Czterech jeźdźców Apokalipsy/Część druga/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Vicente Blasco Ibáñez
Tytuł Czterech jeźdźców Apokalipsy
Data wydania 1924
Wydawnictwo Księgarnia Biblioteki Dzieł Wyborowych
Drukarz drukarnia „Rola“ Jana Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Helena Janina Pajzderska
Tytuł orygin. Los cuatro jinetes del Apocalipsis
Źródło Skany na commons
Inne Cała część druga
Pobierz jako: Pobierz Cała część druga jako ePub Pobierz Cała część druga jako PDF Pobierz Cała część druga jako MOBI
Indeks stron

I

CZEGO ZAZDROŚCIŁ DON MARCELI

Pierwszem uczuciem starego Desnoyersa było zdziwienie, gdy przekonał się, że wojna jest nieunikniona. Ludzkość zwarjowała. Byłaż możliwą wojna przy tylu kolejach żelaznych, tylu okrętach handlowych, tylu maszynach, takiej działalności, rozwiniętej na powierzchni ziemi i w jej wnętrzu? Narody zrujnują się na zawsze. Były przyzwyczajone do potrzeb i wydatków, jakich nie znano jeszcze przed stu laty. Kapitał był władcą świata, a wojna miała go uśmiercić; ale z kolei ona sama zginie po paru miesiącach z braku pieniędzy na jej podtrzymanie. Dusza Desnoyers'a, dusza człowieka interesów, oburzała się na te setki tysięcy miljonów, jakie ta warjacka awantura miała puścić z dymem.
A ponieważ jego oburzenie musiało skupić się na czemś bezpośredniem, uczynił więc odpowiedzialnymi za to warjactwo swoich własnych rodaków. Tyle gadać o „odwecie!“ Tak się troszczyć przez dwadzieścia cztery lata o dwie utracone prowincje, kiedy naród był posiadaczem olbrzymich i nieużytecznych obszarów na innych lądach!... Okażą się wnet skutki takiej rozjątrzonej i hałaśliwej głupoty.
Wojna znaczyła dla niego klęskę natychmiastową. Nie miał wiary w swój własny kraj; epoka Francji minęła. Teraz triumfatorami były narody Północy; a przedewszystkiem te Niemcy, którym przyjrzał się zblizka, podziwiając z pewnym przestrachem ich karność, ich twardą organizację. W dawnym robotniku ozwał się samozachowawczy egoistyczny instynkt tych wszystkich, którym udało się zebrać miljony. Desnoyers lekceważył ideały polityczne, ale przez klasową łączność potakiwał w ostatnich latach wszystkim utyskiwaniom na skandale rządu. Jak sobie zdoła poradzić zepsuta i zedezorganizowana Republika z mocarstwem najsilniejszem i najlepiej urządzonem na ziemi?
— Idziemy na śmierć! — mówił sobie Desnoyers — pewniej niż w 70-ym roku! Przyjdzie nam patrzeć na rzeczy okropne!
Ład i zapał, z jakim Francuzi stawiali się na wezwanie Rządu, przeobrażając się w żołnierzy, wprawił go w ogromne zdumienie. Pod wpływem tego moralnego wstrząśnienia zaczynał w coś wierzyć. Ogół był dobry; lud, jak za dawnych czasów, waleczny. Przez czterdzieści cztery lat obaw i niepokojów zakwitły starożytne cnoty. Ale wodzowie? Gdzie byli wodzowie, aby poprowadzić na zwycięstwo?
Wielu powtarzało to pytanie. Bezwład demokratycznego rządu i pokój utrzymywały kraj w zupełnej nieświadomości na punkcie wodzów. Wszyscy widzieli, jak się tworzyły armje; mało kto znał generałów.
Wkrótce jednak jedno nazwisko zaczęło przechodzić z ust do ust: „Joffre! Joffre!...“ Przed pierwszymi jego portretami, jakie się ukazały, gromadziły się tłumy. Desnoyers przypatrywał mu się uważnie:
— Ma wygląd zacnego człowieka.
Poważne i pogodne oblicze generała Republiki wywarło dodatnie wrażenie na tym zwolenniku ładu i praworządności. Uczuł nagle wielką ufność, jaką budzą dyrektorowie banków, przedstawiający się pokaźnie. Takiemu panu można powierzyć swoje interesa bez obawy, aby palnął jakie głupstwo.
Powódź zapału i wrażeń zagarnęła wreszcie i Desnoyers'a. Jak wszyscy, co go otaczali, przeżywał minuty, które były godzinami i godziny, które wlokły się jak lata. Wypadki tłoczyły się jedne na drugie, w ciągu tygodnia cały świat otrząsł się z długiego odrętwienia pokoju. Stary spędzał dnie na ulicy, pociągany magnetycznie widokiem cywilnych, tłumów, witających nowe tłumy umundurowane, które szły na wojnę.
Wieczorami przypatrywał się na bulwarach manifestacyjnym pochodom. Trójkolorowa chorągiew powiewała w blasku elektrycznych latarni. Natłoczone publicznością kawiarnie wylewały przez usta swych oświetlonych drzwi i okien melodyjne fale patriotycznych piosenek. Nagle otwierał się tłum środkiem ulicy, brzmiały ogłuszające wiwaty i oklaski. To przechodziła cała Europa — cała Europa, oprócz dwóch mocarstw, pozdrawiająca zagrożoną Francję. Przeciągały sztandary różnych krajów, migając wszystkiemi barwami tęczy, a za niemi Rosjanie o jasnych mistycznych oczach; Anglicy z odkrytemi głowami, śpiewający religijne, poważne pieśni; Grecy i Rumuni o orlich profilach; biało-różowi Skandynawowie; Amerykanie Północny z hałaśliwością, nieco pustego zapału; Hebrajczycy bez ojczyzny, przyjaciele kraju rewolucyj równościowych; Włosi, zawadjaccy jak chór bohaterskich tenorów; Hiszpanie i Amerykanie Południa, niezmordowani w okrzykach. Byli to studenci i wyrobnicy, doskonalący swą wiedzę w szkołach i warsztatach; zbiegowie, którzy uczepili się gościnnej nawy Paryża jak rozbitki wojen i rewolucji.
Ich okrzyki nie miały urzędowego znaczenia. Wszyscy ci ludzie szli, ulegając samorzutnemu porywowi, pragnąc okazać Republice swą miłość. I Desnoyers, wzruszony tym widokiem mówił sobie, że Francja była jeszcze czemś na świecie; że wywierała wciąż moralny wpływ na narody i że jej radości i nieszczęścia obchodziły ludzkość.
— W Berlinie i Wiedniu — myślał — krzyczą również z zapału w tej chwili. Ale tylko miejscowi, nikt więcej... Żaden cudzoziemiec z pewnością nie bierze ostentacyjnie udziału w ich manifestacjach.
Naród Rewolucji, upominający się o Prawa Człowieka, zbierał teraz owoc wdzięczności tłumów. I Desnoyers zaczął doznawać jakby wyrzutów sumienia wobec zapału cudzoziemców, niosących swą krew w ofierze Francji. Wielu ubolewało, że Rząd opóźnił o dwadzieścia dni przyjęcie ochotników, dopóki nie skończą się czynności mobilizacyjne. A on, który urodził się Francuzem, wątpił przed kilku godzinami o własnym kraju!
Pewnego dnia prąd ogólny porwał go i zaniósł na Dworzec Wschodni. Niezliczone rzesze tłoczyły się przed żelaznem oparkanieniem, rozlewając się jak strumienie po najbliższych ulicach. Dworzec, który nabierał znaczenia historycznego miejsca wyglądał jak wązki tunel przez który miała werżnąć się cała rzeka, burząc się i rozbijając o jego ściany. Część uzbrojonej Francji rwała się tem wyjściem z Paryża ku polom walki na granicy.
Desnoyers był tu tylko w swojem życiu dwa razy; jadąc do Niemiec i wracając stamtąd. Teraz inni udawali się w tę samą drogę. Tłumy publiczności napływały z krańców miasta, by patrzeć jak znikają w głębi dworca masy ludzkie o geometrycznych konturach, jednakowo przybrane, wśród błyskawic stali i przy towarzyszeniu metalicznych szczęków. Środkowe szklane otwory, błyszczące w słońcu jak ogniste paszcze chłonęły i chłonęły ludzi. Nocą trwał ten przypływ przy świetle elektrycznych latarń. Bramami przechodziły tysiące i tysiące koni; ludzi zakutych w żelazo i z długiemi włosami, zwieszającemi się z pod hełmu, na podobieństwo błędnych rycerzy minionych wieków; olbrzymie skrzynie, służące za klatki kondorom powietrznej służby; różańce armat wązkich i długich, pomalowanych na szaro, opatrzonych stalowemi osłonami, podobniejszych do narzędzi astronomicznych niż do paszcz śmierci; nieprzebrane mnóstwo czerwonych kepi poruszających się w takt marszu i szeregi, nieskończone szeregi karabinów, jednych czarnych i tępych, podobnych do posępnych rzędów trzcin, innych najeżonych bagnetami, wyglądającymi jak błyszczące kłosy. A ponad temi ruchomemi łanami stalowych zbóż, chorągwie pułków, trzepotały się w powietrzu jak barwne ptaki o piersi białej, z przedniem skrzydłem czerwonem, drugiem niebieskiem ze złotą opaską na szyi; a w górze żelazo lanc, godzące w chmury.
Z wycieczek tych wracał do domu don Marceli, cały roztrzęsiony i zdenerwowany, jak człowiek, który patrzył na rzeczy głęboko wzruszające. Wbrew swemu upartemu charakterowi, sprzeciwiającemu się zawsze uznaniu własnych błędów stary zaczynał wstydzić się swych dawniejszych wątpliwości. Lud żył; Francja była wielkim narodem; pozory wprowadziły go w błąd jak wielu innych, — Być może, iż większość jego rodaków była lekkomyślną i niepamiętliwą, hołdującą zbytnio rozkoszom życia, ale kiedy wybiła godzina niebezpieczeństwa wszyscy spełniali swą powinność z prostotą, obywając się bez twardego nakazu, jakiemu ulegają niechętnie narody, ujęte w karby żelaznych organizacji.
Rankiem czwartego dnia mobilizacji, wyszedłszy z domu, zamiast skierować się ku śródmieściu, poszedł w kierunku ulicy de la Pompe. Parę nierozważnych słów Cziczi, zaniepokojone spojrzenie żony i szwagierki nasunęły mu podejrzenie, że Juljan już wrócił z podróży. Uczuł potrzebę zobaczyć zdaleka okna pracowni, jak gdyby to mogło mu zastąpić wiadomość o synu. I aby usprawiedliwić przed samym sobą tę wyprawę, sprzeciwiającą się jego postanowieniu zapomnienia, przypomniał sobie, że jego stolarz mieszkał na tej samej ulicy.
— Chodźmy zobaczyć Roberta. Już mija tydzień, jak mi obiecał przyjść.
Ten Robert, był to chłopak, który według własnych słów „wyzwolił się z pod tyranji majstra“ i pracował na własną rękę. Izba w suterynie służyła mu za mieszkanie i warsztat. Towarzyszka, którą nazywał swoją „spólniczką“, zajmowała się gospodarstwem i jego osobą; a mały dzieciak, rosnący jak na drożdżach biegał za nią, uczepiwszy się fałd jej spódnicy Desnoyers puszczał płazem Robertowi jego „pomstowania“ na burżujów, ponieważ sprytny chłopak poddawał się wszystkim jego zachciankom niezmordowanego przestawiacza mebli. We wspaniałych apartamentach przy Avenue Victor Hugo, stolarz śpiewał Międzynarodówkę. Desnoyers przebaczał mu to, jak również wielką zuchwałość jego sposobu wyrażania się, na rachunek taniości roboty.
Przyszedłszy do małego warsztaciku, zobaczył Roberta w czapce zsuniętej na ucho, w szerokich welwetowych pantalonach à la mameluque, ciżmach nabijanych gwoździkami i z mnóstwem chorągiewek i kokardek trójkolorowych, poprzypinanych na klapach marynarki.
— Spóźnił się jegomość — rzekł wesoło. — Zamknie się fabryka. Właściciel został zmobilizowany i za parę godzin maszeruje do swego pułku. I pokazał kawałek papieru ręcznie zapisany i przybity na drzwiach jego warsztaciku, na podobieństwo drukowanych kartek, powystawianych we wszystkich zakładach Paryża, jako dowód, że właściciele i pracownicy usłuchali rozkazu mobilizacji.
Nigdy nie było by przyszło na myśl Desnoyersowi, że jego stolarz może się przedzierzgnąć w żołnierza. Wszak buntował się przeciwko wszystkim rozporzęniom[1] władzy. Nienawidził flic'ów (policjantów) z którymi kułakował się i okładał kijami we wszystkich rozruchach. Militaryzm był jego zmorą. Na wiecach przeciw tyranji Rządu występował jako jeden z najgorliwszych krzykaczy. I ten rewolucjonista szedł na wojnę z największą ochotą, bez żadnego przymusu.
Robert mówił z uniesieniem o pułku, o życiu z kolegami, ze śmiercią o cztery kroki.
— Mam te same przekonania co dawniej, proszę pana — ciągnął dalej, jakgdyby odgadując, co myślał tamten — ale wojna jest wojną i uczy wielu rzeczy; a pomiędzy innemi, że wolności powinien towarzyszyć ład i władza. Trzeba, żeby jeden rozkazywał, a inni słuchali... dobrowolnie, z przekonania... ale niechaj słuchają. Gdy wojna przychodzi, na wszystko człowiek patrzy inaczej, niż kiedy siedzi w domu i robi, co mu się podoba.
Tego wieczora, kiedy zamordowano Jaurés'a, Robert ryczał ze złości, wołając, że następny dzień będzie dniem zemsty. Poleciał do towarzyszy ze swojej sekcji, żeby się dowiedzieć, co zamierzają przeciwko burżujom. Ale wojna miała wybuchnąć. Coś było w powietrzu, co sprzeciwiało się wojnie domowej, co pogrążało w niepamięć osobiste krzywdy, ogniskując wszystkie dusze w jednem dążeniu.
— Przed tygodniem — mówił dalej — byłem antimilitarystą... Jak mi się to wydaje dalekiem!... Jak gdyby upłynął rok. Myślę tak samo jak dawniej: kocham pokój, nienawidzę wojny i podobnie wszyscy towarzysze. Ale my Francuzi nie zaczepialiśmy nikogo, a oto nam grożą; chcą nas ujarzmić... Bądźmy jak dzikie zwierzęta, skoro nas do tego zmuszają, ażeby się dobrze bronić, niechaj nikt nie wychodzi z szeregu; niech wszyscy słuchają... Rewolucja nie wyłącza karności. Przypominam sobie wojska pierwszej Republiki: wszyscy obywatelami, zarówno generałowie, jak prości żołnierze; ale Kleber i inni mieli twardą rękę; umieli dzierżyć władzę i nakazywać posłuszeństwo.
Ten stolarz posiadał pewne wykształcenie. Oprócz dzienników i broszur „ideowych“ czytał wydania zeszytowe Micheleta i innych artystów Historji.
— Wydawszy wojnę wojnie — dodał — będziemy się bili, żeby ta wojna była ostatnią.
To zapewnienie wydało mu się nie dość jasnem, więc mówił dalej:
— Będziemy się bili o przyszłość; umrzemy, aby nasze wnuki nie zaznały tych klęsk. Gdyby zatriumfowali nasi wrogowie, zatriumfuje dalsze trwanie wojny i podbój jako jedyny sposób zwiększenia swej potęgi... Naprzód owładnęliby Europą, a potem resztą świata. Pogromieni, krzywdzeni zbuntowaliby się potem; nowe wojny! My nie chcemy zdobywać! Pragniemy tylko odzyskać Alzację i Lotaryngję dlatego, że były nasze; że ich mieszkańcy chcą wrócić do nas... Nic więcej. Nie będziemy naśladować naszych wrogów, przywłaszczających sobie cudze ziemie i mącąc spokój świata. Mieliśmy dosyć Napoleona, nie potrzeba wznawiać tej awantury. Będziemy się bili za nasze bezpieczeństwo, a jednocześnie za bezpieczeństwo świata, za życie narodów uciśnionych. Gdyby to była wojna zaczepna, przypomnielibyśmy sobie nasz antimilitaryzm. Ale to jest wojna obronna i Rząd nie ponosi za nią winy. Napadnięto nas i wszyscy musimy iść społem i bronić się do upadłego.
Tu stolarz, który był antiklerykałem, okazał szlachetną tolerancję, rozległość pojęć, obejmującą wszystkich ludzi. Poprzedniego dnia spotkał w biurze swego obwodu, rezerwistę, który miał jechać z nim, udając się do tego samego pułku. Od pierwszego rzutu oka poznał, że to był ksiądz.
— Ja jestem stolarzem — rzekł przedstawiając mu się — a wy, kolego, pracujecie w kościołach?
Użył tego omówienia, aby kapłan, nie mógł podejrzewać go o jakiś obraźliwy zamiar. Obaj uścisnęli sobe[2] ręce.
— Ja tam nie jestem za sutanną — mówił dalej, zwracając się do Desnoyers'a — Oddawna już pokłóciłem się z Panem Bogiem. Ale we wszystkich stronnictwach są dobrzy ludzie; a dobrzy ludzie powinni jednoczyć się w takich chwilach. Nieprawdaż, proszę pana? wojna służyła jego równościowym poglądom. Przedtem, mówiąc o przyszłej rewolucji, znajdował złośliwą przyjemność w wyobrażaniu sobie, że wszyscy bogacze, pozbawieni majątków, będą musieli pracować, aby istnieć! Teraz zachwycała go myśl, że wszyscy Francuzi podzielą jednaki los bez różnicy klas.
— Wszyscy z tornistrem na plecach i jedzący z jednego kotła.
I stosował tę wojskową wstrzemięźliwość do wszystkich, którzy zostaną na tyłach armji. Wojna przyniesie wielkie braki; wszyscy pokosztuje[3] powszedniego chleba.
— A jegomość co jest za stary, aby iść na wojnę, będzie musiał jeść to, co ja przy wszystkich swoich miljonach. Przyzna pan, że to jest piękne.
Desnoyers nie obraził się za to złośliwe zadowolenie, jakiem napełniały stolarza jego przyszłe niedostatki. Zadumał się. Oto taki człowiek, przeciwnik wszystkiego co istniało i który nie miał żadnej materjalnej własności, by jej bronić, szedł na wojnę, na śmierć, dla szlachetnego ideału, dla uchronienia przyszłych pokoleń od teraźniejszych niedoli. Czyniąc to, nie wahał się poświęcić swych dawniejszych wierzeń, wszystkich swoich przekonań, miłowanych do wczoraj... A on, Desnoyers, jeden z wybrańców losu, on, który posiadał tyle rzeczy ponętnych, potrzebujących obrony, on wątpił i krytykował.
W kilka godzin potem spotkał znów swego stolarza w pobliżu Triumfalnego Łuku. Szedł z gromadą innych robotników podobnego jak on wyglądu, a z tą gromadą łączyły się inne i inne, będące jakby wyobrażeniem wszystkich klas społecznych: burżuje dostatnio ubrani; wytworni i anemiczni panicze, licencjaci o bladych, zawadjackich twarzach; młodzi klerycy, uśmiechający się z pewną figlarnością, jak gdyby brali udział w jakimś wybryku. Na czele tego ludzkiego stada szedł sierżant, a w awangardzie różni żołnierze z karabinami na ramieniu. Naprzód rezerwiści!
I jakiś pomruk muzyczny, jakaś melodja poważna, groźna i monotonna unosiła się nad tem mnóstwem ust otwartych, rąk, poruszających się wahadłowo, i nóg, które otwierały się i zamykały do taktu.
Robert intonował z zapałem wojenną zwrotkę. Drżały mu oczy i opuszczone w dół wąsy galijczyka. Pomimo welwetowej odzieży i wypchanej, płóciennej torby miał ten sam bohaterski i wspaniały wygląd, co postacie Rude'a na Łuku Triumfalnym „Spólniczka“ z dzieckiem dreptała chodnikiem, by odprowadzić go na dworzec. On odwracał od nich oczy i rozmawiał z towarzyszem w szeregu o poważnym wyglądzie, niewątpliwie księdzem, którego poznał poprzedniego dnia.
Może mówili już sobie po imieniu w poczuciu tego braterstwa, jakie budzi w ludziach zetknięcie ze śmiercią.
Miljoner spoglądał z szacunkiem na swego stolarza, który dziwnie urósł w jego oczach, jako cząstka tej ludzkiej lawiny. A w tym szacunku było coś z zazdrości, zazdrości, wypływającej z niepewnego sumienia.
Gdy don Marceli miewał czasem złe noce, pewien powód trwogi, zawsze ten sam, zakłócał spokój jego wyobraźni. Rzadko kiedy śnił o śmiertelnych niebezpieczeństwach, grożących jemu lub jego najbliższym. Owo przerażające widzenie polegało na tem, że przedstawiano mu do pokrycia weksle z jego podpisem; a on, Marceli Desnoyers, człowiek wierny swoim zobowiązaniom, z całą swą nieskazitelną przeszłością, nie był w stanie zapłacić ich. Ta możliwość napełniała go taką trwogą, że budził się z niewysłowionym ciężarem na piersiach, zlany zimnym potem. Dla niego była to największa hańba, jaka może spaść na człowieka.
Gdy zawierucha wojenna wstrząsnęła jego życiem, powróciły te same udręki. Całkowicie rozbudzony, przytomny cierpiał mękę, równą tej, jakiej doznawał we śnie, widząc swe shańbione nazwisko pod nie mającem pokrycia zobowiązaniem.
Cała przeszłość stawała mu przed oczami z nadzwyczajną dokładnością, jak gdyby dotychczas żył w jakiejś mętnej półjawie.
Zagrożona ziemia Francji była jego ojczyzną. Piętnaście wieków Historji pracowało dla niego, aby, otwarłszy oczy, korzystał z udogodnień i postępów, jakich nie znali jego przodkowie. Liczne pokolenia Desnoyers'ów przygotowały jego przyjście na świat, walcząc w obronie tej ziemi przeciw nieprzyjaciołom, by przy urodzeniu dać mu rodzinę i wolne ognisko domowe.
A gdy przyszła na niego kolej spełnić ten trud, zająć swe miejsce w różańcu pokoleń, on uciekł jak człowiek, który chce uniknąć spłaty długu.... Przychodząc na świat, zaciągnął zobowiązania względem ziemi swoich ojców. To zobowiązanie trzeba było spłacić własnemi rękoma, ofiarą w razie potrzeby, krwi własnej. A on uchylił się od zrealizowania swego podpisu, ucieczką i zdradą swych przodków. Ach! nieszczęsny! I nic tu nie znaczy, jego osobiste, materjalne powodzenie, nic nie znaczył majątek, zdobyty w dalekim kraju. Są winy, których się nie zmazuje miljonami. Niepokój jego sumienia był tego dowodem. A także ta zazdrość i ten szacunek, jakim go napełniał ten blady rzemieślnik, idący na spotkanie śmierci z innymi również maluczkimi jak on, których rozpłomieniło poczucie spełnionego obowiązku, poniesionej ofiary.
Tu przypomniał mu się Madariaga.
— Gdzie się zbogacimy i założymy rodzinę, tam jest nasza ojczyzna.
Nie, nie było słusznem to twierdzenie Centaura. W czasach zwykłych — być może. Zdala od ojczystego kraju i gdy temu nie grozi żadne niebezpieczeństwo, można o nim zapomnieć na pewien szereg lat. Ale on teraz żył we Francji, a Francja musiała się bronić przeciw wrogom, którzy pragnęli ją zniszczyć. Widok wszystkich jej mieszkańców, podnoszących się jak jeden mąż, stał się dla Desnoyers'a niewysłowioną torturą. Patrzył ciągle na to, co powinien był uczynić w młodości i czego nie uczynił.
Weterani z 70-go roku szli ulicami, mając na klapie surduta swą czarno zieloną wstążeczkę, pamiątkę niedostatków oblężenia Paryża i walk bohaterskich i daremnych. Desnoyers bladł na widok tych ludzi, zadowolonych ze swojej przeszłości. Nikt nie pamiętał jaką była jego przeszłość, ale on ją znał; to wystarczało. Napróżno chciał uśmierzyć rozumem tę wewnętrzną burzę. Tamte czasy były inne: nie istniała ta łączność obecnej chwili; Cesarstwo było niepopularne, wszystko było straszne. Ale wspomnienie jednego sławnego powodzenia prześladowało go jak zmora: „Pozostawała Francja!“ Wielu myślało podobnie jak on w młodości; a jednakże nie uciekli, by uniknąć służby wojskowej, zostali i postanowili walczyć do ostatka.
Próżno szukał usprawiedliwienia w rozumowaniu, wielkie uczucia są poza argumentami. Dla zrozumienia ideałów politycznych i religijnych niezbędne są objaśnienia i dowody; patrjotyzm nie potrzebuje nic z tego. Ojczyzna... jest ojczyzną. I robotnik miejski niewierzący i samolubny chłop i samotny pasterz, wszyscy spieszyli na zaklęcie tego wyrazu, rozumiejąc go natychmiast bez poprzednich objaśnień.
— Trzeba płacić! — powtarzał w duchu don Marceli — Muszę spłacić mój dług.
I ogarniała go, jak w owych snach, męka człowieka uczciwego i zrozpaczonego, który pragnie wypełnić swe zobowiązania.
Spłacić!... Ale jak? Było już zapóźno. Przez chwilę zdjęło go bohaterskie postanowienie zaciągnąć się jako ochotnik, pomaszerować z torbą u boku w jednej z tych gromad przyszłych wojowników, podobnie jak jego stolarz. Ale na co by się to zdało?... Wyglądał czerstwo, trzymał się dzielnie na swój wiek, ale miał już z okładem sześćdziesiąt lat, a tylko młodzi mogą być dobrymi żołnierzami. Bić potrafi się każdy. Odwagi mu też nie brakło, aby chwycić za karabin. Ale bitwa, to tylko przypadkowe zdarzenie na wojnie. Naprawdę uciążliwe i wyczerpujące to są wszystkie trudy i przygotowania, które poprzedzają walkę; marsze nieskończone, zmiany temperatury, noce pod gołem niebem, kopanie transzeji, ładowanie wozów, głód... Nie, to już było zapóźno. Nie miał przecież jakiegoś wybitnego nazwiska, żeby ofiara jego mogła posłużyć za przykład.
Instynktownie obejrzał się za siebie. Nie był sam na świecie, miał syna, który mógł odpowiadać za dług ojca... Ale ta nadzieja trwała tylko chwilę. Syn jego nie był Francuzem, należał do innego narodu; połowa jego krwi była obcego pochodzenia. A przytem, czy mógłby doznawać tych samych uczuć, co on? Czy mógłby je rozumieć, gdyby mu je ojciec wyłuszczył? Czego można było się spodziewać po tym zręcznym tancerzu, za którym przepadały kobiety; po tym zawadjackim lekkoduchu, który narażał życie w pojedynkach dla błahych powodów?
Ach! jakie się czuł małym i skruszonym arbitralny pan Desnoyers po takich rozmyślaniach! Rodzina zdumiewała się, widząc nieśmiałość i słodycz z jaką postępował w domu. Obaj służący o wspaniałych postawach udali się do swoich pułków, a największą niespodzianką, jaką im przyniosła wojna, była nagła dobroć chlebodawcy; obfitość podarunków, ojcowska troskliwość, z jaką czuwał nad ich przygotowaniami do drogi. Straszliwy don Marceli uściskał ich ze łzami w oczach. Zaledwie mogli mu wyperswadować, by ich nie odprowadzał na kolej.
Wyszedłszy na ulicę, przemykał się pokornie, jak gdyby przepraszał tych ludzi, którzy go otaczali. Wszyscy mu się wydawali wyższymi od niego. Czasy były krytyczne pod względem ekonomicznym; bogacze poznali nagle biedę i troski; banki zawiesiły czynności i wypłacały zaledwie drobną cząstkę depozytów. Miljoner ujrzał się pozbawiony na szereg tygodni swoich bogactw. A prócz tego, kłopotał się, myśląc o niepewnej przyszłości. Ileż czasu minie, zanim mu przyślą pieniądze z Ameryki? Może wojna unicestwi tak samo majątki jak życia? A mimo to, nigdy Desnoyers nie cenił mniej pieniędzy i nie szafował niemi hojniej.
Wielu ze zmobilizowanych, o pospolitym wyglądzie, maszerujących samotnie na kolej spotykało jakiegoś pana, który ich zatrzymywał nieśmiało, macał się po kieszeni i wsuwał im w rękę bilet dwudziestofrankowy, uciekając pospiesznie z przed ich zdumionych oczu. Płaczące żony robotników, które wracały po odprowadzeniu mężów na dworzec, widywały tego samego pana, uśmiechającego się do drepcących obok nich dzieci, głaszczącego ich po twarzyczkach i odchodzącego po wciśnięciu im w łapięta pięciofrankowej sztuki.
Don Marceli, który nigdy nie palił, nawiedzał teraz ciągle sklepy tabaczne. Wychodził z nich z rękami i kieszeniami pełnemi i oszałamiał hojnością paczek pierwszego lepszego spotkanego żołnierza. Czasem obdarzony uśmiechał się grzecznie, dziękując słowami zdradzającemi wyższe pochodzenie i oddawał podarunek kolegom, przybranym w równie grube i źle skrojone płaszcze, jak on. Obowiązkowa służba narażała często don Marcelego na tego rodzaju pomyłki.
Szorstkie ręce, ściskające dziękczynnie jego dłoń, dawały mu krótką chwilę zadowolenia. Ach! nie móc uczynić nic więcej!... Rząd, mobilizując powozy, zabrał mu trzy z jego monumentalnych samochodów. Desnoyers zasmucił się, że mu nie wzięto jego czwartego mastodonta. Cóż mu było z niego!... Pasterze tej potwornej trzody: szofer i jego pomocnicy pojechali także do wojska. Wszyscy szli... Wkońcu zostanie tylko on, Desnoyers i jego syn: dwóch nieużytków!
Dowiedziawszy się o wejściu nieprzyjaciół do Belgii, ryczał poprostu z wściekłości, uważając ten postępek za niesłychaną dotąd w Historji nikczemność. Wstyd go ogarniał na wspomnienie, że w pierwszych chwilach czynił odpowiedzialnymi za wojnę najzagorzalszych patrjotów swego kraju. Co za potworność, systematycznie przygotowywana od szeregu lat!... Słuchając o grabieżach, pożarach i mordach bladł i zgrzytał zębami. Jemu, Marcelemu Desnoyers'owi, mogło się wydarzyć to samo, co nieszczęsnym Belgom, jeżeli ci barbarzyńcy wtargną do kraju. Miał dom w mieście zamek na wsi, rodzinę. Przez skojarzenie wyobrażeń kobiety, ofiary żołdactwa przywodziły mu na myśl jego Cziczi i dobrą donję Luizę. Gmachy w płomieniach wywoływały wspomnienie rzadkich i kosztownych ruchomości, nagromadzonych w jego dwóch siedzibach, będących niby herbowymi tarczami jego współczesnego wywyższenia. Rozstrzeliwani starcy, matki o rozdartych łonach, dzieci z poucinanemi rączynami, wszystkie te sadyzmy wojny, budziły wrodzoną gwałtowność jego charakteru.
— I to może się dziać bezkarnie w naszych czasach!
Aby upewnić się, że kara była bliską, że zemsta szła na spotkanie winnych, odczuwał potrzebę wmieszania się w mrowie ludzkie, nagromadzone dokoła Dworca Wschodniego.
Główne siły wojska działały już na granicach, ale mimo to ruch nie zmniejszał się w tem miejscu. Nie odjeżdżały już całe bataljony, ale dniem i nocą płynęli na stację wojownicy pojedyńczo lub gromadnie. Byli to rezerwiści bez mundurów, spieszący do swoich pułków, oficerowie, których zatrzymywały dotychczas prace mobilizacyjne, zbrojne oddziały, przeznaczone na zapełnienie luk, poczynionych przez wojnę.
Tłum, skupiający się przy kratach, żegnał odjeżdżających, towarzysząc im oczami, gdy przechodzili wielki dziedziniec. Obwieszczano hałaśliwie ostatnie wydania dzienników. Tysiące rąk rozchwytywało drukowane świstki. Dobra wiadomości „Niech żyje Francja!“ Jakaś niejasna depesza, pozwalająca przeczuwać niepowodzenie: „Mniejsza z tem. Trzeba się trzymać na wszelki sposób. Rosjanie już im następują na tyły“. A podczas gdy krzyżowały się rozmowy, wywołane temi wiadomościami, a dziewczęta krążyły pomiędzy gromadkami sprzedając chorągiewki i kokardki trójkolorowe, tamci, idący na wojnę, szli i szli samotnym dziedzińcem, by zniknąć za szklanemi wrotami. Jakiś podporucznik rezerwy z torbą na plecach dotarł w towarzystwie ojca aż do szeregu policjantów, zamykających dostęp tłumowi. Desnoyers dopatrzył się w młodym oficerze pewnego podobieństwa ze swoim synem. Stary miał w klapie zielono-czarną wstążeczkę z 1870 roku; dekorację, której widok budził zawsze w Desnoyers'ie wyrzuty sumienia. Ten stary był wysoki, kościsty i nadrabiał sierdzistą miną, by ukryć wzruszenie.
— Do widzenia, chłopcze! Bądź zdrów.
— Do widzenia, ojcze.
Nie podali sobie ręki, unikając, aby się nie spotkały ich spojrzenia: Oficer uśmiechał się jak automat. Ojciec odwrócił się szybko i, minąwszy tłum, wszedł do kawiarni. Wyszukał najciemniejszy kącik, by na kilka minut pozostać sam ze swoim bólem.
I Desnoyers pozazdrościł mu tego bólu.
Kilku rezerwistów szło śpiewając ze sztandarem. Popychali się i żartowali i łatwo było zgadnąć po ich podnieceniu, że musieli zatrzymywać się we wszystkich tawernach spotykanych po drodze. Jeden z nich nie przestając śpiewać ściskał rękę staruszki, która szła obok niego pogodna i z suchemi oczyma. Matka zbierała wszystkie siły, aby towarzyszyć swemu chłopcu z udaną wesołością aż do ostatniej chwili.
Inni nadchodzili pojedyńczo zdala od kolegów, ale mimoto nie szli sami. Karabin sterczał im na jednem ramieniu, plecy obciążał tornister, czerwone spodnie migały wśród fałd błękitnego płaszcza, fajka dymiła pod daszkiem kepi. Przed jednym z nich postępowało czworo dzieci zszeregowanych podług wzrostu. Odwracały główki, by z zachwytem spoglądać na ojca, który nagle jakby urósł wśród tych wojskowych przyborów. U jego boku postępowała żona słodka i uległa jak w pierwszych tygodniach po ślubie, czując w swej prostej duszy jakby nowy rozkwit miłości, spóźnioną wiosnę, zrodzoną pod wpływem niebezpieczeństwa.
Mąż, robotnik paryski, który może przed miesiącem śpiewał Międzynarodówkę, domagając się zniknięcia wojsk i braterstwa wszystkich ludów, szedł teraz na spotkanie śmierci. Żona połykała łzy i patrzyła na niego z uwielbieniem. Miłość i żal cisnęły jej na usta coraz nowe przestrogi. Włożyła do tornistra najlepsze chustki, trochę żywności jaką miała w domu, wszystkie pieniądze. Mąż niech się nie troszczy o nią i o dzieci. Poradzą sobie jak się da. Rząd i dobrzy ludzie zajmą się ich losem.
Żołnierz podżartowywał sobie ze zniekształconej trochę postaci, swojej kobiety, żegnając przyszłego obywatela, przepowiadając mu narodziny w pełni zwycięstwa. Pocałował żonę, pogłaskał po głowinach dziatwę i połączył się z kolegami... Żadnych łez! Męstwo! Niech żyje Francja!
I te polecenia odjeżdżających znajdowały posłuch. Nikt nie płakał. Ale gdy już zniknęły ostatnie czerwone spodnie, wiele rąk uczepiło się konwulsyjnie żelaznych prętów, wiele chustek przyciskało się do kąsających je zębów, wiele twarzy kryło się w dłoniach z najwyższą rozpaczą.
I pan Desnoyers pozazdrościł tych łez.
Stara, gdy ręka jej syna wysunęła się z jej pomarszczonej dłoni, zwróciła się w stronę, gdzie, jak sądziła, znajdował się wrogi kraj, wygrażając pięściami z wściekłości.
— Ach ty rozbójniku!... Ty rozbójniku!
Ujrzała oczami wyobraźni twarz tyle razy oglądaną na kartach illustrowanych pism: zuchwale sterczące w górę wąsy; usta o wilczem uzębieniu, które śmiały się... śmiały, jak się musieli śmiać ludzie z epoki jaskiniowej.
I pan Desnoyers pozazdrościł tej wściekłości.



Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – rozporządzeniom.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – sobie.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – pokosztują.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Vicente Blasco Ibáñez i tłumacza: Helena Janina Pajzderska.