele panującego w Prusach domu. I wszystkie te świetności, to wspięcie się rodziny na tak wysokie szczeble społeczne... w ciągu jednego roku. Prawda, że musieli współzawodniczyć z innemi zamorskiemi rodzinami, które dorobiły się olbrzymich majątków w Stanach Zjednoczonych, w Brazylii lub na wybrzeżach Oceanu Spokojnego. Ale to wszystko byli Niemcy „bez urodzenia“ ordynarni plebejusze, którzy napróżno usiłowali wcisnąć się do wielkiego świata, ofiarowując znaczne sumy na cele publiczne, na różne cesarskie przedsięwzięcia. Przy wszystkich swoich miljonach mogli najwyżej dążyć do tego, by ich córki powychodziły za linjowych oficerów piechoty. Gdy tymczasem Karl!... Krewni Karla!... I „Romantyczka“ puszczała wodze pióru, rozpływając się nad rodziną, z której łona zdawało jej się, że pochodzi sama.
Raz po raz z listami Heleny przychodziły inne, krótkie, adresowane do Desnoyersa. Szwagier zdawał mu sprawę ze swoich interesów, podobnie, jak kiedy żył na wsi pod jego opieką. Ale teraz w tych doniesieniach przebijała się źle ukrywana duma, powetowania sobie dawnych, dobrowolnych upokorzeń. Teraz, wszystko co czynił było wielkie i wspaniałe. Umieścił swe miljony w przemysłowych przedsiębiorstwach współczesnych Niemiec. Był akcjonarjuszem fabryk broni, wielkich jak miasta; Kompanji Żeglugi, które spuszczały co pół roku nowy okręt na wody. Cesarz interesował się temi przedsiębiorstwami, patrząc życzliwie na tych, którzy mu chcieli pomagać. A prócz tego Karl skupował ziemskie majątki. Na pierwszy rzut oka zdawało się szaleństwem sprzedawać przeżyzne pola swego spadku, by nabywać pruskie piaski, które rodziły tylko dzięki najstaranniejszemu umierzwieniu i uprawie. Ale będąc obywatelem ziemskim, należał do „stronnictwa agrarnego“, a więc do partii arystokratycznej i konserwatywnej w najwyższem znaczeniu tego słowa i tym sposobem żył w dwóch przeciwnych sobie i równie potężnych światach: w świecie wielkich przemysłowców, przyjaciół cesarza; i w świecie junkrów, szlachty wiejskiej, strażników tradycji i przodków oficerów króla Pruskiego.
Dowiadując się o tych czynach, Desnoyers myślał o materjalnych ofiarach, jakie one przedstawiały. Znał przeszłość Karla. Pewnego dnia pod wpływem wdzięczności zwierzył się Francuzowi z powodów, jakie go skłoniły do wyjazdu do Ameryki. Był oficerem w wojsku swojej ojczyzny, ale żądza wystawnego życia, bez żadnych innych dochodów poza żołdem przywiodła go do popełniania czynów karygodnych; przywłaszczania sobie funduszów pułkowych, zaciągania długów honorowych, których nie miał czem spłacać; fałszowania podpisów. Ze względu na pamięć ojca nie pociągnięto go do odpowiedzialności sądowej, ale towarzysze broni złożyli na niego sąd honorowy. Bracia i przyjaciele doradzali mu samobójstwo jako jedyny ratunek, ale on kochał życie i wolał uciec do Ameryki, gdzie kosztem upokorzeń bez liku zatriumfował wreszcie. Bogactwo zaciera plamy przeszłości szybciej, niż czas. Wiadomość o uśmiechnięciu mu się fortuny za Oceanem sprawiła, że rodzina przyjęła go życzliwie za pierwszą jego podróżą, wprowadzając go znowu do „swego świata“. Nikt nie mógł pamiętać hańbiących szczegółów, tyczących się jakichś setek marek, gdy chodziło o człowieka mówiącego o posiadłościach swego teścia, większych niż wiele księstw Niemieckich. Teraz, kiedy ostatecznie osiedlił się w kraju, wszystko poszło w zapomnienie; a ile podatków nałożonych na jego próżność! Desnoyers odgadywał te tysiące marek, sypanych pełnemi garściami na dobroczynne zakłady Cesarzowej, na propagandy imperjalistyczne, na stowarzyszenia, wszystkie źródła wpływów i ekspansji jakie germańskie ambicje potworzyły.
Desnoyers, człowiek trzeźwy, oszczędny i pozbawiony wszelkich ambicyjek, uśmiechał się myśląc o tych świetnościach szwagra. Miał Karla za doskonałego towarzysza, aczkolwiek dosyć próżnego. Wspominał z zadowoleniem lata, spędzone razem z nim na wsi. Nie mógł zapomnieć tego Niemca, który krążył dokoła niego potulny i przywiązany, jak młodszy brat. Gdy rodzina z pewną zazdrością rozwodziła się nad świetnościami krewnych z Berlina on mówił z uśmiechem:
— Zostawcie ich w spokoju; drogo ich to kosztuje.
Ale, zachwyt, jakim tchnęły listy z Niemiec wytworzył wkońcu w jego otoczeniu atmosferę niezadowolenia i buntu. Cziczi pierwsza przypuściła atak. Dlaczego nie jadą do Europy jak inni? Wszystkie jej przyjaciółki tam były. Rodziny drobnych kupców włoskich i hiszpańskich przedsiębrały tę podróż. A ona, która była córką Francuza nie znała Paryża!... Ach! Paryż! Doktorzy, leczący melancholijne damy oznajmili światu pojawienie się nowej i groźnej choroby: „choroby Paryża“.
Donna Luiza poparła córkę: Dlaczego ona nie ma mieszkać w Europie tak samo, jak jej siostra, będąc od niej bogatszą? Nawet Julek oświadczył z powagą, że w starym świecie uczyć się będzie z większym pożytkiem. Ameryka nie jest ziemią mędrców.
Wreszcie ojciec zadał sobie to samo pytanie, dziwiąc się, że mu to wcześniej nie przyszło do głowy, żeby jechać do Europy; trzydzieści cztery lata bez wytknięcia nosa po za granice kraju, który nie był jego ojczyzną. Teraz nadeszła pora do wyjazdu. Mieszkał za blizko interesów. Napróżno chciał zachować obojętność rentjera, który się wycofał z interesów. Wszyscy dokoła niego ciągnęli zyski z pieniędzy. W klubie, w teatrze, gdzie tylko poszedł mówiono o kupnie, o sprzedaży, o kapitałach trzykrotnie zwiększonych w krótkim czasie dzięki szczęśliwym spekulacjom, o potężnych likwidacjach. Zaczęły mu ciążyć sumy, które więził bezczynnie po bankach. Skończy na tem, że wplącze się w jakąś spekulację jak gracz, który nie może zobaczyć rulety nie sięgnąwszy ręką do kieszeni. Dla czego nie warto było porzucać wsi. Rodzina jego miała słuszność: „Do Paryża“! Do Desnoyers'ów jechać do Europy, znaczyło jechać do Paryża. Mogła ciocia z Berlina opowiadać niestworzone rzeczy o ziemi swojego męża.
— Brednie! wykrzyknął Julek, który miał sposobność do porównawczych studjów geograficznych i obyczajowych w swoich nocnych hulankach — Niema jak Paryż!
Cziczi przyjmowała z ironicznym dąsem wszelką wątpliwość w tym względzie.
— Alboż prawdziwie eleganckie mody pochodzą z Niemiec?
Donna Luiza poparła gorąco swoje dzieci, Paryż! Nigdyby jej nie przyszło na myśl jechać do kraju lutrów, by ją tam protegowała siostra.
— Więc jazda do Paryża — oznajmił Francuz, jakgdyby mu mówiono o jakiemś nieznajomem mieście.
Przyzwyczaił się myśleć, że nigdy tam nie wróci. W pierwszych latach pobytu w Ameryce podróż ta była niemożliwą ze względu na nieodbytą służbę wojskową. Potem doszły go mętne wiadomości o jakichś amnestjach. Zresztą minął czas proskrypcyjny. Ale jakiś lęk woli sprawiał, że powrót do ojczyzny wydawał mu się czemś niedorzecznem i zbędnem.
Nic go tam nie ciągnęło. Zerwał nawet wszelkie stosunki z krewnymi ze wsi, którzy opiekowali się jego matką. W godzinach smutku postanowił zająć się budową olbrzymiego mauzoleum, całego z marmuru na Recoleta, cmentarzu bogatych, aby przenieść tam zwłoki Madariagi, jako założyciela rodu. On sam spocząłby tam i wszyscy jego, gdy nadejdzie ich godzina. Zaczynał już odczuwać ciężar wieku. Miał blizko sześćdziesiąt lat i twarde życie na wsi, gnany konno podczas deszczów, rzeki przebywane na płynącym wierzchowcu, noce spędzone na wilgotnej ziemi pod odkrytem niebem, wszystko to nabawiło go reumatyzmu, który zatruwał mu najpogodniejsze chwile.
Ale wreszcie zapał rodziny udzielił się i jemu. Zdawało mu się, że ma dwadzieścia lat. I zapominając o zwykłej oszczędności, postanowił, że odbędą podróż jakby rodzina panujących, w zbytkownych kajutach i z odpowiednią usługą. Dwie młode metyski, urodzone na wsi i podniesione do godności pokojówek samej pani i jej córki, towarzyszyły im w podróży, a ich skośne oczy nie ujawniały zdziwienia na widok tych wszystkich nowości, jakie się przed niemi przesuwały.
Przybywszy do Paryża, Desnoyers nie mógł się zgoła w nim połapać. Mięszał nazwy ulic i chciał zwiedzać rzeczy, które już od dawna nie istniały. Wszystkie jego próby okazania się dobrym przewodnikiem spełzły na niczem. Jego dzieci znały Paryż z książek lepiej od niego. On sam uważał się za cudzoziemca we własnej ojczyźnie. Z początku doznawał nawet pewnego zdziwienia, że potrafi posługiwać się rodowitym swoim językiem. Lata całe nie wymawiał w nim ani jednego słowa. Myślał po hiszpańsku i tłumaczył te myśli na francuzki z całą pstrocizną kreolskich wyrażeń.
— Gdzie człowiek dorobił się majątku i założył rodzinę, tam jest jego prawdziwa ojczyzna — mawiał sentencjonalnie, przypominając sobie Madariagę.
Obraz dalekiego kraju stawał mu przez oczyma natrętnie, zacierając pamięć pierwszych wrażeń podróży. Nie miał wcale przyjaciół wśród rodaków i gdy wychodził na ulicę instynktownie kierował się ku miejscom zgromadzeń Argentyńczyków. A ci doznawali łych samych uczuć. Porzuciwszy ojczyznę, z tem większem przejęciem odczuwali potrzebę mówienia o niej ciągle.
Desnoyers czytywał tamtejsze dzienniki, interesował się ceną gruntów, zapowiedziami nadchodzących żniw, sprzedażą bydła.
Gdy wracał do domu, towarzyszyło mu również wspomnienie amerykańskiej ziemi i myślał z przyjemnością, że obie Chinki sponiewierały zawodową godność Francuskiej kucharki, przyrządzając jakąś mazamorra lub jakąś carbonada lub prosiaka na sposób kreolski.
Rodzina Desnoyers'ów zamieszkała we wspaniałym domu na avenue Victor Hugo, wynajętym za dwadzieścia ośm tysięcy franków rocznie. Donja Luiza była zmuszoną wchodzić i wychodzić po wiele razy, by przyzwyczaić się do wspaniałego widoku małżeńskiej pary odźwiernych: on cały w czerni z białemi faworytami jak notarjusz z komedji; ona majestatyczna ze złotym łańcuchem na przeobfitych piersiach przyjmująca lokatorów w czerwonym saloniku ze złoceniami. Na górze w pokojach przepych ultramodernistyczny, zimny i mrożący ze swemi białemi ścianami i oszkleniem, złożonem z drobnych prostokątów, drażnił Desnoyersa, który marzył o skomplikowanych sztukateriach i bogatych meblach swojej młodości. On też sam zajął się urządzaniem licznych komnat, które ciągle wydawały się puste.
Cziczi ubolewała nad skąpstwem papy, widząc jak skupował wszystko powoli, namyślając się i wahając.
— Ja skąpy — nie; — odpowiadał — tylko znam się na wartości rzeczy.
Wogóle podobało mu się tylko to, co mógł nabyć za trzecią część rzeczywistej wartości. Wyprowadzić w pole sprzedawcę było dla niego dowodem wyższości nabywcy. Paryż dostarczył mu miejsca przyjemności takiego, jak nie mógłby spotkać na całym świecie, a był nim Hotel Drouot. Chodził tam co wieczór, o ile nie wyczytał w dziennikach doniesienia o innych ważnych licytacjach. W ciągu kilku lat nie było w paryskiem życiu towarzyskiem głośnego bankructwa, z następująca po niem likwidacją, żeby on nie uszczknął z niego jakiejś cząstki. Użyteczność i potrzeba tych zakupów była kwestją podrzędną; chodziło głównie o to, żeby nabyć za śmiesznie nizką cenę. I licytacje zalały wprost jak powódź te pokoje, które z początku meblowano z rozpaczliwą powolnością.
Cziczi skarżyła się teraz, że dom jest przepełniony. Meble i przedmioty służące do ozdoby były bogate, ale nagromadzono ich tyle... tyle! Salony przybrały wygląd magazynów ze starożytnościami. Białe ściany zdawały się ginąć pod natłokiem wspaniałych foteli, krzeseł i zapchanych nieprawdopodobną ilością drobiazgów, oszklonych serwantek. Bogate i postrzępione dywany, po których deptały różne pokolenia okrywały wszystkie posadzki. Pyszne zasłony, nie znajdując skrawka wolnego miejsca w salonach, wisiały na drzwiach, wiodących do kuchni, desenie ścian ginęły pod nadmiarem obrazów tak ściśle przystających do siebie, jak łuski pancerza. Któż mógł zarzucić Desnoyersowi skąpstwo? Wydawał znacznie więcej niż gdyby modny dekorator był jego dostarczycielem.
Myśl, że wszystko, co kupował, nabyte było za czwartą część wartości, podtrzymywała go w tych zboczeniach z utartej ścieżki człowieka oszczędnego. Wtedy tylko spał dobrze, gdy wyobrażał sobie, że mu się udało zrobić w ciągu dnia jakiś dobry interes. Kupował na licytacjach tysiące butelek, pochodzących z bankructw kupców winnych. I on, który prawie nie pijał, zalecał rodzinie, by używała szampana jak zwyczajnego wina. Na skutek ruiny jakiegoś hurtownika futer, zakupił za czterdzieści tysięcy franków skór przedstawiających wartość dziewięćdziesięciu tysięcy. Zdawać się mogło, że wiatry podbiegunowe napełniły lodowatem tchnieniem całą Avenue Victor Hugo. Tak cała rodzina Desnoyersów zaopatrzyła się w futra. Ojciec ograniczył się na jednym tylko futrzanym palcie; ale synowi kazał zrobić trzy. Cziczi i Donja Luiza ukazywały się wszędzie w jedwabistych i puszystych okryciach; jednego dnia w szynszylach, drugiego w niebieskich lisach, trzeciego w sobolach lub fokach.
On sam przyozdabiał ściany równymi szeregami obrazów; własnoręcznie wbijając haki, wspinając się po wysokiej drabinie, by sobie oszczędzić kosztu robotnika. Chciał dać dzieciom przykład oszczędności. W godzinach bezczynnych zmieniał miejsca najcięższych mebli, wynajdując coraz nowe kombinacje. Było to wspomnienie dobrych czasów tam na wsi, kiedy to sam dźwigał worki ze zbożem i ciężkie pęki skór. Syn jego, spostrzegłszy, że ojciec spogląda bacznie na jakiś monumentalny sprzęt, ulatniał się roztropnie. Desnoyers odczuwał pewne zakłopotanie wobec dwóch służących uroczystych, zawsze wyfraczonych, którzy nie ukrywali zdziwienia na widok człowieka mającego więcej niż miljon dochodu a imającego się podobnych czynności. Ostatecznie obie kolorowe pokojówki dopomagały chlebodawcy, garnąc się do niego z poufałością towarzyszek wygnania.
Cztery automobile dopełniały zbytkownego urządzenia rodzinnego życia. Dzieci byłyby poprzestały na jednym: małym, błyszczącym, ostatniej mody. Ale Desnoyers nie był człowiekiem, któryby pogardził dobrą sposobnością i od jednego zamachu kupił wszystkie cztery, skuszony ceną. Były olbrzymie i majestatyczne jak staroświeckie karoce. Ich pojawienie się na ulicach zwracało ogólną uwagę przechodniów. Szofer potrzebował dwóch pomocników, żeby oporządzić to stado mastodontów. Ale Desnoyers pamiętał tylko zręczność, z jaką zdawało mu się, że „naciągnął“ poprzednich właścicieli, którzy pragnęli pozbyć się jak najprędzej takich okazów.
Dzieciom zalecał wciąż skromność i oszczędność.
— Nie jesteśmy tak bogaci, jak wam się zdaje. Mamy duży majątek, ale dochody z niego są liche.
I nie pozwoliwszy na jakiś domowy wydatek dwustu franków, topił pięć tysięcy w zgoła zbędnym zakupie dla tego tylko, że według niego przedstawiał on wielką stratę dla sprzedającego. Julek i jego siostra narzekali wciąż przed matką. Cziczi, zapewniała, te nigdy nie wyszłaby za takiego człowieka jak jej ojciec.
— Cicho bądź! — zawołała zgorszona Kreolka. — Ma swoje dziwactwa, ale dobry z kościami. Nigdy nie dał mi powodu do skargi. Życzę ci, żebyś trafiła na takiego.
Gderliwość męża, jego despotyczny charakter, jego dziwactwa, o których sama mówiła, wszystko to było niczem wobec jego wierności. Pomyśleć tylko! Po tylu latach małżeńskiego pożycia!... Był zawsze niewzruszonej cnoty; nawet tam na wsi, gdzie ludzie, otoczeni zwierzętami i bogacący się ich płodnością, mimowoli zarażali się niemoralnością swoich stadników. Ona umiała to cenić, przypominając sobie ojca!... Nawet jej siostra nie mogła żyć tak spokojna o swego Karla, który mógł być zdolnym do niewierności, bez żadnej chęci tylko przez proste naśladownictwo postępowania możnych tego świata.
Desnoyers istotnie żył ściśle zespolony z żoną uczuciem przyzwyczajenia. Donja Luiza w swej zacieśnionej wyobraźni przypomniała sobie owe pary wołów, które nie chciały ciągnąć, gdy jakieś obce bydlę zastępowało nieobecnego towarzysza. Mąż łatwo wpadał w gniew, czyniąc ją odpowiedzialną za wszystkie zgryzoty, jakich mu nie szczędziły dzieci, ale obejść się bez niej nie mógł. Wieczory w Hotelu Drouot były mu nieznośne, gdy nie miał przy swoim boku tej powiernicy jego projektów i jego gderań.
— Dziś jest wyprzedaż klejnotów; pójdziemy?
Czynił tę propozycję głosem łagodnym i nalegającym; głosem, który przypominał donji Luisie ich pierwsze rozmowy w okolicach rodzicielskiego domu. I udawali się na ową wyprzedaż różnemi drogami. Ona w jednym z owych monumentalnych wehikułów, gdyż nie lubiła chodzić pieszo, przyzwyczajona do przesiadywania w domu lub do konnych przejażdżek po polach. Desnoyers, posiadacz czterech automobilów, niecierpiał ich przez wrodzoną niechęć do wszelkich nowości, przez skromność, a także dla tego, że potrzebował iść pieszo, aby tym ruchem wynagrodzić swemu czynnemu organizmowi brak pracy. Spotkawszy się na sali sprzedaży, napełnionej ludźmi, oglądali klejnoty, wyznaczając sobie naprzód ceny, jakie zamierzali ofiarować. Ale on, łatwy do zapalania się, szedł zawsze dalej, patrząc, na swoich współzawodników w podbijaniu cen, takim wzrokiem, jak gdyby chciał pchnąć nożem każdego. Po takich wycieczkach pani Desnoyers ukazywała się majestatyczna i olśniewająca jak bazylika bizantyjska: uszy i szyja obciążone perłami, piersi całe w brylantach, ręce migocące wszystkiemi barwami tęczy.
Cziczi oburzała się:
— Mamo! to zanadto!
Ale Kreolka uszczęśliwiona temi wspaniałościami, które były jakby uwieńczeniem życia prostoty i miernych potrzeb, przypisywała napomnienia córki zazdrości. Cziczi była panienką i nie mogła paradować w klejnotach. Ale potem będzie tem bardziej wdzięczna matce, że je dla niej nagromadziła.
Dom stawał się niewystarczającym dla pomieszczenia tych zakupów. W piwnicach piętrzyły się meble, obrazy i firanki tuż obok zapasów żywności. Don Marceli ubolewał nad ciasnotą apartamentu, który mógł pomieścić wygodnie cztery takie rodziny jak jego. Zaczynał myśleć z żalem, że trzeba będzie wyrzec się tylu pełnych pokus sposobności, gdy jakiś pośrednik przy sprzedaży dóbr, czyhający na cudzoziemców, wybawił go z kłopotu. Dlaczego nie miałby kupić zamku? Cała rodzina z zapałem przyjęła tę myśl. Zamek historyczny, najbardziej historyczny, jaki się da znaleźć, uzupełni ich wielkopańską instalację. Cziczi aż pobladła z dumy. Niektóre z jej przyjaciółek miały zamki. Inne, ze starodawnych, kolonjalnych rodzin, przyzwyczajone do lekceważenia jej ze względu na jej wieśniacze pochodzenie, będą się pieniły z zazdrości, dowiedziawszy się o tym nabytku, który będzie jak gdyby nadaniem szlachectwa. Matka uśmiechała się nadzieją spędzenia paru miesięcy na wsi, co przypomni jej proste i szczęśliwe życie jej młodości. Julek okazał najmniej zachwytu. „Stary“ będzie chciał trzymać go, jak się da najdłużej, zdala od stolicy; pocieszył się jednak myślą, że to mu nastręczy sposobność do częstych wycieczek automobilem.
Desnoyers przypominał sobie krewnych z Berlina. Dlaczego nie miałyby posiadać zamku jak tamci? „Okazje“ były kuszące. Ofiarowywano mu tuzinami historyczne siedziby. Ich właściciele pragnęli się pozbyć tych historycznych zabytków, bo to zbyt wielkie ciężary nakładało na ich budżety. Wreszcie Desnoyers kupił zamek Villeblanche sur Marne, zbudowany za czasów wojen religijnych, będący mięszaniną pałacu z fortecą, opatrzony włoską fasadą z epoki Odrodzenia, ponuremi wieżami o spiczastych wierzchołkach i nawodnionymi rowami, po których pływały łabędzie.
Desnoyers nie mógł żyć bez kawałka ziemi, gdzie czułby się władcą, naginającym do swojej woli ludzi i rzeczy. A przytem nęciły go obszerne rozmiary komnat zamczyska pozbawionych mebli. Była to sposobność do umieszczenia nadmiaru przeróżnych zasobów i przedsiębrania nowych zakupów. Starożytne sprzęty przystosują się z łatwością do mrocznych wnętrz tego wielkopańskiego przybytku, bez buntowniczych okrzyków, które zdawały się wydawać w zetknięciu z białemi ścianami współczesnych salonów. Historyczna siedziba wymagała znacznych nakładów; nadwyrężyły ją bowiem wielorazowe zmiany właścicieli. Ale on i ziemia znali się ze sobą doskonale. Jednocześnie z meblowaniem salonów zamku Desnoyers zamierzał urządzić w rozległym parku hodowlę i eksploatację bydła, jako powtórzenie na małą skalę Amerykańskich przedsiębiorstw. Posiadłość powinna była utrzymać się własną wytwórczością. Nie dbał o koszta „nie był przyzwyczajony do tracenia pieniędzy“.
Nabycie zamku sprowadziło mu zaszczytną znajomość, w której widział największą może korzyść z tego interesu. Zawiązał stosunki z pewnym sąsiadem, senatorem Lacour, który był dwa razy ministrem, a teraz wegetował w Wyższej Izbie; milczący na posiedzeniach, a ruchliwy i rozmowny w korytarzach dla podtrzymania swego wpływu.
Był on potomkiem arystokracji republikańskiej wywodzącej swój ród z zamętów rewolucji podobnie jak arystokracja pergaminów bierze początek w wojnach Krzyżowych. Jego pradziad należał do Konwencji, jego ojciec brał udział w republice 1848. On, jako syn wygnańca zmarłego na obczyźnie, trzymał się, będąc bardzo młodym, śladów Gambtley i mówił co chwila o sławie swego mistrza, aby bodaj jeden jej promień padł na ucznia. Jego syn René, student Szkoły Centralnej nazywał swego ojca vieux jeu, wyśmiewając się potrosze z jego romantycznego i humanitarnego republikanizmu. Ale to mu nie przeszkadzało pokładać nadzieję, że gdy zostanie inżynierem, znajdzie poparcie u ster rządowych przez pamięć na cztery pokolenia Latour'ów zasłużonych republice. Don Marceli, który spoglądał dość podejrzliwie na każdą nową przyjaźń, lękając się prośby o pożyczkę, przylgnął z zapałem do „wielkiego człowieka“. Ten znowu uwielbiał bogactwo, i ów miljoner zamorski, mówiący o pastwiskach bez końca i niezliczonych stadach bydła przypadł ma do gustu. Stosunki przeciągnęły się poza granice zwykłej sąsiedzkiej znajomości i trwały w dalszym ciągu w Paryżu. René z biegiem czasu stał się codziennym prawie gościem w domu na Avenue Victor Hugo.
Jedyne przykrości obecnego życia Desnoyers'a sprawiały mu dzieci. Cziczi drażniła go niezależnością swoich upodobań. Nie lubiła staroświeczyzny choćby najwspanialszej i najdoskonalej zachowanej. Przyjmowała ozięble wszystkie podarunki ojca. Otrzymawszy odwieczną blondynę, rzekła niedbale:
— Wolałabym nową suknię za trzysta franków A w dodatku szła za przykładem brata w „stawianiu się sztorcem“ względem „starych“.
Ojciec zresztą nie wtrącał się prawie do niej. To należało do żony. Cziczi była już dorosłą. Ale dawny „łobuzek“ nie wiele sobie robił z rad i rozkazów Kreolki. Cziczi oddawała się z zapałem ślizgawce, uważając tę rozrywkę za najbardziej elegancką. Bywała codziennie w Palais de Glace, a matka towarzyszyła jej, odmawiając sobie wspólnych wycieczek z mężem za sprawunkami. Ach! jak ją nudziło to wysiadywanie przed lodowatą powierzchnią, po której przy dźwiękach muzyki migały na nożach ludzkie postacie same lub parami! Cziczi przelatywała koło niej różowa z podniecenia, z wymykającymi się z pod czapeczki loczkami, powiewająca fałdami krótkiej spódniczki, śliczna, zręczna i silna, jaśniejąca zuchwałem zdrowiem istoty, która według określenia jej ojca „utuczona była na befsztykach“.
Wreszcie donji Luizie znudziła się ta kłopotliwa opieka. Wolała towarzyszyć mężowi w jego polowaniach na skarby za nizką cenę. I Cziczi uczęszczała na ślizgawkę z jedną z miedzianych pokojówek, spędzając wieczory wśród sportowych przyjaciółek, pochodzących również z Nowego Świata. Udzielały sobie wzajemnie swoich poglądów na życie, widziane w olśniewającem świetle łatwego, paryskiego bytowania! Wolnego od skrupułów i trosk ojczystej ziemi. Wszystkim zdawało się, że narodziły się na nowo, odkrywając w sobie zdolności, jakich istnienia nie podejrzewały nawet dawniej. Pobyt na drugiej półkuli rozwinął w nich zgoła nowe talenty. Niektóre nawet pisywały wiersze po francusku. I Desnoyers wpadał w złość z przerażenia, gdy wieczorami Cziczi dawała ujście swym poglądom, zaczerpniętym z książek, z własnych obserwacji, a także z dociekań prowadzonych na wspólną rękę z przjaciółkami[1] i krystalizujących się w mniej więcej takich aforyzmach: „Życie jest życiem, i trzeba umieć je przeżyć“, albo: „Wyjdę tylko za takiego, który mi się spodoba, bez względu na to, kim będzie“.
Te zmartwienia ojca były niczem w porównania z temi, jakie mu sprawiał syn. Ach! ten syn! Julek, już cały Juljan, po przybyciu do Paryża zmienił kierunek swych dążeń. Już nie myśli o inżynierji, zostanie malarzem. Don Marceli sprzeciwiał się z początku więcej ze zdziwienia, niż dla innych powodów, wreszcie ustąpił. Niech będzie malarstwo! Najważniejsza rzecz, żeby miał przecież jakiś zawód, Desnoyers uważał bogactwo i posiadanie wogóle za rzeczy święte, ale poczytywał jako niegodnych ich dobrodziejstw, tych, którzy nie pracowali Przypomniał też sobie swoje własne lata kamieniarstwa. Kto wie; może te same zdolności, które stłumiła bieda odezwały się w jego potomku. A jeżeli zostanie wielkim malarzem ten chłopiec żywy jak iskra, który dotąd wahał się i niemal lękał wyboru drogi życia?
Uległ też wszystkim zachciankom Juljana który od pierwszych poczynań w sztuce rysunku i kolorytu oświadczył, że musi zamieszkać osobno dla większej swobody w pracy. Ojciec mu wynalazł w pobliżu ulicy de la Pompe pracownię, która należała do cudzoziemskiego, pewnej sławy, malarza. Pracownia i jej przyległości były zupełnie wystarczające dla początkującego adepta sztuki; ale mistrz umarł i Desnoyers skorzystał z dobrej sposobności, jaką mu nastręczyli spadkobiercy, by zakupić hurtem wszystkie meble i obrazy
Donja Luiza zachodziła codziennie do pracowni, jak troskliwa matka, która dba o wygody syna, by mu się lepiej pracowało. Własnoręcznie, zdjąwszy rękawiczki opróżniała popielniczki z bronzu, pełne niedopałków cygar i strzepywała z mebli i dywanów pozostałości z fajek. Goście Julka, rozczochrani młodzieńcy, rozprawiający o rzeczach, których ona zrozumieć nie mogła, byli dość nieoględni w postępowaniu... A co gorsza, spotykała tam kobiety bardzo niedostatecznie ubrane; syn zaś przyjmował ją z wyrazem niezadowolenia. Czy mama nie pozwoli mu pracować w spokoju? I biedna kobieta, wychodząc co dzień z domu w stronę ulicy de la Pompe, zatrzymywała się w pół drogi i szła do kościoła świętego Honorjusza d'Eylau.
Ojciec okazywał się rozsądniejszym. Człowiek w jego wieku nie mógł pospolitować się wśród towarzyszy młodego artysty. Po paru miesiącach Juljan tygodniami całemi nie przychodził spać do domu rodziców. Wreszcie przeniósł się na dobre do pracowni, wpadając tylko czasem na chwilę na Avenue Victor Hugo, by rodzina mogła się przekonać, że jednakowoż istnieje ten zatracony Julek. Desnoyers zachodził kiedy niekiedy zrana na ulicę de la Pompe, by rozpytać odźwierną. Była dziesiąta i artysta spał jeszcze. Gdy ojciec wracał w południe, smaczny sen jedynaka trwał jeszcze... Po drugiem śniadaniu trzecie odwiedziny, ale już z lepszym rezultatem. Była druga i „młody pan“ już wstał i ubierał się. I ojciec odchodził wściekły. Ależ, do kaduka, kiedy malował ten malarz?
Juljan miał z początku nadzieję zdobyć sławę i pieniądze pędzlem, uważając to przedsięwzięcie za dosyć łatwe. Karjera artystyczna wynosiła go ponad jego przyjaciół, południowo amerykańskich młodzieńców, którzy nie mieli innego zajęcia, prócz hałaśliwego szastania pieniędzmi, by wszyscy mogli podziwiać ich rozrzutność. Z całą więc pogodną odwagą wziął się do malowania obrazów. Lubił malarstwo „ładne“, dystyngowane, eleganckie; malarstwo słodkie jak romanza włoska i odtwarzające tylko wdzięki kobiecego ciała. Miał pieniądze i dobrą pracownię, a za plecami ojca, gotowego każdej chwili przyjść mu z pomocą, dlaczego nie miałby robić tego, co tylu innych, którym brak było środków? I zabazgrał pokaźnych rozmiarów płótno, dając ma tytuł: „Taniec godzin“ co posłużyło za pretekst do kopjowania ładnych modeli i do obcowania z młodemi kobietami. Rysował z nadzwyczajną szybkością, wypełniając wnętrza konturów mnóstwem barw. Dotąd wszystko szło dobrze. Ale wkrótce utknął wśród nieprzewidzianych trudności, trawiąc bezczynnie całe dnie przed obrazem i wreszcie rzucił go w kąt, odkładając dalszą nad nim pracę do lepszych czasów. Ten sam los spotkał różne studje głów kobiecych. Juljan nie mógł skończyć niczego i to go doprowadzało do rozpaczy. A potem zrezygnował jak ktoś, kogo zmęczyły przeszkody i kto wyczekuje wstawienictwa Opatrzności, aby mu dopomogła. Główna rzecz w tem, żeby być malarzem, choćby się nie malowało. To mu pozwalało pisać bileciki, z powoływaniem się na wyższą estetykę, do kobiet wesołych i zapraszać je do swojej pracowni. Żył w nocy. Don Marceli, zbadawszy istotny stan rzeczy, nie mógł powściągnąć swego oburzenia. Obaj widywali codziennie wczesne godziny ranka; ojciec wstając z łóżka, syn wsuwając się pod kołdrę, by spać blizko do wieczora.
Łatwowierna donja Luiza wynajdywała najniedorzeczniejsze przyczyny, by występować w obronie syna. Kto wie! Może malował w nocy, chwytając się zgoła nowych sposobów. Ludzie powynajdywali teraz tyle cudackich rzeczy.
Desnoyers znał te nocne prace; skandale w restauracjach Monmartre'u i bijatyki. Juljan i ci z jego paczki, którzy uważali frak i smoking za rzecz niezbędną o szóstej wieczorem, byli jak gromada Indjan, zaprowadzających w Paryżu gwałtowne obyczaje pustyni. Szampan lał się strumieniami na uczczenie zgody, przy której często następowała nowa zwada. Nikt nie był skorym jak Juljan do wymierzenia komu policzka i do posłania karty wizytowej. Ojciec jego słuchał ze smutkiem opowiadań pewnych przyjaciół, którzy w mniemaniu, że pochlebią jego próżności zdawali mu sprawę z kawalerskich spotkań, w których jego pierworodny szczerbił zawsze skórę przeciwnika. Malarz znał się lepiej na fechtunku niż na pędzlu. Był szampjonem różnych broni, boksował się i posiadał nawet tajemnicę ulubionych pchnięć junaków, wałęsających się po fortyfikacjach.
— Niepotrzebny i niebezpieczny jak każdy próżniak — wzdychał ojciec.
Ale w głębi duszy odczuwał pewne zadowolenie, jakąś zwierzęcą dumę na myśl, że ten nieustraszony zawadjaka jest jego dziełem.
Była chwila, kiedy zdawało mu się, że znalazł sposób oderwania go od takiego życia. Krewni z Berlina odnaleźli Desnoyersów na ich zamku de Villeblanche. Karl von Hartroff z dobroduszną wyższością oglądał bogate, aczkolwiek trochę dziwaczne zbiory szwagra. Tak; mogły ujść... niczego... niczego... a dom w Paryżu i zamek miały nawet swoje cachet i mogły posłużyć jako uzupełnienie i pewną patynę dla szlacheckiego dyplomu. Ale Niemcy!... Te wszystkie udogodnienia, z jakich można było korzystać w jego ojczyźnie!... Pragnął, żeby szwagier zobaczył z kolei i mógł podziwiać, jak żył on i jakie stosunki ozdabiały jego dostatki. I tak nalegał w listach, że Desnoyers'owie zdecydowali się na tę podróż. Taka zmiana środowiska mogła wpłynąć dodatnio na Julka. Może zbudzi się w nim chęć emulacji, gdy zobaczy zblizka pracowitość swoich kuzynów, którzy wszyscy byli na stanowiskach. A w dodatku Desnoyers wierzył w rozkładowość atmosfery paryskiej i czystość obyczajów patrjarchalnych Niemiec.
Przebyli tam cztery miesiące. Ale bardzo prędko sprzykrzył się ten pobyt Desnoyers'owi i byłby chętnie uciekł lada chwila. Każdy niech będzie ze swojemi, w żaden sposób nie mógł porozumieć się z tymi ludźmi. Bardzo uprzejmi, z pedantyczną grzecznością i widoczną chęcią przypodobania się, ale na każdym kroku dający dowody elementarnego braku taktu i pychy. Zaprzyjaźnione z Hartrottami wysoko położone osobistości popisywały się ze swoją miłością dla Francji; pobożną miłością, jaką budzi wątłe i niedołężne dziecko, potrzebujące opieki. A tym objawom towarzyszyły zawsze nie na dobie będące wspomnienia wojny, w których Francuzi bywali zwyciężani. Wszystko to, co było Niemieckie, bądź to pomnik, bądź stacja kolei żelaznej, bądź najprostszy przedmiot domowego użytku dawało pole do przechwałek i porównań: „We Francji nie macie tego“. Don Marceli odjechał przemęczony nadmiarem opiekuńczości. Żona jego i córka nie potrafiły zgodzić się, żeby elegancja Berlińska była wyższą od Paryskiej. Cziczi ze świętokradczą zuchwałością gorszyła swe kuzynki, oświadczając, że nie może znosić oficerów wygorsetowanych, z monoklem w oku, kłaniających się pannom jak sztywne automaty i objawiających w swych nadskakiwaniach pewne poczucie wyższości.
Juljan pod kierunkiem kuzynów nudził się wściekle w cnotliwem środowisku Berlina. Najstarszego „mędrca“ nie było co brać w rachubę. Był to nieszczęśniak całkowicie zagrzebany w książkach i spoglądający protekcjonalnie na całą rodzinę. Młodsi podporucznicy lub studenci oprowadzali go z dumą po przybytkach germańskiej wesołości. Poznał nocne restauracje, naśladujące paryskie, tylko na większą skalę Kobiety, które tam liczyły się na tuziny tutaj spotykało się setkami. Skandaliczne pijatyki nie wywoływały burd, chyba że ktoś szukał ich dobrowolnie, jako niezbędnych dla tem lepszej zabawy. Wszystko było świetne, błyszczące, kolosalne. Juljan spoglądał z niesmakiem na kobiety uniżone i nieśmiałe, nawykłe do sturchańców i chciwie poszukujące naiwnych, na których mogłyby sobie odbić zawody i straty, doznane w ich rzemiośle. Niepodobieństwem mu było pękać ze śmiechu jak jego kuzynkowie na widok rozczarowania tych pań, gdy widziały, że tracą czas, nie zyskawszy nic więcej prócz obfitego poczęstunku. A przytem drażniła go ta ordynarna, hałaśliwa rozpusta, popisująca się bogactwem.
— Tego niema w Paryżu — powtarzali mu jego ciceronowie, spoglądając z dumą i zachwytem na olbrzymie salony przepełnione gośćmi — nie, tego niema w Paryżu!
A jemu kością w gardle stawał ten przepych bez pomiarkowania. Miał wrażenie że znajduje się wśród zgłodniałych majtków, którzy od jednego zamachu pragnęliby wynagrodzić sobie wszystkie doznane poprzednio braki. I zdejmowała go tak samo jak ojca chęć ucieczki.
Marceli Desnoyers wrócił z tej podróży z melancholijną rezygnacją. Tak; ci ludzie wyrobili się znacznie. Nie był zaślepionym patrjotą i uznawał to, co było widoczne. W przeciągu nie wielu lat przekształcili swój kraj; przemysł ich był potężny... na wielu polach niedościgniony... Tak; każdy na swoich śmieciach, i aby mu nie przyszła nigdy ochota pozazdrościć śmieci sąsiada!... Ale odpychał wnet to ostatnie podejrzenie z właściwym mu optymizmem człowieka praktycznego.
— Będą bardzo bogaci — myślał — interesa ich idą świetnie, a bogaty nie pragnie zmiany. Wojna, o której marzy kilku głupców, jest nie możliwa.
Młody Desnoyers nawiązał na nowo swój paryski tryb życia, przebywając stale w pracowni i z rzadka wpadając jak po ogień do rodziców. Tymczasem donja Luiza zaczęła mówić coraz częściej o niejakim Argensoli, bardzo wykształconym i rozumnym młodym Hiszpanie, którego rady, według niej, mogły się przydać wielce jej synowi. Ten nie wiedział na pewno, czy nowy towarzysz był przyjacielem, mistrzem lub sługą. Goście doznawali innych wątpliwości. Adepci literatury mówili o Argensoli jako o malarzu; malarze uznawali tylko jego literacką wyższość. Juljan nie mógł nigdy przypomnieć sobie dokładnie, kiedy go widział po raz pierwszy.
Był z tych, którzy zjawiali się w jego pracowni w zimowe wieczory, zwabieni czerwonym blaskiem kominka i szklanką dobrego wina, którego zapasy dostarczała mu potajemnie matka. Hiszpan zasiadał przed butelką szybko wypróżnioną i pudełkiem papierosów, otwarłem na stole i rozprawiał o wszystkiem tonem znawcy. Pewnego razu został na noc i przespał się na sofce. Nie miał stałego mieszkania. I od tego czasu spędzał wszystkie noce w pracowni.
Juljan zaczął się nim zachwycać jak odbieciem własnej osobistości. Co on umiał ten Argensola, który przyjechał z Madrytu trzecią klasą z dwudziestoma frankami w kieszeni by „zgwałcić sławę“ według jego własnych słów! Widząc, że maluje również twardo jak on, posługując się takim samym rysunkiem niezdarnym i śmiesznym, rozczulił się. Tylko fałszywi artyści, bezmyślni rzemieślnicy pędzla troszczyli się o koloryt i tem podobne głupstwa Argensola był artystą psychologicznym, malarzem dusz. W wychudłej twarzy, o podbródku, zaostrzonym jak puginał, Hiszpan zwykł malować prawie okrągłe oczy z umieszczonym w każdej źrenicy białym punkcikiem... To było światło... dusza. Poczem stając przed płótnem określał tę duszę z właściwą mu niewyczerpaną blagą, przypisując jej wszelkiego rodzaju starcia i kryzysy psychologiczne. I taki miał dar owładnięcia słuchaczem, że Juljan spostrzegał to, co tamten wyobrażał sobie, że umieszcza w owych oczach okrągłych jak u wołu. On również malował dusze... dusze kobiece.
Ponieważ taka praca wcielania psychologicznych nastrojów była dość łatwą, więc Argensola wolał gawędzić, leżąc wygodnie na sofie lub czytać przy blasku kominkowego ognia, podczas gdy jego przyjaciel i opiekun był nieobecny. Jeden więcej pożytek z tego zamiłowania w czytaniu wypływał dla młodego Desnoyers'a, który, otworzywszy książkę, zaglądał natychmiast do ostatnich stronic lub spisu rozdziałów, aby sobie „wyrobić pojęcie“, jak mówił. Czasem, w salonach zdarzało mu się z całą czelnością zapytać jakiegoś autora, jaką była najlepsza z jego książek. A jego uśmiech człowieka bardzo czynnego dawał do zrozumienia, że była to przezorność, aby nie tracić czasu nad licznymi tomami. Teraz nie potrzebował kłopotać się o to, Argensola będzie czytał za niego. Kiedy widział, że ten czyta z zajęciem jaką książkę, natychmiast chciał się z nią zapoznać:
— Opowiedz mi treść!
I „sekretarz“ nie tylko streszczał mu powieści i komedje, ale udzielał mu „treści“ Schopenhauera lub „treści Nietzsche'go“. A potem donja Luiza niemal nie wylewała łez, słysząc, jak mówiono o jej synu z pobłażliwością, jaką budzi majątek:
— Trochę narwany ten chłopiec, ale jakie oczytanie!
W zamian za te lekcje Argensola doznawał takiego samego obejścia jak niewolnik grecki, z tych, którzy uczyli retoryki młodych partycjuszów upadającej Romy. W trakcie jakiegoś wykładu jego pan i przyjaciel przerywał mu:
— Przygotuj mi koszulę frakową. Jestem zaproszony na wieczór. Innym razem, kiedy mistrz rozkoszoszował[2] się ciepłem kominka z książką w ręku, spoglądając przez szyby na dżdżysty, posępny wieczór, wpadał nagle uczeń.
— Prędko!... marsz na ulicę!... Przyjdzie kobieta.
I Argensola, otrząsnąwszy się jak zmokły pies, szedł czytać w dalszym ciągu do jakiejś poblizkiej niewygodnej kawiarenki.
Wpływ jego zstępował z intelektualnych wyżyn, by pośredniczyć w pospolitościach materjalnego życia. Był zawiadowcą młodego sybaryty, pośrednikiem pomiędzy jego pieniądzmi, a tymi, którzy się po nie zwracali z rachunkiem w ręku.
— Pieniędzy — mawiał lakonicznie przy końcu miesiąca.
Tu Desnoyers uderzał w narzekania i złorzeczenia. Skądże ich miał wyrwać? Stary był twardy jak głaz i nie uznawał najmniejszej zaliczki na miesiąc następny... A obchodził się z nim jak z nędzarzem. Trzy tysiące franków miesięcznie?... Co mógł z tem począć przyzwoity człowiek?... Niedość na tem.. ten sknera, zajmował się osobiście domowymi rachunkami, by matka nie mogła dopomagać synowi. Napróżno ten zawiązał stosunki z różnymi lichwiarzami w Paryżu, mówiąc im o swoich posiadłościach het, za Oceanem. Ci panowie mieli pod ręką młodzież krajową i nie potrzebowali narażać swych kapitałów na drugiej półkuli.
Te same niepowodzenia spotkały go, gdy z nakładem pieszczot i perswazji usiłował przekonać Don Marcelego, że trzy tysiące franków miesięcznie to nędza. Miljoner ryczał z oburzenia. Trzy tysiące franków to nędza! A w dodatku długi, które niejednokrotnie musiał płacić za syna.
— Kiedy byłem w twoim wieku — zaczynał.
Ale Juljan przerywał ciąg dalszy. Słyszał tyle razy historję ojca. A! stary skąpiec. To, co mu dawał miesięcznie, było tylko rentą od legatu dziadka. I idąc za radą Argensoli odważył się zażądać zwrotu swojej własności. Zarząd tych gruntów zamierzał powierzyć Celadonji dawnemu dozorcy stad, który teraz był osobistością ważną w swoim kraju i którego nazywał ironicznie: „mój stryj“.
Desnoyers przyjął bunt syna chłodno.
— To mi się wydaje słusznem. Jesteś już pełnoletnim.
I przekazawszy mu legat, zwiększył jeszcze dozór nad wydatkami domowemi tak, że donja Luiza nie mogła zaoszczędzić na swoją rękę najmniejszej sumki. A w dodatku jął spoglądać na syna swego, jak na przeciwnika, którego musi pokonać, odnosił się do niego, ilekroć pojawił się na Auenue Vicior Hugo z lodowatą grzecznością niby do zupełnie obcego przybysza.
Przejściowy dostatek zapanował w pracowni. Juljan powiększył wydatki, uważając się za bogacza. Ale listy „stryja“ z Ameryki rozwiały te złudzenia. Z początku przesyłki pieniędzy przewyższały miesięczny zasiłek, jakiego mu udzielał ojciec. Potem zaczęły się zmniejszać w sposób zastraszający. Rzec było można, że wszystkie klęski zwaliły się na jego grunta. Według Celadonja pastwiska jałowiały, raz z braku deszczów to znów z ich nadmiaru; bydło padało setkami. Juljan potrzebował większych wpływów, a chytry metys przesyłał mu, co mógł, ale zawsze w charakterze pożyczki, zachowując gotówkę rzekomo na uregulowanie rachunków. Pomimo takiej pomocy młody Desnoyers był zawsze w potrzebie. Grywał teraz w eleganckim Klubie w nadziei, że tą drogą powetuje różne braki, ale posłużyło mu to tylko do tego, by z większą jeszcze szybkością nikły nadsyłane z Ameryki zasoby. Żeby taki człowiek, jak on, był w ciągłych tarapatach pieniężnych!... Na cóż się zdało mieć ojca wielokorotnym miljonerem?
Jeżeli wierzyciele przybierali groźną Juljan uciekał się do pomocy „sekretarza“. Niech zobaczy się natychmiast z mamą; on chce uniknąć jej łez i wyrzekań. I Argensola wślizgiwał się jak złodziej tylnymi schodami, wiodącymi do mieszkania na Avenue Victor Hugo. Przybytkiem jego poselstwa była zwykle kuchnia, pod wielkim strachem, żeby groźny Desnoyers w jednej ze swych wędrówek czujnego pana domu nie dotarł tam i nie natknął się na intruza. Donja Luiza płakała wzruszona dramatycznemi słowami posła. Cóż mogła uczynić? Była biedniejszą od swoich sług; klejnotów w bród, ale ani jednego franka. Argensola wynalazł wszelako sposób godny jego doświadczenia. Poratuje biedną matkę, zanosząc do lombardu część jej kosztowności Znał drogę. I donja Luiza przyjęła radę, ale powierzała mu tylko klejnoty mniejszej wartości, podejrzewając, że już ich nie zobaczy nigdy. Czasami spóźnione skrupuły skłaniały ją do odmowy. A nuż dowie się mąż; cóż to będzie!... Ale Argensola byłby poczytywał za hańbę wyjść stamtąd z pustemi rękoma i w braku pieniędzy unosił koszyk butelek z bogatej piwnicy Desnoyers'a.
Codzień z rana donja Luiza chodziła do Świętego Honoriusza d'Eylau, ażeby pomodlić się za syna. Uważała ten kościół za coś własnego. Była to gościnna wysepka na niezbadanym oceanie Paryża. Zamieniała dyskretne ukłony z pobożnemi mieszkańcami dzielnicy, pochodzącymi z różnych republik Nowego świata. Wydawało się jej, że jest bliżej Boga i świętych, słysząc rozmowy w swoim ojczystym języku. A przytem był to, jakby rodzaj salonu, przez który przepływały ważniejsze wydarzenia życia Południowo Amerykańskiej kolonji. Raz był to ślub z kwiatami, muzyką i śpiewami. Ona, mając Cziczi przy swoim boku witała się z osobami znajomymi, składając potem życzenia nowożeńcom. Kiedy indziej znowu był pogrzeb ex prezydenta Republiki, lub jakiej innej zamorskiej osobistości, kończącej w Paryżu swój niespokojny żywot. Biedny prezydent!... biedny Generał!... Donja Luiza pamiętała zmarłego. Widywała go w tym kościele słuchającego pobożnie mszy świętej i oburzała się na złe języki, które w rodzaju pogrzebowej mowy wypominały rozstrzeliwania i likwidacje banków tam w kraju za jego rządów... Człowiek tak dobry i tak religijny!.. Niech Bóg go ma w swojej opiece. I wyszedłszy na plac spoglądała roztkliwionemi oczyma na wytwornych jeźdźców i amazonki, spieszące do Lasku, na zbytkowne automobile, na osłonieczniony ranek, na całą tę uśmiechniętą świeżość wczesnych godzin dnia, mówiąc sobie, że jednak życie było piękną rzeczą.
A następnie jej wzrok przepełniony wdzięcznością za owo życie spoczywał na pomniku pośrodku placu, tak uskrzydlonym, jak gdyby miał ulecieć w powietrze. Wiktor Hugo!... Dostatecznem jej było słyszeć to nazwisko w ustach syna, by spoglądała z zajęciem na jego posąg. Jedno co wiedziała o tym poecie, to było to, że umarł. Tego była pewna. Ale wyobrażała sobie, że gdyby żył, byłby wielkim przyjacielem Julka, zważywszy jak często jej syn powtarzał jego nazwisko.
Ach! ten jej syn!... Wszystkie jej myśli, dążenia, nadzieje ześrodkowywały się w nim i jej nieubłaganym mężu. Tak pragnęła, żeby się ci dwaj porozumieli i zakończyli walkę, której ona jedna była ofiarą. Czyż Bóg nie uczyni cudu? I jak chory, który zmienia lecznicę w poszukiwaniu zdrowia, zaczynała, porzuciwszy kościół świętego Honorjusza, uczęszczać do Hiszpańskiej Kaplicy na Avenue Fridland. Tu również czuła się jak wśród swoich. Pomiędzy Amerykankami Południa, smukłemi i wytwornemi, jak gdyby je zdjęto żywcem z ryciny jakiegoś tygodnika mód, oczy jej wypatrywały z uwielbieniem owe panie tak elegancko wystrojone, w teatralnych mantylach i staroświeckich klejnotach. Spotykając się w przedsionku kościelnym, panie te rozmawiały donośnymi głosami, wyraziście gestykulując i energicznie skracając wyrazy. Córka Madariagi ośmielała się witać je ukłonami, a gdy jej oddawały ukłon, doznawała uczucia zadowolenia, dzięki któremu zapominała chwilowo o swoich zmartwieniach. Należały one do tych rodzin, które czcił jej ojciec, sam nie wiedząc dlaczego; pochodziły z kraju, który po tamtej stronie morza nazywały „matką ojczyzną“ wszystkie Jaśnie Wielmożne, Jaśnie Oświecone, dla donji Luizy i spokrewnione z królami. Ona, biedaczka, nie wiedziała, czy ma im podać rękę, czy przyklęknąć na jedno kolano, jak to wedle jej mętnych wiadokości było przyjęte na Dworach. Wprędce jednak przypomniała sobie swoje troski i szła dalej polecać się Bogu. Ach! oby raczył przypomnieć sobie o niej... Niech by nie zapomniał o jej synu!
Natomiast przypomniała sobie o nim sława, wyciągając do niego swe świetlane ramiona. Wkrótce otoczyły go zaszczyty i powaby wielkości. Sława zjawia się czasem niespodzianie dziwnie krętemi i nieznanemi drogami. Ani malowanie dusz, ani awanturnicze życie pełne kosztownych miłostek i zawikłanych pojedynków nie zdobyły rozgłosu młodemu Desnoyers'owi. Sława chwyciła go za nogi.
Nowa rozrywka zjawiła się z za morza dla uszczęśliwienia śmiertelnych. Ludzie zapytywali się wzajemnie po salonach tajemniczym tonem uświadomionych, którzy pragną się rozpoznać:
— Czy umie pan lub pani tangować?
Tango owładnęło światem. Był to bohaterski hymn ludzkości, która ześrodkowała raptem swoje dążenia w harmonijnem kołysaniu się bioder, zastępując intelligencję zwinnością nóg. Bezładna i monotonna muzyka, z afrykańskich natchnień płynąca zadawalniała artystyczne ideały społeczeństwa, które nie potrzebowało niczego więcej. Świat tańczył... tańczył... tańczył... Taniec murzynów z Kuby, wprowadzony do Ameryki Południowej przez marynarzy, wiozących cargo do Antylli zdobył cały świat w niespełna kilka miesięcy, tocząc się zwycięsko jak kula od narodu do narodu na podobieństwo Marsyljanki. Przeniknął najbardziej ceremonialne Dwory, kusząc tradycje pruderji pruderji i etykiety, niby pieśń rewolucyjna; pieśń rewolucji lekkomyślności.
Juljan Desnoyers, ujrzawszy ten taniec swego chłopięctwa wszechwładnym i triumfującym w samem sercu Paryża, oddał mu się z ufnością, jaką budzi stara kochanka. Gdyby kto był powiedział wtedy, gdy jako student uczęszczał na najsromotniejsze bale w Buenos Ayres, nad któremi czuwała policja, że zakłada podwaliny przyszłej swojej sławy!
Od piątej do siódmej setki oczu śledziły za nim z zachwytem w salonach na Polach Elizejskich, gdzie filiżanka herbaty kosztowała pięć franków z prawem uczestniczenia w uświęconym tańcu.
— Ma linję — mówiły o nim panie, podziwiając jego smukłą postać średniego wzrostu i o silnie rozwiniętych muskułach. A on, w obcisłym, wzdętym na piersiach żakiecie, w lakierowanych ciżemkach na wysokich obcasach, obciskających jego kobieco drobną stopę, tańczył poważny, skupiony, milczący, jak matematyk rozwiązujący zawiłe zadania, podczas gdy błękitnawe światełka ślizgały się po jego lśniących, ugładzonych po obu stronach czaszki włosach.
Kobiety przedstawiały mu się same ze słodką nadzieją, że przyjaciółki zazdrościć im będą, widząc je w objęciach mistrza. Zaproszenia sypały się jak grad. Najniedostępniejsze salony otwierały się przed nim. Co wieczór zyskiwał przyjaciół tuzinami. Moda sprowadziła profesorów z tamtej strony morza, koleżków z przedmieścia Buenos Ayres dumnych i zmięszanych, że ich oklaskiwano na równi ze sławnym tenorem lub konferensistą. Ale nad tymi tancerzami źle wychowanymi i którzy kazali sobie płacić, triumfował Juljan Desnoyers. Kobiety opowiadały sobie cuda o jego miłosnych przygodach.
— Zabijasz się — mówił Argensola. — Tańczysz za wiele.
Sława przyjaciela stała się dla niego źródłem udręczeń. Spokojne posiedzenia z książką w ręku przy kominku ulegały teraz bezustannym przerwom. Niepodobieństwem było przeczytać więcej, niż jeden rozdział. Sławny człowiek wypędzał go wciąż na ulicę.
— Nowa lekcja — mówił sobie pieczeniarz.
A gdy znalazł się kiedy sam, wizyty, wszystko kobiece, jedne natarczywe i wścibskie; inne melancholijne i gotowe do wszelkich ofiar mąciły mu jego umysłowe rozrywki. Jedna zwłaszcza stała się wprost postrachem pracowni swojem natręctwem. Była to Północna Amerykanka niokreślonego[3] wieku, coś pomiędzy trzydziestu dwoma a piędziesięciu dziewięcioma laty, zawsze w krótkich sukienkach, które przy siadaniu unosiły się w górę niedyskretnie, jak gdyby poruszane sprężyną. Kilka balów przetańczonych z Desnoyersem i jedna bytność na ulicy de la Pompe przedstawiały dla niej nabyte święte prawa i upędzała się za mistrzem z rozpaczą opuszczonej wyznawczyni. Juljan czmychnął, dowiedziawszy się, że ta piękność o młodzieńczym wyglądzie z tyłu miała dwoje wnucząt.
Master Desnoyers wyszedł — powtarzał nieodmiennie Argensola, otwierając jej drzwi. A babcia, zalewała się łzami, przechodząc następnie do pogróżek. Chciała popełnić samobójstwo, tu, na miejscu, aby jej trup przeraził te inne kobiety, które przychodziły wydzierać jej to, co uważała za swoją własność. Teraz Argensola wyprawiał z kolei towarzysza, kiedy chciał pozostać sam.
— Zdaje mi się, że Yankeska przyjdzie — mówił obojętnie.
I wielki człowiek dawał nura, bardzo często służebnemi schodami.
W owym czasie zaczął wykłuwać się najważniejszy wypadek jego życia. Rodzina Desnoyers’ów miała połączyć się z rodziną senatora Latour. Réné, jedyny jego syn, obudził wreszcie w Cziczi pewne zajęcie, które prawie było miłością. Dygnitarz zapragnął dla swego potomka owych bezgranicznych pól, niezliczonych stad, których opis wzruszał go jak cudowna bajka. Był wdowcem, ale lubił urządzać w swoim domu przyjęcia i uczty. Każda nowa znakomitość poddawała mu natychmiast myśl zaproszenia jej na lunch. Nie było w Paryżu przejezdnej sławy, podbiegunowego podróżnika lub śpiewaka, którego senator Latour nie pokazałby w swojej jadalni zgromadzonym w tym celu biesiadnikom. Młody Desnoyers, o którego istnieniu dotychczas zaledwie wiedział — wzbudził w nim nagłą sympatję. Senator był człowiekiem współczesnym i nie gatunkował rozgłosu. — Dość mu było, żeby jakieś nazwisko znalazło się na ustach wszystkich, a przyjmował je z zapałem. Przedstawiając swym gościom Juljana, gdy ten zjawił się na bardzo solenne zaproszenie, omal go nie nazywał z dumą „Kochanym mistrzem“. Tango pochłonęło wszystkie umysły, stało się przedmiotem wszystkich rozmów. Nawet Akademja zainteresowała się niem, aby wykazać uczenie, że młodzież starożytnych Aten oddawała się podobnej rozrywce. A senator Latour marzył przez całe życie o republice Ateńskiej dla swego kraju.
Młody Desnoyers poznał na tych zebraniach państwo Laurier. On był inżynierem, posiadającym fabrykę automobilów w okolicach Paryża. Był to mężczyzna trzydziesto pięcio letni, trochę ociężały, małomówny, który wodził dokoła siebie powolnem spojrzeniem, jak gdyby chciał przeniknąć do głębi ludzi i rzeczy. Pani Laurier była młodszą o dziesięć lat od swego męża i tworzyła z nim krzyczące przeciwieństwo. Lekkomyślna, elegancka, pusta, kochała życie dla przyjemności i uciech, jakie jej ono mogło dostarczyć. Przyjmowała z uśmiechniętą obojętnością milczące i poważne uwielbienie swego małżonka. Nie mogła uczynić mniej dla człowieka jego zalet. Prócz tego, wniosła mu w posagu trzykroćstotysięcy franków, który to kapitał posłużył inżynierowi do rozszerzenia jego przedsiębiorstwa. Senator pośredniczył w zawarciu tej małżeńskiej spółki. Laurier interesował go, jako syn przyjaciela jego młodości.
Obecność Juljana stała się dla Margarity Laurier promieniem słońca w nudnym salonie Latoura. Uprawiała ona namiętnie modny taniec, uczęszczając na „herbatki z tangiem“, gdzie królował Desnoyers, Ujrzeć się nagle u boku tego sławnego i zajmującego człowieka, którego wydzierały sobie kobiety!... co za szczęście. Aby jej nie wziął za jedną z tych burżujek, jakie bywały na zabawach u Senatora Laurier zaczęła opowiadać Juljanowi o swoich krawcowych i modystkach, wszystko z ulicy de la Paix, dowodząc z powagą, że szanująca się kobieta nie może wyjść na ulicę w kostjumie tańszym niż osiemset franków, w kapelusza poniżej tysiąca. Przedmiot podziwu przed kilku laty był teraz szkaradną pospolitością.
Ta wiadomość stała się powodem, że mistrz bardzo gorliwie zaczął tańczyć na balach z „małą Laurier“ jak ją nazywały przyjaciółki pomimo jej dobrego wzrostu — wśród spojrzeń zawistnych i wezbranych zazdrością. Jaki tryumf dla żony zwykłego inżyniera, która jeździła na wszystkie zebrania w automobilu swojej matki!... Zrazu pociągnął ku niej Juljana urok niewieści Wydawała mu się podobną do tych wszystkich, które omdlewały w jego objęciach, zgodnie z zawikłanym rytmem tańca. Potem przekonał się, że jest inną. Opór jaki mu stawiła po pierwszych słownych poufałościach podniecał jego żądzę. Prawdę rzekłszy, nie miał nigdy do czynienia z kobietą jej sfery. Te, które znał w epoce towarzyskich pierwocin, były t[4] gwiazdy nocnych restauracji, w rezultacie każące sobie płacić. Teraz sława wiodła w jego objęcia damy wysokiego stanowiska, ale z przeszłością bardzo mętną, chciwe nowych wrażeń i nadzwyczaj dojrzałe. Ta śliczna Paryżanka, która szła ku niemu sama, a w chwili oddania się cofała się z nagłymi objawami wstydliwości, była czemś nadzwyczajnem.
Salony tanga poniosły wielką stratę. Desnoyers ukazywał się na nich coraz rzadziej, przekazując twą sławę zawodowcom. Mijały tygodnie całe, a wielbicielki nie mogły podziwiać od piątej do siódmej jego kruczych kędziorów i jego drobnych stóp w nieskazitelnych lakierkach, migających w rzęsistem oświetleniu pod takt wdzięcznych poruszeń. Margarita Laurier znikła również z tych przybytków tańca. Stosunki pomiędzy tym dwojgiem ukształtowały się na wzór tego, co ona wyczytała w tkliwych romansach, rozwijających się na tle paryskiego życia. Margarita szła na schadzkę z Juljanem, drżąc z obawy, żeby jej nie poznano, wybierając jak najciemniejsze suknie, z twarzą osłoniętą gęstą woalką „woalką wiarołomstwa“ jak m wiały[5] jej przyjaciółki. Naznaczali sobie spotkania na mniej uczęszczanych skwerach przedmieścia, zmieniając miejsca jak płochliwe ptaki, które za najlżejszym szelestem zrywają się i odlatują daleko. Czasem schodzili się w Buttes Chaumont; kiedy indziej w ogrodach lewego brzegu Sekwany jak w Luksemburgu a nawet w odległym parku Montsouris. Ona przeżywała męki trwogi na myśl, że mąż mógłby ją wyśledzić, podczas gdy pracowity inżynier tkwił w swojej fabryce zgoła po za obrębem rzeczywistości. Jej wystraszony wygląd, jej nadmierne ostrożności, by prześlizgiwać się niepostrzeżenie ściągnęły wreszcie uwagę przechodniów.
Juljana niecierpliwiła ta miłość wędrowna, bez żadnych rezultatów, prócz kilku ukradkowych pocałunków. Ale umilkł wreszcie, zwyciężony błagalnemi słowami Margarity. Nie chciała być „jego“ jak tyle innych, potrzebowała przekonać się, że miłość ta będzie trwać wiecznie. To był jej pierwszy upadek i pragnęła, aby był ostatni. Ach! Jej nieskazitelna dotychczas opinja! Strach przed tem, co mogą powiedzieć ludzie... I oboje cofnęli się w przeszłość wiośnianej młodości; kochali się ufną i naiwną miłością piętnastu lat, nieznaną im dotychczas. Juljan wprost z dzieciństwa wpadł w rozkosze wyuzdania, jednym haustem połknąwszy wszystkie uświadomienia życiowe. Ona chciała wyjść za mąż, jak przeważnie chcą inne panny, żeby zdobyć stanowisko i swobodę mężatki; zaś względem swego męża czuła jedynie jakąś nieokreśloną wdzięczność.
— Kończymy na tem, od czego zaczynają inni — mówił Desnoyers. Miłość ich przybrała wszelkie kształty miłości głębokiej, wierzącej i pospolitej. Rozczulali się z sentymentalizmem romansu przy uścisku ręki lub zamianie pocałunku na ogrodowej ławce o szarej godzinie. On przechowywał pukiel włosów Margarity, aczkolwiek wątpił w jego autentyczność podejrzewając mętnie, że mógł być również jednym z dodatków, jakie narzucała moda. Ona opuszczała głowę na jego ramię, tuliła się do niego, jakgdyby zdając się na jego łaskę i niełaskę, ale zawsze na otwartem powietrzu. Ile razy Juljan próbował większych poufałości w głębi karety, bogdanka odpychała go silnie. Szczególna dwulicowość cechowała jej postępki. Codzień z rana budziła się przygotowana do ostatecznego ustępstwa. Ale skoro tylko ujrzała go przy sobie, wnet pojawiała się „la petite bourgeoise“, dbając o swoje dobre imię i wierna matczynym przestrogom.
Pewnego dnia zgodziła się zwiedzić jego pracownię z tą ciekawością, jaką budzi miejsce, gdzie mieszka ukochana istota.
— Przysięgnij, że mnie uszanujesz.
On był skory do przysiąg i uroczyście zobowiązał się do wszystkiego, czego żądała Margarita... I od tego dnia nie błąkali się już po ogrodach, wydani na pastwę zimowych wichrów... Przebywali stale w pracowni i Argensola musiał zmienić tryb życia, szukając kominka u jakiegoś „zaprzyjaźnionego“ malarza, by tam oddawać się czytaniu.
Taki stan rzeczy trwał miesiące całe. Nie dowiedzieli się nigdy, jaka tajemnicza moc zburzyła ich spokojne szczęście. Może była to jedna z przyjaciółek, która, odgadłszy co się święci, dała znać mężowi za pomocą anonimu; może zdradziła się nieopatrznie ona sama; przez swe niepojęte wybuchy wesołości, przez późne powroty do domu, kiedy obiad był już na stole, przez nagły wstręt, jaki okazywała inżynierowi w chwilach małżeńskiego zbliżenia, aby pozostać wierną wspomnieniu tamtego... Podział z towarzyszem legalnym i ukochanym człowiekiem był czemś, czego nie mogła znieść jej prostolinijna i namiętna natura.
Pewnego dnia, gdy śpieszyła ulicą de la Pompe, spoglądając wciąż na zegarek i drżąc z niecierpliwości, że nie może spotkać nigdzie automobilu lub bodaj zwykłej dorożki, zastąpił jej drogę jakiś mężczyzna. To był Laurier! Jeszcze teraz strach ją ogarniał, gdy przypomniała sobie tę tragiczną godzinę. Przez chwilę zdawało jej się, że ją zabije. Ludzie spokojni, bojaźliwi i potulni bywają straszni w przystępach gniewu. Z tą samą cierpliwością, z jaką rozwiązywał zagadnienia swego zawodu, studjował ją całemi dniami w taki sposób, że nie mogła odgadnąć tej czujności na jego nieruchomej twarzy. A potem śledził jej kroki, ażeby przekonać się o swojem nieszczęściu.
Margarita nie wyobrażała go sobie nigdy tak gwałtownym i ordynarnym w przystępie uniesienia. Sądziła, że przyjmie fakt dokonany chłodno, z lekkim odcieniem filozoficznej ironji, jak to czynią ludzie prawdziwie dystyngowani, jak to czynili mężowie wielu jej przyjaciółek. Ale biedny inżynier, który poza swoją pracą, widział tylko żonę, kochając ją i uwielbiając jak kobietę i jako istotę wyższą i delikatną, uosobienie wszystkich wdzięków i wytworności nie umiał pogodzić się z losem, ale krzyczał i groził bez upamiętania, wskutek czego skandal stał się ogólnie wiadomy. Senator zgryzł się srodze, dowiedziawszy się, że to w jego domu nastąpiło poznanie się winowajców. Ale gniew jego zwrócił się przeciwko mężowi. Jaki brak umiejętności życia! Kobiety są kobietami i wszystko da się załagodzić. Ale po nietaktach tego narwańca stało się to niemożliwem i trzeba było przeprowadzić rozwód.
Stary Desnoyers wpadł w gniew, dowiedziawszy się o ostatniej przygodzie syna. Lubił bardzo inżyniera. Instyktowna nić przyjaźni, istniejąca pomiędzy ludźmi pracy, cierpliwymi i milczącymi pociągała ich ku sobie. Na zebraniach u senatora, Desnoyers wypytywał Laurier'a jak idą jego interesa, troszcząc się o rozwój tej fabryki, o której tamten mówił z czułością ojca. Doszło do tego, że ów miljoner, uważany powszechnie za skąpca ofiarował się inżynierowi z bezinteresowną pomocą, gdyby mu przypadło rozszerzyć zakres swej działalności. I oto temu zacnemu człowiekowi ukradł szczęście jego własny syn, bezużyteczny próżniak!...
Laurier w pierwszych chwilach mówił o pojedynku. Jego gniew był wściekłością roboczego konia, który zrywa uprząż, jeży sierść i w przystępie szaleństwa wierzga i zabija. Ojciec oburzył się na to. Tegoby tylko brakowało! Juljan najlepszą część życia poświęcił władaniu bronią.
— Zabije go! — mówił stary Desnoyers do senatora — Jestem pewny, że go zabije. To jest logika życia... Niepotrzebny uśmierca zawsze tego, kto się może przydać na coś.
Ale do żadnej śmierci, nie doszło. Ojciec Rzeczypospolitej umiał podziałać na jednych i drugich, z taką samą zręcznością, jaką rozwijał w kuluarach senatu, gdy wybuchł jakiś ministerjalny kryzys. Skandal przycichł. Margarita przeniosła się do matki i rozpoczęto kroki rozwodowe.
Bywało, że, gdy zegar wskazywał siódmą, ona mawiała ze smutkiem wśród miłosnych wynurzeń:
— Odejść... mam odejść... kiedy to jest mój prawdziwy dom! Ach! czemu nie jesteśmy małżeństwem.
A on, któremu w duszy zakwitł teraz cały ogród cnót mieszczańskich, dotychczas nieznanych, powtarzał z przekonaniem:
— To prawda! czemu nie jesteśmy małżeństwem.
Pragnienia ich mogły się teraz urzeczywistnić. Mąż ułatwił im ten krok swem niespodziewanem wmięszaniem się w tę sprawę. I młody Desnoyers pojechał do Ameryki, by zebrać pieniądze i ożenić się z Margaritą.



Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – przyjaciółkami.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – rozkoszował.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – nieokreślonego.
  4. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – to.
  5. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – mawiały.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Vicente Blasco Ibáñez i tłumacza: Helena Janina Pajzderska.