Czerwone trzewiczki
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Czerwone trzewiczki |
| Pochodzenie | Siedmiu zuchów oraz inne bajki |
| Wydawca | Księgarnia Literacka |
| Data wyd. | [1929] |
| Druk | Drukarnia „Linolit” |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | Franciszek Mirandola |
| Tytuł orygin. | De røde Skoe |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały zbiór |
| Indeks stron | |
Była raz dziewczynka mała i śliczna, która chodziła zawsze boso z powodu, że jej biedna matka wdowa nie mogła jej kupić trzewiczków. W zimie wdziewała wielkie chodaki drewniane, ale nie chroniły one od zimna maleńkich nóżek, tak że stopki jej były zawsze różowe.
W wiosce mieszkała szewczycha, ulitowała się wreszcie nad biedną Karen i zrobiła jej z resztek czerwonego sukna małe trzewiczki. Nie były one piękne, gdyż starowina nie dowidziała, ale małą Karen wprawiły one w wielki zachwyt.
Tego samego jednak dnia zmarła matka Karen. Czerwonych trzewików nie bierze się do żałoby, ponieważ jednak innych nie było, poszła w nich na pogrzeb matki.
Szła za trumną, płacząc gorzko, gdy wtem nadjechała kareta starożytnego kształtu, wioząca starą damę. Widząc zapłakaną sierotę, powiedziała pastorowi:
— Zabiorę ją i zajmę się jej losem!
Karen pewna była, że dama owa upodobała ją sobie z powodu czerwonych trzewiczków, ale opiekunka oświadczyła, że są szkaradne i kazała je wyrzucić.
Ubrano dziewczynkę porządnie, zaczęto uczyć czytać, pisać, szyć, a wszyscy mówili, że jest ładna. Obejrzała się w lustrze i powiedziała sobie:
— To mało! Jesteś piękna!
W jakiś czas potem przybył król z królową, oraz królewną do sąsiedniego miasta, a wszyscy pospieszyli na wielki plac przed teatrem, celem powitania Ich Królewskich Mości. Była tam także Karen i zobaczyła na balkonie teatru królewnę, ubraną w białą jedwabną sukienkę bez trenu. Nie miała korony na głowie, ale za to na małych nóżkach śliczne trzewiczki z czerwonego safianu. O ileż piękniejsze były od tych, które szewczycha darowała Karen.
Karen rosła i nadszedł czas konfirmacji. Zacna opiekunka sprawiła jej nową sukienkę i nowe trzewiczki. Poszły razem do pierwszorzędnego szewca, by wziął miarę. Rozglądając się po sklepie, zobaczyła Karen w oszklonej szafce czerwone pantofelki, zupełnie podobne do tych, które miała królewna. Były prześliczne.
— Takich właśnie pragnę! — zawołała. — Proszę przymierzyć, czy będą dobre dla mnie!
— Zrobiłem je dla jednej hrabianki, ale były za małe i nie przyjęła! — powiedział szewc.
— To safian! Nieprawdaż? — spytała opiekunka.
— Wyborny safian! — zapewnił. — Błyszczy, jak zwierciadło!
Zacna opiekunka miała wzrok słaby, nie spostrzegła tedy, że trzewiczki są czerwone, gdyż nie chciałaby ich za nic. Leżały na nóżkach Karen, jak ulane, przeto kupiono je i zabrano do domu.
Karen przywdziała czerwone trzewiczki na uroczystość konfirmacji, wszyscy to spostrzegli i trzęśli głowami. Wydało się Karen, gdy była w kościele, że wszyscy patrzą na jej trzewiczki, a nawet oczy figur malowanych na ścianach zwracają się ku niej. Nie była tym jednak zmieszana, ale czuła się nawet dumną.
Pastor przemówił do konfirmantek pięknie o obowiązkach, jakie pełnić mają teraz, kiedy stały się już prawdziwymi członkami gminy chrześcijańskiej, potem zagrały organy i chór dzieci zanucił hymn uroczysty. Ale Karen myślała przez cały czas wyłącznie o tym, jak piękne są jej trzewiczki i jak podobne do trzewiczków królewny.
Po południu doniesiono opiekunce o zgorszeniu, jakie wywołała Karen w kościele. Zawołała ją tedy i zgromiła za brak szacunku dla kościelnego obrzędu, który okazała, wdziewając czerwone trzewiczki. Odtąd miała nosić tylko czarne, choć by były stare i podarte.
Następnej niedzieli miała przystąpić do pierwszej komunii. Obejrzała czarne trzewiki, także nowe i całe, potem rzuciła spojrzenie na czerwone i w końcu wzięła czerwone.
Pogoda była cudna. Opiekunka obrała drogę dalszą, chcąc użyć słońca, a na gościńcu było dużo kurzu.
U bramy kościoła siedział stary wojak, z siwą brodą, o kuli i widząc wchodzące damy spytał z ukłonem, czy nie chcą, by im oczyścił z kurzu trzewiki. Opiekunka zgodziła się, potem zaś Karen wyciągnęła także do inwalidy małą nóżkę.
— Cóż za śliczne trzewiczki balowe! — powiedział, czyszcząc je. — Wyśmienicie w nich tańczyć!
Weszły do kościoła, a wszyscy zdziwili się bardziej jeszcze, niż za pierwszym razem. Także oczy figur malowanych spozierały na Karen ze zgrozą. I ona też rzucała raz poraz spojrzenie na swe nóżki. Zapomniała śpiewać hymn, nie odmówiła „Ojcze nasz“, a komunię przyjęła z wielkim roztargnieniem. Myślała tylko ciągle o czerwonych trzewiczkach, których jej wszyscy zazdrościli.
Po nabożeństwie odjechały powozem opiekunki, a kiedy Karen podniosła nogę na stopień, rzekł raz jeszcze stary wojak z pod bramy:
— Ach, cóż za śliczne trzewiczki do tańca.
W tej chwili doznała Karen wrażenia, że ją coś podnosi, zaczęła mimowolnie przebierać nogami w takt tańca i woźnica musiał ją wsadzić przemocą do powozu, gdyż nie odjechałyby nigdy z przed kościoła. Ale i w powozie także ruszała ciągle nogami i kopnęła nieraz opiekunkę swoją. Po przyjeździe do domu trzeba było wziąć Karen na ręce, gdyż inaczej tańczyłaby dalej. Dopiero po zdjęciu zaczarowanych trzewików uspokoiły się nogi Karen.
Zamknięto trzewiczki do oszklonej szafy, ale Karen oglądała je po dziesięć razy na dzień.
Zacna opiekunka zachorowała ciężko, a lekarz wyraził obawę, że nie pożyje długo. Karen miała ją pielęgnować. Ale w mieście zapowiedziano bal, na który dostała zaproszenie. Zrazu postanowiła pozostać przy chorej, ale za chwilę stanęły jej przed oczami czerwone trzewiczki.
— Ach! — powiedziała sobie. — Rano opiekunka moja i tak umrzeć musi, po cóż ją tedy pielęgnować?
Porwała klucz od szafy i wdziała trzewiczki.
— Nie ma w tym chyba teraz nic złego! — powiedziała sobie. — Wszakże idę na bal?
I poszła. Ledwo stanęła na ulicy, zaczęła zaraz tańczyć i wycinać hołupce w prawo i lewo. Podobało jej się to z początku, a przechodnie stawali, podziwiając zgrabną dziewczynę. Tańcząc i skacząc dotarła do domu, gdzie dawano bal, ale była już tak zmęczona, że wejść po schodach nie mogła. Przy tym trzewiczki skierowały się w inną stronę, a ona musiała im być powolna.
Minęła tak miasto i poszła w kierunku wielkiego boru. Na skraju jego spotkała starego wojaka o kuli, a on zawołał:
— Cóż za śliczne balowe trzewiczki! Dobrze w nich tańczyć!
Zadrżała ze strachu, zrozumiała bowiem, że trzewiczki te są zaczarowane. Chciała je zdjąć czym prędzej, ale przyrosły do stóp, a przy tym, zmuszona ciągle ruszać nogami nie mogła ich schwycić oburącz.
Tańcząc ciągle przeszła bór, pola i łąki, aż zaświtało i wówczas nabrała biedna Karen nadziei, że czar zniknie wraz z nocą. Ale tak się nie stało, musiała ciągle tańczyć, bez chwili wytchnienia, ni odpoczynku.
Nadciągnęła burza gwałtowna, a ona tańczyła ustawicznie, wśród błyskawic, gradu i ulewy.
Tak minął dzień i znowu noc nadeszła. Karen postanowiła iść na cmentarz, mówiąc sobie:
— Umarli nie tańczą! Mają spokój wieczny!
Uczepiła się grobu, chcąc się tak zatrzymać, ale przeklęta moc tańca porwała ją ze sobą.
Zrozpaczona chciała wejść do pobliskiego kościoła, paść na kolana i błagać Boga o zlitowanie. Ale w progu stał anioł ze skrzydłami do ziemi sięgającymi. Miał minę srogą, a miecz w jego dłoni miotał płomienie.
— Tańcz dalej w czerwonych trzewiczkach, które kochasz ponad wszystko, tańcz aż skóra przywrze ci do kości i aż się staniesz żyjącym szkieletem. Tańcząc idź po świecie, a mijając domy, gdzie mieszkają dzieci skłonne do próżności i pychy, stukaj w szybę, by widziały twą karę straszliwą.
— Łaski! Łaski! — zawołała Karen, ale nie dosłyszała, co odpowiedział anioł, gdyż zaczarowane trzewiczki poniosły ją daleko.
Nazajutrz przechodziła koło znanego dobrze domu, z którego właśnie wynoszono trumnę, okrytą kwiatami. Leżała w niej zacna dobrodziejka, którą opuściła w chorobie, by iść na bal. Na ten widok uczuła Karen, że jest opuszczona przez świat cały, a potępiona przez niebo.
Czerwone trzewiczki niosły ją przez góry i lasy, ciernie i głogi, o które podrapała sobie piękną twarzyczkę i poraniła całe ciało. Na koniec napotkała w gęstwinie mały domek, w którym, jak wiedziała, mieszkał kat.
— Chodź pan! Chodź pan prędko! — zawołała Karen. — Nie mogę wejść, gdyż muszę ciągle tańczyć wokoło.
Kat wyszedł i rzekł:
— Nie wiesz chyba, kim jestem!
— Wiem! — odparła Karen. — Ale nie ścinaj mi pan głowy, gdyż nie mogłabym pokutować za grzechy. Odrąb mi pan, proszę, obie stopy, razem z czerwonymi trzewikami.
Wyznała mu, jak została ukarana za próżność, kat chwycił ją i jednym cięciem topora odrąbał obie małe stopki, które pobiegły dalej w podskokach i znikły w lesie.
Żona kata zlitowała się nad biedną Karen, wygoiła maścią rany, kat zaś zrobił jej szczudła i nauczył psalmów pokutnych.
Podziękowała obojgu gorąco i ucałowawszy topór, opuściła domek, mówiąc sobie:
— Dość już wycierpiałam za te przeklęte czerwone trzewiki. Pójdę teraz do kościoła by widziano, że mi Bóg odpuścił grzechy.
Ale w samych drzwiach kościoła ujrzała swe własne odrąbane stopy w czerwonych trzewiczkach, tańczące nieustannie. Porwana wielkim strachem uciekła tak szybko jak tylko mogła o kulach.
Żebrała po gościńcach i żyła z jałmużny, trapiąc się ciągle i wylewając gorzkie łzy. Po tygodniu powiedziała sobie znowu:
— Dość już chyba wycierpiałam udręki! Skończona pokuta moja i warta jestem tyle co inni, z dumą stający przed Bogiem w kościele.
Poszła znowu w stronę kościoła, ale przy cmentarzu ujrzała ponownie stopy swoje, tańczące w czerwonych trzewikach.
Ścisnęło jej, się serce i teraz dopiero, uczuwszy skruchę, poznała wielki grzech swój. Nie weszła do kościoła, jeno do plebanii i poprosiła, by ją przyjęto za sługę, mówiąc że będzie spełniała każdą rzecz, która nie wymaga chodzenia. Nie żądała zapłaty, jeno przytułku i pożywienia.
Pastorowa ulitowała się nad nią, a Karen pracowała gorliwie. W skupieniu nabożnym słuchała też słów Biblii, którą pastor czytał wieczorami wszystkim domownikom. Mimo, że była małomówna, dzieci polubiły ją bardzo. Ile razy któreś chwaliło się pięknością, ubraniem, czy inną zaletą, potrząsała głową i gromiła je za próżność.
W jedno z wielkich świąt mieli iść wszyscy do kościoła, spytano też Karen czy pójdzie. Było jednak już za późno, by zdążyć mogła na szczudłach swoich. Rozpłakała się tedy i została w izdebce, a inni poszli. Siedząc przy stole czytała nabożnie Biblię.
Nagle wydało jej się, że słyszy dźwięki organów. Łzy jej popłynęły z oczu i zawołała:
— Dopomóż mi Panie!
Rozbłysła wokoło niej światłość wielka, a wśród niej ukazał się anioł, którego widziała niegdyś w drzwiach kościoła. Ale nie miał już w ręku płomienistego miecza, tylko gałązkę róż przecudnych. Anioł dotknął pułapu izdebki, podniósł się i ściany znikły, a Karen spostrzegła, że jest w kościele. Brzmiały organy, dokończono hymnu, a pastor powiedział:
— Dobrze żeś przyszła!
— Bóg mnie tu przyniósł mocą swoją! — odparła.
Znowu zabrzmiała muzyka, wierni zanucili inny hymn, promień słońca padający przez szyby oświecił twarz Karen, a serce jej napełniła radość tak wielka, że z nadmiaru szczęścia bić przestało. Dusza jej uleciała do nieba, do Boga, gdzie nic już jej przypominać nie miało czerwonych trzewiczków.