Cześnikówny/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Cześnikówny
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1876
Druk Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator J. Chełmoński, X. Pillati
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Gdy tu się tak misternie składały rzeczy, w Warszawie zniknięcie Skórskiego na pozór żadnego prawie nie uczyniło wrażenia. Generał wszedł do pokoju żony, ze złośliwym uśmiechem na ustach.
— Uciekł, rzekł krótko — poznał widać co się święci. Mniejsza o to... byle nie powracał — i bylem na jego wiosce znalazł moje pieniądze...
Generałowa stała niema.
— Dokąd że mógł uciec? nie gdzieindziéj jak do domu...
Generał coś mruknął, spojrzał na żonę, która w fotel upadła zamyślona, i wyszedł. W chwilę potém, wyjrzawszy oknem aby dopatrzéć gdy mąż wyjdzie do miasta, Natalia włożyła kapelusz, narzuciła zasłonkę i wymknęła się drugiemi drzwiami do Teresy. Wszystkie jéj plany zostały zniszczone, łzy żalu i rozdrażnienia płynęły po jéj twarzy, biegła raczéj niż szła do przyjaciółki, a gdy się drzwi otworzyły wpadła tak zrozpaczona, iż Teresa przelękła porwała ją w objęcia, aby ukoić i ukołysać...
— Co ci jest znowu? moja droga? co ci się stało?
— Uciekł! jedném słowem odpowiedziała płacząc Natalia... Miałam nadzieję dobyć z niego wiadomość o mojém dziecięciu... Byłam u niego sama, błagałam... nie dobyłam z niego nic... a jednak on musi wiedziéć co z niém uczynił! Uciekł a z nim nadzieja odzyskania téj po któréj płaczę... Uciekł...
Mówiąc to generałowa odwróciła się, i dopiéro postrzegła, że siostra jéj siedziała obok i słuchała. Słysząc wyraz ten — Uciekł, porwała się nagle z krzesła, oczy się jéj zapaliły ogniem, drgnęła i powtórzyła napół obłąkana.
— Uciekł — ja go ścigać muszę! On tu był... ja znajdę — dosięgnę ja jedna... Idę... znajdę.
Natalia odwróciła się ku niéj razem z Teresą, ale żadne wyrazy, ani prośby, ani obietnice nie mogły jéj poskromić i uspokoić. Obłąkanie zdawało się powracać z dawną gorączką.
— Mnie trzeba iść za nim... wołała — ja wiém gdzie go szukać... On w Brończéj, nie może być gdzieindziéj, ja drogę wiém... Gdzie on tam i ja... Wyrywając się z rąk wstrzymującym ją, otworzyła drzwi z krzykiem, chwilę stała na korytarzu, jakby przypominając coś sobie, rzuciła się na wschody do swéj izdebki... w tém Lizka nastręczyła się Natalii.
— Dziecko moje, zawołała.... ta biédna kobiéta kocha ciebie — posłucha cię może, idź, bież, proś ją aby z nami została...
Dziecku tego było tylko potrzeba, pędem pobiegła na wschody. Drzwi izdebki w któréj mieszkała Róża stały otworem, ona w środku niéj zrzucała suknie, szukając starych swoich łachmanów i kija. Na podłodze leżały porozrzucane rzeczy, które w pośpiechu pościągała z komody i łóżka...
Jakieś niezrozumiałe wyrazy, ze śmiechem konwulsyjnym mieszane, wyrywały się z ust... Dziecię nieco przestraszone stanęło w progu...
— Co wy robicie... zawołało.
Srébrny głosek dziecka przejął ją strachem, drgnęła i krzyknęła...
— Co ty tu robisz, dziecko — zawołała wybuchając łkaniem. Po coś tu przyszła patrzéć na nieszczęśliwą... W twoim wieku tyś znać niepowinna że są takie dole na świecie i takie jak ja istoty... Idź — dziecko moje, uciekaj ztąd... zostaw mnie. Bóg z tobą... idź.
Z rękami obiema wyciągniętemi zdawała się ją odpychać. Dziecię patrzyło ciekawie, przelękłe nieco, lecz że mu wstrzymać ją kazano.
— Nie pójdę ztąd — rzekła Lizka — musicie się uspokoić, zostać... bo ja was nie puszczę. Doprawdy was nie puszczę... Ja wiém co was może uspokoić... Zmówimy litanią razem... Prawda?...
Róża się wstrzęsła...
— Niegodne w téj chwili usta moje i serce z tobą razem się modlić. Idź dziecię moje... Mnie nic wstrzymać nie może, mnie ciągnie przeznaczenie, mnie woła głos, którego słuchać nawykłam...
Dziecko się zamyśliło.
— Ale nie — ozwała się zbliżając zwolna do biednéj obłąkanéj i przemagając wstręt a obawę — żadnego głosu niéma... nic nie ciągnie... potrzeba się pomodlić, usiąść spokojnie... Ja tu przy was na stołeczku siądę... nie dam wam o smutnych rzeczach myśléć i tak to przejdzie.
Słuchając szczebiotania tego, pod urokiem jego stała obłąkana łagodniejąc i napawając się mową dziecięcą.
Zdawało się nawet że ulegnie... Posłuszna, zaprzestała zrzucać suknie, okryła się, usiadła. Szczęśliwa ze swego tryumfu Lizka wzięła stołeczek, przysunęła się ku niéj i patrząc jéj w oczy ciągle swe rady powtarzała.
— Tak to dobrze, ja was będę kochała i mama i piękna ciocia generałowa... Tylko nie trzeba tak smutnie wykrzykiwać... bo może to bolić i mamę i ciocię... Żebyście wiedzieli jak desperują...
— Moje dziecko, z uśmiechem rzekła przychodząc do siebie i płacząc razem Róża — po cóż ja tu komu? Wszyscy boicie się mnie, waryatki — ja sama siebie się lękam... Na co ja komu potrzebna? Zawadą jestem i ciężarem...
— Otoż nie, kiedy pani grzeczna, to panią jak mnie, wszyscy kochają, i ja — bardzo.
Róża chciała się schylić by ją pocałować; myśl ta że w dziecku wstręt obudzić może, wstrzymała ją — płakała po cichu, ze łzami trochę gorączki spłynęło. Lizce pilno było się swoim tryumfem pochwalić, ale nie śmiała odejść czując instynktowo, że z nią może ustąpić wrażenie. Siedziała więc, nie bogata w słowa, powtarzając jedne, a Róża słuchała więcéj dźwięku jéj mowy niżeli tego co mówiła...
Minęła chwila — weszła generałowa i Teresa. Zobaczywszy ten cud stanęły obie z daleka... obłąkana zarumieniła się. Spojrzenie na siostrę zdawało się nagle przywodzić jéj na pamięć wszystko co od niéj słyszała — wzruszenie wracało... Lizka patrząc jéj w oczy... położyła paluszek na nosku i groziła.
— O! znowu! znowu! zawołała... a ja was proszę być spokojną...
Natalia chwyciła dziecię w uścisk, przysiadła do niéj na ziemi z czułością i łzy mając w oczach szeptała...
— Czemuż z tą niewinnością aniołka — dziecięcia, zostać na całe życie nie można... czemu nas tak psuje świat... czerni każdy dzień sadzą spalonych myśli. O dziecię moje — bądź jak najdłużéj dziecięciem...
— A! proszę pani — przerwała Lizka naiwnie, a ja właśnie takbym prędko, prędko chciała wyrosnąć...
Smutny uśmiech przebiegł wszystkie twarze. Ten epizod z wychowanką zdawał się szczęściem oddziaływać na Różę. Szał w który była wpadła, ustępował... Nie mówiono tylko o dziecięciu i o rzeczach obojętnych. Nareszcie generałowa przystąpiła do siostry, szepcząc cicho.
— Różo, proszę cię... bądź spokojną... Spuść się na mnie... Nie uciecze on przed nami, ty go ścigać nie potrzebujesz...
Jakby przyjmując naukę i rady, nie odpowiedziała na nią nic Róża i spuściła oczy. W przekonaniu iż nic już nie zagraża siostrze, Natalia zabrała się powracać do domu... Lizka i panna Teresa zeszły na dół, bo się na wieczór spodziewano profesora. Uciszyło się wszystko w domu...
Dziecię po kilka razy biegało na górę, podsłuchiwać pode drzwiami Róży, ale cicho było w jéj izdebce... Sądzono iż znużona, pomodliwszy się poszła na spoczynek. Nazajutrz rano nie znaleziono jéj nigdzie. Na stos zrzucone suknie, z których najnędzniejsze wybrała, świadczyły że opuściła mieszkanie, że szał dawny znowu nią owładnął.

Stało się to jeszcze z wieczora, gdy profesor czytał pannie Teresie jeden z dramatów Wiktora Hugo; — po wschodach na palcach spuściła się ubogo ubrana kobiéta, — zatrzymała chwilkę u drzwi, żegnając je wzrokiem, i spiesznie dobiegłszy do bramy, wyruszyła na ulicę. W sąsiednim szynku, przed którym stały dorożki i gdzie woźnice popijali „trosk
...i nocą pociągnęła daléj a daléj...
zapomnienie“ — Róża z gorączką długo hamowanego nałogu dopadła kieliszków...

— Dajcie! zawołała cicho nie patrząc na nikogo.
Gospodyni z litością na nią spoglądając nalała, — kobiéta ręką drżącą poniosła do ust, wychyliła duszkiem, rzuciła piéniądze na stół i uciekła...
Śpiéwając poszła w dalszą drogę ulicami. I przeszła most i Pragę, i nocą pociągnęła daléj a daléj, ku znanym polom i lasom...
Kilka dni trwała ta podróż, przerywana odpoczynkami po karczmach i snem, po szopach, z węzełkiem pod głową. Ze stajni woźnice ją wypędzali, biczami smagając; na drodze patrzano za idącą... Gdy ludzie na nią oczy zwracali, zwykle stawała, biorąc się w boki dumnie i łajała. Snem, marzeniem, bólem, wędrówką machinalną, spoczynkiem po lasach na mokréj ziemi, przeszły kilka dni włóczęgi aż do znanego miasteczka. Tu już była jak w domu, znano ją — i gdy się pokazała wśród piérwszych domostw, a psy na nią ujadać zaczęły, przybiegały dzieci wołając — potańcuj nam Cześnikówno! zaśpiewaj panno Różo! a na wołanie dziecinne zrywała się do skoków, i śmiała się małym prześladowcom.
W karczmie Chaim stary zdziwił się zobaczywszy ją, mieli bowiem Cześnikównę za umarłą, i wieści chodziły że się utopiła. Siadła na ławie zmęczona.
— A gdzież to panna bywała? spytał Chaim, że jéj tu tak długo widać nie było?...
— Po świecie chodziłam, po świecie wędrowałam, a co komu do tego? Przyjmowali mnie pięknie krewni w Warszawie, i opływałam we wszystko, ale mi się za wami i za lasami stęskniło... taki bo to niéma jak swoboda...
— Żydzie, daj no wódki!
— A jest czém zapłacić? zapytał Chaim niedowierzająco.
— Kiedyżem to ja ci się zadłużyła? ofuknęła Róża. Szabasówki daj, żeby jak ogień paliła...
Żyd przyniósł posłuszny.
— Co tu u was słychać? spytała. Kto umarł, kto się urodził, a kogo licho wzięło... Cóż pan z Brończéj? czy już zdrów?
— Pojechał ci dawno do Warszawy, rzekł żyd, i słyszę konie i ludzi odesłał, sam nie powrócił.
Róża rozśmiała się.
— A gdzieby się podział! zawołała... gdzieś on tu musi być! ho! ho! Jak go tam nie stało, to go tu szukać...
— A zkądże panna wié że go tam nie stało? zapytał żyd zdumiony...
— Bo ja wszystko wiém — odparła Cześnikówna — na jawie tom głupia albo pijana, a no we śnie wszystko widzę jak na dłoni. Ho! ho! on tu gdzieś być musi!
Ruszył żyd ramionami... Cześnikówna znużona ręce podłożyła pod głowę i zasnęła na stole, a spała tak do nocy. Chcieli ją wyrzucić z karczmy ale się nie dała, i pozwolili jéj tak spać do rana... Jak świt poczęto dzwonić w kościołku, Cześnikówna oczy przetarła, obejrzała się po izbie, westchnęła i wyszła... Ranek był szary, mglisty i smutny, dzwonek jęczał żałobnie, około kościołka oprócz dziadka nikogo... Róża weszła na cmentarz a z niego do kościołka, klękła w kruchcie i z podniesionemi rękami poczęła się modlić prawie głośno i płakać...
Wyszedł ksiądz ze mszą świętą, ona na kolanach wpełzła do kościołka... Tu padła krzyżem i leżała tak przez mszę całą. Odprawiał ją trochę teraz zdrowszy ksiądz proboszcz staruszek, który zobaczywszy Cześnikównę, gdy wyszedł do zakrystyi, posłał po nią organistę. On jeden był wtajemniczonym, on jeden tu znał jéj dzieje i przebolałe dni ciężkie.
Z nim ona jednym mówiła inaczéj jak z ludźmi ale jego unikała... Tym razem powlokła się zawołana, stanęła we drzwiach na kiju oparta i milcząc czekała pytania.
Łagodnie przystąpił ku niéj staruszek.
— Bóg z tobą, rzekł swoim obyczajem — co się stało wam, gdzieście byli tyle czasu, myślałem że nareszcie Bóg się nad wami ulitował i dał wam kąt spokojny, abyście téj włóczęgi poprzestali...
— Gdziem ja bywała, trzęsąc głową odezwała się Róża — a mój ojcze! ja sama nie wierzę sobie gdy myślę gdzie to ja zaszłam, gdziem była i jak się tu nazad dostałam...
Zaczęła wzdychać, trąc twarz ręką...
— Chodziłam za tym djabłem co do Warszawy pojechał, bo mi pan Bóg przykazał ażebym się za nim włóczyła, jak mara aż do śmierci...

Głos zniżyła. — Znalazłam tam siostrę, (poczęła się śmiać) chcieli mnie z nim ożenić, ale uciekł a ja za nim znowu, bo muszę — bo muszę..
Niepoprawiona jesteś, zła...
— Jego tu niéma — odparł ksiądz, i już by ci dosyć było tego wałęsania się po świecie...

— A! nie — odparła kobiéta — kiedy pokuta to pokuta... muszę za grzech pokutować, a już ciężéj niepodobna jak ja... Poszedł on i ja za nim... On tu musi być! Ja go znajdę — kryje się, ale to nic nie pomoże, ja go i w piekle wyszukam...
— Gdzież by był? i dla czego by się miał chować? rzekł staruszek.
— Albo ja wiém! Zląkł się generałowéj — rzekła Róża, bo moja siostra teraz generałową! dodała. Jedne losy a nie jedno szczęście... ale i ona nie w raju. Nie!...
— Dawno was bardzo nie widziałem, przerwał staruszek... Obwiniali was tutaj żeście wy pono konia mu nastraszyli w nocy umyślnie, gdy się o mało nie zabił? A godzi się to?
— Ojcze kochany, schylając się do sukni staruszka i całując ją zawołała Róża — powiem jak na spowiedzi... Koniam ja nie straszyła, alem pana za nogę z niego ściągnęła... myślałam że się o drzewo rozbije... alem tego nie dokazała.
Ksiądz ręce załamał.
— I śmiesz potém modlić się w kościele, ty co nauczona bozkim przykładem nieprzyjacielowi przebaczyć nie umiész, a ścigasz go niepoczciwą zemstą swoją.
— A kiedy mnie pan Bóg na to przeznaczył, odparła żywo Cześnikówna. Pamiętam jak dziś, a było to dawno, gdym jeszcze płakać umiała i usnęłam z płaczu... Zjawił się przedemną starzec w światłości i rzekł mi: — Idź i mścij się nad nim, a nie opuszczaj go aż do zgonu...
— Sen, mara! głupstwo! z oburzeniem zawołał proboszcz... Jak możesz pleść takie rzeczy... Dość już tego obłędu i szaleństwa... dość. — Cierpiał on, cierpiałaś ty... Bogu zdaj sprawy swoje... Znajdę ci przytułek.
Kobiéta głową trzęść zaczęła i bić się w piersi.
— Ojcze, dobrodzieju! nie mogę! Muszę się za siebie mścić, za siostrę, za jéj dziecinę, którą gdzieś ten człek zaprzepaścił, i za matkę co z rozpaczy umarła. O tego nie dosyć...
Proboszcz był oburzony w końcu.
— Niepoprawiona jesteś, zła... Patrz, zawołał, żeby ci Bóg tak kiedyś twoich win przepuścić nie chciał, jak ty nie przebaczasz jemu...
— A toć ja wiém że w piekle gorzéć muszę — westchnęła Cześnikówna, ja i tu już początek jego mam na ziemi, i byle on tam był także, bylem mogła patrzéć na jego męczarnie, to mi i piekło osłodzi...
Podniosła głowę śmiejąc się; — szał ją opanowywał.
— Niech się już dobrodziéj nie męczy dla takiéj jak ja grzesznicy — dodała... takiéj duszy jak moja i anieli z błota nie wyciągną... Do nóżek się ścielę... ojca dobrodzieja... Niech będzie pochwalony...
To mówiąc otworzyła drzwi zakrystyi i uciekła...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.